Wychodząc z klatki schodowej chyba już do końca życia będę spoglądał w to okno w bloku naprzeciwko. Kiedy to się stało? Pamiętam dokładnie. Pierwszy maja dwa tysiące siedemnasty. Tuż po pierwszej w południe. O tej porze wyprowadzam naszego Ciapka na spacer. Robię to od czasu jak kilka miesięcy wcześniej przeszedłem na emeryturę.
Tak więc wyszedłem z psem przed dom. Nawet nie zauważyłem jak podszedł do mnie starszy mężczyzna
„Dzień dobry. Widzę, że sąsiad z pieskiem na spacerku”
„Dzień dobry. Dobrze pan widzi” – odpowiedziałem
Zatrzymałem się. Ciapek wącha coś w koło drzewka. On też się zatrzymał.
Lubię spacerować z psem bez towarzystwa innych osób, więc nie zamierzałem podtrzymywać rozmowy. On coś mówił, że lubi pieski i że nasz terrier bardzo mu się podoba. Nachylił się nawet nad Ciapkiem aby go pogłaskać.
„Niech pan uważa! On gryzie obcych!” – ostrzegłem go
„Mnie nie ugryzie. Psy mnie lubią”
„Ale ja nie lubię jak obcy ludzie bez pozwolenia niepokoją mojego psa”
„Niech pan popatrzy jak on się cieszy. On się nie niepokoi”
Istotnie, ku mojemu zaskoczeniu Ciapek autentycznie cieszył się. Machał radośnie ogonem i łasił się do niego, chociaż zawsze ostro reagował na obcych którzy próbowali go głaskać.
„Skoro tak lubi pan psy, to co za problem sprawić sobie jednego”
„Pies wymaga odpowiedniej opieki, a ja nie mógłbym mu jej zapewnić”
Nie odpowiedziałem aby nie przedłużać rozmowy. On coś jeszcze mówił o psach, a ja główkowałem jak się od niego odczepić. Nic nie wpadało mi do głowy.
W pewnym momencie zadzwonił w kieszeni mój telefon. Szybko wyciągnąłem go „Halo?…Tak to ja. Ależ oczywiście możemy porozmawiać. Proszę zaczekać chwileczkę”
Po czym zwróciłem się do niego
„Przepraszam pana. Mam bardzo ważną rozmowę. Chciałbym spokojnie na osobności…”
„Oczywiście. Rozumiem” – przerwał mi przepraszająco – „Już znikam”
Bardzo szybko się oddalił a ja wróciłem do rozmowy telefonicznej
„Nie dziękuję. Nie jestem zainteresowany kupnem loterii”
Normalnie takich natrętów proponujących przez telefon sprzedaż rzeczy lub usług spławiam natychmiast po ich pierwszych słowach. Ale ta rozmowa sprzedawcy loteryjnych losów pierwszy raz do czegoś mi się przydała.
Następnego dnia zjawił się przy mnie jak tylko wyszedłem z klatki schodowej i zatrzymałem się z Ciapkiem przy pierwszym drzewku.
„Dzień dobry…Widzę, że pan znowu z pieskiem”
„Dzień Dobry” – odpowiedziałem
„Bo ja, wie pan, od niedawna mieszkam naprzeciwko. O! tam. To okno na parterze z zielonymi zasłonkami” – wskazał na blok naprzeciwko – „Jestem na emeryturze od kilku lat. Nie mam co robić. Często siedzę w oknie i tak sobie obserwuję ludzi. Nikogo tu nie znam poza panem”
„Pan mnie zna?”
Nie zdążył odpowiedzieć. Podeszła do nas Jolka, moja żona. Właśnie wracała z miasta. Zauważyła, że rozmawiam z nieznajomym. Spojrzała na niego pytająco. On ukłonił się. Ona odkłoniła mu się jednocześnie zwracając się do mnie
„Przedstaw mnie panu”
„Pan jest naszym sąsiadem z bloku z przeciwka…”
„Pani pozwoli” – wszedł mi w słowo – „Herbert Klimke jestem. Znam pani męża…”
„Jolanta Wolf” – Jolka mu przerwała – „Przepraszam pana, muszę z mężem pilnie porozmawiać”
„Och! W takim razie nie przeszkadzam”
Ukłonił się i odszedł.
„Cudowna jesteś. Pięknie go spławiłaś”
„Nie spławiłam go. Naprawdę chcę ci coś powiedzieć”
„Przejdźmy się z Ciapkiem kawałek. Powiesz mi po drodze”
Zadowolony pozwoliłem się prowadzić psu do następnego drzewka. Jolka wzięła mnie pod rękę i w milczeniu przeszliśmy do następnego drzewka.
Podczas tego krótkiego spaceru w milczeniu coś niepokojącego chodziło mi po głowie
„Klimke, chyba gdzieś spotkałem się z tym nazwiskiem” – myślałem intensywnie – „Tylko gdzie?”
„Wiesz co…” – Jolka przerwała mi myślenie
Zawsze gdy zaczyna coś mówić używając tej frazy staję się czujny. Tym razem również wyczułem, że nie wróży to nic dobrego. Miałem rację. Wszystkie myśli gdzieś uciekły. Zamieniłem się w słuch
„Wiesz. Przymierzałam piękne buciki…”
„Ile?” – przerwałem jej
„Niecałe siedemset. Tylko sześćset dziewięćdziesiąt osiem”
Następnego dnia postanowiłem uniknąć spotkania z nim, więc wyszedłem z psem pół godziny później niż zwykle. Chciałem jak najszybciej oddalić się od naszego domu. Nie udało się. Ciapek zatrzymał się koło najbliższego drzewka i nie mógł oderwać nosa od ziemi. Pewno suczka sąsiadów z drugiego piętra znowu ma cieczkę.
Kątem oka spojrzałem w stronę okna w którym on ma zwyczaj przesiadywać. Zauważyłem jak z niego znika. Po chwili był już przy mnie.
Tym razem Jolka mnie nie uratowała. Poleciała zaraz po śniadaniu do miasta kupić buciki.
„Dzień dobry. Widzę, że sąsiad z pieskiem na spacerku” – zaczął jak zawsze
„Dzień dobry. Dobrze pan widzi”
Już się poddałem. Nie ma sensu uciekać przed nim. Obiecałem sobie, że będę go ignorować. Nie w jakiś brutalny chamski sposób. Nie. Tak nie potrafię. Po prostu nie dam się wciągać w rozmowę. Chce iść obok mnie i Ciapka, niech idzie. Nie zabronię mu. Mam tylko pretensję do Ciapka. Zwykle warczy na obcych ludzi z którymi rozmawiam, a jego, cholera, polubił. Macha ogonem jak go zobaczy, łasi się.
Szliśmy więc milcząc koło siebie od drzewka do drzewka. Kątem oka widzę, że on nad czymś się zastanawia. Zaraz zacznie się zwierzać. Już wiem, że jest samotny i że od kilku lat jest na emeryturze. Zdążył mi to powiedzieć na poprzednim spacerze. Coś jeszcze mówił, ale puszczałem to mimo uszu.
Tego dnia zaczął z innej beczki
„Wie pan. Bardzo odczuwam samotność. To znaczy od czasu przejścia na emeryturę. Właściwie to ja całe dorosłe życie byłem samotny. Nie mam rodziny. Po przejściu na emeryturę wyjechałem z Niemiec i osiedliłem się w Łodzi. Nikogo tu nie mam. Nikogo tu nie znam. Poza panem oczywiście” – dodał z uśmiechem
Przerwał. Chyba czekał na moją reakcję. Nic nie odpowiedziałem.
„Zostaw to!” – krzyknąłem na Ciapka
Właściwie nie musiałem na niego krzyknąć. Zawsze gdy Ciapek próbuje wziąć coś do pyska wystarczy lekko szarpnąć smyczą i on wie już, że źle robi. Tym razem krzyknąłem na psa aby on zauważył, że skupiam się na czymś innym, a nie na jego zwierzeniach. Ale on tego nie odebrał tak jak bym to chciał.
„Stary kawaler jestem” – zaśmiał się – „Starzy kawalerowie, to trochę dziwacy. Nie uważa pan?”
„Nie. Dlaczego?”
No i ma nie. Musiałem odpowiedzieć
„Zawsze tak jest” – kontynuował – „Z wiekiem jeszcze gorzej…Przychodzą depresje, myśli samobójcze…”
„Chyba nie myśli pan…”
„Nie! Nie! Absolutnie nie…W każdym razie nie teraz” – zastrzegł się gwałtownie Znowu przeszliśmy kawałek milcząc.
„Wie pan. Jestem śmiertelnie chory. Długo nie pożyję…”
„Przepraszam bardzo” – przerwałem mu – „To zaszło za daleko. Nie nadaję się na powiernika cudzych problemów. Tym bardziej, że się nie znamy…”
„Ależ znamy się” – przerwał mi – „Znamy się od dawna”
„No, wie pan!” – oburzyłem się – „Mam sześćdziesiąt pięć lat i w dalszym ciągu dobrą pamięć. Nie przypominam sobie abyśmy się znali…”
„Sześćdziesiąt pięć i jedenaście miesięcy. W przyszłym miesiącu piętnastego ma pan urodziny”
Zaskoczył mnie totalnie. Zatrzymałem się. nie wiedząc jak zareagować. On przygląda mi się z szelmowskim uśmiechem
„Dużo wiem o panu. Pan zresztą o mnie też wie dużo…”
„Ja…Ja…Ja nic o panu nie wiem!” – niemal krzyczałem spanikowany
„Wie pan o mnie dużo. Pan tylko wyparł to z siebie. To pod wpływem szoku. Wtedy w sześćdziesiątym dziewiątym, w tym wypadku stracił pan pamięć. To się zdarza. Dzisiaj wiem, że to był szok spowodowany obrażeniami, chociaż były bardzo poważne. Ledwo pana uratowano. Pana rodzice niestety zginęli”
„Panie!…Zaraz!” – kręciło mi się w głowie – „Zaraz!…Skąd pan to wie?!” „Przepraszam najmocniej! Widzę, że się pan źle czuje…Musimy przestać na dzisiaj…” „Nie! Muszę się dowiedzieć skąd pan to wie!”
Mówiąc to poczułem znane mi ukłucie pod sercem i brak tchu
„Czyżby znowu zawał?” – pomyślałem
Nie wiem kiedy złapał mnie pod ramię. Oparł o drzewo. Drugą ręką wyciągnął fiolkę z tabletkami
„Niech pan to włoży pod język” – zażądał – „Śmiało! Proszę się nie bać. Jestem lekarzem”
„Już mi lepiej” – odpowiedziałem po dłuższej chwili
„Odprowadzę pana do domu” – zaoferował się
„Dziękuję. Nie trzeba. Muszę ochłonąć. Spacer z psem dobrze mi zrobi…”
Milczałem chwilę. On mnie obserwował. Ruszyłem powoli do przodu. Ciapek widocznie wyczuł, że dzieje się coś niedobrego. Szedł tuż przy nodze z podniesioną głową cały czas wpatrzony we mnie. On też szedł obok bez słowa. Zatrzymałem się „To co pan powiedział… To jak bym dostał obuchem w łeb. Proszę…” – przerwałem – „Nie. Nie proszę. Żądam wyjaśnień. Skąd pan to wszystko o mnie wie? Co to ma do ciężkiej cholery znaczyć?!”
„Proszę się uspokoić. Jest pan w pewnego rodzaju szoku. Wszystkiego się pan dowie, ale nie teraz i nie tu, na ulicy”
„Ale ja muszę dowiedzieć się natychmiast!…”
„Proszę się uspokoić! W przeciwnym razie przyjdzie następny atak. Już znacznie poważniejszy”
Zamilkłem. Miał rację. Czułem, że zaraz trafi mnie szlak. Przypomniałem sobie jak mój lekarz kazał mi się uspakajać. A więc najpierw uspokoić oddech i pomału liczyć w myślach do dziesięciu. Zrobiłem tak. Przymknąłem oczy. Policzyłem do dwudziestu. Gdy kończyłem liczyć, czułem, że jestem bardziej zdenerwowany niż poprzednio
„Nie! Kurwa! Zaraz szlag mnie trafi!” – wybuchłem – „Powiedz pan o co chodzi?!” „Liczenie nie pomogło?” – zapytał
„Skąd pan wie, że liczyłem?!”
„Liczył pan na głos”
„Co?!!!”
„Musi pan odpocząć…Nie! Nie. Niech mi pan nie przerywa” – zauważył, że chcę się odezwać – „Zrobimy tak. Ja wracam teraz do domu. Pan jeszcze pochodzi pomalutku z psem…proszę pamiętać o głębokich oddechach. Po spacerze, a najlepiej po jutrzejszym spacerze o tej porze proszę przyjść do mnie. Wie pan gdzie mieszkam?” „Tak. Wiem” – odpowiedziałem pogodzony z myślą, że teraz nic się nie dowiem „Nazwisko Klimke jest na drzwiach. Nie musi pan pukać. Wystarczy nacisnąć klamkę. Nigdy nie zamykam drzwi gdy jestem w domu. To na razie tyle. Do zobaczenia”
Odwrócił się i energicznym krokiem odszedł. Stałem i patrzyłem za nim niezdecydowany co robić. W końcu zdałem sobie sprawę z tego, że nic w tej chwili nie zdziałam.
Ciapek miał dosyć stania pod jednym drzewkiem i ruszył pociągając mnie za sobą. Nie sprzeciwiłem się i poszliśmy utartym szlakiem którym zawsze z nim chodzę.
Po półgodzinie byliśmy z powrotem pod naszą klatką schodową. Zatrzymałem się i popatrzyłem w stronę jego okna. Nie było go w nim. Zdecydowany aby natychmiast pójść do niego, szybko wszedłem z psem na schody. Zamierzałem zostawić Ciapka w mieszkaniu i od razu iść do niego. Niestety, Jolka mnie zatrzymała
„Dokąd to się wybierasz? Obiad jest zaraz”
„Ten dziad z przeciwka, ten Klimke mnie zdenerwował. Muszę z nim pogadać…A tak nawiasem mówiąc, mówi ci coś jego nazwisko? Herbert Klimke”
„Nie. Nigdy się z takim nazwiskiem nie spotkałam. Chyba niemieckie i imię też. No i ten akcent”
Chwilę trwało zanim wyjaśniłem jej o co chodzi. Powiedziałem, że dziad za mną chodzi od kilku dni i dzisiaj powiedział, że się znamy, że dużo o mnie wie. Nie chciałem jej niepokoić, więc nie wspomniałem o ataku sercowym, mimo to zauważyła, że jestem bardzo wzburzony i że ręce mi się trzęsą. Popatrzyła na mnie podejrzliwie i poszła do sypialni. Przyniosła aparacik do mierzenia ciśnienia
„Daj spokój! Nic mi nie jest” – zaprotestowałem na widok aparaciku
Z Jolką nie można dyskutować. Uparta jest i potrafi być przykra. Założyła mi ciśnieniomierz i go uruchomiła. Po chwili jędzowaty głosik ciśnieniomierza stwierdził że mam bardzo podwyższone ciśnienie i wysoki puls. Wyraziłem przypuszczenie, że pewno baterie są słabe i wynik jest zafałszowany
„Wczoraj zmieniłam baterie” – stwierdziła – „Nigdzie dzisiaj nie pójdziesz. Po obiedzie zaparzę ci ziółka i do łóżka”
„Błagam…Tylko nie tą truciznę”
„Zamilcz! U nas w lubelskim wszyscy piją je na serce…”
„Twojej mamusi nie pomogło” – przerwałem jej
„Dobrze wiesz dlaczego jej nie pomogło” – zaczęła płakać – „Gdyby nie ta Cholera co przyjechała i groziła sądem, to mamusia by jeszcze pożyła”
„No, dobrze już. Dobrze…Nie becz” – próbowałem ją uspokoić – „Zaparz te ziółka” „Przecież wiesz, że to dla twojego dobra” – przekonywała
Przestała płakać i zabrała się za zaparzanie ziółek zbieranych na łąkach w okolicach jej rodzinnej wsi Kalinówka leżącej między Świdnikiem i Lublinem.
Już wiedziałem, ze dzisiaj nie wyrwę się z domu. Jolka mi nie pozwoli. Może to i lepiej. Przemyślę na spokojnie to co od niego usłyszałem. Zaplanuję rozmowę tak, aby się potoczyła po mojej myśli. Nie pozwolę na niedopowiedzenia. Będę zadawał pytania i żądał wyczerpujących odpowiedzi.
Zaraz po objedzie położyłem się. Jolka przyniosła mi te wstrętne ziółka. Przypilnowała abym wypił. Zrobiłem to ze wstrętem
„Czuję w nich popiół…”
„Przestań!” – przerwała mi – „Te akurat zbierałam sama dwa lata temu, z daleka od obozu”
„Ale ja naprawdę czuję popiół…A może to jest spalenizna? Może je przypaliłaś?” „Głupi jesteś. Ziół nie można przypalić…”
„Jak nie można, jak można. Pamiętam jak suszyłaś je w piekarniku…Pamiętasz ile dymu przy tym było? Na korytarzu było czuć. Wróblewski z przeciwka myślał, ze u nas się pali”
„Przestań ględzić. Leż teraz spokojnie. Zaraz ci będzie lepiej”
Zanim wyszła z sypialni zasłoniła okno zasłonami których bardzo nie lubię. Ciemno granatowe z ciężkiego weluru. W dzień przepuszczają światło zabarwione na niebiesko. Skóra na człowieku wygląda wtedy sino jak na nieboszczyku. Tym razem nawet mi nie przeszkadzały te zasłony. Miałem dużo do przemyślenia na temat jutrzejszej rozmowy z Herr Klimke. Leżałem już dłuższą chwilę i doszło do mnie, że nie wiem od czego zacząć.
Cała moja pamięć, moje wspomnienia zaczynają się od pobytu w szpitalu w sześć dziesiątym dziewiątym. To co się działo przed tym czasem znam tylko z opowiadań innych ludzi. Głównie z tego co powiedziała mi babka. To ona zajęła się mną po tym gdy opuściłem szpital. Miałem totalny zanik pamięci. To, że kobieta która odebrała mnie ze szpitala i zabrała do swojego domu jest moją babką dowiedziałem się od niej i z dokumentów które mi pokazywała. Przypomniała mi jak się nazywam i jak nazywali się moi rodzice. Pokazywała mi fotografie obcych dla mnie osób pytając się czy ich poznaję. Bardzo irytowała się gdy odpowiadałem, że nie.
„To jest twój ojciec. Powinieneś go pamiętać”
„Niestety, nie znam go”
„A ta kobieta jest twoją matką. Też jej nie znasz?”
„Nie znam”
Babka, Jadwiga Wolf, a właściwie Hedwig Wolf była matką mojego ojca. W sześćdziesiątym dziewiątym była już na emeryturze. Była to bardzo surowa, zdyscyplinowana i odpowiedzialna kobieta, typowa, zapewne nielubiana przez uczniów nauczycielka. Skrupulatnie wypełniała wszystkie obowiązki jakie narzuciła sobie podejmując się mojego wychowania po śmierci rodziców, mimo, że byłem już po maturze i pełnoletni. Tej dyscypliny i odpowiedzialności bezwzględnie wymagała ode mnie. Dzisiaj wiem, że zaopiekowała się mną nie z miłości do mnie, tylko z poczucia obowiązku.
Po moim wyjściu ze szpitala starała się sprawdzić co pamiętam, mimo, że lekarze stwierdzili, iż jestem beznadziejnym przypadkiem i należy mi dać spokój. Babka była uparta. Próbowała mówić do mnie po niemiecku. Niemal wychodziła z siebie gdy się zorientowała, że nie znam tego języka
„Przecież chyba rozmawiali z tobą w domu po niemiecku? Jak przychodzili do mnie gdy byłeś mały rozmawialiśmy tylko po niemiecku. Na świadectwie maturalnym masz ocenę dostateczną z niemieckiego. Coś musisz pamiętać”
„Niestety nic nie pamiętam”
Z biegiem czasu coś nieco sobie z tego języka przypomniałem. Nawet zacząłem się go trochę uczyć. Był mi potrzebny na studiach a potem w pracy, Ale wtedy naprawdę nic nie pamiętałem, a potem babki upór w postanowieniu aby mnie nauczyć języka przodków, jak to określała, sprawił że się temu opierałem aby jej zrobić na złość. Taka głupia młodzieńcza postawa.
Babka postanowiła abym studiował na politechnice.
„Masz bardzo dobre oceny na maturze. Jedyna trójka to ta z niemieckiego. Spróbujemy sprawdzić czy pamiętasz coś z przedmiotów ścisłych”
Przyprowadzała do domu swoje koleżanki, emerytowane nauczycielki z którymi pracowała w szkole średniej i razem przepytywały mnie z przedmiotów ścisłych. Ku ich i mojemu zaskoczeniu nie miałem trudności w rozwiązywaniu zadań matematycznych. Fizyka, chemia też nie sprawiały mi kłopotów. Zadania z chemii i fizyki rozwiązywałem bardzo szybko
„Skąd ty to wszystko wiesz, skoro masz zanik pamięci?” – dziwiły się
„Nie wiem skąd. Po prostu znam to” – odpowiadałem
Wkrótce zdałem egzaminy wstępne na Politechnikę. Studiowanie nie sprawiało mi kłopotów. Babka i przez pewien czas jej koleżanki, pilnowały abym się przykładał do nauki. Po jakimś czasie doszły do wniosku, że będą ze mnie ludzie i przestały mnie pilnować.
Kiedyś będąc na studiach, zdarzyło mi się nie zaliczyć roku. Po prostu zaszalałem z jedną dziewczyną i opuściłem się w nauce. Babka nie omieszkała mi wypomnieć, że oczekuje ode mnie wdzięczności za to, że u niej mieszkam i za to, że posłała mnie na studia i że powinienem o tym pamiętać i odwdzięczyć się dobrymi wynikami w nauce.
Coś jej odpowiedziałem w stylu, że jestem dorosły i że nie musi się mną zajmować. Odpowiedziała, że zajęła się mną bo wymagają tego więzy krwi jakie nas łączą i że przysięgła na grobie mojego ojca, że będzie to robić dopóki się nie usamodzielnię. To od niej dowiedziałem się o moim życiu z czasów przed wypadkiem. To nie było tak, ze usiadła ze mną i opowiedziała mi wszystko od początku. Nie. Baka była małomówna. Do co się dowiedziałem to z jej, czasami niechętnych, odpowiedzi na pytania dotyczące rodziców i ogólnie mojej tożsamości.
Jest w tym dużo mojej winy. Jakoś wtedy, chyba podświadomie, nie chciałem wracać do mojej przeszłości. Ale czasem musiałem. Na przykład odpowiedzieć w dokumentach czy różnego rodzaju ankietach o imiona i zawody rodziców. Czy choćby pytania o miejsce urodzenia i zamieszkania, o to jaką szkołę podstawową kończyłem i jaką szkołę średnią.
Babka miała w domu sporo dokumentów rodzinnych. Trzymała to pod łóżkiem w płaskim drewnianym kuferku zamykanym na kłódkę. Nie miałem do niego dostępu. Miała w nim między innymi dwa duże albumy ze zdjęciami. Tylko jeden z nich pozwoliła mi przejrzeć, a nawet mieć przez kilka dni do dyspozycji. Były w nim zdjęcia z mojego rodzinnego domu. Przejrzałem wszystkie. Wśród różnych osób widniejących na zdjęciach byli tam oczywiście moi rodzice. To znaczy babka powiedziała mi że są to moi rodzice. Ich twarze nic mi nie mówiły. Były zupełnie obce dla mnie. Na zdjęciach był też chłopiec. Można było prześledzić jak rośnie od wieku niemowlęcego aż do prawie dorosłego. Tym chłopcem byłem ja. Dopiero na ostatnich zdjęciach na których byłem nastolatkiem zauważyłem podobieństwo do siebie gdy porównywałem te zdjęcia z moim odbiciem w lustrze. Takiego podobieństwa nie zauważyłem porównując się w ten sam sposób do zdjęcia ojca i matki.
Na wielu zdjęciach ojciec jest w mundurze oficera. Oczywiście zaciekawiło mnie dlaczego ojciec jest w mundurze i czym się zajmował
„Lepiej żebyś nie wiedział co robił” – odpowiedziała niechętnie – „To nic chlubnego. Był ubekiem”
Jedno z ostatnich zdjęć przedstawiało go w galowym mundurze pułkownika z całą masą medali na piersi. Zaciekawiły mnie one. Zapytałem babkę gdzie są te medale. Odpowiedziała, że nie przedstawiały dla niej wartości więc je wyrzuciła.
Nic więcej o tych medalach i o tym dlaczego ojciec je otrzymał babka nie potrafiła, lub nie chciała powiedzieć.
Wzbudziło to oczywiście moją ciekawość. Zacząłem przy różnych okazjach, zwłaszcza gdy babka była w lepszym humorze, wypytywać o różne rzeczy. Długo to trwało. Dowiedziałem się że ojciec wrócił do Łodzi z moją matką w roku tysiąc dziewięćset czterdziestym siódmym. Udał się do mieszkania przy Zamenhofa w którym mieszkał z rodzicami przed wojną. Tym samym w którym teraz mieszkam z babką. Mieszkali tam inni ludzie. Jakiś lekarz z rodziną. Ojciec chciał wymóc na nim, a raczej przekonać go, aby się z tego mieszkania wyprowadził. Lekarz odmówił, twierdząc, że jest członkiem Komitetu Miejskiego Polskiej Partii Socjalistycznej i to mieszkanie dostał z tego tytułu. Dodał też, że zostało to uczynione w porozumieniu z Sekretarzem Miejskim Polskiej Partii Robotniczej.
Ojciec przyjął to do wiadomości. Porozmawiał jeszcze z nim trochę. Dowiedział się, że poprzednia lokatorka wraz z innymi Niemcami z tej kamienicy została wysiedlona do obozu dla Niemców na Sikawie.
Ojciec był już wtedy na tyle wysokim funkcjonariuszem w Urzędzie Bezpieczeństwa Publicznego, że bez trudu wyciągnął swoją matkę z obozu. Udało mu się to zrobić niemal w ostatniej chwili przed likwidacją obozu i wywózką ostatnich mieszkańców za Odrę.
Tak się złożyło, że kilka dni po rozmowie z ojcem lekarz i jego żona zostali aresztowani za działalność szpiegowską na rzecz Londynu. W związku z tym zostali wyeksmitowani z mieszkania na Zamenhofa. Dosłownie kilka godzin po eksmisji wprowadził się tam ojciec z moją matką oraz wyciągniętą z obozu babką.
W tym czasie gdy się o tym dowiedziałem byłem już na tyle świadomym dorosłym człowiekiem, że zdawałem sobie sprawę z tego, iż nie powinienem się chwalić ojcem.
O matce babka niewiele mi opowiedziała. Mówiła, że ojciec przywiózł sobie tą kobietę z Rosji. Babka określeniem „ta kobieta” najczęściej wyrażała się o mojej matce.
Kiedyś musiałem wpisać nazwisko panieńskie matki do jakiegoś podania. Babka najpierw twierdziła, że nie pamięta jak ta kobieta nazywała się z domu, ale gdy wyraziłem przypuszczenie, że może jest coś o niej w kuferku pod łóżkiem, to babce szybko wróciła pamięć i przypomniała sobie, że moja matka nazywała się z domu Gromadzka.
Ten kuferek pod łóżkiem babki coraz bardziej mnie interesował. Babka na moje wielokrotne prośby o pokazanie mi jego zawartości stanowczo odmawiała, twierdząc że nie jestem gotowy aby poznać jego zawartością
„Po mojej śmierci będzie to twoje i zrobisz z tym co zechcesz”
Tymi słowami zawsze kończyła rozmowy o kuferku. Nie chciałem czekać na śmierć babki i postanowiłem się włamać do niego.
Już wcześniej obejrzałem go dokładnie. Była to bardzo prosta, starannie wykonana z wąskich dębowych deseczek skrzyneczka. Miała kształt typowej walizki podróżnej. Otwierała się w taki sam sposób. Po zdjęciu kłódki podnosiło się wieko osadzone na dwóch ozdobnych starych zawiasach.
Próbowałem kiedyś podczas nieobecności babki otworzyć kłódkę różnymi narzędziami, ale doszedłem do wniosku, że nie udami się to zrobić tak aby jej nie uszkodzić. Szybko porzuciłem myśl otwarcia kłódki. Po dokładnym obejrzeniu kuferka postanowiłem otworzyć go poprzez odkręcenie zawiasów. które były przykręcone starymi wkrętami. Przyszykowałem odpowiedni zestaw śrubokrętów i czekałem na okazję, kiedy babka wyjdzie z domu.
Babka nigdy nie opuszczała mieszkania na dłużej. Zakupy robiła w pobliżu, lub wysyłała mnie na Zielony Rynek po warzywa i owoce. Czasami wychodziliśmy razem.
Tylko raz każdego miesiąca babka opuszczała mieszkanie na kilka godzin. Było to zawsze jedenastego. Powiedziała mi kiedyś, że jedenastego kwietnia czterdziestego roku zmarł jej mąż Karol i od tego czasu zawsze jedenastego każdego miesiąca udaje się na cmentarz protestancki przy Ogrodowej. Zostaje tam kilka godzin.
Taka okazja zdarzyła się już kilka dni później.
Pamiętam dokładnie ten dzień. Jedenasty czerwca siedemdziesiątego siódmego. Sobota. Byłem wtedy na ostatnim roku Politechniki na Wydziale Mechanicznym. W Instytucie Maszyn Przepływowych pisałem pracę magisterską na temat sprężarek do silników lotniczych. Dużo czasu siedziałem w domu dopieszczając niemal gotową pracę. Babka wyszła z domu zaraz po śniadaniu, około dziewiątej. Od razu zabrałem się za otwieranie kuferka. Poszło szybko i elegancko. Udało mi się nie poharatać wkrętów. Po zamknięciu kuferka nie powinno być śladów po mojej ingerencji. Pierwsze co ujrzałem po podniesieniu wieka to album z fotografiami. Ten na wierzchu był mi znany. Odłożyłem go na bok. Pod spodem leżał drugi album o którym wiedziałem, ale do którego babka broniła dostępu. Ostrożnie przeniosłem go na stół uważając aby nie wypadły z niego ewentualnie luźno leżące między kartami zdjęcia. I bardzo dobrze, że byłem ostrożny.
Zaraz po uniesieniu twardej okładki ujrzałem trzy fotografie pocztówkowego formatu w kolorze sepii. Przedstawiały młodą parę w ślubnych strojach, w typowych dla wczesnych lat ubiegłego wieku pozach. Na odwrocie znajdowała się data 8. 6.1919. i owalna pieczątka zakładu fotograficznego – Ludwig Klimke. Łodź ulica Nawrot 8 tel. 21-43. Był też dopisek zrobiony ołówkiem Karol und Hedwig Wolf.
„A więc to zdjęcie ślubne dziadków” – odgadłem bez trudu
Zdjęć dziadka nie widziałem wcześniej. Babkę z trudem rozpoznałem. Dalej było dużo zdjęć rodzinnych zrobionych przy różnych okazjach.
Było też niedatowane zdjęcie nagiego bobasa leżącego na brzuszku, na owczej skórze. Domyśliłem się, że to był mój ojciec. Zawiodłem się na tym albumie. Nie znalazłem w nim nic co by mnie zainteresowało. Nie wiem czemu babka nie chciała mi go pokazać.
Pod albumami było mnóstwo różnej wielkości kopert. Były tam dokumenty i listy. Wszystko pisane po niemiecku. Dopiero teraz zacząłem żałować, że ku utrapieniu babki nie chciałem się uczyć tego języka. Wściekły na siebie, że nic z nich nie rozumiem, już nie otwierałem następnych kopert wyjmowałem je ze skrzyneczki i oceniwszy, że w środku znajduje się tylko papier odkładałem na bok.
Na samym dnie znalazłem kopertę zawierającą coś twardego. Były w niej zdjęcia młodego mężczyzny w mundurze Wermachtu. Wyglądał identycznie jak na zdjęciach które pokazywała mi wcześniej babka twierdząc, że to mój ojciec. Zdjęć było jedenaście. Aby się im dobrze przyjrzeć rozłożyłam je na stole. Jedno z nich zainteresowało mnie najbardziej. Był na nim mój ojciec w wyjściowym mundurze w momencie odznaczania go przez jakiegoś starszego oficera. W tle stały w śniegu szeregi żołnierzy jak na jakimś apelu. Na odwrocie napis : General Heinz Guderian verleiht Underfeldwebel Fähnrich Hans Wolf das Eiserne Kreuz. Tula, Russland, 26. Oktober 1941. Nie potrafiłem przetłumaczyć tego tekstu. Domyśliłem się tylko, że ojciec dostał jakieś odznaczenie…
Potem nastąpiło coś czego nawet we wspomnieniach unikam… Otworzyłem szeroko oczy i usilnie starałem się przerwać wspomnienia.
Byłem już lekko oszołomiony ziółkami Jolki i z pewnością zaraz bym usnął. Ale ten moment do którego doszedłem we wspomnieniach, ta scena o której chcę zapomnieć sprawiła, że zdenerwowałam się. Zerwałem się z łóżka. Doszedłem do okna, rozsunąłem zasłony i otworzyłem okno. Majowe powietrze wypełniło moje płuca.
„Co ci jest?” – usłyszałem Jolkę za sobą – „Może wezwać pogotowie?”
„Nie. Nic mi nie jest. Usnąłem po twojej truciźnie i przyśniły mi się jakieś koszmary” – skłamałem
„Co za koszmary”
„Że leżę pochowany gdzieś na łące koło Majdanku, a ty przyszłaś zrywać zioła rosnące nade mną” – odpowiedziałem z uśmiechem
„Do śmierci będziesz mi wypominał ten Majdanek!” – wykrzyknęła i z płaczem wyszła z sypialni
„Chyba przesadziłem” – pomyślałem
Chciałem pójść do niej i ją przeprosić. Powiedzieć, że to taki żarcik, że powinna się już przyzwyczaić do mojego czarnego humoru, ale coś mnie powstrzymało. Potem ją przeproszę. Muszę przygotować się na rozmowę z tym dziadem. Zamknąłem okno, zasłoniłem zasłony i wróciłem do łóżka. Jeszcze przez chwilę zastanawiałem się czy nie iść do Jolki z przeprosinami, ale szybko z tego zrezygnowałem. Znam Jolkę dobrze. Nie jest pamiętliwa. Wystarczy jak porozmawiam z nią przed wieczornym wyjściem z Ciapkiem. Da się udobruchać.
Zawsze ją oburzały moje czarne dowcipy. Zawsze, to znaczy od czasu gdy ją poznałem w listopadzie siedemdziesiątego siódmego. Właśnie wtedy dostałem moją pierwszą pracę w WSK w Świdniku.
Od kilku dni mieszkałem w hotelu robotniczym. Byłem, jak to się mówi, goły i wesoły. Z tym, że raczej nie wesoły. Żyłem za pożyczone pieniądze. Dwa razy dziennie jadłem gotowany dwujajeczny makaron zaprawiony keczupem.
Tego dnia kiedy poznałem Jolkę dostałem pierwszą wypłatę. Po wysłaniu pierwszej części spłaty długu kumplowi który mi pożyczył pieniądze i po zapłaceniu za hotel robotniczy, niewiele mi zostało. Mimo wszystko postanowiłem zaszaleć i pójść zjeść coś porządnego do znajdującego się w pobliżu baru mlecznego.
Zamówiłem kotlet mielony z ziemniakami i zasmażanymi buraczkami. Do tego kompot truskawkowy. Zapłaciłem jedenaście dziewięćdziesiąt, dostałem numerek i udałem się z nim do wolnego stolika w pobliżu okienka w którym wydawano zamówione potrawy.
Byłem głodny. Wydobywające się z kuchni barowej zapachy spotęgowały mój głód. Czekałem z niecierpliwością na mój mielony. W końcu w okienku pojawiła się piękność w białym fartuchu i czepku na głowie.
„Mielony proszę!” – krzyknęła
Zerwałem się tak gwałtownie, że przewróciłem stolik i upadłem na niego. Szyba którą był przykryty roztrzaskała się z w drobne kawałki. Jeden z nich zranił mnie nad lewym okiem. Szybko się podniosłem jednocześnie spostrzegając, że obwicie krwawię. Usłyszałem krzyk nielicznych klientów baru oraz przekleństwa grubej kobiety w białym fartuchu która się przy mnie znalazła
„Cholerny pijaczyna!…Milicję trzeba wezwać!…Zośka!” – wydarła się w stronę otwartych drzwi na zaplecze – „Zadzwoń na MO! Powiedz, że mamy awanturnika!” „Jakie MO, pani kierowniczko!” – wtrąciła się piękność z okienka – „Pogotowie trzeba wezwać. Nie widzi pani, że on ranny jest”
Po chwili wyszła zza okienka i zwróciła się do mnie
„Pan siada. Opatrzę pana”
„Nic mi nie jest” – odparłem ocierając krew rękawem swetra
„Nie rękawem!” – zareagowała piękność – „Zaraz przyniosę opatrunek. Na razie niech pan to przyłoży”
Podała mi papierowe serwetki z sąsiedniego stolika. Gruba kierowniczka gdzieś zniknęła inni ludzie wrócili do swoich stolików. Zostałem sam na krześle trzymając serwetki przy czole. Gdzieś z głębi zaplecza doszedł mnie głos kierowniczki
„Zośka! Zostaw ten telefon i idź posprzątać na sali”
„To mam dzwonić na milicję, czy nie?!”
„Później. Teraz posprzątaj, żeby klienci nie chodzili po szkle”
W tym samym momencie zjawiła się przy mnie piękność z okienka z pudełeczkiem plastra z opatrunkiem i nożyczkami. Spojrzała na moje czoło krytycznym wzrokiem i rzekła
„Nie jest tak źle, ale trzeba to obmyć zanim założę plasterek. Chodźmy do łazienki. Pomogę panu”
Zauważyła, że się ociągam
„Proszę się nie bać. Skończyłam kurs dla pielęgniarek w harcerstwie. Opatrzę pana profesjonalnie”
Bardzo troskliwie obmyła mi twarz i równie troskliwie założyła plasterek. Podziękowałem i wyszliśmy z łazienki.
„Teraz może iść pan do domu się przebrać”
„Chciałbym najpierw zjeść mój mielony”
Ale mielonego nigdzie nie było. Piękność zwróciła się do kierowniczki, która zastąpiła ją w okienku
„Pani kierowniczko, gdzie jest mielony klienta?…”
„Niech zapłaci najpierw za szkody!”
„Zapłacę. Ile się należy?” – zapytałem ochoczo
„Dwie stówy!”
„Ile!!!” – wykrzyknąłem przerażony
„A co sobie myśli?!” – kierowniczka zwróciła się do mnie – „Kryształowa szyba poszła w cholerę…To kosztuje”
Nie zamierzałem zapłacić tyle za szybę. Po początkowym szoku doszedłem do siebie i uświadomiłem sobie, że w knajpach i barach na pewno mają jakiś fundusz z którego pokrywają niezamierzone szkody wyrządzone przez klientów, jak potłuczone talerze czy uszkodzone meble
„Ne mam tyle pieniędzy” – odparłem
„Póki nie zapłaci, to nie ma co tu szukać!…Niech się stąd wynosi i nie pokazuje więcej!” – krzyknęła i zamknęła okienko
„Niech pan poczeka na mnie na ławce, na skwerze naprzeciwko” – szepnęła mi do ucha piękność – „Postaram się przynieść panu coś do jedzenia”
Po półgodzinie przyszła do mnie z garnkiem w wiklinowym koszyku. Usiedliśmy przy kamiennym stoliku przeznaczonym dla miłośników gry w szachy. Porcja mielonego była bardzo duża. Piękność bardzo ucieszyła się gdy wszystko zjadłem.
„Jutro też panu przyniosę” – odrzekła na pożegnanie
W ten sposób poznałem moją Jolkę. Żywiła mnie tak przez tydzień. Potem pogoda się popsuła, więc zaproponowała abym przyszedł do jej mieszkanka. Mieszkała w domu jednorodzinnym na obrzeżu Świdnika. Miała tam wynajęty samodzielny pokój z wnęką kuchenną i niewielką łazienką.
Poszedłem do niej następnego dnia i…Powiem krótko. Ślub wzięliśmy w siedemdziesiątym dziewiątym. Właściwie to nie był on nam potrzebny. Jolki ojciec nalegał, a Jolka nie chciała się mu przeciwstawić.
Jolka urodziła się w nowym domu rodziców w czterdziestym dziewiątym. Rodzice wybudowali go rok wcześniej we wsi Kalinówka leżącej między Lublinem a Świdnikiem w sąsiedztwie byłego niemieckiego obozu na Majdanku. Przeprowadzili się do Kalinówki z Lublina w którym mieszkali od pokoleń. Zajmowali się zbieractwem. Jolki matka zbierała na pobliskich łąkach zioła. Sprzedawała jej na targu. Wkrótce dorobili się niewielkiego sklepiku. Sprzedawali tam nie tylko zioła ale też różne inne rzeczy jak meble i wyposażenie mieszkań, które ojciec kupował od okolicznych mieszkańców. Duża część tych rzeczy była wyszabrowana w opuszczonych w czasie okupacji pożydowskich domach. Sklepik z czasem zamienił charakter z ziołowego na coś w rodzaju antykwariatu.
Domyśliłem się, że musiał to być dobry interes to zbieractwo, bo nie tylko rodzice Jolki, ale też jej starszy brat wybudował piękny dom w okolicy.
Muszę z przykrością przyznać, że Jolka ma paskudny charakter i potrafi być przykra. Ja sobie daję z nią radę, ale jej ojciec z nią nie wytrzymywał. Ciągle się kłócili. To z pewnością sprawiło, że dosyć szybko wyprowadziła się od niego i poszła na swoje. Nie przeszkadzało jej to żyć z nim w dobrych stosunkach. To on płacił za jej mieszkanie i sowicie uzupełniał jej budżet, który nie byłby tak wysoki jak był, gdyby zależał tylko od jej pracy w barze.
Na początku roku dwutysięcznego dostałem pracę w Łodzi w Wojskowych Zakładach Lotniczych Nr. 1. Przeprowadziliśmy się wtedy do Łodzi. W Łodzi nie byłem od czasu gdy nagle wyprowadziłem się od babki. Z babką od tamtego czasu nie chciałem i nie miałem kontaktu.
W dwutysięcznym, gdy zdecydowałem się na pracę w Łodzi, zdawałem sobie sprawę, że babka niemal na pewno odeszła już na tamten świat. Urodzona była w roku tysiąc dziewięćsetnym, a więc musiałaby mieć sto lat.
Krótko po przybyciu do Łodzi pojechałem na Zamenhofa sprawdzić co się tam dzieje. Tak jak przypuszczałem, na liście lokatorów nie znalazłem nazwiska babki. Mieszkali tam inni ludzie. Nie zamierzałem dowiadywać się od nich czy wiedzą coś o poprzedniej lokatorce. Zgadywałem, że skoro umarła to z pewnością została pochowana w grobowcu rodzinnym na cmentarzu przy Ogrodowej. Tylko kto ją tam miałby pochować skoro została sama.
Musiałem usnąć. Nagle usłyszałem nad sobą
„Wstaniesz na kolację, czy wolisz sobie pospać?”
„Co?!…Wolałbym pospać, ale skoro mnie obudziłaś to wstanę”.
Z Jolką jest tak zawsze. Rano budzi mnie i pyta
„Nie śpisz już?”
„Przecież mnie obudziłaś, więc nie śpię”
„To wyjdź z Ciapkiem…Piszczy pod drzwiami”
Tak jakby sama nie mogła z nim wyjść. Teraz też. Tak dobrze mi się spało, a ona budzi mnie na kolację. Trudno. Już nie usnę. Wstałem i poszedłem za nią do kuchni. Rozejrzałem się. Stół nie nakryty
„Gdzie ta kolacja?” – zapytałem
„Jeszcze nie przyszykowałam. Myślałam, że sobie jeszcze pośpisz”
„Boże! Daj mi siły” – zamruczałem pod nosem
„Co tam marudzisz?”
„Nic, nic”
„Wiesz co?…Zanim przyszykuję kolację, to…”
„Tak, tak…Wiem” – przerwałem jej – „Zaraz wyjdę z Ciapkiem”
Ubrałem się i po chwili byłem z psem przed domem. Pierwsze co zrobiłem po wyjściu z klatki schodowej to spojrzałem w okno w bloku naprzeciwko. Nie ujrzałem go w nim.
„Po cholerę tam patrzę” – irytowałem się – „Chyba już zawsze będę to robił. Zaraz dziad pojawi się przy mnie”
Nie pojawił się. Ciapek zatrzymał się dłużej przy najbliższym drzewku. Nie poganiałem go. Stojąc przy nim uświadomiłem sobie, że właściwie to ja oczekuję na to aby on się przy mnie znalazł. Ta idiotyczna myśl zdenerwowała mnie. Szarpnąłem smycz i pociągnąłem opierającego się psa za sobą. Zwolniłem dopiero za rogiem. Potem obeszliśmy spokojnie cały kwartał ulic i wróciliśmy do domu. Pochwaliłem siebie w myślach, że udało mi się wracając, ani razu nie spojrzeć w jego okno.
Następnego dnia nie mogłem doczekać się południowego spaceru z psem. Zaraz po spacerze obiecałem sobie pójść do niego. Jolka mi odradzała argumentując, że ta wizyta u niego może zaszkodzić mojemu zdrowiu.
Gdy wyszedłem z psem, nie spotkałem go. Byłem w pewnym sensie zawiedziony, Skróciłem spacer i zostawiwszy Ciapka zaraz za progiem rzekłem do Jolki
„To ja idę do niego”
I nie czekając na odpowiedź zamknąłem drzwi za sobą. Po chwili stałem przed jego drzwiami. Nie było na nich dzwonka. Zapukałem. Żadnego odzewu. Zapukałem energiczniej. Znowu nic. Już miałem odejść, ale zdecydowałem się nacisnąć klamkę. Drzwi ustąpiły.
„Dzień dobry!…Jest pan tam?!” – rzuciłem głośno w głąb przedpokoju
„Proszę wejść. Śmiało” – usłyszałem głos dobiegający z pokoju do którego były otwarte drzwi
Wszedłem tam. On siedział w półleżącej pozycji na kanapie. Obok stał statyw na którym wisiała foliowa torebka z jakimś płynem. Cienki wężyk od niej kończył się gdzieś na jego lewym ramieniu pod podwiniętym rękawem koszuli.
„Nie mogę wstać przywitać się” – powiedział przepraszająco – „Proszę, spocząć w fotelu”
Usiadłem i przez chwilę przyglądałem się mu w milczeniu. Widok kroplówki zaskoczył mnie. Zamierzałem ostro zażądać od niego wyjaśnień na temat tego co usłyszałem wczoraj, ale nic z tego nie wyszło. On przejął inicjatywę
„Mówiłem już, że jestem chory” – przerwał – „Ciężko chory. Można powiedzieć, że umierający…”
„Tak, słyszałem i współczuję, Ale ja nie w tej sprawie” – przerwałem mu
„Nie przerywaj mi” – krzyknął i zakrztusił się
„No, wie pan. Nie przypominam sobie, abyśmy wypili bruderszaft…” – oburzyłem się „Nie mam czasu na pierdoły!” – znowu mi przerwał
Zauważyłem, że bardzo go to zmęczyło. Chciałem w dalszym ciągu protestować przeciwko spoufalaniu się ale on mnie uprzedził
„Łączą nas więzy krwi. Jesteśmy kuzynami. Jeżeli pozwolisz mi mówić to dowiesz się wszystkiego” – przerwał i poprawił coś przy kroplówce.
Nie odezwałem się. Zdałem sobie sprawę, że cały ułożony plan rozmowy z nim diabli wzięli. Postanowiłem wysłuchać co ma mi do powiedzenia.
„Nasze matki były siostrami…Bliźniaczkami” – spojrzał na mnie
Musiałem mieć zdziwioną minę. Uśmiechnął się
„No tak. Ty tego nie pamiętasz…Cholerny wypadek. Poznałeś mnie i moją matkę osobiście krótko przed wypadkiem w sześćdziesiątym dziewiątym”
„W takim razie nie mogłem cię dobrze znać” – wtrąciłem przechodząc na ty
„Znałeś mnie dobrze z opowiadań matki. Przygotowywała cię długo do tego spotkania. Pozwól, że zacznę od początku. Nasi ojcowie byli kolegami znali się od dziecka.” – przerwał zastanawiał się nad czymś
Nie przerywałem mu. Byłem zaskoczony tym co zaczął mówić. Wbrew temu co się po cichu obawiałem, nie doznałem szoku tak jak wczoraj, natomiast w pewnym momencie dotarło do mnie, że być może dowiem się czegoś o moim życiu z przed wypadku. Babka, praktycznie nic mi o mojej przeszłości nie powiedziała. Ja zresztą o to nie zabiegałem. Dopiero spotkanie z nim i jego słowa o tym, że się znamy sprawiły, że obudziła się we mnie chęć poznaniem prawdy o sobie i mojej rodzinie. „Zacznę inaczej” – odezwał się po chwili – „Nasi dziadkowie, ich rodziny znały się dobrze. Mój dziadek ze strony ojca, Ludwig Klimke miał tu w Łodzi zakład fotograficzny. Znał twojego dziadka, tego od strony ojca, doktora Karola Wolfa…”
„Nie wiedziałem, że miałam dziadka lekarza” – wtrąciłem
„Tak, był głównym lekarzem w szpitalu świętego Józefa na Drewnowskiej…Słuchaj dalej. Ludwig i Karol w dwudziestym czwartym poznali się w komitecie założycielskim Deutscher Volksverband in Polen, DVP. Po polsku to się nazywało Niemieckie Stowarzyszenie Ludowe w Polsce…”
„Taka partia polityczna, tak?”
„Nie, Nie partia. Raczej jedna z organizacji zrzeszających mniejszości narodowe. My Niemcy zawsze lubimy się organizować, nie uważasz?”
„Jestem Polakiem” – wtrąciłem
Zaśmiał się
„Ja też. Matka ojca była Polką. Jestem więc Polakiem, Niemcem i Żydem jednocześnie…”
„Nie rozumiem” – przerwałem mu
„Słuchaj dalej to zrozumiesz…Tak jak powiedziałem, ta organizacja nie była partią polityczną. Spotykali się tam całymi rodzinami. Śpiewali w chórach, organizowali zawody sportowe i takie tam. Dzieci miały zajęcia w szkółkach niedzielnych. Tam też poznali się nasi ojcowie. Mój był kilka miesięcy starszy od twojego. Obaj urodzili się w dwudziestym drugim. Mój ojciec został posłany do niemieckiej szkoły powszechnej z językiem wykładowym niemieckim. Twojego ojca posłano do polskiej szkoły. Potem spotkali się w niemieckim gimnazjum, ale w innych klasach. Twoja babka tam uczyła języka niemieckiego”
Przerwał. Ciężko oddychał. Zaczął nerwowo poprawiać coś przy kroplówce
„Może przerwiemy” – zaproponowałem
„Nie potrzeba. To chwilowe. Zaraz będzie lepiej”
Przestał grzebać przy kroplówce
„Co to za kroplówka?” – zapytałem
„Mówiłem ci. Jestem ciężko chory. To lekarstwo przeciwbólowe. Muszę brać coraz częściej”
„Sam sobie to podłączasz, czy przychodzi pielęgniarka?”
„Sam. Jestem lekarzem, więc potrafię. Niestety, lekarstwa nie mogę sobie wypisać. Lekarz szpitalny je zaordynował”
„Byłeś w szpitalu?”
„Tak, ale mnie wypisali. Jestem przypadkiem beznadziejnym”
„Może mógłbym w czymś pomóc?”
„W jednej rzeczy będziesz mógł mi pomóc, ale nie teraz. Teraz słuchaj dalej”
„Może jednak wystarczy na dzisiaj?”
„Nie. sam powiem jak będę miał dosyć…Słuchaj dalej. W trzydziestym ósmym zaczęto w Niemczech mówić o potrzebie zinwentaryzowania Niemców i ludzi niemieckojęzycznych, żyjących poza granicami Rzeszy i nie posiadających obywatelstwa niemieckiego. Dopiero po wybuchu wojny powstała oficjalna Niemiecka Lista Narodowościowa, ale Niemcy już od trzydziestego dziewiątego zaczęli tworzyć taką listę w Łodzi.
Mój dziadek, Ludwig Klimke i twoja babka bardzo się zaangażowali w tworzenie Volkslisty. Twój dziadek, Karol Wolf był temu zdecydowanie przeciwny. O sobie mówił, że jest Łodzianinem. I tak było. Typowy dziewiętnastowieczny Lodzermensch. Pracowity, wytrwały, zawsze gotowy do poświęceń dla dobra społeczności w której żył. W trzydziestych latach takie postawy były już na wymarciu. Wśród mniejszości nastąpiła polaryzacja. Różne były tego przyczyny. Nie muszę ci o nich mówić. Na pewno je znasz. W każdym razie większość łódzkich Niemców była pozytywnie nastawiona do Volkslisty.
Może o tym nie wiesz, ale wbrew rozpowszechnionej opinii Volkslisty się nie podpisywało, ale umieszczenie na niej zwykle wiązało się z przejściem postępowania administracyjnego na wniosek zainteresowanego. Polegało to na udowodnieniu swojego pochodzenia i ewentualnej działalności w organizacjach niemieckich i proniemieckich.
Kiedy w Niemieckim Stowarzyszeniu Ludowym uchwalono, że wszyscy członkowie Stowarzyszenia powinni wystąpić o wciągnięcie na Volkslistę, twój dziadek wystąpił z niego. Pokłócił się o to z twoją babką. Przestał nocować w domu. Zaglądał tam dosyć rzadko. Twoja babka podejrzewała go, że ma kogoś. Później okazało się, że miała rację”
„Chcesz powiedzieć, że dziadek miał kochankę? Babka nic mi o tym nie mówiła” „Dojdziemy do tego. Teraz słuchaj dalej. Nasi ojcowie po szkołach powszechnych zaczęli naukę w gimnazjach. Mój w Niemieckim Gimnazjum, na Kościuszki, w tym w którym uczyła twoja babka. Twój ojciec został posłany do Polskiego Gimnazjum. Tak zadecydował jego ojciec. Babka była temu przeciwna. Dopiero gdy okazało się, że w polskim gimnazjum źle się czuł, co się odbiło na ocenach, twój dziadek ustąpił i zgodził się aby syna przenieść do Niemieckiego Gimnazjum…W trzydziestym dziewiątym zdali maturę.
A potem przyszedł wrzesień. Prawie wszyscy łódzcy Niemcy z radością witali zmiany jakie związane były z okupacją i przyłączeniem Łodzi do Rzeszy. W śród młodzieży niemieckiej widoczny był z tego powodu duży entuzjazm. Wielu chłopców zgłosiło się na ochotnika do wojska. Nasi ojcowie też. Punkt rekrutacyjny przy Komendanturze Wehrmachtu w Łodzi skierował ich do Heeres-Kriegsschule, szkoły wojskowej w Marienwerder, czyli w dzisiejszym Kwidzyniu. Po wybuchu wojny z Sowietami, prosto ze szkoły, już jako podchorąży obydwaj trafili do jednostki transportowej Drugiej Armii Pancernej Hansa Guderiana.” – przerwał opowiadać – „Ale jeszcze przedtem…”
Znowu przerwał. Zakrztusił się kaszlem. Na twarzy pojawił się wyraz bólu. Zaczął rozglądać się za czymś po stojącej obok szafce
„Coś ci podać?” – zapytałem
„Miałem tu gdzieś szklankę z wodą…Chyba zaniosłem do kuchni…”
„Przyniosę ci”
Kiedy wróciłem z kuchni on miał już przyszykowane tabletki. Podałem mu szklankę z wodą
„To świństwo” – wskazał na kroplówkę – „Przestaje działać. Muszę brać coś mocniejszego”
Połknął tabletki. Krzywiąc się wypił całą szklankę wody
„Słuchaj dalej… Zanim jeszcze wybuchła ta wojna z Sowietami to twój ojciec dostał przepustkę. Przyjechał do domu…” – przerwał – „Nie. Nie dam rady więcej opowiadać. Przyjdź wieczorem po dziewiątej. Muszę odpocząć”
Nie wiedziałem jak postąpić. Przyszedłem do niego bojowo nastawiony, aby domagać się wyjaśnień, ale nie zdążyłem zadać żadnego pytania. Od samego początku on przejął inicjatywę. Swoimi pierwszymi słowami wzbudził moją ciekawość. Mój zamiar domagania się wyjaśnień na temat tego co usłyszałem wczoraj stał się nieaktualny. Z zainteresowaniem wysłuchiwałem tego co miał mi do powiedzenia. Jednocześnie widziałem, że fizycznie męczy go rozmowa ze mną. Wspomniał już wcześniej, że jest ciężko chory. Nie dopytywałem się co to za choroba, chociaż muszę przyznać, że to również zaciekawiło mnie. Wydaje mi się, że nie zapytałem o chorobę z dwóch powodów. Po pierwsze, zawsze uważałem, że takie pytania zadawane osobom które się dopiero poznało są zbyt osobiste. Po drugie, chciałem podkreślić, tak jak poprzedniego dnia, że nie interesują mnie jego osobiste problemy.
W ciągu tych trzech godzin które u niego spędziłem wszystko się zmieniło. Pomijam już to, że okazało się iż jesteśmy kuzynami. Po prostu stał mi się bliski, więc kiedy powiedział, że nie da rady i musi odpocząć nie wiedziałem jak postąpić. Zaproponowałem pomoc. Chociaż nie za bardzo wiedziałem jak mógłbym mu pomóc.
„Może wezwać pogotowie?” – zapytałem macając się po kieszeniach w poszukiwaniu telefonu
„Nie. Pogotowie nic mi nie pomoże. Muszę po prostu odpocząć”
„To może mogę w czymś pomóc w domu? Zrobię kolację…Może herbatę podam?” „Nie. dam sobie z tym radę. Muszę po prostu odpocząć”
„Masz telefon aby zadzwonić po pomoc?”
„Mam”
„W porządku. Przyjdę po dziewiątej, ale jak nie będziesz się czuł na siłach aby rozmawiać, to umówimy się na jutro. Daj mi swój numer telefonu i zapisz mój” Wyciągnął telefon spod poduszki na której leżał i zapisał w nim mój numer. Potem podał mi swój. Nie miałem ze sobą telefonu. Wskazał mi półkę z książkami. Leżał tam papier listowy i długopis. Zapisałem jego numer.
Wyszedłem od niego po osiemnastej. Nie miałem ochoty iść do domu. Czułem, że muszę przewietrzyć głowę. Zebrać myśli i przeanalizować to co usłyszałem. W domu nie będę mógł się skupić. Stałem chwilę przed wejściem i zastanawiałem się dokąd pójść. Mimo ogromnej chęci przespacerowania się myśl o tym, że Jolka będzie gderała, że tak długo mnie nie było przeważyła i wróciłem do domu
„Co tam robiłeś tyle godzin?” – usłyszałem po wejściu do mieszkania – „Czekałam z obiadem, ale ile można? Teraz będziesz jadł odgrzewane…”
„Dziękuję. Nie jestem głodny”
„O! To już wiem dlaczego tak się spieszyłeś do niego…Impreza była, prawda? Pewno wódka też…Chciałam zadzwonić po ciebie, ale zostawiłeś telefon w domu. Przyznaj się, naumyślnie go zostawiłeś, mam rację?”
Nie zamierzałem wdawać się w bezsensowną dyskusję. Sięgnąłem smycz z wieszaka i zawołałem psa
„Ciapek! Idziemy na spacerek!”
„Daj mu spokój. Dopiero co z nim wróciłam”
„Nie zaszkodzi mu jak się jeszcze raz przewietrzy”
Ciapek radośnie podbiegł i nastawił pysk aby mu założyć obroże. Chodziłem z nim do dziewiątej. Wpuściłem go do mieszkania, wziąłem telefon
„Idę do niego dokończyć rozmowę” – zwróciłem się do Jolki – „Nie wiem o której wrócę. Kładź się spać. Nie czekaj na mnie…”
„Nie możesz z tym poczekać do jutra?”
„Nie. Jutro ci wszystko opowiem”
Trzy minuty później wchodziłem do jego mieszkania. Wyjrzał do mnie z kuchni „Zjemy razem kolację” – stwierdził
„Nie za późno na kolację?” – zapytałem
„Zawsze jadam o tej porze. A ty?”
„Obojętne. Widzę, że czujesz się lepiej”
Wszedłem za nim do kuchni. Przyszykowywał kanapki. Wskazał na tacę z herbatą cukiernicą i filiżankami.
„Weź to zanieś do pokoju” – poprosił
„Widzę, że czujesz się lepiej” – powtórzyłem
„Odpocząłem. Czekam na następny atak bólu. Przychodzi falami. Niestety coraz częściej”
„Co ci jest?”
Nie odpowiedział od razu. Zastanawiał się chwilę
„Cancer. Później się dowiesz szczegółów. Szkoda na to czasu. Chcę zdążyć powiedzieć to co najważniejsze. Na czym to stanęliśmy zanim wyszedłeś?”
„Mówiłeś, że mój ojciec dostał przepustkę ze szkoły wojskowej zanim został wysłany na front”
„ A, tak. Ale to było ponad rok zanim wybuchła wojna z Sowietami. Ojciec miał dobre wyniki w nauczaniu. Ta przepustka była nagrodą. Przyjechał do Łodzi na początku kwietnia czterdziestego roku. Matka, twoja babka była sama w domu. Dowiedział się, że ojciec już nie pracuje w szpitalu na Drewnowskiej. Szpital znalazł się na terenie utworzonego ósmego lutego Getta. Miał tam pracować tylko personel złożony z mieszkańców Getta. Twój ojciec chciał w nim pozostać. Nawet pracował tam do połowy marca, ale wtedy zaczęto budować ogrodzenie. Wtedy też ojciec dostał przydział do szpitala wojskowego w Poznaniu. Miał się tam zameldować w połowie kwietnia. Babka o tym wszystkim wiedziała. Opowiedziała to wszystko twojemu ojcu. Powiedziała jeszcze coś… Powiedziała, że ojciec wyprowadził się z domu. Wynajął mieszkanie na Adolf-Hitler-Strasse, dzisiejszej Piotrkowskiej i mieszka tam z Żydówką, pielęgniarką ze szpitala. Babka dała mu adres do ojca. Tuż przed wyjazdem do Kwidzynia poszedł rozmówić się z ojcem” – przerwał opowiadać
Nie poganiałem go
„Widzisz” – zastanawiał się chwilę – „Właściwie to nie wiem co się między nimi wtedy wydarzyło. Ojciec opowiadał mi, że kiedy Hans, to znaczy twój ojciec wrócił z przepustki, to był bardzo wzburzony. Mój ojciec zapytał go o powód. Odburknął mu coś w stylu, że to nie jego sprawa.
Dopiero następnego dnia, kiedy się uspokoił sam nie pytany opowiedział, że przed wyjazdem pokłócił się z ojcem, że ojciec zostawił matkę i znalazł sobie żydowską kochankę. Powiedział, że zagroził ojcu, że zgłosi na Gestapo, iż on ukrywa u siebie Żydówkę. Podobno doszło do rękoczynów. Ojciec go uderzył i wyrzucił z mieszkania”
„No i co” – przerwałem mu – „Poszedł na Gestapo wydać ją?”
„Nie. Mówił, że nie zrobił tego tylko dlatego, że nie miał czasu. Nie chciał spóźnić się na pociąg. Obawiał się, że na Gestapo będą długotrwałe procedury, że będzie musiał składać zeznania i takie tam. Wyjechał z Łodzi w niedzielę ósmego kwietnia. Kilka dni później, dokładnie w czwartek dwunastego kwietnia dostał telegram od matki, że ojciec nie żyje…Nie pojechał na pogrzeb”
„Nie dostał przepustki, tak?”
„Dostałby. Nie chciał jechać. Matka zadzwoniła do szkoły. Poprosili go do telefonu. Dowiedział się, że jedenastego kwietnia, dokładnie w dniu w którym Łódź przemianowano na Litzmannstadt, podczas jego nieobecności w domu przyszli do mieszkania policjanci i zabrali Esterę, jego kochankę. Wywieźli ją do Getta. W mieszkaniu zastał żonę. To ona mu powiedziała, że ją zabrali…”
„Czyżby babka ją zadenuncjowała?…Niemożliwe”
„Niestety. To prawda”
„Nie mogę w to uwierzyć”
„Słyszałem to od niej na własne uszy”
Zaniemówiłem z wrażenia. Nie wiedziałem jak zareagować na tą wiadomość. On patrzał na mnie i w pewnym momencie zapytał
„Dobrze się czujesz?”
„Tak. Tak, ale…Chwileczkę. Muszę zebrać myśli”
Milczałem chwilę. W głowie miałem mętlik. Nie mogłem uwierzyć, żeby babka była zdolna do takiej podłości. Podświadomie starałem się ją zrozumieć. Nagle jedyne możliwe wytłumaczenie jej postępowania wpadło mi do głowy
„No, przecież to oczywiste!” – pomyślałem – „Zdradzona żona zemściła się na swojej rywalce. To że rywalką była Żydówka, nie ma nic do rzeczy”
Powiedziałem mu o swoim przypuszczeniu. W pierwszej chwili nic nie odpowiedział. Pokiwał tylko przecząco głową.
„Rozumiem cię. Z dzisiejszej perspektywy uważasz babki postępowanie za niedopuszczalne. Słusznie uważasz. Chcesz ją jakoś wybielić, przynajmniej zrozumieć” – przerwał na chwilę – „Powiem tak. Twój dziadek, mój zresztą też, nie byli świętoszkami. Chodzili często razem jak to się mówi „na dziewczynki”. To było wtedy przyjęte i mniej lub bardziej tolerowane. Twój dziadek miał raz przez dosyć długi czas pewną stałą kochankę. Utrzymankę, Tak to się wtedy nazywało. Dobrze zarabiał jako lekarz. Mógł sobie na to pozwolić”
„To ta pielęgniarka” – przerwałem mu
„Nie. to była aryjka, chyba jakaś spolonizowana Czeszka. Nieważne. To było wkrótce po twoim narodzeniu. Babka o niej wiedziała i jak większość kobiet będących wtedy w podobnej sytuacji udawała, że nic nie wie. To było dla niej w pewnym sensie wygodne. Wiedziała, że mąż prędzej, czy później do niej wróci. Nie myliła się. On chyba nigdy się nie dowiedział, że ona wiedziała.
Z Esterą było inaczej. On się z nią nie krył przed nią. Jedynie ich syn, czyli twój ojciec nie wiedział o romansie ojca. Zarówno twój dziadek jak i babka od takich spraw trzymali dzieci z daleka. Wiesz, w takich rodzinach nie było głośnych awantur z wyzwiskami. Jeśli robili sobie wymówki to pod nieobecność dzieci i w sposób, który byśmy dzisiaj nazwali kulturalny. Dziadek z Esterą miał romans od końca trzydziestego ósmego. Babka czuła się podwójnie poniżona. Po pierwsze jako zdradzona żona i to by zniosła. Po drugie, co było w tym czasie w jej kręgach niedopuszczalne, mąż zdradził ją z brudną Żydówką…”
„Z brudną?”
„Dla niej i nie tylko dla niej wszyscy Żydzi byli brudni…Słuchaj dalej. Po wkroczeniu Niemców do Łodzi zażądała aby z nią skończył. On się na to nie zgodził. Chciał się rozwieść. Uważał, że już nie ma nic wspólnego z rodziną. Stali się dla siebie obcy, nawet wrodzy. Syn wbrew jego woli po zrobieniu matury zgłosił się na ochotnika do wojska i wyjechał z domu. Ona demonstracyjnie zaczęła wychwalać decyzję syna. Wyprowadził się z domu.
W tym czasie dostawał cios za ciosem. Stracił pracę w szpitalu. Dostał wezwanie do szpitala wojskowego w Poznaniu. Swojej kobiety, którą kochał, nie mógł zabrać ze sobą. Wiedział, że jest śmiertelnie zagrożona. Do tego żona zaczęła go szantażować”
„Chodziło o pieniądze?”
„Nie. Pieniądze nigdy nie były problemem w tej rodzinie. Twoja babka chciała aby do niej wrócił. Oczywiście żadnego uczucia w tym nie było. Zwykły prestiż, lub jak wolisz, chciała postawić na swoim. Mówiła mi, że z początku wzbraniała się przed zadenuncjowaniem Estery do Gestapo. Uważała to za niegodne ludzi z klasą. Jednakże denuncjacje Żydów stały się czymś nie nagannym. Znała ludzi ze swojego otoczenia po których nigdy by się nie spodziewała że są zdolni do takich czynów, a którzy wydali swoich sąsiadów, mówili o tym otwarcie i byli nawet dumni z wypełnionego obywatelskiego obowiązku. Babka nie chciała też aby jej mąż był ukarany za ukrywanie Żydówki. Dlatego poczekała aż wyszedł z mieszkania na dłużej i zaprowadziła tam policjantów. Wyjaśniła im, że wie, iż ukrywa się tam Żydówka.
Gdy zabrali Esterę wróciła do tego mieszkania. Nie było zamknięte na klucz. Poczekała na męża. Powiedziała co zrobiła. Wyrzucił ją z mieszkania. Kilka godzin później się powiesił. Znaleźli go policjanci którzy przyszli z nakazem zatrzymania tego który ukrywał Żydówkę.”
„Muszę ochłonąć” – przerwałem mu – „Zakładam, że wszystko co mi opowiedziałeś jest prawdą…Dlaczego ty mi o tym wszystkim mówisz? Jaki masz w tym cel?”
„Jeszcze ci wszystkiego nie powiedziałem. Gdy dojdę do końca będziesz wiedział jaki mam w tym cel. Słuchaj dalej…”
„Chwileczkę” – przerwałem mu – „Mam mętlik w głowie. Muszę sobie pewne sprawy uporządkować. Zanim zaczniesz mówić dalej odpowiedz mi na kilka pytań”
„Słucham”
„Wiem, że ojciec był na wschodnim froncie. Że dostał odznaczenie. Nie mam pojęcia co się z nim działo później…Babka nic mi nie powiedziała na ten temat. Wiem od niej, że wrócił do Łodzi w czterdziestym siódmym z moją matką. Od ciebie dowiedziałem się, że była siostrą bliźniaczką twojej matki. Nic o matce nie wiem. Wiem, że babka jej nie lubiła.”
„Czekam na pytania”
„Zaraz. Porządkuję myśli…Okej. Pierwsze pytanie. Jak to się stało, że mój ojciec, żołnierz Wehrmachtu, łódzki folksdojcz wraca ze Związku Radzieckiego jako wpływowy pracownik Urzędu Bezpieczeństwa. Drugie pytanie. Mówiłeś, że słyszałeś od babki, że to ona wydała kochankę męża. Kiedy to od niej słyszałeś? Trzecie pytanie…”
„Najpierw odpowiem na pierwsze pytanie. Nasi ojcowie zostali wysłani prosto ze szkoły w Kwidzyniu do jednostki transportowej drugiej Armii Pancernej w pobliżu granicy z Sowietami. W czerwcu czterdziestego pierwszego, jak wiesz ruszyli na wschód…Nie będę ci opowiadał gdzie walczyli. Właściwie to oni nie walczyli. Byli na tyłach. Rozwozili ciężarówkami zaopatrzenie na pierwszą linie frontu. Powiem krótko. Bardzo szybko znaleźli się pod Moskwą. Druga Armia Pancerna po początkowych błyskawicznych sukcesach zatrzymała się pod Tułą. Tam pozwolono żołnierzom odpocząć. Naprawiono w miarę możliwości uszkodzony sprzęt. Sprowadzono zaopatrzenie. Wszystko w czasie obrony przed rosyjskimi kontratakami. Na szczęście były one mało skuteczne. W czasie jednego z takich ataków rozbite zostały tabory Drugiej Armii. Były duże straty. W tym ataku zabito ponad stu żołnierzy Mój ojciec został lekko ranny. Wtedy to wyróżnił się twój ojciec. Pod ogniem nieprzyjacielskim udało mu się załadować na ciężarówkę, którą kierował kilkunastu rannych, w tym jednego pułkownika. Kilka dni potem dostał od dowódcy Drugiej Armii Pancernej generała Heinza Guderiana Żelazny Krzyż”
„Tak. Wiem o tym. Mam zdjęcie przedstawiające ojca gdy przyjmuje odznaczenie” „No właśnie. Twoja babka nie mogła ci darować żeś zabrał to zdjęcie. Wrócimy do tego…”
Przerwał i zaczął się za czymś rozglądać. Podnosząc się od stołu zachwiał się i łapiąc za obrus ściągnął puste już po kolacji nakrycia na podłogę. Nie zdążyłem zareagować i powstrzymać jego upadku na podłogę. Zacząłem pośpiesznie zbierać potłuczone skorupy z podłogi
„Zostaw. To nie ma znaczenia. Potem posprzątam” – odpowiedział bardzo zmienionym głosem – „Potaj mi tą fiolkę…Leży tam na szafce”
Podniosłem się z podłogi szukając wzrokiem fiolki o której mówił. Chciałem mu pomóc usiąść na krześle, ale on tylko machnął odpychająco ręką i zażądał
„Pospiesz się! Przynieś wodę z kuchni”
Zrobiłem co zażądał. Po chwili poczuł się lepiej. Pomogłem mu się podnieść i zaprowadziłem na kanapę. Mimo, że protestował posprzątałem podłogę.
„Zaraz będzie dwunasta” – zauważyłem – „Skończmy na dzisiaj”
„Jeszcze nie. Już jest mi lepiej. Słuchaj dalej”
Nie protestowałem
„Krótko potem nasi wznowili atak na Tułę…”
„Jacy nasi?” – zapytałem
„No, Niemcy!…Nie denerwuj mnie. Piątego listopada Sowieci otoczyli tyłu i wzięli do niewoli wszystkich z taboru i rannych przyszykowanych do wysłania na tyły. Nasi ojcowie znaleźli się w niewoli. Ruscy od razu wysłali ich do Kazachstanu. Jaka to była droga nie będę ci opowiadał. Podobno jedna piąta zmarła w drodze. Tam, w Kazachstanie Sowieci zorganizowali pierwszy obóz dla jeńców wojennych. Był to obóz w Spassku koło Karagandy. W pierwszych dniach pobytu panował tam olbrzymi chaos. Kręcili się wśród wystraszonych i zmęczonych podróżą jeńców ludzie w sowieckich mundurach i próbowali ich przesłuchiwać. Wiesz, takie standardowe. Imię, nazwisko. W jakiej jednostce służył, przebieg służby i tak dalej. Przesłuchiwali ich Rosjanie nie mówiący po niemiecku. Tłumaczyli ludzie w rosyjskich mundurach płynnie mówiący po niemiecku. Czasem spisywano te zeznania, a czasem nie. Drugiego, czy trzeciego dnia twój ojciec spotkał w tłumie oczekujących na wydanie posiłku, kolegę ze szkoły, Joachima Radke. Był w mundurze NKWD. Próbował krzykiem zaprowadzić porządek. Zauważył twojego ojca. Odciągnął go na bok i chwilę rozmawiali. Radke powiedział mu co tam robi. Był szefem tłumaczy. Autentycznie ucieszył się ze spotkania z twoim ojcem. Byli kolegami ze szkoły powszechnej w Łodzi. Potem byli razem w pierwszej klasie Gimnazjum. Jednak nie dane było Joachimowi uczyć się dalej. Okazało się, że jest aktywny w łódzkiej młodzieżówce komunistycznej. Wyrzucono go ze szkoły. Radke miał pewien dług wdzięczności wobec twojego ojca, a raczej wobec twojego dziadka. W trzydziestym trzecim twój dziadek uratował życie jego matki. Leżała umierająca w szpitalu na Drewnowskiej. Gruźlica bardzo zniszczyła jej płuca. Doktor Karol Wolf zastosował wobec niej nową metodę leczenia i udało mu się ją wyleczyć. W każdym razie Radke obiecał zając się twoim ojcem. Twój ojciec powiedział, że jest z nim w tym obozie jeszcze jeden ich kolega ze szkoły i jest najprawdopodobniej w baraku dla rannych i chorych. Przypomniał mu nazwisko mojego ojca. Joachimem odszukał go. Ojciec był lekko ranny w głowę. Właściwie było to niewielkie draśnięcie, ale mocno krwawiło. Ojciec mówił mi później, że symulował. Cały czas rozdrapywał ranę aby krwawienie nie ustępowało. Liczył na odesłanie na tyły, a potem w niewoli liczył na lepsze traktowanie. Mało co i by się przeliczył. NKWD wkrótce wywiozło gdzieś wszystkich z baraku dla rannych i chorych. Joachim wyciągnął mojego ojca z tego baraku i przekonał go aby przestał symulować.
Potem poinstruował naszych ojców, aby mówili, że pochodzą z Łodzi i żeby podawali się za Polaków. Mają mówić, zgodnie z prawdą zresztą, że do pierwszego września trzydziestego dziewiątego posiadali obywatelstwo polskie. W trakcie zeznań mają podawać się za antyfaszystów, pałających nienawiścią do Hitlera. Mają mówić, że byli sympatykami Polskiej Partii Komunistycznej w Łodzi i jeszcze w trzydziestym siódmym uciekli z domów aby dołączyć do Brygad Międzynarodowych w Hiszpani. Ucieczka się nie udała, Byli nie pełnoletni, mieli po piętnaście lat. Zatrzymano ich na granicy i odesłano do domów. Mają też podać nazwiska towarzyszy którzy mieli im pomagać w przedostaniu się do Hiszpani. Podał im cztery nazwiska. Mają też wspomnieć niby od niechcenia jego nazwisko. Potem powiedział, że nie będzie się z nimi spotykać, do czasu gdy szef NKWD w obozie zadecyduje którzy więźniowie nadają się do szkoleń ideologicznych. Od początku istnienia obozu tak robili. Tych których uważali za podatnych indoktrynacji wysyłali do Kujbyszewa”
Przerwał opowiadać. Spojrzałem na zegarek. Zbliżała się pierwsza. Bardzo chciałem wysłuchać do końca to co mówił, ale zdawałem sobie sprawę, że jest bardzo osłabiony. Wykorzystałem więc ten moment kiedy przerwał i szybko stwierdziłem „Pierwsza się zbliża. Muszę już iść. Tobie też dobrze zrobi jak na dzisiaj skończymy” Protestował. Mówił, że dobrze się czuje i może jeszcze mówić. Ja jednak obstawałem przy swoim. Umówiliśmy się na następny dzień po trzynastej.
Wszedłem po cichu do domu. Jolka już spała. Obudziła się na chwilę
„A, to ty…”
„Tak. Trzeba wyjść z Ciapkiem?” – zapytałem
„Nie. Byłam z nim o jedenastej”
Przeszedłem do łazienki przyszykować się przed spaniem. Potem w łóżku długo nie mogłem zasnąć. Analizowałem to co od niego usłyszałem. Pewien obraz, jak gdyby układanka z kawałków Puzzli przedstawiający moich rodziców, a właściwie mojego ojca zaczął mi się układać w głowie. Brakowało mi wciąż wielu kawałków do całości. Usnąłem około trzeciej nad ranem.
Obudziłem się około dziesiątej. Zerwałem się z łóżka z myślą, że przecież trzeba wyprowadzić psa. Zwykle ja to robię przed dziewiątą. Po chwili zorientowałem się, że Jolki jak i psa nie ma w łóżku. Przeszedłem uspokojony do łazienki. Podczas gdy tam byłem Jolka wróciła z Ciapkiem ze spaceru. Była też w sklepie. Kupiła bułki i mleko. Przy śniadaniu podziękowałem jej, że mnie nie obudziła i wyprowadziła psa „Widzisz jaką masz dobrą żonę. Chciałam, żebyś doszedł do siebie po nocnej libacji”
„Nie było libacji”
Opowiedziałem Jolce po krótce co się dowiedziałem o ojcu. Powiedziałem również, że bardzo mnie zaskoczyła wiadomość iż babka zadenuncjowała żydowską kochankę ojca
„A, widzisz. Zawsze mi dokuczasz mówiąc że moja świętej pamięci mamusia i tatuś dorobili się na żydowskim złocie znajdowanym na polu i na handlu mieniem pożydowskim. Ale oni nikogo nie zadenuncjowali. Okazuje się że twoja hitlerowska rodzina ma żydów na sumieniu…”
„Uważaj co mówisz! Moja rodzina nie była hitlerowcami. Dziadek powiesił się dlatego, że…Dlatego że” – szukałem dobrego argumentu – „Dlatego, że babka wydała jego żydowską kochankę. A wydała ją nie dlatego, że kochanka była Żydówką tylko zrobiła to jako zdradzona żona…”
„Tak. Akurat. A ojciec w hitlerowskim wojsku co robił?”
„Ojciec był antyfaszystą. Wrócił do Łodzi jako działacz komunistyczny…” Podniosłem się od stołu gotujący się z oburzenia. Jolka zorientowała się, że za daleko się zapuściła
„Siadaj…Przepraszam. Nie powinnam tak mówić. Ja też mam swoje nerwy” – powiedziała przepraszającym tonem
Usiadłem z powrotem do stołu z pewnym ociąganiem. Nie miałem już ochoty jeść. „Rodziców się nie wybiera, ” – stwierdziłem – „Nie mogę odpowiadać za ich uczynki. Chciałbym aby mnie oceniano tylko za moje postepowanie”
„Masz rację. Też tak uważam”
Zaraz po powrocie z południowego spaceru z psem pobiegłem do niego. Pobiegłem to może przesada ale znalazłem się pod jego drzwiami bardzo szybko. Zapukałem odruchowo, ale nie czekałem na odzew. Wszedłem do środka. Zastałem go na kanapie z podłączoną kroplówką. Zaskoczył mnie ten widok, chociaż nie powinien. Zatrzymałem się nagle w drzwiach pokoju
„Wchodź, wchodź… Wszystko w porządku. Możemy porozmawiać”
Bardzo chciałem od razu przejść do rozmowy, do zadawania pytań, ale wydawało mi się to zbyt obcesowe dlatego zacząłem od zapytania o samopoczucie
„Ze mną wszystko w porządku…Przynajmniej teraz, ale w każdej chwili może przyjść pogorszenie, wiesz, ten cholerny ból. Wtedy odchodzę od zmysłów…” „Potrzebujesz mocniejszych lekarstw”
„Nie ma już mocniejszych. Jestem lekarzem i wiem że zbliża się koniec…”
„Tak chciałbym ci pomóc”
„Pomożesz, nie przerywając. Mam jeszcze dużo do przekazania ci. Postaram się pominąć mniej istotne szczegóły”
Poprawił się na kanapie. Wskazał gestem fotel
„A więc słuchaj…Na czym stanęliśmy?”
„Jak ojcowie dostali się do niewoli i spotkali tego Radke i on im poradził…”
„A! tak. Tak. Słuchaj dalej. W tym obozie w Spassku niemal od razu zorganizowano jeńców w brygady robocze. Sześć razy w tygodniu wysyłani byli do pracy w pobliskich kopalniach miedzi. Jeńcy pracowali tam po dwanaście godzin dziennie. Praca była wyniszczająca. Umieralność bardzo duża. Po powrocie z kopalni poddawani byli godzinnej indoktrynacji ideologicznej. Potem jeszcze wielu z nich poddawano przesłuchaniom.
Mojego ojca przesłuchano dokładniej po raz pierwszy, w kwietniu czterdziestego trzeciego. Zeznawał tak jak doradził Radke, ale przesłuchujący nie uwierzyli, że jest Polakiem. Zasugerowali, że być może mógłby pomóc w nowo tworzonej organizacji niemieckiej. On jednak z uporem twierdził, że nie chce mieć nic wspólnego z Niemcami, że jest antyfaszystą i gdyby dostał szansę to z całego serca do końca swojego życia tępiłby faszystów. Podziękowano mu i przez następne miesiące nic się nie działo. Dopiero w sierpniu czterdziestego trzeciego został zatrzymany na bramie gdy jego grupa wychodziła do kopalni. Myślał, że będzie ponownie przesłuchiwany. Mylił się. Zaprowadzono go do budynku komendanta obozu. Oprócz komendanta obozu i tłumacza którym był Radke byli tam również dwaj cywile. Jeden z nich mówił po niemiecku. Przedstawił ojcu propozycję. Powiedział, że miesiąc wcześniej powstała w Krasnogorsku organizacja Nationalkomitee Freies Deutschland, Komitet Narodowy Wolne Niemcy i że potrzebują w niej takich antyfaszystów jak on. Miał dać natychmiast odpowiedź czy zgadza się zasilić szeregi tej organizacji.
Ojciec był już na skraju fizycznego wyczerpania. Mimo to chciał odmówić, przez chwilę wahał się z odpowiedzią. Spojrzał na Joachima Radke i zauważył, że ten dyskretnie dał mu znak kiwnięciem głowy. Ojciec wytłumaczył to sobie jako zachętę do wyrażenia zgody na przedstawioną propozycję.
Zgodził się. Na twarzy niemieckiego cywila pojawił się uśmiech. Podszedł do ojca, przedstawił się. Nazywał się Horst Viedt i do niedawna był porucznikiem Wehrmachtu, a teraz jest jednym z założycieli Komitetu. Władze Radzieckie które sprawują opiekę nad Komitetem pozwoliły na rekrutację niemieckich komunistów z obozów jenieckich. Potem Radke doszedł mu pogratulować decyzji. Gdy mu ściskał dłoń zdążył szepnąć na ucho po polsku
„Dobrze zrobiłeś”
Przestał opowiadać. Skrzywił się.
„Pomóc w czymś?” – zapytałem
„Przynieś z lodówki butelkę wody mineralnej. Zaschło mi w gardle”
Przyniosłem wodę. Nalałem do stojącego na stole kubka. Wypił, odstawił kubek i chwilę milczał
„Horst Viedt zwerbował jeszcze kilku…”
„Mojego ojca też?” – zapytałem
„Nie. Potem ci o nim powiem…A więc zwerbował kilku Niemców którzy już wcześniej przyznali się tak jak mój ojciec do tego, że są antyfaszystami, komunistami i tak dalej. Ponieważ ich mundury były bardzo zniszczone od pracy w kopalni, wszyscy dostali cywilne ubrania i dwa dni później wyjechali prosto do Krasnogorska.
Tam zaczęli od nauki w Szkole Marksizmu-Leninizmu. Uczono tam między innymi języka rosyjskiego. Potem przydzielony został do redakcji radia Freies Deutschland. Radio to nadawało programy w języku niemieckim do żołnierzy na froncie nawołując ich do dezercji. Nieco później Horst Viedt zwerbował go do grupy dywersyjnej która miała działać na tyłach Niemców. Jednak po wstępnym szkoleniu został z grupy odwołany. Był to rozkaz samego generała Iwana Sierowa”
„Kogo?”
„Iwan Sierow. Sowiecki generał. Tak zwany opiekun Narodowego Komitetu Wolnych Niemiec, a w rzeczywistości nadzorca. On o wszystkim decydował. Wtedy był w trakcie tworzenia czegoś na wzór sowieckiego NKWD. Potrzebował ludzi znających języki obce i w miarę inteligentnych, przynajmniej po maturze. Mój ojciec znał polski i dosyć dobrze angielski. Nauka rosyjskiego też mu szła dobrze” – przerwał
Zauważyłem, że zaczął się męczyć. Miał ciężki oddech i zaczął krzywić twarz. Wiedziałem już, że jest to oznaką nasilającego się bólu. Tym razem nie zaproponowałem zakończenia rozmowy. Miałem nadzieję, że wreszcie powie coś więcej o moim ojcu. Prawdę mówiąc historia jego ojca specjalnie mnie nie interesowała.
Gestem wskazał mi aby napełnić kubek wodą. Wypił, odetchnął głęboko i chciał się odezwać, ale go uprzedziłem
„Powiedz co się działo z moim ojcem”
„Dojdziemy do tego…” – spojrzał na mnie
Zauważył, że się żachnąłem
„Chciałbyś teraz o ojcu usłyszeć” – raczej stwierdził niż się zapytał – „No, dobrze… W obozie mieli radiowęzeł. Wiesz, takie głośniki zawieszone na słupach. Męczyli ich puszczaniem muzyki marszowej przeplatanej pogadankami ideologicznymi i wiadomościami z frontu. Oczywiście mówili tylko o swoich wspaniałych zwycięstwach nad Faszyzmem.
Wśród wiadomości w grudniu czterdziestego pierwszego, albo zaraz na początku czterdziestego drugiego podano, że w porozumieniu z Polskim Rządem na uchodźctwie w Londynie, zezwolono na utworzenie jednostek Wojska Polskiego w ZSRR i w związku z tym byli polscy obywatele mogą się ubiegać o wstąpienie w szeregi tego wojska. Prawo do tego mieli byli obywatele polscy wszystkich narodowości z wyjątkiem niemieckiej. Podane były adresy pod które należało napisać prośbę o przyjęcie do wojska. Nasi ojcowie dyskutowali o tej możliwości. Mój był sceptycznie nastawiony. Twierdził, że skoro wyraźnie podano, że Niemców z polskim obywatelstwem sobie nie życzą, to nie ma sensu do nich pisać. Twój ojciec jednak napisał. Już po miesiącu dostał suchą informację, że jego prośba została oddalona. Potem długo nic się nie działo. Na początku pobytu w obozie nasi ojcowie pracowali w jednej brygadzie w kopalni, ale po kilku miesiącach składy brygad zmieniały się. Jeńcy umierali, szerzyły się choroby, brygady topniały, tworzono nowe. Twój ojciec znalazł się w innej brygadzie, zajmującej się wywozem urobku z kopalni. Do tego wszystkiego ich barak spłonął podczas gdy byli w kopalni. Po powrocie zostali rozmieszczeni w innych barakach. Ojcowie stracili ze sobą stały kontakt. Widzieli się sporadycznie…Właściwie , to nie wiem co dalej działo się z twoim ojcem. Mój opowiedział, że spotkali się znowu w czterdziestym czwartym w szkole NKWD w Niżnym Nowogrodzie, wtedy to miasto nazywało się Gorki. Ojciec został tam wysłany na kurs kadrowców. Nawiasem mówiąc później zajmował się kadrami w Ministerium für Staatssicherheit, czyli w STASI w NRD.
Twój właśnie zakończył kurs więziennictwa. Otrzymał rozkaz wyjazdu do właśnie wyzwolonego Lublina. Powiedział mojemu ojcu, że czeka na pozwolenie zabrania ze sobą poznanej dziewczyny. Ojcowie nie mieli okazji dłużej porozmawiać. Panowała tam atmosfera wzajemnej podejrzliwości. Ojciec zapytał z ciekawości jak to się stało, że twój został zwolniony z obozu
„Lepiej żebyś tego nie wiedział” – odpowiedział mu
Ojciec był już na tyle zaznajomiony ze zwyczajami w NKWD, że wiedział iż lepiej jest nie zadawać pewnych pytań nawet w rozmowach z najbliższymi przyjaciółmi, więc nie pytał więcej.
Kilka dni później twój ojciec poprosił mojego, aby ten był światkiem na jego ślubie. Okazało się, że twój ojciec dostał odpowiedź na swoje podanie o pozwolenie zabrania ze sobą dziewczyny. NKWD sprawdziło ją i zezwoliło na to aby twój ojciec ją poślubił. On podobno specjalnie się do tego nie palił, ale ponieważ to był warunek ich wspólnego wyjazdu, więc nie miał wyboru.
Ten cały ślub to była zwykła formalność i trwał jakieś pięć minut. Spotkali się w pokoju zastępcy komendanta szkoły. Dopiero tam na kilka minut przed ślubem mój ojciec poznał Hankę, dziewczynę którą miał poślubić twój ojciec. Była tam z siostrą bliźniaczką. Klara, jej siostra miała być drugim świadkiem na ślubie…”
„Wiesz coś bliższego o nich?” – zapytałem
„Oczywiście! Przecież Klara to moja matka, a Hanka była ciotką”
„No, tak. Masz rację, głupio się zapytałem. Chodzi mi o to czy wiesz skąd one się tam wzięły”
„Obie miały właśnie skończone osiemnaście lat. Pochodziły z Lublina, z bogatej kupieckiej rodziny żydowskiej…”
„Co?!” – przerwałem mu – „Były Żydówkami?!”
„Nie wiedziałeś o tym?” – zdziwił się – „Babka ci nie mówiła?”
„Nie! Nic mi nie mówiła o matce. Wiem, że jej nie lubiła. Zawsze gdy musiała o niej wspomnieć używała zwrotu ta kobieta”
Byłem bardzo wzburzony i on to zauważył
„Uspokój się. To nie jest dobre dla twojego serca. Nie spodziewałem się po tobie, że wiadomość o żydowskiej matce tak cię oburzy”
„Nie! Nie…Nie próbuj w ten sposób. Nie oburzyła mnie ta wiadomość, tylko zaskoczyła. Od dnia kiedy się spotkaliśmy, moje życie bardzo się zmieniło…”
„Nie przesadzaj” – przerwał mi – „Nic się nie zmieniło w twoim życiu. Dowiedziałeś się tylko trochę faktów o twoim pochodzeniu, a jeszcze więcej się dowiesz. Szkoda, że babka ci tak mało powiedziała o tym co się w twoim życiu działo przed sześćdziesiątym dziewiątym, to znaczy przed tym wypadkiem” – przerwał i spojrzał na zegarek – „Jest już po dziewiątej. Przerwijmy na dzisiaj. Czuję się zmęczony” „Chwileczkę, zaraz dam ci spokój. Powiedz tylko skąd one się tam wzięły”
„Mówiłem już, że pochodziły z Lublina. Urodziły się jeszcze w małym mieszkanku w dzielnicy żydowskiej biedoty na Wieniawie. Potem gdy ojciec się dorobił przenieśli się do dużego mieszkania w centrum Lublina. W czasie wakacji szkolnych w trzydziestym dziewiątym, rodzice wysłali je do krewnych do Lwowa. Miały przyjechać przed pierwszym września aby zdążyć na rozpoczęcie roku szkolnego, ale ojciec był przewidujący. Zabronił im wracać…Chciał z matką do nich dołączyć we Lwowie i udać się dalej na wschód. Potem to już wiesz jak było. Wojna. Niemcy wzięli Lublin, Sowieci Lwów. Rodzice naszych matek nie zdążyli wyjechać do Lwowa. Zesłani zostali do getta. Ślad po nich zaginął”
„Co się działo z nimi później?”
„Co się działo. Pamiętaj o tym że one wtedy w trzydziestym dziewiątym miały po niecałe czternaście lat…Matka mówiła, że krótko po wkroczeniu ruskich ciotka i wujek zostali aresztowani za spekulacje i handel złotem. One i synek wujostwa trafili do domu dla sierot. Chłopak miał pięć lat i trafił gdzie indziej. Już go więcej nie spotkały. Wujostwa też nie…Słuchaj. Mam już dosyć. Muszę odpocząć”
Nie upierałem się. Umówiliśmy się na następny dzień.
„Może przeprowadź się do brata na stałe?” – przywitała mnie zgryźliwie Jolka
„Nie jest moim batem”
„Jak to nie jest? Kuzyn od strony matek to jak brat”
„Nie zaczynaj. Zmęczony jestem i załamany”
„No to siadaj do stołu i opowiadaj. Kolacja czeka na ciebie. Zrobię tylko herbatę”
W kuchni na stole czekało na mnie kilka kanapek z szynką. Usiadłem i czekając na herbatę zastanawiałem się co z tego co dzisiaj usłyszałem opowiedzieć Jolce. Po chwili herbata była gotowa. Jolka napełniła dwie filiżanki i usiadła obok
„Słucham. Opowiadaj”
Powiedziałem wszystko co się dowiedziałem o moim ojcu i jego ojcu. Powiedziałem o ślubie i o tym że skończyliśmy na tym, że ojciec z nowo poślubioną żoną miał wyjechać do Lublina.
Potem przerwałem opowiadanie. Nie wiedziałem jak Jolka zareaguje na to jak się dowie, że moja matka była Żydówką.
„No, mów dalej” – ponagliła mnie
„Wyobraź sobie, że moja matka pochodziła z Lublina”
„O! to może znała się z moimi rodzicami, chyba byli w podobnym wieku”
„Nie sądzę aby się znali”
„A jak się nazywali?”
„Mówiłem ci już dawno temu. Matka była z domu Gromadzka” „Gromadzka…Gromadzka…” – głośno się zastanawiała – „Nie słyszałam tego nazwiska, ale zadzwonię do tatusia. Może on…”
„Słuchaj” – przerwałem jej – „Moja matka była Żydówką”
Jolka zamilkła. Przez chwilę trwała nieruchomo z otwartymi ustami. Wykorzystałem to i kontynuowałem pośpiesznie
„Wojna zastała ją i siostrę we Lwowie u krewnych. Mieli do nich dojechać rodzice. Nie zdążyli. Najprawdopodobniej zginęli na Majdanku…”
„Co ty z tym Majdankiem” – przerwała mi – „Masz jakąś obsesję na tym punkcie” „Nie, kochanie. To nie obsesja. To historia. To dzieje naszych rodzin. Czy chcemy tego, czy nie, siedzimy w tym po uszy. Nie możemy się tego wyprzeć. Możemy chcieć zapomnieć. Przez jakiś czas to się będzie udawać. Ale prędzej, czy później wróci do nas jak cios obuchem w głowę i nas zaszokuje…”
„Zaczynasz filozofować. Mam tego dosyć na dzisiaj. Idę spać. Tobie też radzę abyś nie siedział długo i nie rozmyślał nad tym. Dobranoc”
Zauważyłem, że Jolka była bardzo poruszona. Spodziewałem się, że inaczej zareaguje na to co powiedziałem. Nigdy wcześniej nie widziałem jej w takim stanie.
Po spacerze z Ciapkiem w południe poszedłem od razu do niego. Już nie pukałem do drzwi. Nacisnąłem klamkę i tu zaskoczenie. Drzwi były zamknięte. Upewniłem się, że tak jest, naciskając klamkę ponownie. Zamknięte.
„Może wyszedł po zakupy” – pomyślałem
Na wszelki wypadek zapukałem. Cisza. Już miałem odejść, gdy nagle otworzyły się drzwi do sąsiedniego mieszkania. Starszy mężczyzna spojrzał na mnie i rzekł
„Nie ma co pukać. Zabrało go w nocy pogotowie”
Wpadłem w panikę. Wstyd się przyznać. Nie dlatego, że coś mu się stało, że mu się pogorszyło. Nie dlatego. Przeraziłem się, że już nie dowiem się nic więcej o ojcu i matce. Wyszedłem przed dom. Przypomniałem sobie o telefonie. Znalazłem numer który mi podał. Zadzwoniłem. Odebrał od razu.
„Tak myślałem, że zadzwonisz” – odezwał się pierwszy
„Co się stało?”
„Ach! Głupia sprawa. Przewróciłem się i złamałem rękę. Prawe przedramię. W domu ci wszystko opowiem. Właśnie mnie wypisują…”
„Przyjadę po ciebie. Gdzie jesteś?”
„Nie potrzeba. Taksówka już czeka. Przyjdź wieczorem”
„Przyjdę o czwartej. Potrzebujesz coś? Może ci coś kupić?”
„Nic nie potrzebuję. Wszystko mam. Możesz przyjść o czwartej”
Wróciłem do domu. Jolka się zdziwiła. Powiedziałem co się stało i że pójdę tam na czwartą.
„Kup mu coś” – powiedziała
„Pytałem czy mu coś kupić. Powiedział, że wszystko ma”
„Gadanie! Jak się idzie do chorego to przynosi się mu przynajmniej owoce i coś do picia”
„Dobra. Kupię pomarańczy i banany, a to picia to nie wiem. On chyba teraz nie może wypić nic mocniejszego…Wiem! Kupię piwo”
„Żadnego alkoholu! Kompotu mu kup. Albo nie. Zrobię naleśników i ugotuję kompot z wiśni które przywiozłam od ojca. Mam jeszcze kilka paczek w zamrażalniku. Powinnam zdążyć do czwartej. Zabierzesz ze sobą”
Chciałem od razu wyjść po zakupy, ale zatrzymała mnie
„Mamy zupę od wczoraj. Zjemy teraz a na kolację zjesz z nim te naleśniki”
Pół godziny później wyszedłem po zakupy. Wróciłem dosyć szybko. Jolka krzątała się w kuchni, a ja chodziłem po pokoju jak lew w klatce. Co chwilę patrzałem na zegarek. Aby zabić czas wyszedłem z psem. Chodziłem z nim prawie do czwartej. Gdy wróciłem do domu Jolka jeszcze nie była gotowa z kompotem.
„Ty już idź do niego. Przyniosę wam ten kompot i naleśniki za pół godziny” – zaproponowała
Złapałem torbę z zakupionymi owocami i po kilku minutach byłem u niego. Ucieszył się z mojego przybycia.
„Pomożesz mi z kroplówką. Sam teraz nie dam rady” – przywitał mnie
„Nigdy tego nie robiłem!” – odrzekłem z przerażeniem
„To nic trudnego. Będę instruował cię”
„Możesz poczekać trochę z tą kroplówką? Jolka przyjdzie za pół godziny. Ona jest po kursie pielęgniarskim…”
„Co za Jolka?”
„Moja żona”
Wytłumaczyłem dlaczego ma przyjść. Ucieszył się gdy mu powiedziałem o naleśnikach. Zapytałem o rękę. Powiedział że w nocy wstał do toalety i wracając do łóżka przewrócił się tak nieszczęśliwie, że złamał przedramię.
„Nic poważnego, ale sam nie dałbym rady. Zadzwoniłem na pogotowie…Ale to nie ważne. Słuchaj. Chcę ci zdążyć opowiedzieć jak najwięcej”
„Zdążyć, Przed czym?”
„Na litość boską! Nie rżnij głupa! Ja naprawdę mam mało czasu…Słuchaj i nie przerywaj. Mówiłem ci, że dziewczyny trafiły do Domu dla Sierot. To było coś takiego jak dom Dziecka. Na samym początku przebywały we Lwowie. Po czerwcu czterdziestego ewakuowano je dalej na wschód. W końcu trafiły do Gorki. Od samego początku pobytu w tym sierocińcu chodziły do szkoły, oraz należały do Pionierów. Wiesz to takie sowieckie harcerstwo, było obowiązkowe dla dzieci do czternastego roku życia. Po kilku miesiącach w Gorki, zostały przeniesione do obozu pracy dla młodzieży szkolnej prowadzonego przez Komsomoł. Były oczywiście członkiniami Komsomołu jak wszyscy młodzi ludzie od czternastego roku życia. W tym obozie oprócz totalnej komunistycznej indoktrynacji uczyły się zawodu. Nawet dosyć dobrze trafiły. Przydzielono je do Szkoły Zbiorowego Żywienia. Miały praktyki w stołówkach w miejscowych fabrykach i biurach. Hanka, twoja matka trafiła do stołówki przy szkole NKWD. Tam pracowała przy wydawaniu posiłków i tam właśnie w tej stołówce poznała twojego ojca” – przerwał i spojrzał na mnie – „Dziwnie wyglądasz. Nic ci nie jest?”
Nie zdążyłem odpowiedzieć. Usłyszeliśmy pukanie do drzwi. Poszedłem otworzyć. Jolka przyniosła naleśniki i kompot. Przywitała się. Postawiła na stole
„Sami się obsłużcie. Nie chcę wam przeszkadzać”
Zamierzała wyjść. Zatrzymałem ją i powiedziałem o kroplówce. On ją poinstruował. Zgodziła się pomóc. Zapytała o gumowe rękawiczki. Nie miał ich. Poszła do łazienki umyć ręce. Po chwili sprawnie podpięła kroplówkę.
„Nie chcę być niegrzeczna, ale przydałoby się zrobić tu porządek” – stwierdziła
„Ma pani rację. Będę wdzięczny gdyby pani znalazła jakąś chętną kobietę do sprzątania. Dobrze zapłacę”
„Po co obcych wpuszczać do domu. Ja panu posprzątam. Nic nie wezmę. Zaoszczędzi pan. Jutro mogę przyjść”
„Dziękuję bardzo, ale nie jutro. Powiedzmy za tydzień, w poniedziałek”
Jolka chciała coś powiedzieć, ale ją uprzedził
„Wytrzymam tydzień bez sprzątania”
„Jak pan chce”
Pożegnała się. Wychodząc i będąc w drzwiach oznajmiła
„Jutro też przyniosę coś do jedzenia”
Po jej wyjściu przyniosłem nakrycia. Pomogłem mu przejść z kroplówką do stołu. Pokroiłem kilka naleśników na jego talerzu. Sam sobie posypał cukrem. Nalałem do szklanek kompot. Jedliśmy chwilę w milczeniu. Już miałem zapytać, czy będzie dzisiaj w stanie powiedzieć coś więcej o naszych rodzicach, ale uprzedził mnie.
„Potem to już wiesz” – zaczął – „Twój ojciec z żoną został oddelegowany do Lublina. Był świeżo upieczonym podporucznikiem NKWD. Trafił na Zamek Lubelski. NKWD miało tam przejęte po Niemcach więzienie. Umieszczano w nim schwytanych Akowców i innych więźniów politycznych. Twój ojciec był jednym z nadzorców. Nabierał praktyki w przesłuchiwaniu zatrzymanych. Musiał być bardzo ambitnym funkcjonariuszem. Szybko awansował. Został porucznikiem, a kilka miesięcy później, gdy więzienie przekazano utworzonemu w lipcu czterdziestego czwartego Polskiemu Komitetowi Wyzwolenia Narodowego awansowano go pospiesznie na kapitana. W takim stopniu przeszedł z NKWD do nowo utworzonego Resortu Bezpieczeństwa Publicznego przy PKWN. Formalnie ponownie przyjął obywatelstwo polskie i zmienił oficjalnie imię z Hansa na Jana. Podobno proponowano mu zmianę nazwiska, ale z jakiegoś powodu został przy Wolfie. Pracował jeszcze jakiś czas na Zamku Lubelskim, ale wkrótce go odwołano. Dostał kierownicze stanowisko w przerobionym nieco wcześniej, bo na początku czterdziestego piątego Resorcie Bezpieczeństwa Publicznego na Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego. Kierował tam Komórką zajmującą się zbieraniem informacji o pozostałych na wyzwolonych terenach resztkach rozbitych niemieckich oddziałów i wcielaniu ich w pozostawione przez Niemców grupy dywersyjne znane jako Werwolf. Dzięki wcześniejszym przesłuchaniom Akowców w Lublinie wiedział jak wyglądały struktury organizacyjne AK. W nowej pracy szybko zorientował się, że Werwolf jest zorganizowany dokładnie w taki sam sposób. To sprawiło, ze odnosił sukcesy w jego tropieniu”
„Co robiła moja matka w tym czasie?” – przerwałem mu pytaniem
„Twoja matka na początku pobytu w Lublinie nic nie robiła. Była jak to się dawniej mówiło, przy mężu. Dopiero gdy dostał to kierownicze stanowisko, zatrudnił ją jako sekretarkę i tłumaczkę”
„Tłumaczkę? Co takiego tłumaczyła?”
„Widzisz. Mimo, że formalnie twój ojciec wystąpił z NKWD to tak naprawdę był zobowiązany składać im regularne obszerne raporty dotyczące jego pracy i nie tylko pracy.
Jego rosyjski był, jak to się dzisiaj mówi komunikatywny. Z pisaniem było gorzej, natomiast twoja matka miała rosyjski bardzo dobrze opanowany. Ona tłumaczyła te raporty z polskiego na rosyjski…” – przerwał zaczął sapać – „Muszę odpocząć. Bardzo dawno nie jadłem naleśników. Bardzo mi smakowały, ale czuję się po nich ciężko. Zrób herbaty. Myślę, że gorąca herbata dobrze mi zrobi”
Pomogłem mu przejść na kanapę. Zabrałem do kuchni talerze i naczynia aby je pozmywać. Wstawiłem wodę na herbatę. Po kilkunastu minutach przyszedłem do pokoju z herbatą. Musiałem go obudzić. Zasnął w swojej ulubionej półleżącej pozycji. Oczywiście zaproponowałem zakończenie spotkania na dzisiaj, ale tak jak się spodziewałem zaprotestował i zaczął opowiadać dalej.
„Gdy wyzwolono prawobrzeżną Warszawę, przeniesiono Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego tam właśnie. Twój ojciec pracował w Warszawie do chwili przeniesienia do Łodzi w czterdziestym siódmym. Nie wiem dlaczego go przeniesiono. Twoja matka zwierzyła się kiedyś mojej, że były tam w ministerstwie jakieś przepychanki personalne. Twój ojciec komuś podpadł, były jakieś donosy. W każdym razie oddelegowano do Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa w Łodzi. Potraktował to jak zesłanie i przerwę w robieniu kariery. Jednak szybko się tam odnalazł. Tak nawiasem ci powiem, że mój ojciec zawsze go podziwiał za, jak to nazywał, umiejętność spadania na cztery łapy”
„Czy oni mieli ze sobą kontakt?”
„Kto?”
„Nasi ojcowie”
„Tak, poprzez swoje żony. To one pisały do siebie listy. Zawsze po rosyjsku. Wykorzystywały do ich przesyłania sowiecką pocztę polową. Nawet po zakończeniu wojny. Oficjalne koperty NKWD gwarantowały ominięcie cenzury…Jeszcze do ich kontaktów wrócę. Powiem ci co było dalej z twoimi rodzicami”
„Domyślam się, że ojciec już do Warszawy nie powrócił”
„Zgadza się. Wyciągnął matkę z obozu dla Niemców. W paskudny sposób odzyskał mieszkanie rodziców. Ojciec załatwił matce pracę w Urzędzie Bezpieczeństwa Publicznego. Nauczała ubeków niemieckiego”
„Po co im była potrzebna nauczycielka niemieckiego i jak to zrobił?”
„Przekonał szefa, Mieczysława Moczara, że do walki z podziemiem niemieckim mało przydatny jest język hebrajski. Konieczne jest aby funkcjonariusze znali niemiecki i że kto jak nie niemiecka antyfaszystka, była nauczycielka języka, lepiej by się do tego nadawał”
„Cwanie sobie to wymyślił. Że też Moczar dał się przekonać”
„Twój ojciec wiedział o niechęci Moczara do żydowskich współpracowników, których wtedy było sporo w UB i zgrabnie to wykorzystał. Co do innych w urzędzie to nie przeciwstawiali się mu. Po prostu się go bali. Wiedzieli, że jest wtyczką NKWD i dużo może. Dał się już poznać z tej strony. Zniszczył w krótkim czasie kilka osób które stanęły mu na drodze.” – przerwał i się zamyślił – „Słuchaj dalej. Tak więc odzyskał mieszkanie rodziców. Mieszkał z żoną i matką do twojego przyjścia na świat w pięćdziesiątym pierwszym. Twoja babka bardzo nie lubiła twojej matki”
„To akurat wiem”
„Nie przerywaj mi. Zaraz po twoim narodzeniu wyprowadził się z mieszkania na Zamenhofa. Zostawił je matce. Twój ojciec dostał mieszkanie służbowe w budynku przy Narutowicza 94. Budynek należał do UB. Dostał mieszkanie które zajmował jego szef Mieczysław Moczar, zanim został przeniesiony do Warszawy. W tym mieszkaniu mieszkaliście do końca, to jest do tego tragicznego wypadku w sześćdziesiątym dziewiąty”
Znowu przerwał. Nie poganiałem go. Widziałem że jest już zmęczony. Spojrzałem dyskretnie na zegarek. Zauważył to
„Jeszcze nie ma dziewiątej” – stwierdził – „Jeśli pozwolisz to skończymy na dzisiaj. To był ciężki dzień dla mnie. Przyjdź jutro po pierwszej”
Zgodziłem się na to chociaż miałem nadzieję, że posiedzimy sobie jeszcze z godzinkę.
Następnego dnia, jak zwykle ostatnio, nie mogłem się doczekać umówionego spotkania z nim. Kiedy wreszcie otworzyłem drzwi jego mieszkania poczułem mocny zapach który zawsze kojarzy mi się ze szpitalem.
Zastałem go na kanapie. Statyw dla kroplówki leżał na podłodze. Plastykowa torebka która zawsze wisiała na statywie leżała obok w niewielkiej kałuży.
„Co się stało?!” – zapytałem podchodząc do niego
„Nic. Nie przejmuj się. Mam po prostu dosyć tego gówna” – wskazał ręką na kroplówkę – „Już nie pomaga”
Zauważyłem, że bardzo się zmienił od wczoraj. Twarz mu poszarzała. Nie ogolony zarost postarzał go bardzo. Usta miał popękane, Na brodzie miał kroplę zastygłej krwi. Obok leżał zwinięty ręcznik częściowo zakrwawiony. Wyjąłem telefon chcąc zadzwonić po pogotowie
„Zostaw ten telefon, bo nigdy się nie dowiesz reszty” – zażądał
Schowałem telefon
„Jak ci pomóc?”
„Siadaj i słuchaj” – przerwał na chwilę – „Ten wypadek wtedy w sześćdziesiątym dziewiątym wydarzył się gdy wyjeżdżaliście nielegalnie za granicę”
„Co?!”
„Nie przerywaj!…Twój ojciec dobrze się urządził w Łodzi. Nie ruszyły go żadne zmiany. Kiedy w pięćdziesiątym czwartym, w grudniu zlikwidowano Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego, zweryfikowano go pozytywnie i przeszedł pod skrzydła Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Został kierownikiem działu do walki ze spekulacją w utworzonym tam Urzędzie Bezpieczeństwa Publicznego…” „Przecież to to samo…” – nie wytrzymałem i wtrąciłem
„Tak, ale po reorganizacji…Słuchaj dalej. Poważniejsza reorganizacja nastąpiła w pięćdziesiątym szóstym. Zlikwidowano wtedy dopiero co nowo utworzony stary Urząd Bezpieczeństwa Publicznego i utworzono SB, czyli Służbę Bezpieczeństwa. Jak się domyślasz twój ojciec znowu został pozytywnie zweryfikowany. Miał potężnego protektora w osobie Moczara. Ale takie protekcje szybko się zmieniają. W sześćdziesiątym czwartym Moczar został Ministrem Spraw Wewnętrznych. Dwa lata później twój ojciec został pułkownikiem. Jednocześnie ktoś doniósł Moczarowi, że kopie pod nim dołki i szykuje się na jego stanowisko. Że motorem tego postępowania jest jego żydowska żona. Oczywiście były to bzdury. Mimo swojego stanowiska twój ojciec był za mały aby marzyć o wygryzeniu Moczara. Moczar wiedział, że to są bzdury, ale notowania ojca nagle spadły”
„Rozumiem, że dowiedział się, że żona podwładnego jest żydówką?” – zapytałem
„Wiedział o tym. Twój ojciec tego nie ukrywał. I nie dlatego zaczął mieć kłopoty. W każdym razie jeszcze nie wtedy.
Chodziło o to, że Moczar od pewnego czasu zaczął otaczać się ludźmi którzy byli kombatantami walk partyzanckich na terenach okupywanej Polski. W oparciu o nich budował swoje zaplecze. W wewnętrznych przepychankach partyjnych jego grupa, nazywana Partyzantami dołączyła do tak zwanej Frakcji Natolinczyków, która zwalczała partyjnych liberałów i kosmopolitów. Tych z kolei nazywano frakcją puławian. Natolinczycy, byli to ludzie którzy karierę w Partii zrobili w Związku Radzieckim. Nigdy nie walczyli z Niemcami. Przyszli do wyzwolonej Polski „na gotowe. Twój ojciec należał do takich. Po prostu znalazł się w grupie którą Moczarowcy zwalczali. Do tego po wojnie sześciodniowej na Bliskim Wschodzie i zerwaniu stosunków dyplomatycznych z Izraelem doszedł czynnik żydowski.
Twój ojciec znalazł się na wylocie. Bronił się długo, ale w końcu doszedł do wniosku, że trzeba się wynieść z kraju. I tu do akcji wchodzi mój ojciec.
Właściwie przekonywał twojego ojca już od dawna do ucieczki na Zachód”
„Jak go przekonywał?”
„Dojdziemy do tego…”
Gwałtowne pukanie do drzwi sprawiło, że aż podskoczyłem. Jego również zaskoczyło.
„Sprawdź kto to się dobija” – poprosił
„Pewnie Jolka. Miała przynieść coś do zjedzenia”
Miałem rację. Jolka przyniosła cały gar nagotowanego rosołu. Osobno makaron i gotowane mięso wołowe. Spojrzała na niego
„Boże drogi!…Źle pan wygląda. Rosołek dobrze panu zrobi. Zaraz podam”
Chciała iść do kuchni po nakrycia, ale ją powstrzymałem
„Kochanie, sami sobie damy radę. Idź do domu”
„Ale ja…”
„Idź do domu” – powtórzyłem z naciskiem
Spojrzała na mnie tak jakoś dziwnie, jakby z przestrachem, po czym wyszła bez słowa.
„Chcesz teraz zjeść?” – zapytałem
„Nie. nie jestem głodny. Odstaw te gary do kuchni i wracaj”
Po chwili usadowiłem się ponownie w fotelu naprzeciwko niego
„Tak jak mówiłem, twoi rodzice postanowili wyjechać z Polski. Twoja matka na pewno nie miałaby z tym kłopotu, a ojciec już tak. Wiedział, że ze swoją wiedzą o UB i SB nie dostanie paszportu. Ty jako świeżo upieczony maturzysta w wieku poborowym też raczej szans na paszport nie miałeś”
„Mówiłeś coś, że twój ojciec…”
„Tak. Tak. Mój ojciec zorganizował waszą ucieczkę. Niestety, ten wypadek…Ale po kolei. Po wyjeździe twojego ojca z nowo poślubioną żoną z Gorkiego mój zakończył kurs w szkole NKWD. Również dostał stopień podporucznika, no i również pozwolono mu poślubić siostrę twojej matki. Wyjechali razem do Krasnogorska. Tam ojciec pracował przy tworzeniu przyszłej policji niemieckiej, która miałaby pomagać Sowietom na terenie Niemiec do których, wierzyli, że wkrótce wejdą.
I tak się stało. Ojciec z żoną i rocznym dzieckiem został wysłany do radzieckiej strefy okupacyjnej w Berlinie pod koniec czterdziestego szóstego. Tym dzieckiem jak się domyślasz byłem ja urodzony w czterdziestym piątym. Ojciec źle się czuł w Berlinie. Matka jeszcze gorzej. Cały czas czynił starania o przeniesienie do Polski, ale jego zwierzchnicy z NKWD mu odmawiali. W tysiąc dziewięćset pięćdziesiątym, w niecały rok po utworzeniu NRD powstało Ministerium für Staatssicherheit, czyli w STASI. Ojciec został oficjalnie przeniesiony z NKWD do STASI. Zajmował się tam kadrami, a dokładniej rekrutacją nowych współpracowników. Pogodził się już z tym, że do Polski nie wróci. Matka takiej myśli nie porzuciła…” – przerwał i zamyślił się – „Czy ty wiesz, że moi rodzice rozmawiali w domu między sobą po polsku? Do mnie też tylko po polsku. Na zewnątrz, jeszcze przed wyjazdem z Rosji tylko po rosyjsku, a wśród towarzyszy niemieckich, po niemiecku…No, wróćmy do sprawy.
W czerwcu pięćdziesiątego trzeciego wybuchły w Berlinie Wschodnim zamieszki spowodowane znacznym podniesieniem norm pracy robotników. Zostały krwawo stłumione przez wojska sowieckie i STASI. Ojciec miał dosyć.
Wtedy jeszcze można było przechodzić do Berlina Zachodniego. Wielu wschodnich Berlińczyków pracowało w Berlinie Zachodnim. W tym celu wydawane były specjalne paszporty do przemieszczania się między strefami, Interzonenpass. Ojciec bez trudu załatwił taki paszport dla mnie i dla matki. Na inne nazwisko oczywiście. Dopiero gdy upewnił się, że dostaliśmy się do Berlina Zachodniego, a stamtąd do Norymbergi, w podobny sposób dołączył do nas.
Ojciec zgłosił swoją ucieczkę na Policji. Policja natychmiast poinformowała o nim Organisation Gehlen…”
„Co to takiego? Nie słyszałem o tym” – zapytałem
„Po wojnie, w amerykańskiej strefie okupacyjnej amerykanie utworzyli agencję wywiadowczą mającą na celu zbieranie wiadomości o Związku Radzieckim. Na czele tej agencji postawili Generalmajora Reinharda Gehlena, byłego członka Naczelnego Dowództwa Wojsk Lądowych Wehrmahtu. Dowodził wtedy czymś co można nazwać jednostką rozpoznania obcych armii na wschodzie Abteilung Fremde Heere Ost, FHO. Poddał się Amerykanom i zgodził się na współpracę z nimi. To on zorganizował Amerykanom ową Agencję Wywiadowczą w oparciu o byłych współpracowników których wyszukiwał w obozach jenieckich. Agencję tą nazwano Organizacją Gehlena. Miała swoją siedzibę w Pullach koło Monachium. W czterdziestym siódmym zorganizował akcję Hermes. W ramach tej akcji przesłuchano dziesiątki tysięcy żołnierzy wracających z frontu wschodniego z obozów jenieckich. Ale to dopiero później, gdy Sowieci zaczęli ich zwalniać… W każdym razie ojciec bardzo się im przydał. Oczywiście bardzo dokładnie go sprawdzili. Wkrótce ojca u siebie zatrudnili. Przenieśliśmy się z Norymbergi do Monachium. Matka nie pracowała, Ja chodziłem do szkoły. W pięćdziesiątym szóstym Organizację Gehlena przekształcono w Bundesnachrichtendienst, BND czyli Federalną Służbę Wywiadu. Główna siedziba pozostała w Pullach. Ojciec pracował w niej przy tropieniu szpiegów i dywersantów przysyłanych ze wschodu jako byli jeńcy..”
„Jak ojcowie się kontaktowali ze sobą? Przecież na pewno nie dzwonili do siebie ani nie pisali listów. Na swoich stanowiskach byli na pewno pilnowani”
„Mówiłem ci wcześniej, że mieli kontakt poprzez nasze matki…”
„No, tak. Ale zrozumiałem, że to było wtedy gdy byli jeszcze obydwaj z rodzinami po wschodniej stronie. Jak się kontaktowali, gdy twój ojciec pracował już w tej Organizacji?”
„Też poprzez nasze matki, ale oczywiście nie z pomocą NKWD” – przerwał – „Słuchaj. Zmęczyłem się. czuję, że ból wraca. Chcę zostać sam. Przyjdź jutro”
„Może w czymś ci pomóc?”
„Nie. Chcę zostać sam. Widzisz ten ręcznik?” – wskazał na zwinięty ręcznik ze śladami krwi – „Wkładam go między zęby, aby nie wyć z bólu. To jest krępujące. Idź już. Chcę być sam”
Niechętnie pożegnałem go i wyszedłem.
Do domu wróciłem przygnębiony. Jolka to zauważyła. Powiedziałem, że martwię się o niego, że bardzo się zmienił w ciągu tych kilku dni gdy go poznałem. Przyznała mi rację.
Następnego dnia przy śniadaniu zastanawialiśmy się jak mu pomóc
„On nie chce pomocy. Mówi, że nic mu nie pomoże. Myślę, że jest pogodzony z tym, że wkrótce umrze”
„Trzeba by zawiadomić jego krewnych” – zauważyła
„Mówił, że jest samotny”
„Przecież musi mieć jakiś przyjaciół znajomych. Mówiłeś, że jest lekarzem. W pustce nie żył. Pracował wśród ludzi i z ludźmi. Musi kogoś mieć”
„ Mówi że ma tylko mnie”
„A w ogóle skąd on się tu wziął. Tak blisko ciebie. Myślę, że to nie przypadek. Wypytaj go o rodzinę, znajomych i tak dalej ”
„Spróbuję…Acha! Nie przynoś dzisiaj nic do jedzenia. Wczorajszy rosół jest nie ruszony”
Przed pójściem do niego jak zwykle wyszedłem na spacer z Ciapkiem. Chodziłem dosyć długo, układając sobie w głowie pytania jakie muszę mu koniecznie zadać. Gdy w końcu wróciłem do domu naszły mnie wątpliwości, czy takie układanie sobie planu rozmowy z nim, czy szykowanie pytań ma sens. Od pierwszej rozmowy z nim w jego mieszkaniu wszystkie moje plany brały w łeb. Dlaczego teraz miałoby być inaczej. Zostawiłem psa i od razu poszedłem do niego. Siedział przy stole w kuchni i jadł wczorajszy rosół.
„Nie wchodzi mi” – stwierdził odsuwając talerz
„Za słony, prawda?…Jolka zwykle za bardzo soli…”
„Nie. Nie to” – przerwał mi – „Bardzo dobry. Po prostu nie mam ochoty jeść. Rozsądek nakazuje mi abym coś zjadł, ale nic mi nie wchodzi…Może później”
Przeszliśmy do pokoju. Wskazał mi fotel. Sam usiadł w swojej ulubionej półleżącej pozycji na kanapie
„Słuchaj” – zacząłem pierwszy – „Jak to się stało, że zamieszkałeś tu właśnie?”
„Chciałem być blisko ciebie”
„Nie rozumiem”
„Słuchaj co mam do powiedzenia, to wkrótce wszystko zrozumiesz”
W ten prosty sposób skutecznie uniemożliwił mi zadanie następnych pytań.
„W porządku. Opowiadaj jak nasze matki się komunikowały”
„Tak. Na tym wczoraj skończyliśmy… Jak z pewnością pamiętasz do końca wojny pisały do siebie listy wysyłane pocztą NKWD. Te listy pisane przez nie były w zasadzie listami naszych ojców. W zwykłych opisach swoich zajęć rodzinnych podawali swoje adresy i spodziewane zmiany. Nie używali żadnych szyfrów. Ojcowie zdawali sobie sprawę, że prędzej lub później wysyłanie niecenzurowanych listów będzie niemożliwe. Ich żony, czyli nasze matki używały z początku swoje panieńskie nazwisko. Przed końcem wojny kiedy wiedzieli już, że mój ojciec zostanie przeniesiony do Berlina, twój wpadł na pomysł fikcyjnego nazwiska i imienia dla twojej matki. Miał możliwości uwierzytelnienia tego. Podał też adres operacyjnego mieszkania w Łodzi, którym dysponował”
„Co to takiego operacyjne mieszkanie?”
„Mieszkanie, nazwijmy je konspiracyjne, we władaniu urzędu w którym pracował twój ojciec. Spotykał się tam z osobami z którymi nie chciał, lub nie mógł spotkać się u siebie w biurze. Wszystkie służby mają takie mieszkania…Ale wróćmy do naszych matek. Od tamtego czasu kiedy to wymyślił moja matka pisała do twojej na adres tego mieszkania. To w ten sposób twoi rodzice dowiedzieli się, że jak to się wtedy mówiło „wybraliśmy wolność”. Kiedy pod twoim ojcem zaczął się palić grunt, tak gdzieś w sześćdziesiątym szóstym, siódmym, zaczął na poważnie myśleć o wyjeździe z Polski. Wtedy to mój ojciec porozumiał się ze swoimi szefami i przekonał ich, że warto by ściągnąć twojego, że jest chętny do współpracy. Tak jak ci mówiłem twój ojciec zdecydował się na ucieczkę w sześćdziesiątym dziewiątym. Postanowiono wysłać kogoś do Łodzi, aby osobiście przekazać szczegóły zaplanowanej ucieczki. Ojciec przekonał zwierzchników, żeby wysłać jego żonę. Dostała dokumenty na fikcyjne nazwisko. Tylko panieńskie nazwisko, było takie samo jak nazwisko panieńskie twojej matki. Oczywiście też fikcyjne. Postanowiono, że wyjadę z matką. Oficjalnym celem wyjazdu mojej matki i moim był wyjazd do Lublina. I odwiedzenie miejsca zagłady jej rodziców na Majdanku. Matka miała dokumenty z żydowskich organizacji poszukujących zaginionych w czasie Holokaustu osób, potwierdzające, że jej fikcyjni rodzice właśnie tam zginęli” „Mówiłeś, że rodzice naszych matek naprawdę tam zginęli”
„Tak. I dlatego, dla ułatwienia wymyślono, że fikcyjni też tam zginęli…Słuchaj dalej. Ja miałem wtedy dwadzieścia cztery lata. Kończyłem medycynę. Ojciec nakazał mi pilnować matkę…”
„Jak pilnować? Miałeś ją bronić fizycznie?”
„Nie. chodziło ojcu o to abym dopilnował, o! właśnie. To jest właściwsze słowo. Abym dopilnował, żeby matce coś się nie pomyliło. Była bardzo przejęta tym wyjazdem i właściwie to ja miałem przekazać wszystkie instrukcje…Słuchaj dalej. Przylecieliśmy do Warszawy. Spotkaliśmy na lotnisku twoją matkę i ciebie”
„Mnie?!”
„Wiem. Ty tego nie pamiętasz. Wtedy poznaliśmy się. To był wrzesień. Byłeś świeżo po maturze. Z lotniska pojechaliśmy taksówką na Krakowskie Przedmieście do hotelu Bristol. Tam spotkaliśmy twojego ojca. Przyjechał tylko na kilka godzin. Po przywitaniu matka zaprosiła wszystkich do restauracji hotelowej. Twój ojciec dyskretnie powiadomił nas abyśmy przy stole rozmawiali tylko o sprawach rodzinnych. Zrozumiałem, że musiał się obawiać podsłuchów. Przed wyjazdem do Polski byłem poinformowany, że w takich miejscach jak hotele, restauracje i inne, gdzie można spotkać cudzoziemców podsłuchy często występują. Po obiedzie poprosiłem wujka aby pokazał mi Warszawę. Od razu się zgodził. Zaproponował aby zostawić panie przy kawie. Niech się nacieszą spotkaniem po tylu latach, a nas, to znaczy mnie i ciebie zabrał do miasta.
Dopiero na ulicy chodząc po Starym Mieście przekazałem w szczegółach plan ucieczki twojemu ojcu i tobie…Tak wiem. Ty nic nie pamiętasz” – uprzedził mnie
„Co to był za plan?”
„Plan był prosty. Twój ojciec wcześniej już w rozmowach z kolegami w pracy wspominał, że zrobiłeś maturę z bardzo dobrymi wynikami, co było zresztą prawdą i w nagrodę zafundował ci dwa tygodnie wypoczynku w Zakopanem. I że jedziecie tam całą rodziną na początku października. Bez trudu dostał urlop. Tam w Zakopanem zarezerwował pokój w pewnym pensjonacie. Dwa dni po przybyciu mieliście się wybrać wieczorem na przechadzkę. W umówionym miejscu miał czekać zaparkowany samochód, biały Mercedes na austriackich numerach”
„Skąd miał się tam wziąć?”
„Ta ucieczka nie była prywatną akcją mojego ojca. Było w nią zaangażowane kilka osób. Pewna austriacka rodzina, małżeństwo z synem w twoim wieku przybyć miała do Zakopanego na wypoczynek. Po jakimś czasie mieli zameldować kradzież Mercedesa. Wy w tym czasie mieliście już bezpiecznie przejechać przez Czechosłowację i znajdować się w Wiedniu”
„A dokumenty?”
„Dokumenty miały czekać na was w Mercedesie.”
„Do dokumentów potrzebne są fotografie…”
„Jeszcze tego samego dnia, zaraz po tym spacerze poszliście do fotografa zrobić zdjęcia paszportowe. Zaraz potem twój ojciec wrócił do Łodzi. My z matkami zostaliśmy jeszcze dwa dni w Warszawie. Zdjęcia były gotowe. Odebraliście je od fotografa. Schowałem je do kieszeni a wy wróciliście do domu.
„Chwileczkę. Czy dobrze zrozumiałem? Czy ojciec miał zamiar zostawić swoją matkę w Polsce?”
„Namawiał ją na wyjazd, ale ona nie chciała…Potem wyjaśnię dlaczego. Teraz słuchaj dalej. Następnego dnia pojechałem z matką do Lublina. Matka chciała mnie zaprowadzić tam gdzie się urodziła. Nie mogła znaleźć tego miejsca. Wieniawa w Lublinie bardzo się zmieniła. Dom w centrum w którym mieszkali przed samą wojną stoi, ale jest przebudowany, są tam jakieś biura. Potem wzięliśmy taksówkę aby pojechać do muzeum na Majdanku. Niestety nie dojechaliśmy. Gdzieś w połowie drogi stojąc na czerwonym świetle matka dojrzała sklepik, jakiś antykwariat, czy coś takiego. Na wystawie stał srebrny świecznik chanukowy. Kazała taksówkarzowi zatrzymać się i na nas poczekać. Wysadził nas za rogiem, ale nie chciał czekać. Zapłaciłem i poszedłem z matką do tego sklepiku. W sklepiku nie było klientów. Była tylko kobieta siedząca za ladą. Matka się zawiodła. Nie było tam nic ciekawego. Świecznik który matka zauważyła był jakąś nieudolną współczesną kopią. Już mieliśmy wychodzić kiedy matka stanęła jak wryta. Zauważyła we włosach kobiety za ladą wpięty jad…”
„Poczekaj chwilę” – przerwałem mu – „Muszę uporządkować myśli”
„To ty sobie porządkuj myśli, a ja zrobię herbatę. W gardle mi zaschło” – powiedział i wyszedł do kuchni
Przeraziła mnie myśl, która błyskawicznie pojawiła się w mojej głowie. Aż mi się wierzyć nie chciało, żeby taki zbieg okoliczności mógł się zdarzyć. Być może się mylę. Zaraz się to okaże. Ale jeżeli się nie mylę to historię z jadem żydowskim we włosach znam. Zacząłem sobie przypominać znaną mi z opowiadań Jolki historię która przyczyniła się do śmierci jej matki.
„Ty wiesz co to jest jad?” – przerwał mi rozmyślanie wnosząc herbatę
„Tak, wiem. Jad to taki wskaźnik zakończony maleńką dłonią używany przez Żydów do śledzenia czytanego tekstu w Torze”
„No właśnie. Żeby nie wodzić paluchem po Świętym Piśmie…Nie wiedziałem, że będziesz to wiedział”
„Potrzebowałem to kiedyś do krzyżówki. Wyczytałem w encyklopedii” – skłamałem
„Słuchaj dalej. Ten jad był bardzo ozdobny. Prawie dwadzieścia centymetrów długości. Prawdziwe arcydzieło sztuki rzemieślniczej. Wykonany częściowo z kości słoniowej, hebanu i srebra. Matka od razu go poznała. To był jad jej ojca…” – przerwał na chwilę – „Może gdyby matka zachowała zimną krew i poprosiła tą kobietę o pokazanie tego przedmiotu, może gdyby wyraziła chęć kupna, może sprawy potoczyłby się inaczej. Niestety moja matka zażądała od nie oddania zrabowanej własności jej ojca. Oczywiście tamta się oburzyła, kazała nam się wynosić, wtedy matka niespodziewanie wyrwała jej ten jad z włosów. Zaczęły się szarpać i bić. Próbowałem je rozdzielić, ale mi się nie udało. Obie szarpiąc się za włosy znalazły się na ulicy. Kobieta zaatakowana przez moją matkę zaczęła wzywać milicję. Niemal natychmiast zjawił się radiowóz…” – znowu przerwał spoglądając na mnie – „Co tobie jest? Pobladłeś. Źle wyglądasz”
„Nic mi nie jest. Fascynujące jest to co mówisz. Jak się skończyło?”
„Zabrali nas na komisariat. Tą kobietę też. Na komisariacie cały czas się kłóciły. Ona oskarżała matkę o napad rabunkowy, matka z kolei groziła jej podaniem do sądu. Zarzucała jej grabież minia pożydowskiego. Myślę, że ona się tego przestraszyła. Milicjanci mieli dość. Chcieli wiedzieć czy ta kobieta składa zawiadomienie o napadzie. Ona zaczęła płakać. Powiedziała, że nie, że chce wrócić do sklepu, a potem zemdlała. Wezwali pogotowie. Zanim przyjechało odzyskała przytomność i powiedziała, że ma problemy z sercem. Gdy ją zabrali do szpitala zaczęto przesłuchiwać matkę i mnie. Oczywiście zażądali od nas paszportów. Pytali o nazwisko, imię. Wiesz, standardowo. Matka zaczęła się gubić ze zdenerwowania. W pierwszej chwili podała prawdziwe nazwisko, potem się poprawiła. Ten co ją przesłuchiwał nie zwrócił na to uwagi. Skupiony był na pisaniu na maszynie.”
„A co z tym jadem się stało?” – zapytałem mimo, że doskonale wiedziałem co się z nim stało.
„Nie wiem. W tym tumulcie chyba udało się tej kobiecie go zabrać…Po spisaniu zeznań wypuszczono nas. Mieliśmy zakaz opuszczenia Polski. Zatrzymano nasze paszporty. Matka chciała wrócić do tego sklepiku i za wszelką cenę zdobyć ten jad. Ledwo ją przekonałem, że musimy czym prędzej wracać do Warszawy i jak najszybciej wyjechać z Polski”
„Wyjechać, wtedy bez paszportów. Jak to możliwe?”
„Oczywiście, że nie było to możliwe, ale przed wyjazdem do Polski przygotowano nas na różne niespodziewane sytuacje…Słuchaj dalej. W Warszawie udaliśmy się od razu na Saską Kępę, na Dąbrowiecką do Niemieckiej Misji Handlowej. Pełniła ona nieoficjalnie rolę Ambasady. Jak zapewne wiesz Polska i Niemcy Zachodnie nawiązały kontakty dyplomatyczne dopiero kilka lat później…No, ale słuchaj dalej. Tam poprosiliśmy o widzenie z sekretarzem Radcy Handlowego. Był on wtajemniczony w nasze sprawy. Kilka godzin później opuściliśmy Misję Handlową i odlecieliśmy najbliższym samolotem do Wiednia. A potem to już wiesz”
„Nic nie wiem…”
„No tak. Masz rację. W październiku ojciec zapakował was do kupionego nieco wcześniej nowiutkiego Moskwicza i skierowaliście się w stronę Zakopanego. Zaraz za Tuszynem przed samym wjazdem do Srocka mieliście zderzenie czołowe z ciężarówką. Twoi rodzice zginęli na miejscu. Ciebie początkowo uważano za zmarłego, dlatego nie podjęto akcji ratunkowej. Dopiero trzy godziny później kiedy przyjechała ekipa po zabranie ciał zorientowano się, że żyjesz. Byłeś ciężko ranny. Zgnieciona klatka piersiowa, obrażenia wewnętrzne , złamana podstawa czaszki. Myślę, że te opóźnienie w podjęciu ratowania twojego życia przyczyniły się do tego, że bezpowrotnie straciłeś pamięć”
„Przerwijmy na dzisiaj” – przerwałem mu – „Muszę ochłonąć”
Zgodził się. Umówiliśmy się na następny dzień.
W domu Jolka czekała na moją relację z wizyty u niego. Opowiedziałem po krótce co się dowiedziałem o planach ucieczki rodziców z Polski. Opowiedziałem, że w celu uzgodnienia szczegółów przyjechała do kraju ciotka z synem, czyli z nim właśnie. Powiedziałem, że on twierdzi, iż byłem obecny jak instruowali matkę i ojca w jaki sposób mają opuścić Polskę. Oczywiście nic sobie nie przypominam. Powiedziałem też, że przed powrotem do Niemiec pojechali do Lublina zwiedzić miejsca w których żyła matka i ciotka.
Postanowiłem nie mówić o zajściu jakie miało miejsce między ciotką i matką Jolki. Jednak miałem wątpliwości czy dobrze robię nie mówiąc jej o tym.
Po kolacji usiedliśmy przed telewizorem. Jolka namówiła mnie na obejrzenie filmu o którym dobrze pisano w recenzjach. Dałem się namówić, chociaż zwykle wolę wieczorem poczytać przyniesione z biblioteki książki.
Tego wieczoru zrezygnowałem z czytania. Wiedziałem, że nie będę mógł się skupić.
Usiadłem wygodnie w fotelu, Jolka obok w drugim. Obejrzeliśmy wieczorne wiadomości i rozpoczął się film. Jakiś amerykański kryminał z latającymi w powietrzu chińczykami, którzy potrafią podskoczyć na cztery metry w górę i podczas opadania celnie wymierzyć kopniaki jednocześnie w około dwudziesty rosłych i uzbrojonych bandziorów. To nie moje bajki.
Tak jak się spodziewałem film mnie nie zainteresował, ale pozostałem przed telewizorem. Nasze fotele, są bardzo staromodne. Mają wysokie oparcia z dużymi „uszami” po bokach, uniemożliwiającymi opadanie głowy na bok w czasie drzemki. Owe uszy sprawiają również że siedząc obok siebie, każde z nas w swoim fotelu nie widzimy swoich twarzy. Wiedząc o tym pozwoliłem sobie zamknąć oczy i starałem się jeszcze raz, na spokojnie przeanalizować dzisiejszą rozmowę z nim. Jednak nie mogłem się skupić. Cały czas pojawiała się uparta myśl:
„Powiedzieć jej o tym, czy nie. Chyba powiem”
Ale już po chwili pojawiała się wątpliwość:
„Ma słabe serce. Jak jej matka… Łatwo się wzrusza. Ta wiadomość może jej zaszkodzić. Lepiej nie powiem”
Kręciłem się koło tej myśli jak pies w koło jeża. Nagle usłyszałem
„Co za łachudra! Tak się zachować!”
„Przeprasza. Co mówiłaś?”
„Widziałeś jak on potraktował kobietę?!”
„Nie zauważyłem”
„Ty w ogóle nie patrzysz na film. Usnąłeś, czy co?”
„Zamyśliłem się”
Jolka ponownie skupiła się na filmie, a ja zadałem sobie pytanie:
„Właściwie dlaczego mam jej to powiedzieć?”
Od razu sobie odpowiedziałem:
„To nie ma nic z nim wspólnego…Muszę jeszcze raz zobaczyć ten jad”
Zacząłem zastanawiać się jak pokierować rozmowę aby prośba o pokazanie jadu żydowskiego nie wyglądała na mającą jakikolwiek związek z wizytą u niego.
Właśnie przerwano film i zaczęto pokazywać reklamy. Skorzystałem z tego i zadałem pytanie
„Słuchaj. On opowiadał, że jak pojechali do Lublina to matka nie mogła poznać tej dzielnicy w której się wychowała”
„Jakiej dzielnicy?”
„Zdaje się, że nazywała się Wieniawa. Czy wtedy, w sześćdziesiątym dziewiątym były tam jakieś znaczące zmiany?”
„Tak. Tam dużo budowali. Wszystko co stare to jeszcze Niemcy wyburzyli. Pamiętam, że będąc w szkole byliśmy tam na zawodach sportowych na stadionie wybudowanym na starym cmentarzu żydowskim. Zajęłam drugie miejsce w biegu na osiemdziesiąt metrów. Chłopcy mnie straszyli, że za bieganie po grobach będą mnie duchy straszyć. Krótko przed mamusi śmiercią…No właśnie. Przypomniałam sobie. To było w sześćdziesiątym dziewiątym!. Krótko przed śmiercią byliśmy u koleżanki szkolnej mamusi w jej nowym mieszkaniu w blokach. Tam właśnie niedaleko tego stadionu były wybudowane” – Jolka się zamyśliła – „Biedna mamusia. Mogłaby jeszcze pożyć, gdyby nie ta Cholera”
„No właśnie. Przypomnij mi jak doszło do jej śmierci”
„Mówiłam ci wiele razy. Do sklepu przyszła taka jedna. Kręciła się, że niby chce coś kupić, a potem chciała wyrwać mamusi spinkę do włosów…”
„Tak po prostu chciała wyrwać?” – udałem zdziwionego
„Powiedziała, że to jej pamiątka rodzinna. Mamusia nie chciała oddać, więc tamta rzuciła się na mamusię. Mamusia się broniła, wypadły na ulicę. Przyjechała milicja i je zabrała na komisariat. Na milicji mamusia mówiła o napadzie rabunkowym, a ta Cholera, że nie napadła tylko chciała odebrać rzecz zrabowaną przez mamusię z jej domu rodzinnego. Nie dopuściła milicjantów do głosu. Zażądała zatrzymania mamusi. Powiedziała, że natychmiast składa zawiadomienie do sądu. Mamusia zemdlała. Wiesz, że zawsze miała słabe serce. Żyła tylko dzięki tym ziołom co je zbierała…”
„Tak słyszałem o ziołach. Co było dalej?” – przerwałem Jolce.
Nie chciałem aby zaczęła rozprawiać o tych cudownych ziółkach. Zawsze to robi, gdy ma do tego okazję
„Wezwali pogotowie i mamusię zabrali do szpitala. My z tatusiem dowiedzieliśmy się od znajomych z sąsiedniego sklepu o tym co się stało. Na milicji powiedzieli nam, że mamusia jest w szpitalu. Pojechaliśmy tam. Mamusia jeszcze żyła” – Jolka zaczęła płakać – „Nawet dobrze się czuła. Zdążyła nam powiedzieć co się stało. Poprosiła ojca aby przywiózł jej ziółka które zawsze piła wieczorem. Ojciec z bratem pojechali do domu, a ja zostałam przy niej. Mamusia podała mi wtedy tą spinkę o którą się pobiły. Cały czas trzymała ją zaciśniętą w dłoni. Tak mocno miała zaciśniętą dłoń, że nie mogła jej otworzyć. Prawie siłą ją otworzyłam, żeby ją odebrać.
Poczekałam na ojca. Przyjechał po godzinie. Brat pojechał do sklepu zrobić porządek. Ojciec przywiózł ziółka i chciał mamie podać, ale właśnie wszedł lekarz i to zauważył. Zabronił podawać cokolwiek. Mama się zdenerwowała i zaczęła krzyczeć. Mówiła, że ma gdzieś taki szpital i chciała wstać z łóżka. Zaczęła zrywać kroplówkę i plastry od EKG. Lekarz wybiegł z pokoju po pomoc. Ojciec wtedy podał mamie te ziółka. Potem przybiegli pielęgniarze z lekarzem. Wyrzucili nas z pokoju i chyba dali jej coś na uspokojenie. Następnego dnia dowiedzieliśmy się, że mamusia zmarła” – znowu płacz
Nie przeszkadzałem jej. Po kilku minutach uspokoiła się. Zapytałem o spinkę
„Tej spinki nie oddałam ojcu. Wtedy przy łóżku wsadziłam do torebki. A później zapomniałam o niej. Jak mamusia zmarła postanowiłam nie oddawać. Ojciec by to sprzedał. Zachowałam dla siebie jako pamiątkę po mamusi”
„Masz to jeszcze?”
„Przecież wiesz, że mam”
„Możesz pokazać?”
Chwilę się wahała. Nie zapytała po co mi to, chociaż spodziewałem się takiego pytania. Podeszła do komódki w której miała swoje drobiazgi. Chwilę w niej grzebała. W końcu wyciągnęła zawiniątko zrobione z czerwonego atłasu przewiązane różową wstążeczką. Rozpakowała zawiniątko ostrożnie i podała mi jad „Tylko nie uszkodź tej spinki. Jest bardzo delikatna”
„To nie spinka do włosów, kochanie”
„Wiem. Żydzi to używali do czegoś. Dla mnie to jest spinka mojej mamusi”
Nie wypowiedziałem się na ten temat. Obejrzałem jad jeszcze raz dokładnie i oddałem Jolce.
Następnego dnia, jak zwykle ostatnio zjawiłem się u niego po pierwszej. Siedział w kuchni przy stole i coś pisał na luźnej kartce papieru listowego. Zapytałem czy nie przeszkadzam. Przestał pisać
„Później dokończę” – stwierdził
Przeszliśmy do pokoju.
„Dzisiaj nie posiedzimy długo. Muszę dokończyć pisanie”
„To ja przyjdę jutro…”
„Nie. Nie. Siadaj i słuchaj… Skończyliśmy na tym wypadku. Tak więc w Zakopanem zorientowali się, że nikt nie wziął Mercedesa. Przesłali sygnał do centrali. Poczekali jeszcze jeden dzień i ci co nim przyjechali wrócili do Austrii. Ojciec był zaniepokojony. Myślał, że ucieczka została odkryta i was po prostu aresztowano. Wkrótce doniesiono mu z Polski o wypadku. Był wstrząśnięty. Zdecydował się pojechać do Łodzi. Zrobił to pod innym nazwiskiem. Przyjechał jako Austriak z Wiednia. Udał się do twojej babki. Znali się z przed wojny. Babka mu wszystko opowiedziała. Wiedziała o tym, że uciekają z Polski. Mówiła, że syn namawiał ją do wyjazdu, ale ona chce umrzeć w Łodzi i być pochowana obok męża.”
„Przecież doprowadziła do jego śmierci” – zauważyłem.
„Tak i miała z tego powodu wyrzuty sumienia. Podobno regularnie odwiedzała jego grób”
„Tak. Pamiętam. Każdego jedenastego dnia w miesiącu”
Dowiedział się, że jesteś w szpitalu. powiedział babce, że w pewnym sensie czuje się za ciebie odpowiedzialny ponieważ jesteście spokrewnieni. Babka wiedziała że jej zmarła synowa miała siostrę, ale nie wiedziała, że jest ona żoną mojego ojca. Ojciec zapytał o to co będzie z tobą. Babka nie zamierzała tobą zająć. Stwierdziła, że jesteś dorosły, po maturze i z pewnością dasz sobie radę po wyjściu że szpitala. Ojciec nalegał aby zmieniła zdanie i się tobą zajęła i jak to określił wyprowadziła cię na ludzi. Babka początkowo wzbraniała się przed tym, twierdząc, że ze swojej marnej nauczycielskiej emerytury nie zapewni ci utrzymania. Ojciec zaczął coś mówić o więzach krwi i że na pewno jego żona, czyli twoja ciotka poprze pomysł aby babce wysyłać regularnie pieniądze na twoje utrzymanie. Na tym stanęło. Wymienili między sobą adresy i telefony.”
„A ja myślałem, że zajmowała się mną z miłości”
„Myślę, że jednak żywiła do ciebie jakieś uczucie, a w każdym razie poczuwała się do obowiązku wynikającego ze związków rodzinnych. Świadomość więzów krwi zobowiązywała w naszych środowiskach do poświęceń. Nie oceniaj jej źle. Twoja babka była osobą nie okazującą uczuć na zewnątrz. Była racjonalnie, na chłodno, bez zbędnych uczuć myśląca i bardzo obowiązkowa. Ojciec mówił, że to, iż z początku twierdziła, że nie zajmie się tobą wynikało z obawy, że finansowo nie da rady aby zrobić to należycie”
„Jeśli chodzi o tak zwane wyprowadzenie mnie na ludzi, to nie mam jej nic do zarzucenia. Przeciwnie jestem jej za to bardzo wdzięczny. Natomiast okoliczności naszego rozstania, zwłaszcza to jak mnie potraktowała nie wybaczę jej nigdy”
„Wiem jak cię potraktowała. Powiedziała o tym…”
„No właśnie kiedy z nią rozmawiałeś?”
„Zaraz dojdziemy do tego. Słuchaj dalej. Ojciec wrócił do domu. Wysyłał babce regularnie pieniądze. Pisali do siebie listy. Pisała o tym, że straciłeś pamięć. Napisała, że może to dobrze bo w ten sposób uniknąłeś przesłuchań i być może odpowiedzialności za próbę ucieczki z kraju. Okazało się, że twój ojciec zabrał ze sobą tajne dokumenty. Znaleziono je w samochodzie. Były tam też zagraniczne pieniądze w dużych ilościach, wyroby ze złota i biżuteria. Śledczy szybko zorientowali się, że wypadek zdarzył się w czasie próby ucieczki z kraju. Rewizja w waszym mieszkaniu potwierdziła ich podejrzenia. Przesłuchano też twoją babkę. Konsekwentnie twierdziła, że nic nie wiedziała o planach syna, że była z nim skłócona i tym podobne. Uwierzyli jej i dali spokój. Babce pozwolono zabrać z waszego mieszkania twoje osobiste rzeczy, ubrania, książki szkolne. Milicjantka która przy tym była, przymknęła oczy i babka mogła zabrać kilka pamiątek po ojcu. Jego odznaczenia, jakieś stare fotografie.
Potem przez kilka lat w zasadzie nic się nie działo. Ojciec przeszedł na emeryturę. Ja pracowałem jako lekarz pediatra. Miałem własną praktykę. Zatrudniłem matkę w recepcji”
„Miałeś kogoś?” – zapytałem
„Nie. To znaczy, krótko byłem związany z pielęgniarką którą zatrudniałem, ale nic z tego nie wyszło. Zraziłem się…Nie ważne. Mieszkałem w willi rodziców w Pullach. Finansowo powodziło nam się dobrze. Można powiedzieć, że bardzo dobrze.
Ale przejdźmy do rzeczy. W siedemdziesiątym siódmym przyszedł list od twojej babki. Pisała aby przestać przysyłać pieniądze na twoje utrzymanie bo się usamodzielniłeś i od niej wyprowadziłeś. Nic więcej na twój temat. Ojciec w liście pytał o ciebie, co robisz, gdzie pracujesz, czy założyłeś rodzinę i takie tam. Babka odpisała że nie ma z tobą kontaktu. Potem przestała odpisywać na ojca listy. Tak trwało do dziewięćdziesiątego szóstego. Przyszedł wtedy ostatni list od twojej babki”
„Miała wtedy dziewięćdziesiąt sześć lat!” – stwierdziłem z podziwem
„Tak. Myśmy od dawna byli przekonani że nie żyje…Słuchaj dalej. List był bardzo chaotycznie napisany. Babka myliła słowa niemieckie z polskimi. Pisała, że od czasu jak się od niej wyprowadziłeś nie miała z tobą kontaktu. Czuje, że długo nie pożyje. Jest samotna. Nie ma nikogo bliskiego, ani żadnych przyjaciół. Martwi się, że nie będzie miał jej kto pochować. Bardzo prosiła aby ktoś od nas przyjechał i pochował ją przy mężu. Zaznaczyła, że ma odłożone na ten cel pieniądze. Na zakończenie napisała, że ma nadzieję, iż jej nie odmówimy za względu na więzi krwi które nas łączą”
„Nie wiem co powiedzieć” – przerwałem mu – „Mam teraz wyrzuty sumienia, że ją zostawiłem. Powinienem się nią zająć”
„Będziesz mógł to jakoś naprawić, albo raczej odkupić to zaniedbanie”
„Jak to? Nie rozumiem?”
„Dowiesz się niebawem. Słuchaj dalej. Postanowiliśmy pojechać do niej. W planie mieliśmy pomysł załatwienia dla nie jakiegoś domu starców w którym miałaby całodobową opiekę. Ojciec chciał to finansować. Mieliśmy nadzieję zastać ją przy życiu.
Wiesz w dziewięćdziesiątym szóstym Europa się zmieniła. W Polsce upadł Komunizm. Niemcy były zjednoczone. Nie było żadnych przeszkód aby wyjechać do Polski. Pojechaliśmy samochodem. W Łodzi zatrzymaliśmy się w hotelu. Kilka godzin później naciskaliśmy dzwonek u jej drzwi. Podeszła bardzo szybko. Wyglądało na to, że nas oczekiwała, mimo, iż nie zapowiadaliśmy wizyty. Oczywiście przywitanie było wzruszające. Nie będę ci opowiadał szczegółów. Wiesz, łzy, uściski i tak dalej. Twoja babka była bardzo zadbana, w domu wszystko wysprzątane. Bardzo szybko się ruszała. Niemal pobiegła do kuchni wstawić wodę na herbatę, Przyniosła suche ciasteczka własnego wypieku. Było jej bardzo przykro, że nie ma przyszykowanego ciepłego posiłku. Usiedliśmy do stołu. rozmawialiśmy tak standardowo. Pytała co u nas słychać, myśmy pytali o zdrowie. W końcu padło pytanie o ciebie. Ucichła. W milczeniu zajęła się sprzątaniem niewidocznych okruszków z obrusu. Nie ponaglaliśmy jej. W końcu odezwała się bardzo zmienionym głosem. Przyznała że to jej wina. Ze wygnała cię z Raju..”
„Z Raju? Tak powiedziała?” – zdziwiłem się
„Tak. Powiedziała, że poświęciła się aby ci stworzyć Raj do nauki i wyjścia na ludzi. Miałeś wszystko na co ją było stać. Szybko dodała, że oczywiście z pomocą naszych pieniędzy. W tym Raju był tylko jeden zakazany owoc. To był kuferek w którym trzymała najbardziej osobiste pamiątki. Trzymała je niedostępne dla ciebie. Uważała, że jesteś jeszcze nie przygotowany aby je poznać. Szykowała dla ciebie coś w rodzaju listu, pamiętnika raczej, w którym pisała o tym co się w kuferku znajduje i o znaczeniu tych rzeczy. Gdy wróciła wcześniej z cmentarza i zastała cię nad grzebaniem w kuferku, straciła panowanie nad sobą. Pierwszy raz w życiu. Uderzyła cię w twarz. Ponoć chciałeś jej oddać, ale w ostatniej chwili się powstrzymałeś. Wyzywała cię i kazała się ci się wynieść…”
„Powiedziała jakich słów użyła?” – przerwałem mu – „Pamiętam je doskonale Du polnisches Schwein! Was zum Teufel habe ich von dir erwartet. I aby się upewnić, że zrozumiałem co powiedziała, powtórzyła po polsku: Ty polska świnio! Czego, ja głupia mogłam się po tobie spodziewać…Spakowałem się szybko do jednej torby, do drugiej zabrałem podręczniki i notatki ze studiów. Wychodząc rzuciłem jej pod nogi klucze od mieszkania.
Zamieszkałem na waleta u kolegów w akademiku. Udało mi się obronić dyplom. Kilka miesięcy później dostałem pracę w Świdniku. Ale to już inna historia”
„Znam ją..”
„Skąd możesz ją znać?! Nie opowiadałem ci o moim życiu”
„Dowiesz się skąd ją znam. Ale po kolei. Babka powiedziała, że po twoim wyjściu zapakowała wszystko do kuferka. Wtedy zorientowała się, że zabrałeś zdjęcie ojca. Wiesz to na którym przyjmuje odznaczenie od Guderiana. Kuferka nie zamknęła. Nie potrafiła przykręcić zawiasów. Czekała aż wrócisz i to zrobisz.”
„Dobra! Zostawmy ten temat. Co było dalej?”
„To była połowa września, kiedy do niej przyjechaliśmy. W mieszkaniu byliśmy zaraz po czwartej. Ojciec zaproponował zjedzenie wspólnej wczesnej kolacji w restauracji. Zgodziła się od razu. Nie musiała się jakoś szykować. Wyszliśmy razem do samochodu około siódmej. Robiło się już ciemno. W samochodzie powiedziała, że chce najpierw pojechać na cmentarz pokazać miejsce gdzie mamy ją pochować. Ojciec zażartował, że na pewno nie prędko to się zdarzy. Że zastaliśmy ją w doskonałej formie. Przerwała mu i powiedziała, że może to się szybciej zdarzyć niż on sobie wyobraża. Dodała, że czuje zbliżającą się wielkimi krokami śmierć. Pojechaliśmy na cmentarz przy Ogrodowej. W kwiaciarni obok kupiliśmy kwiaty. Zaprowadziła nas na grób męża. Powiedziała, że wszystkie dokumenty są przygotowane. Pieniądze na pochówek też. Znajdziemy to w kuferku pod łóżkiem. Jest nie zamknięty. Pojechaliśmy do restauracji w hotelu w którym się zatrzymaliśmy. Babka była bardzo ożywiona. Przy stole cały czas mówiła o tym jak chciałaby być pochowana. Suknię już kupiła. Opisała ją. Powiedziała gdzie jest schowana. Matka powiedziała jej , że przyjechaliśmy tylko na kilka dni i nie będziemy czekać aż ona umrze, bo nie wygląda na to aby nastąpiło to w najbliższej przyszłości. Nic nie odpowiedziała. Zaczęła grzebać w swojej torebce. Po chwili wyciągnęła klucze. Powiedziała, że to są twoje klucze od mieszkania. Potem wyciągnęła jeszcze jeden kluczyk. Ten od kłódki przy kuferku. Podała te klucze zaskoczonemu ojcu mówiąc, że ma jeszcze jedną prośbę. Oprócz pochowania jej chciałaby aby odszukać ciebie. Przekazać klucze i kuferek. Niby żartem powiedziała, aby nakazać ci naprawić go. Ojciec chciał odmówić, mówiąc, że nie wie jak cię odszukać. Babka powiedziała mu, żeby nie żartował, że dla kogoś innego może byłby to problem, ale przecież nie dla niego. Ona sama by się tym zajęła, ale zdrowie jej nie pozwala użerać się z prywatnymi detektywami. Ojciec wziął od niej te klucze, powiedział, że zobaczy co da się zrobić w tej sprawie. Babka się zdenerwowała. Zażądała aby przysiągł na związki jakie łączą nasze rodziny i pochodzenie, na więzi krwi, że cię odnajdzie, a nie tylko zobaczył co się da zrobić. Ojciec przysiągł, że cię odszuka.
Zauważyłem że babka odetchnęła z ulgą. Była wyluzowana przez resztę pobytu w restauracji. Zmieniła temat. Wspominała wspólnych znajomych i sąsiadów. Około dziewiątej zawieźliśmy ją do domu. Prosiła aby po nią przyjechać następnego dnia, po południu to pokaże nam Łódź.”
„Może wystarczy na dzisiaj. Chciałeś jeszcze coś pisać”
„Zdążę napisać. Ósmej jeszcze nie ma, możemy jeszcze godzinkę posiedzieć. Słuchaj dalej. Następnego dnia przyjechaliśmy po nią około pierwszej. Matka została w aucie a ja z ojcem poszedłem na górę po nią. Nie otwierała. Po dziesięciu minutach zeszliśmy do auta. Mieliśmy z niego widok na wejście do kamienicy. Po godzinie zaproponowałem ojcu, żeby wejść do mieszkania używając kluczy które dała nam poprzedniego dnia.” – przerwał i zastanawiał się nad czymś
„Co było dalej?” – ponagliłem go
„Leżała na zasłanym łóżku w sukni którą kupiła do trumny. Od razu zorientowałem się, że nie żyje. Obok na stoliku przy łóżku leżało kilka pustych opakowań silnego środka nasennego. Chciałem od razu powiadomić milicję, jednak ojciec mnie powstrzymał. Wskazał otwarty kuferek leżący na stole w dużym pokoju. Na samym wierzchu leżał list w którym dziękowała za nasz przyjazd. Polecała zabrać kuferek i przekazać go tobie. Dalej pisała o pieniądzach na pogrzeb które są w kuferku i prosiła abyśmy się zajęli likwidacją mieszkania. Pod listem leżała duża koperta z dokumentami dotyczącymi mieszkania i prawie pięć tysięcy dolarów. Dokładnie cztery tysiące osiemset pięćdziesiąt. Pisała dalej aby nie pokazywać policji tego listu i aby nie mówić o kuferku. List pożegnalny dla policji zostawiła pod kuferkiem. Ojciec polecił mi zanieść kuferek do auta. Gdy go uniosłem ze stołu ukazał się list dla Policji. Pisała w nim, że od pewnego czasu ma depresje, że się źle czuje i świadomie postanowiła odejść teraz, korzystając z tego, że przyjechali krewni z zagranicy i będą mogli ją pochować….
Pogrzeb i wszystkie inne formalności zajęły nam tydzień. Najwięcej kłopotów mieliśmy z mieszkaniem. Administracja chciała abyśmy je opróżnili. Nie wiedzieliśmy co zrobić z jej rzeczami, meblami i wyposażeniem. Po pogrzebie przejrzeliśmy wszystko. nie było w nim nic wartościowego. Babka już wcześniej wszystko co wartościowe sprzedała. W końcu zapłaciliśmy dozorcy aby się zajął opróżnieniem mieszkania i posprzątaniem. Zgodził się ochoczo zrobić to.
Po powrocie do domu ojciec nie specjalnie palił się aby ciebie odszukać. Przypominałem mu od czasu do czasu o tym, ale zawsze się wykręcał od tego zobowiązania. Krótko potem zdiagnozowano u niego stwardnienie rozsiane. Choroba bardzo szybko postępowała. Najpierw poruszał się na wózku elektrycznym, ale już po kilku miesiącach nie potrafił go obsługiwać. Matka bardzo przeżywała jego chorobę. Zmarł w dwutysięcznym roku. Przed śmiercią zobowiązał mnie do odszukania ciebie.”
„No i ci się udało. Dlaczego od razu nie przedstawiłeś się i nie powiedziałeś, że jesteśmy kuzynami, tylko kręciłeś coś – O! sąsiad z pieskiem na spacerku”
„Nie uwierzysz, Ale nie wiedziałem jak zacząć. Nie znam za bardzo polskich zwyczajów. Nie chciałem ciebie spłoszyć”
„Jak mnie odszukałeś”
„Bez problemu. Ale po kolei. W tym samym roku wykryto u mnie raka w górnych kręgach szyjnych. Usunięcie operacyjne wykluczone. Miałem pięćdziesiąt pięć lat. Sprzedałem praktykę lekarską, chciałem zażyć życia. Pojeździć po świecie. Wydać pieniądze które zarobiłem. Nie mogłem tego zrealizować. Po pierwsze leczenie wymagało abym był na miejscu, po drugie, opiekowałem się matką. Po śmierci ojca popadła w depresję. Pojawiły się objawy demencji. Zmarła w dwutysięcznym szóstym. Zostałem sam. Nie mam rodziny ani krewnych w Niemczech…Teraz powiem coś z czego będziesz się śmiał”
„Od naszego spotkania kilka dni temu absolutnie nie jest mi do śmiechu”
„Słuchaj dalej. Coraz częściej zacząłem się niepokoić, podobnie jak twoja babka, że nie będzie mnie miał kto pochować…”
„A! rozumiem!” – przerwałem mu – „Rozumiem do czego zmierzasz”
„No, właśnie. Sprzedałem dom. Zlikwidowałem wszystko w Niemczech. Lekarze skopiowali moje akta chorobowe na dyskietki i postanowiłem osiedlić się w Polsce. Jeszcze będąc w Niemczech, w dwutysięcznym dziesiątym kupiłem mieszkanie w Łodzi na Widzewie. Nie miałem problemu z zameldowaniem się. W końcu jesteśmy w Unii Europejskiej. Mam pieniądze. Jak na polskie warunki duże pieniądze. Jeszcze w Niemczech polecono mi polskiego lekarza i jego prywatną klinikę. On mnie leczy, a raczej opóźnia postępy choroby. Po wprowadzeniu się i urządzeniu skontaktowałem się z pewnym biurem prywatnego detektywa. Dałem mu zlecenie odszukania ciebie. Mieliśmy tylko twoje imię i nazwisko oraz, uzyskany od babki twój Steuer-ID”
„Co takiego?”
„Po polsku nazywa się to pesel. Dokładną informację o tobie łącznie z adresem zamieszkania, oraz plikiem twoich fotografii dostałem kilka dni później. Oczywiście pojechałem cię obejrzeć. Spotykaliśmy się dosyć często. Jakoś nie rzuciłem ci się w oczy. Nie wiedziałem jak nawiązać z tobą znajomość. Mówiłem już że bałem się ciebie spłoszyć. To był rok dwutysięczny dwunasty. Musiałem przerwać zbliżanie się do ciebie. Lekarz skierował mnie na kurację do pewnej kliniki w Szwajcarii. Gówno to dało. Wróciłem do Łodzi po dwóch latach. Sprawdziłem, że w dalszym ciągu mieszkasz w tym samym miejscu. Postanowiłem przenieść się bliżej ciebie. Nie jest łatwo kupić mieszkanie w tej okolicy, ale udało się. Od kilku miesięcy jesteśmy sąsiadami” – przerwał – „Słuchaj. Teraz naprawdę wystarczy na dzisiaj. Przyjdź jutro o tej samej porze”.
Jolka jeszcze nie spała. Usiadła ze mną do późnej kolacji. Czekała na relację z wizyty u niego. Opowiedziałem, że przyjechał do Łodzi z rodzicami na życzenie babki, Prosiła aby ją po śmierci pochowali. Opowiedziałem jak to było ze śmiercią babki
„No to się w piekle poniewiera” – z pewną satysfakcją zauważyła Jolka
Nie podjąłem tematu. Wspomniałem tylko, że te rozmowy z nim, zwłaszcza o babce wzbudziły we mnie poczucie winy, że się nią nie zająłem. Że za te lata kiedy mną się opiekowała powinienem chociaż pomyśleć o tym, że kiedyś umrze i trzeba będzie ją pochować. Wiedziałem przecież, że niema nikogo kto by to zrobił.
„Pójdziesz na jej grób, złożysz kwiatki raz do roku i to powinno uspokoić twoje sumienie” – stwierdziła
Potem opowiedziałem Jolce jak to się stało, że on znalazł się w moim pobliżu.
„No to już wiesz dlaczego tu jest. On też jest samotny i też nie ma kto go pochować. Znalazł ciebie i…”
„Masz rację” – przerwałem jej – „Jeszcze tego nie powiedział, ale dał do zrozumienia, że tego oczekuje”
„No to mamy nowy wydatek”
„Jeśli zajdzie taka potrzeba to, myślę że damy radę. Na razie się na to nie zanosi”
„Oj, myślę, że jednak się zanosi. Pamiętasz? Mówiłeś, zaraz na początku jak cię zaczepił na ulic,.. Pamiętasz? Mówiłeś, że wspomniał ci o myślach samobójczych”
„To tylko takie gadanie”
Okazało się, że Jolka miała rację. Następnego dnia zastałem go na łóżku martwego. W kuchni na stole leżał otwarty kuferek, a w nim list do mnie.
„To są moje ostatnie słowa do Ciebie. Nie mogę znieść tego powracającego bólu. Jestem sam i po spełnieniu ostatniej woli ojca, czyli odnalezienia Ciebie postanowiłem dłużej się nie męczyć. Nie obwiniam za moją decyzję nikogo. Moje dalsze życie nie ma sensu. Teraz słuchaj Czytaj dalej uważnie. Liczę na to, że zajmiesz się moim pogrzebem. Chcę aby mnie skremowano i abyś zawiózł moje prochy do Pullach i pochował w grobie rodziców. Osobna instrukcja jak to załatwić w Ambasadzie Niemiec znajduje się w osobnej kopercie tam jest dokładny adres cmentarza i numery kontaktowe z administracją cmentarną. Jest tam mój paszport i Inne dokumenty. Nie martw się o koszty pogrzebu. Zdążyłem sporządzić Testament u notariusza. Masz go w następnej kopercie. Są tam numery kont bankowych w Niemczech i w Polsce. Wszystkie pieniądze są twoje. Notariusz w porozumieniu z adwokatem załatwił formalności z bankami. Mieszkanie jest częścią spadku. Zrób z nim co zechcesz. Klucze są w kuferku. Są w nim również kluczyki i dokumenty mojego BMW. Samochód stoi na strzeżonym parkingu za rogiem. To ten sam parking na którym parkujesz swoje auto.
To wszystko. żegnaj i do zobaczenie być może po drugiej stronie.
Herbert Klimke
Łódź dnia 11 maja 2017
Jeszcze jedno. W kuferku jest cztery tysiące osiemset pięćdziesiąt dolarów w gotówce. Są to pieniądze twojej babki które po potrąceniu kosztów pogrzebu mieliśmy przekazać Tobie. Jej pogrzeb opłacił ojciec.
Zadzwoniłem na Policję. Zanim przyjechali zadzwoniłem do Jolki. Nie zdziwiła jej wiadomość o jego śmierci. Potem przyjechali policjanci, a po jakimś czasie wezwany przez nich lekarz sądowy i prokurator. Lekarz stwierdził zgon i odjechał. Prokurator zarządził odwiezienie zwłok do Zakładu Medycyny Sądowej i zaprał się za przesłuchiwanie mnie. Zanim to zrobił policjanci pokazali mu kuferek i jego zawartość. Przeczytał list pożegnalny, przejrzał dokumenty od notariusza i adwokata. Pierwsze pytanie dotyczyło mojego związku ze zmarłym. Potem wszystko potoczyło się standardowo, Zupełnie tak jak widziałem na filmach. Prokurator jeszcze raz przejrzał kuferek. Pozwolił mi go zabrać. Dokumenty od Notariusza też. Zatrzymał dolary jako dowód w sprawie. Dostałem wypisane urzędowe pokwitowanie. Potem zlecił policjantom zabezpieczenie mieszkania i samochodu. Nazajutrz złożyłem zeznania do protokołu w siedzibie Prokuratury.
Tydzień później wydano nam ciało. Sprawa śmierci została zamknięta. Zwrócono klucze od mieszkania i od samochodu. Jolkę najbardziej ucieszył zwrot dolarów. Jeszcze kilka dni zajęło nam załatwienie kremacji zwłok i wszystkich formalności z przewiezieniem prochów do Niemiec. Jolka nie chciała jechać ze mną i z jego prochami.
Zanim wyjechałem powiedziałem jej ile pieniędzy odziedziczyłem po nim. Była zaszokowana ich ilością. Zanim doszła do siebie powiedziałem co zamierzam zrobić z kuferkiem i jego zawartością
„Słuchaj, jutro wyruszam do Niemiec. Zanim to zrobię chcę cię poinformować co postanowiłem. Zaraz jadę na działki do znajomego. Spalę tam ten kuferek i jego zawartość…”
„Ale chyba nie pieniądze?” – przerwała mi
Zignorowałem to pytanie.
„Chcę skończyć z moją przeszłością. Teraz żałuję, że ją poznałem. Po powrocie sprzedam jego samochód. Pojadę tam naszą Skodą. Sprzedam też jego mieszkanie. A wszystkie odziedziczone pieniądze przekaże na cele charytatywne…”
„Oszalałeś?!!”
„Jak myślisz?…Oczywiście, że żartuję”
KONIEC
1 thought on “WIĘZI KRWI”
Wiesz, przeczytałam nie robiąc przerw. Nie wiem skąd czerpiesz pomysły, ale to kolejne, wciągające świetne opowiadanie. Czekam na kolejne, gratulacje 👍