ROK Z ŻYCIA ADAMA W.

Czwartek, 3-01-2008

Pierwszy raz ujrzał ją w Firmie, w czasie prezentacji nowych pracowników. To był pierwszy czwartek po Nowym Roku i jak zwykle zebrali się wszyscy na pierwszej kawie w niewielkiej auli, w której stał również automat z kawą. Firma jest niewielka, zaledwie piętnastu pracowników, atmosfera bardzo rodzinna, wszyscy zwracają się do siebie po imieniu. Tylko on przekroczył sześćdziesiątkę. Przeciętna wieku pozostałych oscylowała w okolicy trzydziestu kilku lat. Pięć młodych kobiet, wszystkie niezamężne po studiach i ośmiu młodych mężczyzn, tylko trzech żonatych. Mimo to dobrze się wśród nich czuł. Oni traktowali go jak starszego kolegę z dużym doświadczeniem zawodowym, on nie patrzył na nich z góry. Zawsze służył pomocą. Poza nim to jeszcze tylko Szef i zarazem współwłaściciel Firmy, odstawał wiekiem od tych ośmiu. Zbliżał się pięćdziesiątki. Właśnie rozwiódł się z pierwszą żoną. Wszyscy wiedzą, że wkrótce poślubi Joannę, Joanna od dawna mówi o nim Mój Jane. Od dwóch lat jest jego prawą rękę, bez której nie odbył żadnej podróży służbowej.

Firma dostała duże zamówienie. Jego realizacja potrwa przynajmniej dwa lata. Dlatego Szef po naradzie z pozostałymi wspólnikami zdecydował o zatrudnieniu nowych pracowników. Właśnie teraz, w poniedziałek, gdy już wszyscy od dziesięciu minut siedzieli przy kawie, Szef wprowadził tych dwoje nowych.

Wtedy on ujrzał ją po raz pierwszy. Tylko dlatego że siedział sam w foteliku w kącie auli nikt nie spostrzegł, jak pobladł i zakrztusił się kawą. Szef przedstawił najpierw ją. Nazywa się Mari Olsson. Jest absolwentką KTH, w Sztokholmie. Ukończyła z wyróżnieniem fizykę stosowaną. Potem Szef przedstawił tego drugiego. Ale on już tego nie słuchał. Nie mógł oderwać od niej oczu.

Po pół godzinie wszyscy rozeszli się do swoich zajęć. Wrócił do swojego pokoju. Zamknął za sobą drzwi, choć było to w Firmie źle widziane. Nie mógł skupić się na pracy. Odsunął się z krzesłem od biurka.

„Można?” – usłyszał za plecami

To Szef, jak zwykle bez pukania otworzył drzwi.

„Tak. Oczywiście”

Weszli do pokoju obydwoje, Szef i ona.

„Pozwól, Adamie, że przedstawię cię bliżej Mari…Będziecie razem pracować”

Nie zareagował od razu. Odrobinę później niż by to wypadało zerwał się z krzesła i podał jej rękę

„Adam… Adam Wojnarowski…” – przedstawił się

„Wojnarowski? To nie jest szwedzkie nazwisko, prawda?”

„Jestem Polakiem…A ty, Miriam… Wygląda na to, że jesteś Szwedką, jeśli się nie mylę, prawda?…”

Zdziwiło ją to pytanie. Odpowiedziała na nie nieco zaczepnie

„Oczywiście! Dziwi cię to?… I nie Miriam, tylko Mari”

„W pewnym sensie dziwi, Mari”

„Nie rozumiem?”

„Przepraszam, to nie mój dzień dzisiaj… Myślę o czym innym”

„Adam jeszcze się nie obudził” – przerwał żartem Szef – „Przyjdziemy po lanczu”

„Proponuję przełożyć tą rozmowę na jutro… Muszę przemyśleć parę spraw. Wykonać kilka telefonów…” – zaproponował

„Dobrze. Widzę, że jesteś zajęty. Przyjdziemy jutro po dziesiątej” – odpowiedział po chwili namysłu zdziwiony Szef.

Tuż przed siedemnastą, gdy już wszyscy szykowali się do wyjścia, wszedł do Szefa

„Możemy chwilę porozmawiać?”

„Tak. Siadaj”

„Daj ją do kogoś innego. Nie chcę z nią pracować”

„Zaskoczyłeś mnie… Dlaczego?”

„Powiedzmy, że z przyczyn osobistych”

„Nie mów, Adam, że ta mała zauroczyła cię od pierwszego spojrzenia?!” – zaśmiał się Szef

„Nie o to chodzi. Jestem ostatnio przepracowany, wszystko mnie drażni… Widziałeś jak niezgrabnie zachowałem się przy niej”

„Zauważyłem. Muszę przyznać, że nie wiem co w ciebie wstąpiło” – spojrzał na zegarek – „Muszę kończyć. Jestem już spóźniony. Jutro do tego wrócimy”

„Słuchaj. Chcę zostać w domu kilka dni. Źle się czuję. Muszę odpocząć… Będziesz miał dobre wytłumaczenie, aby dać ją do kogo innego. Proponuję Albina. Chłopak ma talent pedagogiczny”

Szef zgodził się na to, acz nie chętnie. Nie chciał zadrażniać swoich stosunków z Adamem. Wiedział, że mimo swojego wieku, może on w dalszym ciągu przebierać wśród pracodawców. Kilka miesięcy temu siedemnastego październiku 2007 go, na przyjęciu z okazji sześćdziesiątej rocznicy urodzin Adama, był między innymi jeden z kontrahentów ich firmy i niby żartem złożył Adamowi intratną propozycję pracy u siebie. Szef wiedział, że to nie żart.

Czwartek, 10-01-2008

Adam wrócił do pracy po tygodniu. Wykorzystał je na odpoczynek i nie tylko. Przejrzał stare fotografie. Nie miał ich dużo. W zasadzie unikał fotografii. W domu miał tylko te na których mu bardzo zależało. Przesortował je i część umieścił w dużej kopercie.

Pierwszy dzień po powrocie do pracy upewnił go, że to wrażenie jakie kilka dni temu zrobiła na nim Mari Olsson, nie minęło. Wręcz przeciwnie. Było silniejsze. Każdego dnia obserwował ją uważnie w czasie przerw w pracy, kiedy to wszyscy gromadzili się na kilkanaście minut przy kawie. Siedział jak zawsze na swoim miejscu w rogu auli i obserwował jak panowie mniej lub bardziej otwarcie próbują uwodzić nową koleżankę.

Mari Olsson świadoma swojej urody i zainteresowania jakie wzbudzała wśród nowych kolegów, dobrze się z tym czuła. Panowie sypali dowcipami które chyba autentycznie ją bawiły. Nawet Szef brał w tym udział, co widać było, nie za bardzo podobało się Joannie. Adam nie brał w tym udziału. Siedział niemal bez ruchu i nie spuszczał ani na chwilę wzroku z Mari

„Widzę, Adam, że ona ci się bardzo podoba, prawda?”

Joanna swoim pytaniem zaskoczyła go. Nie zauważył, kiedy przysunęła krzesło bliżej niego

„Nie. Dlaczego tak sądzisz?”

„Widzisz, jak oni tokują. Jak się nie przyłączysz, nie będziesz miał szans”

„Szans na co?”

„Żeby ją zdobyć…”

„Skąd takie przypuszczenie, Joasiu?”

„Jak to skąd?… Jane powiedział mi, że zrobiła na tobie tak mocne wrażenie, że aż się rozchorowałeś”

Nic jej nie odpowiedział. Siedzieli przez chwilę w milczeniu. W pewnej chwili panowie zgromadzeni wokół Mari wybuchli gromkim śmiechem. To Szef opowiedział jakiś stary, sprośny dowcip. Panie, siedzące nieco z boku, skrzywiły się z niesmakiem

„Przypilnuj swojego Jane, Joasiu, zaraz uwiedzie naszą nową koleżankę”

Joanna dosyć gwałtownie podniosła się z krzesła. Podeszła do Szefa i coś szeptała mu do ucha. Słuchał chwilę w skupieniu. Wszyscy mimowolnie ucichli. Szef spojrzał na zegarek

„Masz rację kochanie. Zupełnie zapomniałem o tym telefonie…”

W ciągu kilkunastu sekund aula opustoszała. Tylko Adam siedział z kubkiem kawy w ręku i obserwował wychodzącą Mari. Odwróciła się w drzwiach do niego. Ich oczy się spotkały. Zatrzymała się na moment jakby zastanawiała się czy by do niego nie podejść. Siedział nieporuszony wpatrując się w nią. Wyszła, zamykając drzwi nieco bardziej energicznie niżby to było konieczne. A może to tylko mu się tak zdawało.

Taka sytuacja, niemal niezmiennie, powtarzała się każdego dnia. Z tą tylko różnicą, że Mari od czasu do czasu spoglądała w stronę Adama. Ich oczy zawsze się wtedy spotykały. Widać było, że Adam ją intryguje.

Pewnego dnia, gdy już wszyscy wyszli a on jak zawsze siedział nieruchomo w swoim foteliku, podeszła do niego

„Słuchaj, Adam, zauważyłam, że mnie obserwujesz. Nie wiem, dlaczego, ale bardzo mnie to irytuje…”

„Przepraszam cię, Miriam, Nie jest moim zamiarem irytować cię…”

„Nie jestem Miriam… Mam na imię Mari! Zapamiętaj to” – odpowiedziała z naciskiem.

„Przepraszam. Nie chciałem cię urazić”

Dalszą rozmowę przerwała dzwoniąca komórka w kieszeni Adama. Wyciągnął ją pospiesznie i rozpoczynając rozmowę telefoniczną udał się do swojego pokoju, zostawiając zdenerwowaną Mari w auli.

Dzień później przyszedł tylko nalać sobie kawy do kubka i pospiesznie wyszedł do swojego pokoju.

Piątek, 15-02-2008

Postępował tak przez kilka dni, aż w piątek, gdy jak zawsze, niemal ostatni wychodził do domu, czekała na niego na parkingu. Była zdenerwowana. Zatrzymała go

„Dlaczego mnie unikasz? Nie przychodzisz na kawę. Robisz to demonstracyjnie. Co ty chcesz ode mnie?”

„Nie unikam cię, Miriam… Przepraszam! – Mari… Mam ostatnio dużo pracy”

„Nie wierzę, że to o pracę chodzi. Nie wiem, dlaczego tak postępujesz. Czuję, że to ja jestem tego powodem. Żądam wyjaśnień!”

Była wyraźnie wzburzona. Czekała na odpowiedź. Wahał się chwilę. W końcu zdecydował się

„Chcesz wyjaśnień… Dobrze. Chcę ci coś pokazać. Nie mam tego przy sobie. Umówmy się wieczorem na mieście. Potrzebuję trochę czasu, aby ci to pokazać…”

„Nie chcę się z tobą umawiać. Mam chłopaka i z nim spędzam czas po pracy…”

„Przyjdź z nim. Tak będzie nawet lepiej”

„Co chcesz pokazać?”

„Kilka fotografii”

„Nie jestem zainteresowana”

„Nic ci nie wyjaśnię bez pokazania tych fotografii”

„Przynieś je w poniedziałek do pracy”

„Dobrze. To do poniedziałku”

Poniedziałek, 18-02-2008

W poniedziałek, jeszcze przed przerwą na kawę weszła do jego pokoju

„Miałeś mi coś pokazać… Spać nie mogłam z ciekawości” – powiedziała to z wyraźną ironią

„Siadaj”

Podsunął jej krzesło

„Dziękuję. Postoję”

„Lepiej usiądź, bo zemdlejesz”

Zignorowała to i stała wyczekując aż jej pokaże fotografie o których wspomniał w piątek. Adam sięgnął do szuflady biurka. Wyciągnął podniszczoną, czarno-białą fotografię formatu pocztówkowego. Podał ją Mari. Spojrzała na nią tak jakby od niechcenia. Momentalnie pobladła. Oparła się o oparcie krzesła. Usiadła na nim wpatrzona w fotografię

„Skąd masz moje zdjęcie?!”

„Nie ty jesteś na nim…”

„Przecież widzę, że to ja!”

Nic na to nie odpowiedział. Wyciągnął kilka następnych i położył je przed nią na biurku

„To są moje zdjęcia… chyba ze szkoły… Nie znam tych dziewcząt, które stoją koło mnie. Kto robił te zdjęcia?… Mam w domu zdjęcia ze szkoły. Wyglądam tu tak samo, jak na tych które mam w domu” – mówiła wyraźnie zaskoczona tym co zobaczyła

„To nie ty jesteś na nich…”

„Zrobiłeś je w Photoshopie!… przyznaj się!”

„Nie. To stare zdjęcia obejrzyj je dokładnie”

Zaczęła je obracać. Prawie na wszystkich był na odwrocie jakiś tekst, który nie potrafiła odczytać. Niektóre były nad łamanę i popękane.

„Wytłumacz mi, co to za zdjęcia?!… Co na nich jest napisane? W jakim języku?”

„Mam te zdjęcia od dawna. Napisy są po polsku. Dawniej ludzie zapisywali na odwrocie daty, miejsca, gdzie zostały wykonane i komu podarowano je na pamiątkę… jeszcze raz zapewniam cię, że to nie Photoshop. To nie jesteś ty”

„Jeśli to nie ja, to kim ona jest?”

„Bardzo chcę ci to wytłumaczyć, tylko nie wiem jak. Sam nic z tego nie rozumiem”

Wyciągnął następne kilkanaście zdjęć. Mari znowu rozpoznała się na nich. Tym razem przyglądała się im dłużej i uważniej. Dziewczyna na zdjęciu była w mundurze. Na każdym zdjęciu obok niej stał wysoki blondyn, też w mundurze. Zdjęcia zrobione były w różnych miejscach. Na skalistych wzgórzach. Inne na piaskach czy wydmach. Na jednym za plecami stojącej pary widać było otwarte morze i chyba fragmenty portu po prawej stronie.

Na wszystkich zdjęciach stali blisko siebie, obejmowali się. Na dwóch zdjęciach na ich ramionach wisiała lufami w dół broń. Na jednym z nich całowali się.

„Czy to ty stoisz obok mnie?… Dlaczego się całujemy?”

„Tak. To ja, ale nie ciebie całuję. To była…”

Nie dokończył. Do pokoju wpadł Albin

„Chodźcie szybko na kawę! Szef ma coś ważnego do zakomunikowania!”

Adam chowając fotografie do szuflady zdążył powiedzieć

„Dokończymy to po pracy, chyba że cię to nie interesuje i wolisz wieczory spędzać z chłopakiem”

„Będę czekać na parkingu”

Czekała na niego piętnaście minut

„Przepraszam cię, Miriam, miałem telefon, gdy już byłem w drzwiach”

Nie zareagowała na „Miriam”. Odpowiedziała tylko

„Nie szkodzi. Zawieś mnie gdzieś, gdzie będziemy mogli spokojnie porozmawiać”

„A co z twoim chłopakiem?”

„Nie przejmuj się nim”

Wsiedli do auta. Przez dwadzieścia minut jazdy nie zamienili ani słowa. Zauważył, że przyglądała mu się z zainteresowaniem. Nie próbowała tego ukrywać. Zatrzymali się na podjeździe do niewielkiej restauracji

„Lubię to miejsce. Jest spokojne… Wyciszam się tu” – powiedział niemal szeptem – „A poza tym serwują tu dobre arabskie żarcie!” – zakończył nieco weselej.

Usiedli w niewielkiej wnęce w rogu sali. Kelner przyniósł menu

„Wiesz. Przyglądałam się tobie w samochodzie. Z bliska przypominasz mi kogoś… Nie wiem kogo. Będzie mnie to męczyć” – powiedziała, gdy tylko odszedł kelner

„Pewno przypominam tego faceta, który od kilku tygodni tak bardzo cię irytuje” – odpowiedział ze śmiechem

„Nie obracaj tego w żart, to po pierwsze. A po drugie już mnie nie irytujesz tylko interesujesz” – po chwili pospiesznie dodała zażenowana – „Tylko mnie źle nie zrozum. Interesujesz mnie z powodu tych zdjęć, nie wyobrażaj sobie, że ja…”

„Nie obawiaj się mnie. Wiem, ile mam lat… Skończyłem sześćdziesiątkę”

„Nie wyglądasz na tyle” – odparła zaskoczona

„Dziękuję… Ile ty masz lat, Miriam”

„Za kilka miesięcy skończę dwadzieścia siedem”

„Ona miała tyle gdy poległa”

„Kto?”

„Moja żona… Miriam”

„Jak to, poległa?”

Przerwał im kelner. Przyszedł po zamówienie. Bliskowschodnim zwyczajem zwrócił się najpierw do niego. Adam ignorując go, zapytał Mari

„Co ci zamówić?”

„Nie wiem. Co chcesz. Najlepiej to samo co ty” – odparła zamyślona.

Zamówił falafel z sosem tahini, humus i sałatki z ogórka i pomidorów.

„Słuchaj. Mam wyrzuty sumienia, że pokazałem ci te zdjęcia. Wtedy, w Firmie, gdy zażądałaś wyjaśnień, dlaczego zachowuję się w tak irytujący cię sposób, powinienem zbyć cię jakimś banałem, zlekceważyć. Tak byłoby lepiej. Teraz wciągam cię… Wciągamy się w sytuację, która może bardzo zaciążyć na naszej, a właściwie na twojej przyszłości… Zadam ci jedno pytanie. Zastanów się bardzo nad odpowiedzią”

„Słucham”

„Zanim otworzysz usta, aby odpowiedzieć, policz w myślach powoli do dziesięciu”

„Słucham. Mów”

„Czy na pewno chcesz abyśmy kontynuowali tą rozmowę? Proponuję, aby zakończyć ją na tym co już powiedziałem. Posiedzimy sobie tutaj. Zjemy coś smacznego i odwiozę cię do domu. Przypominasz mi bardzo moją żonę. Gdy cię ujrzałem zaszokowało mnie twoje podobieństwo do niej. Nie mogłem oderwać oczu od ciebie. Rozumiem, że mogło cię to irytować. Postaram się panować nad swoimi wspomnieniami. Mam nadzieję, że teraz, gdy wiesz o tym, to rozumiesz moje zachowanie”

„Nie przerywamy rozmowy” – powiedziała stanowczo – „Gdzie poległam… To jest, gdzie poległa twoja żona?”

„Miałaś liczyć do dziesięciu…”

„Bardzo szybko liczę… Policzyłam zanim skończyłeś mówić. Podjęłam decyzję i chcę wiedzieć wszystko o Miriam” – po chwili dodała – „O tobie też”

Milczał zastanawiając się jak zacząć. Wiele razy układał sobie w głowie jak z nią będzie rozmawiać. Robił to właściwie od pierwszego dnia, gdy ją ujrzał. O tym, że do takiej rozmowy dojdzie nigdy nie wątpił. A mimo to, teraz, gdy może z nią rozmawiać, nie wie, jak zacząć. Mari siedząc naprzeciwko niego, lekko pochylona, z rękoma opartymi na stole wpatrując się w niego, oczekuje aż zacznie mówić

„Pobraliśmy się kilka dni po tym jak Miriam Olechowicz uzyskała pełnoletność. Miałem dwadzieścia pięć lat. Niedawno skończyłem z wyróżnieniem studia. Miałem pierwszą, wymarzoną pracę w Instytucie Badań Jądrowych w Świerku. To było dla mnie duże wyróżnienie. Pracowałem tam w zespole budującym kolejny, czwarty już polski reaktor jądrowy…”

„Kiedy to było i gdzie?” – przerwała mu

„W siedemdziesiątym drugim… We wrześniu… W Polsce, przyjeżdżałem często do rodzinnego miasta do Łodzi… Do Miriam. Tam się pobraliśmy. Zaraz potem wyjechaliśmy w pośpiechu, zabierając ze sobą tylko to, co mieliśmy na sobie…”

„Skąd ten pośpiech?”

„Nasi rodzice nie chcieli abyśmy się spotykali. O tym abyśmy się pobrali w ogóle nie chcieli słyszeć”

„Prawie jak Romeo i Julia. Czy może raczej chodziło o mezalians?”

„Ani jedno, ani drugie. Miriam była Żydówką. Jej rodzice nie chcieli mieć w rodzinie goja…”

„Goja? Co to znaczy?”

„Goj dla Żydów to ktoś innej narodowości”

„Rozumiem”

„Moi rodzice z kolei, bardzo zagorzali katolicy, nie wyobrażali sobie, aby mieć w rodzinie Żydówkę… Postanowiliśmy zerwać z nimi”

Przerwali rozmowę. Kelner przyniósł jedzenie. Jedli chwilę w milczeniu

„Wzięliśmy w tajemnicy ślub cywilny. Nasi przyjaciele byli świadkami. Tak naprawdę wcale nam na tym ślubie nie zależało. Byliśmy w pewnym sensie do niego zmuszeni…”

„Dziecko?”

„Nie. Nie dziecko… Miriam była od czasu szkoły średniej pod wpływem ruchu syjonistycznego i bardzo chciała wyjechać do Izraela. Miała tam krewnych. Obiecali jej pomóc. Jej rodzice, dobrze prosperujący dentyści, nie chcieli wyjeżdżać z Polski. Nie miałem nic przeciwko temu, aby wyjechać z Polski. Chciałem być z nią. Taki wyjazd nie był łatwy w tamtym czasie. Miriam, w tajemnicy przed rodzicami, skontaktowała się z ambasadą Holandii w Warszawie…”

„Dlaczego z holenderską?”

„Reprezentowali interesy Izraela… Dowiedzieliśmy się, że mogę dostać pozwolenie na pobyt w Izraelu jako małżonek Żydówki. Aby dostać zezwolenie na wyjazd z Polski na stałe do Izraela, musieliśmy się zrzec naszych polskich obywatelstw. Oczywiście, natychmiast straciłem pracę. Zanosiło się na to, że władze nie wypuszczą mnie z Polski, Ale mój szef, który bardzo mnie lubił zaświadczył, że za krótko pracowałem, aby posiąść jakieś tajemnice zawodowe.”

Przerwał. Zastanawiał się co pominąć, a co jest istotne. Nie ma sensu opowiadać wszystkich szczegółów. Mari nie ponaglała go.

„W styczniu siedemdziesiątego trzeciego wylądowaliśmy w Tel Awiwie…” – zamyślił się – „Będę się streszczał. Powiem krótko, nie było nam łatwo. Nie znałem języka, Posługiwałem się tylko angielskim, nie miałem pracy. Okazało się ze Miriam też musi popracować nad językiem, też wolała rozmawiać po angielsku. Tak jak ja nie miała pracy. Zasiłki się skończyły. Krewni Miriam wycofali się z ofertą pomocy, gdy dowiedzieli się, że wyjechała bez zgody rodziców. Od czasu do czasu mieliśmy jakieś krótkie prace na czarno… Było bardzo źle, ale wyszliśmy z tego”

„Jak sobie daliście radę?”

„Dzięki wojsku. Jeszcze w czasie służby zasadniczej zadeklarowaliśmy chęć pozostania w służbie jako żołnierze zawodowi. Stacjonowaliśmy na północy kraju w mieście Safed. Właściwie za miastem. Na północ od Safed, w bazie wojskowej Nabratein. Byliśmy przydzieleni do Szachaf, to jest do Batalionu Wywiadu Polowego. Po kilku latach wysyłano nas często do innych krajów wykonywać tajne zadania. Nie zawsze razem”

„Do innych krajów? Co to za zadania?”

„Widzisz. To są sprawy, o których bardzo ciężko mi mówić. Nie wiem, czy wszystko zrozumiesz…”

„Mów. Mów dalej. Myślę, że zaczynam ciebie rozumieć… Co to za zadania, które wykonywaliśmy?” – pomyliła się. Zaraz poprawiła – „Które wykonywaliście?”

Nie zwrócił uwagi na tą pomyłkę. Chwilę się zastanawiał, jak jej to wyjaśnić

„Interesujesz się sportem? Wiesz co się działo na Olimpiadzie w siedemdziesiątym drugim w Monachium?”

„Nie zmieniaj tematu…”

„Nie zmieniam. Chcę, żebyś wszystko zrozumiała. Wtedy, w Monachium palestyńscy terroryści z organizacji Czarny Wrzesień dokonali zamachu na sportowców izraelskich. To było 5 go i 6 tego września. Siedemnaście osób zginęło”

„Coś sobie teraz przypominam. Ale co to ma do rzeczy”

„Poczytaj sobie o tym w Internecie, to zrozumiesz”

„Na pewno to zrobię”

„Krótko po tym zamachu, już w październiku 72 go, szef wywiadu wojskowego i dwóch generałów poprosiło o spotkanie z ówczesną premier Izraela Gołdą Meir. Poinformowali ją, że terroryści palestyńscy rozpoczęli prace organizacyjne zmierzające do rozpętania zamachów w Izraelu. Aby temu zapobiec, zaproponowali namierzanie i zabijanie wszystkich bez wyjątków przywódców terrorystycznych, a zwłaszcza tych z Czarnego Września. Uzyskali na to zgodę.

W ten sposób rozpoczęto operację Boży Gniew. Powstały, dobrze zakonspirowane w jednostkach wojskowych, specjalne grupy szturmowe i operacyjne. Byli w nich agenci Mosadu i wojskowi, młodzi wykształceni mężczyźni i kobiety, także z innych krajów, ideologicznie bardzo zmotywowani. Mieli wytropić i zlikwidować wyznaczone cele…”

„Zgaduję, że byliśmy” – znowu się pomyliła – „Że byliście w to zaangażowani”

„Tak. Operacja Boży Gniew trwała od 72 go. W 74 tym, zostaliśmy zakwalifikowani do jednej z grup, mieszczącej się w bazie Nabratein. Świetnie się do tego nadawaliśmy. Ja, wysoki blondyn, o urodzie raczej nordyckiej. Miriam też w niczym nie przypominała Żydówki. Ciemna blondynka, tak jak ty. Znała ze szkoły, poza angielskim włoski, zawsze występowała poza krajem jako włoszka…”

„Poza krajem?”

„Tak. Po niemal trzy letnim, intensywnym szkoleniu, mieliśmy kilka zadań w krajach arabskich i w Europie”

„Te zdjęcia co pokazywałeś, te w mundurach, to z tego okresu, prawda?”

„Tak. Ze szkoleń”

„Nie boisz się, tak o tym mówić do obcej osoby?”

„Po pierwsze, sam sobie się dziwię, ale nie traktuję cię jako obcej osoby. W jakiś sposób jesteś mi bliska… Po drugie, szwedzkie władze znają moją przeszłość. Byłem dokładnie sprawdzony przez SÄPO, policję bezpieczeństwa. Wiem o tym, że mają mnie cały czas na oku. Nie ukrywam tego co robiłem. Po prostu nie chwalę się tym. U nas w Firmie chyba nikt o tym nie wie. Jesteś pierwszą osobą, której powiedziałem o tym po przyjeździe do Szwecji w 86 tym, oczywiście nie licząc zeznań w SÄPO”

„Powiedziałeś, że jestem ci bliska. Jeszcze kilka godzin temu, zanim pokazałeś mi zdjęcia, uznałabym takie stwierdzenie z twojej strony za niewłaściwe. Teraz nie mam nic przeciwko temu abyś tak mówił. Czuję jakąś wspólnotę z tobą… Powiedz jak to się stało, że poległam”

„To nie ty poległaś, Mari”

„Tak. Oczywiście. Nie ja”

Spojrzał na zegarek. Przywołał kelnera i poprosił o rachunek. Kelner szybko się z tym uwinął i gdy pobrawszy zapłatę odszedł, Adam zauważył, że Mari przez ten czas cały czas intensywnie się w niego wpatrywała

„Słuchaj Mari…”

„Miriam… Mów do mnie Miriam. Polubiłam to imię”

„Nie jestem pewien, czy to dobry pomysł”

„Bardzo dobry. Opowiedz, jak to się stało, że Miriam zginęła”

Czekała chwilę, ale on nie podjął tego tematu

„Późno już. Odwiozę cię do domu. Ta rozmowa bardzo mnie poruszyła. Nie jestem w stanie mówić teraz o tym. Obiecuję ci, Miriam” – wymówił to imię z naciskiem – „Obiecuję ci Miriam, że wszystko ci opowiem… Już niedługo”

„Dziękuję. Dziękuję, że nazwałeś mnie Miriam. Odwieź mnie do domu”

Zanim wyszli z restauracji poprosiła go o numer telefonu

„Po co ci on?”

„Tak na wszelki wypadek” Zapisała w komórce jego numer. On zapisał jej. W samochodzie nic do siebie nie mówili.

Po dwudziestu minutach zatrzymał się pod wskazanym adresem. Siedzieli chwilę w milczeniu

„Twój chłopak, będzie wściekły, że tak późno wracasz”

„Kłamałam. Nie mam chłopaka”

Spojrzał na nią zaskoczony. Wykorzystała to. Zarzuciła mu ramię na szyję i mocna pocałowała w usta, po czym szybko wyszła bez słowa z auta. Odprowadził ją wzrokiem, aż znikła w klatce schodowej.

Wtorek, 19-02-2008

Spotkali się następnego dnia w pracy. Zdążyli się tylko przywitać przy wejściu. Szef od razy poprosił Adama do swojego pokoju. Polecił mu natychmiast pojechać do jednego z kontrahentów firmy w Karlskronie. Były tam jakieś niejasności w dokumentacji technicznej dostarczonej przez ich firmę. Tamtejsi technicy nie mogli sobie z tym poradzić. Należało pomóc im na miejscu.

W podobnych przypadkach Szef niemal zawsze wysyłał Adama. Tak było i tym razem. Adam miał tam zostać na noc i powrócić następnego dnia wieczorem.

Pobyt w Karlskronie przedłużył się do późnych godzin wieczornych. Wyruszył w drogę powrotną około dwudziestej pierwszej. Jechał drogą E22 na północ. Około dwudziestej trzeciej, na wysokości Oskarshamn uderzył w przebiegającego łosia. Piętnaście minut potem, kierowca przejeżdżającego samochodu zatrzymał się przy rozbitym samochodzie Adama. Zajrzał do środka. Zrobiło mu się niedobrze. Zwymiotował. Po chwili zadzwonił z komórki na 112.

Czwartek, 21-02-2008

Przy pierwszej kawie, tego dnia brakowało tylko Adama i Szefa. Wszyscy zauważyli, że od dwóch dni Mari bardzo się zmieniła. Wyraźnie unikała męskiego towarzystwa. Tego dnia do jej stolika przysiadł się Lars, najmłodszy i najbardziej zabiegający o jej względy kolega. Nie spodziewał się tego co usłyszał

„Przepraszam cię. Chcę posiedzieć sama”

Powiedziała to spokojnie, ale głośniej niż by to było potrzeba. Wszyscy zamilkli na chwilę. Lars chciał coś powiedzieć, ale nie zdążył. Do pokoju wpadł Szef. Bez słowa przywitania, zdenerwowanym głosem oznajmił

„Słuchajcie. Nasz kolega Adam Wojnarowski miał wczoraj, późnym wieczorem, wypadek samochodowy. Najechał na łosia. Jest w szpitalu, w ciężkim stanie…”

„A co z łosiem?” – zapytał Albin

„Idiota!” – ktoś krzyknął

„To pytanie jest nie na miejscu” – zganił go Szef

Przerwał im głośny spazmatyczny szloch. To Mari nie mogła powstrzymać płaczu. Spojrzeli na nią raczej zdziwieni niż zaskoczeni. Przerwała, gdy zauważyła, że wszyscy patrzą na nią

„W którym szpitalu leży?” – zapytała

„W Oskarshamn” – odparł Szef

„Daj mi kilka dni wolnego. Jadę tam natychmiast” – zażądała stanowczo

„Pojedziemy razem. Wybieram się tam po pracy…” – odpowiedział zdziwiony

„Ja też!… Zajmę się praktycznymi sprawami. Trzeba coś kupić, owoce, kwiaty…” – szybko zareagowała Joanna

„Pojadę sama. Natychmiast!”

Mari nie czekając na odpowiedź Szefa wybiegła z auli. Jeszcze na parkingu próbowała się dodzwonić do Adama. Nie odpierał telefonu.

Czterdzieści minut potem jechała swoim małym Renault Twingo z niedozwoloną prędkością w stronę Oskarshamn. Zdążyła być w domu i spakować trochę rzeczy do torby. W pobliskim sklepie kupiła owoce i kilka butelek z wodą mineralną. Przejeżdżając przez Norrköping spojrzała na wskaźnik poziomu paliwa. Zatrzymała się na stacji benzynowej. Jeszcze raz spróbowała się dodzwonić do niego. Nikt nie odbierał telefonu. Po zatankowaniu już odjeżdżała, gdy pomyślała, że dobrze byłoby kupić mu coś do czytania.

„Ale co? Przecież nie wiem co go interesuje”

Odjechała od dystrybutora. Stanęła z boku. W sklepiku na stacji kupiła kilka tygodników. Szybko ruszyła w dalszą drogę. Miała jeszcze do pokonania około sto osiemdziesiąt kilometrów. Dobrze zna tą drogę. Jeździ nią często do ciotki do Mönsterås. To kawałek za Oskarshamn. Ten odcinek powinna przejechać w dwie godziny.

Monotonia tej spokojnej drogi sprawiła, że zaczęła analizować to co ją ostatnio spotkało. Rozmowa z Adamem w tej arabskiej restauracji, sprawiła, że stał jej się bliski. Nie potrafiła sobie tego wytłumaczyć, dlaczego. Po rozstaniu się z nim, tamtego wieczoru, nie mogła zasnąć. Zła była na siebie.

„Starszy, elegancki pan, poderwał mnie łzawym bajdurzeniem, jak jakąś naiwną licealistkę. A ja głupia kupiłam to!”

Po chwili jednak zreflektowała się

„Nie. Nie, to nie tak. Te zdjęcia, co mi pokazał… Ta dziewczyna zrobiła na mnie olbrzymie wrażenie. On mnie nie podrywał. Coś mnie w nim fascynuję. Tylko co. Jak go Szef przedstawił, pierwszego dnia, wydawał się niemiły. Potem widziałam, jak mnie obserwuje bez słowa. Inni nadskakiwali i próbowali się łasić do mnie a on słowem się do mnie nigdy nie odezwał. Bardzo mnie to irytowało”

Nie mogła się doczekać następnego dnia. Wiedziała, że muszą się znowu spotkać i rozmawiać dalej o Miriam. Ten jego niespodziewany wyjazd sprawił, że ostatnie dwa dni bardzo jej się dłużyły. Wszystko ją denerwowało, zwłaszcza ci nadskakujący idioci. Teraz w samochodzie doszła do wniosku, że właściwie to ona o nim nic nie wie

„Wiem, że jest wdowcem. Czy ma tu w Szwecji kogoś?… Nie wiem. Chyba nie. Rodzice, jeśli jeszcze żyją to są w Polsce. Rodzeństwo? Nie wiem. Mówił, że skończył sześćdziesiąt lat. Dałabym mu najwyżej pięćdziesiąt”

Po chwili dotarło do niej, że jest starszy o kilka lat od jej ojca. Żachnęła się na to „No i co z tego!”

Tak rozmyślając dojechała do Oskarshamn. Przed miastem na tablicy informacyjnej na planie miasta znalazła adres szpitala, Rösvägen 1. Zapamiętała drogę jak tam dojechać. Spojrzała na zegarek. Dochodziła dwunasta. Zjechała z drogi E22 do miasta. Wkrótce zauważyła drogowskazy kierujące do szpitala.

Kilka minut później, w informacji przy wejściu usiłowała dowiedzieć się, o stan zdrowia poszkodowanego we wczorajszym wypadku Adama Wojnarowskiego. Nie było to łatwe. Dyżurująca pielęgniarka poinformowała ją, że nie mogą udzielać informacji osobom postronnym.

Zabrało trochę czasu zanim wyjaśniła, że nie jest osobą postronną. Przeciwnie, jest najbliższą osobą Adama. Pielęgniarka w końcu zadzwoniła gdzieś. Po rozmowie podała jej numer piętra i sali, na której leży pacjent. Na górze, zaraz przy wyjściu z windy był oszklony pokój, w którym pracowały pielęgniarki. Jedna z nich wyszła zapytać w czym jej pomóc. Zaprowadziła ją do Adama.

Spostrzegła go na jednym z czterech łóżek, tuż przy oknie. Spał. Miał obandażowaną głowę. Spod rękawa piżamy widoczny był opatrunek lewego przedramienia. Lewa noga była w gipsie, uniesiona na jakimś stalowym stelażu. Podeszła ostrożnie do łóżka. Nie chciała go budzić. Stała chwilę nieruchomo nad nim, tłumiąc dłonią cichy szloch. Przyglądała się mu uważnie. Pod niedopiętą na piersiach piżamą zauważyła dwie dziwne okrągłe blizny. Nie mogła się powstrzymać, aby je nie dotknąć. Zrobiła to delikatnie koniuszkami palców prawej ręki. Odsunęła się gwałtownie, gdy otworzył oczy. Uśmiechnął się do niej

„Chyba jestem w niebie, skoro cię widzę, Miriam” – powiedział ze śmiechem

„Przestraszyłaś mnie! Szef powiedział ze jesteś w ciężkim stanie…”

„Bywało gorzej ze mną”

„Dlaczego nie odbierasz telefonów?”

„Chyba został w samochodzie”

Dopiero teraz pochyliła się nad nim i pocałowała go na przywitanie. Dosunęła sobie krzesło.

„Tak się cieszę, że żyjesz!”

„Chyba lepiej by było dla nas, gdybym zginął w tym wypadku”

„Nie mów tak!”

„Widzisz, Miriam, mam takie wrażenie, że właśnie nasze życie zaczyna się komplikować. Obawiam się, że ty na tym stracisz najwięcej…”

„Nie mów tak!… Proszę cię. Jestem dorosła i wiem co robię”

Chwilę milczeli. Rozejrzała się po sali. Na łóżku po przekątnej, spał jakiś pacjent. Dwa łóżka były wolne.

„Widzę, że są wolne łóżka. Wprowadzam się tu” – zażartowała – „Będę przy tobie cały czas, póki się nie wyliżesz po tym wypadku. Powiedz teraz co ci jest”

„Nie wytrzymałabyś ze mną w nocy”

„O! to brzmi obiecująco”

„Nie tak obiecująco jak myślisz. Krzyczę przez sen. Często śnią mi się koszmary”

„Przepraszam…”

„Pytasz się co mi jest… Mam chyba złamane lewe podudzie, podrapane przedramię i pokaleczone szkłem czoło. Czyli, w zasadzie nic mi nie jest. Tylko ta cholerna noga sprawia, że przez jakiś czas będę przywiązany do łóżka. Najprawdopodobniej zostanę tu jakiś czas. Jutro na porannym obchodzie mają zadecydować, co dalej ze mną”

„W takim razie porozmawiamy o tym jak ci mogę pomóc jutro… Zostanę tu do wieczora, a potem pojadę do hotelu. Wzięłam kilka dni wolnego. Aha. Szef przyjedzie do ciebie po południu. Jak go znam, te kilka tygodni od kiedy pracuję z wami, to przywiezie ci twojego laptopa, abyś nie leżał bezczynnie…”

„Świetnie. Nie będę się nudzić”

„Przypilnuję abyś się nie nudził. Będę przy tobie. Przywiozłam trochę tygodników. Mam też trochę owoców i napojów. Powiedz co potrzebujesz, to zejdę do sklepu kupić”

„Nic nie potrzebuję, ale skoro tu jesteś, to mam prośbę abyś udała się na miejscowy komisariat Policji i dowiedziała się, gdzie jest mój samochód. Chyba jest odholowany na policyjny parking…”

„Nie myśl teraz o samochodzie”

„Nie o samochód mi chodzi. Tam są zdjęcia. Leżały w szarej kopercie na tylnej kanapie. Rozejrzyj się, może znajdziesz mój telefon”

„Zaraz tam pojadę”

Rozpakowała rzeczy, które przywiozła ze sobą. Umieściła je w szafce przy jego łóżku. Usiadła na brzegu łóżka i zaczęła gładzić go czule po twarzy. Nie protestował. Ucałował jej dłoń, gdy zatrzymała ją na jego ustach. Po chwili zsunęła ją na piersi. „Co to za blizny?” – zapytała

„Od postrzału. Zranili mnie, wtedy, gdy Miriam poległa”

„Opowiadaj, jak to było. Obiecałeś opowiedzieć”

Nie zdążył się odezwać. Do pokoju wszedł Szef, Joanna, Lars i Lena. Byli dosyć głośni. Obudzili pacjenta na sąsiednim łóżku. Przywitali się z Adamem i z Mari. Przywieźli ze sobą pomarańcze, czekoladki i tak jak przypuszczała Mari, Szef miał ze sobą Adama laptop.

„Mam nadzieję, że mają tu Wi-Fi, ale jeśli nie, do mamy dla ciebie mobilny” – Mówiąc to, Szef wyciągnął kartę z Internetem – „Wiesz, jak to używać… Tylko nie trać czasu na oglądanie stron z panienkami” – zakończył wesoło

Rozbawił tym przybyłe z nim towarzystwo. Szaf chciał jeszcze coś powiedzieć, ale Mari mu przerwała, zwracając się do Adama

„Pójdę teraz na Policję załatwić to o co prosiłeś. Przyjdę wieczorem” – a potem zwracając się do przybyłych – „Nie męczcie go za bardzo. Musi wypocząć”

Dosyć szybko znalazła Komisariat Policji. Usłyszała tam to, czego się spodziewała.

„Tak. Mamy wrak samochodu na parkingu. Tak. Mamy w depozycie znalezioną w samochodzie kurtkę poszkodowanego i znaleziony w niej portfelik z dokumentami osobistymi, kartami bankowymi oraz gotówką w wysokości trzystu osiemdziesięciu trzech koron. W kurtce znaleźliśmy też klucze, chyba od mieszkania. Mamy też teczkę z rysunkami i inną dokumentację techniczną. Nie, nic więcej nie mamy. Telefonu też nie. Możliwe, że leży gdzieś we wraku… Nie. Nie możemy pani udostępnić jego rzeczy. Tylko najbliżsi mogą je odebrać”

Długo przekonywała policyjnych urzędników, że Adam Wojnarowski jest samotny i że jedyną bliską mu osobą jest ona i że upoważnił ją do odebrania jego rzeczy pozostawionych w samochodzie. Po godzinie bez skutecznych przekonywań do swoich racji, zaproponowała, aby zadzwonić do szpitala i uzyskać od niego potwierdzenie jej słów.

W końcu dopięła swego. Po rozmowie policjanta, za pośrednictwem pielęgniarek, z Adamem, wydano jej z depozytu jego rzeczy. Pozwolono również zajrzeć do samochodu. Pojechała na odległy parking policyjny. Miała ze sobą policyjne zezwolenie na przeszukanie samochodu.

Bardzo szybko znalazła kopertę ze zdjęciami i telefon. Już miała wyjść z wraku, gdy jej wzrok zatrzymał się na leżących na podłodze kawałkach przedniej szyby. Jeden z nich, taki nieco większy zainteresował ją bardziej. Coś pod nim leżało. Uniosła go ostrożnie. To coś, to lusterko wsteczne przyklejone do tego kawałka szyby. Ale to nie lusterko ją zaciekawiło, tylko to co było na nim nawinięte. Był to srebrny łańcuszek ze srebrną Gwiazdą Dawida. Odwinęła go ostrożnie z lusterka. Po załatwieniu formalności w portierni parkingu, odjechała w kierunku szpitala.

Adam był sam w pokoju. Koledzy z pracy już odjechali. Pacjent, z którym dzielił pokój został zabrany gdzie indziej. Narzekał na jego nocne krzyki.

Siedział oparty o tył łóżka i zabierał się za zjedzenie właśnie przyniesionego posiłku. Odstawił talerz na szafce, gdy weszła do pokoju

„Nie chce mi się jeść”

Ignorując toco powiedział, usiadła na przy nim na brzegu łóżka

„Dlaczego nie powiedziałeś mi, aby to też szukać?”

„Co?”

Pochyliła się nad nim i rozpięła pod szyją bluzkę, ukazując wiszącą Gwiazdę Dawida

„Dostałem to od Miriam…”

„Domyślam się” – przerwała mu

„Dostałem to jeszcze przed ślubem. Na zaręczyny. Niestety, nie stać mnie było na pierścionek. Nie miałem co jej dać, byłem wtedy biednym studentem. Dałem jej medalik z Matką Boską, który dostałem od rodziców w dniu Pierwszej Komunii Świętej…”

„Dlaczego nie chciałeś abym to szukała?” – zapytała ponownie

„Chciałem sam to odnaleźć po wyjściu ze szpitala i podarować ci…”

„Jestem wzruszona…Nigdy się z tym nie rozstanę”

Ujęła jego twarz dłońmi i pochylając się pocałowała go gorąco. Gdy cofnęła głowę, zauważył na jej szyi, tuż pod rozpiętą bluzką, coś co go zaintrygowało

„Co ty masz na szyi?”

„Jak to, co? Twój wisiorek”

„Nie. Nie o to chodzi. Tu, zaraz pod bluzką… znamię”

„Znamię?… mam to od urodzenia”

„Miriam miała takie samo. Dokładnie w tym samym miejscu”

„Dziwi cię to? Przecież jestem twoją Miriam”

„Nie żartuj, proszę”

„Nie żartuję”

„Miriam miała jeszcze dwa znamiona. Aż się boję o tym mówić”

„Nie bój się. Mów”

„Pod lewą piersią masz pieprzyk… A tuż nad prawym pośladkiem, jasnobrązowe znamię przypominające motyla”

„Skąd o tym wiesz?” – zapytała zaskoczona – „Nie widziałeś mnie nagą”

„Przecież jesteś moją Miriam. Znam dokładnie twoje ciało”

Milczeli chwilę. Oboje wyglądali na zdenerwowanych.

„Twoje podobieństwo do Miriam może być przypadkiem. Nieprawdopodobnym, ale jednak przypadkiem. Słyszałem, że to się zdarza. Ale te znamiona, w tym samym miejscu… Nic nie rozumiem”

„Adam, boję się. Boję się o ciebie”

„O mnie?… Dlaczego o mnie?”

„Boję się, że ciebie znowu stracę… Nie przerywaj mi!” – uprzedziła go. Chciał coś powiedzieć – „Mówiłam ci, że mi kogoś przypominasz. Nie wiedziałam kogo. Ta twarz powracała czasami w moich snach. W jakiś sposób tęskniłam do tego człowieka, który mi się śnił. Ta tęsknota była zawsze najsilniejsza zaraz po przebudzeniu. Nigdy nie mogłam sobie uzmysłowić kim on jest. Teraz nie mam wątpliwości. To ty mi się zawsze śniłeś. W moich snach byłeś młodszy. Miałeś chyba tyle lat co na zdjęciach ze mną… To znaczy z Miriam”

„Mari, obawiam się…”

„Jestem Miriam”

„Miriam, obawiam się, że moje zwierzenia bardzo wpłynęły na twoją psychikę…To zaszło za daleko. Mam wyrzuty sumienia. Musimy przestać się widywać. Po wyjściu ze szpitala, zwolnię się z Firmy. Mogę przejść na emeryturę. Mam prawo do niej w Izraelu. W Polsce też”

„Nie, kochany. Nie pozbędziesz się mnie. Nie opuszczę cię drugi raz”

Przerwała im pielęgniarka, przypominając, że zbliża się dwudziesta i czas wizyt się skończył. Mari dowiedziała się, że może przyjść jutro po obchodzie, najlepiej nie wcześniej, jak około jedenastej. Żegnając się z Adamem oddała mu telefon. Sprawdzili. Działał

„Resztę twoich rzeczy mam w aucie…Pozwól mi zatrzymać wisiorek”

„Jest twój. Zwracam ci go. Jesteś wolna. Wracaj do domu…”

„Ranisz mnie. Mie mów tak. Jadę do hotelu. Przyjadę jutro o w pół do jedenastej”

Piątek, 22-02-2008

Przyszła około jedenastej. Miała świeże owoce. Protestował. Nie zdążył zjeść tych wczorajszych. Była czymś zasmucona. Usiadła przy nim na łóżku. Pocałowała na przywitanie

„Chciałam zostać przy tobie cały następny tydzień, ale nie mogę. Szef telefonował od rana. Stanowczo zażądał abym w poniedziałek była w pracy. Jeśli nie przyjdę, grozi konsekwencjami…”

„Jedź do domu. Naprawdę, tak będzie lepiej”

„Pojadę w niedziele wieczorem… Mów teraz, co powiedzieli lekarze”

„Jest lepiej niż myśleli. Noga nie jest złamana, tylko piszczel pęknięta, czy coś takiego. W każdym razie zmienią gips na jakąś szynę. Czoło i ręka też nie potrzebują bandaży. Wystarczą plastry. Po niedzieli wypiszą mnie ze szpitala”

„Cieszę się, że nie jest źle”

„No, widzisz. Możesz spokojnie jechać do domu i odpocząć ode mnie”

„Wyjadę w niedzielę, tak jak mówiłam”

Chwilę gładziła go po twarzy. On całował jej dłonie, które powoli zsunęły się pod rozchyloną na piersiach piżamę. Zatrzymała je na bliznach

„Mów, jak to było, gdy cię postrzelono”

„Latem 81 go wpadliśmy na trop Mohammada Oudeha, lepiej znanego jako Abu Daud. To on był mózgiem zamachu w Monachium. Okazało się, że od pewnego czasu znajduje się w Warszawie. Komunistyczne władze Polski chroniły go. Robiły z nim i z organizacją Czarny Wrzesień interesy. Sprzedawali im broń. Szkolili terrorystów. Dowiedzieliśmy się, że gdy przyjeżdżał do Warszawy to zawsze zatrzymywał się w hotelu Victoria. W tym czasie był to drogi hotel, dostępny tylko dla zachodnich gości.

Przyjechaliśmy z Miriam do tego hotelu pod koniec lipca. Miriam była zamożną turystką z Mediolanu, a ja jej angielskim chłopakiem z Londynu. Nasi ludzie w Warszawie wszystko przyszykowali, broń, drogę odwrotu, osłonę na wypadek konfrontacji ze służbami bezpieczeństwa i takie tam” – przerwał. Chwilę się zastanawiał – „Nie wiem czy dobrze robię opowiadając ci o tym…”

„Mów. Nie przerywaj”

„On miał taki zwyczaj, że zawsze w soboty bawił się do późna, najczęściej w hotelowej kawiarni na pierwszym piętrze. Potem w niedziele, około południa, odświeżał się w hotelowym basenie. Zwykle o tej porze był tam sam. Tam mieliśmy go dopaść. Niestety ktoś nas uprzedził. W sobotę wieczorem, pierwszego sierpnia, w kawiarni ktoś wpakował w niego pięć kul… Partacz jakiś. On nawet nie stracił przytomności. Sam zszedł do hotelowego lobby tam dopiero opadł z sił. Krwawiąc, czekał na karetkę pogotowia. Oczywiście zaraz zaroiło się od mundurowych i tajniaków.

Abu Dauda zabrano do szpitala akademickiego. Tam go operowano i jak tylko się zorientowano kto to jest, to zaraz przewieziono go do szpitala Ministerstwa Spraw Wewnętrznych.

Był tam dokładnie pilnowany przez polskie służby i przez uzbrojonych bojowników palestyńskich, którzy właśnie byli na szkoleniu w Polsce. Nasze plany się zmieniły. Mieliśmy go zlikwidować w szpitalu. Niestety nie mieliśmy dojścia do niego. Otrzymaliśmy rozkaz czekania na dogodną chwilę.

Po dwóch tygodniach przejęła go Stasi z Niemiec Wschodnich. To oni w tym czasie, w bloku komunistycznym odpowiedzialni byli za Arabów. Ewakuowano go do szpitala we Wschodnim Berlinie”

Znowu przerwał, zastanawiając się co pominąć w swoich zwierzeniach. Te wspomnienia były dla niego bardzo bolesne. Niechętnie jej opowiadał, ale wiedział w jakiś sposób, że jest to konieczne. Chciał je zakończyć jak najszybciej

„Mów dalej” – ponagliła go

„Widzisz, wtedy nasi popełnili szkolny błąd. W pośpiechu wysłali nas do Berlina. Powinni tam jechać inni ludzie. To było podanie nas na tacy komunistycznym służbom bezpieczeństwa. Wiadomo było, że wszyscy, którzy przebywali w czasie zamachu w Victorii byli obserwowani. A ci którzy wyjechali z tego hotelu do Berlina dzień po przewiezieniu go tam, byli podejrzanymi numer jeden. Czekano na nas.

Przez kilka dni z pomocą naszych agentów w Berlinie opracowaliśmy plan zamachu, drogę naszej ucieczki do Berlina Zachodniego i inne szczegóły”

Czy agenci wschodnioniemieccy nie zauważyli z kim się kontaktujecie?”

„Nie. Sposoby kontaktowania się mieliśmy bardzo dobrze opracowane i sprawdzone. Nie chcę się teraz wdawać w szczegóły, ale wiem, że nic o tych kontaktach nie wiedzieli”

„Mówisz, że wiesz. Skąd taka pewność?”

„Dzisiaj wiem. Po osiemdziesiątym dziewiątym były dostępne ich archiwa”

„Co było dalej?”

„Pamiętam, to był piątek. Chcieli nas zatrzymać, gdy zbliżaliśmy się do szpitala. Wywiązała się strzelanina. Udało nam się wycofać na sąsiednią ulicę. Tam jeden z naszych agentów który nas osłaniał, czekał w samochodzie. Strzelali do nas, ale udało nam się odjechać. W pobliży budynku, w którym w piwnicach był tunel prowadzący za mur, też czekali na nas. Zostałem lekko ranny w lewe ramię. Kierowcę zabili.

Ostrzeliwując się wpadliśmy do bramy budynku. Mieliśmy kilka kroków do piwnicy. Czekali tam przewodnicy, którzy mieli nas zabrać do tunelu. Wtedy padła długa seria… Miriam biegła przede mną. Widziałem, jak dostała w plecy. Odwróciłem się. Dostałem w piersi.”

Znowu przerwał. Tym razem go nie ponaglała. Nalała wody mineralnej do szklanki. Napił się łyk. Odetchnął głęboko

„Ocknąłem się ze strasznym bólem. Byłem wleczony przez jednego człowieka przez ciemny niski tunel, oświetlany latarką. Nie wiem, ile to trwało. Myślałem, że to się nigdy nie skończy. W końcu znaleźliśmy się w dużym jasnym pomieszczeniu. Wtedy usłyszałem huk wysadzonego tunelu. Potem zauważyłem, że zamykają duży czarny worek, taki w jaki zabiera się zwłoki. Jeden z nich powiedział do mnie „Ona nie żyje”. Reszty nie pamiętam… Kilka dni później w zachodnioberlińskim szpitalu otrzymałem akt jej zgonu. Zmarła… Poległa w swoje dwudzieste siódme urodziny, dwudziestego ósmego sierpnia 1981 go roku…”

„Kiedy!” – krzyknęła

„Dwudziestego ósmego sierpnia 1981 go” – powtórzył zdziwiony

„Boże! Urodziłam się tego dnia wieczorem!” – rozpłakała się cicho – „Nie chcę umierać drugi raz”

„O czym ty mówisz, Miriam?!”

„Przecież za kilka miesięcy będą moje dwudzieste siódme urodziny!… Już raz umarłam w dwudzieste siódme urodziny!” – rozpłakała się histerycznie

„O czym ty mówisz?!… Opanuj się!… To wszystko jest jakimś niesamowitym przypadkiem. Nic więcej!”

„To nie przypadek! Jestem jak ona. To samo ciało. Myślę jak ona!…Kocham tego samego mężczyznę!… To nie przypadek!”

Położyła głowę na jego piersiach. Potrząsnął nią. Spojrzała mu w oczy. Zobaczył w jej oczach przerażenie.

„To moja wina Mari, nie powinienem…”

„Jestem Miriam!” – przerwała mu

„Jesteś Mari… Miriam nie żyje od dwudziestu siedmiu lat…”

Gdy to powiedział spojrzała na niego, nagle uspokojona i dobitnie, wyraźnie i spokojnie powiedziała

„Jestem Miriam. Nie zmienisz tego… Urodziłam się w dniu, w którym mnie zabito”

„Ją zabito w Berlinie, a ty… Gdzie się urodziłaś? Chyba nie w Berlinie?”

„W Hudiksvall. Co to ma do rzeczy?”

„Przecież to dobrze ponad tysiąc kilometrów od Berlina”

„No i co z tego”

Ponownie położyła głowę na jego piersi. Była wyraźnie uspokojona. Trwali tak kilka minut bez ruchu i bez słowa. On, półsiedzący na łóżku, oparty plecami o poduszki. Ona siedząca obok z głową na jego piersi

„Jestem twoją Miriam, która opuściła cię przed laty…”

„Boże drogi! Wybacz… Zgłupiała dziewczyna od tych moich zwierzeń” – westchnął głośno po polsku.

Usiadła nagle wyprostowana. Spojrzała gniewnie na niego

„Nie mów tak o mnie! Nie zgłupiałam. Kocham cię. Nie opuszczę cię aż do śmierci. Umrzemy razem w dniu moich najbliższych urodzin” – odpowiedziała po szwedzku.

Tym razem on był przestraszony. Z trudem przyszło mu nie pokazać tego. Zapytał spokojnie

„Skąd wiesz, co powiedziałem?”

„Nie wiem skąd. Ale wiem, że tak powiedziałeś”

Odsunął ją na wyciągnięcie rąk

„Słuchaj, Mari… Dobrze. Słuchaj, Miriam” – poprawił się, gdy zauważył, że chciała zaprotestować – „Musimy przerwać naszą rozmowę. Oboje jesteśmy bardzo nią zmęczeni. To zaszło za daleko. Rozstańmy się dzisiaj…”

„Nie rozstaniemy się już nigdy” – przerwała mu

„Dobrze. Rozstańmy się na dzisiaj. Inaczej oboje zwariujemy. Muszę odpocząć. Przyjdź jutro”

Chwilę zastanawiała się

„Dobrze, kochany. Zobaczymy się jutro”

Pochyliła się nad nim i gorąco pocałowała na pożegnanie.

W sobotę nie przyszła. Z początku ucieszyło go to. Jednak, dobrze po południu, zaczął się niepokoić. Nie chciał dopuścić do siebie myśli, że mu jej brakuje.

„Nonsens. Po co mi ona. Prawdziwa Miriam już nie wróci.”

Długo się bronił przed chęcią zatelefonowania do niej. W końcu wyjął z szuflady szafki telefon, odszukał numer i czekał niecierpliwie na połączenie

„Słucham, kochanie…”

„Dlaczego nie przyszłaś?”

„Jestem bardzo zajęta. Nie przeszkadzaj mi. Jutro się zobaczymy”

Przerwała połączenie. Próbował zadzwonić ponownie. Nie odbierała. W końcu chyba wyłączyła telefon. Czuł się bezsilny. Ponawiał próbę dodzwonienia się do niej aż do późnych godzin wieczornych. W końcu wyczerpała się bateria. Nie miał ładowarki. Wyprosił u pielęgniarki, aby zorientowała się czy ktoś z pacjentów w sąsiednich salach może pożyczyć ładowarkę do iPhone. Dopiero po jedenastej wieczorem miał możliwość podładować telefon.

Prawie całą noc nie mógł zasnąć. Nad ranem, z pewnymi oporami, przyznał sam przed sobą, że nie może bez niej żyć. Dopiero wtedy usnął.

Niedziela, 24-02-2008

Obudzono go na śniadanie. Powiedział, że nie ma na nie ochoty i że chce spać. Już od piątku rano był sam w pokoju. Pacjent, z którym z początku dzielił ten pokój został zabrany gdzie indziej. Po pierwszej nocy z Adamem w jednym pokoju, narzekał na jego nocne krzyki. Adam był z tego zadowolony. Cieszył się, że gdy w końcu jego Miriam przyjdzie, będą mogli być sami, tak jak ostatnio.

Przypomniał sobie o telefonie. Zadzwonił do niej. Odebrała od razu

„Będę u ciebie, kochany, po jedenastej”

Powiedziała od razu, bez słowa przywitania. Przestraszył się, że przerwie rozmowę, więc krzyknął tylko do niej

„Kocham cię”

„Wiem o tym”

Spał, gdy weszła do pokoju. Obudziła go pocałunkiem na przywitanie

„Dlaczego nie przyszłaś wczoraj?”

„Musiałam w spokoju przemyśleć kilka spraw, podjąć ważne życiowe decyzje…”

„Zaczynam się niepokoić” – przerwał jej

„Poza tym dożo czasu spędziłam wertując Internet w poszukiwaniu wiadomości o tobie i Miriam”

„No i co znalazłaś?”

„Tylko tyle że na cmentarzu wojskowym w Safed jest pochowana Miriam Wojnarowski, poległa w 1981 szym. Czytałam też dużo o zamachu w Monachium, o Polsce i o twoim mieście”

„Po co to wszystko?”

„Zaraz się dowiesz. Podjęłam ważne decyzje życiowe. Nieodwracalne. Zadzwoniłam do rodziców w Hudiksvall. Powiedziałam im, że wychodzę za mąż za sześćdziesięcioletniego faceta. Zrobiła się straszna awantura. Chcieli mi wybić ciebie z głowy…”

„Mieli racje”

„Jestem dorosła i wiem co robię… Zerwałam z nimi…”

Czekała na jego reakcję, a on nie wiedział co powiedzieć. Od tej chwili w nocy, kiedy sobie uświadomił, że nie może bez niej żyć, wiedział, że ją kocha. Jednocześnie bił się z myślą, że decydując się na związek z nią, czyni jej krzywdę

„Boję się o ciebie, Miriam. Związek ze mną nie ma dla ciebie przyszłości…”

„Nie mów tak. To życie bez ciebie, nie ma dla mnie przyszłości”

„Przecież nie znasz mnie. Zaczęliśmy ze sobą rozmawiać sześć dni temu, przy tych zdjęciach, w poniedziałek…”

„Znam cię od dawna. Od bardzo dawna. Teraz powróciłam do ciebie… Słuchaj!” – zmieniła nagle temat – „Taka rozmowa nie ma sensu. Podjęłam, dotyczącą nas, nieodwracalną decyzję. Nie broń się przed nią”

„Nie bronię się. Po prostu boję się o ciebie”

„Wprowadzam się do ciebie”

„Przecież nawet nie wiesz, gdzie mieszkam…”

„Zaraz mi to powiesz”

I tak się stało. Już nie protestował. Spodobało mu się to. Przypomniał sobie jak poznał tą pierwszą Miriam. To ona o wszystkim w ich życiu decydowała. O tym pierwszym razie, gdy się poznali na prywatce u kogoś ze znajomych. Miała szesnaście lat. On był o siedem lat starszy. To ona zadecydowała o wyjeździe do Izraela i związanej z tym konieczności pobrania się. On się dostosował. Ona zadecydowała, że ich przyszłość w Izraelu ma sens tylko w Armii. On się z tym zgodził.

Teraz, tu, w szpitalu, gdy tak stanowczo oznajmiła mu o swoich decyzjach dotyczących ich przyszłości, poczuł się jak wtedy. Dał jej adres do swojego mieszkania w Trosa

„Musisz wiedzieć, że z Trosy do Firmy w Studsvik będziesz miała czterdzieści kilometrów…”

„Mieszkam u koleżanki w Nyköping. Stamtąd jest trzydzieści kilometrów do Firmy, tak, że będę miała niewiele więcej, ale będziemy razem. Jak się ci się noga wyleczy będziemy jeździć do pracy razem. Twoje auto nadaje się do kasacji”

Ucieszyła się, że nie potestował za bardzo i na wszystko się zgodził. Stwierdziła, że nie jest z nim tak źle jak myślała.

„Widzę, że dobrze się czujesz i że mogę cię zostawić samego, tu w szpitalu. Pojadę teraz do domu. chcę się wprowadzić do ciebie jeszcze dzisiaj. Jutro z pewnością będziesz wiedział, kiedy cię wypiszą. Zadzwoń, to przyjadę po ciebie…”

„Mieszkanie jest małe. Tylko dwa pokoje z kuchnią. Będzie nam ciasno”

„Nie szkodzi. Wystarczy nam”

Znowu poczuł się jak dawniej. Lubił jak Miriam przejmowała inicjatywę w podejmowaniu ważnych decyzji dotyczących ich życia.

„Dobrze. Jedź już. Tylko nie przestrasz się bałaganu” – odpowiedział z udawaną rezygnacją.

Wtorek, 26-02-2008

Zadzwonił do niej około jedenastej

„Przyjedź, kochanie po mnie dzisiaj po południu. Weź ze sobą moje spodnie, jakąś koszulę i kurtkę. To co miałem na sobie, jest częściowo zniszczone. Spodnie znajdziesz w garderobie po…”

„Wiem, gdzie znaleźć twoje rzeczy. Poza tym mam już wszystko przyszykowane w samochodzie. Zaraz zwolnię się u Szefa i ruszam w drogę” – przerwała mu

„Jedź ostrożnie…”

Podróż odbyła się bardzo sprawnie. Adam miał już zdjęty gips. Założono mu na nogę sztywną, plastykową ortezę. Mógł poruszać się z pomocą kul.

W domu byli około dwudziestej drugiej. Nie poznał mieszkania. Wszystko było wysprzątane. Meble częściowo przestawione. Jeszcze w samochodzie umówili się, że Mari będzie spała w dużym pokoju, na rozkładanej kanapie, aby nie przeszkadzały jej jego nocne krzyki. Po późnym posiłku, pierwszy wszedł do łazienki wziąć prysznic. Wyszedł po dziesięciu minutach w szlafroku. Usiadł w fotelu, zdjął z nogi ortezę i wytarł dokładnie ręcznikiem po czym starannie założył otrezę z powrotem. Podczas gdy Mari była w łazience poszedł do sypialni. Gnębił go jeden malutki problem. Od dawna przyzwyczajony był do spania nago. Krępował się tego teraz. W domu nie miał żadnej piżamy. Wyciągnął z szafy spodenki gimnastyczne i w nich położył się do łóżka.

Był zmęczony. Zasnął bardzo szybko. Obudził się, gdy wślizgnęła się pod kołdrę. Była naga. Chciał coś powiedzieć. Uprzedziła go

„Nie mów nic. Przytul się do mnie”

Posłusznie zrobił to o co go poprosiła

„Będzie ci zimno, kochanie” – zauważył

„Zawsze śpię naga”

„Myśmy też spali nago…”

„To po diabła masz gatki na sobie?! Ściągnij je natychmiast!”

Posłusznie zrobił to o co go poprosiła, z tym, że zaczepiły mu się o ortezę. Szarpał się z nimi przez chwilę nieudolnie

„Leż spokojnie. Pomogę ci” – powiedziała i pomogła mu się ich pozbyć.

Po tym, gdy już pomogła mu pozbyć się spodenek, ten zwrot „Leż spokojnie. Pomogę ci” powtórzyła tej nocy, chyba ze trzy razy.

Obudzili się dobrze po ósmej. Pierwsze co od niej usłyszał to

„Wiesz, że nie krzyczałeś w nocy. Chyba udało mi się ciebie z tego wyleczyć”

„Wymęczyłaś mnie. Nie miałem siły krzyczeć”

Mari nie pojechała do pracy. On nie musiał. Miał zwolnienie lekarskie. W południe, po późnym śniadaniu, zadzwoniła do Szefa usprawiedliwić nieobecność. Obiecała przyjechać następnego dnia. Resztę dnia spędzili w szlafrokach. Pokazał jej resztę posiadanych fotografii. Nie było tego dużo. Niemal na wszystkich była Miriam. Opisał jej szczegółowo każde zdjęcie.

Pod wieczór usiedli przed telewizorem. Nic ich jednak nie zainteresowało. Położyli się dosyć wcześnie. Leżąc w łóżku ustalili, że ponieważ Adam czuje się dobrze i może się poruszać, to jutro pojadą oboje do firmy. To był jego pomysł. Chciał zapobiec spodziewanym plotkom o ich niespodziewanym związku. Postanowili nie ukrywać go.

Czwartek, 28-02-2008

Przywitali go serdecznie. Nie spodziewali się, że tak szybko go zobaczą. Mari nie spotkała się z taką serdecznością. Już wcześniej, zaraz po jej przyjeździe ze szpitala od niego, dziwnie na nią patrzono. Wszystko było niby poprawne, ale panowie już nie siadali przy niej na przerwie. Szef wykorzystał to, i to on próbował zabawiać ją przy kawie.

Jak można było się tego spodziewać, stosunek Joanny do Mari przez te kilka dni bardzo się ochłodził. Stał się niemal wrogi. Pozostałe panie, które nigdy nie czuły jakiejś sympatii do Joanny, zaczęły teraz dosyć przesadnie, w zawoalowany sposób użalać się nad nią. Doprowadzało ją to do szału, który z trudem ukrywała i jeszcze bardziej nienawidziła Mari.

Teraz, gdy tylko się przywitali ze wszystkimi, Adam oznajmił

„Chcieliśmy was poinformować, że ja i Miriam jesteśmy parą…”

„Miriam?” – zapytał ktoś

„Tak. Proszę abyście się tak do mnie zwracali. Wystąpiłam już o zmianę imienia do Skatteverket, Urzędu Skarbowego. Potrwa do jeszcze jakiś czas zanim zostanie to oficjalnie potwierdzone, ale już jestem dla wszystkich Miriam”

To, że są parą, w zasadzie ich nie zaskoczyło. Już od momentu, gdy Mari wybuchła płaczem, na wiadomość o wypadku Adama i fakt, że zajęła się nim w szpitalu, spowodował dużo spekulacji na ich temat, ale zmiana imienia, to coś całkiem nowego i nie zrozumiałego.

„Wkrótce się pobierzemy. Jesteśmy bardzo szczęśliwi. W przerwie na kawę zapraszamy na tort” – dodał Adam.

Przez chwilę trwała cisza. Wykorzystał to Szef

„Moje gratulacje. Cieszę się bardzo, że jesteście szczęśliwi” – powiedział to z miną, która wyrażała wszystko tylko nie radość – „Pozwól ze mną do pokoju. Cała masa spraw czeka na ciebie” – powiedział do Adama.

Podczas, gdy Adam z Szefem zniknął za drzwiami pokoju Szefa, Miriam otoczyła grupka osób w śród których była Joanna. Widać było na jej twarzy coś w rodzaju ulgi. To ona pierwsza, w serdeczny sposób zadała pytanie

„Powiedz nam, Miriam, dlaczego zmieniłaś imię?”

Nie chciała im wyjaśniać, że od dawna jest Miriam. Zdawała sobie sprawę, że nikt jej nie uwierzy, gdyby chciała powiedzieć jak do tego doszło, dlatego mówiła coś o tym, że to taka próżność z jej strony, że po prostu to imię od pewnego czasu bardzo jej się podoba. Przerwał im Szef, który właśnie wyszedł z Adamem z pokoju. Przypomniał, że gonią ich terminy. Wszyscy wrócili do swoich zajęć.

Po dwóch tygodniach Adamowi skończyło się zwolnienie lekarskie. Wrócił do pracy. W domu wspaniale im się ze sobą żyło. Tygodnie mijały im bardzo szybko. Miriam nie poruszała tego co ją gnębiło, to o czym była przekonana, że ją spotka. O czekającą ją śmierć w dniu jej nadchodzących urodzin. W zasadzie pogodziła się z tym i nie poruszała tego tematu, aby nie umartwiać Adama.

Piątek, 23-05-2008

Tego dnia przy kawie, Szef przypomniał, że do końca miesiąca mają czas, aby poinformować go, kiedy chce się wziąć urlop. Większość pracowników już go o tym poinformowała. Wśród tych czworga co jeszcze tego nie zrobili byli Adam i Miriam.

„W poniedziałek ci powiemy…” – odparła Miriam.

Pytanie ich trochę zaskoczyło. Nie rozmawiali między sobą o urlopie. Już w samochodzie, w drodze do domu Adam zapytał

„Co my właściwie chcemy robić w wakacje? Gdzie chciałabyś pojechać?”

„Do Izraela… Do Safed… Na mój grób”

„Przestań, Miriam!”

Nie zareagowała na to co powiedział. Po chwili odpowiedziała spokojnie

„Bierzemy urlop w połowie sierpnia. Szef się ucieszy, że możemy pracować w lipcu, kiedy niemal wszyscy są na urlopach” – spojrzała na niego uśmiechnięta – „Pojedziemy do Izraela”

Właśnie dojechali do domu. Weszli do środka bez słowa. Adam był zrezygnowany. Wiedział, że każdy protest z jego strony nie ma sensu. Poza tym doszedł do wniosku ze to właściwie nie jest głupi pomysł

„Masz paszport?”

„Tak. Mam wszystko załatwione. Rozmawiałam z Ambasadą Izraela. Obiecali mi przysłać Border Control Entry Permit, kartę wjazdu.”

„Rozumiem, że o wszystkim pomyślałaś”

„Jak zawsze, kochanie. Przecież wiesz o tym dobrze”

„OK! W takim razie spędzimy urlop tak jak chcesz. Będę twoim przewodnikiem. Pokażę ci ten piękny kraj…”

„Znam go równie dobrze jak ty. Cieszę się, że tam wrócimy, choćby tylko na urlop”

„Miriam, kochanie, proszę cię, nie mów tak. Nigdy tam nie byłaś”

„Nie byłam, ale mogę ci dokładnie opisać każde miejsce, w którym byliśmy… No, dobrze! W którym byłeś z Miriam” – poprawiła się, widząc, że chce zaprotestować – „Pamiętasz, jak byliście na przepustce, zimą 1975 go. Zwiedzaliście ruiny zamku Krzyżowców górującego nad Safed. Było wtedy dużo śniegu. Poślizgnąłeś się na zaśnieżonych schodach i skręciłeś lewą stopę…”

„Miriam, przerażasz mnie. Skąd to wiesz? Nigdy ci o tym nie mówiłem”

„Wiem wszystko o tobie. Nie wiem skąd. Po prostu wiem”

Zauważył, że zaczyna drżeć. Była zdenerwowana, a raczej wystraszona. Przytulił ją mocno do siebie

„Nie mówmy już o tym, bo zwariujemy” – powiedział

„Jeszcze dwie sprawy… weźmy ślub przed wyjazdem”

„Też o tym myślałem… A ta druga sprawa?”

„Jestem w ciąży”

Niedziela, 6-07-2008

Obudziła go około drugiej po południu.

„Wstawaj. Nie można tak długo się wylegiwać. Spójrz w okno. Zobacz jak piękna pogoda. Zdążyłam już zrobić długi spacer nad rzeką”

„Jak mi głowa pęka! Gdzie jestem?” – zapytał nie mogąc sobie przypomnieć, dlaczego leży w obcym łóżku

„Nie pamiętasz, gdzie jesteś?… W hotelu Kompaniet, w Nyköping. Wczoraj był nasz ślub i przyjęcie, tu na dole”

„A! Tak! Tak. Pamiętam… Chyba za dużo wypiłem… Jak mi głowa pęka!”

„Szef też dużo wypił. Chyba więcej od ciebie. To był głupi pomysł, aby połączyć ich i nasz ślub razem i zrobić wspólne przyjęcie. Było za dużo alkoholu”

Chcieli wziąć skromny ślub cywilny. Zrobić niewielkie przyjęcie dla świadków i kilkorga osób, ale nic z tych planów nie wyszło. W połowie czerwca Adam zwrócił się do Szefa z pytaniem czy nie zachciałby być świadkiem na ich ślubie. Okazało się, że Szef i Joanna też pobierają się i to do tego w tym samym mniej więcej czasie. Szybko doszli do porozumienia, że pobiorą się tego samego dnia w Urzędzie Miejskim w Nyköping.

Pomysł spodobał się zarówno Joannie jak i Miriam. Nie było trudności z formalnościami. Wyznaczono datę na sobotę piątego lipca 2008 go.

Potem dyskutowali trochę nad przyjęciem dla gości. Adam i Miriam obstawali za czymś skromnym, natomiast Szef, wyraźnie pod naciskiem Joanny, przekonywał do wystawnego przyjęcia.

Zarezerwowali restaurację w hotelu Kompaniet. Adam zamówił tam pokój na czas od soboty do poniedziałku. Przewidywali, że będą zbyt zmęczeni, aby wracać kilkadziesiąt kilometrów do domu, nawet taksówką.

Zaprosili wszystkich pracowników Firmy oraz współwłaścicieli. Ze strony Adama i Miriam nie było nikogo z rodziny. Szef, ze swojej rodziny zaprosił tylko brata z żoną. Natomiast Joanna, zaprosiła kilkanaście par krewnych i równie dużo przyjaciółek. Bardzo zależało jej na pokazaniu jak dobrze wychodzi za mąż.

Panowie uzgodnili podział kosztów i wszystko odbyło się bardzo elegancko i sprawnie. Jeszcze w trakcie dogadywania szczegółów Joanna i Miriam zbliżyły się do siebie. Gdy dowiedziały się, że obie są w ciąży, zostały serdecznymi przyjaciółkami.

Na przyjęciu, ze zrozumiałych względów, tylko one były trzeźwe. Już po kilku godzinach przejęły w swoje ręce sprawy „organizacyjne”. To one zamawiały taksówki dla gości, którzy musieli jechać do domów i to one zamawiały pokoje w hotelu dla tych którzy do domu nie byli w stanie się zabrać. A potem, zwyczajem znanym, nie tylko w Szwecji, pilnowały, aby ich nowo poślubieni małżonkowie nie wypili za dużo alkoholu. Wychodziło im to pilnowanie, dokładnie z takim samym skutkiem, jaki zwykle jest na imprezach tego rodzaju. Nie tylko w Szwecji

Czwartek, 10-07-2008

Zaraz po ich ślubach Firmę spotkała przykra niespodzianka. Zleceniodawca tego dużego zamówienia, które miało im zapewnić pracę na najbliższe dwa lata zbankrutował. Nie dostali zapłaty za pracę zrobioną do tej pory i co gorsza klienci, którym odmawiali przyjęcia zleceń z powodu tego zamówienia nie kwapili się z powrotem do ich firmy.

Szef wspominał coś o możliwości zwolnień. Na razie proponował płatne urlopy. Adam i Miriam wzięli kilka dni wolnego. Odpoczywali w domu po ślubie. W czwartek, kiedy Adamowi w końcu ustąpił ból głowy, pojechali do Sztokholmu zrobić zakupy przed wylotem do Israela.

Właściwie, to nie musieli nic kupować poza walizkami. Okazało się, że potrzebują cztery sztuki, a w domu mieli tylko jedną nadającą się na podróż. Kupili je w domu towarowym NK, Nordiska Kompaniet przy Hamngatan w Sztokholmie. Zanieśli je do samochodu. Adam chciał już jechać do domu, ale Miriam przekonała go, że skoro są już w Sztokholmie, to chciałaby się rozejrzeć trochę po innych sklepach.

Po kilku minutach byli na głównym, handlowym deptaku Drottninggatan. O tej porze, wczesnym popołudniem było tam dosyć tłoczno. Większość na ulicy stanowili turyści. Pośrodku ulicy, w wielu miejscach stali jacyś młodzi ludzie z instrumentami i w mniej lub bardziej udany sposób prezentowali swoje umiejętności muzyczno-wokalne. Przy niektórych, gromadziły się spore grupki turystów, skutecznie blokujących ruch pieszych.

W jednym z takich miejsc, Adam, przepuścił przodem Miriam, która właśnie odebrała telefon i zajęta była rozmową. Został kilka kroków z tyłu. Z tej perspektywy zauważył dwóch czarnowłosych młodzieńców podążających za nią.

Ze sposobu w jaki to robili, od razu zorientował się, że starają się do niej zbliżyć od tyłu. Jego wprawne oko od razu rozpoznało z kim ma do czynienia. Znajdował się za nimi w odległości około jednego metra. Gdy wyszli z tłumu, jeden z młodzieńców chwycił Miriam za prawą rękę, a drugi brutalnym ruchem zerwał jej wisiorek z Gwiazdą Dawida.

Adam spodziewał się takiego obrotu wydarzeń i był na to przygotowany. Uderzył delikatnie w plecy tego, co zerwał wisiorek, gdy ten się odwrócił, prawą dłonią chwycił go za gardło, tak, że środkowym palcem uścisnął tętnicę za uchem. Lewą ręką chwycił go za przegub jego prawej dłoni i zgrabnie podkładając nogę, przewrócił na ziemią, robiąc dobrze wyuczony ruch lewą ręką w koło jego nadgarstka.

W chwili upadku napastnik miał złamaną rękę w nadgarstku i wyrwane ramię ze stawu barkowego.

Drugi z nich, po chwilowym zaskoczeniu ruszył bronić kolegi. W momencie, kiedy pochylał się nad leżącymi, Adam, wyrzutem lewej nogi uderzył go w lewą skroń. Po chwili, zaskoczeni przechodnie usłyszeli okrzyk w nie znanym dla siebie języku

„O! Rzesz Kurwa!”

Była to reakcja Adama na ból ponownie uszkodzonego lewego podudzia. Na szczęście jego okrzyk przytłumiony był wrzaskiem skręcającego się z bólu pierwszego napastnika. Drugi leżał nieruchomo na wznak z rozłożonymi ramionami.

Wszystko odbyło się błyskawicznie. Miriam, stała nad nimi ze zdziwieniem w oczach, trzymając się za szyję. Nagle zgromadziło się w koło nich sporo ludzi, trzymających się w bezpiecznej odległości.

Podczas gdy Adam, siedząc na chodniku ostrożnie sprawdzał co z nogą, wrzeszczący napastnik podniósł się i próbował uciec, trzymając lewą ręką prawe ramię przyciśnięte do tułowia. Wtedy drogę zagrodziła mu Miriam. Kopnęła go w krocze. Gdy się ugiął w pół, uderzyła z góry, lewym łokciem w jego prawy, uszkodzony bark. Zamilkł i upadł na twarz. Zgrabnie skoczyła w rozkroku na jego szyję

Dobrze, że włożyłam dzisiaj spodnie” – pomyślała

Ponieważ próbował się wydostać spod niej, chwyciła jego prawe ramię i wykręciła na plecy, czyniąc, więcej szkód w barku.

Niemal natychmiast zjawiła się para strażników miejskich. Od zebranych dowiedzieli się, że ten pan, co się trzyma za nogę, zabił jednego i dotkliwie pobił tego drugiego. Strażnik założył Adamowi kajdanki. Nie protestował. Strażniczka chciała założyć kajdanki Miriam.

„Najpierw załóż jemu, bo ucieknie” – zażądała Miriam W tym momencie nadjechał samochód policyjny, a po chwili drugi, większy. Zabrano do niego kulejącego Adama i protestującą Miriam. Ten napastnik, na którym przed chwilą siedziała, skorzystał z tego, że trzech policjantów pochylało się nad jego, w dalszym ciągu, nie dającym znaków życia koledze i uciekł z miejsca zdarzenia.

Gdy odwożono ich na Komisariat podjechała właśnie karetka pogotowia. Przesłuchiwano ich w osobnych pomieszczeniach, kilka godzin. Około dwudziestej wypuszczono Miriam. Chciała zaczekać na Adama, ale poinformowano ją, że został zatrzymany do decyzji prokuratora i że nie ma sensu, aby na niego czekała.

Próbowała protestować. Nic to nie dało. Wskazano jej tylko jakie ma możliwości odwoływania się lub składania skarg na poczynania policji. Oczywiście wszystkie te czynności, jeśli je podejmie są czasochłonne i dzisiaj nic nimi nie wskóra.

Zrezygnowana wyszła z Komisariatu. Poszła na parking, na którym zostawili samochód. W domu była po dwudziestej drugiej.

Piątek, 11-07-2008

Obudził ją telefon. Spojrzała na zegarek. Czwarta trzydzieści.

„To ja, kochanie. Jestem w drodze do domu. Znajomy mnie odwozi”

„Nic ci nie jest? Co z nogą?”

„Wszystko w porządku. Będę za godzinę”

Próbowała usnąć, ale nic z tego nie wychodziło. Ubrała się i przyszykowała śniadanie. Potem usiadła w fotelu, tak aby przez oszklone drzwi balkonowe widzieć podjazd pod dom.

Przyjechali wcześniej, bo już po czterdziestu minutach. O tej porze dnia ruch na drodze był jeszcze mały i udało im się przejechać te niecałe osiemdziesiąt kilometrów szybciej niż przypuszczali. Widziała, że Adam rozmawia z kierowcą. Wysiadł po kilku minutach sam, samochód odjechał.

„Pewno namawiał go, aby wszedł na górę” – domyślała się.

Po chwili otworzyła drzwi i przytuliła się do niego. Sięgnął do kieszeni i wyjął z niej wisiorek z zerwanym łańcuszkiem.

„Jestem zmęczony, muszę się przespać. Jutro pogadamy” – uprzedził jej pytania

Szybko wziął prysznic i poszedł do łóżka. Właściwie to mu się nie chciało spać. Chciał w spokoju przeanalizować to co ich spotkało. Zastanowić się co i jak powiedzieć Miriam.

Przymknął oczy i zaczął przypominać sobie wczorajsze przesłuchanie. Oczywiście wezwano lekarza, aby obejrzał jego nogę. Na szczęście nic złego się nie stało. Nadwyrężył sobie ścięgna. Czuje jeszcze ból, ale to przejdzie.

Potem było zwyczajnie, zna dobrze te procedury. Sprawdzenie danych osobowych, następnie opisał własnymi słowami co się zdarzyło. Prowadzący przesłuchanie zadał kilka standardowych pytań kontrolnych i na razie zakończył przesłuchanie. Nie. Nie mogą go wypuścić. Jeden z napastników jest w komie, nie wiadomo czy będzie żył. Drugi w międzyczasie został zatrzymany w szpitalu, do którego się sam zgłosił. Jego ramię jest w bardzo złym stanie. Znaleziono przy nim wisiorek. Adam go rozpoznał. Nie może go otrzymać. Wisiorek będzie dowodem w sprawie. Poinformowano go, że Policja będzie wnosić do prokuratora o przedstawienie jemu, Adamowi, zarzutu przekroczenia obrony koniecznej. Zostaje zatrzymany, na razie do piątku wieczór. Potem prokurator zadecyduje czy zawnioskuje do sądu o tymczasowe aresztowanie, czy może wystarczy jak będzie odpowiadał z wolnej stopy. To na razie tyle. Ma czekać na dalsze przesłuchanie przez prokuratora, który niebawem przyjdzie. Został sam w pokoju przesłuchań.

Po kilku godzinach, około dwudziestej przyniesiono mu posiłek. Właśnie kończył jeść, gdy przyszedł prokurator… Pani prokurator. Nie przywitała się, bardzo arogancka. Zażądała powtórnego złożenia zeznań co do okoliczności napadu na dwóch młodych uchodźców z Palestyny. Na próbę wyjaśnienia, że to oni ich zaatakowali i zrabowali wisiorek z Gwiazdą Dawida, stwierdziła

„Rozumiem, że kierowały panem pobudki rasistowskie”

Adam chciał odpowiedzieć, ale w tym momencie drzwi pokoju przesłuchań się otworzyły i wszedł do niego mężczyzna, który pokazując pani prokurator legitymację oznajmił

„Przejmuję sprawę. Pani może już wyjść…”

„Ale, ja właśnie…”

„Dziękuję pani. Proszę wyjść!” – przerwał jej

„Poskarżę się na pana zachowanie!” – rzekła wychodząc.

Gdy wyszła, podszedł do Adama z wyciągniętą ręką.

„Cześć Adam”

„Cześć Lasse. Myślałem, że przyjdzie Markus”

„Nie ma go wśród żywych…”

„Gdzie go dopadli?”

„Nigdzie. Zmarł na raka pół roku temu… My też kończymy czasem we własnym łóżku”

Zamyślili się obaj przez chwilę

„Jak tylko policja zaczęła szukać informacji o tobie w ich Bazie Danych, to szef polecił mi zająć się tobą… wiesz, jak to działa”

„Wiem. Liczyłem na to, że ktoś od was przyjdzie po mnie. Myślałem, że to będzie stary Markus…”

„No, dobra! Szkoda czasu. Znasz tych dwóch Palestyńczyków?”

„Nie. A ty wiesz kim są?”

„Jakieś gnojki…Obaj są w szpitalu. Rozmawiałem z lekarzami zanim tu przyszedłem”

„Rozumiem, że obaj żyją…”

„Tak. Starzejesz się. Widziałem dokumentację lekarską. Gdybyś mocniej naciskał na aortę szyjną to byś ją zmiażdżył i już by nie żył. Ten drugi dostał precyzyjnie wymierzonego kopa, ale ciut za słabego… Chciałeś ich zabić, Prawda?”

Adam nie odpowiedział. Lasse nie poganiał go. Po chwilowym milczeniu Adam stwierdził

„Dawno nie trenowałem. Masz rację, starzeję się…”

„Ale twoja żona jest dobra. Z zeznań świadków wynika, że zatrzymała zgrabnie tego co uciekał. Ty ją uczyłeś walk Krav maga?”

Nie odpowiedział od razu. Ku swojemu zdziwieniu, wtedy na ulicy, zobaczył jak Miriam prawidłowo postąpiła przy zatrzymaniu tego co uciekał. Przez moment miał przed oczami widok ćwiczącej Miriam, wtedy, w 75 tym i 76 tym w Safed, w bazie Nabratein. Teraz nie miało sensu tłumaczyć skąd Miriam, ta dzisiejsza Miriam zna izraelskie sztuki walk wręcz.

„Tak. Uczyłem ją Krav maga… Rozumiesz, w dzisiejszych czasach dobrze jest, jak kobieta umie się obronić”

„Wszystko dobre, co się dobrze kończy…Wychodzimy”

„Zaraz. Chciałbym, aby oddali mi wisiorek…”

Zanim skończył mówić Lasse wyciągnął z kieszeni wisiorek i podał Adamowi.

„Zapomniałeś, Stary, jak działamy?… Zanim wszedłem do tego pokoju byłem nie tylko w szpitalu. Zdążyłem zapoznać się z tym co dzisiaj tutaj mają na was, no i jak się domyślasz nie ma tu już śladu po tym co się wydarzyło, więc „dowód w sprawie” w postaci wisiorka jest im nie potrzebny… Wstawaj. Wychodzimy”

„Dziękuję ci za to co zrobiłeś. Wyjeżdżamy za kilka tygodni na wakacje i całe te głupie zajście mogłoby nam to skomplikować”

„Nie dziękuj. Nic za darmo. Masz teraz okazję się zrewanżować”

„Oho! Potrzebujecie pomocy emeryta?”

„Czasem tylko emeryci mogą pomóc… Odwiozę cię do domu. O tej porze trudno ci będzie dostać się Trosy. Opowiem ci w samochodzie o co chodzi. O szczegółach dowiesz się w swoim czasie od kogoś innego. My już się nie zobaczymy”

Wychodząc z Komisariatu nie potrzebowali przepustek. Wystarczała legitymacja, którą Lasse pokazał dyżurnemu i zostali bez słowa odprowadzeni do wyjścia. Wsiadając do samochodu Adam spojrzał na zegarek. Dochodziła czwarta trzydzieści.

„Muszę zadzwonić do domu” – powiedział

Wyciągnął telefon. Nacisnął na numer do żony. Chwilę czekał aż odebrała

„To ja, kochanie. Jestem w drodze do domu. Znajomy mnie odwozi”

„—-”

„Wszystko w porządku. Będę za godzinę”

Leżał teraz w łóżku i zastanawiał się co właściwie chce i co może powiedzieć Miriam. Oboje z Lassem doszli do wniosku, że nie da się pewnych spraw przed nią dalej ukrywać. Dostał od niego wolną rękę, jeśli chodzi o to jak ją wtajemniczyć w jego nowe zadanie.

„Mogło być tak pięknie, gdyby nie to cholerne, wczorajsze zdarzenie, przez które sobie o mnie przypomnieli” – pomyślał i zaraz się skarcił – „To nie tak. Nigdy o tobie nie zapomnieli, baranie. Wiesz, jak to działa”

Przymknął oczy i dalej sobie przypominał.

Wtedy, w 81 szym, po dwóch miesiącach w zachodnioberlińskim szpitalu został przewieziony do Izraela. Na początku 82 go, gdy tylko wylizał się z ran został zwolniony ze służby czynnej i przeniesiony do rezerwy.

Postanowił poszukać jakiejś pracy, ale zanim się za to zabrał skontaktował się z nim przedstawiciel Amanu, Wywiadu Wojskowego. Zwerbowano go.

Po przeszkoleniu wysłano go z nowym nazwiskiem i życiorysem, drogą okrężną do Iranu jako naukowca, fizyka jądrowego, uciekiniera z Polski, który zrobi wszystko…No. Prawie wszystko za dobrą zapłatę.

Irańczycy kupili to. Potrzebowali wykształconych ludzi do swojego programu nuklearnego. Po dokładnym sprawdzeniu, zaproponowali mu pracę w Tehran Nuclear Research Center. Był tam doświadczalny reaktor atomowy Triga, dostarczony jeszcze w 1967 mym, przez Amerykanów.

Adam pracował tam do 1985 go. W tym czasie przesyłał informacje o Irańskich postępach w technice nuklearnej. Dowiedział się też o planach budowy nowego, tajnego Ośrodka Wzbogacania Uranu. Miał powstać w niewielkim miasteczku Natanaz koło Isfahen.

Od swoich zwierzchników w Izraelu dostał polecenie, aby starał się dostać pracę przy projektowaniu tej inwestycji. Nic z tego nie wyszło. Iran prowadził w tym czasie wojnę z Irakiem. W 85 tym był to już piąty rok tej wyniszczającej wojny.

Właśnie wtedy, Adamem, cudzoziemskim naukowcem o nordyckim wyglądzie zainteresowała się nowo powstała organizacja Vevak, Ministerstwo Wywiadu i Bezpieczeństwa Iranu. Został przez nich zwerbowany do wykonania pewnego zadania.

We wrześniu 85 go w wyborach parlamentarnych w Szwecji władzę ponownie przejęli Socjaldemokraci. Premierem został Olof Palme, który w latach 1980 – 82, będąc wówczas w opozycji, został wysłannikiem Organizacji Narodów Zjednoczonych do Teheranu i Bagdadu negocjować pokój między stronami konfliktu.

Negocjacje prowadzone przez niego zakończyły się fiaskiem. Władze irańskie miały dowody na to, że Palme sprzyjał Irakijczykom. Jego negocjacje sprawiły wstrzymanie dostaw broni do Iranu i związane z tym poważne straty wojenne.

Po zakończeniu jego nieudanej misji w 82 gim, Iran z trudem uzyskał nowych dostawców broni i amunicji. Teraz po dojściu Olofa Palme do władzy Ambasada Iranu donosiła ze Sztokholmu, że Palme zamierza wystąpić z międzynarodową inicjatywą totalnego embarga na broń i materiały strategiczne sprzedawane do Iranu. Należało temu za wszelką cenę zapobiec.

Panowie z Vevak zaproponowali Adamowi duże pieniądze za zabicie Olofa Palme. Zgodził się, oczywiście, ale zastrzegł lojalnie, że nie ma najmniejszego przygotowania do takiego zadania.

Okazało się, że to żaden problem. Przeszkolono go w posługiwaniu się bronią palną. Nauczył się posługiwać specjalnymi środkami komunikowania się i co wymagało najwięcej wysiłku, musiał nauczyć się na pamięć geografii Sztokholmu. Znać ulice, ich nazwy oraz poznać linie autobusowe i linie metra. Obejrzał olbrzymią ilość filmów o Sztokholmie. Nie były to filmy sławiące piękno tego miasta, ale pokazujące w szczegółach różne przejścia podwórkami z jednej ulicy na drugą. W komentarzach do pokazywanych ujęć podawane były odległości w metrach i tym podobne wiadomości.

Oczywiście pokazano mu samego Palme, jego rodzinę, miejsce zamieszkania oraz opisano jego zwyczaje. Wokół Adama stworzono organizację wspomagającą składającą się z dziewięciu ludzi. Tylu poznał. Od razu się zorientował, że to zawodowcy. Nie miał najmniejszej wątpliwości, że został wybrany do „odstrzału”.

W przeszłości brał udział w podobnie organizowanych zamachach. Odbywało się to zawsze tak, że po zlikwidowaniu celu, natychmiast lub nieco później zamachowiec ginie. Policja znajduje niezbite dowody na to kto dokonał zamachu i poszukiwania sprawcy najczęściej się kończą.

W piątek, dwudziestego ósmego lutego wylądował na lotnisku Arlanda pod Sztokholmem jako przedstawiciel firmy komputerowej z Londynu. Jeszcze na lotnisku został aresztowany. Przewieziono go do siedziby SÄPO. Tam przywitał go serdecznie jego szef przybyły z Tel-Awiwu. Przedstawił szwedzkich kolegów między innymi Markusa Berga z MUST, szwedzkiego wywiadu i kontrwywiadu wojskowego.

Dowiedział się, że dzięki jego informacją aresztowano wszystkich dziewięciu Irańczyków, których wcześniej wskazał. Wysyłano ich z różnych krajów Europy do Szwecji, już od grudnia 85 go Byli pod ciągłą obserwacją, aż do teraz. Aresztowano ich kilka godzin przed przylotem Adama.

Wszyscy byli bardzo zadowoleni z powodu wychwycenia wszystkich zamachowców. Adam i jego szef mieli następnego dnia odlecieć do Izraela. Udali się do hotelu.

Adama obudził po dwudziestej czwartej telefon. Markus Berg poinformował go, aby za piętnaście minut czekał na niego na dole, w hotelu. Ubrał się szybko i już po kilku minutach był na dole. Spotkał tam swojego szefa. Zauważyli pewne poruszenie w recepcji. Jedna z pracownic była zapłakana. Nie mieli czasu zastanawiać się nad tym. W drzwiach pojawił się Markus. Nawet się nie przywitał

„Szybko! Do samochodu!”

Gdy tylko ruszyli poinformował ich

„Palme został zastrzelony po dwudziestej trzeciej”

„Ile osób jeszcze?”

„Nikt więcej, tylko on”

„Jak to?! Zwykle likwiduje się najbliższych ochroniarzy…”

„Nikt go nie pilnował…”

„Co?!” – Adam wykrzyknął niemal jednocześnie z szefem

„Wracał z żoną z kina… Zawsze chodził wieczorami bez obstawy”

„Przecież wiedzieliście, że jest szykowany na dzisiaj zamach na niego!”

„To nie ja decyduję”

W sztokholmskiej siedzibie SÄPO przy Bolstomtavägen 2, zastali nerwową atmosferę. Były już pierwsze zeznania świadków, którzy opisali przybliżony wygląd samotnego zamachowca i znajdującego się w pobliżu samotnego mężczyzny z Walkie-Talkie. Według opisu świadków wyglądali na przybyszów z bliskiego wschodu.

Wspólnie z kolegami Markusa doszli do wniosku, że dali się wykiwać Irańczykom. Adam i jego grupa najprawdopodobniej mieli odwrócić uwagę od właściwego zamachowca.

Po wielogodzinnej naradzie ustalono, że Adam zostaje w Sztokholmie i pomoże w złapaniu zamachowca lub zamachowców. Nie obyło się bez pewnych zgrzytów. Szef Adama upierał się, aby miał on całkowicie wolną rękę w działaniu i aby nie krępowało go szwedzkie prawo.

Dopiero następnego dnia, pod wieczór uzyskano na to nieformalną zgodę ze szwedzkiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Śledztwo z udziałem Adama miało toczyć się równolegle ze śledztwem oficjalnym prowadzonym przez SÄPO i być całkowicie utajone.

W ciągu następnych dziewięciu miesięcy Adam i grupa, MUST, która go wspomagała z Markusem na czele, schwytała i po brutalnym wymuszaniu zeznań zlikwidowała sześciu Irańczyków, w tym dwóch pracowników Ambasady, biorących pośredni udział w zamachu.

Postarali się, aby Ambasada Iranu o tym się dowiedziała kto ich zabił. Ambasada nigdy nie zaprotestowała.

Oficjalne śledztwo w sprawie zabójstwa Olofa Palme nigdy nie zakończono. Pod koniec 86 go pracę grupy zawieszono. Adam został w Szwecji. Pod prawdziwym nazwiskiem uzyskał zezwolenie na pobyt i wkrótce obywatelstwo.

Na początku 87 go dostał pracę w Firmie, w której pracuje obecnie. Firma znajduje się w Studsvik i z początku wspomagała tamtejszy Ośrodek Badań Atomowych.

Sobota, 12-07-2008

Obudził się przed ósmą. Obok niego leżała Miriam. Spała jeszcze. Już wiedział co jej powie.

Wstał ostrożnie, aby jej nie obudzić. Zabrał się za śniadanie. Obudziła się, gdy krzątał się w kuchni. przywitali się

„No?” – zapytała

„Co, no?”

„Mieliśmy pogadać dzisiaj… Tak mówiłeś, jak się kładłeś do łóżka”

Usiedli przy stole.

„Nie będzie konsekwencji tego co się wydarzyło na Drottniggatan. Zapomnij, że byliśmy zatrzymani przez policję”

„Nie rozumiem…”

„Sprawa jest zatuszowana. Zajęli się tym moi przyjaciele z SÄPO. Pamiętasz, pytałaś kiedyś czy nie boję się mówić o swojej przeszłości obcym ludziom. Odpowiedziałem, że nie mam nic do ukrycia, że SÄPO wie co dawniej robiłem i że mają mnie na oku”

„Pamiętam. Mówiłeś, że jestem ci bliska i mnie pierwszej to mówisz”

„I tak, i nie. Wcześniej zapoznałem z tym SÄPO”

Przerwał i zastanawiał się chwilę co powiedzieć najpierw.

„Mów dalej” – ponagliła go

„Tak się złożyło, że nigdy mnie nie pytałaś, a ja ci nigdy nie mówiłem, jak to się stało, że znalazłem się w Szwecji, że mam szwedzkie obywatelstwo. Teraz ci o tym opowiem…”

I opowiedział jej wszystko o tym co robił po śmierci Miriam. Był przygotowany na to, że po tym co jej opowiedział, straci do niego zaufanie, że uzna, iż zataił przed nią ważną część swojej przeszłości. Obserwował ją teraz uważnie i czekał na jej reakcję. Oczekiwał lawiny pretensji i zarzutów o nielojalność. Nic takiego nie nastąpiło. Wstała od stołu i zaczęła nerwowo chodzić po kuchni. Po chwili usiadła z powrotem przy stole

„Pamiętam… Nie. To niewłaściwe słowo. Wiem o tobie, o nas wszystko do mojej śmierci… Do śmierci Miriam. Wiesz, że ja sobie to wszystko przypominałam a właściwie docierało to do mnie, gdy mi o tym opowiadałeś, gdy pokazywałeś stare fotografie” – milczała chwilę – „Teraz, gdy to mówiłeś, oczekiwałam tego samego. To znaczy, że coś sobie przypomnę. Coś z tego o czym mówiłeś, a tu nic. Kompletnie nic. Mam pustkę w głowie”

„Kochanie, nie przejmuj się tym. To oznaka tego, że wracasz do normalności…”

„Jestem normalna… Mów dalej. Czego oczekują od ciebie twoi przyjaciele z SÄPO?”

„To nie oni. To wywiad wojskowy MUST…Skąd wiesz, że czegoś oczekują?”

„Domyślam się”

„Masz rację. Chcą abym rozpoznał pewnego człowieka”

„Co to za człowiek? Domyślam się, że to mężczyzna”

„Pracowałem z nim w Iranie. Byliśmy zaprzyjaźnieni. Chce uciec na zachód. Mam go rozpoznać i ocenić, czy jest tym za którego się podaje. Wiesz, ci co pomagają mu uciec z Iranu nie są tego pewni”

„Przecież mogli pokazać ci jego zdjęcie”

„Już je widziałem. Na zdjęciu trudno go poznać. Postarzał się przez te lata. Ja też”

„Gdzie go masz poznać?”

„Chcą abym w październiku, na początku, był w Erywaniu”

„W Erywaniu?… gdzie to jest?”

„To stolica Armenii”

„Co dalej, jak go spotkasz?”

„Miriam, kochanie. Za wcześnie o tym mówić. Lepiej żebyś nie znała szczegółów. Też ich nie znam. Poznam przed wyjazdem. Poza tym ten wyjazd odbędzie się na początku października…”

„W listopadzie mam rodzić”

„Będę już przy tobie. Nie mówmy więcej o tym. Szykujmy się do wyjazdu do Safed”

Poniedziałek, 25-08-2008

Wylądowali na lotnisku Ben Guriona koło Tel-Awiwu. Na lotnisku zjedli późne śniadanie i udali się po zamówiony samochód.

Musieli czekać do jedenastej, ponieważ były jakieś niejasności z ich zamówieniem. Miał być do odebrania dzisiaj to jest w poniedziałek 25 go sierpnia i mieli dysponować nim do czasu odlotu, to jest do 5 go września.

Tymczasem panienka w boksie firmy wynajmującej miała zanotowane, że samochód będą odbierali w następny poniedziałek. Firma nie miała w tym momencie żadnego wolnego samochodu i dopiero o jedenastej załatwiła im jeden od konkurencji.

Jeszcze w domu uzgodnili co chcą zobaczyć. Pojadą najpierw na północ do Hajfy. Adam chciał pokazać to portowe miasto Miriam. Ona oczywiście stwierdziła, że je zna, ale, że chętnie je zobaczy jeszcze raz.

Przyzwyczaił się już do takich jej stwierdzeń, a mimo to niepokoiły go. Zgodzili się, że te niecałe sto dwadzieścia kilometrów dzielące lotnisko Ben Guriona i Hajfę przejadą powoli, zatrzymując się w ciekawych miejscach.

Skierowali się najpierw do Tel-Awiwu. Droga z lotniska nie pozwalała na spokojną jazdę. Zatłoczona autostrada z nerwowym ruchem. Chcieli dostać się do centrum. Miriam chciała zajrzeć do Muzeum Sztuki Współczesnej.

Z autostrady Ayalon zjechali zjazdem numer czternaście i po półgodzinie znaleźli się w Centrum Kulturalnym imienia Gołdy Meir. Zwiedzanie muzeum zabrało im dwie godziny. Adam wynudził się. Nie był specjalnie zainteresowany sztuką, ale za to Miriam była bardzo zachwycona tym co tam zobaczyła.

Po wyjściu z muzeum poszli na kawę do pobliskiej kawiarni. Miriam chciała zostać tam jeszcze i pochodzić w pobliskim parku Dubnow, w którym zawsze dzieje się coś ciekawego. Adamowi udał się przekonać ją, że dokładniej zwiedzą Tel-Awiw w drodze powrotnej na lotnisko.

Około szesnastej wyjechali z miasta. Pół godziny później jechali autostradą Kvish HaHof. Zjechali z niej po kwadransie w miasteczku Netanya. Adam skierował samochód w stronę wybrzeża. Pamiętał, że są tu ładne plaże. W leżącej przy plaży restauracji Mul ha Yam zjedli obiad. Po wyjściu z niej postanowili jechać prosto do Hajfy.

Wyjechali z powrotem na autostradę i wkrótce skręcali z niej w prawo na drogę dwadzieścia trzy prowadzącą do centrum Hajfy. Mieli tam zamówiony pokój na najwyższym piętrze hotelu Dan Panorama Hajfa Hotel.

Po zameldowaniu się znaleźli się w pokoju, z okien którego rozpościerał się wspaniały widok na miasto otoczone z trzech stron morzem. Jeszcze tego samego wieczoru wydarzyło się coś co dało Adamowi dużo do myślenia.

Przed położeniem się spać, zauważył brak kabelka USB do telefonu. Przypomniał sobie, że ładował nim telefon w samochodzie. Zjechał do hotelowego garażu. Tak jak przypuszczał kabelek był w porcie USB w radiu samochodowym. Wyjął go. Gdy zamykał drzwi, zauważył, że radio nie jest wyłączone. Obawiając się rozładowania akumulatora chciał wyłączyć radio. Nie udało się. Dopiero po kilku próbach, gdy włączał motor i wyłączał, udało się radio wyłączyć.

W drodze do pokoju analizował o czym rozmawiał w samochodzie z Miriam. Doszedł do wniosku, że o niczym co miałoby znaczenie. Zaraz po śniadaniu wybrali się na zwiedzanie miasta. Najpierw pojechali samochodem do portu. Potem spacerowali wzdłuż wybrzeża. Adam pokazywał Miriam miejsca, gdzie przywożono ich na ćwiczenia na wodzie i w wodzie. Spodziewał się, że jak zwykle Miriam powie, że sobie wszystko przypomina. Tak jednak nie było. Tym razem była jakaś zamknięta w sobie. Prawie nic nie mówiła. Zapytał się kilka razy, czy dobrze się czuje

„Tak. Oczywiście. Nic mi nie jest” – odpowiadała lekko zirytowana.

Objechali całe miasto. Pytał się co chciałaby zobaczyć. Odpowiadała wzruszeniem ramion i krótkim

„Nie wiem. Pokaż co chcesz”

Zatrzymali się na kawę w cukierni Haaretz w pobliżu dworca kolejowego Bat Galim. Mają tam bardzo dobre ciastka. Myślał, że się ucieszy. Wiedział, że ma słabość do ciast. Tym razem na zapytanie co sobie wybierze do kawy odpowiedziała

„Wybierz za mnie co chcesz”

Zaczął się naprawdę niepokoić.

„Widzę, że nie czujesz się najlepiej. Wypijemy kawę i poszukamy jakiegoś lekarza. Nie chciałbym, aby coś złego stało się naszemu dziecku”

„Nic mi nie jest! Mówiłam już… Tylko…”

„Co? Tylko” – przerwał jej

„Po jutrze jest 28 my, stracisz mnie po raz drugi” – zaczęła cicho szlochać – „Ja, to znaczy Miriam wtedy poległa…”

„Tak! Poległa. Ale ty się wtedy narodziłaś! Ona nie była w ciąży!… Ty jesteś. Chociażby dlatego tylko nie możesz umrzeć. Słyszysz, co mówię do ciebie?!” – potrząsnął szlochającą Miriam – „Pamiętaj o dziecku! Nie myśl o śmierci. Zrób to dla niego i dla mnie!”

„Postaram się” – odpowiedziała po chwili ocierając łzy – „Wracajmy do hotelu. Jestem zmęczona”

W samochodzie, w drodze do hotelu nie rozmawiali ze sobą. W pewnej chwili Adam odezwał się głośno po hebrajsku

„Ciekawe co porabia mój przyjaciel z dawnych lat Dawid Feldman. Chciałbym go spotkać, o ile to możliwe”

„Co mówisz kochanie? Nie zrozumiałam”

„Nie. Nic ważnego. Tak mówię do siebie. Przypomniał mi się kolega z wojska”

W środę nie ruszali się z hotelu. Zaraz po śniadaniu, Adam kupił w kiosku na dole kilka tygodników zarówno angielskojęzycznych jak i tych po hebrajsku Wrócili do pokoju. Czas aż do wieczora spędzili czytając je i „nic nie robiąc”. Lubili nazywać tak te godziny, kiedy oddawali się totalnemu lenistwu.

Około siedemnastej zjechali do hotelowej restauracji na obiad. Kelner podał im karty z menu. W pewnej chwili Adam usłyszał za sobą po hebrajsku

„Kogo ja widzę?! Czy mnie moje oczy mylą, czy co?… Adam Wojnarowski!”

Adam odwrócił się. Stał przed nim szeroko uśmiechnięty mężczyzna młodszy od niego o jakieś dziesięć lat. Nie mógł sobie przypomnieć kim jest. Podniósł się z krzesła. Milczał chwilę a potem zaryzykował

„Myślałem, że przyjdzie Feldman…”

Mężczyzna spoważniał

„Nie przyjdzie. Zginął w Bejrucie dwa lata temu” – wyciągnął rękę do Adama – „Frans Hoffman jestem. Nasz wspólny znajomy pułkownik Mosze Dawidowicz przysłał mnie do pana”

„Przedstaw mi pana, kochanie”

To Miriam przypomniała o sobie

„Przepraszam kochanie, to pan Frans Hoffman. Znamy się od dawna” – powiedział po angielsku, a potem zwracając się do Hoffmana – „Pozwól, Frans, że ci przedstawię moją żonę”

Miriam wyciągnęła do niego rękę i się przedstawiła. Zaprosili go do stołu. Zaprotestował.

„Nie. W tym mieście ja jestem gospodarzem a wy gośćmi. To ja was zapraszam”

Przy stole rozmawiali po angielsku o urokach Hajfy i Izraela ogólnie. Frans zapytał jak im się żyje w Szwecji. Oni zapytali o to jak żyje się jemu i czy ma rodzinę. Miriam zauważyła, że panowie męczą się wymieniając między sobą grzecznościowe banały. Domyślała się, że spotkanie nie jest przypadkowe

„Przepraszam panów. Jestem już zmęczona. Mam nadzieję, że nie pogniewacie się, jak was opuszczę i wrócę na górę do pokoju”

„Odprowadzę cię kochanie…”

„Nie! Nie trzeba. Zostań z panem. Na pewno macie sobie dużo do poopowiadania”

Gdy już się oddaliła panowie przeszli do baru. Frans zamówił dwa piwa. Usiedli w przy stoliku w zacisznym miejscu

„Dawidowicz polecił mi przekazać informacje o twoim zadaniu. Tu jest książka, którą dostaliśmy ze Sztokholmu. W niej znajdziesz wszystko. Podobno potrafisz to odszyfrować”

„Dam sobie radę”

„Spotkamy się w hotelu North Avenue w Erywaniu, pierwszego października. Dostaniesz nowe instrukcje i broń. Będę cię osłaniał. To wszystko. Powodzenia”

Dopili piwo i każdy udał się w swoją stronę.

Czwartek, 28-08-2008

Wyjechali z hotelu zaraz po śniadaniu. Po dziesiątej byli już na drodze numer cztery. Jechali na północ w stronę Akko. Tam skręcili na wschód nad drogę osiemdziesiąt dziewięć, aby wjechać do Safed od północy.

Miriam zażyczyła sobie, aby najpierw udać się na cmentarz. Droga od północy wije się wśród wzgórz pokrytych niską roślinnością. Zbliżając się do miasta Miriam uprzytomniła sobie, że nie mają kwiatów na grób

„Musimy kupić kwiaty. Poszukamy jakiejś kwiaciarni, czy kupimy przy cmentarzu?”

„Przy żydowskich cmentarzach nie sprzedaje się kwiatów. Nie kładzie się ich na grobach ortodoksyjnych żydów, ale Miriam nie była religijna. Na grobach nowoczesnych żydów a zwłaszcza na grobach żołnierskich, od pewnego czasu można kłaść i sadzić kwiaty. Nie wiem czy gdzieś je kupimy”

Zatrzymał samochód na poboczu drogi u podnóża pokrytego kwiatami wzgórza

„Narwijmy trochę polnych kwiatów. Bardzo je lubiła”

Wracając do samochodu z kwiatami Adam podniósł z ziemi niewielki biały kamień

„Po co ci on?” – zapytała

„Aby położyć na jej grobie. Taki zwyczaj”

Miriam pochyliła się i też podniosła kamień. Niedługo potem jadąc po obrzeżu miasta ulicą HaAri znaleźli się przy cmentarzu. Właściwie przy dwóch cmentarzach. Ten przy którym się zatrzymali jest nowy. Leży na pochyłości między dwoma wzgórzami. Ten drugi, stary cmentarz leży wyżej. Dochodzi się do niego wygodnymi pomostami.

Niektóre groby, zwłaszcza te pozbawione macew pomalowane są na niebiesko. Grób Miriam znajduje się w nowej części, tam, gdzie jest dużo grobów żołnierzy poległych na przestrzeni ostatnich lat.

Zanim wysiedli z samochodu Adam włożył na głowę czarny kapelusz. Spojrzała na niego i po raz pierwszy tego dnia uśmiechnęła się. Przypomniała sobie jak się śmiała w domu, gdy pakował go do walizki. Na pytanie po co go bierze odpowiedział wtedy

„Będzie potrzebny”

Teraz, gdy wysiedli z auta zapytał

„Na pewno chcesz tam iść? Może zaczekaj w samochodzie?”

„Chcę tam iść. Nie zwlekajmy”

Po wyjściu z auta chwyciła go pod rękę. Wyczuł, że drży. Przytuliła się mocno do niego. Wbiła wzrok w ziemię i pozwoliła się prowadzić. Po kilku minutach zatrzymał się

„To tu”

Podniosła wzrok. Ujrzała biały, kamienny, płaski nagrobek przykryty granitową płytą. Były na niej hebrajskie napisy pod dużą Gwiazdą Dawida. Nic z nich nie rozumiała. Jedyne co potrafiła odczytać to cyfry składające się na liczbę 1981.

Rozejrzała się dookoła. W pobliżu było kilkanaście innych nagrobków, niemal identycznych. Adam położył na płycie pod napisem kwiaty i obok przyniesiony kamień. Miriam położyła swój obok. Nie wiedziała, jak ma się zachować. Nigdy wcześniej nie była na żydowskim cmentarzu. Żałowała, że wcześniej nie zapytała go o to. Adam spojrzał na nią. Zauważył, że się odprężyła, wyglądała na uspokojoną, chociaż całą drogę od samochodu jak ją prowadził do tego miejsca czuł, że była bardzo spięta

„Wszystko w porządku, kochanie?” – zapytał

„Tak… Wiesz, dziwnie się czuję…Nie! Nie. Nic mi nie jest!” – uprzedziła go widząc, że się zaniepokoił – „Przestałam czuć się nią… Będziesz się śmiać ze mnie, ale poczułam jak by ona opuściła moje ciało”

„Kochanie, jedźmy do lekarza!”

„Po co?!… Dawno nie czułam się tak dobrze jak teraz. Pomodlę się, chociaż nie wiem, czy chrześcijańska modlitwa jest tu na miejscu, ale tylko tak potrafię i jedziemy do hotelu. Głodna jestem”

Mieli zamówiony pokój w hotelu Hametsuda, blisko Starego Miasta. Zameldowali się zaraz po dwunastej. Mimo tak wczesnej pory poszli do restauracji zjeść lancz.

„Musisz mi pokazać miasto. Z samochodu wyglądało bardzo ciekawie” – powiedziała

„Nic sobie nie przypominasz, kochanie?” – zapytał ostrożnie

„No, coś ty?… Przecież nigdy tu nie byłam”

Piątek, 5-09-2008

Około szesnastej w piątek oddali samochód na lotnisku w Tel-Awiwie. Do odlotu samolotu linii Norwegian do Sztokholmu mieli jeszcze około dwóch godzin. Po nadaniu bagażu i przejściu kontroli paszportowej, usiedli w wygodnych fotelach lotniskowej kawiarenki. Miriam zagłębiła się w czytaniu tygodników kupionych na drogę. Adam rozparł się w fotelu. Przymknął oczy. Czuł się zmęczony. Ostatnie dwa dni byli w Jerozolimie. Jazda z Jerozolimy na lotnisko zmęczyła go. Ale nie tylko to.

Ostatni tydzień był dla niego bardzo pracowity. Miriam po wizycie na cmentarzu bardzo się zmieniła. Mimo dość zaawansowanej ciąży, stała się bardziej energiczna. Wymagała od Adama dużo spacerów i zwiedzania napotykanych zabytków i muzeów. Objechali w ciągu tygodnia wszystkie najważniejsze miejsca w Izraelu. Myśl o tym, że straci życie w dniu jej urodzin, o czym była przekonana od momentu, kiedy dowiedziała się o tym, że Miriam, ta pierwsza Miriam, zginęła tego dnia, w którym ona się urodziła, wydawała jej się teraz absurdalna. Przestała się z nią utożsamiać. O ile przed wizytą na cmentarzu „pamiętała” w niewytłumaczalny sposób zdarzenia z przeszłości Adama i jego pierwszej żony, to teraz jeśli o to chodzi, miała w głowie całkowitą pustkę. Nie przejmowała się tym. Myślała tylko o przyszłości i o dziecku.

Podróż do domu przebiegła spokojnie. W domu wszystko zastali w porządku. Sąsiadka podlewała kwiaty. Żadne się nie zmarnowały. Mieli jeszcze przed sobą sobotę i niedzielę zanim trzeba będzie jechać do pracy. W niedzielę po kolacji Adam zwrócił się do Miriam

„Musimy porozmawiać i ustalić, jak dalej postępować…”

„Niepokoisz mnie. Co się stało?”

„Spokojnie, kochanie. Nic się nie stało… Widzisz tą książkę?” – pokazał jej książkę otrzymaną od Fransa Hoffmana w Hajfie.

„Utvandrarna, Emigranci Vilhelma Moberga. klasyka. Czytałam to będąc w szkole…”

„Zgadza się. Ten egzemplarz dostałem od Fransa Hoffmana, pamiętasz, spotkaliśmy go w Hajfie. Książka zawiera szyfrowane instrukcje dotyczące mojej podróży do Erywania…”

„W dzisiejszych czasach szyfrowane książki?… Jak w starych kryminałach?”

„Stare metody wcale nie są przestarzałe. Zero elektroniki. Nie ma możliwości podsłuchu… Ale wracając do tematu. Ponieważ wiesz, że tam się wybieram, postanowiłem nic przed tobą nie ukrywać. Moi przyjaciele z MUST zezwolili cię wtajemniczyć. W pracy poproszę o urlop bezpłatny z powodów rodzinnych. Powiem, że muszę jechać na pogrzeb do Polski. Szef się zgodzi. Wiesz jaka jest sytuacja w Firmie. Zostaniesz tu sama na max dwa tygodnie…”

„Jadę z tobą!” – Przerwała mu zdecydowanie

„Kochanie! Nie możesz! Przecież będziesz rodzić!”

„Będę rodzić w drugiej połowie listopada. Jadę z tobą. Nie ma o czym mówić”

Nawet nie próbował protestować. Był już od dawna przyzwyczajony, że w ważnych sprawach to one decydowały za niego. Teraz pozostało tylko znaleźć wytłumaczenie konieczności wzięcia urlopów bezpłatnych.

Następnego dnia poinformowali szefa o chęci wzięcia urlopów. Zgodził się natychmiast. Nie ukrywał, że w tej sytuacji w jakiej jest Firma bardzo mu to pasuje

Poniedziałek, 29-09-2008

Po niespełna dwugodzinnym locie, wylądowali w poniedziałek dwudziestego dziewiątego września, około dwunastej w Warszawie. Mieli kilka godzin do odlotu do Armenii. Czas ten spędzili w wygodnej sali tranzytowej.

Na lotnisku w Erywaniu byli około dwudziestej pierwszej czasu lokalnego. Ich zegarki wskazywały czas o dwie godziny wcześniejszy. Przestawili je i po formalnościach paszportowych udali się na postój taksówek.

Pokonanie dziesięciu kilometrów z lotniska do hotelu w centrum miasta zajęło dwadzieścia minut. Hotel North Avenue bardzo spodobał się Miriam.

Środa, 1-10-2008

Rano, przy śniadaniu spotkali Fransa Hoffmana. Był z żoną. Przedstawili się. Anna Hofman sympatyczna blondynka, szybko przypadła Miriam do gustu. Okazało się, że też mieszkają w tym hotelu. Zjedli wspólnie śniadanie.

Państwo Hoffman są w Erywaniu już czwarty raz. Mieszkają w Wiedniu. Przyjechali tu na wycieczkę dwa lata temu i po prostu zakochali się w tym kraju. O tym wszystkim Miriam dowiedziała się od Anny, która w dosyć głośny sposób z zachwytem opowiadała o Erywaniu i okolicach. Po śniadaniu zaraz przejęła inicjatywę.

„Musisz zobaczyć, kochana, jakie oni tu mają fantastyczne centrum handlowe. Markowe ubrania i kosmetyki. Niesamowicie tanie!… Oczywiście, Armenia to biedny kraj. Nie wszystkich mieszkańców stać na markowe rzeczy, ale my możemy sobie poszaleć!” – potem zwróciła się do panów – „Porywam Miriam do miasta. Wy sobie porozmawiacie o interesach, a my będziemy wydawać wasze pieniądze”

„Dobrze Aniu. Tylko nie kupuj za dużo fatałaszków, bo znów będziemy musieli zapłacić na lotnisku za nadwagę” – odpowiedział Frans.

Gdy panie wyszły z hotelu, Frans zaproponował spacer. Wyszli do pobliskiego parku. Frans od razu przystąpił do rzeczy

„W hotelu w pokoju znajdziesz w swojej walizce portfel z dokumentami na nazwisko Andrzej Walenciak z Łodzi…”

„Jestem z Łodzi” – przerwał Fransowi

„Wiem, dlatego masz taką legendę. Słuchaj dalej i nie przerywaj. Te dokumenty to między innymi paszport z wizą turecką i stemplem przekroczenia granicy na lotnisku w Ankarze. W portfelu masz dwie karty bankowe. Jedną szwedzką. Na twoje prawdziwe nazwisko. Są na niej pieniądze od twoich przyjaciół. Tą kartę przełóż do swoich prawdziwych dokumentów i zostaw w hotelu. Ta druga jest polska, wydana na Walenciaka. Znajdziesz też sporo gotówki, dolary, tureckie liry, euro i miejscowe dramy. Po jutrze wyjedziemy razem do Bagaran. To jest maleńka miejscowość leżąca nad rzeką Achurian. Jest to rzeka graniczna między Armenią i Turcją. Bagaran leży niemal sto kilometrów na zachód od Erywania Tam spotkamy Masuda Farida. O reszcie opowiem ci w samochodzie.”

„Rozumiem, że nie mogę zabrać Miriam”

„Nie obawiaj się o nią. Zostanie pod opieką Anny. Anna jest z zawodu położną”

„Co za szczęśliwy przypadek”

„To nie przypadek… Przygotuj Miriam na to, że wyjeżdżamy na tydzień. Zostaw jej pieniądze i pozwól jej szaleć po sklepach. To uspakaja kobiety”

Wrócili do hotelu. Pań jeszcze nie było. Adam szybko udał się do pokoju. Znalazł portfel, o którym mówił Frans. Przejrzał go przełożył kartę bankową do swojego portfela, który miał przy sobie. Kody PIN do obydwu kart znalazł na swoim telefonie zaszyfrowane w reklamowym meldunku SMS otrzymanym ze znanej sieci domów handlowych.

Miriam wróciła około siedemnastej. Zrobiła sporo zakupów, głównie kosmetyków.

„Jestem wykończona, ale zadowolona. Anna pokazała mi tak dużo. Ona tak pięknie potrafi opowiadać o tym mieście. Cieszę się, że ją poznałam”

„Będziesz mogła z nią przebywać jeszcze przez kilka dni, może nawet przez tydzień. Wyjeżdżam z Fransem z miasta…”

„Tak. Wiem, Anna mi mówiła” – przerwała mu – „Wiem, po co tu przyjechaliśmy. Bez ciebie nie chciałabym tu zostać, ale z nią jakoś wytrzymam tą rozłąkę”

Adam był zaskoczony i ucieszony tym, że ominęło go przekonywanie Miriam co do konieczności wyjazdu bez niej.

„Zostawię ci moją kartę bankową. Może kupisz coś ciekawego dla dziecka”

„Dziękuję. Nie wydam za dużo. Pamiętaj, że masz rozsądną żonę. A dla dziecka nie kupię nic przed jego urodzeniem. Nie jestem przesądna, ale rozumiesz… Tak na wszelki wypadek nic nie kupię”

„Mimo wszystko weź moją kartę. Nie będzie mi teraz potrzebna”

Piątek, 3-10-2008

Po śniadaniu, panie, jak przez ostatnie dwa dni, wyszły na miasto. Panowie udali się do pobliskiego hotelu Tufenkian. Tam w recepcji otrzymali kluczyki do zamówionego przez Fransa, legitymującego się jako Gregor Plack, samochodu.

Znaleźli go na wskazanym miejscu w garażu hotelowym. Srebrzysty Ford Focus. Na liczniku tylko trzydzieści dwa tysiące przejechanych kilometrów. Ci którzy go im przyszykowali, a nie była to na pewno obsługa hotelowa, ani firma wynajmująca samochód, postarali się, aby było w nim wszystko co będą potrzebować.

W schowku przed pasażerem znaleźli dwa pistolety Glock 19 gen 3 i po dwa pełne magazynki do każdego. Obok leżały kajdanki. Na tylnej kanapie pod leżącymi kocami leżały śpiwory i wełniane, długie płaszcze bardzo przydatne na tamtejsze chłodne noce. W bagażniku znaleźli dwie lornetki i latarki. Znajdowała się tam też spora apteczka. Jej wyposażenie wyraźnie wskazywało na jakie ewentualne urazy została przyszykowana.

Oprócz apteczki był tam baniak dwudziestolitrowy z wodą i standardowe porcje żywnościowe używane w wojskach USA. Były też dwa spore plecaki a w nich granaty, materiały wybuchowe i sprężynowe noże jakich używają izraelscy żołnierze służb specjalnych.

„Co to jest?” – zapytał Adam wskazując na niewielkie puszki z plastyku, przypominające konserwy

„Miny pływające, a raczej mini torpedy. Widzisz te otwory? Z przodu wpływa woda a z tyłu jest wyrzucana z dużą prędkością. Coś w rodzaju silnika przepływowego. Bardzo przydatne na rzece, w razie, gdyby nas ścigały łodzie motorowe”

„Nie znam tego”

„Technika idzie do przodu. Zwłaszcza w zabijaniu… Kiedy ostatni raz brałeś udział w akcji?”

„W 87mym w Szwecji. Rok po śmierci Olofa Palme. Likwidowaliśmy kilku irańskich agentów”

„Od tego czasu dużo się zmieniło”

Jeszcze raz przejrzeli zawartość plecaków. Wszystko było przykryte bielizną i ubraniami w odpowiednich rozmiarach. Nie po to, aby ukryć zawartość. Po prostu to też było potrzebne. Samochód był zatankowany do pełna. Frans usiadł za kierownicą

„Jedziemy do Bagaran. Tam nie ma hotelu. Przenocujemy u miejscowego rybaka. Jest już opłacony”

Jechali kilka minut w milczeniu

„Dlaczego zaczynamy w Armenii? Przecież to kraj pod olbrzymim wpływem Moskwy. Rosjanie mają tu bazę wojskową… Po za tym, jak wiem, mimo, że to kraj chrześcijański, to najcieplejsze stosunki ma z Iranem”

„Zgadza się. Armenia jest najbiedniejszym krajem e tym rejonie. Otoczona ze wszystkich stron krajami co najmniej niechętnymi wobec niej. Gruzja granicząca z nią na północy, mimo, że też chrześcijańska jest nastawiona do Armenii wrogo. Paradoksalnie tylko muzułmański Iran ma z Armenią przyjazne stosunki. Wykorzystujemy to.

Izrael pomaga w dalszym ciągu Gruzji finansowo i militarnie, ale to się kończy. Armenia zwróciła się do nas, bardzo dyskretnie, rzecz jasna, o współpracę w każdej dziedzinie. Boją się być zależni tylko od Rosji. Wiedzą, że dobre stosunki z Iranem mogą się szybko skończyć. Dla nas ich stosunki z Iranem są w tej chwili bardzo przydatne. Z tego co wiem, nasza akcja tutaj jest po cichu zaakceptowana przez odpowiednie władze. Pogranicznicy i służby bezpieczeństwa nie będą nam przeszkadzać. Przynajmniej do czasu jak nie zrobimy czegoś głupiego”

Dłuższą chwilę jechali w milczeniu.

„To teraz powiedz, dlaczego on was interesuje?” – zapytał Adam wyrywając Fransa z zamyślenia

„Kto?”

„Masud Farid… Mam się z nim spotkać”

„A! Tak. Zamyśliłem się… Wszystko co dotyczy irańskich zbrojeń atomowych interesuje nas w najwyższym stopniu. Jakiś czas temu powstał u nas tajny projekt likwidacji irańskich uczonych pracujących nad ich bombą atomową. Zlikwidowaliśmy kilku, gdy byli z różnych powodów poza granicami Iranu”

„Słyszałem o tym. Opinia publiczna na zachodzie jest tym oburzona”

„Tak wypowiadają się media. Ale w zasadzie wszystkie kraje Europy wspomagają nas w tym po cichu… W każdym razie, Irańczycy zabronili swoim naukowcom opuszczać kraj. Nie wszyscy z nich są z tego zadowoleni. Między innymi twój przyjaciel Masud Farid. Farid przez ostatnie lata zajmował się neutralizacją odpadów promieniotwórczych. Nie znam się na tym. Nie potrafię podać ci szczegółów. W każdym razie osiągnął na tym polu duże, uznane na świecie sukcesy”

„Tak. Czytałem o tym”

„Ale to nie jest główna dziedzina jego działalności. Wielu uważa, że jest on ojcem najnowszej generacji irańskich bomb atomowych… Może udałoby się dopaść go w Iranie, ale nasi dowiedzieli się, że on chce dostać się na zachód. Stworzono plan pozyskania go. Niestety, jak na razie nie udało się go zwerbować. Jest cholernie ostrożny i nie ufny. Negatywnie zareagował na próby werbunku. Nasi ludzie przypłacili to życiem. Mimo to nie zrezygnowano z zamiarów wyciągnięcia go z Iranu. We współpracy ze Szwedami stworzono nowy plan. Polega on na tym, że dotarły do Iranu pogłoski o możliwości przyznania mu Nagrody Nobla z fizyki za jego osiągnięcia na polu neutralizacji odpadów…”

„Ależ to nonsens!” – przerwał mu Adam – „Znam te jego osiągnięcia z lektury czasopism naukowych. Wielu innych naukowców na świecie zrobiło w tej dziedzinie więcej”

„Zgadza się. Nie przerywaj mi… Komitet Nagrody Nobla przy Królewskiej Szwedzkiej Akademii Nauk, wysłał do Iranu swoich przedstawicieli, aby na miejscu zapoznali się z jego osiągnięciami. Przebywali tam przez pewien czas. Przed wyjazdem do domu, dali mu do zrozumienia, że jest głównym kandydatem do tej nagrody i że właściwie może się szykować z wyjazdem do Sztokholmu po jej odbiór”

„Naprawdę Komitet Nagrody Nobla wysłał tam swoich przedstawicieli?”

„W każdym razie jeden z czterech członków delegacji był, powiedzmy, zbliżony do tego Komitetu. Oczywiście Irańczycy nie są idiotami. Drogą dyplomatyczną i nie tylko, sprawdzili co o tym się mówi w Sztokholmie. Nasi szwedzcy przyjaciele postarali się, żeby Irańczycy uwierzyli w tą mistyfikację… I tu zaczynają się dziać dziwne rzeczy. Kilkanaście dni po ich wyjeździe Masud Farid pojawia się w ambasadzie Szwecji w Teheranie z prośbą o materiały na temat nagród Nobla. Urzędnikowi ambasady dał do zrozumienia, że chciałby zostać w Sztokholmie dłużej, nawet bardzo długo. Tak to sformułował. Urzędnik obiecał ściągnąć interesujące go materiały. Umówili się na spotkanie w Ambasadzie za kilka dni. Na to spotkanie przyjechał ze Sztokholmu właściwy człowiek. Niestety, Farid nie zjawił się w Ambasadzie. Czekano na niego kilka dni…”

„Kiedy to było?”

„Pierwsza próba zwerbowania go miała miejsce jakiś rok temu… W każdym razie delegacja ze Szwecji była u niego w kwietniu. Na początku maja skontaktował się z Ambasadą Szwecji. Potem czekano na niego i jak ci mówiłem była cisza z jego strony. Odezwał się dopiero pierwszego lipca. Chciał się natychmiast widzieć z kimś z Ambasady na neutralnym gruncie. Teraz Szwedzi zaczęli zwlekać z odpowiedzią. Stawiali warunki, pytali co może zaoferować. Oczywiście, nie był to dialog wprost. To były spotkania na mieście z urzędnikiem Ambasady. Rozmowa dotyczyła zawsze spodziewanej Nagrody, jednak panowie doskonale się rozumieli o co im chodzi. W każdym razie umówiono spotkanie w Turcji w Ankarze, na trzeciego lipca. Wypuszczano go do Turcji wielokrotnie. Jak wiesz on pochodzi z Turcji, z rejonu graniczącego z Iranem. W Ankarze spotkali się z nim dwaj Szwedzi. Z naszej stronu mieliśmy ludzi, którzy ich obserwowali.”

„Mogliście go tam porwać…”

„Nie, nie. To nie wchodziło w rachubę… Jeden z naszych miał wątpliwości co do tego czy gość podający się za Masuda Farida jest nim rzeczywiście. Po pierwszym dniu rozmów ostrzegliśmy Szwedów”

„A takie standardowe sprawy jak odciski palców… No i ci ze Szwecji, co byli u niego. Chyba pokazano im zdjęcia? Nie rozpoznali go?”

„Oczywiście zdjęliśmy odciski z naczyń w restauracji. Problem w tym, że nie mamy z czym je porównać. Poza tym on był w Ankarze pilnowany, zarówno przez Turków jak i przez swoich. Szwedzi obejrzeli zdjęcia. Mieli podzielone zdania co do tego czy to on”

„Jak się to skończyło?”

„Skończyło się niczym. Powiedziano mu, że nagroda z dziedziny fizyki zostanie ogłoszona na początku października, a rozdanie nagród jak zawsze odbędzie się dziesiątego grudnia. Pozostało tylko sprawdzenie jego tożsamości. I tu twoi szwedzcy przyjaciele przypomnieli sobie o tobie, a właściwie ty sam przypomniałeś im o sobie. Nie znam szczegółów, ale miałeś jakiś kłopot z policją i twoi przyjaciele z MUST ciebie z tych kłopotów wyciągnęli, przy okazji przypominając sobie, że blisko współpracowałeś z Faridem. Szybko stworzono nowy plan, w którym masz główną rolę. Farida zwodzono aż do teraz. Za kilka dni, ósmego października w Sztokholmie ogłoszą kto dostał tegoroczną nagrodę w dziedzinie fizyki. Przedstawiono mu ultimatum albo przedstawi przed tym czasem, co ma do zaoferowania, w zamian za pomoc w wyjeździe, albo niech zapomni o możliwości azylu na zachodzie. Zasugerowano również, że o wszystkim dowiedzą się Irańczycy. Farid przystał na te warunki. Wiemy, że od dwóch dni jest w swoim rodzinnym mieście Kars. Około dziewięćdziesięciu kilometrów od Halikiszlak. Wieś ta leży oddalona o kilkadziesiąt metrów od Bagaren do którego jedziemy. Obydwie miejscowości oddzielone są rzeką graniczną. W odpowiednim czasie Farid dowie się, że ma przyjechać piątego października, w niedzielę rano do Halikiszlak. Tam go spotkamy”

„Jak przekroczymy granicę?”

„Dzisiaj w nocy o w pół do piątej nad ranem. Mamy opłaconego zaufanego przemytnika. Przewiezie nas łódką. Granica tam jest słabo pilnowana. Wszyscy żyją z przemytu… Pamiętaj, gdy znajdziemy się w Turcji to jesteś Andrzej Walenciak, biznesmen z polski który przyjechał kupić partię dywanów. Ja jestem twoim wspólnikiem z Malty. Przyjechaliśmy zobaczyć jakie interesy można tu zrobić. Nazywam się Gregory Plack”

„Po co to wszystko? Dlaczego nie mogłem jechać do Turcji i spotkać go w dowolnym miejscu? Na przykład w Ankarze”

„Widzisz… Zabieramy go ze sobą. Bez względu na to czy on chce tego, czy nie chce. Nie możemy zrobić tego z terytorium Turcji. Nasze władze mają teraz dosyć delikatne stosunki z tym krajem i nie chcą ich zadrażniać porywaniem ludzi z ich terytorium. Iran zaraz by to nagłośnił i byłoby to bardzo niekorzystne dla stosunków Izraelsko Tureckich”

„No, a z Armenii jak go zabierzecie? Ich przyjaciele z Teheranu nie będą zadowoleni”

„Władze Armenii będą grały nieudolnych idiotów, którzy o niczym nie wiedzą. Z irytuje to Irańczyków i prędzej czy później zażądają umożliwienia ich służbom prowadzenia jawnego śledztwa na terytorium Armenii. Ormianie będą musieli się na to zgodzić. Mam nadzieję, że my będziemy już daleko stąd”

„No, dobrze. Zobaczę go. A jeśli to nie on?”

„Likwidujemy go i zwiewamy za rzekę”

„Żartujesz?! Jeśli to jest ktoś podstawiony to będzie pilnowany. Tak łatwo nam nie pójdzie”

„Wiem o tym… Takie mamy rozkazy. Przypominam ci, że jestem twoim dowódcą”

„Tak jest! Nie sprawię ci kłopotów”

Około szesnastej byli na miejscu. Przejechanie tych stu kilometrów zajęło im niemal trzy godziny. Po przejechaniu dwóch trzecich odległości drogą M5 zjechali na prawo na górską drogę H18. Najpierw wspinali się powoli pod górę. Ostatnie trzy kilometry zjeżdżali ostro w dół serpentynami aż do samego Bagaran, leżącego w dolinie nad rzeką Achurian.

Przejechali przez centrum miasteczka i już poza nim kilkadziesiąt metrów od rzeki znaleźli się przed domem rybaka Poghosa Wartaniana. Czekał na nich. Mieszkał w nim sam. Schowali samochód w szopie i udali się z nim do budynku.

Sobota, 4-10-2008

O czwartej nad ranem byli gotowi do drogi. Mieli ze sobą broń, plecaki, śpiwory i żywność. Temperatura spadła do zera stopni C. Wiało od zachodu i zacinało mokrym drobnym śniegiem, który jednak nie utrzymywał się na ziemi.

Niemal po omacku doszli do pomostu, przy którym zacumowana była niewielka łódź rybacka. Weszli do niewielkiej łodzi i schronili się przed wiatrem w ciasnej budce sternika. Wartanian, podobnie jak liczni rybacy z Armenii i Turcji, wypływał na ryby z reguły sam. Czasem bystry prąd rzeki znosił ich łodzie na przeciwny brzeg. Nierzadko wtedy wychodzili pod pozorem wydostania łodzi z zarośli lub wyplątywania sieci.

Było niepisane porozumienie pograniczników po obu stronach, że będą tolerować takie zachowania. Mimo nie najlepszych stosunków państwowych między Turcją i Armenią, miejscowi ludzie po obydwu stronach rzeki żyli ze sobą w zgodzie. Nie rzadko byli ze sobą spokrewnieni. Często odwiedzali się przekraczając rzekę, która w tym miejscu miała szerokość nie przekraczającą pięćdziesięciu metrów. Wszyscy czerpali z tego korzyści. Czujność i pryncypialność pograniczników wzrastała, gdy nad rzeką pojawiali się obcy.

Wartanian zastartował niewielki motorek łodzi i po chwili znaleźli się kilka metrów od pomostu. Dalej, na bardzo wolnych obrotach motorka pozwolił łodzi dryfować z prądem rzeki. Od czasu do czasu zwiększał obroty silnika, kierując tym sposobem łódź w stronę tureckiego brzegu. Po dziesięciu minutach i po przepłynięciu około pięciuset metrów w dół rzeki. Dobili do niewielkiego pomostu, przy którym stało zacumowanych kilka podobnych łodzi.

„W poniedziałek, szóstego czekaj tu na nas od czwartej rano przez godzinę” – polecił Frans przemytnikowi.

„Gdybyście musieli odpływać stąd o innym czasie to tamta ostatnia łódź jest otwarta i zawsze gotowa do drogi” – Wartanian wskazał na małą, niepozorną łódź stojącą nieco z dala od pozostałych

Adam i Frans szybko wyskoczyli z łodzi, która natychmiast się oddaliła. Rozejrzeli się. W ciemnościach zauważyli ścieżkę prowadzącą od pomostu w stronę wysokich zarośli, które pokrywały dosyć strome zbocze

„Dwieście metrów stąd biegnie droga D070. Jest równoległa do rzeki. Biegnie od południa z Tuzlucy na północ przez, między innymi Halikiszlak, do Kars. Po następnych trzystu metrach dojdziemy do skraju wsi Halikiszlak. Tam znajduje się opuszczony szałas pasterzy. Zaczekamy w nim do niedzieli, do piątego, do dziesiątej” – oznajmił Frans

„To prawie trzydzieści godzin” – zauważył Adam

„Szałas jest opuszczony. Leży sto dwadzieścia metrów od drogi na niewielkim wzniesieniu. Teren jest otwarty, porośnięty niską roślinnością. Jest stamtąd doskonały widok na drogę i wieś. Jutro obserwujemy co się dzieje na drodze i we wsi. W niedzielę, dokładnie o szóstej rano Masud otrzyma wiadomość, że ma tu przyjechać na dziesiątą. Jeśli to on, to tu się nic nie zmieni i przyjedzie sam. Jeśli to nie on to zaobserwujemy tutaj wzmożony ruch samochodowy tuż przed jego przybyciem”

Zaraz po piątej byli w szałasie. Obeszli dokładnie cały teren dookoła. Wyszukali najlepszą, ich zdaniem drogę do ucieczki, gdyby zaszła taka konieczność. Szałas zbudowany był z surowych desek. Można je było łatwo wyłamać i wydostać się na zewnątrz. Spadzisty dach miał w górze otwór nad otwartym paleniskiem na środku. W ścianach były duże szczeliny, przez które można było obserwować okolicę. Szałas nie posiadał okien. Niski otwór wejściowy zamiast drzwi posiadał zwisającą matę splecioną ze słomy. Dyskretnie oświetlając wnętrze znaleźli miejsca na rozłożenie śpiworów. O tej porze roku było tam zimno tak jak na zewnątrz. Szałas chronił ich tylko przed wzmagającym się wiatrem i sypiącym drobnym śniegiem.

„Około ósmej się rozjaśni. Do tego czasu możemy się przespać” – zarządził Frans.

Przez cały dzień obserwowali drogę. Ruch na niej w sobotę był niewielki. Trochę rozklekotanych półciężarówek należących do mieszkańców okolic. Co trzy godziny przejeżdżał autobus. Poza tym kilu rowerzystów. Pogoda nie sprzyjała na wędrówki, więc prze cały dzień nie zauważyli nikogo pieszego. Około siedemnastej zrobiło się ciemno. Pogoda nieco się poprawiła. Przestało wiać i sypać śniegiem. Ten co spadł nie utrzymał się długo na ziemi. Po dwudziestej trzeciej położyli się spać.

Niedziela, 5-10-2008

Dokładnie o szóstej obudziło ich dyskretne buczenie zegarka Fransa

„Masud otrzymuje właśnie telefon z instrukcją, gdzie ma nas spotkać” – powiedział na przywitanie Frans – „Droga z Kars do nas tutaj to około 85 kilometrów. Jedzie się stamtąd około godziny. On przyjedzie na dziesiątą. Jeśli to nie on, to ma obstawę, która zjawi się tu za około godzinę… Czekamy”

Około w pół do siódmej przejechał drogą pierwszy autobus. Potem jeszcze kilka samochodów w obydwu kierunkach. Wkrótce od strony Tuzlucy nadjechała blaszana furgonetka. Zatrzymała się prawie naprzeciwko nich. Wysiadł z niej kierowca i pasażer. Podnieśli maskę i zaczęli oglądać coś pod nią.

„Chyba Fiat Ducato” – ocenił Adam

„Tak. Zobacz jak solidnie obciążona. Opony ugięte do połowy”

„Musi w niej być z dziesięć osób… Co robimy?”

„Na razie nic. Czekamy”

Sprawdzili broń. Uzbroili po dwa granaty. Włożyli plecaki. Dwadzieścia minut później od strony wsi zbliżali się trzej mężczyźni prowadzący rowery. Mieli zawieszone na ramionach futerały z wędkami.

„Widzisz jakie ciężkie mają te wędki?” – zapytał Adam

„Kto o tej prze roku i w taką pogodę wybiera się na ryby?”

„No, właśnie, kto. Jak myślisz? To Turcy czy Irańczycy?”

„Diabli wiedzą. Oni czasami ze sobą współpracują… Dla nas to teraz obojętne”

Mężczyźni zachowywali się głośno. Co chwila wybuchali śmiechem. Jeden z nich krzyknął coś dowcipnego w stronę tych co naprawiali samochód. Pozostali dwaj odpowiedzieli śmiechem. Kierowca, oburzony rzucił niecelnie w nich kamieniem. Po kilku krokach wędkarze zatrzymali się przy drodze naprzeciwko szałasu i zaczęli sikać

„Obserwują szałas i okolicę. Pójdą dalej. Za zakrętem obejdą wzgórze i zajdą nas od tyłu, ale nie zaatakują. Będą czekać aż wycofamy się od tyłu szałasu na wzgórze. Tam będą chcieli nas dopaść…”

„To co robimy?” – zapytał Adam

„Czekamy na Masuda”

Punktualnie o dziesiątej od strony wsi nadjechał SUV Audi. Przejechał dosyć wolno w stronę Tuzlucy. Zniknął za zakrętem. Po kilku minutach pojawił się ponownie. Zatrzymał się sto metrów za ciągle naprawianą furgonetką.

Z audi wysiadł niewysoki mężczyzna w krótkiej skórzanej kurtce. Rozejrzał się, jakby chciał się upewnić, że jest we właściwym miejscu, po czym niespiesznie ruszył pod górę w stronę szałasu

„Poznajesz go?” – zapytał Frans

„Jeszcze nie. Pozwól mu wejść do środka”

Mężczyzna stanął przed wejściem

„Jest tam ktoś?!” – zapytał po angielsku

„Wchodź!” – usłyszał

Rozejrzał się niepewnie, po czym wszedł do środka.

„Jak się nazywasz?” – zapytał Frans

„Jestem Masud Farid”

Adam podszedł blisko do niego

„Ty nie jesteś Masud Farid”

Mężczyzna odwrócił się gwałtownie i chciał wyjść z szałasu. Drogę zagrodził mu Frans. Nieznajomy sięgnął ręką do kieszeni kurtki. Nie zdążył nic z niej wyciągnąć. Adam chwycił go za nadgarstek i blokując jego ramię w łokciu, wyłamał mu je ze stawu barkowego.

Jednocześnie Frans chwycił go prawą ręką za lewe ramię i lewą dłonią chwycił za gardło tłumiąc spodziewany krzyk. Powalili go na ziemię próbował się szamotać. Nakazali mu milczeć i odpowiadać na pytania. Nie dał im szans. Gdy tylko Frans zwolnił uścisk na jego gardle, wydał głośny krzyk.

Frans poderżnął mu gardło. Szamotał się jeszcze chwilę, wyraźnie słabnąc. Po chwili znieruchomiał. Adam szybko sprawdził jego kieszenie. Znalazł tylko odbezpieczony pistolet

„Wybiegamy przez wyjście prosto na furgonetkę. Jak krzyknę – Teraz – rzucamy granaty pod samochód i padamy” – rozkazał Frans.

Wybiegli na zewnątrz. Po przebiegnięciu około dwudziestu metrów mężczyźni grzebiący pod maską Fiata wyciągnęli broń i zaczęli strzelać w ich kierunku. Jednocześnie otworzyły się tylne drzwi furgonetki i wyskoczyło z nich ośmiu cywili uzbrojonych w karabinki automatyczne.

Zanim się rozproszyli i byli gotowi do oddania strzałów, Adam i Frans będąc pod ciągłym obstrzałem kierowcy i pasażera zbliżyli się do nich na około trzydzieści metrów

„Teraz!!!”

Dwa granaty potoczyły się w pobliże samochodu. Leżąc twarzą przyciśniętą do trawy usłyszeli dwa niemal jednoczesne wybuchy Natychmiast się podnieśli i rzucili dwa następne granaty. Ponownie padli na ziemię. Dwa nowe wybuchy stłumiły jęki rannych. Zerwali się na nogi i pobiegli do samochodu, który zaczął płonąć.

W koło leżały ciała zabitych i rannych. Spośród siedmiu leżących ciał dwa ruszały się. Jeden z rannych próbował sięgnąć po broń. Dobili go. Tego drugiego też.

„Brakuje trzech!” – krzyknął Adam

„Są za samochodem… Ty z lewej ja z prawej!”

Za płonącym samochodem siedziało dwóch skulonych i trzęsących się ze strachu. Gdy ujrzeli Adama i Fransa podnieśli ręce do góry. Nic im to nie dało. Po chwili leżeli z dwiema kulami w piersi każdy.

Jeden uciekł w stronę wsi. Widzieli go jak się oddalał. Był dobre trzysta metrów od nich.

„Zaraz będą tu wędkarze”

Ledwo Adam zdążył to powiedzieć usłyszeli pojedyncze strzały dobiegające od strony szałasu. Jednocześnie kilka pocisków trafiło w płonący coraz bardziej samochód.

Dym z pożaru skutecznie tworzył zasłonę, która na tyle ich osłaniała, że nie byli widoczni dla „wędkarzy”

„Biegiem w dół do rzeki!” – Rozkazał Frans

Po kilku minutach znaleźli się w zaroślach tuż przy brzegu. Aby dostać się do pomostu z łodziami musieli skręcić w prawo. Przebijali się przez zarośla nasłuchując czy ktoś nie podąża za nimi. Strzały ucichły jak tylko oddalili się od płonącego wraku.

Teraz do pokonania mieli jeszcze około czterystu metrów przez zarośla i trzciny. W kilku miejscach wpadali po pas do wody. W końcu doszli do pomostu. Zauważyli na nim kilka osób przy łodziach. Byli to rybacy. Zaskoczeni, z zaciekawieniem spojrzeli na przybyszów z bronią w ręku.

Gdy Adam i Frans wbiegli na pomost. Rybacy podnieśli ręce do góry. Przeszli szybko obok nich. Wskoczyli do łodzi, którą wczoraj wskazał im przemytnik. Adam stał z bronią wycelowaną w przestraszonych rybaków a Frans majstrował coś w budce sternika. Po chwili silnik zastartował. Adam szybko zrzucił cumy. Łódź ruszyła szybciej niż się tego po niej spodziewali.

„Dokąd teraz?”

„Obojętne, dokąd, byle na drugi brzeg” – odparł Frans

Płynęli w dół rzeki sterując w kierunku brzegu Armeńskiego.

„Za kilka minut będziemy po drugiej stronie…”

Ledwo Frans to wypowiedział, z przeciwka wyłonił się zbliżający z dużą prędkością kuter patrolowy tureckiej straży granicznej. Po chwili usłyszeli głos z głośnika nakazujący im się zatrzymać. Frans wykonał gwałtowny zwrot na prawą burtę. W tym momencie rozległa się seria z broni maszynowej. Jedna z kul trafiła Adama w lewy bok. Poczuł przejmujący ból

„W nerkę dostałem” – zdążył pomyśleć

Zaczął słabnąć. Zdawał sobie sprawę, że zaraz straci przytomność. Jak przez mgłę zauważył, że Frans kieruje łódź z pełną prędkością, prostopadle w trzciny rosnące na armeńskim brzegu. Po chwili, już z zamkniętymi oczami poczuł potężne uderzenie łodzią w brzeg. Stracił przytomność.

Środa, 15-10-2008

Ktoś poprawia mu poduszkę pod głową. Dotarł do niego zapach kobiety. Delikatne połączenie dwóch zapachów, skóry i znajomego mydła. Znał to doskonale. Chciał otworzyć oczy, ale w ostatniej chwili powstrzymał się od tego. Bał się, że w ten sposób przegoni ten piękny sen. No bo to musi być sen. Nie możliwe, aby ona tu była.

„A tak w ogóle, to gdzie ja jestem?” – usiłował sobie przypomnieć

Po chwili dotarło do niego co się stało. Poruszył się. Poczuł ból w lewym boku. Zaniepokoił się. Nie bólem. Myśli przelatywały przez głowę błyskawicznie. Wie już, że żyje. Nie wie, gdzie jest, ile czasu upłynęło od tego wydarzenia? Co się dzieje z Miriam? Czy ona wie, że jest ranny? Jak to wpłynęło na ciąże? Czy aby nie poroniła?

„Zaraz… Przecież ona tu jest. To nie sen. Otwórz oczy!” – rozkazał sobie

Nie odrywając głowy od poduszki, szybko ogarnął wzrokiem pokój, w którym się znajdował. Panował w nim przyjemny półmrok. Naprzeciwko lóżka, po sufitem, było niewielkie okno okratowane od zewnątrz.

„Mają mnie” – pomyślał

Dotarło do niego, że ten pokój to cela więzienna.

„Tylko co robi tutaj ta kobieta?” – zastanawiał się

Stała odwrócona tyłem, pochylona nad stolikiem, obok którego stała szafa i dwa krzesła. Zauważył, że chyba przygotowuje zastrzyk. Była w oliwkowym mundurze. Krój munduru był mu znajomy. Odwróciła się nagle w jego stronę

„Miriam!… Co ty tu robisz?!” – krzyknął

„Leż spokojnie… Nie ruszaj się” – upomniała go

Podeszła do niego. Pochyliła się nad nim i pocałowała w usta.

„W ramię, czy w udo?” – zapytała

„Co, w ramię, czy w udo?”

„No, zastrzyk. Gdzie chcesz dostać?”

„W ramię”

Pochyliła się nad nim. Znów poczuł jej zapach, który zawsze był dla niego kojący.

„Co z dzieckiem?” – zapytał zaniepokojony widząc jej plaski brzuch

„Nie martw się o dziecko. Wszystko w porządku”

Spojrzała na drzwi. słychać było za nimi głosy

„Gdzie jestem i co za dzień dzisiaj mamy?” – zapytał szybko widząc, że szykuje się do wyjścia

„Muszę już iść. Zaraz przyjdzie tu doktor Laurman i Frans. Wszystko ci wyjaśnią”

„Kiedy przyjdziesz?”

„Jestem cały czas przy tobie… Pa, kochany…”

Powiedziała to będąc już w drzwiach. Po chwili do pokoju wszedł Frans i mężczyzna w wieku około siedemdziesiątki, ubrany w biały fartuch

„Widzę, że nasz pacjent się wybudził… Jestem Samuel Laurman. Operowałem pana”

„Pan doktor mieszka w pobliżu. Czasami korzystamy z jego pomocy” – wyjaśnił Frans

„Czy Sara dała panu zastrzyk?” – zapytał doktor

„Sara?… Tak. Dostałem zastrzyk, ale to nie była żadna Sara tylko…”

„Nie ma tu nikogo innego. Jesteśmy tu tylko my troje, ja, doktor Laurman i jego żona Sara, pielęgniarka” – wyjaśnił Frans.

„Przed chwilą dostałem zastrzyk! Zrobiła to Miriam!… Moja Miriam!” – powiedział zdenerwowany próbując unieść się na łóżku

„Proszę leżeć spokojnie. Jest pan bardzo osłabiony. Trzymałem pana w śpiączce farmakologicznej aż do wczoraj. Od wczoraj budził się pan i majaczył…”

„Cały czas powtarzałeś imię Miriam” – zauważył Frans

„Co za dzień dzisiaj jest i gdzie jestem?” – zapytał po chwili zrezygnowany.

„Piętnasty października. Środa. Jesteśmy w klasztorze Khor Virap Na południu Armenii Musimy się ukrywać”

Adam uniósł się na łokciach. Poczuł ból w lewym boku, skrzywił się

„Mówiłem, żeby pan leżał spokojnie” – upomniał go ponownie doktor

„Nic mi nie jest” – odparł Adam krzywiąc się z bólu – „Co to za wężyki?” – zapytał zaglądając pod kołdrę.

„Cewnik odprowadzający mocz. Ma pan uszkodzoną nerkę. Jutro go zabiorę. Miał pan dużo szczęścia. Rana była niebezpieczna, ale już wszystko jest na dobrej drodze… Ja teraz panów opuszczę. Muszę sprawdzić wyniki badań próbek krwi jakie przyszykowała Sara. Przyjadę tu z żoną jutro”

Po wyjściu doktora Laurmana Frans przysunął sobie krzesło bliżej łóżka

„Jak myślisz? Możesz wstać z łózka?”

„Nie wiem… Czy to konieczne teraz?”

„Może być wkrótce konieczne… Spróbuj usiąść”

Adam uniósł się na łokciach, krzywiąc się przy tym z bólu. Odsunął na bok kołdrę i spróbował spuścić nogi na podłogę

„Cholerne wężyki… Co mam zrobić z tą torbą z sikami?!”

„Poczekaj chwilę, zaraz coś znajdę”

Frans podszedł do stolika, na którym siostra Sara miała opatrunki. Znalazł tam gumowy pasek, używany do zakładania na ramię przy pobieraniu krwi na badania

„Przywiąż sobie tą torebkę do uda” – nakazał Adamowi

Po chwili Adam stanął na nogi, opierając się o Fransa. Zrobił dwa kroki. Poczuł, że jest bardzo osłabiony

„Gdzie tu jest toaleta?”

„W korytarzu. Zaprowadzę cię”

Okazało się, że już po kilku krokach Adam mógł iść samodzielnie, opierając się od czasu do czasu o ścianę.

Po przyjściu z toalety usiadł na łóżku i oznajmił, że jest głodny. Frans wyszedł do kuchni zakonników przyszykować coś do jedzenia. Wrócił po kilku minutach z tacą z kanapkami i filiżanką herbaty. Ustawił to na krześle przy łóżku Adama. Sam usiadł obok niego. Adam zaczął jeść. Po kilku kęsach zwrócił się do Fransa

„Gdzie jest teraz moja żona?…Była tu u mnie”

„Zapewniam cię, że nie ma jej tu. Jest pod opieką Anny…”

„Pod opieką? Czy coś się jej stało?”

„Nie. Nic się nie stało. Źle się wyraziłem. Jest w towarzystwie Anny. Niepokoi się o ciebie, ale wszystko jest w porządku. Nie poroniła, jeśli o to chciałbyś zapytać”

„Dzięki Bogu. Opowiadaj teraz po kolei jak się tu znalazłem”

„To Turcy strzelali do nas. Bez ostrzeżenia. Skierowałem łódź prostopadle do brzegu. Gdy wpadliśmy w trzciny i łódź zaryła się dziobem w mulisty brzeg, zdążyłem rzucić jedną minę, pamiętasz? Pytałeś co to jest”

„Pamiętam. Zadziałało?”

„Tak. Po wybuchu strzały ucichły. Nie miałem jednak czasu napawać się widokiem tonącego kutra. Wyciągnąłem cię z łodzi i zaniosłem sto metrów dalej, do drogi. Cały czas stromo pod górkę. Ledwo dałem radę. Strasznie się zasapałem. Tak na marginesie, powinieneś się odchudzić”

„Dobra! Tobie też by się przydało odchudzić. Nie zasapałbyś się… Mów dalej”

„To jest lokalna droga. Praktycznie nie ma tam ruchu. Zaciągnąłem cię w krzaki i założyłem opatrunki. Kula na szczęście przeszła na wylot. Nie krwawiłeś zbytnio. Po pól godzinie nadjechał samochód osobowy. Wyskoczyłem na drogę i grożąc bronią zatrzymałem. Kierował nim młody chłopak. Był sam w samochodzie. Wystraszył się”

„Zabiłeś go?”

„Nie. Po tej stronie granicy byłoby to błędem. Dałem mu pieniądze. Dolary wszędzie robią swoje. Jak zobaczył, ile może dostać za przewiezienie nas, to sam osobiście przeniósł cię do auta. Kazałem zawieść nas do naszego przyjaciela rybaka, który przeprawił nas przez rzekę. Po kilku godzinach i po zmianie opatrunków przywieźliśmy cię tutaj naszym samochodem. Wartanian zabrał go ze wszystkim co mogłoby nas skompromitować. Mamy tylko nasze ubrania i broń”

„Co to za klasztor? Wspomniałeś nazwę, ale nic mi ona nie mówi”

„To klasztor zakonników Apostolskiego Kościoła Ormiańskiego. Nazywa się Khor Virap, Można to przetłumaczyć jako Głębokie Lochy Więzienne”

„Piękna nazwa…”

„Nazwa, jak nazwa. Położenie jest ważne. Znajdujemy się u stup Araratu… piękny widok jest stąd na tą górę… Ale nie to jest najważniejsze. Klasztor leży tuż przy granicy z Turcją i tylko niecałe dwadzieścia kilometrów od granicy z Iranem. Bardzo dla nas przydatne położenie”

„Dla nas?”

„Mam na myśli dla tych, których reprezentuję, rozumiesz mnie?”

„Doskonale cię rozumiem”

„Jeżeli chodzi o nas, to jest o ciebie i o mnie, to też nie możemy narzekać na położenie Klasztoru. Osiem kilometrów na północ znajduje się miasto Artasjat, Tam mieszka doktor Laurman. Jeszcze dalej na północ, czterdzieści kilometrów stąd leży Erywań. Myślę, że jutro przyjadą stamtąd dwie turystki do klasztoru, Miriam i Anna”

„Dlaczego nie powiedziałeś mi tego od razu?!”

„Zapomniałem”

„Boże!… Nie wytrzymam z tobą!”

„No, dobra. Chciałem, żeby to była niespodzianka”

Czwartek, 16-10-2008

Zaraz po ósmej przyszedł doktor Laurman z żoną. Zdjął opatrunki i obejrzał ranę. Stwierdził, że goi się bardzo dobrze. Tylko z przodu, tam, gdzie wyszła kula trochę się paprze. W zasadzie można zdjąć szwy. Postanowił jednak poczekać z tym do jutra. Polecił żonie założyć nowe opatrunki, odłączyć cewnik i podać antybiotyk.

Podczas gdy Sara przyszykowywała wszystko co jej jest do tego potrzebne jej mąż poinformował Adama

„Musicie się stąd jak najszybciej wynieść. Najpóźniej po jutrze, w sobotę. Sara teraz pana opatrzy a ja pójdę porozmawiać z Fransem i zakonnikami. Wrócę niebawem”

Po pół godzinie wrócił z Fransem. Przynieśli mu śniadanie. Podczas gdy on jadł, zapoznali go z najnowszymi wiadomościami. Doktor Laurman ma wielu wpływowych wysoko postawionych przyjaciół w mieście. Przypadkowo dowiedział się, że do Artasjat przyjechała grupka pięciu turystów z Iranu.

„Jak panom wiadomo, mamy tu, blisko granicy, zawsze dużo przyjezdnych z Iranu. Na ogół mężczyzn. Przyjeżdżają do nas przede wszystkim, aby sobie swobodnie napić alkoholu. U nich jest to zakazane. Co prawda, bardzo dużo trunków się szmugluje do nich, ale upijanie się tam wiąże się z dotkliwymi karami i jest po prostu stresujące. U nas mogą się upić bez stresu, wytrzeźwieć i wrócić do siebie jako prawi muzułmanie… Ale do rzeczy. Mówiłem, że tych pięciu jest tu od trzech dni i nie wypili jeszcze ani kieliszka. Moi przyjaciele z policji donieśli mi, że tych pięciu codziennie około południa udają się samochodem wzdłuż granicznej rzeki Achurian i rozmawiają z miejscowymi. Wczoraj byli aż za Bagaran. Dowiedzieliśmy się, że wypytują ludzi, czy nie widzieli tu ostatnio cudzoziemców lub obcych w ogóle”

„Musisz wiedzieć, Adamie, że armeńskie służby poinformowały Irańczyków o tym, że mają dowody na to, iż sprawcy zajścia nad granicą, którzy dostali się nielegalnie do Armenii, najprawdopodobniej podążają w kierunku Gruzji lub nawet już tam są. Z początku Irańczycy kupili to, ale od przed wczoraj skupili swoje poszukiwania na tym terenie. Na razie nie wiemy, dlaczego” – wyjaśnił Frans

„Dlatego przyszykuję pana do drogi na jutro z rana” – dopowiedział doktor Laurman

„Mówił pan godzinę temu, że mogę tu zostać do soboty”

„Tak, ale po rozmowie z zakonnikami postanowiliśmy ewakuować pana już jutro”

„Dokąd?”

„Pan Frans zaznajomi pana ze szczegółami. Muszę już iść. Przyjdę o dziewiątej wieczorem”

Po wyjściu Laurmana Frans wyjaśnił Adamowi

„Wylatujecie jutro lotem do Kopenhagi. Tam się przesiądziecie na lot do Sztokholmu. Miriam i Anna właśnie wymeldowują się z hotelu. Powinny być tu…” – Frans spojrzał na zegarek – „Powinny być tu około jedenastej. Miriam odda wasz samochód i przyjadą naszym. Bilety macie już załatwione. Odwieziemy was jutro na lotnisko”

Panie przyjechały punktualnie o jedenastej. Właśnie nadjechał autobus z turystami z Niemiec. Niemal sami emeryci. Tylko kilkoro z nich było w średnim wieku. Miriam i Anna wtopiły się w ten tłumek i z parkingu udali się razem z Niemcami zwiedzać klasztor i kościół przyklasztorny. Nie wszystkie budynki i pomieszczenia klasztorne były dostępne do zwiedzania. W nawie kościelnej spotkały Fransa. Rozpoczęły rozmowę z nim. Po kilku minutach niemieccy turyści udali się dalej. Gdy zostali sami Frans poprowadził je za ołtarz boczny w nawie i wąskimi schodami sprowadził je w dół do pomieszczeń w których był pokój Adama. Przed drzwiami do pokoju Frans zatrzymał się i zwrócił się do Miriam

„Zostawiamy was samych. Nie będziemy przeszkadzać. Przez ten czas, co będziesz u Adama, Anna pomoże mi przyszykować coś do jedzenia. Przyjdziemy po was około drugiej”

Miriam zapukała do drzwi. Usłyszała

„Proszę!”

Zastała męża ubranego i stojącego przy szafie z ubraniami. Podszedł do niej na powitanie. Przywitali się czule.

„Myślałam, że zastanę cię w łóżku”

„Czuję się dosyć dobrze. A co z tobą, kochanie?”

Adam zauważył, że była bardzo zdenerwowana. Usiedli przy stole. Po drugiej przyszedł po nich Frans. Przeszli do dużej kuchni, pustej o tej porze. Przy olbrzymim stole pod oknem Anna nakrywała do posiłku. Zjedli bardzo pikantną zupę warzywną a na drugie danie coś w rodzaju gulaszu z baraniny. Do tego dużo papryki i mocne czerwone wino.

W czasie posiłku ustalili plan dalszego postępowania. Panie spędzą noc w hotelu Deals w Artasjat. Przyjadą jutro około dziewiątej i razem udadzą się na lotnisko w Erywaniu. Samolot do Kopenhagi mieli o godzinie dwunastej pięćdziesiąt.

Około szesnastej panie udały się do hotelu a Adam poczuł się na tyle zmęczony, że postanowił się zdrzemnąć. Frans został w kuchni posprzątać ze stołu. Doktor Laurman przyszedł punktualnie o dwudziestej pierwszej. Tym razem bez żony. Zdjął Adamowi szwy i założył świeży opatrunek. Trochę się krzywił, gdy opatrywał ranę po wylocie kuli. Dał mu więcej antybiotyków i stwierdził, że będzie dobrze. Dał również dwie, gotowe do użycia strzykawki z lekarstwem. Ma jedną z nich wstrzyknąć sobie na godzinę przed lotem. Ta druga jest na wszelki wypadek, gdyby poczuł się słabo w samolocie. Dostał też kilka tabletek ze środkiem przeciw bólowym. Dał mu też zaświadczenie na piśmie z masą urzędowych pieczątek, mówiące o tym, że pacjent jest po operacji i że posiadane przez niego lekarstwa są mu niezbędne w podróży. To tak na wypadek kontroli na lotnisku.

Piątek, 17-10-2008

O ósmej byli już gotowi do drogi. Frans zdążył załatwić wszystko z zakonnikami. Zanim Miriam i Anna przyjechały z hotelu ich pokoje zmieniły się w zwykłe cele dla zakonników.

Wyruszyli w drogę około wpół do dziesiątej. Frans prowadził, Adam siedział obok niego a panie z tyłu. Jechali ostrożnie unikając łamania przepisów drogowych, co było dosyć trudne, zważywszy na to, że na drogach poza terenami zabudowanymi praktycznie nie było żadnych wskazań co do zasad poruszania się samochodami.

Na lotnisku byli tuż przed jedenastą. Jeszcze na parkingu, w samochodzie, Anna zrobiła Adamowi jeden z zastrzyków doktora Laurmana. Adam oddał swój pistolet Fransowi. Pożegnali się. Przełożyli swoje walizki na wózek bagażowy jakich było sporo na parkingu i udali się do hali odlotów.

Miriam była bardzo spięta i zdenerwowana. Celnik odprawiający ich bagaże spoglądał na nią podejrzliwie. Adam wyjaśnił mu dyskretnie, że żona jest zdenerwowana, bo w krótce ma rodzić. Chyba zgodził się z tym wyjaśnieniem. Odprawił bagaże sprawnie i bezproblemowo. Równie sprawnie przeszła odprawa paszportowa.

Dopiero po tym wszystkim Miriam uspokoiła się. Po wejściu na pokład samolotu, w którym zaledwie połowa miejsc była zajęta, stewardessa zaproponowała im miejsca w których było więcej miejsca na nogi.

Samolot wystartował punktualnie.

„Kochanie, ta podróż do domu to najlepsze co mogło mnie spotkać w moje urodziny… dzisiaj kończę sześćdziesiąt jeden lat…”

„Boże! Co za żona ze mnie! Na dobrą sprawę to nie wiem, kiedy się urodziłeś”

„Nie przejmuj się tym kochanie. Urodziłem się w piątek, tak jak dzisiaj, siedemnastego października 1947 go”

„Obiecuję, że po wylądowaniu pomyślę o czymś dla ciebie”

Adam odprężył się. Ostatnie godziny był bardzo zdenerwowany. Tylko dawne szkolenia sprawiły, że potrafił to ukryć do tego stopnia, że nie było to po nim widać. Zażył tabletki przeciwbólowe. Czuł się świetnie. Pozwolił sobie zamknąć oczy i zdrzemnąć się. Nie trwało to długo. Drzemkę przerwała mu Miriam

„Coś dziwnego się ze mną dzieje. Niepokoi mnie to. Chyba będę rodzić”

„Powstrzymaj się kochanie” – spojrzał na zegarek – „Lecimy już prawie trzy godziny. Jeszcze trzy z kawałkiem i będziemy w Kopenhadze”

„Nie wytrzymam tyle. Zaraz będę rodzić. Zrób coś!” – odpowiedziała z paniką w głosie

Przywołał stewardessę. Wyjaśnił o co chodzi. Zapytała Miriam, czy odeszły już wody

„Nie. Chyba nie… Nie wiem zresztą” – odparła wyraźnie spanikowana Miriam

Stewardessa zwróciła się z klasycznym w takim przypadku pytaniem do pasażerów

„Czy leci z nami lekarz?!”

Nikt nie zareagował. Po chwili jednak podniósł rękę jeden pasażer w średnim wieku

„Jestem lekarzem weterynarii. W czym mogę pomóc?”

Okazało się, że jego wiedza i doświadczenie było wystarczające. Zarządził ułożenie Miriam na podłodze. Stewardessy sprawnie poprosiły najbliższych pasażerów o to, aby się przesiedli dalej tak aby w koło leżącej Miriam stworzyć bardziej dyskretne warunki.

Weterynarz po przebadaniu Miriam stwierdził, że poród nastąpi najpóźniej za godzinę. Zażądał przygotowanie czystych ręczników i przegotowanej wody.

W między czasie jedna ze stewardess podała Adamowi środek uspakajający. Był mu bardzo potrzebny. Inna powiadomiła kapitana o rodzącej kobiecie, a potem zaczęła wertować w instrukcjach, szukając informacji jak należy postępować w razie porodu na pokładzie.

Tymczasem samolot znajdował się już nad terytorium Polski. Kapitan samolotu poinformował kontrolę przestrzeni powietrznej o konieczności lądowania w trybie medycznym, z powodu rodzącej pasażerki. Uzgodniono, że za dwadzieścia minut może lądować na Okęciu w Warszawie. Będzie czekała karetka pogotowia z lekarzem. Przed lądowaniem ma zrzucić paliwo nad wskazanym obszarem.

Lądowanie odbyło się sprawnie. Gdy tylko samolot podkołował w pobliże terminalu podjechała karetka. Na pokład wbiegł lekarz i dwóch sanitariuszy z noszami. Po krótkim badaniu wyniesiono Miriam do karetki. Pozwolono Adamowi jechać razem z żoną.

Stewardessa zdążyła poinformować go, że w informacji lotniskowej dowie się, gdzie może odebrać bagaże. Po niecałych dziesięciu minutach znaleźli się w szpitalu imienia Stefana Banacha. Już w karetce Miriam odeszły wody a Adam zemdlał. Z początku lekarz i sanitariusz potraktowali jego omdlenie jako typowe dla tatusiów i nie przejmowali się nim. Dopiero przy wysiadaniu zauważyli plamę krwi na jego koszuli p lewej stronie. Lekarz zainteresował się tym. Szybko zauważył paskudną ranę wylotową i to, że Adam jest po dopiero co przebytej operacji.

Podczas gdy Miriam rodziła dorodnego chłopaka, jej mąż leżał na sąsiedniej sali operacyjnej, gdzie lekarze zszywali ranę pooperacyjną która się otworzyła.

Sobota, 18-10-2008

Obudził się w nocy. W panującym półmroku zauważył zegar na przeciwległej ścianie. Wskazywał za piętnaście drugą. Rozejrzał się. Leżał sam w pokoju szpitalnym. Podniósł się z łózka. Poczuł ból w lewym boku. Zajrzał pod piżamę. Znalazł tam duży opatrunek na brzuchu. Rana po operacji też była świeżo opatrzona.

Wyszedł na pusty korytarz. Chwilę trwało zanim znalazł pokój pielęgniarek. Zauważył w nim dwie rozmawiające ze sobą. Zapukał w szybę okienka. Jedna z nich podbiegła i je otworzyła

„Gdzie jestem?… Gdzie jest moja żona?”

„O! Pan mówi po polsku!… Powiedziano nam, że pan jest cudzoziemcem” – ucieszyła się

„Tak, mówię po polsku. Gdzie jest moja żona?… Chyba już urodziła”

„Zaraz sprawdzę. Jak się nazywa?”

„Miriam Wojnarowski”

Pielęgniarka odeszła do telefonu. Rozmawiała przez chwilę z kimś, ale do Adama nic nie docierało. Wróciła do okienka.

„Pana żona urodziła chłopca, wczoraj po trzynastej…”

„Jak to, po trzynastej? Po trzynastej byliśmy w samolocie zaraz po starcie!”

„Siostra z oddziału na górze, powiedziała mi, że po trzynastej” – odrzekła nieco urażona pielęgniarka.

W tym momencie dotarło do niego, że nie uwzględnił zmiany czasu na polski

„Bardzo panią przepraszam. Zapomniałem o zmianie czasu na polski. Czy mogę się zobaczyć z żoną i dzieckiem?”

„Nie teraz. Druga w nocy minęła. Jutro na obchodzie porozmawia pan z ordynatorem. Teraz proszę iść do łóżka”

Zrezygnowany wrócił do sali. Położył się, ale nie mógł zasnąć. Po kilkunastu minutach, zajrzała pielęgniarka, z którą rozmawiał

„Nie śpi pan?”

„Nie. Nie mogę zasnąć…Myślę o żonie i dziecku”

„Z nimi wszystko jest dobrze. Dam panu coś na sen, ale najpierw muszę uzupełnić pana kartę. Przywieziono pana do nas bez dokumentów”

„Bez dokumentów? Portfel z dokumentami, paszportem i pieniędzmi jest w marynarce”

„Niestety, nie ma ich w pana ubraniu. Wszystko co pan miał przy sobie jest tutaj w szafie”

Podniósł się i podszedł sprawdzić ubranie. Stwierdził brak zegarka i portfelu. Telefonu też nie było Zaklął pod nosem

„Co pan mówi?”

„Nie, nic ważnego”

Podał jej swoje dane, szwedzki adres i na wszelki wypadek dane Miriam. Podziękowała i wyszła. Wróciła po minucie z pastylką i wodą. Usnął po tym dosyć szybko.

Jeszcze przed obchodem przyszedł do niego lekarz w towarzystwie cywila, który przedstawił się jako starszy aspirant Policji z Komendy Dzielnicowej. Lekarz wyjaśnił mu, że mają obowiązek zgłaszać Policji każdy przypadek postrzelenia.

Policjant dosyć stanowczym głosem zażądał podania danych osobowych i poparcia ich stosownymi dokumentami. Ponieważ Adam nie posiadał dokumentów nakazał mu złożenie wyjaśnień na piśmie. Adam odmówił i zażądał skontaktowania go z Konsulatem Królestwa Szwecji. Policjant nie był przygotowany na taki obrót sprawy. Zapytał lekarza, kiedy Adam będzie mógł opuścić szpital

„Nie wiem. Obchód zaczynamy o dziewiątej. Wtedy coś się zadecyduje”

„Proszę mnie zawiadomić jak już coś będzie wiadomo” – odpowiedział starszy aspirant Policji i zostawił lekarzowi wizytówkę z numerem telefonu.

Po jego wyjściu Adam poprosił lekarza o umożliwienie widzenia się z żoną. Dowiedział się, że może ją odwiedzić po obchodzie.

Na obchodzie zapadła decyzja o tym, że Adam nie wymaga już leczenia szpitalnego, że wystarczy leczenie ambulatoryjne, ale do czasu wyjaśnienia kto za niego i jego żony pobyt ma zapłacić, pozostanie do jutra w szpitalu. Przy okazji dowiedział się, że Konsulat jest już zawiadomiony o ich pobycie i że około południa ktoś stamtąd ma się u nich zjawić.

Zaraz po obchodzie pozwolono mu widzieć się z żoną. Miriam leżała na sali z trzema innymi młodymi matkami. Wszystkie miały przy swoich łóżkach nowonarodzone dzieci w specjalnych wysokich plastykowych wózkach. Ich syn spał. Adam dowiedział się, że wszystko odbyło się „według podręcznika”, jak to określiła Miriam

„Będzie miał na imię Adam…To mój prezent urodzinowy dla ciebie. Przyszedł na świat też w piątek i też siedemnastego października” – poinformowała męża

„Piękny prezent! Dziękuję, kochanie…Dwóch Adamów w rodzinie. Czy to nie za dużo?” – zapytał

„Nie za dużo. Będziemy go nazywać Adam Junior lub tylko Junior” – odparła

Nie protestował. Wiedział, że to nie ma sensu, a poza tym spodobało mu się to. Miriam powiedziała, że ku jej zdziwieniu ma pozostać w szpitalu jeszcze kilka dni

„U nas w Szwecji wyszłabym już następnego dnia, jeśli nie było komplikacji przy po rodzie. Moje koleżanki, które urodziły następnego dnia były w domu”

„Może to i lepiej, że zostaniesz tu z dzieckiem dłużej. Nie mamy gdzie iść. Skradziono mi wszystkie pieniądze i dokumenty.”

„Nie skradziono. Mam wszystko w torebce, w szafce”

„Skąd to masz?!”

„W karetce, jak zemdlałeś to wyleciał ci portfel z marynarki. Pielęgniarz mi go podał”

„A telefon?”

„Telefon też jest w szafce”

Adam sprawdził zawartość portfela. Wszystko było na swoim miejscu. Telefon też był w porządku. Bateria jeszcze nie rozładowana

„Szpital zawiadomił Policję. Muszą zgłaszać wszystkie przypadki postrzeleń…”

„Wiem. Wypytywali mnie o ciebie…”

„Kto wypytywał?” „Taki jeden lekarz chyba. Tylko on mówi tu po angielsku”

„Słuchaj, kochanie. W południe ma przyjść do nas ktoś z Konsulatu. Myślę, że wtedy będziemy wiedzieć coś więcej. Powiedz, jak się czujesz? Czy z małym wszystko w porządku? Jak mogę wam pomóc? Czy nic ci nie brakuje?”

„Oj! Ile pytań! Nie. Wszystko jest w porządku. Nic mi nie brakuje… Wiesz, rozmawiałam z rodzicami. miałam się z nimi nie kontaktować, ale jednak tęsknię trochę za mamą…”

„Dobrze zrobiłaś, ale musimy ustalić co możemy im powiedzieć. Proponuję mówić, że byliśmy na urlopie w Armenii. Wyjazd do domu opóźnił się, bo zostałem postrzelony przez bandytów, którzy chcieli mnie obrabować. Reszta historii zgodnie z prawdą”

„Masz rację kochanie. Tego musimy się trzymać…Wiesz, ucieszyli się z wnuka. Obiecali przylecieć do Warszawy, chociaż nie wiedzą, gdzie to jest”

Musieli przerwać rozmowę. Junior zaczął się wiercić i domagać się jeść. Adam chwilę przyglądał się jak Miriam przyłożyła go do piersi

„Muszę zadzwonić w kilka miejsc. Zrobię to na korytarzu”

Po pierwszej, Miriam z dzieckiem została przeniesiona do osobnego pokoju. Po obiedzie przyszedł do niej Adam. Mieli przed sobą całą masę praktycznych spraw do załatwienia. Około szesnastej do pokoju zapukała pielęgniarka. Wprowadziła do pokoju starszą kobietę

„Pani przyszła do państwa” – powiedziała i wyszła.

Kobieta przedstawiła się jako Greta Hedlund. Jest Trzecim Sekretarzem Ambasady zajmuje się między innymi kontaktami z polską Policją i innymi służbami. Tak to określiła. Przeprosiła, że przyszła tak późno. Wyjaśniła, że pracownik Konsulatu około południa był już w drodze do szpitala, ale kazali mu się wrócić

„Pana telefon sprawił, że doszliśmy do wniosku, iż ja będę bardziej kompetentna, aby zająć się wami. Musiałam jednak trochę czekać na pewne informacje ze Sztokholmu i się z nimi zapoznać. Zabrało to trochę czasu”

„Dziękujemy pani i przepraszamy za sprawienie kłopotu. Myślałam, że mam jeszcze trochę czasu do porodu, a tu taka niespodzianka” – tłumaczyła się Miriam

„Od tego tu jesteśmy, aby pomagać naszym obywatelom… Ale ja właściwie chcę pomówić z panem Wojnarowskim na osobności, nie chciałabym pani zanudzać…”

„Nie ma takiej potrzeby” – przerwał jej Adam – „Żona jest ze wszystkim zaznajomiona. Jeszcze przed naszym wyjazdem otrzymała certyfikat dopuszczający ją do udziału w tym zadaniu. Powinna go pani mieć w materiałach przysłanych ze Sztokholmu”

„Tak. Oczywiście, wiem o tym. Skoro uważacie, że możemy rozmawiać tutaj… Zresztą nie mam zbyt dużo do przekazania. Otóż po pierwsze, Policja już nie będzie pana niepokoić. Po drugie, musicie zostać w Warszawie przynajmniej przez miesiąc. Podejrzewamy, że nasi znajomi z Teheranu interesują się Firmą, w której pracujecie. Pewien człowiek od nich bardzo stara się o pracę w tej firmie. Nie przeszkadzamy im w tym, ale lepiej, aby was tam teraz nie było. Po trzecie, ale wiąże się to z tym poprzednim, wynajęliśmy wam umeblowane mieszkanie w budynku, gdzie mieszkają rodziny szwedzkich pracowników Ambasady i innych placówek. Jest to w Konstancinie. Mieszka tam też lekarz, który będzie miał was pod opieką. Pan jutro, w niedzielę, opuści szpital. Proszę zgłosić się do mnie do Ambasady na ulicy Bagatela 3 w poniedziałek. Nasza administratorka zawiezie pana do mieszkania i pomoże kupić niezbędne rzeczy dla dziecka. Czy macie pytania?”

„Tak. Kto za to wszystko zapłaci?”

„Pobyt w szpitalu i wynajęcie mieszkania my opłacamy. Zakupy i wasze utrzymanie opłacacie sami”

Poniedziałek, 20-10-2008

Adam zgłosił się do Ambasady w poniedziałek o godzinie dziesiątej. Chwilę trwało zanim pracownik recepcji zorientował się z kim Adam chce się widzieć. W końcu zaprowadzono go do pokoju pani Grety Hedlund. Rozmawiał z nią ponad godzinę, nie tylko o mieszkaniu w Konstancinie. W końcu skontaktowała go z pracującą w Ambasadzie Polką panią Jadzią.

Pani Jadzia, postawna kobieta w wieku Grety Hedlund zawiozła go do Konstancina. Zaprowadziła do trzypokojowego mieszkania na drugim piętrze niewielkiego kilkurodzinnego budynku ukrytego na zalesionej, ogrodzonej działce z dala od ulicy. Adam otrzymał klucze od mieszkania oraz pilota od garażu i od bramy wjazdowej. Mógł się wprowadzać od razu.

Pani Jadzia, nieco skrępowana zapytała czy Adam nie miałby nic przeciwko temu, aby na zakupy pojechać z nią jutro po południu. Zgodził się na to. Odwiozła go z powrotem do Ambasady. Miał tam zaparkowany samochód, który wynajął dzień wcześniej zaraz po wyjściu ze szpitala.

Po powrocie do Ambasady umówił się z panią Jadzią na następny dzień po piętnastej. A na razie postanowił pojechać na lotnisko. Był tam wczoraj. Chciał odebrać bagaż, który miał być wyładowany z samolotu, po ich niespodziewanym lądowaniu w Warszawie. Dowiedział się, że bagaż jest w magazynie, ale w niedziele nie ma możliwości, aby mu go wydać. Resztę niedzieli spędził na studiowaniu centrum Warszawy. Wieczorem wynajął pokój na jedną noc, w centrum, w Hotelu Marriott i w dalszym ciągu zajął się poznawaniem Warszawy, ale tym razem na mapie kupionej w hotelu.

W poniedziałek, po rozstaniu się z panią Jadzią, pojechał na lotnisko i odebrał bagaże. W drodze do Konstancina zatrzymał się przy sklepie Lidla i kupił trochę żywności. Zawiózł to wszystko do domu. Poczuł się zmęczony. Dochodziła osiemnasta. Postanowił odpocząć nieco zanim pojedzie do Miriam i syna. Z drzemki w fotelu wybudził go telefon.

„Dzień dobry. Nazywam się Kowalski. Jan Kowalski. Rozmawiam z panem Wojnarowskim, prawda?” – usłyszał w telefonie po polsku

„Zgadza się. Słucham…”

„Powinniśmy się spotkać jak najszybciej”

„Dlaczego?”

„Pana przyjaciel Frans Hoffman dał mi pana numer telefonu i list dla pana od pułkownika Mosze Dawidowicza…”

„Przepraszam” – przerwał mu Adam – „Nie wiem o czym pan mówi. Chyba pomylił mnie pan z kimś innym” – przerwał rozmowę

Przestawił telefon na szyfrowanie. Znalazł zaszyfrowany numer telefonu. Po chwili słuchał co Frans ma mu do powiedzenia

„Tak. Kowalski dzwonił z mojego polecenia. Właściwie to nasz dowódca pułkownik Dawidowicz polecił mi skontaktować się z tobą za pomocą Kowalskiego. Kowalski zadzwoni jeszcze raz. Wykonaj dokładnie wszystkie jego polecenia. To rozkaz. Trzymaj się”

Po rozmowie z Fransem Adam spakował owoce jakie kupił dla Miriam i pojechał do szpitala. Zastanawiał się co też Dawidowicz ma do niego za interes. Postanowił, że jeżeli będzie to chodziło o jakieś nowe zadania to będzie się starał z nich wykręcić, chociaż doskonale wiedział, że to niemożliwe.

W szpitalu spotkał Miriam spacerującą po korytarzu z dzieckiem na ręku. Po przywitaniu się przeszli do jej pokoju. Dowiedział się, że zarówno z nią jak i z dzieckiem wszystko jest w porządku i że zostaną wypisani ze szpitala pojutrze, to jest w środę

„Co się stało?” – zapytała Miriam – „Widzę, że jesteś trochę przydeptany, markotny”

„Rozmawiałem z Fransem…”

W tym momencie zadzwonił Adama telefon. Odebrał go

„Wojnarowski. Słucham”

Słuchał dłuższą chwilę nie odzywając się

„Zrozumiałem”

Miriam słuchała zaniepokojona. Gdy Adam skończył rozmowę zapytała

„Po polsku rozmawiałeś? Nic nie zrozumiałam. O co chodzi?”

„Nie wiem, kochanie. Jutro mam spotkać pewnego człowieka. Mam nadzieję, że wszystko się wyjaśni”

Środa, 22-10-2008

Adam zjawił się w szpitalu około południa. Miriam była już ubrana. Dziecko też. Czekali na niego. Poprzedniego dnia Adam nie zajrzał do szpitala nawet na chwilę. Jego telefon był wyłączony. Miriam odchodziła od zmysłów. Wyobrażała sobie, że ten tajemniczy telefon co Adam przy niej odebrał musiał być powodem czegoś złego.

Około dwudziestej pierwszej wczoraj, pielęgniarka przyniosła walizkę. Powiedziała, że to od męża. Podała jej też kopertę. Miriam rozerwała ją gwałtownie. W środku była kartka z ręcznie napisaną, krótką informacją

„Wszystko w porządku, kochanie. Nie mam teraz czasu. Jutro po was przyjadę i wszystko ci opowiem. Nie martw się. Jest lepiej niż myślałem. Kocham Was. Twój Adam”

Teraz Adam zniósł najpierw wszystkie rzeczy do samochodu, a potem wrócił się po Miriam i syna. Gdy znaleźli się w samochodzie Miriam nie wytrzymała

„Opowiadaj wreszcie co się stało, bo dłużej nie wytrzymam!”

„Pamiętasz ten telefon co przedwczoraj odebrałem przy tobie?”

„O niczym innym nie myślałam!”

„Mówiłem ci, że miałem spotkać pewnego człowieka…”

„Co to za jeden?”

„Wysłannik z warszawskiej Ambasady Izraela. Umówił się ze mną w pewnym małym hotelu na przedmieściach Warszawy. Zabrał mnie stamtąd samochodem do Ambasady. Samochód miał przyciemnione szyby. Siedziałem na tylnej kanapie. Chodziło o to, aby nikt mnie nie widział, jak wjeżdżam do Ambasady. Wiesz, oni podejrzewają, że są ciągle obserwowani przez Irańczyków i nie tylko przez nich. Nie chcieli, aby ktoś mnie widział…”

„Do rzeczy, Adam. Co chcieli od ciebie?” – przerwała mu

„Nic nie chcieli. W Ambasadzie czekała mnie niespodzianka. W pokoju przyjęć ambasadora czekał na mnie ambasador, attaché wojskowy, mój były dowódca pułkownik Mosze Dawidowicz i jeszcze kilka innych osób. Poinformowano mnie, że zwolniono mnie, że zwalniają mnie ze służby w związku z moim przejściem na emeryturę…”

„Nie mogli tego zrobić listownie?”

„Może mogli, ale chodziło o coś jeszcze. Zostałem odznaczony jednym z najwyższych odznaczeń wojskowych Izraela. Dostałem Medal Za Odwagę. Drugi taki medal dostała pośmiertnie Miriam”

Adam sięgnął do schowka przed siedzeniem pasażera. Wyjął dwa pudełeczka oprawione biało-niebieskim materiałem. Podał je siedzącej z tyłu Miriam. Otworzyła jedno z nich. Jej oczom ukazał się srebrny nieco trójkątny przedmiot przedstawiający sześć skrzyżowanych ze sobą mieczy z umieszczoną na nich gałązką oliwną. Medal zawieszony był na purpurowej baretce. W drugim pudełku znajdował się taki sam medal

„Tu są jeszcze dwie legitymacje zaświadczające nadanie tych medali mnie i Miriam. Mogę je ci pokazać, ale je nie przeczytasz. Są po hebrajsku”

„Nie trzeba, Adam. Jestem wzruszona”

„No i coś jeszcze… jednorazowa, spora gratyfikacja pieniężna. Ułatwi nam kupić dom” – zastartował samochód – „Potem zaprosiłem kilka osób do restauracji i tak jakoś zeszło, że nie mogłem do was przyjechać…Ale teraz jedziemy do mieszkania, które przez najbliższy miesiąc będzie naszym domem”

Do końca października Miriam urządzała mieszkanie. Bardzo jej się podobało. Cieszyło ją, że sąsiedzi są bardzo życzliwi no i mówią po szwedzku. Miriam szybko zaprzyjaźniła się z niewiele starszą od niej żoną doktora Alfreda Johanssona, Eriką. Zdążyły już być kilka razy w centrum Warszawy i porobić zakupy.

Doktor Johansson mieszka w Warszawie od lat. Ma swoją praktykę w Konstancinie kilka domów dalej. Mówi dobrze po polsku. Przyjmuję również zamożnych, polskich pacjentów. Z Ambasadą ma umowę na opiekę zdrowotną jej pracowników.

Na początku listopada życie rodziny Wojnarowskich zaczęło się stabilizować. Dziecko rozwijało się bardzo dobrze. Rany Adama zagoiły się. Pomalutku zaczęli się nudzić. Pogoda nie sprzyjała spacerom. Pozostawało jeszcze życie towarzyskie, głównie z mieszkańcami budynku. Miriam zrobiła małe przyjęcie zapoznawcze dla sąsiadów.

Chyba jednak zawiedli zaproszonych gości. Widać było, że wszyscy bardzo byli ciekawi skąd Wojnarowscy wzięli się w Polsce. Tłumaczenie, że Miriam w drodze z wakacji zaczęła rodzić w samolocie i że musieli z tego powodu lądować w Warszawie, oraz że Adam został postrzelony w Armenii przez rabusiów, jakoś ich nie do końca przekonało. Zwłaszcza nadzwyczajnie czuła opieka Ambasady nad nimi wydawała się wszystkim dość zagadkowa. Oczywiście, szwedzka taktowność nie pozwalała gościom wprost pytać o takie sprawy.

Ciekawość starych mieszkańców budynku, tajemniczą rodziną Wojnarowskich, dosyć szybko ostygła. W między czasie Adam złożył papiery o przejście na emeryturę w Szwecji. Właśnie skończył sześćdziesiąt jeden lat i uzyskał do tego prawo.

Powiadomił o tym Szefa. Mimo że Firma musiała się pozbyć kilku pracowników, to szef wolałby, aby Adam popracował u nich jeszcze kilka lat. Jeżeli chodzi o Miriam, to oczywiście jest na urlopie macierzyńskim.

Konsulat przy Ambasadzie pomógł wysłać do Försäkringskassy, takiego szwedzkiego ZUSu, wszystkie dokumenty nowonarodzonego Adama Wojnarowskiego.

W Ambasadzie Adam dowiedział się, że mieszkanie mają opłacone do końca roku i że przed upływem tego terminu powinni je opuścić.

Środa, 3-12-2008

Miriam, po urodzeniu syna pogodziła się z rodzicami. Często rozmawiali ze sobą telefonicznie. Mieli przyjechać do Polski razem, ale ojciec Miriam dostał duże zamówienie dla swojej firmy kaletniczej, którą prowadzi razem z żoną. Zamówienie powinno być zrealizowane przed Świętami Bożego Narodzenia. Ustalili, że do Warszawy pojedzie tylko Matka Miriam a on ze swoimi trzema pracownikami skupią się na pracy.

Właśnie przed południem Miriam dostała telefon od matki z prośbą, aby jej zamówić bilety do Polski, bo ona sobie z tym nie daje rady a ojciec nie ma na to czasu.

Już wcześniej uzgodniły, że razem wrócą do Szwecji, zaraz po Świętach Bożego Narodzenia. Dlatego matka przyjedzie ich firmowym minibusem, Mercedesem Vito. Ojciec wymontuje ostatni rząd foteli, aby mogli zabrać bagaże i to co kupili dla dziecka.

Zaraz po rozmowie z matką Miriam usiadła z Adamem do komputera i zaczęli szukać wolnych miejsc na promie z Nynäshamn do Gdańska. Jak zwykle w grudniu w okresie przedświątecznym nie była to łatwa sprawa. Tylko to połączenie było dla matki możliwe. Odległość z Hudiksvall do Nynäshamn to ponad 350 kilometrów po zaśnieżonych drogach.

Matka nie lubi prowadzić samochodu. Nigdy nie prowadziła samochodu zimą na takim dystansie. Na następną najbliższą przeprawę promową leżącą o dalsze 400 kilometrów dalej, w Karlskronie, absolutnie nie chciała się zgodzić. W końcu kupili jej bilet na czwartek, jedenastego grudnia.

Miriam zatelefonowała do matki i podała dane potrzebne do wydrukowania biletu. Pozostało jeszcze zamówić bilety na podróż do Szwecji. Po godzinie wszystko było załatwione. Opuszczą Polskę po świętach, w niedzielę dwudziestego ósmego grudnia. Wyjadą z Gdańska do Nynäshamn.

Piątek, 12-12-2008

Prom do Gdańska przybył po dwunastej. Matka od razu zatelefonowała do Miriam, że już jest w drodze do Konstancina. Jeszcze przed wyjazdem z domu mąż ustawił jej nawigację GPS na Konstancin. Nie powinna mieć kłopotów z trafieniem na miejsce. Odległość z Gdańska do Konstancina to jakieś 400 kilometrów. Przy spokojnej jeździe powinna pokonać ją w około pięć godzin.

Przyjechała dobrze po osiemnastej. Była roztrzęsiona. Nie spodziewała się, że ta podróż z Gdańska, będzie ją kosztować tyle nerwów. Po przywitaniu się natychmiast udała się z córką do ich sypialni, w którym spał jej wnuczek.

W tym czasie Adam udał się do samochodu po bagaże teściowej. Nie widział jej wcześniej. Miriam nie pokazywała mu zdjęć rodzinnych, ponieważ ich po prostu nie miała. Te kilkanaście z rodzicami, co miała w telefonie skasowała po awanturze, wtedy, gdy ich powiadomiła, że wychodzi za Adama.

Teraz Adam nie mógł się nadziwić jak bardzo matka i córka są do siebie niepodobne. Nigdy by się nie domyślił, że ta pięćdziesięciokilku letnia, niska kobieta, która właśnie do nich przyjechała, to matka jego żony.

Jeszcze tego samego wieczoru Adam pojechał na lotnisko zostawić samochód, który tam wynajął. Nie musiał tego robić właśnie teraz, ale pomyślał, że dobrze będzie zostawić Miriam z matką sam na sam. Niech sobie swobodnie pogadają. Wrócił po dwudziestej. Panie siedziały przy stole i kończyły późną kolację

„Uzgodniłam z mamą jak się będziecie do siebie zwracać…”

„Nie mów do mnie – mamusiu” – przerwała jej matka zwracając się do Adama – „Bo to mnie by bardzo postarzało. Mów mi po imieniu”

„Dobrze, mamusiu” – odpowiedział

„Helga. Helga jestem…”

„Dobrze, Helgo”

Sobota, 13-12-2008

W sobotę chcieli pokazać matce Warszawę. Przy śniadaniu Helga zauważyła

„Dzisiaj trzynasty. Czy tutaj obchodzi się Święto Łucji?”

„Właśnie! Dobrze, że mi mama przypomniała! Kilka dni temu dostaliśmy zaproszenie na Luciję do Szwedzkiej Szkoły. To tu w Konstancinie na Warszawskiej. Tam jest Amerykańska Szkoła i Brytyjska. Szwedzkie dzieci mają tam zajęcia według szwedzkich programów szkolnych… Zaraz znajdę to zaproszenie”

Miriam pobiegła do pokoju. Wróciła po chwili nieco zasmucona, z zaproszeniem w ręku

„Tak mi przykro. Uroczystości były wczoraj, w piątek. To był ostatni dzień przed feriami świątecznymi…”

„Nic się nie stało. Jeszcze nie raz będziemy mieli okazję obchodzić to święto”

Po śniadaniu pojechali do Warszawy. Helga kupiła masę ciuszków dla wnuczka. Miriam próbowała ją powstrzymać, mówiąc, że on z tego wyrośnie zanim je zdąży mieć na sobie, ale na nic się to nie zdało. Przez pozostałe dni byli co dzień na zakupach kompletując wszystko co potrzebne do uroczystego spędzenia Świąt.

Kiedy panie biegały po sklepach w centrum Warszawy, Adam z synem w wózku rozglądał się za prezentami dla żony i teściowej. W pewnym sklepie jubilerskim zauważył naszyjnik z bursztynów. Podobny miała kiedyś jego pierwsza żona. Kupił go dla Miriam. Dla teściowej wybrał coś ze srebra.

Wigilię Świąt Bożego Narodzenia spędzili we własnym gronie. W pierwszy Dzień Świąt byli zaproszeni do Alfreda i Eriki Johanssonów. Zrewanżowali się zapraszając ich do siebie następnego dnia.

Doktor Johansson podobnie jak inni mieszkańcy ich niewielkiej szwedzkiej społeczności, wiedział, że Wojnarowscy wyjeżdżają przed Nowym rokiem do Szwecji. Teraz, w drugi Dzień Świąt, siedząc przy kawie Adam poprosił go o przysługę. Chodzi o to, że musi przekazać pani Jadzi z Ambasady klucze od mieszkania. Wszyscy już mają wolne więc liczy na to, że doktor Johansson wyświadczy mu tą przysługę i odda klucze po Nowym Roku. Johansson zgodził się spełnić jego prośbę.

Cały pierwszy dzień po świętach, sobotę dwudziestego siódmego, spędzili na pakowaniu się i sprzątaniu mieszkania. Późnym wieczorem Adam zniósł niemal wszystkie bagaże do samochodu. W niedzielę, zaraz po śniadaniu ruszyli w drogę do Gdańska, tak aby być w porcie przed siedemnastą. Prom odpływał o osiemnastej.

Poniedziałek, 29-12-2008

O dwunastej zjechali z promu w Nynäshamn. Do Trosy mieli 90 kilometrów. Ale nie pojechali do domu tylko do hotelu, w którym czekał na nich ojciec Miriam. Umówili się, że przyjedzie do Trosy i razem przywitają Nowy Rok. Dwupokojowe mieszkanko Adama jest zdecydowanie za małe, aby wygodnie im było w nim ugościć teściów.

Helga i jej mąż Sven stanowczo zdecydowali, że do czasu swojego wyjazdu po Nowym Roku, zamieszkają w hotelu. Sven wybrał Bromans Hotell. Leży on tylko kilkaset metrów od mieszkania Adama.

Ojciec Miriam czekał na nich w hotelowej restauracji. Przywitali się. Od razu ustalili z Adamem, że będą się do siebie zwracać po imieniu. Sven koniecznie chciał wziąć wnuka na ręce, ale mały rozpłakał się na jego widok

„Nic dziwnego” – pomyślał Adam – „On też za cholerę nie przypomina Miriam”

Adam chciał jak najszybciej pojechać do domu, ale teściu uparł się, że najpierw muszą zjeść z nimi obiad. Po obiedzie przesiedli się na werandę. Usiedli w wygodnych fotelach. Sven zamówił kawę i koniak. Przy kawie ustalili, a raczej to on zadecydował, że przyjęcie Noworoczne spędzą tu w tym hotelu. Wszystko jest już zamówione. On zaprasza. Poinformował, że do domu do Hudiksvall wyjadą w sobotę, trzeciego stycznia, tak aby zdążyli odpocząć przez niedzielę, bo od poniedziałku znowu muszą się ostro zabrać za robotę.

Po kawie panie zostały przewinąć Juniora a Adam z teściem udali się na parking po bagaże Helgi. Na parkingu Adam poprosił teścia o pożyczenie na jakiś czas mikrobusu, którym przyjechali z Warszawy. Będą się w najbliższym czasie przeprowadzać, to taki samochód bardzo się przyda.

„Nie ma sprawy. I tak nie wrócilibyśmy we dwa samochody. Helga bardzo nie lubi prowadzić” – odparł Sven.

W domu byli dopiero około dwudziestej. Odebrali od sąsiadki klucze i masę zaległej poczty. W mieszkaniu wszystko było w porządku. Sąsiadka podlewała kwiatki i nawet starła kurze przed ich powrotem. Szybko przenieśli bagaże.

W sypialni rozstawili składane łóżeczko Juniora. Ponieważ lodówka była pusta, Adam skoczył do sklepu kupić trochę jedzenia na jutrzejsze śniadanie. Po czterdziestu minutach był z powrotem. O godzinie dwudziestej trzeciej położyli się spać.

Dwa ostatnie dni starego roku spędzili razem z teściami. Zaraz po śniadaniu spotykali się u nich w hotelu. Ponieważ pogoda była wspaniała, śnieg i ze dwa stopnie poniżej zera, wychodzili z wózkiem na spacer nad rzekę. Teście zachwyceni są Trosą. Nigdy tu wcześniej nie byli. Sven wspomniał żartem, że dobrze by było, aby Adam i Miriam kupili tu dom. Miałby gdzie przyjeżdżać na wakacie. Po spacerze zjadali w którejś z uroczych małych restauracji lancz i jechali do Sztokholmu.

Noc Noworoczną spędzili w restauracji hotelowej. Tradycyjnie przy wybiciu dwunastej złożyli sobie życzenia Noworoczne i tak jak niemal wszyscy goście restauracji wyszli na spacer nad rzekę.

Mały Adam spał w wózku tak mocno, że nawet Noworoczne fajerwerki nie potrafiły go obudzić. Od dwunastej rozpoczął się okres zezwalający wędkowanie na wodach wokół Trosy. Będzie trwał aż do czternastego września. Bardzo dużo wędkarzy już siedziało nad rzeką.

Przeszli się wzdłuż jej brzegu. Było tam dużo spacerujących ludzi wielu z butelkami musujących win. Po godzinie wrócili do restauracji. Dopiero około czwartej nad ranem poczuli się zmęczeni. Adam z żoną i dzieciakiem udali się do domu a teściowie na górę do swojego pokoju.

W Nowy Rok spotkali się dopiero wieczorem. Zjedli razem kolację Matka Miriam przeziębiła się w czasie nocnego spaceru i nie czuła się najlepiej. Rozstali się dosyć wcześnie. W piątek, drugiego, teść zatelefonował do Miriam poinformować, że mama czuje się znacznie lepiej, ale pozostaną cały dzień w hotelu. Nie będą się z nimi spotykać, aby broń Boże nie zarazić dziecka.

Sobota, 3-01-2009

W sobotę po śniadaniu spotkali się z teściami w hotelu. Właśnie dopełniali formalności związane z opuszczeniem pokoju. Adam pomógł zanieść ich bagaże do samochodu teścia. Porozmawiali jeszcze jakiś czas, Miriam obiecała rodzicom, że na wiosnę przyjadą do nich do Hudiksvall.

Rozstali się około dwunastej. W drodze do domu Adam zapytał

„Wiesz co to za dzień dzisiaj mamy?”

„Jak to, co za dzień?… Trzeci stycznia 2009 go”

„Zgadza się, ale nie o to mi chodzi… Dokładnie rok temu, trzeciego stycznia poznaliśmy się w Firmie…”

„Nieprawda, Adam” – przerwała mu – „Myśmy się poznali dużo, dużo wcześniej… rok temu odświeżyliśmy naszą znajomość”

„Wiesz. Masz rację… W każdym razie obiecuję ci, że od dzisiaj będziemy wieść spokojne, ustatkowane życie jak typowi Szwedzi… Co powiesz o typowo szwedzkim modelu życia rodzinnego 4V?”

„4V, co to jest?”

„Pierwsze V jak Villa. Od jutra zabieramy się ostro za szukanie odpowiedniego domu.

Drugie V to Volvo. Musimy kupić rodzinny samochód. Mój nadaje się na złom, a twoja renówka jest dla nas za mała.

Trzecie V to Vagn, właściwie husvagn, czyli przyczepa kampingowa. Będziemy w niej zwiedzać Europę.

A czwarte V to vovve, czyli piesk. Junior musi mieć pieska. Zawsze chciałem mieć psa w dzieciństwie. Moi rodzice nie chcieli się na to zgodzić. Nasz Adam będzie miał psa”

„Dobrze kochanie. Jakiego psa mu sprawimy?”

„Gładkowłosego, czarnego jamnika”

„Jamnika. Dlaczego jamnika?”

„Bo to bardzo praktyczny piesek. Jak nas zmęczy, to nawiniemy go na szpulkę i schowamy do szuflady”

KONIEC

Leave a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *