WZOROWA CELA

„Czas na czaj, chłopcy”

Stwierdził Ojciec zaraz po wieczornym apelu i wystawieniu ubrań za drzwi. Za godzinę zgaśnie światło.

Laluś sprawnie wyciągnął antenkę zaplecioną w rękawie swetra. Młody wyjął ogórki z trzylitrowego słoja. Odłożył je starannie na blaszanym talerzu. Tymi ogórkami, uzasadniali potrzebę posiadania trzylitrowego słoja. Używali te ogórki od ponad dwóch miesięcy.

Młody przepłukał słój kilkukrotnie wodą nad umywalką. Ocenił, że już nie czuć w nim kiszonych ogórków. Napełnił wodą niemal do pełna.

W międzyczasie Kułak sprawnie wyciągnął z twardej okładki książeczki do nabożeństwa dwie żyletki. Podał je Ojcu. Ten pomiędzy żyletki włożył dwie zapałki i powiązał je nitką wyciągniętą z koszuli. Następnie podłączył antenkę. Całość gotowa była do użycia.

„To zaczynamy” – zadecydował – „Kułak przy lipku, Laluś podstawia taborety a Młody pilnuje słoika, aby nie spadł”

Nie musi tego wszystkiego mówić. Wszystko mają opanowane do perfekcji. Każdy wie co ma robić. Wystarczyłoby jak by tylko powiedział

„To zaczynamy”

Ojciec ma jednak pewne nawyki związane z wykonywaną na wolności pracą. Zawsze chce być pewien, że polecenia wydane przez niego zostaną zrozumiane. Gdy jeden z taboretów postawiony został na stole, Młody postawił na nim słój z wodą. Na drugi taboret zgrabnie wskoczył Ojciec. Żyletki wsadził do słoja z wodą, a drugi koniec antenki błyskawicznie podłączył do oprawki żarówki pod sufitem. Co prawda, żarówka znajdowała się w specjalnej wnęce w suficie i zabezpieczona była metalową kratką, ale on już dawno znalazł sposób na to, aby obejść to zabezpieczenie i szybko podpiąć antenkę.

Teraz potrzeba było tylko kilku minut, aby woda w słoju się zagotowała. W tym czasie Laluś ustawił na stole cztery słoiki po dżemie. Do każdego wsypał do połowy objętości herbatę. Poszły na to dwie stu gramowe paczki Gruzińskiej. Wcześnie próbowali innych herbat, Madrasa i Ulung, ale zgodnie doszli do wniosku, że Gruzińska jest najlepsza.

W zasadzie tylko w tym są ze sobą zgodni. Wszystko inne ich dzieli. Nie w jakiś wrogi sposób. Po prostu mają inne doświadczenia życiowe, inne zapatrywania na wiele spraw, no i pochodzą z różnych środowisk.

Sytuacja w jakiej się obecnie znaleźli, miała potrwać jeszcze przez kilka miesięcy. Potem, dokładnie w kwietniu w ciągu zaledwie kilku dni znikną sobie z oczu. Wiedzą o tym doskonale. Nie martwi ich to, wręcz przeciwnie. Czekają na ten kwiecień z utęsknieniem.

Ten czaj mogliby robić tam gdzie pracują, na zewnątrz w zakładzie pracy do którego są dowożeni. Wolą jednak robić to pod celą. Po pierwsze, gdyby wypili czaj w pracy, to nie mogliby pracować po nim. Bardzo uderza do głowy. Po drugie, inaczej smakuje pod celą. Taki rytuał z owocem zakazanym.

Do tej celi w łódzkim Areszcie Śledczym przy ulicy Smutnej trafili ponad rok temu. Mieli różne wyroki. Odsiadywali je w różnych Zakładach Karnych na terenie Polski. Z jakiś nie znanych im powodów zostali przeniesieni właśnie do Łodzi. Zastanawiali się kiedyś nad tym, dlaczego tak się stało.

Tylko Ojciec pochodził z Łodzi. Ma tu mieszkanie i żonę. Kułak pochodzi ze wsi niedaleko Koluszek, Laluś jest z Warszawy a Młody z Żyrardowa.

Doszli do wniosku, że chyba tylko fakt, iż wszystkim im kończy się odsiadka w kwietniu przed Wielkanocą sprawił, że te ostatnie miesiące spędzają razem.

Prawdziwą przyczyną tego, że są razem jest fakt, iż są osadzonymi nie sprawiającymi kłopotów klawiszom. Nie grypsują. Nigdy nie było na nich żadnych skarg. Tu w Łodzi wśród klawiszy mówi się, że ich cela jest wzorową celą. Dzięki temu klawisze przymykają oczy na pewne sprawy. Nie robią im za często kipiszów, a jeśli już, to nie czepiają się takim sprawą jak znalezione w celi duże ilości herbaty, maszynki do golenia na żyletki i tym podobne.

Dobrze im tutaj. Od września wywożą ich do nieodpłatnej pracy w magazynie meblowym na Brukowej. Mają tam dużą swobodę, nikt ich nie pilnuje. Sami się pilnują. Starają się bardzo, aby takiej fuchy nie stracić. Czasem pracownicy magazynu przynoszą im alkohol, ale solennie sobie przyrzekli, że nie będą pić.

No, prawie nie piją. Najwyżej sto gram wódy. Nigdy więcej jak dwieście. Chodzi o to, aby nikt z klawiszy na bramie w Areszcie nie zauważył, że „są pod wpływem”

„Woda zagotowana”

Oznajmił Ojciec. Nie musiał tego mówić. Widzą doskonale, że się zagotowała. Ojciec zgrabnie wskoczył na taboret i odłączył antenkę od oprawki żarówki. Wyjął grzałkę z żyletek ze słoja z wodą i szybko ją zdemontował. Żyletki wróciły na swoje miejsce w modlitewniku Kułaka a Laluś wplatać zaczął antenkę w rękaw swetra. Przez ten czas Młody zalewa wrzątkiem herbatę w czterech słoikach po dżemie. Nalewa ostrożnie, trzymając gorący słój przez ręcznik. Każdy słoik zalewa do pełna. Ojciec od razu zamyka je zakręcanymi przykrywkami. Trzeba się z tym spieszyć, aby pęczniejące pod wpływem nalewanego wrzątku liście herbaty nie wydostały się na zewnątrz.

Teraz pozostaje czekać aż czaj naciągnie. Siedzą na taboretach przy stole w milczeniu. Słoiki z czajem ukryte są pod kocami na łózkach. Nie spieszą się z rytuałem picia czaju. Niech dobrze naciągnie

„Trzeba było zaparzyć Madrasa. Mam jeszcze dwie paczki” – zauważył Laluś – „Madras jest mocniejszy”

„Nie wymawiaj przy mnie słowa Madras. Wiesz, że jestem na niego uczulony” – przerwał mu Ojciec

„Wiem, ale ja mówię o herbacie Madras” – przepraszająco dodał Laluś

Jego odsiadka związana jest między innymi z tym indyjskim miastem, a raczej z niewielką szemraną firmą z tego miasta.

Inżynier Stefan Malinowski, ksywa Ojciec, kończy odsiadywać kilkuletni wyrok za doprowadzenie firmy, w której miał kierownicze stanowisko do wielomilionowych strat liczonych w dolarach, nie w złotówkach.

Prokurator zarzucał mu malwersację i przywłaszczenie dużej części tych milionów. Niestety, nie potrafił tego udowodnić i dlatego Malinowski został skazany tylko za niegospodarność.

Na początku lat siedemdziesiątych Centrale Polskiego Handlu Zagranicznego zaczęły intensywnie nawiązywać kontakty handlowe, między innymi z krajami na kontynencie afrykańskim. Oczywiście z tymi krajami, które były pod wpływami Związku Radzieckiego. Jednym z takich krajów była Ghana.

Ówczesny prezydent kraju, były przywódca sił militarnych, Jerry Rawlings, zapatrzony na Związek Radziecki, dążył do szybkiego uprzemysłowienia kraju. I wtedy pojawił się w stolicy kraju Accra, przedstawiciel polskiej Centrali Handlowej Metalexport, inżynier Stefan Malinowski z ekipą.

Metalexport utworzył w Ghanie firmę Bibiani Metal Complex Ltd. Wybudowano pierwszą fabrykę, w której zaczęto produkować potrzebne na tamtejszym rynku narzędzia takie jak sierpy, siekiery, maczety, łopaty i tym podobne.

Surowiec do produkcji sprowadzano z polskich hut. Była to przede wszystkim wysokiej jakości stal narzędziowa. Sprowadzaniem stali z Polski zajmował się właśnie inżynier Malinowski, który został oddelegowany z Metalexportu do Bibiani Metal.

Dosyć szybko doszedł do wniosku, że po co murzynkom narzędzia z dobrej polskiej stali, kiedy można ją zastąpić stalą o zdecydowanie niższych parametrach technicznych. Oczywiście dużo tańszą. Swoje spostrzeżenie postanowił wykorzystać.

Dzięki kontaktom jakie miał w Indiach porozumiał się ze znajomym handlarzem z Madrasu i ten sprzedawał mu stal wyprodukowaną w hucie koło Madras. Malinowski uzupełniał transporty z Indii certyfikatami jakości dołączanymi do transportów z Polski. Natomiast stal z Polski sprzedawał na własną rękę na wolnym rynku.

Kontrolerzy jakości, którzy odbierali stal w fabryce w Ghanie wielokrotnie nie chcieli przyjąć stali, która nie odpowiadała deklarowanym parametrom technicznym. Wysyłali raporty w tej sprawie do Działu, którym kierował Malinowski. On jednak, wykorzystując swoją pozycję w firmie odrzucał skargi i nakazywał przyjąć stal do produkcji. Dopiero po prawie roku po olbrzymiej ilości reklamacji dotyczącej jakości sprzedanych wyrobów i w wyniku donosów z fabryki, miejscowa Prokuratura wszczęła śledztwo w tej sprawie.

Inżynier Stefan Malinowski nie czekał aż miejscowe władze dobiorą mu się do dupy i szybko złożył prośbę do swojej macierzystej firmy, czyli do Metalexportu o przeniesienie do Polski, ze względu na zły stan zdrowia. Wyleciał do Warszawy dzień przed wydanym w Ghanie nakazem aresztowania.

Jakiś czas potem sąd w stolicy Ghany, Accra zażądał jego ekstradycji z Polski, ale nigdy do niej nie doszło. Inżynier Malinowski przylatując z Ghany do Polski był dolarowym milionerem. Miał dużo, bardzo dużo pieniędzy na różnych kontach w różnych bankach.

Na machlojkach z podmienianą stalą aż tak dużo nie zarobił. Pieniądze uzyskane z tego procederu zainwestował natychmiast w interes, który mógłby się dla niego skończyć bardzo źle, gdyby był nieostrożny. Dlatego wyznaczył do kierowania interesem wspólnika z Madrasu a faktycznie to on wszystkim kierował nie wystawiając się zbytnio na widok.

Wspólnik skupował konopie indyjskie od zakontraktowanych drobnych plantatorów i wysyłał je na wskazany adres małej firmy spożywczej w Ghanie. Firma ta z kolei produkowała odżywki dla bydła hodowlanego w których głównym komponentem były owe konopie. Pewne partie odżywek składały się wyłącznie z konopi.

Głównym odbiorcą tych odżywek był pewien dystrybutor w wenezuelskim mieście Guiria leżącym na półwyspie Paria. Tam dystrybutor „ulepszał” odżywki do tego stopnia, że żal było dawać je bydłu, więc wysyłano je nielegalnie do USA do dalszej dystrybucji.

Guirja leży tylko „o rzut beretem” od wyspiarskiego państwa Trynidad i Tobago, co miało dla inżyniera Malinowskiego duże znaczenie. Tam w mieście San Fernando znajduje się bank w którym są ludzie, którzy w jego imieniu zajmują się kierowaniem jego biznesem.

Krótko mówiąc zdolności organizacyjne i umiejętność kierowania firmami i podległymi mu ludźmi na odległość, sprawiły, że inżynier Malinowski zarobił w krótkim czasie grube miliony.

Gdy nadszedł czas ewakuowania się z Ghany do Polski, wydał drobną część swoich pieniędzy na, nazwijmy to, prezenty dla przyjaciół, którzy sprawili, że nie został deportowany do Ghany. Gdyby wydał jeszcze trochę, a mógł sobie na to pozwolić, to z pewnością nigdy by nie doszło do skazania go za niegospodarność i zaniedbania finansowe. Doszedł jednak do wniosku, że to mu się nie opłaca, a ewentualny wyrok skazujący go na kilka lat więzienia, maksymalnie na cztery, jak zapewniał adwokat, może być dla niego korzystny w tym sensie, że wyciszy wszystko co się w okól niego dzieje.

Miał swój plan, który zaczął już realizować.

„Chyba już można” – przerwał ciszę w celi Laluś.

Bez słowa sięgnęli po swoje słoiki. Były jeszcze gorące, ale dało się trzymać je w dłoniach. Ostrożnie odkręcili pokrywki. Sprasowane po pokrywkami liście herbaty uniosły się nieco ponad brzeg słoików. Odwróconymi pokrywkami delikatnie wcisnęli je z powrotem do słoików. Następnie, przytrzymując zawartość, aby się nie wysypała przelali drogocenny płyn do swoich aluminiowych kubków. Potem łyżkami wyciskali fusy w słoikach. Gdy już uznali, że nic więcej nie wycisną z fusów, wyrzucili je do stojącego w rogu celi sedesu.

Teraz mogli oddać się ulubionemu rytuałowi. Herbata, nazywana przez nich czajem miała niemal czarny nieprzejrzysty kolor.

Pierwszy łyczek był zawsze bardzo cierpki. Mimowolnie krzywili się pijąc. Po powolnym wypiciu jakiejś jednej trzeciej zaczęli odczuwać mocne łomotanie serca. Właśnie zgaszono światło. Po jakiejś minucie ich oczy przyzwyczaiły się do ciemności, a właściwie półmroku. Niedaleko ich przysłoniętego blendami okna stała silna latarnia, która sprawiała, że w celi nigdy nie panowała całkowita ciemność. Teraz czaj zaczął działać. Każdy z nich inaczej to odbierał.

Młody, czyli Jan Kobryń, lat dwadzieścia trzy zaczynał marzyć o czekającej na niego dziewczynie. To poniekąd przez nią tutaj się znajduje.

Ola, najpiękniejsza dziewczyna na Dzierżyńskiego w Żyrardowie, zawsze miała w koło siebie dużo chłopaków. Jednak żaden z nich jej nie interesował. Była dziewczyną Janka i wszyscy to szanowali.

Pewnego razu, gdy wracała pociągiem z Warszawy do Żyrardowa przyczepił się do niej taki goguś z Warszawy. Dała mu się odprowadzić do domu i w ogóle wyglądało na to, że jest mu przychylna.

Chłopaki szybko donieśli o tym Jankowi. Wkrótce czekał na nią w pobliżu dworca. Gdy tylko ją dojrzał z tym gogusiem, szedł za nimi w bezpiecznej odległości. Przed bramą domu Oli, goguś pocałował ją na pożegnanie. Wtedy Janek skopał mu dupę tak solidnie, że gogusia zabrało pogotowie. Ola też oberwała, ale ostatecznie przysięgła Jankowi dozgonną wierność.

Janek dostał za gogusia trzy lata. Pisze do Oli czułe listy. Ona odpisuje, przyjeżdża na widzenia. Była nawet kilka razy na Brukowej, w magazynie meblowym w którym on i jego kumple z celi są codziennie przywożeni z Aresztu na Smutnej. Pracują przy wyładunku mebli z wagonów kolejowych i innych kłopotliwych i ciężkich pracach.

Konwojent, który ma ich pilnować znika gdzieś i przychodzi dopiero gdy trzeba ich odwieść do Aresztu. Pracownicy magazynowi są im wdzięczni za to, że odwalają za nich najcięższą robotę i w zamian za to umożliwiają nielegalne kontakty z rodziną i znajomymi. Kupują im herbatę, alkohol i papierosy.

Janek nie widział Oli już od miesiąca. Zaczyna go to niepokoić. Będzie musiał napisać do niej. Bardzo tego nie lubi, po prostu nie ma talentu do pisania listów. Tu w tej celi zawsze pisze za niego Laluś. Laluś jest inteligentem, wykształconym bibliotekarzem.

Zaraz na początku odsiadki, koledzy z celi w Łowiczu, gdzie wcześniej Młody odsiadywał wyrok, wytatuowali mu na plecach pięknie zdobione imię Ola. Długo mógł spać tylko na brzuchu, ale uważa, że się opłacało.

Teraz siedzi na swoim piętrowym łóżku nad Kułakiem. Trzyma się za krocze i jęczy. Silne doznania erotyczne jakie właśnie odczuwa sprawiają mu duży ból fizyczny

„Oleńko! Jak ja ciebie kocham!…No, kurwa, nie wytrzymam!…Nie wytrzymam bez ciebie…”

„Tylko się nie spuść na mnie!” – przerwał mu Kułak ze śmiechem

Ich piętrowe łóżko zaczęło się rytmicznie coraz szybciej trząść. W pewnym momencie nagle przestało. Młody głośno jęknął i zamilkł. Było słychać, jak dopija czaj. Dzwonił zębami o metalowy kubek. Trzęsło nim jak zwykle po czaju i jak zwykle po chwili zapadł w stan jakiegoś uśpienia. Kubek wyleciał mu z ręki i z hałasem potoczył się po podłodze

„Odleciał znowu” – stwierdził Kułak – „On nam tu, kurwa, niedługo kopyta wyciągnie”

„Nieprzyzwyczajony do czaju” – stwierdził Ojciec

Przez następne kilka minut milczeli. Słychać tylko było jak od czasu do czasu małymi łyczkami dopijają swoje porcie czaju.

„Ojciec. Narysuj mi ten dom jeszcze raz” – delikatnie poprosił Kułak

„Już ci dwa razy rysowałem” – odpowiedział Ojciec – „Architekt wziąłby od ciebie za taką robotę kupę szmalu…”

„Wiem…Ale…”

„Co, ale?” – przerwał mu Ojciec

„Pałac narysowałeś. Willę jak dla milionerów…Ja chcę coś prostego. Porządną chałupę. Taką jak u nas na wsi mają…”

„No, przecież ten drugi dom, co ci go narysowałem jest bardzo prosty”

„Tak, ale…Mówiłem przecież, że nie chcę mieć w nim wychodka”

„To nie wychodek, tylko łazienka z toaletą!… Chłopie! Za kilka dni kończy się rok tysiąc dziewięćset siedemdziesiąty ósmy, a ty chcesz wybudować dom bez podstawowych wygód?!”

„Nie chcę srać w domu… W domu jemy chleb, który nam Pan Bóg daje. Patrzy na nas z obrazów świętych, a my co? Mamy na niego dupę wypinać?”

„Chłopie! Co ty bredzisz?! Czy ty naprawdę nigdy nie byłeś z wizytą u kogoś w mieście w bloku albo w nowoczesnym domu jednorodzinnym?!”

„Ja tam po obcych się nie szlajam. Moi zawsze mieli i mają wychodki w podwórzu, a jak wygląda łazienka z toaletą to ja się napatrzałem tutaj…”

„Rany boskie!” – przerwał mu Ojciec – „Tu nie ma łazienki! Tu stoi w rogu ohydny kibel odgrodzony od nas niską ścianką…Ja zwariuję z tobą. Masz szansę wybudować w miarę normalny, współczesny dom. Masz młodą żonę i dwoje dzieci. Stwórz im warunki takie jak mają inni. Stać cię na to. Mówiłeś, że masz już wszystkie materiały do budowy. Biedny nie jesteś. Narysowałem ci projekt domu prostego i taniego, tak jak chciałeś. Tylko dwa pokoje oddzielone od dużej kuchni korytarzykiem. W jego końcu łazienka z toaletą. Prościej się nie da zrobić. Pokazałeś to chociaż żonie?”

„Pokazałem”

„No i co?”

„Jej się podoba, ale…”

„Skończmy z tym dzisiaj, łeb mi pęka” – przerwał mu Ojciec

„Ale narysujesz mi jeszcze jeden?”

„Jutro o tym pogadamy”

Aby podkreślić, że definitywnie zakończył rozmowę Ojciec odwrócił się twarzą do ściany i naciągnął koc na głowę.

Kułak chwilę milczał. Nie chciał denerwować Ojca. Po chwili ułożył się wygodnie na wznak wyciągnął ręce z książeczką do nabożeństwa na koc i zaczął się modlić.

„Ojcze nasz, któryś jest w niebie…” – zaczął szeptem, który był słyszalny w całej celi.

Kułak, jak go tu nazywają jest bardzo religijny. Codziennie po pobudce modli się na kolanach przed łóżkiem. Krótką modlitwę odmawia przed każdym posiłkiem. Tylko przed spaniem, wieczorem, modli się na leżąco w łóżku.

Rudolf Bogacz, tak nazywa się Kułak, odsiaduje wyrok trzech lat więzienia za gwałt na teściowej.

Uważa, że wielka niesprawiedliwość go spotkała. Wcale jej nie zgwałcił. Sama chciała. Halinka, jego żona jest jedynaczką. Po ślubie nie wiedzieć czemu stała się niechętna mężowi. Unikała bliskości z nim jak tylko mogła.

Rudolf tłumaczył to sobie tym, że mieszkali z teściami pod jednym dachem w chałupie teściów i właściwie spali wszyscy czworo w jednej izbie. Zwłaszcza zimą. Teściowie oszczędzali w ten sposób na ogrzewaniu. Taniej było ogrzać tylko jedno pomieszczenie.

Rudolf ma nadzieję, że nastawienie żony do niego zmieni się, gdy wyprowadzą się na swoje.

Teść zaraz po ich ślubie zginął w wypadku przy młóceniu zboża w spółdzielni rolniczej. Dostał się pod pas transmisyjny napędzający młockarnię od traktora. Pas był nie zabezpieczony. Na szczęście w tym nieszczęściu, teść tego dnia był wyjątkowo trzeźwy. Dzięki temu rodzina dostała spore odszkodowanie. Matka przekazała je młodym. Kupili za nie materiały na budowę własnego domu.

Rok później, akurat zimą, Halinka trafiła do szpitala. Była w ciąży z bliźniakami. Ciąża była skomplikowana i ostatnie sześć tygodni przed porodem spędziła w szpitalu.

Wtedy to w nocy do łóżka Rudolfa przyszła teściowa. Zimno jej było i chciała się do niego przytulić, aby się ogrzać.

Potem grzała się u niego w łóżku każdej nocy podczas pobytu córki w szpitalu. Rudolf nie miał nic przeciwko temu. Teściowa miała niespełna trzydzieści osiem lat i bardzo dobrze wyglądała. Gdy szła z córką w Koluszkach na zakupy, to często obcy ludzie brali ją za nieco starszą siostrę Halinki.

Kiedy Halinka przyjechała do domu z bliźniakami, pogoda i temperatura na tyle się poprawiła, że nie musieli się już grzać w łóżku. Teściowa za to znajdywała mnóstwo powodów, aby wysyłać Halinkę z domu, chociażby na dwie godziny.

Pewnego razu jednak, zdarzyło się, to co zdarza się tylko w marnych opowieściach. Halinka wróciła do domu znacznie wcześniej niż zwykle i zastała męża ze swoją matką jak się ogrzewali w łóżku.

Zdziwiło ją to w pierwszej chwili, bo pogoda była piękna, wiosenna i słoneczko dobrze już grzało, więc nie było powodów, aby się ogrzewać w łóżku we dwoje. Z tego zdziwienia wyrwał ją przytomny głos matki

„Ten twój mąż łajdak siłą wciągnął mnie do łóżka i zchędożył! Wzywałam pomocy, ale kto mnie tu na tym odludziu usłyszy!”

„Halinko! Zaraz ci wszystko wytłumaczę” – zaczął klasycznie Rudolf – „To nie jest tak jak myślisz…”

Skończyło się na tym, że Halinka postanowiła zgłosić na milicji zawiadomienie o zgwałceniu mamusi przez jej rodzonego męża. Mamusia bardzo ją od tego powstrzymywała argumentując

„Co będziesz, głupia, pośmiewisko na całą wieś robiła. Co się stało, to się nie odstanie. Siedź na dupie i dbaj o chłopa. Dobrze ci radzę”

Na nic się to jednak nie zdało i Halinka sprawę gwałtu zgłosiła. Mamusi nie pozostawało nic innego jak tylko potwierdzić to co córka zgłosiła.

Na rozprawie sądowej była niemal cała wieś i okolica. Kiedy Rudolf składał wyjaśnienia i stwierdził, że to on został zgwałcony przez teściową, sala wybuchła takim śmiechem, że przewodniczący składu sędziowskiego przez ponad pół godziny nie był wstanie zaprowadzić porządku.

Rudolf dostał pięć lat, ale sąd drugiej instancji skrócił mu karę to trzech lat. Duży wpływ na to miały prośby żony. Teściowa też oświadczyła, że mu ten gwałt wybaczyła. Rudolf szybko pogodził się z żoną, ale na jej prośby, aby wybaczył mamusi, na każdym widzeniu z Halinką oświadczał

„Nigdy tej starej szantrapie nie wybaczę. Przez nią nie mogę być przy moich bliźniakach”

Kilka dni temu, w Wigilię Świąt Bożego Narodzenia do magazynu meblowego przy Brukowej przyjechała, tak jak to ostatnio często robiła, Halinka z bliźniakami. Przywiozła mu dużo dobrych rzeczy na Święta

„Rudek, mam dla ciebie coś jeszcze…”

„Co?”

„Mamusia jest z nami…”

W tym momencie do pokoiku w magazynie meblowym, w którym toczyła się ta rozmowa weszła teściowa Rudolfa ze świętym obrazem przed sobą

„Synu mój, wybacz…”

Tylko tyle zdążyła powiedzieć zanim Rudolf złapał ją za łeb i wyrzucił z pokoju za drzwi.

Zrobił się nieopisany rwetes. Halinka stanęła w obronie matki. Wszyscy troje zaczęli się szarpać. Bliźniaki na wszelki wypadek zaczęli wrzeszczeć.

Po chwili zjawili się pracownicy magazynu. Udało im się rozdzielić Rudolfa od żony i teściowej. Kierownik magazynu, który się też tam pojawił zagroził natychmiastowym zawiadomieniem Aresztu o zajściu.

Na szczęście pojawili się koledzy z celi. Ojciec odciągnął kierownika na bok i coś mu tłumaczył do ucha. Laluś i Młody przytrzymywali Kułaka i próbowali go uspokoić, ale bez skutku. Dopiero celnie wymierzony przez Młodego cios pięścią w twarz sprawił, że Kułak na chwilę zastygł w bez ruchu. Z rozkwaszonego nosa trysnęła krew

„Ludzie!…Męża mi zabił!…Milicja!!!” – wydarła się Halinka

„Zamknij się głupia, bo jeszcze tu przyjdą!” – nakazała jej matka.

Podczas gdy dwie pracownice magazynu uspokajały bliźniaków, inni z obecnych zaczęli się dopytywać o co chodzi

„Przez tą starą ladacznicę, grzeszną kurwę, siedzę niewinnie!” – wyjaśniał Kułak, wycierając twarz z krwi

„Tylko nie kurwę, Ruduś. Nie mów tak o mamusi. Ona ci wybaczyła. Ty też jej wybacz…” – proszącym głosem zwróciła się do męża Halinka

„Tak Kułak” – wtrącił się Laluś – „Przecież uważasz się za dobrego chrześcijanina. Powinieneś wybaczyć mamusi…”

„I nadstawić drugi policzek” – upomniał go Młody – „Tak, żebym ci mógł jeszcze raz przypierdolić jak się nie opamiętasz”

„No! No! No!…Nie pozwalaj sobie za dużo” – odgryzł się Kułak

W każdym razie udało się po krótkim czasie uspokoić sytuację. Ktoś przyniósł flaszkę wódki, ktoś inny jeszcze jedną, otworzono paczkę świąteczną przywiezioną przez Halinkę dla męża i rozpoczęto ucztę w intencji pojednania rodziny Bogaczów.

Ciekawscy dowiedzieli się za co Rudolf siedzi. Nie zrobiło to na nich większego wrażenia, a może tylko nie dali po sobie tego poznać. Ktoś z biesiadników stwierdził

„Ludzie. Pogódźcie się. Przecież wszystko stało się w rodzinie. Po co ten krzyk?”

„No, właśnie!” – podchwycił ktoś inny – „Napijmy się za zgodę w waszej rodzinie!…Panie Rudolf! Uściskaj pan teściową na zgodę”

„Tylko nie za czule, żeby się żona nie zdenerwowała…He! He! He!” – zauważył jakiś dowcipniś, ale został zaraz uciszony przez zebranych.

