Zamiana mojego kawalerskiego życia na życie z Krysią, tak pięknie się zaczęła…
Kryśkę, poznałem w sierpniu 80go roku, na prywatce u Elki. Byłem tam chyba po raz ostatni. Z Elką zaczęło mi się nie układać. Podejrzewałem, że spotyka się z kimś innym. Na tej prywatce był taki elokwentny fagas, który cały czas kręcił się przy Elce. Jak tylko była chwila ciszy to wykorzystywał to, aby głośno mówić jaki to ten jego Garbus to wspaniały samochód. Widziałem, jak to imponowało dziewczynom, przynajmniej niektórym. Chłopaki raczej ignorowali go, ale widać było, że mu zazdroszczą. Ja też zazdrościłem, ale starałem się to ukryć. Nikt z chłopaków nie podejmował tematu Garbusa.
Za to, że kręcił się przy Elce, to normalnie dał bym mu po ryju i nakopał do dupy, mimo że z Elką właściwie to już było skończone. Zrobiłbym tak dla zasady. Niech sobie fagas nie myśli, że oddaję ją ot tak, walkowerem. Ale tym razem latało mi to. Zajęty byłem czym innym a raczej kim innym – Krysią, Elki koleżanką z poczty.
Tam ujrzałem ją po raz pierwszy. Od razu wpadła mi w oko. Była z jakimś łysiejącym grubasem. Cały czas się z nim kłóciła po cichu, a właściwie go opieprzała. On tylko słuchał.
Akurat z magnetofonu poleciał jakiś przytulany kawałek, ktoś przyciemnił światło. Poprosiłem ją do tańca, ignorując grubasa. Zgodziła się chętnie, rzuciła do niego przez ramię
„Zjedz sobie coś przez ten czas”
„Patrzyłem chwilę na was. Chyba coś wam dzisiaj nie wychodzi?” – zapytałem w tańcu
„Wkurza mnie grubas! Natrętny jest.”
„To twój chłopak?”
„A skąd! Ojciec chciał abym z nim wyszła. On u ojca jest jakimś plastykiem czy czymś takim. Ojcu na nim zależy”
„A, skoro tatusiowi na tym zależy to kochająca córeczka musi być posłuszna. Wracaj panna do niego” – powiedziałem trochę żartobliwie i trochę kpiąco.
Akurat skończył się ten kawałek co go tańczyliśmy. Chciałem ją odprowadzić do niego. W tym momencie zaczął się drugi kawałek, jeszcze bardziej ckliwy niż ten poprzedni
„Tańczmy dalej” – zażądała stanowczo.
Tańczyliśmy chwilę w milczeniu
„Sam tu jesteś?” – zapytała
„Tak, Elka mnie zaprosiła, ale…”
„Wiesz co, zabierz mnie stąd” – zażądała
„Teraz? A co z twoim chłopakiem?” – zapytałem, umyślnie nazywając go jej chłopakiem
„Nie wkurzaj mnie, to nie mój chłopak. Wychodzimy” – odparła zdecydowanie. Ulotniliśmy się, jak to mówią – po angielsku. Na ulicy zapytałem
„To co teraz robimy?”
„Odprowadź mnie do domu”
„Gdzie mieszkasz”
„Na Łozowej”
„Łozowa, gdzie to jest?”
„Kawałek za Radogoszczem, w stronę Zgierza, weźmiemy taksówkę”
Z Podrzecznej od Elki do Radogoszcza jest spory kawałek, a Łozowa leży jeszcze dalej. Ruszyliśmy w stronę Bałuckiego Rynku, tam zawsze są taksówki na postoju. Po drodze Krysia opowiedziała mi, że mieszka tam z rodzicami. Mają wybudowany kilka lat temu duży dom. W obszernym garażu za domem i w piwnicy ojciec ma wytwórnię zabawek i galanterii z plastyku. Zbyszek, ten grubas, robi u ojca jakieś formy, z których ojciec na maszynie wyciska czy odlewa takie plastykowe duperele jak Myszki Miki i Kaczory Donaldy. Wcześniej pracował u niego jakiś inny plastyk, taki Zdzicho – artysta malarz – malował ojcu podkłady pod pocztówki dźwiękowe. Ojciec wcześniej nakładał tą swoją folię na pocztówki kupowane w Empiku, ale skarbówka zagroziła mu karami za naruszanie praw autorskich, dlatego ojciec zatrudnił Zdzicha.
Nie, ojciec nie nagrywał nic na te pocztówki. Sprzedawał je nie nagrane właścicielom wytwórni pocztówek dźwiękowych. Ale ten Zdzichu okazał się wielką świnią. Po roku uciekł z Krysi siostrą bliźniaczką, Basią. Baśka, tak jak Kryśka, miała siedemnaście lat, więc ukrywali się gdzieś na wsi u jego krewnych aż do jej pełnoletności. Zaraz potem wzięli ślub cywilny i przyjechali do rodziców.
Była wielka awantura. Ojciec ganiał Zdzicha z siekierą w koło domu, tak długo aż mama zemdlała i trzeba było ją ratować. Ojciec się trochę uspokoił, jak cucił mamę, a ten Zdzicho wykorzystał to i powiedział, że ojciec może mu gówno zrobić, bo, po pierwsze Baśka jest oficjalnie jego żoną, a po drugie to on, ojciec, znaczy się, nie ma praw autorskich do jego dzieł, które bez prawnie wykorzystał do swoich produkcji i on, Zdzichu, może w każdej chwili zgłosić to do skarbówki albo do prokuratury.
Ojca o mało szlak nie trafił. Usiadł na ziemi i złapał się za serce. Dobrze, że matka szybko odzyskała przytomność, to mogła go ratować.
Tyle Kryśka zdążyła mi opowiedzieć zanim doszliśmy do taksówki na Bałuckim Rynku. Wsiedliśmy do jedynej jaka tam stała. Taka stara rozklekotana warszawa. Kierowca, stary dziadyga w okularach z bardzo grubymi szkłami jechał bardzo wolno, chyba mniej niż czterdzieści na godzinę. Zaczęło mnie to irytować, ale po chwili Kryśka przytuliła się do mnie i nagle przestała mi ta powolna jazda przeszkadzać. Wręcz przeciwnie zaczęło mi to odpowiadać
„Wiesz, wydaję mi się, że ty jesteś inny” -powiedziała ciepło, kładąc głowę na moim ramieniu
„Skąd to możesz wiedzieć? Znamy się dopiero od kilku godzin. Nie powiedziałem o sobie ani słowa”
„Czuję to”
Resztę jazdy przesiedzieliśmy w milczeniu. Taksiarz zatrzymał auto na rogu Zgierskiej i Łozowej
„Dalej nie pojadę. Za duże dziury. Samochód mi się rozleci” – stwierdził stanowczo.
Chciałem zaprotestować, ale Krysia uprzedziła mnie
„Nie szkodzi, dojdziemy sobie”
Przed domem zapytała czy nie poszedłbym z nią jutro po południu do jej Babci. Trzeba jej podać lekarstwo i przypilnować, aby je zażyła, a potem poczekać aż uśnie. Babka mieszka sama w ich starym mieszkaniu na Wschodniej przy Nowotki i jest trochę niedołężna, więc każdego dnia ktoś z rodziny do niej zagląda, jutro jest jej kolej.
„Oczywiście, chętnie, gdzie się spotkamy i o której?”
„Na krańcówce tramwajów na Północnej, zaraz po piątej” Pożegnaliśmy się.
Babka mieszkała w starej kamienicy, w dużym dwupokojowym mieszkaniu z oknami wychodzącymi na ulicę. Babcia Marta była matką matki Krysi. Krysia otworzyła drzwi własnym kluczem. W drzwiach do kuchni stała, wystraszona babka z nożem w ręku. Krysia uprzedziła mnie, że babka nigdy nie otwiera drzwi, dlatego trzeba mieć klucz i otwierać samemu, a tan nóż, … Nie ma się co nim przejmować. Babka jest po prostu ostrożna.
„A, to ty dziecko… A ten to kto?”
„To mój narzeczony, babciu. Marek przedstaw się” – babka nie uznawała takich określeń jak mój chłopak, więc musiałem robić za narzeczonego
„Marek Cieślak jestem, miło mi panią poznać”
„Aha, a kiedy ślub. Ty już dziecko nie możesz długo czekać”
„Po świętach, babciu”
Krysia odebrała ostrożnie babce nóż i weszła z nią do łazienki. Mnie poleciła usiąść na kanapie w dużym pokoju i czekać.
Rozejrzałem się po mieszkaniu Ze ślepego przedpokoju po prawej stronie było wejście do obszernej kuchni a po lewej do ślepej łazienki. Na wprost drzwi wejściowych było wejście do naprawdę dużego pokoju. Przez niego przechodziło się do mniejszego, który był sypialnią babki. Usiadłem na dużej kanapie z wieloma poduszkami pod plecy. Stała tyłem do trzyskrzydłowego okna z wieloma doniczkami różnych roślin. Przed kanapą stał mały wózek do podawania posiłków, nieco bliżej przedpokoju, na lewo od kanapy, duży okrągły stół i pięć różnych krzeseł. Na prawo od kanapy, nieco bliżej drzwi do następnego pokoju znajdował się staromodny fotel z zawieszoną poduszką pod głowę i tak zwanymi uszami po bokach, które miały zapobiegać zsunięciu się głowy na bok, gdyby babka usnęła. Że był to fotel babki nie ulegało wątpliwości. Fotel zwrócony był przodem do telewizora, obok którego stał chyba antyczny kredens.
Po jakiejś pół godzinie Krysia przeprowadziła babkę, przebraną już w koszulę i szlafrok do drugiego pokoju. Przechodząc poleciła mi włączyć telewizor
„Przypilnuję, abyś zażyła lekarstwa, położę cię spać i poczekamy aż uśniesz, dobrze babciu?”
„Tak, kochanie, jestem dzisiaj bardzo zmęczona, chyba zaraz usnę” – powiedziała to już za drzwiami swojego pokoju.
Nagle odwróciła się bardzo energicznie i wróciła do drzwi
„A pan, panie Stefanie ma o nią dbać, bo inaczej będzie pan miał ze mną do czynienia!” – upomniała mnie
„To nie Stefan, babciu, to Marek”
„Nie szkodzi”
Krysia wróciła po dziesięciu minutach, starannie zamykając drzwi do pokoju babki
„Co oglądasz?”
„Nie wiem. Jakiś ruski film”
Krysia usiadła obok mnie, przytuliła się
„Mareczku, wiesz co, musimy tu pobyć trochę aż ona uśnie… nudny ten film…Pocałuj mnie”
No i było tak pięknie, chociaż nie do końca…
„Co ty taki spięty jesteś?” – zapytała z wyrzutem
„Wiesz, boję się, że ona zaraz tu wejdzie, to mnie krępuje”
„Nie wejdzie, zapewniam cię. Rozluźnij się… Ale nie wszystko głuptasie… tego nie rozluźniaj”
Do babki przychodziliśmy dwa razy w tygodniu do końca sierpnia, przez cały wrzesień i październik.
Pod koniec listopada Krysia oznajmiła mi, że jest w ciąży. Byłem zaszokowany
„No to, Krysiu trzeba to usunąć” – jedynie na to się zdobyłem
„Nie no co ty! Już powiedziałam o tym mamusi”
„No to co z tego?”
„Mamusia jest bardzo religijna, o skrobance nie ma mowy”
Nie wiedziałem, jak reagować. Próbowałem się jeszcze bronić
„A czy na pewno ta ciąża to moja sprawka?”
„No wiesz! Świnia jesteś!” – Krysia się poryczała
„No już dobrze, tak tylko zażartowałem” – starałem się ją uspokoić
„Co ja mam za pecha, myślałam, że jesteś odpowiedzialnym facetem… a ty jesteś taki sam świnia jak inni”
„Krysieńko, uspokój się, podejdźmy do tego na chłodno, racjonalnie. Masz dwadzieścia trzy lata. Ja niewiele więcej. Całe życie przed nami. Dziecko nas uziemi, podetnie skrzydła…”
„A może ja chcę mieć to dziecko?! Wszystkie moje koleżanki z zawodówki już mają, jedna nawet dwoje”
„No dobrze, zacznijmy z innej beczki. Pewna jesteś, że to ciąża, byłaś u lekarza?”
„Jeszcze nie byłam, ale mamusia mówi, że to ciąża”
„Po cholerę mówiłaś o tym mamusi!?”
„Ja mamusi mówię o wszystkim”
„O wszystkim? O mnie też?”
„No pewnie. Przecież ta ciąża nie wzięła się z powietrza. Mamusia chciała wiedzieć kto mi to zrobił. Jutro na czternastą idę z nią do lekarza”
„To co teraz robimy?”
„W niedzielę przedstawię cię rodzicom”
Do tej pory nie widziałem się z jej rodzicami. Ani razu nie byłem u niej w domu. Ona też nie miała okazji poznać moich rodziców.
Moi starzy domyślali się, że muszę się z kimś spotykać. Do tej pory całe dnie po pracy przesiadywałem w domu i sklejałem modele okrętów wojennych z czasów II Wojny Światowej. Nawet jak chodziłem z Elką to i tak większość czasu spędzałem w domu.
Od kiedy poznałem Krysię, wszystko się zmieniło. Modelarstwo poszło w odstawkę, po pracy zjadałem to co mama przyszykowała i od razu wychodziłem. Do domu wracałem późno, kładłem się spać a rano do roboty. Całe popołudnia spędzaliśmy z Krysią na mieście. Chodziliśmy do kina, spacerowaliśmy po Piotrkowskiej, a jak nie było pogody to przesiadywaliśmy w kawiarniach. No i oczywiście w każdy poniedziałek i czwartek byliśmy kilka godzin na Wschodniej u babki.
Nie widzieliśmy się tylko w niedziele. Ojciec Krysi twierdził, że niedziela jest dniem dla rodziny. Spędzali ją zawsze razem. Rano wspólne śniadanie, potem wspólny wyjazd wartburgiem do kościoła, po południu obowiązkowy rosół i jakaś wizyta u bliskich lub znajomych. Czasami bywał ktoś u nich.
U nas w domu było zupełnie inaczej. Niedziele traktowało się jako dzień odpoczynku. Każdy robił to na co miał ochotę. Do kościoła chodziliśmy bardzo rzadko, najczęściej przy okazji jakiś ślubów czy pogrzebów. Ojciec najczęściej wyjeżdżał na ryby, czasami jechałem z nim. Zimą spotykał się kolegami na kartach, często u nas w domu. Mama miała kilka przyjaciółek, jeszcze z czasów szkolnych z którymi niemal w każdą niedzielę spotykała się na mieście w ich ulubionej herbaciarni Teinka. A ja najczęściej lepiłem te swoje modele.
Tego wieczoru, jak zwykle pożegnałem się z Krysią na krańcówce tramwajowej na Północnej. Krysia wsiadła do tramwaju linii 45, a ja dopiero teraz zacząłem zdawać sobie sprawę jak bardzo wpadłem. Musiałem ochłonąć. Było dosyć chłodno. Zaczął mżawić drobny deszcz. Mimo tego do domu na Żeromskiego przy Zielonym Rynku postanowiłem iść na pieszo. Muszę mieć czas, aby przemyśleć to wszystko w spokoju, no i muszę coś powiedzieć w domu. Zdałem sobie sprawę, że rodzice Kryśki będą nalegać na ślub. Wściekły byłem na siebie, że też tak jej uwierzyłem, że nie trzeba uważać, że ona wie, kiedy można… No i co? Okazało się, że gówno wie.
Tak rozmyślając znalazłem się przed domem. Już wiedziałem co zrobię. Rodzice jeszcze nie spali. Od razu od drzwi wywaliłem z grubej rury
„Będę miał dziecko”
Przez moment była cisza
„No to żeś się doigrał” – stwierdził ojciec
„Jezus! Maria! Synuś z kim?” – wykrzyknęła przerażona matka
„Z taką jedną, znam ją od sierpnia. Ale nie martwcie się. Będę płacił alimenty. Nie ożenię się z nią”
„O! Nie! Jak się powiedziało A, to trzeba też powiedzieć B. Dziecko musi mieć ojca i normalną rodzinę” – Matka doszła już do siebie i mówiła zdecydowanym głosem –
„Kiedy dziecko przyjdzie na świat?”
„Mamo, nie wiem. Dowiedziałem się o tym kilka godzin wcześniej”
„Kto to jest ta panna? I jak do tego doszło?”
„No co ty Halina, nie wiesz jak do tego dochodzi?” – zapytał kpiąco ojciec
„Nie kpij z tego Stefan, to poważna sprawa. Ważą się losy naszego syna”
„Mamo, ona jutro na czternastą idzie do lekarza. Może się okazać, że nie jest w ciąży”
„Musisz z nią iść. Zachowuj się jak mężczyzna. Czy do niej można zadzwonić?”
„Tak, mają telefon, mam tu gdzieś jej numer”
„To zejdź teraz na pocztę i się z nią umów na jutro. I pamiętaj! Zapomnij o alimentach, Musisz być odpowiedzialny za swoje czyny”
Telefon odebrała matka Krysi. Przedstawiłem się i poprosiłem Krysię do telefonu
„Chwileczkę, czy to pan jest sprawcą tego nieszczęścia?”
„Jakiego nieszczęścia?” – zapytałem wystraszony. – „Czyżby Krysi coś się stało?”
„Niech pan nie udaje głupka. O ciążę mi chodzi. Będziecie mieć dziecko”
„Dziecko to nie nieszczęście” – powiedziałem.
Po chwili dotarło do mnie, że przecież nie wierzę w to co mówię.
„Wiem, że pani idzie z Krysią do lekarza. Chciałbym iść z wami. A teraz chciałbym z nią porozmawiać”
„Córka się położyła, ale jak pan chce nam towarzyszyć to proszę czekać na nas w kawiarni Balaton o wpół do drugiej. Dobranoc, zobaczymy się jutro”
Zwolniłem się wcześniej z pracy. W Balatonie na piętrze byłem już piętnaście po pierwszej. Przyszły za piętnaście druga. Matka Krysi, szczupła brunetka, przedstawiła się chłodno
„Walczakowa jestem, Helena” – zmierzyła mnie wzrokiem – „Inaczej sobie pana wyobrażałam. No cóż to nie ja pana wybierałam”
„Chciałbym być przy badaniu…”
„Wybij sobie to z głowy” – przerwała mi Krysia – „Będziesz czekać w poczekalni”
„To miałem na myśli Krysiu”
Doktor Krajewski przyjmował prywatnie w mieszkaniu na drugim piętrze w kamienicy na Andrzeja, tuż przy Piotrkowskiej. Na drzwiach nie było żadnej wizytówki. Przyjmował tylko zaufane pacjentki.
Usiadłem w przedpokoju przy niewielkim stoliku, a panie zostały poproszone przez doktora do gabinetu.
Na stoliku leżało kilka sztuk kolorowego magazynu Ameryka. Zacząłem je przeglądać z zainteresowaniem. Nawet nie wiem, ile czasu upłynęło, kiedy drzwi od gabinetu się otworzyły i wszyscy troje wyszli do przedpokoju.
„A, pan rozumiem będzie tatusiem, no, gratuluję, żona urodzi w przyszłym roku pod koniec maja albo na początku czerwca. Jeszcze raz gratuluję. Niech się pan nie obawia, wszystko jest w porządku”
Na ulicy szliśmy w milczeniu. Doszliśmy do postoju taksówek przy Zielonej
„To wie pan jak się sprawy mają. Czekamy na pan pojutrze, w niedzielę o trzeciej”
Na pożegnanie ucałowałem rękę pani Walczakowej. Krysia nadstawiła policzek. Pocałowałem ją w niego i szepnąłem do ucha, ale tak dosyć głośno
„Kocham cię Krysieńko”
Krysi od razu buzia się rozjaśniła. Matka też to słyszała, wyglądała na zadowoloną.
Punktualnie o trzeciej zadzwoniłem do furtki. Zamek zabrzęczał od razu. Drzwi się otworzyły. W drzwiach do mieszkania pojawiła się Krysia. Dostałem buzi
„Wchodź, czekamy na ciebie, babcia i Basia też są”
Przywitałem się z ojcem i matką Krysi. Babka siedziała na kanapie, ukłoniłem się jej. Po chwili do pokoju weszła… druga Krysia. Wrażenie było oszałamiające. Były identyczne. Różniło je tylko ubranie i nieco fryzura. Basia, bo to była ona, uczesana była w wysoko podpięty kok, podczas gdy włosy Krysi opadały na kark. Basi nie spotkałem wcześniej. Krysia zdążyła mi opowiedzieć o niej dosyć dużo.
Po pamiętnej awanturze, kiedy Basia przybyła do domu rodziców z nowo poślubionym mężem, ojciec zażądał natychmiastowego rozwodu. Oczywiście ani Baśka, ani tym bardziej Zdzichu nie chcieli o tym słyszeć. Następnym pociągnięciem ojca było grożenie wydziedziczeniem Baski. Od razu poszedł do swojego pokoju zmieniać testament. Matka na zmianę to płakała, to mdlała
„Józuś opanuj się. Stracimy córkę! Dzięki Bogu odnalazła się. Teraz najważniejsze, aby wzięli ślub kościelny i żyli jak Pan Bóg Przykazał… Pomyśl co ludzie powiedzą?”
„Zamilcz Heleno! Mam w dupie co ludzie powiedzą! Żadnego więcej ślubu nie będzie! Jutro idę do adwokata i załatwiamy rozwód! Chyba mam jeszcze w tym domu coś do powiedzenia?”
Ślub kościelny odbył się miesiąc później w klasztorze Ojców Franciszkanów w Łagiewnikach. Po ślubie Baśka i Zdzichu przez jakiś czas mieszkali na Łozowej. Córki Walczaków miały założone książeczki mieszkaniowe. Ojciec szybko uzupełnił wkład na książeczce Basi a potem w wypróbowany sposób, za pomocą sowitej łapówki sprawił, że Baśka szybko dostała dwupokojowe mieszkanie spółdzielcze na nowo budowanej Retkini, na Marchlewskiego, tuż przy krańcówce tramwajowej. Basia przerwała naukę, gdy uciekła ze Zdzichem. Po ślubie zaczęła pracować w księgowości w jakiejś spółdzielni i wieczorowo zrobiła maturę w Technikum Ekonomicznym.
Zdzichu był artystą samoukiem i nie posiadał innego wykształcenia niż szkoła podstawowa. W wojsku ukończył kurs traktorzystów, ale z powodu zaburzeń błędnika nie wolno było mu pracować na traktorze. W tym związku z Basią był na jej utrzymaniu. Malował obrazy i wręczał je wszystkim z różnych okazji, takich jak imieniny, urodziny czy śluby. Nawet pewien dalszy krewny z okazji Pierwszej Komunii Świętej dostał obraz przedstawiający Szymona Słupnika… Chyba na słupie telefonicznym.
Po pewnym czasie Baśka zaczęła go coraz bardziej nakłaniać do odwiedzenia pośredniaka. Zdzichu twierdził, że jako artysta nie poniży się do pracy jako zwykły wyrobnik za miesięczne wynagrodzenie. Kiedy nalegania żony stały się zbyt natarczywe, wybrał wolność. Po kilku miesiącach Basia odnalazła go u krewnych na wsi. Pojechała tam z ojcem i zażądała rozwodu. Ojciec miał ze sobą potężny argument mający skłonić go do tego kroku. Był to grubo wypchany portfel. Basia od kilku miesięcy jest rozwódką.
Usiedliśmy do obiadu w obszernej jadalni. Był rosół a na drugie smaczne pierożki z mięsem, chyba rosołowym. Przy stole praktycznie nie rozmawialiśmy. Po obiedzie ojciec zaproponował przejście do salonu na kawę, tam mieliśmy sobie porozmawiać. Kiedy panie podały kawę i ciasta i kiedy wszyscy usiedli ojciec chrząknął i zaczął uroczyście
„No synu… chyba mogę się do ciebie tak zwracać?”
„Ależ oczywiście”
„To co się stało, już się nie odstanie. Teraz musimy ustalić co dalej…”
„Wiemy co dalej. Ślub jak najszybciej” – przerwała mu żona
„Nie przerywaj mi Heleno, wiem co mam mówić… A więc, ustalić co robić dalej… To rozumie się ustalić trzeba datę ślubu. Mam nadzieję, że nie jesteś przeciwny temu?”
„Nie skądże! Tylko to spadło tak nagle na mnie. O poślubieniu Krysi myślałem od dnia, kiedy ją poznałem. Nie spodziewałem się, że to tak szybko się ziści” – taką wypowiedź uważałem za najbardziej stosowną w tym momencie
„Cieszę się, że się w tej sprawie zgadzamy. A teraz czas abyśmy się bliżej poznali. Wiem, że córka opowiedziała ci o naszej rodzinie. My niestety nic nie wiemy o tobie i twoich rodzicach. Opowiadaj, słuchamy cię”
„To może zacznę od początku… Nazywam się Marek Cieślak. Mam dwadzieścia pięć lat. Ukończyłem Zasadniczą Szkołę Zawodową o profilu samochodowym…”
„To dobrze. Nie będzie mezaliansu na tle wykształcenia. Tak jest najlepiej… ja z Heleną mamy tylko podstawówkę…”
„Józuś, to nie na temat” – przerwała mu żona
„Jak nie na temat! Ty Helena nie pracujesz a ja… popatrz, z podstawówką a jaki interes stworzyłem! Nie mam się czego wstydzić… Krysia też ma tylko zawodówkę. Jest krawcową a pracuje jako listonosz. Ale ty chyba o tym wiesz?…Mów dalej”
„Po wojsku zacząłem pracować w Polmozbycie, w warsztacie…wie pan, niedaleko Placu Niepodległości, na Piotra Skargi. Pracuję tam nadal…”
„Wiem, gdzie to jest, a ile tam zarabiasz?” – przerwał mi
„No, wyciągam jakieś 4500 do 5000 na rękę…”
„Oj, oj, oj! Cieniutko. Będzie ci ciężko utrzymać żonę i dziecko”
„Inni utrzymują, to ja też dam radę, a po za tym Krysia też pracuje…”
„Nasze córki przyzwyczajone są do innych standardów…”
„Nieprawda, ja luksusów nie potrzebuję” – przerwała mu Basia
„Nie przerywaj Basiu… jak przyjdzie dziecko, to Kryśka przestanie pracować. A po za tym to, gdzie będziecie mieszkać?”
„O to to ty się już Józek nie martw. Ja długo nie pociągnę. Przepiszę mieszkanie na Krysię i Stefana” – przerwała babka
„To Marek, Babciu”
„Nie szkodzi”
Dalej opowiedziałem, gdzie mieszkam, że nie mam rodzeństwa i co robią moi rodzice. Po ojcu Krysi widać było, że nie zaimponowało mu, że moja mama jest zwykłą przedszkolanką a ojciec tylko majstrem w Wifamie.
„No trudno. Pomyślimy o czymś innym dla ciebie. Może razem otworzymy warsztat samochodowy. Ja dam pieniądze a ty umiejętności i pracę”
Potem ustaliliśmy wstępnie datę ślubu na po świętach, może na Nowy Rok.
„Ja się tym zajmę. Porozmawiam z ojcem Antonim u Franciszkanów w Łagiewnikach i myślę, że początek stycznia będzie najlepszy” – stwierdził stanowczo ojciec – „Chcielibyśmy poznać twoich rodziców”
Byłem na to przygotowany. Mama stanowczo zażądała abym zaprosił ich do nas do domu. Ojciec chciał nawet iść do nich razem ze mną, ale mama stwierdziła, że to nie stosowne.
„Oczywiście macie wszyscy państwo zaproszenie od moich rodziców na przyszłą niedzielę, na piętnastą do nas do domu”
Ślub mieliśmy 10go stycznia 81go w klasztorze w Łagiewnikach. Potem zaproszeni goście udali się taksówkami do restauracji Leśniczówka w Arturówku. Prowadził ją gość, z którym ojciec Krysi miał jakieś powiązania handlowe. Facet załatwił też zespół muzyczny i transport na rano do rozwiezienia gości po przyjęciu.
Nie było wielkiego wesela, raczej przyjęcie weselne. Prawie nikogo nie znałem. Najwięcej osób było ze strony mojej nowo zaślubionej żony. Jak mi powiedziała, większości nie znała. Byli to jacyś ludzie w wieku naszych rodziców, których ojciec Krysi nie mógł nie zaprosić – jak sam to określił.
Z mojej strony byli moi rodzice oczywiście, moja matka chrzestna z mężem i dwóch kolegów z pracy z dziewczynami. Młodych ludzi było jak na lekarstwo. Oczywiście Basia, przyszła sama… jak mi powiedziała – na razie musi odpocząć po Zdzichu.
Były też trzy koleżanki Krysi z poczty. Ku mojemu zaskoczeniu jedną z nich była Elka. Przyszła z tym samym fagasem, z którym widziałem ją ostatni raz na prywatce u niej. Powiedziała mi później w tańcu, że chyba z nim niedługo skończy, denerwuje ją. Jest niesłowny i kłamie. Ten Garbus, którym się tak chwalił okazał się być nie jego, tylko wujka, który chwilowo przebywał za granicą.
Był też grubas Zbyszek, z którym była Krysia, na prywatce, kiedy ją poznałem
„To nie ja go zaprosiłam, to ojciec, bardzo mu na nim zależy” – zapewniała mnie, mimo że nie miałem nic przeciwko jego obecności.
Przy stole siedziałem między Krysią a jej siostrą. Mimo że moja żona była w sukni ślubnej a szwagierka w sukni bardzo podobnej, ale kremowej i mimo różnych fryzur, wiele osób twierdziło, że są to siebie podobne jak dwie kopie. Pierwszego dnia, gdy zobaczyłem je razem, też tak je odbierałem. Teraz gdy siedziały obok mnie, gdy tańczyłem raz z jedną, raz z drugą zaskoczyło mnie jak bardzo się różnią.
Zobaczyłem olbrzymią różnicę… Nie wiem, jak to określić… chyba w sposobie bycia, skupieniu w rozmowie i wyrażaniu swoich opinii. Mogę śmiało powiedzieć, że Krysię znam bardzo dobrze, wiem co zrobi w danej sytuacji, jak zareaguje, co lubi i czego nie znosi. Basi, nie znałem…
Nie, nie. Nie myślcie sobie, że nagle przekierowałem swoje uczucia na szwagierkę. To była fascynacja innością, której się nie spodziewałem. Czy ta inność była lepsza, czy gorsza?… Nie wiem… Nie zastanawiałem się nad tym. Kiedy braliśmy ślub, autentycznie cieszyłem się, że będę mógł być razem z ukochaną osobą. Nawet dziecko, które oczekiwaliśmy sprawiało mi radość. Nie myślałem o innych dziewczynach.
Przyjęcie skończyło się kulturalnie, bez bijatyk czy innych skandali. Już od piątej rano była do dyspozycji taksówka. która podwoziła pierwszych zmęczonych gości do Warszawskiej, do ósemki, lub do najbliższego postoju przy Łagiewnickiej. Około ósmej przyjechały zamówione samochody i po godzinie wszyscy byli w swoich domach.
Krysia miała książeczkę mieszkaniową z pełnym wkładem, ale wspólnie z jej rodzicami doszliśmy do tego, że na początku, jak przyjdzie dziecko, lepiej będzie zamieszkać na Łozowej. Jest tu lepsze powietrze niż w centrum Łodzi. Dziecko będzie mogło być w ogródku no i mama Krysi będzie do pomocy cały czas.
Tak więc zamieszkaliśmy u teściów w ich naprawdę dużym domu. Dostaliśmy dwa duże pokoje na piętrze. Obok mogliśmy urządzić sobie niewielką kuchnię, ale ustaliliśmy, że to na razie nie jest konieczne, że będziemy korzystać z kuchni rodziców na dole. To co nas najbardziej cieszyło to, to że mieliśmy do własnej dyspozycji łazienkę z wanną. Bardzo przydatne przy dziecku.
Moi rodzice chcieli wysłać nas w podróż poślubną do Zakopanego, ale ponieważ Krysia musiała być pod stałą opieką doktora Krajewskiego stanęło na pensjonacie w Ciechocinku, skąd do Łodzi był szybszy dojazd.
Byliśmy tam dwa tygodnie, do końca stycznia. W 81szym w Polsce było nie najlepiej, ludzie nie myśleli o wypoczynku, kurorty takie jak Ciechocinek były puste, wszystko było pozamykane, jednym słowem totalna nuda. Nam to jednak nie przeszkadzało. Krysia czuła się bardzo dobrze. Były to dla nas najlepsze dwa tygodnie.
Po powrocie do Łodzi od razu wpadliśmy w kierat codzienności. Musiałem przyzwyczaić się do tego, aby dużo wcześniej wychodzić do pracy. Dojście do tramwaju a potem jazda z przesiadką do Placu Niepodległości zabierała mi około pięćdziesięciu minut. Krysia miała nieco bliżej. Urząd Pocztowy w którym pracowała jako listonosz znajdował się na rogu Zgierskiej i Podrzecznej. Listy roznosiła w okolicy kościoła przy Placu Kościelnym.
Próbowałem ją nakłonić, aby skorzystała z propozycji szefowej i w okresie ciąży przeszła do zajęć w okienku, ale ona twierdziła, że chodzenie w ciąży dobrze wpłynie na sylwetkę. Pracować w okienku zamierzała ze dwa miesiące przed porodem.
Najtrudniej było mi przyzwyczaić się do niedzielnych zwyczajów nowej rodziny. Tych regularnych wyjazdów do kościoła, obiadów z rosołem punktualnie o trzeciej i wizyt na których moi teściowie prezentowali mnie znajomym. Coraz częściej padało pytanie co zamierzam zrobić, aby zarabiać więcej. Którejś niedzieli, przy objedzie, ojciec zapytał mnie, kiedy oddam trzydzieści dolarów
„Jakie trzydzieści dolarów, tato?” – zapytałem zdziwiony
„Te która twoja żona pożyczyła ode mnie dwa tygodnie temu…”
„Ach, kochanie, zapomniałam ci powiedzieć. Pamiętasz tą piękną garsonkę co widzieliśmy w PEWEX-ie? Mówiłeś, że nie masz dolarów a ja tak bardzo chciałam ją mieć, więc pożyczyłam od tatusia… Gniewasz się?” – Krysia szybko mi przypomniała.
Istotnie, któregoś razu po pracy spotkaliśmy się na mieście, aby popatrzeć co można by kupić dla dziecka. Sklepy były puste. Nie mogliśmy czekać z zakupami rzeczy dla dziecka do jego urodzin. Przechodząc koło PEWEX-u na Jaracza Krysia zauważyła
„O tutaj na pewno wszystko jest. Chodź, wejdziemy i zobaczymy”
W drzwiach stało kilku cinkciarzy oferujących kupno dolarów.
„Nie kupisz?” – zdziwiła się szczerze
„Nie mam” – poprawiłem się – „Nie mamy na to pieniędzy, Krysiu”
W środku, w tym naprawdę niewielkim sklepie było dużo ludzi i jeszcze więcej towarów na półkach. Były to rzeczy, które można było zobaczyć tylko w zagranicznych filmach i reklamach w takich czasopismach jak Ameryka czy Burda. Było wszystko, począwszy od piwa Carlsberg w puszkach, poprzez masę różnych alkoholi, szynek, różnych rodzajów kaw i innych artykułów spożywczych, że już o różnorodności ciuchów nie wspomnę, a skończywszy na planszach na których informowano, ile dolarów należy wpłacić, aby natychmiast otrzymać Fiata Mirafiori. W szklanych gablotach prezentowano na manekinach atrakcyjne damskie stroje. Przy jednej takiej gablocie Krysia się zatrzymała
„Popatrz, jakie to śliczne! Ta garsonka pasuje na wiosnę. O, tu pisze, że to dla kobiet w ciąży. To jest akurat dla mnie!…”
„Krysiu…” – próbowałem jej przerwać, ale ona już pytała sprzedawczyni
„Czy macie rozmiar 40?… Tak?… Jak się cieszę. Proszę zostawić jedną dla mnie. Jutro wrócę.”
„Krysiu, mówiłem ci, że nie mamy dolarów”
„To kup. Chcę ją mieć” „Nie kupię, bo nas na to nie stać”
„To się postaraj! Co z ciebie za mężczyzna, że cię nie stać na ubranie dla żony?!” – dodała żartobliwie
„Krysiu, proszę cię przestań. Wiesz, jak stoimy z pieniędzmi”
W drodze do domu nie zmieniliśmy ani słowa. Dąsała się przez resztę dnia.
Następnego dnia od rana wszystko wróciło do normy. Krysia obudziła się uśmiechnięta. Była dla mnie bardzo miła, jak zawsze. Ani słowa o garsonce. Miałem nadzieję, że o niej zapomniała, więc nie poruszałem tego tematu. Wszystko było w najlepszym porządku aż do obiadu w tą cholerną niedzielę. Wtedy uprzytomniłem sobie jak naiwny byłem łudząc się, że rozsądek sprawił, iż moja Krysia odpuściła tej garsonce.
„Dobrze, tato, oddam zaraz po wypłacie. Najpóźniej w następną niedzielę, ale…”
„Długi żon i długi karciane to długi honorowe. Należy je oddawać w pierwszej kolejności… Pamiętaj o tym” – przerwał mi
„Będę o tym pamiętał, ale to jest ostatni dług moje żony zrobiony bez mojej wiedzy, który spłacam. Proszę jej więcej nie pożyczać”
Więcej tego dnia nie rozmawialiśmy o pieniądzach. Po kawie, kiedy zostałem sam w salonie podeszła do mnie Basia, która tego dnia była na obiedzie u rodziców
„Dam ci te trzydzieści dolarów”
„Ależ Basiu! Kupię te dolary i mu oddam, naprawdę…”
„No to ci pożyczę… Oddasz jak będziesz mógł. Ojciec daje mi od czasu do czasu trochę dolarów z różnych okazji, chociaż ja je nie potrzebuję” – przerwała mi
„Basiu…”
„Nie marudź, bardzo cię proszę…”
Dalszą rozmowę przerwało nam wejście Krysi i mamusi
„O czy rozmawiacie?”
„O ubrankach dla dziecka, mamusiu. Mówię Markowi, że w piątek widziałam takie ładne kompleciki w Uniwersalu”
„My kupimy w PEWEX-ie, prawda Maruś? Tam są ładniejsze”
Tydzień później, jeszcze przed obiadem, Baśka chciała mi dyskretnie wręczyć dolary
„Nie trzeba, Basiu, dziękuję. Już kupiłem”
„Jak chcesz. Pamiętaj, że będziesz potrzebował ich dużo, zawsze ci pożyczę”
Nieszczęście przyszło wkrótce. W piątek, 13go marca szef wezwał mnie do telefonu. Dowiedziałem się od płaczącej teściowej, że Krysia jest w szpitalu Madurowicza. Mam tam natychmiast przyjechać. Nic więcej się nie dowiedziałem. Powiedziałem o tym szefowi. Natychmiast polecił, aby ktoś mnie tam zawiózł.
Na miejscu dowiedziałem się, że Krysia spadła ze schodów jak roznosiła pocztę. Rodzice już byli przy niej. Leżała uśpiona pod kroplówką
„Co z dzieckiem?”
„A o nią się nie martwisz?” – zapytał ojciec
„Ją widzę, ale chciałbym wiedzieć co z dzieckiem?”
„Jeszcze nic nie wiadomo, będą robić dalsze badania, na razie nie chcą jej męczyć” – wyjaśniła matka.
Po godzinie zabrano Krysię do pokoju zabiegowego. Po następnej godzinie wyszedł do nas lekarz i powiedział, że niestety, płód został tak mocno uszkodzony, że nie przeżył upadku. Krysia ma złamane trzy żebra. Jedno uszkodziło płuco, ale wszystko jest pod kontrolą. Musi oczywiście zostać jakiś czas w szpitalu
„Chcę się z nią natychmiast widzieć! Jestem jej mężem”
„To nie możliwe teraz. Ona śpi. Proszę przyjść jutro”
Matka ponownie się rozpłakała, a ojciec próbował wręczyć lekarzowi jakieś pieniądze
„Panie, co pan! Powiedziałem, tam nikt nie może być wpuszczony.!”
Byłem załamany, wszystko mi się zawaliło. Matka Krysi cały czas płakała, ojciec rzucał bluźnierstwa. Ze szpitala wyszliśmy około dwudziestej. Wsiedliśmy do wartburga i ruszyliśmy do domu. Uprzytomniłem sobie, że muszę powiadomić o wypadku moich rodziców. Poprosiłem o podwiezienie mnie na Żeromskiego. Wysiadając rzuciłem
„Wrócę późno. Nie czekajcie na mnie z jedzeniem”
Do szpitala na wizyty chodziłem we wszystkich przeznaczonych na ten cel dniach. Krysia leżała na sali z trzema innymi pacjentkami. Ojciec chciał załatwić dla niej separatkę, ale ona nie chciała leżeć sama. Początkowo była w depresji, ale jak się dowiedziała, że wypadek nie wpłynął na możliwość posiadania dzieci w przyszłości, szybko doszła do siebie psychicznie. Fizycznie też nie było z nią źle.
Pod koniec kwietnia Krysia wróciła do domu. Miała jeszcze miesiąc zwolnienia z pracy. Właściwie wróciła całkowicie do zdrowia, ale pozostał jej lęk przed schodami. Poruszała się po nich bardzo ostrożnie i powoli. Nie chciała wchodzić na schody słabo oświetlone.
Na początku czerwca wróciła do pracy. Już po kilku dniach okazało się, że nie może pracować jako listonosz. Na poczcie nie mieli dla niej innej pracy. Praca w okienku nie wchodziła w rachubę. Należało mieć maturę. Krysia przypomniała szefowej, że ta jej taką pracę proponowała. Tak, ale to jest dozwolone tylko w drodze wyjątku dla pań bez matury, które są w ciąży.
Krysia złożyła wypowiedzenie. Pracowała do połowy lipca, a właściwie była cały czas na zwolnieniu lekarskim. O tym, że się zwolniła dowiedziałem się którejś niedzieli przy rosole, w lipcu.
„Teraz jak Krysia nie może pracować to musisz szybko coś zrobić, aby zarabiać więcej. Nie zamierzam wszystkich utrzymywać” – stwierdził ojciec
„Myślę, że znajdzie się dla Krysi jakaś odpowiednia praca…”
„Jaka praca? Przecież ona jest chora” – przerwała mi matka
„Mamo, mam skierowanie na wczasy nad morze do Kołobrzegu. Twa tygodnie na początku sierpnia. Po przyjeździe do domu zajmiemy się tym” – odpowiedziałem.
Przez całe dwa tygodnie mieliśmy wspaniałą pogodę. Ludzi mało, chyba ze względu na pogłębiający się kryzys. Całe dnie spędzaliśmy na plaży. Wieczorem Krysia chciała się bawić, ale we wszystkich knajpach było bardzo drogo, a jedzenie bardzo złe.
Pierwszego tygodnia byliśmy kilka razy na dancingach, ale szybko zorientowałem się. że na więcej mnie nie stać. Kiedy pierwszy raz odmówiłem jej wyjścia do lokalu, obraziła się na mnie. Nie było żadnych wymówek, ale wyraźnie dąsała się. Kiedy próbowałem wyjaśnić jej, ile mamy pieniędzy i na co to musi starczyć, usłyszałem
„Mnie to nic nie obchodzi. Młoda jestem. Chcę się bawić. Rozumiesz to?”
Do końca pobytu w Kołobrzegu miałem tak zwane ciche dni. Niby wszystko było w porządku, chodziliśmy na plażę, wieczorem na deptak na spacery, ale bardzo mało ze sobą rozmawialiśmy.
Po powrocie, do domu, zaraz po wyjściu z taksówki na pytanie matki
„No, jak tam było, córuś?”
Krysia tylko machnęła ręką i rzuciła zmęczonym głosem
„Ach! Mamusiu, strasznie zmęczona jestem. Chcę się jak najszybciej położyć i wyspać. Jutro opowiem wszystko przy obiedzie” – po czym udała się na górę
„Czy coś się stało? Kłóciliście się?” – teściowa wyraźnie zaniepokojona zwróciła się do mnie
„Nie, mamusiu ani razu. Wszystko jest w najlepszym porządku. Myślę, że ta podróż ją zmęczyła”
Następnego dnia była niedziela. Krysia późno wstała. Zeszła na dół dopiero przed obiadem, kiedy ojciec przywiózł babkę i Basię. Na początku były wymówki, że znowu nie pojechaliśmy z nimi do kościoła. Ojciec stwierdził, że to ja mam taki zły wpływ na Krysię. Dawniej zawsze z nimi jeździła, a od kiedy mnie poznała to się od tego miga.
„Ludzie już mówią, że wydaliśmy córkę za bezbożnika” – dodała matka
„Nie zabraniam Krysi chodzić do kościoła, ja nie muszę…”
„Musisz! Dopóki tu mieszkasz to musisz!” – krzyknął ojciec
„Bardzo proszę na mnie nie krzyczeć. Nie jestem dzieckiem i sam decyduję czy chcę iść do kościoła czy nie”
„Przestańcie już! Niedziela jest… Niech opowiedzą, jak było nad morzem” – Baśka przerwała napiętą sytuację
„Było wspaniale, piękna pogoda, ciepła woda w morzu, cały czas…” – zacząłem
„Nudy cały czas, ile można siedzieć na plaży” – przerwała mi Krysia
„No co ty Krysiu, przecież podobało ci się, wypoczęłaś…”
„Tak, ale wieczorami można wyć z nudów”
„To co, córuś, nie było tam żadnych rozrywek wieczorami?”
„Były, tatusiu, były… Ale mój mąż skąpił na nie pieniędzy”
„Kochanie, jesteś niesprawiedliwa. Byliśmy kilka razy w knajpach pobawić się. Na więcej nie było nas stać” – byłem już trochę zdenerwowany
„No tak, należało się tego spodziewać” – zakończył ojciec
Tego typu rozmowy i taka atmosfera stawały się częstsze, nie tylko z okazji niedziel. Coraz częściej słyszałem pytanie czy zrobiłem już coś, aby lepiej zarabiać.
Pod koniec sierpnia przyszedłem do domu z dobrą wiadomością.
„Krysiu, chyba mam dla ciebie pracę. U nas w Polmozbycie potrzebują pracownika magazynowego. Już z nimi rozmawiałem. Jutro pojedziemy tam razem to sobie wszystko załatwisz”
„Mówisz poważnie?… Chcesz żebym pracowała w magazynie?… Przecież to nie jest praca odpowiednia dla mnie”
„Dlaczego nie? Tam się nie napracujesz, to jest magazyn narzędzi i części drobnych, takich jak śruby, nakrętki i temu podobne…” – Przerwała mi wybuchem płaczu
„Mam być kocmołuchem!… Chodzić ufajdana w smarach… Tego się przy tobie doczekałam…”
„Krysieńko, a masz coś lepszego? Szukałaś pracy, która by ci odpowiadała? Przecież wiesz, że potrzebujemy więcej pieniędzy”
„To twoja sprawa zrobić coś abyśmy mieli więcej!”
„To może tatuś cię zatrudni? Ma przecież prężną firmę”
„To go sam o to zapytaj, ja już próbowałam”
Zapytałem jeszcze tego samego wieczoru.
„Darmozjadów nie potrzebuję, wystarczy, że zatrudniam matkę, aby miała w przyszłości emeryturę. Kryśka jest twoją żoną i ty się o to troszcz, aby była zadowolona”
„Może zacząć o zaraz u nas w magazynie…”
„Ha, ha, ha! W magazynie powiadasz… No i co? Wyśmiała cię?”
„Tak, może tata by z nią porozmawiał i wytłumaczył, że to nie uwłacza godności?”
„O, nie, ja się nie będę wtrącać do was… Ale może wkrótce będę mieć coś dla ciebie. Myślę, że będziesz mógł na tym nieźle zarobić”
„Bardzo chętnie, co to takiego?”
„Nie teraz, wkrótce się dowiesz”
Po za tym, to w zasadzie między mną a Krysią wszystko było w porządku. Dąsała się czasami, że nie daję jej tyle pieniędzy, ile by chciała, ale myślę, że w gruncie rzeczy rozumiała naszą sytuację pieniężną. Czasami tylko wybuchała, gdy namawiałem ją do szukania pracy. Wtedy miałem ciche dni, ale rzadko dłużej niż dwa, lub trzy.
W łóżku też było tak jak dawniej, może z jednym wyjątkiem. Bardzo uważała, aby nie zajść w ciążę. Uważałem, że powinniśmy postarać się jak najszybciej o dziecko. Krysia twierdziła, że jeszcze nie jest na to psychicznie gotowa, że się boi ciąży.
W ostatnią niedzielę września nie wytrzymałem. Kiedy usiedliśmy do kawy, jak zwykle padło pytanie co robię, aby zapewnić żonie lepszą przyszłość. Odpowiedziałem, że próbuję coś dla nie znaleźć, ale ona też powinna wykazać trochę inicjatywy i chęci do pracy.
„Ty śmiesz żądać od niej, aby poszła do pracy?!” – naskoczyła na mnie teściowa – „Ona przez ciebie poroniła, jest chora a ty wyganiasz ją do pracy!…”
„Przeze mnie?!… Krysiu, powiedz coś”
„Mamusia ma rację. Gdybym nie musiała ganiać po schodach to nigdy by się to nie wydarzyło. Gdybyś umiał utrzymać rodzinę to…”
Wstałem gwałtownie od stołu przewracając z łomotem krzesło. Wybiegając do przedpokoju słyszałem jeszcze jak Basia się odezwała
„Co wam się stało?… Co on ma z tym poronieniem wspólnego?…”
Reszty nie słyszałem, z hukiem trzasnąłem drzwiami wejściowymi aż pies się wystraszył i zaczął panicznie szczekać.
Pobiegłem w stronę Zgierskiej, zatrzymałem się dopiero na przystanku tramwajowym. Próbowałem ochłonąć, ale z trudem mi to przychodziło. Nie wiedziałem co robić dalej, chciałem być jak najdalej od tego miejsca. Nie wiem jak długo czekałem na tramwaj, Gdy w końcu nadjechał poczułem ulgę. Dopiero kiedy wysiadałem na Północnej, poczułem się odprężony.
Postanowiłem pójść do rodziców. Byłem tam około szóstej
„Co się stało, synuś. Nigdy nie przychodzisz w niedzielę?”
„Mam już tego dość, mamo. Zostaję w domu… Dowiedziałem się, że Kryśka poroniła przeze mnie…”
„Czyli pokłóciliście się. To się zdarza w rodzinie, ale wiedz, że ucieczka jest najgorszym rozwiązaniem. Możesz tu odpocząć troszkę, ale na noc wracasz do domu. Tam jest twoje miejsce”
„Ale mamo, ja tam nie wytrzymam…”
„Żadne, ale. Musisz nauczyć się rozwiązywać konflikty. Myślisz, że my z ojcem nigdy nie się kłócimy?”
„No, właśnie, gdzie jest ojciec?”
„Na kartach. Wróci niedługo. Lepiej, żeby ciebie tu nie było. Wiesz, że nie może się denerwować. Z jego sercem nie jest najlepiej. Idź już do domu”
Wyszedłem bez pożegnania. Właściwie to powinienem się tego spodziewać po matce. Jeśli chodzi o sprawy rodzinne zawsze była bardzo pryncypialna. Mimo to czułem się zawiedziony i zagubiony.
Nie wiedziałem co robić dalej. Doszedłem do Andrzeja. Na rogu wszedłem do knajpy, znanej mordowni, zawsze pełnej pijaczków. Zamówiłem przy barze setkę wódki. Dostałem do niej obowiązkową przekąskę w postaci połówki jajka na twardo. Wypiłem jednym duszkiem… Zatkało mnie na moment. Pewno dlatego że nigdy nie piłem alkoholu. Po chwili poczułem się lepiej i pewniej. Zamówiłem jeszcze jedną setkę…
Przed domem wysiadłem z taksówki około północy. Pies rozdarł mordę na całą okolicę. Zapaliło się światło przed drzwiami. Teściu je otworzył. Gdy mnie zobaczył powiedział
„Masz… Jeszcze tego brakowało”
„Gdzie moja żona?” – wybełkotałem
„Wszyscy już śpią. Jutro porozmawiamy”
„Ja muszę teraz… Krysieńko! Gdzie jesteś?”
„Połóż się teraz, Mareczku na kanapie w salonie. Jutro porozmawiasz z nią”
„Teraz to Mareczku… a gdzie pytanie o… no… o, co chciałem powiedzieć, o pieniądze?”
„Jutro, jutro, teraz śpij”
Doprowadził mnie do kanapy. Nie miałem siły protestować.
Obudziłem się ze straszliwym bólem głowy. Miałem dreszcze. Ktoś ściągnął mi buty i przykrył kocem. Czułem, że muszę szybko do łazienki. Wymęczyło mnie tam straszliwie. Poszedłem na górę. Krysia jeszcze spała, nie budziłem jej. Rozebrałem się i poszedłem wziąć prysznic. Stałem w wannie pod prysznicem chyba z pół godziny. Nagle usłyszałem cichy głos
„Nic ci nie jest Mareczku?”
„Nie mów do mnie nic, Krysiu. Łeb mi pęka”
„Jak się wykąpiesz to przyjdź do łóżeczka. Musisz wypocząć”
Nie mogłem znaleźć pidżamy, więc wszedłem do łóżka nagi. Po chwili przyszła Krysia i zajęła się mną troskliwie.
I znów było cudownie. Ani słowa o pieniądzach i o tym, że nie potrafię ich zarobić. W niedziele było jak zawsze, rodzinnie, … No może z wyjątkiem tego, że Baśka nie przyjeżdżała na Łozową przez cały październik.
Tak było do niedzieli 8go listopada. Po kościele ojciec przywiózł babkę i Baśkę. Do kawy było bardzo przyjemnie. Kiedy już wszyscy usiedli w salonie panie rozmawiały o zbliżającym się ślubie jakiejś znajomej. Wtedy ojciec zaczął na boku dyskretną rozmowę ze mną
„Pamiętasz Mareczku jak mówiłem, że może będziesz mógł zarobić parę groszy?”
„Tak, słucham z zainteresowaniem”
„Otóż mój znajomy potrzebuje nową skrzynię biegów do malucha. Nie macie tam takiej w Polmozbycie?”
„Mamy, niech się zgłosi to mu zamienimy…”
„He, he, he! Żartowniś jesteś. Wiesz, że na to czeka się miesiącami. My… On potrzebuje to teraz”
„Teraz nie da rady. Na to są zapisy…”
„No właśnie! Możesz chyba wykombinować jedną? Przecież przy tym pracujesz”
„Wykombinować?… Jak? Jestem zwykłym mechanikiem, naprawiam to co mi polecają. Nic nie mogę wykombinować”
„Ech! Dupa tam! Albo się ze mną drażnisz albo jesteś naiwny jak dziecko. Właśnie na samym dole, na warsztacie, tam, gdzie pracujesz można najlepiej kombinować…”
„Ja nie umiem tak, ot wykombinować…”
„No i dlatego gówno masz!”
„Za takie kombinowanie, mogę stracić pracę i pójść siedzieć…”
„Kto nie ryzykuje ten nie ma! Pamiętaj, że masz żonę na utrzymaniu”
„Pamiętam. Właśnie dlatego nie chcę trafić do więzienia…”
„Jezus, Maria! Chłopie nie denerwuj mnie!… Wszyscy kombinują, mało kto trafia za kratki. A nawet jak tam trafisz to dobrze ci to zrobi. Może tam nauczysz się życia…”
Od pewnego czasu panie przestały rozmawiać i przysłuchiwały się naszej rozmowie, która stała się dosyć głośna. Basia przerwała ojcu
„Co ty, tato… Namawiasz go, żeby kradł?!”
„Nie wtrącaj się Baśka!” – teść był wyraźnie wzburzony –
„Chcę, żeby nauczył się zarabiać! Żeby przestał być taką dupą wołową jaką jest teraz!…”
Baśka chciała coś mu odpowiedzieć, ale matka szybko się wtrąciła
„Chodźcie, Basiu… Krysiu… Chodźcie dziewczynki zostawmy ich samych… Chodźcie do kuchni”
Zostaliśmy sami. Wykorzystałem to, że teść się chwilę zastanawiał i najspokojniej jak tylko mogłem zwróciłem się do niego
„Tato, do tej pory nie ubliżaliśmy sobie i zwracaliśmy się do siebie we właściwy sposób. Myślę, że mogę oczekiwać, aby tata zwracał się do mnie z odrobiną szacunku…”
„Na szacunek to trzeba sobie zasłużyć! A ty jesteś dupa nie chłop! Jedyne co potrafisz to schlać się!”
„Przyszedłem tylko raz pijany” – mówiłem coraz bardziej podniesionym głosem – „I obiecałem, że się to więcej nie powtórzy!… A teraz wychodzę i kończymy tą rozmowę”
„To, czy kończymy, to ja decyduję!…”
Trzasnąłem drzwiami pobiegłem na górę do naszego pokoju. Położyłem się na łóżku i starałem się ochłonąć. Usłyszałem, że ktoś biegnie po schodach. To na pewno nie była Krysia, ona chodziła bardzo ostrożnie. Drzwi były uchylone, zajrzała przez nie Basia. Miała na sobie płaszcz i czapkę
„Marku, wychodzę już. Przyszłam się pożegnać. Nie wiem, kiedy się zobaczymy. Nie prędko tu przyjadę. Nie przejmuj się ojcem i nie daj się wciągnąć w jego szemrane interesy, Pa!”
Zerwałem się z łóżka
„Poczekaj Basiu, przepraszam, że przeze mnie wychodzisz…”
„Nie przez ciebie, ja tu nie pasuję. Kryśka też się tu męczy, ale ona jest za wygodna, aby stąd odejść. Jak ci na niej zależy to zabierz ją stąd jak najszybciej. Muszę już lecieć”
Pocałowała mnie w policzek i pobiegła w dół schodami. Wróciłem na łóżko. W dalszym ciągu byłem zdenerwowany. Zastanawiałem się co robić dalej, na żaden dobry pomysł nie wpadłem.
Musiałem usnąć, ocknąłem się, gdy do pokoju weszła Krysia. Położyła się w ubraniu obok mnie. Leżeliśmy obok siebie w milczeniu dłuższy czas
„Krysieńko, musimy się stąd wyprowadzić. Ja tu nie wytrzymam dłużej…”
„Dokąd Maruś?… A poza tym mnie tu jest dobrze”
„Ale nie mnie”
„Z czym ci jest tu niedobrze?”
„Jak to? Nie słyszałaś co ojciec dzisiaj chciał ode mnie?”
Nie odpowiadała dłuższą chwilę
„Wiesz, ja myślę, że on ma rację. Powinieneś więcej myśleć o naszej przyszłości…”
„Co? Ty też chcesz abym kradł?!”
„Zaraz kradł. Chodzi o to, że mógłbyś czasami wykorzystać jakąś okazję i kombinować trochę, aby coś mieć…”
„Kryśka! Ty nie wiesz co mówisz!”
„Wiem co mówię! Wszyscy jakoś kręcą i coś mają! A ty?… Ojciec ma rację jak mówi, że jesteś naiwną dupą!”
Miałem ochotę trzasnąć ją parę razy. Opanowałem się z wielkim trudem. Zbiegłem na dół. W przedpokoju, złapałem kurtkę. Trzasnąłem drzwiami, pies się znowu wystraszył. Pobiegłem do tramwaju.
Wróciłem po północy pijany jak poprzednio. Tym razem nie było czułości. Nikt nie otwierał drzwi. Pies szczekał a ja waliłem pięściami w drzwi. W końcu otworzyły się.
„Przestań, bo zadzwonię po milicję…”
„Ja chcę do żony…”
Odepchnąłem go i wtoczyłem się do środka. Krzyknął za mną w głąb przedpokoju
„Kryśka! Mąż stęsknił się za tobą! Zabierz go na górę! Na dole nie ma miejsca dla moczymordy!”
Kryśka zapłakana zeszła na dół i pomogła mi wejść po schodach
„To tak teraz będziemy żyć… będziesz upijał się regularnie a ja mam to znosić. Co za wstyd przed rodziną.”
Chciałem wejść do pokoju, ale mnie nie wpuściła
„Umyj się najpierw. Jak ty wyglądasz?”
„Krysieńko… Kocham cię… Już nie będę pił… Niedobrze mi po tym…”
„Do łazienki! Szybko!”
Obudziłem się zmarznięty. Leżałem na podłodze w łazience. Łeb pękał jak ostatnio. Było po ósmej. Oczywiście spóźnię się do pracy. Doprowadziłem się do porządku, chciałem wejść do naszej sypialni, aby z szafy wsiąść czyste spodnie i koszule. Ale drzwi były zamknięte od środka.
„Krysiu, otwórz. Muszę zmienić spodnie i koszulę. Spóźnię się do pracy”
Po chwili drzwi się uchyliły, Kryśka rzuciła przez szparę spodnie, koszulę i bieliznę, po czym szybko je zamknęła. Przebrałem się i szybko wyszedłem z domu słysząc za sobą teściową
„A śniadanie?!”
Do końca listopada miałem ciche dni. Nie zamieniłem ani słowa, ani z Kryśką, ani z teściami. Unikałem wspólnych posiłków. W niedziele po prostu nie schodziłem na dół. Nikt zresztą nie przypominał mi o tym. Potem zjadałem coś w samotności w kuchni.
Następnym razem upiłem się ostatniego dnia listopada, całkiem bez powodu. Miałem jeszcze resztę premii, o której nie powiedziałem Krysi. Zapytałem dwóch takich z którymi czasem pracowałem, czy by się ze mną nie napili. Zgodzili się chętnie.
Najpierw siedzieliśmy w knajpie na Placu Niepodległości. A gdy ją zamykali, jeden z nich, taki Mietek, powiedział, że u Starej Jadźki można pić zawsze.
Wzięliśmy taksówkę i pojechaliśmy na Włókienniczą. Wysiedliśmy zaraz za rogiem Wschodniej. Mietek zapukał w okno na parterze jednej z kamienic. Po chwili otworzyła się najbliższa brama i usłyszeliśmy ciepły głos
„Czego?!”
„Jagódko kochana! Suszy nas. Poratuj!” – błagalnym głosem poprosił Mietek.
Jagódka musiała Mietka poznać, bo po chwili rzekła
„A, to ty. Wchodźcie. Tylko bez awantur, bo wyrzucę na zbitą mordę”
Na melinie u Starej Jadźki pierwszy raz w życiu urwał mi się film. Obudziłem się jak zawsze z pękającą głową. Leżałem na jakimś starym tapczanie wśród śmierdzących żygowinami kocach. Rozejrzałem się dookoła. W pokoju byłem tylko ja i jakiś starszy gość w kufajce czytający przy stole pod oknem gazetę.
„Gdzie tu jest łazienka? Muszę się umyć” – zapytałem
„Tu nie hotel… Wynocha stąd jak się obudziłeś” – rzucił w moją stronę nie przerywając czytać gazety – „Tam są drzwi”
Na ulicy wilgotne listopadowe powietrze dobrze mi zrobiło. Spojrzałem na zegarek, było po dziesiątej.
„Kurwa Mać!”
Tylko tyle przyszło mi do głowy, poza tym łomot taki, że nie mogłem zebrać myśli. Jechać do pracy? Czy do domu? Wybrałem dom.
Furtka była zamknięta, pies szczekał nadzwyczaj głośno. Po chwili brzęczyk otworzył furtkę i mogłem wejść do środka. W przedpokoju Krysia nakazała mi
„Wejdź do kuchni” – Usiadła przy stole obok teściowej.
Po chwili przybiegł z warsztatu teść, usiadł obok nich, wskazując mi miejsce naprzeciwko. No i się zaczęło
„Co masz na swoje usprawiedliwienie? Gdzie byłeś w nocy?… Odpowiadaj!” – Teść zaczął jak na przesłuchaniu
„Andrzejki… Taki jeden Andrzej z pracy zaprosił nas niespodziewanie do siebie na imieniny i tak jakoś zeszło… Przepraszam”
„I mamy w to uwierzyć?” – Kryśka przerwała
„Nie przerywaj, córuś… Ja mówię” – po chwili dodał – „I mamy w to uwierzyć?”
„Tak. Bo to święta prawda. Nie miałem przecież powodu, aby się upić”
„Maruś! Jak możesz tak mi robić? Przecież ty się stajesz alkoholikiem! Nie chcę, aby tak było”
Kryśka się popłakała
„Krysiu, to się zmieni. Muszę odpocząć, mam poszarpane nerwy”
„A cóż to ci tak poszarpało nerwy?! Tak ci tu źle…” – przerwał mi
„Tak! Kurwa! To ciągłe wytykanie mi, że jestem niedojda i nieudacznik co nie umie zarobić na rodzinę wykańcza mnie” – wybuchłem
„A może tak nie jest? Co!”
„Uspokój się Józuś, on ma rację. Trzeba mu dać spokój, Kryśka ma co chciała” – niespodziewanie teściowa stanęła po mojej stronie
„No co ty Heleno? Stajesz po jego stronie? Przecież ja chcę tylko nauczyć odpowiedzialności za rodzinę”
„Ja jestem odpowiedzialny za rodzinę, za Krysię… Nie potrzebuję się tego uczyć…”
„Dość tego! Do niczego nie dojdziemy! Marek, idziemy na górę”
Kryśka zdecydowanie przerwała rozmowę. Podniosła się z krzesła chwyciła mnie za rękę i wyciągnęła z kuchni. Za sobą jeszcze usłyszeliśmy
„Jeszcze nie skończyłem!… Cholera nikt się w tym domu ze mną nie liczy”
Na górze Krysia zdecydowanie zażądała abym się wykąpał i położył do łóżka
„Musisz wypocząć, wyśpij się. Ja jadę do miasta. Koleżanka obiecała załatwić mi pracę. Może coś z tego będzie”
„Krysiu, ale…”
„Nie mów nic. Chyba masz rację. Musimy się stąd wyprowadzić. Wykąp się teraz.
Przez jakieś dwa tygodnie był spokój. Nikt się mnie nie czepiał. Nie rozmawiałem z teściami i myślę, że wszyscy byli zadowoleni. Teść wspomniał tylko że jak jeszcze raz przyjdę do domu pijany to on już wie jak z tym skończyć.
10go grudnia Krysia przyszła wściekła do domu po kolejnym spotkaniu na temat pracy. Znajoma obiecała jej pracę w Biurze Projektów na Zachodniej. Krysia bardzo się z tego ucieszyła. Praca biurowa bardzo by jej odpowiadała. Teraz okazało się, że to praca sprzątaczki.
„Co sobie ta stara małpa wyobraża?!… Że będę sprzątaczką!… Ja się do takiej pracy nie nadaję…” – wściekała się
„Krysiu, żadna praca nie hańbi, zawsze to jakieś pieniądze, wiesz, że są nam potrzebne. Widzisz co się dzieje. Wszystko drożeje. Nawet kartek na mięso dla ciebie nie mamy, bo nie pracujesz, a na czarno wszystko drogie jak cholera”
„Nie wkurzaj mnie! Sprzątaczką nie będę! Mam wyższe aspiracje… A to, że mięso na czarno jest dla ciebie za drogie to twoja wina, bo nie umiesz na nie zarobić!”
„Kryśka! Nie zaczynaj, proszę cię”
Opanowała się. Chciałem ją przytulić i jakoś pocieszyć. Odepchnęła mnie
„Daj mi spokój z tymi czułościami! Wnerwiasz mnie!”
Postanowiłem nie zadrażniać sytuacji. Resztę wieczoru spędziliśmy w milczeniu. Położyłem się pierwszy do łóżka. Krysia, po pół godzinie spędzonej w łazience, weszła cicho do pokoju. Upewniła się, że śpię. Udawałem. Weszła ostrożnie pod kołdrę tak aby mnie nie ruszyć.
Rano jak zwykle zadzwonił budzik. Wstawaliśmy razem. Krysia co dziennie schodziła do kuchni zrobić mi śniadanie i kanapki do pracy, ja szedłem do łazienki i się szykowałem do wyjścia. Tym razem Krysia tylko rzuciła wściekła
„Wyłącz ten cholerny budzik”
„Krysiu, czas wstawać, zrób mi śniadanie…”
„Sam sobie zrób. Nie jestem twoją służącą…”
„Kryśka! Co się stało?”
„Gówno!… Mam tego dość! Chcę innego życia! Nie rozumiesz tego?!”
Ubrałem się bez słowa i wybiegłem z domu. W tramwaju usiłowałem myśleć o czymś innym. Czułem, że się wszystko we mnie gotuje.
Piątek, trochę krótszy dzień pracy zawsze nastrajał mnie pozytywnie. Nie tym razem. Jutro sobota 12ty i niedziela. Jak ja wytrzymam całe dwa dni z tą cholerną rodziną. A do tego wkrótce święta i Nowy Rok. Jak tu być z nimi radosnym. Co robić?
Wybawienie od tych myśli spadło z nieba niespodziewanie. Waldek, kolega z magazynu, przed samą drugą dostał telefon za szpitala. Żona urodziła mu córkę
„Chłopaki co za fart! Wczoraj miałem imieniny, jeszcze nie wytrzeźwiałem a dzisiaj córka! Kończymy robotę! Zapraszam wszystkich na wódkę!”
Nie chciałem iść, Waldek jednak nalegał. Zgodziłem się. Postanowiłem wypić coś symbolicznie i zaraz urwać się do domu. Niestety, nie wyszło…
Zbliżałem się do furtki. Która to godzina? A ha, prawie w pół do jedenastej. Zaraz się zacznie.
Nie spali jeszcze, czekali na mnie. Nawet jak by spali, to ten cholerny pies rozedrze mordę jak tylko zbliżę się do furtki.
„Cicho, Kazan, pobudzisz wszystkich. No już dobrze, nie skacz na mnie. Siad!”
Drzwi otworzyły się zanim chwyciłem za klamkę. Kryśka w koszuli nocnej od razu przystąpiła do ataku
„To nie wiesz o której przychodzi się z pracy?! Znowu się schlałeś. Jak można stoczyć się tak nisko?! Jak ty wyglądasz?!” – krzyczała
„Krysieńko, koledze urodziła się córka. Trzeba było to uczcić. Uspokój się jutro ci wszystko wyjaśnię” – Kryśka, zaczęła głośno chlipać
„No już, Krysieńko, poprawię się, ale teraz głowa mi pęka… Muszę do łazienki”
Kilka kroków za nią, w korytarzu stał jej ojciec
„Kryśka, nie widzisz, że to dzisiaj nie ma sensu. Jutro jest sobota, to sobie z łachudrą pogadamy. To będzie ostatnia rozmowa, wiem co zrobić, a teraz nie wpuszczaj go do siebie. Niech śpi na dole, w pokoju przy garażu”
„No, no, no! Tylko nie łachudra!” – próbowałem się odszczeknąć, ale z powodu pękającej głowy i pełnego pęcherza wypadło to mało przekonywająco.
Jeszcze w łazience usłyszałem
„Ani słowa więcej łachudro, bo jeszcze dziś stąd wylecisz!”
Noc spędziłem w pokoiku przy garażu. Właściwie to nie był pokój tylko taka jakby wnęka, od garażu odgrodzona szafami z narzędziami i tym podobnymi rzeczami. Nie było tam ogrzewania. W grudniu jest tam naprawdę zimno. Położyłem się w ubraniu na starej śmierdzącej kanapie. Kryśka rzuciła mi jakiś koc i bez słowa pobiegła na górę. Długo nie mogłem zasnąć, chyba z powodu zimna.
Obudziłem się przed jedenastą. Zmarznięty i obolały od niewygodnego posłania wszedłem do kuchni. Czekali tam na mnie, teść, gruby artysta plastyk Zbyszek Jagielski i jeszcze taki ojca pracownik, Janek.
„Co tu szukasz?” – warknął teściu
„Chcę sobie zrobić coś do jedzenia…”
„Nic tu nie ma dla ciebie! Wynoś się z domu!”
Wszyscy trzej podnieśli się z krzeseł. Zaraz będzie bójka – pomyślałem.
W tym momencie weszły Kryśka z matką. Stanęły między nami
„No! Co jest! Jeszcze tego tutaj brakuję!” – Krzyczała teściowa
„Marek, wyjdź, proszę cię… Wróć później jak się ojciec uspokoi” – prosiła mnie Kryśka płaczliwie
„Ja jestem, kurwa, spokojny! Dla niego nie ma tu miejsca!”
„Dobra, dobra, wracajcie do roboty” – Teściowa wypychała ich drugimi drzwiami
„Jak mnie tu nie chcą, to idę sobie i nie wiem, kiedy wrócę. Na pewno nie trzeźwy!…” – Krzyknąłem wychodząc.
Pojechałem do rodziców. Po drodze rozmyślałem co robić dalej. Nie chciałem wracać na Łozową. Najlepiej jak bym mógł zostać u rodziców. Tylko czy się na to zgodzą? Oczywiście, nie zgodzili się. Ojciec może by się zgodził, ale mama ze swoimi zasadami twardo się temu przeciwstawiła.
Wykąpałem się i przebrałem w jakieś rzeczy, które jeszcze tam miałem. Zjadłem z nimi późny obiad.
„A teraz wracaj do żony, Tam twoje miejsce”
„Mamo, może chociaż przez niedzielę…”
„Nie ma mowy. Wracaj tam teraz. Wiesz mi, tak będzie lepiej”
Na ulicy spojrzałem na zegarek, zbliżała się siódma. Co robić? Doszedłem do Gdańskiej. Zbliżałem się do przystanku, gdy właśnie nadjechała ósemka. Jechała w kierunku Retkini. Wsiadłem bez namysłu, dojechałem do krańcówki na Marchlewskiego. Wróciłem się kawałek, wiedziałem, gdzie ona mieszka. Byliśmy u niej kilka razy.
Zadzwoniłem do drzwi z wizytówką: Zdzisław i Barbara Rudzińscy. Drzwi otworzyły się po pierwszym dzwonku. Rzuciła się mi na szyję
„Czekałam na ciebie…”
„Basiu, ja tam nie wytrzymam…”
Obudził nas dziwny łoskot i głośny warkot wielu motorów. Podeszliśmy nago do okna. Ulicą Marchlewskiego w stronę pętli tramwajowej jechało kilka lekkich czołgów i ciężarówki z wojskiem. Objechały pętlę i zawróciły w stronę miasta.
„Co oni tu robią Marku?”
„Nie wiem Basiu, Pewno jakieś ćwiczenia”
Wróciliśmy do łóżka.
Rano obudził mnie zapach świeżo zaparzonej kawy. Wszedłem do kuchni. Basia płakała.
„Co się stało Basiu? Czemu płaczesz?”
„Wojna jest”
„Jaka wojna?”
„Idź do pokoju i zobacz co jest w telewizji”
W telewizji generał Jaruzelski mówił o Stanie Wojennym. Zjedliśmy śniadanie słuchając dwa razy jego przemówienia
„Basiu, muszę iść do pracy…”
„A co z nami?”
„Ja tam nie wrócę…”
„Musisz wrócić do Krysi, zwłaszcza teraz”
„Basiu…”
„To z nami nie ma sensu…” – przerwała mi
„Ma sens, i to duży…”
„Obiecaj, że po pracy wrócisz na Łozową”
„Basieńko, ja ciebie kocham…”
„Ja ciebie też Mareczku, ale…”
„Ja tu wrócę do ciebie… Coś wymyślę”
Do pracy dotarłem na pieszo. Komunikacja miejska nie kursowała. Na wielu skrzyżowaniach stały posterunki wojskowe. Żołnierze grzali się przy ustawionych koksownikach.
Kiedy zbliżałem się do firmy zatrzymał mnie wystraszony Mietek
„Marek, nie chodź tam. Czekają na ciebie. Szef mnie tu wysłał, aby cię ostrzec”
„Kto czeka?”
„Tajniacy, chcą cię zabrać. Nie wiedziałem, że ty gdzieś działasz”
„To jakaś pomyłka, wiesz przecież że mnie ta cała polityka i sytuacja gówno obchodzi. Mówiliśmy przecież o tym” – odpowiedziałem zdenerwowany i mimo ostrzeżenia zamierzałem wejść do zakładu
„Nie idź tam! Ostrzegałem cię”
W drodze do przebieralni podbiegła do mnie zapłakana Zosia, sekretarka szefa
„Musisz iść do szefa, czekają na ciebie”
Szef blady, siedział przy biurku. Od stolika z boku, podniosło się dwóch rosłych cywili
„Wy jesteście Marek Cieślak syn Stefana?”
„Tak, o co chodzi?”
„Pójdziecie z nami”
Nie zamierzałem nigdzie iść
„Pójdziecie dobrowolnie czy mamy założyć kajdanki?”
„Nigdzie nie pójdę. Chcę wiedzieć o co…” – przerwali mi, brutalnie wykręcając ręce. Sprawnie, z zaskoczenia założyli kajdanki za plecami.
Wszyscy widzieli jak mnie wyprowadzili do samochodu. W samochodzie zapytali przez radio, gdzie mają mnie zawieść
„A skąd ja mam kurwa wiedzieć?! Wszędzie pełno. Zawieś go do Pabianic”
Zawróciliśmy w stronę Pabianic. Na wysokości Rudy Pabianickiej przyszło polecenie odstawienia mnie na Komendę przy Lutomierskiej.
„Ciekawe kurwa, czy go tam dowieziemy, czy skierują nas gdzie indziej? Co za cyrk, kurwa”
Dowieźli mnie na Lutomierską. Tam odebrali mi tylko dowód osobisty i sprowadzili na dół do celi. W środku było ze dwadzieścia osób. Na drewnianej pryczy, przypominającej wielkością łóżko małżeńskie, w pozycji półleżącej spoczywało sześciu mężczyzn w starszym wieku. Reszta stała stłoczona w koło pryczy. Odniosłem wrażenie, że nie znają się nawzajem.
Mijały godziny, co jakiś czas wyprowadzali nas po trzy osoby do toalety. Zastanawiałem się jak spędzimy tu noc. Pod wieczór zaczęto co jakiś czas wyczytywać nazwiska i zabierać wyczytanego z celi. Niektórzy wracali z papierem w ręku.
„Co chcieli od ciebie?”
„Nie wiem. Internowali mnie”
„Co to znaczy?”
„Chuj wie”
To były typowe rozmowy z tymi którzy wracali do celi.
Mnie wezwano bardzo późno. Zawieziono windą na siódme piętro. Długim korytarzem zaprowadzono mnie do jakiegoś pokoju. Za biurkiem siedział jakiś cywil i przeglądał papiery.
„Możecie odejść” – Zwrócił się do tego co mnie przyprowadził.
Potem wskazał mi krzesło. Zadzwonił gdzieś, długo czekał na rozmowę
„Jesteście pewni, że z tym Cieślakiem… Tak, Markiem, to nie pomyłka?” – słuchał dłuższą chwilę – „Tak, rozumiem”
Potem zwrócił się do mnie
„Imię, nazwisko, imię ojca, adres zamieszkania”
„Marek Cieślak, syn Stefana” – podałem adres na Łozowej
„Adres się nie zgadza, w dowodzie jest inny. Jak to wytłumaczycie?”
Wyjaśniłem, że po ślubie zapomniałem się przemeldować, że mieszkam u teściów.
„Dobra, mnie to właściwie nie interesuje. Powiedzcie jaką funkcję macie w Solidarności?”
„Nie należę do Solidarności”
„Nie? A kto wam daje ulotki i nielegalne broszurki do dystrybucji? Co?”
„Jakie ulotki? Ja nie wiem o co chodzi” – odpowiedziałem szczerze zdziwiony
„Nie wiecie, Tak? To może wiecie kto to jest Józef Walczak, co?”
„To mój teść, mieszkam z żoną u niego”
„Co?!! Teść” – tym razem on był zdziwiony – „No to ci chłopie gratuluję teścia! Ha, ha ha!… To on cię zakapował”
„Jak to…On?”
„Normalnie. Chyba się nie kochacie… Chłopie, nie ty jeden takiego masz. Mój też jest kawał skurwysyna” – zamyślił się – „I co ja mam z tobą zrobić? Żal mi ciebie. Nie mam podstaw ciebie tu trzymać… Ale, zaraz! Mówisz, że mieszkasz z nim. Może chcesz trochę odpocząć od niego? Co?”
„Jak wypocząć?”
„Normalnie. Zatrzymam cię tu. To nie potrwa długo, może miesiąc, może dwa. Jak ciebie nie będzie to może zatęsknią za tobą, pokochają, ha, ha ha!…A jak będziesz miał szczęście to załapiesz się na wyjazd za granicę”
„Za granicę?”
„Tak” – ściszył głos – „Chodzą słuchy, że internowanych będą wyrzucać z kraju… To jak? Piszesz się na to?… Jak nie, to wracasz do teściów”
„Zaraz, zaraz. Ale dlaczego pan to robi?”
„Powiedzmy, że to taka solidarność między nami co mają teściów skurwysynów”
„Dobrze, zostaję tutaj…” – odparłem w pewnym sensie zadowolony.
Nacisnął jakiś przycisk na biurku. Natychmiast drzwi się otworzyły i zajrzał tan sam gość co mnie tam przyprowadził
„Zabrać go z powrotem… Chwileczkę jeszcze wypiszę decyzję o internowaniu”
Po paru minutach, z papierem w ręku znalazłem się w tej samej celi co poprzednio
„Co chcieli od ciebie?”
„Jestem internowany…”
„Ale co napisali? Jakie uzasadnienie masz wpisane?”
Dopiero teraz spojrzałem na papier, który trzymałem w ręku. Był to, chyba na prędce zrobiony druczek, lichej jakości. Drukowany tekst brzmiał mniej więcej tak jak go słyszałem rano w telewizji.
Niżej dużymi literami pisało UZASADNIENIE. Pół strony miało wykropkowane linijki na których napisane było ręcznie, że podjąłem próbę obalenia ustroju Polski Rzeczypospolitej Ludowej poprzez rzucenie połówką cegły w funkcjonariuszy Milicji Obywatelskiej i dlatego, zgodnie z artykułem… i tak dalej.
Musiało być bardzo późno, Wszyscy byli zdenerwowani i zmęczeni. Ubyło kilka osób, ale wciąż było bardzo ciasno. Zmienialiśmy się co kilkanaście minut na pryczy. Każdy chciał chwilę poleżeć.
Nagle drzwi się otworzyły i odczytano dziewięć nazwisk, moje też. Wywołano nas na korytarz i założono kajdanki. Tym razem z przodu.
Wyprowadzono nas na obszerny dziedziniec. Stały tam trzy milicyjne nyski z włączonymi silnikami. Padał śnieg i było naprawdę zimno. Po chwili upchano nas w jednej z nich, sześciu z tyłu, w zakratowanym przedziale.
Były tam bokiem do kierunku jazdy ustawione podwójne siedzenia naprzeciw siebie. W zasadzie tylko cztery miejsca. Mieliśmy bardzo ciasno. Pozostałych trzech usiadło na środkowej ławie przeznaczonej dla milicjantów. Po ich obu stronach usiedli milicjanci w grubych, zimowych kurtkach. Widzieliśmy przez zakratowaną szybę, że oni mieli naprawdę ciasno. Siedzieli sobie na kolanach.
W naszym przedziale szyby były matowe i nie mogliśmy się zorientować, dokąd nas wiozą. Jedynie patrząc do przodu przez zakratowaną szybę, ponad ramionami tych co siedzieli w środku, można było widzieć fragmenty drogi przed samochodem.
Po dłuższej chwili jeden z nas powiedział, że zna tą drogę. Jedziemy w stronę Sieradza. I tak też było.
Dopiero w więzieniu w Sieradzu minął pewien szok w jakim się znajdowałem i zacząłem się zastanawiać co z rodziną, czy są zawiadomieni, jeśli nie to jak to zrobić i kogo właściwie powinienem zawiadomić o moim położeniu. Na pewno rodziców, Krysię też, Miałem nadzieję, że ktoś z kolegów z pracy udał się na Łozową. A co z Basią? Zawiadomić ją to jedna sprawa, a co potem z nami?
W Sieradzu siedzieliśmy przez całe Święta Bożego Narodzenia. Po świętach, przed Nowym rokiem do celi zajrzał jakiś klawisz i powiedział, żeby Kazimierz Nowak przyszykował się do wyjścia.
Kazio był niespełna dwudziestoletnim kolejarzem ze wsi pod Koluszkami. Zakapował go sąsiad, któremu Kaziu uwiódł żonę. Teraz się wszystko wyjaśniło i Kaziu wychodzi na wolność
Kazaliśmy mu rozebrać się do połowy. Jedynym dostępnym w celi długopisem wypisaliśmy mu na ciele, na ramionach, na plecach i gdzie jeszcze było miejsce, nasze nazwiska i adresy. Musiał nam przysiąc, że wszystkich odwiedzi i poinformuje, gdzie jesteśmy. Znacznie później dowiedziałem się, że Kaziu wywiązał się z nałożonego na niego zadania i wszystkich odwiedził.
Zaraz po Nowym Roku Krysia przyjechała na widzenie. Dowiedziałem się, że moi rodzice też wiedzą, że siedzę w Sieradzu, że był u nich taki jeden, pozdrawiają mnie oczywiście, ale nie dostali zezwolenia na widzenie. O Basię nie pytałem.
W Sieradzu już oficjalnie wiedzieliśmy, że będziemy mogli, lub musieli opuścić Polskę. Jeszcze nie było wiadomo w jakiej formie, czy w jaki sposób. Wiadomo było tylko tyle że będzie można wyjechać z najbliższą rodziną.
„Krysiu, wyjedziesz ze mną jak będzie można? Zaczniemy nowe życie”
„Wyjadę Maruś, ale dokąd?”
„Nie wiem, kochana, byle dalej od Łozowej”
Kryśka zaczęła płakać
„Ja nie chcę być daleko od rodziców.”
„Musimy się stamtąd wyrwać. Tam nie ma dla nas przyszłości. Tam zawsze będziemy się kłócić”
Wyjaśniłem jej co ma robić. Wiele razy mówiliśmy o tym w celi z chłopakami. Dałem jej decyzję o internowaniu, powiedziałem, aby pojechała do Warszawy i odwiedziła kilka konsulatów państw zachodnich. Ma mówić, że jestem internowany, pokazać tą decyzję i wyraźnie podkreślić, że chcemy wyjechać z własnej woli.
Na zakończenie powiedziałem, aby powiedziała tatusiowi, że za to zakapowanie, jak wyjdę to mu tak nakopię do dupy, że długo nie będzie mógł na niej siedzieć
„Maruś, On już teraz robi pod siebie ze strachu, mówi, że nie wiedział, że się to tak skończy, chciał ci dać tylko nauczkę”
„Nic mnie nie obchodzi co on chciał. Powiedz mu, że po ryju też dostanie”
Po Trzech Królach przewieźli nas do Łowicza. Krysia odwiedzała mnie co dwa tygodnie. Była w Warszawie, odwiedziła kilka ambasad i konsulatów. Wszędzie ją wysłuchali, zrobili kopie decyzji o internowaniu i umówili nas na rozmowę nie podając konkretnej daty. Mam się stawić u nich najszybciej jak będę mógł. Wszędzie dostała stosowny dokument do pokazania odpowiednim organom. Miał ułatwić uzyskanie przepustki.
Któregoś razu w kwietniu przyszła Basia. Weszła z dowodem Kryśki. Nikt się nie zorientował, że to inna osoba. Byłem zaskoczony i jednocześnie ucieszyłem się. Basia była niezwykle poważna, jak by czymś zmartwiona.
„Czy coś się stało kochanie?” – zapytałem
„Mareczku, nie mów tak do mnie. Zapomnijmy o tym co było…”
„Nie mogę zapomnieć… I nie chcę”
„Słuchaj, Krysia jest trochę przeziębiona” – zmieniła temat – „Prosiła, aby ci powiedzieć, że już się pakuję. Dostałeś paczkę od kolegów z pracy. Jakieś książki i listy. Przywiozłam ze sobą, ale nie pozwolili mi jej podać. Jest na wartowni. Wezmę z powrotem do domu. Z kościoła Kryśka dostaje paczki żywnościowe. Wiedzą, że jesteś jedynym żywicielem rodziny, że ona nie pracuje. Masz pozdrowienia od twoich rodziców. Byłam tam z Krysią. Moi też cię pozdrawiają”
„Nie chcę pozdrowień od waszego ojca. Powiedz mu, że go odpowiednio i należycie pozdrowię jak wyjdę”
„Marku, tak nie można. On chodzi cały czas załamany. Do tego interesy mu nie idą. Stan Wojenny bardzo mu zaszkodził”
„Koniec widzenia!” – Strażnik nam przerwał
„Baśka!… Kocham cię!” – zdążyłem krzyknąć, gdy odchodziłem. Nie usłyszałem co odpowiedziała.
Przed pierwszym maja Kryśka pokazała zaproszenia na rozmowy, w komendzie na Lutomierskiej. Zatrzymali zaproszenia i powiedzieli, że dostanę przepustkę na załatwienie tych wizyt. Tak też się stało. Dostałem tygodniową przepustkę. Z depozytu odebrałem swoje rzeczy, dostałem też darmowy bilet autobusowy do Łodzi.
Nigdy wcześniej nie byłem w Łowiczu. Nie wiedziałem, gdzie jest dworzec autobusowy. Dobrzy ludzie wskazali mi drogę.
Z autobusu wysiadłem przy dworcu Fabrycznym. Chwilę zastanawiałem się, gdzie udać się najpierw, czy do rodziców czy na Łozową. Postanowiłem najpierw zadzwonić do teściów. Odebrała teściowa, była zaskoczona. Poprosiłem do telefonu Krysię. Nie było jej w domu. Powiedziałem, że będę za godzinę.
W domu była tylko teściowa. Dowiedziałem się, że teść wyjechał na Śląsk w interesach i że wróci za parę dni. Zdziwiłem się trochę, nigdy wcześniej nie wyjeżdżał. Krysia jest na mieście z grubym Zbyszkiem, pojechali tam jego maluchem po jakieś paczki dla ojca od kolegi, mają niedługo wrócić.
Wrócili około piątej wieczorem. Umówiliśmy się na wyjazd do Warszawy na następny dzień. Gruby Zbyszek zaoferował się, że nas zawiezie swoim samochodem. Zgodziliśmy się, tak będzie najlepiej, a na razie poprosiłem, aby podrzucił mnie do moich rodziców, skoro jedzie do śródmieścia. Krysia pojechała ze mną.
Moi rodzice byli również zaskoczeni, mama płakała, ojciec stwierdził, że jest dumny ze mnie, że nic nie wiedział o tym, że ja gdzieś działam. Nie wyprowadzałem go z błędu. Zjedliśmy wspólnie kolację.
Wyszliśmy od rodziców przed dwunastą. Taksówką wróciliśmy na Łozową. Teściowa spała. Pies nie szczekał. Miałem takie wrażenie jakby się cieszył na mój widok.
W nocy było wspaniale. Musiałem tylko bardzo uważać, aby nie nazwać Krysi Basią.
W Warszawie Krysia była naszym przewodnikiem po konsulatach. Miała ułożoną listę z adresami i kolejnością ich odwiedzania. Niektóre mieściły się w budynkach ambasad, inne miały osobne adresy. Tego dnia zdążyliśmy odwiedzić tylko dwa. Resztę odwiedziliśmy we dwa następne dni.
Wszędzie trzeba było długo czekać, a potem sama rozmowa trwała około dwóch godzin. Wszystkie rozmowy wyglądały bardzo podobnie i przypominały przesłuchanie milicyjne. Na koniec rozmów dostawaliśmy informację, że konsulat nie ma prawa podjąć jakiejkolwiek decyzji w sprawie azylu, że oni są tylko pośrednikiem, wysyłają papiery do kraju a tam odpowiednie władze podejmują decyzję. Oczywiście o decyzji będziemy poinformowani. Mamy czekać.
Ustaliliśmy z Krysią, że wyjedziemy do pierwszego kraju, który będzie chciał nas przyjąć. Z przepustki pozostały jeszcze trzy dni, a właściwie dwa.
Ostatni dzień to był dzień nakazanego powrotu do Obozu Dla Internowanych, czyli w moim przypadku, do więzienia w Łowiczu. Miałem tam się stawić przed piętnastą. Tak więc miałem jeszcze dwa dni.
Jednego dnia pojechaliśmy z teściową do Basi, ale to dopiero po południu, po jej przyjściu z pracy. Przed południem pojechałem do Polmozbytu. Wszyscy przywitali mnie bardzo serdecznie. Szef powiedział, że w dalszym ciągu jestem u nich zatrudniony, a moje pieniądze o czym wiedziałem, wysyłał do żony. Ubolewał tylko że nie mogłem dostawać kartek żywnościowych, no bo władze twierdziły, że jestem na utrzymaniu Państwa Polskiego.
Następnego dnia po południu pojechaliśmy pożegnać się z moimi rodzicami. Oczywiście był płacz mamy i zapewnienia, że czekają na mnie.
W czasie mojego pobytu na przepustce cały czas oczekiwałem powrotu teścia z jego wyjazdu biznesowego, ale się nie doczekałem. Teściowa powiedziała, że widocznie dużo ma do załatwienia.
Ostatniego dnia po śniadaniu, szykowałem się do wyjazdu, kiedy z warsztatu przyszedł Zbyszek. I zaproponował, że mnie odwiezie do Łowicza. Podczas nieobecności Teścia to on prowadził firmę. Krysia pojechała z nami.
Pod koniec maja zaprowadzono tych którzy zadeklarowali chęć na wyjazd z Polski do fotografa. Ściągnięto go specjalnie do więzienia, aby zrobił nam zdjęcia paszportowe. Kilka dni później dostałem trzy dni przepustki. Nie poinformowano mnie z jakiego powodu.
W domu dowiedziałem się, że Szwedzi przysłali telegram, aby się zgłosić w konsulacie po odbiór promesy wizy i bilety na prom. Kryśka już była z tym na Komendzie, dlatego dostałem przepustkę.
W Warszawie wszystko poszło sprawnie. Bilety były wystawione na mnie i Krysię. Dzień wyjazdu do uzgodnienia. Potem powrót do Łowicza.
Kilka dni później nowa przepustka, tym razem na wyrobienie paszportu. Paszporty były gotowe następnego dnia. Miały ręcznie napisaną dużymi literami w poprzek na pierwszej stronie adnotację: WAŻNY TYLKO W JEDNĄ STRONĘ.
W lipcu wyszedłem na jednomiesięczną przepustkę, z nakazem stawienia się na Komendzie Milicji na Lutomierskiej w Łodzi. Tam jakiś cywil, ale nie ten co mnie internował, poinformował mnie, że mam miesiąc na wyjazd, jeżeli nie zdążę, zostanie mi odebrany paszport i już nigdy więcej nie będzie wydany.
Zdążyliśmy wszystko pozałatwiać w dwa tygodnie, pożegnaliśmy się ze wszystkimi. Nie zdążyłem tylko z teściem. Był tym razem w sanatorium w Rabce, ale obiecałem, że mu nakopię, jak przyjedziemy z wizytą do kraju.
1go sierpnia w niedzielę, odpłynęliśmy promem z Gdańska do Helsinek. Wysiedliśmy w poniedziałek w Szwecji w Nynäshamn, pod Sztokholmem. Czekał na nas tłumacz z samochodem.
Po półtorej godzinie byliśmy w naszym miejscu docelowym, w Oxelösund. Jest to niespełna 12to tysięczna miejscowość leżąca na skalistym wybrzeżu bałtyckim, jakieś sto dwadzieścia kilometrów na południe od Sztokholmu. Tłumacz zawiózł nas na osiedle mieszkaniowe zabudowane łukowato stojącymi domami czteropiętrowymi.
Przed jednym z nich spotkaliśmy szwedkę, która wręczyła nam klucze do trzypokojowego, kompletnie wyposażonego mieszkania. Dowiedzieliśmy się, że następnego dnia zaczynamy kurs języka i że wtedy dopełnimy wszystkich formalności.
Kursy trwały kilka miesięcy. W między czasie poznaliśmy miasteczko i okolice. Poznaliśmy też innych Polaków mieszkających na tym osiedlu.
Byli to ludzie, którzy przyjechali krótko przed nami. Byli tak samo jak ja, internowani i ich rodziny.
Język nie sprawiał mi większego kłopotu. Gorzej szło mojej żonie. Krysia źle się czuła w tak małej miejscowości. Niektórzy z naszych rodaków z którymi chodziliśmy na kursy językowe marzyli o wyjeździe dalej, najlepiej do Ameryki. Krysia podzielała ich zdanie, że Szwecja to nie nasza przyszłość, a język szwedzki jest bezwartościowy w wielkim świecie.
Po dziewięciu miesiącach dostałem pracę w miejscowej hucie żelaza i stali, firmie SSAB. Zostałem ślusarzem w warsztacie mechanicznym. Musieliśmy opuścić dotychczasowe mieszkanie i wynająć własne.
Dostaliśmy państwową pożyczkę na zagospodarowanie. Kupiliśmy za nią naprawdę bazowe meble i wyposażenie mieszkania.
Ponieważ pracowałem na dwie zmiany to Krysia była często wieczorami sama w domu. Telewizja ją denerwowała, Nie mogła nic zrozumieć z powodu braków językowych. Ożywiała się jedynie, kiedy telefonowała do Polski. Potrafiła długo rozmawiać. Nie tak sobie wyobrażała życie poza Polską. Twierdziła, że się dusi w tej dziurze, tęskniła do wielkomiejskiego gwaru. Kiedy jej przypomniałem, że na Łozowej też było daleko to wielkomiejskiego gwaru, odpowiadała, że przecież mogła w każdej chwili wyjechać do centrum Łodzi i poczuć wielkie miasto.
Po trzech miesiącach pracy kupiłem od kolegi z warsztatu używany samochód. Mogłem teraz zabierać Krysię co tydzień w soboty i niedziele do okolicznych dużych miast i do Sztokholmu. Na początku bardzo jej się to podobało, później jednak, przypuszczam, że pod wpływem innych pań z naszego otoczenia zaczęła częściej wspominać o konieczności wyjazdu do USA.
Rok po naszym przyjeździe do Szwecji Krysia odebrała telefon od Basi. Nagle zmarła ich matka i babka. Obie jednego dnia. Stało się to w mieszkaniu babki. Matka pojechała tam jak zwykle, zająć się babką. Długo nie wracała. Ojciec pojechał tam i zastał obie nieżywe na podłodze.
Krysia postanowiła natychmiast jechać na pogrzeb. Nie było to łatwe. Niespełna miesiąc wcześniej, w lipcu 83go zniesiono w Polsce Stan Wojenny. Nie mieliśmy naszych polskich paszportów. Wymieniliśmy je na szwedzki Dokument Podróży Dla Cudzoziemców. Nie upoważniał on na wjazd do Polski.
Udaliśmy się do Konsulatu Polskiego w Sztokholmie. Tam po przedstawieniu sprawy ku mojemu zaskoczeniu, Krysia dostała Paszport Konsularny. Kupiłem jej bilet na prom do Gdańska, na razie w jedną stronę. Powrotny miała sobie kupić sama jak dojdzie do siebie po pogrzebach.
Po dwóch tygodniach zadzwoniłem na Łozową. Odebrał teściu
„Ach, to ty… Już daję Krysię…” – zanim zdążyłem zareagować odszedł od telefonu.
Po chwili usłyszałem żonę.
„Co się stało Maruś?” – zapytała zdziwiona
„Krysiu, to ja się pytam co się stało? Dlaczego jeszcze nie wracasz?”
„Ach! Wiesz. Stęskniłam się za dużym miastem, tu jest tak ładnie we wrześniu…”
„A jak pogrzeb?”
„Piękny był. Wiesz przyszło dużo ludzi. Przywitałam się ze wszystkimi znajomymi, których nie widziałam od roku…” – przerwałem jej
„Kiedy przyjeżdżasz?”
„Wiesz, tatuś jest załamany. Sam został w tym wielkim domu. Chciałabym zostać przy nim jeszcze, może tydzień lub dwa.”
„Rozumiem. Daj go do telefonu to go pozdrowię” – Po chwili usłyszałem
„Nie ma go tu, pewnie wyszedł do warsztatu, ma teraz dużo pracy”
„Krysiu, daj znać jak będziesz wracała, muszę się przygotować na twój powrót. Do zobaczenia kochanie”
Dwa tygodnie później w październiku, zadzwoniła i powiedziała, żeby w najbliższy poniedziałek czekać na nią o piętnastej w Nynäshamn.
Byłem tam dużo wcześniej. Widziałem, jak prom zacumował, jak podstawiono schodu dla pieszych pasażerów. W tłumie schodzących zauważyłem Krysię. Ulżyło mi. Muszę przyznać, że zacząłem wątpić, czy przyjedzie, czy chce wrócić do Szwecji.
Odszedłem od siatkowego ogrodzenia, przy którym ja i inni oczekujący na przyjezdnych obserwowaliśmy przybycie promu. Udałem się do terminalu. Tam w sporym tłumie oczekiwałem na wyjście Krysi z pomieszczeń odprawy paszportowej i celnej. Cała ta procedura zabierała sporo czasu. Co kilkanaście sekund wychodziła stamtąd jedna lub dwie osoby.
W końcu i ja się doczekałem. W moje ramiona wpadła… Basia. Byłem tak zaszokowany, że nie mogłem wydobyć głosu. Nie musiałem, usta i tak zajęte miałem pocałunkami, a gdy już przestaliśmy Basia nie dała mi dojść do głosu
„Słuchaj Mareczku, nazywam się Krystyna Cieślak, z domu Walczak a nie Barbara Rudzińska… Nie obawiaj się, nie ukradłam siostrze paszportu. Zrobiliśmy to za obopólną zgodą. Wszystko ci wyjaśnię w domu… Chodźmy już stąd”
W samochodzie Basia mówiła o śmierci matki i babki. O tym, że babka najprawdopodobniej zmarła poprzedniego dnia lub nocy, przed przyjściem matki. Kiedy matka tam przyszła i zastała ją bez życia na podłodze musiała dostać wylewu do mózgu. Tak stwierdzili lekarze po sekcji. Ojciec był załamany, wieszał się, ale uratował go Jagielski, ten gruby plastyk, Zbyszek. Teraz jak Kryśka jest przy nim, czuje się lepiej. Baśka przestała mówić, zamyśliła się. Dojeżdżaliśmy do domu.
„Basiu, jak to się stało, że to ty przyjechałaś?” – zapytałem przy wysiadaniu z samochodu
„To przykra historia, nie chciałam ci o tym mówić, ale muszę. Prędzej czy później i tak byś się o tym dowiedział”
Weszliśmy do mieszkania, wnieśliśmy bagaże. Kiedy usiedliśmy do stołu do kolacji zwróciłem się do niej
„No to teraz mów”
„Chciałabym abyś najpierw zadzwonił do niej, niech ona pierwsza powie, jak było”
„Zaraz zadzwonię, ale o co chodzi, wolałbym być uprzedzony co usłyszę”
„Zaraz po pogrzebie przyłapałam niechcący Kryśkę w intymnej sytuacji z tym Zbyszkiem. Przyjechałam na Łozową, otworzyłam swoim kluczem, ojca nie było. Zastałam ich w sypialni na górze. Nie słyszeli mnie jak wchodziłam, wiesz pies nigdy nie szczeka, jak przychodzę… Zrobiłam jej straszną awanturę .za to, że cię zdradza. ona odpowiedziała, że jak się o ciebie tak troszczę to sobie mogę sobie ciebie wziąć. W nerwach odpowiedziałam, że już to zrobiłam. Popłakałyśmy się… Wiesz, że często się kłóciłyśmy, ale że to właściwie były tylko takie gwałtowne wybuchy jak tym razem, i że potem bardzo szybko w płaczu godziłyśmy się. Tym razem było tak samo. Zbyszek wyniósł się z pokoju jak tylko mnie zobaczył, byłyśmy same. Przez kilka godzin do późnego wieczoru omawiałam z nią sytuację. Kryśka powiedziała, że absolutnie nie chce wracać do tej dziury w Szwecji. Stanęło na tym, że się zamieniamy. Nie wiem która z nas pierwsza wspomniała o takiej możliwości. Na początku pomysł wydawał się szalony, ale zaczęłyśmy mówić o szczegółach, chyba żartem, o ile w tamtej sytuacji można było żartować, ale wiesz, że takie nieco czarne żarty mnie i Kryśce przychodziły do głowy łatwo. Obejrzałam jej paszport, ona mój Dowód Osobisty. Naprawdę warto było zaryzykować. Pozostała jeszcze sprawa mojej pracy. Postanowiłam zaraz następnego dnia wypowiedzieć ją w trybie natychmiastowym. Napisałam… Ha, ha ha!… Zgodnie z prawdą, że to z przyczyn rodzinnych. Ojciec przyszedł późno, około jedenastej. Czekałyśmy na niego. Kryśka uparła się, żeby Zbyszek był obecny przy tej rozmowie. Ojciec był zmęczony, po śmierci matki i po próbie samobójstwa, stał się apatyczny. Zaniedbał firmę. Gdyby nie Zbyszek to wszystko by się rozpadło. Opowiedziałyśmy mu co zamierzamy, nie wiem, ile do niego dotarło. Powiedział, że możemy robić co chcemy, że ma to wszystko w dupie. Dopiero jak Kryśka uprzytomniła mu, że zamieszka z nim i że razem ze Zbyszkiem zajmie się firmą i opieką nad nim zaczął coś pojmować.
Po kilku dniach był wyraźnie zadowolony z takiego rozwiązania. Gdy ty zadzwoniłeś do Kryśki z pytaniem, kiedy wraca, to wszystko było już uzgodnione. Potrzebowałyśmy kilka dni, aby załatwić sprawę mieszkania po babce no i mojego. Zabrałam stamtąd tylko najbardziej osobiste rzeczy, mam je tutaj w walizce. Klucze i wszystkie dokumenty zostawiłam Kryśce, nawet moją maturę. Nie wiem co zamierzają zrobić z mieszkaniem, to już mnie nie interesuję. Kryśka jest teraz Baśką, rozwódką z nazwiskiem po Zdzichu. A ja jestem Kryśką. Wolałabym jednak abyś nazywał mnie Baśką.”
„Basiu, łeb mi pęka jak bym był pijany. Jeszcze tego nie ogarniam…”
„Zadzwoń teraz do niej”
„Zaraz, muszę ochłonąć”
„Ale powiedz, cieszysz się?”
„Cieszę się, że jesteś przy mnie, martwię się ze mogą być kłopoty…”
„Jakie kłopoty, jestem twoją żoną, z którą przyjechałeś do Szwecji ponad rok temu”
„Tak oczywiście… Co to ja miałem zrobić? Acha, zadzwonić do Polski”
Podszedłem do telefonu, który w tym momencie zdzwonił. Skoczyłem wystraszony i znieruchomiałem. Telefon dzwonił w dalszym ciągu
„Odbierz go… To do Ciebie”
Podniosłem słuchawkę
„Dobry wieczór Mareczku, to ja Basia…”
„Dobry wieczór Basiu, … To jest Krysiu! Przepraszam cię, wszystko mi się pieprzy”
„Maruś…Przepraszam cię za wszystko, ja naprawdę cię kochałam i chyba kocham nadal. Ale dalej tak nie mogę. Ja muszę zostać przy ojcu…”
„I przy grubasie” – przerwałem jej
„To o tym też ci opowiedziała? Wybacz mi, on jest dla mnie taki dobry i…”
„I ma pieniądze. Więcej niż ja” – znowu jej przerwałem
„Nie bądź wulgarny, ty masz za to Baśkę. O was też można by dużo powiedzieć…”
„No już dobrze Krysiu, muszę to wszystko przetrawić. Dzisiaj nie jestem do tego zdolny. Jestem w szoku”
„Ale powiedz, gniewasz się?”
„Nie wiem, chyba nie”
Zakończyliśmy rozmowę jakimiś czułościami. Baśka też zamieniła z nią parę słów, ale nic z tego do mnie nie docierało
„Krysieńko, muszę się położyć mam zamęt w głowie, Daj mi TREO”
„Jeśli już, to bardzo proszę Basieńko, zapomnij o Krysieńce… Co to jest TREO?”
„Dobre na ból głowy. Sam wezmę”
No i życie potoczyło nam się bardzo dobrze. Zapisałem Basię jako Krysię ponownie na kurs języka. Zdziwili się skąd u niej taka nagła chęć do nauki. Wytłumaczyłem, że przemówiłam jej do rozumu
„Ale nie biłeś jej? Wiesz, że to u nas zakazane bić żonę.”
Wyjaśniłem, że używałem tylko siły perswazji. Gorzej było z Kryśki polskimi przyjaciółkami. Obawialiśmy się, że mogłyby poznać, że to nie Krysia, może nie po wyglądzie, ale na pewno po sposobie mówienia, no i zdziwiłyby się, że ich nie pamięta, ani nie pamięta tego o czym tyle razy rozmawiały.
Baśka przez jakiś czas nosiła bardzo ciemne okulary, a ja wyjaśniałem znajomym, że nagła i jednoczesna śmierć bliskich jej osób spowodował u niej głęboki wstrząs i apatię, ale że z pewnością minie to z czasem.
Basia bardzo szybko opanowała język, była w nim lepsza ode mnie, zwłaszcza w pisaniu. Po kilku miesiącach dostała pracę jako sekretarka takiej jednej pani psycholog. Prowadziła jej przyjęcia i rejestrację pacjentów. Dobrze się czuła w tej pracy. Tak samo jak ja nie tęskniła za wielkomiejskim życiem. Mały Oxelösund w zupełności nam wystarczał.
Czas mijał nam szybko. W 86tym wystąpiliśmy o obywatelstwo. Uzyskaliśmy je bez problemu. Mieliśmy teraz podwójne. Basia stwierdziła, że należałoby odwiedzić ojca. Bardzo się postarzał i można powiedzieć, że zdziadział. Firma formalnie była jego, ale praktycznie prowadził ją Zbyszek. Teść przestał się w nią angażować. Kryśka w rozmowach telefonicznych z nami poważnie obawiała się o jego zdrowie. Nalegała abyśmy przyjechali, dopóki on żyje.
Moi rodzice byli już u nas dwa razy. Też przeżyli szok związany z zamianą, mama oczywiście płakała, ale ojciec powiedział mi dyskretnie, że dobrze zrobiłem. Mama w końcu też się z tym pogodziła.
Aby móc jechać do Polski powinniśmy zrzec się obywatelstwa polskiego. Odwiedziliśmy Konsulat Polski w Sztokholmie. Obawiałem się trochę, że może tam poznają mistyfikację, ale nic takiego nie nastąpiło. Złożyliśmy odpowiednie wnioski. Po opłaceniu opłat skarbowych, bardzo wysokich, zostaliśmy z obywatelstwa zwolnieni. Droga do Polski stała przed nami otwarta.
Postanowiliśmy pojechać. Basia cieszyła się, że zobaczy ojca. Na naszą decyzję wpłynął również fakt otrzymania zaproszenia na ślub pani Barbary Rudzińskiej, z domu Walczak z panem Zbigniewem Jagielskim.
Przed wyjazdem załatwiliśmy jeszcze jedną sprawę. Wystąpiliśmy o zmianę nazwiska i imion.
Nasze bilety na prom do Polski wystawione były na pana Markusa Wolfa i jego żonę Barbro Wolf.
Już na promie Basia zwróciła się do mnie z prośbą
„Mareczku, nie nakop ojcu do dupy, dobrze?”
„Nie nakopię Basiu, straciłem na to ochotę”
KONIEC