TRYPTYK POLSKI CZĘŚĆ 2

    Pogoda zaczęła się pogarszać. Zaczął sypać śnieg i wiać porywisty wiatr. Widoczność tak się pogorszyła, że nie można było dojrzeć sąsiednich sań. Wyciągnęli z pod siedzeń kożuchy i koce. Narzucili je na ramiona i przykryli kolana. Bruno zdobył się na odwagę i zapytał

„Dokąd jedziemy?”

„Do Woroneża”

Bruno nie miał najmniejszego pojęcia, gdzie leży Woroneż, ani co to jest. Miasto? Czy może jakaś wieś? Był ciekaw, ale nie pytał. Dopiero teraz zaczął rozmyślać nad tym co się stało. Zastanawiał się co to za dzień. Po chwili doszedł do wniosku, że to przecież nie ma dla niego żadnego znaczenia. Mimo to, zaczął liczyć dni które upłynęły od nagłego ataku Rosjan na Kantemirówkę.

Pamięta, że to była sobota, chyba 19ty grudnia. A rok?

„No tak… To ciągle 1942gi” – uświadomił sobie.

Mimo swoich dopiero co skończonych czternastu lat poczuł się staro. Po chwili znowu zaczął liczyć dni. Pozostał w nim taki dziecięcy nawyk. Zawsze pod koniec grudnia liczył dni. Najpierw do „Gwiazdki”, do 24go. Zawsze dostawał coś od matki, jakąś skromną zabawkę. Sprawiało mu to dużą radość.

Od ojca na „Gwiazdkę” nic nie dostawał. Ojciec nie obchodził Świąt Bożego Narodzenia. Znikał wtedy z domu na kilka dni, aby nie kłócić się z matką. Wracał tuż przed Nowym Rokiem. Bruno dostawał wtedy od niego prezenty Noworoczne.

Pamięta, że sprawiały mu więcej radości niż te od matki. Zwłaszcza drewniany samochodzik strażacki z podnoszoną drabiną, no i ten drewniany karabin. Kiedy na wiosnę wyniósł go na podwórko, wszyscy chłopcy mu zazdrościli.

Przed wyjazdem do Hiszpani dostał od niego książkę z obrazkami. Po rosyjsku. Zaraz na pierwszej stronie była fotografia pewnego wąsatego, serdecznie się uśmiechającego dziadka z fajką. Teraz wie, że to był Stalin. Wtedy tego nie wiedział. To znaczy, ojciec mu to mówił, ale do niego to wtedy nie docierało co to za świetlista postać. Dla niego wtedy był to pewien dziadek z fajką.

Zabrał książkę do szkoły. Na przerwie pokazywał dzieciom. Pani to zauważyła i mu ją zabrała. Kazała przyjść z ojcem. Następnego dnia przyszedł z matką. Matka została wezwana na rozmowę do dyrektora szkoły. Wyszła zdenerwowana. Dostała książkę z powrotem, ale mu jej nie dała. Schowała gdzieś w domu. Powiedział, że poskarży się ojcu.

„Jak mu się poskarżysz to dostaniesz pasem, tak że ci dupa popęka”

Nie poskarżył się. Zresztą ojciec nigdy się o tą książkę nie pytał. Miał ważniejsze zmartwienia.

Bruno przerwał na chwilę wspominać poprzednie grudnie. Wzmagający się wiatr i sypiący śnieg zamieniły się szybko w zamieć. Było bardzo zimno. Wtulił się głębiej w swój nieco za duży płaszcz wojskowy. Czapkę naciągnął aż na uszy. Poprawił koc na nogach. Zrobiło mu się nieco mniej zimno. Powrócił do wspomnień.

Na Nowy Rok 1939ty, gdy uciekał z ojcem i Paolą Moretti z Hiszpani, dostał od ojca w prezencie prawdziwy pistolet. Malutką Berettę kalibru 6,35. Niestety Paola zaraz mu ją zabrała.

„Dość zabawy w wojnę!”

Ojciec nie protestował, gdy mu ją zabierała. Bruno myśli, że ojciec bał się trochę Paoli.

Potem w Rzymie dostawał od niej na „Gwiazdkę” książki.

„Co teraz dostanę?” – pomyślał ironicznie i powrócił do rzeczywistości.

Nie rozumiał czemu zawdzięcza to, że się znajduje w saniach. Zrozumiał, że dostał się do niewoli z całą, niemal stu osobową grupą żołnierzy, ale nie mógł zrozumieć, dlaczego nie jest z nimi. Oczywiście, ten dowódca, z którym siedzi teraz w saniach nakazał mu być tłumaczem. Dlatego miał być cały czas przy nim. Ale teraz nie ma tu ani jednego Włocha. Wszyscy, uformowani w kolumnę idą pieszo. Zostali w tyle z tymi którzy ich pilnują. Z pewnością tam by się przydał tłumacz.

Nie myślał więcej o tym. Było mu wygodnie i nawet nie tak zimno. Dostał coś co przypominało szal. Owinął sobie dookoła głowy, tak jak zrobili to pozostali pasażerowie sań. Wkrótce poczuł, że zapada w sen. Na początku bronił się przed zaśnięciem. Ale nie dał rady. Usnął.

Michaił Iwanowicz Kuzniecki miał nie lada problem na głowie. Co zrobić z pojmanymi Włochami? Kiedy na początku sowieckiej operacji Uran, w listopadzie, armia sowiecka przerwała front na południe od Woroneża i rozbiła tam 3 Armię rumuńską, Kuzniecki ze swoim oddziałem partyzanckim, znajdował się na dalekich tyłach Rumunów. Niedobitki z 3ciej Armii którzy umknęli z okrążenia, uciekali w nieładzie na zachód. Oddział Kuznieckiego i inne oddziały partyzanckie z tego terenu, wyłapały około tysiąca Rumunów. Odstawili ich przez wyrwę w froncie na wschodni brzeg Donu, w okolicach Woroneża. Tam też Kuzniecki, na krótko połączył się z regularnymi oddziałami sowieckimi.

Zanim dostał rozkaz powrotu na tyły wroga, dowiedział się, że pojmani jeńcy, to bardzo duży kłopot dla administracji wojskowej, odpowiedzialnej za obozy jenieckie, na wyzwolonych terenach. Tych obozów po prostu nie ma.

W kilku obozach jenieckich, daleko na wschodzie, jeszcze w październiku 1942go Rosjanie mieli w sumie około trzynastu tysięcy jeńców wojennych. Teraz pod koniec roku jest ich ponad sto tysięcy, tuż za linią frontu. Nie było dla nich nie tylko jedzenia, opieki medycznej, ale nawet dachu nad głową. Tysiące jeńców spało pod gołym niebem przy trzydziestostopniowych mrozach. Śmiertelność w takich „obozach” dochodziła do osiemdziesięciu procent.

   Jednym z takich obozów był ten leżący na skraju miasta Tambow, leżącego około dwustu kilometrów na północno-wschód od Woroneża. Byli tam przede wszystkim pojmani Rumuni i Włosi z 8 Armii.

Administracja sowiecka postanowiła obóz w Tambowie, rozbudować i przyszykować na przyjęcie większej ilości jeńców. Kuzniecki otrzymał rozkaz, aby ewentualnych nowych jeńców odstawiać do linii Donu na południowych przedmieściach Woroneża.

Tydzień wcześniej pojmali grupę około pięćdziesięciu żołnierzy, niemieckich i rumuńskich. Gdy odprowadzali ich na wschód, na jednym z noclegów, w zrujnowanym kołchozie, doszło do próby opanowania pilnujących wartowników. Trzech zostało zabitych. Odebrali im broń. Po krótkiej walce sytuacja została opanowana. Zginęło jaszcza trzech Rosjan i jedenastu jeńców.

Kuzniecki zarządził śledztwo. Po brutalnych przesłuchaniach, dowiedział się, że to będący w grupie oficerowie byli prowodyrami tego zajścia. Pozostałych przy życiu trzech oficerów kazał natychmiast rozstrzelać.

Teraz gdy pojmał dużą grupę Włochów i musi ich odstawić do Woroneża, wolał zabezpieczyć się przed ewentualnym buntem. Wiedział z własnego doświadczenia, że najlepiej pozbawić taką grupę oficerów. Oczywiście niczego to nie gwarantuje, ale na pewno przyczynia się do ostudzenia buntowniczych zamiarów.

Michaił Iwanowicz Kuzniecki postanowił pojechać przodem do swojej bazy leżącej w spalonym kołchozie Leninowka, leżącym około pięćdziesięciu kilometrów przed Woroneżem. Był do tego niejako zmuszony. Jeńców pojmał trzydzieści kilometrów za Kantemirówką, dwudziestego grudnia. Do Woroneża będą szli przez tydzień. Od miejsca pojmania muszą przejść prawie dwieście pięćdziesiąt kilometrów przez zaśnieżone pola. Nie mają co jeść. Jedynie jego ludzie, którzy ich pilnują mają ze sobą żelazne porcje, które powinny starczyć na kilka dni.

W Leninowce Kuzniecki ma zapasy żywności. Przede wszystkim chleb i ziemniaki. Powinien tam dotrzeć saniami za dwa dni, o ile nie natkną się na wycofującego się wroga. Tam załadują chleb, gotowane ziemniaki i może trochę kaszy na te dwie pary sań które mu towarzyszą i odeśle ich z powrotem do kolumny jeńców.

Teraz, w saniach, Michaił Iwanowicz miał inną sprawę do przemyślenia. Nie wiedział jak się do tego zabrać. Na szczęście zamieć śnieżna uniemożliwiała rozmowę. Dawało mu to więcej czasu, aby wszystko jeszcze raz przemyśleć.

To ten chłopak co teraz siedzi obok niego sprawił, że postąpił nieracjonalnie. Wiedział o tym. Jego zastępca, sierżant Iluczkin, spojrzał na niego pytająco, gdy Kuzniecki nakazał chłopakowi wsiąść do sań. Nic nie powiedział, ale Kuzniecki zauważył, że Iluczkin był zdziwiony.

„Nawet nie zapytałem, jak ma na imię” – rozmyślał teraz – „Tak podobny jest do Szaszy… Saszeńka miałby teraz… Zaraz, ile lat miałby teraz?” – zastanawiał się – „Trzynaście” – obliczył.

To było w 38mym w lutym, jak wrócił z Hiszpani leczyć rany. Przyszli do ich komunalki, w Moskwie, o w pół do szóstej. Najpierw dobijali się do pokoju kapitana Oluchina. Jego żona przestraszona, wyjaśniła im, że mąż od tygodnia siedzi na Łubiance. Wtedy zorientowali się, że pomylili drzwi.

Major Michaił Iwanowicz Kuzniecki zaczął się ubierać, gdy tylko usłyszał łomot do drzwi sąsiada. Otworzył im, gdy tylko zapukali. Nie chciał, aby łomotem w drzwi obudzili ich dziewięcioletniego syna. Spodziewał się ich wizyty.

Od trzech tygodni polecano mu, aby został w domu i nie pokazywał się w jednostce. Obiecano mu, że jak tylko jego sprawa się wyjaśni, będzie mógł powrócić do jednostki.

„Jaka sprawa? O co mnie posądzacie?” – pytał

„Dowiecie się w swoim czasie”

Pozwolili pożegnać się z żoną. Gdy już go wyprowadzali z mieszkania, obudził się Saszeńka. Mały podbiegł do ojca, ale został brutalnie odepchnięty przez jednego z nich.

Uderzył drania i w tej samej chwili dostał kilkanaście uderzeń kolbami karabinów. Uderzali ci co stali na korytarzu. Zrobiło się zamieszanie. Zakrwawionego i prawie nieprzytomnego wynieśli go do samochodu.

W tym tumulcie nikt nie zauważył, że mały wybiegł na ulicę. Gdy ruszali, jak zwykle energicznie, Saszeńka wybiegł przed samochód z chęcią zatrzymania go. Kierowca nie zdążył go ominąć. Sasza zmarł po trzech dniach w szpitalu.

Ale o tym Michaił Iwanowicz dowiedział się znacznie później, po wyjściu z Łubianki. Wspólna Uchwała KC WKP(b) i Rady Komisarzy Ludowych z 17go listopada 1938go roku „O aresztowaniach, nadzorze prokuratorskim i prowadzeniu śledztwa” sprawiła, że do Floty i Armii powróciło kilka tysięcy oficerów nie tylko zwolnionych z szeregów sił zbrojnych, ale w wielu przypadkach oswobodzonych z więzień NKWD.

W ten sposób major Michaił Iwanowicz Kuzniecki odzyskał swój oficerski honor i należne mu miejsce w Armii. Syna nie odzyskał.

   Dojechali na pierwszy nocleg. Wieś była mała, sprawiała wrażenie opuszczonej. Część chałup była spalona. Z kominów trzech chałup unosił się dym. Natychmiast ukryto sanie w ruinach zabudowań. Ktoś z miejscowych zajął się końmi. Kuzniecki wydał kilka dyspozycji. Weszli do jednego z domów. Dwie starsze kobiety zabrały się za przyszykowanie posiłku.

Jak tylko ściągnęli czapki i kurtki Kuzniecki zapytał

„Jak masz na imię chłopcze?”

„Bruno”

„Bruno… To chyba nie jest polskie imię?”

„Nie wiem jakie. Po prostu takie dostałem”

Kuzniecki został wywołany na zewnątrz. Wrócił po chwili. Bruno stał przy piecu kuchennym i ogrzewał dłonie nad paleniskiem.

„Opowiedz, dlaczego jesteś w faszystowskim mundurze”

„Zgłosiłem się na ochotnika…”

„Faszystą jesteś!”

„Nie! Wcale nie!”

„To, dlaczego zgłosiłeś się na ochotnika?”

„Miałem dość macochy. Chciałem wrócić do mamy, do Polski” – skłamał.

Matka w jego krótkim życiu nigdy nie była mu bliska. Ciągle była zapracowana zajęciami domowymi lub znikała na długie godziny sprzątać kościół na Ogrodowej.

Zabierała go tam często. Nudził się wtedy bardzo. Lubił, gdy zajmował się nim ojciec. Jak wracał z pracy i zjadł przygotowany przez matkę posiłek, to zawsze się z nim bawił.

Opowiadał mu o pięknych miastach i dużych domach do jakich się niebawem wprowadzą. Jak tylko nadejdzie Sprawiedliwość.

Mały Bruno nie za bardzo wiedział co to takiego ta Sprawiedliwość. Od ojca dowiedział się, że Sprawiedliwość wkrótce nadejdzie i wtedy wszyscy będą mieli co jeść i wszyscy będą mieć pracę. Ojciec mówił też, że nie będzie już wyzyskiwaczy, nie będzie też kościołów.

Gdy go zapytał kto to są wyzyskiwacze, dowiedział się, że to fabrykanci co dają ludziom takim jak on pracę. Trochę to dziwiło małego Brunona. Skoro nie będzie tych co dają pracę, to ojciec nie będzie jej miał, no i jak nie będzie kościołów to matka też zostanie bez pracy.

„Będziesz starszy to zrozumiesz co to Sprawiedliwość”

Aby ułatwić synowi zrozumienie co to jest Sprawiedliwość zabierał go wieczorami na mniej lub bardziej tajne spotkania, gdzie często mówił zebranym o Sprawiedliwości. Bruno czuł się tam tak jak z matką w kościele, tyle że z ojcem było weselej.

„Mówiłeś, że ojciec poległ w Hiszpani. Gdzie to było?”

„Nie wiem. Nad jakąś rzeką”

„Jak to się stało, że znalazłeś się we Włoszech?”

„Macocha mnie tam zabrała”

„Twoja matka, żyje?”

„Nie wiem… Chyba tak”

„To nie prędko cię zobaczy… Po jutrze będziemy w Woroneżu. Tam muszę cię zostawić”

„Co ze mną będzie?”

„Zabiorą cię do obozu jenieckiego. Będziesz wśród swoich. Znasz rosyjski. Polecę ciebie jako tłumacza… Może później uda mi się zabrać ciebie do mnie do domu. Co ty na to?”

„Chcę do mamy…”

    Dwa dni później, dwudziestego trzeciego grudnia dotarli do przedmieść Woroneża. Przeprawili się po lodzie na wschodni brzeg rzeki Woroneż. Kuzniecki w Wojskowej Komendzie Miasta odszukał swojego przełożonego. Poinformował o kolumnie jeńców włoskich, która powinna dotrzeć tu za kilka dni. Przekazał Brunona. Polecił go jako tłumacza. Poprosił swojego przełożonego, który był jego kolegą jeszcze z Hiszpani, o dobre traktowanie jeńca. Potem otrzymał nowe rozkazy i odmeldował się.

Dla Brunona oznaczało to znaczne pogorszenie się jego nie najlepszego położenia. Na początek zamknięto go w zimnej celi, a właściwie w piwnicy w budynku tymczasowej siedziby NKWD. Nikt o nic się go nie pytał. Po prostu, przełożony Kuznieckiego, pułkownik Gregori Michaiłowicz Czurkin, przywołał dyżurnego i kazał mu odprowadzić Brunona do celi.

Nikt go nie rewidował. Nic mu nie odebrano. Właściwie to nie było nic do odebrania, po za chlebem, słoniną i banieczką kawy zbożowej, którą dostał od Kuznickiego.

Zamknięto go około południa. A potem długo nic się nie działo. Długo to znaczy prawie dwa dni. Nie dostał jedzenia ani nic do picia. Swoje potrzeby załatwiał do kibla stojącego w roku celi. Spał na sienniku leżącym na betonowej podłodze. Przykrywał się swoim długim płaszczem. Wszystko wskazywało na to, że o nim zapomniano.

To, że mija drugi dzień, ocenił po odrobinie światła wpadającego do celi przez niewielkie okienko znajdujące się pod sufitem. Kiedy drugi raz zrobiło się ciemno, doszedł do wniosku, że mija już drugi dzień, a tu nic się nie dzieje. Za drzwiami panowała absolutna cisza. Nie dochodziły do niego żadne głosy.

Zjadł już cały chleb i resztkę słoniny. Wypił ostatni łyk kawy. Jak zwykle, po wieczornym jedzeniu, zmógł go sen. Tym razem śniło mu się, że zaprowadzono go na cmentarz i kazano zejść do grobowca.

„Będziesz tu siedział do końca świata” – usłyszał za sobą.

A potem trzask zamykanych stalowych drzwi. Obudził się zalany potem. Zanim wzrok przyzwyczaił do ciemności, rozjaśnionych tylko odrobiną poświaty od stojącej w pobliżu okienka latarni, zastanawiał się czy to sen czy jawa.

Wpadł w panikę. Rzucił się do drzwi i zaczął walić w nie pięściami, a po chwili pustą bańką po kawie. Krzyczał, ile miał tylko siły w gardle. Po jakimś czasie upadł wyczerpany na podłogę. Nic się za drzwiami nie działo. Usnął zmęczony, oparty plecami o drzwi.

Nagle obudził się padając na plecy. Enkawudzista, który otworzył drzwi był zaskoczony, gdy nagle na jego stopy zwaliło się ciało znajdujące się w pustej rzekomo celi. Po chwilowym zamieszaniu wepchnął z powrotem Brunona do środka. Ten co otworzył celę nie był sam. Jego kolega prowadził przed sobą jakiegoś zakrwawionego cywila. Dostali polecenie zaprowadzenia go do celi. Zamknęli w niej teraz obydwóch i udali się do oficera dyżurnego.

Może to się wydać nieprawdopodobne, ale akurat wtedy, kilka dni przed Nowym Rokiem 1943cim, te kilka cel pod siedzibą NKWD we wschodniej części Woroneża były puste. W każdym razie według dziennika znajdującego się na dyżurce. Nikt nie odnotował osadzenia Brunona. Chyba dlatego że odbyło się ono w zupełnie nierutynowy sposób.

W każdym razie oficer dyżurny kazał przyprowadzić Brunona do siebie. Po godzinie wyjaśniło się, że to ich szef, pułkownik Gregori Michaiłowicz Czurkin wydał polecenie chwilowego zamknięcia Brunona.

Bruno miał odjechać jeszcze tego samego dnia samochodem wiozącym gońca z nowymi rozkazami do Tambowa. Kierowca i goniec czekali aż ktoś przyprowadzi im więźnia. Po kilku godzinach czekania, zgłosili się do oficera dyżurnego z pytaniem, kiedy dostarczą im tego więźnia, którego mają zabrać ze sobą.

Ponieważ dyżurny nowej zmiany nie znalazł żadnego wpisu w dzienniku o tym jakoby mieli kogokolwiek w celach, nakazał im odjechać.

Sprawa się wyjaśniła. Pułkownik Gregori Michaiłowicz Czurkin, wpadł w wściekłość. Kazał natychmiast doprowadzić więźnia do porządku, to znaczy umyć, dobrze nakarmić i niezwłocznie zorganizować transport do Tambowa.

Dwie godziny później Bruno siedział między dwoma milczącymi enkawudzistami na tylnej kanapie zdobycznego Fiata. Obok kierowcy usiadł młody, nie wiedzieć czemu, wystraszony lejtnant.

Do przejechania mieli około dwustu kilometrów. Jechali dosyć wolno. Droga do Tambowa była wąska, zaśnieżona i dosyć kręta. W niektórych miejscach były nawiane zaspy śniegu. Dwaj enkawudziści, którzy pilnowali Brunona wychodzili wtedy z samochodu i łopatami, które były w bagażniku Fiata, przekopywali przejazd.

Dwa razy samochód prawie zjechał do rowu. Pod śniegiem znajdywały się niedbale zasypane leje po bombardowaniach i zamarznięte koleiny. Wąskie koła Fiata ledwo dawały sobie z nimi radę.

Po siedmiu godzinach, około dwudziestej pierwszej, podjechali pod bramę obozu dla jeńców wojennych koło Tambowa. Lejtnant wysiadł z samochodu i poszedł zameldować przybycie konwoju z jeńcem. Kierowca wyłączył silnik Fiata.

Czekali ponad godzinę na powrót lejtnanta, który miał rozkaz osobiście przekazać jeńca komendantowi obozu majorowi Popowowi.

O tej porze komendant obozu, major Aleksander Fiodorowicz Popow miał zwyczaj grać w karty z innymi oficerami w jednym ze służbowych mieszkań. Zdenerwował się, gdy przyszedł po niego żołnierz wysłany przez dyżurnego. Akurat szła mu karta i niewszystka wódka była wypita. Jednak, gdy dowiedział się, że lejtnant, który przywiózł jeńca, kategorycznie domaga się widzenia z nim, wściekły odszedł od stołu ze zdecydowanym zamiarem solidnego obsztorcowania młodego oficerka.

Wpadł do dyżurki, w której czekał lejtnant z konwoju

„Nie wiecie, że takie rzeczy załatwia się z dyżurnym?!” – wrzasnął od progu

„Towarzyszu majorze, mam rozkaz od pułkownika Gregoria Michaiłowicza Czurkina, aby jeńca dostarczyć wam osobiście. Oto rozkaz dla was na piśmie” – wręczył majorowi zalakowaną kopertę.

Popow rozerwał kopertę. Szybko przeczytał załączoną kartkę. Nie było tego dużo. Jeszcze raz wściekle spojrzał się na lejtnanta. Żachnął się. Przeczytał kartkę jeszcze raz. Schował do kieszeni

„Gdzie on jest?” – zapytał energicznie

„W samochodzie, towarzyszu majorze”

„Dawaj go tu!”

Wyszli przed wartownię. Popow nakazał otworzyć bramę. Lejtnant doszedł do samochodu. Chwilę rozmawiał z kierowcą. Przez dłuższy czas nic się nie działo. Major Popow zniecierpliwiony doszedł do nich

„Co się guzdrzecie?! Wjeżdżaj natychmiast!”

„Tak jest! Towarzyszu majorze!” – odkrzyknął kierowca.

Szybko wysiadł z auta. Z pod fotela wyciągnął korbę. Wsadził ją w otwór pod chłodnicą i zakręcił. Auto zatrzęsło się, ale motor nie zastartował. Powtórzył czynność jeszcze kilka razy zawsze z tym samym skutkiem.

Major Popow zabluźnił soczyście i zagroził kierowcy i lejtnantowi, że poda ich do raportu. W tym momencie z auta dobiegł chłopięcy głos.

„Mogę to naprawić. Jestem mechanikiem samochodo…”

Bruno nie zdążył dokończyć zdania. Dostał kilka kuksańców od tych co siedzieli obok niego, z jednoczesnym upomnieniem

„Małczy!”

Popow zdążył go usłyszeć. Nakazał mu wyjść.

„Umiesz go uruchomić?” – zapytał

„Oczywiście. Przecież to Fiat. Na takich się uczyłem”

„No, to bierz się do roboty!”

Bruno otworzył maskę. Zakręcił kranik pod zbiornikiem z paliwem, który znajdował się nad silnikiem, wysoko pod przednią szybą. Zdjął gumowy wężyk prowadzący od silnika do gaźnika. Odwrócił się przodem do obserwujących go osób i wyjaśnił.

„W paliwie jest woda. Na tym mrozie zamarzła w wężyku doprowadzającym paliwo do gaźnika. Zrobił się korek lodowy. Trzeba go skruszyć i wydmuchać”

Po czym zrobił to co mówił. Założył wężyk na swoje miejsce. Odkręcił kranik. Poczekał chwilę aż paliwo ze zbiornika dostało się do gaźnika. Sprawdził czy włączony jest zapłon i czy bieg jest na luzie. Zakręcił korbą tylko raz. Motor od razu zaskoczył.

„Zuch chłopak” – z mimowolnym podziwem pochwalił go Popow.

Po czym nakazał lejtnantowi wjechać na teren i zatrzymać się przy kancelarii obozu. Gdy odjechali, wszedł z Brunonem na wartownię.

„Czyli nie tylko jesteś tłumaczem, ale też mechanikiem… Przydasz się”

   Było już po dwudziestej trzeciej. Bruno został zaprowadzony przez Popowa do baraku dla jeńców funkcyjnych. Po wejściu do baraku Major Popow zawołał

„Andrea!… Do mnie!”

O tej porze wszyscy już spali. Z pryczy stojącej w pobliży niewielkiego blaszanego piecyka zerwał się niewysoki mężczyzna. Był to włoski porucznik Andreas Gali. W cywilu dentysta. Obecnie odpowiedzialny za barak z jeńcami funkcyjnymi.

„To mechanik samochodowy. Będzie pracował z Hansem. Daj mu jakąś pryczę” – rozkazał Popow i wyszedł.

Andreas Gali rozpoznał po mundurze Brunona, że ma do czynienia z rodakiem. Zagadał do niego po włosku

„Jutro pogadamy. Kładź się na tamtej pryczy” – wskazał pryczę przy oknie – „Siennik i koc dostaniesz jutro. Do rana musisz spać na gołych dechach”

O w pół do szóstej była pobudka. Gali od razu zabrał się za wypytywanie Brunona o to jak się nazywa, skąd pochodzi, w jakiej jednostce służył i gdzie się dostał do niewoli. Potem przedstawił mu pozostałych mieszkańców baraku.

Mieszkali w nim trzej rumuńscy kucharze, węgierski lekarz, dwaj włoscy pielęgniarze, śląski kowal oraz niemiecki mechanik samochodowy. Po chwili wszyscy zaczęli szykować się do wyjścia do swoich zajęć.

Gali zatrzymał Hansa Brunera, mechanika samochodowego. Zwrócił się do niego łamanym rosyjskim

„On będzie z tobą pracował w warsztacie”

„Przecież tam jeden nie ma co robić. Po co mi on?” – odparł zdziwiony Bruner

„To rozkaz Popowa”

     W ten sposób zaczął się nowy etap w życiu Brunona.

Z początku Hans Bruner nie był zadowolony z nowego pomocnika. Jednak szybko przekonał się, że ma do czynienia z młodym, bo młodym, ale dobrze wyuczonym mechanikiem samochodowym.

Pierwszego dnia wypytywał Brunona o to skąd pochodzi i dlaczego w tak młodym wieku znalazł się w armii. Bruno opowiedział mu o ojcu komuniście, o Hiszpani i jak trafił do Włoch. Powiedział, że zaciągnął się do wojska dlatego że chciał uciec od macochy.

Hans przyznał mu się, że też bił się w Hiszpani, ale nie wdawał się w szczegóły.

Szybko zaistniała między nimi pewnego rodzaju zażyłość, podobna do tej jaka istnieje między ojcem i synem. Na pewno przyczynił się do tego fakt, że zarówno Bruno jak i Hans mówili dobrze po rosyjsku, oraz to, że byli po tej samej stronie w Hiszpani.

Hans Bruner skończył właśnie czterdziesty rok życia. Jako trzynastoletni chłopak, urodzony i mieszkający z matką w Monachium, zaczął pracować w 1916tym w nowo powstałej firmie produkującej silniki lotnicze, Bayerische Flugzeug-Werke – BFM.

Z początku był chłopakiem do wszystkiego. Ponieważ trwała wojna i większość pracowników firmy była na froncie, szefostwo BFM postawiło na przyuczanie do zawodu młodych chłopców, których nie obejmował pobór do wojska.

W 1917tym, kiedy BFM połączyła się z firmą Rapp-Motorenwerke i powstała Bayerische Motoren-Werke – BMW, Hans Bruner pracował już samodzielnie przy montażu podzespołów do silników.

Kiedy po wojnie, na początku kwietnia 1919go, w Monachium powstała Bawarska Republika Rad, Hans jako były sympatyk Spartakusa wstąpił w nowo powstałe szeregi Niemieckiej Partii Komunistycznej.

Bawarska Republika Rad została rozbita już w na początku maja tego samego roku, w wyniku pacyfikacji wojskowej. Hans Bruner na krótko dostał się do więzienia. Tam poznał jednego z założycieli Republiki Rad Eugena Levine.

Po wyjściu z więzienia, dzięki nawiązanym tam kontaktom szybko stał się znanym działaczem w Partii. Mimo wielu rozłamów i kryzysów w KPD dotrwał w Partii do 1924go roku, kiedy to partia została zdominowana przez ultra lewicę pod kierownictwem Ruth Fisher i Arkadiego Masłowa.

To właśnie Fisher, którą znał osobiście zadecydowała o wysłaniu go do Moskwy. Po szkoleniach w szkole Kominternu pod zmienionym nazwiskiem został wysłany do Berlina. Tam w 1933cim, po dojściu Hitlera do władzy KPD została zdelegalizowana. Hans postanowił wrócić do Monachium.

Pod swoim prawdziwym nazwiskiem dostał pracę w swojej starej firmie. Tak się złożyło, że mimo przysłowiowego niemieckiego porządku udało mu się ukryć komunistyczną przeszłość. Nie utrzymywał kontaktów ze starymi towarzyszami. W firmie zaczął pracę w wytwórni samochodów. Byli tam nowi pracownicy, których nie znał, a oni nie znali jego.

W 1936tym rozpoznał go były towarzysz z partii, a obecnie działacz NSDAP. Pewnego dnia w październiku tuż przed wejściem do fabryki został ostrzeżony przez kolegę z warsztatu, że czeka na niego Gestapo. Ten sam kolega, który znał Hansa przeszłość zaprowadził go do konspiracyjnego mieszkania lokalnej komórki komunistycznej.

Po kilku dniach, pod znowu zmienionym nazwiskiem został wysłany do Hiszpani. Skontaktował się tam ze swoim starym znajomym komunistą, Hansem Beimlerem, który uciekł właśnie z obozu koncentracyjnego w Dachau.

Walczyli razem po stronie republiki do końca. Hans Bruner wrócił do Monachium po koniec 1938go. Został zatrzymany w mieszkaniu swojej zmarłej matki. Po kilku dniach przesłuchań trafił bez procesu do Dachau.

W 1941szym, we wrześniu, został zwolniony z obozu koncentracyjnego. Zawdzięczał to temu, że armia niemiecka rozpoczynająca ofensywę na wschodzie, potrzebowała fachowców, głównie mechaników i elektryków.

Trafił do kompani karnej przydzielonej do 4tej Armii Pancernej generała Hermanna Hotha. Dowództwo tej Armii zdecydowało rozwiązać karną kompanię i jej żołnierzy, w większości wykwalifikowanych mechaników, wcielić do poszczególnych brygad pancernych, z zadaniem obsługi technicznej i serwisowania znajdujących się tam pojazdów.

Hans Bruner znalazł się w warsztacie polowym brygady czołgów majora Wernera. Szybko zdobył uznanie przełożonych i został nawet majstrem mobilnego warsztatu naprawy silników czołgowych.

Na początku sierpnia 1942go tuż przed atakiem na Stalingrad, ich mobilny warsztat został daleko w tyle na północ od Stalingradu, w okolicach Kurska.

Pewnej nocy w połowie sierpnia, zostali zaatakowani przez silny oddział partyzancki. Poddali się bez walki. Nie byli przygotowani do obrony.

W ten sposób Hans Bruner, trafił przez wyrwę w froncie do Tambowa. W sierpniu 1942go jeszcze nie było tam obozu jenieckiego. Spali na gołej ziemi otoczeni drutami kolczastymi. Pilnowani byli przez enkawudzistów z psami, którzy mieszkali w namiotach ustawionych tuż w pobliżu obozu.

We wrześniu zagnano wszystkich jeńców do budowy baraków. Część z nich wyganiana była do pobliskich lasów na wyrąb drzew potrzebnych do wytwarzania desek w prymitywnych, na prędce tworzonych tartakach. Ci co zostali w obozie zbijali z tego budulca baraki dla siebie i dla załogi obozu.

W październiku obóz był prawie gotowy. Przyłączono do niego leżącą w pobliżu fabryczkę wytwarzającą przed wojną garnki i blaszane beczki. Ściągnięto do niej wraki samochodów z pobliskich pobojowisk.

Hans i jeszcze dwóch innych dostali za zadanie doprowadzić te wraki do używalności. Po kilku tygodniach na początku grudnia z siedmiu wraków niemieckich ciężarówek marki Opel Blitz udało im się złożyć do kupy i uruchomić dwie.

Komendant obozu major Aleksander Fiodorowicz Popow uznał to za duży sukces i zameldował swoim przełożonym gotowość rozwoju warsztatu naprawczego. Jeszcze w grudniu ściągnięto do fabryczki kilkanaście różnych wraków, lecz niestety zabrano z niej w tym samym czasie wszystkie obrabiarki i silniki elektryczne. Wysłano je do fabryki uruchamianej w centrum miasta Tambow. Ponieważ warsztat nie mógł reperować dostarczanych wraków, dwaj pomocnicy Hansa odesłani zostali do innych zadań.

   Kiedy Andreas Gali przedstawił Hansowi Brunona i oznajmił, że Brono będzie z nim pracował, zdziwiony Hans powiedział

„Przecież tam jeden nie ma co robić. Po co mi on?”

Po tym gdy Hans wypytał Brunona o jego przeszłość, resztę pierwszego dnia w warsztacie, Bruno spędził oglądając wszystkie zakamarki i zgromadzone tam wraki, potem nieśmiało zapytał Hansa

„Może bym tak wymontował wszystkie gaźniki…”

„Po co?”

„Przeczyszczę je, wykalibruję. Odłoży się je na bok. Będą gotowe w razie czego…”

„Najpierw zrób porządek w warsztacie. Wymieć podłogę, przemyj szyby w oknach i wynieś śmieci. Potem możesz robić co chcesz…. To i tak nie ma sensu”

Przez następne trzy dni Bruno sprzątał warsztat. Hans w tym czasie siadał w małym oszklonym kantorku znajdującym się w rogu warsztatu tuż przy drzwiach. Było tam duże, stare zniszczone biurko i dwa krzesła biurowe, dwie szafy z jakimiś papierowymi teczkami pełnymi starych dokumentów. Hans pilnie je przeglądał. Bruno zapytał raz z ciekawości

„Co pan czyta, panie majster?”

Hans polecił mu tak zwracać się do siebie

„Nie twoja sprawa. Sprzątaj dalej”

Gdy już wszystko wysprzątał, zniósł w jedno miejsce wszystkie narzędzia jakie znalazł w różnych zakamarkach i we wrakach samochodów. Wyczyścił je i posegregował. Robił to raczej dla zabicia czasu niż z konieczności.

Czwartego dnia, gdy przyszli do warsztatu i Bruno chciał zabrać się za wymontowywanie gaźnika z najbliżej stojącego Opla, Hans powstrzymał go

„Czekaj. Dzisiaj nic nie robimy…”

„Czemuż to, panie majster?”

„Dzisiaj jest Nowy Rok, pierwszy stycznia 1943… Chodź do kantorku pogadamy sobie. Nikt nam nie będzie przeszkadzał. Na zewnątrz wszyscy są już pijani”

W kantorku Hans usiadł za biurkiem. Bruno usadowił się obok na drugim krześle. Wyczekiwał aż Hans coś powie.

„Mówiłeś, że twój ojciec był komunistą. Czy ty też jesteś komunistą, Bruno?”

Mimo młodego wieku, życie nauczyło Brunona być ostrożnym i wyczuwać co inni oczekują od niego. W czasie pierwszej rozmowy z Hansem dowiedział się, że jest on komunistą. Postanowił więc nie ujawniać jak bardzo nienawidzi komunistów, za to co komunizm zrobił z ojca.

„Ojciec był komunistą, to ja chyba też nim jestem”

„Ale do Partii nie należałeś?”

„W Hiszpani miałem dziesięć lat…”

„No, tak… Tak. Oczywiście” – po chwili zapytał – „Napijesz się wódki?”

„Nie wiem. Raz tylko próbowałem. W szkole chłopaki przynieśli…”

„Dzisiaj jest Nowy Rok… Trzeba to uczcić”

Hans wyciągnął z kieszeni płaszcza dużą butelkę wódki, dwie spore cebule i wielki jak dłoń płat słoniny.

„Skąd pan to ma, panie majster?!” – z podziwem zapytał

„Po pierwsze – nigdy nie pytaj o takie rzeczy. Po drugie – kupiłem od kucharzy. Wynoszą z kuchni wartowników”

Z biurka wyciągnął dwa blaszane kubki, które musiały być tam od dawna. Nalał do nich do połowy, z butelki. Podszedł do szafy. Wyciągnął z za niej schowany tam nóż kuchenny. Przekroił każdą cebulę na cztery części i pokroił połowę słoniny w niewielkie kostki.

„No, to, napijmy się. I jak to mówią nasi rosyjscy przyjaciele – Na zdrowie!”

„Przyjaciele? Przecież oni naszych tutaj katują…”

„Ech! Co tam!… Z ich pomocą zwyciężymy faszyzm! Zbudujemy lepszy świat!… No! Wypijmy!”

Bruno zakrztusił się. Przez chwilę nie mógł złapać oddechu. Odstawił niedopity kubek na biurko. Hans natychmiast mu dolał tyle samo co poprzednio.

„Coś ci powiem. Tylko musisz obiecać, że nikomu o tym nie powiesz…”

„Obiecuję”

„No to napijmy się. Tym razem za zwycięstwo!”

Bruno upił tylko maleńki łyczek, ale i tak miał dosyć. Hans podsunął mu słoninę i cebulę.

„Wiesz, byłem przesłuchiwany. Oni wiedzą, że jestem komunistą. Opowiedziałem im, że byłem na szkoleniu w Moskwie. Ponad dwa lata. Od 1930 do połowy 33go.”

„To, dlaczego pana majstra jeszcze tu trzymają?”

„Muszą to sprawdzić. Nie mogą tak po prostu uwierzyć, na gębę. Każdy mógłby się podać za komunistę… Napijmy się jeszcze”

„Ja już nie mogę…”

„Jak nie chcesz to nie pij… Nie zmuszam cię…”

Hans wypił cały kubek. Chwilę przeżuwali słoninę w milczeniu. Bruno zrobił się senny. Zamarzył, aby się położyć. Przysunął się bliżej do biurka, opadła mu na nie głowa. Podłożył sobie pod nią lewe ramię. Prawie usnął.

Słyszał, jak Hans rozkręca się opowiadając o pięknej przyszłości jaka ich czeka, gdy Sowieci pokonają faszyzm

„Zupełnie jak bym słyszał ojca” – pomyślał

Hans nie zwrócił uwagi na zasypiającego Brunona. Rozmarzył się w swojej wizji lepszego świata. Nalał sobie jeszcze jeden kubek wódki.

„Wiesz, powiedzieli mi, że montują, tu w Rosji organizację, w której chcą mieć niemieckich antyfaszystów. Najlepiej komunistów. Przyjmą mnie tam, jak mnie sprawdzą. Po zwycięstwie będziemy budować nowe Niemcy, w których zapanuje sprawiedliwość…”

„Sprawiedliwość! O! To! To! Nie będzie wyzyskiwaczy i kościołów” – odezwał się przez sen Bruno, gdy dotarło do niego ostatnie słowo z Hansa wypowiedzi – Sprawiedliwość – Tak przecież mówił mu ojciec w dzieciństwie.

„Dobrze mówisz, towarzyszu mechaniku… Ale teraz… Śpijmy już” – wybełkotał Hans i ułożył głowę na biurku, obok głowy Brunona.

    Przez następne miesiące w życiu Brunona niewiele się zmieniło. W obozie panowało rozprężenie. Komendant obozu, major Aleksander Fiodorowicz Popow, niemal bez przerwy był pijany. Odbijało się to na dyscyplinie wśród jego ludzi. Oficerowie z którymi pił nie panowali nad załogą. Wszyscy zaniedbywali się w swoich obowiązkach.

Bruno i pozostali funkcyjni jeńcy baraku, w którym mieszkał, w zasadzie nie byli pilnowani i żyło im się nieporównanie lepiej od tych którzy wyganiani byli do lasu na wycinkę drzew.

Do warsztatu w dalszym ciągu ściągano uszkodzone zdobyczne samochody i motocykle. Nie było dla nich miejsca pod dachem. Stały przysypane śniegiem na podjeździe. Nikt z Rosjan nie interesował się ich dalszym losem.

Bruno demontował z nich silniki, skrzynie biegów i inne podzespoły. Mimo iż Hans był przekonany o bezsensowności takich poczynań, również się za to zabrał.

Na wiosnę, pod koniec maja, mieli w warsztacie posegregowane i poreperowane gaźniki, skrzynie biegów i kilka kompletnych silników.

W niedzielę, trzydziestego maja na wartowni wybuchł pożar. Wiejący tego dnia wiatr szybko przeniósł ogień na pobliski budynek, w którym mieszkała część załogi obozu. Obydwa budynki spłonęły doszczętnie. Nikt nie zginął, ale okazało się, że nikt nie próbował nawet zapanować nad żywiołem.

Oficerowie i szeregowi wartownicy, którzy stracili mieszkania, opróżnili trzy najbliższe baraki z mieszkających tam jeńców i zamieszkali w nich prowizorycznie. Wyrzuceni dotychczasowi mieszkańcy, musieli się ścieśnić w pozostałych barakach.

Najlepszy barak, ten w którym mieszkali jeńcy funkcyjni zajął komendant z najbliższymi współpracownikami. Hans, Bruno i pozostali funkcyjni, przenieśli się do warsztatu. Zrobili sobie legowiska z części tapicerek wyjętych z kabin ciężarówek.

Dwa dni później do obozu przyjechał z Woroneża, szef tamtejszego NKWD, pułkownik Gregori Michaiłowicz Czurkin. Razem z nim było dwóch cywili. Zastali część załogi pijaną. Pułkownik Czurkin wpadł w szał, gdy zobaczył, że wartownicy z bronią, mieszkają za drutami, na teranie obozu razem z więźniami, których mają pilnować.

Dopiero po dwóch godzinach odnalazł się komendant Popow. Był przerażony niespodziewaną wizytą. Nie potrafił się wytłumaczyć z panującego bałaganu i rozprężenia. Przypomniał sobie, że w ubiegłym roku był pochwalony za sukces zmontowania w warsztacie dwóch ciężarówek

„Towarzyszu pułkowniku, ale warsztat mamy na wysokim poziomie technicznym. Zapraszam do wizytacji…”

Powiedziawszy to, ruszył w stronę warsztatu, nie czekając na reakcję przełożonego. Czurkin, czerwony na twarzy z wściekłości, zaskoczony tupetem Popowa, nie był w stanie wydobyć z siebie głosu. Mimowolnie ruszył za Popowem, a za nim podążyli dwaj cywile.

Po wejściu do warsztatu, zastali dziesięciu mężczyzn leżących na prowizorycznych posłaniach

„Co to jest!…Gdzie żeście mnie przyprowadzili?!” – wrzasnął 

„Towarzyszu pułkowniku! Ja zaraz…”

„A, ty! Co ty tu robisz?!” – przerwał Popowowi Czurkin, zwracając się do Brunona, którego właśnie zauważył – „Ty jesteś tłumaczem od Kuźnickiego, dobrze pamiętam?”

„Jestem tu mechanikiem samochodowym…”

„Jego tu przysłałem jako tłumacza, a nie mechanika!” – zwrócił się do Popowa.

Właśnie sobie przypomniał wydarzenia z grudnia ubiegłego roku. Obiecał wtedy swojemu przyjacielowi zająć się tym młodym Włochem.

„Tłumacza nie potrzebuję, a on jest dobrym mechanikiem i dlatego…”

Czurkin przerwał Popowowi

„Gdzie wasze biuro?”

„Chwilowo w sąsiednim baraku. Mieliśmy tu mały pożar i …”

„Prowadź!” – rozkazał Czurkin.

Szli energicznie w milczeniu w stronę baraku. Gdy weszli do środka Czurkin rozejrzał się i stał się jeszcze bardziej czerwony na twarzy

„To wasze biuro?!… Dajcie mi telefon!”

„Chwilowo nie mam telefonu. Spłonął w pożarze…”

„Gdzie wasz zastępca?”

Pawłow zwrócił się do jednego z szeregowych wartowników

„Przyprowadź kapitana Kozłowa!”

Po kilkunastu minutach podczas których w baraku panowała złowroga cisza, powrócił wysłany wartownik i zameldował

„Towarzyszu majorze! Kapitan Kozłow nie może przyjść z powodu niedyspozycji”

„Niedysponowany! Pewno leży schlany jak świnia?” – zwrócił się Czurkin do wartownika

„Tak jest towarzyszu pułkowniku! Leży schlany jak świnia”

„Jak się nazywacie?”

„Szeregowy Aleksy Iwanowicz Malikow”

„Od teraz Malikow, do czasu przybycia nowego Komendanta jesteście dowódcą tego burdelu. Zbierz kilkunastu trzeźwych ludzi i przyprowadź ich tu”

„Tak jest”

Gdy Malikow wybiegł z baraku Czurkin zwrócił się do Popowa.

„Towarzysze przyjechali z Krasnogorska. Na rozkaz towarzysza Stalina organizują Komitet… Jaki to komitet, towarzysze?”

„Narodowy Komitet Wolne Niemcy. Wyszukujemy wśród jeńców niemieckich, antyfaszystów i komunistów. Przyjechaliśmy do was po jednego takiego. Nazywa się Hans Bruner. Mamy rozkaz zabrać go ze sobą”

Po trzech godzinach, pułkownik Gregori Michaiłowicz Czurkin i towarzysze z Krasnogorska wyjeżdżali z obozu jenieckiego pod Tambowem. Mieli ze sobą Hansa Brunera i Brunona Baranowskiego. W drugim samochodzie, należącym do byłego już komendanta, majora Aleksandera Fiodorowicza Popowa, siedział na tylnej kanapie sam Popow i kapitan Kozłow. Zostali aresztowani na rozkaz Czurkina i byli właśnie eskortowani do Woroneża.

Samochody zatrzymały się w Tambowie przy budynku komendantury miasta. Czurkin wysiadł z Brunonem. Przekazał go miejscowemu szefowi NKWD, z poleceniem umieszczenia go w jednym z okolicznych kołchozów Bruno jako doskonały mechanik na pewno tam się przyda.

„Towarzyszu pułkowniku, ale to jeniec, faszysta. Kto go tam będzie pilnował?”

„Niech tym się zajmie kierownictwo kołchozu. Na pewno mogą to zrobić w zamian za otrzymanie fachowca”

Podczas gdy Bruno jeszcze tego samego dnia był w drodze do odległego o sto kilkanaście kilometrów na wschód, kołchozu „Czerwony Październik”, Hans Bruner wraz z dwoma cywilami przesiadał się do pociągu jadącego w kierunku Moskwy. Niebawem znalazł się w Krasnogorsku pod Moskwą.

Po kilku tygodniach dodatkowych przesłuchań i szkoleń został jednym z pierwszych oficjalnych założycieli ogłoszonego w połowie lipca 1943go roku Narodowego Komitetu Wolne Niemcy.

Zadaniem komitetu było inspirowanie i prowadzenie dywersji i sabotażu wśród żołnierzy niemieckich na froncie. Wkrótce komitet zaczął wydawać gazetę i ulotki zrzucane z samolotów poza linią frontu. Zaczęto również przygotowywać się do nadawania programu radiowego.

Hans Bruner jako świeżo wyszkolony redaktor trafił do redakcji radiowej Radia „Freies Deutschland”.

    W czwartek, trzeciego czerwca Bruno stanął przed obliczem dyrektora kołchozu Czerwony Październik, Iwana Jegorowicza Szulkina. Szulkin był pięćdziesięcioletnim inwalidą wojskowym.

Na początku wojny, w 1941szym stracił prawą nogę. Pochodził z Mińska na Białorusi. Z wykształcenia był ekonomistą. Do wojny pracował jako księgowy w mińskiej fabryce traktorów. Losy rzuciły go daleko po za Moskwę. Gdy tylko wylizał się z ran polecono mu kierować kołchozem.

Kołchoz Czerwony Październik tak jak niemal wszystkie inne, w tym czasie odczuwał brak mężczyzn do pracy. Pracowały w nim niemal wyłącznie kobiety, żony i matki, których mężowie i synowie, byli na froncie. Były też młode wdowy, apatyczne, które na nikogo nie czekały. Było też kilkunastu starych mężczyzn, chorych i zgarbionych. Wszyscy dobrze po siedemdziesiątce. No i masa dzieci. W olbrzymiej większości dziewczynki. Chłopcy tylko do dwunastego roku życia. Starszych wysyłano do specjalnych obozów na szkolenia wojskowe. Gdy tylko osiągali szesnasty rok życia wcielano ich do wojska.

Szulkin odebrał od konwojentów kopertę z papierami, pokwitował przyjęcie Brunona, nakazał mu usiąść. Odesłał konwojentów i zabrał się za czytanie zawartości koperty. Po kilku minutach spojrzał na Brunona

„Baranowski… To chyba nie włoskie nazwisko?”

„Polskie”

„Jesteś Polakiem czy Włochem?”

„Urodziłem się w Polsce, to chyba jestem Polakiem”

„Mówisz po polsku?” – zapytał Brunona kresowym polskim.

„Mówię po polsku, rosyjsku, włosku i trochę po hiszpańsku i niemiecku”

„Zuch chłopak” – Szulkin powiedział to z uznaniem.

„Tu piszą, że jesteś mechanikiem” – spojrzał na Brunona – „Ile ty masz właściwie lat?”

„We wrześniu skończę piętnaście”

„Piętnaście, mówisz… I już jesteś mechanikiem…” – zajrzał w jeszcze raz w papiery – „Piszą, że jesteś zdolnym mechanikiem… Gdzie wyuczyłeś się zawodu? Chyba nigdzie jeszcze nie pracowałeś?”

„Skończyłem szkołę samochodową w Rzymie…”

„W Rzymie, powiadasz… Ano zobaczymy co z ciebie za mechanik” – wyjrzał przez otwarte okno – „Alosza! Zaprowadź go do starego Iwana. Powiedz mu, że on będzie z nim mieszkał! Powiedz, że ja tak każę!”

Popatrzył jeszcze raz na Brunona, chwilę milczał, potem dodał

„Jutro zabierz się za naprawę sprężarki w chłodni. Od jesieni stoi zepsuta. Idą ciepłe dni. Nie mamy gdzie trzymać mleka” – wskazał na chłopaka, który właśnie wszedł do pokoju – „Alosza ci wszystko pokaże, gdzie są narzędzia, gdzie jest warsztat i gdzie będziesz jadał posiłki. A teraz zmykaj stąd”

Gdy już wyszli z pokoju, wykuśtykał za nimi

„Jeszcze jedno!… Trzymaj się z daleka od bab! Nie chcę mieć przez ciebie awantur! Jeszcze sobie ślepia wydrapią!”

„Przeze mnie?” – zdziwił się Bruno

„Wiem co mówię. Trzymaj się od nich z daleka”

Alosza zaśmiał się głośno dając do zrozumienia, że wie o co chodzi

„A ty czemu zęby suszysz?! Jak go zaprowadzisz do Iwana to pobiegnij do kuchni i powiedz Nataszy, że on od dzisiaj będzie się u niej stołował… Pamiętaj, od rana zaprowadź go do chłodni. Jak będzie trzeba to mu pomagaj. Może się czegoś nauczysz”

„Tak jest towarzyszu dyrektorze!” – odkrzyknął Alosza.

W drodzy do Iwana milczeli. Bruno przyglądał się swojemu nowemu pomocnikowi. Alosza był niskim, przeraźliwie chudym chłopcem. Wyglądał na siedem, może osiem lat

„Ile masz lat, Alosza?”

„Skończyłem dziesięć”

„Chodzisz do szkoły?”

„Tu nie ma szkoły. Ma być na jesieni”

Doszli do czworaków. W jednej z czterech izb mieszkał Iwan. Bruno był przekonany, że będzie dzielił izbę tylko z Iwanem. Okazało się, że mieszka tam jeszcze dwóch starców. Alosza prędko przekazał Iwanowi wiadomość od Szulkina i szybko wyniósł się z izby. Bruno przedstawił się Iwanowi oraz dwóm pozostałym – Wasylowi i Stiepanowi

„Masz szczęście synu. Mamy wolne łózko. Jeszcze ciepłe. Trzy dni temu zmarło się staremu Michałowi… Siadaj i opowiadaj ktoś ty. Nie za długo pójdziemy na kolację do Nataszy”

Bruno po krótce opowiedział kim jest i jak się tu znalazł. Starzy pokiwali głowami i stwierdzili, że czas iść na kolację.

W kuchni, a właściwie w dużej sali za kuchnią poustawiane były w dwóch rzędach długie stoły z surowych nie malowanych desek. Wzdłuż stołów, stały wąskie ławy bez oparć wykonane z takich samych desek.

Przy wąskich drzwiach, przy niewielkim stoliku, siedziała kobieta z grubym zeszytem. Musiała znać wszystkich tłoczących się przed wejściem, po nie pytając się o imiona odhaczała wchodzących w zeszycie. Bruno zauważył, że były to przede wszystkim dzieci i starcy. Zarówno mężczyźni jak i kobiety.

Alosza chwycił Brunona za rękę i zaciągnął go przed tłoczących się przy wejściu

„To jest ten nowy który będzie u nas jadł, Natalio Fiodorowna” – przedstawił Brunona.

 Natasza Fiodorowna przez chwilę przyglądała się mundurowi Brunona

„Faszysta u mnie nie dostanie jeść!” – stwierdziła

„Nie jestem faszystą. Jestem mechanikiem. Mam u was pracować” – odparł Bruno.

Fjodorowną zaskoczyło to, że usłyszała odpowiedź po rosyjsku.

„Dlaczego nosisz ten mundur?”

„Służyłem w wojsku włoskim…”

„Zdejmij go natychmiast. Nie drażnij nim ludzi”

„Nie mam nic innego…”

Oceniła go wzrokiem. Po chwili powiedziała

„Po kolacji zaczekaj tu na mnie. Coś znajdę dla ciebie… jak się nazywasz? Muszę wciągnąć cię na listę”

Po kolacji, którą była rozwodniona zupa mleczna z zacieranymi kluskami i otrębami Bruno czekał ponad godzinę na Nataszę Fiodorowną. Czuł się nieswojo. Wkoło otoczyły go zaciekawione dzieci. Nieco dalej zaczęły gromadzić się kobiety. Obserwowały go i coś do siebie mówiły, wybuchając od czasu do czasu śmiechem. Nie dochodziło do niego o czym rozmawiają, ale domyślał się, że komentują jego osobę.

„Co to za zgromadzenie, baby?! Chłopaka żeście nie widziały?”

Z za rogu kuchni wyszedł podpierając się kulami dyrektor Szulkin.

„A ty? Czemu tu stoisz? Dostałeś jeść, to zmykaj na kwaterę!”

„Czekam na Nataszę Fiodorowną”

„Szybko się umawiasz na randki. Nie pamiętasz co ci mówiłem?”

„Czego się wściekasz, Szulkin? Kazałam mu czekać. Dostanie ubranie po moim Andrieju”

„To jeniec wojenny. Mam go pilnować i co tydzień wysyłać raporty do Rejonu. Musi być w mundurze”

„Jak musi, to musi. Ale koszule i gacie może mieć cywilne” – zwróciła się do Brunona – „Chodź ze mną. Coś dla ciebie wybiorę”

Szulkin nie protestował. Machnął ręką i odszedł w swoją stronę.

    Następnego dnia, po szóstej i po zjedzeniu zupy mlecznej, Bruno z Aloszą przystąpił do oglądania komory chłodniczej. Bruno miał na sobie czarne spodnie i niebieską flanelową koszulę. Z mundurowych rzeczy zachował jedynie buty. Wszystko inne Fiodorowna zabrała do prania. Tak miał mówić, gdyby się o to pytał Szulkin.

Komora chłodnicza była przybudówką dostawioną do jednej z obór. Było to pomieszczenie bez okien wielkości siedem metrów na pięć, wyłożone deskami, za którymi była izolacja z kory dębowej. Pod sufitem było kilka małych otworów. Część z nich wychodziła na zewnątrz a dwa większe wychodziły do sąsiedniego pomieszczenia.

Tam znajdował się silnik elektryczny napędzający sprężarkę. Był tam parownik i skraplacz i były jeszcze dwa wentylatory które blaszanymi kanałami odprowadzały zimne powietrze do komory chłodniczej.

Pod jedną ze ścian stała półka z narzędziami i różnymi częściami maszynowymi, rurkami i wężami. Były też kable elektryczne i jakieś przełączniki. W kącie stały, w wiklinowych koszach trzy szklane butle pięćdziesięciolitrowe. Bruno widział takie w Łodzi, w komórce sąsiada. Ojciec powiedział mu, że sąsiad przygotowuje w nich zacier na bimber. Te tutaj, były takie same.

Dwie butle były puste. Trzecia była czymś wypełniona do połowy. Bruno i Alosza zabrali się za jej odkorkowanie. Drewniany korek, owinięty szmatką był bardzo mocno wciśnięty. Dłuższą chwilę im zabrało wyciąganie go. Alosza pierwszy chciał powąchać co jest w środku. Zanim jednak zdołał zbliżyć nos do otworu, odskoczył krzywiąc się i z trudem łapiąc oddech. W tym samym momencie do Brunona doszedł ostry zapach amoniaku. Natychmiast zakorkował butlę i wyszedł na zewnątrz za Aloszą.

Zostawił szeroko otwarte drzwi. Wrócili tam dopiero po czterech godzinach, podczas których Alosza oprowadzał Brunona po kołchozie. Pokazywał mu obory w których stały wychudzone krowy, mleczarnię, w której wyrabiano masło i sery. Wszędzie przy drzwiach stały stoliki, przy których siedzieli ludzie z zeszytami. Najczęściej starsi mężczyźni. Alosza wyjaśnił, że pilnują oni, aby nikt nic nie wynosił z mleczarni i obór w których dojono krowy.

W pobliżu biura dyrektora były dwa duże murowane budynki z solidnymi kratami w oknach i drzwiami wejściowymi za takimi samymi kratami. Były to magazyny gotowych wyrobów. Co drugi dzień przyjeżdżały ciężarówki z uzbrojonymi konwojentami i zabierały, masło, sery i mleko.

Brunona bardziej interesowały warsztaty. Były dwa. W jednym z nich stały dwie nieduże ciężarówki i mały gazik bez kół. W drugim były dwa traktory, kosiarki, młockarnia i rozgrzebany kombajn do zbierania zboża. Nikt w nich nie pracował.

Panował tam ogólny bałagan. Bruno z zainteresowaniem oglądał znajdujące się tam narzędzia. Z zadowoleniem stwierdził, że jest ich sporo i że będzie z nich pożytek.

Za większym warsztatem, tym z traktorami i maszynami rolniczymi, były stajnie. Niestety, nie było w nich ani jednego konia. Wszystkie zostały zarekwirowane przez wojsko.

Za stajniami, pod niewielkim zadaszeniem znajdowało się stanowisko kowalskie z potężnym kowadłem i odpowiednim paleniskiem. Bruno był zadowolony z tego co zobaczył.

Po objedzie (kasza i zsiadłe mleko), wrócili do chłodni. Zapach amoniaku był w dalszym ciągu wyczuwalny, ale dało się przebywać w pomieszczeniu ze sprężarką. Bruno zaczął oglądać całe urządzenie. Ze szkoły pamiętał, jak działają sprężarki tłokowe. Ta była taką. Czterocylindrowa, dwustopniowa, napędzana paskami od silnika elektrycznego.

Bruno zdjął paski i włączył silnik. Zadziałał bez zarzutu.

„Jeden problem mniej” – powiedział do Aloszy.

Gorzej było ze sprężarką. Sprawdził miskę olejową. Była tam czarna maź przypominająca smołę. Spróbował ręką zakręcić wał, ale nie dał rady.

„Trzeba ją rozebrać, wyczyścić i złożyć z powrotem… Alosza, zrób porządek na tamtym stole. Poukładamy tam części”

Podczas gdy Alosza zabrał się ochoczo za robienie porządku na stole, Bruno odkręcał rurki łączące sprężarkę z parownikiem i skraplaczem. Po odłączeniu pierwszej rurki poczuł zapach amoniaku

„Aha! Amoniak jest tu czynnikiem chłodzącym” – przypomniał sobie ze szkoły.

W miarę rozkręcania sprężarki, przypominał sobie coraz więcej szczegółów dotyczących budowy sprężarek.

Pod wieczór sprężarka była całkowicie rozmontowana. Okazało się, że zatarte są panewki na korbowodach i popękane pierścienia na tłokach pierwszego stopnia sprężania. Na szczęście zawory były w dobrym stanie i należało je tylko przeczyścić.

„No, co, chłopcy? Trzeba was zapraszać na kolację?… wszyscy już zjedli”

To Natasza Fiodorowna pojawiła się w drzwiach.

„Myśmy jeszcze nie skończyli” – odparł Alosza

„Nie szkodzi. Jutro też będzie dzień… Do kuchni! Jazda! Chcę na dzisiaj skończyć”

W kuchni dostali po misce zupy mlecznej i do tego po dużej pajdzie chleba ze smalcem

„Oj!” – wykrzyknął Alosza – „Co to za święto Natalio Fiodorowna, że mamy chleb ze smalcem?”

„Żadne święto. Znalazłam trochę w kuchni… Aty jak zjesz to pójdziesz ze mną. Może sobie dobierzesz coś więcej z ubrań po Andrieju” – zwróciła się do Brunona.

Natalia Fjodorowna była około czterdziestoletnią, energiczną kobietą. Jej szczupła sylwetka sprawiała, że mogła uchodzić za zdecydowanie młodszą. Może z tego powodu wszyscy zwracali się do niej zdrabniając jej imię. Tylko dzieci zwracały się do niej nie używając zdrobnienia.

Natasza była szefową kuchni kołchozowej. W kuchni, oprócz niej pracowały jeszcze dwie kucharki. Przyszykowywały w niej całodzienne wyżywienie dla dzieci ewakuowanych z miast zagrożonych bombardowaniami. Takich dzieci w kołchozie było około setki. Mieszkały w starym budynku szkolnym, leżącym tuż za kołchozem. Dyrektor Szulkin oddelegował kilka kobiet do opieki nad nimi.

Dzieci pracowników kołchozu mieszkały ze swoimi rodzinami i nie objęte były żywieniem w kuchni kołchozowej. Szulkin zauważył, że matki miejscowych dzieci, niechętnie patrzą na karmienie „tych z miasta”. Przeczuwał, że może to źle wpłynąć na nastroje i co najważniejsze na wydajność pracy. Postanowił więc że wszystkie dzieci w kołchozie będą żywione w kuchni, w zamian za zmniejszone deputaty żywnościowe należne ich matkom.

Z czasem do klientów kuchni dołączył samotnych starców i ludzi chorych. Natasza Fiodorowna przed wojną pracowała w kołchozowym laboratorium. Była odpowiedzialna za sprawdzanie jakości produkowanych serów i masła. Teraz gdy jakość sprawdzano wyrywkowo, a cała produkcja była przeznaczona dla wojska, została oddelegowana do kierowania kuchnią.

Poświęcała cały swój czas na pracę w niej. Po wydaniu posiłków, sama zmywała wszystkie naczynia. Wydawała kucharkom surowce na następne posiłki.

Podczas gdy one je przygotowywały, Natasza rąbała drewno na opalanie pieca kuchennego. Ciężką pracą zagłuszała żal za utraconym na wojnie synem.

Natasza była samotną matką. Nigdy i nikomu nie wyjawiła kto był ojcem jej dziecka. Andriej był studentem moskiewskiej politechniki. Była dumna z niego. Tylko on jeden z kołchozu, studiował w Moskwie. Należał do nielicznych, studentów, których nie powołano do wojska.

W czasie pierwszych dni oblężenia Moskwy, tak jak wszyscy inni, został wysłany do budowy umocnień wokół miasta. Zginął w czasie bombardowania umocnień w dwudziestą rocznicę swoich urodzin.

Natasza miała niewielkie mieszkanie na piętrze budynku, kilka domów dalej za kuchnią. Szła teraz z Brunonem, wyprostowana, z jak zawsze z wysoko uniesioną głową. Była świadoma tego, że jest obserwowana. Kątem oka widziała poruszające się firanki w oknach mijanych chałup. Nie przejmowała się tym.

Weszli do korytarza. Drewnianymi schodami udali się na piętro. W mieszkaniu Natasza zdjęła chustkę z głowy. Jasne włosy opadły na ramiona. Dzień wcześniej w tym samym mieszkaniu Bruno widział ją w chustce na głowie. Na zewnątrz tak jak wszystkie do tej pory widziane w kołchozie kobiety, też nosiła włosy zakryte. Teraz zaskoczony był zmianą jej wyglądu. Wydawała mu się dużo młodsza i ładniejsza. Przyglądał jej się chwilę

„Co się tak przyglądasz. Nie widziałeś kobiety?”

Mówiąc to zdjęła flanelową bluzę. Pod spodem miała koszulę na wąskich ramiączkach. Zafascynowały go jej gołe ramiona. Zauważyła to

„Nie bój się mnie… Chcesz żebym założyła bluzę z powrotem?”

„Nie! Nie!… Tylko…”

„Co tylko?… Podejdź do mnie. Nie bój się”

Podszedł posłusznie. Stanął przed nią bezradnie. Nie wiedział co robić

„Przytul mnie” – powiedziała cichym proszącym głosem.

Bruno objął ją ramionami. Wtuliła się w niego z opuszczoną głową. Poczuł, że zaczęła cicho szlochać. Stali tak bez ruchu dłuższy czas.

     Następne kilka dni Bruno i Alosza składali sprężarkę. Znaleźli panewki i pierścienie. Okazało się, że w warsztacie było sporo części zamiennych. Bruno wszystko wyczyścił, pokazał przy okazji Aloszy jak należy to robić. Chłopak bardzo zapalił się do tej roboty i naprawdę był bardzo pomocny.

Co jakiś czas zaglądał do nich Szulkin dopytywać się o postępy robót. Piątego dnia sprężarka była złożona. Uzupełnili skraplacz amoniakiem, do miski olejowej wlali olej który Alosza przyniósł z warsztatu samochodowego, założyli paski napędowe na motor i uruchomili całość. Sprężarka zastartowała bez problemu. Co jakiś czas sprawdzali czy wylatujące kanałami powietrze jest chłodne. Po pół godzinie poczuli wyraźny chłód wylatującego powietrza

„Leć po Szulkina!” – nakazał Bruno Aloszy.

    Mijały tygodnie, a potem miesiące. Szulkin co tydzień wysyłał raport o zachowaniu i pracy jeńca wojennego Brunona Baranowskiego. Z czasem pozwolono mu wysyłać raport raz na miesiąc.

Bruno naprawił ciężarówkę. Nauczył kilka kobiet prowadzić samochód i traktor. Pod koniec wojny wszystkie maszyny w kołchozie Czerwony Październik były sprawne.

Mimo że dyrektor Szulkin starał się nie chwalić jakiego to zdolnego mechanika ma u siebie, to jednak wiadomość o Brunonie dotarła do innych pobliskich kołchozów. Szulkin musiał w końcu zgodzić się na „wypożyczanie” go innym w celu naprawy tamtejszych maszyn.

Bruno cieszył się takim zaufaniem, że Szulkin pozwolił mu jeździć do nich ciężarówką. Z początku jeździł z nim, ale dosyć szybko zrezygnował z tego. Podróże ciężarówką po polnych drogach były dla niego zbyt męczące.

Z końcem wojny kobiety w kołchozie spodziewały się powrotu swoich mężów i synów. Dopiero w 1947mym powrócili pierwsi mężczyźni. Było ich czterech, ciężko okaleczonych na froncie. Głośniki rozwieszone w kołchozie co dziennie przypominały, że nie wszyscy bohaterscy żołnierze mogą powrócić od razu do domów. Muszą zostać w Niemczech i zabezpieczać pokój.

Bruno w tym czasie od dawna mieszkał z Nataszą. Szulkin trochę się krzywił z tego powodu, ale w końcu dał sobie spokój. Wolał nie zrażać do siebie cennego na wagę złota mechanika.

Bruno wcale nie marzył o opuszczeniu kołchozu. Za bardzo nie wiedział, dokąd miałby się wynieść, czy do Łodzi, do matki, której chyba by nie poznał, czy do Rzymu, do macochy. Zresztą nie posiadał żadnych dokumentów.

W 1949tym zaczęto w rejonie robić powojenne porządki. Przyszedł nakaz uaktualnienia dokumentów osobistych wszystkich zatrudnionych. Był to nie lada kłopot dla Szulkina. Specjalnie pojechał do Tambowa, do siedziby NKWD w tej sprawie.

W 1946tym NKWD została zastąpiona Ministerstwem Spraw Wewnętrznych, A w Tambowie, w starej siedzibie NKWD znajdował się teraz Komisariat Milicji. Oczywiście nic nie załatwił. Nikt nic nie wiedział o włoskim jeńcu z polskim nazwiskiem Baranowski.

Obóz pod miastem jeszcze istniał, ale nie było tam śladu po Brunonie. Nie można też było dotrzeć do byłych komendantów ani miasta Tambowa, ani Woroneża. Wyglądało na to, że według władz sowieckich Bruno po prostu nie istniał. Bruno uznał, że mu to nie przeszkadza a Szulkin w końcu się z tym pogodził.

Na jesieni 1951go Natasza Fiodorowna dostała nagle dużej gorączki i po kilku dniach zmarła. Bruno został sam. Miał dwadzieścia trzy lata i przestało mu być dobrze w kołchozie. W dalszym ciągu wyjeżdżał samochodem do okolicznych kołchozów reperować maszyny. Szulkin miał z tego niezły zysk.

Bruno nigdy nie wyjeżdżał do większych miejscowości. Mógłby tam zostać zatrzymany przez przypadkową kontrolę milicyjną. Nie posiadał prawa jazdy ani innych dokumentów. W kołchozie i okolicy nikt się tym nie przejmował, ale w mieście mogłoby to być problemem.

Pewnego razu w grudniu 1951go, Bruno spowodował niegroźny wypadek drogowy. Było to na polnej drodze. Jechał do oddalonego o czterdzieści kilometrów kołchozu Komsomolec. Z przeciwka jechała osobowa, nowiuteńka Pobieda. Podróżowali nią jacyś urzędnicy z Tambowa. Wracali po przeprowadzonej inspekcji w leżących w pobliżu zakładach metalowych.

Na wąskiej drodze samochody otarły się bokami. Nikt z jadących nie ucierpiał. Doszło do nieprzyjemnej dyskusji. Oczywiście nie było możliwości wezwania milicji drogowej. Ci z Pobiedy zażądali okazania przez Brunona dokumentów. Skończyło się na tym, że zadowolili się spisaniem podanego im imienia i nazwy kołchozu, w którym pracuje.

Po dwóch dniach do kołchozu Czerwony Październik zawitali milicjanci. Udali się prosto do dyrektora Szulkina. Zażądali zobaczenia się z niejakim Brunonem Baranowskim. Brunona akurat w kołchozie nie było. wyjechał w pole naprawić zepsuty traktor, wyjaśnił im Szulkin.

„To my na niego zaczekamy. Pokażcie nam w między czasie, towarzyszu dyrektorze jego teczkę osobową”

I tu sprawa zaczęła się komplikować. Szulkin próbował im wytłumaczyć wszystko o Brunonie i o tym jak po wojnie, w 1949tym jeździł do Tambowa w sprawie wydania jakichkolwiek dokumentów dla jeńca wojennego Baranowskiego i jak nic w tej sprawie nie udało mu się załatwić. Teczki osobowej Brunona nie ma, bo formalnie Bruno nie istnieje. Milicjanci nie przyjęli takiego tłumaczenia.

W oczekiwaniu na powrót Brunona wyrazili chęć obejrzenia pokoju, w którym Bruno zamieszkuje. Szulkin zaprowadził ich do mieszkania Nataszy Fiodorownej w którym po jej śmierci mieszkał Bruno

„Jak to? Mówicie towarzyszu dyrektorze, że to jeniec wojenny, a on tu sobie u was mieszka, jak król. Będziecie się musieli z tego dokładnie wytłumaczyć”

No i musiał Iwan Jegorowicz Szulkin przekazać klucze od biura swojej zastępczyni Helenie Szaraplikowej. Bruno powrócił po godzinie. Po upewnieniu się, że Bruno, jest tym co brał udział w wypadku, bez dalszych dyskusji zabrano go i Szulkina do byłej siedziby NKWD w Tambowie. Tam Bruno po raz ostatni widział Szulkina.

Dopiero po dwóch dnia przesłuchano go po raz pierwszy. Dla młodego śledczego to co opowiedział mu Bruno było tak nie typowe, że nie wiedział co z nim zrobić. Na wszelki wypadek odłożył dopiero co założoną teczkę z jego nazwiskiem pod sam spód innych teczek jakie miał na biurku. A miał ich sporo.

Dopiero po trzech miesiącach w marcu 1952go przypomniał sobie tego Włocha. Po konsultacji z przełożonymi i ponownym przesłuchaniu więźnia zdecydowano odesłać go do Woroneża. Tam sytuacja się powtórzyła, z tym, że po pół roku śledczy skontaktowali się z Moskwą.

    W Październiku 1952go Bruno znalazł się w Moskwie na osławionej złą sławą Łubiance. Nie posunęło to jego sprawy do przodu.

Po kilku miesiącach, tym razem brutalnych przesłuchań, piątego marca 1953go, skazano Brunona na karę śmierci za szpiegostwo na rzecz Włoch i Wielkiej Brytanii.

Nie pomogło to, że powoływał się na pobyt z ojcem komunistą w Hiszpani, ani na przyjaźń z niemieckim działaczem, komunistą i antyfaszystą Hansem Brunerem. Wyrok miał być wykonany następnego dnia.

Tak się jednak nie stało. Szóstego marca ogłoszono publicznie, że wieczorem dnia poprzedniego zmarł towarzysz Stalin.

W Związku radzieckim ogłoszono żałobę od szóstego do dnia pogrzebu Stalina, to jest do dziewiątego marca 1953go roku. Dla Brunona oznaczało to odłożenie wykonania wyroku śmierci do czasu po pogrzebie.

Zaraz po śmierci Stalina na szczytach radzieckiej Partii rozpoczęły się intensywne, zakulisowe walki o schedę po Genseku. Początkowo przewagę miał Ławrentij Beria. Sprawował on faktyczną władzę przez około 100 dni od marca do czerwca 1953 roku. Ku ogólnemu zdumieniu kierownictwa Partii w pierwszych dniach po śmierci Stalina cieszył się z jego śmierci, wyrażał się o nim bardzo niepochlebnie i głosił poglądy sprzeczne z dotychczasową linią polityczną.

W czasie swoich rządów Beria nakazał wypuścić z obozów znaczną liczbę przetrzymywanych tam więźniów. Zasadność wykorzystywania pracy niewolniczej krytykował jeszcze w czasie II wojny światowej, gdy wskazywał na jej niską wydajność. Już w marcu 1953 r. ogłosił pierwszą amnestię m.in. dla osób starszych i chorych oraz matek dzieci do 10 lat – łącznie, tylko w pierwszych dniach po śmierci Stalina, zwolnionych zostało 180 tys. z 2.5 mln. więźniów, a zwolnienia trwały przez cały okres jego rządów.

Oprócz masowego zwalniania osadzonych wprowadził złagodzenie reżimu dla tych, którzy pozostali uwięzieni, a także przeprowadził liberalizację kodeksu karnego i wprowadził zakaz stosowania tortur w śledztwach. Przypisuje mu się, że amnestionował milion więźniów obozów prac.

Jednym z amnestionowanych zaraz po pogrzebie Stalina, był Bruno Baranowski. Nie zakończyło to jego kłopotów. Formalnie, według sowieckiego prawa był obywatelem Związku Radzieckiego.

Dostał papiery potwierdzające zwolnienie na mocy amnestii. Szukał jakiejkolwiek pracy. W działach kadr różnych zakładów, gdy tylko pokazywał dokumenty otrzymane z Łubianki natychmiast okazywało się, że pracy nie ma i w najbliższym czasie nie będzie.

Otrzymana niewielka suma pieniędzy mogła starczyć na zaledwie kilka dni. Korzystał z pięknej wiosennej pogody i nocował w moskiewskich parkach. Kilka razy przeganiany był przez patrole milicyjne. Po okazaniu im posiadanych dokumentów, zostawiano go w spokoju.

Starał zachować czysty wygląd. Mył się na dworcach kolejowych i autobusowych. Niełatwo było na nie wejść. Trzeba było wykupić peronówkę. Uszczuplało to jego niewielki zasób pieniędzy.

Po tygodniu takiego tułania się po Moskwie, gdy zostało mu kilka rubli, zrezygnowany, z opuszczoną głową, szedł Leninowskim Prospektem

„Bruno?… Bruno Baranowski?” – usłyszał za sobą

Obejrzał się. Stał za nim elegancko ubrany mężczyzna w mocno średnim wieku. Twarz znajoma, ale nie mógł jej z nikim powiązać. Musiał wyglądać bardzo pytająco, bo po chwili mężczyzna odezwał się ponownie

„Nie poznajesz mnie? To ja, Hans… Hans Bruner”

Wyściskali się serdecznie.

„Marnie wyglądasz. Co tu porabiasz?”

„Wypuścili mnie tydzień temu. Ale pan panie majster… Panisko całą gębą”

„Daj spokój z tym panem majstrem. Mów mi po imieniu. Pewno jesteś głodny?”

„Nie ukrywam, że chętnie zjadłbym coś”

„To chodźmy do restauracji” -spojrzał na ubranie Brunona – „Albo nie. Chodźmy do mnie. Nakarmię cię, wykąpiesz się i pogadamy”

Hans mieszkał sam, kilka przecznic dalej. Miał służbowe mieszkanie opłacane przez Rozgłośnię Niemiecką Radia Moskwa. Pracuje tam od dwóch lat. Po uwolnieniu z obozu jenieckiego dostał zadanie pisania odezw do żołnierzy niemieckich i ich odczytywanie w radiu Freies Deutschland.

Po wojnie, po rozwiązaniu Narodowego Komitetu Wolne Niemcy, odesłany został do Rostocka w Radzieckiej Strefie Okupacyjnej. Zakładał tam struktury nowej partii komunistycznej

„Teraz towarzysze przysłali mnie tutaj do pracy w radiu. Opowiadaj co się działo z tobą”

Bruno, świeżo wykąpany, w szlafroku Hansa, rozsiadł się na kanapie. Podczas gdy Hans szykował kanapki, opowiedział w skrócie swoje losy od ich wspólnego wyjazdu z obozu w Tambowie.

„Co teraz zamierzasz robić?… Wrócisz do Włoch?”

„Nie. Chciałbym powrócić do Polski. Może odnajdę matkę, jeśli jeszcze żyje”

„Jak chcesz się tam dostać?”

„Nie wiem. Chyba na pieszo…”

„Ha! Ha! Ha!… Nie znasz dzisiejszych realiów. Nawet nie wyszedł byś z Moskwy”

„No to nie wiem jak. Nie mam pieniędzy. Nie mam mieszkania i nie mam pracy. Z moją przeszłością raczej jej nie dostanę”

„Racja… Może mógłbym ci pomóc, ale to może być niebezpieczne”

Mówiąc to Hans ściszył głos i zrobił się poważny na twarzy. Usiadł obok Brunona.

„Dlaczego miałbyś mi pomagać?”

Hans, mimo że znajdował się we własnym mieszkaniu, rozejrzał się za siebie

„Przysługa za przysługę. Zawieziesz do Warszawy prezent dla mojego przyjaciela…”

„Coś niebezpiecznego?”

„Nie! Skąd! Zawieziesz książkę. Nic więcej”

„I za to chcesz mi pomóc?”

„Tak. Zależy mi na tym, aby otrzymał tą książkę… To jak? Zgadzasz się?”

„Tak. Zrobię wszystko, aby dostać się do Polski”

„No to słuchaj… zamieszkasz u mnie. Nie wychodź na miasto. Wytrzymasz tu przez jakieś dwa tygodnie? Prawda?”

„Ostatnio mieszkałem w gorszych warunkach”

„Załatwię ci ubrania, paszport i bilet lotniczy do Warszawy. Jutro, jak wypoczniesz, zrobię ci zdjęcie do paszportu”

„I to wszystko, aby przewieść jedną książkę?”

„Umówmy się, że tak i że nie będziesz zadawał więcej pytań”

Dziesięć dni później, w piątek dziesiątego kwietnia na lotnisku Wnukowo do rejsowego samolotu do Warszawy, wsiadał niejaki Rudolf Majer. Działacz kulturalny z Młodzieżowego Domu Kultury w Rostoku. Był z wizytą w Moskwie w sprawie uzyskania zgody na nadanie imienia Józefa Wissarionowicza Stalina, Domowi Kultury w Rostocku. Leci do Berlina z przesiadką w Warszawie.

Gdyby ktoś przyjrzał mu się dokładnie, rozpoznał by w nim, nieco przestraszonego Brunona Baranowskiego.

KONIEC CZĘŚCI DRUGIEJ

Leave a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *