W domu Skrzetuskich śniadanie niedzielne zawsze jedzono około jedenastej, zaraz po przyjściu z porannej Mszy Świętej, w której zawsze musieli uczestniczyć wszyscy mieszkańcy willi Mariana Skrzetuskiego. Dotyczyło to również tych którzy tam przebywali czasowo, jak na przykład krewnych czy znajomych lub gości biznesowych pana domu.
Marian Skrzetuski prowadzi Dom Otwarty. Właściwie to nie on go prowadzi. Nakazał prowadzenie swojej żonie Helenie. Ona z kolei nakazała to ubogiej krewnej męża, która znalazła schronienie w ich domu po śmierci małżonka. Krewna ta, Irena Wokulska, z wdzięczności za schronienie, prowadzi im dom, a właściwie jest kucharką, pokojówką i zaopatrzeniowcem w jednej osobie. Jedynie ona zwolniona jest z obowiązku uczestnictwa we Mszy porannej. Ma za to obowiązek uczestniczyć we Mszy wieczornej o godzinie osiemnastej.
Z obowiązku tego nie wywiązuje się o czym Marian Skrzetuski nie wie. Irena Wokulska nienawidzi Pana Boga za wszystkie nieszczęścia, które ją w życiu spotkały i za to, że na starość musi robić, jak to sama nazywała, jako kuchta u Skrzetuskich, którymi z całego serca gardzi. Wynagradza sobie to w ten sposób, że doi swojego krewnego, czy raczej pracodawcę, ile może. Na utrzymanie domu dostaje od Heleny Skrzetuskiej pieniądze, z których powinna się przed nią rozliczać. Tak zarządził to Marian Skrzetuski, ale ponieważ jego żonę nudzi sprawdzanie rachunków, więc wierzy Wokulskiej na słowo, a mężowi mówi, że wszystko jest w porządku.
W ten sposób Irena zachowuje dla siebie do jednej trzeciej tych pieniędzy. Dzięki temu stać ją na to, aby w niedzielę, od siedemnastej, kiedy ma wolne na pójście do kościoła, nie iść tam, tylko spotykać się ze swoimi przyjaciółkami. Poznała je w czasie wizyt w szpitalu u umierającego męża. Wszystkie cztery są wdowami. Ich Świętej Pamięci mężowie leżeli w szpitalu w tym samym pokoju i zmarli w tym samym mniej więcej czasie.
Panie spotykają się najczęściej w podłej knajpce na obrzeżu Łodzi, gdzie oddają się konsumpcji alkoholu i kawy. W rozsądnych ilościach, oczywiście.
W domu Mariana Skrzetuskiego mieszka również starszy brat pani domu, Karol. Mieszka chwilowo. Rozgląda się za kupnem odpowiedniego domu, ale obowiązki zawodowe sprawiają ze idzie mu to niemrawo. Karol jest w separacji z żoną już od ponad trzech lat. Żona zarzuca mu brutalność w łóżku. Ubłagał ją jednak, aby tego nie podawała jako powód wniosku o rozwód. Dużo go to kosztuje. Oddał jej dom, samochód i sporo ze wspólnych oszczędności.
Zarówno on jak i jego żona Zofia zdecydowali się rozwieść, ale naciski ze strony Mariana Skrzetuskiego, który jest przeciwny rozwodom, zwłaszcza w „jego” rodzinie, są tak duże, że zwlekają z rozwodem. Właściwie to zwlekanie z rozwodem jest rezultatem ich wyrachowania. Finansowo nie są zależni od Skrzetuskiego.
Karol von Reichenau jest wziętym adwokatem w dużej podłódzkiej miejscowości. Ma tam swoją Kancelarię. Zatrudnia trzech młodych, na dorobku, prawników, którzy prowadzą sprawy w jego imieniu. On sam poświęca niemal cały swój czas na pracę jako Radca Prawny swojego szwagra. To, że mógł zamieszkać u niego po separacji z żoną bardzo odpowiada zarówno jemu jak i Skrzetuskiemu.
Żona Karola, Zofia Rychter jest notariuszem. Jej kancelaria notarialna znajduje się w ich wspólnym jeszcze do niedawna domu.
Marian Skrzetuski ma brata Andrzeja, który jest biskupem. Przynajmniej raz na dwa miesiące przyjeżdża on do Łodzi i mieszka przez dwa lub trzy dni w domu brata. Marian przed swoim domem na Julianowie kazał postawić trzy maszty. Za każdym razem, gdy gości brata, wywiesza na nich trzy flagi, białoczerwoną – polską, żółtobiałą – kościelną i białoniebieską – maryjną. Zawsze wtedy zarządza uroczyste przyjęcie na część brata, na którym muszą być wszyscy członkowie rodziny. Karol z żoną również, mimo separacji.
Irena Wolska ma wtedy prawo zatrudnić do pomocy kogo potrzebuje. Jej koleżanki, wdowy, zawsze sobie wtedy u niej nieźle zarobią.
Państwo Skrzetuscy mają dwoje dorosłych dzieci. Syn Julian miał zostać chirurgiem, ale ponieważ słabo znosi widok krwi, nie utrzymał się na studiach medycznych. Złośliwe języki mówiły, że tak naprawdę to Julian nie miał głowy do studiów. Po wielkich staraniach ojca, syn dostał się do Wyższej Szkoły Oficerskiej Służb Kwatermistrzowskich w Poznaniu. Z wielkim trudem i pomocą pieniężną ojca ukończył szkołę w stopniu podporucznika. Dano mu jednak do zrozumienia, że w wojsku raczej go nie chcą. Od pięciu lat pracuje w więziennictwie w Łodzi jako kwatermistrz.
Córka Skrzetuskich, Justyna, jedenaście lat młodsza od brata, właśnie teraz, w 2008mym, zrobiła maturę i dostała się na Uniwersytet Łódzki na ekonomię. Justyna jeszcze w szkole średniej opanowała doskonale trzy języki, angielski, niemiecki i francuski. Bardzo chciała studiować za granicą, ale ojciec się na to nie zgodził. Z pewnością wpływ na to miało jej nieposłuszeństwo co do wyboru dalszych i bliższych znajomych i przyjaciół. Zwłaszcza bliższych i do tego płci przeciwnej.
Ojciec już dawno wybrał dla niej przyszłego męża, potomka książęcego rodu Łukomskich, Jacka Łukomskiego. Jacek jest co prawda starszy od Justyny o około dwanaście lat, ale to tylko zaleta. Łukomscy tak jak i Marian Skrzetuski są gorącymi poplecznikami Polskiego Ruchu Monarchistycznego i wybranego tam Regenta Leszka Antoniego Wierzchowskiego. Obecnie, Łukomscy, niestety musieli zniżyć się do produkcji i dystrybucji jaj w jednej ze swoich byłych wsi, ale to ma się w krótce zmienić.
Justyna jednak zdecydowanie odrzuciła tak doskonałą partię i nie chciała słyszeć o tym, aby na studniówkę, kilka miesięcy wcześniej, pójść z Jackiem Łukomskim. Oznajmiła rodzicom, że na studniówkę pójdzie z kolegą szkolnym Markiem Gołębiowskim albo nie pójdzie wcale.
„Z których Gołębiowskich on pochodzi?” – zapytał ojciec
„Zapytaj go sam o to” – odparła
„Poproś go w sobotę do nas na kolację. Chcielibyśmy go poznać”
Po czym ojciec zamknął się w swoim gabinecie i zaczął studiować Herbarz Rodów Polskich. Niestety, nie znalazł tam zbyt dużo o Gołębiowskich. Tylko tyle że pochodzą z Guberni Wołyńskiej i są herbu Gozdawa.
Dwa tygodnie przed studniówką Justyna przyprowadziła Marka na kolację. Już przy wejściu zrobił złe wrażenie na gospodarzach. Nie był odpowiednio ubrany na wizytę, nie przyniósł kwiatów dla pani domu. Po przywitaniu wszyscy siedli do stołu. Wszyscy, to znaczy tylko gospodarze oraz Justyna i Marek. Wujek Karol był tego dnia poza Łodzią, a Julian w delegacji na jakiś kursach dokształcających.
Irena Wokulska podała gorące danie. Marian Skrzetuski sięgnął po butelkę czerwonego wina. Chciał nalać gościowi
„Dziękuję, nie piję alkoholu, ale chętnie napiję się piwa”
„W naszym domu nie pije się piwa” – odparł nieco zgorszony Skrzetuski
„To w takim razie poproszę o szklankę wody”
Rozmowa przy stole była trochę drętwa. Skrzetuski bardzo chciał się dowiedzieć coś o rodzinie Marka, ale nie chciał zacząć wypytywać tak od razu. Wyratowała go Helena, jego żona. Skierowała rozmowę na szkołę. Pytała Marka jak mu poszła matura. Podkreśliła przy tym, że Justynka była prawie najlepszą uczennicą w klasie maturalnej
„Tak wiem. Starałem się jak mogłem, żeby jej pomóc… Zwłaszcza matematykę i fizykę. Myślę, że osiągnęła niezły wynik. No ale to jest oczywiście przede wszystkim zasługa Justyny, że…”
„Nie rozumiem?” – przerwała Markowi matka Justyny
„Udzielałem Justynie korepetycji, Przecież państwo za to płacili…”
„Mówiłaś, że chodzisz na korepetycję do profesora… Jak mu tam…Zapomniałem nazwiska. A ty nas oszukiwałaś i wydawałaś moje ciężko zapracowane pieniądze na lekcję z kolegą z klasy?!” – wtrącił wzburzony Skrzetuski
„Tato! Marek jest najlepszy w szkole! Wygrał dwie olimpiady matematyczne, wojewódzkie. Zajął drugie miejsce w olimpiadzie fizycznej w kraju…”
„Marian! Uspokój się. Ważne, że nasza córka zdała tą maturę bez… Jak by to powiedzieć?… Bez twojej pomocy”
Przez chwilę jedli w milczeniu. Marian Skrzetuski czuł się oszukany przez córkę, ale słowa żony spowodowały, że zaczął w myślach obliczać, ile go kosztowała matura syna, potem egzamin na te nieudane studia medyczne i w końcu ta nieszczęsna Szkoła Oficerska. Doszedł do słusznego wniosku, że mimo wszystko, profesorska cena korepetycji płacona temu chłopakowi, przy tak dobrym rezultacie jaki osiągnęła Justyna, to jednak dobry interes.
„To teraz pan z pewnością może wybierać różne kierunki studiów bez egzaminów wstępnych, prawda?” – zapytała Skrzetuska
„Tak, Oczywiście, ale nie będę studiować. Zaraz po wakacjach zaczynam pracować”
„O! A czemóż to?” – zdziwiła się
„Muszę pomóc finansowo w domu”
„No właśnie” – ożywił się Skrzetuski – „Czym zajmują się twoi, to jest pana rodzice? Posiada pan zacne, szlacheckie nazwisko, skąd pochodzi pański ród? Czy aby nie z Guberni Wołyńskiej? Gołębiowscy stamtąd byli herbu Gozdawa, o ile dobrze pamiętam”
„Nie mam najmniejszego pojęcia skąd pochodzi moja rodzina i prawdę mówiąc nic mnie to nie interesuje. Uważam, że należy myśleć o przyszłości. Pyta pan co robią moi rodzice? Nie wiem co robi ojciec. Opuścił matkę, gdy miałem pięć lat. Od tego czasu nie daje znaku życia”
„Nie próbował pan go odszukać w jakiś sposób? A pana matka, próbowała go odszukać?” – zainteresowała się Skrzetuska
„Nie interesuje mnie mój ojciec. Mama krótko po tym, wpadła w ciężką depresję, podejmowała próby samobójcze. Od tego czasu jest zamknięta w szpitalu psychiatrycznym. Mieszkam z babcią, jej matką. Wychowała mnie. Jestem jej winien za to pomoc na stare lata”
Atmosfera przy stole zrobiła się przygnębiająca. Dalsza rozmowa nie kleiła się
„No, to już wiecie wszystko o tym z kim idę na studniówkę. Mam nadzieję, że jesteście zadowoleni z przesłuchania?” – zapytała z nieukrywaną wściekłością Justyna
„Uspokój się córuś. Może to nie wypadło zbyt dobrze, ale to nie było, jak to nazywasz, przesłuchanie. Jeśli zadaliśmy trochę pytań to tylko dla twojego dobra. Chcemy wiedzieć z kim będziesz się bawić całą noc. Przepraszam pana, panie Marku w imieniu własnym i męża. Mam nadzieję, że nie gniewa się pan na nas za te wypytywanie”
„Ależ skąd. Oczywiście rozumiem państwa troskę o córkę”
„Świetnie. Życzę wam wspaniałej zabawy na studniówce”
„Odprowadzę Marka do tramwaju” – stwierdziła Justyna.
Marek pożegnał się z panią domu. Skrzetuski w milczeniu podał mu rękę. Wyglądał przy tym na zrezygnowanego. Gdy tylko młodzi wyszli z domu Skrzetuski wybuchnął
„Ja oszaleję!!! Moja córka idzie na studniówkę z synem wariatki!”
„Uspokój się Marian, bo ci pompka wysiądzie! To tylko studniówka a nie ślub”
„Tylko studniówka! Ty wiesz kto tam będzie? Co ludzie powiedzą?!… Córka Mariana Skrzetuskiego, herbu Jastrzębiec, na balu z gołodupcem i do tego synem wariatki!”
„Przestań błaznować, Marian. Nie masz jeszcze żadnego herbu…”
I tu uderzyła Helena w czułe miejsce Mariana. Marian Skrzetuski miał kompleks na punkcie swojego pochodzenia. Widział jakie wrażenie na ludziach z jego otoczenia robiła wiadomość, że jego żona ma panieńskie nazwisko von Reichenau. Mało kto w jego otoczeniu wiedział co to znaczy, ale sygnalizowało to pochodzenie z wyższej klasy społecznej.
Marian był przekonany, że on też pochodzi z wyższych warstw polskiego społeczeństwa. Przecież nazwisko Skrzetuski nie mogło być przypadkowe. Wściekły był na siebie, że w młodości, kiedy żyli jeszcze jego rodzice nie interesował się ich pochodzeniem. Zaczął o tym myśleć dopiero gdy w 1977 roku poznał młodą dziewczynę, która wymieniała u niego marki zachodnioniemieckie na złotówki. Tą dziewczyną była Helena von Reichenau.
Helena wybierała jego usługi wśród rzeszy innych cinkciarzy z tego powodu, że już za drugim razem dostała u niego dobrą cenę za swoje marki. Marian był zauroczony jej urodą i chciał ją w ten sposób do siebie przyciągnąć. Udało mu się to.
Bardzo szybko Helena wprowadziła się do jego mieszkania na Retkini, które miał po rodzicach. Jak w wielu podobnych przypadkach Helena zaszła w ciążę i trzeba było szybko wziąć ślub.
Właściwie to na ślubie im specjalnie nie zależało. Marian zatrudniony był u kamieniarza na Ogrodowej. Ale tylko formalnie, to znaczy miał pieczątkę o zatrudnieniu wstemplowaną w Dowodzie Osobistym na wypadek, gdyby milicja zatrzymała go pod PEWEX-em. Zdarzało się to czasami, ale Marian potrafił z tego wyjść. Mimo związanych z tym kosztów i doli płaconej kamieniarzowi za pieczątkę, Marian miał sporo pieniędzy.
Helena pracowała jako kosmetyczka na Piotrkowskiej w pobliżu Grant Hotelu. Miała dużo zagranicznych klientek i klientów też. Musiała być niezwykle dobrą w swoim zawodzie, bo zarobki jak na kosmetyczkę miała bajecznie wysokie.
W mieszkaniu na Retkini często mieszkał, odwiedzający Łódź, starszy brat Mariana, Andrzej. Andrzej był księdzem robiącym wtedy doktorat w Łódzkim Seminarium Duchownym. To on nalegał na ślub. Dla świętego spokoju i aby nie psuć bratu drogi do Watykanu, wzięli ślub na początku 1978go. W Katedrze Łódzkiej ślubu kościelnego udzielił im brat pana młodego.
W pierwszej połowie tego samego roku państwu Skrzetuskim urodził się syn Julian. Helena poszła na urlop macierzyński. W kraju kończyła się epoka Gierka. Wszystkim żyło się coraz ciężej. Ludzie zmuszeni byli wyzbywać się swoich oszczędności. Marian miał coraz więcej pracy. I w przeciwieństwie do innych, coraz więcej oszczędności. Zawdzięczał to przede wszystkim swojemu zmysłowi do interesów jak i faktowi, że był człowiekiem oszczędnym, nie pił, nie palił i nie oddawał się hulaszczemu trybowi życia.
Po urlopie macierzyńskim Helena nie wróciła do pracy. Zajęła się domem i dzieckiem. Przez całe lata osiemdziesiąte Skrzetuski był prawdziwym rekinem wśród cinkciarzy. Wielu z nich pracowało dla niego. Zarabiał duże pieniądze. Opłacał ważnych oficerów milicji w kilku komendach dzielnicowych. Zawsze wiedział o wszystkich akcjach milicji przeciwko nielegalnemu handlowi walutami.
Jego aktywność zawodowa spadła nieco w 1989tym. Urodziła się wtedy Skrzetuskim córka Justyna. Okres transformacji ustrojowej sprawił, że Skrzetuski mógł, nareszcie legalnie, rozwinąć skrzydła. Jako jeden z pierwszych w Łodzi, otworzył Kantor Wymiany Walut. Interes szedł wyśmienicie. W pierwszej połowie lat dziewięćdziesiątych miał już sieć kantorów w Łodzi i okolicach. Liczył się w tej branży.
W dziewięćdziesiątym ósmym kupił obszerny dom przy Parku Julianowskim i prawie nowy samochód. Mercedes 300E. Niewątpliwie był człowiekiem sukcesu tamtych lat. Czuł jednak pewien niepokój i niedosyt. Niepokoił go fakt, że interesy idą za dobrze.
„To się musi szybko skończyć” – Taka myśl, czy raczej przeczucie, nie odstępowało go ani na chwilę.
W branży wymiany walut zrobiło się ciasno. Doszedł do wniosku, że trzeba od tego uciekać. Zaczął inwestować w import paliw i alkoholu. Szybko zmienił to na handel hurtowy tekstyliami. Import ze wschodu i Azji. Obecnie posiada kilkanaście hurtowni w całym kraju. Przynoszą niezły zysk. Swoje kantory sprzedał w odpowiednim czasie i dlatego na nich nie stracił.
Niedosyt sprawiała mu siedząca gdzieś z tyłu głowy myśl o tym, że brakuje mu czegoś co by go nobilitowało. Nigdy nie porzucił myśli o tym, aby zrobić sobie przyjemność i wykorzystać fakt posiadania tak szlachetnego i znanego, dzięki Sienkiewiczowi, nazwiska jakie posiadał. Zdobył się nawet na przeczytanie całej trylogii Sienkiewicza. Zaznaczył tam wszystkie miejsca w których wymieniona była postać Jana Skrzetuskiego.
Wyczytał gdzieś, że Sienkiewicz wzorował tą postać na prawdziwym, żyjącym w siedemnastym wieku, szlachcicu, pułkowniku Mikołaju Skrzetuskim herbu Jastrzębiec. Był przekonany, że jest potomkiem Mikołaja. Przecież pochodzili z tych samych stron. To na pewno nie przypadek, uważał.
Mikołaj Skrzetuski urodził się w ubogiej rodzinie szlacheckiej w Rożnowie, w Wielkopolsce, a on, Marian Skrzetuski prawie obok w Obornikach. Postanowił, że to trzeba wykorzystać.
Dowiedział się o istnieniu kilku mniej lub bardziej poważnych ugrupowań monarchistycznych. Każde z nich posiadało swoich pretendentów do tronu w odnowionym w przyszłości Królestwie Polskim. Tylko jedno z ugrupowań, powstałe w 1991szym zainteresował go bardziej. To Polski Ruch Monarchistyczny. Jego przywódcą jest Jego Królewska Wysokość Regent Polski i PRM Leszek Wielki Książe Wierzchowski, Wielki Kniaź Ukrainy-Rusi, Kniaź Imperium Rosji, Emir Tatarów.
Skrzetuski z początku nie chciał uwierzyć, że to poważna organizacja. Jego umysł przyzwyczajony do racjonalnego myślenia i logicznej analizy zjawisk i ludzkiego postępowania wyraźnie mówił mu, że to jakieś bzdury. Zdobył się jednak na przestudiowanie statutu Ruchu. Polecił też jednemu ze swoich pracowników, młodemu chłopakowi po studiach historycznych, na zebranie wszystkich możliwych informacji o tym Ruchu i panu Leszku Wierzchowskim.
Po tygodniu wiedział już na tyle dużo, że podjął decyzję i złożył Deklarację Członkowską z prośbą o przyjęcie go w poczet członków Ruchu. To co na jego decyzję wpłynęło to fakt, że Polski Ruch Monarchistyczny ma prawo potwierdzania starych tytułów szlacheckich i arystokratycznych i nadawania nowych za zasługi: dla dobrego imienia Polski, zasługi twórcze, naukowe, na polu rozwoju gospodarczego kraju, za działalność charytatywną i krzewienie idei monarchii.
Swój wniosek o członkostwo poparł sporym datkiem pieniężnym przeznaczonym na rozwój Ruchu. Trochę zmartwił go jeden z warunków przyjęcia do Ruchu, ale tylko trochę. Nie takie przeszkody pokonywał. Ogólnie warunki te uważał za zbiór nic nie znaczących bzdur, które tak są sformułowane, że z zasadzie każdy może być do Ruchu przyjęty, byleby był, jak to sformułowano osobą co najmniej średnio zamożną
„Aha!” – pomyślał – „Wierzchowskiemu chodzi o takich członków, których można doić… Co mi tam. Dam się trochę wydoić. Stać mnie na to. Ważne abym osiągnął to co chcę”
Ten warunek, który musi przeskoczyć, to posiadanie co najmniej średniego wykształcenia. On niestety, uczęszczał kiedyś do Zasadniczej Szkoły Zawodowej i pobierał tam nauki w zawodzie cieśli budowlanego. Niestety, uczulenie na zapach wiór rżniętego drewna sprawiło, że rozstał się ze szkołą już na drugim roku. A potem jego życie się tak potoczyło, że nie miał więcej ani czasu, ani potrzeby pobierania nauk.
Zakręcił się trochę koło sprawy swojego wykształcenia i już po następnych dwóch tygodniach miał maturę z Technikum Mechanicznego i dyplom magistra inżyniera mechanika z Politechniki Łódzkiej. Dosłał kopie tych dokumentów do Ruchu, wraz z kolejnym sporym, dobrowolnym datkiem pieniężnym i już na najbliższym posiedzeniu Rada Regencyjna Polskiego Ruchu Monarchistycznego pozytywnie zaopiniowała jego Deklarację Członkowską.
Zaraz po przyjęciu go w poczet tego elitarnego Ruchu, rozpoczął obszerną korespondencję z Radą Regencyjną i samym Wielkim Księciem Wierzchowskim domagając się w niej potwierdzenia jego prawa do tytułu szlacheckiego i herbu Jastrzębiec. Rada zajęła się jego prośbą i rozpoczęła proces poszukiwania korzeni Mariana Skrzetuskiego.
Niestety Rada stwierdziła, że jest to proces czasochłonny i kosztowny. Skrzetuski się tym nie przejął i płacił za przegląd archiwów w Polsce i innych krajach Europy. Ostatnio dowiedział się, że najprawdopodobniej, najważniejszy dokument w jego sprawie znajduje się w archiwum w Moskwie. Z przyczyn oczywistych, dostęp do tego archiwum jest bardzo utrudniony, ale jest możliwość dostania się tam drogą okrężną za pośrednictwem Pretendenta do tronu Rosji, Pawła II, który chwilowo ma swoją siedzibę w Peru. Będzie to jednak bardzo kosztowne.
Wymieniona suma zdenerwowała Skrzetuskiego. Wpłacił ją i jednocześnie w ostrych słowach zapowiedział, że są to ostatnie pieniądze jakie przeznacza na ten cel. Jak okaże się, że starania Rady Regencyjnej nie przyniosą spodziewanego rezultatu, to on Skrzetuski, zwróci się do konkurencyjnych ruchów monarchistycznych w Polsce, których przecież nie brakuje, i ma już sygnały, że uzyska stamtąd to co oczekuje.
Rada Regencyjna odpowiedziała mu, że sprawa jest bliska pozytywnego zakończenia i z pewnością otrzyma potwierdzenie szlachectwa z końcem bieżącego roku. To jest 2008go. Pewnie po to, aby nieco załagodzić sytuację Rada Regencyjna jednogłośnie uczyniła Mariana Skrzetuskiego Kawalerem Rycerzy Zakonu Korony Polskiej.
Został zaproszony do Katowic, do siedziby Zakonu. Spotkał tam Regenta Leszka Wielkiego Księcia Wierzchowskiego i mógł osobiście wyrazić swój zawód z powodu przeciągającej się sprawy potwierdzenia jego praw do tytułu szlacheckiego i herbu oczywiście. Wielki Książe Wierzchowski zapewnił go, że sprawa jest na finiszu i być może jeszcze na początku listopada zostanie zakończona pozytywnie.
Ucieszyło to bardzo Skrzetuskiego. Byłby to najwspanialszy podarunek urodzinowy. Tymczasem Wielki Mistrz wręczył mu Order Zakonu Rycerzy Korony Polskiej drugiej klasy. Krzyż tego Orderu Marian ma zamiar założyć na szyję w dniu swoich urodzin. Trochę martwi go to, że krzyż ten nosi się na szerokiej jasnobłękitnej wstędze i że nie za bardzo będzie to pasowało do purpurowego pasa jaki będzie miał przy swoim, uszytym specjalnie na tą okazję surducie. Na uroczystości wręczenia Orderu w Katowicach, Skrzetuski miał na sobie frak i z Krzyżem Orderu na szyi. Wyglądał bardzo dostojnie. A jak to będzie wyglądało, gdy włoży surdut?
Po uroczystości Skrzetuski zaprosił wszystkich obecnych, jakieś czterdzieści parę osób, na bankiet do restauracji w hotelu, w którym się zatrzymał.
Następnego dnia w domu, natychmiast przebrał się w surdut, na szyi zawiesił Krzyż i dłuższą chwilę przeglądał się w lustrze. Wahał się czy aby na pewno pomysł z surdutem jest dobry. Gdyby ten Krzyż miał inną wstęgę, nie błękitną, a na przykład czerwoną to chyba by całość wyglądała lepiej.
Postanowił zasięgnąć opinii domowników. W domu akurat byli tylko żona, syn, szwagier i Wokulska. Wszyscy stwierdzili, że błękit wstęgi bardzo pasuje do purpury pasa. Mówili tak z różnych powodów, których rzecz jasna nie ujawniali przed Marianem.
Helena obawiała się, że gdy Marian będzie niezadowolony z zestawienia barw, to będzie zamawiał nowy surdut i pas, a to będzie kosztować, i możliwe, że mąż spróbuje przyhamować wydatek sporej sumy na jej kreację, która też będzie sporo kosztować. Lepiej niech będzie zadowolony z tego co ma.
Julian zły był, że ojciec odciągnął go od lektury kryminału. Chciał wrócić jak najszybciej do swojego pokoju
„Tato, wyglądasz świetnie! Te kolory pasują do siebie perfekcyjnie. Nic nie trzeba zmieniać… Mogę już odejść? Muszę przyszykować materiały na jutrzejsze wystąpienie na zebraniu w pracy…”
Wokulska piała z zachwytu
„Wyglądasz bardzo dostojnie Marian. Szkoda, że nie ma tu teraz telewizji. Naprawdę, ten medal i ten surdut pasują do siebie…”
„To nie medal Ireno, tylko Krzyż Orderu Zakonu Rycerzy Korony Polskiej… Ale dziękuję ci za twoją opinię. Bardzo sobie ją cenię”
„Wyglądasz jak pajac. Ludziska się uśmieją na twoich urodzinach. Cieszy mnie to”
Ale tego Irena Wokulska głośno nie powiedziała, tylko tak sobie z uciechą pomyślała.
„Zaraz! Zaraz. Czy ktoś tu mówił o telewizji?… Mam nowy aparat fotograficzny… Cyfrowy. Zrobię ci kilka zdjęć i natychmiast będziesz mógł się na nich zobaczyć. Poczekaj chwilę”
Karol pobiegł do swojego pokoju i po chwili wrócił z aparatem. Zrobił Marianowi kilka zdjęć. Skrzetuski pozował do nich jak zawodowy model. Już po chwili zebrani pochylili się nad małym ekranikiem aparatu i podziwiali rezultat.
„Wyglądasz świetnie, Marian. Wszystko dobrze na tobie leży i pasuje” – stwierdził Karol.
I w ten oto sposób Marian Skrzetuski pozbył się wątpliwości co to zestawu kolorów wstęgi Krzyża i pasa surduta.
A tymczasem zbliżał się ósmy listopada, dzień jego sześćdziesiątych urodzin. W 2008mym wypadał w sobotę. Skrzetuski zdecydował, że będzie den dzień obchodził z wielką pompą, chociaż tylko wśród najbliższych, oraz osób, które „musi” zaprosić ze względów biznesowych.
Zrobił listę osób, które zaprosił. Delikatnie wypytał się kto z kim przyjdzie oraz sam na kartce rozplanował, gdzie kto będzie siedział przy stole. Jeśli chodzi o domowników to sprawa była prosta. On z Heleną. Karol, brat Heleny, który niedawno pogodził się żoną i wrócił do niej, przyjedzie z nią oczywiście.
Biskup Andrzej Skrzetuski, jego brat, zwykle przyjeżdżał sam. Od niedawna jednak przyjeżdża ze swoim sekretarzem, młodziutkim, uroczym księdzem Szymonem. Ksiądz Szymon nie tylko jest jego sekretarzem. Jest również jego kierowcą. Mieszkają w dwóch wolnych pokojach na poddaszu. Ponieważ Biskup Skrzetuski ma bardzo dużo pracy, często zamyka się ze swoim sekretarzem w pokoju, wyciągają laptopa i pracują razem prawie do rana.
Julian, syn Skrzetuskich, mimo iż kilka miesięcy temu skończył trzydziestkę, jest nadal kawalerem i mieszka z rodzicami. Ojciec polecił mu, aby przyszedł z jakąś koleżanką, byle nie zamężną. Nie wypada, aby w jego wieku być bez kobiety. Ludzie pomyślą sobie Bóg wie co.
Najwięcej problemu było z Justyną. Oznajmiła, że przyjdzie ze swoim chłopakiem.
„O! to wspaniale!” – ucieszyła się matka
„A kto to jest?” – zapytał ojciec, który nagle poczuł jakiś niepokój
„Znacie go. To Marek… Byłam z nim na studniówce…”
„Nie pozwalam! Nie wolno ci się zadawać z tym gołodupcem i do tego synem wariatki!… Już żeśmy o tym rozmawiali…”
„Uspokój się Marian, bo ci pompka wysiądzie, przecież nie biorą ślubu…”
„Ślub! Jeszcze by tego brakowało!…”
„Jeśli nie mogę przyjść z Markiem to nie muszę być na twoich urodzinach” – stwierdziła Justyna i zaraz dodała uszczypliwie – „Pomyśl tylko co ludzie pomyślą, jak zobaczą, że córki nie ma na tak ważnej uroczystości”
„Heleno! Ja oszaleję! Jak ty ją wychowałaś?!”
Ostatecznie Helena przekonała męża, że jednak lepiej będzie jak Justyna przyjdzie z Markiem, niż gdyby jej nie było.
W tygodniu przed urodzinami wypożyczył duży, specjalny namiot oraz stoły i krzesła dla trzydziestu osób. Fachowcy z firmy, która się trudni wypożyczaniem takich namiotów ustawili go w ogrodzie z tyłu willi Skrzetuskich. W namiocie zainstalowali cztery potężne grzejniki na gaz z butli. Próba ogrzania namiotu wypadła pomyślnie.
Ponieważ Irena Wokulska zaprotestował i powiedziała, że ona nie czuje się na siłach obsłużyć tak wielką imprezę, a po za tym chociaż raz chciałaby siedzieć przy stole jak domownik, a nie jak kuchta, Helenie Skrzetuskiej nie pozostało nic innego jak zamówić obsługę i wszystkie dania w firmie cateringowej. Zrobiła to z pomocą Ireny Wokulskiej. A właściwie zleciła jej to zrobić.
Marian Skrzetuski dopisał Wokulską do listy gości. Ale zanim to zrobił, zwrócił się do niej z prośbą
„Chciałbym Ireno, abyś uczyniła mi pewną przysługę. Dobrze zapłacę, pod warunkiem, że nikomu o tym nie powiesz”
„Mam nadzieję, Marian, że to nie chodzi o jakieś świństwo?” – zapytała żartobliwie
„Ależ, uchowaj Boże!… Chodzi o to, że chciałbym abyś…”
Marian ściszył głos do szeptu i przez chwilę wyjaśniał Irenie co ma zrobić
„A jednak chodzi o świństwo…”
„Może świństwo, ale konieczne… No i nie takie jak myślałaś…”
„No wiesz, świntuch jesteś Marian” – dodała z uśmiechem – „Jak dobrze zapłacisz, to masz to załatwione”
W dniu urodzin, Marian z wielkim żalem uzmysłowił sobie, że nie będzie mógł pokazać zebranym gościom, tak oczekiwanego przez siebie prezentu z Polskiego Ruchu Monarchistycznego. Po prostu nic w jego sprawie nie posunęło się do przodu.
Wczesnym popołudniem zaczęli się zjeżdżać zaproszeni goście. Niemal wszyscy przyjechali taksówkami. Jako nowocześni, świadomi obywatele nie będą przecież, po takiej imprezie, na której będzie sporo alkoholu, siadać za kierownicą jak jacyś menele.
Wszyscy byli witani przez jubilata na progu domostwa. Marian przyjmował od nich życzenia, a jeden z najętych kelnerów serwował powitalne drinki, po czym goście wręczali jubilatowi upominki urodzinowe.
Olbrzymia większość upominków wyglądała jednakowo i znalazła miejsce w wewnętrznej kieszeni surduta Mariana. Z daleka mogło to wyglądać na to, że Marian jest zapalonym kolekcjonerem białych kopert. Taką radość sprawiał mu ich widok.
Jednym z nielicznych gości który się wyłamał i podarował mu coś innego był Przewodniczący Solidarności z jego łódzkiej hurtowni. Wręczył mu potężny, blisko metrowej wysokości, kryształowy puchar z metalową plakietką, na której była odpowiednia dedykacja.
Puchar chyba nie należał do rzeczy, które Skrzetuski kolekcjonował, bo podziękował za niego z miną, która z trudem ukrywała dezaprobatę. Prezent raczej nie trafiony.
Jako ostatni, prezenty wręczyli mu najbliżsi. Irena Wokulska rozwinęła przed nim sporych rozmiarów haftowany sztandar z herbem Jastrzębiec. Wprawiło go to w nieukrywany zachwyt. Sztandar był naprawdę doskonale zrobiony. Wiernie odtworzono herb Mikołaja Skrzetuskiego. W polu błękitnym podkowa ocelami do góry, w niej krzyż kawalerski złoty, w klejnocie nad hełmem w koronie Jastrząb ze złotymi dzwonkami u łap, trzymający w prawym szponie, taką samą podkowę z krzyżem jak na tarczy.
Sztandar wywarł ogromne wrażenie nie tylko na samym jubilacie. Kilku z obecnych panów natychmiast otoczyło Wokulską i starali wyciągnąć od niej, gdzie taki sztandar można zamówić. Byli to Kawalerowie z tego samego Zakonu co Skrzetuski.
„Moi panowie, Musicie wiedzieć, że to nie są tanie rzeczy, Takie sztandary haftowane są ręcznie, zabiera to dużo czasu. No i materiały… Samych złotych i srebrnych nitek jest tu z kilogram”
Wokulska zwietrzyła interes, Wygląda na to, że opłacało się siedzieć we cztery i haftować ten idiotyczny sztandar
„Tacy sami próżni idioci jak Marian… Niech płacą. Mają forsę” – pomyślała.
Wszyscy Kawalerowie złożyli zamówienia. Wokulska domagała się zaliczek, dostała je, w zamian podała adres jednej ze swoich przyjaciółek na który panowie Kawalerowie Zakonu Rycerzy Korony Polskiej mają przysłać wzór, możliwie szczegółowy, swoich herbów.
„No to mam ja i dziewczyny roboty na co najmniej rok…” – pomyślała ucieszona.
Po Wokulskiej do jubilata podszedł jego syn Julian w towarzystwie wyższej od niego, straszliwie chudej niewiasty w wieku trudnym do określenia, ale zdecydowanie wyższym niż trzydzieści lat.
Julian wręczył ojcu album. Po rozłożeniu okładek albumu, rozwijał się model willi Skrzetuskich misternie wykonany ze sprasowanych źdźbeł słomy. Słoma ta pochodziła z więziennych materacy i całe to dzieło kosztowało Juliana w sumie kilkadziesiąt paczek papierosów.
Artysta, który był osadzony w więzieniu na Sikawie w którym pracował Julian, nigdy nie widział willi Skrzetuskich. Dzieło przez niego wykonane wzorował na kilku fotografiach dostarczonych mu przez Juliana. Ojcu album bardzo się podobał, ale nie przebił Sztandaru od Wokulskiej.
Brat Mariana, Biskup Andrzej Skrzetuski podszedł do jubilata ze swoim sekretarzem księdzem Szymonem. Wręczyli mu wspólnie kartonową teczkę zawierającą czarnobiałe rysunki ilustracji do pierwszego wydania Trylogii Sienkiewicza. Wśród nich trzy przedstawiające Jana Skrzetuskiego, „Spotkanie Skrzetuskiego z Chmielnickim na Dzikich Polach”, „Przeprawa Skrzetuskiego przez staw” i „Skrzetuski przed królem w Toporowie”.
„Zauważ drogi bracie, że są to oryginały wykonane przez Juliusza Kossaka. Mój Szymonek… To jest, chciałem powiedzieć, mój sekretarz, ksiądz Szymon odnalazł te rysunki w pewnym antykwariacie w Wiedniu.”
„Piękne. Naprawdę piękne…” – zachwycał się Marian – „Zaraz po niedzieli każę je pięknie oprawić”
Po chwili do ojca podeszła córka z Markiem. Marianowi wyraźnie popsuł się humor, chociaż starał się to ukryć. Podał nawet Markowi rękę na powitanie.
„Od nas, ojcze, dostajesz książkę, która powinna znaleźć się na honorowym miejscu w twojej biblioteczce. Dzieło to nosi tytuł „Milenium” i napisał je Wielki Książe Wierzchowski, kiedy jeszcze nie był Wielkim Księciem, tylko zwykłym Leszkiem Wierzchowskim, dziennikarzem piszącym we wrażych komunistycznych pismach.
Akcja tego dzieła rozgrywa się w gdańskiej stoczni w najgorętszych dniach 1980go roku… Podkreślam, że dzieło to znalazł Marek w pewnej księgarni na Piotrkowskiej, w której pracuje jego kolega. Książka ta leżała w ledwo co rozpakowanej paczce przysłanej od wydawcy. Z jakiegoś powodu cała paczka leżała w piwnicy księgarni wśród innych starych książek przeznaczonych na makulaturę. Cieszymy się, że udało nam się uratować ten egzemplarz dla ciebie. To naprawdę biały kruk…”
Ojciec podziękował jej zdawkowo, jednocześnie zastanawiając się czy w wypowiedzi córki była ironia, czy tylko jemu się tak wydaje. Uznał, że powinien coś powiedzieć, ale za bardzo nie wiedział co, a nie chciał zadrażniać sytuacji przed niespodzianką jaką dla niej i Marka przyszykował. Zadał więc tylko pytanie
„Co to znaczy – biały kruk?”
„Tak ojcze, nazywa się cenne książki, które niezwykle rzadko można spotkać…”
„Ona ma rację, bracie… Białe kruki to naprawdę cenne egzemplarze” – przerwał Justynie wujek biskup.
Przechodził właśnie obok i usłyszał ostatnie słowa rozmowy Mariana z córką. Nie wiedział o czym rozmawiają, ale widząc wątpiącą minę brata, potwierdził, że faktycznie, białe kruki to rzadko spotykane cenne książki. Dzięki temu niechcący zapobiegł awanturze, ponieważ Marian doszedł właśnie do wniosku, że zarówno ten podarunek, jak i wypowiedź córki to jednak ironia i naśmiewanie się z jego dążeń do odzyskania należnego mu tytułu szlacheckiego.
Wypowiedź brata uspokoiła go, choć nie całkiem usunęła przekonanie o ironii jaką jednak wyraźnie słyszał w głosie córki.
Następny z prezentem urodzinowym podszedł szwagier Karol von Reichenau z małżonką Zofią Rychter. Przynieśli ze sobą plaski pakiet zapakowany w szary papier. Pakiet miał wymiary metr trzydzieści na osiemdziesiąt pięć centymetrów i był dosyć ciężki. Złożyli Marianowi stosowne życzenia i poprosili o odpakowanie prezentu. Nie musieli mu tego powtarzać dwa razy. Marian pałał ciekawością co tam może być. Szybko rozpakował prezent nie starając się, aby rozwinąć papier, tylko brutalnie go rozerwał.
Oczom zebranych ukazał się portret Mariana Skrzetuskiego w surducie, z Krzyżem Orderu wiszącym na szyi na błękitnej wstędze. To nic, że w proporcjach był około dwóch razy większy od oryginału, ale za to wyraźnie widoczny ze wszystkimi szczegółami.
Na portrecie Marian stoi z dumnie uniesioną głową, z kciukiem prawej dłoni za purpurowym pasem widocznym z poza odsłoniętej poły surduta. Stoi tak dumny i wzniosły na tle swojej willi i widocznych trzech masztów z trzema polskimi flagami. Na szczęście artysta nie umieścił obok willi, paskudnych szarych domów sąsiadów i willa sprawiała wrażenie zamożnej rezydencji. W lewym górnym rogu umieszczony był dyskretnie wyłaniający się z białego obłoku na bardzo błękitnym niebie herb Jastrzębiec. Całość oprawiona była w bogato złoconą ciężką ramę szeroką na co najmniej dwanaście centymetrów. Po raz drugi tego dnia, Marian odczuł zachwyt.
„Kiedy zostało to namalowane?… Przecież nie pozowałem do obrazu” – zapytał nie ukrywając zachwytu
„Prawdziwy artysta nie potrzebuje modelu by stworzyć dzieło” – stwierdził Karol – „Pamiętasz Marian, jak wróciłeś z Katowic i przymierzałeś surdut, to pstryknąłem ci kilka fotek. W zupełności wystarczyły artyście do namalowania twojego portretu. Podoba ci się?”
„Nooo” – tylko tyle zdołał odpowiedzieć zauroczony pięknością portretu Skrzetuski.
Jako ostatnia z podarunkiem urodzinowym podeszła do niego żona. Po złożeniu życzeń i gorącym ucałowaniu męża wyjęła z torebki pudełeczko jakie zazwyczaj załączają jubilerzy do swoich wyrobów
„Otwórz to Marian i pokaż jaką masz kochającą żonę”
Marian otworzył pudełeczko. W środku, na wyściełanej ciemno błękitnej podstawce spoczywał potężny, złoty sygnet z herbem, o średnicy nieco większej niż stara pięciozłotówka z rybakiem z czasów PRLu. Herb przedstawiał Jastrzębca. Dokładnie takiego do jakiego Skrzetuski uzurpował sobie prawo. Pod herbem na symetrycznie rozwiniętej wstędze widniało jego imię i nazwisko. To już po raz trzeci tego dnia Marian odczuł zachwyt.
„Naprawdę udany dzień” – pomyślał i zaraz zapytał – „Heleno, gdzie zdobyłaś tak śliczny klejnot?!”
„Pozwól kochanie, że pozostanie to moją tajemnicą” – odparła Helena.
Wolała nie zdradzać się z historią sygnetu. Nie chciała mężowi psuć humoru. Przynajmniej nie teraz. Będąc kilka miesięcy temu w jakiejś sprawie w Poznaniu, natknęła się niedaleko Rynku na mały sklepik z numizmatami. Ponieważ interesują ją takie rzeczy, weszła do środka. W gablocie ze starociami ujrzała srebrny sygnet.
Marian ciągle opowiada i zanudza wszystkich o „swoim” herbie tak że mało kto z rodziny i bliskich nie wie jak wygląda herb Jastrzębiec. Poznała go natychmiast. Poprosiła o pokazanie go. Stary sprzedawca, a zarazem właściciel sklepiku chętnie jej go udostępnił.
„To jeden z wielu sygnetów rodu Myszkowskich” – oznajmił
„Myszkowskich… Nie Skrzetuskich?” – zapytała
„Skrzetuskich z pewnością też. Ten herb w Polsce, na przestrzeni ostatnich kilku wieków należał do ponad tysiąca siedmiuset rodów. Nat tym jest nazwisko Myszkowski”
Istotnie na wstędze pod herbem widniało to nazwisko. Helena szybko się zdecydowała
„Biorę go. Ile pan sobie za to życzy?”
Stary zwietrzył dobry interes i podał solidnie zawyżoną cenę. Helena zapłaciła bez protestu.
W Łodzi poszła z nim do znajomego jubilera, którego znała jeszcze z czasów panieńskich
„Zrób mi Jasiu, dokładnie taki sam złoty, tylko zmień napis na Marian Skrzetuski”
„Lepiej i dużo taniej wyjdzie Helenko, jak go solidnie pozłocę.”
„A czy to się nie zetrze?”
„Nie ma prawa”
„No to rób, jak uważasz… tylko pamiętaj o zmianie napisu”
„Oczywiście”
W taki oto sposób Marian Skrzetuski, herbu Jastrzębiec stał się posiadaczem rodowego sygnetu.
Wręczanie prezentów urodzinowych dobiegło końca. Marian poprosił gości do ogrodu, do namiotu, w którym odbędzie się przyjęcie.
„Proszę się nie obawiać. Mimo że to już listopad, na pewno nie będzie nam zimno. Mamy tu wydajne ogrzewanie gazowe, a gdyby to nie wystarczało to będziemy się grzać chemicznie” – zakończył żartobliwie wskazując na liczne butelki z trunkami
„He! He! He!” – zarechotali goście.
Pani domu poprosiła gości, aby zwrócili uwagę na wizytówki z ich imionami i poprosiła, aby siadali do stołu tam, gdzie jest ich imię i nazwisko. W czasie, gdy goście szukali swoich miejsc Skrzetuski podszedł do szwagra. Odciągnął go na bok i rozpoczął szeptem
„Słuchaj Karol, czy ten artysta co namalował mój portret mógłby zmienić na nim parę szczegółów?”
„A co, jest na nim coś nie tak?”
„Ależ skąd! Jest fantastyczny. Chciałbym tylko aby dodać na środkowym palcu prawej dłoni, którą widać na portrecie, mój sygnet, który dzisiaj dostałem od Heleny, no i żeby na jednym z masztów powiewał sztandar od Ireny”
„Sztandary nie zawiesza się na maszty…”
„Nie szkodzi. Chcę, aby mój tam powiewał”
„Masz to załatwione, ale myślę, że malarz będzie chciał mieć dopłatę…”
„Zapłacę, ile potrzeba”
Zakończyli rozmowę i wrócili do stołu. Po krótkiej chwili wszyscy siedzieli na swoich miejscach. Skrzetuski siedział u szczytu stołu. Po prawej stronie siedziała Helena a po lewej jego brat ze swoim sekretarzem. Obok matki usiadł ich syn Julian ze swoją towarzyszką. Naprzeciw niego siadła Justyna i Marek. Zaraz za nimi, po obydwu stronach stołu zasiedli Kawalerowie ze swoimi damami, z tego samego zakonu co Skrzetuski. Reszta gości według znaczenia jakie mieli dla jubilata, siedziała dalej od niego. Na przeciwległym szczycie stołu zasiadła Irena Wokulska.
Jubilat dał znak kelnerom. Odkorkowano butelki szampana. Wypito jego zdrowie. Ktoś zaintonował tradycyjne sto lat, ale towarzystwo nie podjęło tego plebejskiego sposobu uczczenia jubilata.
Wniesiono przystawki. Dwaj kelnerzy uwijali się sprawnie. Nikt nie został pominięty przy rozlewaniu pierwsze kolejki szwedzkiej wódki Absolut. Zanim zjedzono przystawki kelnerzy uzupełnili kieliszki niektórych panów jeszcze dwa razy.
Gdy już prawie wszyscy zjedli i zmieniono nakrycia, wszedł szef kuchni i zapytał jubilata czy już podawać zupę.
„Tak, oczywiście, jak najbardziej”
Po chwili zaczęto wnosić talerze z kremową zupą ostrygową z rozmarynem. Gdy już prawie wszyscy mieli swoją zupę przed sobą, Skrzetuski zwrócił się głośno do jednego z kelnerów, tak aby wszyscy słyszeli
„Chwileczkę! Proszę zabrać temu panu talerz z zupą” – wskazał na Marka – „Pan Marek dostanie coś innego. Ireno przynieś dla pana Marka to co kazałem przygotować”
Gdy to wypowiadał, w teatralnie głośny sposób, przy stole ucichły rozmowy. Wzrok wszystkich obecnych skierowany był na Marka i Justynę. Irena Wokulska wyszła z namiotu. Po chwili wróciła z dużym talerzem czerniny. Postawiła go przed Markiem
„O! jaka pachnąca, wspaniała czernina. Uwielbiam to!” – zachwycił się Marek.
W rzeczywistości, w innych okolicznościach za żadne pieniądze nie wziąłby łyżki tego świństwa do ust. Był jednak uprzedzony o zamiarze Skrzetuskiego. Irena, chciała zepsuć przyjemność Marianowi, którego po prostu bardzo nie lubiła, i o wszystkim powiedziała Justynie. Ta z kolei uzgodniła z Markiem, że nie wydadzą się z tym, że wiedzą o zamiarze ojca. Marek obiecał zachwycić się czerniną i nawet może jej spróbować.
„Myślę, że pan wie, młody człowieku, co oznacza podanie czarnej polewki?”
„Ależ oczywiście! Czytałem Pana Tadeusza. To taka tradycja podać czarninę dla starającego się o rękę córki państwa domu. Oznacza to, że jego starania są odrzucone. Prawda?”
„No właśnie. I co pan na to?” – zapytał nieco zaskoczony Skrzetuski.
Nie takiej reakcji się spodziewał
„Nic. Nie staram się o rękę Justyny, więc mnie to nie dotyczy. Jesteśmy parą już od dawna”
„Nie rozumiem…” – wybełkotał Skrzetuski zmieszany
„To znaczy tatusiu, że żyjemy ze sobą…”
„Co to znaczy? Czy chcesz powiedzieć, że wy…”
„Jeszcze nie rozumiesz tatusiu? To może powiem to językiem, który jest dla ciebie bardziej zrozumiały – Tak. Pierdolimy się już od dawna!”
W tym momencie włączyła się matka, która zaczęła powoli wychodzić z szoku
„To nie miejsce i czas na takie rodzinne rozmowy córuś” – rzekła do Justyny stanowczo. A potem zwracając się do męża – „No i co żeś narobił idioto?”
Marian podniósł się od stołu i łapiąc się teatralnie za serce wykrzyknął
„Heleno!… Mam zawał!”
Po czym opadł na krzesło.
„Nie błaznuj Marian! Zastanów się jak z tego wybrnąć!”
„Heleno! Ja naprawdę mam zawał! Natychmiast wyrzuć z domu tą dziwkę!”
„Uspokój się idioto, bo naprawdę pompka ci wysiądzie! I nie mów tak o naszej córce”
Biskup Skrzetuski uznał za stosowne zareagować. Zwrócił się do Justyny
„Przeproś ojca, niewiasto grzeszna, za bluźnierstwa, które tu wypowiedziałaś!”
