SZMYTEK

Szmytek i ja byliśmy rówieśnikami. Wychowywaliśmy się na jednym podwórku na Bałutach w Łodzi. Podwórko otoczone było z trzech stron starymi niewielkimi kamienicami. Czwarta strona zamykała podwórko rozpadającymi się komórkami i wspólnymi ubikacjami oraz niezbyt szerokim wyjazdem na ulicę. Na środku podwórka stała studnia. Tylko mieszkańcy kamienicy stojącej najbliżej luźno zabudowanej ulicy nie musieli korzystać ze studni, mieli wodę na korytarzu. Na każdym piętrze jeden kran i żeliwny zlew. Ścieki wypływały otwartą rurą ze ściany budynku do rynsztoka który przepływał wzdłuż budynku i łączył się z rynsztokiem płynącym od studni. Potem ten wspólny rynsztok kończył swój bieg pod pokrywą przykrywającą duży otwór przy ubikacjach, służący do wybierania nieczystości. Rynsztok był ulubionym miejscem zabaw wszystkich dzieci z podwórka. Dzieci było dużo. Czas był powojenny, początek lat pięćdziesiątych. Mieszkania w domach okalających podwórko były jedno izbowe, kilka składało się z pokoju z kuchnią. Tylko trzy miały dwa pokoje. Dzieci było dużo. Wszystkie do dziesiątego roku życia.

Przy najmniejszym domu była drewniana przybudówka z jednym oknem tuż nad ziemią. Przybudówka ta była, jak gdyby połączona z komórkami. Może kiedyś była jedną z nich? W każdym razie teraz służyła jako mieszkanie. Wchodziło się do niego przez tą właśnie przybudówkę. W komórce tej, która służyła jako sionka sypiał Szmytek. Tylko zimą mógł spać w mieszkaniu. Byłem w nim raz. Było one bardzo małe, jedna izba z piecem węglowym na którym jego matka przyrządzała posiłki i który zimą ogrzewał pokój. Poza tym w pokoju mieściło się łóżko, prostokątny stół i trzy różne krzesła stała tam jeszcze duża stara szafa oraz w kącie przy piecu dosyć długa ława z dwoma wiadrami z wodą oraz duża blaszana poobijana miednica służąca do wszystkiego. Na łóżku sypiała Szmytka matka i jego ojczym. Matka Szmytka mówiła dziwnie po polsku. Nigdzie nie pracowała. Ojczym po powrocie z „lasu” dostał pracę w milicji. Chodził zawsze dumnie w mundurze z dużą kaburą przy pasie i z raportówką przewieszoną przez ramię.

Szmytek miał jakieś imię, ale wszystkie dzieci i dorośli nazywali go Szmytkiem. My dzieci bawiliśmy się z nim niechętnie. Był jakiś dziwny, mało się odzywał, porozumiewał się z nami raczej gestami. Wielu rodziców zabraniało swoim dzieciom zadawać się z tym Niemcem. Dopiero na pierwszej lekcji w pierwszej klasie dowiedziałem się jak Szmytek się nazywa. Pani wyczytywała nas z dziennika i uważnie się nam z uśmiechem przyglądała. Gdy wyczytała Hans Schmidt uśmiech zniknął z jej twarzy. Oznajmiła nam, że nasz kolega jest synem gestapowca, którego skazano w Polsce Ludowej na śmierć. Szmytek się rozpłakał i zaczął krzyczeć, że papa nie był gestapowcem. Vater był górnikiem! Pani wyrzuciła go z klasy. Potem powiedziała nam, że nie wie, dlaczego Hans jest wśród nas, ale trudno, tak widocznie musi być, powiedziała też, że od dzisiaj będziemy go nazywać Janek i że Janek ma siedzieć w ostatniej ławce w roku klasy. Janek, a właściwie Szmytek, bo tak go w dalszym ciągu nazywaliśmy był cichym, niemal niezauważalnym uczniem. Na przerwach zaszywał się gdzieś z dala od innych dzieci i do nikogo nie próbował się zbliżyć ani tym bardziej zaprzyjaźnić. Zresztą nikt inny nie zamierzał tego robić w stosunku do niego. Był zaledwie tolerowany, zarówno przez kolegów jak i przez nauczycieli.

Tak minął pierwszy rok w szkole. Po wakacjach które wszystkie dzieci z podwórka spędziły przy rynsztoku, spotkaliśmy się w drugiej klasie. Gdzieś na początku października Pani powiedziała, że naszą klasę dostąpił zaszczyt udziału w demonstracji z okazji rocznicy Rewolucji Październikowej. Będziemy stali pod trybuną honorową i machali chorągiewkami, a przed nami będą przechodzić przodownicy pracy socjalistycznej. Będzie taż defilada wojskowa na której pokazane będą armaty i czołgi naszego wojska. Kilka dni później Pani wytypowała piętnaścioro dzieci z naszej klasy na tą uroczystość. Okazało się, że nie ma miejsca pod trybuną dla nas wszystkich. Wszyscy chcieliśmy tam być. Szmytek też chciał, ale Pani powiedziała, że on byłby ostatnim którego by wybrała do tej zaszczytnej roli.

Na dwa dni przed uroczystością Szmytek przyszedł do szkoły Bardzo radosny i nie mógł się doczekać pierwszej lekcji. Kiedy Pani weszła do klasy podbiegł do niej z jakimś papierem i zaczął w chaotyczny sposób mówić,

”Teraz nie nazywam się już Hans Schmidt. Teraz nazywam się Janek Krawczuk, tak jak mój nowy tatuś milicjant” – Pani kazała mu wrócić na miejsce i długo czytała podany jej papier. Potem powiedziała, że musi wyjść na chwilę. Wróciła z Dyrektorem, który oznajmił nam, że od dzisiaj Janek jest tak jak my, Polakiem. W nagrodę będzie mógł stać pod trybuną.

W tym uroczystym dniu, wszyscy stojący pod trybuną bardzo się nudziliśmy. Byliśmy też przemarznięci. Wiało dosyć mocno a my mieliśmy białe koszule i krótkie spodenki. Dziewczęta miały białe bluzki i ciemne spódniczki. Przodownicy pracy socjalistycznej już przeszli i nic się nie działo. My dzieci byliśmy zmęczeni staniem, zaczęliśmy się gromadzić w grupki i rozmawiać między sobą. W pewnym momencie usłyszeliśmy zbliżający się warkot motorów. Z za zakrętu pokazały się jadące parami czołgi. Zbliżały się do nas. Wszystkie dzieci stały jak zamurowane, huk motorów i chrzęst gąsienic był coraz większy. Pani podbiegła do nas, gdy czołgi były już bardzo blisko. Krzyczała do nas abyśmy się z powrotem ustawili ładnie w szeregu. Hałas był już tak wielki, że ledwo ją słyszeliśmy. Janek był odwrócony tyłem do niej i jej nie słyszał. Pani podbiegła do niego i szarpiąc go za ucho krzyknęła

”Szmytek, pomiocie niemiecki! Wracaj do szeregu!” – Janek zaskoczony spojrzał na nią, wyrwał się i wybiegł prosto pod nadjeżdżający czołg…

Następnego dnia w szkole, długo czekaliśmy na pierwszą lekcję, wszyscy, jedno przez drugie mówiliśmy o tym co się wydarzyło wczoraj. Po pewnym czasie do klasy przyszedł Dyrektor. Oznajmił nam to co już wiedzieliśmy, że stał się tragiczny wypadek i że Janka Krawczuka nie będzie już wśród nas. Dowiedzieliśmy się też, że od jutra będziemy mieli nową Panią, a teraz możemy iść do domu. Ku niewielkiemu zdziwieniu Dyrektora nie wszystkie dzieci ucieszyły się z wolnego dnia.

Gdy wracałem do domu już z daleka zobaczyłem dwa samochody straży pożarnej, pogotowie ratunkowe i milicję. Na podwórku stało dużo ludzi. Chyba wszyscy sąsiedzi i dużo obcych gapiów. Zanim się zbliżyłem dobiegła do mnie moja mama i mimo mojego oporu zaciągnęła mnie do domu. Powiedziała, że nic tam po mnie. Że spaliło się mieszkanie Krawczuków. Wieczorem matka wysłała mnie do sklepu. Zatrzymałem się przy pogorzelisku. Byli tam prawie wszyscy sąsiedzi. Słyszałem, jak mówili, że w środku znaleziono dwa ciała, kobiety i mężczyzny, mieli w głowach dziury po kulach. Tak kończy się historia Szmytka, chłopaka z podwórka na Bałutach, który był jednym z nas.

Leave a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *