„Dlaczego nie spróbować. Przecież nie mam wyboru. Dzisiaj już za późno, ale jutro tam zadzwonię” – pomyślał
Zapisał numer telefonu z ogłoszenia. Spojrzał na zegarek. Zbliżała się druga. Pora kłaść się spać. Wyłączył laptopa. Rozebrał się i poszedł do łazienki. Po kilkunastu minutach ostrożnie wszedł do łózka, aby nie obudzić Iwony.
Nie mógł zasnąć. Coś nie dawało mu spokoju. Ale nie wiedział co. Nagle sobie uzmysłowił co go zaniepokoiło. Wyskoczył z łóżka tak gwałtownie, że obudził Iwonę
„Co się stało?! Czemu się tłuczesz po nocy?”
„Muszę coś sprawdzić…”
„Jutro sobie sprawdzisz. Kładź się teraz”
Odwróciła się na drugi bok i niemal natychmiast zasnęła. Zignorował ją. Poszedł do swojego gabinetu i włączył laptopa. Niecierpliwie czekał aż komputer będzie gotowy do użycia
„Długo się rozkręca ten stary grat, najwyższy czas go zmienić” – niecierpliwił się
W końcu mógł wpisać adres strony internetowej na której zawsze szukał wolnych miejsc pracy. Przejrzał kilkadziesiąt pozycji. Nie mógł znaleźć tej której telefon zanotował.
„Czyżby już ją zabrali?” – zastanawiał się
Przejrzał wszystko od początku jeszcze raz. Tym razem wolniej. Nic nie znalazł. Złapał telefon. Wybrał zanotowany numer. Gdy oczekiwał na połączenie spojrzał na stojący na biurku zegar, minęła trzecia. W tym momencie uświadomił sobie jak niewłaściwa jest to pora na rozmowę o pracy. Już odejmował od ucha telefon, aby przerwać połączenie, gdy usłyszał
„Jak dobrze, że pan dzwoni. Myślałem już, że będzie pan zwlekał do jutra” – usłyszał miły, ciepły, męski głos
„Przepraszam… zagalopowałem się z tym telefonem. Siedzę i piszę trochę” – skłamał – „Nie zwróciłem uwagi na to, że to już trzecia w nocy minęła” – próbował się tłumaczyć
Jednocześnie przez głowę przeleciała mu myśl, która go zaniepokoiła
„Wygląda na to, że czekał na mój telefon” – pomyślał z niepokojem
„Ależ nic nie szkodzi. Czekałem na telefon od pana” – usłyszał
„Obawiam się, że to pomyłka. Że czeka pan na telefon od kogoś innego…”
„Nie. To nie pomyłka. Pan Marek Duracz, Prawda?”
Poczuł się bardzo nieswojo, właściwie przestraszył się. Przez chwilę pomyślał, że śni. Wypił przecież jak zwykle ostatnio, wieczorem sporą szklaneczkę whisky.
„Może nie powinienem tyle pić. Ale jak przestać. Przy tej cholerze nie da się” – pomyślał
Przerwał połączenie. Doszedł do szafki z książkami. Miał tam ukrytą butelkę. Nalał do filiżanki po herbacie do pełna. Zaczął pić. Sygnał telefonu zagrzmiał jak przeciągły grzmot. Połowę filiżanki wylał na siebie. Drżącą ręką odstawił ją na półkę. Podszedł ostrożnie do biurka, na którym leżał telefon. Drugi sygnał był jeszcze głośniejszy niż ten pierwszy. Nerwowo sięgnął po telefon. Wypadł mu z ręki na podłogę pod biurko. Rzucił się na kolana pod biurko. Sięgnął go. Nacisnął odpowiedni przycisk i krzyknął
„Halo!”
„Nie powinien pan tyle pić, panie Marku”
Ten sam ciepły, spokojny głos tym razem go zirytował
„Czy my się znamy?! Bo jakoś nie mogę sobie przypomnieć!” – krzyknął spanikowany
„Znowu się schlałeś! To już ostatnie stadium… Delirka”
Usłyszał karcący, nienawistny głos Iwony. Wychylił głowę spod biurka
„Telefon odpierałem, kochanie” – odparł potulnie
„Jaki telefon? Tylko twój pijacki bełkot słyszałam”
Trzasnęła drzwiami.
„No i chuj…Nie muszę do niej iść” – ucieszył się
Wyciągnął z wersalki pościel. Przez chwilę próbował rozłożyć prześcieradło. Nie udało mu się. Rzucił je w kąt.
Zanim się położył przypomniał sobie o telefonie. Odnalazł go pod biurkiem. Ostrożnie przyłożył do ucha. Cisza. Ulżyło mu. Na wszelki wypadek wyłączył dźwięk i schował go do szuflady. Położył się nakrywając głowę kołdrą.
Rano, o dziewiątej, Natasza, ich służąca, weszła po cichu do pokoju i postawiła na stoliku pod oknem tacę ze śniadaniem. Zabrała z półki z książkami filiżankę po kawie i pustą butelkę. Wyłączyła światło nad biurkiem. Wychodząc umyślnie głośno zamknęła drzwi.
Obudził się z potężnym kacem, jak zwykle. Poszedł do kuchni. Natasza kręciła się przy piecu. Zajrzał do lodówki
„Natasza, gdzie jest woda po kiszonych ogórkach? Wczoraj był tu cały słoik”
„Nie ma już. Pani wylała, powiedziała, że to niezdrowe”
Zmełł przekleństwo pod nosem.
„Mamy maślankę. Też dobra, jeśli pan chory. Pani kazała kupić trzy butelki”
„Nie chcę maślanki” – odpowiedział zirytowany – „Mam po niej sraczkę”
Natasza zaśmiała się rozbawiona. Wrócił do gabinetu. Spojrzał na tacę ze śniadaniem
„Pieprzone rogaliki z miodem. Czy w tym domu nie można zrobić jajecznicy na boczku? – Nie. Bo to niezdrowe!” – starał się przedrzeźniać żonę
Wypił tylko kawę. Zje później coś konkretnego na mieście. Położył się na kanapie. Wiedział z doświadczenia, że w takiej sytuacji musi poleżeć kilka godzin. Po chwili przypomniał sobie o telefonie. Zerwał się gwałtownie, aż mu pociemniało w oczach
„O, Jezu… Mój łeb” – jęknął
Wyciągnął telefon z szuflady biurka. Zanim zdecydował się sprawdzić czy ktoś do niego dzwonił, zawahał się. Przypomniał sobie nocne rozmowy z nieznajomym z ogłoszenia. Niemal wytrzeźwiał.
Po chwili dopiero ostrożnie sprawdził telefon. Odetchnął z ulgą. Nie znalazł nieodebranych rozmów. Podłączył telefon do ładowarki, na wszelki wypadek zostawił go tylko na wibrowaniu. Wrócił na kanapę.
„Jak to się stało, kurwa, że tak wpadłem w ten gnój?”
Po raz nie wiadomo, który, z rzędu zadawał sobie to pytanie i jak zawsze znał na nie odpowiedź. Zaczął ją analizować od początku, jakby się spodziewał, że tym razem będzie inna.
Iwonę poznał ponad osiem lat temu. W dwa tysiące dziesiątym. Przyjmowała go do pracy. Był po maturze, to znaczy po egzaminach. Matury nie zrobił. Przez kilka miesięcy dochodził do siebie po tym niepowodzeniu, a później starzy oznajmili, że nie będą dalej utrzymywać darmozjada.
Nie, to nie. Wyniósł się od nich do kumpla w Łodzi. Miał pięć tysięcy złotych od babki. Dostał je za zdaną maturę. Babka nie wiedziała, że jej nie zdał. Pieniądze dla niego odkładała ze swojej emerytury od czasu, gdy dostał się do Technikum Chemicznego.
Od czasu jak się wyniósł z domu nie widział się z rodzicami. Nie tęskni za nimi. Zawsze go we wszystkim ograniczali.
To ten kumpel, Krzysiek dał mu namiar na tą firmę, w której poszukiwali chemika. W biurze firmy rozmawiał z Iwoną. Wtedy jeszcze nie wiedział, że ma na imię Iwona i że jest córką właściciela firmy. Zarejestrował tylko w głowie, że jest brzydka, trochę za gruba i ma końską twarz. Jak się do niego uśmiechała to odsłaniała żółte zęby. Wyglądała wtedy jak koń, który rży. Absolutnie nie w jego typie i do tego starsza od niego.
Był tam zapytać się o pracę. W niewielkiej recepcji skierowano go do niej. Zapytała o szkolę i doświadczenie zawodowe. Odpowiedział, że napisał pracę maturalną
„O czym pan pisał?” – przerwała mu
„O klejach do metali, ale nie zrobiłem matury i jeszcze nie pracowałem zawodowo”
„To pan wie dużo o klejach? Prawda”
„Wiem, że kleją” – odpowiedział nonszalancko
Nie podobało mu się w tej firmie, chociaż nie wiedział, dlaczego. Jeszcze nic się nie dowiedział o niej i nic nie zobaczył. Był zdecydowany zakończyć rozmowę i wyjść. Zaśmiała się
„Dowcipny pan jest” – stwierdziła rozbawiona – „Tatuś lubi takich ludzi. Myślę, że będziemy mogli pana zatrudnić na okres próbny, na trzy miesiące. Ale najpierw musi pan porozmawiać z tatusiem”
„Dlaczego mam rozmawiać z pani tatusiem?”
„Tatuś jest szefem i właścicielem firmy”
Złapała za telefon. Wybiła numer i czekała chwilę
„Tatku, mam tu sympatycznego pana szukającego pracy, chemikiem jest… Tak myślę, że mógłby ci pomóc z klejami” – słuchała chwilę – „Jutro… O dziesiątej. A nie można by dzisiaj po południu? Mogłabym go przywieźć do domu. Myślę, że zabierze ci to najwyżej kwadrans” – słuchała chwilę – „Tak. Zależy mi…”
Powiedziała to bardzo cicho do słuchawki, odwracając się tyłem do Marka, ale i tak to usłyszał
„Dzięki, tatku. Będziemy o dziewiętnastej”
Odłożyła słuchawkę. Zauważył, że była zmieszana. Przez chwilę przekładała bez celu jakieś papiery na biurku, zastanawiając się nad czymś
„Tatuś chce z panem porozmawiać jeszcze dzisiaj. Teraz nie może. Mam pana przywieźć do domu na dziewiętnastą. Pasuje to panu?”
„Tak. Oczywiście”
Już w czasie jej rozmowy z ojcem zmienił zdanie i postanowił jednak nie rezygnować z możliwości pracy w tej firmie.
„Kończę o szesnastej. Proszę czekać na mnie w recepcji” – powiedziała to z obiecującym uśmiechem.
Zabrała go swoim sportowym Mercedesem do Manufaktury. Zaprowadziła prosto do restauracji, nawet nie zauważył do jakiej. Po drodze oznajmiła mu, że jest głodna i że muszą coś zjeść przed rozmową z ojcem. Nie pytała, czy jest głodny i czy ma ochotę coś zjeść. Po prostu zadecydowała za niego.
Znali ją tam. Kelner podszedł od razu. Zamówiła coś, ale nie zwrócił uwagi co zamówiła. Akurat się rozglądał dookoła. Oczywiście nie pytała się go co by zjadł. Tak już potem zostało. Gdy już złożyła zamówienie zwróciła się do niego
„Powiedz mi teraz coś o sobie Marku”
Trochę go zraziło, że zwróciła się do niego per ty
„Przeprasza. Tam w biurze nie zwróciłem uwagi jak masz na imię”
„Nie przedstawiłam się?…Wydawało mi się, że to zrobiłam. No, ale to nic. Jestem Iwona Kamczyk… Mów mi Iwona”
Przyniesiono zamówione danie. Zaczęli jeść. On opowiadał o sobie, o tym, że mieszka u kolegi i że musi się od niego wyprowadzić, bo kolega znalazł sobie dziewczynę i ona się do niego sprowadziła, więc dla niego nie ma już miejsca. Zadała mu pytanie, którego się w jakiś sposób spodziewał
„Nie. Nie mam na razie nikogo” – odpowiedział na nie
Odniósł wrażenie, że jej pytanie zawierało w sobie jakiś niepokój. Ona opowiadała o sobie. Że jest jedyną córką Leona Kamczyka. Że matka zmarła niemal dokładnie trzydzieści lat temu, gdy miała cztery latka.
Coś jeszcze mówiła, ale on tego nie słuchał. Obliczył szybko w myśli, że ma trzydzieści cztery lata, a więc jest starsza od niego o piętnaście lat. Zdziwił się. Nigdy by nie przypuszczał, że jest aż tyle starsza od niego. Że jest starsza, był o tym przekonany, ale myślał, że może chodzić o pięć, góra siedem lat
„Nie słuchasz co do ciebie mówię” – przerwała mu dosyć ostrym głosem
„Przepraszam. Zamyśliłem się”
„Nad czym się tak zamyśliłeś?”
„Masz śliczny głos. Zrobił na mnie wrażenie”
Tylko na to wpadł. Zaskoczyło to ją. Uśmiechnęła się i zapytała ciepło
„Chcesz jakiś deser?”
„Nie. Dziękuję. To wystarczy”
Przywołała kelnera. Uregulowała rachunek i udali się do samochodu.
Tuż przed dziewiętnastą zatrzymali się przed zamkniętym osiedlem domków jednorodzinnych przy Wycieczkowej. Otworzyła bramę pilotem. Po chwili witał się z Leonem Kamczykiem.
„Zostawiam panów sam na sam. Muszę zapakować kilka rzeczy”
„Wyjeżdżasz gdzieś?” – Kamczyk zapytał córkę
„Nie, tatku. Dzisiaj będę nocować u siebie… Jutro z rana kurier ma mi przywieść zamówione firanki”
Kamczyk zaprosił go do swojego gabinetu. Na stoliku przy oknie czekała już na nich kawa i jakieś ciasteczka. Wypytał go o to, o co już pytała Iwona. Potem zaczął opisywać firmę.
Założył ją w tysiąc dziewięćset siedemdziesiątym piątym, zaraz po studiach w Akademii Górniczo-Hutniczej. To na studiach wpadł na pomysł wytwarzania silnych magnesów neodymowych. Oczywiście nie było to nic nowego. Takie magnesy są wytwarzane w świecie od dawna. Mają jednak jedną dużą wadę. Małą wytrzymałość mechaniczną. Mówiąc ludzkim językiem są kruche. Jego wynalazek polegał na tym, że w czasie wytwarzania magnesów dodaje do nich tworzywa sztuczne i żywice
„Jak to? Przecież tworzywa sztuczne nie można dodawać do płynnych metali. Wyparują zanim się zetkną z metalem” – przerwał mu Marek
„Nie, jeżeli wytwarza się je metodą spiekanych proszków. Miesza się sproszkowane metale, inne pierwiastki chemiczne oraz sproszkowane tworzywa sztuczne. Prasuje się je pod wysokim ciśnieniem w polu magnetycznym a potem wyżarza w wysokiej temperaturze. Na koniec powleka ochronną warstwą niklową…To też nic nowego. Tajemnica mojej metody polega na dodaniu jeszcze jednego komponentu. Ten komponent jest moją tajemnicą”
Marek zauważył z jaka pasją Kamczyk opowiada o tym co stworzył. Dowiedział się, że zaczynał w garażu ojca. Zapożyczył się i wszystko zainwestował w nowoczesną na owe czasy wysokociśnieniową prasę hydrauliczną.
Z jej pomocą prasował pierwsze magnesy neodymowe i wyżarzał je w niewielkim piecu laboratoryjnym. Dzięki owemu tajemniczemu komponentowi jego magnesy były ponad dwukrotnie silniejsze od tych znanych na rynku.
Udało mu się z trudem dostać na Targi Poznańskie. Miał tam niewielkie stoisko. Dopiero ostatniego dnia targów przypadkiem zainteresował się jego magnesami pewien inżynier zatrudniony w przemyśle zbrojeniowym. Koniec końców zaczął produkować magnesy na ich potrzeby.
Już dwa lata później, w tysiąc dziewięćset siedemdziesiątym siódmym, miał spory warsztat za miastem. Zatrudniał ponad dwudziestu pracowników. Całą produkcję odbierał polski przemysł zbrojeniowy. Produkcję jego magnesów udało się nie nagłaśniać. W ten sposób Sojusznicy z Układu Warszawskiego nie wiedzieli o nim a władze PRL-u zrobiły dużo, aby utrzymywać go w dobrym humorze. To oznaczało, że zarabiał naprawdę duże pieniądze.
A potem przyszły przemiany ustrojowe. Pakt Warszawski rozwiązano. Ale Wojsko pozostało i potrzebowało więcej elektroniki, w której wykorzystywano jego magnesy. Nie tylko w elektronice je wykorzystywano. Coraz częściej w nowoczesnym uzbrojeniu i pociskach kierowanych.
Obecnie posiada trzy zakłady na terenie kraju. Zatrudnia około tysiąca ludzi. Może powiedzieć, że osiągnął sukces zawodowy i przede wszystkim finansowy. Jest też negatywna strona sukcesu. Zleceniodawcy wymagają od niego, aby prowadził nie rzucający się w oczy tryb życia. Jest bardzo kontrolowany i pilnowany przez odpowiednie służby. Jego pracownicy też. Aby wyjechać na urlop za granicę musi to wcześniej zgłosić do odpowiednich służb, tak aby zdążyły stworzyć mu odpowiednią ochronę na czas wyjazdu.
Nie mówił o tym wszystkim Markowi podczas ich pierwszej rozmowy. Marek dowiedział się o tym znacznie później. Również znacznie później dowiedział się, że nie mogąc wydawać wszystkich pieniędzy lokował je w złocie. Wtedy na zakończenie rozmowy zapytał go tylko czy odbył już Zasadniczą Służbę Wojskową
„Jeszcze nie. Czy to jest przeszkoda w uzyskaniu pracy u pana?”
„Nie. Jeśli zatrudnimy pana na stałe po okresie próbnym, uzyskam dla pana zwolnienie od służby wojskowej”
„Co będę robić w pana firmie?”
„Córka powiedziała, że jest pan specjalistą od klejów”
„Specjalista, to pewna przesada, ale…”
„Wiem. Wiem. O klejach które ja potrzebuję, na pewno w szkole pan się nie uczył. Powiem tak… Zleceniodawcy chcą magnesów o dosyć skomplikowanych kształtach które nie można wykonać w jednym kawałku. Magnesy neodymowe nie można skręcać ze sobą śrubami, tracą wtedy dużo ze swoich właściwości. Spawać też ich nie można. Jedyną realistyczną metodą jest klejenie. Dostępne kleje nie są odpowiednie. Często połączenia nie wytrzymują obciążeń i puszczają, powodując awarie urządzeń”
„Przyznaję, że nie wiem nic o takich klejach, domyślam się, że muszą to być jakieś cyjanoakrylany, najlepiej chyba metylowe, ale…”
„Nie znam się na klejach. Mam w Łodzi niewielkie laboratorium. Pracuje tam pięciu chemików. Iwona skontaktuje pana z kierownikiem, inżynierem Stasiakiem. On pana wprowadzi w szczegóły techniczne. Od kiedy może pan zacząć?”
„Praktycznie od zaraz, ale chciałbym wiedzieć jakie wynagrodzenie otrzymam”
„W okresie próbnym dostanie pan cztery tysiące brutto, a potem zobaczymy”
Nie spodziewał się takich pieniędzy. Z wrażenia nic nie odpowiedział
„Więcej nigdzie nie dostaniesz” – usłyszał za sobą
To Iwona weszła do pokoju
„No to jak? Decyduje się pan?” – zapytał Kamczyk patrzą na zegarek
„Tak. Oczywiście! Od kiedy zaczynam?”
„Jutro zgłosi się pan do biura, do córki i załatwi wszystkie formalności. Muszą pana sprawdzić wojskowe służby. Gdy dostaniemy od nich zielone światło, Iwona skontaktuje pana z inżynierem Stasiakiem. To wszystko na dzisiaj.
Myślę, że nie będziemy żałować, że pana zatrudniamy”
To ostatnie zdanie skierował raczej do córki.
„Odwiozę cię do miasta. Stąd nie ma dobrego połączenia”
„Nie potrzeba, dziękuję, dam sobie radę”
„Jak powiedziałam, że odwiozę, to znaczy, że odwiozę” – powiedziała stanowczo
„Niech się pan jej nie sprzeciwia. To taka moja rada na przyszłość” – powiedział ze śmiechem Kamczyk
Gdy znaleźli się w samochodzie, zapytała, gdzie go zawieść
„Na Zachodnią przy Próchnika, do kolegi”
„Mówiłeś, że sprowadził sobie dziewczynę”
„Tak. Jutro wezmę się na poważnie za szukanie jakiegoś pokoju do wynajęcia”
Milczeli przez pewien czas. Jechali Julianowską. Przejechali skrzyżowanie ze Zgierską wjeżdżając w Pojezierską.
„Powinnaś skręcić w Zgierską. To najkrótsza droga” – zauważył
„Dzisiaj będziesz spać gdzie indziej”
„Dokąd mnie zawozisz?”
„Niedługo zobaczysz. Spodoba ci się”
Zajechali na Zielony Romanów. Gdy otwierała pilotem bramę do ogrodzonych domków jednorodzinnych zauważył napis na ogrodzeniu – „Ogrody Romanów”
„Ojciec kupił mi tu dom. Rzadko tu mieszkam. Jest tu kilka pokoi. Możesz tu zamieszkać przez jakiś czas zanim sobie coś znajdziesz”
„Nie mam nic ze sobą. Nie jestem przygotowany, aby tu nocować”
„Nie szkodzi. Jakoś sobie poradzimy”
No i sobie poradzili. Iwona całkowicie przejęła inicjatywę. Marek był bardzo zestresowany. Pamięta to dobrze. Wstyd powiedzieć, ale niemiał jeszcze dziewczyny, a jego edukacja seksualna ograniczała się tylko do wiadomości uzyskanych dzięki filmom pornograficznym. Stres tego wieczoru długo go nie opuszczał i Iwona musiała użyć wszystkich swoich umiejętności, aby w końcu osiągnąć to co chciała.
„I na tym powinno się to skończyć. Ale nie. Podobało ci się, idioto” – wyrzucał sobie wstając z kanapy – „Wszystko przyszło tak łatwo, bez najmniejszego wysiłku, piękny dom, dobrze płatna praca, w której nie musiałeś się wysilać, sportowe BMW…Boże! jaki byłem głupi! Sprzedałem się jak tania dziwka”
Wstał z kanapy. Głowa w zasadzie przestała boleć, w każdym razie, gdy nie robił gwałtownych ruchów. Właśnie minęła trzynasta. Poczuł głód.
Doszedł do stolika ze śniadaniem. Spojrzał z obrzydzeniem na rogaliki. Wziął jeden do ręki i ugryzł kawałek. Wypluł z obrzydzeniem
„Tego się nie da jeść” – wymamrotał pod nosem
Poszedł do kuchni. Otworzył lodówkę i chwilę wpatrywał się w jej zawartość
„Żarcie dla królików, kurwa”
Wściekle trzasnął drzwiami lodówki. W tym momencie do kuchni weszła Natasza. Przyniosła ze spiżarni kosz z ziemniakami
„Kiedy będzie obiad?” – zapytał
„Pani powiedziała, że ma być gotowy, gdy wróci z pracy… Na siedemnastą, ale jak pan głodny to jest jeszcze trochę sałatki z kurczakiem, od wczoraj”
„Nie. Dziękuję. Widziałem przed chwilą to zielone gówno w lodówce”
Zaśmiała się, jak zwykle, gdy widziała go w takim humorze.
Poszedł do łazienki. Wziął prysznic, potem ubrał się. W garażu zatrzymał się przy swoim aucie. chciał pojechać nim do śródmieścia. Nie mógł znaleźć kluczyków.
„Schowała, Stara Małpa” – powiedział to niemal z płaczem.
Od czasu jak go pół roku temu, samochodem rozbił latarnię na Limanowskiego, Iwona zabroniła mu jeździć.
To nie była jego wina. Ta pieprzona ciężarówka jechała prosto na niego. Gdyby nie skręcił gwałtownie w prawo, zmiażdżyłaby go.
Stawiał się policji. Żądał, aby gonili tą ciężarówkę, a nie zajmowali się pisaniem jakiś pieprzonych protokołów. Wyzwał ich. Teściu później załagodził sprawę z policją. Chcieli go skarżyć za obrazę funkcjonariuszy na służbie.
Auto kilka tygodni temu wróciło z naprawy, ale Iwona w dalszym ciągu nie pozwalała mu jeździć. Wyszedł z garażu.
„Wydostać się z tego Zadupia do centrum Łodzi bez samochodu jest ponad moje siły” – uprzytomnił to sobie po raz któryś z rzędu – „Ale już niedługo się to skończy” – pocieszał się
Gdy zbliżał się do wyjścia na ulicę, zauważył zatrzymującą się taksówkę. Podbiegł do niej i czekał niecierpliwie, aż pasażerka zapłaci za kurs.
„Do Manufaktury poproszę” – zażądał, gdy już znalazł się na tylnej kanapie
Na miejscu, chodził od restauracji do restauracji. Czytał wywieszone przed wejściami menu. Korciło go, aby wejść i zamówić sobie jakieś duże mięsne danie. Powstrzymał się jednak od tego. Szybkim krokiem skierował się do głównego budynku i wjechał schodami na piętro. Ustawił się w kolejce do McDonalda.
Mógł sobie pozwolić nawet na najdroższą restaurację, ale postanowił być oszczędnym. Jednak po zjedzeniu dwóch porcji z frytkami, nie mógł sobie odmówić pójścia do kawiarni na kawę z koniakiem.
Wszedł do swojej ulubionej, usiadł w kąciku za palmą i ponownie zagłębił się w analizowaniu wydarzeń, które doprowadziły go do dnia dzisiejszego.
Wypił kawę i koniak. Zamówił jeszcze jedną i dwa koniaki. Usiadł wygodnie i zaczął dalej analizować swoje położenie.
Zaledwie po niecałych trzech miesiącach znajomości wzięli ślub. Bardzo skromnie i po cichu. Tylko cywilny. Ani on, ani Iwona nie uważali ślubu za coś koniecznego. Jednak stary Kamczyk bardzo nalegał.
Iwona była jego jedynym dzieckiem i nie paliła się do przejęcia firmy po ojcu. Nie miała do tego głowy. Tak twierdziła.
Faktycznie, musiał przyznać jej rację. Tylko dzięki pieniądzom ojca uzyskała maturę. O studiowaniu i do tego tak nudnego przedmiotu jak fizyka nie chciała słyszeć. Zgodziła się pracować u niego kilka godzin dziennie, chociaż zupełnie nie rozumiała, dlaczego. No bo przecież nie dla pieniędzy. Dzięki ojcu miała ich bardzo dużo.
Zatrudnił ją w firmie w biurze. Próbowała na różnych stanowiskach. Po kilku miesiącach zostawiała po sobie taki chaos, że później ci, co to odkręcali, po prostu płakali. Każda inna osoba z jej „umiejętnościami” wyleciałaby z posady już po kilku tygodniach.
W końcu została kierowniczką działu kadr. Tylko dzięki zastępczyni, starej wyjadaczce na tej posadzie, pracującej kiedyś w dużej firmie, jeszcze w czasach PRL-u, pani Oldze Iwanow dział ten jakoś funkcjonował.
Tak więc Kamczyk nie miał naturalnego następcy, któremu mógłby przekazać firmę. Bardzo ubolewał z tego powodu. Pozostawała mu tylko nadzieja, że może doczeka się wnuka, który będzie kontynuował jego dzieło. Zdawał sobie jednak sprawę, że ze względu na charakter córki i co tu ukrywać, niezbyt nachalną urodę, może to być trudne, dlatego z czasem obniżał swoje oczekiwania co do przyszłego zięcia.
Po ślubie nie było wesela. Jedynie krótkie przyjęcie dla świadków. Rodziców Marek nie zaprosił.
Pod koniec tego przyjęcia, ojciec oznajmił im, że kupił dla nich miesięczny rejs wycieczkowym statkiem po Karaibach. Wylot za kilka dni z Warszawy do Dominikany, z przesiadką w Paryżu. Statek odpływa z portu w stolicy Dominikany, Santo Domingo.
Oznajmił im też, że oczekuje od nich wnuka. I to w pierwszym podejściu.
To pierwsze podejście to już sprawa nieaktualna. W każdym razie kilka miesięcy po powrocie z podróży, Iwona oznajmiła ojcu, że jest brzemienna.
Niestety nie udało się utrzymać ciąży. Poroniła niespodziewanie w siódmym miesiącu. Wyłożyli duże pieniądze, aby poznać przyczynę utraty ciąży. Nic konkretnego nie stwierdzono. Badania genetyczne nie wykazały żadnych wad u nich obojga.
Jeden z lekarzy podejrzewał infekcje bakteryjną, możliwie nabytą w czasie kąpieli jakich zażywali w podróży poślubnej. Inni lekarze go wyśmiali. W każdym razie postanowili próbować dalej.
Dwie kolejne ciąże również zostały utracone. Lekarze zmienili diagnozę na poronienia nawykowe.
Ta sytuacja z ciążami i ciągłym naciskiem Kamczyka, aby się nie poddawali i próbowali dalej sprawiła, że między nimi zaczęło się wyraźnie psuć. Marek bardzo szybko zniechęcił się do współżycia z żoną. Zresztą nigdy tak naprawdę go nie pociągała. Iwona zaś poszła, jak to on określał na ilość.
Najzwyczajniej w świecie, nie mógł sprostać jej wymaganiom w łóżku. Nic im nie wychodziło. Nie zaszła więcej w ciążę. Oskarżała go o impotencję. Wysyłała na różnego rodzaju kuracje i karmiła masą przeróżnych leków przepisywanych przez uczynnych lekarzy, od których nagle zaroiło się wokół nich.
Marek od początku ich związku odkrył cudowny lek na jego problemy łóżkowe. Był nim alkohol. W miarę czasu doszedł do wniosku, że po prostu musi zwiększać dawkę tego lekarstwa. I tak też czynił.
Niestety, skutki uboczne jego ulubionego lekarstwa szybko dały o sobie znać. Opuścił się w pracy. Czasami był nieobecny przez kilka dni z rzędu. Szef laboratorium, inżynier Stasiak tolerował to, bo przecież nie miał innego wyjścia. Zresztą nie przejmował się tym. Zięć właściciela i tak według jego opinii, do niczego się nie nadawał. Taktownie nie zlecał mu żadnych istotnych zadań.
Marek niemal od początku dostał osobne pomieszczenie, w którym robił swoje eksperymenty z klejem. Na razie bez rezultatu.
Chociaż nie do końca bez rezultatu. Podczas gdy koledzy pod kierownictwem inżyniera Stasiaka ulepszali dotychczas stosowane kleje, on uparł się, że stworzy coś od nowa. Szybko doszedł do wniosku, że najlepiej kleić magnesy neodymowe zanim pokryje się je warstwą ochronną z niklu. Ponieważ neodym jest pierwiastkiem bardzo aktywnym postanowił to wykorzystać.
Jeszcze na początku swojej pracy w firmie przekonał teścia, aby zdradził mu, jaki to tajemniczy komponent dodaje do mieszanki przed jej sprasowaniem. Kamczyk długo się wahał, jednakże pod namową córki ugiął się i ujawnił, że jest to mieszanina platnerytu i dwóch półmetali, arsenu i antymonu. Nie zdradził jednak w jakich proporcjach przygotowuje mieszankę i co jest katalizatorem.
Marek wykorzystał amfoteryczność platnerytu, czyli ditlenku ołowiu, jaki znajdował się w magnesach Kamczyka i dopasował do tego bardzo aktywny klej cyjanoakrylanowy.
W warunkach laboratoryjnych uzyskał zadowalające rezultaty. Jednakże klej ten był bardzo nietrwały i nie nadawał się do wytwarzania na większą skalę. Do tego koszty jego wytwarzania były zbyt duże, aby jego zastosowanie było opłacalne.
Inżynier Stasiak przekonał Kamczyka do niewkładania pieniędzy w dalsze badania nad klejem Marka. Stary dał się przekonać, ale jednocześnie zezwolił Markowi dalej pracować nad tym klejem, ograniczając mu jednak drastycznie środki na ten cel.
Stasiak uzyskał tylko tyle, albo aż tyle, że prace Marka otrzymały osobny budżet i nie obciążały finansów laboratorium.
Było to na początku jego pracy w laboratorium. Ta decyzja teścia sprawiła, że praktycznie został odsunięty od prac zespołu. Miał czas i swój warsztacik tylko dla siebie. Inżynier Stasiak tylko formalnie był jego szefem. Wszyscy byli zadowoleni z takiego układu.
Nudził się okropnie. Zauważył, że szef nie czyni mu przeszkód, gdy chciał wyjść na miasto. Nie zwracał mu też najmniejszej uwagi, gdy nie przychodził do pracy przez kilka dni z rzędu.
Jednak czasami się tam pojawiał. Pracował raczej z nudów. Podczas jednego z takich dni, przeprowadzał pewien eksperyment z podgrzewaniem sklejonych, nieosłoniętych niklem magnesów w silnym polu magnetycznym.
W pewnym momencie, gdy temperatura magnesu przekroczyła dwieście stopni Celsjusza, sklejone połączenie rozerwało się, niszcząc obie klejone powierzchnie. Przerwał eksperyment bluźniąc soczyście. Poszedł do domu.
Następnego dnia pojawił się w pracy od rana. Tylko po to, aby wziąć zapomnianą poprzedniego dnia kurtkę, w której miał portfel z dokumentami i pieniędzmi. Gdy miał już wychodzić rzucił okiem na stanowisko, na którym przeprowadzał poprzedniego dnia eksperyment.
W świetle promieni słonecznych padających przez okno, zauważył złociste drobinki leżące pod zniszczonymi magnesami. Podszedł bliżej i przyjrzał się im uważniej. Wyglądały te drobinki jak ziarenka złota leżące wśród sczerniałych drobinek żużlu.
Przez następne trzy godziny wyjmował je skrupulatnie pincetą i odkładał do szklanej probówki. Był przekonany, że jest to złoto. Niestety nie miał, jak to sprawdzić
„Przydałaby się woda królewska” – pomyślał
Miał stężony kwas solny, ale nie miał kwasu azotowego. Przez chwilę zastanawiał się czy nie iść do kolegów po ten kwas. Szybko jednak zrezygnował z tego. Nie chciał, aby się dopytywali po co mu on.
Przypomniał sobie, że ma przecież rtęć. Złoto rozpuszcza się w rtęci tworząc amalgamat.
„Tylko w jakich proporcjach?” – zastanawiał się
Już pierwsza próba potwierdziła jego przypuszczenia
„Kurwa! Alchemikiem jestem!” – krzyknął ucieszony
Na szczęście nikt go nie usłyszał. Jeszcze tego samego dnia pojechał z resztą złotego proszku do zakładu jubilerskiego na Piotrkowskiej, Tak na wszelki wypadek, aby uzyskać potwierdzenie, że się nie myli. Nie mylił się.
„Zaimponuję staremu… Kocha złoto” – pomyślał
Już widział w myślach jak zaczynają go szanować i podziwiać. W pewnym momencie w jego marzenia wdarł się obraz żony
„Albo nie. Nic nikomu nie powiem. Jeśli wszystko pójdzie po mojej myśli, zniknę im z oczu. Uniezależnię się” – zdecydował
Minęła szesnasta. Zapłacił za kawę i koniaki. Wyszedł na zewnątrz. Przespacerował się przez Galerię i z niechęcią skierował się w kierunku taksówek. Kazał się zawieść do domu.
Taksówka zatrzymała się przed wjazdem na osiedle chwilę przed przyjazdem Iwony. Podczas gdy on wysiadał z taksówki, ona podjechała pod ich dom. Wysiadła z auta i czekała na niego.
„Gdzie byłeś?” – zapytała na przywitanie
„Wiesz, że szukam pracy, kochanie”
Nie odpowiedziała. On też nie podejmował rozmowy.
Od tego czasu jak zdecydował się zrealizować swój plan, postanowił być potulny jak baranek. Iwona z początku była zaskoczona jego odmianą. Zawsze się jej odszczekiwał. Robił awantury, gdy zwróciła mu na coś uwagę, a teraz od kilku miesięcy zrobił się uprzejmy, nawet grzeczny.
Przynajmniej raz w tygodniu podejmował inicjatywę w łóżku. Dawniej to ona musiała zaczynać. Pił co prawda jak dawniej, codziennie, ale się nie upijał.
Gdy niemal rok temu, spowodował pożar w laboratorium, musieli go zwolnić. Stasiak oznajmił im – albo ja, albo on. Od tego czasu nie otrzymuje wynagrodzenia. Iwona nie daje mu ani grosza. Co prawda żywi go i mieszka u niej, ale nie ma dostępu do pieniędzy. Zablokowała mu konto w banku. On jednak nie cierpi na brak gotówki. W końcu doszła do wniosku, że Marek musi mieć oszczędności.
Puki pracował zarabiał u nich sześć tysięcy brutto. Nie miał żadnych wydatków. Nie łożył na dom. Samochód formalnie jest firmowy. Tankuje też na kartę firmy. Nic, tylko ma odłożone pieniądze na jakimś koncie, o którym ona nie wie.
I tak też było. Od początku ich małżeństwa traktował je jako coś tymczasowego. O niej myślał tylko jak o dojnej krowie. Tak ją często nazywał w myślach.
Zaraz po ślubie założył sobie konto, o którym ona nie wiedziała. Podkradał jej pieniądze, odkładał tam swoją pensję. Jak go wyrzucili z pracy, w tajemnicy przed wszystkimi wynajął u jednego gospodarza za miastem warsztacik z małym mieszkankiem na górze. Zapłacił za rok z góry. Zaczął wyposażać w urządzenia kupowane częściowo na rachunek firmy teścia. Tam będzie niedługo wyrabiał złoto, tylko musi się od niej uniezależnić.
To, że teść domagał się od nich dziecka było mu nawet na rękę.
„Chce stary wnuka – to mu go spłodzę. Przyjdzie bachor, na świat, to tylko dobrze. Nie pozbędą się mnie tak szybko” – kalkulował sobie
Był przekonany o tym, że prędzej czy później, będą chcieli się go pozbyć. Nie pasował do nich. Nigdy nie zapytali o jego rodziców, czy innych krewnych.
Oni, to znaczy Kamczyk z córką też nie utrzymywali bliskich stosunków ze swoimi krewnymi. Nie mieli ich zresztą wielu. Kamczyk zraził ich do siebie, mówiąc, że wszyscy oni chcieliby tylko wydoić go z pieniędzy.
Ich życie towarzyskie ograniczało się do wąskiego kręgu bogatych znajomych, którym jednak pod względem majętności dużo do niego brakowało.
Tylko zaraz po ślubie towarzyszył im kilka razy z wizytą u znajomych. Potem zauważył, że robili wszystko, aby go zniechęcić do tych wizyt. Od początku odniósł wrażenie, jakby się go wstydzili. Nie nalegał. Był typem samotnika, który najlepiej czuje się we własnym towarzystwie.
W pracy też nie miał kolegów ani tym bardziej przyjaciół. Z tymi kilkoma w laboratorium utrzymywał poprawne stosunki, ale odmawiał grzecznie wspólnych imprez po pracy, zasłaniając się nawałem zajęć lub złym samopoczuciem.
Weszli do domu. Poszedł do swojego gabinetu. Usiadł przy biurku. I odczekał kilka minut. Unikał przebywania z nią, ile tylko się dało. Po chwili stwierdził, że już można iść do jadalni. Właśnie weszła tam Iwona. Zdążyła się przeprać. Usiedli przy stole. Każde z nich przy krótszym boku, naprzeciw siebie.
Iwona tak chciała zawsze spożywać posiłki. Widziała to na amerykańskich filmach i bardzo jej się to podobało.
Ten stół do jadalni był robiony na specjalne zamówienie. Nigdzie nie mogli kupić wystarczająco długiego. Nawet w IKEI takiego nie było.
Przy tym stole mogły wygodnie zasiąść dwadzieścia cztery osoby. Nie pamiętał czy zdarzyło się kiedyś, aby siedziało przy nim więcej niż sześć. Natasza wniosła pierwsze danie. Jedli jak zwykle w milczeniu. Potem w oczekiwaniu aż Natasza zmieni nakrycie Iwona zapytała go
„Znalazłeś coś?”
„Nie, kochanie. Wiesz przecież, że w tym kraju nie ma pracy dla ludzi z moim wykształceniem” – odpowiedział słowami bohatera ulubionego serialu telewizyjnego
„Nie denerwuj mnie! Moja cierpliwość się kończy. Pamiętasz, jak się umówiliśmy – albo zaczniesz zarabiać na siebie, albo się rozstaniemy”
„Jestem bliski podpisaniu umowy z jednym takim” – skłamał
„Z kim? – przerwała mu
„Nie chcę mówić, aby nie zapeszyć. Do końca miesiąca powinienem wszystko załatwić” – skłamał na odczepne.
Po posiłku, tak jak zawsze ostatnio, ona udała się do salonu oglądać telewizję, a on stwierdził, że chce jeszcze wysłać emailem kilka zapytań o pracę, tak na wszelki wypadek, chociaż już właściwie nie musi.
Nic mu nie odpowiedziała. Zamknął się w gabinecie. Wyciągnął z biurka butelkę whisky. Na stoliku, na którym rano zostawił nie zjedzone śniadanie znalazł przyniesione przez Nataszę szklaneczki.
Przejrzał kilka internetowych wydań gazet a potem zaczął oglądać filmiki na You Tube. Zajęło mu to kilka godzin. Pukanie do drzwi przerwało to interesujące zajęcie
„Proszę!”
„Czy przynieść panu coś do jedzenia? Pani już się położyła”
Natasza była już w szlafroku i najwyraźniej chciała mu dać do zrozumienia, że chciałaby już zakończyć swoje obowiązki na dziś. Chwilę się jej przyglądał z zaciekawieniem. Szlafrok Nataszy, był nieco rozchylony na piersiach
„Całkiem niezła. Ile ona może mieć lat? Jest dużo młodsza od Iwony” – zamyślił się patrząc na nią
Zauważyła to. Poprawiła szlafrok, przytrzymując ręką obie połowy pod szyją
„To jak z tym jedzeniem? Przynieść?” – ponowiła pytanie
„Nie. Dziękuje. Możesz iść spać”
Dalej próbował oglądać filmiki, ale niespodziewanie siadł Internet. Nigdy wcześniej się to nie zdarzało. Przeciwnie. O tej porze, po dwunastej w nocy był zawsze najszybszy. Sprawdził na wszelki wypadek połączenie z modemem. Wszystko było w porządku. Zastanawiał się czy czekać. Może to tylko chwilowe.
Poszedł do łazienki szykować się do spania. Po powrocie do pokoju nalał sobie jeszcze jedną szklaneczkę. Z niechęcią pomyślał o łóżku, spojrzał jeszcze raz na zegarek. Dwadzieścia po dwunastej. Iwona na pewno nie śpi.
Mimo że ich wzajemne stosunki były coraz gorsze, w łóżku, które w dalszym ciągu ze sobą dzielili, byli dla siebie bardzo mili. Zwłaszcza ona.
Skończyła niedawno czterdzieści dwa lata i nic nie wskazywało na to, aby jej wymagania seksualne uległy zmniejszeniu. Starał się coraz częściej przedłużać swój pobyt w gabinecie, aby zjawić się w sypialni, gdy będzie już spała.
Wtedy, niekiedy próbował ją budzić, niby próbując zachęcić ją do seksu. Dobrze wie, że gdy już uśnie, to wścieka się, gdy ją budzi. Iwona bardzo tego nie lubi. Gdy czasami robiła mu płaczliwe wymówki, że ją unika w łóżku, że już ją nie kocha, odpowiadał, że przecież bardzo chciał, na przykład wczoraj, ale ona już spała i nie pozwoliła się dotknąć.
Inną sztuczką, do której się uciekał, było wyprowadzenie jej z równowagi i spowodowanie krótkiej sprzeczki, tuż przed spaniem, po której zostawał na noc w swoim gabinecie. Tak jak wczoraj.
Gdy tak się zastanawiał co z tym Internetem, czekać aż się pojawi sygnał, czy iść spać, nagle odezwał się sygnał telefonu. Wydawało mu się, że jest dużo głośniejszy niż zwykle i jakiś taki złowrogi. Od razu przypomniał sobie rozmowę z wczorajszej nocy
„Halo! Słucham” – odezwał się niepewnie
Usłyszał ten sam miły, ciepły męski głos co wczoraj
„Dobry wieczór, panie Marku. Przerwano nam wczoraj. Czy możemy dzisiaj porozmawiać?”
„Przepraszam. Z kim mam przyjemność?” – przełamał strach i zapytał zdecydowanie
„To ja przepraszam. Nie zdążyłam się panu przedstawić. Nazywam się Jan Kowalski. Pan dzwonił do mnie wczoraj”
„Przepraszam. To była pomyłka. Zły numer wybrałem…”
„Nie wydaje mi się, żeby to była pomyłka. Szuka pan pracy, Prawda?”
„Prawda, ale…”
„Mam dla pana coś co pana na pewno zainteresuje” – przerwał mu
„W takim razie proszę podać adres firmy, Przyjdę jutro i złoże papiery” – chciał jak najszybciej zakończyć rozmowę
„Po co czekać do jutra. Załatwmy to teraz. Taka okazja nigdy więcej panu się nie trafi”
„Ale jak, przez telefon?”
„Czekam przed bramą wjazdową na osiedle. Siedzę w dużym czarnym Mercedesie. Pana żona już śpi. Służąca też. Może pan wyjść bez problemu. Pokażę panu, firmę. Podpiszemy umowę. Przywiozę pana do domu przed szóstą”
„Skąd pan taki pewien, że zgodzę się na pana warunki i podpiszę umowę?”
„Zgodzi się pan. Warunki są fantastyczne. Pensja też. Niech pan nie zwleka. Załatwimy wszystko szybko i przywiozę pana z powrotem jeszcze przed świtem”
„Dobrze. Ubiorę się i zaraz będę przed domem” – odpowiedział po krótkim namyśle
Samochód stał tuż przed bramą. Gdy zbliżył się do niego, otworzyły się przednie prawe drzwi. Ujrzał siedzącego za kierownicą mężczyznę o szczupłej twarzy z ciemnym, niemal czarnym zarostem. Lampa nad lusterkiem oświetlała tylko dolną część twarzy kierowcy. Kapelusz z szerokim rondem sprawiał, że jego oczy pozostawały w cieniu. Wyciągnął rękę w zapraszającym geście
„Bardzo się cieszę, że pan tu jest. Proszę niech pan wsiada”
Powiedział to łagodnym, ciepłym głosem znanym Markowi z telefonu. Marek, wsiadając zauważył, że na tylnej kanapie nikogo niema. Mężczyzna wyciągnął rękę na przywitanie
„Przepraszam, że podaję rękę w rękawiczce. Mam zrogowaciałą skórę na dłoniach. To od mojej pracy”
Przywitali się. Jego uścisk dłoni był zdecydowany i nadzwyczaj mocny.
Samochód ruszył niemal bezszelestnie.
„Dlaczego pan się fatygował do mnie o tak późnej porze?”
„Mogę wyjechać tylko w nocy. W dzień jestem bardzo zajęty. Wcześniej był pan nieosiągalny, ale porozmawiajmy o interesach. Wiem, że szuka pan pracy”
„Skąd pan to wie?”
„Zadzwonił pan na telefon zamieszczony w ogłoszeniu”
„Tak, ale skąd pan zna moje nazwisko. Zgodziłem się na spotkanie pana osobiście, ponieważ mnie pan zaintrygował”
„Nawiązał pan kontakt z panem Pomocnym”
„Pomocny?…Nie przypominam sobie takie nazwisko”
„Nie pamięta pan? Znalazł pan w Internecie takie ogłoszenie – „Potrzebujesz nowe dokumenty? Pomogę ci” – on je zamieścił”
„A! Tak. Przypominam sobie. Poprosiłem o kontakt”
Gość, który do niego zadzwonił odpowiedział na jego prośbę o kontakt. To było przed miesiącem. Obiecał zrobić mu fałszywe dokumenty. Dowód Osobisty, Prawo Jazdy i Paszport. Marek przekazał mu zaliczkę. Trzy tysiące złotych gotówką i swoje fotografie do tych dokumentów, specjalnie w tym celu zrobione.
Przekazał mu to wszystko na mieście, na parkingu przy Bałuckim Rynku. W umówionym miejscu zatrzymał się czerwony samochód z przyciemnionymi szybami. Okno w tylnych drzwiach uchyliło się nieznacznie i wysunęła się z niego ręka ubrana w czarną rękawiczkę. Wahał się podać kopertę z pieniędzmi i fotografiami. Usłyszał chrypliwy głos
„Na co pan czeka, panie Marku? Muszę natychmiast znikać stąd”
Zaskoczony podał kopertę. Samochód ruszył z piskiem opon i zniknął za rogiem. Odbyło się to tak szybko, że nie zdążył zauważyć jakiej marki było to auto.
Wieczorem dostał telefon z informacją, że wszystko powinno być gotowe w ciągu miesiąca.
„Pomocny jest moim dobrym znajomym. Od niego o panu wiem” – powiedział Kowalski przerywając jego myśli
„Zawiodłem się na nim. Obiecał mi dyskrecję”
„Zapewniam pana, że dyskrecja jest zachowana. Pracuję razem z Pomocnym. Można powiedzieć, że pracujemy w tej samej firmie. Po rozmowie z nim dałem ogłoszenie, które tylko pan mógł znaleźć na stronnie z ogłoszeniami o wolnych miejscach pracy”
Marek przestał słuchać co Kowalski mówi. Zaniepokoił go smród spalenizny który czuł od chwili wejścia do auta.
Myślał z początku, że to od rozgrzanych hamulców, jednak czuł teraz, że ten smród wyraźnie się nasila
„Czuję spaleniznę. Chyba coś złego dzieje się z pańskim samochodem” – zauważył
„Nie. Nic złego nie dzieje się z samochodem. Zbliżamy się do celu. Tu zawsze czuć ten zapach”
„Zapach” – Marek żachnął się w myślach – „Smród raczej”
Spojrzał na drogę. Dopiero teraz zaczął się jej uważnie przyglądać.
Po wejściu do samochodu, koncentrował się na rozmowie. Przyglądał się Kowalskiemu i nie zwracał uwagi, dokąd jadą. Teraz zdał sobie sprawę, że nie wie, gdzie są. Nie zna tej drogi.
Jechali bardzo wąską asfaltową drogą przez las. Droga nie miała poboczy. W świetle reflektorów zauważył, że jest to las dębowy i że nisko nad drogą, gałęzie drzew rosnących po jednej stronie, łączyły się z gałęziami drzew rosnących po drugiej stronie, tworząc wrażenie tunelu.
Droga, którą jechali jest niezwykle prosta. Samochód zwiększył prędkość. Drzewa po obydwóch stronach drogi zlały się w jedną czarną ścianę. Wrażenie jazdy tunelem powiększyło się. Smród spalenizny nasilił się jeszcze bardziej. Jechali w milczeniu. Marek ponownie poczuł niepokój, jak poprzednio w czasie rozmów telefonicznych. Już miał się zapytać, dokąd jadą, gdy nagle samochód zaczął gwałtownie zwalniać.
Po chwili droga się skończyła przed ozdobnie kutą, dużą bramą osadzoną w murze okalającym jakąś posiadłość. Brama otworzyła się jak tylko się do niej zbliżyli. Wjechali za ogrodzenie. Po obydwóch stronach alejki, którą teraz powoli jechali stały niskie, jednometrowej wysokości latarenki z żywym ogniem. Rozstawione były tak mniej więcej co dziesięć metrów.
Po kilkuset metrach zatrzymali się przed dużym, dwupiętrowym domem. Marek zauważył na tle nieco jaśniejszego nieba kilka smukłych wieżyczek. We wszystkich smukłych, wysokich i nieproporcjonalnie wąskich oknach było ciemno tylko przed drzwiami, przy których się zatrzymali, w specjalnych uchwytach płonęły dwa łuczywa.
Wysiedli z auta
„Kurwa, jak w filmie rysunkowym Disneya” – pomyślał
W jakiś dziwny sposób przestał się bać. Zdawał sobie z tego sprawę. Za to obudził w sobie niezwykłą ciekawość.
„Zapraszam do środka” – usłyszał za sobą
Doszli krótkimi schodami do dwuskrzydłowych, ozdobnych drzwi, które bezszelestnie otworzyły się na obydwie strony. W środku panował półmrok rozjaśniony niewidocznym źródłem światła. Znaleźli się w dużym owalnym pomieszczeniu wyłożonym kamienną posadzką. Marek poczuł chłód jak po wejściu latem do starego, gotyckiego kościoła.
Rozejrzał się. Przed sobą po lewej i po prawej stronie miał szerokie, biegnące łukami w górę schody z kutymi ozdobnie poręczami. Schody znikały za znajdującym się pośrodku, między nimi szybem windy.
Widział takie windy na filmach pokazujących początek ubiegłego stulecia. Szyb był zbudowany z kutej, przejrzystej konstrukcji, wzorem przypominającym ten z poręczy. W środku znajdowała się oszklona, wykonana z czerwonego drewna klatka windy, Oświetlona była słabą lampą wiszącą pod jej sufitem w ozdobnym kloszu.
Kowalski otworzył metalowe drzwi, a potem dwudzielne do kabiny. Gdy tylko je zamknął winda ruszyła szybko i bezszelestnie w dół.
To, że jadą w dół nie zdziwiło go ani trochę. Poprzez okna windy i ażurową konstrukcję szybu widział szybko umykające do góry jakby wykute w kamieniu skały.
Po pewnym czasie winda zatrzymała się. Nie potrafił powiedzieć jak długo zjeżdżali w dół. Kowalski otworzył drzwi i przepuścił go przed sobą
„Chyba zdajesz sobie sprawę, gdzie jesteśmy?”
„Tak. Spodziewałem się od pewnego czasu, że zabierasz mnie w to miejsce” – odpowiedział
„Doskonale. Nie muszę dalej udawać. Przejdźmy do rzeczy… Ale najpierw usiądziemy sobie gdzieś w przytulnym miejscu…Chodź za mną”
Przeszli ciemnym korytarzem kilkanaście metrów. Po obydwóch stronach było kilka par drzwi. Korytarz kończył się dosyć dużą salą, w której stały stoły i krzesła.
Zauważył, że wygląda to jak restauracja, był bufet z oszkloną dużą półką z alkoholami. Brakowało tylko okien i gości. Byli sami. Usiedli przy stole w pobliżu baru. Niemal natychmiast zjawił się przy nich kelner. Wyglądał tak, jak wygląda większość kelnerów
„Pozwól, że ja zamówię. Zobaczysz, będzie ci smakowało. Znam ten lokal i wiem co tu jest najlepsze do jedzenia i picia”
Marek nie protestował. Kowalski złożył zamówienie. Gdy kelner odszedł, zwrócił się do Marka
„Udało ci się wejść na teren zarezerwowany tylko dla nas…”
„Sam mnie tu przywiozłeś” – przerwał mu
„Nie to mam na myśli. Nie przerywaj mi… Przypadkiem udało ci się uzyskać złoto z ołowiu, a raczej z jego związków. Przyznaję, to nasza wina. Nasze zabezpieczenia są stare i nie adekwatne do dzisiejszych czasów. Podkreślam. Tylko my możemy je wytwarzać. Tym nielicznym… Bardzo nielicznym, którym na przestrzeni wieków się to udało przedstawialiśmy ultimatum. Zazwyczaj przyjmowali je. Teraz kolej na ciebie”
„Co to za ultimatum?”
„Zaraz się dowiesz, ale na początek ustalmy kilka faktów… Udało ci się kilka lat temu uzyskać kilka gramów złota. Potem powtarzałeś ten proces. W sumie na przestrzeni tych kilku lat, do czasu pożaru w ubiegłym roku, uzyskałeś niecałe piętnaście dekagramów złota, to jest około czterech i pół uncji, wartości około dwudziestu tysięcy złotych.
Koszty uzyskania tego złota wielokrotnie przekroczyły jego wartość. Jednym słowem – gra niewarta świeczki. Udało ci się ukryć te koszty, dzięki temu, że nikt nie kontroluje twoich wydatków w firmie, a twój teść zawsze przydzielał ci potrzebne pieniądze na rzekome badania nad klejem.
Dopóki trwało to tak, jak to trwało, tolerowaliśmy to. Mamy ważniejsze sprawy na głowach”
Przerwał. Dwie młode, śliczne kelnerki przyniosły zastawę. Podczas gdy ją ustawiały na stole, przyglądał się im. Bardzo mu się spodobała jedna z nich, wysoka szczupła brunetka. Taka dokładnie w jego typie. Gdy odeszły, Kowalski kontynuował
„W ubiegłym roku wpadłeś na to, aby znacznie zwiększyć pole magnetyczne z jednoczesnym wprowadzeniem go w ruch wirowy. Byłeś na właściwej drodze, aby uzyskać złoto w dużej ilości i do tego po niskich kosztach. Musieliśmy tym razem interweniować, stąd ten pożar. Twoja działalność się skończyła. Jednak nie na długo. Jesteś uparty. Wynająłeś garaż za miastem i wyposażasz go w niezbędne urządzenia. Według naszej wiedzy niedługo będziesz gotowy wznowić uzyskiwanie złota. Nie możemy do tego dopuścić.”
„Skąd wiesz o tym wszystkim?”
„My o wszystkim wiemy… Słuchaj dalej… Moi towarzysze postanowili cię wyeliminować…”
„Wyeliminować. Co to znaczy?” – przerwał mu
„To znaczy zgładzić cię… Nie przerywaj mi… Pamiętasz ten wypadek samochodowy co miałeś na Limanowskiego? Tę ciężarówkę co jechała prosto na ciebie?”
„Pamiętam. Wjechałem w latarnię. Rozbiłem moje BMW”
„Ciesz się, że to się tak skończyło. Moi towarzysze chcieli cię zgładzić. Mówiłem ci o tym przed chwilą…To ja cię uratowałem. Pomyślałem, że mi się przydasz do realizacji moich planów. Oczywiście pod warunkiem, że przyjmiesz moje ultimatum… Lub nazwijmy to inaczej. Pod warunkiem, że zawrzemy pewną umowę. Skorzystasz na tym”
Te same dwie kelnerki podjechały z wózkiem, na którym stały zamówione potrawy. Zabrały się za nalewanie wina, do kieliszków które poprzednio postawiły. Brunetka pochyliła się nad nim, aby napełnić jego kieliszek. Poczuł zapach jej ciała. Coś wspaniałego. Zakręciło mu się w głowie. Uśmiechnęła się do niego. Pomyślał, że gotów byłby oddać duszę za nią. Jednocześnie zdał sobie sprawę, że nigdy, ale to naprawdę nigdy, żadna kobieta na niego tak nie zadziałała. Odprowadził ją wzrokiem, gdy odchodziła
„Słuchaj! Mówię do ciebie”
Kowalski przerwał mu marzenia, w które zdążył się już zagłębić
„Tak. Oczywiście słucham. Zamyśliłem się nieco”
„Musisz wiedzieć, że też mam swoich zleceniodawców. Otrzymałem zadanie, które nie mogę wykonać bez twojej pomocy”
„Jak miałbym ci pomóc?”
„Dowiesz się w odpowiednim czasie”
„Co ja z tego będę miał?” – zapytał żartobliwie udając kabaretowy szmonces
Kowalski zaśmiał się. Po chwili, gdy się uspokoił kontynuował rozbawionym głosem
„Pewnie oczekujesz ode mnie pytania – „Co chciałbyś w zamian?” – Nic z tego”
Jego głos stał się nagle złowieszczo poważny
„Pamiętaj, że to ja stawiam warunki w tej umowie. Ale nie martw się. Mówiłem, że nie stracisz na tym. Musisz zaniechać wytwarzania złota… W zamian, już za kilka dni dowiesz się, gdzie ukryte są duże ilości złota.
Słyszałeś zapewne o Złotym Pociągu który Niemcy ukryli pod koniec ostatniej wojny w okolicach Wałbrzycha?”
„Słyszałem, ale nie wierzę, że to prawda”
„Słusznie, nie ma żadnego pociągu ze złotem. Twoim zadaniem jest przekonywanie ludzi, że taki pociąg istnieje”
„Nie rozumiem. Skoro go nie ma, to jak mam przekonywać innych, że jednak istnieje?”
„Już niedługo staniesz się bogatym człowiekiem. Masz ze swoim bogactwem obnosić się w demonstracyjny sposób, aby ludzie to widzieli… W przyszłym tygodniu kupisz za bezcen całkowicie wyposażony warsztat jubilerski i kilkaset kilogramów złota w nim ukrytego. To złoto to kilogramowe sztabki złota należącego kiedyś do Banku Rzeszy Niemieckiej. Wybranym ludziom sprzedaż kilka sztuk i zapewnisz ich, że mogą mieć tego dużo więcej, jeśli zainwestują w ich wydobycie. W ten sposób uprawdopodobnisz legendę o Złotym Pociągu”
„Po co mam to robić?”
„To już moja sprawa. Ty będziesz wykonawcą mojej woli. Zapewnię bezpieczeństwo. Skieruję do ciebie nabywców z całego kraju i przypilnuję, żeby dobrze płacili. Wkrótce będziesz bogatszy od teścia… No to jak? Zgadzasz się?”
„A jak się nie zgodzę?”
„Nawet nie pytaj”
„OK! zgadzam się”
„No, to wypijmy za współpracę!”
Wypili wino stojące w kieliszkach. Gdy je odstawiali, przy Marku pojawiła się brunetka, aby je ponownie napełnić. Nie zauważył, kiedy podeszła. Zaskoczyła go.
Z wrażenia zgniótł trzymany kieliszek. Skaleczył sobie kciuka. Dziewczyna złapała papierową serwetkę i próbowała zrobić z niej opatrunek.
„Boże! Czuję się jak w niebie” – powiedział do niej
Uśmiechnęła się do niego
„Nie przesadzajmy z tym niebem” – wtrącił Kowalski – „Podpisz naszą umowę” Położył przed nim arkusz zapisanego papieru. Marek przez chwilę szukał po kieszeniach marynarki długopisu, nie spuszczając oczu ze stojącej obok dziewczyny
„Nie mam długopisu…”
„Nie szkodzi” – odrzekła dziewczyna
Ściągła mu z kciuka założony przed chwilą opatrunek z papierowej serwetki
„Wystarczy odcisk twojego kciuka” – odrzekła i pomogła mu w odpowiednim miejscu go przyłożyć.
Marek spojrzał na podpisaną w ten sposób przez siebie umowę. Czerwony odcisk niemal się jarzył. Przyglądał mu się chwilę, chciał przeczytać tekst nad nim. Nie zdążył. Kowalski zabrał papier i schował do kieszeni.
Marek spojrzał na kciuk. Ani śladu po skaleczeniu. Pytająco rozejrzał się za dziewczyną, ale już jej nie było przy nim.
„Późno już. Czas wracać na górę. Czeka tam na ciebie samochód. Kierowca odwiezie cię pod dom. Nie odzywaj się do niego. My się spotkamy za rok. Wykorzystaj dobrze czas który otrzymałeś”
„Przypomnij twojemu towarzyszowi, że czekam na obiecane dokumenty”
„Otrzymasz je wkrótce”
Droga do domu upłynęła mu bardzo szybko. Przyczyniła się do tego bardzo wygodna kanapa w samochodzie i sen, który go natychmiast zmorzył, gdy na niej zasiadł. Obudził go szorstki głos kierowcy
„Jesteśmy na miejscu”
Wysiadł zaspany. Dopiero po krótkiej chwili dotarło do niego wspomnienie tego co się stało. Spojrzał na zegarek. Dochodziła piąta. Otworzył kodem furtkę w ogrodzeniu. Po chwili stał przed wejściem do domu. Zastanawiał się chwilę, co go w nim spotka.
Dopiero po chwili uświadomił sobie, że przecież o tej porze zarówno Iwona jak i służąca śpią w najlepsze. Natasza wstawała zwykle koło siódmej, szykowała śniadanie dla Iwony, która budziła się dopiero o ósmej. On sam, od czasu jak przestał pracować wstawał nie wcześniej jak po dziesiątej.
Otworzył drzwi i cicho wszedł do środka. Udał się od razu do swojego pokoju. Rozebrał się szybko i od razu położył się na wersalce. Usnął niemal natychmiast.
Telefon buczał, jak oszalały. Zerwał się półprzytomny z wersalki. Chwilę czasu mu zabrało zlokalizowanie telefonu. Znalazł go w wewnętrznej kieszeni marynarki wiszącej na krześle „Halo!” – krzyknął wściekły
„Dzień dobry. Dzwonię z polecenia pana Pomocnego”
Poznał jej głos od razu, mimo że wczoraj w nocy powiedziała do niego tylko kilka słów. Pamięta te słowa doskonale – „Nie szkodzi” – i po chwili jedno zdanie – „Wystarczy odcisk twojego kciuka” – cudowny głos. Rozmarzył się.
„Halo!… Jesteś tam?” – zapytała, ponieważ się nie odzywał
„Tak! Tak!” – odrzekł pośpiesznie – „Przepraszam. Rozmarzyłem… To znaczy zamyśliłem się”
Zaśmiała się w cudowny sposób.
„Mam ci przekazać twoje nowe dokumenty. Czy mogę zaraz przyjechać do ciebie?”
„Tak. Oczywiście… Nie!!! Nie! Spotkajmy się na mieście!”
„Jak sobie życzysz. W takim razie czekaj na mnie za godzinę przy studzience na Placu Wolności. Podjadę czerwonym Porsche… Pa”
Rozmarzony przyłożył telefon do nosa. Wydawało mu się, że czuje przez niego jej zapach.
Wpadł do łazienki. Błyskawicznie wziął prysznic. Pobiegł na piętro do sypialni wyciągnąć czyste rzeczy z garderoby. Otworzył gwałtownie drzwi i w tym momencie obudził Iwonę
„Nie pracujesz dzisiaj, kochanie?” – zapytał zaskoczony
„Przecież sobota dzisiaj” – powiedziała zaspana
„Nie wiedziałem o tym”
„Oczywiście. Jak się jest bezrobotnym na utrzymaniu żony, to się dni tygodnia nie liczy” – odparła zgryźliwie – „Gdzie byłeś w nocy?! W twoim pokoju cię nie było!” – zaczęła krzyczeć
„Pracy szukałem!” – odkrzyknął
„Nie bądź bezczelny!… Myślisz, że jestem głupia?!… Czego się doczekałam” – zaczęła płakać – „Na dziwki w nocy wychodzisz… Wiedz, że miarka się przebrała. Wynoś się z mojego domu!”
Zignorował ją. Podszedł bez słowa do szafy i zaczął wyciągać czystą bieliznę i koszulę. Chwilę przeglądał krawaty, zastanawiając się który wybrać. Jednocześnie kątem oka obserwował żonę. Wiedział, że najbardziej nie znosi, gdy się nie słucha tego co mówi. Zaczął sobie pogwizdywać coś pod nosem.
„Gdzie się wybierasz? Mało ci było w nocy?”
Tym razem zapytała nieco spokojniejszym, zabarwionym ciekawością głosem. Zaskoczył ją tym, że nie zareagował, jak zawsze, gdy groziła mu wyrzuceniem z domu. Zwykle, gdy uciekała się do tej groźby, starał się łagodzić sytuację i przepraszał.
„Nie czekaj na mnie z obiadem. Nie wiem, kiedy wrócę” – rzucił beztrosko wychodząc z sypialni.
„Zaczekaj! Jeszcze nie skończyłam!” – usłyszał za sobą
Ubrał się błyskawicznie. W głowie miał teraz tylko jeden problem do rozwiązania. Jak dostać się z tego Zadupia – tak nazywał to osiedle – do Placu Wolności.
Spojrzał na zegarek. Minęło ponad dwadzieścia minut od rozmowy z brunetką. Na taksówkę o tej prze nie ma co liczyć. Myślał chwilę. Wychodząc, chwycił ze stolika w przedpokoju, leżące jak zwykle kluczyki od Mercedesa Iwony. Samochód stał przed domem. Po kilku minutach był już na Aleksandrowskiej. Spojrzał na zegarek.
„Zdążę” – pomyślał zadowolony
Telefon w kieszeni koszuli zaczął wibrować. Wyciągnął go i stwierdził, że to Iwona dzwoni. Odmówił podjęcia rozmowy.
Na Placu Wolności był kilka minut przed czasem. Zrobił dwa okrążenia szukając miejsca do zaparkowania. Nic nie znalazł. Zatrzymał auto na wprost wjazdu do bramy, kilkanaście metrów od studzienki.
„Mam to gdzieś jak wypiszą mandat. Niech Stara Małpa zapłaci” – pomyślał beztrosko
Wysiadł i od razu zauważył wyjeżdżające z Nowomiejskiej czerwone Porsche. Podbiegł w jego stronę. Zauważyła go. Wsiadł nieco zdyszany. Pochyliła się w jego stronę i pocałowała w policzek.
„Musimy stąd odjechać” – stwierdziła
Okrążyła Plac i wjechała z powrotem w Nowomiejską
„Dokąd jedziemy?” – zapytał
„Do mnie”
„Dokąd?!” – zapytał przerażony
„Nie bój się. Nie zrobię ci krzywdy” – odpowiedziała rozbawiona jego przerażeniem
„Nie boję się. Ale, gdzie to jest? Gdzie mieszkasz?… Chyba nie…”
„Nie. Nie tam, gdzie się pierwszy raz widzieliśmy. Tam byłam na zaproszenie… Pracuję dla nich, tak jak ty teraz. Mieszkam niedaleko stąd. Zaraz będziemy na miejscu”
Jechali Zgierską na północ. Ona skupiona była na prowadzeniu samochodu, on będąc cały czas pod wrażeniem jej urody i czując w dalszym ciągu jej pocałunek na policzku nie wiedział, jak się zachować. Wściekły był na siebie, że tak głupio zareagował, gdy powiedziała, że jadą do niej.
Po kilkunastu minutach skręciła w prawo w niedużą uliczkę. Zdążył przeczytać nazwę ulicy – „generała Bema”. Po kilkuset metrach zatrzymała się przed bramą nowo wybudowanego apartamentowca. Otworzyła ją pilotem i wjechali na dziedziniec a potem w dół do garażu pod budynkiem.
Bezpośrednio z garażu udali się windą na ostatnie piętro. Otworzyła drzwi i od razu znaleźli się w ogromnym, nowocześnie urządzonym salonie. Naprzeciwko wejścia było duże okno z wyjściem na taras.
„Chodź, zobacz, jak tu pięknie”
Wzięła go pod rękę i zaciągnęła na taras. Pod nimi rozpościerał się widok na wierzchołki drzew rosnących tuż pod oknami
„Podoba ci się”
„Bardzo”
Wzięła go pod rękę i wrócili do salonu. Pchnęła go delikatnie na kanapę. Usiadł wygodnie w miękkich poduszkach. Podeszła do stylowego sekretarzyka i z szuflady wyciągnęła skórzaną, czarną aktówkę. Po chwili usiadła na kanapie, przytulając się do niego
„Tu są nasze dokumenty”
„Nasze?”
„Tak. Moje i twoje… Też zaczynam nowe życie”
Wyjęła z aktówki dwie duże koperty. Na jednej było napisane „Marek Daczyński”. Wręczyła mu ją. Szybko przejrzał zawartość. Najbardziej ucieszyło go Prawo Jazdy. Coś go jednak zaniepokoiło w tych dokumentach. Nie wiedział jednak co. Oglądał Dowód Osobisty i Prawo Jazdy jeszcze chwilę
„No, tak. Jestem nie podobny do siebie na fotografiach” – zwrócił się do niej
Obejrzała je z zaciekawieniem
„Może troszkę. Wydaje mi się, że na zdjęciach wyglądasz lepiej niż w rzeczywistości” – powiedziała to jakby żartem. Zaśmiał się. Odwrócił się do niej i pocałował w policzek
„Dziękuję ci…” – przerwał, nie wiedział nawet jak ma na imię
„Mógłbyś ładniej podziękować” – powiedziała nadstawiając usta do pocałunku
Dopiero dwie godziny później, gdy wstawał z łóżka, aby pójść do łazienki, zadał jej pytanie, które powinien zadać dużo wcześniej
„Słuchaj, ja przecież nic o tobie nie wiem. Nie wiem nawet jak masz na imię”
„W salonie, na kanapie leży koperta z moimi dokumentami. Zapoznaj się z nimi”
Po wyjściu z toalety poszedł do salonu. Znalazł kopertę. W drodze do sypialni rzucił okiem na widniejący na niej napis „Hanna Ochman-Daczyńska”. Jeszcze nie dotarło do jego świadomości jej nazwisko. Zanotował w głowie przede wszystkim imię. Dopiero jak wszedł do łóżka zrozumiał, a raczej podejrzewał, że rozumie znaczenie podwójnego nazwiska
„Haniu, czy ja dobrze zrozumiałem…”
„Tak, kochanie. Jestem twoją żoną” – przerwała mu
Gdy minął szok opowiedziała mu o sobie.
Urodziła się we wrześniu tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego trzeciego roku, a więc ma dwadzieścia pięć lat. Dzisiaj wie, że jej biologiczna matka po porodzie porzuciła ją w lesie.
Jej przybrani rodzice znaleźli ją ósmego września na spacerze w lesie w Arturówku. Ten dzień wpisano później w metryce jako dzień jej urodzin. Oczywiście zawiadomili pogotowie i policję. Potem wszystko potoczyło się tak jak zazwyczaj podobne sprawy się toczą. Trafiła do domu dziecka, ale była tam niecały rok.
Państwo Klara i Adam Ochman, którzy ją znaleźli, wystąpili o jej adopcję. Ponieważ byli stateczną, zamożną, bezdzietną parą – posiadali dobrze prosperujący zakład jubilerski – po pewnym czasie uzyskali na to zgodę.
Nadali jej imię Hanna. Otrzymała ich nazwisko. Może powiedzieć, że miała szczęśliwe dzieciństwo. Mieszkała z nimi w domku przy ulicy Kreciej, niedaleko miejsca, gdzie ją znaleźli. Do ubiegłego roku nie znała prawdy o swoim pochodzeniu. Ukrywali przed nią, że jest adoptowana. Rok temu skończyła studia na Wydziale Filozoficzno-Historycznym Uniwersytetu Łódzkiego. Otrzymała dyplom magistra Historii Sztuki. Chciała studiować dalej. Niestety, szczęście ją opuściło.
Jej przybrani rodzice, jeszcze tego samego roku, zginęli w wypadku samochodowym. Dalsi krewni, z którymi państwo Ochman nie utrzymywali żadnych stosunków, wykorzystali błędy w zapisie testamentowym, w rezultacie czego Hanna nie otrzymała ani grosza. To wtedy, w czasie spotkania u notariusza dowiedziała się, że Ochmanowie ją adoptowali. Szok jaki doznała, sprawił, że zaniechała walki o spadek.
Krewni zażądali, aby opuściła dom, w którym spędziła całe swoje życie. Została praktycznie bez grosza. Tego dnia, kiedy wyrzucono ją z domu i nie miała gdzie się podziać, postanowiła skończyć ze sobą. Poszła w to miejsce, w Arturówku, które często odwiedzała ze swoimi rodzicami. Zawsze mówili jej, że w tym miejscu spotkało ich największe szczęście w życiu. Dzisiaj domyśla się, że tam ją znaleźli.
Przyniesiony ze sobą sznur zamocowała na gałąź pobliskiego drzewa. Wspięła się na jego konary, zrobiła pętlę ze sznura. Starannie sprawdziła, czy sznur jest dobrze umocowany i czy nie jest za długi. Włożyła głowę w pętlę i gdy już miała skoczyć u dołu drzewa pojawiła się stara kobieta
„Powstrzymaj się Haniu. Jeszcze nie wszystko stracone. Jest ktoś kto ci pomoże”
„Mnie już nikt nie pomoże” – odpowiedziała i skoczyła
Przytomność odzyskała w łóżku, w maleńkim ciemnym pokoiku. Stara kobieta ocierała jej szyję mokrym ręcznikiem. Czuła, że pali ją skóra na szyi. Poruszyła ostrożnie głową, potem nogami. Zrozumiała, że nie wyrządziła sobie poważnej krzywdy. Nie unosząc głowy rozejrzała się dookoła.
Równie stary mężczyzna, co kobieta krzątająca się przy niej, zajęty był czymś przy niewielkim stoliku stojącym pod małym okienkiem. Szykował napój, który jej po chwili podał. Jakieś zioła, po których natychmiast poczuła się lepiej. Kobieta po chwili podała jej kartkę, na której zapisany był numer telefonu
„Zadzwoń pod ten numer jak odpoczniesz, a teraz postaraj się zasnąć”
boje wyszli z pokoju. Rozejrzała się dookoła. Na stoliku obok łóżka leżała jej torebka, obok jej telefon. Sprawdziła na nim godzinę. Dochodziła dziewiąta wieczorem. Poczuła gwałtowną senność. Próbowała z nią walczyć. Chciała wstać i korzystając z nieobecności gospodarzy wymknąć się z domu. Nie dała rady. Po chwili zapadła w głęboki sen.
Obudził ją jakiś niepokój. Nie potrafiła określić o co chodzi. W pokoju panował mrok rozjaśniony wpadającym przez okno blaskiem księżyca w pełni. Panowała absolutna cisza. Ta cisza jeszcze bardziej ją zaniepokoiła niż ten niesprecyzowany niepokój, z którym się obudziła. Czuła, że już nie uśnie. Leżała z otwartymi oczami i zaczęła się zastanawiać, gdzie jest.
Pamiętała starszą parę, która wcześniej zajmowała się nią w tym pokoju, ale nie mogła sobie przypomnieć, jak się tu znalazła. To, że chciała się powiesić, nie musiała sobie przypominać. Pamięta o tym cały czas. Ma w pewnym sensie żal do tej kobiety, że jej w tym przeszkodziła. Po chwili przypomniała sobie o tym, że starucha upomniała ją, aby zadzwonić gdzieś. Przypomniała sobie kartkę z numerem telefonu. Wyraźnie jaśniejsza plama na tle ciemnego stolika przy łóżku okazała się tą kartką. Wzięła ją do ręki. Oświetliła telefonem. Przy okazji zauważyła, że minęła trzecia. Wybrała numer z kartki
„Jak dobrze, że pani dzwoni” – usłyszała miły, ciepły męski głos
Zaskoczyło ją, że odebrał telefon od razu po pierwszym sygnale, właśnie w chwili, gdy zamierzała przerwać dzwonienie, z powodu późnej pory.
„Przepraszam pana. Nie zauważyłam, że jest tak późno. Zadzwonię jutro”
Chciała przerwać rozmowę, ale zdążyła usłyszeć
„Ależ nic nie szkodzi! Czekałem na pani telefon, pani Hanko”
Zaintrygował ją
„Skąd zna pan moje imię?” – zapytała ostrożnie po krótkiej chwili
„Od tych miłych ludzi, którzy się panią zaopiekowali. Proszę nie robić im wyrzutów, że zajrzeli w pani dokumenty. Uratowali pani życie”
„Nie prosiłam ich o to. Mam swoje powody, dla których chcę je sobie odebrać” – odparła zaczepnie
„Zapewniam panią, że nie ma pani żadnych powodów. Właśnie o tym chcę z panią porozmawiać”
„Jutro porozmawiamy”
„Po co czekać do jutra. Mam dla pani dobrą wiadomość, która na zawsze odmieni pani życie. Niech pani wstanie z łóżka i przyjdzie do mnie. Czekam na panią w pobliżu w samochodzie”
„Boję się wychodzić o tak późnej porze, a poza tym nie wiem, gdzie jestem”
„Jest pani w domku tej sympatycznej pary. Dwieście metrów od niego na rogu Skrzydlatej i Żuczej czekam na panią w czarnym Mercedesie. Nie ma się pani czego bać. Drogę oświetla księżyc. Pani gospodarze śpią głębokim snem.”
Zastanawiała się chwilę. Właściwie nie ma nic do stracenia. Czy się sama zabije, lub czy zrobi to z nią ktoś inny w tym lesie, nie ma dla niej żadnego znaczenia.
„Dobrze. Ubiorę się i zaraz tam będę”
Potem opowiedziała Markowi o podróży wąską drogą przez dębowy las i o jeździe windą w dół. W miarę jak opowiadała zrozumiał o co chodzi. Nie przerywał jej. Na dole w znanej mu restauracji tajemniczy mężczyzna, który przedstawił się Hannie jako Jan Kowalski, przedstawił ją adwokatowi Pomocnemu. Imienia nie zrozumiała.
Pomocny poinformował ją, że przez przypadek dowiedział się o tym jak straciła cały spadek po rodzicach z powodu formalnego błędu w testamencie. Również przez przypadek dowiedział się, że istnieje druga część tego testamentu. Otóż, państwo Ochman przyszykowali dla niej niespodziankę. Tą niespodzianką jest prezent dla niej który otrzyma w dniu ślubu. Jest to luksusowe mieszkanie w Łodzi i całkiem spory posag. O tej części testamentu nie było mowy, gdy spotkała krewnych u notariusza. Krewni byli w zmowie z notariuszem i postanowili zataić to przed nią. Mają odczekać jakiś czas. Po jej śmierci, która ma nastąpić przed jej ewentualnym zamążpójściem, będą mogli w legalny sposób przejąć mieszkanie i posag.
„Jeśli pani się zgodzi i podpisze dla mnie pełnomocnictwo to obiecuję uratować to co się pani należy”
„Nie mam ani grosza na życie. Tym bardziej nie stać mnie na adwokata” – odparła
„Nie oczekuję od pani zapłaty. Powiedzmy, że będzie to przysługa za przysługę”
„Jakiej przysługi oczekuje pan ode mnie?”
Pomocny spojrzał na Kowalskiego. Milczeli chwilę
„Czy ma pani chłopaka? Mam na myśli, kandydata na męża…” – zapytał Kowalski
„No wie pan!” – oburzyła się – „To nie pańska sprawa”
„Myślę, że teraz jest to nasza wspólna sprawa. Musi pani być mężatką, aby odzyskać spadek. My chcemy pomóc”
„Nie mam” – odpowiedziała spuszczając głowę
„No i nie ma pani, gdzie pójść… Zrobimy tak. Mamy tu część hotelową. Zostanie tu pani do jutra. Jutro wprowadzi się pani do swojego już mieszkania. Potem omówimy szczegóły. Za kilka dni wezwiemy panią do nas na kilka godzin. Będę miał tu spotkanie z pewnym młodym człowiekiem. Pokażemy go pani w ten sposób, że obsłuży nas pani przy tym samym stoliku jako kelnerka, a po spotkaniu będziecie małżeństwem”
„Jak to?! Nic nie rozumiem?”
„Spokojnie. Tylko formalnie będzie pani mężatką. Dostanie pani dokumenty potwierdzające zawarcie małżeństwa. Zmienimy pani nazwisko…”
„Chcę zachować nazwisko rodziców”
„Nie ma sprawy. Może mieć pani nazwisko dwuczłonowe.”
Hanna zastanawiała się dłuższą chwilę podczas gdy Pomocny i Kowalski wyczekiwali niecierpliwie na jej odpowiedź.
„Dobrze! Zgadzam się… co mam robić?”
„Podjęła pani słuszną decyzję” – odrzekł z zadowoleniem Kowalski – „Jest już późno. Podpisze pani upoważnienie do reprezentowania pani we wszystkich sprawach przez pana Pomocnego i na dzisiaj to wszystko. Jutro poinstruujemy panią co dalej. Oto nasza umowa i wspomniane upoważnienie”
Kowalski położył przed nią dwie zapisane drobnym pismem kartki. W tym samym momencie pojawiła się u jej boku młoda kobieta, najwyraźniej sekretarka Kowalskiego. Postawiła przed nią starodawną podstawkę z atramentem w kałamarzu i starym piórem ze stalówką maczaną w atramencie.
Hanna zdziwiła się trochę, że takie coś jest jeszcze używane. Widziała coś podobnego na starych ilustracjach w muzeum.
Wzięła pióro do ręki, umoczyła w atramencie i już miała złożyć podpis, gdy zauważyła spory paproch na czubku stalówki. Odruchowo strąciła go wskazującym palcem lewej ręki, kalecząc się przy tym.
Ogromna kropla krwi spadła na leżący papier. Nie poczuła bólu. Ze słowami przeprosin za swoją niezdarność pośpiesznie chciała zetrzeć krew z dokumentu. Pogorszyła tylko sytuację przenosząc część krwi na drugi papier
„Co za niezdara ze mnie!”
„Ależ nic nie szkodzi. Niech pani tylko podpisze obok”
„Tak więc, wiesz już o mnie wszystko” – zakończyła swoją opowieść
Marek był zawiedziony. Próżność nakazywała mu wierzyć, że ta wspaniała dziewczyna oczarowana była jego osobą, a tymczasem ona wykonuje tylko polecenia tamtych dwóch.
„Pomyliłem się. Myślałem, że coś zaiskrzyło między nami, a ty tylko…”
„Nie pomyliłeś się. Gdy mi o tobie opowiadali byłam przekonana, że w jakiś sposób sprzedaję się. Pocieszałam się, że przecież będziemy mogli się rozwieść. Nie wiem, jak oni to zrobili, ale gdy pierwszy raz ujrzałam cię, zrobiłeś na mnie duże wrażenie. Nie chcę rozwodu”
„Widzisz, ja jestem żonaty. Powinienem ci o tym wcześniej powiedzieć”
„Wiem o tobie wszystko. Znam cały twój życiorys”
Siedzieli przez kilka minut w milczeniu. Marek w pewnym momencie zerwał się i zaczął się ubierać. Potem przeszedł do salonu i szybkim krokiem zaczął chodzić od ściany do ściany. Obserwowała go przez otwarte drzwi. Nie przeszkadzała mu. Włożyła szlafrok na gołe ciało i podeszła do niego, gdy zatrzymał się przy drzwiach na taras
„Co zamierzasz zrobić?” – zapytała
„Nie wiem”
„Jeśli nie chcesz mnie, to możesz odejść. Masz nowe dokumenty i pracuj dla nich w samotności. Mnie przydzielą z pewnością nowe zadanie. Mam im pomagać przez rok. Co będzie potem tego nie wiem”
„Ja też mam im pomagać przez rok”
Stali na tarasie dłuższy czas w milczeniu. Zaczęło się robić chłodno.
„Skoro mamy przed sobą rok, spędźmy go razem. Będzie nam łatwiej” – stwierdziła
„Masz rację, kochana” Objął ją i ucałował.
Po chwili wrócili do środka.
Po kilku dniach wrócił na Zielony Romanów do domu Iwony. Było koło południa. W domu była tylko Natasza
„Jak dobrze, że pan zdążył. Pani kazała zmienić zamki w domu. Za godzinę przyjadą fachowcy i je zmienią. Nie poszłam dzisiaj na zakupy. Pani kazała na nich czekać”
„Przyszedłem po swoje rzeczy”
„Pani kazał mi je spakować i wystawić przed drzwi. Właśnie miałam to zrobić”
„Wejdę tylko do mojego pokoju po drobiazgi”
„Niech się pan pospieszy. Pani zabije mnie jak się dowie, że pana wpuściłam”
W pokoju nie znalazł nic na czym by mu zależało. Przez chwilę zastanawiał się, czy nie zabrać laptopa, ale szybko zrezygnował z tego pomysłu. Usiadł przy biurku. Wyciągnął telefon. Wybrał numer Iwony. Odezwała się niemal natychmiast.
„To już koniec z nami!” – krzyczała – „Nie chcę cię znać! Nie waż się pokazywać w moim domu! Rozmawiałam z adwokatem. Sprawa rozwodowa jest już zakładana!”
„Uspokój się, kochanie”
To „kochanie” wymsknęło mu się tak z przyzwyczajenia
„Tylko nie „kochanie”. Zabraniam ci tak mówić do mnie! Gdzie jest mój samochód?! Złodzieju”
„Nie ukradłem go, tylko pożyczyłem. Zostawiłem na Placu Wolności. Pewnie tam stoi. Kluczyki kładę na biurku. Obok telefonu firmowego z którego po raz ostatni rozmawiam z tobą. Żegnaj i miej się dobrze. Pozdrów tatusia”
Gdy odkładał telefon, słyszał jeszcze jej wściekły głos
„Tatuś postara się abyś skończył w kryminale!”
Pożegnał się z Nataszą, która zaczęła płakać. Zabrał dwie spakowane walizki i udał się na zewnątrz osiedla Ogrody Romanów. Czekała tam na niego Hanna w samochodzie. Właśnie kończyła rozmawiać przez telefon
„Kowalski chce z nami rozmawiać przez Skype”
„Kiedy?”
„Dzisiaj w nocy, o pierwszej”
„Dobrze, że w twoim mieszkaniu jest Internet…”
„W naszym, kochany. W naszym mieszkaniu” – poprawiła go – „Musimy zaraz sprawić sobie laptopa”
„I telefon dla mnie”
Z trudem umieścił walizy na tylnej, maleńkiej kanapie samochodu. Po kilku minutach byli na Aleksandrowskiej. Jechali w kierunku centrum.
Do domu przyjechali wieczorem. Marek od razu zabrał się za konfigurowanie laptopów. Kupili dwa, aby móc używać je niezależnie od siebie.
Po dziesiątej wieczorem wszystko było gotowe. Zjedli późną kolację i czekając do pierwszej zabijali czas przeglądając Internet.
„Ciekawe, czy nas znajdzie na Skype” – zauważył Marek
„Znajdzie nas… Niestety, wszędzie nas znajdzie” – stwierdziła ze smutkiem
Punktualnie o pierwszej Marek został wywołany na Skype. Usiedli oboje przy laptopie. Kowalski po przeciwnej stronie był sam. Po wymianie kilku grzeczności Kowalski przystąpił do rzeczy. Oznajmił, że jutro, a właściwie to już dzisiaj po południu Marek znajdzie ogłoszenie o sprzedaży zakładu jubilerskiego wraz z domem jednorodzinnym
„Ten dom i zakład jubilerski należał niedawno do pani rodziców” – zwrócił się do Hanki – „Pani krewni sprzedają go teraz w wielkim pośpiechu”
„Co się stało? Mieli zachować to dla dzieci” – zapytała zaciekawiona
„Powiedzmy, że spotkało ich nieszczęście. Ciężka choroba bliskiej osoby. Operacja ratująca życie może być wykonana w Kanadzie, a to kosztuje. Potrzebują szybko zdobyć gotówkę”
„Myślę, że nie będą chcieli mnie jako kupca”
„Dlatego kupującym będzie pani mąż. Nie znają go”
„Nie mam ani grosza” – wtrącił Marek
„Twoja obecna żona ma wystarczająco dużo. Razem pracujecie dla mnie. A teraz słuchaj. Umówisz się z nimi. Obejrzysz dom i zakład. Będziesz miał ze sobą teczkę z gotówką. Zapłacisz im jedną trzecią tego co zażądają. Oburzą się, gdy im to zaproponujesz. Wtedy otworzysz teczkę i pokażesz gotówkę. To zawsze działa. Zgodzą się. Zabierzesz ich do notariusza celem spisania umowy. Notariuszem jest znany wam adwokat Pomocny. Adres do niego znajdziesz w Internecie. Za dwa dni bądźcie w garażu w domu na Kreciej. W garażu jak pani zapewne pamięta” – zwrócił się do Hanki – „Ojciec miał kanał do naprawy auta. W kanele jest półka z puszkami po olejach, jakieś narzędzia i inne drobiazgi. Za nią znajduje się zamaskowane wejście do pomieszczenia, w którym znajdują się kilogramowe sztabki złota. Tysiąc sztuk. Ludzie na widok złota głupieją. Ostrzegam was. Niech wam głupie myśli nie przychodzą do głów. Skończyłoby się to dla was tragicznie. Weście ze sobą pięć sztuk. Będą potrzebne, aby pokazać w telewizji”
„W telewizji?”
„Tak. W telewizji. Szczegóły poznacie w przyszłym tygodniu. Na dziś to wszystko”
Rozłączył się bez słowa pożegnania.
Długo nie mogli zasnąć tej nocy. Obudzili się niewyspani około południa. Marek poszedł pierwszy do łazienki. Przy goleniu zauważył, że zmienił się nieco na twarzy. Jego jasno-blond włosy wyraźnie ściemniały. Z początku uważał, że to tylko złudzenie spowodowane dosyć słabym oświetleniem. Jednak po goleniu poszedł do garderoby i z marynarki wyciągnął swój nowy Dowód Osobisty. Wrócił z nim do łazienki i zaczął porównywać fotografię w Dowodzie ze swoim odbiciem w lustrze. W tym momencie nadeszła Hanka
„Czy ja się zmieniłem na twarzy? Czy mnie się tylko tak wydaje?” – zapytał
Przyjrzała mu się przez zaspane jeszcze oczy
„Nieco się zmieniłeś, ale tylko na lepsze… Seks ze mną dobrze ci służy”
„W takim razie wracamy do sypialni poprawiać moją urodę”
Do przeglądania Internetu zabrali się trzy godziny później. Niemal natychmiast natknęli się na ogłoszenie krewnych Hanki.
Zadzwonił pod podany numer. Przedstawił się i po krótkiej rozmowie, w której oświadczył, że zależy mu na szybkiej transakcji i że płaci gotówką umówił się na następny dzień.
Pojechał na Krecią samochodem Hanki. Sprzedający, małżeństwo w średnim wieku już czekali. Przedstawili się Lech i Lucyna Koralkiewiczowie. Chcieli zacząć od pokazania dokumentów potwierdzających ich prawo do posiadłości i zakładu. Podziękował im grzecznie i odpowiedział, że nie zna się na sprawach związanych z kupnem domu, ale jeżeli się dogadają, to zaprasza ich do notariusza, który przejrzy papiery i sporządzi prawidłową pod względem prawnym umowę. On, oczywiście pokryje koszty z tym związane. Przystali na to.
Zaczęli od pokazania domu i działki. Dodali, że dom sprzedają ze wszystkim co się w nim znajduje. Marek poprosił o pozwolenie wykonania zdjęć. Chciałby przesłać je żonie, która niestety z powodu choroby nie może mu towarzyszyć. Zgodzili się. Zauważył, że w domu jest całe umeblowanie i wyposażenie. Koralkiewiczowie stwierdzili, że jeszcze nie tak dawno mieszkali tu ich tragicznie zmarli krewni, a oni nic w tym domu nie ruszali. Oczywiście jeżeli dojdzie do sprzedaży a on nie chciałby tych rzeczy, to są gotowi wynieść wszystko i wysprzątać dom.
Potem pokazali mu zakład jubilerski mieszczący się w piwnicy. Hanka uprzedziła go, że zakład rodziców tak naprawdę był warsztatem, w którym wyrabiali trochę złotej biżuterii, ale przede wszystkim srebrną biżuterię i galanterię, taką jak świeczniki, lichtarze i figury szachowe. Jednak nie trudnili się sprzedażą detaliczną. Mieli odbiorców w postaci sklepów jubilerskich kilku znanych sieci handlowych w całym kraju.
W warsztacie, były tylko narzędzia i drobne maszyny, formy odlewnicze i dwa piece gazowe. Jeden mniejszy, tyglowy do topienia metali. Drugi, nieco większy, domyślał się, służył do podgrzewania form.
W pustej kasie pancernej, do której zajrzał, byłe stemple do wybijania prób na wyrobach ze złota i srebra. Koralkiewiczowie przyznali, że niewielkie zapasy złota, srebra i kamieni półszlachetnych już spieniężyli.
Poprosił o pokazanie garażu. Wyjaśnili mu, że samochodu w nim niema, ponieważ uległ całkowitemu zniszczeniu w czasie tragicznego wypadku, w którym poprzedni właściciele stracili życie, ale jeżeli chce, to mu garaż pokażą. Nie mogli odnaleźć kluczy do niego. Trwało to dłuższą chwilę zanim się znalazły.
Garaż wypełniony był jakimiś starymi rupieciami. Pod ścianami stały stare rowery, lodówka i pralka. Zwrócił uwagę na kanał przykryty deskami. Korciło go, aby do niego zajrzeć. Schylił się nawet aby unieść deski, ale Koralkiewicz uprzedził go, ostrzegając, że się może ubrudzić smarami. Przyznał mu rację.
Wrócili do domu i oznajmił im, że jest zainteresowany kupnem, ale chciałby się skonsultować z żoną. Prześle jej zdjęcia i porozmawia z nią chwilę na osobności. To znaczy usiądzie w samochodzie i do niej zadzwoni. Odpowiedzieli, że oczywiście poczekają.
Hanka obejrzała zdjęcia. Powiedziała, że na pierwszy rzut oka wszystko wygląda tak jak wyglądało, kiedy opuszczała ten dom. Marek wrócił do czekających w napięciu Koralkiewiczów. Zapytał o cenę.
Wszystko przebiegło dokładnie tak, jak przewidział to Kowalski. Zgodzili się na proponowaną przez niego cenę. Zadzwonił na numer Notariusza Pomocnego i okazało się, że szczęśliwym zbiegiem okoliczności notariusz może ich przyjąć jeszcze dzisiaj za trzy godziny. Ponieważ mieli trochę czasu, zaprosił Koralkiewiczów na obiad do restauracji. Kiedy zobaczyli jego Porsche stwierdzili, że będzie trudno zmieścić się drugiemu pasażerowi na tylnej kanapie. Postanowili pojechać swoim autem.
W restauracji rozmawiali o niczym. Marek próbował dowiedzieć się, dlaczego sprzedają dom i zakład. Wspomnieli tylko, że muszą czym prędzej zebrać dużą gotówkę na leczenie syna i zaraz zmienili temat rozmowy. U Pomocnego wszystkie sprawy załatwili w dwie godziny. Marek przekazał im odliczoną sumę, odebrał klucze, opłacił notariusza i się rozstali.
Do domu wrócił około dziewiątej wieczorem. Mimo późnej pory Hanka bardzo chciała pojechać na Krecią. Zgodził się. Po dwudziestu minutach byli na miejscu. Hanka sprawdzała wszystkie pokoje i pomieszczenia. W szafach były ubrania rodziców i jej. Ale nie wszystkie. To samo dotyczyło innych przedmiotów należących do rodziców. Nie było stosunkowo nowego telewizora ani jej radia stereo. Zniknęły też jej gry komputerowe, niektóre książki i część drobiazgów bez materialnej wartości, ale do których czuła sentyment. W sypialni rodziców, w garderobie znalazła kartonowe pudełka ze zdjęciami rodzinnymi. Postanowiła je ze sobą zabrać.
Chciała koniecznie iść do garażu i wejść do kanału sprawdzić skrytkę ze złotem o której mówił Kowalski. Zapewniała Marka, że rodzice na pewno takiej skrytki nie mieli i do tego z taką ilością złota. Złoto i kamienie do działalności przechowywali w pustej teraz kasie pancernej w zakładzie. Nigdy nie było go tam w dużych ilościach. Marek z trudem odwiódł ją od zamiaru wejścia do kanału. Zrobią to jutro. W kanale jest brudno a oni nie mają odpowiedniego ubrania. Niechętnie, ale przyznała mu rację.
Około pierwszej wrócili do domu. Mimo późnej pory długo nie mogli zasnąć. Mimo to obudzili się zaraz po siódmej. Zjedli szybkie śniadanie. Marek ubrał stare spodnie i kraciastą koszulę. Hanka jak zawsze ubrała się elegancko. Zwrócił jej uwagę, że w takim ubraniu nie może wchodzić do kanału. Przyznała mu rację.
„Tam, na miejscu w moim pokoju, musi być mój stary dres, w którym biegałam po lesie, tam się przebiorę” – stwierdziła
Tak jak przypuszczała, jej stare ubrania, nieruszone leżały w garderobie za jej pokojem. Jak tylko się przebrała poszli do garażu. Marek znalazł robocze rękawice. Zaczął podnosić deski przykrywające kanał. Po chwili szedł na dół po wąskich stopniach. Teraz dopiero uprzytomnił sobie, że nie mają latarek.
W kanale było dosyć ciemno. Na szczęście Hanka przypomniała sobie, gdzie jest przenośna lampa warsztatowa. Znalazła ją i mu podała. Marek nie mógł znaleźć gniazdka, do którego mógłby ją podłączyć
„Wiem, gdzie ono jest. Schodzę do ciebie”
„Skąd wiesz o tym gniazdku w kanale?” – zapytał, gdy już podłączyli lampę
„Pomagałam ojcu odpowietrzać hamulce. Byłam tu na dole i mu pomagałam”
W świetle lampy zaczęli oglądać kanał. Był szeroki na jakiś metr. W jego drugim końcu stała zbita z surowych, teraz brudnych desek, otwarta szafka z trzema półkami. Zajmowała całą szerokość kanału. Stały na nich puszki z olejami i smarami. Jakieś butelki z ciemnymi płynami. Wszystko pokryte kurzem.
Marek spróbował poruszyć szafką. Zorientował się, że jest przymocowana do ściany. Hanka zaczęła zabierać z półek wszystko co na nich leżało i ustawiać na krawędzi kanału. Po chwili mogli wyjąć z szafki półki. Marek zaczął obmacywać tylną ścianę szafki. Okazało się, że są do nieduże drzwi które po pchnięciu lekko i bezgłośnie otworzyły się do środka znajdującego się z tyłu pomieszczenia. Kilka stopni prowadziło w dół. Zszedł pierwszy oświetlając sobie drogę. Hanka była tuż za nim.
Znaleźli się w pomieszczeniu dosyć niskim. Oboje musieli być nieco pochyleni. Pomieszczenie było dużo szersze niż kanał i długie na około trzy metry. W przeciwieństwie do kanału panowała tu niemal laboratoryjna czystość. Po lewej stronie stał niewielki metalowy stolik i krzesło. Po prawej, na podłodze stały nieduże, drewniane skrzyneczki w ciemno-zielonym kolorze. Miały one solidne metalowe uchwyty po obydwóch stronach. Na wierzchu czarną farbą było namalowane szablonem Godło Trzeciej Rzeszy. Orzeł wzorowany na orłach legionów rzymskich. W szponach trzymał wieniec ze swastyką w środku. Pod godłem znajdował się napis „DEUTSCHE REICHSBANK”.
Hanka zaczęła liczyć skrzynki
„Dwadzieścia sztuk” – stwierdziła
„Kowalski mówił, że znajdziemy tu tysiąc sztabek po kilogramie” – przypomniał Marek – „To znaczy…Zaraz… Tysiąc podzielić przez dwadzieścia to będzie…” – liczył chwilę
„Po pięćdziesiąt w skrzynce” – przerwała mu Hanka
Nie byli absolutnie zaskoczeni znaleziskiem, a mimo to byli nim bardzo podnieceni. Marek złapał najbliższą skrzynkę, aby ją przenieść na stół. Zaskoczył go jej ciężar
„No, tak. Wygląda tak niepozornie, a jednak to pięćdziesiąt kilo” – wystękał Marek
Hanka pomogła mu umieścić ją na stole. Chwilę się jej przyglądali. Niemal jednocześnie wyciągnęli swoje telefony i zrobili kilka zdjęć.
„Warto by coś położyć obok, aby zilustrować jej wielkość” – zauważyła Hanka – „Na górze, na tej starej pralce widziałam calówkę. Przynieś ją”
Marek już miał się po nią udać, ale zawahał się. Odwrócił się w stronę Hanki
„Nie otwieraj beze mnie”
Oderwała wzrok od skrzynki i spojrzała na niego. Dojrzał w jej oczach jakiś złowrogi błysk albo tylko tak mu się wydawało
„To moje złoto! W moim domu!” – wycedziła niemal szeptem.
Szybko się jednak zreflektowała i dodała łagodnym głosem zdobywając się na cudowny, jak zawsze u niej uśmiech
„Żartowałam, głuptasku. Przecież wiesz, że wszystko tu jest nasze. Nie obawiaj się. Nic nie ruszę bez ciebie”
Stał przez sekundę nieruchomo, zaskoczony jej reakcją, po czym wyszedł z pomieszczenia. Wrócił po chwili z calówką. Zanim położyli ją na stole, aby zrobić kilka zdjęć, Marek zmierzył skrzynkę a Hanka notowała jej wymiary w telefonie
„Długość, pisz…trzysta, Szerokość…”
„Co, trzysta?” – przerwała mu
„No, milimetrów”
„Mów w centymetrach” – zażądała
„Jak sobie życzysz, kochanie…Długość trzydzieści centymetrów, szerokość dwadzieścia pięć, wysokość osiem”
Potem zrobili zdjęcia z miarką leżącą obok.
„To, co? Otwieramy…” – powiedział
Górna część skrzynki była przykryta wiekiem na zawisach, zamknięta dwoma skobelkami, na których można by założyć kłódki. Jednak zamiast kłódek, zawiązane były cienkie druciki złączone ołowianą plombą z trudnym do odczytania stemplem. Zerwał je bez problemu.
Podniósł wieko. Pod brązowym, pergaminowym papierem, leżały w dwóch rzędach po pięć sztuk, sztabki złota. W pięciu warstwach.
Sfotografowali zawartość. Marek wyjął jedną sztabkę i podał Hance
„Piękna, prawda?” – zapytał
Po chwili sztabka leżała na stole. Zanim ją sfotografowali Marek zmierzył sztabkę a Hanka zanotowała wymiary
„Pisz w milimetrach… sto dwa na pięćdziesiąt… grubość… chyba dziesięć, nie raczej dziewięć milimetrów”
„To, dziesięć czy dziewięć?” – zapytała
„Trudno powiedzieć. To odlew. Powierzchnia jest nierówna”
Potem wykonali fotografie
„Zabierzmy wszystko do domu” – zaproponowała Hanka
„Nie!” – zdecydowanie zaprotestował Marek – „Kowalski powiedział wyraźnie. Tylko pięć sztuk”
„Boję się, że jak stąd wyjdziemy, to ktoś się może włamać”
„Myślę, że oni dobrze pilnują to miejsce”
Wyszli z pomieszczenia, starannie zamykając za sobą skrytkę. Ustawili z powrotem półki w szafce i wszystkie puszki na swoim miejscu. Potem przykryli kanał deskami. Przeszli do domu. Umyli się starannie. Hanka przebrała się. Odjeżdżając z Kreciej rozejrzeli się dookoła. Nie zauważyli nic podejrzanego.
Wrócili na Bema około trzynastej. W domu położyli sztabki na stole w kuchni i napawali się ich widokiem. Dopiero teraz zaczęli je oglądać dokładnie.
Na każdej sztabce wybite było Godło Rzeszy i napis: DEUTSCHE REICHSBANK, pod napisem inny napis: 1 KILO FEINGOLD, jeszcze niżej cyfry 999,9. Na samym dole numer: DR076441.
„Ciekawe, ile to jest warte?” – zastanawiał się Marek
„To chyba zależy, czy jako kilogram złota, czy jako historyczny obiekt numizmatyczny” – odpowiedziała Hanka
Przez chwilę milczeli, po czym niemal jednocześnie rzucili się do swoich laptopów
„Przecież w sieci są aktualne ceny złota” – stwierdził Marek
Nie minęło dużo czasu i wiedzieli już, że za kilogramową sztabkę można dostać ponad dwieście tysięcy złotych.
„To znaczy, że na stole mamy ponad milion złotych!… Boże Drogi, taki majątek!” – rozmarzył się Marek
„Nie mieszaj do tego Boga… Policzmy jaką wartość ma całość”
Nie zdążyli się za to zabrać. W telefonie Hanki odezwał się sygnał SMSu.
„Od Kowalskiego” – stwierdziła
„Nie musicie liczyć wartości tego co w garażu. Wkrótce będziecie mieli dwa razy więcej pieniędzy niż wartość tego co tam jest. Otrzymacie nowe instrukcje na SKYPE o pierwszej w nocy” – przeczytała głośno.
Rozejrzeli się z niepokojem po mieszkaniu. Ta sama myśl przebiegła im przez głowy. Czyżby byli obserwowani?
„Chodźmy do pokoju na kanapę” – szeptem powiedziała Markowi do ucha
Niemal na palcach wyszli z kuchni. Gdy już usiedli na kanapie i włączyli telewizor, dużo głośniej niż mieli to w zwyczaju, Hanka złapała ze stolika jakąś gazetę i ruszyła energicznie do kuchni. Marek, zaniepokojony ruszył za nią.
„Co się stało?” – zapytał
„Nic. Trzeba to przykryć” – odpowiedziała i nakryła sztabki gazetą
„To nie ma sensu”
„Być może, jednak nie zaszkodzi, jak przykryjemy” – odpowiedziała stanowczo
„Kochanie, źle z nami. Jesteśmy na najlepszej drodze, aby oszaleć”
Chyba się zreflektowała. Zatrzymała się bez ruchu wpatrzona w stół, w nakryte sztabki. Po chwili podniosła gazetę. Łamiącym się głosem odpowiedziała
„Masz rację. Nie wiem co robię… Nie wiem co dalej. Mam poszarpane nerwy. I teraz tyle czekania do pierwszej. Nie dam rady”
„To tylko” – spojrzał na zegarek – „To tylko niecałe dwanaście godzin. Zachowujmy się normalnie. Zrób obiad…”
„Nie dam rady!” – odparła histerycznie
Milczeli chwilę. Obserwował ją przez chwilę. Patrzyła w telewizor. Był pewien, że nie wie co ogląda
„Ubieraj się!” – zażądał – „Jedziemy do miasta!”
Spojrzała na niego posłusznie. Bez słowa przeszli do małego otwartego przedpokoju. Wkładali buty, gdy spojrzała na niego
„Zmień spodnie i włóż coś innego na siebie. Przecież nie pojedziesz w tym co miałaś w garażu” – zauważyła
Zgodził się z nią. Perspektywa wyjścia do miasta sprawiła, że wyglądała na odprężoną i uspokojoną. Ucieszył się, że nie jest z nią tak źle jak myślał. Przebrał się błyskawicznie. Gdy już byli w windzie i zjeżdżali do garażu rzekła zaniepokojona
„A, jak nas okradną, włamią się?” – zaniepokoiła się
„Jestem pewien, że pilnują swojego skarbu”
Marek prowadził. Udali się do centrum. Na Piłsudskiego zaparkował w podziemiu jednego z hoteli.
Przeszli do restauracji hotelowej. O tej porze nie było w niej prawie nikogo. Hanka stwierdziła, że nie chce jej się jeść. On też nie był głodny. Postanowili przejść się Piotrkowską.
Po kilkuset metrach byli na rogu Piłsudskiego i Piotrkowskiej. Przez chwilę zastanawiali się w którą stronę iść. W końcu ruszyli deptakiem w stronę Placu Wolności. Szli niemal bez słowa. Zatrzymywali się przy wystawach sklepowych. Hanka ożywiała się przy tych z ubraniami. Komentowała niektóre stroje na manekinach. Pytała go o zdanie. Przytakiwał dosyć obojętnie.
Nie rozumiała jego stosunku do ubioru. Przez te kilka dni od kiedy są razem zauważyła, że Marek ubiera się niestarannie, jak to określiła. Nie jest zainteresowany tym, aby ubierać się modnie.
Już pierwszego dnia ich znajomości, pojechali do sklepów kupić mu coś stosownego. Widziała, że męczył się przymierzając rzeczy, które znosiła mu do przymierzalni. Nie mogła od niego uzyskać żadnej pomocy w jej staraniach, aby dobrze wyglądał. Gdy podawała mu do przymierzenia na przykład koszulę i zagadywała
„Popatrz jaka ładna. Widzisz jaki ma modny krój kołnierzyka. Podoba ci się?”
„Może być” – odpowiadał
„Tylko – może być – czy podoba ci się?” – pytała wtedy zirytowana
„No, to podoba mi się” – odpowiadał cierpiącym głosem
Tak samo teraz, w czasie tego spaceru Piotrkowską. Przystawał przy wystawach razem z nią. Nie poganiał jej. Stali czasem przy jakiejś wystawie dosyć długo. Ona komentowała ubiory
„Co sądzisz o tym płaszczyku” – pytała, ale nie oczekiwała odpowiedzi.
On czasami odpowiedział coś bez sensu
„Tak oczywiście, kochanie”
Doszli w ten sposób do Placu Wolności. Marek spojrzał na zegarek. Dochodziła siedemnasta. Zdecydowali, że nie wracają do hotelu na pieszo. Oboje mieli już dosyć spaceru.
Właśnie zatrzymał się w pobliżu ryksiarz. Poczekali aż para którą przywiózł zapłaciła. Kazali się zawieść z powrotem Piotrkowską do Piłsudskiego. Potem doszli do hotelu, w którym zostawili samochód.
W restauracji na piętrze było sporo ludzi. Kelner zaprowadził ich do stolika przy oknie. Przyniósł menu. Długo nie mogli się zdecydować co wybrać. W końcu, gdy kelner podszedł do nich dyskretnie trzeci raz zdecydowali się złożyć zamówienie. Siedzieli w milczeniu. Tak samo w milczeniu zjedli podane potrawy.
Młoda kelnerka z wózkiem podjechała zabrać nakrycia, zaraz pojawił się kelner i zaproponował kawę i deser. Marek spojrzał na zegarek. Kwadrans po ósmej. Zdecydowali się na kawę i jakieś ciastka.
Wyszli z restauracji około dziewiątej. Zaproponował Hance kino. Zgodziła się chętnie. Też od czasu do czasu zerkała na zegarek i szukała jakiegoś sposobu na zabicie czasu. Kino wydało jej się dobrym pomysłem.
W pobliskim Silver Screen najbliższy seans zaczynał się za kilkanaście minut, o dwudziestej pierwszej. Kupili bilety, nie zastanawiając się nawet na jaki film. Przez kilka pierwszych minut starał się kontrolować akcję filmu. Jacyś Azjaci na zmianę strzelali do siebie a potem z jakiegoś powodu, ubrani w eleganckie garnitury ucinali sobie ręce i głowy mieczami samurajskimi. Zupełnie się pogubił w akcji już po kilku minutach. Może dlatego, że myślami był już w mieszkaniu i zgadywał przebieg czekającej ich rozmowy z Kowalskim.
Gdy po jedenastej wyszli z kina i siedzieli już w samochodzie zapytał
„Jak ci się film podobał, kochanie?”
„Nie wiem. O czym był?”
Jechali spokojnie i trochę okrężnymi ulicami. W domu byli o w pół do pierwszej. Hanka zrobiła kawę. Usiedli przy swoich laptopach. Zaczęli przeglądać widomości na internetowych wydaniach gazet. Punktualnie o pierwszej w Marka laptopie odezwał się sygnał Skype. Kowalski od razu przystąpił do rzeczy
„Jutro pojedziecie na tydzień w góry. Dokładnie do Plichowic do pensjonatu agroturystycznego „Natura” Macie już tam zamówiony pokój. Będziecie zwiedzać leżącą niecały kilometr dalej, Zaporę wodną na rzece Bóbr. Zapuścicie się też w tunele kolejowe wybudowane przez budowniczych Zapory. Nie są długie, ten najdłuższy ma mniej niż dwieście metrów. Kilka kilometrów od jego wylotu w kierunku miejscowości Nielestno „znajdziecie” te pięć sztabek, które oczywiście weźmiecie ze sobą z domu…”
„Jak to – znajdziemy?” – zapytał Marek
„Normalnie. Powiecie, że zwiedzaliście okolicę, zmęczyliście się, usiedliście z boku ścieżki na kamieniach i zauważyliście, że coś się błyszczy pod wystającymi korzeniami pobliskiego drzewa. Wydłubaliście to. Okazało się ze jest to poniemieckie złoto”
„Czy ktoś uwierzy w takie bzdury?”
„Jak pokażecie ludziom złoto, to we wszystko uwierzą”
„Przecież wtedy będziemy musieli je oddać Państwu Polskiemu! Znaleziska tego rodzaju są własnością Skarbu Państwa! Uczono mnie tego na studiach” – z nieukrywanym przerażeniem wtrąciła Hanka
„I o to chodzi. Zrobicie to z rozgłosem. Przypadkowo w tym samym pensjonacie będzie ekipa telewizyjna kręcąca reportaż o Zaporze. Zrobią z wami wywiad. I teraz uważajcie…Musicie wystąpić w nim ściśle według instrukcji…”
„Boże! Tyle złota oddać dobrowolnie” – jęknął Marek
„Nie mieszaj do tego Waszego Boga” – zwrócił mu uwagę Kowalski – „Słuchajcie uważnie… W wywiadzie stwierdzicie, że jesteście głęboko przekonani, że to na tym terenie Niemcy ukryli Złoty Pociąg. Pani Hanna stwierdzi, że jeszcze na studiach historii sztuki, interesowała się między innymi Bursztynową Komnatą z Królewca i jej zniknięciem. Już wtedy miała pani przesłanki podejrzewać, że została ukryta właśnie tutaj, gdzieś w okolicy obecnej zamkniętej niedawno, linii kolejowej między Lwówkiem Śląskim a Jelenią Górą, najprawdopodobniej w okolicach Wlenia. To tam znaleźliście złoto, które musi znajdować się w tym pociągu. Dokładnego miejsca znaleziska nie chcecie podać, ponieważ chcecie założyć Fundację poszukującą pociągu. Na razie, tą drogą, poprzez telewizję apelujecie o zgłaszanie się sponsorów”
„O ile pamiętam, to takich oficjalnych ekip poszukiwaczy w ostatnich latach było kilka” – zauważył Marek
„Zgadza się. Wystąpicie tak jak tamci o zezwolenie na poszukiwania i o dziesięć procent wartości znaleziska. Nie otrzymacie na to zgody. Będziecie składać odwołania. Wkrótce zgłoszą się do was sponsorzy. Co dalej robić dowiecie się po powrocie z Pilchowic. To na dzisiaj wszystko”
„Zaraz! Chwileczkę!” – krzyknął Marek – „Przecież jak pokażę się w telewizji to moja żona, teść i inni poznają mnie”
„Masz lustro w domu… Przejrzyj się w nim” – zakończył rozmowę Kowalski
Wszystko odbyło się według scenariusza uzgodnionego z Kowalskim.
Państwo Marek Daczyński i jego żona Hanna Ochman-Daczyńska, pokazali w jednym z wieczornych wydań Dziennika Telewizyjnego znalezione sztabki złota. Znaleźli je na wycieczce w pewnym lesie, gdy odpoczywali pod drzewem. Zauważyli, że coś się błyszczy pod korzeniami, zaczęli grzebać i wygrzebali te pięć sztuk. Zapewnili, że nie znaleźli nic więcej. Wyjaśnili, że pochodzą one najprawdopodobniej z osławionego Złotego Pociągu Ukrytego przez Niemców pod koniec wojny.
Pani Ochman-Daczyńska, historyk sztuki wyjaśniła, że w pociągu z dużą dozą prawdopodobieństwa znajduje się nie tylko złoto Banku Rzeszy, ale również kosztowności w postaci dzieł sztuki, wyrobów jubilerskich i złoto zrabowane na terenach okupowanej Europy, oraz słynna Bursztynowa Komnata z zamku w Królewcu.
Oczywiście nie chcą powiedzieć, gdzie znaleźli sztabki, ponieważ utworzyli właśnie Fundację, która zajmie się wydobyciem całego pociągu. To bardzo kosztowne przedsięwzięcie, dlatego liczą na zainteresowanie ewentualnych sponsorów. Poczynili już pierwsze kroki, aby uzyskać u władz państwowych odpowiednie zezwolenia na poszukiwanie i wydobycie pociągu, oraz oczekują na rządową gwarancję, że dostaną dziesięć procent wartości znaleziska. To wszystko zajmie na pewno sporo czasu. Chcą go wykorzystać na zgromadzenie potrzebnych funduszy. Dziennikarz przeprowadzający wywiad naciskał ich
„Wiemy, że byli państwo na wypoczynku w Pilchowicach nad Zaporą, to jest na Górnym Śląsku w powiecie gliwickim. Nasi koledzy redakcyjni, którzy przypadkowo mieszkali w tym samym pensjonacie co państwo, twierdzą, że uzyskali od was informację, że złoto znaleźliście w okolicy miejscowości Wleń. Czy to prawda?”
„Nie przypominam sobie abyśmy udzielali jakiejkolwiek informacji na ten temat komukolwiek” – oznajmił Marek – „W każdym razie nie zaprzeczamy i nie potwierdzamy ani tej plotki, ani żadnej innej”
„Co zamierzacie państwo uczynić ze znalezionym złotem?”
„Złoto nie należy do nas. Zamierzamy zwrócić je jedynemu prawowitemu właścicielowi, czyli Skarbowi Państwa Polskiego” – odpowiedziała beztrosko Hanna, chociaż dużo ją ta beztroska poza kosztowała.
Na tym wywiad zakończono. Pokazano jeszcze planszę z numerem telefonu do Marka i numerem konta bankowego Fundacji.
Kilka dni później, również w Dzienniku Telewizyjnym pokazano krótką filmową informację z uroczystości przekazania pięciu sztabek złota przedstawicielowi Ministerstwa Finansów. Pan Marek Daczyński i pani Hanna Ochman-Daczyńska otrzymali stosowne dyplomy i kryształowy wizerunek Godła Polskiego z plakietką, na której były wygrawerowane słowa podziękowania od Pana Prezydenta Rzeczypospolitej.
Niemal natychmiast po pierwszym reportażu, tym w którym pokazano sztabki, zaczęli się zgłaszać pierwsi sponsorzy. Olbrzymia większość z nich to były pojedyncze osoby gotowe zainwestować sumy od kilku tysięcy złotych do kilkuset. Uruchomili automatyczną sekretarkę, na którą przyjmowali zgłoszenia. W jednej z nocnych rozmów, Kowalski oznajmił im, że ci właściwi sponsorzy, którzy jego interesują, zgłoszą się do nich osobiście. Przekazał im dokładne instrukcje jak mają z nimi postępować.
Już następnego dnia częściowo przeprowadzili się do domu na Kreciej. Uporządkowali go na tyle, że mogli tam spędzać noce. Marek zapoznał się z bliżej z wyposażeniem warsztatu, obsługą pieców gazowych. W Internecie znalazł informację i instrukcje na temat topienia metali szlachetnych. Z oczywistych względów interesował się tylko przetopem złota.
W garażu Hanka nakręciła telefonem filmik, na którym wyraźnie widać wszystkie skrzynki, a potem Marek z maską na twarzy otwiera je wszystkie, wyciąga sztabki i układa z nich na podłodze piramidę.
Po nakręceniu filmu zapakowali wszystkie sztabki z powrotem. Dwie skrzynki zabrali ze sobą do domu. Sztabki umieścili w kasie pancernej, a puste skrzynki schowali do jednej z szaf. Tak jak przewidział Kowalski zaczęli zgłaszać się poważni sponsorzy. Byli to ci którzy nie uwierzyli w ich zapewnienia w telewizji, że znaleźli tylko pięć sztabek. No bo nikt nie byłby tak głupi, aby przyznać się do znalezienia takiego skarbu i lekką ręką oddać wszystko Państwu.
Zawsze „przypadkowo” zaczepiali ich, najczęściej Marka, na mieście, zapraszali gdzieś do jakiejś restauracji i wyrażali chęć kupna złota. Oczywiście Marek zaprzeczał, aby mieli więcej złota, ale robił to tak jakoś, bez przekonania. Utwierdzało to jeszcze bardziej chętnych do kupna, że mieli rację i że Marek znalazł więcej złota niż to pokazano w telewizji.
Marek w końcu dawał się przekonać, że ma do czynienia z poważnym, zamożnym potencjalnym „sponsorem”. Zapraszał go do domu. Pokazywał filmik z garażu. Zapewniał, że naprawdę jest możliwość wydobycia dużych ilości złota i że naprawdę poszukują sponsorów. Wtedy też pokazywał przyszykowaną wcześniej skrzynkę ze sztabkami. Pierwszych czterech sponsorów nabyło po kilkanaście sztuk sztabek płacąc za nie grubo powyżej ich wartości. Byli to właściciele dużych firm z dużymi obrotami, zatrudniający po kilkuset pracowników.
Oczywiście nie płacili gotówką. Każda transakcja zabierała kilka dni. Kupujący mieli swoich zaufanych prawników, którzy sprawdzali poufne umowy sporządzone przez prawnika reprezentującego Marka i Fundację, stosunkowo mało znanego w środowisku prawniczym, adwokata Pomocnego. Po sprawdzeniu prawidłowości wszystkich sporządzonych umów, część pieniędzy przelewano na konto Fundacji a znacznie większą część na zagraniczne konta Marka i Hanki na Wyspach Owczych, w Monako i na Taiwanie. Dopiero wtedy następowało przekazywanie złota.
Z tym, że nie sprzedawali sztabek. Zarówno kupujący jak i sprzedający byli zgodni, że w razie nieprzewidzianych wypadków, hitlerowskie złoto przepadłoby na rzecz Skarbu Państwa. Dlatego Marek proponował przetopienie złota na figurki szachowe. Przypadkiem każda odlana figurka ważyła niemal dokładnie jeden kilogram. Pod spodem figurki wybijał zerową próbę złota, oznaczającą wartość w karatach 24, czyli czystość 999,9. Kupujący sprawdzali prawdziwość złota u znanych sobie jubilerów, do których mają zaufanie. Nie było żadnej reklamacji.
W ciągu następnych kilku miesięcy sprzedali w ten sposób dwieście sztabek. Ich życie ustabilizowało się na wysokim materialnym poziomie. Marek kupił sobie drogi samochód, też Porsche, ale większe, model Panamera. Hanka zadowolona była ze swojego auta, wydawała za to dużo pieniędzy na kosmetyki, biżuterię i ubiory.
Nie mieli kłopotów. Brakował im tylko towarzystwa, nie mieli przyjaciół z którymi mogliby się spotykać, ale jakoś dawali sobie z tym radę.
Jednym z chętnym do kupna złota był Leon Kamczyk. Zanim się na to zdecydował, przygotował się bardzo dokładnie. Zawsze tak robił, gdy miał podjąć niezwykle ważną decyzję, o dużym znaczeniu finansowym. Zawsze dobrze na tym wychodził. No, może z wyjątkiem dwóch ostatnich prób ulokowania zasobów pieniężnych firmy. Stracił na nich w sumie ponad dwadzieścia milionów złotych. Dzięki kreatywności jego prawników i działu finansowego firmy, w znacznym stopniu udało mu się zmniejszyć straty.
Co prawda stanowczo postanowił sobie, że już nie będzie angażował pieniędzy firmy w sponsorowanie podobnych projektów jak te dwa ostatnie, ale to co zobaczył pewnego wieczoru w Dzienniku Telewizyjnym sprawiło, że sprzeniewierzył się swojemu postanowieniu.
Tym czymś, tak jak wtedy, było złoto. Realne złoto pokazane przez jakąś parę. Namacalne. Nie jakieś obietnice, wydobycia złota z pociągu ukrytego gdzieś w tunelach koło Wałbrzycha. Prawdziwe niemieckie złoto.
„Idioci, lekką ręką oddali dobrowolnie pięć kilogramów złota Państwu!… To się w pale nie mieści!” – rozmyślał w ten sposób od czasu tego reportażu – „Muszą mieć tego znacznie, znacznie więcej, skoro tak lekko oddali pięć kilo”
Nie mógł spać po nocach. Kłopoty z córką, którą opuścił mąż stały się nagle nie istotne. Zresztą uważał, że sama sobie winna. Tak często groziła chłopu rozwodem i wyrzuceniem z domu, że nie dziwota, iż w końcu nie wytrzymał.
Co prawda obiecał córce odszukać nikczemnika i zniszczyć go, ale teraz to niej jest dla niego ważne. Złoto, tylko to się dla niego liczy. Ma do niego słabość.
Przez lata zarobił fortunę. Ze względów na to, że jego firma produkuje unikalne w skali światowej, magnesy neodymowe, ważne dla obronności kraju, ma on ograniczone możliwości podróży zagranicznych i wydawania tam pieniędzy. Zresztą nie lubi podróżować a hazard w zagranicznych kasynach go nie pociąga. Znajomi przemysłowcy stracili w ten sposób duże pieniądze i nawet firmy, które budowali ich ojcowie. Nie to go nie pociąga… Tylko złoto.
Kiedyś na początku jak rozkręcał firmę, próbował gromadzić oszczędności w dolarach i markach zachodnioniemieckich. Ukradli mu niemal wszystko esbecy. Jego opiekunowie z ówczesnego Ministerstwa Obrony nic nie mogli mu pomóc. Dzisiaj podejrzewa, że byli w zmowie z esbekami. Trudno. Było, minęło.
Zraził się wtedy na całe życie do walut. Teraz wie, że tylko na złoto może liczyć. Skupuje je od lat. Sam nie wie, ile tego już ma. Trzyma to w sejfach w kilku bankach. Tylko on i córka mają do nich dostęp. W domu też ma wybudowaną specjalną piwniczkę. Raczej bunkier. Nie piwniczkę. Pomyślał chwilę
„Będzie tego ze sto kilo” – oszacował szybko w myślach – „Muszę sprawdzić notatki. Dawno tego nie robiłem…”
Co prawda, czasem, ale rzadko, nachodziły go pewne refleksie co do tego komu miałby to złoto zostawić po sobie. Ma tylko córkę, która odziedziczy złoto. Nie dała mu wnuka, który by przejął firmę (i złoto). Ma już czterdzieści dwa lata, więc raczej już nie będzie miała dzieci. On, sześćdziesięcioczteroletni co prawda, mężczyzna w sile wieku, raczej też już potomka nie spłodzi, no bo z kim? Córka do przejęcia firmy się nie pali, zresztą zniszczyłaby ją w ciągu roku, więc po co to wszystko?
Na szczęście, myśli te przesłaniane są natychmiast myślami o tym jak zdobyć więcej złota.
W dwa tysiące piętnastym zaczęto mówić o tym Złotym Pociągu. Zapalił się do tego. Nawiązał kontakt ze Śląską Grupą Badawczą. Malowali przed nim widoki na fantastyczne zyski. Starali się u władz na zezwolenia dotyczące poszukiwań. Pokazywali spisane zeznania starych mieszkańców tamtejszych terenów, którzy ponoć pracowali w czasie wojny na kolei. Widzieli ten pociąg i wiedzą, że jest ukryty w zasypanych tunelach.
Postarał się, aby jego firma sponsorowała poszukiwania. W zamian uzyskał cichą umowę na swoją działkę w tych dziesięciu procentach znaleźnego, na jakie poszukiwacze liczyli. Po roku Grupa Badawcza się rozpadła. Oczywiście nic nie znaleźli. Pieniądze firmy przepadły.
Kilka miesięcy później Wojsko rozpoczęło poszukiwania. Dzięki swoim kontaktom wprosił się do organizacji jako sponsor. Kupił im urządzenie, które potrafi odkryć duże skupiska metali głęboko pod ziemią. Jest to specjalnie w tym celu zbudowany Georadar KS 700. Zrobiono pewną ilość odwiertów i też nic z tego nie wyszło.
Ale teraz przyszykował się starannie. Wynajął firmę detektywistyczną. Zebrali dla niego wiadomości o tych znalazcach. Dowiedział się, że mają luksusowe mieszkanie i dom z warsztatem jubilerskim. Dowiedział się też, że nigdzie nie pracują a warsztat jest nieczynny.
To go upewniło, że się nie myli. Znaleźli więcej złota i z tego żyją. Miał adres ich mieszkania i domu. miał również numery telefonów. Podejrzewał, że zarówno telefony i miejsce zamieszkania mogą być niepewne do nawiązania znajomości.
Po głębokim przemyśleniu sprawy doszedł do wniosku, że „przypadkowy” osobisty kontakt gdzieś na mieście będzie najlepszy do podjęcia dialogu. Miał fotografie obojga, detektywi opisali mu ich zwyczaje oraz gdzie można ich spotkać.
Postanowił zacząć od kobiety. Dzień przed tym, zanim Leon Kamczyk zdecydował się przystąpić do akcji, czyli do nawiązania „przypadkowego” kontaktu z panią Ochman-Daczyńską, Kowalski, tak jak zwykle miał to w zwyczaju, o pierwszej w nocy nawiązał kontakt z Markiem i Hanką. Poinformował ich o jutrzejszym spotkaniu do jakiego dojdzie po południu, w restauracji Anatewka przy ulicy 6 go Sierpnia, między Hanką a Kamczykiem.
Hanka ma postąpić tak jak już to wcześniej robiła. To znaczy, dać się zaprosić na obiad, zaprzeczać jakoby znaleźli złoto, ale w końcu ulec i zaprosić go do domu na Krecią. W domu jak zwykle Marek pokaże „dyżurne” dwie skrzynki, czyli sto sztuk sztabek i filmik z piwnicy.
W tym momencie Marek jeszcze raz zwrócił uwagę, że Kamczyk może rozpoznać w nim swojego zięcia. Kowalski zapewnił go, że to nie nastąpi, ponieważ Marek tak się zmienił na twarzy, że w niczym nie przypomina tamtego Marka Duracza, zięcia Kamczyka.
„Słuchaj teraz uważnie” – upomniał go Kowalski – „Tym razem postąpisz inaczej niż robiłeś to z poprzednimi głupcami”
„Głupcami?”
„Tak. Głupcami. Przekonasz się o tym wkrótce…Złoto bardzo podnieca Kamczyka. Będzie chciał je zobaczyć na własne oczy. Filmik mu nie wystarczy. Zgodzisz się na to. Zabierzesz go do garażu i pozwolisz mu zaglądać do wszystkich skrzynek. Daj mu czas nacieszyć wzrok tą ilością złota. Niech je wyjmuje, przytula i bawi się nim”
„To jest nieostrożne. Będzie wiedział o skrytce. W czasie tej zabawy będzie mi trudno upilnować go, aby nie schował jakiejś sztabki do kieszeni…”
„I tak się stanie. Nie będzie mógł się pohamować. Schowa dwie sztabki. Nie przejmuj się tym. Udawaj, że nic nie zauważyłeś. O Skrytkę się nie martw. Jest dobrze pilnowana i nikt bez mojego pozwolenia tam się nie dostanie. Potem przejdziecie do domu. Kamczyk będzie chciał kupić wszystko co widział, czyli wszystkie pozostałe osiemset sztuk…Sprzedasz mu je”
Jeszcze przez kilka minut wyjaśniał im jak mają postępować. Upewnił się, czy wszystko zrozumieli. Na koniec dodał
„Niedługo mija rok naszej współpracy. To jest ostatnie wasze zadanie. Po jego wykonaniu będziecie mogli wrócić do normalnego życia”
„Co to znaczy – do normalnego życia?…Czy nie żyjemy normalnie?” – zapytała zaniepokojona Hanka
Nie uzyskała odpowiedzi na swoje pytanie. Połączenie zostało przerwane.
„No to wiemy co nas jutro czeka. Jest prawie druga. Dobrze, że nie musimy jechać na Krecią przed południem” – powiedział Marek
Zaczęli się szykować do snu. Marek pierwszy poszedł do łazienki. Potem, już w łóżku zaczął przeglądać, jak zwykle wiadomości w Internecie. Po kilku minutach Hanka wyszła z łazienki kompletnie ubrana. Spojrzał na nią zdziwiony
„Muszę jechać na Krecią. Wyobraź sobie, że zostawiłam tam kosmetyki, które używam na noc”
„Nie możesz raz obyć się bez nich?”
„Wiesz, że zawsze je używam przed spaniem. Nie usnę bez nich…Wrócę za pół godziny. Nie obudzę cię” – pocałowała go – „Pa, kochany”
Obudził się po dziesiątej. Hanki nie było w łóżku. Nie zaniepokoił się tym. Często budziła się przed nim i wychodziła kupić świeże pieczywo na śniadanie.
Poszedł do łazienki. Zauważył, że chyba wszystkie kosmetyki Hanki są na miejscu. Nie zna się na nich. Hanka ma tego bardzo dużo. Nagle coś go tknęło. Pobiegł do sypialni. Wpadł niemal w panikę. Hanki połowa łóżka była nietknięta.
Drżącymi rękoma złapał telefon. Nie odpowiadała. Ubrał się szybko. Jego samochód stał na parkingu przed domem. Po kilku minutach był na Kreciej. Brama na posesję była otwarta. Miał swoje klucze, ale nie musiał je używać. Drzwi do garażu nie były zamknięte. Kanał nie przykryty deskami. Szafka, która zazwyczaj zasłaniała wejście do piwniczki leżała przewrócona. Wszedł do środka.
Spodziewał się, że wszystko jest skradzione. Zdziwił się ujrzawszy skrzynki na swoim miejscu. Zajrzał do kilku. Złoto było na miejscu. Dopiero teraz zorientował się, że dwóch brakuje. Z dwudziestu, cztery były sprzedane i dwie są w warsztacie, w domu. a więc tutaj powinno ich być czternaście.
Szybko policzył je dwa razy. Potem jeszcze raz
„Nie, no kurwa, po co ja je liczę. Przecież widać, że jest tylko dwanaście” – żachnął się
Nagle znieruchomiał na ułamek sekundy. Po czym wybiegł z piwniczki i nie zamykając garaż pobiegł do domu. Drzwi wejściowe były zamknięte. Nerwowo sięgnął po pęczek kluczy. Nie mógł ze zdenerwowania znaleźć właściwego. Gdy go w końcu znalazł omal go nie ułamał w zamku.
Przebiegł szybko całe mieszkanie. Wszystko było na swoim miejscu. Zszedł do mieszczącego się w piwnicy warsztatu. Pierwsze co mu się rzuciło do oczu, to kartka na stole pod oknem.
„Marku, zdradziłam cię. Zdradziłam cię ze złotem. Zakochałam się w nim. Wiem, że mnie to zgubi. Cierpię bardzo, gdy je sprzedajemy. Tak bardzo liczyłam na to, że zostanie nam chociaż część tych sztabek. To co zażądał Kowalski, aby wszystkie sztabki, które nam jeszcze zostały sprzedać Kamczykowi, załamało mnie. Wiem, że się zdziwisz. Za pieniądze uzyskane ze sprzedaży, kupiłam dużo złotej biżuterii, ale uwierz mi, to nie to samo. Te stare niemieckie sztabki mają jakąś tajemną moc, która sprawia, że jestem nimi oczarowana. Po prostu, nie wyobrażam sobie życia bez nich. Pomyślisz, że zgłupiałam. Zdaję sobie sprawę, że to tak wygląda. Dlatego opuszczam cię jak złodziej. Zabieram ze sobą złoto. Nie potępiaj mnie. Wiem, że masz do tego prawo. Żegnaj na zawsze. Hanka”
Niżej było dopisane jeszcze kilka zdań
„Chciałam zabrać wszystko. Niestety do mojego, pieprzonego samochodzika zmieściłam tylko cztery skrzynki. Resztę miejsca zajęły moje rzeczy i biżuteria. Z bólem serca zostawiam ci resztę. Może mimo wszystko nie sprzedasz wszystkiego”
Z wściekłością zmełł kartkę. Rzucił ją w kąt.
„Głupia piczka! Podpisała na siebie wyrok. Znajdą ją wszędzie. Nie ukryje się”
Mówił do siebie chodząc nerwowo po warsztacie. Zatrzymał się przed kasą pancerną. Drzwiczki były uchylone. Złota w niej nie było. zajrzał do szafy schowane tam dwie puste skrzynki też zniknęły
„Razem dwieście kilo. Biżuterii też miał z pięćdziesiąt kilo. Jej ciuchy… Ile mogły ważyć?” – zastanawiał się – „No tak. Te jej Porsche nie udźwignie więcej”
Po chwili się zreflektował
Złapał telefon. Jeszcze raz spróbował się z nią połączyć. Nie odbierała. Rzucił telefon z wściekłością na podłogę. Wychodząc z warsztatu usłyszał sygnał SMS-u.
Pierwsza błyskawiczna myśl, która go naszła to zaskoczenie, że się nie rozbił. Druga myśl była pełna nadziei
„To od niej! Rozmyśliła się i wraca!”
Jęknął, gdy zobaczył, że to od Kowalskiego
„Nie przejmuj się. Nasze plany się nie zmieniły. Bądź w Anatewce o osiemnastej”
Chciał odpisać, ale zanim się za to zabrał wiadomość zniknęła z telefonu. Usiadł zrezygnowany przy stole. Siedział tak ponad godzinę. W głowie głębiły mu się różne myśli. Na żadnej nie mógł się skupić.
Dwa razy próbował połączyć się z Hanką. Robił to bez przekonania, raczej dlatego, że nie miał lepszego pomysłu na to jak ją odnaleźć. W końcu spojrzał na zegarek. Dwadzieścia po dwunastej.
Wstał zdecydowanie z krzesła. Poszedł do garażu. Przyniósł jedną skrzynkę, potem drugą. Złoto przełożył do kasy pancernej, skrzynki schował do szafy. Wrócił się do garażu zrobić porządek i pozamykać wszystko. Potem zrobił to samo w domu. Resztę czasu postanowił spędzić na mieście. Ale zanim wyszedł z domu zatelefonował jeszcze raz do Hanki
„Słucham” – usłyszał męski głos
„Przepraszam. Pomyliłem numer” – przerwał połączenie
Jednocześnie, zdziwił się jak to możliwe. Przecież nie wybierał numeru. Nacisnął ostatnie nieudane połączenie. Miał właśnie powtórzyć je, gdy nagle telefon zadrgał mu w ręku wydając jednocześnie dźwięk przypisany do telefonu Hanki
„Tak, Haniu…” – odezwał się radośnie
„Pan dzwonił przed chwilą na ten numer, prawda?”
Usłyszał ten sam męski głos co poprzednio
„Tak. Chcę rozmawiać z żoną. Z kim rozmawiam?” – zapytał zaniepokojony
„Podkomisarz Policji Szymczak. Pańska żona miała wypadek samochodowy. Muszę do pana przyjechać. Proszę podać imię, nazwisko i adres”
„Co się stało?!”
„Nie mogę powiedzieć nic więcej przez telefon. Dowie się pan wszystkiego, jak się spotkamy”
„Czy żyje?” – zapytał
Chociaż w tym momencie zdał sobie sprawę, że wie, w jakiś dziwny sposób, wie to, że Hanka nie żyje
„Dowie się pan wszystkiego, jak się spotkamy” – usłyszał ponownie
Niemal automatycznie podał imię, nazwisko i adres na Kreciej. Myślał o tym co ją spotkało. Był na sto procent przekonany, że to sprawka Kowalskiego
„Będę u pana za dwadzieścia minut”
„Tak. Oczywiście, czekam” – odpowiedział
Minęło niemal dokładnie dwadzieścia minut, kiedy podkomisarz Szymczak w towarzystwie policyjnej pielęgniarki weszli do domu na Kreciej.
Po przywitaniu Szymczak poprosił Marka o dokumenty. Po ich sprawdzeniu od razu przystąpił do rzeczy.
„Pańska żona poniosła śmierć w wypadku samochodowym na drodze numer siedemdziesiąt dwa, kilka kilometrów za Aleksandrowem Łódzkim, na wysokości miejscowości Stary Adamów…”
Czekał na reakcję Marka. Zdziwił go jego spokój. Pomyślał, że to szok. Zwrócił się do swojej towarzyszki
„Joasiu, podaj panu coś na uspokojenie”
„Nie! Nie trzeba” – szybko zareagował Marek
Szymczak kontynuował
„Wypadek nastąpił tuż o świcie, kilka minut przed szóstą. Nie znamy jeszcze przyczyn, ale jeśli wierzyć jedynemu światkowi, kierowcy samochodu cysterny, to Pańska żona zjechała na przeciwległy pas ruchu, prosto pod jego samochód. Zdążył zauważyć, że samochód prowadziła kobieta”
Przerwał i przez chwilę obserwował Marka, który siedział nieruchomo wpatrzony w stół.
„Na pewno dobrze się pan czuje?” – zapytał
„Tak. Niech pan mówi dalej”
„Wypadek miał bardzo burzliwy przebieg. Samochód kobiety wbił się pod ciężarówkę tak głęboko, że zatrzymał się dopiero pod naczepą z przewożoną benzyną. Od razu wybuchł gwałtowny pożar. Kierowca ciężarówki nie ucierpiał fizycznie. Zdążył opuścić szoferkę. Obydwa samochody spłonęły doszczętnie. Przybyła na miejsce Straż Pożarna nawet nie miała co dogaszać.
Kiedy przybyłem na miejsce, zastałem kupę poskręcanego i poczerniałego metalu. Długo nie mogliśmy dostać się do szczątek ofiary. Przykro mi o tym mówić, ale niewiele po niej pozostało. Identyfikacja jest niemożliwa. Tak jak już mówiłem, od kierowcy ciężarówki wiemy tylko, że to była kobieta. Również niemożliwa jest identyfikacja jej samochodu. Niemal cały uległ stopieniu. Nie udało się odczytać resztek tablic rejestracyjnych. Nasi technicy znaleźli stosunkowo dobrze zachowane resztki telefonu ofiary. W naszym laboratorium wydobyli z niego kartę SIM. Umieścili ją w specjalnym urządzeniu, aby sprawdzić jej stan. Stwierdzili, że jest nieuszkodzona. Przełożyli do nowego telefonu i dali do mojej dyspozycji. Wtedy pan zadzwonił…Resztę pan zna”
„Tak. Rozumiem, że nic po niej nie zostało”
„Co pan ma na myśli?”
„Ciało. Chcę ją pochować”
„Z tym trzeba będzie poczekać. Nasi eksperci muszą wszystko zbadać. Poza tym, obawiam się, że do trumny nie będzie co włożyć…Przepraszam, że mówię tak brutalnie, ale chciałbym panu zaoszczędzić rozczarowań”
„Rozumiem. Dziękuję panu za szczerość, nawet jak jest taka brutalna”
Milczeli chwilę. Szymczak spojrzał dyskretnie na zegarek.
„Panie Marku. Mamy do pana jeszcze całą masę pytań. Nie chcę dzisiaj pana nimi męczyć. Czy będzie pan w stanie przyjść do mnie na Komendę na Lutomierską?”
„Tak. Przyjdę. Kiedy?”
„Powiedzmy za trzy dni, jak pan dojdzie do siebie. Może będziemy już coś wiedzieć o przyczynach wypadku”
„Dobrze”
Szymczak wyciągnął wizytówkę i zapisał na niej datę i godzinę.
„Zanim pana zostawimy w spokoju chciałbym, aby podał pan dokładne dane żony, wie pan, imię datę urodzenia, zawód, miejsce pracy”
Hanna Ochman-Daczyńska. Urodzona ósmego września tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego trzeciego roku. Pracuje…Pracowała ze mną. Mamy wspólny warsztat złotniczo-jubilerski”
Szymczak zanotował. Pielęgniarka zostawiła mu jakieś lekarstwo, na wszelki wypadek, gdyby poczuł się źle. Podnieśli się do wyjścia
„Czy mógłbym zobaczyć samochód żony? Wie pan, może bym znalazł jakąś pamiątkę po niej”
„Panie! Tam nic nie ocalało! Ten samochód to jeden klump poczerniałego metalu. Przykro mi, ale to niemożliwe. Przynajmniej w najbliższym czasie”
Pożegnali się. Już w drzwiach Szymczak odwrócił się i zapytał
„Jeszcze tylko jedno pytanie. Gdzie pana żona jechała”
„Nie wiem”
Zaskoczony taką odpowiedzią Szymczak nie pytał o nic więcej.
Po ich wyjściu poszedł do łazienki. Wziął szybki dusz. Przebrał się w jedno z ubrań, które miał w tym domu.
Dochodziła piąta. Zamknął wszystko i poszedł do samochodu. Włączył silnik. Po chwili wyłączył go. Stwierdził, że nie da rady prowadzić auta. Zadzwonił po taksówkę.
Leon Kamczyk zaparkował na rogu Zielonej i Kościuszki. Od swoich detektywów wiedział, że interesująca go kobieta, Hanna Ochman-Daczyńska ma zwyczaj zawsze w środy, odwiedzać butiki przy Piotrkowskiej, a potem zaraz po szóstej posilić się Anatewce.
Mąż jej nigdy nie towarzyszy. Nie lubi chodzić po sklepach. „Przypadkowe” spotkanie jej, w tej właśnie restauracji jest niemal stu procentowo pewne. Tak go zapewniali.
Spojrzał na zegarek. Stwierdził, że ma sporo czasu. Spokojnym krokiem udał się w stronę ulicy 6 go Sierpnia. Do restauracji wszedł kwadrans przed szóstą. Poprosił kelnera o stolik, z którego dobrze widać wejście. Zamówił na razie tylko wodę mineralną.
Gdy kelner odszedł, zaczął po raz któryś z rzędu powtarzać sobie w jaki sposób zamierza rozpocząć rozmowę z panią Hanką. Zmienił sobie w myślach kilka drobnych szczegółów spodziewanego dialogu i uśmiechnął się do siebie w myślach
„Tak będzie dobrze” – stwierdził – „Niezbyt nachalnie. Z pewnością nie weźmie mnie za podstarzałego kobieciarza podrywającego młodą kobietę” – rozmarzył się – „Chociaż dlaczego nie. Może dałaby mi syna. Doktor Laurman twierdzi, że jeszcze jestem do tego zdolny…No tak ona jest mężatką. Ale cóż to za przeszkoda”
Nagle jego rozmyślania przerwał widok Marka rozmawiającego z kelnerem. Poznał go od razu. To jej mąż.
„Co, do diabła! Miała być ona. Na sto procent mnie zapewniali. Za co im płacę?… Durnie. Nie potrafili sprawdzić takiego szczegółu?!”
Wściekł się na detektywów. Cały misternie ułożony plan rozmowy diabli wzięli. Przez ułamek sekundy chciał wyjść i spróbować szczęścia za tydzień. Skarcił się w myślach za ten pomysł. On przecież tak łatwo się nie poddaje. Będzie improwizował.
Marek, wchodząc do restauracji zauważył go od razu. Siedział sam przy stoliku. Rozmyślał nad czymś. W pierwszej chwili go nie zauważył. Dopiero kiedy kelner podszedł, Marek, kątem oka, spostrzegł, że Kamczyk go zauważył.
Postanowił go ignorować. Kelner prowadził go do stolika. Kamczyk zerwał się z krzesła
„Dzień Dobry, panie Marku! Co za spotkanie. Góra z górą się nie zejdzie, a ja pana tutaj…”
„Przepraszam, ale nie przypominam sobie…” – przerwał mu Marek
„No, jak to, nie pamięta pan? Poznaliśmy się w Piechowicach. Razem, w jednej grupie, z przewodnikiem zwiedzaliśmy starą elektrownię pod Zaporą. Był pan ze swoją śliczną żoną, panią Hanką… No, przypomina pan sobie?”
„Przykro mi, wie pan, mam słabą pamięć do twarzy…”
Ale ja mam bardzo dobrą. Leon Kamczyk jestem. Z okazji naszego spotkania zapraszam pana do stołu”
„Bardzo pan miły, ale…”
„A co? Umówił się pan z kimś?”
„Nie, nie. Wpadłem coś zjeść. Nie jadłem nic od rana”
„No, to o co chodzi? Zapraszam pana”
A potem poszło lepiej niż się Kamczyk spodziewał. Przykro mu było, że nie ma z nimi Marka małżonki. Marek wyjaśnił, że musiała wyjechać z Łodzi do chorej ciotki do Szczecina i zostanie tam jakiś czas.
Kamczyk pochwalił się, że widział ich w telewizji jak przekazywali złoto na rzecz Skarbu Państwa. Pochwalił za szczodry gest. Wspomniał o tym, że jest właścicielem potężnej i prężnej firmy i że ma pewne nadwyżki finansowe.
Ich obiad skończył się tak jak kończyły się podobne obiady poprzednich miłośników złota. Marek, który z początku zaprzeczał, jakoby miał więcej złota, w końcu „zmiękł” i pokazał dyskretnie, przy stoliku filmik jaki miał w telefonie, przedstawiający sztabki złota w piwnicy.
Kamczyk spocił się z wrażenia. Wyraził chęć natychmiastowego kupna wszystkiego
„Wie pan. To nie jest miejsce do prowadzenia negocjacji handlowych” – zauważył Marek – „Jedźmy do mnie do domu”
Pojechali Mercedesem Kamczyka na Krecią. Na miejscu Marek od razu otworzył kasę pancerną. Oczom Kamczyka ukazały się misternie ułożone sztabki złota
„Ile tego tu jest?” – zapytał ocierając pot z czoła
„Tutaj tylko sto sztuk, sto kilogramów”
„Na filmie widziałem więcej. Panie ja wszystko biorę!” – Kamczyk dyszał z podniecenia
„Mogę sprzedać tylko to co pan widzi. Resztę obiecałem sprzedać innym. Czekam aż zgromadzą pieniądze”
„Panie! Olej się pan na innych! Ja dam więcej i szybko”
„Nie no. Tak nie mogę postąpić. To wbrew zwyczajom biznesowym. Pan powinien to dobrze rozumieć”
„Miej pan w dupie zwyczaje biznesowe, jeśli może pan zarobić olbrzymie pieniądze!”
Kamczyk był niemal nieprzytomny z podniecenia. Czerwony na twarzy ciągle ocierał pot z twarzy. Marek obawiał się, że stary dostanie zawału. Wiedział, że ma problemy z sercem. Postanowił nie przeciągać
„Skusił mnie pan. Inni mogą poczekać kilka tygodni. Dostaną z następnej partii” – oznajmił
Kamczyka zatkało. Przez chwilę nie mógł złapać powietrza
„To… To…Jest tego więcej?!” – ledwo wyksztusił
„Tak. Znaleźliśmy pociąg. Jest dużo złota, diamenty, dzieła sztuki, Bursztynowa Komnata. Nie chcemy wszystko wydobywać na raz. Rozkładamy to na lata. Pan rozumie. Musimy postępować bardzo, ale to bardzo ostrożnie”
„Ile jest tego złota? Ja wszystko biorę”
„Pan żartuje! Tam jest jeszcze jedenaście ton! Po pierwsze, niejedno państwo nie stać na to, aby to kupić. A po drugie nas jest wielu. Pilnowanie pociągu kosztuje. Wydobycie i dystrybucja też. Muszę trzymać ludzi w dobrym humorze. W ciągu najbliższych trzech lat chcę sprzedać pięć ton. Reszta to koszty własne. Dopiero w następnych latach planuję ujawnić dzieła sztuki i Komnatę. Będzie mnie stać być hojnym. I tak na tym zarobię”
„Zostaw pan te pięć ton dla mnie”
„Pan jest dzisiaj bardzo zmęczony. Wrócimy, kiedy indziej do tej rozmowy. Załatwmy najpierw do końca interes z tym złotem co mam w domu”
„Ile?…Ile ma pan w domu?” zapytał półprzytomny Kamczyk
„Sześćset sztabek. Te sto tutaj i pięćset w piwnicy”
W piwnicy Kamczyk zachowywał się jak dziecko. Otwierał wszystkie skrzynki. Brał do rąk po kilka sztuk. Unosił do ust. Całował, wąchał. Śmiał się i płakał na zmianę. Marek stał z boku i nie przeszkadzał mu. Po półgodzinie Kamczyk zmęczony, zaczął się uspakajać.
Tak, jak przewidział Kowalski, dyskretnie schował do kieszeni dwie sztabki. Marek udał, że tego nie widzi. Wrócili do domu.
„Ile jestem panu za to winien?”
„Dzisiaj nie będziemy rozmawiać o cenie. Pan jest za bardzo podniecony, poza tym musimy to zrobić w obecności mojego prawnika. Proponuję spotkać się jutro. Niech pan przyjdzie ze swoim adwokatem. Mam nadzieję, że do jutra pan odpocznie”
„Tak. Ma pan rację. Pośpiech nie jest dobrym doradcą” – zgodził się nagle – „Przyjadę jutro. Gdzie jest mój samochód?”
„Zamówię dla pana taksówkę. W takim stanie w jakim pan jest, nie może pan prowadzić. Jutro odbierze pan auto. Będę cały dzień w domu. proszę wypocząć i przyjechać po południu”
„Ma pan rację” – odparł męczonym głosem
Dwadzieścia minut później odjeżdżał taksówką do domu. Zaraz po jego wyjeździe Marek załamał się. Kilku godzinne ukrywanie cierpienia po stracie Hanki wyczerpało do cna jego siły. Opadł ciężko na krzesło przy stole i zanosząc się szlochem przez długi czas powtarzał tylko dwa słowa
„Pierdolone złoto, pierdolone złoto…”
Następnego dnia około piętnastej zauważył przez okno zatrzymujący się na ulicy samochód. Wysiadł z niego Kamczyk i towarzyszący mu kierowca. Okazał się nim adwokat Kamczyka, mecenas Jan Niewiadomski.
Adwokat był już wciągnięty w temat. Nie omieszkał jednak zaznaczyć, że jest bardzo sceptyczny co do całej transakcji. Zauważył, że w gruncie rzeczy jest ona nielegalna. Sprzedaż własności państwowej, a taką jest przedmiot transakcji jest w świetle obowiązującego prawa zagarnięciem mienia publicznego. Wszyscy w niej uczestniczący mogą zostać surowo ukarani, gdyby sprawa ujrzała światło dzienne.
„Dlatego ciebie, Jasiu zaangażowałem do pomocy, abyś zapobiegł takiemu obrotowi sprawy i sporządził odpowiednią umowę?” – odpowiedział nieco zirytowany Kamczyk
„Nikt się nie dowie, że to jest złoto z niemieckiego pociągu. Zawsze przetapiam je przed odbiorem przez klienta” – wtrącił Marek
„W moim przypadku, nie wchodzi to w rachubę. Dobrze płacę i chcę mieć oryginalne sztabki” – odparł Kamczyk
„Zastanów się, Leonie. To co pan proponuje jest rozsądne”
„Już powiedziałem co chcę i koniec dyskusji na ten temat. Porozmawiajmy o cenie” – Kamczyk był bardzo niecierpliwy
„Dobrze, ale nie tutaj. Pojedziemy do mojego prawnika. Tam porozmawiamy o cenie, sposobie płatności i sposobie odbioru złota” – odparł Marek
„Kto pana reprezentuje, jeśli mogę zapytać?” – zaciekawił się mecenas Niewiadomski
„Kancelaria Prawnicza Jakub Pomocny i spółka”
Niewiadomski zamyślił się chwilę
„Nie miałem jeszcze przyjemności poznać” – odpowiedział po chwili Niewiadomski
„Panowie! Szkoda czasu. Jedźmy już do nich. Tam ich poznasz Jasiu” – ponaglał Kamczyk
Pojechali Marka samochodem. Nie rozmawiali o interesach w czasie drogi. Kamczykowi zaimponowało auto, ale stwierdził, że ciężko się do niego wsiada. Natomiast Niewiadomski bardziej był zainteresowany, dokąd jadą.
Znał niemal wszystkie kancelarie adwokackie w Łodzi, ale o tej do której jechali nic nie słyszał. Jego podejrzliwa natura podpowiadała mu, że może chodzić o jakieś oszustwo.
Postanowił dokładnie przyjrzeć się temu Pomocnemu. Nazwisko nic mu nie mówiło. Marek jechał w kierunku centrum. W końcu wjechali od Orla na parking Galerii Łódzkiej
„Musimy wyjść z Galerii. To kilka kroków stąd. Sienkiewicza siedemdziesiąt dwa” – oznajmił im Marek.
Po kilku minutach stali przy wejściu do odrestaurowanego, starego budynku fabrycznego znajdowały się w nim pomieszczenia biurowe do wynajęcia.
Jedno z nich zajmowała Kancelaria Prawnicza do której się udawali. Marek nacisnął przycisk z nazwą kancelarii.
„Kancelaria Jakub Pomocny i spółka, słucham” – usłyszeli kobiecy głos z głośnika przy drzwiach
„Nazywam się Marek Daczyński. Mam umówiony czas u pana mecenasa”
Po chwili ciszy usłyszeli
„Tak. Zgadza się. Pan mecenas czeka. Pierwsze piętro, potem korytarzem na lewo. Ostatnie drzwi”
Brzęczyk przy drzwiach dał znać, że mogą wejść. Na piętrze, przy wejściu do Kancelarii mosiężna tabliczka z elegancko grawerowaną nazwą kancelarii nie pozwalała mieć wątpliwości, gdzie są. Po wejściu do środka przywitała ich urocza sekretarka. Marek rozpoznał w niej kelnerkę, która razem z Hanką obsługiwała go pamiętnej nocy, w siedzibie Kowalskiego. Ani trochę go to nie zdziwiło
„Proszę. Panowie spoczną. Pan mecenas zaraz panów przyjmie”
Wskazała im miejsca w wygodnych angielskich klubowych fotelach. Nie musieli długo czekać. Po chwili w drzwiach znajdujących się za stanowiskiem sekretarki pojawiło się dwóch eleganckich mężczyzn w średnim wieku. Pierwszy z nich z wyciągniętą ręką zbliżył się do Marka przywitał się z nim i poprosił
„Przedstaw mi panów, Marku”
„Pan Leon Kamczyk, mój klient i pan…”
„A, tak. Pan mecenas Niewiadomski, Znam, znam, Pana nie musisz mi przedstawiać. Poznaliśmy się dwa lata temu na procesie Spółki Jakubczyka. Fantastycznie pan się spisał. Uzyskał pan oddalenie wszystkich zarzutów już podczas pierwszej rozprawy. Wspaniale pan to rozegrał”
Niewiadomski poczuł się przyjemnie połaskotany, chociaż za cholerę nie mógł sobie przypomnieć, aby się kiedykolwiek widzieli.
Potem Pomocny przedstawił im swojego wspólnika mecenasa Jana Kowalskiego
„Basiu bądź tak dobra i przynieś nam kawy i jakieś ciasteczka” – zwrócił się do sekretarki
Przeszli do obszernego gabinetu. Zaprosił ich do stołu obrad. Sam usiadł na chwilę przy dużym biurku i szukał jakiś papierów. Po chwili dosiadł się do Marka i Kowalskiego. Kamczyk i Niewiadomski usiedli po przeciwnej stronie
„To przystępujemy do rzeczy” – zaczął Pomocny
Dosyć szybko doszli do porozumienia co jest przedmiotem sprzedaży i za jaką cenę. Sto sztuk sztabek po cenie według kursu dnia według Narodowego Banku Polskiego, który Po przeliczeniu z uncji na kilogramy wynosi właśnie dwieście jeden tysięcy dwadzieścia siedem złotych i czternaście groszy za kilogram.
W tym momencie Marek się wtrącił
„Nie bądźmy małostkowi. Zaokrąglam cenę do równych dwustu tysięcy złotych, co daje sumę dwudziestu milionów złotych”
„No tak. Ty decydujesz” – zauważył Pomocny
„Natomiast pozostałe pięćset sztabek, które były przeznaczone dla kogoś innego sprzedaję po dwieście pięćdziesiąt tysięcy za sztukę co daje sumę stu dwudziestu pięciu milionów… Zgadza się pan na to panie Kamczyk?”
Spocony Kamczyk odpowiedział
„Tak. Oczywiście”
„Czyli razem zapłaci pan dwieście czterdzieści pięć milionów… To teraz przechodzimy do uzgodnienia terminu i sposobu zapłaty” – stwierdził Pomocny
„Chwileczkę!” – przerwał Kamczyk – „Te pięć ton, o których pan mówił. Chcę je nabyć”
„Boj się Boga! Leon, nie szalej. To samobójstwo! Opanuj się!” – przerażony Niewiadomski próbował pohamować Kamczyka
„Pamiętaj, że to ja, kurwa, decyduję co kupuję. Ty masz tylko dopilnować formalności!” – upomniał go zdenerwowany Kamczyk
„Jak za to zapłacisz?!…Zastanów się”
„Sprzedam firmę”
„Panie Kamczyk. To dobry pomysł. Mamy kupca, który dobrze zapłaci za pana firmę” – ucieszył się Pomocny
„Nie wolno ci! Ministerstwo Obrony nie wyrazi zgody na zmianę właściciela” – krzyknął przerażony Niewiadomski
„Nasz klient ma wszystkie certyfikaty dopuszczające go do współpracy z Ministerstwem Obrony. Nie będzie przeszkód w przejęci firmy” – zapewnił Pomocny
„Nie rób tego. To dzieło twojego życia!”
„Zamknij się”
„Ja pierdolę…Nie będę pracował dla wariata! Wycofuję się. Żegnam panów”
Wściekły Niewiadomski zerwał się z krzesła przewracając je i wypadł z pokoju.
Po jego wyjściu pertraktacje bardzo przyśpieszyły. Marek taktownie zapytał Kamczyka, czy nie zechciałby je przerwać i przyjść z innym prawnikiem
„Szkoda czasu” – odparł – „Dla mnie wszystko jest jasne. Kończmy to. Chcę jak najszybciej odebrać moje złoto”
„Jak je pan zabierze?”
„Przecież stoi u pana mój Mercedes, do niego to załaduję”
„To jest sześćset sztabek, sześćset kilo, dwanaście skrzynek, zniszczy pan samochód”
„Skrzynki się zmieszczą nie są duże, a jak się bryka zniszczy, to pies ją jebał!”
„Jak pan uważa, to pana samochód”
Mimo, że Kamczyk ponaglał procedurę podpisywania papierów, to mimo wszystko zabrało im to jeszcze cztery godziny.
W między czasie wspólnik Pomocnego, Kowalski, polecił sekretarce zamówić w firmie cateringowej dostarczenie obfitego posiłku.
W czasie przerwy na jedzenie Kamczyk bardzo się niecierpliwił, prawie nic nie zjadł. Po posiłku dokończono podpisywanie niezbędnych dokumentów. Pomocny udostępnił Kamczykowi komputer z połączeniem internetowym.
Kamczyk ze swoich kont bankowych w polskich bankach oraz zagranicznych, przelał na wskazane przez Marka konta wszystkie swoje prywatne oszczędności, oraz oszczędności z kont córki, do których miał dostęp. W sumie, po przeliczeniu na złotówki sto dziewięćdziesiąt osiem milionów milionów, czterysta pięćdziesiąt trzy tysiące złotych. Brakującą do dwustu czterdziestu pięciu milionów sumę chciał przelać z konta firmy, ale musiał mieć na to zgodę głównego księgowego i Zarządu.
Mimo późnej pory wydzwaniał do nich po kolei, tłumaczył konieczność wypłaty, nadarzającą się nagle fantastyczną okazją kupna akcji pewnej konkurencyjnej firmy.
Musiał wykłócać się z nimi. Dopiero groźby zwolnienia z pracy i puszczenia z wilczym biletem skutkowały zgodą na wypłatę.
Pozostawała jeszcze sprawa opcji na kupno tych pięciu ton złota znajdujących się jeszcze pod ziemią. Tak jak uzgodnili wartość firmy pokrywa wymaganą sumę.
Kamczyk w towarzystwie Marka opuścił Kancelarię Prawniczą Pomocny i spółka, około dwudziestej. Powrócili na Krecią.
Przed domem stał w dalszym ciągu samochód Niewiadomskiego. Marek zaparkował za nim. Kamczyk niemal biegiem przesiadł się do swojego samochodu i jak tylko Marek otworzył bramę, podjechał tyłem pod garaż.
Marek nalegał, aby najpierw zapakować z powrotem do skrzynek te sto sztuk sztabek, które ma w kasie pancernej. Zrobili to i wynieśli je do Mercedesa.
Potem przenieśli z garażu pozostałe dziesięć skrzynek. Załadowane do obszernego bagażnika Mercedesa spowodowały, że tył samochodu nienaturalnie się obniżył. Przenieśli część do środka i ułożyli na podłodze za siedzeniem kierowcy i pasażera. Dwie skrzynki znalazły miejsce przed siedzeniem pasażera.
Tak rozłożony ciężar spowodował, że nie widać było przeciążenia auta. Kamczyk usadowił się za kierownicą. Przekręcił kluczyk. Rozrusznik zaczął pracować, jednak motor nie zastartował. Kamczyk spróbował jeszcze raz… I jeszcze raz.
Po kilkunastu takich próbach, wyraźnie spanikowany, zauważył, że akumulator niemal wyczerpał się i nie daje rady kręcić rozrusznikiem. Wpadł w ściekłość. Walił pięściami w kierownicę i rzucał przekleństwami. Marek nie reagował. Czekał cierpliwie aż Kamczyk się uspokoi. W końcu, gdy ten zdyszany oparł głowę o kierownicę i zaczął szlochać z bezsilności, zaproponował
„Jest już bardzo późno. Przenieśmy to wszystko do garażu. Pojedzie pan do domu taksówką a jutro przyjedzie pan innym samochodem po towar”
„Nie chcę się rozstawać z moim złotem. Będę spał w garażu. Jutro zadzwonię do firmy, ktoś przyjedzie furgonetką i je zabierzemy”
„W garażu nie ma warunków do spania. Może pan spać u mnie w domu, ale wezwanie do pomocy kogoś z firmy jest wysoce nierozsądne. Zauważą złoto a panu chodzi o to, aby zachować wszystko w tajemnicy”
Kamczyk przyznał mu w duchu rację, ale bardzo nie chciał rozstawać się ze złotem, za które już zapłacił.
„Pożycz mi pan swój samochód albo sprzedaj”
„Mój tyle nie udźwignie, poza tym potrzebuję go przed południem. A sprzedać, nie sprzedam, bo pan już nie ma czym zapłacić”
Nic na to nie odpowiedział. Nawet jeśli sobie zdawał sprawę z tego, że nie stać go w tej chwili na kupno auta, to się tym nie przejmował. Jego głównym zmartwieniem była dochodząca do niego świadomość, że rozstanie się na te kilka godzin ze złotem, jest nieuniknione
„Co robić? Kurwa. Co robić?!” – powtarzał w kółko chodząc koło auta.
W pewnym momencie zatrzymał się nagle. Wsiadł do Mercedesa i jeszcze raz z nadzieją przekręcił kluczyk. Rozrusznik ledwo jęknął
„Już wiem! – krzyknął uradowany – „Spróbujemy na pych!”
„Panie! Przecież tu jest pod górkę z garażu, a to auto waży teraz ponad trzy tony!”
Kamczyk w końcu się poddał. Przenieśli wszystkie skrzynki do skrytki w garażu. Marek zaproponował, że go odwiezie do domu
„Nie. Pan niech zostanie w domu i pilnuje mojego złota. Pojadę taksówką” – odrzekł zrezygnowany.
Wezwana taksówka odjechała z nim około dwudziestej czwartej. Marek wjechał swoim autem na podwórko i ustawił się przed Mercedesem. Zamknął bramę i garaż. Dopiero w domu poczuł zmęczenie.
Zaczął szykować się do snu. Przeszedł do łazienki. Spojrzał w lustro. To co w nim ujrzał sprawiło, że nie mógł się ruszyć. Przerażenie i strach sparaliżowały go. Dopiero po kilku minutach uczucia te zaczęły ustępować. Marek pomału, niepewnie zaczął obmacywać twarz.
To nie była twarz, którą znał niemal od roku. Twarz, którą ujrzał w lustrze należała do Marka Duracza, tego Marka, którym był, zanim poznał Kowalskiego. Nie dane mu było dłużej stać przed lustrem. Usłyszał telefon, który leżał gdzieś w pokoju. Odszukał go. Zanim odebrał rozmowę zobaczył godzinę na wyświetlaczu, pięć po północy.
„Słucham”
„Spisałeś się bardzo dobrze” – pochwalił go Kowalski – „Nasza współpraca dobiega końca. Zauważyłaś już, że zmienił ci się wygląd, prawda?”
„Tak. Zauważyłem. Co jeszcze chcesz ode mnie?”
„Chcę cię wynagrodzić za pomoc jaką mi wyświadczyłeś. Mówiłem ci na początku naszej znajomości, że mam swoich zleceniodawców. Nakazali mi wyeliminowanie Kamczyka z branży magnesów neodymowych. Przejęcie jego firmy przez naszego człowieka pozwala na przejęcie patentów Kamczyka i przeniesienie produkcji do…”
„Nie interesuje mnie to, gdzie ją przeniesiecie” – Marek wszedł mu w słowo – „Nie chcę abyś mnie wynagradzał. Daj mi tylko spokój”
„Zastanów się co mówisz. Daję ci czas do piątej. Te wszystkie konta na których są miliony, są jeszcze dla ciebie dostępne. Mieszkanie na Bema też. Dom, w którym się znajdujesz spłonie za kilka godzin. Jeśli odrzucisz moją pomoc zostanie ci tylko to co masz na sobie. Pamiętaj, czekam do piątej na twój SMS o treści „pomóż mi”. Zastanów się dobrze”
„Nie chcę absolutnie nic od ciebie” – odpowiedział mu bez chwili zwłoki – „Zostawiam tu wszystko co zawdzięczam tobie!” – zdążył jeszcze krzyknąć do telefonu, ale nie doczekał się odpowiedzi.
Połączenie zostało przerwane. Był bardzo zdecydowany co zrobić. Spojrzał na zegarek. Cała rozmowa z Kowalskim trwała kilka minut. Był kwadrans po północy. Rzucił telefon na stół. Wrócił do łazienki. Po szybkim prysznicu przeszedł do sypialni ubrać się.
Wyciągnął z szafy czystą koszulę i świeży garnitur. Ubrał się. Poszedł do łazienki uczesać włosy.
„Nie Maruś. To nie pasuje do ciebie” – odezwał się do swojego odbicia w lustrze
Wrócił do sypialni. W szafie znalazł swoje stare dżinsy, koszulę w kratę i stary wełniany sweter. Przebrał się. Odruchowo przełożył do dżinsów portfel i pieniądze. Wyjął je z powrotem. Rzucił na stół gotówkę. Kilka tysięcy. Zawsze je miał przy sobie. Tak na wszelki wypadek. Otworzył portfel. Przeszukał go dokładnie. Dowód Osobisty, Prawo Jazdy i inne dokumenty wystawione na Marka Daczyńskiego były na miejscu. Kilka kart bankowych też.
Szukał fotografii Hanki. Taka mała, czarno-biała jak do legitymacji. Powinna tu być. Nie znalazł jej. Zirytowany cisnął portfel w kąt pokoju. Chciał założyć na rękę swój zegarek. Piękny, złoty, szwajcarski, firmy Patek. Zrezygnował z tego. Chwilę czasu zabrało mu ściągnięcie z palca sygnetu. Przed wyjściem rzucił na stół kluczyki od samochodu. Z pęczka kluczy od domu i garażu odczepił tylko ten od mieszkania na Bema.
Wyszedł na zewnątrz poczuł chłód. Przez moment miał chęć wrócić się po kurtkę, jednak zrezygnował z tego. Zamknął dom i furtkę. Przerzucił klucze ponad ogrodzeniem, starając się, aby upadły w pobliżu drzwi do domu. Ruszył szybkim krokiem przed siebie.
W mieszkaniu na Bema był po trzeciej. Ten spacer z Kreciej zmęczył go. Nie jest przyzwyczajony do chodzenia
„Przyzwyczaiłeś się wozić dupę autem i teraz dyszysz po przejściu kilku kilometrów. Musisz popracować nad sobą, leniu” – skarcił się w myślach.
Pierwsze co zrobił to uruchomił komputer. W szufladzie biurka znalazł pendrive. Podłączył go do komputera i skopiował wszystkie zdjęcia z Hanką. Potem przejrzał dokładnie biurko. Znalazł w nim swój stary portfel i dokumenty Marka Duracza. Była tam jeszcze karta bankowa do jego konta. Nie pamiętał, czy są tam na niej jakieś pieniądze. Doszedł do komputera, zalogował się do banku
„Przepraszamy. Przerwa serwisowa. Zapraszamy po godzinie ósmej”
Zaklął, gdy to przeczytał. Grzebał dalej w biurku. Nigdy nie mógł znaleźć tego czego szukał. Był bałaganiarzem. To była jedna z jego wad która irytowała zarówno Hankę jak i Iwonę.
W końcu znalazł to czego szukał. Stara portmonetka w kształcie podkówki. W środku było trzysta dwadzieścia złotych i trochę drobnych. Przy okazji znalazł też dwa paszporty. Jeden wystawiony na Marka Duracza, drugi na Daczyńskiego.
Pochował do kieszeni spodni wszystko co należało do Duracza. Przeszedł do garderoby. W swoją starą torbę turystyczną zapakował część swoich starych ubrań. Rozejrzał się po mieszkaniu. Spojrzał na zegar w pokoju. W pól do piątej. Wyciągnął z szafy starą kurtkę. Z przyjemnością założył ją na siebie.
Wyszedł z mieszkania. Dopiero na ulicy zaczął myśleć o tym co robić dalej. Gdzie się udać. Nie miał żadnego pomysłu. Ruszył wolnym krokiem w stronę Zgierskiej. Po kilkunastu minutach doszedł do przystanku.
Kilka osób czekało na tramwaj. Prawa ręka, w której trzymał torbę zmarzła. Przełożył torbę do lewej ręki, prawą włożył do kieszeni kurtki. Zaskoczony, wymacał w niej klucze. Wyciągnął je i dopiero wtedy przypomniał sobie
„Warsztat! Mam przecież wynajęty warsztat z pokojem na wsi!”
Nadjechał tramwaj. Było już w nim sporo ludzi. Kupił bilet w automacie. Znalazł miejsce siedzące. Cały czas liczył do kiedy właściwie ma zapłacone za ten warsztat. Doszedł do tego, że zapłacił za rok. Skoro tak to pozostał jeszcze miesiąc.
Wysiadł na rogu Zachodniej i Zielonej. Doszedł do Piotrkowskiej. Wszystko było jeszcze pozamykane. Szedł bez celu wzdłuż ulicy. Nie miał pomysłu na to co robić dalej. Zatrzymał się przy bankomacie. Wyciągnął swoją starą kartę. Drżącą ręką wybił kod. Przycisnął przycisk „saldo”. Po chwili, która wydawała mu się bardzo długa, bankomat wypluł kartkę. Przeczytał na niej sumę „Trzysta czterdzieści dwa tysiące pięćdziesiąt trzy złote, jedenaście groszy”. Odetchnął z ulgą. Zwrócił jeszcze uwagę na wydrukowaną datę i godzinę. Zwłaszcza godzina była dla niego ważna – ósma jedenaście. Do piątej Kowalski miał czekać na jego odpowiedź, a gdyby jej nie uzyskał miał go wszystkiego pozbawić. Najwidoczniej dotyczyło to tylko tego co mu zawdzięczał, a on nie wziął nic co zawdzięczał Kowalskiemu. Ucieszył się.
Właśnie przechodził koło restauracji McDonald’ s. Poczuł głód. Wszedł do środka zjeść coś konkretnego. Mimo wczesnej pory zamówił dwa zastawy z Big Mac’iem. Kiedy skończył jeść, wiedział już co robić dalej.
Do Łodzi powrócił po trzech miesiącach. Spędził je w swoim wynajętym warsztacie, na wsi pod Łodzią, niedaleko Nowosolnej. Nocował na górze, w mieszkanku nad warsztatem. Umówił się z gospodarzami, u których wynajmował to pomieszczenie, że będzie się u nich żywił. Zapłacił z góry za rok, za wynajem i za wyżywienie.
Przez te trzy miesiące, praktycznie nie wychodził stamtąd. Pracował po dwanaście, a nawet szesnaście godzin dziennie. Nie. Nie zajmował się uzyskiwaniem złota. Przysiągł sobie, że złota nie będzie wytwarzał.
Urządzenia i surowce, które zdążył zgromadzić zanim stał się Daczyńskim przydały się do eksperymentów nad lakierami. Nie takimi zwyczajnymi, jakie można wszędzie kupić. Widział kiedyś samochód polakierowany lakierem, który zmieniał kolor w zależności od oświetlenia i od kąta, pod którym na niego się patrzyło. Później dowiedział się, że ten lakier nazywany jest tak, jak egzotyczne zwierzę potrafiące przystosować swoje ubarwienie do barwy środowiska, na tle którego się znajdowało. Kameleon lakier.
Udało mu się uzyskać trochę takiego lakieru. Z braku czegoś bardziej odpowiedniego polakierował nim stare, blaszane, lakierowane wiadra. Jedno pędzlem, a drugie natryskowo. Różnice były niezauważalne. Jego lakier w odróżnieniu od tego, który widział kiedyś na samochodzie, różnił się tym, że nie tylko stwarzał wrażenie zmiany koloru, ale również miał jakby wtopiony złoty proszek, który wyraźnie iskrzył się pod polakierowaną powierzchnią.
Marek miał w warsztacie komputer, niestety bez Internetu. Gospodarze, starsi ludzie nie byli zainteresowani podłączeniem gospodarstw, kiedy była ku temu okazja. Brak Internetu nie przeszkadzał mu na razie. Tak samo jak nie przeszkadzał mu brak telefonu, radia czy telewizji. Skoncentrowany był tylko na pracy. To był jego sposób na wyciszenie się po wydarzeniach ostatnich miesięcy, zwłaszcza ostatnich, po utracie Hanki. Pewnego rodzaju kwarantanna od świata zewnętrznego.
Jednakże nadszedł dzień, kiedy musiał udać się do miasta. W kilku słoikach po dżemach miał próbki swojego lakieru. W Łodzi odwiedził znany mu warsztat lakierowania samochodów. Z trudem udało mu się namówić właściciela na polakierowanie czegoś jego lakierem. W końcu właściciel dał się przekonać znalazł jakąś stare uszkodzone drzwi od Fiata 125p. Obiecał je polakierować. Marek miał przyjechać do niego za kilka dni i obejrzeć, jak to wygląda.
Po wyjściu z warsztatu pojechał do śródmieścia sprawić sobie kilka rzeczy, za którymi zaczął tęsknić. Przede wszystkim kupił sobie telefon na kartę i mobilny Internet do komputera. Telewizora ani radia na razie nie kupił. Od sprzedawcy w sieci telefonii komórkowej w której kupił telefon i dostęp do Internetu dowiedział się, że to wystarczy, aby mieć programy telewizji w komputerze.
W hurtowni artykułów chemicznych kupił znaczną ilość potrzebnych mu chemikaliów z dostawą do warsztatu. Pochodził trochę po mieście i wieczorem taksówką wrócił do domu.
Przez następne dwa dni odpoczywał. No. Może niezupełnie. Skonfigurował komputer z Internetem i godzinami przeglądał Internetowe wydania gazet.
W łódzkim wydaniu Gazety Wyborczej przeczytał, że nie milkną echa niespodziewanego osobistego bankructwa zakończonego samobójczą śmiercią, znanego przemysłowca Leona K. Jego firma została kilka miesięcy temu sprzedana chińsko-ukraińskie spółce z siedzibą w Donbasie. Okazało się, że ekonomiści nowych właścicieli odkryli w niej olbrzymie nadużycia finansowe.
Dotychczasowy szef działu finansowego, dokonał w ostatnich miesiącach przed sprzedażą firmy, nielegalnego transferu znacznych sum do banków w tak zwanych „Rajach podatkowych”.
Hieronim R, bo o nim tu mowa, zniknął z córką byłego właściciela Iwoną K, zaraz po śmierci swojego szefa. Obydwoje poszukiwani są przez Prokuraturę jako podejrzani o wielomilionowe malwersacje na niekorzyść firmy.
Marka bardzo ta wiadomość zaintrygowała. Nie potrafił jednak znaleźć nic więcej na ten temat. Postanowił przy następnej bytności w Łodzi zajrzeć do biblioteki i przewertować prasę z ostatnich miesięcy.
Okazja do tego nadarzyła się niebawem. Zadzwonił do warsztatu lakierniczego dowiedzieć się jak wglądają pomalowane jego lakierem drzwi samochodowe
„Panie! Przyjeżdżaj pan natychmiast. Musimy pogadać!” – usłyszał
„Co się stało?”
„Kupię od pana każdą ilość tego lakieru. Wie pan. Dla mnie to pachnie wiochą, ale chłopaki pracujące u mnie twierdzą, że to rewelacja. Kilku ich kumpli zamówiło już lakierowanie swoich Beemek tym lakierem”
W czasie spotkania z właścicielem warsztatu lakierniczego Marek nawiązał z nim współpracę. Dostał pieniądze na rozwinięcie produkcji lakieru a właściciel lakierni otrzymał prawo wyłączności kupna lakieru i ewentualnej dystrybucji.
Nowy wspólnik Marka, Tadeusz Mularczyk zaprosił go na obiad do restauracji. Pojechali do Manufaktury. Po obiedzie rozstali się przed restauracją.
Marek chciał jeszcze pójść do fryzjera. W jednym z salonów fryzjerskich miła dziewczyna zaprosiła go na fotel, ale to nie ona zajęła się jego głową. Marek wyciągnął telefon i zaczął przeglądać Internet. W pewnym momencie usłyszał znajomy głos
„Dzień Dobry panie Marku. Jak pana obstrzyc?”
Obejrzał się zaskoczony i zanim zdążył się odezwać usłyszał
„Zanim zaczęłam pracować u was jako służąca, pracowałam kilka lat jako fryzjerka. To mój wyuczony zawód” – oznajmiła Natasza „
Od dawna tu pracujesz?…Przepraszam. od dawna pani tu pracuje, Pani Nataszo?”
„Natalia, mów mi na ty. Pani nie wiadomo, dlaczego nazywała mnie Nataszą. Dobrze płaciła, więc mi to nie przeszkadzało, a tutaj pracuję od kilku tygodni”
Potem ściszyła głos do szeptu i powiedziała mu prosto do ucha
„Mam ci dużo do opowiedzenia, ale nie teraz. Szef już się nami zainteresował. Kończę za godzinę Czekaj na mnie w sąsiedniej kawiarni”
„Dobrze. Będę czekać”
Ta godzina w kawiarni, bardzo mu się dłużyła. Czuł się podniecony tym spotkaniem. Ma nadzieję dowiedzieć się coś więcej o Iwonie i o tym co wydarzyło się, po jego zniknięciu z domu.
Może dowie się też coś o teściu i firmie. Zresztą, nie tylko perspektywa uzyskania informacji, o tym co się wtedy wydarzyło, wpływała na jego stan wyczekiwania i tego dziwnego podniecenia.
Natalia Przyszła dokładnie po godzinie. Zaskoczył go jej widok. Uświadomił sobie, gdy się zbliżała do stolika, że nigdy jej wcześniej nie widział w „cywilnym” ubraniu. Zawsze miała na sobie szarą prostą sukienkę i biały fartuszek.
Gdy pracowała w kuchni, miała inny fartuch. Teraz zbliżała się do niego, młoda atrakcyjna blondynka z dyskretnym makijażem, gustownie ubrana. Zdążył zauważyć, że ma na sobie spódniczkę kończącą się powyżej kolan.
Przez moment zapatrzył się na jej nogi. Opamiętał się szybko. Zerwał się z krzesła i odruchowo chciał ją uściskać na powitanie. Zatrzymała się w pół kroku
„Nigdy wcześniej się tak nie witaliśmy, Mareczku” – odrzekła ze śmiechem i pewną dozą pewności siebie w głosie
„Przepraszam…To taki odruch. Zawsze się tak witam z pięknymi kobietami” – odpowiedział
Zaśmiała się w odpowiedzi. Poznał ten śmiech. Zawsze tak się śmiała w domu, gdy powiedział coś co jej się podobało.
Podsunął jej krzesło. Gdy usiedli, zapytała
„Mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko aby się zwracać do ciebie po imieniu?”
„Oczywiście, że nie mam. Cieszę się, że ten punkt naszej odnowionej znajomości mamy za sobą, Natalio”
„Na drugie imię mam Anna. Chciałabym, abyś tak do mnie mówił”
„Jak sobie życzysz, Aniu”
Zamówił kawę i jakieś ciastka. Anna opowiedziała mu co się działo w domu po tym jak zabrał swoje bagaże i zniknął. Pani oczekiwała na jego powrót przez pierwsze dwa, może trzy dni.
Te jego spakowane walizki, to były tylko na pokaz. Anna przypuszcza, że pani chciała tylko go nastraszyć i liczyła, że on, skruszony będzie błagał o to, aby pozwoliła mu wrócić do domu. Potem zaczęła się wściekać, że on nie wraca. Jej też się oberwało, za to, że pozwoliła mu zabrać te walizki
„Widzisz, jakie ja życie miałam tam przez ciebie” – powiedziała z udawanym wyrzutem.
Dalej Anna opowiadała, że pani chyba wynajęła kogoś, aby go szukali. Dwóch gości przeszukało pokój Marka, zabrali jego fotografię
„Wiesz, ten śliczny portrecik, który pani miała w swoim pokoju na komodzie”
„Śliczny? Uważam, że bardzo źle na nim wyszedłem. Dlatego postawiła go na widocznym miejscu, aby zrobić mi na złość”
„Nieprawda. Mnie się na tym zdjęciu bardzo podobałeś” – odparła – „Potem pani razem z tymi dwoma przez dwie godziny wypytywali mnie o ciebie. Czy wiem co robiłeś, jak pani wychodziła do pracy, a ty zostawałeś w domu. Czy ktoś do ciebie wtedy przychodził i jeszcze… Aaa. Takie tam”
„Jakie – Takie tam?” – zapytał
„No. Czy się do mnie dobierałeś”
„I co im odpowiedziałaś?”
„Jak to co?!…Prawdę…Że nie” – powiedziała to z wyraźnie zaznaczonym wyrzutem.
Marek dowiedział się, kto po pewnym czasie zaczął bywać u nich w domu
„Wiesz. Taki jeden. Hieronim miał na imię. Księgowy z firmy jej ojca, czy coś takiego. Po jakimś czasie pani nakazała mi przyszykować twój pokój dla niego. Zamieszkał w nim. Bardzo niesympatyczny typ. Raz jak byłam sama w domu przyszła jakaś kobieta z dwójką dzieci. Zrobiła mi awanturę. Wzięła mnie za panią. To była żona tego Hieronima. Długo trwało, zanim jej wyjaśniłam, że jestem służącą w tym domu”
Anna opowiadała jeszcze o tym jak pani strofowała tego Hieronima i inne szczegóły z ich życia. Marek nie przerywał jej, chociaż go to nic, ale to absolutnie nic nie interesowało. Przyglądał się Annie cały czas i złapał się na tym, że sprawia mu ogromną przyjemność słuchać, jak ona mówi do niego
„A ty, gdzie byłeś przez ten cały czas?” – jej pytanie wyrwało go z zamyślenia
„Ja?… Ukrywałem się u takich jednych gospodarzy na wsi. W dalszym ciągu tam mieszkam i pracuję…”
„Pracujesz w polu? To nie podobne do ciebie. Ja pochodzę ze wsi, z Białostockiego. Wiem jak praca na wsi szybko zmienia człowieka” – chwyciła jego dłoń w swoje ręce – „Masz piękne dłonie. Nie pracujesz na wsi”
„Nie pracuję w polu. Nie powiedziałem tego. Mieszkam tam w wynajętym mieszkaniu i pracuję w swoim warsztacie”
Potem wyjaśnił jej dosyć oględnie co robi. Powiedział też, że właśnie dzisiaj zawarł umowę z jednym człowiekiem na sprzedaż lakierów i że pierwszy raz od dłuższego czasu ma nadzieję na duże dochody
„Dzisiejszy dzień jest dla mnie bardzo szczęśliwy. Spotkały mnie dwie ważne, radosne zdarzenia… Pierwsze, to ta umowa w sprawie lakierów. A drugie, ważniejsze wydarzenie to spotkanie ciebie Aniu”
Zaśmiała się tak jak zawsze, gdy mówi coś co się jej podoba. Pochyliła się nad stolikiem i pocałowała go.
„Aniu, przez ten czas na wsi nie oglądałem telewizji ani nie czytałem gazet. Odizolowałem się praktycznie od świata. Chciałem zapomnieć o przeszłości. Poświęciłem się całkowicie pracy. Dopiero niedawno, całkiem przypadkiem, wpadła mi w ręce stara gazeta. Przeczytałem, że Stary Kamczyk stracił firmę, popełnił samobójstwo, a Iwona zniknęła gdzieś z tym Hieronimem. Wiesz coś więcej o tym? Możesz mi opowiedzieć co się stało?”
„Ach! Słuchaj. To straszna tragedia. Horror!…Wiesz. to było… Zaraz” – przerwała usiłując przypomnieć sobie – „Tak! Ponad trzy miesiące temu. Byłam z panią na zakupach. Pojechaliśmy do Ptaka, wiesz, do Rzgowa. Pani zabierała mnie czasem, aby jej doradzać w wyborze ubrań. Mówiła, że mam gust” – przerwała oczekując najwyraźniej na to, że jej przytaknie
„Oczywiście Aniu, że masz gust. Widzę to. Ślicznie wyglądasz w tym co masz na sobie” – pochwalił ją
„Dziękuję” – odparła z czarującym uśmiechem – „Więc w tym Rzgowie pani przymierzała taką różową garsonkę, kiedy zadzwonił jej telefon. To jej ojciec krzyczał w telefonie spanikowany, że go okradli, że wszystko stracił i że ma natychmiast po niego przyjechać na ulicę… Zapomniałam. Kocia, czy coś takiego. Natychmiast pobiegłyśmy do samochodu. Ona jeszcze przez telefon dopytywała się go, gdzie to jest. Prawie godzinę jej zajęła ta jazda ze Rzgowa przez całą Łódź. W końcu przyjechaliśmy pod jakiś spalony, jeszcze dymiący dom. Wejście na posesję owinięte było taśmami z napisem Policja. Ale były pozrywane. Pan Leon, ufajdany w sadzach i popiele, biegał po podwórku. Stało tam jego spalone auto i jeszcze jakieś. Byli też jacyś ludzie. On się co chwila łapał za głowę i krzyczał, że go okradli i że garaż jest pusty, a powinno być w nim złoto. Jak zobaczył panią to złapał ją za rękę i coś do niej krzyczał, ale nie wiem co, bo stałam z daleka. Ona mu się wyrywała. Nie chciała, żeby ją pobrudził. Chciał ją zaciągnąć do tego garażu, który też był spalony.
Ci ludzie co tam stali, śmiali się z tego cyrku. Robili kółka na głowie. Słyszałam, jak mówili do siebie, że stary zwariował. W końcu pani zabrała go do auta. Przeklinała, że ta biała tapicerka, Pamiętasz ją?”
„Tak. Pamiętam”
„Że ta biała skurzana tapicerka się zniszczy – Mam w dupie twoją tapicerkę – krzyczał. Pani kazała mi usiąść z tyłu i odjechaliśmy stamtąd. Ona chciała odwieść go do domu, ale on się uparł, aby jechać do tych złodziei adwokatów, którzy pomagali go okraść. Kazał się zawieść do Galerii Łódzkiej. Wiesz, gdzie to jest?”
„Wiem”
„Pani kazała mi zostać w aucie. Poszli gdzieś. Ale myślę, że nie chodzili po Galerii. Wrócili po godzinie. On płakał i powtarzał, że przecież było tam ich biuro, że siedzieli tam tyle godzin i tyle złota mu sprzedali, a teraz zniknęli. Płakał i cały czas mówił o tym złocie. Ona, widziałam to, była bardzo wściekła. Słowem się nie odzywała. Odwieźliśmy go do domu na Wycieczkową. Potem wróciliśmy do domu. Ten Hieronim wrócił już z pracy. Pani kazała mi iść do mojego pokoju. Słyszałam, jak się kłócili. Potem pojechali gdzieś jego samochodem. Przed wyjazdem pani kazała mi pozmywać tą białą tapicerkę w jej aucie. Długo ją szorowałam, ale nie dała się wyczyścić do końca. Wrócili po jedenastej wieczorem. Byli zdenerwowani. Pani zawołała mnie. Powiedziała, że powiesił się idiota. Nie wiedziałam o kim mówi. Musiała to zauważyć, bo dodała – ojciec się powiesił. Tak mówiła o swoim ojcu – idiota. Coś strasznego. Potem powiedziała, że muszą wyjechać na dłużej, to znaczy, ona i ten Hieronim. Dlatego będę jej niepotrzebna i mogę sobie iść i poszukać innej pracy.
Zaczęłam płakać, że nie mam dokąd iść, ale to nie była prawda. Dwa miesiące wcześniej kupiłam sobie mieszkanie…”
„Skąd miałaś na to pieniądze?” – przerwał jej
„Rodzice przekazali bratu gospodarstwo, pod warunkiem, że mnie spłaci. Mnie to odpowiadało. Nie chcę wracać na gospodarstwo. To za te pieniądze kupiłam mieszkanie. Jeszcze zostało na auto” – pochwaliła się – „Pani kazała mi się uspokoić. Poszła do sypialni i przyniosła mi pieniądze. Zapłaciła za pół roku. Razem z tym co u niej zarobiłam i odłożyłam, to uzbierała się niezła sumka”
„Co było potem z Iwoną i tym tam Hieronimem?”
„Pakowali się całą noc. Wcześnie rano wyjechali bez pożegnania. Myślę, że gdzieś za granicę, bo jeszcze w łóżku słyszałam, jak krzyczała, że nie może znaleźć paszportu”
„Co było dalej, Aniu?”
„Jak wstałam zaczęłam pakować swoje rzeczy. Gdy byłam gotowa do wyjścia i miałam właśnie zadzwonić po taksówkę to przyjechała policja. Pytali się o panią, o tego Hieronima, czy wiem, gdzie pojechali. A potem pytali jeszcze o innych. O ciebie też. Pytali się kto do nas przychodził i jak często. Mówiłam, jak było. że czasami tylko ojciec pani przyjeżdżał i że dzień wcześniej był tu ze swoim adwokatem, tym Niewiadomskim… Wiesz tym co zmarł jak Pana Leona okradli”
„Nic o tym nie wiem”
„Tego dnia co go okradli z tego złota, i kazał się zawieść z tego pogorzeliska do tych adwokatów, to mówił do pani, wiesz…W aucie jak jechaliśmy, że był u nich z Niewiadomskim i że jak przyjechał do tego spalonego domu to pierwsze co zrobił do zadzwonił do niego. Telefon odebrała jego zapłakana żona i powiedziała, że mąż zmarł na serce w taksówce wieczorem poprzedniego dnia. Powiedziałam to wszystko tym policjantom i że nie wiem co zrobić z kluczami od domu. kazali abym im oddała. Dali mi pokwitowanie. Tak skończyłam pracować u niej”
„Aniu, czyli dla ciebie to się dobrze skończyło…”
„Można tak powiedzieć, ale…”
„Co, ale?”
„Nic. Nie ważne”
„Powiedz, masz jakieś zmartwienie, kłopoty z mężem…”
„Nie mam męża i nie chcę mieć!” – odpowiedział hardo
„Przepraszam. Nie powinienem pytać cię o twoje osobiste sprawy…”
Milczeli chwilę. Wściekły był na siebie za to, że się tak niezgrabnie odezwał
„To ja cię przepraszam” – odezwała się po chwili – „Głupio się zachowałam. Nie mam nikogo. Kiedyś, zanim zaczęłam pracować u was żyłam z takim jednym. Zraziłam się do mężczyzn… Nie chcę o tym mówić. Nie gniewaj się”
„Nie gniewam się… Musimy już wyjść stąd. Zaraz zamykają”
Zapłacił rachunek. Wyszli na zewnątrz. Szli przez chwilę w milczeniu. Anna zatrzymała się.
„Tam musimy iść. Na parking. Mam tam samochód” – stwierdziła
„A ja muszę poszukać taksówki”
„Podwiozę cię”
„Dziękuję. Dam sobie radę. Późno jest. Nie chciałbym…”
„Powiedziałam, że cię podwiozę, to znaczy, że cię podwiozę” – przerwała mu zdecydowanie
Nie protestował. Na parkingu podeszli do małej białej Toyoty.
„Gdzie jest ta twoja wieś?” – zapytała
„Koło Nowosolnej”
Po chwili jechali Drewnowską w stronę Zachodniej. Na skrzyżowaniu skręciła w Zachodnią w prawo
„Powinnaś pojechać w lewo, Aniu”
„Nie będę się po nocy szlajała po wsiach. Dzisiaj będziesz spać gdzie indziej. Myślę, że będzie ci się podobać”
Nie odezwał się ani słowem. Pomyślał tylko
„Cholera! Przeżyłem już raz taki powrót do domu. Zaczyna się od nowa”
Uśmiechnął się do niej, a ona jakby odczytała jego myśli, zaśmiała się tak jak zawsze.
KONIEC