W lipcu 1942go na Placu Weneckim w Rzymie Benito Mussolini odbiera defiladę wojsk odjeżdżających na front wschodni do Rosji. Defiluje ostatnia dywizja, z czterech wchodzących w skład Korpusu piechoty górskiej Alpini, który to Korpus jest częścią 8 Armii.
Mussolini, jak zawsze, wyprostowany, z teatralnie uniesioną do góry głową, stoi wśród swojej świty. Jest tam kilku generałów i jacyś ważni cywile z ratusza rzymskiego. Po bokach i z tyłu stoją żołnierze gwardii przybocznej chroniący dyktatora. Nieco dalej cywilna ludność Rzymu żegnająca swoich żołnierzy. Ekipa włoskiej kroniki filmowej kręci właśnie ujęcie z oficjelami, gdy nagle z tłumu cywili wybiega chłopak i zwinnie unikając zatrzymania przez dwóch gwardzistów podbiega do Il duce.
Operator kamery natychmiast kieruje obiektyw w stronę niespodziewanego zdarzenia. Chłopak stanął wyprostowany przed Mussolinim i zasalutował. W tym momencie rzuciło się na niego kilku gwardzistów. Mussolini świadom tego, że jest filmowany nakazał im odstąpić od chłopaka. Pochylił się nad nim i wysłuchał to co chłopak mówił do niego łamiącym się głosem.
Niestety kamera nie rejestrowała dźwięku, a nawet gdyby to robiła to nie mogła by go zarejestrować z powodu warkotu przejeżdżających właśnie motocykli terenowych. Mussolini przywołuje stojącego najbliżej niego generała. Jest to dotychczasowy Gubernator Generalny Libii, Italo Gariboldi. Został właśnie mianowany dowódcą 8 Armii, która jest już w Rosji. Zaraz po defiladzie odjeżdża na front razem z defilującą właśnie Dywizją Julia. Kamerzysta sfilmował jeszcze scenę, gdy Mussolini rozmawia krótko z Gariboldim i moment, gdy ten odchodzi z chłopakiem, po czym zajął się filmowaniem maszerujących właśnie oddziałów piechoty górskiej Alpini.
Chłopakiem, który wtedy podbiegł do Mussoliniego był czternastoletni wtedy, Bruno Baranowski. Bruno jest synem łódzkiego komunisty, Józefa Baranowskiego, który został wysłany przez Komintern do Hiszpani walczyć w obronie Republiki. Józef, wbrew woli matki Brunona, zabrał go podstępem ze sobą. Chciał wychować syna na oddanego sprawie komunistę. Wiedział, że pozostawienie go z matką w Łodzi sprawi, że będzie wychowywany w duchu religii katolickiej.
Żona Józefa, Anna, od urodzenia syna, nie pracowała. Dorabiała kilka razy w tygodniu sprzątając Kościół Świętego Józefa na Ogrodowej. Była osobą bardzo religijną. Wyniosła to z domu rodzicielskiego z małej wsi leżącej czterdzieści kilometrów na wschód od Lwowa. Tak też chciała wychować syna. O to właśnie toczyła boje z mężem. Józef stanowczo się temu przeciwstawiał. Dochodziło do ostrych awantur, gdy Anna próbowała zabierać Brunona na niedzielne Msze Święte do kościoła. Nie raz została z tego powodu dotkliwie pobita przez męża. Mimo to zabierała syna do kościoła w dni powszednie, gdy Józef był w pracy.
Józef Baranowski nie był zwykłym, szeregowym komunistą jakich wiele było w tym czasie w Łodzi. Był aktywnym działaczem. Na zlecenie KPP prowadził agitacje w łódzkich fabrykach. Tak naprawdę nazywał się Bruno Szykiel i pochodził z Katowic. Musiał jednak uciekać stamtąd, ponieważ był ścigany przez policję za zabicie policyjnego konfidenta, który rozpracowywał komórkę partyjną w której działał.
Partia pomogła mu zmienić nazwisko i wysłała go do Łodzi. To po przybyciu do Łodzi w maju 1927go poznał swoją przyszłą żonę. We wrześniu 1928go urodził im się syn. Józef nalegał, aby dać mu na imię Bruno. Tak też się stało mimo pewnych oporów ze strony Anny, która chciała nadać mu imię Alojzy, po swoim ojcu. Józef nie potrafił wyjaśnić żonie, dlaczego syn ma mieć na imię Bruno.
„Ma tak być i już!” – zadecydował.
Ostatecznie młody Baranowski otrzymał imię Alojzy na drugie. Matka nazywała go Bronuś, bo nie wiedziała, jak zdrobnić imię Bruno.
Na wiosnę 1938go pod nogami Józefa zaczął się palić grunt. Partia poprosiła Komintern o pomoc w ratowaniu cennego towarzysza. W maju tego roku zapadła decyzja wysłania go do Brygad Międzynarodowych do Hiszpani. Do takiej decyzji przyczynił się fakt, iż Józef doskonale posługiwał się językiem rosyjskim, oraz to, że znał wielu towarzyszy ze Śląska którzy już są w Hiszpani.
Józef wyjechał z synem na początku czerwca na niecałe dwa miesiące przed rozwiązaniem Komunistycznej Partii Polski, które to rozwiązanie nastąpiło z rozkazu Kominternu.
Po kilku tygodniach Józef Baranowski z synem dotarli do celu, to jest do jednej z Brygad która wraz z innymi Brygadami Międzynarodowymi oraz regularnym wojskiem Republiki pod dowództwem komunistycznego generała Listera, szykowała się do ataku na wojska nacjonalistów dowodzone przez generała Yague. Józef Baranowski niemal z marszu trawił na front. Jego dziesięcioletni syn został na tyłach w szpitalu polowym prowadzonym przez kobiety z włoskich oddziałów antyfaszystowskich Giudtizia e Liberta. Zajęła się nim energiczna towarzyszka, chirurg, Paola Moretti.
Dwudziestego piątego lipca 1938go siły republikańskie rozpoczęły ogromną ofensywę znad rzeki Ebro w kierunku centrum Hiszpani. Brygada, w której znajdował się Józef Baranowski była jedną z tych, które atakowały miasteczko Gandesa, leżące po drugiej stronie rzeki. Po początkowych sukcesach ofensywa załamała się.
Trzeciego sierpnia siły nacjonalistów przystąpiły do kontrofensywy. Tego samego dnia Józef Baranowski został ranny. Odłamek granatu rozorał mu prawe podudzie od kolana aż do stopy. Trafił do szpitala polowego w którym jego syn pomagał doktor Paoli Moretti w utrzymaniu porządku na oddziale chirurgicznym.
Sanitariusze, którzy przynieśli Józefa do szpitala zakwalifikowali jego nogę do amputacji. Czekał wśród innych rannych i umierających na swoją kolejkę. Gdy już ta nadeszła, przyszła po niego pielęgniarka z pomocnikiem. Tym pomocnikiem był jego syn Bruno. Swoim łamanym włoskim, którego szybko się uczył, ubłagał swoją opiekunkę, doktor Moretti, aby spróbowała uratować ojcu nogę. Ponieważ dwóch ostatnich rannych którymi miała się zająć po Baranowskim, właśnie zmarło, zgodziła się na prośby małego Brunona i przyjrzała się bliżej ranie jego ojca. Okazało się, że amputacja jest niepotrzebna.
Nieudana ofensywa republikanów kończyła się klęską. Na początku października wszystkie Brygady Międzynarodowe zostały rozbite. Nastąpił chaotyczny, niekontrolowany odwrót w stronę stolicy Katalonii, Barcelony. Członkowie brygad międzynarodowych ratowali się ucieczką, przede wszystkim do Francji. Tam też został ewakuowany szpital polowy z nielicznymi pozostałymi rannymi.
Jeszcze przed ucieczką do Katalonii zorganizowano ewakuację dzieci zwolenników Republiki. Ewakuowano je przede wszystkim do Wielkiej Brytanii, Belgii i Związku Radzieckiego. Ale także do Meksyku.
Paola Moretti, która w między czasie związała się ze swoim polskim pacjentem, zdecydowała, że jego syn zostanie z nimi. Zdecydowała również, że zabiera ich do Rzymu. Nie obawiała się represji, że strony faszystowskich władz, ponieważ, jak się okazało, była agentką włoskich Czarnych Koszul. Wyznała to wszystko Baranowskiemu. Przyjął to wyznanie obojętnie. Noga była prawie zagojona, niestety została usztywniona w stopie. Nie to mu jednak dolegało najbardziej. Był w głębokiej depresji.
Po klęsce Republiki, stracił wiarę w sens walki jaką prowadził przez całe dorosłe życie. Nie protestował, gdy Paola oświadczyła że zabiera go i Brunona do Rzymu. Było mu obojętne co się z nim stanie.
Tuż po Nowym Roku, w styczniu 1939go cała trojka znalazła się w Turynie. Zostali umieszczeni w półotwartym obozie dla uchodźców. Paola od razu dostała dokumenty potwierdzające jej przynależność do Czarnych Koszul. Bruno jako małoletni, na jej wniosek został oddany pod jej opiekę.
Przesłuchania Józefa Baranowskiego przeciągały się. Miejscowa policja nie mogła sobie dać z nim rady. Skierowano go na obserwację do szpitala psychiatrycznego. Stwierdzono, że jest psychicznie chory i z takim orzeczeniem odesłano go, pod opieką doktor Paoli Moretti, do Rzymu.
W Rzymie zamieszkali po prawej stronie Tybru, przy Via Merulana w rione Esquilino w dużym mieszkaniu matki Paoli. Paola wróciła do pracy w pobliskim szpitalu San Giovanni Addolorata. Wkrótce jako jedna z pierwszych kobiet we Włoszech, objęła tam stanowisko Szefa Oddziału Ortopedycznego.
Brunona nie udało umieścić się w szkole miejskiej, z powodów administracyjnych. Nie posiadał dokumentów tożsamości oraz słabo znał włoski. Paoli udało się umieścić go w szkole z internatem, prowadzonej przez Ojców Salezjanów. Uczył się języka włoskiego i zawodu mechanika samochodowego. Do domu przyjeżdżał tylko w co drugą niedzielę.
Najgorzej było z jego ojcem. Paola jeszcze w Hiszpani starała się, aby przyswoił sobie, choćby podstawy włoskiego. Niestety nic z tego nie wychodziło. W domu porozumiewał się z nią i synem po rosyjsku. Czasami rozmawiał z Brunonem po polsku.
Z naturalnych przyczyn, nie mógł dostać pracy. Zdarzało się, że pomagał okolicznym sklepikarzom w sprzątaniu przed sklepami i na zapleczu. Depresja opuszczała go czasami, tylko po to, aby wrócić z większym nasileniem. Nie wychodził wtedy z łóżka przez całe dnie. Paola zabrała go kilka razy do znajomych lekarzy, ale nie potrafili mu pomóc. Przepisywali mu różne lekarstwa głównie o charakterze narkotycznym.
W sobotę wieczorem, osiemnastego kwietnia 1942go Józef Baranowski oznajmił Paoli, po kolacji, że idzie posprzątać do sklepiku Alfreda Ferro. Sklepik Ferro znajdował się czterysta metrów od ich mieszkania. Józef nigdy już do domu nie wrócił. Paola zgłosiła jego zaginięcie na policję.
Trzeciego maja jakiś mężczyzna rzucił się pod pociąg na dworcu Roma Tuscolana. Nie miał przy sobie żadnych dokumentów. Kilka dni później Paola dostała wezwanie w celu identyfikacji zwłok samobójcy. Rozpoznała w nim Józefa Baranowskiego.
Po śmierci ojca, Bruno zamknął się w sobie. Przestał przyjeżdżać w niedzielę do domu. Nawał pracy zawodowej sprawił, że Paola nie za bardzo miała czas, aby sprawdzać co się z nim dzieje. Zadowalały ją informacje jakie uzyskiwała przez telefon od rektora szkoły, że Bruno uczy się pilnie i nie sprawia kłopotów wychowawczych.
W czerwcu Bruno zakończył trzyletnią edukację w szkole u Salezjanów i powrócił do domu Paoli.
I oto w niedzielę dwunastego lipca 1942go, Bruno zdołał stanąć na Placu Weneckim przed Il duce. Po chwilowym zamieszaniu mógł mu oznajmić swoją prośbę.
„Wodzu! Pozwól mi jechać z twoimi dzielnymi żołnierzami na front”
„Ile ty masz lat chłopcze?” – zapytał Mussolini
„Skończyłem szesnaście” – skłamał.
Mussolini zwrócił się do dopiero co mianowanego dowódcy 8 Armii, generała Italo Gariboldiego
„Weź go generale ze sobą. Potrzebujemy więcej takich oddanych naszej sprawie ochotników”
Gariboldi odszedł z Brunonem od Mussoliniego i innych oficjeli oglądających defiladę. Podszedł do stojącego z tyłu adiutanta kapitana Salvatore Maranzano
„Weź tego chłopaka i wciel go do taborów. To rozkaz Il duce. Oczekuję raportu w tej sprawie jeszcze przed wymarszem z miasta”
Kapitan Maranzano miał z tym poleceniem od swojego przełożonego, spory kłopot. Chłopak nie miał żadnego dokumentu. Twierdził, że skończył szesnaście lat a wyglądał na dwanaście, no może trzynaście. Do tego podał jakieś dziwne nazwisko.
Maranzano najchętniej kopnął by w dupę gnojka i pognał go precz, lecz chociaż generał nie wydał w tej sprawie rozkazu, to wiedział z doświadczenia, że polecenie to należy traktować jak rozkaz. Po kilku godzinach rozmów z kwatermistrzami oddziałów wchodzących w skład dywizji Julia, uciekając się do kłamstw, przekonał jednego z nich, że ten oto chłopak z rozkazu generała Gariboldiego ma zostać wcielony do pododdziału służb pomocniczych.
Skończyło się na tym, że pod wieczór Bruno znalazł się w niewielkim plutonie sierżanta Pepe Gottiego. Pluton ten obsługiwał pralnię mobilną oraz zajmował się dystrybucją wybranej bielizny i mundurów dla członków Sztabu Korpusu Alpini. Do nich należał też niewielki warsztat szewski.
Bruno otrzymał mundur i przysługujące mu wyposażenie. Nie otrzymał broni. Broń służby pomocnicze miały otrzymać w po przybyciu na front. Sierżant Gotti dowiedział się od Brunona, że ukończył szkołę zawodową i że jest mechanikiem samochodowym. Bruno wspomniał też, że zna dobrze język rosyjski. O polskim nic nie powiedział. Możliwe, że zapomniał o tym wspomnieć lub że znajomość polskiego uznał za coś nieistotnego.
Ich wagon doczepiony był zaraz za wagonem sztabowym. Jednak tuż przed ruszeniem pociągu zauważono zatarte łożysko w jednej z osi wagonu. Wagon odczepiono i przetoczono na boczny tor do naprawy. Pociąg sztabowy odjechał bez nich.
Po szybkiej wymianie łożyska, wagon doczepiono do innego składu. Znajdował się teraz na końcu, za wagonami z mułami należącymi do Alpini. Ruszyli w drogę po dwudziestej trzeciej.
Lipcowy upał sprawił, że zwierzęta bardzo męczyły się w zamknięciu. Od czasu do czasu, dostawały jakiegoś grupowego amoku i waliły kopytami w ściany wagonów. Trwało to nawet w nocy, mimo że temperatura znacznie spadła i nie była dokuczliwa. Bruno z tego powodu nie mógł zasnąć przez całą noc. Dopiero nad ranem, gdy muły się zmęczyły i nieco uspokoiły, zmorzył go sen. W następnych dniach przyzwyczaił się do łomotu wydobywającego się z sąsiednich wagonów i już mu to nie przeszkadzało w spaniu.
Tymczasem, następnego dnia, gdy Bruno nie wrócił na noc do domu, doktor Paola Moretti zastanawiała się czy zgłosić jego zaginięcie na policji. Postanowiła zaczekać z tym dzień lub dwa. Dopiero w środę piętnastego zgłosiła zaginięcie Brunona na policję. Zgłoszenie przyjęto.
Kilka dni później Paola poszła do kina z kolegą, lekarzem, z którym razem pracowała. Zaraz na początku pokazywana była kronika filmowa, która od początku wojny nosiła tytuł Kronika Wojenna. Na początku były wiadomości z frontu w Rosji. Pokazywano ogromne sukcesy niemieckiego sojusznika. Następnym tematem było pożegnanie dzielnych włoskich żołnierzy, którzy na prośbę Hitlera zostają wysyłani przez Il duce na front rosyjski.
W pewnym momencie pokazano ujęcie, na którym widać było młodego chłopca salutującego przed Mussolinim. Paola rozpoznała w nim Brunona. Natychmiast przeprosiła swojego towarzysza, opuściła kino i udała się na policję. Dowiedziała się, że jedyne co mogą w tej sytuacji zrobić to wysłać zapytanie do władz wojskowych czy nieletni chłopiec, Bruno Baranowski znajduje się w jednostkach, które udały się na front wschodni. Jeżeli tak to prosi się o odesłanie go do domu. Policjanci poinformowali doktor Moretti, że nawet jak okaże się, że Bruno odnajdzie się w którejś z jednostek, to odesłanie go do domu będzie niemal na pewno niemożliwe.
W tym czasie pociąg, w którym znajdował się Bruno zatrzymał się na dłuższą przerwę na Przełęczy Brenner. Stali tam dwa dni. Wszyscy z pododdziałów pomocniczych zajęci byli wyprowadzaniem mułów na pobliskie łąki w dolinach.
Na sąsiednim torze stał pociąg z niemieckimi czołgami. Niemieccy czołgiści, rozebrani do pasa wygrzewali się na kadłubach swoich pojazdów. Wypędzanie mułów z wagonów, przez regulaminowo, w pełni umundurowanych Włochów wprawiło ich w ogromne rozbawienie.
Zastanawiali się też, kto wpadł na pomysł wysyłania jednostek przygotowanych do walk w górach, na rozległe, płaskie stepy w Rosji. Ich niepochlebne opinie o Włochach po tym przypadkowym spotkaniu uległy utrwaleniu.
Wkrótce ruszyli w dalszą drogę. Przejeżdżając przez Austrię zadziwił ich porządek i czystość w obejściach widzianych z pociągu. Na stacjach na których się zatrzymywali w celu uzupełnienia wody i paszy dla zwierząt, wszystko było wzorowo zorganizowane. Nic nie musieli szukać. Zarówno woda jak i pasza podwiezione były pod wagony. Obwoźni sprzedawcy oferowali papierosy i słodycze. Byli zawsze poinformowani, ile czasu pociąg będzie stał na stacji. Zawsze odjazd odbywał się punktualnie co do minuty.
Obraz za oknami wagonów zmienił się, gdy wjechali na teren okupowanej Polski. Zobaczyli duże obszary nieuprawianej ziemi i pola zboża gotowe do zbiorów. Żołnierze Alpini, w większej części byli górskimi farmerami przyzwyczajonymi do swoich małych poletek w alpejskich dolinach. Patrząc na te rozległe pola nie mogli zrozumieć, dlaczego są tak zaniedbane.
Większość z nich nie zdawała sobie sprawy z tego, że Polska jest od 1939go pod niemiecką okupacją. Dopiero dalej, gdy zbliżali się bardziej do centralnej Polski zaczęli dostrzegać ogrom zniszczeń wojennych. Popalone dworce kolejowe, zbombardowane miasteczka i fabryki.
Na nielicznych, jako tako przywróconych do używalności stacjach, zaskoczył ich widok licznych patroli niemieckich z bronią gotową do strzału, chodzących wśród podróżnych.
Najbardziej przygnębiające wrażenie wywarł na nich incydent z Warszawy, gdy ich pociąg został zatrzymany tuż przed wjazdem na dworzec. Na sąsiednich torach Niemcy wyganiali z pociągu pasażerskiego wszystkich ludzi. Pociąg ten otoczony był uzbrojonymi żandarmami z psami. Niektórzy z pasażerów w panice porzucali swoje bagaże. Część porzuconych waliz leżała otwarta przy torach. Zauważyli, że wypełnione były mięsem i wędlinami.
Na początku sierpnia Dywizja Julia, a wraz z nią Bruno, dołączyła do pozostałych dywizji Korpusu Alpini. Znaleźli się w zakolu rzeki Don po jaj zachodniej stronie w miejscowości Serafimowicze. Około dwieście osiemdziesiąt kilometrów na południowy wschód, wzdłuż krętego w tym miejscu Donu, leży Stalingrad.
8 Armia dostała zadanie obrony linii Donu na odcinku dwustu pięćdziesięciu kilometrów. Sytuacja na ich odcinku była stabilna. Rosjanie tylko od czasu do czasu nieśmiało atakowali poprzez rzekę. Ale nie wyrządzili większych szkód.
Zmieniło się to dziewiętnastego listopada 1942go, kiedy to Sowieci rozpoczęli operację „Uran”. Bardzo szybko zniszczyli 3 i 4 Armię rumuńską które to armie sąsiadowały z 8 Armią włoską.
Sowieci od razu po tym, bo już szesnastego grudnia rozpoczęli następną operację pod nazwą „Mały Saturn”. Rozpoczęli ją od ataku skierowanego przeciw Włochom. Rozpoczęło się okrążanie 8mej Armii. Wkrótce cała 8 Armia znalazła się w kotle. Tylko części jednej z czterech dywizji wchodzących w skład Korpusu Alpini udało wydostać się z okrążenia.
Tuż przed spodziewanym atakiem sowieckim, włoskie oddziały pomocnicze zostały wycofane na głębokie tyły, na zachód. Bruno i jego pluton znaleźli się około trzystu kilometrów od Serafimowicz w mieście o nazwie Kantemirówka. Właśnie wtedy, gdy przybyli do tego miasta odbywała się pośpieszna i chaotyczna próba zorganizowania kilku batalionów które miałyby być wysłane na wschód w celu załatania przerwanego frontu i pomocy otoczonej 8 Armii.
Kantemirówka leży przy linii kolejowej odcinka Millerowo-Rossocz. Czekali tam ranni i chorzy na ewakuację do szpitali w centralnej części Europy. Były tam też wszystkie włoskie służby tyłowe. Nie tylko pralnia, w której pracował Bruno, ale też intendentura, urzędnicy armii, warsztaty samochodowe i tym podobne. To tych ludzi próbowano wcielić do wspomnianych batalionów. Wcielano nawet lekko rannych i tych z odmrożeniami.
Bruno po raz pierwszy dostał do ręki karabin. Pośpiesznie poinstruowano go jak należy nim się posługiwać. Na jakieś choćby minimalne ćwiczenia nie było czasu. Bruno nie wystrzelił z niego ani razu. W południe następnego dnia, to jest dziewiętnastego grudnia, batalion, do którego został wcielony miał wyruszyć na wschód.
Tak się jednak nie stało. Rankiem tego dnia niespodziewanie do miasta, w którym znajdowało się około sześciu tysięcy Włochów wjechały samotne, sowieckie czołgi T34.
Na pełnej prędkości udały się do dworca kolejowego na którym trwał załadunek żołnierzy i sprzętu do pociągów udających się na front. Strzelały w zebranych na dworcu bez celowania. Każdy strzał czynił ogromne spustoszenie.
Zaskoczenie było całkowite. Były to przecież dalekie tyły. Nikt nie spodziewał się tutaj Rosjan. Wybuchła panika. Ci którzy nie zostali zabici lub ranni uciekali we wszystkich możliwych kierunkach. Śnieg i temperatura dochodząca tego dnia do minus dwudziestu stopni sprawiły, że uciekinierzy zaczęli instynktownie zbierać się w grupy. Nikt kto opuścił Kantemirówkę i znajdował się na pustym, zaśnieżonym stepie, nie chciał być sam. Potworzone grupki wędrowały w nieznanych sobie kierunkach.
W jednej takiej grupie był Bruno. Było ich około trzydziestu. Nie wszyscy mieli płaszcze lub kurtki. Wielu, atak Sowietów zaskoczył przy załadunku wagonów. Do tych czynności pozdejmowali wierzchnie ubrania. Teraz opóźniali marsz grupy w nieznane.
Dwóch starszych żołnierzy zostało zaraz za miastem w zaspie śniegu. Koledzy próbowali zachęcić ich do dalszego marszu, ale szybko dali za wygraną.
Grupa Brunona po kilku godzinach wyczerpującego marszu połączyła się z dwiema innymi grupami, które spotkali po drodze. Stracili prawie godzinę na dyskusję, w którą stronę iść. Było ich teraz ponad stu. Nie mieli dowódcy. Było wśród nich kilkunastu oficerów, ale nikt nie chciał ich słuchać.
Jeden z oficerów wyciągnął pistolet i groźbami próbował podporządkować sobie grupę. Kilku najbliżej stojących żołnierzy rzuciło się na niego i zanim zdołał wystrzelić zatłukli go na śmierć. Nikt nie próbował interweniować.
Ruszyli dalej przed siebie w nieznane. Było ciemno dochodziła dwudziesta pierwsza. Nie mieli nic do jedzenia i nic do picia. Pragnienie zaspakajali śniegiem. Opanowała ich zbiorowa rezygnacja. Ci którzy zdążyli zabrać ze sobą broń, rzucali ją teraz w śnieg. W ten sposób pozbył się swojego karabinu Bruno.
W oddali ujrzeli słabe światełka w oknach zabudowań. Zbliżali się do jakiejś wsi. Krótko naradzali się czy do niej wejść, czy ją ominąć. Zmęczenie, głód i mróz sprawił, że zdecydowali się na wejście do wsi. Psy wiejskie wyczuły ich obecność i zaczęły ujadać. Pojawiły się nowe światełka.
Okazało się, że wieś jest całkiem spora. Gdy wchodzili między zabudowania pojawili się zaciekawieni, a raczej zaniepokojeni pierwsi mieszkańcy domostw obok których przechodzili. Ktoś spróbował zapytać o nocleg i jedzenie po włosku i po niemiecku. Nie spotkało się to z żadną reakcją gospodarzy. Dopiero gdy Bruno doszedł do jednego z nich i zagadał go po rosyjsku nastąpił przełom w ich zachowaniu.
Do Brunona doszło kilku najbliżej stojących Rosjan. Wyjaśnił im, że uciekli z Kantemirówki, że chcą spędzić tu noc i proszą o coś do jedzenia. Rosjanie odpowiedzieli, że mogą przenocować w budynkach gospodarskich, w stajniach i oborach, ale że nie mogą ich poczęstować niczym do jedzenia, bo sami nic nie mają.
Bruno przetłumaczył to swoim towarzyszą niedoli. Ktoś zapytał czy nie można by kupić jedzenia. Wielu z nich miało pieniądze. Bruno zwrócił się z takim pytaniem do gospodarzy. Okazało się, że za pieniądze to może się znajdzie trochę ziemniaków i chleb. Pozostało tylko wytargować odpowiednią ilość pożywienia za odpowiednią ilość pieniędzy.
Rosjanie krzywili się trochę, że dostali liry włoskie a nie marki niemieckie, ale jakoś przeszli nad tym do porządku. Po godzinie wszyscy byli rozlokowani i nakarmieni chlebem i gorącymi ziemniakami.
Bruno wraz z piątką kolegów znaleźli się w oborze gospodarza, z którym rozmawiał. Tuż przed spaniem wydoili stojącą tam krowę i podzielili się sprawiedliwie jej mlekiem. Zasnęli niemal natychmiast.
Dwa strzały karabinowe i krótka seria z automatu obudziły Brunona i jego towarzyszy. Ktoś spojrzał na zegarek przyświecając sobie latarką. Dochodziła ósma. Słychać było podniecone głosy rosyjskie. Wszyscy spojrzeli na Brunona w oczekiwaniu na przetłumaczenie. Jednak głosy były niewyraźne i dosyć odległe. Bruno nie mógł uchwycić sensu słyszanych głosów. Jedyny wniosek do jakiego doszedł to, to że są one liczne i wyłącznie męskie.
Postanowili wyjść na zewnątrz. Było ciemno. Jednak śnieg i kilka świateł w oknach oraz jaśniejąca poświata na bezchmurnym niebie na wschodzie sprawiały, że dostrzegli uzbrojonych ludzi rozstawionych w koło budynków. Gdy tylko przekroczyli próg obory doskoczyło do nich kilkunastu uzbrojonych w automaty cywili. Rzucili ich twarzami w śnieg, przyciskając lufy do karków.
Bruno usłyszał nad sobą głos mężczyzny, z którym rozmawiał poprzedniego dnia
„Ten mówi po rosyjsku”
„Dawaj go do dowódcy!” – usłyszał drugi głos.
Dwóch ludzi wyciągnęło go ze śniegu i niemal przeniosło kilkanaście kroków dalej. Sprawdzili czy nie ma broni i ustawili się za jego plecami. Bruno stał przed wysokim cywilem w narzuconym na ramiona kożuchu. Dopiero po chwili zorientował się, że to nie jest cywil. Pod kożuchem miał bluzę od munduru z dystynkcjami, które Brunowi nic nie mówiły.
Michaił Iwanowicz Kuzniecki dowodził dużym oddziałem partyzanckim operującym na południe od Woroneża, wzdłuż Donu po jego zachodniej stronie. Teraz kiedy wojska sowieckie prawie wyzwoliły Woroneż, a w każdym razie jego południową stronę, partyzanci Kuznieckiego połączyli się z nacierającymi Rosjanami. Jednak dosyć szybko dostali rozkaz, aby dalej prowadzić walkę partyzancką na zachodzie.
Kilka godzin wcześniej do wsi, w której się ukrywali, przybył wysłannik z oddalonej o dziesięć kilometrów osady Mirnyj z wiadomością, że nocuje tam duży oddział nieuzbrojonych Włochów.
Kuzniecki nakazał wrócić wysłannikowi do Mirnego, z poleceniem dla właścicieli psów, powiązania psom pysków szmatami. Oddział wyruszył godzinę później.
Gdy już rozstawiał swoich ludzi w około wskazanych zabudowań, z jednego z nich wyszedł człowiek w mundurze. Prawdopodobnie za potrzebą. Zauważył ludzi Kuznieckiego i począł uciekać na tyły zabudowań. Oddano dwa strzały z karabinów i chwilę później dobito go krótką serią z pepeszy.
Kilkanaście minut potem wszyscy Włosi stali na środku wsi z rękoma w górze. Kuzniecki przyglądał się zgromadzonym. Wtedy to przed jego oblicze postawiono Brunona. Przyglądał mu się chwilę
„Toż to dzieciak. Kogo tu mi dajesz?”
Spytał zdziwiony kogoś stojącego za plecami Brunona
„Towarzyszu dowódco. Tutejsi powiedzieli, że on mówi po rosyjsku”
„Ile masz lat, chłopcze?” – zapytał dowódca
„Skończyłem czternaście, ale wszyscy w wojsku wiedzą, że mam szesnaście”
„Skąd znasz rosyjski?”
„Ojciec mnie nauczył jeszcze w Polsce, zanim wyjechałem z nim do Hiszpani”
„Co on tam robił?”
„Walczył przeciwko Franco…”
„Jak się nazywa twój ojciec?”
„Józef Baranowski… Już nie żyje. Zginął w Hiszpani”
Bruno nauczył się pewnej przebiegłości oraz sztuki dopasowywania się do szybko zmieniających się w jego krótkim życiu sytuacji. Dlatego błyskawicznie doszedł do wniosku, że lepiej będzie „uśmiercić” ojca w bohaterski sposób w Hiszpani, niż powiedzieć prawdę.
Michaił Iwanowicz Kuzniecki też walczył w Brygadach Międzynarodowych. Spotkał tam wielu polskich komunistów. Jednak nazwisko Baranowski nic mu nie mówiło. Postanowił bliżej wypytać chłopaka nieco później
„Porozmawiamy o tym po przybyciu do obozu. Teraz zostań przy mnie. Będziesz moim tłumaczem”
Podeszli do otoczonej grupy stojącej z rękoma w górze
„Powiedz im, żeby oficerowie wyszli przed grupę” – rozkazał Kuzniecki
Kilkunastu mężczyzn wyszło z grupy, niektórzy z ociąganiem, jednego wypchnęli jego właśni żołnierze. Kuzniecki powiedział coś do stojącego obok partyzanta i wskazał ręką w stronę przejścia między chałupami, prowadzącego w pole. Po chwili zagnano tam oficerów.
Kuzniecki pozwolił Włochom opuścić ręce i nakazał utworzyć kolumnę po trzech w szeregu. Odbywało się to dosyć ślamazarnie, więc następny rozkaz Kuznieckiego wydany do swoich ludzi nakazywał przyśpieszenie tworzenia kolumny. W ruch poszły kolby karabinów i kopniaki szczodrze rozdawane przez partyzantów.
Po kilku minutach wychodzili ze wsi. Zrobiło się całkiem widno. Psy którym w końcu zdjęto szmaty z pysków ujadały wściekle.
Nagle ujadanie zostało przerwane, najpierw pojedynczymi strzałami a potem krótkimi seriami automatów. Kolumna przystanęła na moment. Niemal wszyscy zwrócili spojrzenia w stronę skąd dochodziły strzały.
Nie mieli jednak możliwości zastanawiać się o co chodzi. Nowe kopniaki i razy zadawane kolbami, zmusiły ich do marszu.
Bruno szedł przy Dowódcy za kolumną. Po pół godzinie doszli do spalonej i opuszczonej wsi. Między resztkami chałup stało kilkanaście dużych sań. Każde zaprzężone w parę koni. Przy każdych saniach uzbrojony woźnica. Partyzanci nakazali kolumnie usiąść w śniegu. Zostało przy nich kilkunastu wartowników. Reszta doszła do sań. Mieli tam zawinięte w kożuchy i koce garnki z pożywieniem. Kuzniecki doszedł do jednych sań i zaczął rozmawiać z woźnicami, którzy się do niego zbliżyli. Bruno nie wiedział co ma robić dalej. Zdecydował się dołączyć do kolumny. Ruszył w tamtą stronę
„A ty, dokąd idziesz?!” – usłyszał za sobą – „Mówiłem, abyś się od de mnie nie oddalał. Masz tu kaszę. Jedz, póki masz okazję” – podał mu blaszaną miskę z gorącą kaszą. Zjadł łapczywie.
Gdy kończył jedzenie dołączyła do nich grupka partyzantów która została we wsi z włoskimi oficerami. Ci co już zjedli poszli pilnować siedzącą w śniegu kolumnę. Teraz, ci co pilnowali i ci co przyszli ze wsi, dostali swoje porcje kaszy.
Po kilkunastu minutach ruszyli naprzód. Przodem pojechały trzy sanie z siedzącymi na nich partyzantami. W pierwszych saniach siedział Michaił Iwanowicz Kuzniecki i Bruno obok niego. Naprzeciw siedziało dwóch małomównych drabów z pepeszami. Obok woźnicy, jeszcze jeden.
Szybko oddalili się od kolumny pilnowanej po obu stronach przez maszerujących uzbrojonych wartownikach, którzy zmieniali się co dwie godziny z tymi którzy siedzieli na saniach podążających za kolumną.
Pogoda zaczęła się pogarszać. Zaczął sypać śnieg i wiać porywisty wiatr. Widoczność tak się pogorszyła, że nie można było dojrzeć sąsiednich sań. Wyciągnęli z pod siedzeń kożuchy i koce. Narzucili je na ramiona i przykryli kolana. Bruno zdobył się na odwagę i zapytał
„Dokąd jedziemy?”
„Do Woroneża”
KONIEC CZĘŚCI PIERWSZEJ