„Jakie bluźnierstwa?!” – zareagował Marek – „Ksiądz Biskup powinien najlepiej z nas wszystkich wiedzieć, że Justyna nie bluźniła, mogła co najwyżej wypowiedzieć się wulgarnie…”
„Bluźniła całym swoim zachowaniem wobec ojca. Zgrzeszyła wobec Boga żyjąc z tobą bez Sakramentu Ślubu…”
„Wynocha z mojego domu! natychmiast! Nie będę tolerował rozpusty pod moim dachem”
„Uspokój się Marian, bo ci pompka wysiądzie” – Helena powtórzyła po raz kolejny
„Skoro nie chcesz tolerować, jak to nazywasz, rozpusty pod twoim dachem, to z pewnością twój brat ze swoim sekretarzem też się muszą wynieść. Nie mów ojcze, że nie wiesz nad czym oni całymi nocami „pracują” w pokoju księdza Szymona…”
„Szymonku! Mam zawał! Wyprowadź mnie stąd” – to Biskup Skrzetuski zwrócił się do swojego sekretarza
„No już dobrze. Już dobrze. Wychodzimy stąd. Zaraz podam ci kropelki” – powiedział ciepło do Biskupa jego sekretarz, biorąc go pod rękę i wyprowadzając z namiotu.
W namiocie zapanowała na chwilę cisza. Goście nie wyglądali na zniesmaczonych, raczej na rozbawionych, chociaż starali się to ukryć. Nie wszystkim się to udawało. Towarzyszka Juliana nie mogła powstrzymać spazmatycznego śmiechu
„Gdzie ty mnie przyprowadziłeś? To naprawdę twoja rodzina?”
„Zamknij się!” – warknął przez zęby Julian
„Co?! Mam się zamknąć?! Mam w dupie taką imprezę. Idę do domu. Nie musisz mnie odprowadzać” – po czym podniosła się z krzesła i bez słowa wyszła z namiotu.
„No i widzisz coś narobił błaźnie!” – strofowała męża Helena
„Jeśli ona natychmiast nie zniknie mi z oczu, to dojdzie tu do tragedii!” – wykrzykiwał Marian
„Opuszczam ten zasrany, książęcy dom. Nie dlatego że mnie wyrzucasz, tylko dlatego że sama tak wybrałam! Chodź Marek, wychodzimy”
Ktoś z podpitych już gości Wzniósł toast
„Zdrowie zacnego jubilata!… Nie przejmuj się Marian, młodymi… Nie psuj sobie urodzin”
Ktoś inny dodał
„Racja! Zjedzmy wreszcie tą zupę, bo stygnie”
Któraś z pań zaczęła o swojej córce
„A nasza to lepsza?! W zeszłym roku na Wigilię, Araba przyprowadziła… Co za wstyd przed sąsiadami był”
„Tak, moja pani. Dzisiejsza młodzież żadnego respektu nie ma wobec rodziców…”
„Ani poszanowania…”
Atmosfera przy stole zaczęła robić się znośniejsza. Ponieważ kelnerzy nie dostali żadnych nowych dyspozycji, kontynuowali rutynowo obsługę gości. Nalewali trunki, zmieniali nakrycia i po kilkunastu minutach wszystko wróciło do normy.
Na szczęście po zawale Mariana nie było już śladu. Również zawał jego brata biskupa okazał się fałszywym alarmem. Wrócił ze swoim sekretarzem do stołu
„Przepraszam państwa, musiałem zażyć lekarstwo. Zawsze o tym zapominam. Dobrze, że mój sekretarz o tym pamięta”
Helena uznała za stosowne powiedzieć coś na temat tego co zaszło
„Wiedzcie moi drodzy, że ten młody człowiek, Marek, którego przyprowadziła córka, to bardzo wartościowy i zdolny chłopak. Niestety, pochodzi z patologicznej rodziny i nie chcielibyśmy, aby…”
„Jaki tam wartościowy. Dla takich patoli i gołodupców, w tym domu nie ma miejsca!” – przerwał jej Marian i zwracając się do syna – „A ty Julian, jako starszy brat Justyny powinieneś też zainteresować się tym z kim ona się zadaje i nie pozwolić na to, aby taki… Łajza, zawracał jej w głowie. Ja ciężko pracuję na ten dom i nie mogę się wszystkim zająć osobiście”
„Zajmę się tym, ojcze. On już nie będzie jej zawracał głowy. Będziesz zadowolony” – odparł Julian
„No, dobra! Kończymy z tym tematem! Bawmy się! Kelner!… Więcej wódki, proszę!” – zadecydował Skrzetuski.
Ktoś zaintonował „Sto lat” wszyscy to podjęli i nikt już nie pamiętał, że to takie plebejskie.
Tymczasem, po wyjściu z namiotu, Justyna i Marek udali się do jej pokoju. Justyna wyciągnęła dwie torby podróżne i zaczęła wyciągać swoje rzeczy z szafy. Niespodziewanie do pokoju weszła Irena Wokulska.
„A co ty tu dziecko robisz?” – zapytała
„Wynoszę się z tego domu, ciociu”
„Dokąd? Do Marka?”
„Mówiłem jej, że do mnie nie można. Mieszkam z babką w jednym pokoju z kuchnią. Justyna jest impulsywna i nie daje sobie wytłumaczyć, że ucieczka z domu teraz, nie jest dobrym pomysłem” – tłumaczył Marek Wokulskiej
„Poczekajcie chwilę. Muszę zadzwonić w jedno miejsce. Zaraz wrócę” – powiedziała Wokulska.
Wróciła po kilku minutach, akurat, gdy Justyna była już spakowana i gotowa do wyjścia
„Tu jest adres do mojej przyjaciółki Krystyny Chojnackiej, mieszka na Kozinach. Zgodziła się przenocować cię przez kilka dni. Potem musisz sobie coś znaleźć albo wrócić do domu. No i pamiętaj… Ja o niczym nie wiem”
„Dzięki, ciociu. Do tego domu na pewno nie wrócę”
„Coś wymyślimy” – dodał Marek
Wyściskali się z Ireną. Jeszcze w drzwiach usłyszeli
„Może potrzebujesz pieniędzy?”
„Nie ciociu. Mam trochę oszczędności”
Kilka dni po imprezie urodzinowej Justyny ciągle nie było w domu. Jej telefon pozostawał głuchy, gdy do niej telefonowali. Skrzetuski podejrzewał, że córka nie chce podjąć rozmowy, gdy widzi na telefonie, że to on, lub matka dzwoni. Telefonował kilka razy z pożyczonych telefonów z takim samym rezultatem.
Obydwoje z Heleną byli poważnie zaniepokojeni. Helena nakłoniła męża, aby zgłosić zaginięcie córki na policję. Skrzetuski ociągał się z tym trochę, ale po zasięgnięciu rady szwagra adwokata, uległ i zjawił się w Komendzie Dzielnicowej Policji przy ulicy Organizacji WiN.
Zgłoszenia zaginięcia córki nie chciano przyjąć, ponieważ, stwierdzono, córka jako osoba pełnoletnia ma prawo przebywać, gdzie chce i na razie, po kilku dopiero dniach nie ma żadnych przesłanek, aby zacząć ją poszukiwać. W takiej sytuacji Skrzetuski postąpił tak jak mu radził szwagier. Zgłosił zaginięcie lokatorki zamieszkującej u niego w domu, to jest Justyny Skrzetuskiej. Jej pokój jest nie zamknięty, rzeczy porozrzucane i nie ma jej od kilku dni. Nie powiedziała, że wyjeżdża
„A, to co innego. Takie zgłoszenie musimy przyjąć… Proszę powiedzieć, kiedy widział ją pan po raz ostatni?”
Skrzetuski opowiedział, że w ostatnią sobotę po południu wyszła z domu z pewnym młodym mężczyzną…
„Zna pan nazwisko tego mężczyzny?”
„Tak się składa, że znam. To niejaki Marek Gołębiowski…”
„Chwileczkę. Jak pan powiedział? Gołębiowski, Marek… Proszę poczekać. Zaraz wrócę”
Policjant wrócił po kilku minutach z jakimś cywilem
„Znał pan Marka Gołębiowskiego?” – zapytał cywil
„Co znaczy znał?” – zaniepokoił się Skrzetuski – „Znam go. Czy coś mu się stało?”
„Wczoraj nad ranem, to znaczy w środę dwunastego znaleziono go martwego na Marysińskiej 55 niedaleko miejsca zamieszkania. Został zamordowany. Pchnięto go kilkakrotnie nożem”
„A moja córka? Chyba była z nim? Gdzie ona jest?!”
„Znaleziono go samego. Mieszkał z babką. Babka jest w szoku, w szpitalu. Na razie nic nie możemy się od niej dowiedzieć. Skoro pan znał denata, dostanie pan wezwanie w celu identyfikacji zwłok. Pan komisarz je panu wypisze”
„Co z moją córką?!”
„Nic nie wiemy o niej, ale w tej sytuacji będziemy ją poszukiwać”
W drodze do domu różne myśli przelatywały mu przez głowę. Czuł jakiś niepokój, ale nie potrafił go zdefiniować. Oczywiście, martwił się o córkę. Nie wiedział, czy Justyna żyje, jeśli tak to czy wie o śmierci Marka i czy nie jest, nie daj Boże w tą śmierć jakoś zamieszana.
Martwiło go jeszcze coś. Chyba wiedział co, ale nie chciał tej myśli dopuścić do siebie. Do domu wszedł zdruzgotany. W kuchni zastał Helenę i Wokulską. Spojrzały na niego. Jego wygląd sprawił, że Helena z przerażeniem zapytała
„Mów! Stało się coś Justynce?!”
„Co? Nie… Nie wiem zresztą. Policja nic nie wie na jej temat. Jeszcze nie wie. Gdzie jest Julian?”
„Na górze. Właśnie wrócił z pracy. Mów co się stało. Wyglądasz strasznie, jakby ci zmarł nagle ktoś bliski”
„Zaraz bliski!” – żachnął się – „Tragedia się stała. Możemy mieć kłopoty. Zawołajcie na dół Juliana, nie chcę dwa razy mówić to samo”
Helena pobiegła po syna. Skrzetuski ciężko opadł na krzesło przy stole kuchennym
„Podaj mi wody Ireno, mam sucho w gardle”
Właśnie kończył pić drugą szklankę wody, gdy do kuchni wszedł Julian a za nim matka
„Co się stało tato? Mama jest przerażona…”
Skrzetuski przez chwilę przyglądał się synowi. Powoli odstawił szklankę na stół
„Marek, ten chłopak Justyny został zamordowany”
„Jezus, Maria! Kiedy? Gdzie?” – krzyknęła płaczliwie Skrzetuska
„No, to sprawa złego towarzystwa Justyny się rozwiązała. Powinieneś być, ojcze zadowolony. Chciałeś tego” – stwierdził Julian
„Milcz!… Nie o takim rozwiązaniu sprawy myślałem!”
„Przestańcie! Musimy jak najszybciej odnaleźć Justynkę!” – zażądała Helena
Nikt nie zauważył, że Irena Wokulska wyszła z kuchni. Poszła do swojego pokoju. Dokładnie zamknęła za sobą drzwi, wyjęła z kieszeni fartucha telefon, odszukała na nim numer do Krystyny Chojnackiej. Jeszcze raz upewniła się, że drzwi są zamknięte i po chwili zaczęła szeptem
„Słuchaj Krysiu…”
Około osiemnastej przed domem Skrzetuskich zatrzymała się taksówka. Wyskoczyła z niej zapłakana Justyna. Otworzyła zawsze zamknięte drzwi własnym kluczem. Z kuchni wyjrzała zaciekawiona Wokulska
„Wiesz już dziecko, co się stało?”
„Tak. Jadę prosto z policji… Gdzie oni są?”
Gdy to mówiła do kuchni weszła matka
„No, nareszcie córuś! My tu umieramy przez ciebie… Powiedz, gdzie byłaś?”
Justyna zignorowała pytanie matki
„Gdzie jest ojciec i Julian?!”
„Marian!!!…Julian!!! Zejdźcie na dół! Justynka się znalazła!” – zawołała Helena.
Po chwili zwróciła się do córki
„Pewno jesteś głodna? Irena zaraz zrobi ci coś ciepłego”
Justyna nie zdążyła odpowiedzieć. Do kuchni wszedł Julian i ojciec.
„Ty morderco!!!” – krzyknęła prosto w twarz bratu – „W zeszłym roku ci się upiekło! Ale tym razem nie ujdzie ci to na sucho! Zemszczę się!… Nie, nie pójdę z tym na policję. Tatuńcio sprawę zatuszowałby, jak ostatnio… Zabiję cię!!!”
Zanim ktokolwiek zdążył zareagować, wybiegła z domu, wpadła do czekającej taksówki i odjechała. W domu, Helena krzyknęła do męża
„Goń ją! Zatrzymaj! Nie pozwól jej odjechać!”
„Co będę ją ganiał po ulicy. Sama wróci jak głód zajrzy jej do dupy”
Julian, wyraźnie zmieszany wykrzyknął
„Wariatka! No Wariatka! Pies jej się przypomniał”
Miał na myśli pewne zdarzenie z ubiegłego roku. Julian od dzieciństwa bał się psów. Jako pięciolatek ugryziony był przez pekińczyka sąsiadów, kiedy jeszcze mieszkali na Retkini. Od tego czasu unikał psów. Dlatego w domu Skrzetuskich nigdy nie było psów, nad czym Marian bardzo ubolewał. Pies bardzo by się przydał do pilnowania domu.
W ubiegłym roku Julian, wracając z pracy został zaatakowany przez potężnego wilczura sąsiadów z przeciwka. Powiedzieć „zaatakowany” do duża przesada. Pies wydostał się na ulicę przez niedomkniętą furtkę i solidnie obszczekał Juliana. Ten, dobrze wystraszony narobił wielkiego krzyku. Sąsiad usłyszawszy to wypadł z domu i przywołał psa, który posłusznie do niego podszedł.
Julian nie chciał słuchać przeprosin sąsiada. Odgrażał się, że zrobi porządek z tym psem. Że zawiśnie on, ten pies, na latarni przed domem. I tak się stało. Poprzez swoje kontakty z kryminalistami w więzieniu, w którym pracował załatwił to, że któryś z osadzonych polecił swoim kumplom na wolności wykonać „wyrok” na psie.
Oczywiście sąsiad zawiadomił o wydarzeniu policję. Powoływał się na groźbę Juliana, że pies zawiśnie na latarni. Miał na to światków. Dwoje najbliższych sąsiadów, którzy wyszli z domów, gdy usłyszeli krzyki Juliana.
Policja skierowała sprawę do prokuratora. Skrzetuski zareagował na to po swojemu. Po pierwsze nakazał szwagrowi, aby wystąpił w obronie syna, a po drugie, wolał sam wziąć sprawę w swoje ręce i przekonał sąsiada do wycofania skargi.
Sąsiad, który akurat robił remont dachu na swoim domu dał się przekonać „argumentom” Mariana. „Argumenty” te starczyły z nawiązką na remont dachu.
To tamto zdarzenie z psem, z przed roku, przypomniała Justyna bratu.
To samo zdarzenie przypomniało się Skrzetuskiemu w komendzie policji, gdy dowiedział się o śmierci Marka. Tłumił to jednak w sobie. Nie dopuszczał do siebie myśli, że Julian mógłby być w jakiś sposób zamieszany w tą zbrodnię.
Kilka dni później Justyna spotkała przypadkowo koleżankę z podwórka z Retkini, Barbarę Mikulec. Basia jest starsza od Justyny o kilka lat. Kiedyś bardzo się ze sobą przyjaźniły. Ponieważ od lat się nie widziały, spędziły kilka godzin w kawiarni. Justyna zwierzyła jej się ze swoich zmartwień. Opowiedziała o śmierci Marka i o tym, że po awanturze w domu nie ma gdzie mieszkać.
„U mnie możesz zamieszkać. Mam czteropokojowe mieszkanie. Sama w nim mieszkam. Tylko… Nie wiem czy ci to będzie odpowiadać. Widzisz, często pracuję na własny rachunek i przyprowadzam sobie wtedy do domu gościa…” – spojrzała na Justynę – „Co tak patrzysz na mnie?… Zgorszona jesteś?… Tak. Pracuję w burdelu. Dzięki temu niezależna jestem. Mam własne mieszkanie, niezły samochód i odkładam na przyszłość”
„Nie! Nie, Basiu. Nie jestem zgorszona, tylko… Nigdy bym się tego po tobie nie spodziewała. Pamiętam ze szkoły, że byłaś zawsze najspokojniejsza z nas wszystkich. Byłaś bardzo religijna. Mama stawiała mi ciebie za wzór”
„To było kiedyś. Teraz się zmieniło. To jak? Chcesz ze mną zamieszkać? Jeśli tak, to możesz wprowadzić się od razu”
„Gdzie mieszkasz i ile mnie to będzie kosztować?”
„Na razie mieszkam na Julianowskiej niedaleko Łagiewnickiej w tych wysokich blokach… mam stamtąd blisko do Agencji Towarzyskiej w której pracuję… Jeśli chodzi o zapłatę to na pewno się dogadamy. Zobacz najpierw czy mieszkanie ci będzie odpowiadać”
Dwa dni po rozmowie z Barbarą, Justyna wyprowadziła się od Krystyny Chojnackiej. Mogła by tam mieszkać dłużej i do tego nic ją to by nie kosztowało. Chojnacka traktowała ją jak własną córkę, ale Justyna nie czuła się tam najlepiej.
Starsza pani była zbyt nadopiekuńcza i ciekawska. Justyna po przyjściu z uczelni nie miała praktycznie czasu dla siebie. Chojnacka przychodziła do jej pokoju z herbatką i ciastem własnego wypieku i zanudzała ją rozmową. Justyna doszła do wniosku, że u Barbary będzie czuć się swobodniej.
Mieszkanie Barbary bardzo jej się spodobało. Nowocześnie umeblowane drogimi meblami, na podłogach prawdziwe, wełniane, grube dywany. W przedpokoju, kuchni i łazience na podłodze prawdziwy marmur. W kuchni i łazience ściany wyłożone kafelkami z włoskiego kamienia morskiego. Wszystko urządzone ze smakiem.
W „jej” pokoju miała szerokie na metr dwadzieścia, wygodne łóżko, komódkę, biurko z wygodnym krzesłem i duży wiszący telewizor, no i co najważniejsze miała dostęp do Internetu. U Chojnackiej Internetu nie było. Barbara powiedziała jej, że ona w zasadzie w domu jada tylko późne śniadania. Obiady jada w Agencji a kolacje najczęściej z gośćmi.
„Sama musisz sobie przyrządzać posiłki. Na mnie nie czekaj z jedzeniem… Aha! Możesz sobie sprowadzać do domu gości”
„Dziękuję, ale nie zamierzam urządzać przyjęć czy imprez. Tak że nie będzie u mnie żadnych gości”
„Nie takich gości mam na myśli. Chodzi mi o sprowadzanie mężczyzn”
Barbara unikała nazywania swoich klientów klientami. Uważała, że to brzmi trochę wulgarnie. Wolała nazywać ich gośćmi. Tak zresztą wymagała od niej i od pozostałych trzech dziewczyn szefowa Agencji.
„Aha, mężczyzn… Nie myślę o tym. Nie wiem czy po Marku będę mogła być jeszcze z jakimś innym”
„Będziesz mogła. Będziesz. Zapewniam cię, że ci to minie. Młoda jesteś i nie brzydka. Nie umartwiaj się. To nie ma sensu… Wiem coś o tym”
Na początku grudnia konto Justyny zostało opróżnione. Miała własną kartę bankową, ale nie konto. Dysponował nim Skrzetuski. Tak samo jak kontem żony i syna. To on decydował o co miesięcznych przelewach pieniędzy na te konta. Justyna została praktycznie bez grosza.
Czwartego grudnia w czwartek, w Barburkę, zaczynała zajęcia na uczelni po południu, wyszła z domu po dziesiątej. Basia wróciła do domu nad ranem i jeszcze spała. Justyna pojechała tramwajem do śródmieścia. Chciała kupić Basi na imieniny jakiś drobiazg. W sklepie jubilerskim znalazła srebrny wisiorek z bursztynem. Basia lubi bursztyn. Gdy doszło do płacenia okazało się, że na koncie nie ma nawet złotówki. Błyskawicznie dotarło do niej, że zrobiła wielki błąd nie zakładając swojego konta i nie przelewając na nie tych trzydziestu paru tysięcy co miała jeszcze na koncie ojca. Teraz jest już za późno.
Wróciła do domu załamana. Basi nie było. Justyna nie poszła na zajęcia. Położyła się na łóżku zrezygnowana. Popłakała się. Nie wiedziała co robić. Do domu na pewno nie wróci. Musi rozejrzeć się za jakąś pracą. Ale za jaką? Z tego odrętwienia wyrwał ją dźwięk otwieranych drzwi wejściowych. Po chwili do pokoju zajrzała Barbara
„Co się stało? Nie poszłaś na zajęcia?” – zapytała
Justyna zerwała się z łóżka i z płaczem wtuliła się w ramiona Basi
„Jestem skończona. Chciałam ci kupić na imieniny jakiś drobiazg i okazało się, że moje konto jest puste. Ojciec mi je opróżnił. Mam tylko piętnaście złotych drobnymi. Nie wiem co robić. Muszę szybko znaleźć jakąś pracę. Nie wiem jak się za to zabrać”
„Spokojnie. Zaraz coś wymyślimy… Masz prawo jazdy?”
„Mam, ale nie jeździłam dużo”
„Nie szkodzi. Jest szansa, że dostaniesz pracę u nas w Agencji”
„W agencji? Nie chcę… ja się do tego nie nadaję”
„Po pierwsze, każda się nadaje. Po drugie nie musisz zaraz dawać dupy. Są tam też inne zajęcia”
„Jakie?” – zapytała zaciekawiona Justyna
„Bratanek Szefowej za tydzień musi stawić się odsiedzieć wyrok za jakieś machlojki. Dostał rok. W Agencji jest chłopakiem do wszystkiego. Jeździ po zakupy, trochę sprząta, odwozi pościel do pralni i takie tam. Mamy tam taki mały barek. Wieczorami sprzedaje w nim gościom drinki, rozwozi nas do gości, jeśli sobie tego zażyczą. Zdarza się, że odwozi do domów gości, którzy się u nas spili. Jeśli ci taka praca odpowiada, a musisz wiedzieć, że Szefowa dobrze płaci, to wieczorem pojedziesz ze mną do niej i sobie pogadacie”
„Dobrze Basiu. Mogę spróbować. Nie mam nic do stracenia”
Wieczorem, około dwudziestej Barbara zabrała samochodem Justynę do Agencji Towarzyskiej w której pracowała. Podróż zabrała im kilka minut. Agencja znajduje się w niepozornej willi z sześćdziesiątych lat przy ulicy Warszawskiej. Nic nie wskazywało na to, że mieści się tam znana w szerokich kręgach ekskluzywna Agencja Towarzyska.
Dzięki wysokim cenom za oferowane usługi jej klientela składała się z naprawdę zamożnych panów, w przeważającej części ze świata łódzkiego biznesu i polityki.
Szefowa, pani Halina, okazała się miłą panią po pięćdziesiątce. Bezdzietna wdowa, która nigdy nie pracowała. Została bez grosza, po samobójczej śmierci zamożnego męża, który cały majątek i zakład rzemieślniczy, przegrał w ruletkę w jakiejś łódzkiej melinie.
Pewnego razu, gdy już też była gotowa skończyć z sobą i szukała na cmentarzu odpowiedniej gałęzi, aby się powiesić natknęła się na młodą dziewczynę, która właśnie wpadła na taki sam pomysł i już go realizowała. Odratowała ją w ostatniej chwili, gdy ta już była nieźle podduszona. Na szczęście kręgi szyjne nie były naderwane.
Zabrała dziewczynę do domu. dowiedziała się, że to tania prostytutka. Ojciec wyrzucił ją z domu. nie ma gdzie mieszkać. Halina zaopiekowała się nią. Pozwoliła jej u siebie zamieszkać i nawet sprowadzać mężczyzn do domu. To był zalążek jej tak dobrze kwitnącego teraz interesu. Opowiedziała o tym Justynie a Justyna z kolei opowiedziała jej o sobie
„Może chciałabyś u mnie spróbować? Dziewicą chyba nie jesteś. To nie takie straszne. Jesteś nie brzydka. Panowie lubią taki typ urody”
„Dziękuję, ale nie na taką pracę liczę. Słyszałam, że…”
„Masz jakieś opory moralne?” – przerwała jej Szefowa
„Nie. Skąd. Po prostu nie widzę się w tej roli. Mogę robić tu co innego… Basia powiedziała mi, że wkrótce będzie pani potrzebowała kogoś z prawem jazdy…”
„Tak. Zgadza się. Ale to jest praca od rana do późnego wieczoru, a ty studiujesz”
„Jestem zdecydowana przerwać studia. Muszę przede wszystkim mieć pieniądze”
„Muszę to przemyśleć. Przyjdź jutro na dziesiątą. Przed południem jest tu spokój to sobie pogadamy. Teraz jestem zajęta”
Następnego dnia, w piątek, Justyna dostała pracę. Oczywiście, żadnych umów o zatrudnieniu czy innych formalności nie było. Szefowa stwierdziła, że jak będzie z Justyny zadowolona do jej u niej nie będzie źle. Gdyby jej ta praca nie odpowiadała to może sobie pójść, kiedy chce. Pracę ma zacząć od środy, siedemnastego grudnia, ale szefowa zapłaci jej za pół miesiąca, od poniedziałku, piętnastego.
W poniedziałki i wtorki Agencja jest zamknięta. Dziewczyny mają wolne, ją to też będzie dotyczyć. We wtorki przychodzą dwie sprzątaczki i robią solidne sprzątanie. Justyna musi być w pracy w środę już o siódmej, aby razem z Szefową zrobić listę zakupów i ogólny plan zajęć na cały tydzień.
Szefowa przedstawiła jej Józka, bratanka, który za kilka dni miał iść odsiedzieć wyrok. Poleciła mu wprowadzić Justynę w jej obowiązki które po nim przejmie.
Justynę zaskoczyło ogromne podobieństwo Józka do Juliana. Nie fizyczne. Nie. Józek jest szczuplejszy od jej brata i ma ciemne włosy. Jest też chyba od niego nieco młodszy. Podobieństwo tkwiło w sposobie bycia, wysławiania się i w takim samym wyrazie twarzy, całkiem bez wyrazu, z obojętnym spojrzeniem na rozmówcę. Każde wypowiedziane przez niego zdanie było jakby wymuszone. Na pytania nie odpowiadał od razu. Nie wynikało to z tego, że się nad odpowiedzią zastanawiał. Raczej sprawiało to wrażenie jak by się zastanawiał, czy warto odpowiadać. Justynę bardzo to irytowało, dokładnie tak samo jak u brata.
Od dzieciństwa miała słaby kontakt z bratem, ale była przekonana, że wynika to z dużej różnicy wieku między nimi. Przynajmniej tak wszyscy mówili. Teraz, w czasie rozmowy z Józkiem doszła do wniosku, że to raczej sprawa charakteru.
W poniedziałek z rana, Justyna pobiegła do Dziekanatu. Chciała złożyć wniosek o Urlop Dziekański. Słyszała ze są takie możliwości, ale nigdy się w to nie zagłębiała. Nie przypuszczała ze może być to jej potrzebne. W Dziekanacie dowiedziała się ze to nie taka prosta sprawa i że urlopu takiego nie dostanie. Przynajmniej na razie i na pewno nie od razu. Pani w sekretariacie odnosiła się do niej w nieprzyjemny sposób. Zdenerwowało ją to do tego stopnia, że całkiem spontanicznie rzuciła indeks i oznajmiła, że w takim razie rezygnuje ze studiów, po czym nie czekając na odpowiedź, trzasnęła drzwiami i wyszła.
Do Świąt Bożego Narodzenia zdążyła wciągnąć się w obowiązki w Agencji. Zaprzyjaźniła się z dziewczynami. Zdobyła sympatię gości. W barku, w którym wieczorami serwowała drinki dostawała spore napiwki. Dzieliła się nimi sprawiedliwie z dziewczynami, które tym chętniej namawiały swoich gości na pobyt przy bufecie.
W Święta Bożego Narodzenia, aż do drugiego stycznia, Agencja była zamknięta. Barbara zaproponowała Justynie wypad na kilka dni do Zakopanego. Nie wybierały się tam na narty. Chciały sobie tylko odpocząć, pochodzić trochę po Krupówkach odwiedzić dobre restauracje.
Zamówiły sobie apartament w Kasprowym. Pojechały pociągiem. Na miejscu jeździły taksówkami. Wieczorami, po powrocie do hotelu siadały razem na łóżku, każda ze swoim winem, które pociągały prosto z butelki i snuły marzenia o przyszłości. Basia marzyła o tym, aby wyjechać do Ameryki. Marzyła o Kalifornii.
„Wiesz, jeszcze najwyżej pięć lat i przestanę się kurwić. Wyjadę z Polski. Znajdę sobie w Stanach jakiegoś chłopa, najlepiej gdzieś na prowincji i zostanę porządną, amerykańską żoną”
„No a rodzice tu w Polsce? Zostawisz ich tak?”
„Mam ich w dupie. To oni mnie zostawili, gdy byłam w ciężkiej sytuacji… Wiesz. Byłam zamężna. Miałam męża, takiego jednego skurwysyna araba. Bił mnie. Raz chciał mnie wepchnąć do łóżka ze swoim kumplem. Nie chciałam, bo tamten był strasznie brudny i śmierdział… Pobił mnie strasznie. Trafiłam na miesiąc do szpitala. Bardzo wtedy potrzebowałam matki. Nie chciała mnie odwiedzić. Powiedziała, że mam co chciałam i że mogę teraz zdychać. Że ją już nic nie obchodzę”
„A ojciec?”
„Ojciec to religijny luj. Nie ma swojego zdania. Robi posłusznie wszystko co matka mu powie. Nigdy się mną nie interesował, jedynie zaganiał mnie co niedziela do kościoła” – po chwili powtórzyła – „Mam ich w dupie tak samo jak oni mają w dupie mnie”
Przez pewien czas pociągały w milczeniu swoje wina
„Wiesz pracuję już u Szefowej prawie trzy lata i jestem już panią. Mogłabym wyjechać do Stanów już dzisiaj, ale chcę jeszcze odłożyć więcej kasy. Nie chcę tam jechać z gołą dupą. Obliczyłam sobie, że za pięć lat będę tam mogła być niezależna finansowo przez jakieś pół roku. Powinno wystarczyć czasu, aby znaleźć chłopa”
„Jak trafiłaś do Agencji?”
„Jak leżałam w szpitalu, zaprzyjaźniłam się z taką jedną pielęgniarką. To ona skontaktowała mnie z Szefową. Dorabiała sobie u niej. Szefowa dała mi pokój w tym domu, który wynajmuje, tym, w którym jest Agencja. Ona zajęła się moim rozwodem. Dużo jej zawdzięczam”
„Nie żałujesz, że…”
„Co mam żałować?” – przerwała jej Baśka – „Byłam wtedy w strasznym dołku. Na poważnie myślałam o samobójstwie. Nie. Niczego nie żałuję…. Za pięć lat kończę z takim życiem. Zacznę od nowa”
Znów siedziały dłuższą chwilę w milczeniu.
„Też bym chciała wyjechać do Stanów, ale chyba nigdy nie będzie mnie na to stać” – powiedziała Justyna
„Nie mów nigdy – nigdy”
Dzień przed Sylwestrem, wybierały się, jak zwykle wieczorem, na spacer. Gdy już zjechały windą na dół, Barbara zauważyła, że nie wzięła telefonu
„Zaczekaj na mnie w holu przy wejściu. Zaraz wrócę…” – powiedziała do Justyny.
Justyna usiadła w fotelu przy recepcji i zaczęła przeglądać kolorowe pisma leżące obok na stoliku
„No! No! No! Popatrz Zosiu, kogo tu widzimy? Znaleźliśmy zgubę! Szwagier wypłaci nam niezłe znaleźne…” – usłyszała za sobą
Odwróciła głowę. To wujek Karol z ciotką Zosią stali nad nią. Właśnie przyjechali taksówką do hotelu. Boy hotelowy wnosił ich walizy
Nie wypłaci znaleźnego, bo się nie znalazłam”
Odpowiedziała im z uśmiechem, po czym wstała i serdecznie się z nimi przywitała
„Mam nadzieję ze nie zadzwonicie zaraz do ojca i nie powiecie mu, gdzie jestem?”
„Nie obawiaj się. Nie będziemy się wtrącać w wasze rodzinne sprawy, ale musisz wiedzieć, że matka bardzo się zamartwia twoim zniknięciem”
Gdy tak sobie rozmawiali w windzie pojawiła się Barbara. Już miała wysiadać z windy, gdy zauważyła Justynę rozmawiającą z wujostwem. Cofnęła się i pojechała z powrotem na górę. Tymczasem wujostwo Justyny musiało przerwać rozmowę z nią i załatwić formalności w recepcji.
Justyna czekała jeszcze kilka minut na Barbarę, po czym zdecydowała się pojechać po nią na górę.
„Skąd znasz tego typa?”
Zapytała Barbara, gdy tylko Justyna pojawiła się w drzwiach
„Jakiego typa?”
„Rozmawiałaś z nim na dole”
„To mój wujek. Przyjechał z żoną na Sylwestra”
„Wujek… Znam twojego wujka. To zboczeniec. Przychodził do nas regularnie. Zawsze dusi dziewczyny podczas seksu aż tracą przytomność. Jakieś dwa miesiące temu tak poddusił taką jedną Jolkę, że myślałyśmy, że się jej nie da uratować. Dziewczyna dochodziła do siebie przez kilka godzin. Chciałyśmy zawiadomić policję, ale Szefowa zabroniła. Uciszyła sprawę. Zażądała od twojego wujka pięćdziesiąt tysięcy. Zagroziła, że pokaże nagrania policji i prasie…”
Justyna odwróciła się, otworzyła drzwi i wybiegła na korytarz. Za nią Barbara
„Gdzie lecisz, głupia?!”
Dobiegła do Justyny, chwyciła za ramię i zatrzymała
„Już ja mu pokażę, skurwielowi!” – popłakała się.
Barbara zawróciła Justynę do pokoju.
„Nic mu nie pokażesz, Po tym jak zapłacił te pięćdziesiąt tysięcy, Szefowa powiedziała mu, że zniszczyła nagrania. Powiedziała mu też, że ma się u nas więcej nie pokazywać”
„To ona wszystko nagrywa?”
„Nie wszystko. Czasami tylko polityków i księży. Chce ich mieć w ręku. Jest u nas jeden pokój na górze cały nafaszerowany ukrytymi kamerami. Jeden gość go tak wyszykował za miesięczny, Ha! Ha! Ha! Nazwijmy to, abonament. Jak dziewczyny zaczęły się skarżyć na te duszenia, to Szefowa zaczęła kierować twojego wujaszka do tego pokoju. Wiem, że go nagrała osiem razy. Pokazała nam ten film z Jolką. Coś strasznego. Jolka zrobiła pod siebie, jak ją dusił. Coś strasznego”
Chwilę siedziały na łóżku bez słowa. Straciły ochotę na spacer po Krupówkach. Baśka wyciągnęła ostatnią butelkę czerwonego wina z barku.
„Ładną masz rodzinkę Justynko. Ojciec książę a wujek zboczek…”
„Dlatego tam już nie wrócę… Gdybym miała pieniądze. Natychmiast wyjechałabym stąd jak najdalej, najlepiej do Stanów”
„Czekaj, czekaj. Coś mi chodzi po głowie… Ten twój wujek to musi być nadziany facet. Jak przyniósł te pieniądze co Szefowa zażądała, to jeszcze dołożył od siebie trzydzieści tysięcy dla Jolki”
„Jest adwokatem. Ma Kancelarię pod Łodzią”
„Jak go przycisnąć to będziesz miała kasę na wyjazd. Sto tysięcy możesz zażądać”
„Jak go przycisnąć? To adwokat, zna wszystkie kruczki prawne…”
„Pokażesz mu film z duszenia Jolki. Bardzo wyraźnie na nim wyszedł”
„Przecież mówiłaś, że Szefowa zniszczyła te filmy”
„Aleś ty naiwna. Takich rzeczy się nie niszczy”
„To co? mam iść do niej i poprosić: pani Halinko proszę mi dać ten film z duszeniem Jolki. Chce nim szantażować wujka. Tak mam to zrobić?”
„Oczywiście że nie. Ten technik od kamer przychodzi regularnie doglądać sprzęt. Szefowa nic przy nim sama nie umie zrobić. Umie tylko włączyć i wyłączyć. Nikogo innego nie dopuszcza do nagrywarki. Ma ją w takiej dużej, blaszanej szafie. Tylko ona i on ma do niej dostęp. Zaraz po Nowym Roku przyjdzie do nas. Już ja się nim zajmę. On mnie bardzo lubi. Myślę, że zdobędę te nagrania”
„Szefowa nie będzie zadowolona jak się dowie”
Nie dowie się”
No i nie dowiedziała się. W połowie stycznia Baśka przekazała Justynie płytę CD z kilkoma nagraniami na których w roli głównej występuje Karol von Reichenau. Razem obejrzały nagrania kilka krotnie. Przy pierwszym oglądaniu Justyna płakała. Później oglądała to z ogromną wściekłością.
Postanowiły zrobić kilka kopii tej płyty. Doszły do wniosku, że wujek Karol może szukać rozwiązania siłowego, jak to określiła Barbara. Justyna skopiowała ją na swoim laptopie.
Nadszedł czas umówienia się z wujkiem i pokazania mu nagrań. Obie z Barbarą obmyśliły, jak to należy zrobić. Doszły do wniosku, że należy zrobić to w brutalny sposób, aby nie zdążył wyjść z szoku, którego się spodziewały i nie wymyślił coś co mogłoby być dla Justyny niebezpieczne.
W piątek dwudziestego trzeciego stycznia Justyna zadzwoniła do wujka
„Musimy się jak najszybciej zobaczyć”
„Co się stało Justynko?”
„Mam dla ciebie nagrania z burdelu” – cisza w telefonie – „Halo! Słyszysz mnie? Halo!”
„Tak. Słyszę. Co za nie chcesz?”
„Dwieście tysięcy gotówką i nie próbuj się targować”
Justyna w ostatniej chwili podwoiła żądaną sumę
„Żartujesz chyba”
„Jeśli jutro nie przekażesz mi gotówki to przekonasz się, że nie żartuję. Będę czekała o trzynastej na Placu Wolności przy studzience. To będzie tylko jedno podejście. Nie będę sprawdzała czy w paczce, którą mi wręczysz są pieniądze i czy jest tam cała suma. Jeśli mnie oszukasz to zrobisz to tyko jeden raz. Wręczysz mi pieniądze i dostaniesz w zamian nagrania. Za te pieniądze mogę ci dać nawet kilka kopii. Aha! Teraz powiem tak jak na filmach kryminalnych: Gdyby mi się coś stało to moi przyjaciele…”
„Tak. Wiem. Też mają te nagrania” – przerwał jej
„No właśnie”
„Jaką mam gwarancję, że…”
„Teraz ty mówisz jak na filmie” – przerwała mu – „Nie masz żadnej gwarancji. Ale nie martw się. Nie zobaczysz mnie więcej. Potrzebuję te pieniądze, aby zniknąć z kraju”
„Jutro jest sobota, nie zdążę zebrać…”
„To twoje zmartwienie” – przerwała mu jeszcze raz – „Do zobaczenia jutro”
Przekazanie pieniędzy nastąpiło bardzo sprawnie. Justyna była na Placu Wolności kilka minut przed trzynastą. Po chwili z Nowomiejskiej nadjechał samochód. Z za kierownicy wyszedł wujek i bez słowa wręczył jej mały neseserek. Otrzymał od niej płytkę. Gdy już odchodził zatrzymała go
„Poczekaj” – sięgnęła do torebki – „Masz tu jeszcze dwie kopie. Obiecałam ci…”
Wyrwał jej wściekle z ręki. Wsiadł do samochodu i odjechał.
Gdy tylko skręcił w ulicę Legionów, przeszła na drugą stronę Nowomiejskiej i pobiegła w stronę Pomorskiej Tam na rogu czekała na nią w samochodzie Barbara. Gdy tylko wsiadła ruszyły w stronę Nowomiejskiej.
„Szybko przełóż pieniądze do tej torby” – nakazała Barbara Justynie, wskazując niedużą torbę turystyczną leżącą na tylnej kanapie
„Po co?”
„Nie widziałaś na filmach? W tej walizeczce może być nadajnik”
„Jaki nadajnik?”
„Nie wiesz? Taki który nas śledzi, dokąd jedziemy”
Justyna bez protestu zaczęła przekładać pieniądze. Na wysokości Bałuckiego Rynku neseser był opróżniony. Kawałek dalej skręciły ze Zgierskiej w Dolną i zatrzymały się na stacji benzynowej. Justyna poszła z neseserkiem do toalety. Po chwili wróciła do auta już bez niego.
Przez kilka następnych dni nie wiedziała co dalej robić. Pieniądze na wyjazd są. Wpłaciła je na konto, które sobie otworzyła jak dostała pierwsze pieniądze od Szefowej. Teraz trzeba wyrobić paszport. Był początek roku, więc paszport dostała stosunkowo szybko. Pozostało wybrać kraj, do którego chciałaby wyjechać. Zawsze marzyła o Stanach, ale ostatnio zaczęła się skłaniać ku Kanadzie. Przeczytała gdzieś, że to kraj większych możliwości niż USA.
Któregoś poniedziałku, na początku marca udała się do Warszawy, do Konsulatu Kanady. Dowiedziała się, że w zasadzie nie ma szans otrzymania wizy na pobyt stały w Kanadzie, ale może otrzymać wizę długoterminową na czas studiów. Dostała mnóstwo materiałów o możliwości studiowania tam. Postanowiła spróbować.
Po powrocie do Łodzi przez najbliższe tygodnie przeglądała te materiały. Sprawdzała wszystko w Internecie. Wysyłała zapytania emailem do szkół zarówno po angielsku jak i po francusku. Dostawała grzecznościowe odpowiedzi, które nic jej nie obiecywały.
Tylko jedna szkoła odpowiedziała pozytywnie na jej zapytanie o możliwość studiowania. Był to Lakehead University z miejscowości Thunder Bay. Przysłano jej szczegółowe informacje jakie dokumenty są przez nich i przez władze prowincji Ontario, w której leży uniwersytet, wymagane i gdzie należy je złożyć.
Do połowy kwietnia miała już zebrane potrzebne dokumenty, przetłumaczone przez upoważnionych tłumaczy. Ich prawdziwość potwierdzono w Konsulacie Kanadyjskim. Cześć tych dokumentów wysłała pocztą poleconą na wskazane adresy, część zeskanowała i wysłała poprzez Internet.
Pod koniec maja dostała najważniejszy dokument. Uniwersytet z Thunder Bay przysłał jej oficjalne przyjęcie na studia ekonomiczne. Mając ten dokument, bez trudu otrzymała wizę na studia w Kanadzie. Do końca sierpnia pracowała u Szefowej. Nie kryła się z tym, że wyjeżdża z Polski do Kanady, ale nie dzieliła się z nikim szczegółami. Tylko Barbara je znała. Dziewczyny w Agencji nie kryły się z tym, że jej zazdroszczą. Szefowej było żal, że traci dobrą i sumienną pracownicę, ale życzyła jej szczęścia. Dała jej nawet adres do swojej koleżanki prowadzącej podobny biznes w Minneapolis w stanie Minnesota, po drugiej stronie granicy z USA. Basi było trochę żal, że Justyna nie wybrała Kalifornii, liczyła na to, że mogłaby „przyszykować” jej teren, na jej przyjazd za pięć lat
„Pięć lat, to kawał czasu. Przyjedziesz do mnie do Kanady. Obiecuję znaleźć ci męża Kanadyjczyka”
„Wolę Amerykanina z Kalifornii”
W połowie września znalazła się w Thunder Bay. Uniwersytet był jeszcze zamknięty, ale w sekretariacie dopełniła wszystkie formalności i dostała kilka adresów pod którymi mogła się starać o pokój dla studentów. Poradzono jej, aby starała się zamieszkać z innymi studentkami, wypadnie to taniej.
W okolicy Centennial Park, na skraju miasta znalazła pokój w domku pewnej wdowy. Pokój był duży, mieścił się na piętrze. Były tam dwa łóżka. Dowiedziała się, że będzie go dzieliła z dziewczyną z Finlandii.
Właścicielka domu podpowiedziała jej, że w pobliskim barze zawsze potrzebują kelnerki. Justyna poszła porozmawiać o pracy i niemal natychmiast ją dostała. Ma pracować jako kelnerka, dwa razy w tygodniu, w piątki i soboty od osiemnastej do drugiej nad ranem.
Jednym z pierwszych zakupów jaki zrobiła był rower. Z domu do szkoły było około sześciu kilometrów. Rower przydał jej się bardzo. Zanim zaczęły się zajęcia jeździła nim i zapoznawała się z miastem i okolicami. Bardzo jej się tam spodobało. Miasto leży blisko granicy ze Stanami, na północnym brzegu jeziora Superior, w Polsce zwanego Górnym.
Miasto należy do jednego z większych w tej części Ontario. Liczy sobie prawie dwieście tysięcy mieszkańców, ale na niej wywarło wrażenie bardzo prowincjonalnego. W jakiś podświadomy sposób wiedziała, że się będzie w nim czuć dobrze.
A tym czasem w Łodzi wujek Karol z żoną, odwiedzili Skrzetuskich, zaraz po Trzech Królach, jak wrócili z Zakopanego. Oczywiście nie dotrzymali słowa danego Justynie i opowiedzieli Skrzetuskim, że spotkali ją w Kasprowym.
„Mój Boże! Bez pieniędzy, w takim drogim hotelu” – załamanym głosem powiedziała Skrzetuska
„Nie wyglądała na taką która nie ma pieniędzy” – odpowiedziała Zofia
„Pewno się tam kurwi” – wściekle zauważył Skrzetuski.
„Jak możesz, Marian, tak się wyrażać o naszej córce?!… Wstydził byś się”
„To skąd ma pieniądze? Przecież zakręciłem jej kranik” – a potem zwracając się do szwagra – „Sama była?”
„Tak. Sama. Rozmawialiśmy z nią tylko kilka minut, przy recepcji, wyglądała jak by na kogoś czekała”
„Na klienta czekała” – gorzko dodał Skrzetuski
„Marian!!!” – krzyknęła ostro Helena – „Opanuj się! O naszej córce mówisz!”
„Tak? To skąd ma pieniądze na hotele?”
„Może pracuje? Nie pomyślałeś o tym. To zaradna dziewczyna.”
„Daj spokój, Marian. Nie wyglądała na prostytutkę” – stwierdził Karol
„Tak? A ty skąd wiesz, jak wyglądają hotelowe prostytutki?” – zapytała Zofia
„Z filmów” – odpowiedział
W tym momencie do pokoju weszła Wokulska
„Może byście się uspokoili, co?… A ty, Karol powiedz, dlaczego nas nie zawiadomiłeś, że tam jest Justynka? Przecież Marian natychmiast by po nią pojechał”
„Mówiłem, że rozmawialiśmy z nią tylko chwilę. Załatwialiśmy meldunek w recepcji, a potem już jej nie było” – powiedział Karol
„Mogłeś się Karolku, dowiedzieć w którym pokoju mieszka” – z pretensją w głosie odezwała się Helena.
Karol miał już dosyć rozmowy o Justynie. Chciał jak najszybciej przejść do sprawy, która była głównym powodem ich wizyty. Miał nowy pomysł jak wyciągnąć od Mariana więcej pieniędzy. Dlatego aby zakończyć rozmowę o Justynie, uciekł się do kłamstwa
„Jak tylko rozpakowaliśmy walizki, zszedłem do recepcji i zapytałem o Justynę Skrzetuską. Odpowiedzieli mi, że taka u nich nie mieszka”
„Mój Boże! Wyszła za mąż! Zmieniła nazwisko. Nie byliśmy na ślubie naszej córki!” – zapłakała Helena
„Dupa tam!… Za mąż!… Kiedy?! Przecież ma żałobę chyba?! Od śmierci jej chłopaka minęły dwa miesiące!… Za mąż, mówisz… Kurwi się i tyle”
„Marian!!! Natychmiast przestań!”
„Chodź Marian. Porozmawiajmy gdzieś w spokoju. Mam dla ciebie pewną propozycję”
Karol niemal siłą wyciągnął szwagra z pokoju. Skierowali się na piętro do gabinetu Skrzetuskiego. Marian usiadł za potężnym biurkiem a szwagier w fotelu dla gości.
„Pięknie pasuje tu ten twój portret za twoimi plecami” – zauważył Karol
„Taaak” – przeciągając odparł Marian gorzko.
Prawdę mówiąc zaczął go ten portret irytować. Zaraz po Nowym Roku był w swojej łódzkiej hurtowni. W korytarzu prowadzącym do biura ktoś wywiesił karykaturę jego portretu z Orderem. Nad portretem zawieszony był stary, wyliniały, wypchany jastrząb. Marian wściekł się jak to zobaczył. Wpadł do biura z krzykiem
„Kto to zawiesił!!!”
„Nie wiemy. Było to już jak przyszłyśmy do pracy po Nowym Roku. Pewno chłopaki z hali…”
Skrzetuski nie słuchał już dalszych tłumaczeń. Wypadł z pokoju trzaskając drzwiami. Usłyszał tylko jak siedzące tam kobiety wybuchły śmiechem.
Domyślał się kto się mógł do tego przyczynić. Do tej pory, jego zabiegi o odzyskanie prawa do tytułu szlacheckiego i herbu, znane były tylko najbliższym. Ale na jego przyjęciu urodzinowym był przecież ten związkowiec z Solidarności z tej właśnie hurtowni. Robił zdjęcia upominkom, tak jak wszyscy zresztą, stąd ten szkaradny obraz tu, w hurtowni przypomina jego portret.
Marian popędził do hali magazynowej. Zaraz po przekroczeniu progu usłyszał gdzieś z po za półek
„Uwaga! Książę przyszedł”
Zatrzymał pierwszego pracownika, który mu się nawinął pod rękę
„Gdzie jest ten… No jak mu tam” – dotarło do niego, że nie wie jak nazywa się ten związkowiec co był na urodzinach – „Gdzie jest przewodniczący związków zawodowych”
„Których? My tu mamy trzy związki”
„O Solidarność mi, kurwa, chodzi!”
„A! Jarząbek. Nie ma go. On dzisiaj jest w Warszawie”
Skrzetuski złapał go za rękę
„Choć pan ze mną!”
Zaciągnął go do biura, w korytarzu wskazał na obraz i wypchanego ptaka.
„Jutro… co ja mówię, jeszcze dziś, zaraz, ma tego tu nie być. Pan za to odpowiada. Ja tu jutro przyjadę i rozmówię się z tym Jarząbkiem”
Po czym wściekły wrócił do domu. Helena zauważyła tą jego wściekłość
„Czy coś złego wydarzyło się w firmie, Marian?” – zapytała
„Nie. Nic. Daj mi spokój. Muszę przemyśleć kilka spraw”
Po czym pobiegł na górę i zamknął się w swoim gabinecie. Stanął przed portretem z Orderem. Stał tak dłuższą chwilę i już miał zamiar zerwać portret ze ściany i cisnąć go z całych sił na podłogę, gdy usłyszał za drzwiami
„Marian. Czy coś się stało w firmie? Powiedz coś”
To Helena dobijała się do zamkniętych drzwi gabinetu i domagała się wyjaśnień. Niepokoiła się o niego od czasu, gdy po Świętach Bożego Narodzenia tuż przed Nowym Rokiem mąż dostał krótką, lakoniczną wiadomość z Sekretariatu Rady Regencyjnej Polskiego Ruchu Monarchistycznego, że dochodzenie sprawdzające jego prawa do tytułu szlacheckiego i herbu Jastrzębiec nie potwierdziły jakoby on Skrzetuski, takowe prawa posiadał.
Marian wpadł w szał a potem kilkudniowe załamanie. Cały Sylwester i Nowy Rok przesiedział sam zamknięty w gabinecie. Praktycznie nic nie jadł. Wykupione bilety na Bal sylwestrowy w Kasprowym, w Zakopanem, na który mieli pojechać z Karolem i Zosią przepadły, oczywiście.
Marian wpuścił żonę do gabinetu i wściekły przez zaciśnięte zęby wycedził
„Nie bądź taka troskliwa Heleno. Wiem, że nie interesuje cię to co dzieje się w firmie. Ciekawa jesteś tylko czy się przypadkiem nie powiesiłem. Otóż wiedz, że nie zamierzam tego zrobić, a gdy zmienię zdanie, to pierwsza się o tym dowiesz”
„Ależ Marian, ja tylko…”
„Wyjdź!” – przerwał jej – „Muszę jeszcze popracować”
„Wygląda na to, że nie jesteś już tak zachwycony tym portretem jak wtedy, gdy go dostałeś, czy coś się stało?” – zapytał Karol, wyrywając szwagra z chwilowej zadumy
Marian wyczuł w jego głosie lekką ironię. Skrzetuski nie ukrywał przed nim jaką odpowiedź otrzymał w spawie tytułu szlacheckiego. Przeciwnie, zlecił mu jako adwokatowi, złożenie odwołania od decyzji Rady Regencyjnej.
Karol przyjął zlecenie i jeszcze przed Nowym rokiem objaśnił mu, że to nie taka prosta sprawa odwołać się od tej decyzji i że prawdopodobnie zajmie to trochę czasu
„Ile?” – zapytał Marian
„No, jakieś pół roku na pewno”
„Nie pieprz mi tu głupot Karol, tylko powiedz wprost, ile chcesz za załatwienie tego odwołania”
A teraz Karol się dziwi, tym, że on Marian, nie jest już tak zachwycony portretem.
Nagle uświadomił sobie, że właściwie wszyscy nabijają się z jego dążenia do uzyskania tytułu szlacheckiego.
Właściwie, to w tym momencie podjął pewną decyzję, ale postanowił się z nią nie ujawniać. Odpowiedział tylko krótko Karolowi
„W dalszym ciągu jestem zachwycony portretem. Powiedz co cię do mnie sprowadza”
„Chodzi mi o twoje odwołanie od decyzji Rady Regencyjnej. Rozmawiałem z kilkoma adwokatami za granicą, którzy zajmują się takimi sprawami. Dobrze by było, aby ich uruchomić. To będzie, oczywiście, trochę kosztowało, ale nasze szansę wzrosną bardzo. Rozpocząłem już rozmowy i…”
„To przerwij je” – przerwał mu Marian – „Nie zamierzam w tej sprawie wydać ani złotówki więcej. Masz coś jeszcze? Jeśli nie, to schodzimy do pań. Irena zaraz poda coś dobrego”
„Myślałem, że ci na tym zależy…”
„Już nie tak bardzo abym angażował w to więcej pieniędzy. Mam teraz inne zmartwienia”
„Jakie zmartwienia? Może mogę ci w czymś pomóc?”
„Martwię się o Juliana. Ale to nie są sprawy, jakby to powiedzieć, natury prawnej. W każdym razie dziękuję ci Karol. Tam sobie radę sam”
Panowie zeszli na dół. Karol był zawiedziony. Liczył, że uda mu się wyciągnąć kilkadziesiąt tysięcy od szwagra. Przydałyby się, teraz, gdy urządza przytulne gniazdko dla pewnej studentki, której naukę w szkole muzycznej od niedawna sponsoruje.
A jeszcze bardziej i jeszcze więcej pieniędzy przydało by się nieco później w styczniu, kiedy to Karol dostanie telefon od Justyny. Ale o tym nie wiedział jeszcze, gdy rozmawiał z Marianem.
Marian nalał Karolowi szklaneczkę whisky, sobie sok pomarańczowy i przysiedli się do pań.
Zosia dzieliła się swoimi wrażeniami z balu Sylwestrowego w Zakopanem a Helena i Irena słuchały z zainteresowaniem nie interesując się Karolem i Marianem.
Panowie siedzieli w milczeniu, każdy zatopiony w swoich myślach. Karol był myślami przy swojej studentce Hani. Kiedy się u niej zjawiał, w jej wynajętym małym pokoiku musiał najpierw wysłuchiwać około godzinnych „koncertów” na wiolonczelę, zanim mógł przejść do ciekawszych zajęć. Ale, jak do tej pory, warto się tą godzinkę przemęczyć słuchając tego rzępolenia.
Marian z kolei, głowę miał zaprzątniętą synem. Robił sobie wyrzuty, że się nim za mało zajmował. Tłumaczył się przed sobą, że przecież tyrał ciężko, aby rodzina wszystko miała i aby do czegoś dojść. Jednak takie tłumaczenie nie uspakajało go. Zaczął uważnie obserwować Juliana od tego pamiętnego dnia, gdy dowiedział się o śmierci tego chłopaka Justyny, Marka.
Nie wiedzieć, dlaczego od razu wtedy, przyszło mu do głowy, że Julian może być w to zamieszany. Do głowy powracał mu ciągle ten króciutki dialog jaki miał z synem na przyjęciu urodzinowym – „A ty Julian, jako starszy brat Justyny powinieneś też zainteresować się tym z kim ona się zadaje i nie pozwolić na to, aby taki… Łajza zawracał jej w głowie. Ja ciężko pracuję na ten dom i nie mogę się wszystkim zająć osobiście” „Zajmę się tym, ojcze. On już nie będzie jej zawracał głowy. Będziesz zadowolony” – pamięta te słowa doskonale. Potem jeszcze w domu, gdy przyszedł z wiadomością o śmierci Marka – „No, to sprawa złego towarzystwa Justyny się rozwiązała. Powinieneś być, ojcze zadowolony. Chciałeś tego”.
Oczywiście Julian zaprzeczył jakoby miał coś wspólnego z jego śmiercią. Nie chciał nic więcej na ten temat mówić. Nie oburzał się, gdy Marian wprost o to go zapytał, tylko odpowiedział
„Daj mi święty spokój. Sam nie wiesz co chcesz”
I jak zwykle, gdy ojciec zaczynał z nim jakąkolwiek rozmowę, wyniósł się do swojego pokoju.
W zasadzie rodzice nie mieli z Julianem najmniejszego problemu. Od czasu, gdy w domu pojawiła się jego siostra, jedenaście lat młodsza od niego, Julian zamknął się w sobie. Czas spędzał w swoim pokoju. Nie wychodził na podwórko, co tylko cieszyło rodziców, gdyż nie musieli się o niego martwić.
Po szkole od razu wracał do domu. Co prawda nie był za dobrym uczniem, ale w szkole nie sprawiał żadnych trudności wychowawczych. Nie zaprzyjaźnił się z nikim, ale też nie miał żadnych wrogów. Uważany był za samotnika.
Nauczyciele kiedyś wspomnieli matce na wywiadówce, aby go wysłali na jakieś kolonie czy obóz wędrowny, może Julian zrobiłby się bardziej socjalny. Skrzetuscy nie chcieli o tym słyszeć. Uważali, że ani w szkole ani na takich koloniach czy obozach nie będzie dla niego odpowiedniego towarzystwa. Zresztą, sam Julian kiedyś stwierdził, że woli zostać w domu.
Podstawówkę i szkołę średnią przeszedł bez większych problemów, ale też bez jakichkolwiek sukcesów. Było w tym dużo zasługi ojca, który w krytycznych momentach edukacji syna potrafił wesprzeć go tak jak umiał i był do tego przyzwyczajony. To znaczy łapówkami wpłacanymi tam, gdzie trzeba.
Oczywiście w domu nie było mowy o tym, aby Julian nie studiował. Na klasyczne pytania zadawane mu od lat kim chciałby być, jak dorośnie odpowiadał zawsze konsekwentnie
„Nie wiem”
To samo dotyczyło studiów. Im bliżej matury tym częściej zadawano mu pytania, najczęściej przy wspólnym posiłku w niedziele po kościele.
„Co chciałbyś studiować, synu?”
Odpowiadał wzruszeniem ramion i dodawał krótko
„Nie wiem”
Gdy pytania stawały się bardziej dla niego natrętne, odpowiadał, że coś wymyśli.
W końcu matka zadecydowała, że Julian powinien zostać chirurgiem. Ojciec się koło tego zakręcił i syn dostał się na studia medyczne w Łodzi.
Niestety jego wrodzona wrażliwość, jak twierdziła matka, sprawiła, że Julian nie znosił widoku krwi, przez co nie mógł brać udziału w zajęciach. Brak wyrozumiałości w tej sprawie ze strony uczelni sprawiło, że Julian musiał pożegnać się ze studiami.
Skrzetuski wyczytał gdzieś, że w przedwojennej Polsce bywało, że gdy synowie z dobrych, znaczy, szlacheckich domów nie mieli głów do studiowania, czyli po prostu byli za tępi umysłowo, to posyłano ich do szkół oficerskich.
W rozmowie przy stole zaproponował takie rozwiązanie Julianowi. Oczywiście pominął to o tępych synach. Matce się to spodobało. Irena i Karol też wyrazili się o pomyśle przychylnie. Tylko Justyna się zaśmiała. Ojciec zgromił ją wzrokiem, więc ucichła
„Mogę iść na oficera… Dlaczego nie” – zgodził się Julian, któremu było wszystko jedno co będzie studiować, jeśli już musi to robić.
Ojciec się koło tego energicznie zakręcił i po kilku latach Julian został podporucznikiem służb kwatermistrzowskich.
W czasie studiów oficerskich w Poznaniu, Julian po raz pierwszy czuł się dobrze w szkole. Nie musiał sam podejmować niemal żadnych decyzji. Inni robili to za niego. Całe dnie, od pobudki aż do gaszenia świateł wieczorem sterowane było przez innych. Julian nawet nie musiał specjalnie przykładać się do nauki. Jeden z wykładowców w szkole, dobry znajomy ojca, monitorował Juliana i kiedy było potrzeba dawał znać Skrzetuskiemu, że należy udzielić dyskretnej pomocy synowi.
Po szkole jednak, nawet Skrzetuski nie potrafił sprawić, aby syn pozostał w wojsku. Stanęło na tym, że Julian dostał pracę w więziennictwie, dokładnie w Zakładzie Karnym Nr 1 w Łodzi na Sikawie, na ulicy Beskidzkiej.
Zajmuje się tam pralniami i sklepikiem, w którym realizowane są paczki żywnościowe dla osadzonych. Jest cenionym i sumiennym pracownikiem.
Julian od dawna, a właściwie, od zawsze marzył, aby opuścić dom rodzinny. Zawsze chciał mieszkać sam. Nie interesowały go dziewczyny, ale chłopcy też nie. Najlepiej czuł się sam ze sobą.
Po studiach postanowił kupić sobie jakieś nieduże mieszkanko i wyprowadzić się z domu rodziców. Mimo niewątpliwej zalety takiego rozwiązania, posiadało ono jednak kilka wad.
Pierwszą i najważniejszą były pieniądze. Nie chciał o nie prosić ojca, przypuszczał ze i tak by ich nie dostał.
Drugą poważną wadą było to, że nie był przygotowany do życia na własną rękę. Zdawał sobie doskonale z tego sprawę. Nie potrafił gotować. Nie wiedział, jak się obsługuje pralkę. Raz w domu spróbował sam wyprać swoje rzeczy. Skończyło się to totalną porażką. Białą bieliznę wsadził do pralki z kolorowymi rzeczami, bawełnianymi i dwoma wełnianymi swetrami. Ustawił za wysoką temperaturę. Wszystko było do wyrzucenia. Zachował jedynie dwie pary kalesonów, które po tym praniu nabrały tęczowych odcieni i bardzo mu się spodobały.
Jednym słowem doszedł do wniosku ze musi znaleźć sposób rozwiązania tych problemów. Najłatwiej będzie z gotowaniem, pomyślał, będzie się żywił po za domem. Sprawę prania też da się rozwiązać. Koledzy w pracy przynoszą po trochu rzeczy do prania z domu w teczkach i osadzeni pracujący w pralni, za kilka paczek papierosów piorą im to. Najtrudniejsza będzie sprawa pieniędzy.
Ale i na to znalazła się rada. Kiedyś w autobusie do pracy nawiązał z nim rozmowę pewien miły starszy mężczyzna. Przywitał go po imieniu. Zapytał co w domu i czy Julian dobrze się czuje w pracy, po czym rozmawiali trochę o pogodzie i sporcie.
Julian nie mógł sobie uzmysłowić co to za gość. Przypuszczał, że to może być ktoś ze znajomych ojca, z którym się musiał kiedyś spotkać w domu. Po kilku takich przypadkowych, miłych rozmowach w autobusie nieznajomy od słowa do słowa przeszedł do rzeczy. Zapytał czy Julian nie chciałby dorobić sobie miesięcznie drugąpensję, a może nawet więcej.
W tym momencie w głowie Juliana zapaliła się czerwona lampka ostrzegawcza. W pracy przełożeni na różnego rodzaju szkoleniach ostrzegali przed dokładnie takimi sytuacjami.
Ale w głowie Juliana ta czerwona lampka prawie natychmiast zmieniła kolor na zielony. Oznaczało to, że Julian spostrzegł możliwość szybszego zakupu wymarzonego mieszkania. Julian nie oburzył się. Stwierdził tylko
„Ja tu wysiadam. Pogadamy o tym, kiedy indziej”
To, kiedy indziej nastąpiło szybciej niż Julian się spodziewał, bo gość czekał na niego na przystanku autobusowym, gdy wychodził z pracy.
„O witam pana, panie Julianie. Co za przypadek, że pana spotkałem”
Autobusem tym z tego przystanku odjeżdżali też koledzy z pracy Juliana, więc panowie rozmawiali o ostatnim spotkaniu piłkarskim reprezentacji kraju. Razem wysiedli na przystanku Juliana. Pan Włodek, bo tak się przedstawił kilka dni temu ten tajemniczy nieznajomy zaproponował
„Spieszy się pan bardzo do domu? Bo jeśli nie to zapraszam pana na kolację. Mam tu zaparkowany samochód. Pojedziemy do jakiejś miłej restauracji i porozmawiamy o interesach”
Julian nie miał nic przeciwko temu, więc wsiedli do mercedesa pana Włodka i pojechali do cichej restauracji w motelu Na Rogach.
Tam dogadali się bardzo szybko. Julian zgodził się dostarczać we wskazane miejsce w zakładzie karnym narkotyki i przemycać grypsy na zewnątrz, w zamian pan Włodek będzie mu wypłacał gotówką uzgodnione sumy.
Ustalili sposób kontaktowania się i przekazywania narkotyków i pieniędzy. Osobiste kontakty mieli ograniczyć do minimum.
Od tego momentu perspektywa mieszkania Juliana zaczynała się szybko urzeczywistniać. Trwa to już od czterech i pół roku, a więc niemal od początku podjęcia pracy przez Juliana w więziennictwie.
Julian już dwa razy skorzystał z usług rzeczowych wyświadczonych przez pana Włodka. Jakiś rok temu chodziło o uciszenie wrednego psa sąsiadów w taki sposób jaki sobie obmyślił. Pan Włodek zorganizował mu to dokładnie tak jak chciał.
Ostatnia przysługa była trochę przedobrzona. Chodziło mu o to, aby spuścić wpierdol pewnemu gnojkowi co się kręci koło siostry Juliana. Miało to być tak skuteczne, aby gnojek już więcej się do Justyny nie zbliżył. No i chłopcy pana Włodka zrobili to, tak jak sobie zażyczył z tym, że zaszło pewne nieporozumienie co do określenia – „skutecznie, tak aby się gnojek już więcej do Justyny nie zbliżył” – chłopcy zrozumieli do zbyt dosłownie i pozbawili gnojka życia. Tym gnojkiem był chłopak Justyny Marek.
Julian nie był z tego zbyt zadowolony, ale zmartwiony też nie był. Wyciągnął z tego wniosek, że w przyszłości musi być bardziej dokładny i wyraźny w określaniu swoich ewentualnych zleceń.
Julian mógłby już dawno kupić sobie to małe mieszkanko, o którym marzył, ale jak to zwykle bywa, apetyt rośnie w miarę jedzenia. Właściwie, pomyślał, dlaczego mam kupować małe mieszkanie. Uzbieram trochę więcej i kupię większe, na moim stanowisku bardziej pasuje mieć większe.
I tu okazało się, że stary Skrzetuski nie ma racji twierdząc, że syn się do niego nie wrodził. Geny odpowiadające za chęci posiadania wysokiego statusu w społeczeństwie zaczęły się w Julianie budzić. Późno, bo późno, ale zawsze.
A tym czasem, w domu powoli zapełniał spory karton gotówką, którą znajduje w umówionej skrytce. Julian nie jest głupi i nie wpłaca jej na konto do banku. Na razie nie myśli, jak zalegalizować te pieniądze. Przyjdzie na to czas. Teraz leżą bezpiecznie u niego w pokoju w garderobie, w kartonie pod starymi książkami szkolnymi.
Pokój, raz w tygodniu, sprząta mu Irena, ale do garderoby nie zagląda. Inni domownicy zaglądają czasami na chwilę, aby mu przekazać jakąś wiadomość albo poprosić do stołu. A ojciec był tu chyba ostatnio jak on przygotowywał się do matury.
Nie była to jednak prawda. Marian Skrzetuski przeszukał pokój Juliana krótko po tej pamiętnej awanturze, gdy zapytał go czy ma coś wspólnego ze śmiercią Marka. Znalazł oczywiście pieniądze ukryte w garderobie. Było tego dobrze powyżej dwustu pięćdziesięciu tysięcy złotych.
Przez kilka dni nie wiedział co ma robić dalej. Podzielił się tą wiadomością z Heleną. Uzgodnili, że najprościej będzie zapytać o to syna. Tak też zrobili. Julian nie oburzył się, że mu grzebali w jego rzeczach tylko spokojnie wyjaśnił
„Prawie całą pensję odkładam. Mieszkam z wami. Nie wydaję na mieszkanie ani na jedzenie. Niewiele wydaję na ubrania, to udało mi się trochę odłożyć”
Marianowi przyzwyczajonemu do szybkiego liczenia, coś się na pierwszy rzut oka nie zgadzało. Na dobrą sprawę nie wiedział, ile syn zarabia, ale szybkie szacunkowe podliczenie tych dwustu pięćdziesięciu tysięcy zarobionych przez tylko trochę więcej niż cztery lata pracy zawodowej Juliana, dały mu obraz tego jak dobrze zarabia się w więziennictwie. Zapytał tylko
„Dlaczego nie trzymasz tych pieniędzy na koncie?”
„Nie mam zaufania do banków”
„Ale masz przecież konto, na które ja ci w dalszym ciągu wpłacam co miesiąc pieniądze”
„Tak, ojcze. Jestem ci za nie wdzięczny. Nie ruszam tych pieniędzy. Leżą tam na czarną godzinę”
„Widzisz Marian, jakiego mamy oszczędnego syna, a ty się go czepiasz” – stwierdziła z wyrzutem Helena.
Siedząc teraz w salonie w towarzystwie Karola, Heleny, Zosi i Ireny, Marian zastanawiał się, jak zawsze ostatnio, gdy miał tylko chwilę czasu, nad postępowaniem syna.
Nic oczywiście nie wiedział o jego współpracy z przestępcami i o pochodzeniu pieniędzy ukrywanych w garderobie. W wyjaśnienia Juliana na ten temat nie wierzył ani przez chwilę. Nic więcej na ten temat nie udało mu się od niego wyciągnąć.
Z zamyślenia wyrwała go rozmowa pań. Właściwie nie słyszał o czym rozmawiają, ale dotarło do niego, że Helena wymieniła w tej rozmowie słowo „Julian”. Marian ożywił się natychmiast i wciął się w ich rozmowę.
„Co, Julian?… A właściwie, gdzie on jest?” – zapytał
„Julian kupił sobie mieszkanie. Pewnie niedługo się tam wprowadzą” – objaśniła mu żona
„Jakie mieszkanie?! Z kim się ma wprowadzać?” – zapytał zaskoczony
„Ty jak zawsze nic nie wiesz. Mówił przecież że chce kupić mieszkanie. Teraz już kupił. Nowe, deweloperskie, w centrum, przy Gdańskiej. Cztery pokoje, prawie sto metrów”
„Z kim się tam wprowadza?” – Marian zapytał z niedowierzaniem
Jak to z kim. Chyba z żoną?” – odparła Helena
„Z jaką żoną?! Przecież on nie ma żony! O czym ty mówisz kobieto?!”
„Nie ma. Ale chyba będzie miał. Po co by się od nas wyprowadzał? Źle mu tu u nas?… Moje matczyne serce mówi mi, że nasz Julianek ma kogoś. Szykujmy wesele, Marian”
„Karol! Słyszysz?! Julian się żeni!” – Zosia próbowała wyrwać męża ze snu, w który zapadł marząc o swojej studentce.
Tylko Irena nic nie mówiła śmiejąc się w duchu z tego, do jakich wniosków doszła Helena, gdy dowiedziała się, że Julian kupił mieszkanie.
Marian znowu był wściekły na siebie, że przeoczył coś tak istotnego jak kupno mieszkania przez Juliana.
Od tego spotkania minęło pól roku. Julian się jeszcze nie wyprowadził. W jego mieszkaniu na Gdańskiej wciąż trwały prace mające na celu przystosowanie mieszkania do użytku.
Julian miał wygórowane żądania co do materiałów jakie miały być użyte do wykończenia mieszkania. Większość z nich była kupiona we Włoszech i trzeba było długo czekać na dostawę.
Helena była bardzo zawiedziona tym, że jej przypuszczenia co do ożenku syna okazały się nie trafione. Zdążyła już poinformować o ślubie Juliana swoje przyjaciółki a potem musiała się z tego wycofywać. Było to bardzo niezgrabne.
Karol bardzo odczuł ubytek dwustu tysięcy złotych które wyciągnęła od niego Justyna. Nie byłby adwokatem, gdyby nie potrafił ustalić, gdzie ona mieszka i co porabia.
Po tygodniu od dnia przekazania pieniędzy wiedział o niej wszystko… No, prawie wszystko. Nie wiedział tylko jak ona się zabezpieczyła na wypadek, gdyby próbował odzyskać pieniądze. Pewnej szemranej firmie detektywistycznej, z którą czasami współpracował, zlecił założyć podsłuch w mieszkaniu Barbary. Dowiedział się, z niego, że Justyna za żadne pieniądze nie zamierza kontaktować się z rodzicami oraz że planuje wyjechać z Polski.
Postanowił odzyskać te pieniądze od jej ojca. Czekał z tym aż do lipca. Po prostu nie wiedział, jak zacząć.
Zjawił się w domu Skrzetuskiego, niby zabrać resztę swoich rzeczy z pokoju, w którym mieszkał, a przy okazji poinformował go, że spotkał przypadkiem Justynę i ta z płaczem poprosiła go o przysługę. Otóż, oświadczył Marianowi, przez te kilka miesięcy od jej zniknięcia z domu, narobiła długów i musi uciekać z kraju. Prosiła go, Karola, o pieniądze, powiedziała, że tatuś mu je odda.
„Ile jej dałeś?” – zapytał Skrzetuski
„Trzysta tysięcy” – Karol dodał trochę, pomyślał ze nie ma co sobie żałować
„Ile?!!! Po co jej tyle?”
„Mówiła, że musi mieć na start w Australii”
„Mogłeś nie dawać, dlaczego nie skontaktowałeś się ze mną?! Nie zapłacę ani grosza!”
„Marian, to jest dług twojej córki…”
„To co z tego? Jest pełnoletnia. Domagaj się zwrotu od niej. Nie dam ani grosza”
Po tej rozmowy w połowie roku, ich wzajemne stosunki popsuły się i firma zaczęła mieć kłopoty finansowe.
Od tego czasu rozmawiają ze sobą tylko w sprawach zawodowych. Karol nadal jest Radcą Prawnym firmy Mariana, ale ten zaczyna rozglądać się za nowym prawnikiem. Podejrzewa, że Karol zaczął działać świadomie na szkodę firmy.
I ma rację, ale brak mu na to dowodów. Kilka umów handlowych, zwłaszcza napisanych po niemiecku, dla niemieckich kontrahentów Marian nie mógł sam zweryfikować. Prosił o to żonę. Cóż z tego, że ona doskonale posługuje się tym językiem, kiedy nie rozumie języka prawniczego. Helena nie doszukała się w tych umowach niczego dziwnego. Karol przygotował je w taki sposób, że firma na tych transakcjach, które te umowy dotyczyły straciła bardzo duże pieniądze.
Skrzetuski pogodził się już z tym, że nie „odzyska” tytułu szlacheckiego. Portret wyniósł do piwnicy. Wypowiedział swoje członkostwo w Polskim Ruchu Monarchistycznym a Order Zakonu Rycerzy Korony Polskiej, drugiej klasy, odesłał do siedziby Zakonu w Katowicach z listem, w którym napisał trochę mało dyplomatycznie
„Wsadźcie sobie w dupę wasz Order, pajace. Mam was w dupie. Marian Skrzetuski, zwykły obywatel”
Nie dostał odpowiedzi, ale w kwietniu dostał za to przypomnienie o nie zapłaceniu składki członkowskiej za pierwszy kwartał 2009go, kiedy to był przecież jeszcze członkiem Polskiego Ruchu Monarchistycznego.
Marian starannie zapakował to przypomnienie do nowej koperty, napisał na niej starannie adres Ruchu i załączył stosowny liścik, w którym słowo dupa występowało dwa razy.
I tak się zakończyło marzenie Mariana o szlachectwie. Na szczęście miał dużo pracy i nie miał czasu o tym myśleć. Czas zaleczył ból o tym pięknym marzeniu, które się nie spełniło.
Pod koniec pierwszego kwartału 2010go, Karol już nie pracował dla niego. Nowy prawnik nie mógł się połapać we wszystkich umowach. Powiedział, że musi mieć kilka miesięcy, aby zrobić porządek w tym bałaganie jaki zastał w firmie Skrzetuskiego.
Do tego wszystkiego szef działu ekonomicznego, Główny Księgowy firmy, zwolnił się z pracy w proteście przeciwko wyrzuceniu jego kolegi Karola von Reichenau. Nowy Główny Księgowy już po miesiącu pracy zaczął chodzić za Marianem i powtarzać
„Szefie! Trzeba zawiadomić jak najszybciej prokuratora. Tu są ślady takich machlojek, że włos się jeży! To się może źle dla pana skończyć”
„Nie teraz” – odpowiadał – „Zajmiemy się tym później”
Marian miał kłopoty nie tylko w firmie. Jego osobista sytuacja finansowa zaczęła się pogarszać. Nie to, żeby mu groziło bankructwo. Nie. Do tego było daleko, ale pierwszy raz w jego życiu dochody zaczęły się zmniejszać i nie potrafił temu zaradzić.
W domu zarządził drastyczne oszczędności. Nakazał Helenie zmniejszenie wydatków na życie i po raz pierwszy zażądał od niej rozliczenia się z wydatków za ostatni miesiąc. Helena oczywiście żadnych rozliczeń nie prowadziła. Pobiegła po nie do Ireny i zażądała od niej wszystkich rachunków za ostatni miesiąc Pokłóciły się o to. Irena Wokulska oznajmiła, że się natychmiast wyprowadza, skoro podejrzewa się ją o złodziejstwo.
W zasadzie, to Irena szukała tylko pretekstu, aby opuścić ten dom wariatów, jak go nazywała. Już dawno zauważyła, że pogarsza się sytuacja finansowa Skrzetuskich i że niedługo nie da się nic „odłożyć” z pieniędzy jakie otrzymuje na prowadzenie domu.
W ciągu niespełna dwóch dni wyprowadziła się do Krystyny Chojnackiej, tej u której przez jakiś czas mieszkała Justyna. Chojnackiej ostatnio bardzo dał się we znaki reumatyzm. Prawie nie wychodziła z łóżka. Bardzo chętnie zgodziła się na to, aby Wokulska zamieszkała u niej w zamian za opiekę i towarzystwo.
No i wreszcie, w sierpniu 2010go, Julian wyprowadził się do mieszkania na Gdańskiej. W domu zrobiło się pusto i cicho.
Ponieważ przestali prowadzić Dom Otwarty ubyło im przyjaciół i znajomych, których zawsze było u nich pełno. Wprowadzone przez niego oszczędności i brak Ireny sprawiły, że Helena musiała sama zająć się domem. Nie była z tego zadowolona. A gdy do tego Marian oznajmił jej, że na Święta Bożego Narodzenia zostają w domu i że nie będzie żadnego przyjęcia dla przyjaciół, zaczęła się na niego dąsać, czym tylko pogorszyła sytuację.
Marian chciał ją zabrać gdzieś na Sylwestra, ale ponieważ Helena w dalszym ciągu się dąsała i prawie się do niego nie odzywała, zdecydował, że zostaną w domu.
W marcu 2011go, zadzwonił do Mariana osobisty lekarz Heleny. Poprosił go o rozmowę w cztery oczy. Skrzetuski pojechał do szpitala imienia Kopernika, w którym pracował doktor Piskorczyk, oraz w którym przyjmuję prywatnie zaufanych pacjentów.
Marian dowiedział się, że Helena ma raka piersi i że są przerzuty do węzłów chłonnych. Doktor Piskorczyk przedstawił mu masę wyników różnych badań, jakieś wykresy temperatur, zdjęcia rentgenowskie i inne dokumenty. Marian był zaszokowany
„Z pańską żoną jest niedobrze. Choroba szybko postępuje na przód”
„Dlaczego ona nic mi o tym nie powiedziała?”
„Pani Helena zachorowała kilka tygodni temu, a właściwie, kilka tygodni temu zauważyła pierwsze niepokojące objawy choroby. Do wczoraj mieliśmy nadzieję ze to nic poważnego. Ale właśnie przyszły wyniki badań i konsultacji lekarskich. Nie ma wątpliwości. To rak.”
„Czy to można wyleczyć?”
„W Polsce nie mamy doświadczenia w leczeniu tego typu raka z takimi szybko postępującymi przerzutami”
„Gdzie można ją wyleczyć?”
„Jest taka prywatna klinika w Luzern, w Szwajcarii. Specjalizują się w tym. Mają bardzo dobre wyniki. Niestety, to kosztuje majątek. Narodowy Fundusz Zdrowia nie sfinansuje tego”
Marian dowiedział się od doktora Piskorczyka więcej szczegółów na temat tej kliniki. Dostał jej adres na stronie Internetowej oraz zapewnienie, że jeżeli się państwo Skrzetuscy zdecydują na leczenie tam, to on, Cezary Piskorczyk, załatwi wszystkie formalności. Ma w tym doświadczenie, ponieważ skierował tam czworo pacjentów. Wszyscy są wyleczeni. Podkreślił, że w przypadku pani Heleny należy się spieszyć i najlepiej, aby tam trafiła w ciągu dwóch, najwyżej trzech tygodni.
„Ile to może kosztować?”
„Na pewno około trzech milionów złotych… Oczywiście jeżeli nie będzie komplikacji”
„Dobrze. Zabieraj się pan za załatwianie tej kliniki!”
W domu zastał zapłakaną żonę. Zrobił jej wymówki, że nic mu o tym nie powiedziała i że dlaczego z tym czekała tak długo. Opowiedział co się dowiedział od Piskorczyka, i że podjął decyzję w sprawie tej Szwajcarii.
Przytulił ją serdecznie do siebie
„Kochany jesteś. Nic ci nie mówiłam, bo wiem, że masz ostatnio kłopoty, a po za tym ta choroba przyszła tak nagle…”
Marian nagle odsunął Helenę na wyciągniecie ręki i zaczął ją uważnie oglądać
„Nie widać abyś wyglądała na chorą” – stwierdził
„Nie wierzysz, że mam raka” – zaniosła się płaczem
„Nie! Nie, kochanie! Wierzę. Tylko myślałem ze to jakoś widać…” – odparł pośpiesznie
„Będzie widać niedługo. Teraz można wyczuć, o tu, pod piersią. Chcesz sprawdzić?”
„Nie! Nie! Wierzę ci!”
Jeszcze tego samego wieczoru skontaktował się z doktorem Piskorczykiem. Wymógł na nim, aby doktor towarzyszył Helenie do Szwajcarii.
Piskorczyk wspomniał coś o obowiązkach i braku czasu, ale Skrzetuski przekonał go w sposób, który miał dobrze opanowany i który zawsze działał. Uzgodnili, że wszystkie sprawy finansowe Piskorczyk załatwi osobiście.
Marian natychmiast przelał na jego konto trzy i pół miliona złotych. Dodał ze gdy będzie trzeba więcej to Helena będzie miała pieniądze ze sobą.
Dzień później dostał od niego wiadomość, że wyjazd załatwiony jest na poniedziałek dwudziestego pierwszego marca, a więc za cztery dni.
Helena tuż przed wyjazdem zażyczyła sobie zabrać ze sobą także gotówkę. Oczywiście miała swoje karty bankowe i naprawdę dużo pieniędzy na nich, ale gotówka w podróży to dobra rzecz, przekonywała męża.
Marian nie chciał sięgać do skrytek w domu, ponieważ pracowało w nim kilku rzemieślników. Tapetowali pokoje po Irenie, Karolu i dzieciakach, a przy okazji robili jeszcze inne prace remontowe. Marian i Helena mieli kilka kont osobistych w różnych bankach. Jego nabyta jeszcze z czasów PRLu ostrożność sprawiała, że do banków miał ograniczone zaufanie. Dlatego posiadał również sporo gotówki, złota i biżuterii. Tylko niewielką część tego trzymał w domu w kilku osobiście zrobionych skrytkach. Zdawał sobie sprawę, że gdyby przydarzyło się jakieś nieszczęście i na przykład, policja przeszukała dom, to bez trudu odnalazła by te skrytki. Traktował je jako zabezpieczenie przed złodziejami.
Ogromną większość gotówki i złota ukrył poza domem. Skrzetuski posiadał kilka niezabudowanych działek poza Łodzią. Były one ogrodzone, stały na nich jakieś nie zamknięte baraki. Miało to wszystko wskazywać na początek jakiś prac budowlanych które od lat nie posuwały się do przodu. Tam miał zakopanych kilkanaście wykonanych ze stali nierdzewnej kasetek. W każdej po sto tysięcy dolarów i po kilogramie złota.
Oczywiście nie był na tyle głupi, aby ukrywać je na terenie tych działek. Nie. Były one zakopane w ich pobliżu.
Skrzetuski przyjeżdżał tam sam, kilka razy w roku, wybierał się na spacer i sprawdzał, czy wszystko jest w porządku. Od lat nie zdarzyło się, aby ktoś grzebał w pobliżu skrytek.
W niedzielę wieczorem, pojechał na działkę do wsi Jedlicze w pobliżu Grotnik. Na działce zaparkował samochód, zajrzał do baraku z wyłamanymi drzwiami. Było tam pełno pustych butelek, jakiś śmierdzący materac i ogólnie bardzo brudno.
Nie przeszkadzał mu to. Wrócił do auta wyciągnął z bagażnika spory plecak, miał w nim składaną łopatkę. Poszedł na spacer do pobliskiego lasku. W miejscu, w którym rosły krzaki z dzikimi jeżynami w pobliżu dużej sosny zaczął kopać. Nie przejmował się, że w pobliżu jacyś ludzie spacerowali z dziećmi. Ta skrytka i tak jest już spalona.
Po chwili trafił na kasetkę. Była zawinięta w folię, dokładnie tak jak ją zostawił kilka lat temu. Folię zostawił w wykopanym dołku, przysypał wszystko niedbale a czystą kasetkę wraz z łopatą schował do plecaka.
W samochodzie otworzył ją. Wszystko było na swoim miejscu. W poniedziałek odwiózł Helenę i doktora Piskorczyka na lotnisko do Modlina. Pożegnał się serdecznie z żoną i upomniał ją, aby natychmiast zadzwoniła jak już będzie coś wiedziała.
Po tygodniu nie miał jeszcze żadnej wiadomości od żony. Zadzwonił na jej telefon. Dowiedział się, że taki abonament nie istnieje. Zaniepokoiło go to.
Numer Piskorczyka też nie odpowiadał. Zaczął w Internecie szukać informacji o tej klinice w Luzern. Niestety nie było na ich stronie niczego po polsku, a tylko takim językiem się posługiwał.
Następnego dnia w biurze hurtowni poprosił młodego urzędnika, aby dyskretnie zadzwonił do tej kliniki i zapytał się o Helenę i doktora Piskorczyka. Po czym udał się do swojego biura.
Czekał niecierpliwie na tą wiadomość z Luzern. Był tak zdenerwowany, że nie mógł skupić się na pracy. Po trzech godzinach usłyszał pukanie do drzwi.
„Proszę wejść”
„Szefie, czy to na pewno ta klinika? Oni tam nic nie wiedzą o pańskiej żonie. Tam są jeszcze dwie podobne kliniki i jedna w bliskiej okolicy. Też tam dzwoniłem…”
„Dobra. To mi wystarczy. Dziękuję panu” – przerwał mu Marian.
Kilkanaście minut po tej rozmowie wyszedł z biura. Sekretarce powiedział, że nie przyjdzie jutro i żeby wszystkich interesantów odsyłała do nowego księgowego.
W domu od razu udał się do pokoju Heleny. Sprawdził szafy i półki. Wszystko było opróżnione. Zostały tylko jakieś nieistotne rzeczy. Brakowało też biżuterii
„Cholera. Kiedy ona to wszystko wyniosła? Przecież na lotnisko zawiozłem ją z jedną walizeczką. Znowu, psiakrew nic nie zauważyłem” – mruczał pod nosem.
Nagle postanowił sprawdzić skrytki w domu. zszedł do piwnicy i do garażu. Dwie znajdujące się tam skrytki były opróżnione. W trzeciej, znajdującej się na poddaszu znalazł list od Heleny
„Odchodzę od ciebie. Nie szukaj mnie. Zabrałam tylko część tego co mi się należy. Helena. P.S. Nie martw się o moje zdrowie, nic mi nie jest”
Wściekły wrócił do swojego pokoju. Zastanawiał się, ile pieniędzy mogło być w skrytkach. Nie wiedział tego dokładnie, ale przypuszczał, że około siedmiuset tysięcy złotych i dziewięćdziesiąt tysięcy dolarów oraz niewielka suma euro.
Marian jakoś nie miał zaufania do euro więc nie robił oszczędności w tej walucie. Po chwili rzucił się w panice do komputera. Logował się do banków, w których miał wspólne konta z Heleną. Chciał zablokować jej karty bankowe. Niestety było za późno. Trzy ich wspólne konta były puste. Zorientował się, że praktycznie został bez grosza.
Miał jeszcze jedno osobiste konto, o którym Helena nie wiedziała. Sprawdził je. Było nie ruszone, ale miał na nim tylko dwadzieścia parę tysięcy. Było źle. Są jeszcze pieniądze na kontach firmy. Ale będzie trudno je ruszyć. Musi porozmawiać o tym z księgowym.
Tymczasem postanowił pojechać do szpitala, w którym pracuje doktor Piskorczyk. Spojrzał na zegarek. Dochodziła trzynasta. Nie jest za późno. W szpitalu trwało trochę zanim dostał się do działu kadr i wytłumaczył, dlaczego interesuje go doktor Piskorczyk. Miła starsza pani wyjaśniła mu ze to są poufne informacje i nie może ich mu udzielić. Poprosił ją dyskretnie na rozmowę na korytarz.
Po kilku minutach dowiedział się, że doktor Cezary Piskorczyk zwolnił się nagle z pracy ponad tydzień temu. Nie zostawił żadnej wiadomości o nowym miejscu pracy. Marian dostał od sympatycznej pani adres zamieszkania doktora.
Nie miał problemu ze znalezieniem mieszkania Piskorczyków na Retkini. Drzwi otworzyła mu kobieta w wieku Heleny. Przedstawił się i zapytał o Cezarego Piskorczyka.
„Nie ma go i nie będzie” – odpowiedziała z niechęcią w głosie
„Jak to – nie będzie?”
„Uciekł z jakąś lafiryndą!”
Chciała mu zatrzasnąć drzwi przed nosem. Zdążył jednak krzyknąć
„Chwileczkę! Ta lafirynda to moja żona!”
Kobieta spojrzała na niego i po chwili otworzyła szarzej drzwi
„Proszę. Niech pan wejdzie”
Rozmowa z nią nie nic mu nie dała. Dowiedział się, że mają dwoje dorosłych dzieci i troje wnuków, co go absolutnie nie obchodziło. Dowiedział się również, że miesiąc temu wzięli wspólną pożyczkę w banku, sto pięćdziesiąt tysięcy na zakup nowego samochodu. Teraz te pieniądze znikły i okazało się, że ich stary samochód został sprzedany.
Marian wrócił do domu z totalną pustką w głowie. Po raz pierwszy znajdował się w sytuacji, gdy nie miał najmniejszego pomysłu na to co robić dalej. Potrzebował zasięgnąć rady. Zadzwonił do Juliana
„Tato, to są twoje sprawy. Nic mnie one nie obchodzą. Radź sobie sam. Mam własne zmartwienia. Ty mi na pewno nie pomożesz” – usłyszał
„Mogłem się tego kurwa, spodziewać” – pomyślał
Następny telefon wykonał do brata.
Biskup Andrzej Skrzetuski znajdował się od paru miesięcy na misji w Boliwii. Został tam wysłany przez Papieża na wniosek Episkopatu Polskiego. Chciano w ten sposób uciszyć plotki jakie wokół Biskupa Skrzetuskiego pojawiły się w związku z rzekomymi skandalami obyczajowymi.
Trzy letni pobyt w Boliwii miał temu zaradzić, a potem czekała go emerytura.
Marian od razu uzyskał połączenie. Brat akurat nie był zajęty więc mogli chwilę porozmawiać.
„Cóż ja mogę tobie poradzić? Źle wychowałeś sobie żonę. Pomódl się za nią. Proś Boga o to, aby się zmieniła. Tylko tyle mogę ci poradzić. Oczywiście pomodlę się za ciebie”
„Wypchaj się ze swoimi modlitwami!” – pomyślał Marian i szybko zakończył rozmowę.
Przez chwilę siedział bez ruchu i bezskutecznie zastanawiał się co robić dalej. W końcu zrobił coś czego nigdy w do tej pory nie robił. Podszedł do szafki, w której trzymał butelki z alkoholem dla gości. Sięgnął po butelkę fińskiej wódki Koskenkorva.
Taką samą wódkę, w dalekiej Kanadzie, postawił na stole brodaty brat współlokatorki Justyny, sympatycznej Ritvy Kirkanen.
Juha Kirkanen przyjechał do Kanady na coroczną wystawę prezentującą nowości przemysłu drzewnego. Kilkudniowa wystawa odbywała się jak zwykle w mieście Winnipeg w sąsiedniej prowincji Mantoba.
Winnipeg oddalone jest od Thunder Bay o jakieś ponad pięćset kilometrów. Jednak dla Juhy mieszkającego na północy Finlandii taka odległość do pokonania to sprawa codzienna. Miał wynajęty samochód i jeszcze tydzień czasu, który chciał spędzić z siostrą. Siostra tak samo jak Justyna studiowała ekonomię.
Zanim postawił na stole wódkę i pudełko z suszonym mięsem reniferów, przywitał się serdecznie z Ritvą, cały czas zerkając ciekawie na Justynę. Justyna leżała na łóżku i robiła jakieś notatki w zeszycie. Nic nie rozumiała z tego co ci dwoje do siebie mówili. Po chwili ucichli i podeszli do Justyny. Ritva przeszła na angielski
„Poznaj mojego brata, Justyno. Zostanie tutaj przez tydzień…”
„Tu? W naszym pokoju?” – zapytała przestraszonym głosem Justyna
„Nie. Nie obawiaj się. Mam zarezerwowany hotel w mieście” – wtrącił również po angielsku Juha.
Justyna była w tym momencie wściekła na siebie, że tak głupio zareagowała tym pytaniem. Chciała to jakoś naprawić więc rzekła
„Jeśli o mnie chodzi to możesz tu zostać na noc, ale nie będziesz chyba spał z siostrą w jednym łóżku?”
„Zapamiętam to, że mogę tu zostać na noc i że nie powinienem spać z siostrą”
„Szybko wam idzie! Przedstaw się chociaż, braciszku” – rzekła Ritva
Przedstawił się przytrzymując nieco dłużej dłoń Justyny. Chciał ją pocałować w policzek, odsunęła gwałtownie głowę. Spojrzał na nią nieco zdziwiony.
„Znowu się wygłupiłam” – pomyślała wściekle o sobie.
„Razi cię ten zapach z moich ust?” – zapytał
„Nie, no co ty. Tylko nie jestem przyzwyczajona…”
„Do tego zapachu, czy do pocałunku na przywitanie?” – przerwał jej pytaniem
„Do tego zapachu!” – odrzekła ostro
„To tytoń. Mam taki brzydki nałóg. Żuję tytoń. Powiedz tylko słowo, a rzucę to dla ciebie”
„Proszę, proszę. Szybko wam idzie. Może jednak przerwiecie ten dialog, bo wódka stygnie. Siadajcie do stołu. Zrobię kilka kanapek”
Ritva pobiegła do ich wspólnej kuchni. Juha zaczął szukać coś w potężnej torbie, z którą przyjechał. Dopiero teraz Justyna zaczęła mu się dokładniej przyglądać. Był wyższy od niej prawie o głowę, barczysty ważył na pewno ponad sto kilogramów, chociaż, mimo grubego swetra jaki miał na sobie nie było tego po nim widać, nie był gruby. Na głowie miał gęstą jasną czuprynę. Nieuczesaną. Jego jasna broda, również w nieładzie, pasowała do niego. Justyna zdała sobie sprawę, że bardzo ją zainteresował. Oceniła, że musi mieć około trzydziestu lat.
„Co robisz w tej waszej Finlandii?” – zapytała tylko po to, aby coś powiedzieć
„Pomagam ludziom sprzedawać deski. Ritva nic ci nie mówiła?”
„Nie. Nie wspominała o tobie. Co to znaczy pomagać sprzedawać deski? Pracujesz w sklepie budowlanym?”
„Nie. Mam firmę. Pośredniczę w sprzedaży produktów wytwarzanych w tartakach. Szukam dla moich klientów rynków zbytu. Mam też jeden tartak po rodzicach”
„Czy to jest firma rodzinna?”
„A! rozumiem. Chcesz wiedzieć, czy mam kogoś. Nie… Jestem kawalerem. Nie spotkałem jeszcze takiej, która by zechciała zamieszkać ze mną w lesie”
„Nie o to chodzi. Nic mnie nie obchodzi, czy masz kogoś, czy nie”
„Obchodzi, obchodzi. Widzę to po tobie” – przestał nagle grzebać w torbie i zbliżył się do niej – „Mnie też obchodzi to, czy masz kogoś. Zrobiłaś na mnie ogromne wrażenie. Podobasz mi się” – powiedział do niej ciepło.
Ujął ją tym. W pierwszej chwili chciała powiedzieć coś co by ostudziło jego wypowiedzi, ale szybko zrezygnowała z tego. Powiedziała za to coś co ją samą zaskoczyło
„Nie mam nikogo. Miałam chłopaka, ale mi go zamordowano…”
W tym momencie do pokoju weszła Ritva z tacą pełną kanapek. Justyna przerwała w pół zdania. Juha taktownie zmienił temat.
Otworzył pudełko z suszonym mięsem renifera. Justyna wzięła do ręki kawałek. Był ciemno brązowy, twardy, wyglądem przypominał szczapkę drewna. Powąchała go i spróbowała ugryźć. Nie dała rady. Miała wrażenie jakby nadgryzała kawałek drewna. Ritva zaśmiała się i rzekła do brata
„Pokaż jej co należy z tym zrobić. Ona nie widziała tego na oczy”
Juha wziął z pudełka drugi kawałek, wyciągnął duży nóż myśliwski. Justyna teraz dopiero zauważyła ze miał go przypiętego pod swetrem, przy pasie. Nożem zaczął skrobać mięso. Efektem tego skrobania były wióry. Przypominały jej wióry drewna. Juha zeskrobał cały kawałek na talerzyk Utworzyła się spora porcja
„My to żujemy, siedząc na przykład przed telewizorem albo używamy zamiast orzeszków do whisky, do wódki też może być”
Justyna spróbowała, dopiero po chwili, gdy wiórek zmiękł w ustach poczuła smak gorzko wędzonego mięsa.
Siedzieli tak przy butelce jakiś czas. Juha opowiadał swoje wrażenia z podróży. Nigdy nie wyjeżdżał po za Europę. Opisał Justynie, gdzie mieszka.
Dziewczyny, mimo iż mieszkają ze sobą już od prawie półtora roku, nigdy nie rozmawiały o swoich stronach rodzinnych. Ritva wiedziała, że Justyna jest Polką i pochodzi z centralnej Polski. Niewiele więcej wiedziała Justyna o Ritvie. Ritva wspomniała kiedyś nazwę miejscowości w Laponii, w której się urodziła, ale nic jej to nie mówiło.
Teraz Ritva wyciągnęła mapę Finlandii i pokazała, gdzie znajduje się ich dom rodzinny. Miejscowość Inari leży w Laponii nad jeziorem o tej samej nazwie.
„Od listopada do stycznia mieliśmy noc polarną, a od połowy maja do końca lipca będziemy mieli dzień polarny… Przyjedź. Zobaczysz jak tam pięknie jest latem” – zaproponował Justynie Juha
„Tylko musisz wiedzieć, że są tam komary. Wielkie jak wróble” – wtrąciła ze śmiechem Ritva
„Można się do nich przyzwyczaić. Nie są groźne”
Mówiąc to Juha spojrzał niechętnie na siostrę.
„Jak tam dojechać?” – zaciekawiła się Justyna
„Drogą E75 z Helsinek na północ. To tylko tysiąc dwieście kilometrów. Z tego trzysta dwadzieścia za kołem podbiegunowym. Około czternastu godzin samochodem”
„Długo. Nie lubię tyle czasu spędzać w aucie”
„W trzy godziny można dolecieć wodnosamolotem. Mamy tam port lotniczy na jeziorze dla wodnosamolotów”
„To musi to być duże miasto, skoro ma port lotniczy”
„Raczej niezbyt wielkie. Mieszka nas tam około pięciuset osób…”
„Tylko pięćset?!” – zdziwiła się
„Ale latem jak przyjadą turyści do może być nawet ponad pięć tysięcy”
Na takiej rozmowie zeszło im do wieczora. Justyna opowiedziała trochę o Łodzi i nadszedł czas, aby się pożegnać.
„W którym hotelu się zatrzymałeś?”
„Prince Arthur Waterfront”
„To w połowie drogi do naszej szkoły… Odprowadzimy cię”
„Mam tu auto…”
„Piłeś… Jutro sobie je odbierzesz”
Następnego dnia, około dwunastej Juha przyszedł po samochód. Ponieważ kluczyki zostawił na stole, wszedł na górę do dziewczyn, aby je odebrać. Zastał tylko Justynę. Jej zajęcia zaczynały się po południu.
„Dokończmy rozmowę, którą przerwała nam Ritva” – powiedział po przywitaniu
„Jaką rozmowę?”
„Mówiłaś, że ci zamordowano chłopaka”
„Interesuje cię to?”
„Bardzo. Wszystko co dotyczy ciebie bardzo mnie interesuje”
„Dlaczego?”
„Zawróciłaś mi w głowie…”
„Nie mów tak”
„Opowiadaj, jak było z tym chłopakiem”
Justyna opowiedziała mu wszystko. O tym jak ojciec był niezadowolony, że spotykała się z Markiem. O tym jak dowiedziała się od Ireny, że Julian obiecał zająć się tym, aby Marek więcej się do niej nie zbliżył i o tym jak policja pokazała jej zwłoki Marka.
Powiedziała też, że przysięgła sobie zemścić się na bracie i że zamierza słowa dotrzymać i że go zabije.
Popłakała się pod koniec. Juha przytulił ją do siebie i zaczął całować. Nie protestowała.
Dwie godziny później do pokoju weszła Ritwa. Juha i Justyna leżeli w łóżku
„O, la, la!… To ja przyjdę później”
Zanim zdążyli zareagować, wybiegła z pokoju.
„Głupio wyszło” – powiedziała Justyna
„To dobrze, że nas zastała w łóżku. Nie musimy jej nic wyjaśniać” – stwierdził.
Potem zaskoczył ją pytaniem
„Jak zamierzasz go zabić?”
„Pokażę ci coś” – odpowiedziała po chwili.
Wyskoczyła naga z łóżka, podbiegła do swojego biurka i wyciągnęła z niego pistolet. Podała mu do ręki.
„Beretta 950B, kaliber 6,35… Tym trudno zabić. Narobisz tylko dużo huku” – stwierdził rzeczowo – „Umiesz się tym posługiwać?”
„Tak. Sprzedawca dał mi kilka lekcji”
„Jak zamierzasz przewieść to do Polski?”
„Jeszcze nie wiem. Wymyślę coś” „
Wyrzuć to… Nóż będzie lepszy” – stwierdził po namyśle
„Nie umiem posługiwać się nożem”
„Przyjedź to mnie, nauczę cię”
„A ty skąd umiesz posługiwać się nożem?”
„My Finowie rodzimy się z nożem”
Pierwszego lipca Justyna i Ritva wylądowały w Helsinkach. Justyna dała się namówić na spędzenie wakacji z Juhą i Ritvą. Właściwie, nie trzeba było jej namawiać. Od czasu wyjazdu Juhy z Kanady rozmawiali ze sobą codziennie na Skaypie. Oboje bardzo za sobą tęsknili. Justyna, mimo że nigdy nie była w Inari, znała je doskonale. Juha zalewał ją ogromną ilością fotografii. Poznała całe miasteczko i okolice. Bardzo podobał się jej dom i gospodarstwo, do którego jechała. Wiedziała już, że jest on w posiadaniu rodziny Kirkanen od początku siedemnastego wieku.
Dom był wielokrotnie przebudowywany, ale nie zatracił swojego pierwotnego charakteru. Obecnie były w nim wszystkie współczesne udogodnienia jak bieżąca woda, nowoczesne łazienki i nowoczesna kuchnia. Zainstalowane było w nim centralne ogrzewanie. Kocioł do tego ogrzewania znajdował się w budynku gospodarczym obok. Opalany był sprasowanymi w brykiety, wiórami z tartaku. Były one podawane automatycznie ze specjalnego magazynku.
Jedynym mieszkańcem tego dużego, piętrowego domu był Juha. Justyna wiedziała już, że rodzice Juhy i Ritvy zginęli pięć lat temu w wypadku samochodowym. Wiedziała też, że Ritva, po studiach w Kanadzie nie zamierza wracać do Finlandii. Na studiach poznała chłopaka z Francji i zamierza tam z nim wyjechać.
Pięć godzin po wylądowaniu w Helsinkach, o godzinie dwudziestej pierwszej pięćdziesiąt wystartowali wodnosamolotem w stronę Inari. Bilety załatwił im Juha.
W niewielkim samolocie, którym lecieli oprócz nich i pilota leciała jeszcze jakaś starsza para. Na pozostałych dwóch wolnych miejscach leżały bagaże tej pary. Wracali z zakupów.
Ritva zamieniła z nimi parę zdań przed startem, potem nie dało się rozmawiać z powodu hałasu.
„To nasi sąsiedzi. Mieszkają niedaleko nas” – wyjaśniła Justynie
„Myślę, że w tak małej miejscowości wszyscy są sąsiadami” – zauważyła Justyna
„Masz rację. Jutro wszyscy już będą wiedzieć, że przyleciałaś do Juhy. U nas nie można być anonimowym”
Mimo że startowali tuż przed dziesiątą wieczorem i słońce już dawno zaszło to było jeszcze widno. Po godzinie lotu zrobiło się jeszcze jaśniej. Czterdzieści minut przed lądowaniem zobaczyli przed sobą na północnym wschodzie wschód słońca. Pilot był zmuszony założyć ciemne okulary.
Lądowali po pierwszej w „nocy” w pełnym słońcu. Justyna pierwszy raz w życiu widziała dzień polarny. Po wylądowaniu na wodzie, samolot potrzebował około dziesięciu minut, aby na wolnych obrotach podpłynąć do przystani. Czekał tam jeden z pracowników który zgrabnie zacumował samolot przy pomoście.
Obok niego stał Juha. Chwycił Justynę w ramiona i długo się całowali. Pilot i gość co cumował samolot ze śmiechem komentowali ich powitanie. Potem podeszli do nich i podali im ręce i najwyraźniej składali im gratulacje. Justyna nie rozumiała co oni mówią, ale domyślała się, że są to wypowiedzi pochlebne.
„No to za parę godzin całe Inari będzie wiedzieć, że masz narzeczoną, braciszku”
„No i bardzo się z tego cieszę”
Juha przyjechał po nie, wielką toyotą Hilux z podwójną kabiną. Załadował ich bagaże na pakę po czym bez słowa załadował również pakunki starszej pary. Powiedział coś do nich. Wsiedli na tylną kanapę. Justyna też chciała tam usiąść
„Ty siądziesz przy mnie jak na żonę przystało”
„Nie jestem twoją żoną”
„Jesteś, jesteś. Nie musimy się bawić w formalności. Przede mną jesteś moją żoną i tak już to pozostanie”
Zwrócił się do starszej pary i coś im powiedział. Odpowiedzieli mu z aprobatą w głosie. Ritva siedziała obok nich i cały czas coś im mówiła. Słuchali z zainteresowaniem.
Po kilkunastu minutach podjechali pod dom starszej pary. Juha wyładował ich pakunki podczas gdy oni wysiedli i podeszli do auta od strony Justyny. Otworzyli drzwi i coś do niej mówili. Justyna wyczuła serdeczny ton w ich głosie. Na koniec starsza pani wspięła się na stopień samochodu i wyściskała Justynę.
„Już jesteś tu zaakceptowana” – zauważyła Ritva.
Po następnych dziesięciu minutach podjechali pod dom. Juha szybko wysiadł z auta i zanim Justyna się zorientowała wyniósł ją z niego i zaniósł do domu
„Co robisz, wariacie?”
„Wyczytałem gdzieś, że w Polsce jest taki zwyczaj, że mąż wnosi żonę do domu za pierwszym razem”
„Nie jesteśmy w Polsce i …”
„Nie szkodzi” – przerwał jej i pocałunkiem nie pozwolił dokończyć tego co chciała powiedzieć.
W środku zaniósł ją po stromych schodach na górę do obszernej sypialni. Stało w nim duże stare małżeńskie łóżko z baldachimem, z którego zwisała moskitiera. Justyna była zaszokowana
„Łóżko jest stare, ale materace są nowe. Kupione w zeszłym tygodniu w IKEI w Haparandzie”
„Mam tu z tobą spać?”
„Jeśli nie chcesz to pościelę ci w innym pokoju” – powiedział do niej poważnie
„Chcę” – odpowiedziała i zarzuciła mu ręce na szyję.
W ciągu następnych dni pokazywał jej okolice, zabrał swoją łodzią na jezioro. Przenocowali w namiocie na wyspie Ukko, w miejscu świętym dla Lapończyków. Opowiadał legendy z tym związane.
Justyna straciła rachubę dni. Dzień był cały czas. Słońce nie zachodziło, zbliżało się nieco do horyzontu i znowu się podnosiło. Chodzili spać, gdy poczuli się zmęczeni. Juha nie zostawiał jej ani na chwilę samej. Zabierał ją codziennie do odległego o trzydzieści kilometrów tartaku. Pokazywał z dumą nowoczesne linie produkcyjne które, wydawałoby się pracują bez udziału człowieka. Wyjaśnił ze ludzie sterują całym procesem produkcyjnym z pokoju kontrolnego. Wychodzą na halę produkcyjną, gdy coś się zatnie. Juha nie zostawał długo w tartaku. Wydawał polecenia, sprawdzał dokumenty i wracał z Justyną do miasta.
Wieczorem wspólnie z Ritvą siadali do stołu. Po kolacji Juha często pracował w swoim pokoju. Dużo rozmawiał przez telefon z klientami. Olbrzymią część pracy wykonywał przez Internet.
Pewnego dnia Ritva oznajmiła, że o pierwszej przyleci jej chłopak Maurice. Wszyscy troje wyjechali po niego samochodem.
Maurice był zapalonym wędkarzem. Całe następne dnie spędzał z Ritvą w łodzi Juhy na jeziorze. Wszyscy w domu przeszli na dietę rybną.
W końcu Juha oświadczył ze ma dość ryb i zaproponował Justynie wyprawę po coś innego. Pojechali na północ drogą E75. W drodze Juha oznajmił
„Obiecałem nauczyć cię posługiwać się nożem. Dzisiaj będzie pierwsza lekcja”
Po stu kilometrach dojechali do obozowiska wędrownych pasterzy reniferów. Juha kupił cztery sztuki. Justyna przeraziła się, że Juha będzie chciał, aby je zabiła nożem
„Nie zabiję tych zwierząt” – oznajmiła stanowczo
„Nie musisz. Sprzedający zobowiązał się je zabić” – po chwili dodał – „Będziesz ćwiczyła na martwych zwierzętach wbijanie noża. Musisz poznać jaki opór stawia ciało, gdy chcesz komuś zadać śmierć nożem. To tylko na filmach wygląda prosto i łatwo”
W drodze powrotnej zjechali z drogi w leśny dukt. Zatrzymali się na niewielkiej polanie. Juha wyciągnął linę holowniczą. Uwiązał ją do rogów martwego renifera. Potem zarzucił linę na gałąź drzewa i tak podciągnął martwe zwierzę, że jego ciało wisiało tuż nad ziemią. Podał przerażonej nieco Justynie nóż
„Wyobraź sobie, że to stojący człowiek. Zabij go…”
„Jak?”
„Tak, jak sobie to wyobrażasz, albo tak jak widziałaś to z pewnością na filmach”
Justyna wahała się. Niezgrabnie trzymała duży myśliwski nóż w prawej dłoni ostrzem w dół. Juha czekał, nie poganiał jej. W końcu gwałtownie podeszła do zwierzęcia, uniosła ramię do góry ponad głowę i wściekle uderzyła z całej siły w wiszące zwierzę na wysokości swojej twarzy.
Ostrze noża wbiło się na nie więcej niż dwa centymetry. Renifer wprawiony został w ruch wahadłowy. Juha zatrzymał kołysające się ciało zwierzęcia
„Zadrapałaś go tylko. Teraz zacznie krzyczeć, może nawet ucieknie. Najprawdopodobniej zacznie się bronić Może odebrać ci nóż… Przegrałaś”
„To co mam robić?!”
„Nie uderzaj nożem. Na to trzeba mieć naprawdę dużo siły. Niejeden mężczyzna nie da rady. Musisz wbić nóż. Spróbuj od dołu”
Justyna przełożyła nóż ostrzem do góry i uderzyła w miejsce, w którym znajdowałby się brzuch ofiary. Rezultat był niewiele lepszy.
„Tak też niedobrze. Ten sposób też wymaga dużej siły. Popatrz, zadałaś dwa nieudane ciosy i już jesteś wyczerpana a ofiara tylko powierzchownie skaleczona. Pomyśl, jak wbić nóż aż do rękojeści nie używając siły”
„Pokaż mi, jeśli jesteś taki mądry”
„No to uważaj. Musisz podejść do niego, najlepiej od tyłu. Oprzeć nóż rękojeścią o swoje ciało tuż pod klatką piersiową. Drugą ręką naciągasz ofiarę na nóż, jednocześnie cofając się o pół kroku. Ofiara traci równowagę i przechylając się do tyłu, własnym ciężarem ciała, wbija się na nóż. Twoim najważniejszym zadaniem jest uważać, aby się nie przewrócić pod jego ciężarem i żaby mieć dobre oparcie dla nóg… Teraz popatrz, jak ja to robię”
Odebrał jej nóż. Szybko zbliżył się do „ofiary” i zanim się zorientowała cały nóż tkwił w ciele renifera. Pokazał jej jeszcze raz jak to należy zrobić. Tym razem powoli. Zauważyła jak oparł nóż o klatkę piersiową, jak cofnął lewą nogę nieco do tyłu i jak lewą ręką pociągnął ofiarę na nóż. Juha podkreślił, że ofiarę należy przyciągnąć całym ramieniem, obejmując jego ciało na tej samej wysokości, na której zamierza się wepchnąć nóż.
„Jaką masz gwarancję, że on nie będzie krzyczeć, albo się bronić?”
„Żadnej, ale w dziewięćdziesięciu pięciu procentach możesz być pewna, że tak głęboko wbity nóż spowoduje szok u ofiary i szybką śmierć”
Odwrócił się do Justyny. Zauważyła, że ma poplamioną krwią koszulę.
„Pobrudziłeś się krwią”
„Bo to jest brudna robota… Teraz twoja kolej”
Ćwiczyli tak jeszcze dwie godziny. Justyna była cała zakrwawiona, ale szczęśliwa. Szybko robiła postępy w posługiwaniu się nożem. Juha pokazał jej jeszcze jak należy wbić nóż w brzuch ofiary i jak wyciągnąć go tnąc jednocześnie w poprzek brzucha, tak aby wypadły z niego wnętrzności.
„Przećwiczymy to następnym razem, kiedy ubierzemy naszą „ofiarę” w dwie lub trzy warstwy ubrania. Musisz wiedzieć, że ubranie stawia duży opór i musisz brać to pod uwagę zanim zaatakujesz. Na dzisiaj wystarczy”
Justyna spojrzała na solidnie poharatanego renifera wiszącego na drzewie „Co z nim zrobimy?” -zapytała
„Zdejmę go i zostawię na ziemi… Niedźwiedzie się nim zajmą. Myślę, że są już w pobliżu. Mają dobry węch i wyczują krew z daleka. Dlatego nie możemy zostać tu dłużej”
„Są tu niedźwiedzie?”
„Są, zimą podchodzą do drzwi domostw”
Justyna bardzo szybko wsiadła do auta
„Na co czekasz?!” – krzyknęła – „Wsiadaj szybko!”
„Zaraz! Nie mogę tego tak zostawić. Natnę trochę gałęzi i przykryję go”
„Po co?”
„To nielegalne zostawiać resztki zwierząt w lesie. Nie chcę, aby to ktoś zauważył”
„Tutaj?… Kto?”
„Zdziwiłabyś się. Tu wzdłuż drogi, o tej porze roku zatrzymuje się dużo turystów”
Po godzinie byli w domu. Dom był pusty Ritva i Maurice byli gdzieś na jeziorze. Juha szybko ściągnął pozostałe trzy renifery z auta i zaciągnął je do szopy za domem. Justyna udała się do łazienki. Rozebrała się i weszła pod prysznic.
Po chwili przyszedł Juha.
„Zostaw te poplamione spodnie i koszulę do następnego razu. Jak się umyjesz to zdążymy jeszcze do sklepu Starego Mattijego. Kupisz tam sobie nowe spodnie i koszulę”
„Myślisz, że on tam coś ma co by na mnie pasowało?”
„On wszystko ma”
Stary Matti miał firmę pośrednictwa sprzedaży i kupna nieruchomości. Jednak rynek nieruchomości tu na północy Finlandii był praktycznie martwy. Stary Matti nie wyżyłby z tego. Dlatego prowadził jeszcze sklep, w którym miał wszystko. Jego sklep jest największy w Inari, może dlatego że jedyny.
W ciągu następnego tygodnia posiekali jeszcze dwa z pozostałych trzech reniferów. Juha był zadowolony z szybkich postępów w posługiwaniu się nożem jakie poczyniła Justyna.
„Nie przypuszczałem, że tak szybko opanujesz sztukę zabijania nożem”
„Jeszcze nikogo nie zabiłam. A szybko mi poszło, bo mam silną motywację”
Czwartego renifera Juha i Ritva podzielili na części. Kilka sporych porcji schowali do lodówki. Z jednej porcji żeberek Juha przyrządził coś w rodzaju gulaszu. Została jeszcze połowa, którą umieścili w obszernym zamrażalniku, w piwnicy.
Przed końcem lipca Ritva i Maurice polecieli do Montpellier we Francji do rodziców Mauricego. Justyna została z Juhą w Inari. Bilet powrotny do Kanady z Helsinek miała wykupiony na poniedziałek piętnastego sierpnia, ale już pierwszego sierpnia Juha nakazał jej spakowanie bagaży.
„Jutro lecimy do Helsinek. Zostanę tam z tobą przez te dwa tygodnie co zostały do twojego odlotu do Kanady”
Te dwa tygodnie spędzili po królewsku. Zamieszkali w jednym z najlepszych hoteli. Hotel Scandic Simonkenttä leży w samym centrum miasta. Wszędzie mieli blisko, każdy wieczór spędzali w innej restauracji. Byli w Operze Narodowej, zwiedzili chyba wszystkie muzea. Juha kupił jej masę ciuchów i książek do nauki fińskiego. Musieli dokupić walizkę i dopłacić do biletu lotniczego.
Na koniec umówili się, że Justyna przyleci do niego w czerwcu przyszłego roku. Justyna i Ritva powinny być już po egzaminach i mieć dyplomy ukończenia studiów.
Po powrocie do Kanady okazało się, że Justyna po studiach poleci do Finlandii sama. Ritva stwierdziła, że jej plany co do osiedlenia się we Francji są definitywnie potwierdzone. Na Święta Bożego Narodzenia, tu w Thunder Bay bierze ślub z Mauricem. Przylecą jego rodzice i kilkoro krewnych. Justyna i Juha są oczywiście zaproszeni. Rozmawiała już z bratem. Nikt więcej z Finlandii nie przyleci. Nie mają tam żadnych bliskich krewnych. A jej przyjaciółki z czasów szkolnych wyjechały z Inari i ona nie ma z nimi kontaktu.
Justyna zaraz po tej wiadomości skontaktowała się z Juhą. Okazało się, że on o wszystkim wiedział, już od tego czasu, gdy Ritva i Maurice wyjechali latem z Inari do jego rodziców do Francji.
„Wolałem, aby Ritva sama ci o tym powiedziała… Słuchaj mam dla ciebie pewne zadanie. Dowiedziałem się, z Internetu, że powinnaś zwrócić się do Konsulatu Polski w Toronto…”
„Po co?” – przerwała mu
„Po to, abyś zebrała wszystkie potrzebne dokumenty do naszego ślubu, który weźmiemy jednocześnie z Mauricem i Ritvą”
„Pierwszy raz słyszę, że mamy wziąć ślub. Nie przypominam sobie abyś się mi oświadczył”
„Nie zrobiłem tego?… To musi być jakieś przeoczenie z mojej strony. W każdym razie to nic nie zmienia. Nasz ślub się odbędzie”
„Bez oświadczyn ślubu nie będzie”
„W takim razie potraktuj tą rozmowę jako oświadczyny. Wyjdziesz za mnie?”
„Przecież wiesz głuptasie, że wyjdę”
Obydwa śluby odbyły się jednocześnie w miejskim ratuszu w Thunder Bay. Justyna przyjęła nazwisko męża. Ponieważ w dalszym ciągu miała polskie obywatelstwo, musiała wymienić paszport. Wiedziała, jak to zrobić.
W konsulacie w Toronto obiecano wszystko załatwić w styczniu 2012go. Młodzi nie zamierzali brać ślubów kościelnych.
Zarówno Justyna jak i Ritva postanowiły, że nie sprawią sobie żadnych specjalnych kreacji na tą okazję. Rodzice Mayricego trochę kręcili nosem, ale w końcu się z tym pogodzili.
Wspólne wesele Juha załatwił w sali bankietowej hotelu Valhalla Inn. Gości było niewiele. Poza rodzicami i krewnymi Mauricego, było kilkanaście osób z roku Justyny i Ritvy.
Pod koniec przyjęcia weselnego Juha poprosił o głos. Oświadczył ze ma niespodziankę dla żony i siostry. Wszyscy zamilkli
„Sprzedałem tartak… Domu nie udało się jeszcze sprzedać. Zleciłem to Staremu Mattiemu” – zwrócił się do siostry – „Mówiłaś zawsze, że nie chcesz wracać do Inari, więc nie była to dla mnie trudna decyzja. Pieniędzmi podzielimy się po połowie”
„Bardzo dobrze zrobiłeś, braciszku”
„To, gdzie będziemy mieszkać?” – zaniepokoiła się Justyna „Jeszcze nie wiem. Na razie wynająłem mieszkanie w Helsinkach. Coś wymyślę do czasu zakończenia twoich studiów”
I wymyślił. W czerwcu przysłał Justynie bilet na lot do Helsinek. Spotkali się na lotnisku. Zaraz po powitaniu, zabrał ją do nowego mieszkania. Mieszkanie bardzo się spodobało Justynie. Całkowicie umeblowane, czteropokojowe, na pierwszym piętrze kamienicy z lat trzydziestych dwudziestego wieku, w spokojnej dzielnicy, blisko do centrum.
W jednym z pokoi Juha pracował codziennie do późna w nocy. Drugi z pokojów przeznaczony był dla Justyny do nauki. Ich sypialnia miała okna wychodzące na park. Okna salonu wychodziły na spokojną ulicę bez wylotu.
„To mieszkanie wynajmuję” – poprawił się zaraz – „Wynajmujemy do końca maja przyszłego roku”
„A, co potem?”
„Potem zaczynamy nowy etap w naszym życiu. Przynajmniej przez rok będziemy podróżować”
„Skąd na to weźmiemy pieniądze?”
„Przecież mam firmę… Mamy firmę. Przynosi niezłe dochody. Teraz jak ty zaczniesz w niej pracować…”
„O jakiej pracy mówisz? Nic nie wiem o tym” – przerwała mu
„Od jutra masz pracę jako księgowa u mnie w firmie”
Przecież do tego trzeba znać dobrze język. Potrafię już czytać, ale gorzej jest z mówieniem. Cały czas się uczę przez Internet”
„Zapisałem cię na kursy językowe, tu w Helsinkach. Pięć razy w tygodniu po cztery godzin. Dwa razy w tygodniu moja obecna księgowa, Helga, będzie cię wprowadzać w finanse firmy”
„Pewno będzie mi niechętna…”
„Dlaczego?”
„Bo zajmę jej miejsce. Przeze mnie zostanie bez pracy”
„Nie martw się o to. Przechodzi na emeryturę”
Firma Juchy jest firmą jednoosobową. Jego praca polega przede wszystkim na doradzaniu w sprawach technicznych mniejszym firmom, głównie tartakom i tym którzy zajmują się dalszą przeróbką drewna. Robi też na ich zlecenia, analizy rynku, szuka dla nich nowych odbiorców.
Dzięki dzisiejszej technice internetowej robi to skutecznie na odległość. Rzadko spotyka się ze swoimi klientami osobiście. Najczęściej przy okazji zawierania naprawdę dużych kontraktów. Swoich klientów ma w całej Europie, głownie w Skandynawii. Ostatnio nawiązał kontakty z chłonnym rynkiem azjatyckim. Szykuje się na zawarcie dużego kontraktu z wielkim tartakiem w Afryce Południowej. Chcą kupić od szwedzkiego wytwórcy wielką linię produkcyjną do przeróbki drewna z drzew egzotycznych. Juha prowadzi pertraktacje z producentem maszyn, dotyczące specjalnych wymagań technicznych, uwzględniających twardość drewna oraz klimat w jakim przyjdzie tym maszynom pracować.
Wszystko to sprawia, że stronę finansową, zwłaszcza rozliczanie firmy z Urzędem Skarbowym zlecał zawsze wyspecjalizowanym firmom zajmującym się rachunkowością.
Jednym z takich jednoosobowych biur rachunkowości było biuro Helgi Norrgren. Helga współpracowała z Juhą niemal od początku jego działalności. Od kilku lat sygnalizowała mu, że zamierza przejść na emeryturę i że powinien sobie znaleźć nowego ekonomistę.
To, dlatego Juha namówił swoją siostrę na studia ekonomiczne w Kanadzie. Tylko tam na ekonomii, można było wybrać kursy uwzględniające specyfikę produkcji i handlu wyrobami przemysłu drzewnego. Niestety Ritva, poznawszy uroki dużego miasta, jakim bez wątpienia jest Thunder Bay, coraz mniej miała ochotę na powrót do Inari. Brak chęci powrotu zwiększył się ogromnie, gdy poznała Mauricego i zaistniała przed nią, możliwość osiedlenia się w Montpellier we Francji.
Juha, rzecz jasna, ubolewał nad tym, ale nie zamierzał zmuszać siostry do zmiany jej planów.
Tak się szczęśliwie złożyło, że poznał Justynę, która studiowała to samo co Ritva. To nie kalkulacja, czy wyrachowanie z jego strony sprawiło, że związał się z Justyną. Autentycznie zakochał się w niej od pierwszego spojrzenia.
Takie rzeczy czasami się zdarzają.
Tak więc, teraz Justyna ma się zająć finansami firmy. Juha przykazał Heldze, żeby od pierwszego dnia rozmawiała z Justyną tylko po fińsku. Na początku szło to bardzo opornie. Justyna musiała się skupiać nie tylko nad dokumentami, ale również nad językiem. Do tego wszystkiego musiała zapoznać się z fińskim prawem handlowym, całą masą przepisów skarbowych i ustaw dotyczących tego wszystkiego.
Gdzieś tak przed Świętami Bożego Narodzenia Helga poinformowała Juhę, że w zasadzie Justyna może już pracować samodzielnie. Umówili się, że Helga będzie wyrywkowo sprawdzać pracę Justyny, jeszcze do Wielkiej Nocy przyszłego roku.
Na Święta polecieli do Francji. Spędzili je z siostrą Juhy i jej mężem. Ritva pochwaliła się okrągłym brzuszkiem. Dziecko ma się urodzić w kwietniu. Mieszkają razem z teściami Ritvy w ich wielkim domu. Nie zamierzają się wyprowadzać na swoje. Ritva na razie nie pracuje. Jest na utrzymaniu męża. Maurice dostał dobrą pracę w dużej, miejscowej firmie importującej maszyny rolnicze.
Nowy Rok 2013ty wszyscy czworo przywitali w Paryżu. Dwa dni później Juha i Justyna wrócili do Helsinek. Pracowali bardzo intensywnie do końca kwietnia.
Zaraz po Wielkiej Nocy, na początku kwietnia, pożegnali się serdecznie z Helgą. Justyna już nie potrzebowała jej pomocy. Od pierwszego maja Juha wynajął kontener w firmie magazynowej. Zaczęli zwozić tam swoje osobiste rzeczy i dokumenty firmowe, które nie będą im potrzebne w podróży. Juha jeszcze nie powiedział żonie jak zamierzają podróżować. Gdy go o to czasami pytała, zwodził ją jakimiś nic nie mówiącymi odpowiedziami. Justyna, była tak zajęta pracą, że po prostu nie domagała się szczegółów. Dopiero jak Juha wywiózł niemal wszystko do kontenera i sprzedał samochód, dotarło do niej, że w właściwie nic nie wie o planowanej przez męża podróży
„Powiedz, kochanie, co knujesz? Jak i gdzie się wybieramy. Muszę to wiedzieć, aby się przyszykować do wyjazdu”
„Wytrzymaj do jutra. Jutro wszystkiego się dowiesz”
Następnego dnia, w sobotę osiemnastego maja, Juha wynajął na stacji benzynowej samochód i pojechali nim do leżącej u wylotu z miasta, firmy Helsinki Caravan Oy. Dopiero wtedy, nagle, dotarło do Justyny co zamierza zrobić Juha.
„Chcesz kupić kampera?” – zapytała
„Razem kupujemy. Nie wyjdziemy stąd bez kampera”
„Dlaczego mi o tym nie mówiłeś?”
„Mówiłem o rocznej podróży. To jest dla nas najlepszy sposób podróżowania. Kupimy dużego kampera abyśmy mogli w nim swobodnie mieszkać i pracować”
„Nigdy nie mieszkałam w kamperze. Nie wiem, jak kampery wyglądają w środku…”
„Zaraz będziemy oglądać i wybierać”
Po pięciu godzinach zdecydowali się na nową czterotonową Adrię Sonic. Justyna była zaszokowana wysokim standardem kamperów. Nie mogła się zdecydować który by jej najbardziej pasował. Juha dał jej możliwość wyboru. Zastrzegł jednak, że musi być duża kuchnia, duży stół, przy którym będą spożywać posiłki i przy którym będą pracować. Musi na nim być miejsce na swobodną pracę na dwóch laptopach.
Takie udogodnienia jak toaleta i kabina prysznicowa były oczywistością. Justyna zdecydowała się na podwójne duże łóżko w tylnej części pojazdu. Długo nie mogli dojść do porozumienia co do tapicerki. W końcu Justyna postawiła na swoim i wybrali pojazd ze skórzaną tapicerką na kanapach i fotelach kierowcy i pasażera.
Juha zażyczył sobie, aby sprzedający zamontował kilka niezbędnych rzeczy. Między innymi markizę, antenę satelitarną do telewizora i co najważniejsze, jeszcze jeden akumulator do części mieszkalnej. Na dach kazał zamontować solary. Koło stołu zażyczyli sobie dodatkowe gniazdka na 230V. Sprzedawca poradził im, aby dokupili przetwornicę prądu z 12V prądu stałego na 230V prądu zmiennego. Przyda im się, skoro zamierzają dużo używać laptopów. Na wszelki wypadek dokupili benzynowy agregat prądotwórczy.
Przed przyjazdem do tej firmy, Juha obawiał się, że Justynie nie spodoba się pomysł z kamperem. Jego obawy okazały się nieuzasadnione. Justyna bardzo zapaliła się do podróżowania w ten sposób.
Kiedy doszło do finalizowania kupna, Justyna poprosiła sprzedawcę, aby pozwolił im zostać samym w kamperze kilkanaście minut. Gdy zostali sami zwróciła się do męża
„Jako odpowiedzialna za finanse firmy chcę ci podpowiedzieć jak ten zakup sfinansować. Nie kupuj tego auta prywatnie…”
„Nie zamierzam kupować prywatnie. Chcę go wziąć w leasingu na firmę…”
„Lepiej kup go na firmę. W leasingu musisz uzyskać każdorazowo zgodę banku finansującego leasing, na wyjazd tym pojazdem za granicę”
Juha przyznał jej rację i w ten sposób sfinalizowali zakup. Sprzedawca zobowiązał się w ciągu tygodnia zamontować wszystkie rzeczy, które sobie zażyczyli.
Pojazd zarejestrowany i gotowy do drogi będzie do odebrania jeszcze przed końcem maja.
Wyjechali na początku czerwca. Podróży nie planowali. Przez Haparandę dostali się do Szwecji. Odwiedzili kilkanaście tartaków z którymi Juha współpracował. Po za tym robili to wszystko co robią turyści w kamperach.
Bardzo szybko doszli do wniosku, że muszą kupić rowery. Kampingi często leżą poza miastami. Rowery ułatwiały im zwiedzanie okolic.
Pod koniec lipca dojechali do Malmö. Juha chciał jechać dalej do Kopenhagi, a potem do Niemiec. Justyna nalegała na podróż do Polski. Miała tam niezałatwioną sprawę.
Juha nie chciał tam jechać. Z dwóch powodów. Argumentował żonie, że w Niemczech musi spotkać ważnego klienta, a z Polakami, jak do tej pory nie prowadzi interesów.
Nie to było prawdziwym powodem jego niechęci przed podróżą do Polski. Obawiał się o żonę. Kiedy w czasie jego wizyty w Kanadzie Justyna zwierzyła mu się z zamiaru zastrzelenia brata był przerażony jej stanowczością w dążeniu do zemsty. Z trudem ukrył przed nią swoje przerażenie. Chciał ją od tego odwieść, ale zdawał sobie sprawę z tego, że nie uda mu się to, jeśli będzie próbował przekonywać ją do porzucenia zamiaru zemsty.
Postanowił zniechęcić ją do tego w inny sposób. Udało mu się przekonać ją, że pistolet, który kupiła jest niewłaściwy i trudny do przewiezienia przez granicę. Zaproponował nóż. Miał nadzieję, że gdy pokaże jej jak z bliska wygląda zabijanie, gdy Justyna poczuje krew ofiary na swoich rękach, to może zreflektuje się i odstąpi od zamiaru zabicia brata.
Tak jednak nie było. Justyna przezwyciężyła początkowy opór przed użyciem noża i przeszła pomyślnie cały „kurs” zabijania, jaki jej zafundował. Robił sobie z tego powodu wyrzuty. Pozostała mu nadzieja, że czas sprawi, iż Justyna odstąpi od zamiaru zemsty na bracie.
Od czasu ostatniej lekcji z „zabijaniem” nieszczęsnego renifera, aż do przyjazdu do Malmö nie poruszał z nią tego tematu. Teraz zorientował się, że Justyna nie odstąpi od swojego zamiaru.
„W dalszym ciągu masz zamiar go zabić?”
„Tak”
„Zrobię to za ciebie…”
„Nie. To jest moja sprawa
„Dobrze. Ale chcę być przy tobie. Będę cię asekurował”
Zgodziła się. Nie chciała zadrażniać sytuacji. Liczyła na to, że jakoś uda się jej zrobić to bez udziału męża. On z kolei miał nadzieję, że wymyśli coś, aby do tego nie dopuścić.
Zgodził się na jazdę do Polski. Usiadł do komputera i zabukował bilety na prom z Ystad do Świnoujścia. Ich wyjazd miał się odbyć za cztery dni, to jest trzeciego sierpnia wieczorem.
Gdy wszystko było już postanowione, Justyna wyciągnęła notatnik z telefonami. Od przyjazdu z Kanady miała nowy telefon. Nie miała w nim tych numerów do Polski, które miała w swoim starym telefonie, tym kupionym jeszcze w Łodzi, po wprowadzeniu się do Barbary.
Jeszcze podczas studiów w Thunder Bay kontaktowała się z Barbarą, zarówno poprzez Skaypa jak i telefonicznie.
Pewnego razu, po jej powrocie z Finlandii do Kanady i po tych niespodziewanych oświadczynach Juhy, zatelefonowała do Basi, aby zaprosić ją na ich ślub. Usłyszała w telefonie głos operatora, że abonent zmienił numer i nie zostawił żadnej wiadomości. Próbowała jeszcze kilka razy, ale bez skutku. Zadzwoniła nawet do Szefowej. Jej telefon też nie działał. W końcu dała sobie z tym spokój. Teraz próbowała ponownie. Bezskutecznie. Ale nie tylko do Basi próbowała zadzwonić. Z pewnym strachem zdecydowała się zadzwonić na telefon matki. Na dobrą sprawę nie wiedziała po co do niej dzwoni. Pomyślała, że jak tylko ją usłyszy to od razu przerwie połączenie. Wiedziała, że jest to bez sensu, ale nie mogła się temu oprzeć.
Gdy usłyszała w telefonie standardową informację, że abonament jest nieaktualny, zadzwoniła na telefon ojca, z takim samym skutkiem, a potem na telefon brata, który też był nie aktualny. Chciała jeszcze zadzwonić do Wokulskiej, ale nie mogła znaleźć jej telefonu. Spojrzała na zegarek. Dochodziła czternasta. Zdecydowała się zadzwonić do biura łódzkiej hurtowni i poprosić ojca do telefonu. Nieznajoma kobieta po drugiej stronie oznajmiła
„Pan Marian Skrzetuski już tu nie pracuje”
„Proszę mi powiedzieć, co się stało? Jestem jego córką”
„Nie wolno mi udzielać żadnych informacji. Mogę tylko powiedzieć, że firma jest w likwidacji. Do widzenia”
Ta wiadomość bardzo ją zaniepokoiła, chociaż nie wiedziała, dlaczego. Jak tylko zjechali z promu w Świnoujściu nakazała mężowi
„Teraz prosto do Łodzi. Ustaw adres rodziców na GPSie”
A tymczasem w domu rodziców na łódzkim Julianowie nastąpiły duże zmiany. Od pamiętnego marca 2011tego roku, kiedy to Helena odeszła od męża, Marian praktycznie nie trzeźwiał. Został bez grosza. Miał co prawda dużą firmę, ale jego hurtownie wpadały w kłopoty finansowe, jedna po drugiej.
Podejrzewał, że macza w tym palce szwagier. Robił sobie wyrzuty, że za bardzo mu ufał i nie kontrolował. Aby mieć z czego żyć, jeździł na swoje działki, odkopywał kasetki z pieniędzmi na czarną godzinę i zaraz wszystko wydawał na adwokatów i innych „ekspertów” których zatrudniał w celu szukania winnych upadku firmy. Nic to nie dało. Jeszcze bardziej pchało go to do butelki.
Pech i nieszczęścia nie chciały go opuścić. Zaraz po Nowym Roku 2012tym wybuchł duży pożar w łódzkiej hurtowni. Spaliła się cała hala magazynowa. Jeden z pracowników został poważnie ranny. Okazało się, że był zatrudniony na czarno i nie ubezpieczony. Prokurator zajął aktywa firmy. Zaraz po tym zaczęły zgłaszać się firmy windykacyjne po zapłatę zaległych milionowych faktur. Komornicy wchodzili na pozostałe hurtownie.
Sąd w połowie 2012tego uznał Skrzetuskiego winnym zaniedbań, które doprowadziły do pożaru w hurtowni. Dostał kilku letni wyrok więzienia w zawieszeniu. Zasądzono też dwu milionową grzywnę i potężne odszkodowanie dla poszkodowanego pracownika.
Komornik zajął dom Skrzetuskich i wszystkie samochody. Marian jeszcze raz zwrócił się do syna o pomoc. Chciał u niego zamieszkać jakiś czas
„Nie ma mowy! Mam ogromne kłopoty. Potrzebuję spokoju” – odpowiedział Julian, po czym przerwał rozmowę.
Marian już od dawna zwracał się o pomoc do przyjaciół i znajomych, których miał pełno, gdy mu się powodziło i prowadził Dom Otwarty. Wszyscy w mniej lub bardziej elegancki sposób wykręcali się od udzielania pomocy.
Zostało mu jeszcze kilkanaście tysięcy dolarów z ostatniej odkopanej kasetki i ostatnia niesprzedana działka pod Łodzią, ta w Jedliczach. Na razie komornik pozwolił mu mieszkać w domu w jednym z pokojów. Reszta została opróżniona ze wszystkich wartościowych rzeczy i mebli. Nawet jego portret z herbem, który przechowywał w piwnicy został zarekwirowany.
Pod koniec września do domu Skrzetuskiego przyjechała policja. Poinformowali go o śmierci Juliana. Marian przyjął wiadomość obojętnie. Zdziwionym policjantom zadał pytanie, kiedy będzie mógł się wprowadzić do mieszkania syna.
„Panie! O czym pan mówi?! Tam wszystko spalone. Kilka mieszkań sąsiadów zasmrodzone dymem, kilka zalanych wodą. Prokurator zaplombował mieszkanie. Trwa śledztwo”
Zabrali go do Zakładu Medycyny Sądowej, w celu identyfikacji zwłok. Tam spotkał Ireną Wokulską. Policjanci znaleźli przy Julianie notatnik z adresami. Było w nim, między innymi, nazwisko Ireny i jej telefon. Też została wezwana na rozpoznanie zwłok.
Wokulska nie poznała Mariana. Przestraszyła się nieco, gdy zarośnięty i mocno zaniedbany gość zwrócił się do niej po imieniu. Normalnie, nie podjęłaby rozmowy z takim typem, ale ten był w towarzystwie policjantów więc się zatrzymała i spojrzała na niego pytająco. Dopiero po chwili poznała Mariana. Była w szoku. Od wyprowadzki z domu Skrzetuskich nie miała z nimi kontaktu. Marian chciał z nią porozmawiać. Policjanci powiedzieli, że najpierw musi rozpoznać zwłoki a potem może robić co chce.
Wokulska nie byłaby kobietą, gdyby nie chciała się dowiedzieć skąd taka zmiana w wyglądzie Mariana. Zgodziła się na niego poczekać. Skrzetuski wyszedł po pół godzinie. Policjanci nie mieli do niego nic więcej. Odjechali.
Marian poprosił Irenę do pobliskiej kawiarni. Wahała się czy z nim może się pokazać na mieście, ale ciekawość zrobiła swoje. Siedzieli tam ponad dwie godziny. Opowiedział jej wszystko co mu się przydarzyło od tego czasu, gdy ona wyprowadziła się od nich z domu. Na koniec powiedział ze wyprowadza się na działkę do Jedlicz.
„Przecież tam nic nie ma. Jak tam będziesz mieszkał?”
„Mam tam barak i parę gratów. Dam sobie radę”
Zaczął się obmacywać po kieszeniach, że niby szuka pieniędzy, aby uregulować rachunek. Irena zorientowała się o co chodzi
„Zostaw, nie szukaj. Ja zapłacę”
Po chwili rozstali się nie umawiając się na przyszłość.
Justyna nie mogła się doczekać przyjazdu do domu rodziców. Niecierpliwiła się bardzo. Poganiała męża do szybszej jazdy, co jej się nigdy przedtem nie zdarzało. Juha również był zdenerwowany. Jaszcze nic nie wymyślił, aby odwieść żonę od zemsty na bracie.
W końcu zatrzymali się na Julianowie kilka uliczek od domu. Justyna włożyła kurtkę, pod którą ukryła nóż przypięty do paska od spodni
„Zostaw to w aucie. Zróbmy najpierw rekonesans”
„Nie. Zrobię to jak tylko nadarzy się okazja. Nie powstrzymasz mnie”
Była przy tym tak zdesperowana i stanowcza, że Juha nie próbował protestować.
Kiedy podeszli do domu dochodziła dwudziesta. Szybko zorientowała się, że dom jest opuszczony. Przez nie zamkniętą furtkę dostali się na podwórko. Dom był zamknięty. W oknach brakowało firanek. Ogród i całe obejście było zapuszczone. W skrzynce na listy znalazła pełno starych reklam. Pokręcili się jeszcze trochę po posesji. Pies sąsiada z przeciwka ujadał cały czas. W końcu sąsiad wyszedł go uspokoić.
„Dobry wieczór panie Kowalczyk. Poznaje mnie pan? Jestem córką Skrzetuskich. Co tu się stało? Gdzie się oni wyprowadzili?”
Kowalczyk przyglądał jej się chwilę
„To pani, Justynko. Ledwie panią poznałem… Tu nikt nie mieszka od prawie roku. Komornik chce to sprzedać, ale nie ma kupców…”
„Co się stało? Gdzie oni są”
„Ja tam nic nie wiem. Podobno pani ojciec zbankrutował. Ja tam nic więcej nie wiem. Muszę już iść. Dobranoc pani”
Wrócili się do kampera. Juha w zdecydowanie lepszym nastroju stwierdził, że czas pojechać na jakiś kamping. Zaczęli szukać w Internecie
„Nieprawdopodobne! Tak duże miasto i nie ma w nim kampingów” – stwierdził po dłuższym czasie bezowocnych poszukiwań.
Postanowili. wyjechać z miasta i przenocować gdzieś przy drodze na parkingu. Ruszyli z Julianowa w stronę Zgierza. Już po chwili zauważyli duży parking przed sklepem Castoramy.
„Przenocujemy tu. Chyba nas nikt stąd nie wyrzuci” – miał nadzieję Juha.
Następnego dnia z samego rana Juha chciał jak najszybciej wyjechać z Łodzi.
„Zostańmy jeszcze kilka godzin. Chcę sprawdzić kilka adresów. Muszę się dowiedzieć co się stało” – prosiła męża.
Juha zgodził się, acz niechętnie. Najpierw pojechali na Julianowską. W mieszkaniu Barbary Mikulec mieszkali jacyś obcy ludzie. Nie wiedzieli lub nie chcieli powiedzieć, gdzie wyprowadziła się poprzednia właścicielka mieszkania.
Justyna poprosiła męża, aby pojechać na Warszawską. Nie mówiła mu po co. Nigdy się przed nim nie chwaliła swoją pracą w Agencji Towarzyskiej. Powiedziała, że ot, tak sobie chce się przejechać tą ulicą. Miała tu sporo znajomych. Może kogoś zauważy z samochodu.
Gdy przejeżdżali koło domu, w którym kiedyś była Agencja kazała mu zwolnić. Na podwórku w nowo urządzonej piaskownicy bawiło się troje małych dzieci. Pilnowała ich jakaś kobieta, chyba ich babcia. siedziała na leżaku i robiła na drutach.
„To twoi znajomi?” – zapytał, gdy zauważył jej zainteresowanie tym podwórkiem
„Nie. Nie, tak tylko spojrzałam… Ładne dzieciaki. Pojedziemy jeszcze na Koziny. Mieszkałam tam krótko po tym jak się wyniosłam z domu”
Miała nadzieję, że Krystyna Chojnacka wie coś o Wokulskiej. Przecież były przyjaciółkami.
Jakaż była jej radość, gdy zastała tam nie tylko Chojnacką, ale także Irenę Wokulską. Po serdecznym powitaniu Wokulska powiedział, że ma jej dużo do opowiadania no i że jest ciekawa co się działo z Justyną. Oczywiście musi zostać u nich na obiedzie. Mowy nie ma, aby wyszła stąd przed wieczorem.
„Skoczę tylko po męża. Siedzi w samochodzie”
„Masz męża?… Cudownie! Idź po niego. Chcemy go poznać”
Juha siedział nic nie rozumiejąc z tego o czym panie rozmawiały. Justyna nie nadążała mu tłumaczyć. Była bardzo poruszona. Zdążyła mu powiedzieć, że Julian nie żyje
„Dzięki Bogu” – pomyślał
Nie był już niezadowolony, że musi tu siedzieć jak na tureckim kazaniu i nic nie pojmować.
Justyna dowiedziała się nie tylko o śmierci brata. Irena opowiedziała jej o spotkaniu z ojcem Justyny w Zakładzie Medycyny Sądowej i o tym co jej opowiedział, że jej matka uciekła za granicę z doktorem Piskorczykiem, opowiedział jak stracił firmę, dom i wszystko co posiadał. Irena nie przerywając opowiadania o ojcu przygotowała prosty obiad – zupę pomidorową z makaronem. Potem Justyna musiała opowiedzieć co się z nią działo. Gdzie poznała męża i tak dalej. Pod wieczór, gdy już panie były zmęczone, a Juha przysnął w fotelu próbując oglądać polską telewizję, Irena powiedziała Justynie
„Pamiętasz chyba, że ojciec kupił kilka działek za miastem. Mówił mi, że wszystkie musiał sprzedać, aby mieć za co żyć. Zachował tylko jedną. Tą w Jedliczach. Miał tam jakiś barak, czy coś takiego. W czasie naszej ostatniej rozmowy, wspomniał, że musi opuścić dom i że tam się przeprowadzi…”
„Znam tą działkę. Zabrał nas tam, kiedy ją kupił. Pamiętam, że stała tam jakaś szopa na narzędzia. Były tam jakieś łopaty i grabie. Nic więcej…”
„Od tego czasu nie widziałam go. Chyba tam mieszka. Chcesz się z nim spotkać Justynko?”
„Tak. Dopiero siódma się zbliża. To niedaleko. Pojedziemy tam zaraz”
Pożegnały się pospiesznie. Justyna obiecała dzwonić do Ireny. Obudziły śpiącego Juhę. Pożegnał się z nimi. Zadowolony był, że się wreszcie skończyło to spotkanie, z którego nic nie rozumiał.
Gdy tylko wsiedli do kampera Justyna zadecydowała, że jadą do Jedlicz. Ma nadzieję spotkać tam ojca. Dodała, że będą mogli zaparkować kampera na działce i spędzić tam noc. Przez drogę opowiedziała mu co się dowiedziała od Wokulskiej.
Na działkę zajechali około w pół do dziewiątej. Było już ciemno. Wjechali przez wyłamaną bramę. Juha obawiał się, że ich ciężki kamper zapadnie się w miękkim, trawiastym podłożu. Zatrzymał się tuż za bramą. Justyna wyciągnęła latarki. Wysiedli i z zaciekawieniem rozglądali się dookoła.
Justyna pamiętała, że działka nie miała żadnego sąsiedztwa. Z trzech stron były łąki i pastwiska. Czwarta strona graniczyła z lasem. Teraz wzdłuż drogi do działki stały trzy nowo wybudowane domy. W najbliższym, graniczącym z ich działką świeciło się światło w oknach wychodzących na ich stronę. Jakiś nieduży piesek podbiegł do płotu i zaczął ich obszczekiwać.
Zbliżyli się do szopy. Justyna zapukała do wiszących na jednym zawiasie drzwi. Po chwili zdała sobie sprawę z bezsensu swojego postępowania. Juha odsunął drzwi na bok. Weszli do środka. Pajęczyna przykleiła się do twarzy Justyny. Z obrzydzeniem starła ją.
W świetle latarek zauważyli jakiś barłóg. Stare krzesło przysunięte do skrzyni służącej prawdopodobnie za stół. Na podłodze waliło się pełno starych rupieci. Garnki, potłuczone talerze, butelki. W rogu leżał stos brudnych ubrań. Od razu zorientowali się, że od dawna nikt tu nie mieszka.
Wychodzili z szopy, gdy usłyszeli męski głos
„Czego państwo tu szukają. Tu nikt nie mieszka”
Spoza ich kampera wyłonił się barczysty mężczyzna w średnim wieku a obok niego dwóch kilkunastoletnich chłopaków.
„Dobry wieczór. Jestem Justyna Skrzetuska” – przedstawiła się swoim panieńskim nazwiskiem – „Jestem córką właściciela tej działki. Przyjechałam z mężem z zagranicy. Podobno ojciec tu mieszka”
„Pani kochana! Tu nikt nie mieszka i nigdy nie mieszkał. Pod koniec ubiegłego roku zamieszkał tu jakiś bezdomny. Wezwaliśmy policję, zabrali go, ale powrócił. W styczniu, jak były mrozy znaleziono go tu przy bramie w śniegu. Zamarzł. Mówili, że usnął po pijaku”
Justyna domyśliła się, że to mógł być ojciec. Zdziwiła się sama sobie ze jej to nie zaskoczyło ani nie wzruszyło. Zwróciła się do mężczyzny.
„To działka mojego ojca. Późno już. Zostaniemy tu do rana…”
„Ta działka jest moja” – przerwał jej – „Kupiłem ją na licytacji od komornika. Możecie tu przenocować, ale jutro proszę się wynieść. Dobranoc”
Mężczyzna i chłopcy oddalili się w stronę najbliższego domu.
Dopiero teraz, nagle, Justyna się rozpłakała. Juha wziął ją w ramiona. Nie wiedział o co chodzi. Nie wypytywał jej teraz. Czekał aż mu sama opowie o co chodzi. O tej porze roku w sierpniu, wieczory robią się szybko chłodne. Justyna poczuła zimną wilgoć powietrza. Wstrząsały nią drgawki.
„Wejdźmy do środka, zimno mi”
W środku Juha posadził ją przy stole, podał koc, który zarzuciła sobie na ramiona. Włączył ogrzewanie
„Zaraz będzie ciepło. Zrobię gorącej herbaty i coś do jedzenia. Opowiadaj co się tu wydarzyło. Co to byli za ludzie. Czemu się popłakałaś?”
Podczas gdy on kręcił się przy kuchni, opowiedziała mu wszystko co dowiedziała się o ojcu. Zjedli kolację. Położyli się spać około jedenastej. Usnęli natychmiast.
Obudzili się około dziewiątej. Po porannej toalecie zjedli lekkie śniadanie i wyruszyli w drogę.
„Dokąd teraz?” – zapytał, gdy wyjeżdżali z Jedlicz
„Gdzie chcesz. Nie chcę już tu być. Jedźmy do Niemiec, do twojego klienta”
Juha ustawił GPS na Berlin. Około czternastej zatrzymali się na MOPie zjedli coś w restauracji. Zatankowali kampera. Nalali pełen zbiornik wody i już mieli ruszyć w dalszą drogę, gdy Justyna powstrzymała męża
„Zaczekaj chwilę. Zadzwoń do Starego Mattiego. Zapytaj, czy znalazł kupca na dom”
Juha spojrzał na nią zaskoczony. Po chwili wyjął telefon i wyszukał numer Mattiego. Uzyskał szybkie połączenie Chwilę z nim rozmawiał po czym zwrócił się do Justyny „Nie. Nie ma kupców na dom”
„Powiedz mu, żeby przestał ich szukać. Dom już nie jest do sprzedania”
Juha powtórzył to do telefonu po czym zakończył rozmowę z Mattim. Ruszył samochodem bez słowa. Spoglądał od czasu do czasu na milczącą żonę. Oczekiwał wyjaśnień, ale o nic nie pytał.
„Musimy skrócić naszą podróż” – powiedziała nagle – „W lutym chcę być w domu”
„W jakim domu, kochanie?”
„W naszym. W Inari…Chcę tam urodzić nasze dziecko”
Juha gwałtownie zahamował. Autobus jadący za nimi o mało co by w nich wjechał. Kierowca zatrzymał się obok i solidnie, po polsku go opieprzył
„Będę ojcem!” – wykrzyknął Juha radośnie w jego stronę po fińsku.
Kierowca autobusu puknął się znacząco po czole i odjechał
„Jedź ostrożnie, wariacie, bo nigdy nie dojedziemy do domu” – odrzekła rozbawiona Justyna.
KONIEC