„Nie głaskało mnie życie po głowie,
nie pijałem ptasiego mleka –
no i dobrze, no i na zdrowie:
tak wyrasta się na człowieka.”
Pierwsze słowa wiersza Mannlicher napisanego przez Władysława Broniewskiego dziwnym trafem utknęły w głowie młodego Zenka Cieniasa, rocznik tysiąc dziewięćset osiemdziesiąty. Dziwne to było nawet dla niego. Mało co utrwalało się w jego głowie.
Ten wiersz poznał na dyskotece w remizie strażackiej na wsi pod Bydgoszczą u wujka Stacha. To znaczy tam nikt wierszy nie recytował. Nie, broń Boże.
Zenek przyszedł z ziomeczkami rozerwać się nieco, wypić browarka albo dwa i być może poderwać jakąś laskę.
Wyszedł właśnie z wojska i wstyd powiedzieć, ale nie miał jeszcze dziewczyny. Na tej dyskotece wpadła mu taka jedna w oko. Siedziała z dwiema koleżankami przy sąsiednim stoliku. Piły colę. Ona zerkała co jakiś czas w jego kierunku. On z ziomalkami pił piwo Perła. Też cały czas patrzał na nią. Uśmiechnął się do niej nawet. Kumple to zauważyli. Zaczęli się nabijać z niego. Podpuszczali go, aby do niej wystartował. Chętnie by to zrobił, ale nie wiedział jak. Żałował, że z nimi przyszedł. Gdyby był sam to może by się odważył do niej podejść i zagadać, ale przy nich nie chciał. Śmialiby się, gdyby go odprawiła z kwitkiem.
A tak w ogóle zły był na nich nie tylko za to, że się z niego nabijali. Próbowali wyciągnąć od niego, dlaczego wyszedł z wojska już po czterech miesiącach. Powiedział im, że pobił takiego jednego kaprala i go wyrzucili. No bo co miałby im powiedzieć? Że ta młota piczka pani psycholog napisała, że Zenon Cienias wykazuje zaawansowane objawy zaburzenia osobowości na tle narcystycznym, czy coś takiego i że z powodu skrajnie egocentrycznej postawy i niestabilności uczuciowej może być w pewnych sytuacjach zagrożeniem dla innych poborowych? To miał im powiedzieć? Zenek nawet nie potrafił tego powtórzyć co ona, ta pani porucznik psycholog, czy może psychiatra, co za różnica, napisała w swoim raporcie. W każdym razie zwolnili go i teraz jest tu, na dyskotece. Nie zamierza się nikomu tłumaczyć, dlaczego go z wojska zwolnili. Powiedział, że pobił kaprala i tego się będzie trzymał. Czy mu ziomale uwierzą, czy nie to on ma to w dupie.
„Zenuś, chodź do bufetu. Strzelimy po jeszcze jednym browarze” – zaproponował jeden z ziomali.
„Nie mam kasy” – odpowiedział
Miał jeszcze pare złotych, ale nie chciał wydawać. Miał nadzieję, że może jednak coś poderwie i będzie trzeba postawić lasce jakąś kawę czy colę.
Kumple odeszli do bufetu. Został sam przy stoliku. Mógł teraz swobodnie obserwować dziewczynę, która wpadła mu w oko. Nagle do stolika dziewczyn podeszło dwóch facetów. Poprosili dwie z nich do tańca. Co za szczęście! Ta na której mu zależało została sama przy stoliku.
„Teraz albo nigdy” – pomyślał
Podniósł się z krzesła. Poślinioną dłonią przygładził włosy i już miał ruszyć w stronę stolika, przy którym ona siedziała, gdy nagle zbliżył się do niej jakiś fagas i poprosił ją do tańca. Ona podniosła się i odłożyła coś na stole. Zenek zrezygnowany usiadł z powrotem memłąc pod nosem jakieś niepochlebne słowa o prowadzeniu się matki tego fagasa, który poprosił „jego” dziewczynę do tańca.
W tym samym momencie zauważył, że jakiś starszy gość zainteresował się tym czymś pozostawionym przez nią na stole. Gość wziął to do ręki i zaczął mu się przyglądać z zaciekawieniem. Teraz dopiero Zenek zauważył, że to coś jest książką. Nie rozpoznał wcześniej, że to książka, ponieważ od czasów szkolnych nie miał z książkami do czynienia, a w szkole tylko tyle co absolutnie było konieczne. Po prostu Zenek trzymał się od książek z daleka. Chyba ma alergię na książki, a nawet jak jej nie ma, tej alergii, to po co ryzykować.
Zenek poderwał się od stolika i po zrobieniu dwóch dużych kroków znalazł się przy stoliku dziewczyn.
„Zostaw to zgredzie!” – krzyknął do gościa i wyrwał mu książkę – „To nie twoje!”
Gościu chciał coś odpowiedzieć, ale Zenek go uprzedził. Zamachnął się trzymaną książką tak jak by chciał nią uderzyć, ale powstrzymał się od tego i słowami
„Spierdalaj stąd zgredzie!” – zaproponował gościowi, aby się oddalił od stolika.
W tym samym momencie zauważył kątem oka zbliżającą się „jego” dziewczynę. Spojrzał na nią i to go zgubiło. Gdy ułamek sekundy później odwrócił twarz z powrotem w kierunku zgreda, jego wzrok zarejestrował tuż przed nosem potężną pięść…
Gdy otworzył oczy ujrzał bliziutko nad sobą zapłakaną cudowną twarz anioła, a właściwie anielicy. To była Ona. Jej łzy kapiące na jego twarz sprawiły, że potężny ból pod lewym okiem zelżał. Zenek zorientował się, że leży na ławce przed remizą. Dziewczyna coś do niego mówiła, ale dźwięki głośnej muzyki dysko polo dochodzące z remizy zagłuszały ją. Uniósł się i z trudem usiadł na ławce
„Co się stało?” – zapytał
„Chciałeś pobić komendanta straży pożarnej” – odpowiedziała
„Komendanta? Twoją książkę chciał zaje…” – powstrzymał się – chciał ukraść”
„Głupi jesteś. Dla książki taką chryję zrobić. Twoi kolesie też oberwali. Inni strażacy, wiesz, koledzy komendanta przyłączyli się. wyrzucili nas z zabawy…”
„Ciebie też” – przerwał jej – „Dlaczego?”
„Bo się za tobą wstawiłam. I wszystko przez głupią książkę”
I tu stała się rzecz, której Zenek nigdy by się nie spodziewał. Stało się to być może pod wpływem szoku pourazowego. Wszak lewa strona twarzy bardzo go bolała. Poza tym zorientował się, że musiał być nieźle skopany. Bolały go żebra i tył ciała tuż poniżej pleców. Krótko mówiąc Zenek zadał pytanie, które nigdy w żadnych okolicznościach do tej pory nie zadawał
„Co to za książka?”
„Wiersze Broniewskiego”
Mówiąc to podała mu ją do ręki. Zenek otworzył książkę gdzieś tak w połowie. I mimo trudności z patrzeniem z powodu rosnącej opuchlizny wokół lewego oka odczytał
Nie głaskało mnie życie po głowie,
nie pijałem ptasiego mleka –
no i dobrze, no i na zdrowie:
tak wyrasta się na człowieka
Dalej było jeszcze coś o karabinie wziętym do ręki i że życie nauczyło żołnierskiej krzepy. Dalsze czytanie przerastało już Zenkową możliwość przyswajania czytanych tekstów. W każdym razie jakimś dziwnym trafem pierwsze cztery linijki zapamiętał od razu. Bardzo mu się spodobały
„Przecież to tak jakby o mnie” – pomyślał i szybko oddał jej książkę.
Potem od słowa do słowa dowiedział się, że ona ma na imię Andżelika i że ma brzydkie nazwisko
„Jak to brzydkie? Powiedz jakie”
„Nie powiem, bo będziesz się nabijał ze mnie”
„Nie będę. Powiedz”
„Ale obiecaj, że nie będziesz”
„Obiecuję”
„Kuta…bez s na końcu”
„Co w tym nazwisku brzydkiego?”
„W szkole mi dokuczali. Nazywali mnie Kutasińska”
„Ha! Ha! Ha!” – zaśmiał się – „Dobre!…”
„No widzisz!” – przerwała mu – „Już się nabijasz, a obiecałeś, że nie będziesz”
„Już nie będę. Obiecuję”
Andżelika jeszcze przez chwilę się dąsała. Minęło jej, gdy Zenek zaproponował jej colę. Podniósł się z ławki i ruszył w stronę drzwi do remizy
„Gdzie leziesz?!” – zatrzymała go okrzykiem – „Znowu cię obiją”
Wrócił bez słowa na ławkę.
„Kupię ci tę colę przy innej okazji”
Rozmawiali jeszcze trochę. Zenek dowiedział się, że Andżelika mieszka z rodzicami w Bydgoszczy na Fordonie. Ucieszył się, bo to blisko niego.
Andżelika zrobiła w tym roku maturę i już za dwa miesiące, w październiku zacznie studiować pedagogikę. On nie ma matury, ale pochwalił się dobrym zawodem
„Jestem cieślą budowlanym. Po szkole zawodowej. Wyszedłem z wojska i teraz szukam pracy”
„Jak chcesz to zarekomenduję cię wujkowi. Ma firmę budowlaną. Budują domy po wsiach. Ciągle poszukują ludzi”
„Może później. Teraz chcę odpocząć trochę po wojsku”
I tak rozmawiając ruszyli w stronę przystanku autobusowego. Umówili się na następny dzień, a potem na jeszcze następny. I stało się tak, że zaczął spotykać się z Andżeliką, a właściwie z Andzią, bo tak ją zaczął nazywać, dosyć regularnie, no i w ostatnich dniach września w czasie spaceru po zarośniętym krzakami brzegu Wisły, tuż za oczyszczalnią ścieków na bydgoskim Fordonie doszło do tego do czego dojść musiało. Od tego dnia byli już, można tak powiedzieć „po słowie”.
Od tej pory Andzia zaczęła truć Zenkowi o uwiciu gniazda i założeniu rodziny. Zenkowi nie było z tym spieszno, więc wyjaśniał jej jakie to trudności trzeba pokonać, aby osiągnąć wymarzony przez Andzię cel. A więc najpierw trzeba znaleźć jakiś kąt do zamieszkania…
I w tym temacie oboje się zgadzali. Nadeszła jesień i coraz mniej przyjemnie było rozkładać koc na obrośniętym krzakami brzegu rzeki. Brak kasy uniemożliwiał wynajęcie pokoju czy spotykanie się w hotelu. Intymne randki w udostępnionych mieszkaniach przyjaciół i znajomych też nie wchodziły w rachubę. Po prostu nie mieli przyjaciół czy znajomych którzy mogliby im służyć taką pomocą. Pozostała tylko możliwość spotykania się w rodzinnych domach.
Oboje mieszkali z rodzicami. Ona w dwupokojowym mieszkaniu w nowo wybudowanym bloku na bydgoskim Fordonie. Mieszka tam z matką i ojcem przykutym do łóżka, po ciężkim wypadku w pracy. Mieszkają tam od niedawna. To mieszkanie rodzice kupili za odszkodowanie jakie ojciec dostał za kalectwo jakiego się nabawił z winy pracodawcy. Ojciec praktycznie nie kontaktuje się z otoczeniem. Zamieszkanie tam nie wchodzi w rachubę. Spotykali się w tym mieszkaniu, ale tylko wtedy, gdy matka Andzi była w pracy, a ojciec spał w swoim pokoju za zamkniętymi drzwiami.
Zenka rodzice mają co prawda piętrowy dom na skraju miasta, ale tam z rodzicami mieszka już jego starszy brat Gienek z żoną oraz dwoma kilkuletnimi synami. Mieszka tam również Jadwiga, jego starsza siostra.
Brat z rodziną co prawda jest na saksach w Reichu i przyjeżdża co kilka miesięcy odpocząć do domu, ale już uzgodniono w rodzinie, że to on po śmierci rodziców odziedziczy dom. Przywozi pieniądze które inwestuje w modernizację domu i ma zamiar wybudować przy nim warsztat lakierniczo blacharski. Dał już wyraźnie do zrozumienia, że Zenka w swoim domu toleruje tylko do czasu swojego powrotu do Polski na stałe.
Jadwiga, nauczycielka z zawodu, dostała od rodziców pieniądze na kupno mieszkania. Czeka na dobrą okazję. Chce kupić w centrum Bydgoszczy. Jadwiga ma jakiegoś absztyfikanta też nauczyciela i jak tylko kupi mieszkanie zamieszka z nim razem.
Tak, że Zenek absolutnie nie może uwić sobie tam gniazdka na stałe. Na szczęście może do domu przychodzić z Andzią i przebywać w swoim pokoju, ale pod warunkiem, że drzwi pokoju pozostają otwarte. Tak więc konieczność znalezienia własnego kąta wydawała się Andzi bardzo paląca.
Innego zdania był Zenek. Cierpliwie wyjaśniał Andzi, że jeszcze po prostu nie mają warunków na założenie rodziny. Może dopiero jak Andzia skończy studia a on odłoży pieniądze na zakup mieszkania
„Jakie pieniądze odłożysz, skoro nie pracujesz?!” – zdenerwowała się Andzia pewnego razu – „Ty nawet zasiłku dla bezrobotnych nie masz!”
„Ty też nie pracujesz! Studiować ci się zachciało!” – odgryzł się Zenek – „Nie zamierzam tyrać na ciebie, podczas gdy będziesz z dupą siedziała w szkole”
To była ich pierwsza poważna sprzeczka. Szybko jednak ją zakończyli. Andzia stwierdziła, że w takim razie rezygnuje ze studiów. Znajdzie sobie jakąś pracę, ale on też musi się wsiąść za jakąś robotę i niech jej nie wbija ciemnoty do głowy, że nic nie może znaleźć. Ona już dawno załatwiła mu pracę u wujka na budowie. Może zacząć choćby od jutra.
No i Zenek nie miał wyjścia. W najbliższy poniedziałek zameldował się u wujka Andzi. Wujek się nawet bardzo ucieszył. Potrzebny mu był cieśla budowlany do robienia szalunków. Do tej pory robił to sam z pracownikami niewykwalifikowanymi i nie zawsze im to dobrze wychodziło.
Szybko okazało się, że oczekiwania wujka co do kwalifikacji zawodowych Zenka okazały się, łagodnie mówiąc chybione. Zenek co prawda ukończył Zasadniczą Szkołę Zawodową jako cieśla budowlany, ale na jego wykształceniu odbiły się braki organizacyjno-pedagogiczne w ówczesnym polskim szkolnictwie zawodowym. Otóż okazało się, że Zenek jest teoretycznym cieślą budowlanym. To znaczy, że w czasie pobierania nauki poznał tajniki zawodu teoretycznie. Praktyki, które wchodziły w zakres kształcenia, z jakiegoś dziwnego niedopatrzenia nie obejmowały zajęć ciesielskich. Zenek bywał jako uczeń na budowach, mieszał zaprawę murarską, nawet układał cegły. Montował okna i drzwi, co prawda tylko dwa razy, ale zawsze to coś. Najbardziej podobało mu się uszczelnianie osadzonych okien pianką budowlaną. Natomiast nigdy nie miał do czynienia z drewnem budowlanym. Dopiero na budowie chlewni w pobliskiej wsi, do której wyjechał z wujkiem Andzi okazało się, że już po kilku godzinach, w czasie których Zenek przyciął kilka desek, osłabł bardzo. Zaczął wymiotować, miał zaczerwienione oczy i spuchnięte dłonie. Wujek bardzo się przestraszy, ponieważ nie zdążył załatwić formalności z przyjęciem Zenka do pracy i wypadek, lub nagła choroba Zenka mogłaby być dla niego bardzo kłopotliwa. Już kiedyś jakiś inspektor pracy przyczepił się do niego o to, że miał dwóch pracowników, których nie zdążył formalnie zatrudnić. Musiał się długo gimnastykować, aby to drobne przeoczenie wyjaśnić.
W każdym razie szybko wysłał Zenka do domu i nakazał mu iść do lekarza. Zenek nie miał ubezpieczenia więc wujek z własnej kieszeni wyciągnął gotówkę i kazał mu iść prywatnie do spółdzielni lekarskiej.
Zenek posłuchał go. Lekarz w spółdzielni zbadał go i wypytał w jakich okolicznościach Zenek nabawił się tych przykrych objawów. Zenek wyjaśnił mu, że źle się poczuł w czasie rżnięcia desek.
„Aha!” – powiedział lekarz – „I wszystko jasne! Jesteś chłopie uczulony na nieheblowane drewno”
Przepisał Zenkowi lekarstwo, które powinno załagodzić dolegliwości i poradził, aby unikał styczności ze świeżo rżniętym drewnem.
Wujek Andzi zmartwił się, gdy następnego dnia dowiedział się o alergii Zenka, ale tak łatwo nie zamierzał rezygnować z usług wykwalifikowanego cieśli budowlanego. Jeszcze tego samego dnia wyposażył go w ubranie robocze, odpowiednia rękawice, takie które uniemożliwiały kontakt rąk z drewnem, no i na wszelki wypadek maskę na twarz z filtrem i okularami ochronnymi.
Zenek posmutniał, gdy mu wujek polecił założyć to wszystko na siebie. Nie znalazł tak na poczekaniu żadnego argumentu przeciw decyzji wujka. Tak więc ubrany w to wszystko zabrał się za stawianie szalunków pod słupy mające podtrzymywać betonowy sufit w budowanej chlewni. Męczył się przy tym okrutnie. Nic mu nie wychodziło. Wujek się denerwował. Musiał odwoływać zamówione dostawy betonu. Najchętniej wyrzuciłby Zenka na zbity pysk, ale mu nie wypadało. Wszak to prawie członek rodziny. Odsunął Zenka od robót ciesielskich i zatrudnił cieślę który nie miał ukończonej nawet szkoły podstawowej, ale pracował na budowach od ponad dwudziestu lat. Zenek został u wujka jako chłopak do wszystkiego. Najczęściej latał po piwo i kebaby dla chłopaków.
Praca ta jednak go psychicznie męczyła. Nie czuł się potrzebny. Czasami zostawał w domu. Tak jak wtedy, gdy na początku grudnia przyjechał do domu z Niemiec brat Zenka z rodziną. Przywiózł dużo niemieckiej gorzały i browarów. Grzechem by było nie skosztować tych pyszności. Gdy sobie z bratem i ojcem popił, to życie stało się takie piękne, że żal zrobiło mu się marnować je na budowie u wujka Andzi.
Ale wszystko co piękne, niestety mija. Kiedy wreszcie Zenek wytrzeźwiał i zjawił się na budowie wujek oznajmił mu
„Spierdalaj i nie pokazuj mi się na oczy!”
Te proste męskie słowa Zenek zrozumiał jako wypowiedzenie pracy i nie mylił się.
Andzia, tak jak powiedziała rzuciła studia zanim je rozpoczęła. Od razu poszła pracować do warzywniaka w pobliżu domu. Matka z początku była na nią zła, że zrezygnowała ze studiowania i robiła jej z tego powodu wymówki. Ale ponieważ Andzia zaczęła dokładać pieniądze do wydatków domowych, więc szybko się pogodziła z decyzją córki.
Niestety, już w połowie listopada żona właściciela warzywniaka wyrzuciła Andzię, ponieważ przyłapała męża jak klepnął ją w tyłek. Ale już dwa tygodnie później Andzia znalazła nową, lepiej płatną pracę. Co prawda też na czarno i bez spisania umowy o pracę, ale nie uważała tego za problem.
Andzia zaczęła pracować w Punkcie Usług Komputerowych. Nie miała w tym czasie pojęcia o komputerach, ale to nie stanowiło przeszkody. Ten Punkt Usług Komputerowych, był właściwie zakładem fotograficznym w którym klienci zostawiali rolki filmów do wywołania i zrobienia odbitek na papierze oraz wywoływania przezroczy. Wraz z szybkim rozwojem fotografii cyfrowej zakłady fotograficzne zaczęły umierać śmiercią naturalną.
Pan Leon Wąsik, właściciel tego zakładu, w którym Andzia zaczęła pracować, w porę się zorientował, że ta branża nie ma przyszłości i szybko się przebranżowił. Kupił dwie kopiarki ze skanerami i ogłosił na wystawie swojego zakładu, że wprowadził usługę kopiowania i skanowania dokumentów. Wiedział jednak, że klienci wkrótce przestaną korzystać z jego usług. Zgroza ogarniała go, gdy zaglądał do sklepów ze sprzętem RTV i widział, jak spadają ceny na domowe drukarki połączone z kopiarkami i skanerami.
Musiał znaleźć coś innego. Coś co ściągnęłoby do niego nowych klientów. Długo nie szukał.
Od zawsze widział, jak przed końcem każdego miesiąca na pobliskiej poczcie ustawiają się długie kolejki ludzi chcących zapłacić swoje co miesięczne rachunki. Byli to w większości ludzie starsi. Do tej pory widok ten był mu obojętny, ale teraz nagle widok ten sprawił, że przyszedł mu do głowy pomysł na nowy biznes. Wprowadził usługę elektronicznego płacenia rachunków swoich klientów. Bardzo szybko sprawił sobie w firmie abonament internetowy, kupił nowy komputer i biznes zaczął się kręcić tak dobrze, że ledwo nadążał obsługiwać swoich nowych klientów. Postanowił zatrudnić kogoś do pomocy. Miał co prawda dorosłego syna, ale ten nie spieszył się pomagać ojcu w interesie. Bliższa mu była kariera gitarzysty w powstałym właśnie czteroosobowym zespole o dumnej nazwie „Żuki”. Zespół jeszcze nie koncertował ani razu, ale się do tego solidnie przygotowywał więc syn pana Wąsika, Ignacy Wąsik, pseudonim artystyczny Blu Boy, nie miał ani czasu, ani ochoty zajmować się takimi przyziemnymi pierdołami jak praca w kramiku ojca. Pan Leon bardzo kochał syna i szczerze życzył mu sukcesów artystycznych, ale niestety pomocy żadnej od niego nie mógł się spodziewać.
Wtedy właśnie pojawiła się w jego zakładzie młoda dziewczyna szukająca pracy. Tą dziewczyną była Andzia. Zaczęła od zaraz. Oczywiście na czarno i bez umowy na piśmie.
Niestety przyuczanie Andzi do pracy przy komputerze szło opornie. Szef był zawiedziony i zamierzał Andzię zwolnić. Powstrzymał się jednak od tego zamiaru, bo właśnie wpadł mu do głowy pomysł na jeszcze jeden interes.
Przypadkowo dowiedział się o tym jak łatwo i tanio można kupić w Chinach fajerwerki. Święta Bożego Narodzenia się zbliżały i już widział oczami wyobraźni kolejkę chętnych po zakup „jego” fajerwerków. Szybko dowiedział się jakie warunki musi spełnić, aby móc sprzedawać fajerwerki w swoim sklepiku. Wypełnił odpowiednio stosowne wnioski i takowe zezwolenie otrzymał.
Znał dobrze angielski, więc bez trudu nawiązał kontakt z chińskim dystrybutorem. Przedstawił mu gwarancje bankowe i zamówił cały dwudziestostopowy kontener różnego rodzaju fajerwerków. Chińczyk zagwarantował, że kontener będzie na wskazanym przez kupującego miejscu w piątek dziesiątego grudnia. I słowa dotrzymał.
Duży TIR przywiózł kontener do gospodarstwa rolnego leżącego jakieś dziesięć kilometrów na południe od Bydgoszczy. Pan Leon odziedziczył to gospodarstwo po swoich zmarłych rodzicach. Ziemię wydzierżawił a w zabudowaniach gromadził różne rzeczy i towary które udało mu się okazyjnie kupić w myśl zasady „może się w przyszłości da na nich zarobić”.
Ponieważ przewoźnik dał mu mało czasu na rozładunek, pojechał tam z Andzią wieczorem i w sobotę nad ranem kontener był rozładowany i zgłoszony do odbioru. Jedna sprawa była załatwiona. Pozostało jeszcze posortowanie różnej wielkości paczek z fajerwerkami i ponaklejanie na nie nalepek z cenami.
Uzgodnił z Andzią, że będzie to jej zadanie i że dostanie ekstra premię, jeśli się z tym uwinie w ciągu trzech dni. Andzia się zgodziła zacząć już w niedzielę. Zapytała czy może wziąć do pomocy swojego chłopaka, który aktualnie jest bezrobotnym
„Tak, ale jemu nie zapłacę. Musisz się z nim podzielić premią, którą dostaniesz jak się uwiniesz we trzy dni”
Andzia się zgodziła. W niedzielę dwunastego, około południa pan Leon zawiózł ją i Zenka do gospodarstwa. Wskazał miejsce w którym mają odkładać posortowane i przygotowane do sprzedaży fajerwerki i obiecał przyjechać po nich o dwudziestej wieczorem, po czym odjechał.
Do siedemnastej naklejali wspólnie naklejki z cenami na paczkach z fajerwerkami tak jak im pan Leon wskazał. Potem, pierwszą partię posegregowanych paczek układali razem w jednym z pokojów byłego budynku mieszkalnego. Gdy się z tym uporali wrócili do naklejenia naklejek z cenami na następnych paczkach.
Około dziewiętnastej Zenek się bardzo zmęczył i stracił precyzję w swoich ruchach, co za skutkowało tym, że jedna większa paczka się rozerwała i wysypała się z niej zawartość
„O!… Jest okazja przetestować to chińskie badziewie” – oznajmił Zenek
Z rozsypanej na podłodze zawartości paczki podniósł wspaniałą, kolorową rakietę na długim patyku. Rozejrzał się dookoła. Na podłodze pod oknem stały puste butelki po piwie. Wziął jedną z nich. Na parapecie znalazł pudełko zapałek. Teraz miał wszystko co mu było potrzebne do przetestowania fajerwerków.
Umieścił w butelce patyk, na którym przymocowana była rakieta i chciał od razu ją przetestować
„Nie tutaj głupolu!” – zwróciła się do niego ciepło Andzia – „Jeszcze nieszczęścia jakiegoś narobisz. Wyjdź z tym na podwórko”
Zenek niechętnie postąpił jak mu Andzia nakazała. Niestety, na zewnątrz było zimno i ciemno. Grudniowy porywisty wiatr nie pozwolił na podpalenie zapałką lontu wiszącego przy fajerwerku. Wrócił do budynku. Andzia znowu upomniała go, aby nie testował rakiety w pomieszczeniu. Zenek odpowiedział, że z powodu wiatru nawet w Huston nie mogą odpalać rakiet, Ale on w przeciwieństwie do tych w Huston może odpalić rakietę pod dachem.
Chwilę się przekomarzał z Andzią i w końcu krakowskim targiem stanęło na tym, że odpali rakietę w otwartych drzwiach.
Jak uzgodnili, tak zrobił. Tym razem wiatr nie przeszkadzał i lont pięknie się zapalił. Zenek trzymając butelkę w wyciągniętej ręce skierował jej wylot tak aby rakieta wystartowała skośnie do góry przez otwór drzwiowy. Nie przewidział tylko, że kiedy lont podpali ładunek miotający rakieta wyrzuci z siebie olbrzymią ilość ognistych iskier prosto na jego nie osłoniętą dłoń trzymającą urządzenie startowe, czyli butelkę. Poparzona dłoń Zenka odchyliła owo urządzenie startowe w ten sposób, że startująca rakieta zamiast wylecieć przez otwór drzwiowy uderzyła w sufit pomieszczenia i w sposób chaotyczny zaczęła latać po pomieszczeniu wypełnionym pakunkami z fajerwerkami. Siała przy tym nie tylko ogniem ładunku miotającego, ale również pięknymi kolorowymi ładunkami które wybuchając podpalały zgromadzone fajerwerki. Zenek i Andzia nie potrafili, lub nie chcieli napawać się widokiem niezamierzonego pokazu fajerwerków i szybko opuścili pomieszczenia gospodarcze pana Leona. Za to okoliczni mieszkańcy mieli możliwość podziwiania fajerwerków przez prawie godzinę. Podobno było je widać nawet w oddalonych o dziesięć kilometrów przedmieściach Bydgoszczy.
Andzia i Zenek zatrzymali się w bezpiecznej odległości i dopiero wtedy zaczęli przyglądać się swojemu dziełu. Andzia była w szoku. Patrzyła w milczeniu przerażona jak przez ogarnięty ogniem dach co i rusz wylatują do góry kolorowe rakiety i wybuchając na tle ciemnego nieba tworzyły piękne kolorowe wzory. Za to Zenek, który nie odczuwał specjalnie bólu poparzonej ręki zaczął zachwycać się widokiem fajerwerków jak kilkuletnie dziecko
„O! popatrz tam!…Jakie piękne kolory…Prawda kochanie?” – zachwycał się
„No i z czego się cieszysz głupolu?!” – ocknęła się Andzia – „Za ten pożar wsadzą nas do więzienia…”
„Dlaczego?” – przerwał jej zdziwiony Zenek – „Przecież to wypadek…Każdy to zrozumie”
„W sądzie będziesz tłumaczył, że to wypadek”
Musieli przerwać rozmowę, bo do miejsca, w którym stali zaczęli się zbliżać zaciekawieni mieszkańcy pobliskich zabudowań. Nikt nie zwracał na nich uwagi, wszyscy podziwiali i komentowali niespodziewane widowisko. Bardzo szybko zgromadził się spory tłumek gapiów. Zaczęli również nadjeżdżać samochodami widzowie z okolicznych wsi. Pożar objął już wszystkie zabudowania gospodarstwa pana Leona. Nagle usłyszano głośne wybuchy, które nie pochodziły od fajerwerków. Jeden z budynków dosłownie eksplodował. Kawałki cegieł i drewna padły wśród gapiów. Ktoś krzyknął, że w budynku zgromadzone były butle z gazem i kanistry z benzyną. Ludzie w panice zaczęli oddalać się na bezpieczniejszą odległość. W pewnym momencie Andzia zauważyła samochód pana Leona.
„Popatrz!…Przyjechał” – wskazała auto Zenkowi
Leon wyskoczył z samochodu i z obłędem w oczach biegał w tłumie wykrzykując „Gdzie jest ta para, która to zrobiła?!…Ludzie! nie widzieliście ich? Taka młoda pizda z fagasem o wyglądzie debila!…Ludzie! Pomóżcie ich znaleźć!”
Nikt nie reagował. Leon przepychając się nawet wpadł na Zenka, ale go nie poznał
„Pewno są w środku” – zauważył ktoś w tłumie
Właśnie usłyszano syreny wozów strażackich. Wszyscy odwrócili się w stronę nadjeżdżających pojazdów
„Chodźmy stąd, bo się do nas przyczepią” – zaproponował Zenek Andzi
Wycofali się ostrożnie w stronę niewielkiego zagajniczka. Nikt ich nie zauważył.
Już za pierwszymi drzewami byli w całkowitej ciemności. Poczuli się bezpieczni. Chwilę obserwowali pożar. Dopiero wtedy uświadomili sobie jakie konsekwencje ich mogą za to spotkać.
„Czy ten cały Leon wie, gdzie mieszkasz?” – zapytał Zenek
„Nie wiem…Chyba nie. Wie tylko, że mieszkam blisko zakładu, no i zna moje nazwisko” – odparła Andzia z płaczem
„No to ciebie znajdzie”
„Jak mnie znajdzie, to ciebie też”
Robili sobie jeszcze przez chwilę wymówki. W końcu doszli do wniosku, że w Bydgoszczy nie ma dla nich przyszłości. Trzeba się wynieść z tego miasta. Tylko dokąd? Zastanawiając się nad tym trudnym pytaniem postanowili wrócić piechotą do domu.
W zagajniku było tak ciemno, że nie wiedzieli w którą stronę iść. Wyszli na jego skraj. W oddali widać było nieugaszony pożar. W słabym jego świetle znaleźli ścieżkę prowadzącą do drogi. Ruszyli nią w kierunku, który wydawał się im właściwy. Zegarek Andzi wskazywał za dwadzieścia dziesiątą. Na drodze było pusto. Minęły ich dwa czy trzy samochody, ale na ich szczęście nie zatrzymały się. Po godzinie doszli do przystanku autobusowego. Nie było ludzi oczekujących na autobus. Z wiszącego rozkładu jazdy zorientowali się, że idą we właściwym kierunku. Ruszyli przed siebie.
Do domu, w którym mieszka Andzia dotarli po drugiej w nocy. Zauważyli światło w oknie dużego pokoju i cień chodzącej w nim matki Andzi. Chwilę stali pod domem niezdecydowani co robić dalej. W końcu postanowili wejść na górę.
„Co żeś ty narobiła córuś?!” – odezwała się matka Andzi, gdy tylko weszli do mieszkania.
Matka powiedziała, że przed godziną obudził ją łomot do drzwi. Człowiek za drzwiami powiedział, że nazywa się Leon Wąsik i że przyszedł w sprawie córki. Wpuściła go. Myślała, że Andzi coś się stało. Okazało się, że szuka Andzię. Powiedział, że zatrudnił Andzię i że ona podpaliła mu gospodarstwo, które całe poszło z dymem. Domagał się, aby mu powiedzieć gdzie ona się ukrywa. Matka odpowiedziała zgodnie z prawdą, że nie wie gdzie jest córka i że dawno powinna być w domu. Gościu bardzo wzburzony wyszedł i obiecał przyjść z rana z policją.
Andzia i Zenek bardzo się przestraszyli, nie spodziewali się, że pan Leon tak szybko się zjawi w mieszkaniu Andzi. Wytłumaczyli w kilku słowach płaczącej matce co się stało i że muszą uciekać, Andzia pospiesznie spakowała swoje najpotrzebniejsze rzeczy do dużej torby turystycznej. Z pudełka po czekoladkach zabrała pieniądze odkładane na ewentualny posag. Pożegnała się z matką. Ojca nie budziła, Obiecała wkrótce dać znać, gdzie się zatrzymała.
Wyszli z domu. Postanowili iść do domu rodzinnego Zenka. Andzia ledwo dźwigała ciężką torbę. Chciała, aby Zenek ją niósł, ale Zenek odmówił tłumacząc się bólem poparzonej ręki.
Po półgodzinie dotarli do domku rodziców Zenka. Obudzili ich. Usiedli w kuchni z ojcem i matką Zenka oraz jego bratem. Opowiedzieli w krótkich słowach co się stało i że teraz szuka ich policja i że muszą wyjechać z Bydgoszczy. Zenek się rozkleił. Powiedział, że nie chce zgnić w więzieniu, że jest ranny i bardzo cierpi. pokazał matce poparzoną rękę
„Nie płacz Zenuś” – pocieszał go brat – „Nie pozwolimy abyś gnił w pierdlu. Coś wymyślimy”
Podczas gdy brat pocieszał Zenka, matka, pielęgniarka pracująca w bydgoskim szpitalu fachowo oceniła oparzenie i stwierdziła, że to nic poważnego. Ponieważ Zenek nalegał, przemyła mu rękę jakimś płynem z domowej apteczki i owinęła bandażem elastycznym. Dopiero wtedy się uspokoił.
„Powinniście wyjechać z Polski” – stwierdził brat Zenka
Ojciec się z nim zgodził. Tylko matka załamała ręce mówiąc
„Przecież ten nieborak zginie poza domem. Nawet sobie skarpetek sam nie wypierze…”
„Ja się nim zajmę” – przerwała jej Andzia
„O! to mi się podoba” – stwierdził ojciec – „Energiczna kobita. Taką mu trzeba”
„Ale żeś się urządził, chłopie” – wtrącił brat
I nie wiadomo co miał na myśli. Konieczność ukrywania się, czy to, że Andzia się nim zajmie?
„To dokąd mamy wyjechać?” – zapytał płaczliwie Zenek
„Zaraz coś wymyślimy” – powiedział brat Zenka
„Ale chyba nie o suchym pysku” – zauważył ojciec i zwrócił się do żony – Matka! Przynieś z kuchni flaszkę i coś do przekąszenia”
„No i powód do chlania się znalazł” – zrezygnowanym głosem odezwała się matka Zenka do Andzi – „Chodź, pomożesz mi w kuchni”
Gdy na stole znalazła się flaszka Wyborowej, a potem jeszcze jedna, bardzo szybko udało się obmyśleć plan ratowania Zenka i Andzi od gnicia w pierdlu. Otóż panowie postanowili przy cichej akceptacji obecnych na nardzie pań, że zaraz z rana brat odwiezie Zenka i Andzię do swojego domu w Neuruppin
„To tylko sześćdziesiąt kilometrów na zachód od Berlina. Stąd będzie jakieś pięćset kilosów. Jak dobrze przycisnę to moje audi zawiezie nas w cztery godziny” – stwierdził brat
„Zaraz, zaraz” – przerwała mu matka – „Nie tak z rana. Musisz najpierw wytrzeźwieć i uzgodnić ten wyjazd z żoną”
„Co tu uzgadniać. Brata muszę ratować. Zawiozę ich i jeszcze tego samego dnia wrócę do Bydgoszczy”
Matka chciała coś odpowiedział, ale dyskusję przerwał energicznie ojciec.
„Matka ma rację! Nigdzie po pijaku nie pojedziesz. Jest już szósta. Jazda na górę do łóżek!”
„Gdzie ja będę spać?” – zapytała cicho Andzia
„Jak to gdzie?…” – zdziwiła się matka – „Ze swoim chłopem będziesz spać”
„Ale…” – wtrąciła Andzia
„Co ale?…Nie udawaj niewiniątka. O ślubie pomyślimy, jak będzie po wszystkim” – odparła matka Zenka.
Zenek bardzo się ucieszył, że ten pełen dramatycznych wydarzeń dzień kończy się w taki sposób. Niestety, pół godziny później po powrocie z łazienki, po wieczornej toalecie posmutniał bardzo dowiedziawszy się, że Andzię bardzo boli głowa.
W poniedziałek obudziły ich jakieś hałasy dochodzące z dołu budynku. Zenek poderwał się gwałtownie z łóżka chcąc sięgnąć zegarek leżący na parapecie okna
„O! Jezu!” – jęknął
„Co ci jest?” – zaniepokoiła się Andzia
„Łeb mi pęka. Chyba mnie zaraziłaś tym swoim bólem głowy…”
„Głupi jesteś. Wychlałeś za dużo wódy przed spaniem. Kaca masz”
Zenek nic nie odpowiedział. Podszedł do okna i spojrzał na zegarek. Dochodziło w pól do jedenastej. Już miał wrócić do łóżka, ale spojrzał przez okno
„Jezus! Maria!…uciekajmy!”
Mówiąc to zaczął w panice biegać po pokoju. Nie mógł odnaleźć skarpetek. Wkładał spodnie na piżamę
„Co się stało?!” – zapytała Andzia
Nie doczekała się odpowiedzi. Zenek mocował się ze spodniami i powtarzał spanikowany
„Co robić?…Co robić?…”
„Uspokój się!” – wydarła się Andzia – „Co się stało?!”
„Przyjechali po mnie!” – odpowiedział płacząc
„Kto przyjechał?!”
„Policja…Stoją przed domem”
Andzia podniosła się z łóżka i podeszła do okna. Chwilę się przyglądała temu co się za oknem działo
„Rozmawiają z twoim ojcem…O! Już odjeżdżają”
Odwróciła się w stronę pokoju, ale Zenka w nim nie było. W tym samym momencie usłyszała jego krzyk pełen bólu. Krzyk dobiegał jak by z zewnątrz z drugie strony budynku. Od podwórka. Andzia wybiegła z pokoju i od razu zauważyła w otwartych drzwiach łazienki znajdującej się naprzeciwko, otwarte okno a za nim sterczącą gołą nogę. Podbiegła do okna. Była to noga Zenka. Zenek wisiał głową w dół zaczepiony lewą nogawką spodni o blaszany zewnętrzny parapet. Szamotał się i powoli wysuwał się ze spodni oraz piżamy, którą miał pod spodem. W pewnym momencie zorientował się, że wypadnie ze spodni i przestał się szamotać.
„Zenuś! Zaraz ci pomogę! Poczekaj chwilkę zaraz odczepię spodnie z tej blachy!” Mówiąc to starała się unieść spodnie z Zenkiem w środku tak aby je odczepić z parapetu
„Nie! Zostaw to!” – wydarł się Zenek – „Nie ruszaj bo spadnę! Zawołaj pomoc!” Andzia nie musiała wzywać pomocy. Wszyscy byli obudzeni. Sąsiedzi od strony podwórka również. Dwie panienki stały tam na balkonie i bardzo się śmiały. Przed dom wyszedł ojciec Zenka, matka, brat z bratową i ich dzieci. Wszyscy byli w piżamach i mimo grudniowego chłodu przez chwilę się śmiali. Ojciec pobiegł z bratem do garażu. Właśnie przynieśli drabinę, kiedy Andzia dołączyła do tych na dole. Dopiero teraz zobaczyła co tak rozweseliło zebraną rodzinę i sąsiadki naprzeciwko.
Zenek wisiał głową w dół z gołą dupą. Jedną ręką opierał się o ścianę a drugą starał się w dosyć nieudolny sposób zasłonić przyrodzenie. Mimowolnie zaśmiała się. ale tylko na chwilę. Podbiegła do ustawianej drabiny
„Pomogę mu” – powiedział wchodząc na pierwsze szczeble
„Złaź natychmiast!” – zażądał brat Zenka – „Nie dasz rady. Ja go ściągnę”
Andzia niechętnie zeszła z drabiny. Po chwili brat był przy Zenku. Próbował unieść go do góry, ale spodnie Zenka nadal trzymały się mocno parapetu. W pewnym momencie drabina zachwiała się. wszyscy na dole podbiegli do niej i mocno ją uchwycili. Niebezpieczeństwo upadku drabiny zostało zażegnane.
„Za dużo nas tutaj” – stwierdził ojciec – „Ja będę trzymał drabinę a wy łapcie Zenka, gdyby się urwał”
Panie ustawiły się pod Zenkiem. Jego głowa znajdowała się około metra nad ich wyciągniętymi do góry rękoma. Brat w dalszym ciągu próbował go unieść nieco do góry w nadziei, że uda mu się w ten sposób odczepić Zenka spodnie od parapetu. Był już jednak solidnie zmęczony. Zdał sobie sprawę, że nie da rady.
„Niech ktoś odetnie te cholerne spodnie!” – zażądał
„Matka! Łap nożyczki i leć na górę odciąć te cholerne portki!” – zwrócił się ojciec do żony
„Przecież to nowe spodnie. Kupiłam mu jak wyszedł z wojska…”
„Dupa tam spodnie!…Trzeba dzieciaka ratować!” – zdenerwował się ojciec
Matka bez słowa pobiegła do domu. Po chwili ukazała się w oknie nad Zenkiem, ale nie cięła spodni tylko mocowała się z nimi usiłując je odczepić
„Mamo! Tnij! Nie dam rady dłużej go trzymać!” – upomniał ją syn
„Taka strata, taka strata…Nowe spodnie” – biadoliła matka i cięła ze łzami w oczach Gdy już odcięła prawie całą nogawkę, reszta tkaniny zerwała się i Zenek gwałtownie zsunął się w dół. Brat nie zdołał go utrzymać. Na szczęście wpadł w ramiona bratowej i Andzi. Nic mu się nie stało. Po chwili stał już o własnych siłach na nogach i chaotycznie wciągał na siebie spodnie.
Kilka minut później zebrali się wszyscy w dużym pokoju. Zenek, ciągle w szoku posadzony został w fotelu. Reszta rodziny usiadła na kanapie i przy stole. Andzia zauważyła, że Zenek dygoce.
„Zimno ci Zenuś?” – zapytała
Zenek nie odpowiedział. Błędnym wzrokiem rozglądał się dookoła. Matka pobiegła do kuchni zrobić dla niego gorącej herbatę
„Co ci przyszło do głupiego łba, aby skakać z okna?!” – zapytał ojciec
„Przyjechali…Przyjechali po mnie…Gdzie oni są?…Gdzie oni są?” – powtórzył kilka razy przerażony Zenek
„Kto, kurwa po ciebie przyjechał?!” – pytał ojciec.
Zenek nie odpowiadał. Rozglądał się dookoła i powtarzał
„Gdzie oni są?”
„Zenuś widział przez okno samochód policyjny przed domem” – wyjaśniła Andzia „Aha! O to chodzi…” – zorientował się ojciec – „Nie po ciebie synuś przyjechali. Pytali się czy mogę coś powiedzieć o awanturze u sąsiadów. Stary Maciaszczyk znowu obił swoją kobitę…nie po ciebie przyjechali”
Wyjaśnienie ojca dotarło do Zenka. Na jego twarzy pojawił się szeroki uśmiech. Wierzchem dłoni przetarł zapłakane oczy
„Myślałem, że po mnie” – odparł z ulgą
Matka przyniosła właśnie kubek z herbatą
„Pij synku, pij. Herbatka dobrze ci zrobi. Jest z cytryną. Wsypałam pięć łyżeczek cukru, tak jak lubisz”
Potem spojrzała na zniszczone spodnie i znowu zaczęła biadolić
„Co za strata. Nowe spodnie…”
„Przerobię je na krótkie” – przerwała jej Andzia – „Będzie miał na lato”
Jeszcze przez jakiś czas siedzieli przy Zenku pocieszając go i próbując mu dogodzić na różne sposoby. Poza herbatką od mamusi, dostał kielicha od tatusia na wzmocnienie, a Andzia cały czas głaskała go po głowie powtarzając
„No, już dobrze. Jestem przy tobie…No już dobrze…”
Robiła to w jakiś automatyczny sposób. Nie zastanawiała się nad tym. Cały czas było jej tylko przykro, że Zenek uciekając z pokoju nie pomyślał o niej.
„Widocznie tak musi być” – pomyślała
W końcu Zenek stwierdził, że jest bardzo zmęczony i chętnie by sobie pospał. Andzia odprowadziła go do pokoju na górze, a matka w ostrych słowach upomniała swoje wnuki, które się właśnie rozbudzone komentowały wydarzenie, a zwłaszcza gołą dupę Zenka, aby zamknęli jadaczki, bo wujek jest bardzo chory i musi mieć ciszę w domu.
Zenek wstał dopiero na kolację. Przy stole rodzina poinformowała go, że akcja ratunkowa polegająca na wywiezieniu go z kraju została już omówiona i zorganizowana. Jutro z rana brat wywiezie Zenka i Andzię oczywiście, do swojego domu w Neuruppin w Niemczech.
Zenek nigdy nie był u brata w Niemczech i za bardzo nie wiedział, gdzie leży Neuruppin. Brat wciągnął mapę i chciał mu pokazać, gdzie to jest, ale szybko zrezygnował z tego zamiaru. Zorientował się, że Zenek za cholerę nie wie, jak czytać mapę
„Dobra Zenuś. Daj sobie spokój z mapą. Jutro będziecie na miejscu. Teraz przyszykuj się do drogi”.
Zenek nie musiał się przyszykowywać. Zrobiła to za niego matka. Spakowała najpotrzebniejsza jego rzeczy do trzech dużych waliz.
Ojciec wyciągnął ze schowka w piwnicy sporo dolarów w gotówce trzymanych tam na czarną godzinę Wręczając je upomniał go
„Nie przepij tego”
„Nie pozwolę mu przepić” – wtrąciła Andzia
„Oj, źle z tobą chłopie” – jęknął brat
We wtorek, czternastego grudnia roku dwa tysiące czwartego Zenek i Andzia na długie lata opuścili Polskę.
Zamieszkali w domu brata. Andzia od razu dostała pracę w tej samej firmie, w której zatrudniona była żona Zenka brata. Była to na wpół szemrana firma wysyłająca zatrudnionych najczęściej na czarno pracowników do sprzątania w miejscowych zakładach i biurach. Pierwszą pracą Andzi było sprzątanie w pomieszczeniach biurowych miejscowego banku. Nawiasem mówiąc, po latach, po powrocie do Polski Andzia z czystym sumieniem pisała w swoim CV, że pracowała w niemieckim banku.
Zenek z polecenia brata dostał pracę w lakierniczym warsztacie samochodowym. W tym samym w którym pracował jego brat. Niestety, okazało się, że bardzo źle na jego zdrowie wpływają opary lakierów tam używanych. Dziwnym zbiegiem okoliczności zaczął chorować kilka dni potem gdy właściciel zakładu zatrudnił go oficjalnie. Szef nie mógł go teraz zwolnić bez solidnego uzasadnienia.
I w ten sposób Zenek mógłby pracować tam, a raczej być zatrudnionym bardzo długo. Niestety, spotkała go duża niesprawiedliwość. Zenek twierdzi do dzisiaj, że szef, typowy niemiecki polakożerca podłożył mu tak zwaną świnię.
Ponieważ Zenek był chorowity, to perfidny Niemiec dał mu lekką pracę w magazynku firmy. Zenek wydawał pracownikom narzędzia i materiały potrzebne do pracy.
Któregoś pięknego dnia szef wezwał Zenka do siebie. W pokoju szefa był już jego brat, który miał tłumaczyć rozmowę szefa z Zenkiem. Szef pokazał filmik z kamer zainstalowanych w firmie o których Zenek nie miał zielonego pojęcia, że są zainstalowane. (Tak nawiasem mówiąc, od tego momentu, tak bardzo zafascynowały go kamery monitoringu, że je pokochał i wiele lat później zainstalował w swoim mieszkaniu i domu kilkadziesiąt sztuk.) Na filmie widać było jak Zenek pakuje do swojej nadzwyczaj dużej torby, w której przynosił drugie śniadanie drogie narzędzia.
Jedynie ze względu na brata szef nie zgłosił kradzieży na policję. Zażądał tylko aby Zenek zwrócił narzędzia i napisał prośbę o natychmiastowe zwolnienie. Zwolnienie było już napisane. Zenek je tylko podpisał.
I w zasadzie było to Zenkowi na rękę. Od pewnego czasu miał już inne plany związane z pobytem na obczyźnie. Trzymał je na razie dla siebie. Nawet Andzia o nich nie wiedziała. Tak więc nie żal mu było utraconej pracy. Tak naprawdę żal mu było rozstawać się z narzędziami. Piękne komplety błyszczących kluczy nasadkowych oraz elektroniczne suwmiarki były mu tak naprawdę niepotrzebne. Sprzedawać ich też nie zamierzał, po prostu bardzo mu się podobały.
Brat wrócił do domu bardzo wzburzony. Kilka minut później powrócił Zenek. Zawsze wracali razem, więc zarówno żona brata oraz Andzia były zdziwione i zaniepokojone tym, że obaj bracia byli bardzo zdenerwowani. Obaj przeszli szybko do garażu. Dochodziły stamtąd odgłosy głośnej awantury.
Długo trwało zanim obie panie zorientowały się o co chodzi.
Po powrocie z garażu brat zażądał, aby Zenek i Andzia wynieśli się z jego domu natychmiast, albo jeszcze szybciej. Potem brat niemal siłą wszedł do pokoju, w którym mieszkał Zenek z Andzią i mimo protestów obojga przeszukał pokój. W tapczanie znalazł kilka zestawów kluczy nasadkowych oraz elektroniczne narzędzia pomiarowe, między innymi kilka suwmiarek. Zabrał to wszystko do swojego samochodu i pojechał do firmy.
Po tym incydencie Zenek zamknął się z Andzią w pokoju
„Widzisz, że nie da się tu dłużej mieszkać…” – tłumaczył zaszokowanej Andzi – „Ukradł mi moje narzędzia…”
„Skąd je miałeś?” – przerwała mu
„Jak to skąd?…Zdobyczne”
„Ukradłeś…”
„Zaraz ukradłeś. Szkop marnie płaci, więc potraktowałem to jako część zapłaty” – wyjaśniał
I nie czekając aż Andzia ochłonie uświadomił ją jak źle są traktowani w tym kraju, i że nawet jego rodzony brat został tak zniemczony, że nie można z nim wytrzymać „Jeszcze urządzę braciszka, zniemczonego skurwysyna… Z pierdla nie wyjdzie…”
„Daj mu spokój. Poza tym on nie jest zniemczony. Myślę, że tylko nabył niemieckiej mentalności” – wtrąciła Andzia.
„Czego?” – zapytał Zenek zdziwiony
„Mentalności” – powtórzyła myśląc, że Zenek niedosłyszał
„Co to jest?”
„To sposób bycia…Słyszałeś pewno takie powiedzenie, kto z kim przystaje, takim się staje”
Andzia próbowała mu wyjaśnić tak jak umiała
„Aha! To przecież to samo. Zniemczyli go…”
„Głupi jesteś. To nie to samo. Ty mógłbyś mieszkać tu ze sto lat i tak by ci się twoja polska mentalność nie zmieniła, bo jesteś za…” – przerwała.
Zorientowała się, że się zapędziła
„Za głupi jestem, tak? Uważasz, że nie potrafię zmienić sobie meda…madel…No czego nie potrafię zmienić? Szybko! Podpowiedz mi”
„Men-tal-no-ści!… zapamiętaj to sobie!”
„Zapamiętam. Pokażę ci, że jak zechcę to będę zmieniał co tydzień”
Andzia nie podjęła dalszej dyskusji o mentalności. Chwilę milczeli. Potem Zenek poinformował ją, że już od pewnego czasu nawiązał kontakt z ziomalem który namawia go na przyjazd do siebie. Ziomeczek zapewnił Zenka, że o dobrze płatną pracę tam łatwo.
Dalej Zenek przedstawił Andzi jak wspaniała przyszłość się przed nimi maluje. Nakreślił przed nią swoje plany, a że miał gadane, więc szybko ją do nich przekonał. W rezultacie już dwa dni później, w poniedziałek czwartego września roku dwa tysiące szóstego Zenek i Andzia opuścili niegościnny dom brata i wrogi Polakom kraj. Udali się do kraju, który był częścią planu Zenka, kraju znacznie bardziej gościnnego, a mianowicie do Wielkiej Brytanii. Ale zanim wyjechali Zenek odwiedził poznanego Polaka, który dobrze znał niemiecki. Poprosił go o napisanie listu po niemiecku. Zapłacił mu sowicie dolarami otrzymanymi od ojca. List zaczynał się od słów: Uprzejmie donoszę…
Po kłótni z bratem Zenek pogniewał się na niego i w ogóle na całą rodzinę. Zadecydował, że nie chce mieć z nią żadnego kontaktu, więc nie poda im nowego adresu w UK. Andzia była innego zdania. Chciała mieć możliwość telefonowania i pisania do matki. Zenek zażądał od niej, aby tego zaniechała. Zgodziła się na to bardzo niechętnie.
Dopiero kilka miesięcy później w tajemnicy przed nim napisała list do matki w którym wyjaśniła, że są teraz w Wielkiej Brytanii w małym miasteczku o nazwie Sudbury. Mieszkają w wynajętym pokoju. Na razie im to wystarcza. Pochwaliła się, że pracuje w McDonaldzie, w kuchni, ale jak poduczy się języka to będzie obsługiwać klientów. Napisała, że Zenek też dostał pracę. Pracuje w magazynie z narzędziami i artykułami budowlanymi. Andzia poprosiła matkę, aby pokazała ten list rodzicom Zenka i przekazała im ich adres w Sudbury, ale żeby oni broń Boże nie wydali się przed Zenkiem, że dostali adres od niej. Najlepiej niech piszą do niej na poste restante to ona im przekaże co u nich słychać.
Na koniec zapytała o Wąsika, swojego ostatniego pracodawcę w Polsce, tego któremu niechcący spalili gospodarstwo. Interesowało ją czy Wąsik tak jak się odgrażał wtedy gdy jej szukał, przyszedł z policją i czy policja ją szuka.
Po dwóch tygodniach dostała odpowiedź. Matka w pierwszych słowach obtańcowała ją za tak długi brak wiadomości. Potem podziękowała za list. Była u rodziców Zenka. Nie chcą go znać za to co zrobił bratu. Doniósł szefowi, że brat systematycznie przyprawia mu rogi. Szef wyrzucił brata z pracy i nasłał na niego dwóch ruskich którzy pracowali na pobliskiej budowie. Obili go okrutnie. Przeleżał w szpitalu dwa tygodnie. Brat jest teraz w domu rodziców. Żona zabrała dzieciaki i wróciła do mamusi do Łodzi.
Dalej matka napisała, że nie chcą dostawać o nim wiadomości, ale ona postara się im je przekazywać jak tylko im złość na Zenka minie.
Co do Wąsika to matka napisała, że popełnił samobójstwo. Dowiedziała się o tym od jego syna. Ignacy, syn Wąsika przyszedł do niej, bo miał nadzieję, że dowie się coś o motywach samobójstwa ojca. Pokazał pożegnalny list ojca wysłany do niego zanim się powiesił. Ignacy Wąsik nic z tego listu nie rozumiał. Napisany był ręcznie, bardzo niewyraźnie i chaotycznie. Z listu można było zrozumieć, że Wąsik kończy ze sobą z powodu Andzi – „To przez Andżelikę nie chce mi się żyć. Zaufałem jej a ona doprowadziła mnie do ruiny” – pisał. Ignacy wytłumaczył sobie, że ojciec miał romans z Andzią i że ona go rzuciła, dlatego targnął się na życie.
Matka nie wyprowadziła Ignaca z błędu. Powiedziała, że córka nie zwierzała się jej ze swoich intymnych spraw, oraz że nie wie, gdzie przebywa w tej chwili.
Dalej w liście było coś niewyraźnie o pożarze i Policji. Tej części listu nie można było odczytać w całości. Niektóre słowa i zdania napisane były nieczytelnie. Wąsik pisał je prawdopodobnie po pijanemu. W każdym razie Ignacy wydedukował z nich, że Policja prowadziła śledztwo w sprawie przechowywania tam materiałów wybuchowych niewiadomego pochodzenia.
Matka Andzi domyśliła się, że Ignacy nic nie wie o fajerwerkach i że Andzia była w pożar zamieszana. Zapytała udając zaciekawioną o jaki pożar chodzi. Odpowiedział jej, że ojciec miał odziedziczone po rodzicach stare zrujnowane budynki gospodarcze w pobliżu Bydgoszczy. Zwoził tam jakieś stare rupiecie i różne rzeczy kupowane okazyjnie, często niezbyt legalnie. Ojcu poszło to wszystko z dymem i że to dla niego, to znaczy dla Ignaca, tylko dobrze, bo gdyby nie ten pożar to musiałby się tym zajmować, a on nie ma na to ani głowy, ani ochoty.
Matka nie zgłębiała dalej tematu pożaru. Gdy Ignacy pożegnał się i wychodził nie mogła się powstrzymać, aby nie zapytać jak do nie trafił. Dowiedziała się, że Ignacy przeglądał pozostawione przez ojca dokumenty i znalazł w nich adres Andżeliki.
Andzia list przeczytała z uwagą. Wiadomość o śmierci Wąsika nie wzbudziła w niej poczucia winy, Przeciwnie. W pierwszej chwili zła była, że przez niego musiała uciekać z Polski. Jak się teraz okazało, zupełnie niepotrzebnie. Ale już po chwili doszła do wniosku, że właściwie to niema co tej ucieczki żałować. W Polsce nigdy by nie doszła do tego co ma teraz.
Bardzo chciałaby podzielić się z Zenkiem wiadomością o Wąsiku, Ale nie mogła tego zrobić, ponieważ nie chciała ujawnić przed nim, że nawiązała kontakt z matką.
Ten kontakt z matką utrzymywała w tajemnicy przed Zenkiem przez następne kilka lat.
W międzyczasie można powiedzieć, że obrośli w piórka. Wynajęli mieszkanie na własny rachunek i na poważnie zaczęli myśleć o kupnie domu. Obydwoje zrobili Prawa Jazdy. Kupili pierwszy samochód. Używany, ale zawsze. Zenek zaczął odczuwać chęć pokazania się ze swoim dorobkiem. Nie tyle rodzinie, ile swoim pozostawionym w Polsce kumplom. Ponieważ mieli już swoje telefony komórkowe nie mieli problemu, aby komunikować się z Polską. Oboje robili to w tajemnicy przed sobą.
Andzia już od dawna nie korespondowała z matką. Telefonowanie było łatwiejsze. To Andzia zawsze w czasie przerwy w pracy telefonowała do matki. Matka nigdy do niej, nie ze względu na koszty, ale z obawy, że Zenek się dowie, iż mają ze sobą kontakt.
Aż któregoś dnia w kwietniu dwa tysiące dwunastego roku wieczorem w czasie kolacji odezwała się Andzi komórka. Andzia zobaczyła na wyświetlaczu, że dzwoni do niej Iwonka Kamińska, koleżanka z Polski. Pobladła, z wrażenia upuściła filiżankę z herbatą. Zrozumiała, że musiało się coś stać złego w domu. To nie koleżanka do niej dzwoniła. Pod Iwonką Kamińską Andzia miała ukryty numer komórki matki. Odebrała telefon przy stole, w obecności obserwującego ją z zaciekawieniem Zenka. Dowiedziała się tego co się już od pewnego czasu spodziewała. Matka powiedziała jej, że kilka godzin wcześniej zmarł ojciec. Andzia zaczęła głośno płakać
„Co się stało?” – zapytał Zenek
„Tatuś umarł” – odpowiedziała
No i od słowa do słowa Zenek dowiedział się, że Andzia ma kontakt z matką od bardzo dawna. Nie próbował robić jej z tego powodu wymówek. W pewnym sensie przyjął to z ulgą. To znaczy nie śmierć ojca Andzi, tylko wiadomość o tym, że Andzia ma stały kontakt z matką.
„Kiedy pogrzeb?” – zapytał
„Mamusia jeszcze nie wie…Zawiadomi mnie jak będzie wiedziała”
„Pojedziesz na pogrzeb” – powiedział niemal rozkazująco
„A ty nie?”
„Nie mam do kogo”
„Głupi jesteś. Zadzwoń do domu. Czas się przeprosić”
„Zobaczę. Może zadzwonię”
Zadzwonił już następnego dnia. Powiedział, że chce przyjechać na pogrzeb ojca Andzi i przy okazji odwiedzić dom rodzinny.
„Aha! Do matki i ojca to przy okazji?!” – zareagowała matka
Rozmowa z nią była trudna, ale owocna. Przebaczyła mu to co zrobił bratu. Obiecała przekonać ojca, aby też mu wybaczył i pozwolił przyjechać do domu. Zenek dowiedział się, że brat uzyskał przebaczenie od żony, że znów są razem. Wyjechali tym razem do Monachium. Brat pracuje jako lakiernik u znajomego Niemca, którego poznał wcześniej. Ania, jego żona pracuje na zmywaku w pijalni piwa. Potem matka namawiała Zenka, aby zadzwonił do brata. Tłumaczył jej, że nie może zadzwonić do niego, bo nie zna numeru telefonu
„Boisz się, Zenuś zadzwonić do niego, prawda?”
„Nie boję się, tylko…”
„Co tylko?” – przerwała mu – „Zadzwoń i przeproś. Nakłonię go, aby ci wybaczył” Dała Zenkowi numer do brata i na tym rozmowa się zakończyła.
Cały następny dzień układał sobie w głowie rozmowę z bratem. Niestety, nic sobie nie ułożył. W końcu zmęczony tym układaniem w głowie, nawiasem mówiąc myślenie zawsze go męczyło, więc zmęczony tym układaniem rozmowy doszedł do wniosku, że nie będzie dzwonił do niego
„Poczekam. Wszystko samo się ułoży” – pomyślał i zaraz poczuł się lepiej
Ale nie na długo. Zadzwonił ojciec. Rozmowa była jeszcze trudniejsza, ale w końcu dostał od ojca pozwolenie na przyjazd do domu.
Pozostało do załatwienia to co było dla niego najcięższe. To znaczy kilka dni urlopu. Nie miałby najmniejszego problemu, aby go uzyskać. Szefowie firmy Toolstation Sudbury w której pracował jako operator wózka widłowego nigdy nie robili trudności, gdy ktoś z pracowników musiał niespodziewanie wziąć kilka dni wolnego. Niemal wszyscy w magazynach pochodzili spoza Wielkiej Brytanii i zdarzało się, że musieli w nagłych sprawach wyjechać w rodzinne strony. Tak więc nie to było problemem, który sprawiał, że Zenek miał mieszane uczucia co do wyjazdu na pogrzeb.
To co sprawiało, że wolałby pozostać w domu i chodzić dzień w dzień do pracy, zamiast wyjechać na kilka dni do Polski, to była świadomość utraty spodziewanych korzyści.
Oczywiście nie chodziło o pieniądze jakie otrzymywał w firmie Toolstation Sudbury jako operator widlaka. Nie. Idąc na urlop nic nie tracił finansowo. O te zarobki się nie martwił. Chodzi o to, że Zenek znalazł sobie sposób pozyskiwania pewnych, nazwijmy to „korzyści”.
Gdyby Zenek zamienił te „korzyści” na pieniądze to uzbierałby znaczną sumę. Zenek tego nie robił z dwóch powodów. Po pierwsze, żal mu było zamieniać pozyskane „korzyści” na pieniądze, a po drugie, nawet gdyby się na to zdecydował, to nie wiedział, jak to zrobić.
Ale wracając do konieczności wyjazdy na pogrzeb do Polski. Wypadł ten wyjazd w czasie, kiedy to do magazynów, w których pracował zapowiadany był przywóz dużej ilości elektronarzędzi z Azji. Miało to być pięć tirów. Ich rozładunek, jak zwykle należałby do jego obowiązku. I Jak zwykle przy tego rodzaju pracy część ładunku spadała z widlaków lub bardzo wysokich półek magazynowych i ulegała zniszczeniu lub uszkodzeniu.
Rutyna w magazynie była taka, że do tych uszkodzonych, lub zniszczonych kartonów z drogimi narzędziami wzywano kierownika magazynu. Spisywano protokół, w którym opisywano zdarzenie oraz wyrządzone szkody. Następnie na polecenie kierownika Zenek odwoził uszkodzone przedmioty do specjalnego magazynu.
I tu pojawia się kreatywność Zenka. Odwożąc uszkodzone przedmioty do owego magazynu zamieniał je na nieuszkodzone. Te uszkodzone lądowały na półkach wśród nieuszkodzonych, a nieuszkodzone zawoził do magazynu przedmiotów uszkodzonych. Tam zwykle czekały miesiącami na to, aby specjalna komisja podjęła decyzję co z nimi zrobić. Teoretycznie czekały tyle miesięcy. Magazyn ten nie był specjalnie strzeżony i miał jedno z wyjść bezpośrednio na zewnątrz na niewielką ślepą uliczkę. Wejście to było tak jak wszystko w firmie Toolstation Sudbury zaalarmowane i zapieczętowane specjalnymi plombami. Ale jeszcze raz okazał się, że gdy jest silna motywacja, to bardzo szybko ujawnia się kreatywność. Tak było i w tym przypadku. Zenek, który miał alergię do książek i wrodzoną trudność z przyswajanie sobie wiedzy przestudiował znalezioną w magazynie instrukcję (po angielsku!) o zabezpieczeniach antywłamaniowych i bardzo szybko potrafił alarm w drzwiach magazynu zneutralizować. Z plombą też nie miał problemu. Reszta to już błahostka. Podjeżdżał późnym wieczorem samochodem po drzwi od strony ślepej uliczki i wynosił uprzednio przywiezione nieuszkodzone przedmioty. W ten sposób zgromadził w domu sporo różnorakich narzędzi i przyrządów elektronicznych. Nie miał dla nich żadnego zastosowania, ale ponieważ kochał gadżety, więc je gromadził i nie zamierzał sprzedawać.
Było tego w domu już tak dużo, że Andzia narzekała na brak miejsca do życia. Nalegała na Zenka, aby coś z tym zrobił, najchętniej sprzedał i wtedy mogliby pomyśleć o kupnie domu. Zenek niechętnie przyznawał jej rację, ale nic nie robił w tym kierunku.
Dopiero kiedy pewnej nocy Andzia po ciemku udawała się do toalety i boleśnie uderzyła się stopą o stojący przy łóżku kompresor Zenek został zmuszony do pozbycia się części zdobytych „korzyści”.
Nie. Nie sprzedał ich. To byłoby dla niego zbyt bolesne. Znalazł ogłoszenie o wolnych garażach do wynajęcia. Wynajął jeden i tam przewiózł wszystko co do tej pory zdobył. Tylko część pomieszczenia wypełnił „korzyściami”. Zostało bardzo dużo wolnego miejsca. Ucieszyło to go i nawet przestał się gryźć tym, że wynajęcie garażu kosztowało sporą sumkę miesięcznie.
„Odbiję sobie to wkrótce” – pocieszał się
Właśnie to „wkrótce” zbliżało się, a tu wygląda na to, że wyjazd na pogrzeb pokrzyżuje te piękne plany. Zenek niemal nic nie spał ostatnimi nocami, główkując jak by tu przekonać Andzię, że musi pojechać do Polski sama a on musi, po prostu musi pozostać w domu.
Telefon Andzi zadzwonił jak poprzednio przy kolacji. Matka informowała, że pogrzeb ojca odbędzie się w sobotę dwudziestego pierwszego kwietnia
„Mamo! Przecież to za trzy dni! Nie mogłaś nas zawiadomić wcześniej?! – Nie zdążymy przyjechać…” – panikowała Andzia
„Dowiedziałam się o terminie kilka godzin temu” – odpowiedziała matka – „Nowe terminy na cmentarzach są dopiero w połowie maja. Ojciec nie może tyle czekać. Wiesz, że był zawsze niecierpliwy…”
„Co ty mówisz, mamo?!” – przerwała matce Andzia – „Jemu jest to już obojętne” „Przepraszam córuś. Jeszcze nie mogę dojść do siebie. Przyjedź jak najszybciej. Potrzebuję twojej pomocy”
W tym momencie wtrącił się Zenek, który doskonale słyszał całą rozmowę
„Zaraz kupię bilety na samolot i jeszcze jutro odlecisz do Polski. Ja przyjadę samochodem kilka dni później”
„Dlaczego nie możesz polecieć ze mną?” – zdziwiła się Andzia
Spodobał jej się pomysł z samolotem, ale nie widziała powodu, dla którego nie mogliby polecieć razem.
Zenek, słuchając rozmowy Andzi z matką nagle zdał sobie sprawę, że oto ma wspaniałą okazję, aby wysłać Andzię na pogrzeb i zastać samemu kilka dni i obsłużyć spodziewany transport tirów. Szybko wytłumaczył Andzi, że lecąc samolotem będzie mogła zabrać tylko najbardziej niezbędne rzeczy, a przecież po tylu latach nieobecności w kraju dobrze by było przywieść jakieś upominki dla rodzin i znajomych. Obiecał się tym zająć.
Po krótkiej dyskusji przekonał Andzię do swojego pomysłu.
Matka Andzi, która cały czas przysłuchiwała się przez telefon ich dyskusji też przyznała, że Zenek ma rację i że nic złego się nie stanie jak nie będzie go na pogrzebie
„Ojciec go na pewno nie pamięta, więc nie będzie mu przykro, że Zenusia nie będzie”
Zaraz po kolacji Zenek usiadł do laptopa i dosyć szybko kupił dla Andzi bilet na lot do Warszawy. Bardzo był z siebie zadowolony. Nie dlatego, że udało mu się kupić bilet. Zadowolony był dlatego, że wszystko nagle ułożyło się po jego myśli. Jednak ten błogi stan zadowolenia mąciła jeszcze jedna sprawa, z którą musi się uporać, to jest rozmowa z bratem
„Jutro zadzwonię” – postanowił
Posiedział jeszcze trochę przy komputerze oglądając ulubione filmiki z niegrzecznymi dziewczynkami. Zawsze to robił przed pójściem do łóżka, podczas gdy Andzia oddawała się wieczornej toalecie w łazience. Gdy była gotowa, szybko kończył oglądanie i on z kolei zajmował łazienkę, a potem szybko do łóżeczka i lulu.
Tym razem nie mógł usnąć. I to nie niegrzeczne dziewczynki oglądane w Internecie były tego przyczyną. Zenka gnębiła myśl o koniecznej rozmowie z bratem. Nie za bardzo wiedział, jak ją zacząć. Nie mogąc usnąć układał sobie w głowie różne warianty rozmowy i zgadywał spodziewaną reakcję na nie brata. Trwało to do drugiej. Wiercił się przy tym w łóżku i obudził Andzię
„Co się dzisiaj tak wiercisz jakbyś miał owsiki w dupie?!” – zareagowała wściekle
„Muszę jeszcze coś zrobić…”
„To zrób szybko, może ci ulży na żołądku i uśniesz” – przerwała mu
Zenek nie wyjaśniając Andzi, że nie to musi zrobić o czym ona myśli, wyszedł z sypialni zabierając ze sobą telefon. Usiadł przy stole w kuchni i wyszukawszy dopiero co zapisany numer telefonu brata nacisnął zieloną słuchawkę.
Czekał dosyć długo. Już miał zrezygnować i wrócić do łóżka, gdy nagle usłyszał zaspany głos brata
„Halo…”
„To ja, Zenek…”
Przerwał. Przez chwilę trwała cisza w telefonie. Nagle usłyszał wściekły głos brata
„Co ci, kurwa przyszło do głupiego łba, aby dzwonić do mnie po drugiej w nocy!” „Chcę przeprosić za kłopot jaki przeze mnie miałeś…” – Zenek zaczął przyjaznym głosem
„Kłopot?!…Życie mi zniszczyłeś! Zdrowie mi bandziory zniszczyli! Pracę straciłem! Żona odeszła! Musiałem się stamtąd wynosić! Dom za bezcen sprzedałem, a ty przepraszasz za kłopot?!…W dupie mam twoje przeprosiny!” – krzyczał brat do telefonu
„To znaczy, że masz do mnie jeszcze żal, tak?”
„Żal?!…Gdybym mógł to bym cię gnoju, zadusił własnymi rękoma. Masz szczęście, że matka się za tobą wstawiła. Obiecałem jej, że cię nie ruszę, ale wiedz, że to tylko do czasu, póki ona żyje…Potem się policzymy…”
„Chcę przyjechać do domu” – przerwał mu Zenek – „Odwiedzić matkę. Pozwolisz mi?”
„To jest mój dom i nie chcę ciebie w nim widzieć. Obiecałem matce, że cię nie ruszę, ale nie chcę przebywać z tobą pod jednym dachem. Gdy przyjadę do Polski i zastanę cię tam, to nie wiem, czy dotrzymam danego matce słowa”
„Wybacz mi…Proszę”
„Pocałuj mnie w dupę!” – odpowiedział brat i przerwał połączenie.
Zenek po rozmowie z bratem stwierdził, że musi się napić. W barku w kształcie dużego globusa z ciemnego drewna stały tylko trzy butelki. Tylko whisky. Skrzywił się z niesmakiem. Powinna być jeszcze Wyborowa i Żubrówka. Przypomniał sobie, że się skończyły kilka dni temu. Szkoda. Musi się nabić tych cholernych mydlin. Tak nazywał whisky. Ale tylko w duchu. Nigdy nie wyrażał się o tym alkoholu w ten sposób nawet wobec Andzi.
Whisky w domu zawsze musiała być. Czasem wpadali do niego ziomale których sporo pracowało w Sudbury i okolicach, wtedy częstował ich szklaneczką whisky. Żaden nie odmawiał. Krzywili się, ale pili jak starzy britole. No może niezupełnie jak britole. Najczęściej wypijali wszystko jednym haustem i najchętniej zagryźliby to kiszonym ogórkiem, ale z braku takowych połykali duże ilości orzeszków ziemnych. Teraz Zenek zastanawiał się której whisky się napić. Wziął do ręki butelkę Ballantine’s. Szybko odstawił ją. Potem obejrzał dokładnie Johnnie Walker Red Label i w końcu zdecydował się na Jack Daniel’s Old No.7
„Wszystko to samo gówno” – mruknął pod nosem – „Ale ta najlepiej mi wchodzi z Colą”
Z lodówki w kuchni wyciągnął butelkę Coli. Wrócił do pokoju. Usiadł w fotelu obok globusa. Nalał do szklanki whisky. Tak na oko jakieś dwie trzecie pojemności. Dopełnił Colą. Wypił wszystko od razu. Za trzęsło nim. Siedział przez chwilę bez ruchu. Myślał intensywnie. Analizował rozmowę z bratem
„Pokrzyczał trochę, ale nic mi nie zrobi, jak przyjadę do Polski. Mama mu nie pozwoli. Ojciec też nie. Nie będzie z nimi zadzierał, żeby się nie rozmyślili i nie zmienili zdania co do chałupy” – rozmyślał – „A może dać się obić. Przecież mnie nie zabije. Starzy być może przepiszą wtedy dom na mnie”
Im dłużej analizował rozmowę z bratem, tym bardziej dochodził do przekonania, że nie ma nic do stracenia jadąc do Polski. Przeciwnie, może dużo zyskać. Utwierdziwszy się w swoim przekonaniu wypił jeszcze jedną szklaneczkę whisky z Colą i zadowolony wrócił do łóżka.
Następnego dnia Andzia wstała już o szóstej. Z trudem obudziła Zenka. Głowa mu pękała, był nie wyspany i chętnie by sobie pospał jeszcze ze dwie godzinki, ale Andzia była uparta i mu na to nie pozwoliła. Była lekko spanikowana. Obawiała się, że nie zdąży się spakować
„Kupiłeś mi bilet na lot o trzynastej trzydzieści. Jestem nie spakowana. Nie mam odpowiedniego ubrania. Muszę szybko coś kupić…”
„W Polsce sobie kupisz” – przerwał jej
Przyznała mu rację i zażądała, aby ją odwiózł na lotnisko. Zadzwoniła do pracy. Dostała dwa tygodnie urlopu. Zenek też zadzwonił do szefa. Powiedział, że się źle czuje, co było zgodne z prawdą i w związku z tym dzisiaj zostanie w domu. Zapewnił szefa, że jutro przyjdzie. Gdy to już załatwił zrobił sobie kawę i obserwował Andzi wysiłki z pakowaniem niezbędnych rzeczy na podróż. Z Sudbury do londyńskiego lotniska Stansted mieli do pokonania jakieś sześćdziesiąt kilometrów. Zenek ocenił, że wystarczy im godzina na pokonanie tej drogi i wystarczy, jak wyjadą z domu po dwunastej. Andzia nalegała, aby wyjechać wcześniej. Zgodził się niechętnie. Wyjechali zaraz po jedenastej. No i dobrze zrobili. Ruch na drodze był duży. Kilkanaście kilometrów przed lotniskiem zaczęły tworzyć się korki. Zdążyli w ostatniej chwili. Pożegnali się w biegu. Zenek obiecał przyjechać najdalej za tydzień.
Tak jak obiecał, tak zrobił. Dostał urlop. Wyjeżdżał z domu zadowolony. Zdążył rozładować trzy z zapowiadanych pięciu tirów. Trochę żal mu było, że nie mógł poczekać na pozostałe dwa, no ale trudno. Z tych trzech udało mu się „wygospodarować” dla siebie cztery „korzyści”. Dwie wiertarki udarowe, elektroniczną wagę łazienkową i aparat do masażu pośladków. Mieli już w domu taki aparat do masażu, ale Zenek jak zawsze wyszedł z założenia, że od przybytku głowa nie boli.
Przed wyjazdem zapakował wagę i aparat do masażu do samochodu. Z garażu wyciągnął kilka wiertarek i szlifierek kątowych. Nie wiedział dokładnie kogo nimi obdaruje. Może kolesiów, ale doszedł do wniosku, że to dla nich za drogie podarunki. Postanowił przeznaczyć dla nich zwykłe zwijane taśmowe miarki pięciometrowe. Miał w pudełku od butów kilkadziesiąt sztuk. Zabrał wszystkie. Potem spakował swoje osobiste rzeczy.
W niedzielę dwudziestego dziewiątego kwietnia dwa tysiące dwunastego roku wyjechał z domu. W pobliskim sklepie kupił kilka butelek whisky dla ojca. Po kilku godzinach przybył do Folkestone i niemal od razu wjechał na pociąg jadący przez Eurotunel do Calais we Francji.
Po zjechaniu z pociągu w Calais czuł się wypoczęty. Postanowił dojechać do Bydgoszczy bez zatrzymywania się na nocleg. Na nowo zakupionym urządzeniu nawigacyjnym ustawił sobie cel podróży – Bydgoszcz. Urządzenie pokazało odległość
„Tylko tysiąc dwieście osiemdziesiąt trzy kilometry. Co to dla mojego Audi” – pomyślał optymistycznie.
Już po kilku godzinach prawostronnego ruchu, w którym nigdy nie prowadził samochodu, poczuł się zmęczony. Zatrzymał się, aby zatankować auto. Kupił na stacji benzynowej kanapkę i napój energetyczny, po czym wyjechał ze stacji tak niefortunnie, że tylko cudem uniknął kolizji z autobusem.
W Magdeburgu o drugiej w nocy wjechał na rondo „po angielsku”. Nikt go nie zatrzymał. Dopiero po kilku minutach zorientował się, że coś jest nie tak ze znakami drogowymi. Wszystkie stały odwrócone do niego tyłem. Chwilę minęło zanim zorientował się, że jedzie pod prąd. Na szczęście był sam na drodze. Zawrócił. Wrócił na rondo, na którym źle pojechał. Objechał je dwa razy zanim się zorientował w którą stronę ma jechać
„Nie chcę, a muszę” – powiedział do siebie zasłyszanym gdzieś klasykiem – „Trzeba się przespać”
W pobliżu zauważył szyld Lidla. Wjechał na pusty o tej porze parking przed sklepem. Zaparkował auto w najciemniejszym miejscu. Opuścił oparcie fotela i niemal natychmiast zasnął.
Obudził go telefon od Andzi. Pytała, gdzie jest i kiedy zjawi się w Bydgoszczy. Odpowiedział, że będzie za kilka godzin, ale że najpierw pojedzie do rodziców. Umówił się z nią, że do nie, do mieszkania Andzi matki przyjedzie dopiero jutro. Spojrzał na zegarek. Zbliżała się ósma. Wysiadł z auta i w pobliskich krzakach ulżył pęcherzowi. Poczuł głód. Zastanawiał się chwilę czy nie kupić sobie coś do jedzenia we właśnie otwartym Lidlu, ale zrezygnował z tego. Wrócił do auta. W nawigacji zobaczył, że ma jeszcze pięćset dwadzieścia kilometrów do przejechania i że powinien być u celu podroży za pięć godzin i dziesięć minut.
„Wytrzymam bez jedzenia. W domu zjem to co mi mama poda” – pomyślał
Na myśl o posiłku przyrządzonym przez matkę zrobiło mu się błogo na duszy. Ruszył w drogę z piskiem opon.
Do rodzinnego domu zajechał po piętnastej. Okazało się, że nawigacja zbyt optymistycznie wyliczyła czas przejazdu i drogę pokonał nie w pięć godzi, tylko w ponad siedem. Zatrzymał się przed domem. Zdziwił się, że nikt nie wyszedł go powitać. Zadzwonił przecież i zapowiedział swój przyjazd.
„Pewnie zajęci są szykowaniem przyjęcia z okazji mojego przyjazdu” – pomyślał
Wysiadł z auta. Otworzył furtkę i doszedł do dobrze znanych sobie schodów prowadzących na wysoki parter pod drzwi wejściowe. Były zamknięte. Nacisnął dzwonek. Czekał dosyć długo. Już miał odejść myśląc, że nikogo nie ma w domu, gdy nagle drzwi się otworzyły. Ujrzał za nimi matkę
„A, to ty…” – odezwała się na przywitanie
Zanim zdążył się odezwać, odwróciła się i ruszyła w głąb mieszkania. Ruszył za nią „Myślałem, że czekacie na mnie…” – odezwał się zawiedziony brakiem entuzjazmu matki
„Myślisz, że nie mamy nic lepszego do roboty?” – odpowiedziała nie odwracając się do niego
Weszła do kuchni. On za nią. Dopiero teraz odwróciła się do niego przodem. Przyjrzała się mu uważnie i pozwoliła się przytulić. Ucałowali się.
„No, już dobrze” – powiedziała odsuwając się od niego
„Głodny jestem. Zjadłbym coś”
„Ojciec wróci po piątej, wtedy podam obiad”
„Co będzie na obiad?”
„Jak to co?…Poniedziałek dzisiaj. Mam rosół od wczoraj. Zrobię szybko pomidorowej”
Zenek skrzywił się. Miał nadzieję na przyjęcie z okazji jego przyjazdu a nie na pomidorową. Matka to zauważyła.
„Tam pewno ta twoja codziennie frykasy ci podaje”
„Nie, ale…”
„Co, ale?” – przerwała mu
„Wczoraj jadłem pomidorową” – skłamał
„Na pewno nie taką jak moja”
„Nie…oczywiście nie taką” – zapewnił ją
I szybko dodał
„Muszę iść po coś do samochodu. Zaraz przyjdę”
Nie zatrzymywała go.
W samochodzie Zenek usiadł za kierownicą i miał wielką ochotę odjechać gdzieś do jakiejś restauracji i zjeść coś dobrego. Z trudem powstrzymał się od tego zamiaru. Wysiadł z auta, otworzył bagażnik i po chwili grzebania w nim wyciągnął karton z wagą łazienkową. Oraz drugi z wiertarką udarową. Zdołał jeszcze zabrać torbę z kupionym alkoholem.
Wrócił do domu. Matka była w kuchni. Kończyła robić kanapki z salcesonem.
„Siadaj do stołu i zjedz sobie na razie te dwie sznytki. Herbata zaraz będzie”
Zanim usiadł postawił torbę z butelkami i karton z wiertarką pod oknem a ten z wagą podał matce
„To dla ciebie”
„Co to jest?”
„Waga” – i widząc jej pytającą minę dodał – „Wagą łazienkowa”
„A po cholerę mi to?…Co ja nie wiem, ile ważę”
„Dobrze mieć w domu” – stwierdził
Matka nie podjęła dyskusji o wadze. Odstawiła prezent od syna na parapet okna. Chwilę milczała, potem zapytała
„Kiedy zamierzasz wrócić do domu?”
„Pobędziemy tu z tydzień i wracamy. Musimy do pracy…”
„Nie o to mi chodzi” – przerwała mu – „Kiedy wrócisz do Polski?”
„A po co mam tu wracać? Nic tu nie mam. Tam mam pracę, mieszkanie, dom chcę kupić, a tu?…nawet nie mam się gdzie zatrzymać”
„No, niestety. U nas nie możesz. Dom jest już przepisany na Gienka, a on ci nie pozwoli tu zamieszkać. Ledwo go przekonałam, aby ci nic nie zrobił za tą krzywdę co mu wyrządziłeś…”
„Mamo! Przestań” – przerwał jej
„Przestań…Przestań…Muszę to powiedzieć…Krzywdę wielką zrobiłeś Gienkowi. Ojciec chciał cię wydziedziczyć…”
„Wydziedziczyć, Z czego? Przecież dom dostał Gienek. Jadźka dostała pieniądze na kupno mieszkania a ja nic. To z czego chciał mnie wydziedziczyć?”
„Co ty myślisz synuś, że nic byś nie dostał? Dla ciebie też były pieniądze, tylko uważaliśmy z ojcem, że byłeś…jak by to powiedzieć?…”
„Za głupi, tak?” – wszedł jej w słowo
„Nie, nie. Nie za głupi tylko jeszcze niezbyt dojrzały, aby ci je dawać. Po tym co zrobiłeś Gienkowi ojciec zdecydował, że nic nie dostaniesz. Kupił za te pieniądze działkę na Fordonie dla Gienka. Ojciec chciał, aby ten warsztat lakierniczy, co Gienek chce otworzyć u nas na posesji, zbudował na tej działce co mu kupił. Ale Gienek chce mieć warsztat tu, przy domu. Ta działka sąsiaduje z innym warsztatem samochodowym i Gienek mówi, że nie chce mieć konkurencji pod nosem”
„Czyli z czego chciał mnie wydziedziczyć, skoro moje pieniądze wydał na działkę dla Gienka?”
„No, przecież mówię wyraźnie” – irytowała się – „Z tych pieniędzy co były dla ciebie. Kupił działkę…”
„Tak. Mówiłaś, kupił dla Gienka” – przerwał jej
„Ojciec chciał ją sprzedać, ale nie znalazł nikogo kto by chciał ją kupić. Teraz, jak zadzwoniłeś, że przyjeżdżasz powiedział mi, że ją dostaniesz jak wrócisz do Polski” „Ale ja nie chcę wracać…”
„Nie mów tego ojcu, bo się wścieknie i jej nie dostaniesz. Najlepiej nie mów nic o tej rozmowie”
„Mnie ta działka nie jest potrzebna”
„Ty jednak naprawdę jesteś…”
„Głupi, Tak?”
„Nierozsądny. Niepotrzebna ci ta działka, to ją sprzedasz. Ale nie drażnij ojca i nie mów mu tego. Poczekaj, aż ją przepisze na ciebie. Będziesz miał papiery w ręku i wtedy zrobisz z nią co zechcesz. Dobrze ci radzę” – spojrzała na zegarek – „Oj, późno już muszę szykować obiad. Idź do pokoju, usiądź w fotelu i przemyśl to co powiedziałam. No i pamiętaj, nie drażnij ojca i nie mów, że nie chcesz wracać do Polski”
Zenek przeszedł do pokoju, rozsiadł się w fotelu, w którym dawniej lubił siedzieć przed telewizorem, przymknął oczy i zaczął zastanawiać się nad tym co usłyszał od matki.
„Właściwie to nie mam nic do stracenia” – pomyślał – „Powiem mu, że wróciłbym do Polski, jak bym miał do czego”
Zadowolony z podjęcia słusznej decyzji usnął w fotelu.
A potem przyjechał ojciec. Obudził syna i zaczęła się rozmowa z wymówkami, chwilami ostra. W końcu ojciec się wyładował i uspokoił.
Matka nakryła w dużym pokoju i poprosiła ich do stołu. Zaczęli jeść pomidorową w milczeniu. Zenkowi zupa nie wchodziła, ale nie chciał zrazić matki, więc przemagając się jadł powoli.
W pewnej chwili podniósł się od stołu
„Gdzie?!…jeszcze nie zjadłeś” – odezwał się ojciec
„Przypomniałem sobie coś. Zaraz przyjdę” – odpowiedział Zenek
Poszedł do kuchni. Po chwili wrócił z wiertarką i torbą z butelkami whisky.
„To dla ciebie” – powiedział wręczając karton z wiertarką
Podczas gdy ojciec uważnie oglądał kolorowe opakowanie, Zenek postawił przy nim na podłodze torbę z alkoholem
„Po co mi to?” – zapytał ojciec
„Przyda się w domu”
„Mam ze trzy w garażu” – odpowiedział ojciec
Postawił karton na podłodze. Zauważył torbę z butelkami
„A to co?” – zapytał
„Whisky dla ciebie. Najlepsze jakie u nas są”
„Synuś, ja już od lat kropli alkoholu do ust nie biorę. Lekarz mi zabronił…Zabierz to” „Niech zostanie. Będziesz miał dla gości”
Potem już bez słowa kończyli jeść. Matka zaczęła sprzątać ze stołu, a ojciec poszedł się przebrać. Zenek został sam w pokoju. Nie wiedział co robić dalej. Przesiadł się na fotel i czekał aż ojciec wróci. Postanowił nie zostawać na noc u rodziców. Zresztą mu tego nie zaproponowali.
Po chwili zjawił się ojciec. Zenek zerwał się z fotela i chciał podejść do niego, aby się pożegnać, lecz ojciec nie zważając na niego poszedł do kuchni, zamykając za sobą drzwi. Zenek chwilę stał przy tych drzwiach. Słyszał, że rodzice o czymś szeptem rozmawiają, ale żadne słowo do niego nie dotarło. Zdecydował się wejść do kuchni. Otworzył drzwi. Rodzice przerwali rozmowę i spojrzeli na niego pytająco
„To ja już pojadę do Andzi” – powiedział
Rodzice popatrzyli po sobie. Pierwsza odezwała się matka
„Przyjedź z nią pojutrze, w środę przed południem…”
„Na czternastą musisz ze mną być u notariusza w Bydgoszczy. To jest drugi maja. Rozmawiałem z nim. Ma wolne, ale nas przyjmie” – przerwał żonie ojciec
„Do notariusza? Po co?” – zdziwił się Zenek
„Dowiesz się w środę”
Pożegnali się i Zenek pojechał do mieszkania matki Andzi.
„Co się stało?” – przywitała go pytaniem Andzia – „Miałeś nocować dzisiaj u rodziców”
„Stęskniłem się za tobą”
Spojrzała na niego podejrzliwie
„Pożarłeś się z nimi. Prawda?”
„Nie. Skąd. Po prostu wolę być z tobą. Poza tym mam ci coś do przekazania. Nie chcę z tym czekać”
Zenek zaczął się rozglądać po mieszkaniu
„Gdzie jest twoja mama?” – zapytał
„Już tu nie mieszka” – odpowiedziała mu z tajemniczym uśmiechem
„Jak to?” – zdziwił się
„Wytłumaczę ci, ale powiedz najpierw co masz mi do przekazania”
Zenek w krótkich słowach opowiedział o spotkaniu z rodzicami i że po jutrze pojedzie z ojcem do notariusza. Chcą przepisać na niego działkę budowlaną którą kiedyś kupili dla brata
„Działkę budowlaną?…Po co nam działka?” – zdziwiła się
„Też tak myślałem, ale matka wyjaśniła mi, że jak już będzie moja, to mogę ją sprzedać”
„Jak będzie twoja, a nie nasza to nic mi do tego co z nią zrobisz” – odpowiedziała urażona
„No, mam na myśli nasza. Tak mi się tylko powiedziało, że moja”
„Zawsze ci się tak mówi – Twoje auto, mimo, że ja dałam na nie więcej pieniędzy. Twoje mieszkanie w Anglii, mimo, że ja je wynajmuję. Wszystko jest twoje. Nic nasze. Ty będziesz budował dom, nie my! Ja nic nie znaczę. Ty jesteś pan i władca!…” „Daj spokój. Tak mi się powiedziało” – przerwał jej
Odwróciła się to niego tyłem. Chwilę milczeli.
„Powiedz co z mamą” – poprosił po chwili
Nie odpowiedziała. Doszedł do niej i chciał ją przytulić
„Zostaw!”
Odsunął się od niej gwałtownie
„No, dobra…W takim razie jadę spać do rodziców”
Ruszył energicznie w stronę drzwi
„Wróć!…I nie obrażaj się jak mówię prawdę!” – krzyknęła za nim
Zatrzymał się w pół kroku
„Nie obrażam się. To ty się dąsasz o byle co”
Nie odpowiedziała na zaczepkę
„Mam coś ważnego dla nas” – powiedziała kładąc wyraźny nacisk na – dla nas Usiedli do stołu. Andzia otworzyła leżącą na stole papierową teczkę i wyjęła z niej jakiś papier. Trzymając go w ręku powiedziała
„Zaraz po pogrzebie ojca mama poszła ze mną do notariusza. Tam już wszystko było przygotowane…”
„Co takiego?” – przerwał jej
„Nie przerywaj…Mama od dawna nosiła się z zamiarem przekazania nam mieszkania” – położyła nacisk na – nam
Spojrzała przy tym na Zenka, ale nie zauważyła, aby w jakiś sposób zareagował na to, że demonstracyjnie kładzie nacisk na takie zwroty jak – dla nas i nam.
Nieco zawiedziona, ale nie zdziwiona mówiła dalej
„Nic o tym nie wiedziałam aż do teraz. Powiedziałam jej, że mieszkanie w Polsce jest nam nie potrzebne, ponieważ nie zamierzamy tu wracać. Mama powiedziała, że jej też jest niepotrzebne, bo się z niego wyprowadza…”
„Dokąd?”
„Nie przerywaj…Powiedziała, że jak nie chcemy wracać, to nie, ale mieszkanie nam się przyda jak będziemy przyjeżdżać na wakacje”
Przerwała na chwilę. Zenka korciło, aby zadać kilka pytań, ale nie chciał jej rozpraszać
„No więc poszłyśmy do notariusza. Tam już był przygotowany akt darowizny. Notariusz uzupełnił moje dane z Dowodu Osobistego…Widzisz jak dobrze, że cię zaciągnęłam do Konsulatu w Londynie, aby wyrobić nowe Dowody Osobiste. Teraz się przydał…No więc musiałyśmy wypełnić masę druczków i złożyć masę podpisów, a potem zapłaciłam masę pieniędzy za to wszystko”
„Nawet nie chcę słyszeć ile”
„Dowiesz się po jutrze u notariusza jak ojciec będzie przepisywać działkę na ciebie” – znów podkreśliła zwrot – na ciebie
Tym razem zareagował
„Mieszkanie matka też przepisała tylko na ciebie”
„Bo ciebie przy tym nie było! Nie mieliśmy twoich dokumentów”
„No, dobra. Dajmy z tym spokój” – powiedział ugodowo – „Co z matką? Powiedziałaś, że tu już nie mieszka co się stało?”
„Mama wyprowadziła się do takiej jednej. Znają się jeszcze ze szkoły. Tamta też jest samotna, bezdzietna no i ledwo się rusza. Chodzi o kulach. Ma duży dom tu w Bydgoszczy na Osielsku. Stwierdziły, że razem będzie im łatwiej. Mama pomoże jej w domu. Tamta nie daje sobie z tym rady”
„No, ładnie. Nagle mamy i działkę, i mieszkanie. Co my z tym zrobimy?”
„Nie wiem. Na razie się tym nie martwmy. Jutro jest Pierwszy Maja. Mama nie pracuje. Przyjedzie z jakimiś ludźmi zabrać swoje rzeczy. Wszystko już jest spakowane. Meble zostawia nam. Zabiorą tylko te z pokoju ojca, łóżko w którym zmarł, fotel i biurko. Pościel mama wyrzuciła a ubrania odniosłyśmy do takich puszek Czerwonego Krzyża stojących na parkingu przy sklepie. Wiesz, ludzie wrzucają tam stare rzeczy dla potrzebujących”
„Tak wiem. U nas też są takie”
„Obiecałam, że pomogę w przeprowadzce” – spojrzała na zegarek – „Późno już. Chodźmy spać. Jutro czeka nas dużo pracy…”
„Głodny jestem” – przerwał jej – „Zjadłbym coś”
„Nie jadłeś u rodziców?” – zdziwiła się
„Jadłem, ale się nie najadłem. Masz coś?”
„Odgrzeję ci pomidorowej z obiadu”
„Nie!…rozmyśliłem się. Nie będę jadł przed spaniem”.
„Wy jeszcze nie na nogach?!…Dziewiąta minęła. O dziesiątej przyjadą po meble” Donośny głos tuż nad ich głowami sprawił, że obudzili się wystraszeni. Matka Andzi stała nad nimi. Nie słyszeli jak weszła. Wyskoczyli z pościeli. Zenek pobiegł do łazienki. Andzia zaczęła się ubierać
„Zrobię wam szybkie śniadanie” – powiedziała matka i przeszła do kuchni
Zaraz po śniadaniu zjawili się dwaj panowie z firmy transportowej. Przeniesienie mebli i kartonów z rzeczami matki przebiegło bardzo sprawnie. Już przed dwunastą Zostali sami w mieszkaniu. Andzia stwierdziła, że teraz należy się zabrać za gruntowne posprzątanie mieszkania, zwłaszcza pokoju ojca. Wszystko jest tam przesiąknięte nieprzyjemnym zapachem. Należy dokładnie wymyć podłogi i okna. „Zabierzmy się za to od razu” – zdecydowała
„Wiesz. Przypomniałem sobie, że jestem umówiony u takiego jednego ziomala…” „Jakiego ziomala?” przerwała mu
„Takiego Krzyśka. Dzwoniłem do niego z drogi. Będzie tam kilku kumpli, których nie widziałem od lat”
„Zadzwoń i powiedz, że nie możesz przyjść, bo coś ci wypadło”
„Nie wypada…Nie mogę nie pójść. Oni tam już na mnie czekają. Imprezkę robią specjalnie dla mnie”
„Zawsze się wykręcasz, gdy trzeba zrobić coś w domu”
Zenek tego już nie słyszał. Zdążył zamknąć za sobą drzwi i zejść do samochodu.
Wrócił około siódmej wieczorem. Przyniósł butelkę holenderskiego Adwokata i wiązankę kwiatów. Słabość Andzi do likieru jajecznego sprawiła, że szybko przestała się dąsać na Zenka, zwłaszcza, że przyszedł z imprezki u ziomala całkowicie trzeźwy. Wyraziła nawet przypuszczenie, że skoro przyszedł do domu trzeźwy, to chyba imprezka się nie udała
„Przecież autem pojechałem” – przypomniał jej
Zaskoczyła ją tą odpowiedzią. W Sudbury zdarzało mu się wracać autem „pod wpływem”. Miał jednak szczęście. Nigdy nie zatrzymała go policja. Nawet jak raz późno w nocy rozbił po pijanemu prawą stronę auta przewracając latarnię, to też uszło mu to na sucho. Nikt go nie zauważył. Zostawił wtedy uszkodzony samochód na parkingu przy pobliskim sklepie i następnego dnia zgłosił uszkodzenie parkingowe do ubezpieczyciela. Dostał spore odszkodowanie.
Zdziwienie Andzi szybko minęło po drugim kieliszku Adwokata. Chciała właściwie drążyć temat imprezki u ziomala, ale Zenek nie dał jej dojść do głosu.
Nie był oczywiście u kumpli. Wychodząc z domu chciał się wykręcić od nielubianych prac domowych, więc to spotkanie wymyślił. Po prostu szwendał się kilka godzin po mieście.
Teraz, jak zwykle wypróbowaną metodą nie pozwalając jej dojść do głosu opowiadał ze szczegółami o spotkaniu z kumplami. O tym, że powiedział, iż celem jego przyjazdu do Bydgoszczy jest kupno działki, że zamierza postawić na niej willę i nawet opisał jak ma wyglądać.
Im dłużej bajerował ją zmyśloną historią spotkania, tym bardziej zaczynał wierzyć, że tak było. Gubił się w tym co mówi, ale Andzia, która już zdążyła wypić piąty kieliszek Adwokata nie zauważyła niespójności w jego relacji z rzekomego spotkania z kumplami.
„Co ty na to?” – zapytał
„Na co? – zapytała zaskoczona
„No, żeby wybudować dom tu w Bydgoszczy”
„Po co nam dom w Polsce? Mamy mieszkanie od mamusi. Wystarczy dla nas jak przyjedziemy na wakacje lub przylecimy na weekend”
„Wiesz, domem zaimponujesz znajomkom bardziej niż mieszkaniem”
„A za co mamy ten dom zbudować?”
„Mamy przecież oszczędności, to raz, a dwa, to nie musimy budować od razu. Uzbieramy jeszcze. Coś wymyślę…Wiesz, taka działka jeść nie woła. Z latami nabiera wartości…”
„Nawet nie wiesz, jak ona wygląda i gdzie leży” – przerwała mu
„Jutro się dowiemy jak wygląda i gdzie leży. Wiem tylko, że gdzieś na Fordonie. Zaraz po śniadaniu pojedziemy do rodziców. Na czternastą ojciec pojedzie ze mną do notariusza. Wtedy poznam adres działki. Pojedziemy tam potem ją obejrzeć”
Następnego dnia wcześnie rano Andzia zrobiła jajecznicę z sześciu jajek na boczku z cebulką. Zenek uwielbia taką.
Zaraz po śniadaniu wsiedli w samochód i pojechali do rodzinnego domu Zenka. Była tam już siostra Zenka i jej narzeczony Gustaw. Przywitali się. Zenek opuścił ich na chwilę. Poszedł do auta po prezent dla siostry. Po chwili wrócił z aparatem do masażu pośladków. Dla Gustawa przyniósł pięciometrową zwijaną miarkę i szlifierkę kątową.
Podczas gdy Andzia wyjaśniała Jadzi jak należy stanąć na podstawce aparatu do masażu pośladków i jak założyć pas, aby obejmował biodra i pośladki, oraz jak się włącza poszczególne programy masowania, Zenek wyjaśniał zdziwionemu Gustawowi co to jest szlifierka kątowa. Włączył ją na chwilę. Gustaw przerażony warkotem szlifierki odskoczył gwałtownie do tyłu
„Po co mu to dajesz” – wtrąciła się Jadzia – „Ona ma dwie lewe ręce. Humanistą jest. Uczy w szkole polskiego”.
Poza tym było bardzo miło. Po chwili z góry zszedł lekko zaspany ojciec. Ledwo zdążył się przywitać, matka zaczęła nakrywać do stołu. Przyszykowała śniadanie. Jajecznica na boczku z cebulką. Andzia próbowała się wykręcić od jedzenia mówiąc, że są po obfitym śniadaniu
„Mów za siebie” – uciszył ją Zenek
Andzia chciała odpowiedzieć, ale uprzedziła ją matka Zenka
„Jedz synku, Jedz. W domu na pewno takiej nie masz”
Zenek miał pełne usta, więc tylko przytaknął kiwnięciem głowy
„Odpowiedz mamusi, czy moja jajecznica ci nie smakuje” – zażądała Andzia
„Mnie każda jajecznica smakuje” – odparł Zenek dyplomatycznie
I może dyskusja o jajecznicy trwałaby dłużej, gdyby nie przerwał jej Gustaw okrzykiem bólu. Właśnie odszedł od stołu i usiadłszy w ulubionym fotelu Zenka zaczął bawić się zwijaną miarką. Skaleczył się przy tym do krwi ostrym brzegiem wyciągniętej taśmy, gdy ta gwałtownie cofnęła się na swoje miejsce w oprawce. Zrobiło się zamieszanie. Jadzia w panice rzuciła się mu na pomoc. Dopiero opanowanie matki wynikające z racji zawodu pielęgniarki uspokoiło sytuację. Po założeniu opatrunku na paluszek Gustawa, sprzątnęła po śniadaniu. Wszyscy usiedli na kanapie i pufach stojących przy kawowym stoliku. Tylko obolały Gustaw pozostał w fotelu.
Chwilę rozmawiano o niczym. Po chwili ojciec poszedł na górę. Potem Jadzia poprosiła Zenka, aby powiedział jak mu się żyje w Anglii. Andzię zabolało trochę, że w tym pytaniu Jadzia całkowicie ją zignorowała. Ale szybko poczuła satysfakcję, gdy Jadzia poprosiła brata, aby opowiedział o swoim życiu w Anglii po angielsku
„My z Gustawem myślimy o wyjeździe do Anglii na jakiś czas. Od ponad roku chodzimy na kursy językowe, ale nie mieliśmy do tej pory okazji porozmawiać z kimś kto na co dzień posługuje się angielskim”
Zenek pobladł nieznacznie, ale szybko odpowiedział
„Nie po to przyjechałem do Polski, aby mówić tu tym bełkotliwym językiem”
I zanim siostra zdążyła zareagować podnosząc się z kanapy poinformował
„Muszę do sraczyka”
Po czym niemal biegiem oddalił się w stronę łazienki
„Co ci jest synuś?!” – krzyknęła za nim matka – „Może dać ci raphacholin?”
„Nic mu nie jest” – zauważyła Andzia – „Zawsze po jajecznicy ma sraczkę”
„Jak jest sraczka po angielsku?” – zainteresował się Gustaw
To Andzia akurat dobrze wiedziała
„Diarrhea” – odpowiedziała dumnie
„Dajcie spokój z tym angielskim” – poprosiła matka – „Wulgarny język…Zrobię kawy” – dodała i poszła do kuchni
Po chwili wrócił z łazienki Zenek. Od razu przejął i inicjatywę w rozmowie. Opowiadał jak to mu ciężko prowadzić samochód w ruchu prawostronnym. Wspomniał o pomyłkach jakie czasami robi na rondach, ale szybko dodał. że na szczęście nie spowodował wypadków. Powiedział też, że nie tylko do ruchu prawostronnego musi się przyzwyczaić, ale też do polskiej mentalności. On już nabył angielskiej i ta polska bardzo go irytuje
„Co na przykład?” – zapytał Gustaw
„Wszystko” – odpowiedział
Gustaw ze zrozumieniem pokiwał głową i przesłał Jadzi znaczące spojrzenie. Zaśmiała się i powiedziała
„To aż strach jechać do tej Anglii, skoro tak szybko człowiekowi zmienia się mentalność. Nie chciałabym stracić polskiej. Dobrze mi z nią”
Teraz Gustaw się zaśmiał. Zenek nie wyczuł ironii w wypowiedzi siostry. Pomyślał, że ona nie wie co to jest ta mentalność. On też za bardzo nie wie. Kiedyś Andzia wytłumaczyła mu, że kto z kim przystaje, takim się staje. Tak samo jest z mentalnością. Uwierzył, że zmieniła mu się, bo pracuje i żyje wśród Anglików. Poza tym podoba mu się to trudne słowo mentalność. Dlatego poczuł się w obowiązku uspokoić siostrę, aby się nie bała zmiany mentalności
„Jak wrócisz do Polski to sobie zmienisz z powrotem na polską mentalność. Prosta sprawa”
Zdziwił się, że Jadzia i Gustaw wybuchli śmiechem. Patrzał na nich nie rozumiejąc z czego się śmieją
„Zenuś, Jadzia sobie żarty z ciebie robi” – wyjaśniła mu zażenowana Andzia
W tym momencie do pokoju weszła matka z kawą i ciasteczkami. Ledwo rozstawiła wszystko na stoliku kawowym, gdy z góry rozległ się głos ojca. Wzywał Zenka do siebie, aby pokazać mu dokumenty dotyczące działki i przyszykować do rozmowy z notariuszem. Ucieszyło to Zenka, ponieważ nie wiedział, jak zareagować na to co mu Andzia powiedziała, więc tylko krzyknął
„Już lecę tato!”
I pobiegł na górę.
Pół godziny później ojciec zabrał Zenka do notariusza. Pojechali samochodem ojca. Andzia została. Zabawiała Jadzię opowiadaniem o zwyczajach panujących w Sudbury. Gustaw słuchał przez jakiś czas, ale gdy zaczęły rozmawiać o tym jakie są tam ceny ubrań damskich, butów i kosmetyków oraz usług fryzjerskich, przestał się interesować ich rozmową. Nie mając nic innego do roboty zainteresował się otrzymaną szlifierką kątową. Wyjął z opakowania broszurkę w języku angielskim z instrukcją obsługi. Zaczął ją uważnie studiować.
Im dłużej się zagłębiał w tekst, tym bardziej ogarniało go zwątpienie co do jego znajomości języka angielskiego. Od ponad roku przecież intensywnie uczy się tego języka. Trochę słabo idzie mu z wymową, ale czytanie ze zrozumieniem i pisanie, niemal bezbłędne, idzie mu doskonale. Razem z Jadzią oglądają wypożyczane filmy angielskojęzyczne tylko w wersji oryginalnej. Wszystko doskonale rozumieją. On posunął się dalej i przetłumaczył już kilkadziesiąt stron polskojęzycznego wydania Lorda Jima Conrada Korzeniowskiego, na angielski. Potem na kursie pokazał to wykładowcy. Razem z innymi kursantami porównali jego tłumaczenie z oryginalnym tekstem angielskim. Wszyscy byli zachwyceni podobieństwem do angielskiego oryginału.
Teraz jednak, czytając instrukcję nic nie rozumiał. Były w niej słowa i zwroty, których nie znał. Zdecydował się poprosić o pomoc Andzię. Nie zważając na to, że była zajęta rozmową z Jadzią przerwał jej słowami
„Pomóż mi z tym cholernym tekstem. Nic nie rozumiem”
„Może ja ci pomogę” – zadeklarowała się Jadzia
Przez minutę wczytywała się w tekst. Po chwili poprosiła Andzię o pomoc. Andzia też nic nie rozumiała
„To są jakieś techniczne zwroty. Nie znam się na tym” – stwierdziła
„Jak to?” – zdziwił się Gustaw – „Tyle lat mieszkacie w Anglii i głupiej instrukcji nie potrafisz przeczytać?!”
„Nie czytamy instrukcji. Właśnie dlatego, że są głupie i niezrozumiałe. Jak coś kupujemy, odkurzacz, mikrofalówkę czy telewizor to obsługi uczymy się bez instrukcji, A poza tym często jest w kilku językach. Po polsku też. Zobacz dalej” – zaczęła kartkować broszurkę – „O, jest po niemiecku, francusku po rusku,,, O zobacz! Jest po polsku”
„Ale ja chcę przeczytać i zrozumieć ją po angielsku” – upierał się Gustaw.
Spojrzała na niego z nieukrywanym zdziwieniem
„Po co ci to?”
Musieli przerwać. Matka krzyknęła z kuchni
„Jadzia! Idź do sklepu. Sól się skończyła!”
„Pójdę z tobą” – szybko zadeklarowała Andzia
Gdy wyszły Gustaw zaczął porównywać angielski tekst instrukcji z polskim
„Kurwa! Ten polski też jest nie zrozumiały” – mruknął pod nosem
Potem dokładnie przyjrzał się ostatniej stronie i stwierdził
„Nic dziwnego. Tłumaczone z chińskiego”
Ojciec z Zenkiem wrócili zaraz po piątej. Matka od razu zagnała wszystkich do stołu. Podała obiad. Przy stole ojciec wyjaśnił, że wszystko jest już załatwione. Podpisali co było do podpisania. Zostało jeszcze sporo, jak to nazwał, papierologii. Ponieważ ten tydzień jest pełen świąt i praktycznie w urzędach nic nie można pozałatwiać, więc notariusz obiecał dokończyć formalności w przyszłym tygodniu. Nie muszą się już z nim kontaktować. Resztę papierów prześle pocztą.
Po obiedzie była kawa i ciasto. Rodzice chcieli, aby wszyscy zostali u nich do kolacji, Ale Zenek chciał jak najszybciej pokazać Andzi działkę, więc Podziękował za gościnę i zabrał niemal siłą Andzię, która właśnie dopijała kawę.
W samochodzie zapytała
„Gdzie jest ta działka?”
„Na Fordonie. O rzut beretem od mieszkania twojej mamy”
Po kilkunastu minutach zatrzymali się przy zarośniętej chwastami i samosiejkami polance leżącej między jakimś warsztatem i zagraconym gospodarstwem. Zenek szybko wyszedł z samochodu i co mu się rzadko zdarza, błyskawicznie znalazł się po prawej stronie auta. Otworzył drzwiczki i kłaniając się teatralnym gestem podał prawą dłoń wysiadającej Andzi. Lewą ręką, szerokim gestem wskazując działkę powiedział
„Oto nasza posiadłość. Jak ci się podoba?”
Andzia nie odpowiedziała od razu. Chwilę rozglądała się dookoła
„Przecież tu nic niema” – stwierdziła
„Ale będzie” – odpowiedział – „Wybuduję ci tu duży dom”
Nie zareagowała na jego słowa. Jej sceptyczny wyraz twarzy nie zraził Zenka. „Chodź, pokażę ci, odkąd dokąd się ona rozciąga”
Chwycił Andzię za rękę i skierował się z nią w stronę warsztatu samochodowego. Szukał czegoś w trawie na skraju chodnika. Po chwili wskazując na spory kamień powiedział
„Od tego kamienia, w lewo zaczyna się teren należący do tego warsztatu. W prawo od kamienia wzdłuż ulicy, do tamtego ogrodzenia jest dwadzieścia metrów” Pociągnął Andzię za sobą i przeszli te dwadzieścia metrów
„Teraz pójdziemy w głąb działki…”
„Mamy się przedzierać przez te chęchy?”
„Chodź. Nie ociągaj się”
Poszła za nim niechętnie przedzierając się przez sięgające ramion chwasty. Zenek torował drogę i zachwalał działkę
„W tą stronę nasza działka ma czterdzieści i pół metra, to znaczy, że mamy tu osiemset metrów kwadratowych ziemi…”
„Osiemset pięć metrów” – przerwała mu
„Jak mówię, że osiemset, to osiemset” – stwierdził lekko zirytowany
„Zenuś, dwadzieścia metrów razy czterdzieści i pół równa się osiemset pięć. Policz sam. Na pewno pamiętasz to ze szkoły”
Zenek zatrzymał się i myślał chwilę intensywnie
„Nieważne. Sprawdzę, jak przyjedziemy do domu”
Zrobili jeszcze kilka kroków i znaleźli się przy zarośniętym rowie melioracyjnym. „Teraz w lewo dwadzieścia metrów wzdłuż rowu”
Szli ostrożnie. Chwastów było mniej, ale wysoka trawa i miękkie podłoże utrudniało chodzenie
„Co to za budynki?” – zapytała Andzia wskazując leżące kilkadziesiąt metrów za rowem parterowe długie baraki z wąskimi oknami tuż pod dachami
„To są stare chlewnie po pegeerach”
Po chwili zaczęli przedzierać się w stronę ulicy. Znaleźli się przy samochodzie Podczas gdy Andzia wyrywała przyczepione do spodni rzepy rosnących wszędzie ostów, Zenek patrząc na działkę powiedział rozmarzonym głosem
„To wszystko nasze” – po czym zapytał – „No i jak ci się tu podoba?”
Andzia rozejrzała się jeszcze raz. Pociągnęła kilka razem nosem i odpowiedziała pytaniem
„Co tu tak śmierdzi?”
„Zaraz śmierdzi…Trochę zalatuje od oczyszczalni. To jest tam niedaleko. Pamiętasz chodziliśmy tam na spacery, jak żeśmy się poznali” – przerwał na chwilę i rozmarzonym głosem dodał – „Pamiętasz? Tam żeśmy pierwszy raz…”
„Przestań świntuchu” – przerwała mu – „Wracajmy do domu”.
Ale nie wrócili od razu. Zenek pojechał ulicą w przeciwnym kierunku. Po kilkuset metrach ulica skręcała łagodnym łukiem w prawo. Andzia zorientowała się, że jadą teraz prostopadle w kierunku Wisły. Minęli oczyszczalnię ścieków. Ulica, którą jechali kończyła się skrzyżowaniem z drogą biegnącą wzdłuż Wisły. Skręcili w lewo. Teraz po prawej stronie mieli zarośnięty pas zieleni i tuż za nim brzeg rzeki. Zenek znalazł niewielką polankę za krzakami. Zatrzymał auto. Andzia nie protestowała. Wysiedli i wąską ścieżką wśród zarośli ruszyli w stronę Wisły.
„Zaraz wrócę” – oznajmił Zenek
Nie czekając na reakcję Andzi pobiegł do samochodu. Wrócił po chwili z kocem pod pachą.
Chcieli zostać w Bydgoszczy dłużej. Udało im się telefonicznie przedłużyć urlop. Następne kilka dni spędzili na wałęsaniu się po mieście i odwiedzaniu rodzin i krewnych. Wszyscy nakłaniali ich na stały powrót do Polski. W końcu dali się przekonać. Stwierdzili, że popracują jeszcze kilka lad w Anglii, odłożą więcej pieniędzy i wrócą. Wybudują dom, mieszkanie po mamie Andzi wynajmą. Będą z tego mieli jakieś pieniądze. Do tego Zenek wpadł na pomysł otworzenia niewielkiego, ale dochodowego biznesu.
Przy domu, który zamierzają wybudować postawią budkę z lodami własnej produkcji. Andzia będzie je wytwarzać i sprzedawać, a on zajmie się zaopatrzeniem.
Do planowanego powrotu do Anglii zostało im jeszcze cztery dni, ale w czasie obiadu u rodziców dowiedzieli, że następnego dnia przyjeżdża z Niemiec Gienek z rodziną. Zenkowi nagle się przypomniało, że Jest umówiony w banku w sprawie pożyczki na kupno domu W Sudbury. W związku z tym musi wracać szybko do Anglii.
„Olej się na to Zenuś” – powiedziała zaskoczona Andzia – „Po co nam teraz dom w Anglii”
„Sprzedamy za kilka lat przed powrotem do Polski z dużym zyskiem” – odpowiedział
„Dobrze chłopak kombinuje” – stwierdził ojciec – „Moja krew”
Jeszcze tego samego dnia się spakowali. Telefonicznie pożegnali się z matką Andzi. Obiecała doglądać mieszkanie i wyjechali pośpiesznie w kierunku Berlina.
KONIEC CZĘŚCI PIERWSZEJ
1 thought on “UCIECZKA ZENKA CIENIASA”
Czekam na dalszy ciąg, jestem ciekawa co tym razem wymyśliłeś!!!