„Napijmy się z okazji zbliżających się Świąt Bożego Narodzenia” – zarządził kierownik – „Jutro już zamykamy. Przywiozą was do pracy dopiero po Nowym Roku, we wtorek, drugiego stycznia”

Skończyło się na tym, że Rudolf pogodził się z teściową.

Wkrótce pojawił się konwojent. Wypił z nimi za szczęśliwe pogodzenie się Kułaka z rodziną i nakazał przyszykować się do odjazdu do Aresztu. Nyska, która ich tu zawsze przywozi i odwozi powinna zjawić się lada chwila.

Potem, już w celi Kułak zaczął wątpić czy dobrze zrobił wybaczając teściowej krzywdę jaką mu sprawiła nie słusznie oskarżając o gwałt. Gryzło go to przez całe Święta Bożego Narodzenia. Na tą zgryzotę nakładało się jeszcze to, że z całej paczki żywnościowej, którą mu Halinka przywiozła na święta nic nie zostało poza jedną tabliczką czekolady. Wszystko zostało zeżarte podczas spontanicznej biesiady w magazynie meblowym.

Kułak nie dokończył wieczornej modlitwy. Czaj zrobił swoje. Zasnął, i śniło mu się, że wprowadził się już z żoną i bliźniakami do nowego domu. We śnie nie był pewien, czy dobrze zrobił wyprowadzając się na swoje. Ostatecznie u teściowej jest dużo miejsca i właściwie nie jest tak źle z nią mieszkać.

Ten sen następnego dnia i później nie dawał mu spokoju. Z rąk wyleciała mu książeczka do nabożeństwa. Spadła na podłogę prosto pod nogi Lalusia, który właśnie zeskoczył z piętrowego łózka stojącego nad łóżkiem Ojca, aby udać się do kibla.

Laluś podniósł książeczkę i odłożył ją na stole. Po chwili, siedząc na kiblu oddał się rozmyślaniom.

O tej porze dnia, a raczej nocy, gdy już wszyscy zasną lubi sobie tak posiedzieć na kiblu. Najlepiej mu się wtedy myśli. A ma o czym rozmyślać.

Zbyszek, chłopak, który pracuje w magazynie meblowym, bardzo przypadł mu do serca. Szybko okazało się, że nie bez wzajemności.

Zbyszek, chłopak niespełna dwudziestopięcioletni, dziesięć lat młodszy od Lalusia, pracuje na drugim piętrze. Jest tapicerem. Zajmuje się naprawami drobnych uszkodzeń tapicerek foteli, kanap i materacy, powstałych w transporcie.

Poprosił kierownika, aby mu przydzielił do pomocy Lutka.

Lutek to Lutosław Boćko, ksywa Laluś. Kierownik zgodził się i teraz bardzo przyjemnie spędzają czas przy naprawie materaców w niewielkim pomieszczeniu tapicera Zbyszka.

Zbyszek jest bardzo delikatnym chłopcem i zanim się zdecydował zaprosić Lutka do swojego pomieszczenia, uzyskał od niego uroczyste zapewnienie, że Lutek nie jest żadnym kryminalistą jak, ci z którymi musi zamieszkiwać celę. Lutek stwierdził, że jest więźniem politycznym. Zrobiło to na Zbyszku ogromne, pozytywne wrażenie.

„Kiedyś opowiem ci, kochany, w szczegółach jak się dostałem do więzienia. Teraz, niech ci wystarczy, że mój poprzedni chłopak, dużo starszy ode mnie, i bardzo wpływowy, zemścił się za to, że z nim zerwałem. Podłożył mi świnię w pracy, a ja naiwny, nie zorientowałem się w porę o co chodzi i wpadłem w pułapkę” – tak nawijał do Zbyszka

„Masz teraz kogoś?” – zapytał Zbyszek

„W więzieniu?…Nie. Same śmierdzące buce”

„Mam na myśli na zewnątrz, na wolności”

„Nie… Sam jestem, a raczej byłem do teraz, zanim los zesłał mi ciebie” – skłamał

Teraz, siedząc na kiblu zastanawiał się jak wybrnąć z sytuacji w jakiej się znalazł. Robert, jego chłopak, dla którego rzucił swojego szefa z Biblioteki i Archiwum Zakładu Historii Partii przy Komitecie Centralnym Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, jest bardzo zazdrosny. Lutek jest pewien, że Robert zdolny jest do morderstwa z miłości do niego.

Pewnego razu w Warszawie, Lutek czekał na Roberta przed Kongresową. Jakiś gość się do niego uśmiechnął. Lutek odpowiedział uśmiechem i gościu zaczął się do niego przywalać. Nadszedł Robert i to zauważył. Niemal błyskawicznie połamał gościowi obydwie ręce w łokciach.

Milicja pilnująca nieustannie Kongresową zatrzymała Roberta. On tylko wyciągnął legitymację i stwierdził, że działał w obronie własnej. Milicjanci odstąpili od zatrzymania Roberta. Zajęli się wezwaniem pogotowia do połamanego gościa i spisaniem protokołu o zajściu.

Robert jest oficerem Służby Bezpieczeństwa w jednostce odpowiedzialnej za bezpieczeństwo Komitetu Centralnego PZPR.

Lutek ma szczęście. Robert nie chce się z nim spotykać w magazynie meblowym. Jest bardzo zajętym człowiekiem. Spotyka się z nim w Areszcie.

Przyjeżdża z Warszawy pod pozorem przesłuchań. Ma zawsze oficjalny nakaz z Prokuratury Warszawskiej. Lutek nie wie jak Robert to robi, ale bardzo mu to odpowiada. Mogą godzinami przebywać w specjalnym pokoju przesłuchań. Nikt nie ma prawa im przeszkadzać.

Od ponad dwóch miesięcy, to jest od czasu, gdy poznał Zbyszka, zastanawia się jak zerwać z Robertem nie narażając się na jego zemstę. Na pewno nie byłaby taka jak zemsta Gerarda jego pierwszego chłopaka, który z zemsty za zerwanie „załatwił” mu tą odsiadkę.

Robert zemści się brutalnie. Lutek jest tego pewien.

Przypomniał sobie Gerarda. Poznał go jeszcze na studiach. Gerard był wykładowcą przedmiotów społeczno-politycznych oraz historii najnowszej. Jego wykłady bardzo interesowały Lutka. Starał się zawsze siedzieć na nich w pierwszym rzędzie. Cały czas patrzał na wykładowcę z wielkim zafascynowaniem. Nie uszło to uwadze Gerarda.

Kiedyś, po wykładzie Lutek poprosił go o wyjaśnienie kilku szczegółów dotyczących powstania Kominternu. Gerard chętnie się na to zgodził. Ponieważ nie miał ze sobą potrzebnych materiałów, zaprosił Lutka do siebie do domu, gdzie mu wszystko dogłębnie wyjaśnił.

Gerard sprawił, że Lutek ukończył studia z wyróżnieniem. Również Gerard rekomendował go na członka PZPR. Potem załatwił mu pracę, w sześćdziesiątym dziewiątym, w nowopowstałym Zakładzie Historii Partii. Lutek pracował tam w dziale, którym kierował Gerard.

W siedemdziesiątym pierwszym Zakład Historii Partii został zlikwidowany. Gerard dostał wysokie stanowisko w powstałej właśnie Wyższej Szkole Nauk Społecznych przy KC PZPR.

Lutek został w wyodrębnionym ze zlikwidowanego Zakładu Historii Partii, Centralnym Archiwum KC PZPR.

Archiwum to składało się jakby z dwóch części. Tej oficjalnej dostępnej dla szerokiej rzeszy zainteresowanych i tej, oficjalnie nie istniejącej. Były tam przede wszystkim akta Partii dotyczące okresu powojennego.

To przy katalogowaniu tych akt pracował Lutek. Miał samodzielne stanowisko. Podlegał tylko sekretarzowi propagandy w Komitecie Centralnym.

Kiedy w siedemdziesiątym trzecim spotkał Roberta i oznajmił Gerardowi, że z nim zrywa, ten nie był zadowolony, ale nie próbował go zatrzymać przy sobie. Lutek był zadowolony, że rozstanie odbyło się bez przykrych scen. Zapewnili się nawzajem, że pozostaną przyjaciółmi.

Kilka tygodni później Gerard zadzwonił do niego i poprosił o wypożyczenie z archiwum kilku akt dotyczących wybrania Gierka na pierwszego Sekretarza PZPR. Lutek przypomniał mu, że pod żadnym pozorem nie wolno tych akt wynosić na zewnątrz. Gerard jednak bardzo prosił o tą drobną przyjacielską przysługę. Tłumaczył, że z powodu ogromnego nawału pracy nie może wpaść do Archiwum i że najlepiej będzie jak Lutek weźmie te akta do siebie do domu, to on do niego wpadnie wieczorem i pożyczy na noc. Rano odda je z powrotem.

Co się nie robi dla starego przyjaciela. Lutek czekał wieczorem w domu, aż Gerard wpadnie po te akta.

Po kilku godzinach, przed dwudziestą drugą wpadli tajniacy ze Służby Bezpieczeństwa z nakazem przeszukania mieszkania.

Kilka tygodni później odbył się proces sądowy przy drzwiach zamkniętych, w którym sądzono Lutosława Boćko, byłego już pracownika Centralnego Archiwum KC PZPR o udostępnianie tajnych dokumentów monachijskiej rozgłośni Radia Wolna Europa.

Gerard, na którego powoływał się Lutek stanowczo zaprzeczył, że znalezione w mieszkaniu oskarżonego materiały zostały wyniesione na jego prośbę.

W siedemdziesiątym piątym został skazany za szpiegostwo na trzy lata. Jego nowy przyjaciel Robert, przez pierwszy rok po skazaniu Lutka siedział cicho. Nie chciał narażać swojej kariery w SB. Jednak nie zapomniał o nim i po pewnym czasie w listach pisanych do niego, niby w imieniu matki Lutka mieszkającej w Łomży, zapewnił go, że nadal go kocha i z utęsknieniem na niego czeka.

I to jest ten problem, który Lutek, lub tak jak go tu nazywają Laluś musi jakoś rozwiązać.

Laluś podniósł się z kibla z cichym jęknięciem. Cały tyłek mu zdrętwiał od za długiego myślenia na kiblu. Wszyscy w celi już spali. Wdrapując się na swoje łóżko nad Ojcem, powziął postanowienie o napisaniu szczerego listu do Roberta. Jutro to zrobi. Lepiej przeciąć ten wrzód jak najszybciej. Co ma się stać, niech się stanie jak najszybciej. Nic lepszego nie przyszło mu do głowy.

Następnego dnia, w sobotę trzydziestego grudnia, obudzono ich o piątej rano. Nie spodziewali się tego.Dostali szybkie śniadanie. Było to coś z czym się wcześniej nie spotkali.

Na korytarzu przed celą słychać było nerwowe poruszenie. Po kilku minutach drzwi celi się otworzyły. Zdenerwowany klawisz krótko oznajmił

„Ubrać się ciepło! Za piętnaście minut wyjazd!”

Po piętnastu minutach, a może później, na korytarzu nieco się wyciszyło. Otworzono celę. Wyszli z niej i tak jak zawsze ustawili się w szeregu przed drzwiami. Mieszkańcy dwóch sąsiednich cel także stali przed drzwiami. Młody zapytał dyskretnie najbliżej stojącego

„Co jest grane?”

„Chuj wie…”

„Nie rozmawiać!” – przerwał im klawisz – „Schodzimy na dół!”

Na dole, przy wyjściu z budynku dostali ciepłe waciaki, tak zwane kufajki. Wszystko odbywało się w biegu, w nerwowej atmosferze. Nie mogli dobrać odpowiednich rozmiarów. Pognano ich do czekającego na dziedzińcu autobusu

„Nie guzdrać się!…Na miejscu sobie wymienisz z innymi na właściwy rozmiar” – usłyszał Laluś, kiedy próbował przymierzyć kufajkę kolegi.

Dopiero przechodząc te kilkadziesiąt kroków do autobusu, poczuli przejmujące zimno.

Ponieważ od Wigilii nie wychodzili z celi, nie licząc krótkiego spaceru po spacerniaku raz dziennie, to pogoda ich nie interesowała. Słyszeli co prawda przez kołchoźnik wiszący nad drzwiami, że nad Polskę zbliża się fala siarczystego mrozu z dużymi opadami śniegu, ale nie widzieli powodu, aby się tym przejmować.

Przez zamarznięte szyby autobusu starali się zorientować, dokąd ich wywożą. Jedynie Ojciec był Łodzianinem i zdążył im powiedzieć, że jadą w kierunku Warszawy.

Zaraz za Cmentarzem na Dołach skręcili w prawo i już po kilku minutach wjechali na teren Zakładów Przemysłu Pończoszniczego „Fenix”. Podwieziono ich do kotłowni.

Kotłownia jest dużym, wielopiętrowym budynkiem stojącym na terenie zakładu w odległym końcu. Jeszcze dalej leżą hałdy węgla przykryte warstwą śniegu. Koło tych hałd zaczyna się biegnący skośnie do góry tunel, w którym znajduje się taśmociąg. Jego dolna część jest w wykopie tworzącym jakby duży lej przykryty kratą, na który spychaczami spycha się węgiel i transportuje dalej taśmociągiem do olbrzymich zasobników znajdujących się w budynku kotłowni.

To znaczy tak przebiega to w normalnych warunkach. Teraz taśmociąg prawie nic nie transportuje. Na kracie leżą duże bryły zamarzniętego węgla. Dwa spychacze z trudem nadgryzają hałdy i w najlepszym razie nadłupują duże bryły zmarzliny.

Spychane bryły na kratę, nie wpadają do leja. Krata jest zbyt delikatna, aby mogły na nią wjechać spychacze i gąsienicami rozdrobnić węgiel.

Rozdrabnianiem węgla zajmą się teraz Ojciec, Kułak, Laluś i Młody. Powiedział im o tym majster który samochodem przywiózł im łomy, grube rękawice i kaski.

Ci z sąsiednich cel, z którymi przyjechali, zabrani zostali do budynku kotłowni do innych zadań.

Zimno było, więc energicznie zabrali się do roboty. Z początku szło im to bardzo niezdarnie. Walili łomami prawie na oślep. Efekty takiej pracy były bardzo marne. Dopiero po jakiś dwóch godzinach udało im się racjonalnie wykorzystywać każde uderzenie łomem.

Bryły zalegające kratę zniknęły. Były momenty, że musieli chwilę czekać, aż spychacze dostarczą nowe porcje zmarzniętego węgla.

Około dwunastej ten sam majster co wyznaczył im pracę przyprowadził innych czterech z Aresztu a ich zabrał do budynku. Dopiero wewnątrz poczuli zmęczenie. Znaleźli się w niewielkim pomieszczeniu, coś jakby pokój z pulpitami do sterowania różnych urządzeń. Nie wyglądało to na coś co jest w użyciu.

Stało tam kilka biurek z wygodnymi obrotowymi fotelami. W pokoju tym było bardzo ciepło. Majster nakazał im się rozgościć i oznajmił, że zaraz przywiozą im posiłek regeneracyjny. Po czym wyszedł.

Pościągali wierzchnie ubrania i zaczęli rozglądać się po pomieszczeniu. Młody zaglądał do wszystkich szafek i biurek, ale poza jakimiś starymi blankietami i ołówkami nic nie znalazł.

Znajdowały tam się jeszcze jedne drzwi, za którymi była łazienka z toaletą. Nie omieszkali z niej skorzystać.

Po kilkunastu minutach, kiedy zaczęli się już nudzić przywieziono posiłek. Dwie kobiety wniosły duży termos, chyba dwudziestolitrowy, do połowy wypełniony gorącą, gęstą zupą warzywną. Osobno, w wiklinowym koszu miały talerze, łyżki i pokrojone dwa bochenki chleba. Zostawiły im to wszystko.

Ojciec zapytał dla ilu osób jest to jedzenie

„Tylko dla was” – odpowiedziała jedna z kobiet

Po ich wyjściu zabrali się za jedzenie. Zjedli po trzy talerze zupy i chleb. W termosie zostało jeszcze kilka porcji, ale oni nie mieli już na nie ochoty.

Po posiłku ogarnęła ich senność. Rozsiedli się wygodnie w fotelach i niebawem by zasnęli, ale Młody z ciekawości podniósł słuchawkę stojącego na pulpicie telefonu

„Jest sygnał. Można dzwonić!” – wykrzyknął

Tylko Ojciec się tym zainteresował. W tym towarzystwie tylko on miał telefon w domu, z racji wcześniej wykonywanej pracy.

Podszedł do telefonu i wykręcił numer do domu. Po chwili rozmawiał. Robił to szeptem, chociaż nie musiał. Nikt nie zainteresował się jego rozmową i nikt nie zorientował się, że Ojciec nie rozmawia z żoną.

Podczas gdy on rozmawiał, Kułak i Młody usnęli, a Laluś zamknął się w toalecie. Po kilkunastu minutach, Ojciec bardzo zdenerwowany rzucił gwałtownie słuchawkę na widełki.

„Co się stało?!” – zapytał wybudzony ze snu Kułak

„Gówno!…Nie twój interes!” – odwarknął Ojciec

Kułak nigdy wcześniej nie widział go tak zdenerwowanego i nigdy nie słyszał, aby Ojciec tak zwracał się do kogoś w celi. Zaskoczony zachowaniem Ojca zamilkł i spróbował ponownie zasnąć. W tym momencie z toalety wyszedł Laluś

„Skończyłeś rozmawiać?” – zapytał

Nie doczekawszy się odpowiedzi doszedł do telefonu i głośno się zastanowił

„Ciekawe czy można dostać międzymiastową?”

Przypuszczał, że jak w większości zakładów, międzymiastową należy zamawiać przez zakładową centralkę telefoniczną. Wykręcił dwa zera.

„Słucham?” – usłyszał panienkę po drugiej stronie

Laluś od dawna wiedział, jak uzyskać w takich wypadkach połączenie nie narażając się na wypytywania typu „A kto zamawia?” lub na zdecydowaną odmowę połączenia. Dlatego teraz władczym głosem zażądał

„Połączcie mnie z Komitetem Centralnym w Warszawie z towarzyszem Robertem Świtałą” – podał numer telefonu do biura Roberta – „Tylko szybko towarzyszko telefonistko. Sprawa niecierpiąca zwłoki”

Nie czekając na odpowiedź towarzyszki telefonistki, odłożył słuchawkę. Ta metoda nigdy go nie zawiodła. Teraz też nie. Telefon zadzwonił bardzo szybko. Podniósł słuchawkę

„Proszę, Warszawa dla pana, towarzyszu” – usłyszał przejęty głos telefonistki

Chwilę trwało zanim usłyszał głos Roberta

„Słucham…”

„Część Robuś, to ja, Lutek…”

„Cześć” – przerwał mu – „Prosiłem cię abyś do mnie nie dzwonił na ten numer, stamtąd”

Robert był wyraźnie zirytowany.

„Nie dzwonię stamtąd. Dzwonię z jakiejś fabryki”

„Nieważne. Nie dzwoń na ten numer. Mów krótko o co chodzi, zaraz idę na zebranie”

„Robert…Chcę ci tylko powiedzieć, że będzie lepiej jak po moim wyjściu już się nie będziemy spotykać”

Wypowiedziane szybko, jednym tchem zdanie ulżyło mu. Teraz z niepokojem czeka na reakcję, jednak w słuchawce panuje cisza

„Halo!…Słyszysz mnie?” – zapytał

„Tak, słyszę” – głos Roberta zmienił się – „Przyjadę do ciebie niebawem i porozmawiamy o tym poważnie”

„Ale tu niema o czym rozmawiać…” – Lutek rzucił do słuchawki zanim zorientował się, że Robert zakończył rozmowę.

Lutek był przerażony. Zna na tyle dobrze Roberta i wie, że ten ton głosu nie wróży nic dobrego.

„Nie jest dobrze” – pomyślał odkładając słuchawkę.

Przyszli po nich po godzinie. Pracowali na kracie jeszcze jakiś czas. Potem majster powiedział im, aby zostawili łomy i kaski w tym pokoju, w którym odpoczywali, bo jutro znowu tu przyjadą.

Po pół godzinie przyjechał autobus i zabrano ich do Aresztu. Byli solidnie ubrudzeni i przemarznięci. O zjedzonej zupie już dawno zapomnieli. Czuli głód. Po wejściu do celi poinformowano ich, żeby przyszykowali się do pójścia do łaźni.

„Nie idę do łaźni” – oznajmił Kułak – „Jutro znowu będziemy zapieprzać przy węglu”

Wyjął książeczkę do nabożeństwa i demonstracyjnie położył się na łóżku

„Śmierdzisz potem. Musisz się wykąpać. Dadzą nam świeżą bieliznę” – zachęcał go Laluś

„Mam to w dupie, że śmierdzę” – odpowiedział Kułak i zaczął półgłosem czytać modlitwę.

Zrezygnowany Laluś popatrzał na niego z politowaniem i zacytował pewnego poetę

„Są dwa duże powody

Dla których Polska mi zbrzydła

Za dużo święconej wody

Za mało zwykłego mydła”

Po przyjściu z łaźni dostali solidny posiłek. Potem nic już im się nie chciało. Położyli się na łóżkach.

Tylko Ojciec się nie położył. Chodził zdenerwowany po celi. Trzy kroki od stołu pod oknem do drzwi i trzy kroki od drzwi do stołu. Chodził tak do wieczornego apelu.

Kułak widząc jego zdenerwowanie nie śmiał prosić o narysowanie następnej wersji domu. Natomiast Młody przypomniał Lalusiowi o liście do Oli jaki Laluś miał mu napisać

„Nie teraz. Może jutro…Za dużo mam teraz myślenia” – usłyszał Młody

Po zgaszeniu światła Kułak i Młody szybko zapadli w głęboki sen.

Laluś jeszcze przez godzinę zastanawiał się jak na to co powiedział zareaguje Robert. Że Robert zareaguje gwałtownie a nawet brutalnie, Laluś nie miał co do tego wątpliwości. Miał nadzieję, że skończy się to na obiciu mordy i skopaniu dupy.

„Jakoś to przeżyję” – pomyślał

Potem odsunął od siebie ponure rozważania i z przywołanym przed oczy obrazem Zbyszka z magazynu meblowego usnął z uśmiechem na twarzy.

Na łóżku pod Lalusiem leży nieruchomo z zamkniętymi oczami Ojciec. Nie może zasnąć. Od czasu rozmowy telefonicznej w kotłowni, straszne podejrzenie chodzi mu po głowie. Analizuje po raz kolejny każde słowo rozmowy. Przywołuje z pamięci fragment wcześniejszych rozmów z żoną, zarówno telefonicznych i tych osobistych w czasie widzeń w magazynie meblowym. Buduje z tego układankę, która, gdyby się okazała prawdziwa… Nawet nie chciał dopuścić do siebie myśli, jakie by to miało dla niego konsekwencje.

Mimo, że nie chce o tym myśleć, ta straszna myśl o konsekwencjach rodziła się gdzieś w tyle głowy i przybierała realne kształty.

Inżynier Stefan Malinowski wszystko dokładnie zaplanował w Ghanie. Wyjechał stamtąd mając w bankach na zagranicznych kontach naprawdę duże pieniądze.

Dzięki drobnej części tych pieniędzy udało mu się pokonać najbardziej według niego, niebezpieczny moment w jego planach. Była to możliwość ekstradycji do Ghany. Odsiadką w Polsce się nie przejmował. Mógł jej oczywiście uniknąć, kupić u międzynarodowych handlarzy fałszywy paszport dla siebie i żony,  z łatwością opuścić Polskę i udać się do wymarzonego Trynidadu i Tobago pod zmienionym nazwiskiem, ale w ten sposób zamknąłby sobie możliwość odwiedzania Polski, a tego nie chciał.

Przewidział również, że po odbyciu wyroku, może mieć trudności z uzyskaniem paszportu. Dlatego, będąc już w więzieniu, poczynił przygotowania do zmiany nazwiska. Pomagała mu w tym żona Zofia.

Pani Zofia Malinowska, mimo stosunkowo młodego wieku, nie pracuje. Jest na rencie chorobowej. Ma coś z błędnikiem. Traci niespodziewanie równowagę. Tak się do tej pory składało, że tą równowagę traciła tylko przed komisją lekarską z ZUSu orzekającą o niezdolności do pracy.

Po otrzymaniu korzystnej opinii, przypadłość ta w jakiś cudowny sposób zanikła. Pani Zofia nie uważała za konieczne zgłoszenie tego faktu do ZUSu. Zresztą tak jej poradził w prywatnej rozmowie kierownik zespołu orzekającego, doktor Józef Wiśniak. Doktor Wiśniak jest dobrym kolegą jej męża. Robił i w dalszym ciągu robi z nim różne interesy.

Brat doktora Wiśniaka, Stanisław jest adwokatem. To on bronił Inżyniera Malinowskiego przed sądem i to on dosyć regularnie się z nim spotyka. Oficjalnie, w celu dokonania uzgodnień dotyczących złożenia rewizji nadzwyczajnej od uprawomocnionego już dawno wyroku.

Renta chorobowa jaką otrzymuje pani Zofia jest bardzo niska, ale ona nie musi się tym przejmować. Nawet na dobrą sprawę nie wie, ile ona dokładnie wynosi. Pieniądze wpływają na jej konto w banku.

Na to samo konto wpływają inne pieniądze, znacznie większe. Wpłaca je co miesiąc adwokat jej męża na jego polecenie.

Pieniądze na tym koncie są przeznaczone na tak zwane „życie”. Pani Zofia ma jeszcze konto dewizowe. Na to konto, również co miesiąc, wpływa bardzo znaczna suma w dolarach. Przysyła jej te dolary brat, o który nie wiedziała, że go ma. Dowiedziała się o nim od męża zaraz po jego powrocie z Ghany.

„Gdyby ktoś, kiedyś dopytywał się kto ci przysyła te dolary, to powiedz, że to twój brat, zaginiony w dzieciństwie a który się nagle odnalazł w Wenezueli.” – poinstruował ją zanim go aresztowano – „Tak będzie najlepiej”

Z tą Wenezuelą, w której rzekomo odnalazł się brat pani Zofii to nie przypadek.

U wybrzeży tego kraju na skraju Karaibów leży wyspiarskie państwo Trynidad i Tobago. Tam w Oddziale Inwestycyjnym Central Bank of Trynidad and Tobago w skrócie zwanym CBTT inżynier Malinowski ma konto, którym warunkowo dysponuje jego adwokat Stanisław Wiśniak.

To dzięki staraniom inżyniera Malinowskiego Stanisław Wiśniak został Konsulem Honorowym tego karaibskiego kraju w Polsce. Posiada w związku z tym paszport dyplomatyczny i może w każdej chwili udać się do stolicy Port of Spain.

Zwykle wylatuje tam po rozmowach ze swoim klientem inżynierem Stefanem Malinowskim. Przynosi na widzenia książeczkę czekową inżyniera Malinowskiego, ten podpisuje kilka czeków do pobrania ściśle określonej sumy pieniędzy ze swojego konta, oraz wydaje dyspozycje dotyczące interesów w jego firmie, w sąsiedniej Wenezueli.

Wracając do polski adwokat Wiśniak przywozi swojemu klientowi raporty dotyczące prac firmy. Pieniądze które z konta Malinowskiego wypłacał Wiśniak, częściowo przekazywane są żonie inżyniera, częściowo są wynagrodzeniem Wiśniaka oraz częściowo przeznaczone na łapówki umiejętnie wręczane przez Wiśniaka wpływowym ludziom w kraju.

To te łapówki sprawiły, że Malinowski ostatni rok odsiadki odbywa w Areszcie w Łodzi. To za sprawą łapówek został skierowany do nieodpłatnej pracy w magazynie meblowym i to łapówki sprawiają, że konwojenci, którzy w zasadzie powinni towarzyszyć więźniom tam zatrudnionym, gdzieś znikają na kilka godzin, albo zupełnie ich nie interesuje z kim więźniowie się spotykają i dzięki temu inżynier Malinowski może czasami wyjść z magazynu do domu, do żony.

Ma w magazynie zamelinowane ubranie, klucze od mieszkania i trochę gotówki. Nigdy nie nadużywa tej możliwości, dzięki temu klawisze którzy ich tam pilnują są mu wdzięczni, że nie muszą interweniować.

Telefon z kotłowni do żony, który tak zdenerwował inżyniera Malinowskiego odebrał niespodziewanie jego adwokat. On również był zaskoczony. Umowa była taka, że Malinowski nie będzie się kontaktował z żoną, ponieważ ona wystąpiła o rozwód. Fikcyjny oczywiście.

Po rozwodzie, który już nastąpił, zmieniła nazwisko na panieńskie i z łatwością dostanie w odpowiednim momencie paszport na wyjazd do Karaibów. Tam spotka się z mężem, który skończy odsiadkę za kilka miesięcy w kwietniu siedemdziesiątego dziewiątego.

On też już ma przyszykowane papiery dotyczące zmiany nazwiska na nazwisko panieńskie matki. Adwokat, zapewnił, że to ułatwi uzyskanie paszportu. Oczywiście, jeśli do podania o paszport dołączy się załącznik dla odpowiedniego urzędnika, w postaci pewnej sumy pieniędzy.

Ucieszyło to Malinowskiego. Sprawa załączników do podania nie jest problemem.

Zaskoczony telefonem adwokat, pierwszy zdołał znaleźć wytłumaczenie pobytu w mieszkaniu żony klienta. Otóż bardzo potrzebował dużej sumy dolarów, aby uratować jakąś bardzo ważną transakcję w Wenezueli. Potrzebował je natychmiast. Zosia mu te pieniądze obiecała dać ze swojego konta dewizowego.

„Dlaczegoś się, kurwa, nie skontaktował ze mną?!” – zapytał wtedy w czasie rozmowy telefonicznej Malinowski.

„Nie miałem czasu, załatwić widzenia, a poza tym, oni tam na Smutnej chcą coraz więcej…” – tłumaczył Wiśniak

„Co ty mi tu pieprzysz?!… Mogłeś w każdej chwili przyjechać do magazynu na Brukowej”

W tym momencie inżynier Malinowski był już pewien, że coś śmierdzi.

„Dlaczego Zosia nie odebrała telefonu” – zapytał po chwili

„Nie ma jej w domu. Musiała wyjechać z Łodzi…”

„Dlaczego musiała?”

„No…Do sanatorium. Józek jej polecił”

„Co jej jest?”

„Nie wiem. On jest lekarzem. Zdaje się, że coś z sercem. Do Wisły ją wysłał”

Chwilę milczeli. Malinowskiemu kotłowało się w głowie. Po chwili przypomniał sobie, że zadał pytanie, na które nie dostał odpowiedzi

„Co robisz w moim mieszkaniu?” – powtórzył

„Przyjechałem po Zosi kosmetyki. Dzwoniła do mnie, że zapomniała zabrać. Będę tam jechał jutro po te obiecane pieniądze, to jej zawiozę…”

Dwie myśli jednocześnie przyszły Malinowskiemu do głowy. Zośka nigdy nie brała wszystkich kosmetyków w podróż. Zawsze kupowała na miejscu. Dlaczego teraz miałaby zrobić inaczej? Druga myśl to pytanie

„Dlaczego jesteś w Polsce? Miałeś Sylwestra i Nowy Rok spędzić, wiesz, gdzie? Dałem ci wyraźne polecenie. Chyba ci dobrze za to płacę?” – zapytał zdenerwowany

„Nie dostałem biletów na lot do…”

„Co ty pieprzysz?!…Są przecież inne połączenia!” – przerwał mu

„Tak, ale dużo droższe. Nie stać mnie na nie a ty nie chcesz za nie płacić. Mówiłem ci wiele razy. Podpisz mi kilka czeków in blanco. To bardzo by mi ułatwiło pracę”

„Tu cię boli!…Raczej zmienię adwokata niż podpiszę tobie czeki in blanco”

„Nie odważysz się na nowego adwokata”

Opowiedział Wiśniak głosem, w którym wczuwało się ironię i groźbę, po czym przerwał rozmowę.

Teraz inżynier Stefan Malinowski leży wykończony psychicznie na łóżku w celi. Po raz kolejny analizuje tą rozmowę oraz wszystkie wcześniejsze spotkania z żoną i adwokatem.

Z tym rozwodem to był jej pomysł. Zgodził się na niego. Nie zależy mu na formalnościach takich jak ślub, mąż i żona. Przecież już nie długo będą razem w Trynidadzie.

Mają tam piękną działkę w połowie drogi z San Fernando do wielkiej atrakcji turystycznej jaką jest jezioro asfaltowe La Brea. Tylko dziesięć kilometrów od miasta. Malinowski planuje wybudować tam hotel.

Piękne plany. Tyle przygotowań i wyrzeczeń. Trzy lata życia spędzone wśród debili w więzieniu.

„Czyżby to wszystko miał się rozsypać jak domek z kart?” – zadawał sobie pytanie.

To co najbardziej go niepokoiło i co sobie najbardziej wyrzucał, to fakt, że dał się namówić Zofii i podał jej hasła do wszystkich kont.

Kilka tygodni temu, już po tym formalnym rozwodzie przyjechała do niego do magazynu meblowego, bardzo roztrzęsiona i zapłakana. Opowiedziała mu sen, jaki miała ostatniej nocy. Śniło jej się, że on, jej mąż zmarł nagle na serce w więzieniu i że ona została bez środków do życia.

„No, tak całkiem bez środków do życia to ty nie jesteś” – odpowiedział jej ze śmiechem

„Tak, ale to co mam na koncie na długo nie starczy. Poza tym sama myśl, że po twojej śmierci tak dużo pieniędzy się zmarnuje, wykańcza mnie” – tłumaczyła mu

„Kochanie. Nie wybieram się na tamten świat”

„Wiem. Ale sny są prorocze…nie śmiej się z nich”

Tak go to wtedy rozbawiło i do tego ta jej zapłakana buzia rozczuliła go bardzo, że podał jej te hasła i związane z nimi procedury przy podejmowaniu pieniędzy przez inne osoby niż on sam.

Analizując to wszystko inżynier Malinowski usnął dopiero nad ranem.

Następnego dnia, w Sylwestra, trzydziestego pierwszego grudnia pozwolono im pospać godzinę dłużej.

Kułak zapytał klawisza, który asystował przy wydawaniu śniadania czy zabiorą ich dzisiaj też do kotłowni

„Dzisiaj zostajecie w domu”

Ta odpowiedź go ucieszyła. Czuł jeszcze w kościach wczorajszą pracę na kracie w kotłowni.

Do siedemnastej wszystko toczyło się zwykłym rytmem. Zaraz po siedemnastej usłyszeli nerwowe głosy i jakiś zgiełk na korytarzu

„Oho. Zaraz wezmą nas do tej cholernej kotłowni” – zauważył Kułak

Ledwo to wypowiedział, drzwi celi się otworzyły

„Ubrać się ciepło! Zaraz wyjeżdżamy” – usłyszeli

Po wyjściu z budynku zaskoczył ich śnieg. Dużo padającego śniegu. Kilkanaście metrów do autobusu przeszli w trzydziestocentymetrowym, luźno leżącym puchu śnieżnym.

Zauważyli kilku więźniów odgarniających śnieg w pobliżu bramy. W autobusie oprócz nich byli klawisze konwojenci. Było ich więcej niż wczoraj w drodze do kotłowni.

Po kilku minutach autobus wyjechał na ulicę Smutną. Potem skręcił w lewo w stronę centrum Łodzi. Zatrzymał się na Narutowicza przy Kilińskiego. Kazano im wysiąść.

Po chwili zatrzymała się koło nich ciężarówka z Miejskiego Przedsiębiorstwa Oczyszczania Miasta. Przywieziono drewniane zgarniacze do śniegu. Dwóch pracowników poinstruowało ich co mają robić.

Ich zadaniem było odśnieżenie skrzyżowania ulic Kilińskiego i Narutowicza. Podzielono ich na niewielkie grupki. Ojciec zorientował się szybko o co chodzi i tak pokierował się z kolegami, aby byli razem.

Dostali zadanie czyszczenia zwrotnic na torach tramwajowych. Dopiero wtedy zauważyli szereg unieruchomionych tramwajów stojących ze wszystkich stron przed skrzyżowaniem.

Najpierw zgarnęli śnieg ze zwrotnic. Potem zgarniali z torów przesuwając się w stronę stojących tramwajów. Niektóre tramwaje ruszyły w stronę skrzyżowania, ale bardzo szybko utknęły przy zwrotnicach. Okazało się, że nie pomogło odgarnięcie śniegu. Zwrotnice były zamarznięte.

Ojciec i jego koledzy dostali nowe zadanie. Tym razem od pracowników MPK. Mają rozkuć zwrotnice. Dostali metalowe łomy, wąskie, dopasowane do rowków w szynach szczotki druciane i kilka wiader z solą.

Było bardzo zimno. Śnieg padał coraz bardziej. Odśnieżone przed kilkunastu minutami miejsca zostawały ponownie zasypywane. Pracowali tak do godziny dwudziestej drugiej.

Nie dostali nic do jedzenia, pozwolono im skorzystać z toalety w pobliskim hotelu Polonia. Tam przy okazji dostali od personelu gorącej herbaty.

Po powrocie do Aresztu dostali ciepły posiłek i od razu pozwolono im położyć się do łózek.

Następnego dnia, w poniedziałek noworoczny zabrano ich zaraz po śniadaniu do odśnieżania Placu Wolności. Śnieg już nie padał tak intensywnie jak w Sylwestra, ale było go bardzo dużo. Odgarniali go do środka placu w stronę pomnika Tadeusza Kościuszki.

Do Aresztu wrócili po piętnastej. Drugiego szykowali się do wyjazdu do pracy w magazynie meblowym, jednak powiedziano im, że mają dzień wolny w zamian za przepracowany Nowy Rok.

Nie wszyscy się z tego ucieszyli. Ojciec od kilku dni był wykończony psychicznie. Liczył na to, że zaraz po przyjeździe do magazynu na Brukowej będzie mógł się wyrwać na kilka godzin do domu. Wiedział, że czekanie do następnego dnia będzie dla niego koszmarem, ale wiedział też, że nic na to nie poradzi.

Zaraz po południu przyniesiono pocztę. Tylko jeden list. Do Jana Kobrynia.

Młody bardzo się ucieszył jak zobaczył na kopercie, że jest to długo wyczekiwana wiadomość od Oli. Szybko rozerwał kopertę i zaczął zachłannie czytać

„Jezus! Maria!…Jezus! Maria!” – krzyknął nagle – „Zabiję!…Zabiję kurwę jak tylko stąd wyjdę!…Tego, kutafona też!”

„Co się stało, Młody?” – zapytał Laluś.

Jego pytanie pozostało bez odpowiedzi. Młody wskoczył na swoje łózko i Waląc głową o ścianę Powtarzał w kółko płacząc

„Zabiję!…No, zabiję kurwę!…Jezus! Maria!…Zabiję dziwkę podłą! No, muszę zabić!”

„Nie rycz, jak baba, tylko powiedz co się stało?” – dopytywał się uparcie Laluś

„Pewno go Oleńka rzuciła. A tak bardzo kochała” – stwierdził ze śmiechem Kułak

„Nie śmiej się z cudzego nieszczęścia” – upomniał go Ojciec

Młody nie zareagował na zaczepkę ani na uparte pytania Lalusia. Tłuk głową o ścianę i powtarzał płaczliwie

„Zabiję!…”

W pewnym momencie przestał walić głową w ścianę Przeleciał wzrokiem jeszcze raz treść listu i podał go stojącemu obok Lalusiowi

„Masz! Czytaj. Tylko na głos. Niech się wszyscy dowiedzą jaka z niej dziwka sprzedajna! Na mieszkanie w Warszawie poleciała!…No, zabiję, jak wyjdę”

„Mam przeczytać prywatny list do ciebie?” – upewniał się Laluś

„Tak! Niech wszyscy wiedzą jaka z niej dziwka!”

„Jak chcesz” – odpowiedział Laluś i zaczął czytać teatralnym głosem

„Janku!

Długo nie mogłam się na to zdobyć, aby ci wyznać, że Cię już nie kocham. Zakochałam się w Czarku, a on we mnie. Znasz Czarka. To ten chłopak, którego tak brutalnie pobiłeś. Czaruś mówi, że Ci wybaczył to pobicie, bo dzięki temu ma mnie. Ja też Ci wybaczam to pobicie, bo też dzięki temu mam Czarka.

Nie mówiłam Ci o tym, żebyś nie był zły, ale chodziłam do Czarka jak leżał w szpitalu po tym Twoim napadzie na niego. Czułam się winna jego krzywdy. Zrozumiałam, że taki brutal jak Ty nie jest dla mnie odpowiednią osobą na całe życie.

Chodziłam do Ciebie na widzenia i pisałam listy, bo jest mi żal, że siedzisz w więzieniu i dlatego, że nie wiedziałam, jak Ci powiedzieć, że zrywam z Tobą. Im bliżej Twojego wyjścia na wolność tym bardziej się Ciebie boję. Dlatego postanowiłam teraz Ci o wszystkim napisać, abyś się oswoił z tą myślą, że się już nie zobaczymy.

W ubiegłym tygodniu wzięliśmy cichy ślub cywilny. Nawet moi rodzice o nim nie wiedzą, tak, że nie męcz ich i o nic nie pytaj.

Wyprowadziłam się do Czarka do Warszawy. Czarek ma mieszkanie po rodzicach, którzy zginęli tragicznie w Tarach.

Życzę Ci dużo szczęścia po wyjściu na wolność i żebyś spotkał dobrą dziewczynę, która Cię pokocha i którą Ty też pokochasz. Żegnam Cię na zawsze.

Już nie Twoja Ola.

PS. Mam nadzieję, że zostaniemy przyjaciółmi na zawsze”

Laluś skończył czytać i po chwili milczenia oddając list stwierdził

„Z babami tak jest. Mówią, że kochają, a potem rzucają…Nie przejmuj się tym, Młody”

„Co ty, Laluś możesz wiedzieć o babach” – stwierdził melancholijnie Ojciec

„He! He! He!” -zarechotał Kułak

W tym momencie Młodemu wpadła do głowy pewna myśl. Zeskoczył z łóżka. Ściągnął koszulę obnażając tors. Wyciągnął z szafki słoik po dżemie, trzasnął nim o kant taboretu. Podniósł z ziemi poszarpany kawałek szkła, ten najgrubszy, z dna słoika i wręczając stłuczkę zaskoczonemu Lalusiowi zażądał

„Tnij!…Tylko głęboko! Tak aby śladu po dziwce nie zostało!”

Odwrócił się plecami do przerażonego Lalusia

„Co?!…Co tnij?”

„Wydrap to imię! Tnij głęboko!…na co czekasz?!”

Do Lalusia dotarło o co chodzi Młodemu.

„Jak to?… Chłopcze! Będzie cię bolało…”

„Niech boli!…Tnij!”

Laluś przyłożył delikatnie stłuczkę do pleców Młodego i pomału nacisnął. Pojawiła się kropla krwi. Odskoczył od pleców Młodego z płaczem

„Nie mogę!…nie umiem…”

Rozśmieszył tym przyglądającego się z zaciekawieniem Kułaka

„Nigdy nie zarzynałeś świniaka?” – zapytał rozbawiony Kułak

„No, nie zarzynałem, nie jestem ze wsi”

„Daj to szkiełko. Pokaże ci jak to się robi” – odpowiedział Kułak i zwrócił się do Młodego – „Weź ręcznik w zęby i nie wrzeszcz”

„Zobacz, jak to robi prawdziwy chłop” – zwrócił się do Lalusia Ojciec – „Teraz poleje się dużo krwi”

Nie mylił się. Kułak ciął, a raczej szarpał plecy Młodego od lewego ramienia do prawego. Zrobił to trzy razy. Młody jęczał przez zaciśnięte na ręczniku zęby, Stał oparty ramionami o łóżko. Trzymał się dzielnie. Całe plecy zalane były krwią, która spływała na spodnie. Kułak miał poplamioną na piersi koszulę i cały prawy rękaw. Chciał ciąć jeszcze raz, ale Młody zachwiał się i byłby się przewrócił, ale Ojciec i Laluś zapobiegli temu

„Dosyć tej zabawy!” – stanowczo stwierdził Ojciec

Położyli jęczącego Młodego na jego łóżku na brzuchu. Ojciec odebrał mu kurczowo trzymany ręcznik, przetarł mu nim plecy i ocenił ranę

„Nic ci nie będzie. Do jutra zrobi się strup”

Spłukał ręcznik nad umywalką i położył Młodemu na plecach.

Przez całe popołudnie musieli wysłuchiwać jęków Młodego. Laluś kilkukrotnie proponował, aby zawiadomić klawiszy. Uważał ze dobrze by było aby Młody trafił do lekarza albo chociaż do pielęgniarza, który zrobiłby mu opatrunek.

Ani Młody ani Ojciec, a tym bardziej Kułak nie chcieli się na to zgodzić

„Po co robić z tego alarm. Wszyscy dostaniemy za to po dupie. Do jutra będzie z nim dobrze. Na Brukowej sobie odpocznie.

Na wieczornej inspekcji stanęli we trzech. Zdziwiony klawisz wskazał na leżącego na łóżku Młodego

„A ten, co? Czuje się już na wolności?”

Zrobił krok w stronę łóżka. Ojciec zastawił mu drogę

„Panie oddziałowy” – zwrócił się łagodnie do klawisza – „Chłopak źle się czuje. Ma chyba gorączkę. Chyba się przeziębił wczoraj przy tym śniegu. Pan da mu spokój. Pan wie, że u nas zawsze wszystko jest w porządku”

Oddziałowy przysłuchiwał się w milczeniu i po chwili wrócił do drzwi kończąc inspekcje w ich celi.

Młody jęczał przez całą noc. Rano nie reagował, gdy się do niego zwracali. Wypowiadał po cichu jakieś niezrozumiałe słowa

„Majaczy” – zauważył Laluś

Razem z Ojcem zdjęli z pleców Młodego ręcznik. Był czarny i sztywny od zaschniętej krwi. Rana była opuchnięta i już nie krwawiła, ale wydzielała się z niej posokowata ciecz o nieprzyjemnym zapachu.

Młody poruszył lewym ramieniem. Jęknął przy tym. Spod cieczy wypływającej z rany wydostały się niewielkie bąbelki jakiegoś gazu

„Nie jest, kurwa dobrze” – stwierdził Ojciec – „Tego się nie da dalej ukrywać”

„Mówiłem, żeby zawiadomić…”

„Zamknij się!” – przerwał Lalusiowi Ojciec

Zawiadomiony klawisz rzucił okiem na Młodego

„Kto go tak pochlastał?” – zapytał raczej rozbawiony niż oburzony

„Nikt. To samookaleczenie” – odpowiedział Ojciec

„Na plecach?” – zdziwił się klawisz, pokiwał głową i wyszedł.

Wrócił po kilku minutach z dwoma dyżurnymi kalifaktorami odciągniętymi od rozdawania śniadania.

Mieli ze sobą nosze. Przełożyli Młodego na nie i zanieśli do izby chorych. Po piętnastu minutach zjawił się tam pielęgniarz.

Był to młody chłopak w wieku poborowym. Były student medycyny, Świadek Jehowy. Odmowił udziału w zajęciach wojskowych na studiach. Wyleciał za to z uczelni dostał wezwanie do wojska. Odmówił stawienia się i został skazany na standartowe trzy lata za odmowę odbycia zasadniczej służby wojskowej.

Obejrzał ranę Młodego uważnie i zwrócił się do asystującego klawisza.

„Trzeba z nim szybko do szpitala. To jest chyba zgorzel gazowa”

„Lekarz będzie po południu. On zadecyduje o tym czy go wysłać do szpitala”

Lekarz pracujący w Areszcie przyszedł po dwunastej. Młody był nie przytomny. Wezwano karetkę.

Młody zmarł w drodze do szpitala.

Zaraz po zabraniu Młodego do izby chorych Ojciec, Laluś i Kułak zjedli śniadanie i zostali zawiezieni do magazynu meblowego na Brukową. Tam, kierownik skierował ich od razu do rozładowania wagonu z meblami ze Swarzędza. Zmartwił się, że jest ich tylko trzech.

Bardzo nalegał na pośpiech. Mieli na rozładowanie wagonu dwie godziny. Gdyby nie zdążyli i magazyn nie mógłby oddać wagonu w uzgodnionym z PKP czasie, to firma musiałaby zapłacić kolei karę. Tak zwane osiowe.

Uwinęli się z tą robotą na czas. Kierownik się ucieszył

„Panowie, usiądźcie sobie gdzieś w kącie i odpocznijcie. Na razie nie mam dla was roboty”

Po odejściu kierownika Laluś pobiegł do Zbyszka na górę. Kułak położył się na jakiejś wersalce, ale długo nie poleżał.

Jeden z pracowników pracujących przy wydawaniu mebli klientom, przyprowadził mu niespodziewanego gościa. Była to teściowa Kułaka.

Sama nigdy by nie trafiła w to miejsce gdzie oni zwykle przebywali jak nie mieli co robić. Była tu przecież tylko raz z córką.

Jak tylko się pojawiła, Ojciec wyszedł z pomieszczenia mówiąc, że wróci za dwie godziny

„Sama mamusia? A gdzie Halinka?” – zapytał Kułak

„Była wczoraj, ale was nie było. Dzieciaki są trochę przeziębione więc została w domu…Nie wygłupiaj się i nie nazywaj mnie mamusią, jak jej nie ma”

„Dobrze, mamusiu…”

„Przestań!…”

„Dobrze, Marysiu”

„Mogę usiąść przy tobie na kanapie? Przywiozłam ci trochę wędlin od Kozłowskiego. Tych co lubisz, najlepszych”

Nie czekając na pozwolenie usiadła blisko niego.

„No co? Nie pocałujesz mnie na powitanie?”

Pocałował ją w policzek

„Przestań się wygłupiać! Nie umiesz inaczej?!”

Okazało się, że umie. Aby to udowodnić pocałował ją na przywitanie bardzo gorąco kilka razy. Można powiedzieć, ze witali się tak ponad godzinę czasu.

W pewnym momencie brutalnie przerwał im przerażony kierownik

„Nie się pani natychmiast stąd wynosi!…Zaraz przyjadą z Aresztu!” – krzyknął do teściowej Kułaka

A gdy ona pośpiesznie, bez słowa doprowadziła się do porządku i wyszła, kierownik zapytał Kułaka

„Co żeście narobili temu młodemu chłopakowi który zawsze z wami przyjeżdżał? Zmarł z powodu jakiś ran. Zaraz tu będą. Dostałem cynk z Aresztu. Gdzie są pozostali?”

„Jezus! Maria!…Co ja narobiłam…Kurwa mać…Nie wyjdę do końca życia z pierdla” – Kułak zaczął biedolić przerażony

„Przestań się mazać i powiedz gdzie oni są, bo inaczej mnie też wezmą za dupę!” – zdenerwował się kierownik

„O Matko! Nie wiem…Ojciec, zdaje się wyszedł na miasto…”

„A ten co was pilnuje, ten klawisz. Gdzie on jest?!” – przerwał mu kierownik

„Nie wiem…Przyjdzie jak zwykle, przed czwartą. Jak będzie czas odjazdu”

Kierownik mrucząc pod nosem przekleństwa skierował się do drzwi. Zatrzymał się nagle

„A den drugi, taki chudy…też wyszedł na miasto?” – zapytał spod drzwi

„Kto? Laluś? Nie. Jest chyba na górze u tapicera”

Kierownik rzucając coś o pedałach jebanych, wyszedł z pokoju nie zamykając drzwi i skierował się w kierunku schodów.

Kułak trzęsącymi rękoma wyciągnął z kieszeni modlitewnik z którym się nigdy nie rozstawał. Odszukał Modlitwę w Ważnej Potrzebie i klękając przed wersalką zaczął czytać na głos

„O mój Boże, dla którego żyje, w którego. wierze, w którym całą moją nadzieję. i ufność pokładam! Wysłuchaj mnie – bo Ty wszystko możesz. Natchnij mnie,.” – przerwał po chwili, nie mógł się skupić – „Kurwa! Nie wyjdę z pierdla”

Przełożył kartkę i chwilę czytał dalej, gdy nagle doszedł do niego przeraźliwy krzyk kierownika

„Boże!!! Zabili ich! Ratunku! Dwa trupy!”

Ojciec wyszedł z pokoju, jak tylko pojawiła się w nim teściowa Kułaka. Poszedł od razu do piwnicy w której zmagazynowane były bardzo uszkodzone w transporcie meble. Czekały one aż komisja złożona z przedstawicieli producenta, PKP i dyrekcji Magazynu Meblowego ustali co z nimi zrobić. Komisja zbiera się raz do roku, obraduje tydzień, podejmuje decyzję, a meble w dalszym ciągu pozostają w piwnicach magazynu.

W pewnej zniszczonej kanapie Ojciec ma schowane spodnie koszulę, marynarkę, buty i starą kurtkę. W kieszeni marynarki są klucze do mieszkania i trochę drobnych pieniędzy. Zaraz na początku ich pracy w magazynie przyniosła mu to wszystko żona. Kilkakrotnie korzystał z ubrania aby udać się do domu. Nie po to aby się zobaczyć z Zosią, z nią się widuje w magazynie i to im wystarcza.

Do domu udaje się po to, aby móc skorzystać z telefonu i zadzwonić w parę miejsc za granicą. Zwykle Zosia wcześniej zamawia rozmowy na konkretny termin.

Teraz jednak cel wyprawy do domu jest inny. Musi się przekonać, czy podejrzenia które od kilku dni doprowadzają go niemal, do utraty zmysłów, mają jakieś podstawy, czy są tylko wytworem jego chorej wyobraźni?

Inżynier Malinowski, mimo posiadanych pieniędzy mieszka w skromnym dwupokojowym mieszkaniu spółdzielczym w blokach na Żabieńcu. Oczywiście mieszka tam gdy nie przebywa w Ghanie lub w podróżach. Praktycznie mieszka w tym mieszkaniu tylko Zosia, jego żona.

Była tylko raz u niego w Ghanie i bardzo jej się tam nie podobało. Wróciła już po dziesięciu dniach do Łodzi.

Zosia bardzo nalegała na męża aby pozbyć się tej nory, jak nazywała ich mieszkanie, i kupić jakiś dom, najlepiej w Warszawie lub co najmniej w centrum Łodzi

„Przecież nas stać na to! Dlaczego nie chcesz abym mieszkała po ludzku?” – pyta męża przy lada okazji

„Zosieńko, jeszcze kilka małych latek i będziesz mieszkać jak królowa na Karaibach. Będziesz mieć tam pałac z basenem i służbę do usług” – przekonywał ją

Państwo Malinowscy nie mają dzieci. Stefan Malinowski na początku ich małżeństwa uważał, że ich na razie nie stać na dzieci. Muszą najpierw do czegoś dojść. Zosia nie protestowała, ceni sobie wygody i spokój.

Nieliczne wizyty u kuzynów i znajomych posiadających małe dzieci, skutecznie ją do posiadania własnych zniechęcały.

Inżynier Malinowski jest tak oszczędnym człowiekiem, że w kręgu nielicznych znajomych nazywany jest sknerusem. Z bliższą i dalszą rodziną Malinowscy praktycznie nie utrzymują żadnych stosunków. Zaraz po ślubie byli zapraszani na różne spotkania rodzinne lub do znajomych, lecz konsekwentnie wymigiwali się od tych wizyt

„Trzeba się będzie później zrewanżować i zaprosić ich do siebie. Nie stać nas na to” – przekonywał żonę

I aby ją udobruchać, kupował jej jakieś drobiazgi w sklepach Jubilera.

Z czasem ich stosunki towarzyskie ograniczone zostały do spotkań z adwokatem Stanisławem Wiśniakiem i jego bratem, starym kawalerem, doktorem Józefem Wiśniakiem. Malinowski pielęgnował te znajomości, ponieważ byli oni mu potrzebni.

Adwokat Wiśniak od dawna był jego doradcą biznesowym, a potem obrońcą w sprawie karnej. To on poznał go ze swoim bratem, lekarzem, który był między innymi orzecznikiem w ZUSie. Pomógł Zosi uzyskać rentę chorobową, a potem skutecznie leczył jej permanentne migreny.

Z czasem ich wzajemne stosunki oziębły nieco, ale nie wygasły. Byli sobie nawzajem potrzebni.

Bracia Wiśniak świadomi są ogromu majątku jaki posiada Malinowski. Pomagają mu w interesach. Sprytnie uzależnili go od siebie, ale wciąż nie mogą uzyskać od niego większej zapłaty za swoje usługi. Mimo to, nie zrywają z nim współpracy, licząc, że to się zmieni.

Od pewnego czasu wdrażają pewien plan który ma spowodować przejęcie przez nich całego majątku Malinowskiego oraz kontroli nad jego interesami za granicą.

Jednym z elementów tego planu, było przekonanie go o korzyściach poddania się odbyciu kary więzienia, za stosunkowo błahe przestępstwo. Ma to jakoby, wyciszyć atmosferę wokół jego osoby. Drugim ważnym elementem w ich układance jest żona Malinowskiego, a raczej jej niezadowolenie z powściągliwości męża w wydawaniu pieniędzy, których posiada w brud.

„On ci Zosieńko, nawet nie pozwala robić Prawa Jazdy, bo nie chce kupić ci samochodu” – przekonywał ją doktor Józef Wiśniak – „Ja ci kupię nie tylko auto, ale wszystko inne na co będziesz miała ochotę. Nie za ileś tam lat ale teraz. Trzeba tylko namówić go na rozwód. Stasiek już nad tym pracuje aby go przekonać, że to jest bardzo dobre rozwiązanie, zarówno dla niego jak i dla ciebie”

Inżynier Stefan Malinowski nie miał nigdy złudzeń co do motywów jakimi kierowali się bracia Wiśniak pomagając mu w interesach. To że zgadzają się pracować dla niego za marne pieniądze jakie im płacił, utwierdzało go, że mają nadzieję „wyruchać” go z pieniędzy, jak to określił.

Wie, ze musi na nich bardzo uważać, że wykorzystają każdy błąd jaki popełni. Nie brał jednak pod uwagę, że atak na niego nadejdzie ze strony z której się go nie spodziewał. To jest ze strony żony, osoby którą bardzo kocha i której ufa.

To zaufanie jest co prawda nieco ograniczone ale ograniczenie to dotyczy tylko spraw pieniężnych. Zosia jest osobą niestety, rozrzutną i gdyby jej pozwolić, roztrwoniłaby cały majątek w ciągu kilku miesięcy.

Dopiero rozmowa telefoniczna przeprowadzona z kotłowni sprawiła, że w jego głowie zrodziło się straszne podejrzenie. Analizował je cały czas od czasu tej rozmowy i doszedł do wniosku, że był ślepy na niepokojące sygnały, które powinien wcześniej zauważyć.

Teraz podąża szybkim krokiem w kierunku swojego mieszkania.

Magazyn meblowy przy Brukowej, leży bardzo blisko skrzyżowania z ulicą Limanowskiego. Zaraz po drugiej stronie jest ulica Wielkopolska. W jednym z bloków jest jego mieszkanie. Odległość z Magazynu do domu Inżynier Malinowski pokonuje w niespełna piętnaście minut.

Wchodzi niemal biegiem na drugie piętro. Zatrzymuje się pod znajomymi drzwiami. Drżącymi rękoma wyciąga klucz. W ostatniej chwili powstrzymuje się aby go wsadzić w zamek. Przykłada ucho do drzwi i ze wstrzymanym oddechem nasłuchuję chwilę.

Nagle oderwał głowę od drzwi spłoszony ostrym szczekaniem psa w sąsiednim mieszkaniu. Zabluźnił coś pod nosem, rozejrzał się i nacisnął dzwonek. Odczekał chwilę, tłumacząc sobie, że przecież Zosia, nigdy nie podbiega do drzwi.

Po chwili zadzwonił jeszcze raz. Nikt nie podszedł otworzyć. Zrezygnowany włożył klucz w zamek.

Wszedł ostrożnie do środka. Uspokoił się zobaczywszy, że wszystko wygląda po staremu. Dopiero chwilę później zorientował się, że mieszkanie jest opuszczone. Wszystkie meble stoją na swoich miejscach, w mieszkaniu jest porządek, ale szafy są puste. Jedynie jego ubrania są na miejscu. Jakieś stare rzeczy Zosi, o których wie, że je od dawna nie używa leżą na dnie komody. Brakuje jej bibelotów.

W niewielkiej szafce w sypialni w której trzyma biżuterię jest pusto. Na stoliku nocnym przy ich małżeńskim łóżku stoi telefon. Sprawdza. Jest sygnał. Wykręca numer do międzymiastowej, chce zamówić rozmowę do Wenezueli. Wie, że nie będzie mógł rozmawiać zaraz, ale może jutro albo za dwa dni.

„Między miastowa, słucham?” – usłyszał

„Chcę zamówić rozmowę do Wenezueli, numer…”

„Przykro mi” – przerwała mu telefonistka – „Z tego numeru dostępne są tylko połączenia lokalne”

„Jak to?!…Niedawno rozmawiałem z zagranicą! Co się zmieniło?”

„Nie wiem, proszę pana. Czym mogę panu służyć?”

Milczał zaskoczony

„Halo! Słyszy mnie pan?”

„Tak! Tak, dziękuję pani”

Odłożył słuchawkę. Po chwili podniósł ją ponownie i wykręcił numer do spółdzielni lekarskiej w której pracuje doktor Józef Wiśniak

„Proszę połączyć mnie z doktorem Wiśniakiem” – powiedział do dziewczyny w recepcji spółdzielni

„Pan doktor już tu nie pracuje”

„Jak to?!” – krzyknął zaskoczony

„Zwolnił się na początku grudnia, zaraz po ślubie…”

„Po ślubie?!” – przerwał jej zaskoczony

„Tak. Zwolnił się i wyjechał z żoną za granicę…Czy mogę panu w czymś pomóc?”

„Nie, dziękuję” – odparł zrezygnowany

Po chwili wykręcał numer do Zespołu Adwokackiego.

Po krótkiej rozmowie dowiedział się, że mecenas Stanisław Wiśniak wyleciał w Sylwestra w niecierpiących zwłoki sprawach konsularnych do Trynidadu i Tobago.

Siedzi przez chwilę na łóżku. Nie może zebrać myśli. Pamięta o tym, że Zosia, według słów adwokata miała być w Wiśle. Nie wierzył mu ani przez moment. Podejrzewał, że mogło jej nie być w domu. Teraz wygląda na to, że się stąd wyprowadziła.

Nie dopuszcza do siebie natrętnej myśli, że mogła wyjechać z doktorem. Nonsens. Zawsze się o nim źle wyrażała. Pomógł jej z rentą i potem leczył migrenę. Mówiła, że jest z niego zadowolona jako z lekarza, ale jako mężczyzna, mówiła, że jest obleśny

„Zaraz. Może to tylko takie pieprzenie, abym sobie nie pomyślał, że oni…” – przyszło mu nagle do głowy – „Muszę się napić wody”

Przeszedł do kuchni. Wszystko wygląda tu po staremu. Sztućce są w szufladach, garnki i talerze znajdują się na swoich miejscach. W szafce nad zlewozmywakiem, Zosia zawsze trzyma gotówkę w blaszanym pudełku po herbacie. Teraz nie ma śladu po pudełku i pieniądzach.

Wyjął z szafki szklankę. Odkręcił kran z wodą. Odczekał chwilę, aż spłynie ciepła woda. Nalał zimnej. Usiadł na kuchennym taborecie. Pije wodę małymi łyczkami. Złapał się na tym, że mu zaczyna brakować powietrza. Ciężko dyszy. Siedzi tak dłuższą chwilę. Rozgląda się po kuchni. W pewnej chwili jego wzrok pada na parapet okna. Leży na nim złożona na pół kartka papieru. Zdziwił się, że nie zauważył jej od razu. Bierze ją do ręki i otwiera. Od razu poznaje pismo Zosi.

„Stefanie, Skoro czytasz ten list, to znaczy, że wiesz już, że się wyprowadziłam z tej nory w której kazałeś mi żyć. Nie mogę tak dłużej. Mamy pieniądze, a raczej ty je masz i nie pozwalasz je wydawać. Mam już swoje lata i chcę jeszcze pożyć jak ludzie.

Odchodzę od Ciebie. Los sprawił, że mogę zabrać połowę Twoich pieniędzy, które jako byłej żonie należą mi się. Zrobiłam to podstępem. Nie miałam innego wyjścia. Drugą połowę tych pieniędzy podzieliłam miedzy dwóch ludzi którzy ci wiernie służyli, za nędzną opłatą. Jednym z nich jest mój obecny mąż Józef Wiśniak, a drugim jego brat Stasiek.

Gdy czytasz ten list, jesteśmy już za granicą. Na pewno domyślasz się gdzie. Nie szukaj nas. Zapewniam cię, że się to Tobie nie opłaca. Gdyby jednak doszło do nas, że podjąłeś jakieś kroki aby nas odnaleźć to wiedz, że bardzo długo nie wyjdziesz na wolność.

Na zakończenie, mimo iż tyle lat trzymałeś mnie w biedzie w tej łódzkiej noże, życzę Ci wiele dobrego na przyszłość. Wiem, że masz głowę do interesów. Na pewno się odkujesz finansowo i znajdziesz idiotkę która zechce zamieszkać z Tobą w tej noże. Zostawiam ci ją.

Żegnaj na zawsze Zofia Wiśniak”

Odłożył kartkę z powrotem na parapet. Nagle wszystko stało się jasne. Uspokoił się i odzyskał jasność myślenia. Zaczął zupełnie inaczej postrzegać swoje położenie.

Po kilkunastu minutach siedzenia na taborecie w kuchni, rozebrał się do naga i przeszedł do łazienki. Okręcił kran i zaczął napełniać wannę gorącą wodą.

W międzyczasie otworzył szafkę nad umywalką. Była opróżniona z rzeczy żony. Zostały tylko jego przybory do golenia. Między innymi ozdobna brzytwa którą kupił kiedyś w Maroko. Nigdy jej nie używał

„Teraz się przyda” – powiedział do siebie

Po chwili zakręcił kurki z wodą. Zasyczał z bólu, jaki odczuł wchodząc do gorącej wody. Mimo to przemógł się i usiadł w wannie. Odczekał chwilę, aż organizm ochłonie po szoku cieplnym. Sięgnął po brzytwę. Jednym zdecydowanym ruchem przeciął tętnicę na przegubie lewej ręki zanurzonej w wodzie. Nie poczuł bólu.

Przez jakiś czas obserwował z zaciekawieniem jak szybko wypływająca krew tworzyła fantastyczne zawirowania w wodzie. Zamknął oczy gdy zawirowania ustały i woda stała się nieprzejrzysta.

Nagle doszedł Kułaka przeraźliwy krzyk kierownika

„Boże!!! Zabili ich! Ratunku! Dwa trupy!”

Kułak spojrzał w kierunku otwartych drzwi.

„Tyle krwi!…Boże! Zabili ich!…Milicja!!!” – lamentował kierownik

„Jeszcze tu, kurwa milicji brakuje” – stwierdził Kułak podnosząc się z kolan

Schował modlitewnik do kieszeni i wyszedł na schody. Kilka osób zwiedzionych krzykiem biegło schodami na górę w stronę ciągle lamentującego kierownika. Kułak podążył za nimi. Na górze w szerokim korytarzu przy windzie towarowej, oparty o ścianę stał kierownik trzymając się za serce

„Tam!…Tam leżą!” – wskazał ręką otwarte drzwi do warsztaciku tapicera

Pierwszy podbiegł do drzwi młody chłopak. Stanął w nich jak wryty. Z rozpędu wpadła na niego starsza kobieta z księgowości. Również zamarła na chwilę, po czym zaczęła bardzo głośno krzyczeć coś niezrozumiałego.

Chłopak odsunął się od drzwi i zaczął wymiotować na boku pod ścianą.

Następni którzy tam doszli, podchodzą do drzwi ostrożniej. Zaglądają chwilę i zaraz są odpychani przez innych ciekawskich. Jest wśród nich Kułak.

Poznał od razu leżącego na plecach Lalusia. Laluś miał poderżnięte gardło tak mocno, że wydaje się, iż jego głowa jest odcięta. Laluś leży w olbrzymiej kałuży krwi. W tej samej kałuży leży drugi mężczyzna. Nie widać jego twarzy. Leży na boku, prawie na brzuchu. Mimo takiej pozycji, widać wyraźnie, że też ma poderżnięte gardło

„Ja pierniczę…Ja pierniczę…” – powtarza przerażony Kułak pod nosem

Ktoś mówi, że trzeba zadzwonić po milicję. Ludzie przekrzykują się nawzajem. Ktoś płacze. Jakaś energiczna kobieta nawołuje do nie wchodzenia do warsztatu, mimo, że nikt do niego nie wchodzi.

Wszyscy zatrzymują się przy otwartych drzwiach. Kierownik, wciąż zaszokowany rozmawia z księgową, która przestała wrzeszczeć. Nakazuje jej zadzwonić na milicję. Cześć ludzi zaczyna schodzić na dół. Jest wśród nich Kułak.

Na pół piętrze mijają podążających do góry dwóch umundurowanych funkcjonariuszy przybyłych z Aresztu. Kułak przechodzi obok nich nie zauważając ich. Oni nie zwracają uwagi na schodzących.

Gdy przyjechali, spotkali przy wejściu, jednego który zdążył już zejść z góry. To on powiedział im o zabitych. To nie ich interes. Przyjechali w innym celu, ale ciekawość jest silniejsza od obowiązków.

Na górze jest już tylko pięć osób. Szybko odchodzą, widząc umundurowane osoby. Zostaje tylko wciąż zaszokowany kierownik

„Co tu się dzieje?” – pyta jeden z przybyłych

„Panowie z milicji?” – odpowiada pytaniem na pytanie kierownik

„Nie. Jest tu jakiś szef?” – zapytał jeden z nich w stopniu kapitana

„Ja jestem kierownikiem…”

„Przyjechaliśmy po osadzonych, którzy tu pracują. Jesteśmy ze Smutnej, z Aresztu”

„Jeden od was leży tu zabity”

Kierownik wskazał drzwi

„O! Kurwa!”

Zareagowali obaj jednocześnie zaglądając do warsztatu

„Gdzie Jakubiak?”

„Jaki Jakubiak” – zdziwił się kierownik

„Nasz pracownik. Ten co ich pilnuje tutaj…”

„Nie wiem. Ja go nie pilnuję”

Kapitan zwrócił się do swojego kolegi

„Stasiu, zostań przy tych drzwiach. Nikogo nie wpuszczaj do środka” – potem zapytał kierownika – „Ma pan tu telefon. Trzeba zadzwonić na milicję i do Aresztu”

W tym czasie, przerażony i zdruzgotany Kułak wróciwszy do pokoju w którym przebywał nie tak dawno z teściową, ponownie klęknął przed wersalką i ponownie zaczął się modlić. Kilka minut później usłyszał duże poruszenie na schodach. Jacyś ludzie wchodzili na górę. Słyszał poruszone rozmowy. Tym razem nie był ciekaw co się tam dzieje. Zdążył odmówić trzy modlitwy gdy do pokoju wszedł kapitan i jego kolega. Z tyłu za nimi stał kierownik.

„Gdzie jest, ten drugi?” – zapytał ostro kapitan

„Leży na górze” – odpowiedział szczerze Kułak

„Nie bądź taki dowcipny. Gdzie jest jeszcze jeden?”

„A!…Ojciec. Nie wiem gdzie jest”

„Co za ojciec, kurwa?” -zapytał zdenerwowany kapitan

„No, jak mu tam?…Malinowski” – odpowiedział Kułak

„Tak. Malinowski, Bogacz I Boćko. Zgadza się” – podpowiedział kapitanowi kolega

„Aha! Ty jesteś Boćko. Tak?” – zapytał Kułaka kapitan

„Nie. Boćko leży na górze. Ja jestem Bogacz Rudolf, syn Zdzisława i …”

„Dobra! Dobra!” – przerwał kapitan – „Zakuj go Stasiu i do wozu z nim”

W drodze do więźniarki minęli dwa stojące fiaty milicyjne. Właśnie nadjechały dwie nyski. Wysiedli z nich milicjanci z walizeczkami i statywami fotograficznymi. Samochód do przewozu więźniów był dużą ciężarówką z dużą blaszaną zabudową bez okien.

Wejście było od tyłu. Środkiem biegł wąski korytarzyk. Po obydwóch stronach znajdowały się niewielkie pomieszczenia odgrodzone od siebie. Było w nich miejsce dla jednej osoby siedzącej bokiem do kierunku jazdy i przodem do okratowanych drzwi.

Klawisz Stasiu zamknął w Kułaka w pierwszym z brzegu pomieszczeniu i wrócił do magazynu.

Kułak, ze względu na skute kajdankami ręce nie mógł sięgnąć po modlitewnik. Zaczął odmawiać na głoś modlitwę

„Ojcze nasz, któryś jest…” – przerwał nagle – „Kurwa! Paczka z żarciem od teściowej została w pokoju. Znowu mi zeżrą…”

Tak go to zdenerwowało, że przestał się modlić.

Po godzinie chyba, usłyszał otwierane drzwi. Usłyszał klawisza który z nimi przyjechał i miał ich pilnować

„Powiedz Stasiu, kto mnie zakapował?”

„Nikt. Przecież słyszałeś, dlaczego przyjechaliśmy”

„Byłem w pobliżu…Po co ten cyrk z raportem. Stracę pracę…”

„Już straciłeś…pijany jesteś do tego”

„Zaraz pijany…Nawet ćwiartki nie wypiłem…”

„Nie gadaj tyle. Wsiadaj do wozu” Po chwili przeszli korytarzykiem. Kułak widział ich. Oni widzieli jego

„Stasiu, nie zamykaj mnie jak jakiegoś złodzieja”

„Muszę. Taki rozkaz kapitana” – stwierdził ten co miał na imię Stasiu i wyszedł z samochodu

Siedzieli tak jeszcze pół godziny. Kułak zaczął już marznąć w nieogrzewanym aucie. Nagle drzwi otworzyły się ponownie. Wszedł Stasiu. Otworzył drzwi do pomieszczenia z Kułakiem i władczym głosem nakazał

„Wysiadać!”

Zaprowadził zdziwionego Kułaka do magazynu i skierował na schody

„Nie ociągaj się!…jazda na górę!” – Stasiu ponaglał Kułaka który zatrzymał się przy schodach

„Po co mam tam iść?” – zapytał przestraszony Kułak

„Prokurator kazał cię przyprowadzić”

Na górze w korytarzu, klawisz kazał mu stanąć przy windzie towarowej. Obok na podłodze stoją dwie pary noszy z przykrytymi ciemnymi płachtami zwłokami.

W otwartych drzwiach do warsztatu tapicerskiego kręcą się technicy milicyjni. Tabliczki z numerami rozstawione są w różnych miejscach. Kałuża krwi obrysowana jest kredą.

Kułak unika patrzenia na nosze. Z zaciekawieniem patrzy na to co się dzieje w warsztacie. Jest tak zafascynowany tym co się tam dzieje, że w ostatniej chwili zauważa zbliżających się z głębi korytarza ludzi.

Dochodzą do noszy. Jeden z nich odsłania jedno ciało. Kułak odwraca się. Nie chce oglądać poderżniętych gardeł. Słyszy jak jeden z nich mówi

„Proszę, prokuratorze zwrócić uwagę na ich ręce. Obydwaj mają połamane w łokciach. Bardzo dziwny przypadek. Jeszcze nie wiem jak do tego doszło. Przyślę panu wyniki sekcji jak tylko będę mógł najszybciej”

„Dziękuję doktorze”

Potem mężczyźni się żegnają. Kułak słyszy jakieś zbliżające się kroki

„To ten?”

Słyszy za sobą pytanie. Odwraca się. Widzi kapitana z Aresztu, który już z nim rozmawiał. Jest z nim major milicji i jakiś cywil. To on pytał się czy to ten.

„Tak, to ten” – odpowiada kapitan

„Jak się nazywacie?” – zapytał cywil

„Bogacz Rudolf syn Zdzisława i Cecylii”

„Za co siedzicie?”

„Teściowa mnie…”

Kapitan przerwał mu gestem ręki. Pochylił się nad uchem cywila i coś mu szeptał chwilę

„He! He! He!” – zareagował cywil i zwrócił się do Kułaka – „Musicie rozpoznać ofiary”

Stojący w pobliżu milicjant odsłonił pierwsze nosze. Kułak przerażony podniósł skute ręce i zaczął obcierać pot z czoła

„Rozkujcie go” – nakazał cywil

Klawisz Stasiu pospiesznie wykonał polecenie

„Znacie go?” – zapytał cywil

„On tu pracuje…To znaczy pracował!” – poprawił się Kułak – „Ale nie wiem jak się nazywa”

Odsłonięto drugie nosze

„To jest Boćko…Lutek”

„Gdzie jest Malinowski Stefan?”

„Nie wiem”

„Co robiliście po przyjeździe tutaj?”

„Meble z wagonów targaliśmy, a potem odpoczywaliśmy w pokoju na dole”

„I co dalej?”

„Dalej to oni poszli gdzieś, a ja zostałem”

„Nie pokłóciliście się?”

„Nie. Dlaczego?”

„No, dobrze. Oni sobie poszli. Wy oczywiście nie wiecie gdzie sobie poszli?”

„Nie wiem”

„Jak zostaliście sami, to co robiliście?”

„Nic. Modliłem się. Zawsze się modlę jak mam czas”

„Mam tu zeznania pracownika” – cywil zajrzał do notatek – „Który mówi, że zastał was w dwuznacznej sytuacji z kobietą. Kto to był?”

Kułak milczy. Po chwili odzywa się cicho skruszonym głosem

„Teściowa. Paczkę mi przywiozła…”

„He! He! He!” – zaśmiali się obecni

„No, dobrze. To na razie wystarczy. Będziecie przesłuchani na komisariacie…”

„Ja nic nie wiem!” – przerwał cywilowi spanikowany Kułak

„To się okaże, czy nic nie wiecie. Na razie aresztuję was na trzy miesiące za utrudnianie śledztwa i pomoc w ucieczce sprawcy mordu…Zabrać go”

Kułak jest bardzo przerażony. Zdaje sobie sprawę, że jak go wrobią w ucieczkę Ojca i to morderstwo to szybko nie wyjdzie na wolność. Ta straszna myśl sprawia że gwałtownie rozbolał go brzuch.

Ten sam klawisz Stasiu odprowadza go na dół do samochodu. Stasiu nie dostał polecenia założenia Kułakowi kajdanek, więc je nie założył. Przechodzą na dole koło ubikacji. Spanikowany Kułak przypomniał sobie, że w kabinach są okienka wychodzące na tyły magazynu

„Panie oddziałowy” – zwraca się do klawisza – „Chyba sraczki dostałem. Muszę do kibla”

Stasiu wchodzi tam z Kułakiem. Rozgląda się. Jest tam dosyć ciasno. Nikogo nie ma. Są tam dwie kabiny zamykane drzwiami nie dochodzącymi do podłogi. Wskazuje jedną Kułakowi. Czeka przy drzwiach. Po chwili słyszy jak Kułak gwatownie opróżnia brzuch.

Nie tylko słyszy ale też czuje.

Nie wytrzymuje i wychodzi na korytarz. Tam głęboko oddycha przez chwilę.

Kułak słyszał, jak klawisz wychodzi na korytarz. Szybko zakończył to co robił. Zapiął spodnie, wszedł na sedes i po chwili był na zewnątrz budynku.

Ruszył biegiem w stronę bramy wyjazdowej. Zatrzymał się jak wryty, gdy zauważył ludzi wnoszących nosze z zabitymi do czarnej nyski. Dalej stały samochody milicyjne. Kilku milicjantów stoi przy nich i pali papierosy. Wróca się i postanowia wyjść z terenu magazynu po torach kolejowych. Doszedł do rampy na której kilka godzin wcześnie rozładowywał meble.

Właśnie nadjechała lokomotywa manewrowa i kolejarz podczepia do niej wagon z rozładowaniem którego musieli się tak spieszyć.

Mimo, że był spanikowany, mimowolnie przez głowę przebiegła mu myśl

„Taki pośpiech był z tym wagonem. Pot lał nam się po dupie, żeby zdążyć go rozładować a oni zabierają go dopiero teraz”

Zauważył, że drzwi wagonu nie są zasunięte. Wskoczył do środka niezauważony. Usiadł na podłodze w rogu pustego wagonu. Plecami oparty o ścianę podciągnął nogi i objął je ramionami.

Drży cały. Stara się uspokoić, ale mu to nie wychodzi. Zaczyna się modlić.

Co chwilę przerywa nasłuchując wystraszony, gdy toczący się wagon nagle się zatrzymuje. Następuje wtedy uderzenie w bufory i szarpnięcie.

Domyśla się, że przyczepiane są następne wagony i formowany jest skład. Nie wie ile czasu to trwa.

W wagonie robi się szybko coraz ciemniej. Przez otwarte drzwi wpada coraz mniej światła.

Wagon porusza się coraz szybciej. Ustał charakterystyczny hałas przejazdu przez zwrotnice i rozjazdy. Kułak już spokojniejszy zaczyna żałować, że uciekł z magazynu.

„W domu nie mogę się pojawić. Tam już czekają na mnie. Nie mam ani grosza. Głodny jestem. Zimno mi jest. Boże, co ja narobiłem…Nawet nie wiem gdzie jestem” – biadolił

Podniósł się i podszedł ostrożnie do otwartych drzwi. Widok jaki się za nimi przesuwał nic mu nie mówił.

Zaśnieżone pola. Samotne zabudowania wiejskie w oddali. Jakiś samochód na drodze stojący przy szlabanie.

„Gdzie ja kurwa, jestem?”

Kułak postanowił opuścić pociąg i mimo wszystko wrócić do domu. Wie, że czekają tam na niego, ale wie również, że prędzej czy później i tak go złapią.

Stając przy drzwiach zastanawia się czy już wyskoczyć, czy poczekać do jakiejś stacji. Doszedł do wniosku, że lepiej wyskoczyć na stacji. Pociąg być może zwolni a poza tym dowie się gdzie jest.

„No, tak. Na stacji zaraz wpadnę ludziom w oczy w tym więziennym ubraniu…” – uprzytomnił sobie

Ta myśl trochę go zdołowała ale nie na długo.

„Właściwie to te spodnie i buty wyglądają jak robocze” – pomyślał i zaraz zrobiło mu się jaśniej na duszy – „Tak całkiem bez szans nie jestem”

Szarej więziennej koszuli nie widać spod grubego swetra, a kurtka z dużymi literami ZK, czyli Zakład Karny, na plecach też jest niewidoczna. Ma na sobie ciepłą kufajkę z magazynu.

Tylko ta czapka więzienna jest tak charakterystyczna. Ściągnął ją z głowy energicznie i wyrzucił za drzwi. Zimny powiew od razu ostudził jego myśli.

„Nawet jak wysiądę na stacji, to jak się dostanę do domu?…Nie mam ani grosza. Na łepka nie wezmą za darmo. To nie jest dobry pomysł”

Ponieważ zrobiło mu się zimno w głowę, wrócił do kąta w którym siedział poprzednio.

„Matko Przenajświętsza nie opuszczaj mnie…Nie pozwól aby mnie za tą ucieczkę skazali. Nie pozwól aby mnie wrobili w to morderstwo. Nie pozwól aby…” – przerwał nagle i po chwili krzyknął – „Mam! Oddam się sam w ręce milicji! Powiem, że mi siajba odbiła, że nie wiedziałem co robię. Może nie dostanę dużo za ucieczkę?…Tak. Przecież będzie to okoliczność łagodząca…” – pocieszał się

Pociąg zaczął wyraźnie zwalniać. Wjechali na pierwsze rozjazdy. Podszedł do drzwi. Właśnie mijali budynek dworcowy. Nie zdołał przeczytać nazwy stacji.

Jechali po torze oddalonym od peronu. Wyskoczył. Rozgląda się dookoła. Tylko peron jest oświetlony. W koło ciemność rozświetkona odbijającym się w śniegu światłem  z semaforów.

Na peronie nie ma na nim ludzi.

„To chyba dobrze” – pomyślał

Rusza w kierunku budynku dworcowego. Przechodząc przez pierwsze tory potknął się boleśnie o linki biegnące do semafora.

Ledwo utrzymał równowagę. Klnąc siarczyście rozciera otarcie na nodze. Po chwili przechodzi przez następne tory tym razem ostrożniej.

Już jest blisko peronu gdy nagle słyszy

„Hej! Ty tam! Co robisz na torach?!…Pospieszny z Gdańska zaraz będzie przejeżdżać…”

To krzyczy jakiś mężczyzna w mundurze. Kułak instynktownie odwraca się i biegnie z powrotem.

Potyka się o te same linki co poprzednio. Tym razem nie udało mu się zachować równowagi. Upadł na tory uderzając głową o szynę. Na moment traci przytomność.

Odzyskuje ją po chwili. Słyszy wyraźnie zbliżający się pociąg. Próbuje się podnieść ale lewa noga zaplątana jest w linki. Z przerażeniem odwraca twarz w kierunku zbliżającego się niebezpieczeństwa .

Ostatnią rzeczą którą widzi to przeraźliwie mocne światło lokomotywy.

KONIEC

Leave a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *