W piątek dziesiątego kwietnia 1953 go, na lotnisku Wnukowo do rejsowego samolotu do Warszawy, wsiadał niejaki Rudolf Majer. Działacz kulturalny z Młodzieżowego Domu Kultury w Rostocku. Był z wizytą w Moskwie w sprawie uzyskania zgody na nadanie imienia Józefa Wissarionowicza Stalina, Domowi Kultury w Rostocku. Leci do Berlina z przesiadką w Warszawie. Gdyby ktoś przyjrzał mu się dokładnie, rozpoznał by w nim, nieco przestraszonego Brunona Baranowskiego.
Kontrolę paszportową i przegląd bagażu przeszedł bez najmniejszego problemu. Paszport wydany przez Policję Ludową w NRD nie wzbudził najmniejszych podejrzeń urzędnika kontrolującego dokumenty. Celnicy sprawdzający bagaże też nie mieli dużo roboty z jego bagażem. Bruno miał tylko jedną niewielką, starą, wiklinowo-drewnianą walizeczkę z metalowymi okuciami. Celniczka, młoda dziewczyna uśmiechnęła się na jej widok
„Moja babcia miała taką samą” – powiedziała.
Pobieżnie sprawdziła co jest w środku. Po za bielizną, dwiema koszulami i parą spodni oraz torebką z mydłem i szczoteczką do zębów nic więcej w niej nie znalazła. Książkę, którą Bruno miał dostarczyć w Warszawie miał w kieszeni popelinowego płaszcza. Bał się, że ktoś się nią zainteresuje. Jakoś nie mógł uwierzyć, że dla jednej, na pozór niewinnej książki Hans Bruner zadał sobie tyle wysiłku i poniósł tyle kosztów, aby on, Bruno przewiózł ją do Warszawy.
Wieczorem, poprzedzającym wyjazd z Moskwy, przeleżał prawie całą noc w łóżku przeglądając i oglądając ze wszystkich stron tą podejrzaną książkę. Nie znalazł nic podejrzanego, żadnych karteczek między stronami ani żadnych notatek zrobionych na marginesie stron. Książka ta, pod tytułem „Jak hartowała się stal”, napisana przez Mikołaja Ostrowskiego była dosyć zniszczona, a raczej zużyta. Wyglądało na to, że wiele osób ją czytało.
Ten egzemplarz który Bruno miał przewieść do Warszawy, wydany był w 1936 tym roku, w Moskwie, po rosyjsku. Bruno zaczął go czytać jeszcze przed wyjazdem. Mimo że od małego dobrze mówił po rosyjsku, to jednak czytanie sprawiało mu pewne trudności. Dopiero w kołchozie Czerwony Październik, mieszkając z Nataszą Fiodorowną nauczył się czytać i pisać po rosyjsku.
Natasza miała w swoim mieszkaniu dużo książek i nalegała, aby je czytał. Bardzo chciała, aby kiedyś uzupełnił braki w wykształceniu i może nawet zaczął studiować.
Teraz szedł po płycie lotniska do stojącego samolotu Polskich Linii Lotniczych IŁ 12B. Był to nowy nabytek LOTu. Zabierał dwudziestu jeden pasażerów i ich bagaż, umieszczany w tyle, za pomieszczeniem pasażerów. Razem z Brunonem do samolotu zbliżało się jeszcze osiem osób. Więcej tego dnia nie odlatywało do Warszawy Pięcioosobowa załoga była już na miejscu. Miła pani konwojent pokładowy wskazała mu miejsce po prawej stronie, tam, gdzie były podwójne fotele. Poprosiła go o oddanie walizki. Zaniosła ją na tył samolotu i umieściła za kotarą oddzielającą część pasażerską od bagażowej.
Bruno czuł się bardzo niepewnie, ale starał się tego nie okazywać. Pierwszy raz w życiu będzie lecieć samolotem. Hans wprawdzie poinformował go jak to się odbywa i jak ma się zachowywać, ale mimo wszystko nie mógł pozbyć się napięcia związanego z pierwszym lotem.
Po przygotowaniach do startu, które wydawały mu się nadzwyczaj długie IŁ 12b potoczył się na pas startowy. Silniki zawyły na wysokich obrotach i samolot zaczął nabierać prędkości, aby po chwili gwałtownie unieść się do góry. Bruno poczuł ucisk w uszach. Musiał przełknąć ślinę, tak jak mu radził Hans. Spojrzał przez okienko. Zauważył szybko oddalającą się w dole ziemię. Nie nacieszył się jej widokiem. Samolot szybko wbił się w chmury, aby po jakiejś minucie znaleźć się ponad nimi.
Kiedy obroty silników zmalały i zorientował się, że są chyba na wysokości rejsowej, odprężył się. Spojrzał na zegarek Ruhla, który też otrzymał od Hansa. Dochodziła dziesiąta piętnaście. Na Okęciu powinni wylądować o piętnastej trzydzieści pięć. Potem powinien czekać na odlot do Berlina Wschodniego na stare lotnisko Schönefeld. Ale zgodnie z instrukcją otrzymaną od Hansa miał opuścić lotnisko i wziąć taksówkę do miasta.
Z tego co mu powiedział Hans, wyjście z hali tranzytowej nie powinno sprawić żadnego problemu. Teraz, gdy minęło napięcie związane ze startem samolotu, rozprężył się, przymknął oczy i zaczął analizować sytuację w jakiej się znalazł.
Jeszcze miesiąc temu oczekiwał wykonania kary śmierci na jaką został skazany za szpiegostwo. Niespodziewana śmierć Stalina i amnestia wydana przez Berię, następcę Stalina, sprawiła, że ocalił życie, ale nie wiedział co dalej robić. Miał niespełna dwadzieścia pięć lat. Był sam w kraju, w którym wbrew swojej woli spędził dziesięć lat. Jedyna bliska mu tutaj osoba, Natasza Fjodorowna, zmarła nagle. Ojciec nie żyje, macocha zawsze była mu obca. Wracać do Rzymu nie chciał, zresztą jak miałby to zrobić.
W tej sytuacji zaczął częściej wspominać matkę, za którą do tej pory nie tęsknił. Matka została w Polsce, w Łodzi. Nie miał żadnej wiadomości o tym czy żyje. Wiedział tylko że nazywa się Anna Baranowska z domu Martyniuk. Mogła mieć teraz czterdzieści pięć lat. Czy mieszka jeszcze na Ogrodowej? I jak się do nie dostać. Wyjechać z Moskwy do Łodzi było dla niego tak samo niemożliwe jak wyjechać do Rzymu. Był w sytuacji nie do pozazdroszczenia. Wtedy pojawił się Hans Bruner. Nakarmił go, dał dach nad głowę i co najważniejsze, dał mu możliwość powrotu do Polski. Wszystko za bardzo drobną przysługę.
Życie nauczyło Brunona, być ostrożnym i podejrzliwym w obcowaniu z ludźmi. Zwłaszcza być podejrzliwym. Z wdzięcznością przyjął pomoc od Hansa, ale nie mógł uwierzyć, że jest ona tak bezinteresowna. Zapewnienia Hansa, że robi to z czystej przyjaźni i że po prostu może sobie na to finansowo pozwolić i że przecież Bruno mu się odwdzięczy przewiezieniem książki dla przyjaciela, jakoś go nie przekonywały. Postanowił jednak nie okazywać swoich wątpliwości co do motywów jakimi kieruje się Hans udzielając mu tak wspaniałomyślnej pomocy w dostaniu się do Polski. Teraz, w samolocie postanowił nie rozwodzić się nad tym więcej.
Wyjął książkę z obszernej kieszeni płaszcza, ponownie ją szybko przekartkował, jakby chciał się upewnić, że nic nie przeoczył z ewentualnie ukrytych w niej kartek lub zapisków i zaczął czytać dalszy ciąg opowieści o życiu i dokonaniach Pawki Korczagina.
Ciężko mu to szło. Nie tylko z powodu braku nawyku czytania, ale przede wszystkim z powodu odczuwania pewnego rodzaju fałszu czy nieprawdziwości w postępowaniu Pawki. Bruno znał młodych ludzi w wieku Pawki pracujących w kołchozach i chyba może powiedzieć, że zna ich mentalność. Być może ci z wielkich miast pracujący w fabrykach różnią się od tych ze wsi, ale chyba nie tak bardzo.
Po godzinie odłożył książkę i zaczął myśleć o czkającym go spotkaniu w Warszawie z przyjacielem Hansa, Piotrem Wolfem. Miał zapisany jego adres, ulica Nowy Świat 57, w podwórzu.
Bruno nie znał Warszawy. Tak jak i nie znał Łodzi, w której się urodził i mieszkał do dziesiątego roku życia. Liczył jednak na to, że jakoś trafi do Wolfa i przekaże mu książkę. Miał mu oddać również paszport, którym się posłużył przy wyjeździe z Moskwy.
Hans powiedział mu, że gdyby chciał zachować paszport i dalej podawać się za Rudolfa Majera, obywatela NRD, to przy jego słabej znajomości języka niemieckiego nieuchronnie doprowadzi go to do aresztowania i odesłania z powrotem do Związku Radzieckiego. Bruno bardzo tego nie chciał.
Po oddaniu książki i paszportu ma poszukać urząd zajmujący się repatriantami i zgłosić się jako powracający po wielu perypetiach, z Hiszpani, syn polskiego komunisty walczącego w obronie Republiki. Co było zresztą prawdą.
Bruno jeszcze raz ułożył sobie w głowie jak ma trafić do Piotra Wolfa, a potem dalej do odpowiedniego urzędu i co ma tam mówić. Gdy to sobie powtórzył poczuł się zmęczony i usnął.
„Proszę pana… Halo, proszę pana. Lądujemy za dziesięć minut” – obudził go miły, cichy kobiecy głos po polsku – „Proszę się przyszykować”
Otworzył oczy. Spojrzał na dziewczynę, która go budziła. Uśmiechała się do niego pochylona tuż nad jego twarzą. Zauważył, że w ręku trzyma książkę. Jego książkę. Niemal wyrwał jej ją z ręki. Spojrzała na niego zdziwiona
„Upuścił pan we śnie”
Patrzył na nią. Czekała chwilę na jakąś odpowiedź z jego strony. Nic nie odpowiedział
„Lądujemy za dziesięć minut” – powiedziała nieco chłodniej i odeszła do następnego pasażera.
Po wylądowaniu i po podstawieniu schodków, stanęła przy drzwiach i wydawała pasażerom ich bagaże. Bruno opuszczał samolot jako ostatni. Podała mu jego walizkę
„Pan leci do Berlina, prawda?”
„Tak”
„Proszę przejść do sali tranzytowej”
„Gdzie to jest?”
„Wskażą panu, tam w budynku”
Bruno czuł, że powinien pożegnać ją po polsku, ale nie mógł sobie przypomnieć odpowiednich polskich zwrotów. Jako dzieciak nie przykładał do tego żadnej wagi.
W domu ani ojciec, ani matka nie wyrobili w nim nawyku odpowiedniego zwracania się do innych ludzi. Nie chciał używać rosyjskiego. Zatrzymał się na chwilę w drzwiach spojrzał na nią i zdobył się tylko na nic nie znaczące
„Tak. Tak”
Po zajściu ze schodków, szybkim krokiem doszedł do tych którzy wysiedli przed nim i właśnie zbliżali się do wejścia do budynku Portu Lotniczego. Nie pytał się o salę tranzytową, tylko postanowił iść tam, gdzie udawała się cała grupka pasażerów samolotu z Moskwy.
Kontrola celna i paszportowa przebiegła sprawnie. Oficer sprawdzający jego paszport i bilet zwrócił się do niego po niemiecku
„Ma pan samolot do Berlina za cztery godziny”
„Tak wiem o tym, gdzie tu są toalety?”
Idąc we wskazanym kierunku zauważył zegar na ścianie. Wskazywał godzinę piętnastą pięćdziesiąt. Jego zegarek wskazywał godzinę szesnastą pięćdziesiąt. Bruno przystanął, ściągnął zegarek z ręki i przestawił wskazówki o godzinę do tyłu. Potem, udał się w kierunku wyjścia.
W pobliżu zauważył stojące taksówki. Wsiadł do pierwszej
„Nowy Świat 57”
„Trzy dychy będzie musiało być” – powiedział taksówkarz
„Nie rozumiem”
„A co tu jest do rozumienia. Nie pojedziemy na licznik, bo mi się nie opłaca”
Bruno ostatnio mówił po polsku jako dziesięcioletni chłopiec. Uświadomił sobie teraz że w zasadzie będzie musiał uczyć się polskiego od początku.
„Dobrze” – odpowiedział.
W czasie jazdy zajrzał do portfela. Dostał go od Hansa, tak jak właściwie wszystko co miał przy sobie i na sobie. Przypomniał sobie jak Hans mu mówił, że w portfelu są polskie pieniądze i że powinny mu starczyć na miesiąc. Zaczął je liczyć. Dziwne jakieś były.
Te które pamiętał z dzieciństwa wyglądały inaczej. Właściwie to nigdy nie miał do czynienia w Polsce z większymi sumami. Czasami matka wysyłała go do sklepiku na rogu Gdańskiej i Ogrodowej po bułki lub mleko. Miał wtedy odliczoną sumę drobnymi monetami.
Papierowymi płacił tylko raz jak ojciec posłał go po wódkę. Pamięta, że było to dziesięć złotych. Sprzedawczyni wydała mu resztę. Kupił sobie za to cukierków. Ojciec nie był zadowolony. Więcej go po wódkę nie wysyłał.
Te pieniądze które teraz znalazł w portfelu były papierowe. Duże jakieś. Przeliczył je. Miał cztery czerwone banknoty z napisem sto złotych. Dwa zielone po pięćdziesiąt złotych. Razem Pięćset. Miał jeszcze trzydzieści rubli jakie mu zostały po tych które dostał przy wyjściu z Łubianki.
Podjechali pod wskazany adres. Kierowca jeszcze raz powiedział
„Trzy dychy się należy”
Bruno podał mu pięćdziesiąt złotych.
„Nie mam wydać. Nie ma pan drobniejszych”
„Mam trzydzieści rubli…”
„Mogą być. Daj je pan”
Bruno wręczył mu trzydzieści rubli i odebrał swoje pięćdziesiąt złotych. Po chwili stał przed kamieniczką z numerem 57. Przeszedł przez bramę na podwórko. Nie wiedział, jak szukać przyjaciela Hansa. Chwilę się zastanawiał. Ruszył do korytarza oficyny po lewej stronie. Zapukał do najbliższych drzwi.
„Zaraz! Idę już, Idę!” – usłyszał kobiecy głos.
Chwilę trwało otwieranie zamków. Drzwi się otworzyły. Stała w nich niewysoka kobieta. Patrzała chwilę na Brunona. Chyba spodziewała się ujrzeć kogoś innego
„Czego?!” – zapytała po chwili dosyć agresywnie.
„Szukam Piotra Wolfa…”
„Piętro wyżej. Nade mną” – zatrzasnęła mu drzwi przed nosem.
Na drzwiach piętro wyżej był dzwonek i obok wizytówka z napisem „Piotr Wolf – Adwokat – sprawy spadkowe”. Drzwi otworzyły się już po pierwszym dzwonku. Stał w nich mężczyzna w wieku Hansa.
„Przyleciałem z Moskwy. Chciałby się widzieć z Piotrem Wolfem” – powiedział po rosyjsku Bruno.
„To ja. A Wy to zapewne Bruno Baranowski?”
„Tak. Mam dla Was…” – nie dokończył
„Proszę wejść do środka” – przerwał mu Wolf.
Zaprowadził go do pokoju, który służył mu jako gabinet przyjęć.
„Przysłał mnie Hans Bruner…”
„Tak, wiem. Siadajcie”
Wskazał fotel prze małym stoliku stojącym w pobliżu dużego biurka.
„Jak minęła podróż?” – zapytał napełniając kieliszki
„Dziękuję. Bardzo dobrze. Pierwszy raz leciałem samolotem…”
„Tak, rozumiem. Chodzi mi o to czy bardzo Was sprawdzali”
„Nie rozumiem. Kto miał mnie sprawdzać?”
„No, na lotnisku. W Moskwie i tutaj w Warszawie”
„A! Nie! Nie. Zajrzeli tylko do walizki. To wszystko”
„Tak… No to świetnie. Napijmy się… Za szczęśliwy powrót do Polski!”
Napili się. Wolf natychmiast ponownie napełnił kieliszki
„Hans mówił mi przez telefon, że pomógł Wam powrócić do ojczyzny, że razem byliście w niewoli sowieckiej… Przykra sprawa. No ale dobrze, że się już to skończyło”
Napili się ponownie
„To co macie dla mnie?”
„Książkę. Hans powiedział, że to bardzo ważne, aby ją wam dostarczyć”
Bruno wyciągnął książkę z obszernej kieszeni płaszcza i podał Wolfowi.
„A, tak. Książkę. Oczywiście”
Wolf odłożył ją na bok nawet na nią nie spoglądając.
„Co teraz zamierzacie robić?”
„Pojadę do Łodzi. Chcę odszukać matkę…”
„Do Moskwy, będziecie jeszcze wracać?”
„Nie! Nie. Nie zamierzam tam wracać…”
„To paszport nie będzie Wam potrzebny”
„Oczywiście! Zapomniałem. Hans mówił abym wam oddał wszystkie dokumenty”
Wyciągnął paszport z kieszeni, pochylił się nad walizką i po chwili wyciągnął z niej papierową teczkę, w której było zezwolenie wydane w Moskiewskim Komitecie Partii na nadanie Młodzieżowemu Domowi Kultury w Rostocku imienia Józefa Wissarionowicza Stalina.
Podczas wyciągania teczki, Wolf przyglądał się z zainteresowaniem walizce
„Macie bardzo interesującą walizkę. Podoba mi się. Chętnie kupię ją od Was na prezent dla mojej córki. Wyjeżdża niedługo do mojej siostry do Krakowa”
„Stara jest, chyba nie nadaje się na prezent”
„Przeciwnie! Bardzo się nadaje. Córka lubi takie stare rzeczy. Ile chcecie za nią?”
„Nie wiem, ile to kosztuje. Po za tym nie mam, gdzie przełożyć swoich rzeczy…”
„Dam wam sto złotych. Nową kupicie sobie za czterdzieści. Dołożę jeszcze torbę podróżną. Mam ty taką wygodną. Możecie sobie powiesić na ramieniu. Zaraz przyniosę…”
Wyszedł z pokoju. Powrócił po chwili z błękitną torbą na pasku z jakiegoś błyszczącego tworzywa. Bruno nigdy czegoś takiego nie widział. Torba bardzo mu się spodobała. Miała na bokach wymalowane coś jakby globus i w tym duże litery PAN AM. Zgodził się na zamianę bez wahania.
Po kilkunastu minutach, bogatszy o sto złotych, z dumnie przewieszoną na lewym ramieniu torbą, pożegnał się z Piotrem Wolfem i wyszedł na ulicę. Spojrzał na zegarek. Dochodziła osiemnasta. Wolf poradził mu, aby wziął taksówkę i kazał się zawieść na dworzec Warszawa Wschodnia. Powiedział, że pociągi do Łodzi Fabrycznej odchodzą bardzo często. Ma sobie tam kupić bilet i czekać na pociąg. Bruno ruszył w kierunku postoju taksówek.
Tymczasem Piotr Wolf zaraz po wyjściu Brunona zamknął dokładnie drzwi i na wszelki wypadek zasunął zasłony w oknie gabinetu. Pustą walizkę położył na stoliku, przy którym przed chwilą siedzieli. Kieliszki i butelkę odstawił na biurko. Książkę „Jak hartowała się stal” cisnął w kąt pokoju.
Z biurka wyciągnął nożyczki i zaczął pruć wewnętrzną stronę walizki. Zerwał całą wykładzinę walizki. Na jej dnie ujrzał misternie poprzyklejane złote monety. Policzył je. Osiemdziesiąt dwie dziesięciorublówki Mikołaja II z roku 1899 go oraz osiemdziesiąt trzy pruskie monety dwudziestomarkowe z Wilhelmem II. Razem 165 sztuk.
Wolf doskonale wiedział, ile one ważą. Szybko w pamięci obliczył, że musi ty być ponad kilo trzydzieści czystego złota. Nie odklejając monet od dna walizki zaczął pruć narożniki. Po chwili wyciągnął dwa podłużne, wąskie woreczki. Pobiegł do kuchni po głęboki talerz. Wysypał do niego zawartość woreczków.
W świetle lampy biurowej zaiskrzyło się tysiącami błysków światła odbitego od diamentów. Cały talerz był nimi wypełniony. Wszystkie nieobrobione, wielkości ziaren grochu.
Wolf podszedł do ściany za biurkiem. Wisiał tam portret jakiejś młodej kobiety. Za portretem była skrytka. Wolf otworzył ją dwoma kluczykami które nosił na łańcuszku na szyi. Umieścił w skrytce talerz, a potem zaczął mozolnie odrywać przyklejone w walizce monety. Umieścił je w kartonowym pudełku obok talerza z diamentami. Zamknął walizkę. Schował ją na pawlaczu w przedpokoju.
Włożył płaszcz, starannie zamknął mieszkanie i udał się do pobliskiego urzędu pocztowego. Poprosił o blankiet telegramu. Napisał na nim moskiewski adres Hansa Brunona i krótką informację.
„Kuzyn przyleciał, cały i zdrowy. Piotr”.
Dokładnie piętnaście lat bez dwóch miesięcy temu, Bruno wyjechał z Łodzi jako dziesięcioletni chłopiec. Ojciec, komunista, zabrał go wtedy do Hiszpani bronić Republiki. Przypomniał sobie ten wyjazd, gdy wysiadł na Dworcu Fabrycznym w Łodzi.
Była godzina szósta rano, w sobotę jedenastego kwietnia 1953 go roku. Bruno był wypoczęty, mimo że w pociągu zrobiło się tłocznie, tak gdzieś od Skierniewic.
Niemal wszyscy którzy się wtedy dosiadali, jechali na pierwszą zmianę do łódzkich fabryk. Większość wysiadła na Widzewie i na stacji Niciarniana. Ci którzy dojechali do końcowej stacji szybko udali się do tramwajów i autobusów. Tylko Bruno niespiesznie wyszedł przed dworzec.
Był na tym dworcu tylko raz wcześniej. Jako ośmioletni chłopiec pojechał na kilka dni z rodzicami do Żakowic do znajomych matki. To były jego jedyne wakacje jakie pamięta. Pamięta też, że na dworzec z Ogrodowej jechali tramwajem. Niestety nie zapamiętał jaki numer miał ten tramwaj. Uświadomił sobie w tej chwili, że właściwie nie zna swojego rodzinnego miasta. Zna dobrze Ogrodową aż do Północnej i Stodolnianej, Z matką chodził raz w tygodniu na targowiska na Stary Rynek, czasami po ryby aż na Wolborską. Znał te rejony aż do Bałuckiego Rynku. Gdańska i 11go listopada też jest mu znana, tak samo jak Mielczarskiego, Cmentarna i Srebrzyńska. Znał też trochę Koziny aż do torów kolejowych. Bywał tam z chłopakami z podwórka. Dalej sam nigdy się nie zapuszczał.
Co prawda ojciec zabierał go ze sobą na różne wiece i zebrania agitacyjne, ale najczęściej jeździli tam tramwajami i on, Bruno nie pamięta nic z tego, gdzie z ojcem bywał.
Ruszył przed siebie w kierunku centrum miasta. Przynajmniej tak mu się wydawało. Przez moment, gdy przechodził obok stojących taksówek, zastanawiał się czy nie wziąć jednej i kazać się zawieść na Ogrodową. Szybko pozbył się tej myśli. Szkoda na to pieniędzy, uzasadnił przed samym sobą tą decyzję. Nie o pieniądze jednak chodziło. Mimo że chciał jak najszybciej spotkać się z matką, jeśli oczywiście ona tam jeszcze mieszka, to w jakiś sposób bał się tego spotkania i podświadomie z tym zwlekał.
Po kilkunastu minutach doszedł do Piotrkowskiej. Ucieszył się, że szedł we właściwym kierunku. Skręcił w prawo, nie zastanawiając się nad tym. Doszedł do Placu Wolności.
„No to jestem w domu” – powiedział do siebie.
Stąd potrafił dojść do Ogrodowej. Skręcił w lewo w 11go listopada. Dopiero gdy doszedł do Gdańskiej, zauważył, że ulica 11go listopada nazywa się teraz Obrońców Stalingradu. Żachnął się jakby chciał odpędzić przykre wspomnienia.
Gdańską doszedł do Ogrodowej. Nic się tu nie zmieniło. Hałas maszyn z fabryki Poznańskiego brzmiał dokładnie tak samo jak wtedy, gdy tam mieszkał z rodzicami. Sklepik na rogu Gdańskiej i Ogrodowej wyglądał tak samo. Tak samo jak dawniej stały przed nim, pod ścianą, ustawione jedna na drugiej skrzynki z pustymi butelkami po Sinalco. Pamiętał jaką radość mu sprawiało, gdy matka kupowała mu czasem butelkę tego słodkiego, gazowanego napoju o pomarańczowym smaku.
Zatrzymał się, aby po chwili wejść do sklepu. O tej porze nie było w nim ludzi
„Poproszę sinalco” – zwrócił się do młodej sprzedawczyni
„Co?!” – zapytała
„No, do picia…” – odparł zbity z tropu
„Jest tylko oranżada”
Kupił butelkę i wyszedł przed sklep. Butelka przyklejała się do ręki. Otworzył porcelanowe zamknięcie zamocowane na drucianym wieszaczku. Wziął łyk napoju do ust. Odsunął butelkę z obrzydzeniem. Napój w niczym nie przypominał tego pamiętanego z dzieciństwa. Nie poczuł, aby był gazowany. Spojrzał uważniej na zamknięcie butelki. Na białym porcelanowym zamknięciu znajdowała się stara, sparciała, gumowa uszczelka.
„To się nie nadaje do picia” – powiedział do siebie.
Postawił butelkę na chodniku przy skrzynkach. Ruszył w kierunku Ogrodowej dwadzieścia osiem, do mieszkania, w którym miał nadzieję spotkać matkę.
Matka Brunona, Anna, urodziła się w rodzinie Alojza Martyniuka i jego żony Haliny. Martyniukowie mieli mały kawałek pola na skraju pewnej wsi leżącej na wschód od Lwowa. Ledwo wiązali koniec z końcem. Anna była ich pierwszym dzieckiem i jedyną dziewczynką. Miała pięciu młodszych braci.
Gdy nieco dorosła, w wieku dziewięciu lat oddana została na służbę do pobliskiego dworku rodziny hrabiego Kołłątajskiego. Jej zadaniem była posługa świadczona chorej matce hrabiego.
Towarzyszyła jej na każdym kroku. Starsza pani była bardzo religijna. Dwa lub trzy razy w tygodniu wyjeżdżała z nią powozem, do pobliskiego kościoła. Raz na jakiś czas, Anna mogła pójść do domu rodzicielskiego oddalonego o jakieś dwanaście kilometrów. Udawała się tam pieszo.
Nie była tam specjalnie czule witana. Ciągle ciężko zapracowani rodzice traktowali jej wizyty jako pewien kłopot i konieczność wyżywienia jeszcze jednej osoby. Anna zauważała to za każdym razem. Brakowało jej tam ciepła rodzicielskiego.
Takie ciepłe i czułe traktowanie zaznawała, za każdym razem, od księdza Marka, gdy przyjeżdżała do kościoła ze swoją chlebodawczynią. Starsza pani traktowała ją jak członka rodziny. Nigdy nie podnosiła na nią głosu. Nauczyła Annę czytać i pisać.
Okazało się, że Anna posiada zdolności językowe. Hrabina zaczęła ją uczyć francuskiego. Z początku robiła to dla zabicia czasu, ale gdy zauważyła ze Anna szybko się uczy, zaczęła zwracać się do niej w tym języku. Wkrótce mogła z Anną dosyć swobodnie rozmawiać po francusku.
Anna czuła się u niej bardzo dobrze. Po pewnym czasie przestała odwiedzać rodzinę.
W 1920 tym, po ucieczce wracających spod Warszawy wojsk sowieckich, dworek Kołłątajskich był splądrowany i częściowo spalony. Na szczęście nikt z domowników ani służby nie ucierpiał.
Hrabia Kołłątajski postanowił przenieść się do Lwowa. Za sprzedany majątek kupił tam kamienicę z dwiema oficynami. Zamieszkał z rodziną na pierwszym piętrze, od frontu. Anna bardzo chciała przenieść się razem z nimi. Ponieważ starsza pani była bardzo z niej zadowolona, hrabia Kołłątajski załatwił zgodę rodziców jedenastoletniej wtedy Anny, na jej wyjazd z nimi do miasta.
Stan zdrowia matki hrabiego gwałtownie się pogarszał. Za namową lekarzy syn wysłał ją w towarzystwie Anny, w 1926 tym do uzdrowiska w Szczawnicy. Jego znajomy, hrabia Adam Stadnicki kupił to uzdrowisko przed laty od krakowskiej Akademii Umiejętności. Dzięki zrobionym przez niego inwestycjom wzrosło zainteresowanie uzdrowiskiem, w rezultacie czego w 1924 tym uznano je za posiadające charakter użyteczności publicznej. Stało się modne.
Anna w 1926 tym miała siedemnaście lat. Była na tyle atrakcyjną panną, że zawsze wzbudzała zainteresowanie panów, gdy obwoziła swoją chlebodawczynię na wózku po głównym deptaku Szczawnicy.
Niestety, pod koniec roku starsza pani zmarła. Po odbiór zwłok przyjechał jej syn. Pogrzeb miał się odbyć we Lwowie. Anna chciała w nim uczestniczyć. Hrabia Kołłątajski oznajmił, że w pogrzebie wezmą udział tylko najbliżsi członkowie rodziny. Dostała pewną sumę pieniędzy i została zwolniona ze swoich obowiązków. Następnego dnia miała opuścić zajmowany pokój.
Została bez dachu nad głową. Spakowała swoje rzeczy do walizki i udała się ostatni raz do miejscowego kościoła pod wezwaniem świętego Wojciecha. Zawsze przyprowadzała tu swoją panią.
O tej porze dnia kościół był pusty. Usiadła w ostatniej ławce i zaczęła się modlić. Po jakimś czasie zaczęła płakać. Płacz usłyszał młody kanonik. Podszedł do niej i zaczął ją pocieszać. Opowiedziała mu o śmierci hrabiny i o tym, że nie wie co ma ze sobą dalej począć.
Ksiądz Stanisław wiedział już o śmierci hrabiny i dobrze znał z widzenia jej służącą z którą zawsze przybywała do kościoła. Postanowił pomóc Annie.
Zaproponował jej wyjazd do swojej siostry do Łodzi. Pomógł jej kupić bilet na autobus do Nowego Sącza i dalej na pociąg z przesiadkami do Łodzi. Poinstruował jak i gdzie się ma przesiadać. Dał jej też list do siostry mieszkającej w Łodzi, w małym domku, na Kozinach. Mąż siostry, kolejarz był często w podróży poza domem, a ona zostawała sama z dwojgiem kilkumiesięcznych bliźniaków. Anna przydałaby się tam do pomocy.
Po ostatniej nocy spędzonej w Szczawnicy, z rana następnego dnia Anna udała się w podróż do Łodzi. Siostra księdza Stanisława, Zofia Czarnecka, przyjęła pomoc Anny z radością. Szybko uzgodniły warunki pracy Anny. Dostała miejsce do spania za kuchnią w małym pomieszczeniu, z niewielkim okienkiem wysoko pod sufitem, które właściwie było nieużywaną spiżarnią. Po uporządkowaniu i wstawieniu łóżka stało się ono całkiem znośnym pokoikiem.
Dobrze jej się tam pracowało i mieszkało. Problemy zaczęły się jednak dosyć szybko. Mąż Zofii Czarneckiej, Antoni, zaczął z początku dosyć dyskretnie, a potem coraz nachalniej, dobierać się do Anny. Najpierw niby niechcący przyciskał się do niej w wąskim przejściu, czasem objął czule w kuchni lub uszczypnął w pośladek. Opierała mu się skutecznie, groziła, że poskarży się żonie, ale nie chciała tego zrobić, ponieważ obawiała się utraty pracy.
W czerwcu 1927go Zofia Czarnecka wsadziła bliźniaki do wózka i poszła z nimi do znajomej pokazać je i sobie pogadać. Anna została sama w domu. Niespodziewanie, wcześniej, wrócił Antoni. Pociąg, który miał tego dnia poprowadzić do Tarnowskich Gór, został z jakiegoś powodu odwołany.
Gdy tylko się zorientował, że żony nie ma w domu zaczął dobierać się do Anny. Z początku w formie żartu, ale bardzo szybko stracił panowanie nad swoim postępowaniem. Przewrócił Annę na podłogę i zerwał z niej sukienkę. Zaczęła krzyczeć, ale nie potrafiła się spod niego wyrwać. W tym momencie do mieszkania weszła Zofia.
Skończyło się na tym, że Anna musiała opuścić ich dom jeszcze tego samego dnia.
Udała się do mieszkającego na Ogrodowej, w famułach, mężczyzny, którego poznała miesiąc wcześniej, w maju, spacerując z wózkiem w pobliskim parku na Zdrowiu.
Tym mężczyzną był Józef Baranowski. Przypadli sobie do gustu. Spotykali się przynajmniej dwa razy w tygodniu, spacerując z bliźniakami po Srebrzyńskiej i Ogrodowej.
Józef niemal od razu zaproponował jej małżeństwo, lecz ona nie czuła się na nie gotowa.
Wiedziała, gdzie on mieszka. Pokazywał jej okno swojego jednopokojowego mieszkania na wysokim parterze, pod dwudziestym ósmym. Krępowała się tam iść, ale nie miała innego wyjścia. Przeszła przez bramę na podwórko. Samotna młoda kobieta z walizką w ręku wzbudziła zainteresowanie siedzących tam na ławce, kobiet. Przestały ze sobą rozmawiać i wodziły za nią wzrokiem aż weszła do klatki schodowej. Józefa nie było w domu. Anna zeszła na dół i postanowiła na niego zaczekać. Usiadła naprzeciwko klatki schodowej na walizce.
Po godzinie w bramie ukazał się Józef. Dojrzał ją od razu. Podszedł do niej. Zdążyła się podnieść. Objął ją ramieniem i ucałował w usta. Nigdy się tak nie witali, mimo to, nie protestowała. Podniósł walizkę i obejmując ją drugą ręką poprowadził w stronę korytarza, nie zważając na pełne zgorszenia spojrzenia kobiet.
Pod koniec lipca pobrali się. Ślub wzięli w kościele pod wezwaniem świętego Józefa, na Ogrodowej. Wesele było skromne. Nie było na nim nikogo z rodziny Pana Młodego ani Panny Młodej. Tylko kilkoro znajomych z pracy.
Anna, od kiedy wprowadziła się do Józefa, pracowała wtedy na przędzalni, po drugiej stronie ulicy, w zakładach Poznańskiego.
Pracowała tam do czasu urodzenia syna we wrześniu 1928 go. Syn otrzymał imię Bruno. Anna zdrabniała je na Bronuś, co irytowało nieco Józefa, ale w końcu się z tym pogodził.
Jako aktywny działacz komunistyczny, nie mógł się pogodzić z tym, że zabierała dziecko do kościoła. A zabierała tam Brunona nie tylko na msze niedzielne, ale również co drugi dzień, na kilka godzin, w czasie których sprzątała kościół i inne pomieszczenia kościelne.
Anna po urodzeniu dziecka nie wróciła do pracy w fabryce. Dorywcza praca w kościele bardzo jej odpowiadała. Miała więcej czasu dla siebie i dziecka.
Nie za bardzo wiedziała, gdzie pracuje Józef i prawdę mówiąc nie bardzo ją to interesowało. Mówił, że pracuje w warsztatach kolejowych i że jeszcze dorabia ucząc robotników ich praw. I to jej wystarczało. Przynosił regularnie, co sobotę, pieniądze do domu, nie upijał się za często i tylko czasami ją bił, gdy dowiadywał się, że mały Bruno znów kilka godzin był z matką w kościele.
Mówił jej, że jako komunista nie chodzi do kościoła i że nie może pozwolić, aby syn wychowywał się w kościele. Jak dorośnie ma zostać komunistą tak jak on.
Anna nie wiedziała co to znaczy być komunistą, ale z powodu tego, że komunista nie powinien chodzić do kościoła, uważała bycie komunistą za coś nagannego. Dopiero wiele lat później, w innych okolicznościach poznała co to jest komunizm i co to znaczy być komunistą.
Na początku czerwca 1938 go jej życie zmieniło się w dramatyczny sposób. Pewnego dnia, gdy wróciła z magla z koszem wymaglowanego prania zastała otwarte mieszkanie i kartkę od męża na stole
„Nie szukaj nas. Zabieram syna naszego, w świat budować lepsze jutro. Twój kochający Cię Józef. Wiesz mi, tak będzie lepiej. Niedługo wrócimy po ciebie”
Bruno wszedł do dobrze mu znanej bramy pod dwudziestym ósmym. Zaraz, w podwórku, po lewej stronie było wejście do korytarza. Przed korytarzem na ławkach siedziały kobiety. Dokładnie tak jak to pamiętał z dzieciństwa. Spojrzał przelotnie na nie, ale żadnej nie rozpoznał. One przerwały rozmowę i też spojrzały na niego z zaciekawieniem.
Wszedł do ciemnego korytarza. Po drewnianych schodach, z przetartymi metalowymi okuciami na każdym stopniu, szybko wszedł na pierwsze piętro. Stanął przed drzwiami mieszkania, w którym spędził pierwsze lata swojego dzieciństwa. Położył rękę na klamce i już miał ją nacisnąć, aby wejść bez pukania, tak jak to zawsze robił, ale w ostatniej chwili się od tego powstrzymał. Zauważył metalową wizytówkę na drzwiach „Władysław Koniarski”.
Zapukał po chwili. Nikt nie odpowiadał. Ponownie zapukał, tym razem energiczniej. Najwyraźniej nikogo nie było w domu. Zszedł na dół. Podszedł do kobiet siedzących na ławce. Ponownie przerwały rozmowę i spojrzały na niego z wyczekiwaniem
„Czy panie wiedzą, gdzie mogę znaleźć moją matkę Annę Baranowską?… Mieszkała tu na pierwszym piętrze”
„Nie. Nigdy tu taka nie mieszkała” – odparła jedna z nich
„Chwileczkę. Zaraz, mieszkała tu Baranowska przed wojną. Dzieciaka jej porwali, chyba w trzydziestym ósmym. Stało o tym w Expressie. Potem w czasie wojny wyjechała na roboty do Niemiec. Wróciła w czterdziestym piątym z jakimś Ruskiem. Wyprowadziła się do miasta”
„A! Tak!” – przypomniała sobie druga – „Synowa ją niedawno spotkała w Województwie, tu, zaraz, na Zachodniej. Tam niech się pan o nią zapyta… Ale ona teraz nazywa się inaczej… Tak jakoś Marciniak albo Matusiak… nie mogę sobie przypomnieć”
„Może Martyniuk?”
„A! tak! Tak. Martyniuk”
„To pan jest ten Bronuś, którego wtedy porwali” – zauważyła ta pierwsza – „Mój Boże, jak pan się zmienił”
„Tak to ja”
Bruno nie chciał wdawać się w rozmowę. Chciał jak najszybciej iść do tego Województwa, o którym usłyszał i tam dowiedzieć się czegoś o matce. Zapytał się tylko jak tam dojść, pożegnał się i szybko zniknął w bramie.
Szedł lewą stroną ulicy Ogrodowej w stronę Stodolnianej, która teraz, jak się dowiedział od kobiet w podwórku, została przebudowana i nazywa się Zachodnia.
Spojrzał na zegarek, dochodziła jedenasta. Poczuł się głodny. Nie jadł śniadania. Wczoraj po wyjściu od Wolfa jadł pierwszy posiłek w Polsce dopiero na dworcu, w czasie oczekiwania na pociąg do Łodzi. Okazało się, że najbliższy pociąg będzie nad ranem. W poczekalni dworcowej znalazł całkiem wygodną ławkę, na której przedrzemał kilka godzin.
Potem w pociągu spał całą drogę mimo tłoku jaki się zrobił na ostatnim odcinku przed Łodzią. Tak, że teraz nie czuł zmęczenia tylko pewnego rodzaju napięcie spowodowane spodziewanym spotkaniem z matką i świadomością, że nie wie co robić dalej. Nie posiada żadnych dokumentów. Zarówno Hans jak i Wolf stanowczo odradzali mu przyznawać się do tego, że służył w armii włoskiej, że był pod Stalingradem i że był w niewoli radzieckiej z której właśnie wrócił. Do tego w sposób nielegalny. Najlepiej niech powie, że wraca z Hiszpani, przez Francję. Że był tam z ojcem i walczył po stronie Republiki. A że nie ma dokumentów? – No cóż. Został okradziony w Polsce. Została mu tylko ta niewielka torba i trochę rzeczy osobistych.
Postanowił takiej wersji się trzymać, gdyby zatrzymała go milicja. Tylko matce powie całą prawdę. No, może prawie całą. Nie będzie jej mówił o Paoli Moretti, aby jej nie ranić. O Nataszy też nie powie, bo po co.
Tak rozmyślając stanął przed wejściem do Urzędu Wojewódzkiego. Wszedł do środka. Nie wiedział co robić dalej. Rozglądał się. Zauważył oszklone pomieszczenie, a w nim umundurowanego, starszego mężczyznę, siedzącego przy biurku za okienkiem. Podszedł do niego
„Przyjechałem z za granicy, z Francji, szukam matki, która tu pracuje. Nazywa się…”
„Jak z za granicy, niech idzie do wydziału spraw wewnętrznych. Trzecie piętro” – przerwał mu mundurowy.
Bruno odwrócił się i ruszył w stronę schodów
„Zaraz! Niech czeka!” – krzyknął za nim mundurowy – „Bez przepustki nie można! Dowód Osobisty niech da”
„Nie mam Dowodu, Przyjechałem z zagranicy…”
„To co ma?”
„Nic nie mam. Przyjechałem z zagranicy”
„Co się dzieje, panie Heniu?” – zwróciła się do mundurowego tęga kobieta w średnim wieku, która pojawiła się w drzwiach za plecami pana Henia.
„Nie ma Dowodu Osobistego i chce wejść do Urzędu, pani naczelnik”
„Pan w jakiej sprawie?”
„Przyjechałem z za granicy. Szukam matki, która tu pracuje”
„Jak się nazywa pańska matka?”
„Anna Baranowska. Ale chyba używa panieńskie nazwisko Martyniuk”
„Jak? Jeszcze raz proszę”
„Anna Baranowska”
„Nie! Nie. To drugie”
„Martyniuk”
„Ma pan jakieś dokumenty, jak się pan nazywa?”
„Nie. Skradziono mi. Nazywam się Bruno Baranowski”
„Proszę zaczekać”
Kobieta podniosła słuchawkę stojącego na biurku telefonu, wykręciła jakiś numer. Po chwili rozmawiała z kimś kilka minut.
Do Brunona nic z tej rozmowy nie dochodziło. Po chwili zwróciła się do niego.
„Proszę czekać. Zaraz ktoś po pana przyjdzie”
Powiedziawszy to wyszła tymi samymi drzwiami, którymi przyszła
„Niech usiądzie tam na krześle i niech czeka” – poczuł się w obowiązku dodać mundurowy.
Po dziesięciu minutach podszedł do niego młody mężczyzna
„Pan Baranowski?… Proszę ze mną”
Nie czekając na odpowiedź, ruszył w stronę schodów. Bruno podążał za nim. Weszli bez słowa na trzecie piętro, potem przeszli długim, pustym korytarzem do końca.
Mężczyzna otworzył ostatnie drzwi i przepuścił przodem Brunona. Znaleźli się w pokoju, w którym, za barierką siedziały dwie młode maszynistki. Przerwały pisanie, gdy weszli i z zaciekawieniem spojrzały na Brunona
„Proszę niech pan spocznie” – mężczyzna wskazał krzesło i wszedł do sąsiedniego pokoju.
Zanim Bruno zdążył usiąść, mężczyzna wyszedł z niego
„Pani naczelnik zaprasza do siebie”
Bruno wszedł do środka, tamten zamknął za nim drzwi. Pod oknem pochylona nad papierami siedziała matka. Poznał ją od razu. Podniosła wzrok, przyglądała mu się przez chwilę, po czym podniosła się gwałtownie i niemal przewracając krzesło podbiegła do niego. Zatrzymała się krok przed nim
„Bronuś! Jaki ty jesteś podobny do ojca” – rozpłakała się.
Podszedł do niej i ją objął. Dokładnie tak samo jak kiedyś, pierwszy raz objął Nataszę. Stali tak przez chwilę, po czym Anna przestała płakać i delikatnie, acz stanowczo wydostała się z objęć syna. Cofnęła się pół kroku. Wierzchem dłoni otarła niewidoczne łzy. Jej twarz spoważniała
„Gdzie byłeś? Gdzie jest ojciec?” – zapytała.
Bruno poczuł chłód w jej głosie
„Ojciec nie żyje. Opowiem ci wszystko później”
Bruno instynktownie poczuł, że chyba nie powinien opowiedzieć jej prawdy o sobie. Nie wiedział, dlaczego, ale w każdym razie postanowił wstrzymać się z tym.
„Jak mnie tu znalazłeś?”
„Byłem na Ogrodowej, sąsiadki mi powiedziały, że tu pracujesz”
„Mieszkam teraz z mężem…” – przerwała – „Z Leonem, na Placu Komuny Paryskiej”
Bruno nic nie mówił. Przyglądał się matce i czekał, żeby powiedziała coś więcej
„No, co się tak na mnie patrzysz?!… Zostawiliście mnie samą! Nie wiesz co przeszłam. Sama nie dałabym rady”
„Mamo, miałem dziesięć lat. Ojciec mnie zabrał. Nie miałem nic do powiedzenia…”
„Tak. Oczywiście…Co teraz ode mnie oczekujesz?”
„Nie wiem, mamo”
„Mamo! Mamo!” – krzyknęła – „Ja też nie wiem co robić. Przecież ja ciebie nie znam! Powiedzieli mi ze przyjechałeś z Francji, że nie masz dokumentów…”
„Ukradli mi” – przerwał jej
„Tak! Ukradli!… Myślisz, że my tu wierzymy w takie bajki”
„Widzę, że sprawiłem ci kłopot. To ja już sobie pójdę…”
„Poczekaj!” – zatrzymała go – „Gdzie pójdziesz? Bez dokumentów? Gdzie się zatrzymałeś?”
„Nigdzie. Przyjechałem do Łodzi rano. Coś sobie znajdę”
„Nic nie znajdziesz. Mamy straszny bałagan tu w Urzędzie. Od dzisiaj w Łodzi mamy nowy podział administracyjny. Zamiast trzech mamy siedem dzielnic. Mam w związku z tym bardzo dużo pracy, ale postaram się wyjść o trzeciej. Idź teraz do parku po drugiej stronie ulicy. O trzeciej czekaj na mnie na dole przed wejściem”
„Dobrze, mamo. Jest tu w pobliżu jakieś miejsce, gdzie można coś zjeść?”
„A, no tak. Zapomniałam. Pewno jesteś głodny?”
„Nie jadłem śniadania…”
„Mamy tu stołówkę dla pracowników. Dam ci kupon na obiad” – spojrzała na zegarek – „Już po dwunastej. Zaraz zaczną wydawać”
Mówiąc to podeszła do biurka i wyciągnęła z szuflady bloczek z kuponami. Oderwała jeden.
„Mamo, nie trzeba. Kupię sobie na mieście”
„Bierz! Tu zjesz” – rzekła stanowczo.
Doszła do drzwi. otworzyła je gwałtownie
„Haniu, zaprowadź go…” – zaraz poprawiła się – „Zaprowadź pana Bronka, do stołówki i przypilnuj, aby mu wydali obiad… No i przypilnuj, aby zjadł!”
A potem zwracając się do Brunona
„O trzeciej na dole. Pamiętaj”
I niemal wypchnęła go za drzwi.
Punktualnie o trzeciej znalazł się przed wejściem do Urzędu. Był zmęczony. Obszedł całą Zachodnią od Ogrodowej do Limanowskiego. Wszystko było zmienione. Tam, gdzie był cmentarz żydowski, była teraz wielka budowa. Budowano tam, nowe wysokie domy mieszkalne. Tylko Bałucki Rynek zmienił się niewiele. Zgierską wrócił do Starego Rynku. Tu też budowano nowe domy.
Dalej, od Podrzecznej, w stronę Placu Wolności wszystko było inne. Zamiast uliczek w których było pełno sklepików i straganów, gdzie był targ rybny nie było teraz nic. A właściwie nasadzone młode drzewka, między śladami zburzonych domów.
Przez ten młodziutki park wrócił właśnie pod Urząd. Ledwo zdążył. Spojrzał na zegarek. Trzecia godzina. Nie zauważył, żeby dużo ludzi wychodziło z Urzędu.
„Pewno nie wszyscy kończą o trzeciej” – pomyślał.
Chciał wejść do środka i tam czekać na matkę. W drzwiach niemal zderzył się z tą młodą sympatyczną dziewczyną, która wcześniej zaprowadziła go na stołówkę. Zatrzymali się w drzwiach. Ktoś wychodzący przeprosił ich. Stanęli nieco z boku
„Panie Bronku, pani naczelnik czeka na pana przy tylnym wyjściu”
„Mam na imię Bruno. Nie Bronek”
„Bruno? Wydawało mi się, że pani naczelnik nazwała pana Bronek”
„Matka zawsze tak mnie nazywa…”
„To pani naczelnik jest pana matką? Myśmy, tu w biurze, zawsze myślały, że ona nie ma dzieci…”
„Właśnie się odnalazłem. Nie widzieliśmy się z matką piętnaście lat”
Hanka przez chwilę milczała. Stała blisko niego. Ktoś szybko przechodzący przez drzwi, popchnął ją tak że wpadła gwałtownie na Brunona. Przytrzymał ją, aby nie upadła. Trwało to, może sekundę dłużej niż było potrzeba. Jej bujne, kruczo czarne włosy musnęły jego twarz.
„Przepraszam…”
„Nie szkodzi, pani Hanko”
„Chodźmy stąd. Zaprowadzę pana do matki”
Szli długim, wąskim korytarzem, zastawionym w wielu miejscach jakimiś szafami, krzesłami i pólkami. Hanka szła pierwsza. Bruno jakieś dwa kroki za nią. Przyglądał się jej jak się porusza. Uświadomił sobie, że coś mu się w niej podoba. Wcześniej, w stołówce nie przyjrzał jej się za bardzo. Podczas gdy on jadł obiad, ona usiadła naprzeciwko
„Muszę przypilnować, aby pan wszystko zjadł” – powiedziała wtedy.
Potem przyglądała mu się uważnie. Był głodny, więc skupił się na jedzeniu. Nie rozmawiali ze sobą. Po zjedzeniu posiłku, Bruno odszedł odstawić talerz. Gdy wrócił, już jej nie było…
Doszli w końcu do wyjścia. Hanka zatrzymała się
„To tutaj. Pańska matka czeka w samochodzie”
Podała mu rękę
„Pani Hanko, czy możemy się…”
„Muszę już iść. Do widzenia panu” – przerwała mu i szybko odeszła zanim zdążył odpowiedzieć.
Wyszedł na zewnątrz. Znalazł się na wewnętrznym dziedzińcu z podjazdem, na którym stał szary samochód. W otwartych tylnych drzwiach siedziała matka
„Wsiadaj! Na co czekasz? Mamy mało czasu”
Obszedł auto i usiadł za kierowcą. Torbę postawił między sobą a matką
„Kaziu, jedziemy do domu” – zwróciła się do kierowcy
„Leon przywiezie łóżko. Rozmawiałam z nim o tobie. Przyjdzie wcześniej z pracy… Przez jakiś czas będziesz mógł u nas zamieszkać. Potem coś wymyślimy”
„To nie potrzebne. Dam sobie radę…”
„Nie dasz sobie rady. Wiem co mówię”
Spojrzała na jego torbę
„Czy to jest wszystko co masz?”
„Tak. Ukradli mi walizkę i dokumenty…”
„Zgłosiłeś to na milicję?”
„A, co to pomoże?”
„Nic. Ale kradzież dokumentów należy zawsze zgłaszać”
„Jutro to zrobię”
Zatrzymali się pod domem.
„Dziś mi już nie będziesz potrzebny” – zwróciła się do kierowcy.
Po chwili znaleźli się w obszernym mieszkaniu na drugim piętrze, solidnej, przedwojennej kamienicy. Po wejściu do przedpokoju, matka podeszła do telefonu. Wykręciła jakiś numer i po chwili powiedziała po rosyjsku
„Jesteśmy już w domu. Kiedy przyjedziesz?… Dobrze, czekamy na ciebie”
Potem przeszli do obszernej kuchni.
„Siadaj. Musimy ustalić pewne rzeczy, zanim Leon wróci. Jak ci mówiłam, mieszkam tu z nim. Są tu dwa pokoje i ta kuchnia. Leon przewiezie łóżko i wstawi się je tu, do kuchni, pod okno. Przez jakiś czas będziesz tu mieszkał. Potem musisz się wyprowadzić. Przychodzą do nas często ludzie, którzy nie powinni cię tu widzieć”
„Mamo, ja sobie pójdę. Nie chcę wam przeszkadzać…”
„Nigdzie nie pójdziesz! Czy ty nie rozumiesz, że bez dokumentów nie możesz żyć w Polsce?! Nie dostaniesz pracy, mieszkania ani kartek na żywność. Mówisz z obcym akcentem, ktoś może wziąć cię za szpiega. Szybko trafisz do więzienia”
„To co mam robić?”
„Coś wymyślimy. Załatwię ci Dowód Osobisty, metrykę, jakieś świadectwo pracy. Ale to trochę potrwa”
„Możesz to załatwić?… Co ty właściwie robisz, mamo?”
„Jestem naczelnikiem w Wydziale Spraw Wewnętrznych w Urzędzie Wojewódzkim w Łodzi…”
„Pamiętam, że sprzątałaś kościół… A teraz jesteś ważną urzędniczką…”
„Milcz! Nie chcę słyszeć ani słowa o kościele! Bardzo zawiodłam się na księżach”
„Co się stało?”
„Jak mnie opuściliście zostałam bez grosza. Ojciec zabrał wszystkie pieniądze z domu. poszłam po pomoc do księdza, u którego sprzątałam. Powiedziałam mu w jakiej sytuacji się znalazłam. Zachował się podle” – przerwała na chwilę – „Krótko mówiąc nie pomógł mi. Tą pracę w kościele też straciłam…”
„Z czego żyłaś” – przerwał jej
„Popatrz na moje ręce. Widzisz jakie zniszczone. Prałam. Praczką zostałam. ludzie przynosili mi do domu swoje brudy a ja dzień w dzień, po dwanaście godzin prałam, nosiłam wiadra z wodą ze studni z podwórka a potem wynosiłam tą brudną. Aż do wojny. Kiedy Niemcy ogłosili nabór na wyjazd do Rzeszy na roboty, zgłosiłam się. Musiałam. Dłużej bym nie wytrzymała tego prania. Pracowałam w Reichenau, w fabryce amunicji. Ciężka praca, ale dla mnie lepsza od tego prania. No i nie musiałam martwić się o jedzenie. Było marne, bo marne, ale było regularnie… Pod koniec wojny Niemcy ewakuowali fabrykę dalej na zachód. Pracowników przymusowych też. Ukryłam się. Po przejściu frontu znaleźli mnie Rosjanie. Wtedy poznałam Leona Borysowicza Sztetlera.
Mówiłam ci kiedyś, że w dzieciństwie, taka jedna, u której byłam na służbie, nauczyła mnie francuskiego. Bardzo mi to pomogło. Leon zabrał mnie do Stalinogrodu, wtedy jeszcze nazywało się to miasto Katowice. Pomagał Polakom organizować Urzędy Repatriacyjne. Do Katowic przyjeżdżało dużo Polaków z Francji i Belgi. Wielu z nich słabo mówiło po polsku. Potrzebni byli tłumacze. Dostałam pracę jako tłumacz w Oddziale Wojewódzkim Urzędu Repatriacyjnego. W 1951szym zostały one, te urzędy, skasowane. Leon dostał nowe zadanie i przydział do Łodzi. Pomaga teraz nadzorować Urząd Bezpieczeństwa Publicznego w Łodzi. Przyjechałam tu z nim. Załatwił mi tu pracę… I to wszystko. Teraz powiedz co ty robiłeś przez te piętnaście lat”
„Ojciec zabrał mnie do Hiszpani. Nie biłem się, byłem za mały. Pomagałem w szpitalu polowym. Potem jak ojciec poległ to był już koniec walk. Dzieci takie jak ja ewakuowano do Francji. Jedna Włoszka zabrała mnie i kilku innych chłopców do Rzymu. Chodziłem tam do szkoły. Po wojnie chciałem wrócić do Łodzi. Poradzono mi, że najlepiej przez Francję…”
Musiał przerwać swój wywód, bo właśnie otworzyły się drzwi i dwaj mundurowi milicjanci wnosili metalowe łózko. Za nimi pojawił się w drzwiach oficer w polskim, wojskowym, mundurze.
„Ustawcie w kuchni pod oknem” – zwrócił się po polsku z silnym rosyjskim akcentem do milicjantów – „Przynieście resztę”
Gdy wyszli, Spojrzał na Brunona. Wyciągnął do niego rękę
„Wy jesteście Bronek. Syn Anny, Prawda?”
„Tak. Ale nie Bronek tylko Bruno”
„Anna! to on jest Bronek czy Bruno?!” krzyknął po rosyjsku do Anny, która właśnie wyszła z kuchni do pokoju
„Brono! Bruno! Ale ja nazywałam go zawsze Bronek. Tak się przyzwyczaiłam” – odkrzyknęła z pokoju.
Milicjanci przynieśli materac, poduszkę i koc po czym odmeldowali się i wyszli.
Anna wróciła do kuchni zaczęła krzątać się przy kuchence gazowej. Leon przysiadł się do stołu, do Brunona.
„Matka mówiła mi, że wróciłeś z Francji. Pogadamy o tym później. Teraz musimy cię tutaj jakoś urządzić. Będziesz spał w kuchni. Przestawimy szafę i będziesz miał swój kącik pod oknem. Za kilka dni znajdziemy ci mieszkanie. Masz jakieś pieniądze?”
„Mam pięćset złotych…”
„Niedużo. Musisz wziąć się za pracę. Co umiesz robić”
„Jestem mechanikiem samochodowym”
„Leon, mówiłam ci. On nic nie ma. Żadnych papierów. Mówi, że go okradli” – przerwała im Anna
„Okradli, powiadasz. Trzeba wyrobić mu nowy Dowód Osobisty. On się tu urodził, tak?”
„Tak, Leon. Przed wojną był zameldowany ze mną i Józefem na Ogrodowej. Musi być wpisany w księgach kościelnych w tym małym kościółku zaraz za Urzędem, wiesz, gdzie?”
„Tak wiem. To ty Anna pójdziesz tam jutro i zażądasz jego metrykę…”
„Nie pójdę tam! Niech on sam tam pójdzie. Nie ma nic do roboty”
„No, to wiesz co masz jutro zrobić” – zwrócił się do Brunona – „A teraz jak zjemy to pójdziesz na Piotrkowską, pod piętnasty. To kawałek stąd, ale nie szkodzi jak się trochę przejdziesz. Tam jest dobry fotograf. Każesz zrobić sobie kilka zdjęć do Dowodu Osobistego. Powiesz mu, że to pilne i mają być na jutro”
„Jutro jest niedziela” – zauważył Bruno
„No to w poniedziałek. Ja i Anna pracujemy jutro”
Zjedli jajecznicę, którą Anna właśnie przygotowała. Rozmawiali przy tym o mieszkaniu dla Brunona. Leon twierdził, że najszybciej będzie załatwić mieszkanie na terenie byłego Getta, na Bałutach, podczas gdy Anna wolałaby, aby Bruno zamieszkał bliżej nich i że ona się tym zajmie. Bruno podziękował za jedzenie i wstał od stołu
„Pójdę do tego fotografa…”
„Zaczekaj. Tak nie możesz iść. Koszula brudna, marynarka pomięta. Przebierz się” – nakazała mu matka.
Sięgnął do torby. Wyciągnął czystą koszulę i sweter
„No, nie. Ta też jest pomięta. Nie masz nic innego?”
„Nie mam, mamo”
„Leon, pożycz mu czystą koszulę, jakieś spodnie i marynarkę. On jest twojego wzrostu. Twoje rzeczy będą pasować na niego”
Podczas gdy Leon poszedł do pokoju skompletować ubranie dla Brunona Anna nakazała synowi wszystko zdjąć.
„To trzeba wyprać i wyprasować. Zajmę się tym”
„Sam sobie wypiorę. Nie chcę mamo abyś prała…”
„Przysięgłam sobie, że już nie będę prała. Nie martw się o to. Teraz wszystko oddaję innym do prania. Po jutrze będzie wyprane”
Półtorej godziny później Bruno, elegancko ubrany wychodził z Atelier fotografa Mireckiego. Zdjęcia będą gotowe w poniedziałek. Odbierze je sobie jak będzie szedł do kościoła na Ogrodowej, po metrykę.
Tymczasem postanowił przyjść się spokojnie Piotrkowską. Ten odcinek do Placu Wolności przeszedł już dwa razy, ale nie miał czasu się rozglądać. Pierwszy raz rano, gdy szedł z dworca Fabrycznego w stronę Ogrodowej i teraz gdy spieszył się do fotografa, aby zdążyć przed zamknięciem. Teraz ma czas do dziesiątej wieczorem.
Matka z Leonem wyszli gdzieś. Nie dali mu klucza, bo nie mają zapasowego. Leon obiecał dać dorobić jeden, ale dopiero po niedzieli.
Wrócił do domu o w pół do jedenastej. Drzwi otworzyła matka. Miała narzucony na ramiona szlafrok.
„Na stole masz kolację. My już śpimy”
Całą niedzielę Bruno włóczył się po mieście. Ciągło go przede wszystkim w te strony, które pamiętał z dzieciństwa. Miał nadzieję spotkać kogoś kogo znał, kolegów z podwórka lub ze szkoły. Uświadomił sobie. że właściwie to on ich nie pamięta. Nie mógł sobie przywołać żadnej znajomej twarzy z tego okresu. Usilnie starał się o to, ale łapał się na tym, że przypominali mu się jedynie chłopcy ze szkoły w Rzymie.
Przeszedł kilka razy Ogrodową. Przyglądał się dokładnie mijanym ludziom. Nie spotkał nikogo znajomego. W poniedziałek odebrał zdjęcia od fotografa. Potem poszedł do kościoła na Ogrodowej.
W kancelarii parafialnej ksiądz odszukał go w księgach Chrztu i wypisał metrykę. Zanim mu ją wręczył, przyglądał mu się chwilę.
„Co porabia teraz pana matka” – zapytał – „Nie było jej tutaj od wojny”
„Nie wiem” – skłamał – „Dopiero wróciłem do Łodzi. Szukam jej”
Po wyjściu z kancelarii Bruno udał się w dalszą wędrówkę, tym razem w stronę Bałut. Szedł na północ Zachodnią. Przy skrzyżowaniu z Drewnowską zauważył dobrze mu znaną sylwetkę samochodu ciężarowego Opel Blitz. Stał pod oknem narożnej kamieniczki.
Dwoje ludzi ładowało przez okno skrzynki z oranżadą ze znajdującej się tam Wytwórni Wód Gazowanych, podczas gdy trzeci, mężczyzna w wieku Brunona stał pochylony pod otwartą połówką maski przykrywającej silnik.
„To poniemieckie gówno już dalej nie pojedzie! Nie da się tego naprawić!” – krzyknął do tych dwóch co ładowali skrzynki
„Szef na zabije. To trzeba dzisiaj rozwieść” – odpowiedział ten co stał w oknie.
Bruno podszedł bliżej i chwilę przyglądał się poczynaniom kierowcy, który próbował uruchomić silnik. Po chwili zwrócił się do niego
„Odsuń się. Pokaże ci jak to się robi…”
Kierowca odwrócił się ku niemu. Zmierzył Brunona wściekłym wzrokiem
„Zjeżdżaj palańcie! Tu potrzeba mechanika a nie urzędnika!”
„Jestem mechanikiem…”
„Tak w garniturku…”
W tym momencie w oknie pojawił się starszy mężczyzna i przerwał mu
„Co jest Stasiu? Co tu jeszcze robisz?… W drogę. Spóźniony jesteś”
„Szefie, to gówno już nigdzie nie pojedzie…”
„Mogę to naprawić” – Bruno zwrócił się do tego w oknie
„Tak, on to naprawi…” – z ironią wtrącił kierowca
„Daj mu spróbować, Stasiu. Nie mamy czasu”
„Proszę bardzo! Niech pan mechanik pokaże, jak to naprawić”
Prześmiewczo opowiedział kierowca i zapraszającym gestem wskazał silnik. Bruno podszedł bliżej. Zajrzał pod maskę
„Czemu tu tak brudno? O silnik trzeba dbać, to będzie działał. Masz tu jakieś szmaty”
Bruno ściągnął płaszcz i marynarkę. Podwinął rękawy koszuli. Płaszcz i marynarkę odłożył do kabiny kierowcy. Potem odkręcił gaźnik błyskawicznie go rozebrał, wyczyścił podaną szmatką, złożył całość i zanim zamontował go na właściwym miejscu, wykręcił świece, wyczyścił je i sprawdził odstęp między elektrodami.
Po kilku minutach wszystko było na swoim miejscu. Bruno wytarł ręce w podane szmaty. Ostrożnie wziął z kabiny płaszcz i marynarkę, odłożył je na bok na stojące pod ścianą skrzynki
„Włącz silnik” – zwrócił się do kierowcy.
Silnik zaskoczył od razu.
„W drogę, Stasiu! Późno jest!” – krzyknął szef.
Bruno tym czasem próbował doczyścić ręce. Niestety, bez skutku.
„Wejdź pan do środka, to się umyjesz” – zaprosił go szef.
Po umyciu rąk szef zaproponował mu pracę. Ma u siebie jeszcze dwa takie samochody z demobilu, które ciągle się psują. Chciałby, aby Bruno się nimi zaopiekował. Bruno bardzo chętnie się na to zgodził, niestety, gdy szef dowiedział się, że Bruno nie posiada żadnych dokumentów do zawarcia umowy o pracę nie doszło.
Po wyjściu z Wytwórni Wód Gazowanych pokręcił się trochę po mieście, zjadł obiad w barze mlecznym na Piotrkowskiej i postanowił wrócić do domu. była już piąta po południu.
W domu zastał matkę siedzącą przy stole nad jego wypranymi rzeczami. Nożyczkami odpruwała metki z jego koszul. Była wyraźnie zdenerwowana
„Mówisz, że wróciłeś z Francji. Tu są wszystkie twoje rzeczy, które przed chwilą przyniosła praczka. Ani jedna z nich nie jest francuska. Wszystkie posiadają rosyjskie metki. Jak to wytłumaczysz?”
Bruno nic nie odpowiedział. Zdał sobie w tym momencie sprawę z tego jak nie wiarygodna jest jego historia o powrocie z Francji.
„Nie wiem, skąd przyjechałeś, ale na pewno nie z Francji. Widziałam setki osób wracających z Francji. Żadna z nich nie miała na sobie ubrań ze Związku Radzieckiego. Masz szczęście, że Leon musiał wyjechać dzisiaj do Warszawy. Gdyby on to zobaczył, źle by się to skończyło i dla ciebie, i dla mnie. Nie powiem mu o tym. Chcę ci pomóc. Dostaniesz Dowód Osobisty i meldunek w Łodzi. Leon mówił, że ma dla ciebie jakieś mieszkanko z puli dla współpracowników. Będziesz musiał się szybko wyprowadzić. Nie chcę abyś ściągnął na nas jakieś nieszczęście. Dosyć mamy własnych kłopotów”
Bruno zaczął ściągać ubranie Leona. Matka spojrzała na niego.
„Co robisz? Możesz zatrzymać sobie tą marynarkę i spodnie. On ma sporo ubrań. Nie musisz oddawać. Dam ci jeszcze kilka jego koszul”
„Nie trzeba, mamo. Kupię sobie”
„Nic sobie nie kupisz. Tu niczego nie ma”
Po kilku minutach skończyła odpruwanie metek. Jeszcze raz dokładnie obejrzała wszystkie rzeczy. Sprzątnęła wszystko do papierowej torebki
„Wyrzucę to jutro w Urzędzie…Aha!” – przypomniała sobie – „Masz metrykę i zdjęcia do Dowodu?”
Bruno podał jej kopertę z metryką i zdjęciami
„Ksiądz się o ciebie pytał”
„Co mu powiedziałeś?”
„Powiedziałem, że nie wiem, gdzie jesteś”
„Bardzo dobrze. Nie chcę znać drania”
Leon wrócił pod koniec tygodnia. Coś musiało pójść nie tak w Warszawie. Prawie się nie odzywał do Brunona. Przychodził do domu późno wieczorem. Nie jadł kolacji. Zamykał się z Anną w sypialni i długo coś jej tłumaczył. Bruno zauważył raz, że matka wyszła z sypialni do łazienki zapłakana. Nie słyszał, aby się kłócili. Coś innego musiało ją poruszyć. Nie wiedział co.
Co rano, przy śniadaniu zachowywali się normalnie. Wychodzili do pracy jak zwykle. Na matkę czekał samochód z kierowcą. Prawie zawsze z tym samym. Leon chodził do pracy pieszo. Czasami zdarzało się, że podjeżdżał po niego czarny Citroen. Jechał nim zwykle do Warszawy. Najczęściej zostawał tam do następnego dnia.
Bruno miał już klucz do mieszkania i mógł wychodzić i przychodzić, kiedy zechciał. Całe dnie spędzał na włóczeniu się po mieście. Tak mijały mu dni.
Trzynastego maja, w środę, wybrał się na stadion Włókniarza przy alei Unii. Chciał zobaczyć finisz XI etapu Wyścigu Pokoju ze Stalinogrodu do Łodzi. Przy kasach biletowych był tłum ludzi. Udało mu się kupić bilet. Do przyjazdu kolarzy było jeszcze sporo czasu. Usłyszał przez rozstawione głośniki, że kolarze są spodziewani na stadionie za czterdzieści minut.
Szedł do wejścia, gdy zauważył dziewczynę z Urzędu, Hankę. Była ze starszą kobietą. Najwyraźniej nie wybierały się na stadion. Wyglądał na to, że przechodziły tamtędy. Miał wielką ochotę podejść i zagadać do niej, ale nie wiedział, jak to zrobić. Hanka nie zauważyła go. Po chwili zniknęła mu z oczu.
Wszedł na stadion. Znalazł miejsce w pobliżu mety, ale nie myślał o wyścigu. Po kilku minutach na stadion wjechała grupka kolarzy. Patrzał na to bez zainteresowania. Może nawet nie zauważył, że zwycięzcą tego etapu został Aleksander Pawlisiak startujący w barwach Polonii francuskiej. Przed oczami miał obraz Hanki.
Po chwili widzowie zaczęli kierować się w stronę wyjść. Dał się ponieść tłumowi. Dopiero na ulicy rozluźniło się. Stanął i zaczął się rozglądać jakby miał nadzieję, że ona tu gdzieś jest i czeka na niego.
Po chwili ocknął się i niespiesznie ruszył w stronę domu. po drodze myślał tylko o Hance. Musi się koniecznie z nią spotkać, tylko jak to zrobić. Po za tym, że pracuje u matki w biurze i że ma na imię Hanka, nic o niej nie wie. Musi znaleźć pretekst, aby spotkać ją tam „przypadkowo”.
Kilka dni później, Leon przyniósł do domu Dowód Osobisty wystawiony na Brunona Baranowskiego, syna Józefa, urodzonego w Łodzi 15 go września 1928 go roku. W dowodzie brakowało adnotacji o zameldowaniu. Były tam dwie pieczątki o wcześniejszym zatrudnieniu. Jedna z prywatnej firmy transportowej w Krakowie a druga ze stacji kolejowej PKP w Tarnowskich Górach.
„Po niedzieli dostaniesz mieszkanie. Wtedy matka wstempluje ci zameldowanie”
„Pamiętaj jeszcze, Leon o Książeczce Wojskowej. Najlepiej zrób go inwalidą…”
„Inwalidą nie może być. Na pierwszy rzut oka widać, że to kawał zdrowego byka” – zaśmiał się Leon – „Zrobimy z niego gruźlika. To wystarczy”
I wystarczyło. Wszystkie dokumenty były autentyczne. Leon miał właściwie nieograniczone możliwości w zakresie uwierzytelniania fałszywych dokumentów. Wszystkie miały swoje oparcie w odpowiednich urzędach.
Dzień później Bruno dostał przydział na mieszkanie w Łodzi w starej kamienicy przy ulicy Rybnej na Bałutach. Mieszkanko było jednopokojowe, w pełni umeblowane.
Urząd Bezpieczeństwa Publicznego miał wiele takich mieszkań. Były to mieszkania operacyjne w których spotykali się tajni współpracownicy i prowadzący ich oficerowie UB. Zdarzało się, że takie mieszkania stawały się przedmiotem spekulacji w rękach tych, którzy o tych mieszkaniach decydowali.
To mieszkanie, na które dostał przydział Bruno, było stosunkowo skromne i od pewnego czasu nieużywane. Znajdowało się na drugim piętrze. Kran z wodą był na korytarzu, wspólny dla lokatorów z tego samego piętra. Wspólna ubikacja była obok.
„Przyjdź jutro do nas do Urzędu. Zgłosisz się do Działu Meldunkowego z decyzją o przydziale mieszkania i z Dowodem Osobistym. Od teraz sam wszystko załatwiasz” – poinformowała go matka.
Bardzo mu to odpowiadało. Nareszcie miał powód, aby iść do Urzędu. Liczył, że spotka tam Hankę.
Niestety, Mimo że kręcił się tam ponad trzy godziny a potem przed wyjściem przeczekał aż wszyscy pracownicy Urzędu wyszli po pracy, Hanki nie zauważył.
Przez następne dni urządzał się w mieszkaniu. Niby wszystko tam było, przywiózł sobie tylko od matki i Leona rzeczy osobiste, ale odświeżył ściany, poprzestawiał meble i dokupił trochę talerzy i sztućców do kuchni.
Gdy się z tym uporał zaczął rozglądać się za pracą.
W Dzienniku Łódzkim, znalazł ogłoszenie o pracy. Centralne Warsztaty Remontowe na Tramwajowej, należące do MPK, poszukują mechaników samochodowych do remontu autobusów miejskich. Zgłosił się tam.
W kadrach zapytali o świadectwo szkolne. Odpowiedział, że szkołę ukończył w czasie wojny i potem wszystko mu zaginęło.
„Nie możemy was zatrudnić jako mechanika, skoro nie macie dokumentów potwierdzających, że jesteście mechanikiem”
„No, nie mam. Do widzenia…” – Bruno ruszył w kierunku drzwi.
„Zaraz! Zaraz. Poczekaj pan! Możemy zatrudnić was jako pomocnika mechanika”
Bruno rozpoczął pracę od pierwszego lipca. Praca była na dwie zmiany. Nie sprawiała mu żadnych trudności. Brygadzista w brygadzie, w której pracował szybko zauważył, że Bruno naprawdę jest mechanikiem i już we wrześniu dostawał samodzielne prace do wykonywania.
We wrześniu też dostał pierwszą przesyłkę pocztową, adresowaną na jego adres na Rybną. Było to wezwanie do stawienia się w Przychodni Przeciwgruźliczej na badania okresowe w poniedziałek 28 go września, godzina piętnasta trzydzieści, na ulicy Limanowskiego.
Dalej była wzmianka o tym, że osoby chore na gruźlicę, które nie poddadzą się leczeniu podlegają karze. Zdziwiło go to trochę. Przecież nie jest chory, a już na pewno nie na gruźlicę. Zmiął wezwanie i już miał je wyrzucić, gdy nagle przypomniał sobie, że w książeczce wojskowej ma wpisane zwolnienie ze służby wojskowej i że Leon powiedział mu, że jest ono, to zwolnienie, spowodowane gruźlicą właśnie na którą on rzekomo choruje.
Piętnastego września, gdy już wychodził po badaniach, w poczekalni spotkał Hankę.
„Dzień Dobry, pani Haniu, co pani tu robi?”
„Dzień dobry panie Bronku” – nie zareagował na Bronka – „Chorowałam na gruźlicę i dlatego tu jestem”
„Gdzie pani się jej nabawiła?”
Hanka podciągnęła lewy rękaw bluzki i wskazując na tatuaż powiedziała
„Tam właśnie”
Bruno przyglądał się chwilę
„Nie rozumiem. Co to za cyfry?”
„Naprawdę pan nie rozumie?”
„Nie rozumiem…”
„Wywieźli mnie, mamę i siostrę z Getta do Brzezinki”
„Dlaczego panią wywieźli i co to za Brzezinka?”
„Boże!… Naprawdę nie wie pan?! Jak pan się uchował taki niedouczony?”
„Niedawno wróciłem do Polski…”
Musieli przerwać. Hanka została wezwana do gabinetu. Postanowił zaczekać na nią. Wyszła po pół godzinie
„Pan jeszcze tutaj?”
„Pani Haniu, proszę mi opowiedzieć o tej Brzezince i dlaczego pani ma ten numer. Muszę to wiedzieć”
„Dlaczego musi pan?”
„Bo… Bo…”
Chciał jej powiedzieć, że chce o niej wiedzieć wszystko i być blisko niej, ale bał się, że takie wyznanie spłoszy ją, jest za wczesne.
„Bo ja nic nie wiem. Nie było mnie w Polsce…” – wydusił z siebie.
Zauważyła, że chciał powiedzieć coś innego. Jakaś intuicja sprawiła, że pyła pewna co chciał powiedzieć i wiedziała, że się nie myli.
„Chodźmy stąd. Ludzie się patrzą” – powiedziała szeptem. Wzięła go pod ramię i skierowała się do wyjścia.
Spotykali się co dziennie, za wyjątkiem tych dni, kiedy pracował na po południową zmianę. Wtedy po pracy odwiedzał czasem matkę i Leona.
Źle się tam czuł. Nie mieli o czym ze sobą rozmawiać. Matka nie wypytywała go o jego przeszłość chociaż był pewien, że nie uwierzyła w opowiadanie o Francji. Leon prawie się do niego nie odzywał. Miał wrażenie, że wszystko o nim wiedzą. Poznał już możliwości Leona i domyślał się czym się zajmuje.
Leon pytał grzecznościowo jak tam w pracy i w ogóle jak sobie radzi sam na własnym utrzymaniu.
„Pewno we Francji było ci lepiej? Powiedz jak tam było” – zapytał kiedyś z ironicznym uśmiechem
„Daj mu spokój Leon. Mówiłam ci. Sam nam to kiedyś opowie”
Zwykle po temu podobnych pytaniach starał się wyjść od nich jak najszybciej. Nie zatrzymywali go. Oczywiście nic im nie powiedział o Hance.
Z Hanką umówił się, że będą ukrywać przed matką ich znajomość. Ryzyko, że mogą spotkać matkę lub Leona na mieście było bardzo małe. Bruno i Hanka najczęściej spotykali się na Bałutach. Często przesiadywali u niego w mieszkaniu. Gdy pogoda pozwalała, to jechali do parku julianowskiego.
To tam opowiedzieli o sobie wszystko. Dowiedział się, że Hanka jest jego rówieśnicą, że ostatnie miesiące wojny spędziła w Auschwitz-Birkenau. Trafiła tam z ostatnim transportem z likwidowanego Getta łódzkiego 29 go sierpnia 44 go roku.
Jeszcze przed końcem tego roku wywiózł ją pod stosem śmieci polski woźnica Jan Kuchciak. Potem odebrała ją od niego jego siostra Irena i przeszmuglowała do Łodzi do swojego mieszkania na Nowomiejskiej, tuż przy Placu Wolności.
Irena Salińska, siostra Kuchciaka, była wdową po poległym we wrześniu 39go mężu Stefanie. Nie mieli dzieci.
Zaopiekowała się kilkunastoletnią Hanką jak własną córką. Ukrywała ją aż do wyzwolenia Łodzi.
Hanka mieszka u niej i traktuje ją jak matkę Po wojnie, Salińska formalnie ją adoptowała i Hanka otrzymała jej nazwisko. Swoje własne, Apelkvist od tego czasu nie używała. Hanka nie wie co się stało z jej starszą siostrą Ester i z matką. Ojciec zmarł na raka tuż przed wybuchem wojny.
Bruno nie miał żadnych obaw, aby jej opowiedzieć o sobie całej prawdy. No, prawie całej. Pominął wątek o swojej zażyłości z Nataszą Fiodorowną.
W połowie grudnia Bruno dowiedział się, że matka i Leon wyjeżdżają do Warszawy. Spędzą tam okres świąteczny i że zostali zaproszeni witać Nowy Rok w ambasadzie Związku Radzieckiego. W związku z tym nie będą mogli spędzić Świąt Bożego Narodzenia razem.
Bruno się tym specjalnie nie zmartwił. Przeciwnie, ucieszył się, że spędzi ten czas z Hanką.
Kupił choinkę, trochę świecidełek i zaprosił ją do siebie. Miał dla niej prezent gwiazdkowy. Na bazarze przy Rynku Bałuckim kupił wisiorek z bursztynem.
Nowy Rok 1954ty spędzili w mieszkaniu Salińskiej na Nowomiejskiej. Bruno Był tam pierwszy raz. Hanka przedstawiła go jako Bronka, Zawsze go tak nazywała,
„Mamusiu, to jest Bronek, syn mojej szefowej, wiesz której, mówiłam ci o niej…”
„Ach, tej… Pamiętam”
W tym momencie spojrzenie starszej pani zrobiło się mniej przyjazne
„On jest zupełnie inny niż matka. Nie utrzymuje z nią kontaktu” – wtrąciła pośpiesznie Hanka
„Czy twoja” – poprawiła się szybko – Czy pana matka wie, że się spotykacie?”
„Proszę mi mówić po imieniu. Zwyczajnie Bruno”
Salińska spojrzała pytająco na Hankę
„On ma na imię Bruno, ale dla mnie jest Bronkiem”
Z matką spotkał się dopiero pod koniec stycznia. Dzwonił do niej kilka krotnie, ale telefon nie odpowiadał. Zadzwonił do Urzędu. Powiedziała mu, że ma teraz dużo pracy, ale dobrze, że zadzwonił. Muszą się z nim zobaczyć.
Umówili się na obiad na niedzielę, trzydziestego pierwszego stycznia. Zaraz, gdy tylko przyszedł i ściągnął płaszcz oznajmiła mu
„Wyjeżdżam z Leonem z Polski. Powiemy ci więcej przy stole”
W czasie obiadu dowiedział się, że Leon został odwołany ze stanowiska doradcy w Urzędzie Bezpieczeństwa Publicznego.
Z Polski ma wyjechać olbrzymia większość radzieckich doradców, głównie z wojska i służb bezpieczeństwa. Na przyjęciu w ambasadzie dowiedzieli się to, co już wiedzieli, to znaczy, że w Polsce szykują się zmiany, że nastawienie do ludzi takich jak Leon zrobiło się bardzo nieprzyjemne, można powiedzieć, że nawet wrogie.
Matka też nie czuje się pewna w pracy. Zauważyła ze ludzie odnoszą się do niej inaczej niż jeszcze pół roku temu. Doszły do niej plotki, że jej stanowisko zostanie zlikwidowane. Wiedział o tych plotkach od Hanki.
Dowiedział się, że Leon musi wyjechać, bo tak zadecydowały władze w Moskwie. Możliwe, że jeszcze tu wróci, ale nie wiadomo, kiedy. Ona, matka, nie widzi tutaj dla siebie przyszłości. Muszą opuścić mieszkanie służbowe Leona i ona nie ma się, gdzie podziać
„Możesz zamieszkać u mnie, mamo”
„Żartujesz chyba!” – stwierdziła oburzona – „Leon zapewni mi lepsze warunki w Leningradzie”
Wyjechali jeszcze przed końcem marca. Nie widział się z nimi przed ich wyjazdem. Dostał tylko krótki list, w którym matka życzyła mu wszystkiego dobrego i miała nadzieję zobaczyć go u nich w Leningradzie.
Obiecała przysłać adres jak tylko dojadą na miejsce. W Urzędzie, dział, w którym pracowała matka i Hanka uległ reorganizacji. Hanka została przeniesiona do działu administracyjnego.
Po za tym nic w ich życiu się nie zmieniło do czasu, kiedy to w czerwcu, po krótkiej chorobie zmarła Irena Salińska.
Po pogrzebie Bruno wprowadził się do Hanki. Dowiedział się, że Hanka jest w ciąży. Wzięli ślub cywilny. Zrobili małe przyjęcie, tylko dla kilkorga przyjaciół z pracy od Hanki i od Brunona z warsztatu. Bruno zameldował się na Nowomiejskiej. Mieszkanie na Rybnej musiał oddać do dyspozycji Administracji Domów Mieszkalnych.
W grudniu 1954 go urodził im się syn. Dali mu na imię Szymon. Żyło im się skromnie, ale stabilnie. Mieli pracę i w miarę wygodne, duże, dwupokojowe mieszkanie z kuchnią i własną łazienką, co wielu uważało wtedy w Łodzi za luksus.
Syn chował im się dobrze. Ominęły go choroby wieku dziecięcego, oni też cieszyli się zdrowiem. Gruźlica Hanki została wcześnie zaleczona, jej wizyty w Przychodni Przeciwgruźliczej były coraz rzadsze. Bruno zakończył je jeszcze wcześniej.
We wrześniu 1961go Szymon poszedł do pierwszej klasy szkoły podstawowej. Bruno awansował na zastępcę kierownika warsztatu, a Hanka ukończyła wieczorowe kursy kreślarskie i zmieniła pracę. Została kreślarką w Biurze Projektowym Przemysłu Papierniczego.
Mieli niewielki krąg znajomych, z którymi spotykali się od czasu do czasu przy różnych okazjach. Nie angażowali się politycznie. Chodzili, jak wszyscy wtedy, na pochody pierwszomajowe i urywali się z nich jak tylko mogli najszybciej.
Kilka razy zasugerowano im w miejscu pracy, aby wstąpili do PZPR, ale oni się do tego nie kwapili.
Mogli sobie pozwolić, aby wyjechać kilka razy na urlop nad morze z Funduszem Wczasów Pracowniczych. Bruno na poważnie zaczął myśleć o kupnie używanej Syrenki. Szymon niemal w każde wakacje wyjeżdżał na kolonie letnie ze szkoły lub organizowane dla dzieci pracowników MPK.
Można powiedzieć, że byli przykładem rodziny, która czerpie korzyści z tak zwanej Małej Stabilizacji okresu rządów Gomułki.
Szymon nie sprawiał im trudności wychowawczych. w szkole był uczniem pracowitym, ale wyniki nauczania miał raczej średnie.
W ostatniej, ósmej klasie podstawówki, w marcu 68go, Szymon został pobity przez milicję w czasie demonstracji na Placu Wolności. Zabrali go razem z grupą innych demonstrantów na komisariat.
Ponieważ Szymon do dwudziestej czwartej nie przyszedł do domu, bardzo zaniepokojona Hanka zadzwoniła od sąsiadów na milicję. Po dłuższej rozmowie i przełączeniu jej na różne inne telefony dowiedziała się, gdzie przebywa syn, i że może po niego przyjść dopiero jutro po dziewiątej.
Bruno był w tym czasie na Węgrzech, na szkoleniu dotyczącym napraw autobusów Ikarus. Mieli takie w łódzkim MPK i ich naprawy sprawiały im kłopoty.
Następnego dnia Hanka nie poszła do pracy, zadzwoniła do szefa, powiedziała, że się spóźni. Jeszcze przed dziewiątą stawiła się na komisariacie przy Sienkiewicza, aby odebrać Szymona.
Zanim się z nim zobaczyła, została przesłuchana. Przesłuchujący miał przed sobą teczkę z wyraźnie napisanym imieniem i nazwiskiem Szymona. „Szymon Baranowski, syn Brunona i Hanny Baranowskiej z domu Apelkvist”.
Poprosił Hankę o Dowód Osobisty. Chwilę go przeglądał
„Macie tu napisane Hanna Baranowska i nazwisko panieńskie Salińska. Coś mi się tu nie zgadza. Dlaczego w Dowodzie jest Salińska?”
„Bo takie nazwisko nosiłam przed ślubem”
„Myśmy przesłuchali waszego synalka. Potem sprawdziliśmy kim są jego rodzice, no i widzicie, doszliśmy do tego, że wy, jego matka nazywacie się Apelkvist, a nie Salińska”
„Nazywam się Hanna Baranowska z domu Salińska!” – Hanka powiedziała to podniesionym głosem
„Wy mi tu głosu nie podnoście! Zajmiemy się wami w swoim czasie. Teraz mam za dużo roboty z takimi wichrzycielami jak wasz syn. Na razie możecie go zabrać. Wrócimy do tego jeszcze”
Wracali do domu pośpiesznym krokiem. Hanka wyraźnie zdenerwowana. Nie odzywała się do Szymona. Dopiero w mieszkaniu zapytała syna
„Co ty im tam mówiłeś?”
Szymon był wyraźnie zaskoczony tym pytaniem. Spodziewał się wielkiej awantury i solidnej reprymendy a tu tylko takie pytanie
„Nic im nie mówiłem…”
„O co cię pytali? Pisali coś? Dali ci coś do podpisywania?”
„Pytali do jakiej szkoły chodzę i jak się nazywam, gdzie mieszkam i takie tam”
„Co! Takie tam? Zawsze ci mówiłam odpowiadaj jasno, konkretnie. No więc o co więcej cię pytali?”
„Pytali o rodziców. Jak się nazywacie i gdzie pracujecie. Pytali też kto mnie namówił na przyjście na Plac Wolności. Powiedziałem, że mieszkam obok, na Nowomiejskiej i że szedłem do domu”
„A dlaczego tam byłeś? Tylko nie mów, że szedłeś do domu. Mnie możesz powiedzieć prawdę”
„Wszyscy tam szli demonstrować. W obronie studentów…”
„Ty nie jesteś studentem. Nie skończyłeś jeszcze podstawówki”
„Starszy brat Helki, wiesz, tej z mojej ławki, on jest studentem i jak byłem u niej w domu odrabiać matmę, to on nam opowiadał takie różne rzeczy o tym co się dzieje w Warszawie i że będzie demonstracja w Łodzi, to poszedłem tam z nią…”
„Czy ją też zatrzymali?”
„Nie wiem. Zgubiliśmy się jak zaczęli nas gonić”
„Dlaczego chodzisz do niej odrabiać lekcję, nie możesz tego robić w domu?”
„Tam mi się dobrze uczy razem z nią…No i Zenek, ten jej brat, czasem nam pomaga z matmy i fizyki”
Hanka spojrzała na zegarek. Dochodziła czternasta. Musi się pokazać w pracy. Zwróciła się do Szymona
„Gdzie mieszka ta Helka?”
„Niedaleko. Na rewolucji przy Zachodniej…”
„Muszę iść do pracy. Idź do niej. Dowiedz się co z nią. Czy ją też zatrzymali… Omijaj zgromadzenia ludzi na ulicach. Potem czekaj na mnie w domu. To jeszcze nie koniec. Musimy poważnie porozmawiać”
W biurze natychmiast udała się do szefa. Przeprosiła za spóźnienie, a właściwie za nieobecność. Do końca dnia pracy zostały niecałe dwie godziny. Postanowiła nie ukrywać powodu spóźnienia. Opowiedziała mu wszystko. Wysłuchał ze zrozumieniem. Nie przerywał jej.
„Pani Hanko… Mój jeszcze nie wrócił. Też go mają. Niech pani idzie do domu. Jakoś załatwimy tą nieobecność”
W drodze do domu zastanawiała się czy postąpili z Brunonem dobrze zatajając przed synem, że ma matkę żydówkę. To ona nalegała po urodzeniu syna, aby go ochrzcić w kościele katolickim. Mężowi na tym nie zależało. Ona chciała, aby ich dziecko nie odstawało od innych, aby się wtopiło w polskie otoczenie. Nie chciała, aby było tak jak z jej rodziną.
Mały oczywiście w dosyć wczesnym dzieciństwie zauważył numer na jaj przedramieniu. Gdy trochę podrósł pytał się co to jest. Wytłumaczyli mu, że mama w czasie wojny była w obozie. Wtedy jeszcze nie wiedział co to znaczy. Wytłumaczyli mu to trochę później, gdy poszedł do szkoły i zaczął dopytywać się, dlaczego on nie ma dziadków ani kuzynów tak jak inne dzieci.
Powiedzieli mu, że ich rodziny zginęły w czasie wojny. Nie wdawali się w szczegóły. Uniknęli też tłumaczenia, dlaczego mama była w obozie. Nie pytał o to więcej. Co to były za obozy dowiedział się w szkole. Ale nie wiedział, że jego mama była tam tylko z tego powodu, że była żydówką. Wiedział, że dostała się tam w czasie łapanki. Co to były łapanki, wiedział już ze szkoły.
Nie można powiedzieć, żeby z tym swoim zaprzeczaniem czy ukrywaniem swojego żydowskiego pochodzenia, popadła w jakąś skrajność. Tak się złożyło, że nie miała w swoim obecnym otoczeniu żydów. Nie unikała ich, ale też nie szukała kontaktów ze środowiskiem żydowskim.
Wiedziała, że jej szef, inżynier Izydor Blumberg jest żydem. Ale ani ją to ziębiło, ani grzało. On chyba nie wiedział, że ona jest żydówką.
Irena Salińska, która ją ukrywała w czasie okupacji, a potem adoptowała, była bardzo pobożną katoliczką. Chodziła co niedzielę do kościoła. Hanka czasami jej towarzyszyła. Salińska wychowywała ją na katoliczkę, ale nigdy nie nalegała, aby Hanka przyjęła jej wiarę.
Chociaż formalnie Hanka nie należała do wspólnoty katolickiej to jednak czuła się w pewnym stopniu częścią tej wspólnoty.
Ona i Bruno do kościoła chodzili w zasadzie tylko na śluby znajomych, czy przy okazji pogrzebów. W Wielkanoc zanosili koszyczek z pisankami do poświęcenia. Kupowali choinki na Święta Bożego Narodzenia i to było właściwie wszystko z ich religijności.
Częściej byli w kościele, gdy przygotowywali Szymona do Pierwszej Komunii Świętej. Ale potem sobie odpuścili.
„Co teraz zrobić? Jak mu o wszystkim powiedzieć?” – zastanawiała się.
Już w czasie rozmowy z tym milicjantem zauważyła jego wrogie nastawienie do siebie. Jak tylko usłyszała z jego ust swoje żydowskie nazwisko, od razu wiedziała, że Szymon niebawem dowie się prawdy o swoim pochodzeniu. Chyba będzie lepiej, żeby o tym dowiedział się od niej.
Bruno powinien wrócić z delegacji jutro. Musi się z nim naradzić i razem podejmą jakąś decyzję. Tak postanowiła i już więcej o tym nie myślała.
W domu nie zastała Szymona. Jeszcze nie wrócił od tej Helki.
„Ciekawe, co to za dziewczyna?” – pomyślała.
Teraz uprzytomniła sobie, że Szymek ostatnio często wspominał o niej przy różnych okazjach, najczęściej, gdy rozmawiali o tym co słychać w szkole.
„Mówił o niej dosyć ciepło” – przypomniała sobie.
Włączyła radio. Czekała na wiadomości. W międzyczasie zaczęła przeglądać stare gazety leżące w koszu przy piecu. Bruno czytał je dokładnie, ona tylko pobieżnie. Teraz przeczytała te z ostatniego tygodnia
„No, tak. Mogłam się tego spodziewać” – pomyślała po dokładnym ich przeczytaniu.
Następnego dnia była sobota. Bruno wrócił po południu, pół godziny po jej powrocie z pracy. Szymon by na zajęciach kółka szachowego w Domu Młodzieży. Zdążyła mu opowiedzieć co się wydarzyło.
„No, tak. Zaczęło się. Czy my nie możemy być normalną rodziną?” – zauważył
„Jesteśmy, Bronuś normalną rodziną, tylko przeszłość się za nami wlecze. Taki nasz los”
Musieli przerwać. Drzwi otworzyły się i bez pukania do mieszkania wszedł Szymek. Zauważył ojca. Posmutniał.
„Zaraz się zacznie” – pomyślał.
Jednak nic się nie zaczęło. Rodzice byli zadziwiająco spokojni. Zaniepokoiło go to jeszcze bardziej. Po przywitaniu się, ojciec oznajmił
„Słuchaj Szymuś, jestem bardzo zmęczony podróżą. Wiem co się wydarzyło. Jutro, jest niedziela. Będziemy mieli czas. Ja, mama i ty przeprowadzimy bardzo poważną rozmowę. Teraz umyj ręce. Zaraz będziemy jedli. Dzisiaj nie będziemy rozmawiać o tym co się wydarzyło”
W niedzielę, zaraz po śniadaniu, przeszli do pokoju. Usiedli przy stole. Wszyscy byli wyraźnie niewyspani. Bruno i Hanka przegadali w łóżku pół nocy, zastanawiając się jak opowiedzieć synowi o swojej przeszłości. Bo to, że muszą mu powiedzieć prawdę ustalili bardzo szybko, także to, że Bruno opowie wszystko o swoich losach od momentu wyjazdu z ojcem z Łodzi.
Nie wiedzieli tylko jak to zrobić, żeby chłopak nie przeżył za dużego szoku. W końcu ustalili co i w jakiej kolejności mu powiedzą.
Szymek natomiast nie mógł usnąć dlatego że spodziewał się dużej awantury za swój udział w demonstracji. Długo nad tym myślał, jak się obronić przed spodziewaną reprymendą i w końcu nic nie wymyślił.
Zaczął ojciec. Odchrząknął, chwilę milczał szukając właściwych słów, w końcu powiedział
„Niedobrze Szymuś, że stało się to, co się stało. Będzie się to za tobą wlekło bardzo długo. Za parę miesięcy kończysz podstawówkę. Możesz mieć kłopoty z dostaniem się do liceum a potem na studia…”
„Tato, ja musiałem tam iść. Wszyscy szli, prawie cała klasa…” – przerwał mu Szymek
„Synu, Ja ciebie za to nie potępiam. Nam z matką dużo rzeczy w tym kraju się nie podoba, ale musisz wiedzieć, że to co ujdzie innym płazem, dla ciebie może skończyć się gorzej”
„Nie rozumiem?”
Szymon był zaskoczony, że nie ma reprymend. Czyżby starzy go nie potępiali za udział w demonstracji? W takim razie o czym chcą rozmawiać?
„Widzisz, chcemy ci opowiedzieć o nas, abyś zrozumiał, co cię może spotkać. Mama jest…”
„Widzisz ten numer?” – Hanka energicznie przerwała mężowi.
Podwinęła rękaw. Szymon spojrzał na dobrze mu znany numer, który z biegiem lat stawał się coraz mniej czytelny
„Wiem. Byłaś w obozie…”
„Tak, ale nie wiesz, dlaczego. Nie przerywaj mi!” – upomniała go, gdy chciał się odezwać – „Nie zabrali mnie z ulicy, z łapanki tak jak ci o tym mówiliśmy. Byłeś za mały, aby ci wyjawić całą prawdę. Teraz chcemy ci ją powiedzieć zanim kto inny to zrobi. Dostałam się do obozu dlatego że jestem żydówką…”
Zamilkła i czekała na reakcję syna. Cały czas, gdy to mówiła patrzał jej w oczy, jak zwykle, gdy ze sobą rozmawiali. Teraz gdy zamilkła i czekała na jego reakcję, nie przerwał wpatrywania się w matkę. Milczeli chwilę
„Co to zmienia, mamo?”
Podniosła się gwałtownie od stołu. On też. Złapała go w ramiona Szymon delikatnie objął matkę. Hanka zaczęła głośno płakać
„Tak się bałam, że ciebie stracę, Szymuś, tak się bałam…” – mówiła przez łzy
„No już dobrze, mamo. Już dobrze. Nie płacz”
„Przestańcie! Bo też się popłaczę, a tego nie chcę” – poprosił ich Bruno.
Siedzieli przy tym stole do wieczora. Opowiedzieli mu wszystko, tak jak uzgodnili między sobą. Nie spodziewali się, że Szymek przyjmie to wszystko w taki spokojny sposób.
Nagle spostrzegli, że mają dorosłego syna. Do tej pory traktowali go jak dziecko. Ale od tego dnia ich wzajemne stosunki zmieniły się. Zaczęli go traktować jak dorosłego.
Szymon też się zmienił. Przede wszystkim spoważniał. Po szkole niechętnie wychodził na podwórko do chłopaków. Zaczął czytać gazety. Wieczorami razem z ojcem słuchał Radia Wolna Europa.
Rozmawiał z nimi o tym co przeczytał w gazetach i o tym co słyszał w radiu. Bruno zauważył jak szybko Szymon nauczył się czytać gazety „między wierszami”. Z jednej strony on i Hanka byli z tego dumni, ale jednocześnie czuli ze tkwi w tym jakieś niebezpieczeństwo.
Zbliżał się koniec roku szkolnego. Wyglądało na to, że sprawa zatrzymania Szymona w czasie marcowej demonstracji nie miała dalszego biegu. Nie byli wzywani na żadne przesłuchania, w szkole też chyba o jego zatrzymaniu nikt z nauczycieli nie wiedział.
Hanka obawiała się ze straci pracę. Czytała o takich przypadkach w gazetach i widziała w ich nowo kupionym telewizorze. Jej szef inżynier Izydor Blumberg, najpierw został wyrzucony z Partii a krótko potem zwolniony z pracy.
Na specjalnie zwołanym zebraniu poinformowano jego współpracowników, że przyczyniło się do tego to, że ukrywał w domu i w biurze wrogie Polsce Ludowej materiały pisane przez jego syna.
Nowy szef wykrzykiwał na tym zebraniu
„Wiemy, że nie on jeden w tym zakładzie był wrogiem naszej ludowej ojczyzny! Są między nami inni którzy też są ukrytymi wrogami Polski i w takim duchu wychowują swoje dzieci! Wykryjemy wszystkich i wyślemy ich tam, gdzie jest ich miejsce!”
Hanka odczytała to jako wyraźnie skierowane do niej. Od tego momentu spodziewała się zwolnienia z pracy w każdej chwili.
„Jesteś przewrażliwiona” – mówił jej Bruno – „Wywalają tylko tych na stanowiskach, tak jak twojego szefa, czy innych dyrektorów albo lekarzy w szpitalach. Ty jesteś zwykłym, malutkim pracownikiem. Tobie nic nie zrobią”
Wyglądało na to, że ma rację. Nic w jej pracy się nie zmieniło. Dostała nawet niewielką podwyżkę z okazji ukończenia kursu języka rosyjskiego.
Szymon dostał się do liceum. Pojechali nad morze. Tym razem nie dostali wczasów przydzielanych przez Radę Zakładową w MPK. Wynajęli prywatnie pokój we Władysławowie.
Po przyjeździe do domu zastali pismo wysłane przez Dyrekcję liceum, w którym Szymon miał podjąć naukę od września.
Dyrektor szkoły zawiadamiał, że z powodów od szkoły niezależnych obywatel Szymon Baranowski został wykreślony z listy uczniów.
Bruno zaraz następnego dnia udał się do dyrektora szkoły po wyjaśnienia. Dyrektor przyjął go od razu. Wygląda na to ze go oczekiwał. Był bardzo zmieszany. Zapewniał ze to nie jest decyzja szkoły. Dostał takie polecenie z Kuratorium, z Warszawy.
„Nic więcej nie mogę powiedzieć, po za tym, że pański syn nie jest jedynym, którego to spotkało. Naprawdę niech pan zrozumie. Odwoływanie się nic nie da. Raczej może pogorszyć sprawę. Prywatnie mogę panu poradzić, aby posłać go do zawodówki. Przeczekać to całe zamieszanie. Mam nadzieję, że sytuacja w kraju się uspokoi. W przyszłym roku proszę u nas spróbować” – ściszył głos – „Zapewniam pana, że przypilnuję, aby go w przyszłym roku przyjąć do naszej szkoły”
W domu, po naradzie z Hanką, postanowili postąpić tak jak radził dyrektor liceum. Wiedział ze jego zakład pracy, MPK, ma przyzakładową Szkołę Zawodową. Dowiedział się, że nie jest za późno zapisać do niej Szymona.
Udał się na Zakątną do dyrekcji szkoły. Wyjaśnił, nie ukrywając niczego, jaka jest sytuacja z synem. Okazało się ze szkoła ma jeszcze wolne miejsca na pierwszym roku nauczania i że Szymon może podjąć naukę na kierunku mechanicznym.
Szymon, nawet się ucieszył z takiego rozwiązania. Zwłaszcza perspektywa zrobienia w szkole Prawa Jazdy bardzo mu się spodobała.
Trochę mu było żal tego liceum, ale właściwie tylko z powodu Helki. Miał nadzieję w dalszym ciągu siedzieć z nią w jednej ławce.
Nauka w szkole zawodowej szła mu bardzo dobrze. Zajęcia w warsztatach bardzo go pociągały. Pod koniec pierwszej klasy oznajmił rodzicom, że chciałby tą szkołę ukończyć i nie zależy mu na liceum.
Tak naprawdę wpływ na to miał fakt, że Helka zaczęła spotykać z takim jednym lalusiem, w związku z tym nie chciał jej więcej widzieć.
Na trzecim roku, dwa dni w tygodniu pracował w Centralnym Warsztacie Remontowym na Tramwajowej. Był tam pod czujnym okiem ojca. Bruno był zadowolony z syna.
Szkołę ukończył w 1972gim roku. Jako świeżo upieczony mechanik silników wysokoprężnych, z Prawem Jazdy, tak jak prawie wszyscy z jego roku od razu dostał pracę w MPK. Chciał pracować z ojcem, ale nie udało się. Został skierowany do zajezdni autobusów na Kraszewskiego. Nie popracował tam długo. Kilka miesięcy później został wezwany do odbycia zasadniczej służby wojskowej.
Trafił do Batalionu Remontowego w Krośnie Odrzańskim. Po dwumiesięcznym szkoleniu i po przysiędze trafił do warsztatu.
Miał tam bardzo dobrze. Uzupełnił swoją wiedzę o silnikach, no i zdobył uprawnienia do prowadzenia ciężkich pojazdów samochodowych łącznie z autobusami.
W domu tymczasem nastąpiły pewne zmiany. Bruno i Hanka pojechali oczywiście na przysięgę do syna, potem on przyjechał do domu kilka razy na przepustkę.
W tym czasie, kiedy Szymon był w wojsku, Bruno zmienił pracę. Jego najbliższy szef rok wcześniej, z powodów rodzinnych przeniósł się do Radomia. Dostał tam kierownicze stanowisko w Zakładach Metalowych Łucznik imienia generała Waltera.
Kilka miesięcy później skontaktował się z Brunonem i zaproponował mu dobrze płatną pracę i mieszkanie zakładowe u siebie.
Bruno i Hanka po krótkim namyśle doszli do wniosku, że właściwie to nic ich w Łodzi nie trzyma i zdecydowali się na przeprowadzkę do Radomia, z tym, że do czasu powrotu syna z wojska Hanka zostanie w Łodzi a potem dołączy do męża. Miała obiecaną pracę w tamtejszym biurze konstrukcyjnym. Na razie pracowała jak dawniej.
Po 68mym obawiała się, że utraci pracę tak jak jej pierwszy szef, inżynier Blumberg. Jego następca zawsze podejrzliwie odnosił się do niej. Kiedyś nawet, przy okazji świętowania w pobliskiej restauracji, zakończenia udanego projektu, wypił za dużo i zaczął robić uwagi co do pochodzenia Hanki. Na szczęście był z nimi dyrektor Biura i dosyć energicznie przywołał go do porządku.
Kilka miesięcy później, został zwolniony z powodu udowodnionych mu nadużyć finansowych.
Nowy, trzeci już szef Hanki, był człowiekiem rzeczowym, zainteresowanym tylko wynikami pracy. Bardzo sobie cenił jej dokładność i rzetelność.
Po dwóch latach w wojsku, w połowie 1975go, Szymon wrócił do Łodzi. Wtedy to Hanka zwolniła się z pracy w Łodzi i wyjechała do Radomia, zostawiając mieszkanie synowi.
W zajezdni na Kraszewskiego, miejsce pracy Szymona było zajęte, ale zaproponowano mu pracę kierowcy autobusu. Po kilku tygodniowym szkoleniu wyruszył pierwszy raz samodzielnie na trasę.
Była to spokojna linia autobusowa numer 66, biegnąca północnymi obrzeżami Łodzi od wiaduktu kolejowego przy Łagiewnickiej, ulicą Okólną przez Las Łagiewnicki do ulicy Żółwiowej w Modrzewiu.
To właśnie we wrześniu, na tej trasie zatrzymując się na jednym z przystanków zauważył oczekującą na autobus Helkę.
Była w towarzystwie wysokiej szczupłej blondynki w tym samym mniej więcej wieku co ona. Pora była przed południowa, autobus prawie pusty, więc Szymon pozwolił sobie na króciutką rozmowę z Helką. Była wyraźnie ucieszona z tego spotkania. Przedstawiła mu koleżankę. Miała na imię Basia i pracowała razem z nią.
Ponieważ jeden z pasażerów zaczął się denerwować, że autobus stoi a kierowca urządza sobie pogaduszki z dziewczynami, Szymon musiał przerwać rozmowę. Zdążył tylko umówić się z Helką na wieczór o osiemnastej, w kawiarni Staromiejska.
Czekał ponad pół godziny. Helka nie przyszła. Szykował się do wyjścia, gdy nagle przy stoliku zjawiła się Basia.
Od razu oznajmiła mu, że Helka nie przyjdzie i że prosiła ją, Basię, aby ona przyszła do kawiarni i wyjaśniła mu, dlaczego nie może przyjść.
Szymon poprosił ją, aby usiadła, zamówił dwie kawy i wuzetki, po czym oczekiwał aż zacznie mówić. Basia była wyraźnie zmieszana i widać było, że nie wie, jak zabrać się za rozmowę.
„Widzisz. Nie wiem, jak ci to powiedzieć… Helenka woli zostać w domu. Chciałaby się z tobą zobaczyć, ale…” – przerwała szukając odpowiednich słów
„Co, ale?” – zapytał
„Ona jest mężatką od niedawna” – wypaliła szybko.
Szymon chwilę milczał. Zaskoczyło go to. Po spotkaniu w autobusie odniósł wrażenie, że Helka patrzyła na niego przychylnym wzrokiem.
„No to co z tego?” – odrzekł po chwili – „Przecież nie zapraszałem jej do ołtarza, tylko do kawiarni. Mieliśmy porozmawiać o starych czasach”
„Też jej tak tłumaczyłam, ale ona mówi ze Tomek, jej mąż, jest bardzo zazdrosny…”
„No, cóż. Szkoda. Dobrze, że ty mogłaś przyjść. Mam nadzieję ze nie masz męża?”
„Co? Ja? Nie, nie mam” – odparła speszona
„A może jest jakiś zazdrosny chłopak, który nie pozwoli ci iść ze mną do kina. Mam dwa bilety na dwudziestą”
„A jak by był, to i tak sama decyduję z kim się spotykam” – odpowiedziała zadziornie
„No to wspaniale. Pójdziesz ze mną do kina?”
„Przecież my się nie znamy. Może masz żonę…”
„Nie. Nie mam żony ani dziewczyny” – odpowiedział ze śmiechem – „To jak? Idziemy do tego kina?”
„Co to za film?”
„Nowy. Dopiero była premiera. – Dzieje grzechu”
„W którym kinie?”
„W Bałtyku”
Spojrzała na zegarek.
„Jak na ósmą, to musimy już iść”
„To w takim razie zadam ci zagadkę. Czy wiesz jaka jest różnica między tramwajem a taksówką?”
„Nie wiem. Jaka?”
„W takim razie jedziemy do kina tramwajem”
„Bardzo śmieszne. Bardzo” – odparła nieco urażona
„To ulubiony dowcip tramwajarzy… Dobra, weźmiemy taksówkę”
„Nie. Pójdziemy na pieszo. Zdążymy”
Po drodze Basi nie zamykały się usta. Dowiedział się. Że mieszka z młodszym bratem i rodzicami na Obrońców Stalingradu przy Żeromskiego. Że chodziła do liceum do tej samej klasy co Helka i że teraz razem pracują w Urzędzie Miasta na Piotrkowskiej.
Powiedziała, że miała jednego chłopaka, takiego Zbyszka, ale głupi był i zaczął pić, a ona nie znosi pijaków. Ojciec pije. Czasami się upija i jest nieznośny. Nie chciałaby mieć takiego życia jak ma matka
„Pijesz wódkę?” – zapytała
„Nie. Nie nauczyłem się. Moi starzy są niepijący. Ojciec czasami pije piwo. Ja też. Od niego się nauczyłem” – powiedział żartobliwie.
Basia nie zauważyła żartobliwej formy odpowiedzi. Umilkła jakby się nad czymś zastanawiała. Po chwili powiedziała z pewną ulgą w głosie
„Ostatecznie, piwo można mężczyźnie wybaczyć”
Po filmie, który się skończył dobrze po dwudziestej drugiej, zastał ich na ulicy dosyć chłodny wieczór. Basia chwyciła Szymka pod ramię. Widać było, że jest jej zimno
„To jak? Tramwaj czy taksówka?” – zapytał
„Ani tramwaj, ani taksówka. Idziemy na pieszo, ale będę trzymała cię pod rękę. Tak jest mi dobrze” – poprawiła się zaraz – „Tak jest mi cieplej”
Szymon odprowadził ją aż pod drzwi na drugim piętrze. Po drodze opowiedział o sobie, że właściwie to on jest mechanikiem, specjalistą od silników wysokoprężnych, ale że na razie pracuje jako kierowca, bo po wojsku jego miejsce na warsztacie jest zajęte.
Powiedział, że mieszka sam, po rodzice przenieśli się do Radomia. Basia dała mu swój numer telefonu do pracy.
„Proś do telefonu Barbarę Jurkiewicz… Gdybyś dzwonił”
Chcieli pocałować się na pożegnanie, ale żadne z nich nie wychodziło z inicjatywą. Gdy Basia w końcu się na to zdecydowała i zaczęła zbliżać usta do ust Szymka, z mieszkania obok wyszedł właśnie sąsiad z hałaśliwym psem. Cofnęła się gwałtownie, jednocześnie otwierając drzwi
„To co mam powiedzieć Helence?” – zapytała
„Powiedz jej, żeby się mną nie przejmowała”
Od tego dnia spotykali się niemal codziennie. Na początku listopada, wracający z drugiej zmiany Szymek, zastał czekającą na niego Basię w bramie kamienicy, w której mieszkał. Była wyraźnie zdenerwowana. Zauważył ze płakała. Rzuciła mu się w ramiona, gdy tylko go ujrzała.
„Co się stało, kochanie?” – zapytał
„Ojciec znowu przyszedł pijany. Zaczął się awanturować, pobił mamę i brata. Stanęłam w jej obronie, zaczął mnie gonić po mieszkaniu. Musiałam uciekać…”
Została u niego na noc.
Następnego dnia, w niedzielę dziewiątego listopada odprowadził ją do domu. Drzwi otworzyła niewyspana matka. Lewe oko miała podbite prawe przedramię podrapane. Basia przedstawiła Szymona jako swojego chłopaka. Szymon pocałował ją w rękę
„Muszę sprostować to co mówi Basia. Już nie jestem jej chłopakiem… Jestem jej przyszłym mężem”
Zaskoczona Basia chciała coś powiedzieć, ale ją uprzedził
„Chcę rozmówić się z teściem”
„Śpi na kanapie w drugim pokoju, jeszcze nie wytrzeźwiał”
Szymek wszedł tam bez pytania. Stary Jurkiewicz właśnie podnosił się z kanapy. Spojrzał pijackim wzrokiem na Szymona
„Kto ty jesteś, kurwa?!” – zapytał
Szymek pomógł mu się podnieść w ten sposób, że chwycił go lewą ręką za gardło, oparł o ścianę i uniósł do góry tak że Jurkiewicz stał tylko na palcach, próbując bezskutecznie, oswobodzić się, z uścisku Szymona
„Jak jeszcze raz kogoś w tej rodzinie uderzysz to połamię ci ręce…”
„Nie bij go, łobuzie! Kto cię prosił o pomoc?!” – przerwała gwałtownie matka Basi.
Chwyciła Szymona za płaszcz i zaczęła z krzykiem odciągać go od męża
„Milicję zawołam!… Wynoś się!”
Zaskoczony i zdziwiony Szymon zwolnił uścisk na szyi Jurkiewicza. Stary, trzymając się za gardło osunął się na kanapę. W oczach miał przerażenie.
„Mamo! Daj mu spokój! On nam chce pomóc!”
„To jest twój ojciec, suko! A ty nasyłasz na niego bandytów?!…Wynoś się tam, gdzie byłaś w nocy!”
Szymon stał zdziwiony nic nie rozumiejąc. Basia wpadła do sąsiedniego pokoju. Jej matka w tym czasie zajęła się mężem, który siedząc na kanapie trzymał się ciągle za gardło i jęczał.
„Co on ci zrobił, kochanie, ten bandyta?”
Nagle odwróciła się do Szymona
„Wynoś się! Na co czekasz?! Bo milicję zawołam”
Szymek ocknął się. Ruszył w stronę drzwi. Gdy już był na korytarzu usłyszał za sobą
„Szymon! Nie zostawiaj mnie tu! Pomóż mi!”
Obejrzał się. Z sąsiedniego pokoju wybiegała Basia taszcząc dużą, ledwo dopiętą walizę. Przez ramie miała przewieszoną otwartą torbę, z której zwisały rękawy jakiś bluzek. Wrócił się po nią. Odebrał od niej walizkę. Dopiero w bramie na dole dopięli ją starannie. Ruszyli bez słowa w stronę postoju taksówek.
Basia zamieszkała z nim na Nowomiejskiej. W Święta Bożego Narodzenia Szymon pracował. Basia miała wolne aż do 2go stycznia.
Szymon wziął wolne po świętach i pojechali do Radomia. Bruno i Hanka przyjęli ich bardzo serdecznie. Ze zrozumieniem przyjęli to co im opowiedziały dzieci. Zapytali tylko czy zamierzają wziąć ślub. Jeżeli tak, to kiedy.
„Nie myślimy o ślubie. Jest nam dobrze, tak jak jest”
Hanka przekonywała ich, że ślub ułatwi wiele spraw w przyszłości, chociażby wszystko dotyczące dziecka, które przecież chyba kiedyś przyjdzie na świat.
„Nie jestem w ciąży, ale ma pani rację…”
„Nie mów mi pani” – przerwała jej Hanka
„Mama ma rację” – poprawiła się Basia – „Pobierzemy się”
Ustalili, że najlepiej będzie zrobić to w Święta Wielkanocne, które w 76tym wypadają w ostatnie dni marca. Rodzicom będzie łatwiej wziąć wolne i przyjechać do Łodzi. Szymon został zobowiązany do jak najszybszego załatwienia wszystkich formalności.
Ślub odbył się tak jak planowali w Wielki Czwartek w Urzędzie Stanu Cywilnego dla Bałut, na Zgierskiej. Tylko tam mieli jeszcze wolne terminy które im pasowały. Na razie wstrzymali się ze ślubem kościelnym.
Basia bardzo by chciała, aby była na nim jej matka. Ona niestety jak na razie nie chce znać córki. Basia ma nadzieję, że z czasem to się zmieni.
Na ślub do Urzędu przyszedł tylko jej brat Artur. Nie przyszedł na przyjęcie, które urządzili w domu. Na przyjęciu byli tylko rodzice Szymona kilkoro ich przyjaciół. Między innymi dawna koleżanka Szymka ze szkolnej ławki, Helka z mężem.
Po ślubie wszystko potoczyło się starym trybem. Oboje pracowali. Dzieci na razie nie przychodziły na świat. Basia nie miała kontaktu z matką, jedynie przez brata dowiadywała się co słuchać w domu.
W końcu czerwca Szymon dostał list od matki. Pisała, że ojciec został aresztowany. Zatrzymano go 25go na dziedzińcu podpalonego budynku Komitetu Wojewódzkiego PZPR. Dowiedziała się tego, od innych uczestników demonstracji, którym udało się uciec z miejsca starć z oddziałami ZOMO.
Ojciec został wyrzucony z pracy. Czeka w areszcie na proces. Dalej prosi syna o jak najszybszy przyjazd do Radomia.
Szymona ostatnio, nie interesowała polityka. Dawniej jeszcze czasami słuchał z ojcem Radia Wolna Europa, ale po przeprowadzce rodziców do Radomia zaniechał słuchania tej rozgłośni. Swój udział w demonstracji w 68mym na Placu Wolności traktował teraz, z perspektywy czasu jako nie wielki epizod w jego życiu.
Czytał oczywiście, gazety, oglądał telewizję i wiedział o wydarzeniach w Ursusie, Płocku i Radomiu, ale nigdy nie przypuszczał, że będą dotyczyły go osobiście. Czytając list od matki uświadomił sobie, jak bardzo się mylił.
Jeszcze tego samego dnia, a była to sobota 3go lipca, poprosił mieszkającego w pobliżu kolegę z pracy, aby zawiadomił szefa, że ze względu na sprawy osobiste zostanie w domu przez kilka dni.
Wieczorem, po rozmowie z żoną wyjechał do Radomia. Zjawił się u matki około pierwszej w nocy. Przegadali resztę nocy do szóstej nad ranem. Około południa obudził ich dzwonek do drzwi. Hanka pośpiesznie narzuciła szlafrok na ramiona i podbiegła do drzwi. Przez wizjer ujrzała dwóch młodych mężczyzn z równie młodą kobietą
„Nie wiem kto to jest” – powiedziała szeptem do syna, który właśnie się do niej zbliżył.
Dzwonek zadzwonił ponownie
„Kto tam? O co chodzi?” – zapytała lękliwie
„My do pani Baranowskiej… W sprawie męża” – usłyszała głos kobiety
„Męża nie ma w domu”
„Wiemy o tym. Pani nas wpuści. Chcemy pani pomóc. Nie jesteśmy z milicji”
Hanka spojrzała na syna. Kiwnął głową.
Otworzyła drzwi. Okazało się, że ta młoda kobieta i jeden z mężczyzn byli studentami z radomskiego ośrodka Politechniki Świętokrzyskiej. Drugi mężczyzna był studentem prawa z Warszawy.
Poinformowali, że są w grupie osób która chce pomóc rodzinom represjonowanych robotników. Wiedzą, że Bruno Baranowski i inni oczekuje na proces. Pytali, czy ma wybranego obrońcę. Gdy dowiedzieli się ze nie ma, obiecali zapewnić adwokata z Warszawy.
Hanka nie chciała przyjąć od nich pomocy pieniężnej. Na razie jej nie potrzebuje. Gdy dowiedzieli się ze Szymon jest synem Brunona i że pracuje „na autobusach” w Łodzi, dali mu paczkę ulotek z prośbą, aby rozprowadził je w śród kolegów.
Szymon dostał tęż adres osoby, w Łodzi która dostarczy mu więcej materiałów do rozprowadzania w środowisku, w którym pracuje. Zgodził się na to i od tej pory był jednym z aktywniejszych działaczy rodzącej się opozycji demokratycznej w Łodzi.
Kilka tygodni później Bruno Baranowski, za przywódczą rolę w zamieszkach, w szczególności za udział w podpaleniu Komitetu Wojewódzkiego PZPR został skazany na osiem lat więzienia.
Hanka nie została wyrzucona z pracy. Nie musiała też opuścić ich zakładowego mieszkania. Koledzy Brunona z pracy odwiedzali ją czasem i powiedzieli, że niektórzy z kierownictwa zakładu solidaryzują się z nimi i obiecali zatrudnić Brunona jak tylko wyjdzie na wolność. Doszły ich słuchy ze niedługo ma być amnestia i wszyscy zatrzymani i skazani mają być wypuszczeni.
A tymczasem w Łodzi Szymon rzucił się w wir pracy konspiracyjnej. Wciągnął do niej Basię. Pomagała „zdobywać” w Urzędzie miasta papier na ulotki. Część ulotek rozprowadzała między zaufanymi pracownikami Urzędu.
19tego lipca 77go roku kilka dni przed świętem 22go lipca wydany został Dekret o amnestii. Dzień po 22gim weszli do domów ostatni skazani biorący udział w wydarzeniach z poprzedniego roku. Między innymi Bruno Baranowski.
Kilka tygodni później przyjęto go ponownie do Łucznika, ale na stanowisko wydającego narzędzia w magazynie, z dużo mniejszym wynagrodzeniem niż miał poprzednio.
Szymon zaproponował mu rozpowszechnianie prasy podziemnej. Bruno chętnie się na to zgodził. Ponieważ niektóre ciężkie narzędzie i przyrządy rozwoził wózkiem akumulatorowym po całym zakładzie, ułatwiało mu to dotarcie z ulotkami do szerokiej rzeszy odbiorców.
Ludzie odbierający ulotki, ostrzegali go, aby niektórych unikał, ponieważ mogą być donosicielami SB.
W 1980tym przez kraj przeszła fala strajków. Jej rezultatem były podpisane w Gdańsku Porozumienia Sierpniowe, które umożliwiły powstanie we wrześniu Niezależnego Samodzielnego Związku Zawodowego „Solidarność”.
W Łodzi jednym z założycieli Związku był Szymon Baranowski. Kilka dni później cała rodzina Baranowskich należał do „Solidarności”.
Szymon niebawem przestał pracować jako kierowca. W stu procentach swojego czasu pracy udzielał się w Związku. Został jednym z najbliższych współpracowników przewodniczącego Regionu „Ziemia Łódzka NSZZ Solidarność” Andrzeja Słowika.
Wprowadzony 13go grudnia 1981go roku Stan Wojenny zastał go w Gdańsku. Był tam na obradach Komisji Krajowej Związku.
Na tych samych obradach był, wydelegowany z Radomia, jego ojciec Bruno. Aresztowano ich, tak jak większość obradujących, w nocy, w gdańskim hotelu Monopol. Zostali internowani i umieszczeni w obozie w Strzeblinku.
Po jakimś czasie, pod koniec stycznia 1982go, Szymon został przewieziony do obozu internowania mieszczącego się w Łowiczu, w tamtejszym więzieniu. Bruno natomiast został umieszczony w Uhercach.
Po kilku miesiącach, po rozmowach jakie odbył z żoną w czasie widzeń, Szymon zdecydował się na emigrację, którą mu zaproponowano. Basia, która pozostawała na wolności starała się o uzyskanie wiz w ambasadach krajów zachodnich. Po wielu staraniach dostali zezwolenie na pobyt i pracę w Królestwie Szwecji. Szymon dostał miesięczną przepustkę na wyrobienie paszportu i załatwienie wszystkich spraw związanych z wyjazdem z Polski.
Pod koniec lipca 82go przyjechał do domu. Zaraz następnego dnia pojechali do Radomia. Bruno był już na wolności od czerwca. Został zwolniony z internowania z powodu złego stanu zdrowia. Stwierdzono u niego raka prostaty. Czekał na operację, z którą, z niewiadomych powodów zwlekano, mimo że lekarze nalegali na jej jak najszybsze przeprowadzenie.
Zostali u rodziców przez dwa dni. Rozmawiali o swoich decyzjach opuszczenia kraju.
W tym czasie, kiedy ojciec i syn byli internowani, Basia utrzymywała stały kontakt z teściową. To ona namówiła Hankę, aby też starali się o wyjazd z Polski. Bruno początkowo o tym nie chciał słyszeć, ale po jakimś czasie zgodził się, aby Hanka pojechała do ambasady Włoch i poprosiła o azyl w tym kraju.
Upoważnił ją do opowiedzenia wszystkiego o sobie, że służył w wojsku jako ochotnik i że dostał się do niewoli sowieckiej pod Stalingradem.
Kilka tygodni później Hanka w rozmowie z konsulem przytoczyła fakty i o jednostce, w której służył Bruno. Bruno podał jej również zapamiętane nazwiska swoich dowódców. Bardzo szybko dostali pozytywną odpowiedź z Rzymu. Teraz mieli już popakowane rzeczy osobiste. Ambasada kupiła im bilet na pociąg do Mediolanu z przesiadką w Wiedniu.
W Radomiu wszystko mieli już załatwione. Mieszkanie oddane pod opiekę przyjaciół Hanki, którzy obiecali sprzedać co się da z pozostawionych mebli i oddać klucze do administracji mieszkań w zakładzie, w którym pracował Bruno. Bilet na pociąg z Warszawy mieli wystawiony na piątek 13go sierpnia.
Hankę trochę ta data martwiła, ale Bruno pocieszał ją mówiąc, że trzynastka zawsze była dla niego szczęśliwa. Większym zmartwieniem było dla nich to, że nie znali dokładnie adresów po którymi przyjdzie im wkrótce zamieszkać. I że nie będą mogli się wzajemnie o tym powiadomić.
Jednak i ten problem znalazł swoje rozwiązanie. Basia przyznała się do czegoś o czym Szymon nie wiedział. Podczas jego nieobecności pogodziła się z matką. Doprowadził do tego Artur, jej brat.
Z matką widywała się w mieszkaniu na Nowomiejskiej, w tajemnicy przed ojcem. Teraz, w czasie pobytu w Radomiu ustalili, że informacje o sobie wyślą do matki Basi na adres mieszkania na Obrońców Stalingradu. Matka Basi z pewnością przekaże im otrzymane informacje.
Pożegnali się i obiecali sobie, że spotkają tak szybko jak to tylko będzie możliwe. Po powrocie do Łodzi Szymon energicznie zabrał się za załatwianie wszystkich spraw związanych z wyjazdem.
Koleżanki Basi w Urzędzie Miasta poradziły, aby w mieszkaniu zameldowała brata. Istnieje możliwość przepisania mieszkania na niego. Obiecały pomóc jej w tym.
Tak też zrobili. Dzięki koleżanką pracującym w wydziale meldunkowym odbyło się to dosyć sprawnie, mimo konieczności naginania nieco przepisów meldunkowych.
Dzięki temu Artur, studiujący na Politechnice Łódzkiej mógł się wprowadzić tam kilka dni zanim oni wyjechali pociągiem do Gdańska.
Ambasada Szwecji kupiła im bilety na prom z Gdańska do Nynäshamn. Odpływali wieczorem, w niedzielę 12go września.
Gdy prom odbijał od nadbrzeża w Gdańsku Szymon z Basią wyszli na pokład. Było już dosyć ciemno. Oglądali oddalające się światła miasta. Zaczynał wiać chłodny wiatr od morza.
„Jutro jest trzynasty, Szymuś. Może będzie to dla nas dobry początek w Szwecji?”
„Na pewno, kochanie. Na pewno”
„Idę do kabiny. Zimno mi tu” – powiedziała Basia chowając dłonie w kieszeniach kurtki
„Jeszcze zostanę na pokładzie. Przyjdę niedługo do ciebie” – odparł Szymon.
Mimo odczuwanego chłodu stał tam jeszcze długo, do czasu aż światła Helu zaczęły znikać w ciemności. Dopiero wtedy zmarznięty, zdecydował się na powrót do kabiny
„Jeszcze tu wrócę…” – powiedział do siebie.
KONIEC