STASIA

My, którzy zdawaliśmy maturę w 1965 nie mieliśmy trudności z otrzymaniem pracy. W Łodzi praca dla techników była na wyciągnięcie ręki, to też już dwa tygodnie po maturze miałem pracę jako młodszy konstruktor w niewielkim biurze konstrukcyjnym. Dostałem ją na okres próbny sześciu miesięcy z dosyć dobrym wynagrodzeniem jak na owe czasy w wysokości tysiąc pięćset złotych. Praca bardzo mi odpowiadała, rysowałem detale dla konstruktora, który miał duży projekt do zrobienia. Biuro nie było duże. Pracowało tam około trzydziestu osób, wszyscy byli starsi ode mnie najmniej o jakieś dwadzieścia lat. Atmosfera była bardzo dobra, praca nie sprawiała mi kłopotów. Pracowało mi się bardzo dobrze, czas szybko upływał. Co jakiś czas wyjeżdżałem na kilka dni w podróże służbowe do zakładów produkcyjnych dla których pracowaliśmy.

Po kilku miesiącach, pod koniec września, szef poprosił mnie abym został po pracy, bo ma dla mnie pewne zadanie do wykonania. W swoim gabinecie wypytywał mnie o to jak mi się pracuje i ogólnie czy jestem zadowolony. Zapytał też o moje sprawy osobiste, gdzie mieszkam, czy mam dziewczynę. Chodził cały czas po pokoju. W pewnym momencie zatrzymał się przy oknie. Chwilę milczał i patrząc w okno odezwał się

„Panie Janku, mogę tak do pana mówić, prawda?”

„Oczywiście panie dyrektorze”

„To dobrze. Widzi pan mam córkę w pana wieku. W ubiegłym roku zrobiła maturę” – milczał dłuższą chwilę. Czułem, że jest mu ciężko coś powiedzieć. Czekałem.

„Jest ciężko chora. Lekarze mówią, że ma najwyżej rok życia przed sobą. Nie chcę się wdawać w szczegóły jej choroby. Nie widać po niej, że jest chora, ale kulminacja choroby może przyjść nagle i gwałtownie.” – Byłem zaskoczony tym co powiedział.

„Ale w czym ja mógłbym…”

„Proszę mi nie przerywać! Jest mi bardzo trudno o tym mówić…”

„Przepraszam” – chodził nerwowo po pokoju nic nie mówiąc.

„Ona jeszcze nie miała chłopaka. Chciałbym, aby pan zaczął z nią… no jak to się teraz u was młodych mówi?… Chodzić, O!”

„Ale ja nie znam pańskiej córki!”

„To ją poznasz!” – krzyknął. Widać było, że jest zdenerwowany – „Nie przerywaj mi!” – Byłem zaszokowany. Nie tym, że zaczął się do mnie zwracać per ty. Zwracał się tak do większości swoich podwładnych, zaskoczyła mnie sama propozycja i jego nagłe zdenerwowanie. Nie znałem jego córki, nie wiedziałem, jak wygląda. Skoro tatuś załatwia jej towarzystwo to pewnie musi być, delikatnie mówiąc, mało atrakcyjna.

„Ale dlaczego ja…” – przerwał mi gwałtownie

„Bo nie znalazłem nikogo lepszego.” – milczałem.

„Obserwuję cię od kiedy tu pracujesz. Wiem o tobie bardzo dużo. Wiem, że mieszkasz z babką, która cię wychowywała. Z twoim wychowawcą z technikum studiowałem…”

„Z Grabowskim?” – przerwałem mu

„Tak, z Grabowskim. Dużo mi o tobie opowiedział”

„Mnie przecież mogą w krótce powołać do wojska” – próbowałem się ratować

„Zostaw to mnie… Muszę się napić” – wyciągnął z szafki butelkę i dwie szklaneczki. „Napijesz się?” 

„Nie, Dziękuję, nie piję.”

„A no tak. Tego się też dowiedziałem.”

„Ale jak miałbym poznać pańską córkę?”

„Ja to załatwię.”

„No dobrze, ale jak ona nie będzie chciała się ze mną spotykać?”

„To wtedy, kurwa, znajdę jej kogoś innego!” – Był czerwony na twarzy, wargi mu drżały. Czułem, że to nie wszystko i że chce powiedzieć coś więcej, coś co jest dla niego bardzo trudne.

„Słuchaj, bardzo mi zależy, żeby ona miała przed… no wiesz… zanim umrze, jakiegoś chłopaka. Nie odmawiaj mi. Ja tego nie zniosę, a ty… ty będziesz skończony i tu w Biurze i w Łodzi!” – wysyczał wściekle, nachylając się nade mną.

„Słuchaj… chcę żebyś zrobił z niej kobietę! Zapłacę za to, Tu masz pięć tysięcy złotych” – wyciągnął kopertę z kieszeni

„Ale co pan! Ja nie…”

„Uspokój się!” – przerwał mi gwałtownie – „Wiem, że potrafisz myśleć racjonalnie. To tylko kilka tygodni. Tak, tak… lekarze mówią, że może rok, ale tak mówią do matki i do niej. Mnie lekarz powiedział, że to raczej tygodnie… no nie bądź głupi. Nie stracisz na tym.” – Byłem zrezygnowany. Nie wiedziałem, jak reagować.

„Ale jak to, zrobić kobietę? Czy pan chce żebym ja ją…” – przerwał mi gwałtownie

„Tak! Tak! Chcę żebyście wleźli do łóżka!… Kurwa, chłopie! Jest mi ciężko o tym mówić.” – Chwilę milczeliśmy. Po chwili zaczął niemal szeptem

„Gdy kilka miesięcy temu dowidziała się, że to choroba śmiertelna, że nie ma z niej wyjścia, załamała się psychicznie. Nie można jej było uspokoić. Krzyczała, że nie chce umierać tak młodo, wiesz i takie tam. Zanim zapadła w stan jakiegoś zaniku świadomości, wiesz, przez kilka dni nie było z nią kontaktu. A więc, zanim zapadła w ten stan, już szeptem powtarzała w kółko, że ona nawet nie miała mężczyzny.” – Znów cisza w pokoju, miałem dużo pytań, ale nie śmiałem się odezwać.

„Wtedy sobie poprzysięgłem, że będzie miała kogoś. Długo musiałem przekonywać do tego żonę. W końcu się zgodziła, ale niechętnie” – nalał sobie jeszcze raz pół szklanki – „Ta rozmowa przekroczyła już pewną granicę. Nie masz już odwrotu. Jeśli odmówisz lub piśniesz o tym komukolwiek chociaż jedno słówko, to pamiętaj. Zniszczę cię… zgnoję…kurwa!… Nie znajdziesz pracy nawet przy łopacie! Uwierz mi, że potrafię to zrobić” – Co do tego to nie musiał mnie przekonywać. Od kolegów w Biurze słyszałem, jak załatwił jednego pracownika, który mu się w czymś przeciwstawił.

„No dobrze, ale jak mam poznać pana córkę? Przecież nie zaczepię jaj na ulicy, no i co na to pańska żona?”

„Mówiłem, że żona wie, chociaż nie jest zbyt przychylna temu pomysłowi. Dlatego na niej też musisz zrobić dobre wrażenie. Zgadzasz się?… tak?”

„Tak” – odpowiedziałem, aby zyskać na czasie i może znaleźć jakieś wyjście z tej sytuacji, która mnie, prawdę mówiąc, przerażała.

„Dobrze. Jeszcze jedno,” – zaczął szeptem – „Tu w Biurze nikt nie zna mojego prywatnego życia. Nikt nie wie, że mam chorą córkę. Nikt nie wie, że mam córkę. Rozumiesz? Ani słowa o tym wszystkim!”

„Rozumiem.”

„Pytasz jak się z nią zapoznać?” – był już trochę spokojniejszy – „Na pewno nie na ulicy. Ona od miesięcy praktycznie nie wychodzi z domu. Dwa razy w tygodniu chodzi na jakieś kursy czy korepetycje, aby się przygotować do egzaminów na uczelnię… tylko nie wiem po co.” – Po tym jak się zgodziłem uspokoił się całkowicie, usiadł za biurkiem. Chwilę milczał przyglądając mi się.

„Ja wszystko obmyśliłem i przygotowałem. Tu są bilety do teatru na sobotę” – wyciągnął kopertę z szuflady biurka – „Jeden dla ciebie. Będziesz siedział z daleka od nas. I trzy bilety dla nas.”

„Co to za sztuka i w jakim teatrze?” – zapytałem tylko po to, aby się odezwać.

„Jakieś bzdury! Nie ważne. Nazwę teatru masz na bilecie. A teraz posłuchaj, jaki mam plan…”

  W drodze do domu byłem bardzo wściekły na siebie, że się mu nie przeciwstawiłem. Wstydziłem się przed sobą, że się zgodziłem, że wziąłem pieniądze, że się bałem stracić pracę. No bo gdybym odmówił to na pewno wyleciałbym z Biura z wilczym biletem. W domu babce powiedziałem, że boli mnie głowa, że nie będę nic jadł tylko położę się wcześniej do łóżka. Oczywiście o spaniu nie było mowy. Obmyślałem różne sposoby wymigania się z tej sytuacji, może zachorować? Ale który lekarz da mi zwolnienie. Najlepiej byłoby złamać nogę albo rękę, ale jak to zrobić? A może wdać się w bójkę przed jakąś knajpą? Tu na Bałutach to nic trudnego, obiją mi mordę i będę leżał w łóżku przez jakiś czas… nie to nie jest dobry pomysł, przecież mogą mnie zabić. To może już lepiej spotkać się z tą – no jak jej tam? Nawet nie znałem jej imienia. W końcu co mam do stracenia, może w końcu będę miał dziewczynę. Użalałem się nad swoim losem przed samym sobą, że nie miałem dotąd dziewczyny, no bo jak? W technikum tylko chłopcy, na żadne zabawy czy prywatki nie chodziłem, bo nie miałem grosza ani porządnych portek na tyłek. Pomału usypiałem coraz bardziej przekonany do planu szefa. Usnąłem, a w nocy śniło mi się, że córka szefa była śliczna jak z amerykańskiego filmu i że to ona zaciągnęła mnie do łóżka, i że było… no, wspaniale.

Rano już wiedziałem, że się z nią spotkam, nawet tego chciałem. Trochę psuła mi tą śliczną wizję świadomość o jej chorobie. Co to może być? No i żeby wyglądała chociaż trochę tak jak ta ze snu.

Tego dnia w pracy, szefa nie było. Pracowaliśmy krócej, tylko do trzynastej, bo to była sobota. W domu obejrzałem mój maturalny garnitur, był w porządku. Babcię poprosiłem o wyprasowanie koszuli i poszedłem do teatru. Było dużo ludzi. Z afiszów przed teatrem dowiedziałem się, że sztuka, w trzech aktach, autorstwa jakiegoś współczesnego dramaturga bułgarskiego jest premierą. W czasie pierwszego aktu myślałem tylko o czekającym mnie spotkaniu, więc nic do mnie nie dotarło ze sceny. Nawet nie starałem się śledzić akcji. Zaraz po oklaskach niemal wybiegłem do teatralnego bufetu. Stało już tam kilka osób w kolejce. Nagle usłyszałem za sobą szefa

„O! Pan Janek, Jak się cieszę, że pana widzę. Jest pan sam tutaj czy w towarzystwie?” „Dobry wieczór, sam jestem”

„Och, jak dobrze się składa. Pan pozwoli, że przedstawię pana żonie i córce” – zwrócił się do kobiety, która była chyba starsza od niego – „Heleno to jest nasz nowy współpracownik, bardzo obiecujący młody człowiek…” – ucałowałem wyciągniętą rękę „Jan Brzeski, miło mi panią poznać” – pomyślałem sobie, że nie chciałbym mieć jej za teściową.

„A to nasza córka…” – Dziewczyna, na którą dopiero teraz spojrzałem była szczupłą, wysoką brunetką o pięknej owalnej twarzy, długich do ramion włosach i ślicznym uśmiechu. Nie była podobna ani do ojca, ani do matki. Miała na sobie prostą, szarą wełnianą sukienkę bez ramion, z niewielkim kołnierzykiem tuż pod szyją. Wyciągnęła do mnie rękę. Uścisnąłem ją i milczałem. Odezwała się pierwsza

„Stanisława… ale mów do mnie Stasia” – Jeszcze chwilę milczałem zanim udało mi się wydukać

„Jan Brzeski… to jest mów do mnie Janek” – Szef nam przerwał

„Panie Janku, jak wspomniałem cieszę się, że pana spotkaliśmy. Muszę niestety odwieść żonę do domu, źle się poczuła, a nie chciałbym, aby Stasia została tu sama. Zaopiekuje się pan nią? Będę bardzo wdzięczny”

„Ależ oczywiście, z przyjemnością” – powiedziałem to naprawdę szczerze. Stasia nie protestowała. Szef z żoną odszedł do szatni, a my zdążyliśmy wypić jakiś ohydny napój firmowy. Kawy już nie było. Rozległ się pierwszy dzwonek i w milczeniu udaliśmy się w stronę wejścia na widownię.

„Nie, nie tędy. Mamy lożę” – powiedziała i wskazała schody prowadzące na piętro „Aha” – pomyślałem – „to, dlatego nie mogłem ich wypatrzeć na widowni”. – W loży oprócz nas siedziała jeszcze jakaś starsza para. Przez cały drugi akt milczeliśmy. Nic do mnie nie docierało ze sceny. Co jakiś czas kątem oka spoglądałem na Stasię. Byłem szczerze zauroczony jej urodą. Jednocześnie, w panice próbowałem naszkicować sobie scenariusz dalszego postępowania. Nic mi nie przychodziło do głowy. Oczywiście, miałem wcześniej obmyślone co robić i jak się zachować, gdy już spotkam córkę szefa, ale to co sobie wcześniej zaplanowałem, teraz wydało się strasznie głupie, niewłaściwe, banalne. Stasia oczarowała mnie. Muszę zacząć jakoś inaczej, nie tak jak zaplanowałem. Tylko jak?

Koniec drugiego aktu zaskoczył mnie, a ja w dalszym ciągu nie wiedziałem, jak zacząć rozmowę. Stasia mnie z tego wybawiła. Po wyjściu z loży powiedziała, że ta sztuka jej absolutnie nie interesuje, że nie wie, dlaczego ojciec się upierał, aby ją obejrzeć. Mama też nie była zachwycona tym pomysłem z teatrem. Ojciec przekonywał je w jakiś dziwny sposób, używał argumentów jak na zebraniu partyjnym.

„No to co robimy?” – zapytałem

„Idziemy na miasto, a potem coś wymyślimy.” – powiedziała stanowczo. Po wyjściu z teatru zaskoczyła nas lekka mżawka. Zrobiło się chłodno. Chwilę staliśmy zastanawiając się, gdzie iść. Nagle Stasia wzięła mnie pod rękę i przytulając się do mnie powiedziała „Chodźmy na Piotrkowską. Może zdążymy jeszcze do kina na dziesiątą.” – W „Poloni” wyświetlano od niedawna „Ptaki” Hitchcocka, biletów oczywiście już nie było, ale udało mi się kupić od „konika”. Przepłaciłem solidnie, ale co tam. Najważniejsze, że będę mógł być dłużej ze Stasią i że nie muszę jej odprowadzać od razu do domu.

Do dziesiątej było jeszcze pół godziny. Wyszliśmy na Piotrkowską. W pobliskiej kawiarni wypiliśmy kawę. Od wyjścia z teatru Stasia cały czas mówiła. Opowiadała o szkole, o tym jak jej poszła matura no i narzekała na rodziców. Że bardzo ją kontrolują, że mieszkają na obrzeżach Łodzi, że ciągle zmuszali ją do nauki i że rzadko kiedy mogła wyjść z domu. Dowiedziałem się, że matka jest oschła, i że nie ma z nią dobrego kontaktu. Ojciec z kolei jest despotą, nie cierpi jak się mu przeciwstawić. Kłuci się ciągle z matką, ale starają się to robić tak aby ona tego nie zauważyła. Ale ona, Stasia oczywiście nie jest już dzieckiem i pewnych rzeczy się domyśla. Ojciec pracuje do późna, wraca tylko na noc. Często dzwoni wieczorem i mówi, że musi nagle wyjechać służbowo. Matka wtedy idzie do swojego pokoju i płacze. Ona, Stasia próbowała kiedyś wejść tam aby ją pocieszyć, ale ta ją wyrzuciła i zakazała wtrącać się w nie swoje sprawy.

I tak sobie rozmawiając, a właściwie ja tylko słuchając Stasi, o mało co a spóźnilibyśmy się do kina. Na swoich miejscach usiedliśmy po Kronice Filmowej. Stasi było zimno więc schowała dłonie pod płaszcz, który miała na kolanach. Gołe ramiona okryła moim wełnianym szalem. Gdy na filmie pojawiały się sceny grozy, jak to u Hitchcocka, wtulała twarz w moje ramię, ja oczywiście wykorzystałem to i objąłem ją. Nie protestowała, przeciwnie, jeszcze bardziej się przytuliła. A ja modliłem się, żeby ten film nigdy się nie skończył. Niestety, skończył się. Po wyjściu z kina chciałem zatrzymać taksówkę, ale Stasia stanowczo zaprotestowała

„Nie chcę być tak szybko w domu.” – Doszliśmy do przystanku szesnastki. Przyjechała po kwadransie. Wysiedliśmy na krańcówce przy Łagiewnickiej. Potem spacerkiem, powoli, pod wiaduktem i zaraz w lewo, w ulicę Krecią. Krecia była właściwie wiejską, gruntową, wyboistą drogą. Po obu stronach stały za siatkowymi ogrodzeniami stare domki. Gdzie nie gdzie nowe. Nie było oświetlenia ulicznego. Tylko światła w oknach słabo oświetlały drogę. W każdym podwórku szczekały psy. Po jakiś trzystu czy czterystu metrach, w pobliżu kościoła, zatrzymaliśmy się przed jednopiętrowym, domem. W oknach od strony ulicy świeciło się światło. Za bramą przed wjazdem do mieszczącego się w piwnicy garażu stała czarna Simka. W drodze z kina, w tramwaju, to ja z kolei mówiłem bez przerwy. O szkole, o tym, że rodzice się rozeszli, a ojciec gdzieś wyjechał i nie daje znaku życia. Że kila lat temu zmarła moja mama i od tego czasu mieszkam z babcią od strony matki.

Staliśmy tak pod jej domem kilka, a może kilkanaście minut. Dostałem jej telefon. Chciałem się umówić już na następny dzień, ale Stasia powiedziała, że będzie zajęta do wtorku. Że możemy się spotkać dopiero w środę. Jutro, czyli w niedzielę jest zmuszona z rodzicami „bywać” w towarzystwie, aby ojciec mógł podtrzymywać korzystne znajomości. W poniedziałek z kolei chodzi na kursy czy raczej korepetycje, aby przygotować się do egzaminów na uniwersytet, a we wtorek chodzi na jak to określiła zabiegi medyczne, ponieważ ma problemy ze zdrowiem.

„A co ci jest? – zapytałem

„Nic takiego, powiem ci kiedyś. Teraz muszę już iść. Pamiętaj, w środę o osiemnastej na Placu Wolności przy studzience” – Po czym pocałowała mnie szybko w policzek, otworzyła furtkę i pobiegła do domu. Stałem jeszcze chwilę, potem powoli ruszyłem z powrotem. Psy się znowu rozszczekały.

Ze Stasią spotykałem się dwa lub trzy razy w tygodniu. Spędzaliśmy czas w kinach, najczęściej na radzieckich filmach. Ludzi wtedy w kinie było bardzo mało i mogliśmy się do woli ściskać i całować. Była to już połowa listopada i pogoda nie sprzyjała dłuższym spacerom. Potrafiliśmy godzinami siedzieć w kawiarni nad filiżanką lurowatej kawy i wuzetką, mówiąc o niczym. W jakiś dziwny sposób unikaliśmy mówienia o przyszłości. Zwykle późnym wieczorem odprowadzałem Stasię pod dom. Stało się to już taką rutyną, że nawet psy na Kreciej przestały na nas szczekać.

Którejś soboty Stasia powiedziała, że jej starzy wyjeżdżają do Tomaszowa Lubelskiego załatwiać jakieś sprawy spadkowe, i że ona będzie sama w domu przez tydzień. Zwykle na czas wyjazdu rodziców w domu zostawała kuzynka ojca, która z nimi mieszkała, ale tym razem ona też musi  tam jechać. Stasia powiedziała wprost, że chciałaby abym z nią był przez ten czas. Rodzice mieli wyjechać w poniedziałek około południa. Byłem wniebowzięty. Czułem, że nastąpi przełom w naszym, jak do tej pory platonicznym związku.

W poniedziałek, powiedziałem babce, że wyjeżdżam na kilka dni służbowo. Spakowałem jak zwykle przed wyjazdem trochę rzeczy i około dwudziestej udałem się „na pociąg”. Miałem takie wrażenie, że babcia nie za bardzo wierzyła w tą podróż służbową, ale nie zdradziła się z tym ani jednym słowem. Gdy zadzwoniłem do drzwi na Kreciej, Stasia otworzyła je natychmiast, tak jakby czekała na mnie za drzwiami. Rzuciła się mi na szyję… nie będę się wdawał w szczegóły, powiem tylko ze oboje byliśmy w siódmym niebie. Wcześnie rano, zaraz po szóstej, wychodziłem do pracy w ciemnościach, tak żeby mnie sąsiedzi nie widzieli. W Biurze mieliśmy akurat mniej zajęć, więc mogłem trochę odpocząć. Po pracy taksówką, aby było szybciej dojeżdżałem do pętli szesnastki i tam już spiesznym krokiem, o zmierzchu, w śród „znajomych” nie szczekających już na mnie psów prosto do furtki, drzwi nie były zamknięte na zamek, więc nie musiałem dzwonić. I tak było do piątku. W piątek wieczorem po powrocie domu powiedziałem babci, że miałem bardzo dużo pracy na wyjeździe, że jestem bardzo zmęczony i że chyba lekko przeziębiony, więc kładę się od razu. Poprosiłem, aby mnie nie budziła na śniadanie. Tydzień w pracy rozpoczął się normalnie, szef też zachowywał się jak zawsze. Ponieważ nie umówiłem się ze Stasią, postanowiłem we wtorek zadzwonić do niej po pracy z budki telefonicznej, Nigdy nie dzwoniłem do niej z biurowego telefonu. Odebrała matka, przedstawiłem się i poprosiłem do telefonu Stasię

„Nie ma jej” – odpowiedziała

„A kiedy będzie?”

„Nie prędko. Wyjechała do sanatorium do Rabki” – byłem zaskoczony. Stasia nic mi nie mówiła o planach wyjazdu.

„Kiedy wróci?”

„Za miesiąc”

„Mógłbym otrzymać adres do niej, chciałbym pojechać tam w sobotę lub chociaż napisać do niej”

„Lepiej będzie jak pan da jej teraz spokój. Ona musi wypocząć.” – odpowiedziała i bez pożegnania odłożyła słuchawkę.

Następnego dnia chciałem porozmawiać z szefem, ale był nieosiągalny. W czwartek z rana wezwał mnie i mojego kolegę, z którym pracowałem i oznajmił, że musimy jechać już jutro do Gdańska. Jest tam montowana maszyna, którą konstruował kolega i są tam jakieś trudności z montażem. Ja, chociaż nie byłem w konstrukcję tej maszyny zaangażowany, pojadę tam, aby zapoznać się tym jak przebiega nadzór nad montażem. Rozmawialiśmy jeszcze pół godziny o szczegółach technicznych, po czym szef spojrzał na zegarek i stwierdził, że już jest spóźniony na spotkanie w Zjednoczeniu. Rzucił na odchodne, że mamy być tam tak długo jak to będzie konieczne.

Z Gdańska wróciliśmy po dziesięciu dniach. Kolega poszedł do szefa złożyć sprawozdanie, a potem, około czwartej, szef wezwał mnie do siebie.

„Panie Janku… Stasia zmarła przedwczoraj. Pogorszyło się nagle, nie było już możliwości jej uratować… Jutro biorę kilka dni wolnego i jedziemy z żoną na pogrzeb. Proszę pamiętać, że nikt tu nie może wiedzieć o śmierci mojej córki. Kiedyś o tym rozmawialiśmy” – Byłem kompletnie załamany, nie wiedziałem co powiedzieć. Mechanicznie złożyłem wyrazy współczucia oraz wyraziłem chęć udziału w pogrzebie. „Nie, to niemożliwe. Żona sobie pana tam nie życzy. Pogrzeb odbędzie się w rodzinnej miejscowości żony koło Tomaszowa Lubelskiego, tylko z udziałem najbliższych”

„Ale ja jestem… byłem, bardzo bliski dla Stasi!” – wykrzyknąłem

„Jak śmiesz! Porozmawiamy po moim powrocie! A teraz marsz do roboty!” – „No to już mnie wywalił z pracy” – pomyślałem. Nikogo z kolegów już nie było. Ubrałem kurtkę i wyszedłem. Na ulicy zimne, grudniowe powietrze sprawiło, że trochę ochłonąłem. Nie miałem ochoty wracać do domu. Chodziłem po ulicach i próbowałem ogarnąć sytuację, dojść do jakiś wniosków. W głowie miałem mętlik, chwilami zdawało mi się, że to wszystko się nie wydarzyło. Z ogromnym bólem głowy wróciłem do domu.

Następnego dnia nie poszedłem do Biura. I tak mnie wywali, jeden dzień nieusprawiedliwionej nieobecności nic nie zmieni. Do pracy wróciłem po dwóch dniach. Nikt mnie się nie pytał, dlaczego mnie nie było. Już wcześniej zauważyłem, że koledzy uważają mnie za ulubieńca szefa. Praca mi nie szła. Po kilku dniach szef wrócił i od razu wezwał mnie do siebie.

„Panie Janku… doszedłem do wniosku, że najlepiej będzie jak pan stąd odejdzie. Złoży pan podanie o zwolnienie za porozumieniem stron. Dostanie pan bardzo dobre Świadectwo Pracy i uda się pan jeszcze dzisiaj do Wifamy. Tam spotka się pan z moim dobrym kolegą inżynierem Nowakiem. On już wie, że pan przyjdzie. Dostanie pan tam dobrą pracę. To wszystko. Resztę proszę załatwić z panią Krysią w Kadrach. A teraz proszę wyjść.” – Bez słowa pożegnania wyszedłem z jego pokoju i natychmiast udałem się do Kadr. Od ręki napisałem wypowiedzenie, pożegnałem się z zaskoczoną panią Krysią i nie wracając do kolegów wyszedłem z Biura.

Inżynier Nowak pracował jako Główny Technolog w dziale Głównego Mechanika. Po krótkiej rozmowie dostałem pracę jako konstruktor z wynagrodzeniem prawie dwa razy wyższym niż miałem w Biurze. Ustaliliśmy, że pracę zacznę od poniedziałku, oprowadził mnie jeszcze po moim nowym miejscu pracy i przedstawił nowym kolegom. Resztę miałem załatwić w Kadrach.

W Wifamie pracowało mi się równie dobrze co w Biurze. Rzuciłem się w wir pracy, brałem wszystkie możliwe nadgodziny. W ten sposób chciałem zapomnieć o Stasi.

Po kilku miesiącach zmarła moja babcia. Krótko po pogrzebie dowiedziałem się od kolegi ze szkoły o możliwości atrakcyjnej pracy kilkadziesiąt kilometrów od Łodzi. Podobno mają tam nowo wybudowane mieszkania dla fachowców. W Łodzi nic mnie już nie trzymało, przeciwnie, za bardzo Łódź przypominała mi Stasię. Zdecydowałem się pojechać tam i na miejscu rozeznać sytuację. Pierwszy kontakt z nowym zakładem był bardzo sympatyczny. W tamtejszych Kadrach spotkałem bardzo sympatyczną, młodą urzędniczkę, która bardzo mi pomogła, skierowała do właściwego człowieka. Pracę dostałem natychmiast, a po półrocznym okresie próbnym obietnicę mieszkania w bloku zakładowym. Byłem bardzo zadowolony.

Przed powrotem do Łodzi sympatyczną panią Hankę z Kadr zaprosiłem do miejscowej kawiarni. Po powrocie do Łodzi złożyłem wypowiedzenie w Wifamie. Nowak nie był zachwycony, ale poszedł mi na rękę i dostałem nawet przeniesienie służbowe.

Do nowej pracy dojeżdżałem autobusem. Było to męczące, ale jakoś dawałem sobie z tym radę. Dokładnie po pół roku dostałem obiecane mieszkanie. Przed opuszczeniem Łodzi zrobiłem jeszcze jedną rzecz. Wysłałem do ojca Stasi pięć tysięcy złotych.

  W roku 77 w lipcu, byłem z żoną i córką na wczasach we Władysławowie. Mieszkaliśmy w zakładowym domu wczasowym. Tego dnia skończył się nasz turnus. Następnego dnia mieliśmy wyjechać zakładowym autobusem do domu. Żona robiła ostatnie porządki w pokoju, zbierała małej zabawki i pakowała nasze drobiazgi. Wyszedłem z córką kupić obiecane lody. Na deptaku jak zwykle było dużo ludzi. W kolejce do budki z lodami stało ze trzydzieści osób. Nagle za plecami usłyszałem znajomy głos

„Janek, nie poznajesz mnie?” – odwróciłem się gwałtownie. Przede mną stała Stasia. Tak, nie mogłem się mylić, twarz nie zmieniona, głos ten sam. Zamurowało mnie… nie mogłem wydobyć z siebie głosu. To była Stasia, nieco starsza, przytyła od czasu, gdy ją ostatnio widziałem, ale wciąż wyglądała bardzo dobrze.

„Dlaczego wyjechałeś tak nagle? Ojciec powiedział, że złożyłeś wymówienie i wyjechałeś z Łodzi.” – wyrzuciła z siebie z wyrzutem

„Ja wyjechałem?!… To ty umarłaś! Twój ojciec wysłał mnie w dłuższą delegację, gdy ty pojechałaś do sanatorium! Po moim powrocie powiedział, że zmarłaś. Nie pozwolił abym był na twoim pogrzebie!” – wyrzuciłem z siebie. Ludzie z kolejki zaczęli na nas dziwnie patrzeć. Stanęliśmy trochę z boku. Córka zaciekawiona zapomniała o lodach.

„Jakie sanatorium? Jak rodzice wrócili z Tomaszowa to ojciec od razu wysłał mnie do Moskwy. Przez swoje kontakty załatwił szybko paszport oraz leczenie w klinice profesora Aronowa” – mówiła ściszonym już głosem – ” Tam wyleczyli mnie, ta choroba nie była śmiertelna.”

„Co to była za choroba?”

„A czy to teraz takie ważne? Jestem zdrowa i już.” – Kątem oka zauważyłem, że zbliża się do nas mężczyzna z dwoma kilku letnimi chłopcami. Stasia zwróciła się do niego

„Pozwól Rysiu, że przedstawię ci dobrego znajomego z Łodzi. To pan Jan Brzeski, a to mój mąż i nasi synowie.” – wymieniliśmy uściski dłoni

„Walczak Ryszard jestem, miło mi pana poznać”

„A ja jestem Brzeski Jan, również miło mi pana poznać. Nie widzieliśmy się z pańską żoną kupę lat. Przyznam, że bardzo mnie zaskoczyło to spotkanie” – przerwała nam nagle

„No dobra panowie, szkoda czasu jeszcze się tu spotkamy, może jutro albo pojutrze, a teraz Rysiu idź kupić te bilety do kina. Ja zaraz do was dojdę.”

„Tylko Zosiu, żebyśmy nie musieli na ciebie długo czekać. Seans się zaraz zaczyna.” – zwrócił się jeszcze do mnie

„A my się z pewnością jeszcze zobaczymy. Władysławowo jest takie małe. Do zobaczenia!” – chwilę milczeliśmy

„Zosiu?”

„Tak, tak mam na drugie. On nie cierpi Stanisławy. Słuchaj muszę już iść na pewno się jeszcze tu spotkamy” – chciała odejść, ale ją powstrzymałem

„Zaczekaj, pozdrów tatusia ode mnie” – powiedziałem z ironią

„Nie ironizuj. Ojciec nie żyje. Zginął cztery lata temu w wypadku samochodowym a matka wkrótce potem wyszła za mąż za jakąś swoją starą miłość z Tomaszowa i tam się wyniosła, rzadko się widujemy. Dom sprzedaliśmy, ja z mężem i dziećmi mieszkam w Warszawie… śliczną masz córkę” – zauważyła.

„Kochanie, przedstaw się pani”

„Jestem Stasia i mam ćtery latka… tatuś ja chcę lody, obiecałeś kupić”

„Tak kochanie, zaraz ci kupię, tylko pożegnam się z panią.” – uspokoiłem małą

„Słuchaj, ja też muszę już iść, na pewno się tu jeszcze spotkamy. My zostajemy tu jeszcze tydzień” – skłamałem. Uścisnęliśmy się na pożegnanie, ale wyszło to jakoś niezgrabnie. Stasia poszła w stronę męża, który z daleka się niecierpliwił. Ja kupiłem małej lody, kolejki już nie było. Wróciliśmy do naszego pokoju.

„Co was tak długo nie było? Sama muszę wszystko pakować.” – Z udawanym wyrzutem zwróciła się do nas Hanka, moja żona.

„Bo my spotkaliśmy panią co umarła!” – wykrzyknęła Stasia

„Panią co umarła? Co ty opowiadasz dziecko” – musiałem żonie opowiedzieć o spotkaniu. Nie znała historii mojej znajomości ze Stasią.

„Tak, pani co umarła. Znam ją z Łodzi. Byłem przekonany, że nie żyje. Ktoś wprowadził mnie w błąd.” – Wieczorem nie mogłem zasnąć, cały czas wracały wspomnienia, o których już dawno zapomniałem. Następnego dnia w drodze do autobusu modliłem się, aby jej nie spotkać. Odetchnąłem dopiero kiedy autobus wyjechał z Władysławowa. „Tak, ta pani już umarła.”

Leave a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *