PRZYPADEK JANINY S.

Znali się od kilku miesięcy. Poznała go na cmentarzu na pogrzebie Mietka. Mało ludzi przyszło na ten pogrzeb. Gorące lato. Sezon urlopowy w pełni. Wszyscy wyjechali. Była tylko najbliższa rodzina. Syn przyleciał ze Szwecji sam. Synowa została z nowonarodzonym dzieckiem w domu. Nikt inny od niej z rodziny nie przyjechał na pogrzeb. Nie zdziwiło jej to. Jej rodzina nigdy nie zaakceptowała tego, że się związała z Mietkiem. Niby wszystko było poprawnie między nimi, ale unikali kontaktów z nią i z Mietkiem. Ona też przestała ich odwiedzać. Na początku, przy okazji uroczystości rodzinnych, Nowego Roku, czy Świąt dzwonili do siebie z życzeniami. Potem wysyłali sobie kartki. W końcu i to przestali robić.

Z rodziny Mietka przyleciał brat z żoną. Byli też jacyś kuzyni, których ledwo znała. Sąsiadów też nie było, no bo skąd mieliby wiedzieć, że Mietek nie żyje. Nie utrzymywali z sąsiadami żadnych kontaktów. Za to z pracy, od Mietka, z Instytutu, było kilka osób. Uprzedziła wszystkich, że stypy nie będzie. Pewno dlatego wszyscy bardzo szybko się rozeszli. Została sama przy grobie. W pewnym momencie, chyba z gorąca, zakręciło się jej w głowie i upadła na grób. Nie straciła przytomności. Podnosząc się, rozejrzała się dookoła. Zła była na siebie

„Dobrze, że nikt tego nie widział. Chyba wyglądał ten upadek jak na jakimś tanim filmowym melodramacie” – pomyślała

Otrzepując ubranie z piasku nie zauważyła mężczyzny który właśnie podszedł

„Nic się pani nie stało?” – zapytał

Podał jej torebkę którą nie zdążyła podnieść z ziemi

„Dziękuję” – odpowiedziała zaskoczona – „Wszystko w porządku”

„Może w czymś pomóc?”

„Dziękuję. Naprawdę nie potrzeba”

Chciała jak najszybciej oddalić się od narzucającego się mężczyzny. Ruszyła energicznie przed siebie, ale ciasnota między nagrobkami spowodowała, że źle postawiła lewą stopę na krawężniku okalającym jeden z nagrobków

„Ajj!” – krzyknęła z bólu

Gwałtownie przysiadła na wysokim nagrobku łapiąc się za lewą stopę. Mężczyzna który został przy grobie Mietka szybko zjawił się przy niej

„Widzę, że jednak bez mojej pomocy się nie obejdzie” – stwierdził i zdecydowanie zażądał – „Proszę pokazać stopę”

Nie czekając na reakcję ściągnął jej pantofelek z nogi. Zasyczała z bólu. Stwierdził, że noga źle wygląda i zaczyna puchnąć

„Mam samochód przed wejściem na cmentarz. Zawiozę panią na pogotowie”

Nie protestowała. Oparta o jego ramię pokuśtykała do samochodu. Kiedy już znaleźli się w środku, zanim jeszcze ruszyli przedstawił się jej

„Nazywam się Gerard Juszczyn. Byłem przyjacielem pani męża”

„Janina Siekowska” – odpowiedziała – „Nie byliśmy małżeństwem…”

Sama przed sobą się zdziwiła, że tak odpowiedziała. Nigdy nie prostowała tego faktu, że nie są małżeństwem

„Przepraszam. Byłem przekonany, że jesteście małżeństwem”

„Razi to pana, że nie byliśmy?” – odpowiedziała nieco zaczepnie

„Nie! Absolutnie nie!” – wykrzyknął przepraszająco – „Po prostu Melker zawsze mówił o pani jako o żonie…”

„Melker…Nie znosił tego imienia. W towarzystwie przedstawiał się jako Mieczysław” – wyjaśniła

„Teraz rozumiem dlaczego na tabliczce przy trumnie napisano Mieczysław Goldberg. Ale skąd wziął się Melker?”

„W 68mym jego rodzice zostali zmuszeni do wyjazdu z Polski. Odebrano im obywatelstwo. wyjechali z dziećmi do Szwecji. On miał sześć lat i na imię Melchior. Rodzice zmienili mu oficjalnie na szwedzki odpowiednik, stąd Melker…Auu!…Moja noga! Proszę jechać ostrożniej”

„Przepraszam” – odpowiedział i zwolnił – „Kiedy wrócił do Polski?”

„Po upadku komunizmu, zwrócono mu obywatelstwo. Otrzymał polski paszport. Niestety, rodzice już tego nie doczekali”

Dojechali na pogotowie. Czekał ze trzy godziny aż ją opatrzą. Wywieziono ją na wózku z nogą do kolana w gipsie. Zawiózł ją do domu. Był bardzo troskliwy. Zobowiązał się zawieść zwolnienie lekarskie do biura w którym pracowała. Protestowała. Powiedziała, że wystarczy jak jutro zadzwoni. Ale on nalegał. Mówił, że chce być przydatnym. Ujął ją tą troską.

Potem przyjeżdżał do niej każdego dnia. Robił zakupy, wynosił śmieci. Nawet przygotowywał posiłki. Po trzech dniach mówili sobie po imieniu. Tydzień później przeprowadził się do niej. W zasadzie nic o nim nie wiedziała. Powiedział jej że jest wdowcem. Żona zmarła na raka trzy lata temu. Dzieci nie mieli. Pochodzi z Bogatyni i tam mieszkał do śmierci żony. Pracował w elektrowni w Turoszowie. W Łodzi jest od trzech lat. Pracuje w Instytucie. Tam poznał Melkera. Poprawiał się, gdy zwracała mu uwagę, aby nazywał zmarłego Mietkiem.

Gerard, podobnie jak Mietek niemal całymi dniami bywał poza domem

„Taka praca” – tłumaczył – „Nieregulowany czas pracy”

Była do tego przyzwyczajona. Nie przeszkadzało jej to. Czasami po kilka dni siedział w domu. Mówił, że to rekompensata za nadgodziny. Ona wtedy jak co dzień szła do pracy. Gdy wracała zawsze zastawała mieszkanie tip top posprzątane.

Raz wróciła niespodziewanie w południe do domu po jakieś zapomniane dokumenty. W mieszkaniu zastała Gerarda i dwóch mężczyzn. Wszyscy trzej mieli na sobie ochronne jednorazowe, białe kombinezony. Ściana w pokoju w którym Mietek miał swoje biurko i książki była odrapana z tapety. Gerard nieco zaskoczony wyjaśnił jej, że chciał jej zrobić niespodziankę i odświeża mieszkanie. Stwierdził, że tapety są już wypłowiałe i pomyślał, że dobrze byłoby je zmienić. Chciał zrobić to szybko, dlatego poprosił kolegów do pomocy. Zdziwiła się trochę. Nie uważała, żeby tapety źle wyglądały. Ale ponieważ bardzo się spieszyła powiedziała tylko

„Mam nadzieję, że posprzątacie po tapetowaniu”

Gdy wróciła po kilku godzinach wszystko było w najlepszym porządku. Gdyby nie nowa tapeta nigdy by się nie domyśliła że pokój Mietka był odświeżany. Gerard przepraszającym głosem zapewniał ją, że postarał się aby wszystko wróciło na swoje miejsce. Zaimponował jej tym. Gerard przepraszał, że nie uzgodnił z nią tego remonciku. Po prostu chciał jej zrobić niespodziankę. Nie robiła mu z tego powodu wymówek. Dopiero znacznie, znacznie później zorientowała się, że pokój Mietka był bardzo drobiazgowo przeszukany

„Skoczę teraz po zakupy” – powiedział jej wtedy i zostawił ją w pokoju Mietka

W zasadzie do pokoju Mietka nie wchodziła od czasu jego śmierci. Teraz weszła tylko po to aby sprawdzić. Jak Gerard wywiązał się z obietnicy doprowadzenia pokoju do porządku. Usiadła przy biurku i naszły ją wspomnienia.

Bardzo się z Mietkiem kochali. Cztery lata temu Mietek zmienił pracę. Krótko po tym stał się bardzo nerwowy. Mówił, że to przez pracę. Gdy go pytała o to co robi, odpowiadał, że to skomplikowane inżynieryjne szczegóły, które nic jej nie powiedzą.

Od jakiegoś roku bardzo się zmienił. Stał się zimny, niemal się do niej nie odzywał. Wracał późno do domu. Gdy go raz zapytała gdzie był, odpowiedział opryskliwie, że to nie jej sprawa. Nigdy tak się do niej nie odnosił

„Jak chcesz odejść do innej, to powiedz. Nie będę cię zatrzymywać” – powiedziała płacząc

Podszedł wtedy do niej, ale nie objął jej. Stanął naprzeciwko i cichym ale stanowczym głosem powiedział

„Powiem to tylko raz i więcej nie będę do tego wracać. Zapamiętaj to sobie na zawsze. Nie mam żadnej innej kobiety!”

Potem nie czekając na jej reakcję poszedł do swojego pokoju zamykając za sobą drzwi.

Ich syn Robert wyjechał na studia do Szwecji, zanim Mietek zaczął pracę w Instytucie. Poznał tam dziewczynę. Zamieszkali razem. Przylecieli do Polski. Robert przedstawił ją rodzicom. Potem przylecieli z wizytą jeszcze ze dwa razy. Linda, jego dziewczyna nie mówiła po polsku. Mietek najczęściej zabawiał ją rozmową po szwedzku. Zwykle bardzo miło spędzali czas razem.

W czasie ostatniej wizyty syna i Lindy, kilka miesięcy temu, atmosfera w domu była zupełnie inna. Mietek niemal się nie odzywał do nikogo. Linda, była w zaawansowanej ciąży i zwróciła się do Mietka opowiadając o badaniach USG jakim się poddała i że wiedzą już jaką płeć ma ich nienarodzone dziecko. Mietek przerwał jej dosyć opryskliwie mówiąc, że go to nie interesuje.

Siedzieli przez jakiś czas w milczeniu. Linda po chwili powiedziała, że czuje się zmęczona i musi się położyć. Robert odprowadził ją do pokoju gościnnego a matka poszła do kuchni przygotować dla niej herbatę. Po chwili do kuchni wszedł Robert

„Mamo, czy jest coś nie tak jak trzeba z tobą i ojcem?” – zapytał

„Nie. Dlaczego tak uważasz?”

„Ślepy nie jestem. Na odległość widać panujący chłód między wami. Ojciec stał się opryskliwy”

Coś w niej wtedy pękło. Powiedziała synowi, że od dawna ma dość Mietka. Że najchętniej zostawiłaby go i wyniosła się z domu, ale trudno jest jej się zdecydować

„Czy ojciec ma kogoś?”

„Nie. Absolutnie nie. To nie o to chodzi. My staliśmy się dla siebie obcy”

„Tak nagle?”

„Nie. To przyszło niezauważalnie. W jakiś sposób było i jest to dla nas wygodne. Wiesz, taka niepisana umowa. On bardzo dobrze zarabia. Łoży na dom. Mamy oszczędności. Ja staram się aby mu w domu niczego nie brakowało. Zawsze ma czyste, wyprasowane koszule. Pakuję mu walizkę na te jego wyjazdy służbowe, ale…”

„Co ale?”

„To zaczyna mnie męczyć. Nie fizycznie. Psychicznie. Czuję, że jak tak dalej będzie to zwariuję”

Musieli przerwać rozmowę. Do kuchni wszedł Mietek. Zauważył, że przestali nagle rozmawiać. Nie zapytał o czym rozmawiają. Sięgając z lodówki butelkę piwa zwrócił się do syna

„Otworzyć tobie też jedną?”

I nie czekając na odpowiedź wyszedł z kuchni.

Dwa miesiące po tej ostatniej wizycie syna, Mietek szykował się na wyjazd w kolejną podróż służbową. Od dawna nie pytała go dokąd wyjeżdża. Zawsze odpowiadał, że do Szczecina i zawsze zabierał ze sobą paszport. Od tego ciągłego noszenia przy sobie jego paszport był już solidnie zużyty. Zapytała go kiedyś po co mu paszport w podróży do Szczecina. Odpowiedział jej żartem, że bardzo sobie ceni polski paszport i lubi mieć go przy sobie.

Tym razem przed wyjściem z domu podszedł do niej i podając swój paszport powiedział

„Ukryj go dobrze, a najlepiej miej go zawsze przy sobie… Zwłaszcza jak na dłużej opuszczasz dom…”

„O co chodzi? Wytłumacz mi”

„Nie teraz. Nie mam na to czasu. Pamiętaj! Nikomu, absolutnie nikomu go nie oddawaj. I przed nikim nie przyznawaj się do tego, że cokolwiek wiesz o tym paszporcie. Pamiętaj! Bez względu na okoliczności” – potem, już w drzwiach, dodał – „Nie pozbywaj się go, nawet gdybym nie wrócił”

Zaskoczył ją.

„Wytłumacz mi, o co chodzi?”

„Dowiesz się w swoim czasie” – odpowiedział i wyszedł bez pożegnania

Trzy dni potem, w biurze tuż przed końcem pracy sekretarka szefowej zadzwoniła do niej i poprosiła o natychmiastowe przyjście do szefowej. Kiedy po chwili weszła do jej gabinetu zastała tam pewnego starszego mężczyznę i młodą kobietę. Szefowa na jej widok zerwała się gwałtownie od biurka

„To ja zostawię państwa samych. Proszę mnie wezwać gdybym była potrzebna” – powiedziała wychodząc z gabinetu

Mężczyzna podszedł do niej energicznie z wyciągniętą na przywitanie ręką

„Kowalski jestem. Jan Kowalski” – przedstawił się

Nie czekając aż ona powie cokolwiek kontynuował

„Mam dla pani przykrą wiadomość. Pani mąż nie żyje…”

Zachwiała się jakby dostała obuchem w głowę. Musiał ją podtrzymać aby nie upadła.

„Siostro” – zwrócił się do młodej kobiety – „Proszę podać pani coś na uspokojenie”

Podczas gdy pielęgniarka wyciągała coś ze swojej przepastnej torby, on pomógł jej usiąść w fotelu przy stoliku kawowym

„Nie. Dziękuję” – odpowiedziała odmawiając podawanego lekarstwa – „Nic mi nie jest….Proszę powiedzieć coś więcej…Coś więcej o śmierci Mietka”

Dowiedziała się, że zginął w pożarze laboratoriom gdzieś na poligonie wojskowym. Zdziwiła się. Nie miała pojęcia, że Mietek ma coś wspólnego z wojskiem. Kowalski wyjaśnił jej, że Instytut w którym Mietek pracował sporadycznie dostawał zamówienia na wykonywanie pewnych prac dla wojska. Mówił coś do nie jeszcze ale nic z tego nie zrozumiała.

Dowiedziała się jeszcze że wszystkie formalności związane ze śmiercią Mietka, takie jak sprawy ubezpieczeniowe i związane z pogrzebem będą załatwione przez odpowiednie władze wojskowe. Dosyć szybko doszła do siebie. Chciała zadać pytanie, dlaczego te sprawy mają załatwiać władze wojskowe, a nie Instytut w którym pracował, ale pomyślała, że to nie ma dla niej żadnego znaczenia.

Kowalski zaoferował się podwieźć ją do domu. Podziękowała. Odpowiedziała, że da sobie radę sama. Pożegnał się, pielęgniarka skinęła głową, zostawili ją w gabinecie szefowej. Natychmiast po ich wyjściu zjawiła się szefowa. Starała się być troskliwa. Powiedziała, że zamówiła taksówkę i sekretarka, pani Ania, odwiezie ją do domu i jeśli potrzeba to zostanie z nią kilka godzin. Chciała zaprotestować mówiąc, że to niepotrzebne i że da sobie radę, ale szefowa stwierdziła, że wydała już stosowne polecenia i że taksówka czeka już pod biurem. Dała jej też trzy dni wolnego.

W domu odprawiła szybko panią Anię. Potem siedziała kilka godzin bez ruchu i rozmyślała nad sytuacją w jakiej się znalazła. W pewnym momencie dotarło do niej, że właściwie wiadomość o śmierci Mietka nie zrobiła na niej wrażenia jakie zwykle taka wiadomość robi na ludziach, kiedy dowiadują się o nagłej śmierci swoich bliskich. Owszem, ten Kowalski zaskoczył ją, ale niemal natychmiast zaczęła myśleć wyłącznie o praktycznych konsekwencjach śmierci Mietka. Zdała sobie sprawę, że powinna się popłakać i rozpaczać. Tego się ludzie zwykle spodziewają po tych którzy dostają taką wiadomość. Jednak nie mogła się zdobyć na uronienie chociażby jednej łzy

„No, cóż. Trzeba się zająć przygotowaniem pogrzebu” – pomyślała

Wstała i przeszła do kuchni. Wyjęła bloczek z kartkami na których robiła zwykle listę zakupów. Na jednej z kartek zaczęła zapisywać nazwiska osób które powinna poinformować o śmierci Mietka. Potem w telefonie odszukała numery telefonów do nich. Przez jakiś czas zastanawiała się czy zadzwonić do tych osób, czy tylko wysłać SMSy. Zdecydowała się zadzwonić tylko do syna i brata Mietka. Zrobi to wieczorem. Teraz ułożyła treść informacji SMSowej i powielając ją wysłała do pozostałych osób ze sporządzonej listy. Nie podała w informacji nic o dacie pogrzebu, ponieważ jej jeszcze nie znała. Poprosiła o nie kupowanie kwiatów, a pieniądze na to przeznaczone prosiła przesłać na konto PCK. Poinformowała, że również ona zasili konto PCK pieniędzmi przeznaczonymi na konsolację, której nie będzie. Wyszła z założenia, że ci co będą chcieli na pogrzeb przyjechać zrozumieją ją, a w sprawie daty pogrzebu skomunikują się z nią. Z pewnością wkrótce będzie już coś więcej wiedzieć.Wieczorem, po rozmowie z synem i bratem Mietka, pewna tego, że zrobiła co do niej należało, całkiem uspokojona położyła się spać.

Następnego dnia wstała dosyć późno, bo dopiero około dziewiątej. Kończyła jeść śniadanie, kiedy rozległ się dzwonek przy drzwiach

„Dzień Dobry. Jak się pani czuje?” – zapytał Kowalski gdy tylko otworzyła drzwi

Poprosiła go do kuchni. Przeprosiła, że jest w szlafroku, ale nie spodziewała się nikogo o tej porze. Kowalski bez zbędnych słów poinformował ją, że przyniósł świadectwo zgonu Mietka i że przy okazji chciałby uzgodnić z nią szczegóły pogrzebu. Zaproponował firmę pogrzebową która miałaby się tym zająć. Zapytał czy zgadza się na nią, czy może by wolała inną. Nie miała nic przeciwko tej zaproponowanej. Tak samo nie miała nic przeciwko zaproponowanemu miejscu na cmentarzu. Następnie Kowalski chciał wiedzieć w jakim obrządku religijnym miałby się odbyć pogrzeb. Odpowiedziała zdecydowanie, że ma to być pogrzeb świecki. Pozostała jeszcze do uzgodnienia data pogrzebu. Z uwagi na to, że liczyła iż syn i brat Mietka oraz inni jego krewni przyjadą z zagranicy ustalili, że pogrzeb odbędzie się za tydzień. Kowalski wszystko zanotował, zapytał jeszcze czy może jej w czymś pomóc. Podziękowała. Powiedziała, że da sobie radę sama. Kowalski pożegnał się i wychodząc, zatrzymał się jeszcze na chwilę i nieco zakłopotany powiedział

„Jest jeszcze taka jedna delikatna sprawa. Bardzo panią proszę…Właściwie to rekomenduję, aby pani nie żądała otwarcia trumny. Ciało jest całkowicie zwęglone i nie możliwe do zidentyfikowania gołym okiem, Tak więc…”

„Rozumiem” – przerwała mu – „Nie zamierzam zaglądać do trumny”

Od śmierci Mietka minęło już kilka miesięcy. Gerard wprowadził się do niej krótko potem. Jej życie bardzo się zmieniło. Gerard jest bardzo opiekuńczy. Spełnia wszystkie jej zachcianki. Nigdy się nie spierają. Czuje się przy nim bezpieczna.

Finansowo powodzi im się bardzo dobrze. Gerard ma pieniądze. Duże pieniądze. Nie kryje się z nimi przed nią. Kiedyś zapytała go czy teraz płacą w Instytucie tak dużo, bo Mietek, owszem zarabiał bardzo dobrze, ale nigdy nie miał tyle pieniędzy co on ma

„W Instytucie zarabiam tyle co on zarabiał. Ale ponieważ nie ograniczam się tylko do pracy w Instytucie to mam znacznie większe dochody”

„Co takiego robisz poza Instytutem”

„Pośredniczę w interesach handlowych z zagranicznymi handlarzami skupiającymi i sprzedającymi rzadkie minerały potrzebne w przemyśle elektronicznym”

Tłumaczył jej dokładniej na czym polega jego pośrednictwo, ale praktycznie nic z tego nie rozumiała. Nie pytała go więcej o szczegóły. Wystarczyło jej, że miał duże pieniądze i nie skąpił ich na wspólne wydatki. Być może dlatego tolerowała to, że gdy się do niej wprowadził zaczął systematycznie przeszukiwać mieszkanie.

Zorientowała się, że tak się dzieje już po kilku tygodniach wspólnego zamieszkiwania. W pierwszej chwili chciała zażądać od Gerarda wyjaśnień. Ciekawiło ją czego szuka w jej mieszkaniu. Szybko jednak doszła do wniosku, że Gerard wszystkiemu zaprzeczy. Powie, że owszem, są pewne rzeczy poprzestawiane ale to dlatego, że on lubi porządek i systematycznie sprząta mieszkanie

„No, dobrze” – pomyślała – „Sprząta. Zgadza się. Nie dziwi mnie, że czasem coś jest nie na swoim miejscu, ale chyba nie sprząta w szufladach pod moją bielizną?! Dlaczego zagląda do doniczek z kwiatkami?…Czego on szuka? Czyżby paszportu Mietka?”

Bardzo chciała znać odpowiedź na to pytanie. Jednocześnie była pewna, że gdy zada mu je wprost, nigdy nie uzyska odpowiedzi. Ponieważ nic z mieszkania nie zginęło, a paszport Mietka był dobrze ukryty, nie zdradziła się przed nim, że wie o tych przeszukiwaniach. Postanowiła czekać.

Minęły kolejne tygodnie ich wspólnego życia. Bardzo dobrze im się układało. Gerard był wymarzonym towarzyszem życia. Powoli zapomniała o tym, że grzebał w jej rzeczach. Nawet chwilami miała takie wrażenie, że być może była przewrażliwiona i tylko jej się wydawało, że przeszukiwał mieszkanie. Przecież nic nie zginęło. Raz tylko nie mogła znaleźć swojego telefonu. Zarzuciła nawet Gerardowi, że gdzieś go zapodział w czasie sprzątania, ale on zarzekał się, że go nie widział. Następnego dnia znalazła go w biurku, w biurze, chociaż głowę by dała, że miała go po wyjściu z pracy

„Skleroza się zbliża” – wyjaśniła sobie z goryczą

Tuż przed Świętami Bożego Narodzenia Gerard przyszedł z niespodzianką

„Kochanie! Mam dla ciebie prezent na zbliżającą się Gwiazdkę”

„Mówiłam ci, że jestem ateistką i nie obchodzę Świąt”

„Ja też nie obchodzę Świąt, ale to jest wspaniały pretekst aby podarować ci prezent”

„Cóż to takiego?”

„Podróż statkiem po Nilu”

„Co?!”

„Podróż statkiem po Nilu…Pamiętam, że bardzo podobał ci się film w którym akcja toczy się na statku płynącym po Nilu…Nie pamiętam tytułu. Chyba coś na podstawie powieści Agaty Christie. No więc, spędzimy na statku tydzień”

Była bardzo zaskoczona. Gerard opowiadał o szczegółach wyjazdu. Wyjadą na cały miesiąc. Najpierw do Kairu. Zostaną tam kilka dni.

„Wiesz. Ten nasz wyjazd to połączenie podróży w interesach z naszym urlopem. Mam tam drobną sprawę do załatwienia” – wyjaśnił

Nie pytała co to za sprawa. Na pewno coś związane z jego biznesem. Tłumaczył jej kiedyś co to jest, ale nic nie rozumiała o co chodzi. Technika była i jest dla niej czarną magią.

Potem z Kairu polecą do Luksoru. Tam poczekają dwa dni na rozpoczęcie rejsu po Nilu. Podał dokładny plan wyjazdu. Datę przybycia do Kairu i jak długo tam zabawią, oraz kiedy polecą do Luksoru. Wspomniał, że te dwa dni przed rejsem przydadzą się na zwiedzanie starych egipskich świątyń.

„No dobrze. Rejs statkiem to tydzień” – zauważyła – „Dwa tygodnie by wystarczyły na wakacje, ale miesiąc? Po co?”

„To dalsza część prezentu. Pojeździmy sobie po okolicy”

Bardzo szybko spodobał jej się ten pomysł. Nie była na wakacjach od ponad czterech lat. Od czasu jak Mietek zaczął pracować w Instytucie. Wcześniej, jeszcze jak syn był dzieckiem, wyjeżdżali z domu dwa razy do roku. Najczęściej do Szwecji, do brata Mietka. Mietek korzystał wtedy z okazji i spotykał starych znajomych ze studiów.

Raz mu towarzyszyła w takim spotkaniu, ale bardzo się wynudziła. Panowie pili dużo piwa i rozmawiali po szwedzku. Ona nalegała aby rozmawiać po angielsku. Zgadzali się przez grzeczność, ale tematy rozmów dotyczyły albo rozgrywek hokejowych, albo jakiś szczegółów technicznych związanych z ich zajęciami zawodowymi.

Ostatnio byli u syna w Szwecji w Jönköping. Jeździli także po Europie. Byli we Włoszech Francji i Hiszpani. Dwa razy u krewnych Mietka w Holandii.

W Polsce zawsze wyjeżdżali nad morze. Mietek chętnie wyjechałby w góry, ale ona jest osobą która powyżej trzystu metrów nad poziomem morza bardzo źle się czuje, wiec góry pomijali.

Ostatnie dwa lata spędzała wakacje w sanatorium w Ciechocinku. Sama. Mietek pracował w tym czasie gdy ona miała urlop. W tym roku też tam miała pojechać do Ciechocinka, ale śmierć Mietka wszystko pokrzyżowała.

Bardzo szybko zgodziła się na zaproponowany przez Gerarda termin wyjazdu. Tak jak przypuszczała szefowa nie miała nic przeciwko temu aby wzięła cały urlop, cztery tygodnie. Od lutego.

Do wyjazdu pozostawało jeszcze kilka tygodni. Wykorzystała to na uzupełnienie garderoby i kupno innych rzeczy przydatnych w takiej podróży. Gerard zajął się wszystkimi formalnościami. Wykupił bilety lotnicze, zabukował hotele w Kairze i Luksorze. No i oczywiście zamówił dwuosobową kabinę pierwszej klasy na statku którym mieli podróżować po Nilu.

Po kilku dniach przyszły pocztą bilety na statek i pięknie wydany folder z planem podróży. Przeraziła się gdy wyczytała w folderze, że w ramach podróży po Nilu wchodzi również lot balonem

„Nie no! To odpada. Za cholerę nie wsiądę do kosza pod balonem. Wiesz, że nie znoszę wysokości” – oznajmiła

„Lot balonem jest dodatkową atrakcją. Możemy ją pominąć” – wyjaśnił Gerard po dokładnym przeczytaniu folderu.

Potem poprosił ją o paszport. Wyjaśnił, że polscy obywatele muszą mieć wizy, aby móc wjechać do Egiptu. Zobowiązał się to załatwić

„Jutro ci dam ten paszport” – powiedziała

„Dlaczego nie teraz?” – zdziwił się

„Mam go w pracy, w biurku” – odpowiedziała I aby uprzedzić następne pytanie dodała – „Dwa lata temu ja i kilka osób od nas mieliśmy służbowo wyjechać do Kanady. Dział kadr miał załatwić wizy i formalności, ale nic z tego wyjazdu nie wyszło. Paszporty nam zwrócono. Schowałam do biurka i tam leży”

Następnego dnia wręczyła mu paszport. Gerard szybko go przejrzał

„Mój stary paszport stracił ważność. Za kilka dni odbiorę nowy. W przyszłym tygodniu muszę pojechać służbowo do Warszawy. Przy okazji zostawię paszporty w Ambasadzie Egiptu”

Dodał również żeby się nie niepokoiła tym, że nie dostanie paszportu po jego powrocie z Warszawy. Wyjaśnił, że uzyskanie wizy zabiera trochę czasu, nawet do trzech tygodni. Przyjęła to do wiadomości, chociaż ten długi czas oczekiwania na wizę egipską trochę ją zdziwił. Przypomniała sobie, że kiedyś słyszała w biurze jak koleżanka opowiadała o swojej podróży do Hurghady i że wspomniała wtedy, że wizę do Egiptu otrzymała na lotnisku w Kairze. Ale to było kilka lat temu. Być może coś się zmieniło.

Gerard zwrócił paszport kilka dni po Nowym Roku

„Schowaj go od razu do torebki, aby nie zapomnieć” – upomniał ją

Pierwszego lutego wylecieli z Okęcia liniowym samolotem włoskich linii Alitalia. Z międzylądowaniem w Rzymie podróż zabrała im niemal siedem godzin.

Na lotnisku w Kairze do odprawy paszportowej czekali pół godziny. Z nudów zaczęła przeglądać paszport. Ze zdziwieniem stwierdziła, że jest w nim wbita oprócz wizy egipskiej, wiza irańska

„Po co nam wiza do Iranu?” – zapytała

„Jak to, po co? Bez wizy nas tam nie wpuszczą” – odpowiedział

„Ale przecież…”

„Przepraszam” – przerwał jej – „Nie mówiłem ci, że zwiedzimy Teheran. To druga część niespodzianki”

„Nie podoba mi się ta niespodzianka. Nie jestem przygotowana na pobyt w tamtejszym klimacie”

„Kupisz sobie coś odpowiedniego. Zobaczysz, spodoba ci się”

Nic nie odpowiedziała. Instynktownie wyczuła jakiś fałsz w tej niespodziance. Zanim opuścili lotnisko Gerard kupił egipską kartę telefoniczną do swojego telefonu. Chciał też kupić dla niej, ale stanowczo stwierdziła, że jest jej niepotrzebna. Nie zamierza nigdzie telefonować w Egipcie, a jakby musiała, to nie zbiednieje gdy zadzwoni korzystając z polskiej karty. Zapisała jego nowy numer w swoim telefonie.

Z lotniska do hotelu pojechali taksówką. Jazda do centrum miasta zajęła im czterdzieści minut, mimo, że to tylko niecałe trzydzieści kilometrów od lotniska. Taksówka była dosyć stara. Nie było w niej klimatyzacji i jazda nią bardzo Janinę zmęczyła.

W hotelu formalności zajęły kilka minut. Okazało się, że Gerard zamówił dla nich niewielki dwupokojowy apartamencik. Gdy znaleźli się w nim, od razu przeszła do sypialni i w ubraniu położyła się na łóżku

„Jestem wykończona. Muszę odpocząć”

„Odśwież się trochę. Pójdziemy coś zjeść” – zaproponował Gerard

„Nie dam teraz rady. Może za godzinę”

Gerard spojrzał na zegarek. Po chwili otworzył swoją walizkę i zaczął wykładać swoje rzeczy do szafy. Obserwowała go spod wpół otwartych oczu. Spostrzegła, że myśli o czymś intensywnie i niezbyt starannie układa ubrania w szafie, chociaż w domu robił to bardzo pedantycznie.

W pewnym momencie przerwał rozpakowywanie walizki

„Wiesz co. Szósta się zbliża” – zwrócił się do niej – „Zróbmy tak. Odpocznij sobie. Może nawet zdrzemnij się troszkę. Ja przez ten czas skoczę do miasta. Może uda mi się spotkać z moim kontrahentem jeszcze dzisiaj. Wrócę za godzinę. Najpóźniej za dwie”

„Nie weźmiesz prysznica przed wyjściem”

„Nie teraz. Zrobię to szybko jak wrócę, zanim wyjdziemy na kolację”

Wrócił po trzech godzinach, tuż po dziewiątej. Ona zdążyła odpocząć, wykąpać się i przebrać na kolację. Niepokoiła się przedłużającą nieobecnością Gerarda. Gdy tylko wszedł do pokoju, nie ukrywając irytacji zapytała

„Nareszcie! Gdzie się podziewałeś?”

On, nie odpowiadając zapytał

„Gotowa jesteś? Zamówiłem stolik w restauracji na dole. Chodźmy już. Głodny jestem”

„Pytałam się, gdzie byłeś”

„Opowiem ci wszystko przy kolacji”

Zeszli do restauracji bez słowa. Kelner sprawnie zaprowadził ich do jedynego wolnego stolika. Zabrał tabliczkę z napisem rezerwacja i zostawił im menu. W milczeniu zaczęli je studiować. Nie uzgodnili między sobą co zamawiają.

Gdy tylko odłożyli kartę z menu błyskawicznie zjawił się przy nich kelner. Złożyli zamówienie. Gerard zatrzymał oddalającego się kelnera i zamówił jeszcze butelkę szampana

„Po co to?” – zapytała gdy kelner się oddalił

„Na przeprosiny za spóźnienie”

„Nie gniewam się. Niepokoiłam się, że cię tak długo nie było. Gdzie byłeś?”

Zaczął jej opowiadać zawiłą historię ze spotkania znajomego Ahmeda Salaha. Dowiedziała się, że ów Salah często odwiedza Polskę, że mieszkał nawet w Warszawie kilka lat. Gerard tam go poznał. Robi z nim interesy od dawna, ale ostatnio coś się zaczęło między nimi psuć. Chodzi jak zwykle w takich przypadkach o pieniądze. Duże pieniądze. Salach nie wywiązał się z dostawy w której pośredniczył Gerard. Teraz niedoszły odbiorca w Iranie domaga się od Gerarda zwrotu potężnej zaliczki którą on już zainwestował w coś innego. Salah twierdzi, że to wszystko jest nieporozumieniem i że wszystko się niedługo wyjaśni.

Gerard sypał jakimiś cyframi. Przedstawiał jej problemy celne i inne prawne przeszkody, między którymi musi lawirować, aby zarobić parę groszy. Nie za bardzo zrozumiała o co chodzi, ale domyśliła się, że niespodzianka z wyjazdem do Teheranu jest tylko przykrywką mającą uzasadnić przed nią jego wyjazd w interesach

„Aha! To dlatego polecimy do Iranu” – powiedziała

„Nie kochanie. Nie dlatego. No może nie tylko dlatego. Ten interesik który chcę tam załatwić, to tak przy okazji”

Chciała powiedzieć, że przestają jej się podobać te wakacje pełne niespodzianek, ale akurat podeszło do nich dwóch kelnerów z wózkiem na którym przywieźli ich zamówienie.

Podczas gdy kelnerzy uwijali się w koło nich, ogarnął ją pewien niewytłumaczalny niepokój. Zdała sobie sprawę, że nie chodzi tylko o niespodziankę z wyjazdem do Iranu. Zaczęło ją niepokoić coś więcej. Coś co nie potrafiła jeszcze określić. Chciała się podzielić z nim swoim niepokojem, ale zrezygnowała z tego.

Po odejściu kelnerów wypili toast podanym szampanem. Gerard dużo mówił o tym co będą jutro zwiedzać. Nic praktycznie do niej nie docierało. Myślała intensywnie nad tym co ją niepokoi. Gerard przerywał mówić i skupiał się na jedzeniu. Chwalił szefa kuchni hotelowej. Stwierdził, że jest zachwycony kolacją. Ona starała się pokazać, że też jest zadowolona z kolacji, chociaż prawdę mówiąc, tak bardzo zajęta była swoimi myślami, że jedzenie nie sprawiało jej przyjemności. Gerard to zauważył

„Nie smakuje ci, kochanie?” – zapytał z troską w głosie

„Nie! Nie. Smakuje, ale wiesz…Zmęczył mnie dzisiejszy dzień. Podróż była dla mnie wyczerpująca i ta nagła zmiana klimatu. To wszystko sprawiło, że nie mam apetytu”

Posiedzieli jeszcze jakiś czas. Gerard kończył jeść. Ona grzebała trochę widelcem w talerzu. Zrezygnowali z deseru. Gerard przywołał kelnera i kazał dopisać rachunek do rachunku hotelowego. Potem udali się do swojego apartamentu.

Następne kilka dni spędzili na chodzeniu po mieście. Przepychali się przez niezliczone stragany na których sprzedawano różne wyroby, najczęściej ze złota, Tak jak inni turyści opędzali się od natrętnych naganiaczy zapraszających do maleńkich ciasnych sklepików z takimi samymi wyrobami jak te na straganach.

Zwiedzili kilka muzeum i obejrzeli zabytkowe budowle. W centrum miasta cały dzień spędzili w Cytadeli Saladyna i ogrodzonych wysokim murem ruinach Piramidy Dżesera. Dzień później zwiedzili dziewiętnastowieczny meczet Muhammada Ali.

Oglądała te cuda z udawanym zainteresowaniem. Była cały czas bardzo spięta. Nie uszło to uwadze Gerarda. Kilka razy zapytał ją czy nic jej nie jest. Odpowiadała, że nie najlepiej się czuje, że chyba jej tutejszy klimat nie za bardzo odpowiada. Przerywali wtedy zwiedzanie miasta i wracali do hotelu.

Gerard bardzo troskliwie proponował jej aby odpoczęła w łóżku i korzystając z tego, że nie oponowała wychodził na miasto załatwiać, jak to mówił, swoje interesy. Zawsze wracał przed dziewiątą wieczorem i zabierał ją na kolację do hotelowej restauracji.

Ostatniego dnia przed wyjazdem z Kairu poszli na olbrzymi Targ Chan al.-Chalili. W tym ulubionym miejscu turystów z całego świata Joanna na jakiś czas zapomniała o trapiących ją wątpliwościach związanych z czekającą ją podróżą do Iranu i z podejrzanym, jej zdaniem, zachowaniem Gerarda.

Ożywiła się na Targu. Mimo, że zdążyła się już przyzwyczaić do widoku wszędzie obecnych straganów, ogrom sklepików i straganów z ubraniami i złotą biżuterią zrobił na niej ogromne wrażenie. Kupiła sobie ciepły sweter z wielbłądziej wełny i pasującą do niego grubą spódnicę. Gerard wypatrzył na sąsiednim straganie dla niej buty z wysoką, sznurowaną cholewką. Nie podobały jej się, ale on nalegał aby je kupiła

„W Iranie będziemy zwiedzać nie tylko Teheran. Będziemy też na tak zwanej głuchej prowincji. Drogi są tam kamieniste i takie buty ci się przydadzą” – argumentował

Wahała się z tym zakupem. Miała w swoim bagażu swoje ulubione buty do wędrówek. Dosyć stare, z cholewką do pól łydki, ale bardzo wygodne. Gerard widząc jej wahanie wskazał na leżący na sąsiednim straganie gruby złoty łańcuszek z dużym złotym wisiorkiem przedstawiającym skorpiona

„Popatrz. Włożysz ten nowy sweter, spódnicę i te buty, to ten wisiorek będzie idealnie pasował do całości” – przekonywał

Musiała przyznać mu rację. Często jej doradzał co ma na siebie włożyć i zawsze była z tego zadowolona. Teraz też jej się spodobała roztaczana przez niego wizja. Kupili buty i łańcuszek z wisiorkiem.

Po powrocie do hotelu przebrała się w nowo zakupione rzeczy i długo z zadowoleniem oglądała się lustrze

„Potrafi doradzić kobiecie” – pomyślała – „Zupełne przeciwieństwo mojego Mietka”

Trochę zdziwiła się sama przed sobą, że użyła zwrotu – mojego Mietka. Nigdy wcześniej, a przynajmniej ostatnimi laty tak o nim nie myślała. Szybko jednak przestała się nad tym zastanawiać.

Jeszcze przed położeniem się do łóżka spakowali swoje bagaże, aby jutro móc jak najszybciej opuścić hotel i udać się na lotnisko. Bilety na samolot do Luksoru mieli wykupione na godzinę ósmą.

Obudzili się dosyć późno. Mieli zamówione budzenie na godzinę szóstą, ale zaszło jakieś nieporozumienie i recepcja zadzwoniła do nich o siódmej. Dobrze, że spakowali swoje rzeczy poprzedniego dnia wieczorem. Zrezygnowali ze śniadania. Szybko po porannej toalecie i spakowaniu reszty drobiazgów uregulowali rachunek hotelowy i udali się do zamówionej taksówki. Na samolot zdążyli w ostatniej chwili.

Lot do Luksoru trwał nieco ponad godzinę. Z lotniska udali się hotelowym mikrobusem do zamówionego hotelu Lotus Luksor. Pierwsze co zrobili po formalnościach meldunkowych i pozostawieniu bagaży w pokoju, to wizyta w hotelowej restauracji i zjedzenie spóźnionego śniadania. Potem wrócili do pokoju. Ona chciała wypocząć przynajmniej do południa, jednak Gerard nalegał aby wyjść na miasto.

„Będziemy tutaj tylko dwa dni. W Luksorze jest więcej ciekawych rzeczy do oglądania niż w Kairze. Szkoda ich nie zobaczyć” – argumentował – „Przebierz się szybko i wychodzimy”

„Nie czuję się na siłach, aby dzisiaj przemierzać kilometry po mieście i muzeach”

„Nie musisz przemierzać kilometrów. W Luksorze wszystko co najciekawsze jest w jednym miejscu. W każdym razie tu po wschodniej stronie Nilu. Nie obawiaj się. nie zmęczymy się chodzeniem. Dzisiaj zwiedzimy tą stronę miasta a jutro tą na zachodnim brzegu Nilu”

Nie protestowała. Nieco niechętnie zgodziła się na wyjście na miasto. Zaraz po wyjściu z hotelu i po ominięciu straganiarzy i ich naganiaczy Gerard podszedł do jednego ze stojących w pobliżu zmotoryzowanych ryksiarzy. Po krótkim targowaniu się z nim umówił się na obwożenie po mieście aż do szóstej wieczorem.

Po usadowieniu się na kanapie rykszy Gerard wydał polecenie ryksiarzowi gdzie ma jechać najpierw i gdzie ma zaparkować. Zdziwiła się, że tak szczegółowo opisał cel pierwszej jazdy łącznie z miejscem parkowania pod świątynią Karnak

„Skąd tak dobrze wiesz dokąd jechać i gdzie zaparkować?” – zapytała

„Mówiłem ci, że znam Egipt i okoliczne kraje. Byłem tu kilkukrotnie. W Luksorze mieszkałem kilka tygodni…”

„To pewno Iran też znasz?” – przerwała mu

„Tak, ale mniej niż Egipt. W zasadzie znam tylko Teheran oraz Isfahan…”

„Isfahan? Nie słyszałam o nim. Z resztą co ja mówię. O Iranie wiem tylko tyle, że stolicą jest Teheran”

„No widzisz. Będziesz miała okazję nieco bliżej poznać ten ciekawy kraj”

Musieli przerwać rozmowę. Ryksiarz zaparkował właśnie we wskazanym przez Gerarda miejscu. Zwiedzili świątynie Karnak i mimo, że do następnych ciekawych zabytków było blisko Gerard uparcie nalegał na nią aby udawać się tam rykszą

„Wynająłem tego ryksiarza w trosce o to abyś się nie zmęczyła chodzeniem”  – odpowiedział jej gdy stwierdziła, że mogliby zrezygnować z usług ryksiarza

Twierdził, że ryksiarz jest już opłacony i szkoda by było aby zrezygnować z jego usług. W ten sposób podjechali do świątyni Luksorskiej w której ponoć urodził się Amon, potem świątyń Montu i Mut.

Janinę zaczęły męczyć i w pewien sposób krępować te śmiesznie krótkie jazdy rykszą. Skorzystała z okazji, że świątynie Montu i Mut otoczone są szeregiem dziedzińców i krużganków w których wolno poruszać się tylko pieszo i stanowczo stwierdziła, że rykszą już jechać nie chce.

Aleje sfinksów z baranimi głowami, przeszli na pieszo w dosyć dużym tłumie innych turystów. Na koniec podziwiali jeszcze wspaniałe kolumny w ruinach Wielkiej Sali Hypostylowej.

W drodze powrotnej do hotelu Gerard zaprosił ją do restauracji.

Następnego dnia udali się na zachodni brzeg Nilu. Ta część Luksoru nazywana jest Miastem Umarłych. Z hotelu przejechali taksówką kilka kilometrów do jedynego mostu w Luksorze łączącego obydwie części miasta. Gerard zaproponował zwiedzanie od doliny Grobowej, świątyni Ramzesa II. Potem zwiedzali Dolinę Królów, ale dosyć szybko musieli przerwać zwiedzanie, ponieważ Janina źle się poczuła. Najprawdopodobniej słodkie ciasta zjedzone na śniadanie w hotelu jej nie służyły.

Wrócili do hotelu. Postanowiła resztę dnia spędzić w łóżku. Gerard chciał wezwać lekarza, ale stanowczo mu zabroniła to robić

„Nic mi nie jest. to tylko zaburzenia żołądkowe. Powinnam wiedzieć, że słodkości mi nie służą, ale te ciasta wyglądały tak apetycznie, że nie mogłam się powstrzymać aby nie zjeść dwóch kawałków”

„Zjadłaś cztery spore ciastka” – zauważył Gerard

„Oj tam! Dwa czy cztery. Co za różnica. Swoje odcierpię i za kilka godzin poczuję się normalnie.”

W każdym razie przekonała go, że pomoc medyczna jest jej niepotrzebna.

„W takim razie pójdę na miasto. Może uda mi się odwiedzić znajomych których kiedyś tu miałem” – stwierdził – „Szkoda, że nie możesz mi towarzyszyć”

Po jego wyjściu długo analizowała jego zachowanie. Robiła to każdego wieczoru od czasu gdy zaskoczył ją wiadomością o wyjeździe do Iranu. Nie potrafiła tego sobie wytłumaczyć, ale od tamtego czasu miała wrażenie, że w postępowaniu Gerarda wobec niej, mimo okazywanej troski, wyczuwa jakiś fałsz. Teraz zastanawiała się nad ostatnim wypowiedzianym przez niego zdaniem – Szkoda, że nie możesz mi towarzyszyć

„Chyba się tym za bardzo nie zmartwił” – pomyślała – „Przeciwnie. Wyglądał na ucieszonego, ze może wyjść sam”

Rozmyślała nad tym jeszcze jakiś czas, aż zrobiła się senna. Tuż przed zaśnięciem stwierdziła

„Chyba jestem przewrażliwiona i zbyt podejrzliwa w stosunku do niego. Nie mogę mu nic zarzucić”

Obudziła się gdy wszedł do pokoju

„Jak się czujesz, kochanie” – zapytał wchodząc

„Całkiem dobrze. Przysnęłam trochę i dobrze mi to zrobiło. A jak tobie poszło? Spotkałeś znajomych?”

„Tylko jednego. Popsuł mi humor. Zrzędził cały czas. Nie mogłem się od niego oderwać. Żałuję, że nie zostałem z tobą”

Mówiąc to podszedł do garderoby aby się przebrać. Gdy był już prawie gotowy, spojrzał na nią i z lekkim wyrzutem powiedział

„Na co czekasz? Ubieraj się, zaraz schodzimy na kolację”

Nie miała ochoty na jedzenie czegokolwiek dzisiaj, ale nie chcąc wdawać się w dyskusję szybko się ubrała i w milczeniu zeszli do restauracji.

Kelner zaprowadził ich do stolika i podał menu. Odłożyła je na bok bez zaglądania do środka. Gerard nie zwrócił na to uwagi. Dokładnie studiował swoja kartę. W pewnej chwili oznajmił na co się zdecydował. Oderwał wzrok od menu i zauważył, że ona siedzi z łokciami opartymi o stół i z dłońmi splecionymi pod brodą

„A ty co wybrałaś?” – zapytał

„Nic”

„Jak to, nic?”

„Dzisiaj sobie odpuszczę. Chcę aby żołądek odpoczął”

„Napij się chociaż czegoś, aby się nie odwodnić” – doradził

Zamówiła butelkę miejscowej wody mineralnej. Gerard zamówił solidny posiłek.

Kelner dosyć szybko przyniósł wodę. Była bardzo słona. Nie smakowała jej. Mimo to piła ją małymi łyczkami. Siedzieli w milczeniu. Gerard nerwowo bębnił palcami po stole. Ona obserwowała go. W pewnym momencie zapytała

„Co się stało? Wyglądasz na zdenerwowanego…”

„Nie! Skąd!” – odparł ostro – „Po prostu głodny jestem, a ci tam w kuchni grzebią się dzisiaj z tym żarciem, że cholery można dostać”

Zaskoczyło ją, że użył słowa żarcie. Nigdy tak się nie wyrażał. Nie zareagowała, ale upewniło ją to w przekonaniu, że coś jest nie tak. Gerard był wyraźnie zdenerwowany i z trudem starał się to ukryć

„No! Nareszcie” – zareagował na widok zbliżającego się kelnera z zamówieniem

Gdy tylko kelner odszedł zabrał się za jedzenie. Jadł szybko i zachłannie. Obserwowała go w milczeniu sącząc pomalutku swoją wodę mineralną

„Co! Czemu mi się tak przyglądasz?” – zapytał w pewnej chwili

„Powiedz co się stało. Zdenerwowany jesteś”

„Mówiłem, że nie. Zmęczony jestem i tyle” – odparł zirytowany

Nie odezwała się więcej. Skończył jeść po chwili i bardzo głośno przywołał przechodzącego kelnera. Uregulował rachunek i zwracając się do niej zapytał

„Wypiłaś swoją wodę?”

„Jeszcze nie”

„No to się pospiesz. Musimy się jeszcze dzisiaj spakować, aby zdążyć jutro na statek”

Zostawiła niedopitą wodę i udali się do pokoju. Chciała mu powiedzieć, że zdążą się spakować jutro po śniadaniu. Mówił jej przecież że w sąsiednim hotelu Hilton muszą być o drugiej po południu. Stamtąd całą grupą zostaną odwiezieni na pobliską przystań i zaokrętują ich na statek. Chciała mu to powiedzieć, ale zrezygnowała. Czuła, że jakakolwiek rozmowa dzisiaj mogłaby być nieprzyjemna

„Każdy ma czasami zły dzień” – pomyślała – „Mam nadzieję, że jutro mu to minie”

Następnego dnia obudzili się już o siódmej. Gerard był w doskonałym humorze. Ona w znacznie gorszym. Prawie wcale nie spała w nocy. Analizowała wieczorne zachowanie Gerarda po jego przyjściu z miasta i w czasie kolacji. Zastanawiała się, co mogło być przyczyną, jego wyraźnego zdenerwowania. Czy spotkanie z irytującym znajomym, czy coś poważniejszego? Nie potrafiła sobie na te pytania odpowiedzieć

„Co taka ponura się obudziłaś?”

„Nie jestem ponura, tylko niewyspana. Nie mogłam zasnąć. Martwię się o ciebie. Wczoraj wieczorem byłaś bardzo zdenerwowany i wściekły. Powiedz mi. Masz jakieś kłopoty?”

„Ależ skąd! Mówiłem ci. Zepsuł mi humor dziadyga. Ale masz rację. Nie powinienem okazywać mojego złego humoru na zewnątrz”

„Dlatego się martwię o ciebie. Znamy się już na tyle długo, że wiem, kiedy cię coś trapi mimo, że tego nie okazujesz na zewnątrz. Tym razem jednak…”

„Powtarzam” – przerwał jej – „Zdenerwował mnie dziadyga ględzeniem…”

„Co takiego mówił?” – tym razem ona mu przerwała

„Ech, nic takiego. Ględził jakieś nieprawdopodobnie idiotyczne historie. Odczepić się od dziada nie mogłem”

„Powiedz co mówił” – naciskała – „Może ci to ulży”

„Mówił, że mnie szukają. Że jeszcze nie wiedzą, że jestem w Egipcie, ale to tylko kwestia godzin, lub dni i mnie znajdą”

„Kto cię szuka i dlaczego?!” – przestraszyła się

„Nie wiem. Policja chyba i nie mam najmniejszego pojęcia dlaczego”

Wyczuła, że jest nieszczery. Milczała, zastanawiając się, jak zareagować. Wykorzystał jej milczenie i starając się nadać głosowi beztroskie brzmienie stwierdził

„Dajmy sobie spokój z tym tematem. Nie przejmuj się ględzeniem dziada z zaawansowaną demencją” – i zmieniając temat zapytał – „To co? Może jednak zdecydujesz się na ten lot balonem? Jest opłacony. To pierwsza atrakcja tej wyprawy statkiem. Jeśli się na niego zdecydujemy to musimy być w Hiltonie przed pierwszą”

„Nie. Dziękuję. Wiesz dobrze, bo mówiłam to wiele razy, że panicznie się boję wysokości. Wiesz o tym, że w samolocie cały czas jestem spięta, nawet sztywna ze strachu… Nawet w górach źle się czuję…”

„To w takim razie idziemy na śniadanie i odpuszczamy sobie ten lot balonem”

Idąc do restauracji zastanawiała się czy naciskać go aby powiedział coś więcej o wczorajszym spotkaniu ze znajomym. Doszła jednak do wniosku, że to nic nie da. Wie, że nie powie jej prawdy. Wykręci się w zgrabny sposób zmieniając temat, tak jak to zrobił przed chwilą proponując lot balonem, mimo, iż wcześniej o tym rozmawiali i doskonale wiedział, że ona za skarby nie zbliży się nawet do balonu.

Po śniadaniu spakowali bagaże i udali się do pobliskiego hotelu Hilton. Tam szybko się nimi zaopiekowano. Dowieziono do przystani, gdzie czekał nowoczesny statek MS Darakum. Zaokrętowanie przebiegło bardzo sprawnie i już po kilkunastu minutach znaleźli się w kabinie pierwszej klasy. Była to kabina zewnętrzna z dużym oknem. Bardzo luksusowa. Wchodziło się do niewielkiego saloniku. Z saloniku przechodziło się przez obszerną łazienkę do sypialni z dużym podwójnym łóżkiem stojącym na wprost okna. Jedna ze ścian sypialni zabudowana była dużą garderobianą szafą.

Janina przyzwyczajona była do przebywania w kabinach statków. Niemal co roku płynęła z Mietkiem promem do Szwecji do syna i z powrotem, ale kabina na tym statku w niczym nie przypominała kabin znanych jej z promów pływających po Bałtyku

„Toż to wspaniały apartament!” – zachwyciła się po wejściu do środka

„Spędzimy w nim tydzień. Chciałem, abyś miała królewskie warunki” – oznajmił Gerard

„Kochany jesteś. Ale czy nie szkoda na to pieniędzy?”

„Dla ciebie nie szkoda”

Ujął ją tym. Na chwilę zapomniała o swoich wątpliwościach jakie ją dręczyły w związku z jego, czasami, dziwnym postępowaniem

„Chyba jednak jestem przewrażliwiona” – pomyślała po chwili – „On jest dobrym człowiekiem. Kocha mnie. Ma jakieś swoje tajemnice, ale kto ich nie ma. Ja też mu o wszystkim nie mówię. Na przykład o Mietku. Nigdy mu nie powiedziałam o Mietka paszporcie i chyba nigdy nie powiem…Raczej na pewno nigdy nie powiem”

Pierwszego dnia popłynęli w górę rzeki do Edfu. Mimo że odległość drogą wodną to nieco ponad sto kilometrów, to do Edfu mieli dopłynąć dopiero późnym wieczorem. A to dlatego, że w połowie mieli zaplanowany kilku godzinny postój w Esna. Zeszli na ląd. Zanim doszli do przygotowanego autobusu musieli przejść przez tłum krążących obnośnych sprzedawców oferujących te same towary co na pobliskich straganach. Trochę czasu zabrało dojście do autobusu, którym zabrano ich do zwiedzenia największego zabytku w tym dziewięćdziesięciotysięcznym mieście.

Świątynia z czasów dynastii Ptolemeuszy zrobiła na Janinie ogromne wrażenie. Po zwiedzeniu świątyni zabrano ich na obiad do restauracji. Po obiedzie mieli godzinę wolnego czasu. Gerard zabrał ją na krótki spacer w najbliższej okolicy. Zwiedzili kilka ruin koptyjskich budowli i wrócili na miejsce zbiórki. Autobus zabrał ich z powrotem na statek. Wkrótce odpłynęli z Esny w dalszą drogę do Edfu.

Po zacumowaniu statku w Edfu kto chciał mógł wyjść na brzeg i zwiedzić to niemal stutysięczne miasto na własną rękę. Zwiedzanie z przewodnikiem zaplanowano na następny dzień po śniadaniu. Gerard i Janina postanowili zostać na pokładzie. Zjedli kolację na statku i udali się do swojej kabiny.

Źle spała pierwszej nocy na statku. Za to Gerard obudził się wypoczęty i w doskonałym humorze. Podczas śniadania w restauracji pokładowej podszedł do nich kelner i upewniwszy się, że Gerard jest osobą której szuka, wręczył mu zaklejoną kopertę na której było tylko imię i nazwisko Gerarda

„Przepraszam kochanie” – zwrócił się do Janiny

„Od kogo ten list?” – zapytała

„Nie mam pojęcia” – odpowiedział otwierając kopertę

Chwilę czytał. Zauważyła, że na kartce jest tylko kilka linijek ręcznie zapisanego tekstu, chyba po rosyjsku

„Znasz rosyjski?” – zapytała

„Co?”…Rosyjski? Trochę. Z niektórymi tutaj lepiej się można porozumieć po rosyjsku, niż po angielsku”

Pogodna do tej pory twarz Gerarda spochmurniała nagle

„Czy coś się stało?” – zaniepokoiła się

„Nie. Nic się nie stało. Niestety będę musiał opuścić cię na kilka godzin. Cholerne interesy. Nawet tu mnie znaleźli. Będziesz musiała zwiedzać Edfu beze mnie. Myślę, że odnajdę cię na trasie zwiedzania. W najgorszym razie spotkamy się wieczorem przed odpłynięciem statku w dalszy rejs”

Zanim zdążyła zareagować, przeprosił ją i odszedł od stołu. Była wściekła ale nie okazała tego. Dokończyła śniadanie i poszła do kabiny. Przez głośnik podano, że wyjazd z przystani do miasta nastąpi za pół godziny, to jest o dziewiątej czterdzieści pięć, a powrót na statek o piętnastej. Statek odbije od przystani punktualnie o szesnastej.

Zaczęła się przebierać. Zastanawiała się którą bluzkę włożyć. W pewnym momencie, rzuciła trzymane w ręku bluzki z wściekłością na krzesło. Usiadła na łóżku i zaczęła płakać. Po chwili starała się uspokoić

„O co mi chodzi?!” – mówiła do siebie – „Przecież mówił, że łączy tą podróż z interesami, więc czemu się wściekasz głupia krowo!”

Zawsze gdy wpadała w złość na kogoś, starała się szybko uspokoić i nie zależnie od powodu złości obwiniała się za to, że widocznie za dużo oczekuje od innych i jest wobec nich niesprawiedliwa. Tak było i tym razem. Starała się przed sobą wytłumaczyć zachowanie Gerarda. Jednak tym razem jakiś niepokój nie pozwalał je się opanować. Nigdy w takich sytuacjach nie płakała.

Wcześniej zdarzało się jej zdenerwować na Mietka, ostatnio przed jego śmiercią zdarzało się to częściej, ale zawsze potrafiła się szybko opanować. Mietek wielokrotnie nawet nie zauważał jej zdenerwowania.

Od czasu gdy poznała Gerarda też zdarzało jej się być na niego złą, nawet wściekłą, jak wtedy, gdy odkryła że przeszukuje jej rzeczy, ale to co odczuwa teraz nigdy jej się wcześniej nie zdarzało. Do trudno wytłumaczalnego niepokoju spowodowanego zachowaniem Gerarda doszedł niepokój spowodowany niemożnością opanowania się. Uświadomiła sobie, że jest bliska paniki

„Uspokój się…Uspokój się” – powtarzała w kółko

Ponownie wzięła do ręki bluzki. Stanęła przed lustrem

„Nie no! Nie mogę w takim stanie pokazać się wśród ludzi. Zostanę kajucie” – zadecydowała

Kilka minut później wzięła zimny prysznic i położyła się do łóżka. Usnęła niemal natychmiast.

Obudził ją głos z głośnika. Spiker informował, że za chwilę przybijają do przystani w Kom Ombo. Zerwała się z łóżka. Chwilę szukała zegarka. Jej wzrok odnotował godzinę dwudziestą pierwszą dziesięć

„Co?!!…Po dziewiątej?…Niemożliwe! Przespałam cały dzień” – zdziwiła się

Zaczęła rozglądać się po kajucie. Zajrzała do łazienki, potem do saloniku. Była przekonana, że Gerard wrócił na statek, ale nie chcąc jej budzić wyszedł gdzieś na pokład. Starała się znaleźć jakieś ślady jego powrotu, ale szybko zorientowała się, że w kajucie nic się nie zmieniło. Zajrzała do garderoby. Na dnie szafy leżała jego walizka. Była nie zamknięta. Zajrzała do niej. Na samym wierzchu leżał jego paszport i gotówka. Dużo pieniędzy. Z ciekawości zajrzała do paszportu. Wiedziała, że jest nowy, wydany tuż przed ich podróżą, więc nie zdziwiło jej, że nie znalazła w nim nic ciekawego. Tylko dwie wizy. Jedna do Egiptu, druga do Iranu. Odłożyła paszport na miejsce. Pieniędzy nie ruszyła

„Zostawił paszport i pieniądze, a więc zamierzał wrócić. Czyżby nie zdążył na statek?” – pomyślała

Szybko ubrała się i poszła szukać go w barze i restauracji. Statek był już przycumowany. Nieliczni pasażerowie chcący zobaczyć nocne życie miasteczka wychodzili na ląd. Głośniki nadawały informację o jutrzejszych wycieczkach i kierunkach zwiedzania. Nie zwracała na to uwagi. Przeszła po wszystkich pokładach i zajrzała do chyba wszystkich dostępnych dla pasażerów pomieszczeń. Nigdzie go nie było. W końcu udała w stronę trapu po którym schodzi się na ląd.

Tuż obok wejścia na trap znajduje się stanowisko recepcjonisty u którego, schodząc na ląd zostawia się klucze od kajut. Doszła do wyraźnie znudzonego recepcjonisty i zapytała czy liczą wychodzących i powracających na statek pasażerów

„Nie madame. Pasażerowie sami odpowiadają za powrót na czas. Nie mamy obowiązku czekania na spóźnialskich. Jest to wyraźnie podkreślone w warunkach podróży które pani otrzymała”

Dowiedziała się jeszcze, że spóźnienia często się zdarzają, ale zazwyczaj spóźnialscy gonią statek taksówką drogami wzdłuż Nilu i dostają się na pokład na następnym przystanku.

„Płyniemy dosyć wolno i nie ma problemu dogonić nas samochodem. Jeśli pani mąż się spóźnił to albo zaraz się tu zjawi, albo czeka już na nas w Asuanie”

Podziękowała za informację, ale nie czuła się nią usatysfakcjonowana. Postanowiła czekać w pobliżu trapu. Usadowiła się w leżaku. Zaraz zjawił się kelner zaproponował drinka. Zamówiła kawę.

Nie posiedziała tam długo. Szybko spadająca temperatura wygnała ją do kajuty. Dopiero tam poczuła głód. Uświadomiła sobie, że jadła tylko śniadanie. Spojrzała na zegarek. Minęła dwudziesta trzecia, a więc restauracja jest już zamknięta. Jedynie bar otwarty jest przez całą noc. Zdecydowała się tam pójść.

Było tam sporo ludzi. Niestety nie podawano tam nic ciepłego. Zdecydowała się na zimną sałatkę, z wyglądu przypominającą popularne w Polsce sałatki jarzynowe. Barman zaproponował jej do tego egipskie piwo w zielonym kolorze. Zamówiła je z ciekawości. Nigdy takiego nie piła. Usiadła przy maleńkim stoliku. Wybrała to miejsce dlatego, że miała stamtąd widok przez okno na oświetlony trap prowadzący z lądu na statek, oraz doskonały widok na wejście do baru. Po chwili barman podał jej sałatkę, dwa kawałki okrągłego chleba pszennego i bardzo duży, chyba litrowy kufel piwa. Zaskoczył ją tym piwem. Nie spodziewała się, że będzie go aż tyle.

Zawiodła się na sałatce. Była mocno przyprawiona nie znanymi jej przyprawami, oraz dużą ilością majonezu. W niczym nie przypominała sałatki jarzynowej. Natomiast piwo przypadło jej do gustu. Przez chwilę miała ochotę zrezygnować z sałatki i zamówić coś innego. Szybko zrezygnowała z tego zamiaru. Ostatnie wydarzenia, nieobecność Gerarda i ten ciągle obecny gdzieś w tyle głowy, niesprecyzowany niepokój, sprawił, że mimo przespanych dziesięciu godzin czuła się zmęczona. Ogarnęła ją pewnego rodzaju rezygnacja. Zaczęła dłubać widelcem w sałatce. Starała się zjeść chociaż trochę, aby zaspokoić głód. Udało jej się zjeść ponad połowę porcji tylko dlatego, że każdy kęs popijała piwem. Pod koniec posiłku poprawił jej się humor

„Czemu ja się nim przejmuję. Dzieckiem nie jest. Mówił, że zna ten kraj. Mieszkał tu nawet jakiś czas. Zna angielski. Co prawda nie tak dobrze jak ja, ale swobodnie rozmawia. Da sobie radę, a jak nie wróci to ja sama też dam sobie radę” – pomyślała

Podeszła do bufetu zamówić jeszcze jedno piwo. Zdziwiła się, że podejście do bufetu i zamówienie piwa sprawiło jej pewien kłopot. Gdyby nie stojący w pobliżu mężczyzna, na pewno upadłaby na sąsiedni stolik.

Barman nie chciał przyjąć zamówienia. Mężczyzna , który pomógł utrzymać jej równowagę ostro zareagował

„Podaj pani piwo” – ostro zwrócił się do barmana

„Ale pani…”

„Podaj natychmiast” – wycedził stanowczo przez zęby mężczyzna – „Pani nie jest pijana”

Dopiero teraz Janina spojrzała na mężczyznę. Zauważyła, że jest wysoki i bardzo przystojny

„Omar Sharif” – niemal wykrzyknęła – „Jaki podobny. Jakby się urwał z filmu ‘Lawrence z Arabii’. Albo nie. Raczej z ‘Doktora Żywago’…Można się w nim zakochać”

Przyglądała mu się podczas gdy on przeszedł na arabski i mówił coś szeptem do kelnera. Kelner postawił przed nią piwo, ale nie zauważyła tego. Mężczyzna wziął kufel z piwem do ręki, spojrzał na nią, zawahał się chwilę i powiedział

„Pomogę pani dojść do stolika”

„Nie. Dziękuję. Dam sobie radę”

Chciała wziąć od niego piwo, ale on cofnął rękę z kuflem i chwytając ją delikatnie drugą ręką pod ramię powiedział

„Bardzo proszę. Chcę pani pomóc”

Jego ciepły, sympatyczny głos zrobił na niej piorunujące wrażenie. Nie zaprotestowała. Pozwoliła się odprowadzić do stolika. Postawił kufel na stole i podsunął jej krzesło. Usiadła i zdołała powiedzieć tylko

„Dziękuję”

On skinął głową i bez słowa oddalił się w drugi koniec baru. Wiodła za nim wzrokiem. Widziała jak przysiadł się do innego mężczyzny i zaczął z nim rozmawiać. Odległość i gwar rozmów innych ludzi nie pozwoliły jej usłyszeć ich rozmowy. Miała wrażenie, że on wydaje polecenia temu drugiemu. Ten drugi mało się odzywał. Wydawało się jej, że tylko potakuje.

Podczas gdy ona bez przerwy wpatrywała się w nich, a właściwie tylko w Omara – tak go nazwała w myślach, to oni ani razu nie spojrzeli w jej kierunku. Umoczyła usta w piwie, ale tym razem nie smakowało jej tak jak poprzednio. Odsunęła kufel od siebie i siedząc bez ruchu wpatrywała się w Omara. Trwało to dłuższą chwilę.

W pewnym momencie spojrzeli w jej kierunku. Ich wzrok spotkał się. Ocknęła się gwałtownie

„Opanuj się idiotko!” – powiedziała do siebie w myślach – „Facet jeszcze sobie nie wiem co pomyśli”

Podniosła kufel z piwem do ust, ale natychmiast go odstawiła

„Wystarczy na dzisiaj. Musisz jeszcze dojść do kajuty” – zdecydowała w myślach

Chciała się podnieść od stołu ale zanim to zrobiła zorientowała się, że nie będzie to takie proste. Postanowiła zostać w barze. Była pewna, że gdyby wstała i się zachwiała to Omar natychmiast by się narzucił z pomocą.

Spojrzała dyskretnie w jego stronę. Siedział teraz sam przy stoliku. Nie zauważyła kiedy jego towarzysz odszedł. Ich oczy się spotkały. Natychmiast odwróciła wzrok. Od czasu do czasu spoglądała w jego stronę. Cały czas się na nią patrzył

„No tak. Doigrałaś się idiotko. Będą kłopoty” – pomyślała

W tym samym momencie do Omara wrócił jego towarzysz. Powiedział coś do niego i po chwili obydwaj pośpiesznie opuścili bar.

Rozejrzała się dookoła. Okazało się, że jest sama w barze. Barman przecierał szklanki i spoglądał na nią. Podniosła się energicznie od stolika i starając się iść poprawnym krokiem szybko udała się w kierunku wyjścia. Zdziwiła się, że jej się to udało. Dopiero w korytarzu prowadzącym do ich kajuty poczuła, że jednak wypiła za dużo. Oparła się o ścianę. Chwilę tak postała. Potem ostatnie kilkanaście metrów przeszła bardzo chwiejnym krokiem.

W kajucie nie wchodząc do sypialni rzuciła się na kanapę w saloniku i chyba by natychmiast usnęła, gdyby jej wzrok nie zauważył kartki leżącej na stoliku obok. Leżąc na kanapie na brzuchu sięgnęła ręką po kartkę. Poznała pismo Gerarda.

„Spotkamy się w Luksorze. Czekaj na mnie w hotelu w którym mieszkaliśmy”

Nic więcej. Nie było podpisu. Natychmiast ode chciało jej się spać. Ruszyła w stronę sypialni. Otworzyła drzwi i zatrzymała się na progu. Włączyła światło. Szybko ogarnęła wzrokiem całe pomieszczenie. Na pierwszy rzut oka wszystko wydawało się być na swoim miejscu. Nagle energicznie zbliżyła się do garderoby. Otworzyła ją. Walizka Gerarda leżała na swoim miejscu. Otworzyła ją. Nie było paszportu, który poprzednio leżał na pieniądzach. Pieniądze nie znikły. Nie potrafiła ocenić czy jest ich tyle samo co poprzednio. Żałowała teraz, że je wtedy nie przeliczyła. W każdym razie wygląda na to, że jest ich dużo. Z wściekłością zamknęła walizkę i z rozmachem trzasnęła drzwiami garderoby. Podeszła do swojej szafy. Sprawdziła torebkę. Jej paszport, gotówka i karty bankowe były na miejscu. Telefon też. Chciała zajrzeć do niego, dawno go nie używała i bateria była rozładowana. Podłączyła ładowarkę. Potem jeszcze raz podeszła do swojej szafy. Odetchnęła z ulgą gdy zauważyła, że jej stare buty do wędrówek są na miejscu. Wróciła na kanapę do saloniku. Położyła się i po chwili się zerwała

„Cholera jasna! Nie usnę teraz!…O co w tym wszystkim chodzi?” – zastanawiała się

Wstała z kanapy i zaczęła szybkimi, dużymi krokami chodzić po saloniku. Trzy duże kroki w stronę drzwi wejściowych, potem trzy kroki w stronę drzwi do sypialni. Chodziła tak ze dwadzieścia minut starając się analizować to co ją spotkało, jednak nie mogła dojść do żadnego logicznego wniosku. Nagle przypomniała sobie o telefonie

„Chyba już się podładował?” – pomyślała z nadzieją

Przeszła do sypialni. Telefon był już na tyle podładowany, że mogła z niego skorzystać. Odszukała w nim numer do egipskiej karty którą Gerard zainstalował w swoim telefonie. Chwilę czekała zanim usłyszała

„Halo?”

Nie był to głos Gerarda

„Chcę mówić z Gerardem” – zażądała zdecydowanie

„Nie może teraz podejść do telefonu”

„Ale ja muszę…”

Nie zdążyła dokończyć. Zorientowała się, że połączenie zostało przerwane. Próbowała jeszcze kilka razy uzyskać połączenie, jednak po drugiej stronie nikt nie odpowiadał. W końcu zrezygnowana usiadła na łóżku. Spojrzała na zegarek. Zbliżała się druga

„Tak późno. Czas się położyć. Nic już dzisiaj nie wymyślę” – stwierdziła.

Przeszła do łazienki. Po kilkunastu minutach była już w łóżku. Zgasiła światło i szybko usnęła.

Obudziło ją delikatne szturchanie w ramię. Otworzyła oczy. Ujrzała nad sobą młodą kobietę. Poznała ją. To recepcjonistka

„Proszę się obudzić. Dwaj panowie chcą z panią pilnie rozmawiać”

Zerwała się z łóżka. Recepcjonistka podała jej szlafrok. Razem przeszły do saloniku. Ujrzała w nim dwóch mężczyzn którzy natychmiast podnieśli się z kanapy

„Proszę nas zostawić samych” – zwrócił się jeden z nich do recepcjonistki

Odczekali chwilę aż ta wyszła po czym oznajmili, że są z Policji. Machnęli Janinie przed oczyma jakimiś legitymacjami. Nie spoglądając na nie zapytała

„Słucham. O co chodzi?”

„Pani Janina Siekowska, prawda?”

„Tak”

„Proszę pokazać paszport”

Podeszła do szafy. Wyciągnęła paszport z torebki i podała temu który o niego pytał. Policjant przejrzał szybko paszport i ignorując wyciągniętą rękę Janiny schował go do wewnętrznej kieszeni marynarki

„Na razie go zatrzymujemy”

„O co chodzi?” – zapytała wyraźnie zdenerwowana

„Zadam pani kilka pytań. Od tego jaką odpowiedź usłyszę zależy czy pani otrzyma paszport z powrotem…”

„O co chodzi?” – przerwała mu – „Czy jestem o coś oskarżona?”

„Proszę odpowiadać na pytania…Gdzie jest pani mąż?”

„Zszedł ze statku wczoraj i jeszcze nie wrócił…Czy jest w coś zamieszany?”

„Pani mnie nie zrozumiała. Nie pytam o pana Gerarda Juszczyna. Chcę wiedzieć gdzie jest teraz pani mąż Melker Goldberg”

„Co?!…Mój mąż nie żyje!”

Policjant kiwnął głową do swojego kolegi. Tamten szybko podszedł i podał mu dużą kopertę. Zadający pytania wyciągnął z niej kilka kolorowych fotografii dużego formatu

„Poznaje pani? Te zdjęcia zostały wykonane w ostatnich dniach. Dwie z nich zrobiono wczoraj, tu na statku…”

Mówił coś jeszcze, ale go nie słyszała. Zemdlona osunęła się na kanapę

„Niech pani nie udaje takiej zaskoczonej!” – usłyszała tuż nad sobą

Ocuciła ją woń z ust pochylonego nad nią policjanta. Powoli otwierała oczy. Leżała na wznak na kanapie. Jego czerwona ze złości twarz wrzeszczała coś do niej. Nawet nie starała się tego zrozumieć co do niej wykrzykiwał. Starała się uporządkować chaos głębiących się w głowie myśli

„Mietek żyje…Nie! To niemożliwe!” – nie chciała dopuścić do siebie takiej myśli

Jednak fotografie które jej pokazano przedstawiały Mietka. Nie miała co do tego żadnej wątpliwości. Na jednej z nich Mietek stoi przy barze tu na statku. Przy tym samym barze przy którym ona wczoraj zamawiała sałatkę i piwo. Nawet ten sam barman mówi coś do Mietka. Na innym zdjęciu Mietek siedzi samotnie przy stoliku w restauracji na statku

„A może to fotomontaż?!” – pomyślała nagle – „Przecież teraz są takie duże możliwości techniczne fałszowania zdjęć”

Uchwyciła się tej myśli jak tonący deski

„Tak! To jedyne logiczne wytłumaczenie tych fotografii. Mietek nie żyje…”

„Czy pani słyszy co do pani mówię?!” – przerwał jej myśli głos policjanta

Spojrzała na niego. On na chwilę zamilkł. Podniosła się z kanapy, tylko po to aby na niej usiąść

„Proszę mi pokazać te fotografie jeszcze raz” – zażądała

Bez słowa podał jej kopertę. Wyjęła fotografie i rozłożyła na stoliku przed kanapą. Potem brała wszystkie po kolei do ręki i uważnie się im przyglądała. Policjant w milczeniu oczekiwał na jej reakcję

„Te zdjęcia są sfałszowane. Mój mąż nie żyje” – stwierdziła zdecydowanie

Wyraźnie zirytowany policjant zebrał fotografie i włożył do koperty

„Proszę pani…” – przerwał nagle – „Ech! Inaczej z panią porozmawiamy! Zatrzymuję paszport. Nie wolno pani opuszczać statku. W Luksorze będzie na panią czekał nasz człowiek. Zabierze panią na komisariat i tam będzie pani oficjalnie przesłuchana. Moi szefowie zadecydują o dalszym postępowaniu”

„Czy jestem o coś podejrzana?”

„Tak. O udzielanie pomocy ukrywającemu się szpiegowi. Być może również pani zostaną przedstawione zarzuty szpiegostwa”

„W takim razie muszę zejść na ląd i poszukać jakiegoś adwokata”

„Proszę pani! Naczytała się pani za dużo kryminałów. Ta rozmowa jest nieoficjalna. Dopiero w Luksorze porozmawiamy oficjalnie i wtedy będzie pani mogła się skontaktować z adwokatem, a teraz radzę dla pani dobra nie opuszczać statku. Zresztą pracownik przy trapie na ląd jest poinformowany o tym aby pani nie wypuszczać. W razie potrzeby ma obowiązek zatrzymać panią siłą” – zakończył i zwrócił się do kolegi – „Wychodzimy”

Po ich wyjściu długo nie mogła dojść do siebie. Podniosła się z kanapy i zaczęła szybkim krokiem chodzić po saloniku. Po minucie usiadła z powrotem na kanapie, tylko po to aby po chwili gwałtownie się z niej zerwać i znowu chodzić kilka minut. Trwało to prawie godzinę. W pewnej chwili spojrzała na zegarek. Dziesiąta minęła

„Nic nie wymyślę” – stwierdziła

Przeszła do łazienki. Po dwudziestu minutach wykąpana i uspokojona ubrała się i poszła do restauracji zjeść śniadanie. Kelner szybko ją obsłużył. Nie smakowało jej. W zasadzie nie czuła się głodna. Przyszła tutaj raczej po to aby rozejrzeć się po ludziach. Nie było ich dużo. Większość udała się na zwiedzanie Kom Ombo. Szukała wzrokiem Mietka, chociaż wiedziała, że to nie ma sensu

„Nonsens! Mietek nie żyje! Po co go wypatrujesz, głupia krowo” – po chwili kontynuowała w myślach – „A nawet gdyby żył, to go tu nie ma. Przecież ci policjanci nie pytaliby się o niego gdyby był na statku. Na pewno dokładnie przeszukali statek”

Zostawiła prawie nie ruszone śniadanie i udała się na pokład w stronę trapu. Chciała sprawdzić, czy zostanie zatrzymana przy próbie zejścia ze statku. Nie miała zamiaru tego robić, ale chciała się upewnić czy policjant który z nią rozmawiał nie bluffował

„Madame, jest mi bardzo przykro, ale mam polecenie nie wypuszczać pani na ląd” – usłyszała, gdy tylko zbliżyła się do recepcji

„Kto wydał takie polecenie?” – zapytała

„Policja. Proszę mnie zrozumieć. Muszę stosować się do ich poleceń”

Nic nie odpowiedziała. Wróciła do kajuty. Była bliska paniki. Chodziła przez kilka minut po saloniku. Próbowała się w ten sposób uspokoić i zebrać myśli. W pewnej chwili przypomniała sobie o Gerardzie. Od czasu rozmowy z policjantem nie myślała o nim ani przez moment. Złapała telefon i spróbowała się z nim połączyć. Usłyszała znajomy sygnał, a więc jego telefon nie jest wyłączony. Długo czekała wsłuchując się w sygnał. Po kilku minutach bezowocnego czekania zrezygnowała z próby połączenia się z Gerardem. Zrezygnowana zamierzała odłożyć telefon, ale w ostatniej chwili zauważyła na nim maleńką ikonkę informującą o oczekującym SMSie. Zdziwiła się, że jej wcześniej nie zauważyła. Otworzyła wiadomość. Polski tekst zaskoczył ją

„W Asuanie wysiądź na ląd razem z pasażerami udającymi się na zwiedzanie zabytków. Będą schodzić ze statku zaraz po śniadaniu, tuż po dziesiątej. W recepcji na trapie będzie dyżurować ta sama recepcjonistka która cię ostatnio obudziła. Jest opłacona i cię wypuści. Nie bierz niczego z kajuty. Po zejściu ze statku nie wsiadaj do podstawionych autobusów. Pięćset metrów w stronę miasta znajduje się kawiarnia Caffé Sfinks. Czekaj tam na dalsze wskazówki”

Przeczytała to szybko dwa razy. Potem jeszcze raz ważąc każde słowo. Nie znalazła podpisu. Numer telefonu nadawcy był widoczny, ale nic jej nie mówił. Postanowiła zadzwonić do nadawcy. Nie zdziwiła się usłyszawszy głos z automatu informujący po polsku

„Nie ma takiego numeru”

Odłożyła telefon. Siedziała chwilę bez ruchu

„Co to wszystko znaczy? W co jestem wplątana?” – zastanawiała się – „Kto przysłał tą wiadomość?…. Każe udać się do kawiarni, a więc zna te strony. To może być tylko Gerard. Nikogo innego mówiącego po polsku jeszcze w tej podroży nie spotkałam. Ale dlaczego wysłał wiadomość z innego telefonu?…Zresztą, to nie ważne! Muszę działać”

Postanowiła zastosować się do poleceń odczytanych w telefonie. Nie była całkiem pewna, czy dobrze robi, ale była przekonana, że jest to lepszy wybór, niż policyjne przesłuchanie w Luksorze, które nie wiadomo jak mogłoby się skończyć. Jeszcze raz odczytała wiadomość. Tym razem zatrzymała się na zdaniu

„Nie bierz niczego z kajuty”

Nie chciała dopuścić do siebie myśli, że ma tak, ot zostawić wszystkie rzeczy i wyjść ze statku ze świadomością, że już po nie najprawdopodobniej nie wróci. Przypomniała sobie, że chodząc z Gerardem po statku, w sklepiku na pokładzie widziała obszerne tekstylne torby z nadrukiem piramid i wielbłądów. Trochę przypominały torby hippisów z początku lat siedemdziesiątych. Można je zawiesić na ramieniu. Oglądając je powiedziała wtedy do Gerarda, że gdyby zamiast piramid i wielbłądów namalowana była pacyfka, to by sobie taką kupiła. Przypominałaby jej młodość i próby bycia hippiską. Gerard chciał jej kupić taką torbę

„Zawiesisz sobie na ramieniu i znowu będziesz hippiską…No, prawie” – stwierdził ze śmiechem

„Nie! Nie! Nie chcę tej torby. Brzydka jest i nie pasuje do moich ubrań” – odparła wtedy

Teraz zmieniła zdanie. Zapakuje w nią najpotrzebniejsze rzeczy, zawiesi na ramieniu tak jak to widziała u innych pań w czasie zwiedzania Esny.

Kupiła torbę. W kajucie zawiesiła sobie ją na ramieniu i długo stała przed lustrem zastanawiając się co na siebie włożyć, żeby wszystko do siebie pasowało. Zaczęła wyciągać z szafy ubrania i je przymierzać. Zaczęła od butów. Zdecydowanie odłożyła buty kupione przez Gerarda. Zdecydowała się na swoje stare buty do wędrówek. Potem sweter kupiony w Egipcie i spódnica. Jednak nie była zadowolona z takiego zestawu. Zdecydowanie bardziej do spódnicy i tego swetra pasowałyby buty od Gerarda, ale nie chciała zrezygnować ze swoich starych.

Zdecydowała się zamiast spódnicy założyć spodnie w kolorze khaki. Bardzo pasowały do starych butów. Strój uzupełniła wisiorkiem ze skorpionem. Do torby włożyła niezbędną bieliznę, trochę kosmetyków i telefon, ładowarkę, pieniądze i karty bankowe.

Wahała się czy zabrać pieniądze Gerarda, ale wahała się tylko chwilę. Wytłumaczyła sobie, że skoro nie wróci na statek, to po pewnym czasie zaczną jej szukać i na pewno zajrzą do kajuty. Nie miała wątpliwości, że pieniądze wtedy znikną. Szkoda w takim razie je zostawiać. Gerard będzie jej wdzięczny za to , że się nimi zaopiekowała.

Gdy już stwierdziła, że jest przygotowana do opuszczenia statku zainteresowała się tym ile czasu pozostało do zejścia na ląd w Asuanie. Spojrzała na zegarek. Zdziwiła się, że to już siedemnasta. Poczuła głód. Ponownie się przebrała i udała się do restauracji zjeść obiad. Tym razem wszystko jej smakowało. Jadła powoli rozkoszując się smaczną rybą. Potem zamówiła kawę, lody i koniak.

Po osiemnastej restauracja zaczęła się zapełniać pasażerami wracającymi ze zwiedzania Kom Ombo. Z głośników popłynął komunikat zapowiadający odbicie od przystani punktualnie o godzinie dziewiętnastej trzydzieści. Na przystań w Asuanie statek zawinie jutro o godzinie siódmej czterdzieści. Chętni na zwiedzanie znajdującej się na wyspie File Świątyni Izis oraz Wysokiej Tamy powinni zgłosić swój udział w wycieczce w recepcji.

W pierwszej chwili chciała się udać do recepcji aby zgłosić chęć udziału w wyjeździe, ale szybko się od tego powstrzymała. Przecież nikt nie powinien dowiedzieć się o tym, że ona jutro zjawi się na trapie przy zejściu na ląd. W drodze do kajuty, z półki przy wyjściu z restauracji wzięła jedną z broszurek o jutrzejszej wycieczce. Dowiedziała się z niej, że autobusy dla chętnych będą podstawione o godzinie dziesiątej. Miała dużo czasu i nie wiedziała co z nim zrobić. Jeszcze raz udała się do sklepiku. Kupiła kilka angielskojęzycznych tygodników dla kobiet. Po powrocie do kajuty przebrała się w piżamę i w łóżku zaczęła je przeglądać.

Około dwudziestej drugiej poczuła się znużona. Ustawiła alarm w telefonie na godzinę siódmą trzydzieści. Potem wyłączyła światło i próbowała zasnąć. Jeszcze raz przeanalizowała to co ją spotkało i upewniwszy się, że nie ma innego wyjścia, tylko musi zastosować się do poleceń odczytanych w telefonie usnęła uspokojona.

Nastawiony alarm obudził ją z głębokiego snu. Chwilę trwało zanim uświadomiła sobie co ją dzisiaj czeka. Zerwała się z łóżka. Wzięła szybki prysznic. Ubrała się i poszła na śniadanie. Przy śniadaniu rozglądała się podejrzliwie. Szukała wzrokiem Omara Sharifa. Nie zauważyła go.

Przyszło jej do głowy, że może być dyskretnie obserwowana. Przypomniały jej się wszystkie przeczytane kryminały i obejrzane sensacyjne filmy. Niemal wszyscy bohaterowie w podobnej sytuacji zawsze byli obserwowani. Jednak mimo starań nie dostrzegła nikogo kto by się nią interesował. Po śniadaniu wróciła do kajuty. Przebrała się w przyszykowane na wyjście ubranie i pozostałe do dziesiątej pół godziny przesiedziała na kanapie. Potem, punktualnie o dziesiątej wyszła z kajuty.

Przy zejściu na ląd było kilka osób. Kilka z nich rozmawiało ze sobą. Zorientowała się, że czekają na kogoś. Dwie inne osoby przechodziły Zatrzymały się przy recepcji aby zostawić klucze od kabin.

Recepcjonistka, ta która ją budziła zajęta była przy komputerze, skinieniem głowy nakazała im położenie kluczy na blacie okienka. Zrobili to i odeszli do zejścia na ląd. Janina szybkim krokiem doszła do recepcji i bez słowa położyła klucz obok leżących kluczy. Recepcjonistka na chwilę podniosła wzrok od komputera. Przez ułamek sekundy ich oczy się spotkały. Janinie wydawało się, że recepcjonistka skinęła nieznacznie głową. Nie czekając na jej dalszą reakcję szybko ruszyła do trapu. Niemal zbiegła po nim.

Kilka kroków dalej ogarnął ją tłum sprzedawców natrętnie oferujących swoje towary. Ignorując ich odwróciła się w stronę statku. Nie zauważyła na nim żadnego poruszenia. Dopiero teraz poczuła opadające napięcie. Poczuła, że ktoś szarpie ją za ramię

„Pani!…Pani kupi łańcuszek”

Natrętny handlarz nie chciał puścić jej ramienia. Wyrwała mu się odpowiadając po polsku klasykiem

„Spieprzaj dziadu!”

Handlarz zamilkł zaskoczony niezrozumiała odpowiedzią. Szybko przedzierała się przez tłum zbliżając się do autobusu. Minęła go. Chwilę się rozglądała i ruszyła drogą w stronę widocznych zabudowań. Po przejściu kilkudziesięciu metrów usłyszała za sobą warkot motoru. Obejrzała się. Trójkołowa motorowa ryksza właśnie się przy niej zatrzymała.

„Pani wsiada! Tanio podwiozę” – łamanym angielskim zachęcał ryksiarz

„Nie dziękuję” – odpowiedziała

„Wsiadaj! Nie mamy czasu!” – ryknął do niej po polsku ryksiarz

Całkowicie zaskoczona zatrzymała się. Chciała coś powiedzieć, ale zaskoczenie było tak wielkie, że nie wiedziała jak zareagować

„Na co czekasz?! Wsiadaj!”

Ocknęła się i szybko usadowiła się na zadaszonej od słońca kanapie za plecami kierowcy. Odwrócił się do niej. Kogoś jej przypominał, ale nie zdążyła się zastanowić kogo ponieważ ponownie ją zaskoczył

„Daj telefon” – zażądał

„Co?!”

„Telefon!”

„Dlaczego?”

„Nie mam czasu wyjaśniać!”

Nie protestowała więcej. Czuła w jakiś sposób, że lepiej będzie dać mu ten telefon. Szybko wyjęła go z torby i mu podała. Wtedy on z rozmachem cisnął go w bok. Telefon przeleciał kilkanaście metrów i wylądował w zalegających wszędzie śmieciach. Zanim zareagowała wyjaśnił

„Tym telefonem byłaś śledzona”

Odwrócił się i ruszył ostro przed siebie. Chciała go zapytać kim jest ale zanim się zdobyła zadać to pytanie przejeżdżali właśnie obok Caffé Sfinks

„Tu muszę wysiąść!” – krzyknęła

„Zmiana planów. Zaraz wiedziemy do małej osady. Na ryneczku jest mała knajpka. Wejdź do niej i zamów kawę. Czekaj na dalsze polecenia”

Po dwudziestu minutach wjechali na piaszczysty ryneczek. Spod kół rykszy w popłochu uciekło kilka kur. Kierowca odwrócił się do niej i ręką wskazał drzwi prowadzące do pomieszczenia nad którym wisiał zniszczony szyld z arabskim napisem

„To tam..”

Wysiadając z rykszy spojrzała na ryksiarza i w tym samym momencie uświadomiła sobie, że zna tego człowieka

„Kowalski?!…Co pan tu robi?!” – wykrzyknęła zdziwiona

Odpowiedział jej uśmiechem i odjechał zanim zdążyła cokolwiek więcej powiedzieć. Stała chwilę zaszokowana patrząc w kierunku uliczki w którą wjechał.

Podbiegło do niej kilkoro małych dzieci z wyciągniętymi rękoma. Ocknęła się z zamyślenia i odpychając delikatnie dzieci od siebie ruszyła w kierunku drzwi wskazanych przez ryksiarza. W drzwiach stał starszy mężczyzna w brudnym fartuchu. Krzykiem odgonił dzieciaki i zapraszającym gestem poprosił ją do środka.

Weszła niepewnie. W środku panował półmrok i przyjemny chłodek. Zatrzymała się zaraz za progiem. Ogarnęła wzrokiem małą salkę. Kilka niewielkich stolików zajętych było przez samotnych mężczyzn. Niektórzy palili wodne fajki. Nie zauważyła żadnego wolnego stolika.

Chciała się cofnąć, ale mężczyzna w fartuchu wziął ją delikatnie pod rękę i wskazał drzwi po przeciwległej ścianie tuż przy niewielkim barze

„Tam mam dla pani spokojne miejsce”

Dała się zaprowadzić. W niewielkim pokoiku bez okien stał kwadratowy stół pokryty zielonym suknem z nisko wiszącą nad nim lampą. Włączone ostre światło lampy oświetlało tylko stół. Mężczyzna podsunął jej krzesło. Usiadła

„Karciana speluna” – pomyślała

Zaczęła się rozglądać, ale częściowo oślepiona ostry światłem lampy nic w zasadzie nie dostrzegła

„Poproszę kawę…” – nie dokończyła

Mężczyzna w fartuchu zniknął. Nawet nie zauważyła kiedy. Podniosła się aby wyjść z pokoju. W tym samym momencie drzwi się otworzyły i wszedł ubrany po europejsku starszy przystojny mężczyzna z gęstym czarnym zarostem podchodzącym pod same oczy. Niósł tackę na której stały dwie szklanki z kawą i cukierniczka. Nic nie mówiąc postawił tacę na stole wskazując ręką aby usiadła. Gdy to zrobiła usiadł naprzeciw niej. Chwilę jej się przyglądał

„Dawno cię nie widziałem” – usłyszała po polsku

Zamarła zaskoczona. Poznała ten głos. Zerwała się do stołu. dobiegła do siedzącego mężczyzny i zaczęła go okładać na oślep rękoma po głowie

„Ty skurwysynu!…Ty skurwysynu! Jak mogłeś mi to zrobić!” – wykrzykiwała płacząc

On nie próbował się bronić. Biernie odbierał jej desperackie ciosy. Podniósł się powoli z krzesła. Jej ciosy słabły. Przestała krzyczeć, jedynie spazmatyczny szloch wydobywał się z jej piersi. W pewnym momencie przestała go uderzać. Bliską omdlenia chwycił w ramiona i przytulił do siebie. Nie protestowała. Zaczął ją całować po twarzy i powtarzać

„No już dobrze…No już dobrze”

Czuł, że leci mu przez ręce. Z trudem posadził ją na krześle. Przysunął swoje i usiadł obok niej. Objął ramieniem. Siedzieli tak dłuższą chwilę aż się uspokoiła i przestała szlochać

„Jak mogłeś mi to zrobić?” – zapytała cicho zmęczonym głosem

On nie odpowiadając na pytanie zaczął odklejać sztuczny zarost. Zerwała się i przerażonym głosem powiedziała

„Nie rób tego, Mieciu! Poznają cię. Mają twoje zdjęcia!”

„Masz rację” – poprawił brodę – „Mamy mało czasu…Napij się kawy. Dobrze ci zrobi”

Zdążyła wypić ze dwa łyki. W drzwiach pojawił się gospodarz w fartuchu

„Mister, taksówka czeka” – oznajmił

On ciągle poprawiając brodę podszedł do gospodarza. Nachylił się nad nim i coś mu szeptał do ucha. Potem zwrócił się do niej

„Chodź nie mamy czasu”

Wychodząc zauważyła że w większej sali z bufetem niema nikogo prze stolikach. Tuż przed wejściem stała duża taksówka. Stary, z wyglądu zaniedbany duży Peugeot. Zatrzymała się, ale on niemal siłą wepchnął ją do taksówki

„Nie mamy czasu. Musimy oddalić się stąd jak najszybciej” – wyjaśnił przepraszająco

Usiedli na tylnej kanapie. Taksówka ostro ruszyła do przodu

„Oszaleję za chwilę. Wyjaśnij mi o co w tym wszystkim chodzi?!…Dokąd jedziemy?…”

„Do Luksoru, proszę pani” – odpowiedział szofer odwracając się do niej

„Kowalski!… To znowu pan?!”

Odpowiedział jej cichym chichotem. Chciała coś powiedzieć, ale Mietek ją uprzedził

„Wszystko ci wyjaśnię, ale nie teraz. Mamy mało czasu. Do Luksoru jest stąd jakieś dwieście dwadzieścia kilometrów. Powinnyśmy tam być za trzy godziny jak wszystko dobrze pójdzie…”

„Co znaczy dobrze pójdzie?” – przerwała mu

„W drodze możemy się spodziewać wzmożonych kontroli policyjnych. Musisz być na to dobrze przygotowana…”

„W ogóle nie jestem przygotowana! Nie mam paszportu, żadnych dokumentów ani bagażu…tylko ta torba” – znowu mu przerwała – „On wyrzucił mój telefon!”

„Dobrze zrobił. Masz…” – podał jej książeczkę – „To jest twój nowy paszport. Jesteś Dunką. Nazywasz się teraz Karen Knudsen. I mieszkasz w Dani w Aalborg . Ja jestem twoim mężem. Nazywam się Jens Knudsen. Przejrzyj paszport. Naucz się daty urodzenia. Zaraz przejdziemy do szczegółów”

Zaskoczona wzięła paszport do ręki, otworzyła go i chwilę przyglądała się fotografii. W pewnym momencie wykrzyknęła

„Dlaczego postarzałeś mnie o pięć lat?!”

„Nie skupiaj się na pierdołach” – odparł zirytowany – „Słuchaj co powiem…”

Dowiedziała się, że oboje są pracownikami naukowymi Instytutu Archeologii i Historii Antycznej Uniwersytetu w Aalborg. Przyjechali do Egiptu na zaproszenie Wydziału Archeologicznego Uniwersytetu w Kairze. W przyszłym roku mają rozpocząć wspólnie z badaczami egipskimi prace w pobliżu świątyni Karnak w Luksorze

„Byłam tam kilka dni temu z Gerardem…” – wyrwało jej się

Przez chwilę milczeli

„On mnie będzie szukać…Co ja teraz zrobię”

„Nie będzie cię szukać”

„Skąd możesz to wiedzieć…Nie żyje?”

„Wrócimy do tego później” – stwierdził Mietek – „Teraz słuchaj dalej, żebyś wiedziała co mówić. Tak więc, mamy trochę czasu więc pojechaliśmy w górę Nilu na wycieczkę samochodową. Wracamy do hotelu w Luksorze”

„Do jakiego hotelu?” – zapytała

Zaniepokoiła się czy przypadkiem nie zamieszkają w tym samym hotelu w którym mieszkała z Gerardem

„Hotel Orient Star. Daleko od tego w którym mieszkałaś” – po chwili dodał – „Mam tu telefon dla ciebie. Operatorem jest duńska Telmore. Zapamiętaj kod dostępu – 4567. Nie ma w nim żadnego polskiego kontaktu. Nie używaj go do rozmów ze znajomymi w Polsce. Najlepiej w ogóle go nie używaj”

„To po co mi on?”

„Widziałaś turystów bez telefonów?”

„A ty widziałeś turystów, a zwłaszcza turystki bez bagażu? Ja nic nie mam! Wszystko zostało na statku…”

„Nie martw się o ciuchy. W hotelu jest wszystko przygotowane dla ciebie…”

„Jeśli ty przygotowywałeś to już sobie wyobrażam co mnie tam czeka”

„Wiem, wiem. Nie mam takiego gustu jak on, ale myślę, że nie powinnaś narzekać”

„Skąd wiesz jaki on ma gust?” – zapytała zaskoczona

„Dużo wiem o nim… I o tobie”

„Mieciu. Nie wiedziałam…”

„Nie teraz, policja przed nami” – przerwał jej wskazując samochody policyjne do których się zbliżali

„No to zaczyna się” – zauważył Kowalski

Już z daleka policjant nakazywał im zjechać na pobocze. Kowalski zatrzymał się. opuścił szybę i zagadał coś do zbliżającego się policjanta po arabsku. Chwilę z nim rozmawiał. Policjant zażądał pokazania dokumentów. Kowalski podał mu. Tamten przejrzał je, ale tak jakoś od niechcenia. Potem zajrzał przez szybę tylnych drzwi do wnętrza taksówki

„Dokumenty proszę” – zażądał

Mietek podał mu paszport. Janina przyszykowała swój. Policjant z zainteresowaniem oglądał paszport Mietka. Nachylił się aby przyjrzeć się Mietkowi i porównać ze zdjęciem w paszporcie

„Duńczyk?” – zapytał

„Tak, Duńczyk. Masz to napisane w moim paszporcie”

Policjant chwilę milczał, po czym z paszportem oddalił się w kierunku jednego z radiowozów. Przez otwarte okno podał paszport Mietka komuś siedzącemu na tylnej kanapie. Chwilę trwało zanim policjant otrzymał paszport z powrotem i po krótkiej rozmowie z tym w środku radiowozu ruszył w stronę taksówki.

Bez słowa oddał paszport Mietkowi. Janina wyciągnęła rękę ze swoim paszportem w jego kierunku, ale on gestem dał znać żeby go zabrała z powrotem

„Jechać!” – nakazał

Gdy tylko odjechali Janina wybuchła płaczem

„Ja tego nie wytrzymam. Nie wiem co się wokół mnie dzieje. Przed śmiercią zmieniłeś się nie do poznania. Z kochającego męża zrobiłeś się zimny drań…”

„Ja żyję, kochanie” – przerwał jej

„Jak żyjesz, jak cię pochowałam?!” – wpadła w histerię – „Ten tutaj zawiadomił mnie o twojej śmierci! Pogrzeb był…Potem, potem…Ja zwariuję!”

„Uspokój się kochanie. Wszystko ci wyjaśnię”

Przytulił ją do siebie. Dopiero po kilkunastu minutach przestała płakać i zaczęły opuszczać ją spazmy

„Zdrzemnij się trochę. Porozmawiamy w hotelu” – zaproponował

Chciała coś powiedzieć. Uprzedził ją

„Cii. Śpij teraz”

Przytuliła się do niego. Po kilku minutach usnęła.

Resztę drogi pokonali bez przeszkód. Do hotelu w Luksorze dotarli około szesnastej. Janina obudziła się zaraz jak wjechali do miasta. Kowalski zatrzymał taksówkę na podjeździe przed hotelem. Chłopak hotelowy szybko podbiegł otworzyć drzwi samochodu.

Po wyjściu z auta Mietek demonstracyjnie, tak aby było to widać zapłacił za kurs. Kowalski wysiadł i otworzył bagażnik. Chłopak hotelowy chwycił niewielki neseser i pierwszy ruszył w stronę wejścia do hotelu. Zatrzymali się przy recepcji. Mietek skinieniem głowy odpowiedział na przywitanie recepcjonisty jednocześnie mówiąc

„Apartament trzysta trzynaście poproszę”

Recepcjonista wręczył klucz. Mietek podał go chłopakowi i ruszyli w stronę wind.

Gdy tylko zostali sami chwycił ją w ramiona i długo się całowali. Z trudem oderwała się od niego

„Opowiadaj dlaczego umarłeś i jak to się stało, że zmartwychwstałeś”

Chwilę się zastanawiał i odpowiedział pytaniem

„Głodna jesteś?”

„Nie wykręcaj się. Muszę poznać prawdę. Dłużej nie wytrzymam. Jeszcze chwila i zwariuję…”

Zauważył, że za chwilę zacznie płakać i histeryzować

„Spokojnie kochanie. Dzisiaj się wszystkiego dowiesz, ale to długa historia, a ty na pewno jesteś głodna i zmęczona”

„Powinnam coś zjeść. Jadłam tylko śniadanie na statku, ale nie mam ochoty schodzić do restauracji. Chcę być tylko z tobą i słuchać co masz mi do powiedzenia”

„Okej. Zrobimy tak. Zamówimy coś do pokoju. Ty przez ten czas odśwież się i przebierz”

Mietek zadzwonił do restauracji. Niemal natychmiast zjawił się kelner z kartą dań. Poczekał dyskretnie aż coś wybiorą i odszedł przyjąwszy zamówienie.

Zaraz po jego wyjściu pobiegła do sypialni. Otworzyła szafę i krzyknęła z zachwytu

„Nie wierzę! Sam kupowałeś to wszystko?…Trafiłeś idealnie w mój gust”

„Nie. Pewna dama mi pomogła…”

„Złośliwy jesteś”

„Przecież żartuję, kochanie”

Szybko się rozebrała. Złapała wiszący w szafie szlafrok i przeszła do łazienki, ale natychmiast z niej wyszła. Wróciła się do sypialni po buty. Przyniosła je do saloniku i podając Mietkowi powiedziała

„W lewej cholewce jest zaszyty…”

„Wiem kochanie” – przerwał jej – „Idź się kąpać. Zaraz przyniosą jedzenie”

Zamilkła i pomyślawszy o tym, że chyba już nic jej dzisiaj nie zdziwi poszła się wykąpać.

Kilkanaście minut później wyszła z łazienki. Jedzenie było już zaserwowane. Usiadła do stołu w szlafroku. Mietek Stanowczym głosem stwierdził

„Zacznę wyjaśniać po posiłku. Teraz zjemy w spokoju i bez stresu”

Nic nie odpowiedziała. Jedli w milczeniu. On jadł spokojnie, chwilami przestawał, tak jakby się nad czymś zastanawiał. Ją to denerwowało. Chciała jak najszybciej zakończyć jedzenie. Jadła bardzo szybko. Zakrztusiła się kilka razy

„Spokojnie kochanie…Jedz spokojniej” – upomniał ją kilka krotnie

Po kolejnym upomnieniu gwałtownie odsunęła od siebie talerz

„Cholery dostanę! Mów teraz o co chodzi?! W co jestem zaplątana?” – a po chwili z płaczem – „Co mam teraz zrobić z Gerardem?”

On również odsunął talerz. Chwilę przeżuwał ostatni kęs. Wytarł usta serwetką i odpowiedział

„Nim się nie przejmuj. Gerard, a właściwie Stiepan Fiodorowicz Czukalski…”

„Kto?!” – przerwała mu

„Stiepan Fiodorowicz Czukalski. To jego prawdziwe imię i nazwisko. Rosjanin od lat mieszkający i działający w Polsce…”

„Szpieg?!”

„Tak. Nie przewidzieliśmy tego, że zwiążecie się ze tobą tak uczuciowo. To nasza wielka pomyłka”

„Kto nie przewidział i dlaczego mówisz, że to nasza pomyłka?! – zaczęła niemal krzyczeć – „Przecież zostałam wdową! Zostałam sama! On wyciągnął do mnie pomocną rękę! Bardzo mi pomógł…Nie mów że to nasza pomyłka! Na pewno nie moja!”

„Nie. Nie twoja. Chociaż długo po mnie żałoby nie nosiłaś…”

„Draniem byłeś przez ostatnie lata. Psychicznie się nade mną znęcałeś. Gerard jest…” – przerwała na chwilę – „Nie wiem – jest, czy był? Nieważne! Gerard sprawił, że znowu poczułam się kochaną kobietą…”

„To należy do jego obowiązków służbowych” – przerwał jej ostro

Rzuciła w niego talerzem. Uchylił się. Podbiegł do niej i próbował ją przytulić Próbowała go odepchnąć od siebie

„Daj mi spokój! Wszyscy mnie oszukują! Ty mnie oszukałeś! On mnie oszukał i ten cały Kowalski mnie oszukał! Wszyscy! Cały ten cyrk z twoim pogrzebem do jedno wielkie oszustwo. Komu mam wierzyć?!”

Szlochając pozwoliła się przytulić

„Pozwól mi wszystko wyjaśnić. Wtedy zadecydujesz komu wierzyć”

Powoli zaczęła się uspakajać. Szlochała już mniej. Czekał aż przestała. Zaproponował przejście na kanapę. Usiedli obok siebie

„Mów. Postaram się nie przerywać” – powiedziała spokojnie

Chwilę się zastanawiał jak zacząć

„W 90tym roku zwrócono mi polskie obywatelstwo. Wróciłem do Polski zachowując jednocześnie obywatelstwo szwedzkie. Miałem wtedy dwadzieścia dziewięć lat. Bardzo szybko poznałem ciebie. Byłaś nieco młodsza. Śmiałaś się z mojego polskiego. Dopiero przy tobie poprawiłem język polski i już po kilku miesiącach mówiłem i pisałem na tyle poprawnie, że ktoś kto mnie nie znał, rzadko kiedy wychwytywał obcy akcent. Dzięki znajomości polskiego, oraz szwedzkiemu wykształceniu technicznemu bardzo szybko uzyskałem dobrą pracę. Przyczyniła się do tego moja znajomość języków, angielskiego, niemieckiego. W polskiej firmie w której uzyskałem pierwszą pracę tylko te języki doceniali. Ty wiesz, że znam szwedzki, co jest rzeczą oczywistą i że znam hebrajski. Moi rodzice o to zadbali…”

„Ja to wszystko znam, przejdź do rzeczy..” – przerwała mu zniecierpliwiona

„Nie wszystko znasz. To co mówię należy do rzeczy, nie przerywaj mi”

„Przepraszam. Mów dalej”

„Nie wiesz na przykład, że znam również rosyjski i arabski. Nieco gorzej znam farsi, to jest język perski, jednak mogę się nim komunikować…”

„Zaskoczyłeś mnie!”

Nie odpowiedział. Po chwili kontynuował

„W szkole nauczyciele zauważyli, że bardzo szybko uczę się języków. Pod koniec szkoły średniej wychowawca zaproponował abym dalej studiował języki obce. Ponieważ nie byłem jeszcze zdecydowany co chcę dalej w życiu robić, zdecydowałem się na jego propozycję. Tym bardziej, że jak powiedział, za naukę nic nie zapłacę. Przeciwnie, dostanę coś w rodzaju stypendium i będę mieszkał w domu studenckim. To mi bardzo odpowiadało. Chciałem wyrwać się z domu. Ojciec był nadopiekuńczy. Krótko mówiąc wychowawca namówił mnie na studiowanie w Podoficerskiej Szkole Tłumaczy, czyli w AUS, Armens Underofficerskola. Studiowałem tam trzy lata. Potem zostałem zatrudniony w tej szkole. Szkoła w międzyczasie kilka razy była reorganizowana. W końcu trafiła pod skrzydła USL, czyli Underrättelse-och Säkerhetsledningen, po polsku Zarząd Wywiadu i Bezpieczeństwa. Byłem już oficerem. Ponieważ równolegle studiowałem w Wyższej Szkole Technicznej, to moją specjalnością były tłumaczenia tekstów techniczno-naukowych.

Kiedy w 90tym zdecydowałem się na powrót do Polski Zwolniłem się z pracy w wojsku. Nie było to takie proste. Po zobowiązaniu się do zachowania tajemnicy i podpisaniu całej masy dokumentów uzyskałem pozwolenie na zmianę zatrudnienia. Tak to się oficjalnie nazywało. Krótko po przyjeździe do Polski poznałem ciebie. Dowiedziałaś się o moim pochodzeniu i życiu w Szwecji i o tym, że studiowałem na uczelni technicznej i pracowałem w wydawnictwie książek i czasopism naukowo-technicznych. I to było i jest prawdą. Nie okłamałem cię…”

„Ale nie powiedziałeś całej prawdy! To tak jakbyś mnie okłamał!”

„Nie mogłem powiedzieć nic więcej. Do dzisiaj nie mogłem”

Chwilę milczał. Wykorzystała to aby go ponaglić

„No, mów dalej!”

„Pamiętasz nasze wyjazdy do Szwecji? Pamiętasz, że spotykałem się wtedy z kolegami?”

„Pamiętam twoich koleżków. Żłopaliście wtedy dużo piwa…Nie podobało mi się to…”

„I o to nam chodziło. Chcieliśmy zniechęcić ciebie do naszego towarzystwa”

„Ładnie…Udało wam się”

„Te spotkania, tylko z pozoru były koleżeńskie…” – przerwał, chwilę się zastanawiał – „W połowie lat 90tych toczyły się rozmowy polityczne dotyczące przystąpienia Polski do NATO. Polska jako kraj, zwłaszcza polskie Siły Zbrojne oraz przemysł pracujący na rzecz Wojska były mniej lub bardziej dyskretnie sprawdzane przez NATO. Dużą rolę w tym sprawdzaniu odegrała Szwecja…”

„Przecież Szwecja nie należy do NATO”

„Tak. Masz rację. Formalnie nie należy, ale jest bardzo blisko z NATO powiązana. Zwłaszcza wywiad wojskowy…No, ale słuchaj dalej. To sprawdzanie wiązało się z tym, że w wielu polskich strukturach wojskowych i przemyśle pracowali ludzie którzy kariery robili w systemie komunistycznym, i mimo deklarowanej lojalności wobec nowych, niekomunistycznych władz kraju, żywili duże sentymenty do starego systemu. Nie tylko sentymenty. W byłym Związku Radzieckim stare służby wywiadu wojskowego i gospodarczego nie zakończyły działalności. Po reorganizacjach działają ze zdwojoną energią. Niestety, nie mają specjalnych kłopotów werbować do współpracy takich ludzi o których wspomniałem, to znaczy tych którzy dużo zawdzięczają staremu systemowi.

W 96tym skontaktował się ze mną w Łodzi pewien wysłannik mojego pracodawcy ze Szwecji. Otrzymałem polecenie szybkiego przyjazdu do Szwecji na, jak to nazwał konsultacje..”

„Przecież nie pracowałeś już w wojsku”

„Zgadza się. Jednak na zawsze obowiązują mnie pewne zobowiązania…Zresztą, nieważne. Pamiętasz, jak nagle wyjechałem wtedy, w listopadzie 96go do Szwecji?”

„Pamiętam. Dostałeś wiadomość o śmierci przyjaciela. Powiedziałeś, że musisz być na jego pogrzebie”

„To był wyjazd na którym otrzymałem zadanie w które ty, niestety zostałaś zamieszana…” „No, ładnie…”

„Wtedy nikt, powtarzam, nikt nie wiedział, że będziesz w to zamieszana…Słuchaj dalej.

Dowiedziałem się, że w pewnej niewielkiej podłódzkiej firmie, przypadkowo dokonano przełomowego odkrycia. Firma ta produkowała kosmetyki. Podobnie jak inne firmy tej branży w świecie, zaczęła wykorzystywać w swoich produktach nanocząsteczki…Nie przerywaj mi” – uprzedził ją, gdy zauważył, że chce coś powiedzieć – „Nanocząsteczki w kosmetykach służą do wprowadzania składników aktywnych w głębsze warstwy skóry i regulują ich uwalnianie…”

„Chcesz abym uwierzyła” – przerwała mu – „Że ta cała sprawa dotyczy kosmetyków?”

„Ależ skąd! Opowiadam jak to się zaczęło, żebyś zrozumiała jak to się stało, że zostałaś w to zamieszana…Słuchaj dalej.

W firmie tej pracował pewien bardzo zdolny inżynier chemik, trochę dziwak. Stary kawaler i do tego alkoholik. Wyrzucono go z Wojskowej Akademii Technicznej za pijaństwo i pobicie przełożonego. Został zdegradowany i wyrzucony z Wojska. Wacław Kobryń, tak się nazywał, wkrótce zaczął pracować we wspomnianej firmie kosmetycznej jako kierownik laboratorium. Bardzo dużo i bezinteresownie pracował po godzinach. Szefostwo firmy bardzo go ceniło. Miał osiągnięcia w pracy. Dzięki niemu firma zaczęła zarabiać duże pieniądze. Przymykali oczy na jego pijaństwo. Jemu praca tam bardzo odpowiadała. Pod pozorem eksperymentów nad nowymi produktami, w tajemnicy przed przełożonymi pracował nad pewnym odkryciem nad którym pracował wcześniej na uczelni wojskowej.Nie będę wdawał się w szczegóły. Powiem tylko, że udało mu się skonstruować i zbudować nanoroboty….”

„Co to takiego?”

„Nanoroboty zbudowane są na poziomie pojedynczych atomów i cząsteczek…Słuchaj dalej. Do budowy swoich nanorobotów użył atomów grafenu, srebra i czegoś tam jeszcze. Z tych atomów utworzył cząsteczki które pozwoliły na zbudowanie całości. Wszystko to niesłychanie małe. Nie widoczne gołym okiem…Teraz uważaj. W Wojskowej Akademii Technicznej pracował między innymi nad wprowadzaniem nanorobotów do organizmu ludzkiego w postaci zastrzyków. Na przykład szczepionek. Starta metoda. Tak się oznacza na przykład psy i koty. Weterynarze wszczepiają im maleńkiego czipa z kilkucyfrowym numerem identyfikacyjnym.

Jego czip zawierał nanorobota który po wszczepieniu uwalniał się i rozpoczynał wędrówkę w organizmie. Problem polegał na tym, że nie można było człowieka zaczipować tak aby tego nie zauważył. W firmie kosmetycznej wpadł na genialny pomysł, który sprawiał, że mógł wprowadzić nanoroboty do organizmu ludzkiego bez czipowania. Zorientował się, że używane tam do produkcji kosmetyków lipidy, czyli tłuszcze służą do przenoszenia rożnych esencji zapachowych i takich tam innych pierdół kosmetycznych w głąb skóry…”

„Pierdół kosmetycznych – widać jakim jesteś ignorantem jeśli chodzi o kosmetyki” – zauważyła z przekąsem

„Nieważne. W każdym razie połączył pewne lipidy ze swoimi nanorobotami. Umieścił to wszystko w pewnej maści. Robił doświadczenia na swoich nic nie wiedzących o tym współpracownikach. Lipidy z jego nanorobotami dostawały się do obiegu krwi przez skórę. Po pewnym czasie, po pokonaniu barier biologicznych, takich jak bariera krew-mózg dostawały się do mózgu. I to w zasadzie nie jest nic nowego. Jego wynalazek polegał na tym że potrafił skierować swoje roboty w ściśle określone miejsca w mózgu i sprawić, że tam pozostały. Potrafił nimi nawigować. Robił to za pomocą odpowiednich ultra krótkich fal radiowych. Takich jak te wykorzystywane w telefonii komórkowej. Przerobionym przez siebie zwykłym telefonem komórkowym z odległości nawet kilku kilometrów wysyłał sygnał który trafiał do nanorobota umieszczonego w mózgu człowieka. Odpowiedni sygnał powodował niewielki ruch robota w pożądanym kierunku. Robot nie potrafił odpowiedzieć, bo nie jest nadajnikiem, ale sygnał odbijał się od robota i wracał do nadajnika. Tam zostawał przetworzony i wskazywał swoje położenie. Ale to nie wszystko. nanorobot umieszczony w tej części mózgu odpowiadającej za odbiór sygnałów z oczu, czyli wzroku, przechwytywał go i przy pomocy odbitej fali radiowej przesyłał do odbiornika. Dalej to już stosunkowo prosto. Odbita fala przesyłana jest do znacznie bardziej skomplikowanego urządzenia i przetworzona na obraz. Jednym słowem można widzieć dokładnie to co widzi człowiek posiadający w mózgu wprowadzony nanorobot. W podobny sposób odbierał dźwięki, czyli mowę i słuch. Jego badania i doświadczenia oraz budowa urządzeń wymagały dużych pieniędzy których nie posiadał. Ale posiadał prywatne kontakty z kolegami z Akademii Technicznej. Przekonał kilku z nich do swoich odkryć. Skontaktowały się z nim służby polskiego wywiadu. Dostał dyskretnie środki na swoje prace. Obserwowano go. Składał raporty o postępie robót.

Jego nowi mocodawcy w pewnym momencie zorientowali się nad ogromnymi możliwościami jego osiągnięć. Utworzono naprędce, pozornie cywilną firmę. Firma nazwana została Instytutem Badań Rozwojowych Telekomunikacji…”

„To przecież Instytut w którym pracowałeś!”

„Dokładnie. Ale zacząłem pracować tam znacznie później i jak się domyślasz nie przypadkowo. Ale słuchaj dalej. Do firmy przeniesiono część prac nad telekomunikacją które już wtedy nie były tajemnicą wojskową. Tworzyły przykrywkę prawdziwej działalności Instytutu, czyli rozwojem jego wynalazku. Przeniesiono tam kilku jego kolegów którzy byli we wszystko przez niego wtajemniczeni, no i oczywiście zatrudniono jego jako kierownika działu. Jeden z jego podwładnych nazywał się Gerard Juszczyn…”

„Co!!!”

„Tak. Gerard Juszczyn. Teraz wiemy że to Stiepan Fiodorowicz Czukalski. To on zwerbował do współpracy niemal wszystkich pracowników działu. Za grube pieniądze. Tych których nie udało się zwerbować pozbył się za pomocą intryg. Dwóch zginęło w niewyjaśnionych wypadkach. Juszczyn zapraszał często swojego szefa na wódkę. W czasie jednej z takich libacji Wacław Kobryń zaczął go podejrzewać o współpracę z obcym wywiadem. Jednak błędnie myślał, że chodzi o wywiad zachodni, a dokładnie amerykański. I to mu pasowało. Miał żal do polskich władz wojskowych, za to, że go wyrzucono z uczelni. Uważał, że wynalazek należy tylko do niego i chciał go sprzedać amerykanom. Kiedy Juszczyn wyłożył karty na stół, Kobryń bardzo się zawiódł. Nie dał tego po sobie poznać. Juszczyn nie wiedział, że Kobryń od dziecka pała nienawiścią do wszystkiego co radzieckie i rosyjskie. Jego rodzice byli zesłańcami z Wileńszczyzny. Wrócili do Polski w latach 50tych. To że Rosjanie nie sprawdzili przeszłości Kobrynia i jego pochodzenia było ich dużym błędem. Można to częściowo tłumaczyć tym, że Kobryń krył się ze swoją nienawiścią do Rosjan. Inaczej nie mógłby studiować na Wojskowej Akademii Technicznej na której zaczął studiować jeszcze w PRLu.

W każdym razie odpowiedział Juszczynowi , że musi się zastanowić. Jeszcze tej samej nocy po libacji z Juszczynem wrócił do Instytutu. Miał dostęp do Instytutu o każdej porze dnia i nocy. Skasował w komputerze wszystkie informacje o swoich nanorobotach. Niestety, nie mógł tego zrobić w komputerach swoich współpracowników. Usunął z laboratorium wykonane przez siebie nanoroboty po czym wzniecił w Instytucie pożar który strawił niemal cały dział którym kierował łącznie z komputerami kolegów i znajdującym się po sąsiedzku pokojem z serwerami, oraz laboratorium.

Oczywiście wszczęto śledztwo. W dniu wybuchu, a raczej tej nocy kiedy wybuchł pożar był tam. Na niego padło podejrzenie podpalenia. Wybronił się. Twierdził, że nie miał żadnego interesu w tym aby to zrobić. Przeciwnie. Dorobek ostatnich lat uległ nieodwracalnemu zniszczeniu. Uwierzono mu. Prokuratura doszła do wniosku, że to był wypadek przy pracy. Laboratorium i wszystko co spłonęło szybko odbudowano. Prace nad wynalazkiem rozpoczęto od nowa. Tym razem wszystko szło bardzo opornie. Kobryń nie spieszył się. Swoich współpracowników wprowadzał celowo w błąd. Robione doświadczenia kończyły się niepowodzeniami.

Po kilku miesiącach Juszczyn zorientował się, że to jest celowe działanie ze strony szefa. Ale te kilka miesięcy wystarczyło aby Kobryń zgromadził całą dokumentację i wyniki poprzednich doświadczeń w swoim prywatnym komputerze i na przenośnych dyskach pamięci. Natomiast gotowe nanoroboty umieścił na zwykłej przezroczystej taśmie klejącej. Wiesz o jakiej taśmie mówię. Takiej jakiej się używa do sklejania na przykład uszkodzonych stron dokumentów. Na taśmie przykleił też kilka mikroczipów, w których zapisał bardzo istotne wyniki swoich badań. Kobryń zorientował się również, że w koło niego zacieśnia się pętla. Że jest coraz bardziej osaczony przez Juszczyna i jego ludzi którzy byli wewnątrz Instytutu oraz na zewnątrz…”

„Nie mógł zgłosić tego na policję, czy do innych służb?” – zapytała Janina

„Teoretycznie mógł, ale nie chciał. Wspomniałem wcześnie, że chciał wszystko sprzedać amerykanom…Kobryń nie wiedział, że również polski kontrwywiad ma go na oku. W Instytucie, co prawda nie w dziale którym kierował umieszczono dwóch współpracowników polskiego kontrwywiadu, których zadaniem było mieć go na oku. Jednego z nich znasz to ten Kowalski z którym jesteśmy tu w Egipcie…”

„Kowalski?! Pewno on jest taki Kowalski jak ty teraz jesteś Jens Knudsen, a mój”…przerwała – „Chciałam powiedzieć, a Gerard Juszczynem. Ja zwariuję od tej szpiegowskiej historii!”

„Nie. Kowalski naprawdę nazywa się Jan Kowalski. Ale i tak mu nikt nie wierzy” – odparł ze śmiechem i kontynuował – „Wracając do tematu. Gdy miał już wszystko skopiowane udał się z tym do Warszawy do Ambasady Stanów Zjednoczonych. Nie za bardzo wiedział z kim rozmawiać. Poprosił o rozmowę z attaché wojskowym. Potraktowano go bardzo podejrzliwie. Oczywiście do rozmowy nie doszło. Zaprowadzono go do pokoju w którym czekali pracownicy ochrony Ambasady. Gdy im powiedział z czym przychodzi, podejrzewali prowokację. Chciał zostawić swoje materiały aby przejrzeli je fachowcy. Nie przyjęto je. W taktowny sposób wyrzucono go z Ambasady. Był zaszokowany i rozczarowany. Kilka godzin chodził po Warszawie nie wiedząc co robić dalej. Oczywiście był śledzony przez Rosjan i niezależnie od nich przez Polaków. W pewnym momencie znalazł się przed Ambasadą Szwecji. Postanowił tam poszukać szczęścia. Został tam potraktowany w zupełnie inny sposób niż u Amerykanów. Przyjęto jego materiały i obiecano przesłać je do Szwecji do ocenienia przez fachowców. Szwedzi skontaktowali się z odpowiednimi służbami w Polsce. Kilkanaście dni później zaczęła się moja rola.

Pamiętasz, mój wyjazd na pogrzeb przyjaciela. Dostałem wtedy zadanie do wykonania. Po powrocie do Łodzi miałem skontaktować się z polskim agentem który był zatrudniony w Instytucie.

Z Kowalskim właśnie. Zarekomendował mnie do pracy w dziale w którym pracował. Zwolniłem się z firmy w której do tej pory pracowałem i zacząłem pracę w Instytucie jako konstruktor bardzo specjalnych urządzeń elektronicznych potrzebnych do przeprowadzania doświadczeń związanych z nanorobotami. Zadanie jakie dostałem w Szwecji polegało na tym aby zapoznać się z sytuacją w Instytucie. Poznać prace tam prowadzone oraz w odpowiednim momencie, nie za szybko, zbliżyć się do Wacława Kobrynia wykorzystując jego słabość do alkoholu i w ten sposób zdobyć jego zaufanie. Trwało to dwa lata…”

„Nie dwa. Cztery dokładnie” – podkreśliła Janina

„Cztery do mojej śmierci. Z Wackiem zaprzyjaźniłem się dwa lata wcześniej. W tym czasie rozgryźliśmy Juszczyna, ale rozkaz ze Sztokholmu nakazywał nie ruszać go. Razem z Kowalskim mieliśmy obserwować zachowanie Juszczyna i ludzi których zwerbował.

W pewnym momencie dowiedzieliśmy się, że Juszczyn dostał polecenie od swoich szefów aby zorganizować porwanie Kobrynia i dostarczenie go do Moskwy. Należało szybko działać. W czasie jednej wizyty w knajpie powiedziałem mu, że jestem wysłannikiem ze Szwecji i że zostałem umieszczony w Instytucie aby sprawdzić jego wiarygodność. Nie chciał mi początkowo wierzyć, ale gdy mu opowiedziałem co wiem o Juszczynie i że w najbliższym czasie planuje porwać go do Moskwy, wtedy Wacek poważnie się wystraszył.

Następnego dnia niby przypadkowo spotkał mnie na korytarzu w Instytucie. Zdenerwowany, ciągle się za siebie oglądając poprosił o natychmiastową rozmowę poza Instytutem. Odpowiedziałem, że za kilka minut przyjdę do działu w którym pracuje. Szybko się rozstaliśmy. Dziesięć minut później wpadłem do niego, do działu. Stał wśród współpracowników i coś im wyjaśniał. Beztrosko przerwałem im i zapytałem, czy nie zechciałby obejrzeć teraz mojego samochodu. I jeśli chce go kupić tak jak mi mówił, to musi się szybko zdecydować, bo mam już innego kupca. Zorientował się o co chodzi. Przeprosił kolegów i głośno rozmawiając o moim aucie wyszliśmy na parking przed Instytutem.

Obeszliśmy samochód kilka razy. On zajrzał pod maskę i do bagażnika, ja głośno wychwalałem zalety auta. Po kilku minutach weszliśmy do środka. Ponieważ z okien Instytutu widać było wnętrze pojazdu wyciągnąłem dokumenty i udawaliśmy ze je przeglądamy. W pewnym momencie zapytał czy mam coś z czym się nigdy nie rozstaję, coś co zawsze mam przy sobie. Podałem mu paszport. Wyciągnął z kieszeni srebrną papierośnicę. Zdziwiłem się, bo wiedziałem, że nie pali. Była pusta. Na gładkiej wewnętrznej powierzchni przyklejony był kawałek przezroczystej taśmy. Powiedział abym uszkodził jedną kartkę w paszporcie, tak aby była potrzeba sklejenia jej taśmą…”

„Z tym nie miałeś kłopotu. Twój paszport jest w złym stanie” – wtrąciła

„Tak. Widać, że jest trochę zużyty” – potwierdził – „Znalazłem uszkodzoną stronę. On ostrożnie skleił kartkę i powiedział, że na klejącej stronie taśmy umieścił kilkanaście nanorobotów. I żeby je przekazać do Szwecji. Powiedział też, że chce aby mu ułatwiono osiedlenie się w Szwecji. Potem szybko wysiadł z auta i głośno powiedział, że się musi zastanowić nad kupnem, ale jeżeli mam kupca na auto to mogę je sprzedać.

Dwa dni później nie przeszedł do pracy. Po trzech dniach nieobecności i nie odbierania telefonów wysłano kogoś po niego. Niestety, mieszkanie było zamknięte. Czasami zdarzał mu się upić i nie przyjść do pracy. Ale zwykle opuszczał jeden dzień. Tym razem minęły następne dwa dni jego nieobecności. W końcu dyrektor Instytutu zawiadomił Policję. Po otwarciu mieszkania znaleziono go martwego. Stwierdzono że zmarł od ran zadanych najprawdopodobniej w trakcie torturowania. Prokuratura i Policja wszczęły śledztwo, ale dla nas nie ulegało wątpliwości kto go torturował i zabił.

Jeszcze tego samego dnia wieczorem Kowalski ostrzegł mnie, ze według posiadanych przez nich informacji Kobryń wyjawił swoim oprawcom, że przekazał mi nanoroboty naklejone na taśmę i że teraz ja jestem ich celem”

Przerwał opowiadać. Podniósł się z kanapy. Podszedł do lodówki z napojami. Wyciągnął puszkę z egipskim piwem. Z szafki nad lodówką sięgnął dwie szklanki. Podszedł do kanapy i ponownie usiadł obok niej. Nalał piwo do szklanek

„Napij się. Dobrze ci zrobi” – powiedział

Nie odmówiła. Wypili piwo w milczeniu

„W Sztokholmie, wtedy gdy otrzymałem to zadanie poinstruowano mnie abym pomału zaczął ochładzać relacje z tobą…”

„Co takiego?!” – zdziwiła się

„W naszym zawodzie, jeśli żona, lub mąż nie wiedzą czym naprawdę zajmuje się ich druga połowa do jest takie ochładzanie relacji, wręcz zniechęcanie do siebie wskazane. Chodzi o to, że w wypadku śmierci…”

„Aha!” – przerwała mu – „To dlatego się nade mną psychicznie znęcałeś abym cię znienawidziła i w wypadku twojej śmierci łatwiej ją przyjęła! Co za draństwo! Co za podłość!…” – zaczęła płakać

„Proszę cię. Uspokój się. Nie wyobrażasz sobie jakie to dla mnie było ciężkie. Widziałem jak cierpiałaś, ale nic nie mogłem zrobić”

„Mogłeś…Mogłeś powiedzieć. Zrozumiałabym”

„Uwierz mi. Nie mogłem”

Płakała jeszcze kilka minut. On nie przeszkadzał jej w tym. W pewnej chwili nagle przestała i spokojnym głosem nakazała

„Mów dalej…”

„Moi szefowie i szefowie Kowalskiego, którzy ze sobą w tej sprawie wspólnie działali postanowili mnie wycofać z zasięgu Juszczyna”

Przerwał. Chwilę się zastanawiał. Ona czekała, aż on będzie kontynuować

„Pamiętasz moje wyjazdy do Szczecina? Moja oficjalna praca w Instytucie tak była zorganizowana, że co jakiś czas musiałem wyjeżdżać do zakładu w którym wytwarzano urządzenia które konstruowałem. Zakład wytwarzał różne wyroby w zasadzie tylko dla Wojska i znajdował się na terenie jednostki wojskowej. W rzeczywistości w zakładzie tym spędzałem tylko kilka godzin. Potem udawałem się do mieszkania konspiracyjnego na naradę z szefami, którzy w tym celu przyjeżdżali ze Sztokholmu i z Warszawy…Aby uzasadnić moje nagłe zniknięcie z Instytutu postanowiono upozorować moją śmierć. Jak to zrobiono to już wiesz. Niestety, nie obyło się to bez sprawienia ci bólu…”

„Sprawienia bólu, mówisz!” – przerwała mu – „Całe życie mi przewróciliście!…”

„Wierz mi, myśleliśmy, że nie będziesz dalej w to zamieszana. Niestety, wyszło jak wyszło”

Chciała coś powiedzieć, ale ją uprzedził

„Nie przerywaj. Słuchaj dalej. Od pewnego czasu wiedzieliśmy że wśród nas jest kret”

„Kret? Co z tym wszystkim wspólnego ma kret?”

„Kret to takie, nazwijmy to, branżowe określenie na kogoś z wewnątrz organizacji, kto donosi drugiej stronie”

„Aha! Szpieg wśród szpiegów”

„Można to tak nazwać. Ponieważ wszystko odbywało się bardzo szybko, postanowiłem nie oddawać paszportu, ani Szwedom, ani Polakom. Wśród jednych, lub drugich mógł być wspomniany kret. Dlatego przed moim zniknięciem poprosiłem cię o ukrycie paszportu. Oczywiście, Juszczyn i jego mocodawcy, ani przez chwilę nie wierzyli w moją śmierć. Ponieważ ich człowiek, czyli ten kret, doniósł im, że nie dostarczyłem nanorobotów do naszej centrali, domyślili się, że przed zniknięciem ukryłem je gdzieś. Nie wiedzieli gdzie”

„Co robiłeś po zniknięciu?”

„Zostałem odesłany do Szwecji. Słuchaj dalej…Na czym skończyłem?…Aha! Nie wiedzieli gdzie ukryłem taśmę z nanorobotami. Wydobyli z Kobrynia informację o tym, że przekazał mi taśmę, ale najprawdopodobniej nie powiedział im, że wkleiłem ją do paszportu. Wiedzieliśmy, że zabiorą się za szukanie taśmy. Przeszukali dyskretnie wszystkie miejsca w Instytucie i poza nim w których ostatnio przebywałem. Byli też w naszym mieszkaniu podczas twojej nieobecności”

„Niemożliwe. Zauważyłabym”

„Nic nie zauważyłaś. To są fachowcy. Ponieważ szybkie, kilkukrotne przeszukiwania mieszkania nie dały rezultatu postanowili wprowadzić w życie bardzo perfidny plan. Tego nie przewidzieliśmy. Początkowo Juszczyn miał się do ciebie zbliżyć, nawiązać znajomość i sprawdzić czy coś wiesz o moim zadaniu. Szybko się zorientował, że nie masz pojęcia czym się naprawdę zajmuję w Instytucie. Doszedł więc do wniosku, że nie powiedziałem ci nic o taśmie. Plan Juszczyna wobec ciebie skorygowali. Gerard Juszczyn miał cię uwieść i to mu się niestety udało”

„Nie rób mi wymówek!” – zaczęła płakać – „To przez ciebie. Draniem byłeś! On pomógł mi bardzo w tym trudnym okresie. Otoczył czułością. Znowu poczułam się jak kochana kobieta!…”

„Tak! Tak!” – przerwał jej – „Już to dzisiaj słyszałem. Przy mnie, oczywiście nie czułaś się jak kochana kobieta” – powiedział zgryźliwie

„Nie przez ostatnie dwa, trzy lata!”

„Kochanie, zrozum mnie. Tłumaczę ci cały czas jak do tej sytuacji doszło. Bardzo przeżyłem to że dałaś się uwieść, ale uwierz mi. Nie mam do ciebie pretensji. Nigdy nie przestałem cię kochać”

Przytuliła się do niego. Szlochała cały czas. Głaskał ją po głowie. Siedzieli chwilę bez słowa. Po chwili się uspokoiła

„Mów dalej”

„Juszczyn chciał w ten sposób osiągnąć dwa cele. Jeden to dostanie się do mieszkania i drobiazgowe przeszukiwanie wszystkiego. Centymetr po centymetrze. Szukał tego kawałka taśmy wszędzie. W moim pokoju przede wszystkim, Przejrzał wszystkie książki, zaglądał za tapety, jednym słowem wszędzie gdzie mógłbym to ukryć”

„Jednak nie wszędzie zajrzał” – powiedziała nagle ożywiona – „Przyniosę buty…”

Chciała się podnieść z kanapy i pójść do sypialni. Powstrzymał ją pociągając za rękę z powrotem na kanapę

„Później kochanie. Słuchaj dalej. Drugi cel Juszczyna był dla niego ważniejszy. Chciał mnie sprowokować do powrotu do Polski. Jego szefowie dowiedzieli się gdzie przebywam i go o tym poinformowali. Na szczęście nie mieli do mnie dostępu w Szwecji, ale postarali się, abym dowiedział się o tym, że jesteście razem. Chciałem natychmiast wracać do Polski. Nie pozwolono mi. Zrobiłem awanturę, chciałem rzucić to wszystko, chociaż byłem świadom, że nie da się tego zrobić. Byłem w złym stanie psychicznym. Wyłączono mnie ze sprawy. Zakazano powrotu do Polski. Kilka tygodni siedziałem w mieszkaniu na terenie jednostki wojskowej w Uppsali. Nie wolno mi było wychodzić na zewnątrz jednostki. Oczywiście, Rosjanie wiedzieli gdzie jestem. Nie mieli jednak do mnie dostępu, ale któregoś dnia po powrocie ze stołówki znalazłem kopertę w skrzynce na listy. Nie była wysłana pocztą i jak się domyślasz nie było na niej nadawcy. W liście napisano wprost, że jak nie odpowiem gdzie ukryłem taśmę, to niebawem otrzymam przesyłkę. Najpierw twoje palce…”

„No, co ty?…Jakiś film gangsterski opowiadasz”

„Nie kochanie, to nie film. Oni takie metody stosują…”

„Tylko oni?” – zapytała z przekąsem

Nie odpowiedział. Po chwili mówił dalej

„W liście podany był sposób w jaki miałem przekazać informację o miejscu ukrycia taśmy. Miałem wysłać odpowiedź na SMSa którego niebawem miałem dostać na mój telefon”

„Przecież wiadomo by było czyj to jest telefon…”

„Nie koniecznie. To mógłby być numer telefoniczny z jakiegoś na przykład afrykańskiego kraju. Po mojej odpowiedzi numer zniknąłby bez śladu…O czym to ja mówiłem?…Aha! Oczywiście, w liście grożono, że spotka cię duża krzywda gdybym podzielił się z kimkolwiek treścią tego listu. Nie zastanawiałem się ani chwili. Natychmiast zawiadomiłem moich szefów. Na tym etapie tej historii nasi szefowie wiedzieli że poleciłem tobie ukryć paszport z nanorobotami i że ewentualna twoja śmierć bezpowrotnie uniemożliwiłaby odzyskanie taśmy z nanorobotami. Natychmiast otoczono cię całodobową ochroną. Nasze mieszkanie w Łodzi było podsłuchiwane i obserwowane z zewnątrz. Gdyby tylko usłyszano coś podejrzanego, nasi agenci zjawiliby się w mieszkaniu w ciągu kilku minut…”

„No, to już mogłam być bez palców”

„Juszczyn nie robiłby tego w pojedynkę. Pod jakimś pozorem wpuścił by do mieszkania pomocnika. To byłby sygnał dla naszych do działania.”

Przerwał i poszedł do lodówki po następne piwo. Po chwili kontynuował.

„Juszczyn to zawodowiec dużej klasy. Od razu się zorientował, że mieszkanie zostało objęte ścisłą obserwacją. Jego ludzie poinformowali go, że jesteś pilnowana na każdym kroku poza domem. Oczekiwałem na zapowiedziany SMS. Nigdy go nie dostałem. Wkrótce zorientowaliśmy się, że Rosjanie postanowili wywieść cię podstępem z Polski do kraju w którym mają silnie rozbudowaną agenturę. Oczywiście, nie wiedzieli, że ty ukryłaś taśmę, nieświadomie zresztą. Gdyby to wiedzieli, to Juszczyn wyciągnął by od ciebie wiadomość o taśmie, tymi samymi metodami jak to zrobił z Kobryniem”

„Nie wierzę, że on by to zrobił. On mnie kocha”

„Nie kocha cię. To zawodowiec, kochanie. Zabiłby cię bez skrupułów, gdyby dostał taki rozkaz. Ale wracając do sprawy. Ty miałaś być przynętą. Dowiedzieliśmy się że wybieracie się z Juszczynem do Egiptu. Juszczyn był pewien, że w Egipcie nie będziemy mogli otaczać cię dyskretną opieką. Gdyby tak się jednak stało, miał plan B, to jest przeniesienie akcji do Iranu. Byłaś w wielkim niebezpieczeństwie…”

„Chwileczkę. Czegoś w tym co mówisz nie rozumiem” – przerwała mu – „Mówisz, dowiedzieliśmy się, dostaliśmy wiadomość, że oni mają taki, lub inny zamiar…Wytłumacz mi co to znaczy? Chyba oni wam tych wiadomości nie przysyłają?”

„Oczywiście, że nie. Za tym stoi ciężka praca wielu ludzi. Tak się wszędzie dzieje. Wywiady wszystkich państw mają wszędzie swoich ludzi. którzy cały czas przysyłają raporty ze swoich obserwacji. Bardzo często są to obserwacje bardzo wycinkowe. Dziewięćdziesiąt pięć procent, albo i więcej tych przysyłanych informacji nie ma żadnego znaczenia. Na miejscu w kraju, cała masa analityków przetwarza te informacje, sprawdza je w innych źródłach, sortuje i archiwuje. Gdy zachodzi potrzeba, wysyła się do agentów polecenie na zdobycia informacji na konkretny temat. Oni, w miarę swoich możliwości zdobywają je. U nas są analizowane i wyciąga się z nich wnioski. Tak było w sprawie Kobrynia i jego nanorobotów. W centrali sprawdzono dostarczone przez niego dokumenty. Stwierdzono, że gdyby dostały się w ręce naszych potencjalnych przeciwników, mogłoby to stwarzać duży problem dla obronności naszej i naszych sojuszników. W porozumieniu z Polakami uruchomiono zespół który zajął się tą sprawą. W tym zespole, z racji tego, że byliśmy w Łodzi, w pobliżu miejsca gdzie Kobryń pracował, na pierwszym planie znalazłem się ja i Kowalski. Plus kilkudziesięciu innych ludzi z różnych krajów. Centrala wysłała polecenia do agentów, w Rosji, ale nie tylko tych w Rosji z poleceniem skupienia się na wszystkim co dotyczy nanotechnologii oraz aby dowiedzieć się wszystkiego o Juszczynie. Zapytania wysłane zostały też do sojuszników. Bardzo szybko dowiedziano się o jego prawdziwym nazwisku. Skupiono się wtedy na zbieraniu informacji o jego otoczeniu i jego zwierzchnikach…”

„Rozumiem. Mów dalej”

„Dalej już wiesz. Tu w Egipcie agenci rosyjscy przyszykowali mieszkanie w Luksorze w którym miałaś być przetrzymywana. Tam byś poznała prawdziwą twarz Gerarda…”

„Myśmy byli w Luksorze dwa dni. Mieszkaliśmy w hotelu. Nie w mieszkaniu”

„Do mieszkania miał cię zawieść po rejsie statkiem po Nilu…”

„Dlaczego nie od razu? Po co ten rejs?”

„Na statku jest ograniczona przestrzeń. Są tam ludzie z którymi się przebywa kilka dni. Wśród nich ludzie Juszczyna. Bardzo dobre warunki do sprawdzenia czy ktoś cię nie pilnuje.”

„Ty też byłeś na statku. Policja pokazywała mi zdjęcia…”

„Tak. Byłem bardzo krótko, może godzinę po to aby mnie zauważył…”

„Przecież mogli cię zabić!”

„Nie jestem tu sam. Oprócz Kowalskiego przyjechało z nami kilku ludzi. Poza tym pewna ilość tutaj działających agentów naszych sojuszników poczyniła pewne przygotowania. Ale słuchaj dalej. Zauważyłaś z pewnością, że Juszczyn niemal od początku pobytu w Egipcie był mniej lub bardziej zdenerwowany. Zostawiał cię samą…”

„On tu ma jakieś interesy. Nie ukrywał, że łączy tą podróż z interesami”

„Jedyny interes jaki ma, to odnalezienie nanorobotów. Wszystko inne to mistyfikacja. Gdy ciebie zostawiał samą spotykał się z agentami. Dowiedział się, że przyleciała za wami grupa, która ma go odszukać i unieszkodliwić. Nie wiedział co to za grupa i ile osób go szuka. Wiedział, że to ludzie z Polski i Szwecji. Rosjanie powiadomili Egipcjan, że przysłano do nich z Polski i Szwecji szpiegów którzy mają porwać egipskich naukowców pracujących nad bronią chemiczną. Oczywiście, Egipcjanie szybko nas namierzyli i nawet zatrzymali kilku naszych…”

„Zrobili ci zdjęcia. Policja mi je pokazała”

„Tak. Wiem o tym. Dlatego teraz noszę sztuczną brodę….Słuchaj dalej. Agenci przysłani do pomocy Juszczynowi otoczyli go bardzo szczelną opieką. Myśmy ich kolejno eliminowali”

„Zabijali, chciałeś powiedzieć, tak?”

„To byłoby za proste. Potrzebowaliśmy ich, aby,…Jak by to powiedzieć” – zastanawiał się chwilę – „Aby złożyli zeznania. Powiedzieli kto ich przysłał i jaka jest ich rola, Potem…”

„Wstrętni jesteście! Wszyscy tacy sami, i oni i wy!” – wzburzona przerwała mu

„Mogę mówić dalej?”

„Mów”

„Oczywiście dowiedział się, że jego ludzie znikają bez śladu. Na jednym ze spotkań z agentem który był łącznikiem między nim i tymi co go osłaniają dowiedział się, że Centrala chcę aby przyspieszył akcję i nie czekał z nią na powrót do Luksoru. Zaraz po tym spotkaniu zwinęliśmy tego łącznika. Teraz z kolei my wpadliśmy w panikę, gdy nam zeznał, że Juszczyn ma się zająć tobą na statku. Postanowiłem się mu pokazać. Wszedłem na statek w Edfu. Znalazłem was w restauracji na śniadaniu. Usiadłem kilka stolików za tobą, tak aby on mnie zauważył. Zauważył mnie, Podniosłem się i wyszedłem…”

„Chyba cię nie zauważył. Na pewno by się zdenerwował i nie uszłoby to mojej uwadze”

„Pamiętaj, że to zawodowiec. Ale słuchaj dalej. Przed zajście ze statku w recepcji napisałem do niego po rosyjsku, że grozi mu niebezpieczeństwo i że ma natychmiast opuścić statek. Poprosiłem jednego z kelnerów o dostarczenie listu do stolika. Wskazałem mu który to stolik… od tego czasu więcej go nie ujrzałaś. I to w zasadzie wszystko…”

„A policja co mnie przesłuchiwała i czeka na mnie w Luksorze? Zapomniałeś o nich? A co z Gerardem? Zabiliście go?” – zaczęła szlochać

„Tak, wiem, że cię przesłuchiwali i czekają na ciebie w Luksorze. Dowiedzieli się od Rosjan, że jesteś bardzo niebezpieczną agentkom i że mają cię im dostarczyć w Luksorze. Nie zabrali cię ze sobą. Liczyli na to że złapią mnie, twojego męża, jak się spróbuję z tobą skontaktować. Przeliczyli się. Jeśli chodzi o Juszczyna, to żyje. Jest w drodze do Polski…”

„Wyjechał?” – zapytała z ożywieniem

„Raczej został wysłany jako pakiet, przesyłką kurierską…”

„Jako pakiet?”

„Tak. Nie znam się na tym, ale teraz są takie metody, że on jest w pewnym stopniu jak nieżywy. Na miejscu zostanie wybudzony”

„A co z nami? Też zostaniemy wysłani jako pakiet?!”

„A chciałabyś? Właściwie to to jest najszybsza droga powrotu do kraju, ale musisz wiedzieć, że w wielu przypadkach takie pozorne uśmiercanie, czy raczej usypianie wiąże się z niebezpiecznymi skutkami ubocznymi, więc nie rekomenduję ci korzystanie z tego rozwiązania. Pobędziemy tu ze dwa dni”

„Znajdą nas tutaj”

„Nie. Są na fałszywym tropie. Zanim się zorientują, że są wykiwani zdążymy stąd wyjechać”

„Jak?”

„Lepiej, żebyś nie wiedziała…Słuchaj” – spojrzał na zegarek – „Zbliża się dwudziesta pierwsza. Przebierz się. Zejdziemy na dół do restauracji. Dzisiaj tam gra bardzo dobra orkiestra taneczna. Musimy się trochę rozprężyć zanim położymy się spać”

„Oszalałeś! Przecież nas ktoś zobaczy! A poza tym nie mam się w co ubrać”

„Musimy się zachowywać normalnie. Tak jak inni ludzie mieszkający w tym hotelu. To najlepszy sposób aby nie być poznanym w tłumie” – po chwili dodał – „W szafie znajdziesz coś odpowiedniego na wieczór. Idź się przebrać, a ja zadzwonię po kelnera aby zabrał nakrycia”

W restauracji wszystkie stoliki były zajęte. Janina bardzo się ucieszyła i chciała wrócić do pokoju, ale bardzo szybko kelner znalazł dla nich wolny stolik. Dostali karty menu. Jednak Janina nie mogła się skupić nad wyborem oferowanych dań. Była w widoczny sposób spięta. Rozglądała się strachliwie dookoła. Mietek próbował ją uspokoić i zapewniał, że nic im nie grozi. Pomógł jej wybrać coś z karty. Zamówił też butelkę szampana. Zażyczył sobie aby podać ją przed posiłkiem. Niemal zmusił ją do wypicia dwóch kieliszków. Dopiero wtedy powoli zaczęła się rozluźniać. Potem, już przy posiłku wypili jeszcze po lampce czerwonego wina. Humor bardzo się Janinie poprawił. Nawet zatańczyli dwa razy. Posiedzieli tam do dwudziestej trzeciej.

Do apartamentu wrócili w szampańskim nastroju. Obudzili się około dziewiątej. Janinę bardzo bolała głowa. Zamówili śniadanie do pokoju. Po kilku minutach kelner wstawił wózek ze śniadaniem do ich pokoju. Prawie nic nie zjadła. Wypiła filiżankę kawy. Wróciły do niej wspomnienia wczorajszych przejść i opowiadania Mietka. Znowu ogarnął ją niepokój o najbliższą przyszłość. O to w jaki sposób dostaną się do Polski. Miała złe przeczucia. Przestała wierzyć w zapewnienia Mietka, że wszystko ma pod kontrolą i że niebawem będą w domu. Chciała się podzielić z nim swoimi wątpliwościami, ale właśnie zadzwonił jego telefon. Mietek nic nie mówił. Potakiwał od czasu do czasu i po kilku minutach odłożył telefon.

„Jutro po śniadaniu wyjeżdżamy z Luksoru” – oznajmił – „Czeka nas długa podróż samochodem”

Janina dowiedziała się że pojadą do Suezu, że będą jechać w cztery osoby.

„Pamiętaj, że nazywasz się Karen Knudsen Jesteś archeologiem tak jak ja. Poza tym działamy społecznie w międzynarodowej organizacji Rädda Barn, czyli Ratuj Dzieci. W podróży będzie nam towarzyszyć znany ci Kowalski. On nazywa się teraz Rudolf Müller. Jest prawnikiem z Berlina. Będzie w towarzystwie swojej niezamężnej przyjaciółki Nasiry Maluf. Ona jest lekarką pediatrą. Pracuje w egipskim szpitalu w Port Said, tuż u wylotu kanału Sueskiego. Mieszkanie Nasiry w Port Said jest pierwszym celem naszej podróży. Nasira i jej przyjaciel Rudolf Müller też działają w Ratuj Dzieci. Stąd się znamy. Jedziemy do nich do domu do Port Said na ich zaproszenie”

„Ona naprawdę jest razem z Kowalskim?”

„Nie. Ale naprawdę jest lekarką i pracuje w szpitalu w Port Said. Pracuje dla nas. To ona pomogła mi kupić to wszystko co znalazłaś w szafie…Dobra wystarczy tych wiadomości. Reszty dowiesz się w drodze. Teraz zapakuj wszystko, tak abyś była jutro po śniadaniu gotowa do drogi. Jeszcze jedno…Rozmawiamy miedzy sobą tylko po angielsku. Cały czas, bez względu na to gdzie i z kim jesteśmy”

Przeszła bez słowa do sypialni. Znalazła dwie walizki w garderobie i zabrała się za pakowanie. Chwilę się zastanawiała co zrobić z torbą kupioną na statku. Przyzwyczaiła się do niej i do namalowanych na niej piramid i wielbłądów. Postanowiła zabrać ją ze sobą. On w tym czasie przeniósł ze stołu nakrycia po śniadaniu na wózek i wystawił go na korytarz.

Po chwili doszedł do niego jej przerażający krzyk. Wpadł do sypialni

„Co się stało kochanie?!”

Janina siedziała na łóżku. W lewej ręce trzymała swój lewy but do wędrówek, w prawej nożyczki.

„Nie ma! Ktoś go wyjął!…Nie dopilnowałam!” – oznajmiła spanikowanym głosem – „Nie ma twojego paszportu. Miałam zaszyty w cholewce…Ktoś go zamienił na kawałek tektury”

„Uspokój się kochanie. Paszport jest już w drodze do Szwecji”

„Jakim sposobem?!…Wyciągnąłeś go?”

„Nie.”

„To kto to zrobił? Nikomu nie mówiłam gdzie jest schowany”

„Fachowcy, kochanie…Fachowcy. Powiedziałem im gdzie mają szukać…”

„Przecież nie wiedziałeś gdzie go schowałam”

„Znam cię od dawna. Opowiadałaś kiedyś, jak jeszcze będąc nastolatką chowałaś listy od chłopaka przed wścibskimi rodzicami”

„Pamiętasz takie rzeczy?”

„Też jestem zawodowcem”

Resztę tego dnia spędzili na spacerze po Luksorze. Janina co prawda nie chciała wychodzić z hotelu. Zrobiła to dopiero kiedy Mietek kupił jej w sklepiku na dole duże przeciwsłoneczne okulary. Mimo to dłuższy czas jeszcze chodziła spięta i rozglądała się podejrzliwie dookoła. Dopiero po wizycie w pewnej kafejce i wypiciu kawy z duża ilością koniaku rozluźniła się na tyle że zachowywała się swobodnie. Późnym popołudniem, gdy weszli coś zjeść do pewnej restauracji nagle się zaniepokoiła

„Och! Musimy stąd uciekać! Omar Sharif jest tutaj! Pozna mnie!”

„Kto?!”

„Omar Sharif…To jest, chciałam powiedzieć, facet podobny do Omara Sharifa, wiesz, takiego aktora. Siedzi ze swoim kolegą trzy stoliki za tobą…”

Mietek chciał się odwrócić „Nie odwracaj się! zauważy że go poznałam”

„Gdzie go poznałaś?”

„Na statku… Wychodzimy!”

Podniosła się od stolika i zanim zareagował zrobiła kilka kroków w stronę wyjścia. Podbiegł do niej. Zatrzymał ją. Przy okazji spojrzał w stronę stolika przy którym siedział Omar Sharif

„Uspokój się kochanie. Ci dwaj to nasza ochrona” – spojrzał jeszcze raz w ich kierunku – „Istotnie. Podobny do Sharifa. Wcześniej tego nie skojarzyłem. Uśmieje się jak mu o tym powiem”

„Znasz go?” – zapytała z niedowierzaniem

„Kogo? Sharifa, tego aktora? Nie, nie znam…” – odpowiedział cicho chichocząc

Chwycił ją delikatnie pod ramię i skierował w stronę stolika. Gdy już usiedli, zwróciła się do niego z wyrzutem

„Drwisz sobie ze mnie. Kim są ci dwaj?”

„Mówiłem już. To nasza ochrona. Pilnują aby nam się nic nie stało. Współpracują z nami. Nie patrz w ich kierunku” – upomniał ją – „Udawaj, że ich nie znasz”

Po tym drobnym incydencie nic szczególnego ich nie spotkało. Wrócili dosyć późno do hotelu. Dokończyli pakować walizki i położyli się spać.

Obudził ją zapach świeżo zaparzonej kawy. Otworzyła oczy. Mietek stał nad nią z tacą na której były dwa rogaliki, dżem i dzbanuszek z kawą. Mietek był już ubrany i gotowy do drogi. Przywitali się. Spojrzał na zegarek

„Ósma minęła. Za pół godziny przyjadą po nas. Pospiesz się…”

Zerwała się z łóżka i niemal wytrącając Mietkowi tacę z rąk pobiegła do łazienki. Dziesięć minut później usiadła przy stoliku i zabrała się za śniadanie

„Ty nie jesz?” – zapytała z pełnymi ustami

„Jadłem jak spałaś”

Szybko skończyła jeść. Przeszła do sypialni uzupełnić garderobę i makijaż. Złapała swoją torbę i gotowa była do wyjścia. On w tym czasie zadzwonił po chłopca hotelowego, aby zniósł na dół ich bagaże. W holu na dole usiadła w wygodnym fotelu. Chłopak hotelowy postawił przy niej bagaże podczas gdy Mietek podszedł do recepcji uregulować rachunek.

W tym samym momencie obrotowe drzwi do hotelu niemal wyrzuciły w głąb holu Kowalskiego. Zauważył Janinę i już od wejścia głośno zawołał

„Hallo! Karen! Jak się masz!”

Ona od razu znalazła się w roli

„Hej Rudi!”

Podniosła się gdy do niej podszedł. Uściskali się na przywitanie. Podszedł do nich Mietek. Równie głośno się przywitał i zapytał

„Gdzie żeś podział swoją piękną Nasirę?”

„Czeka w samochodzie. Musimy się pospieszyć. Tam nie wolno się zatrzymywać. Jeszcze wlepią jej mandat”

Mówiąc to złapał walizki i chciał skierować się w stronę drzwi. Chłopiec hotelowy podbiegł do niego chcąc go wyręczyć w dźwiganiu bagaży

„Odejdź chłopcze. Sami damy sobie radę” – powiedział mu, wręczając banknot dwudolarowy

Mietek złapał pozostałe dwie walizy i udali się do samochodu.

Musieli przejść około trzydziestu metrów. Samochód stał zaparkowany za rogiem. Kowalski wyjaśnił, że nie chciał zatrzymywać się przed eleganckim hotelem takim starym gratem aby nie narażać się na reakcję stojącego przed hotelem portiera

„Nie pozwoliłby mi tam czekać na was” – wyjaśnił

Zatrzymali się przed bardzo zaniedbanym samochodem. Żółty busik z egipskimi numerami rejestracyjnymi oblepiony był dużą taśmą na bokach z napisem arabskim i angielskim informującym o tym, że należy do wypożyczalni luksusowych autobusów braci Sulim w Kairze. Mietek przyjrzał się mu krytycznie

„Stareńki volkswagen T4. Wątpię czy nas dowiezie do celu…” – zauważył

„Nie oceniaj psa po sierści” – odpowiedział Kowalski i dodał szeptem – „Lepszego nie znajdziesz w całym Egipcie. Na jednym tankowaniu przejedzie ponad tysiąc dwieście kilometrów”

Nasira wyszła z samochodu. Przywitała się ze wszystkimi. Po chwili Kowalski otworzył tylną klapę i umieścili bagaże na stercie sznurów i łopat. Było tam jeszcze kilka innych waliz i pakunków. Po upewnieniu się, że wszystko jest solidnie umieszczone i nic nie będzie się przemieszczać w czasie jazdy wsiedli do samochodu. Panie zajęły miejsca na tylnej kanapie. Kowalski usiadł za kierownicą a Mietek obok niego.

Ruszyli w drogę i po półgodzinie opuścili Luksor. Jechali na północ wzdłuż Nilu po jego wschodniej stronie. Po godzinie dojechali do Qena. Przejechali przez centrum i skręcili w prawo na wschód w kierunku Morza Czerwonego

„No to już przejechaliśmy jakieś siedemdziesiąt kilometrów” – poinformował Kowalski – „Jeszcze Sześćset trzydzieści i będziemy w Suezie”

„Nie wytrzymam” – jęknęła Janina – „Już mam dosyć”

„Wtrzymasz” – zapewnił ją Mietek – „To tylko osiem, może dziewięć godzin”

Jechali w milczeniu. Czasem skomentowali jakiś ciekawy widok za oknem. Po dwóch godzinach dojechali do miasteczka Safaga leżącego na wysokim brzegu Morza Czerwonego.

Zatrzymali się przy małym centrum handlowym. Mietek stwierdził, że mogą sobie pozwolić na pół godzinny postój. Poszli do znajdującej się obok kafejki. Zamówili kawę i usiedli przy oknie tak aby mieć widok na samochód. Mietek szepnął Janinie do ucha

„Teraz kochanie, aż do Suezu będziemy jechać wzdłuż wybrzeża. Niemal cały czas będą za oknem wspaniałe widoki”

Ucieszyła się, że droga nie będzie tak monotonna jak do tej pory. Uzgodnili że na większy posiłek zatrzymają się Ras Gharib. Będą tam za jakieś dwie i pół godziny. Nasira powiedziała, że zna tam restaurację w której można dobrze zjeść. Zapłacili za kawę i ruszyli w dalszą drogę. Kilkadziesiąt minut później wjechali do Hurghady

„Chciałabym tu kiedyś przyjechać na tydzień chociaż” – stwierdziła Janina – „Koleżanka z biura była zachwycona tutejszymi plażami”

„Jak się to wszystko skończy zabiorę cię na ładniejszą plażę” – obiecał Mietek

Około piętnastej wjechali do Ras Gharib. Nasira poprowadziła Kowalskiego przez centrum do ulicy Khaled Ibn El Waleed. Po przejechaniu kilkuset metrów znaleźli się przed wejściem do hotelu Amir Palace Hotel. Wysiedli z auta. Podszedł do nich portier. Kowalski poprosił go o odstawienie auta na parking. Portier gwizdkiem przywołał chłopaka któremu Kowalski wręczył kluczyki.

W restauracji zostali szybko obsłużeni. Nie jedli zbyt dużo. Mietek stwierdził, że wieczorem zaprasza ich na dobrą kolację w Suezie w hotelu w którym spędzą noc.

Z restauracji wyszli po szesnastej. Tym razem za kierownicą usiadł Mietek. Janina była tak zmęczona, że zaraz jak ruszyli starała się usnąć. Nie za bardzo jej się to udawało z początku. Usnęła na dobre dopiero po dwóch godzinach. Obudziła się dopiero gdy stanęli przed hotelem Palmera el Sokhana w Suezie

„Która godzina?” – zapytała zaspana

„Dwudziesta się zbliża” – odpowiedziała Nasira

Mietek szybko załatwił sprawy w recepcji. Dostali dwa pokoje. Recepcjonista przywołał dwóch chłopców hotelowych. Dał im klucze od pokojów.

W drodze do windy Kowalski stwierdził, że dobrze byłoby zatankować samochód aby był gotowy na jutro. Zostawił wszystkich przed windą i udał się do wyjścia. Mietek zdążył przypomnieć mu, że za trzy kwadranse spotykają się restauracji. Nasira wysiadła na drugim piętrze i podążyła za chłopakiem z wózkiem na którym były bagaże jej i Kowalskiego. Mietek i Janina wysiedli piętro wyżej.

Gdy zostali sami w pokoju Mietek stwierdził

„Wezmę teraz szybki prysznic, Ty wykąpiesz się po mnie, a ja w tym czasie jak będziesz w łazience zatelefonuję w kilka miejsc”

Wyszedł z łazienki po kilku minutach

„Teraz twoja kolej” – stwierdził spoglądając na Janinę – „Co ci jest? Wyglądasz, jakbyś się źle czuła?”

„Nic mi nie jest. Zmęczona jestem. Najchętniej zostałabym w pokoju…”

„Powinnaś coś zjeść”

„Nie chce mi się jeść. Wolałabym się wyspać wygodnie. W aucie drzemałam, ale to nie to co dobry sen w łóżku”

Zgodził się aby została w pokoju. Ona poprosiła go aby nie budził jej jak wróci z restauracji. Pocałował ją na dobranoc i wyszedł. Usnęła niemal natychmiast.

Obudził ją jego zdenerwowany głos

„Wstawaj. Musimy się natychmiast stąd wynosić”

W pierwszej chwili nie mogła sobie uprzytomnić gdzie się znajduje i co tu robi zdobyła się tylko na pytanie

„Co?…Co się stało?”

„Ubieraj się! Musimy natychmiast uciekać…”

„Dopiero usnęłam” – spojrzała na zegar na ścianie – „W pół do jedenastej się zbliża…wyjaśnij mi…”

„W drodze ci wyjaśnię…Pospiesz się”

Podczas gdy ona pośpieszne się ubierała on szybko ogarnął wzrokiem pokój. Zabrał do kieszeni kurtki pieniądze, telefon i niewielki notes. Ona była już ubrana. Wyciągnęła z szafy walizkę i zabrała się za pakowanie

„Zostaw to. Nie mamy czasu. Weź tylko dokumenty i się zmywamy stąd!”

„Mam to wszystko zostawić?”

„Tak! Nie warto dla ciuchów narażać życia”

Chwycił ją za rękę i chciał wyciągnąć z pokoju. W ostatniej chwili udało jej się chwycić torbę z piramidami i wielbłądami.

Na korytarzu minęli windy. Mietek otworzył drzwi na klatkę schodową. Zauważył wchodzących policjantów i cywili. Nie zauważyli go. Szybko zamknął drzwi i ruszył z przerażoną Janiną w stronę drzwi z napisem service. W ostatniej chwili zamknęli za sobą częściowo przeszklone drzwi. Widzieli przez szybę wychodzących z klatki schodowej policjantów i cywili.

Rozejrzeli się po pomieszczeniu w którym się znaleźli. Stały tam wózki sprzątaczek i półki na których leżały sterty ręczników i pościeli. W głębi pomieszczenia znajdowała się winda towarowa. Mietek przywołał windę. Zjechali na sam dół do piwnic budynku.

Panował tam półmrok. Zorientowali się, że są w jakimś garażu. Stały tam jakieś samochody dostawcze. Obok była rampa do wyładunku towarów przywiezionych ciężarówkami. Dalej były drzwi do magazynów.

Jedne z tych drzwi były szeroko otwarte. Wnętrze oświetlone było ostrym światłem. Ruszyli ostrożnie w tamtą stronę. Gdy już byli blisko wyszedł stamtąd mężczyzna w białym fartuchu. Zamarli w bezruchu. Stali nieco z boku za nim jakieś trzy metry przyklejeni do ściany. Osłaniał ich tylko cień stojącej obok metalowej szafy.

Mężczyzna wyjął z fartucha paczkę papierosów. Włożył jednego do ust i wyciągnął zapałki. W tej samej chwili jakiś męski głos z wnętrza oświetlonego pomieszczenia zawołał coś po arabsku. Mężczyzna w fartuchu wyjął papierosa z ust i coś odpowiedział. Potem memłąc coś pod nosem wrócił do oświetlonego pomieszczenia

„Tam musi być pralnia” – zauważyła Janina szeptem – „Czuję zapach środków do prania”

Mietek nie odpowiedział. Zauważyła, że chyba nie słyszał co mu powiedziała. Przyglądał się samochodom dostawczym

„Chodź” – nakazał cicho

Podeszli do jednego z dostawczaków. Nacisnął delikatnie klamkę drzwi od strony kierowcy. Nie były zamknięte. Zajrzał do środka. Zauważył tkwiące w stacyjce kluczyki. Uśmiechnął się do Janiny

„Wskakuj do środka i przesuń się szybko na miejsce obok kierowcy”

Nie protestowała. Zanim zdążyła się wygodnie usadowić, on już siedział za kierownicą i uruchamiał silnik. Dźwięk silnika wydał jej się przeraźliwie głośny. Spodziewała się, że zaraz otoczy ich tłum ludzi. Jednak tak się nie stało. Mietek podjechał do widocznej bramy.

„Co teraz będzie?” – zapytała z trwogą

Nie odpowiedział. Opuścił szybę w drzwiach i sięgnął ręką po wiszący z góry sznurek z obciążnikiem. Pociągnął go w dół. Brama zaczęła się powoli otwierać do góry

„Tak, jak myślałem” – powiedział z zadowoleniem

Powoli ruszył do przodu. Wyjeżdżali z piwnicy stronnym podjazdem do poziomu ulicy. Mietek zobaczył w lusterku zamykającą się bramę. Po chwili zorientował się, że znajdują się na tyłach hotelu. Obszerny plac nie był ogrodzony, stały na nim samochody osobowe

„To jest chyba parking dla pracowników” – zauważył

Szybko znalazł wyjazd na ruchliwą ulicę. Skręcił w prawo i po chwili mijali podjazd dla gości hotelowych. Stało na nim kilka samochodów policyjnych. Przejechali obok bez problemów. Dopiero kilkanaście minut potem Mietek odetchnął z ulgą

„Mieliśmy szczęście. Chyba nam się udało”

„A co z Kowalskim i Nasirą” – zapytała

„Policja ich zwinęła”

„Skąd to wiesz? Byłeś przy tym?”

„Nie. Czekałem na nich w restauracji. Dostałem telefon, że ich aresztowali i żeby natychmiast opuścić hotel”

„Od kogo ten telefon?”

„Mówiłem ci, że jesteśmy pilnowani przez naszych…”

„Nie mogli w jakiś sposób zapobiec aresztowaniu tych dwojga?” – przerwała mu

„Jak mieliby to zrobić? Odbić ich? Takie rzeczy to tylko na filmach się zdarzają”

„To co teraz zrobimy?”

„Pewne jest, że do Port Saidu nie mamy po co jechać. Tam już na nas czekają”

„No więc co dalej?!” – wykrzyknęła spanikowana

„Więc najbezpieczniej będzie jechać właśnie do Port Saidu”

I widząc, że Janina jest bliska histerii szybko dodał

„Ale bez obaw kochanie, Nie dojedziemy tam. Mam nowy plan”

„Nowy? Co to za plan?”

„Improwizacja, plan B. Później ci powiem więcej, kochanie. Teraz muszę się skupić na tym jak wyjechać z miasta…Musimy dostać się na wschodnią stronę Kanału Sueskiego, Na półwysep Synaj. Potem wzdłuż kanału na północ. Mieliśmy w Port Said przeczekać dzień w mieszkaniu Nasiry. Nasira miała nas zawieść do portu rybackiego. Tam mieliśmy wsiąść na opłacony kuter. Na pełnym morzu mieliśmy się przesiąść na łódź podwodną, ale wszystko wzięli diabli”

„Łódź podwodna?…Znowu jakiś film opowiadasz”

„Ne to nie film. Tak miało być…Ale jak mówiłem mam plan B. Za jakieś półtorej godziny, dojedziemy do Al.-Qantarah Gharb, to jest jakieś trzydzieści kilometrów przed Port Said. Stamtąd skręcimy na wschód…”

„Skąd ty to wszystko wiesz?” – przerwała mu

„Przyszykowałem się do tego wyjazdu. Studiowałem mapy…Chwileczkę”

Zwolnił i zaczął się rozglądać

„O! jest. Widzisz? Drogowskaz do tunelu pod kanałem”

Skręcili w prawo. Po kilkunastu minutach wjeżdżali do tunelu. Janina zdążyła zauważyć olbrzymi napis nad wjazdem po arabsku i nieco mniejszy po angielsku – tunel Ahmed Hamdi 1,6km.

Jechali dosyć ostro w dół z ograniczoną prędkością do sześćdziesięciu kilometrów na godzinę. Po kilku minutach pochyłość jezdni zaczęła się zmieniać ze spadku na wznoszenie. Jechali teraz pod górkę

„Minęliśmy połowę tunelu” – zauważył Mietek – „Zaraz wyjedziemy na powierzchnię”

Po wyjeździe z tunelu jechali jeszcze ze dwa kilometry na wschód. Potem skręcili w lewo kierując się na północ w stronę Port Said.

Ruch o tej porze nocy był nie wielki. Jechali dosyć wolno. Wyprzedziło ich kilka samochodów. Za każdym razem gdy zobaczyli za sobą światła zbliżającego się samochodu Janina bardzo się niepokoiła

„Oby to nie była policja”

Mietek uspakajał ją, ale po jakimś czasie zauważyła, że stał się niespokojny. Mruczał coś pod nosem, Nawet zaklął szpetnie, co mu się bardzo rzadko zdarzało

„Co się stało?” – zapytała

„Paliwo się kończy. Nie dojedziemy do Al-Qantarah Gharb”

Droga zbliżała się bardzo do brzegu Wielkiego Jeziora Gorzkiego przez które przebiega trasa kanału Sueskiego. Mietek zauważył oświetlony jedną latarnią parking dla turystów leżący nad samym brzegiem jeziora. Postanowił zatrzymać się na nim. Stanął z dala od latarni. Nie chciał aby ktoś przejeżdżający drogą ich zauważył

„W pół do drugiej się zbliża. Muszę pomyśleć co robić dalej, ale najpierw odpoczniemy trochę. Zdrzemnij się a ja sprawdzę co to za samochód i co mamy z tyłu na pace”

Rozejrzał się po kabinie samochodu. Zajrzał do schowków w drzwiach i na desce rozdzielczej. Zajrzał za fotele. Pod fotelami też nie znalazł nic ciekawego. Za osłoną przeciwsłoneczną pod sufitem nad kierownicą znalazł oprawiony w plastyk dokument dużego formatu. Dłuższy czas studiował arabski tekst

„Wygląda na stałą przepustkę upoważniającą do przekraczania posterunków policyjnych na Synaju” – stwierdził – „Świetnie! Przyda się”

Umieścił dokument na szybie przed kierownicą, po czym otworzył drzwi aby wyjść. Bardzo zimne powietrz dostało się do środka. Janina zatrząsła się i stwierdziła, że w takim zimnie nie potrafi się zdrzemnąć

„Musisz wytrzymać”

Obszedł samochód dookoła. W ciemności nie mógł dużo zobaczyć. Świecąca w drugim końcu parkingu latarnia niezbyt pomagała w oglądaniu auta z zewnątrz. Na prawym boku dostawczaka znajdowały się przesuwane duże drzwi. Nie były zamknięte. Wyciągnął telefon i oświecił nim wnętrze przestrzeni bagażowej.

Było tam kilkanaście jutowych worków. Ostrożnie obmacał trzy pierwsze z brzegu. Zawartość była miękka i stosunkowo lekka. Ostrożnie rozsupłał pierwszy worek. W środku znajdowały się poduszki. Wyciągnął jedną. Wyglądała na czystą. Nie cuchnęła. Wyrzucił zawartość na podłogę. Tylko poduszki. Zauważył, że są uszkodzone. Rozdarte lub poplamione. W drugim worku znalazł kołdry. Wyciągnął dwie. Upewnił się, że nie cuchną. Wyszedł z auta i otworzy drzwi po stronie pasażera

„Owiń się tym. Będzie ci ciepło”

Podał kołdry zaskoczonej Janinie i wrócił na tył auta sprawdzać resztę worków. Gdy tylko uniósł trzeci worek zaważył pod nim kanister na paliwo

„Żeby tylko nie był pusty” – pomyślał

Uniósł go. Ciężar i kołysanie wewnątrz kanistra rozwiało jego obawy. Zaraz jednak pojawiły się nowe

„Oby to było paliwo”

Otworzył kanister

„Bingo!” – wykrzyknął

„Co się stało?!”

Zaniepokojona Janina otworzyła drzwi

„Diesel! Znalazłem paliwo! Całe dwadzieścia litrów. Możemy jechać dalej”

Kilkanaście minut później byli na drodze. Wkrótce wjechali do Al-Qantarah Gharb. Droga po której jechali kończyła się na skrzyżowaniu prostopadle do drogi oznaczonej na drogowskazie numerem czterdzieści. Drogowskaz skierowany w lewo informował, że za dwa kilometry jest wjazd na most Al. Salam nad kanałem. Niżej napis Port Said 30km. Drugi drogowskaz wskazywał w prawo Wypisane na nim były odległości do kilkunastu miejscowości leżących na drodze numer czterdzieści, ale Mietka zainteresowała tylko jedna informacja – Rafah 250km. Dalej droga się kończyła

„To jesteśmy prawie w domu” – powiedział

„W domu?” – zapytała zdziwiona

„Tak. Musimy tylko zatankować paliwo. Te dwadzieścia litrów nie starczy nam na przejechanie dwustu pięćdziesięciu kilometrów”

Przejechali około czterdziestu kilometrów. Właśnie zbliżali się do małej osady Bir al-Abd. Tuż przed wjazdem znajdowała się maleńka stacja benzynowa. O tej porze sklepik był zamknięty, ale można była obsłużyć się samemu płacąc kartami bankowymi. Między innymi kartą Visa.

Mietek zatankował do pełna. Zanim ruszyli zwrócił się do Janiny

„Słuchaj. Będziemy teraz jechać bardzo monotonną drogą wzdłuż wybrzeża morza Śródziemnego. Myślę, że zanim dojedziemy do celu będziemy musieli minąć kilka posterunków policyjnych. Na Synaju im bardziej na wschód, tym jest ich więcej. Myślę, że u celu tego etapu będziemy o szóstej…”

„Co jest celem tego etapu?” – zapytała znużonym głosem

„Rafah. To jest graniczne miasto. Część leży po egipskiej stronie, druga część leży w strefie Gazy administrowanej i kontrolowanej przez Palestynę. Musimy przekroczyć granicę. Będzie to męczące i niezbyt bezpieczne, dlatego proponuję ci abyś teraz owinęła się kołdrę i spróbowała usnąć. Ułatwi mi to ewentualne wręczenie łapówki kontrolującemu policjantowi. Jak zobaczy, że śpisz, to z pewnością przy odrobinie szczęścia przyjmie pieniądze i nas puści. Nikt nie chce mieć świadków”

„O! tak. Teraz, gdy powiedziałeś, że czeka nas niebezpieczna przeprawa przez granicę na pewno nie usnę” – po chwili dodała – „A czy ci twoi agenci którzy nas osłaniają i cię ostrzegli w hotelu, nie mogliby nam zorganizować bezpiecznego przejścia granicy? I po cholerę pchamy się do Gazy?”

„Po pierwsze. Po ostrzeżeniu nas ich rola się zmieniła. Teraz z pewnością obserwują i zdobywają informację o tym co się dzieje z Kowalskim i Nasirą. Po drugie. Będąc na terenie Gazy mamy możliwość dostania się do Izraela”

„Też nielegalnie, prawda?”

„Powiedzmy, prawie legalnie. Dowiesz się na miejscu w jaki sposób to zrobimy. Śpij teraz. Musisz być wypoczęta”

Nie odpowiedziała. Doszła do wniosku, że Mietek ma rację. W każdym razie, gdy mówi, że musi być wypoczęta. Wtuliła się w kołdrę i po kilku minutach udało jej się usnąć.

Obudził ją zapach prażonych migdałów. Otworzyła oczy. Chwila minęła zanim uprzytomniła sobie dlaczego znajduje się w samochodzie. Mietek przez uchylone lekko drzwi po jej stronie wsunął rękę z kartonowym kubkiem pełnym prażonych migdałów

„To dla ciebie zamiast śniadania”

„Migdały! Moje ulubione!…Skąd je masz?”

„Kupiłem na bazarze”

Dopiero teraz rozejrzała się dookoła. Stali na zatłoczonym parkingu za jakąś stacją benzynową

„Bardzo nas sprawdzali po drodze?” – zapytała

„Nie. Przepustka zrobiła swoje”

Mietek otworzył drzwi na całą szerokość

„Wysiadaj. Nie mamy za dużo czasu. Weź tylko swoją torbę”

Po kilkunastu metrach znaleźli się na ogromnym, placu przed stacją benzynową. Zatrzymała się zaskoczona

„Gdzie jesteśmy?”

„W Rafah. Na tym placu handlują niemal całą dobę. Popatrz szósta minęła i jaki tu jest ruch”

„Szósta. Powinnam się odświeżyć nieco. Czuję się brudna” – stwierdziła

Mietek zaprowadził ją na stację benzynową. Usiedli przy małym stoliku. Mietek kupił dwie kawy i dwie słodkie bułki. Podczas gdy ona jadła podszedł do jednego z pracowników stacji Rozmawiał z nim dłuższą chwilę. Widziała jak wręczał mu pieniądze. Potem przywołał ją do siebie

„Idź z nim. Udostępni ci łazienkę dla personelu”

Po kilkunastu minutach wyszła w doskonałym humorze

„Teraz chętnie obejrzę ten bazar” – oznajmiła

„Zawiedziesz się. Nie kupisz tu nic dla siebie”

Cały plac był wielkim targowiskiem. Stało tam dziesiątki straganów. W pierwszej chwili wydał jej się podobny do kairskiego targu Chan al.-Chalili, na którym była z Gerardem, ale spostrzegła, że różni się od tamtego w sposób znaczący. Nie zauważyła turystów. Widziała Europejczyków, ale nie byli to typowi turyści. Nie było też straganów z rzeczami jakie widziała na straganach w Kairze i Luksorze. Było za to dużo żywności. Worki z mąką i kukurydzą. Duże bańki z oliwą. Klatki z kurami i innym ptactwem domowym.

Między straganami stały samochody ciężarowe na których oferowano do sprzedaży worki z cementem. Przechodząc obok jednego z samochodów zaczepiła rękawem o wystający pręt metalowy. Omal nie rozerwała bluzki

„Co to za druty sprzedają na tych samochodach?” – zapytała Mietka

„To są pręty zbrojeniowe potrzebne w budownictwie”

„Tak dużo tu budują?”

„Nie tu. Po drugiej stronie granicy. W Gazie. Widzisz, większość tych towarów kupują przemytnicy i przenoszą na drugą stronę granicy. W Gazie, tych wszystkich towarów które tu są na tym targu permanentnie brakuje z powodu blokady nałożonej przez Izrael…”

„Jak to wszystko przemycają?” – przerwała mu

„Tunelami. Tych tuneli jest tu setki. Egipskie siły bezpieczeństwa niszczą je, zalewając wodą niemal bez przerwy. I niemal bez przerwy powstają nowe”

Nie odpowiedziała. Coś zaczęło ją niepokoić

„Zaraz, zaraz…Nie zamierzasz chyba, abym się czołgała jakimś tunelem przez granicę?” – zapytała zaniepokojona

„Zapewniam cię, że nie będziesz się czołgała”

Wyjaśniał jej przez kilkanaście minut, że te tunele budowane są od dawna i że ci co je budują, mają w tym zakresie dużą wiedzę i niebywałe doświadczenie. Ona oczywiście znowu się zdziwiła skąd on o tym może wiedzieć. Odpowiedział jej, że czytał o tych tunelach w Internecie i że studiował w Szwecji z kolegami którzy zawodowo zajmowali się budową tuneli i bunkrów. Wielokrotnie przytaczali przykład tuneli przemytniczych na Synaju, jako tych które można zbudować tanio i niemalże bez specjalistycznych narzędzi. Często pokazywali zdjęcia tych najciekawszych tuneli

„Oczywiście, specyfika tutejszego gruntu, zbity piasek bardzo ułatwia drążenie tuneli” – zakończył swój wywód

Słuchała z zainteresowaniem, ale miała wrażenie, że Mietek wie więcej o tych tunelach i przemytnikach i że to co jej powiedział miało ją tylko uspokoić. Miała właśnie zażądać aby powiedział więcej o czekającej ich przeprawie przez granicę ale ją uprzedził

„O dwunastej jestem umówiony z przemytnikiem który przeprawi nas na drugą stronę…”

„Kiedy zdążyłeś się umówić?” – przerwała mu

„Pamiętasz faceta na stacji benzynowej, który udostępnił ci łazienkę?…Zapłaciłem mu aby mnie skontaktował z kimś kto nas przeprowadzi tunelem na drugą stronę. Wziął za to pięćset dolarów. Przyprowadzi przemytnika do knajpy leżącej na tej samej ulicy co stacja benzynowa. Uprzedził, że muszę zapłacić przemytnikowi tysiąc dolarów od osoby”

„Mam pieniądze które zostawił na statku Gerard…”

„Zachowaj je. Na razie nie będą nam potrzebne. W taką wyprawę zabieramy dużo gotówki. To co mam przy sobie starczy na zapłatę”

Do dwunastej brakowało jeszcze kilka godzin. Dla zabicia czasu chodzili po bazarze. Janina bardzo szybko poczuła się zmęczona i znudzona. Postanowili udać się na umówione spotkanie przed czasem.

Odnalezienie knajpy nie sprawiło im problemu. Janina mile się rozczarowała gdy weszli do środka. Z tego co Mietek mówił spodziewała się, że będzie to jakaś tania knajpa. Mietek przecież mówił, że umówiony jest w knajpie a nie w restauracji. Okazało się, że jest to wykwintna i droga restauracja w zamożnej dzielnicy. Nigdy by się nie spodziewała, że taka dzielnica leży tak blisko ruchliwego i brudnego bazaru.

O tej porze dnia nie było w restauracji wielu gości. Kelner szybko zaprowadził ich do stolika. Podał menu. Janina ucieszyła się że nazwy dań są podane również po angielsku. Mietek podkreślił, ze powinni zjeść coś kalorycznego, bo nie wiadomo kiedy będą mogli zjeść następny posiłek.

Janina zamówiła rosół z perliczki a na drugie wędzonego łososia norweskiego. Właściwie chciała zamówić coś z wołowiny, ale zaskoczyło ją to, że mają tu łososia. Chciała koniecznie sprawdzić czy będzie smakował tak jak w Szwecji. Mietek zamówił to samo co ona.

Właśnie kończyli jeść rosół, kiedy do ich stolika zbliżyło się dwóch mężczyzn. Janina rozpoznała w jednym z nich pracownika stacji benzynowej. Ten drugi był bardzo elegancko ubrany i mimo panującego w restauracji przyjemnego półmroku nosił duże, zasłaniające pół twarzy okulary przeciwsłoneczne.

Mietek podniósł się od stołu. Panowie podali sobie ręce. Na Janinę nie zwrócili uwagi. Mietek gestem zaprosił ich do stołu. Gość w okularach surowo spojrzał na pracownika stacji benzynowej

„To ja już pójdę” – zreflektował się tamten – „Mam dużo pracy”

Po czym bez pożegnania szybko oddalił się w stronę wyjścia Gość w okularach usiadł przy stole. W tym samym momencie przyszli kelnerzy z drugim daniem

„Zamówić coś dla ciebie?” – zapytał Mietek

„Nie. Dziękuję”

Chwilę milczeli. Gdy tylko odeszli kelnerzy przemytnik zapytał

„Masz pieniądze?”

„Mam”

„Daj mi teraz dwa tysiące. Po drugiej stronie dasz tym co was odbiorą jeszcze po pięćset od osoby”

Mietek wyciągnął portfel i starannie odliczył dwa tysiące dolarów banknotami stu dolarowymi. Gość przeliczył je jeszcze raz i stanowczo powiedział

„Okej. Zapłać teraz i wychodzimy”

„Chwileczkę!” – zaprotestowała Janina – „Jeszcze nawet nie zaczęłam jeść”

Gość nie patrząc na Janinę zwrócił się do Mietka

„Czekam w aucie przed restauracją. Biały Ford” – spojrzał na zegarek – „Dokładnie za pięć minut odjeżdżam”

Po czym nie czekając na odpowiedź podniósł się od stołu i szybkim krokiem ruszył do wyjścia. Janina oburzona próbowała coś powiedzieć Mietkowi, ale on całkowicie ją zignorował i głośno przywołał kelnera.

Kelnerzy obserwowali ich od pewnego czasu i jeden z nich natychmiast do nich podszedł

„Sto dolarów wystarczy?” – zapytał Mietek

Nie czekając na odpowiedź położył na stole banknot i nie zważając na protesty Janiny chwycił ją pod ramię i niemal siłą wyprowadził z restauracji. Zatrzymał się na moment przed restauracją. Rozejrzał się dookoła. Biały ford stał z włączonym silnikiem jakieś pięćdziesiąt metrów od nich. Mietek ruszył w jego stronę ciągnąc za sobą próbującą protestować Janinę

„Przestań!” – zwrócił się do niej ostro – „Taka szansa może nam się długo nie trafić. On chce szybko zarobić, ale się bardzo boi dlatego chce to załatwić jak najszybciej…”

„Kogo się boi? Nas?”

„Nie nas. Boi się tych którzy dysponują tunelami. Najczęściej tutaj decyduje Hamas”

„Ci terroryści?”

„Tak. Oni decydują kogo przepuścić przez tunele. Zanim się zgodzą, dokładnie sprawdzają takie osoby i to dlaczego chcą nielegalnie przekroczyć granicą. To zabiera czasem sporo czasu. Ten tutaj najprawdopodobniej ma możliwość przeszmuglowanie nas bez dzielenia się pieniędzmi z Hamasem”

Doszli do samochodu. Gdy wsiadali zdążył jej jeszcze szepnąć do ucha

„Nie odzywaj się przez całą drogę”

Gdy tylko się usadowili na tylnej kanapie samochód ruszył z piskiem opon. Bardzo szybko wyjechali z Rafah. Jechali na północ. Asfaltowa droga bardzo szybko stała się wąska i w niektórych miejscach asfalt niemal całkowicie przysypany był piaskiem.

Po dwudziestu minutach wyłoniły się na horyzoncie niskie zabudowania i namioty Beduinów. Zatrzymali się przed blaszaną szopą. Stało przed nią kilka częściowo rozebranych wraków samochodowych.

„To chyba jakiś warsztat” – szepnął Mietek

Kierowca wysiadł z auta i gestem dał znać aby wysiedli. Po chwili wszyscy troje weszli do warsztatu. Stał tam uniesiony na podnośniku samochód. W koło wszystko zabudowane było niechlujnymi półkami na których leżały narzędzia, części samochodowe i puszki z olejami. Słabe oświetlenie i wszechogarniający bród sprawiał przygnębiające wrażenie.

Pod podnośnikiem z samochodem pracowało dwóch mechaników. Przemytnik podszedł do nich i coś im szepnął. Natychmiast przerwali pracę. Wytarli ręce w szmaty. Ogarnęli wzrokiem Mietka i Janinę, po czym jeden z nich zwrócili się do nich

„Chodźmy do biura”

Biuro było maleńkim oszklonym brudnymi szybami pomieszczeniem do którego wchodziło się przez wąskie oszklone drzwi znajdujące się między półkami z narzędziami. W środku obok drzwi, pod oknem wychodzącym na warsztat stało duże biurko zawalone papierami. Dwaj mechanicy sprawnie odsunęli biurko na bok. Pod spodem, w podłodze ukazała się drewniana pokrywa. Mechanicy unieśli ją. Było to zejście do piwnicy. Jeden z mechaników pierwszy zszedł do niej po zamontowanej na stałe drabinie. Włączył światło.

Mietek spojrzał w dół. Ocenił, że trzeba zejść około czterech metrów. Zszedł ostrożnie. Zaraz po nim Janina a za nią drugi mechanik. Przemytnik w okularach został na górze. Zamknął za nimi pokrywę piwnicy.

Na dole zorientowali się, że to jeszcze nie jest wejście do tunelu. W jednym z rogów piwnicy stała konstrukcja przypominająca wiejską studnię wykonaną z betonowych cembrowin wystających na pół metra ponad podłogę piwnicy. Na studnią znajdował się walec z nawiniętą na niego liną. Przypominało to typową studnię z korbą, z tym tylko, że zamiast korby zamontowana była wciągarka linowa, zaadoptowana z jakiegoś samochodu terenowego. Podeszli do studni.

Janina pierwsza spojrzała w dół. Odsunęła się gwałtownie mówiąc

„Ja w to nie wejdę”

To coś, w które stwierdziła, że nie wejdzie, było okrągłym koszem zespawanym z prętów stalowych. Kosz miał średnicę nieco mniejszą niż betonowe kręgi studni. Po środku kosza sterczała do góry gruba, dwumetrowej wysokości rura do której zaczepiona była lina wciągarki. Pierwszy do kosza wskoczył jeden z mechaników. Kosz złowrogo zakołysał się ocierając się o betonowe kręgi. Mechanik wyciągnął ręce aby pomóc Janinie

„Nie. Nie chcę!” – zaprotestowała panicznym głosem

„Nie świruj!” – zażądał Mietek

Zanim zdołała cokolwiek powiedzieć złapał ją w pół i uniósł nad studnię. Zaczęła krzyczeć i wierzgać nogami. Mechanik stojący w koszu zgrabnie złapał ją za nogi i wtedy Mietek szybko opuścił ją do kosza. Złapała się kurczowo rury. Mietek wskoczył za nią

„Przestań się drzeć! Nieszczęście jakieś sprowadzisz na nas tym krzykiem!”

Ucichła, ale cała dygotała i trzęsła się ze strachu. Drugi mechanik pozostał w piwnicy. Upewnił się, że wszystko jest w porządku i uruchomił opuszczanie kosza. Zaczęli powoli jazdę w dół. Obijając się od czasu do czasu o betonowe kręgi.

Światło z piwnicy przestało do nich docierać. Mechanik wyciągnął z kieszeni latarkę

„Osiemnaście metrów jazdy w dół” – powiedział do Janiny – „Zaraz będziemy wysiadać. Niech się pani uspokoi”

Nie uspokoiła się. co prawda nie krzyczała. Miała zamknięte oczy. W dalszym ciągu wstrząsały nią spazmy. Kurczowo trzymała się rury Mietek otulał ja ramieniem i łagodnie powtarzał

„No, już dobrze. Nic ci się nie stanie. Jestem przy tobie”

Nic z tego co mówił nie docierało do niej. Wydawało jej się że jazda w dół trwa wieki. W pewnym momencie kosz osiadł na dnie studni i znieruchomiał. Otworzyła oczy. W świetle latarki ujrzała w cembrowinie studni coś co przypominało duży otwór drzwiowy. Mechanik skierował światło latarki w głąb otworu ukazując zaczynający się tam tunel

„Jesteśmy na dole. Możemy wysiadać. Jeszcze tylko…”

Nie dokończył. Janina gwałtownie odepchnęła go na bok i wyskoczyła z kosza jak z procy oddalając się w ciemną otchłań tunelu

„Zatrzymaj się!” – krzyknął Mietek – „Jaszcze sobie głowę rozbijesz!”

„Albo pani wpadnie w jakąś głęboką dziurę!” – dodał mechanik

Argument z dziurą przekonał ją. Stanęła jak wryta. Doszli do niej. Mietek chwycił ją za rękę. Zanim ruszyli w głąb tunelu mechanik wrócił się do szybu którym zjeżdżali w dół. Odszukał umieszczony tam włącznik dmuchawy wdmuchującej świeże powietrze z powierzchni do tunelu. Usłyszeli warkot urządzenia pracującego gdzieś na górze. Mechanik latarką wskazał im elastyczną rurę podwieszoną pod sufitem

„Powietrze jest rozprowadzane w całym tunelu” – poinformował ich Janinie rura bardzo przypominała rurę od odkurzacza z tym, że ta tutaj miała znacznie większą średnicę.

Ruszyli przed siebie. Pierwszy szedł mechanik. Tunel był wysoki na prawie dwa metry i dosyć szeroki. W niektórych miejscach dwie osoby mogły iść obok siebie. Tunel nie miał żadnych wzmocnień. Mietek obmacał ścianę i zorientował się, że przypomina miękki piaskowiec. Pod nogami mieli luźny piasek. Mietka ucieszyło, że wyczuł wyraźny ciąg powietrza wydostający się z niewielkich otworów w rurze zrobionych co jakieś piętnaście metrów. Wcześniej obawiał się, że w tunelu może go brakować

„Jaki długi jest ten tunel?” – zainteresował się Mietek

„Kilometr…No, może trochę więcej” – odpowiedział mechanik

„Słyszysz” – zwrócił się Mietek do Janiny – „Kilometr spacerku i będzie po wszystkim. Wygodny jest ten tunel”

„Tam dalej jest mniej wygodnie” – poinformował mechanik

„Dlaczego?”

„Tam jest dużo luźnego piasku. Ciągle się osuwa. Trzeba iść na kolanach…”

„Wracam się!” – stwierdziła Janina

„Nie wygłupiaj się. Nie mamy odwrotu” – odpowiedział Mietek i mocniej uścisnął jej dłoń

Szli kilkanaście minut w milczeniu. Mietek odniósł wrażenie, że tunel wznosi się do góry i łagodnym łukiem skręca na prawo. W pewnym momencie w świetle latarki ujrzeli znaczne zwężenie i obniżenie tunelu. To co najbardziej zaintrygowało Mietka to szalunki ścian i sufitu tunelu zaczynające się w zwężeniu.

Ściany po obydwu stronach wzmocnione były drzwiami ze starych samochodów osobowych. Natomiast sufity wykonane były z fragmentów dachów i masek przykrywających silniki w autach

„Teraz musimy przejść kawałek na kolanach” – powiedział mechanik

Odwrócił się do nich i zauważył, ze Mietek z zainteresowaniem przygląda się szalunkom

„Nie mamy za dużo drewna, więc radzimy sobie w ten sposób” – wyjaśnił

Mechanik szedł na kolanach pierwszy. Mietek zdecydował, że Janina pójdzie jako druga o on ostatni. Przeszli około dziesięciu metrów po czym znaleźli się w części o normalnej wysokości. Jednak nie długo cieszyli się możliwością chodzenia w pozycji wyprostowanej.

Po pięćdziesięciu metrach znowu musieli iść na kolanach. Znowu tylko dziesięć metrów, a po wyjściu z wąskiego i niskiego tunelu czekała ich niespodzianka. Czekała ich wspinaczka po drabinie wąskim pochyłym korytarzem. Z góry obsypywał się luźny piasek dostający się do oczu i nosa. Janina z rezygnacją stwierdziła, że ma go bardzo dużo we włosach

„Miesiąc temu zawaliło nam się ponad sto metrów. Przysypało kilka osób” – poinformował mechanik

„Co się z nimi stało?” – zainteresowała się Janina

„Dwóch wydobyto w zeszłym tygodniu. Trzech jeszcze nie znaleziono. Ciągle ich szukają dlatego tunel jest teraz nie używany”

„Jak przejdziemy, skoro wszystko się zawaliło?” – Janina zapytała płaczliwie

„Nad zawaliskiem utworzyła się pusta przestrzeń. Tamtędy przejdziemy” – wyjaśnił mechanik – „Musimy iść na kolanach bardzo ostrożnie, starając się nie ocierać o ściany. Wszystko tutaj jest nie stabilne”

Mechanik  zaczął się wspinać po drabinie. Janina szła za nim. Tym razem latarka nie oświetlała drabiny i Janina miała trudności z namacaniem nogami szczebli. Mietek niechętnie wyciągnął telefon i włączył w nim latarkę. Dała bardzo słabe światło, wystarczające jednak aby móc pewniej wspinać się po szczeblach drabiny

„Cholera. Zaraz bateria padnie” – zdenerwował się Mietek.

Na szczęście wspinaczka się zaraz skończyła. Przeczołgali się przez te sto metrów i na końcu osuwiska zjechali po pochyłości w dół jak po dziecięcej zjeżdżalni

„Zaraz będziemy przy wyjściu” – poinformował mechanik

„Nie przeżyję jeszcze jednej jazdy w koszu” – płaczliwie powiedziała Janina

„Nie będzie jazdy” – pocieszył mechanik

Po kilku minutach dalszego marszu mechanik idący przodem nagle się zatrzymał. W świetle latarki zauważyli, że tunel w tym miejscu się skończył. Mechanik skierował światło latarki na otwór w lewej ścianie, którego oni w pierwszej chwili nie zauważyli.

Była to nieduża wnęka może jakieś półtora metra długa. W jej końcu znajdowały się zwyczajne drewniane drzwi. Mechanik nakazał im zachowywać się cicho. Przyłożył ucho do drzwi i chwilę nasłuchiwał. Potem oświetlił drzwi latarką i odnalazł przycisk zwykłego domowego dzwonka. Nacisnął go i przytrzymał chwilę. Za drzwiami usłyszeli stłumiony brzęczyk dzwonka

„Nie wierzę” – zaśmiała się histerycznie Janina – „Trafiliśmy do kogoś do mieszkania”

„Ciiii” – uciszył ją mechanik

Stali pod drzwiami kilka minut. Janina zaczęła się niecierpliwić

„Jak długo będziemy tu czekać?”

„Wyjdziemy gdy będzie bezpiecznie” – odpowiedział mechanik

Stali w milczeniu jeszcze kilka minut

„Muszę do toalety” – oznajmiła Janina

„Tu nie ma toalety”

„To co mam zrobić?”

„Zrób to co musisz” – odpowiedział mechanik

„Gdzie?!”

„Nie denerwuj się kochanie” – uspakajał ją Mietek – „Wróć się kilka kroków w głąb tunelu i tam…”

„Ale ja muszę dwójkę” – przerwała mu szeptem przez zaciśnięte zęby

„Zasyp piaskiem”

„Jak? Po ciemku…”

„Chcesz żeby ci poświecić”

„Żartowniś” – odpowiedziała wściekle

Oddała Mietkowi torbę do potrzymania, wyszła z wnęki i oddaliła się na kilka kroków. Jak tylko zniknęła w ciemnościach usłyszeli za drzwiami szurgot i w tym samym momencie drzwi się otworzyły.

Ostry strumień światła oślepił ich na chwilę. Mężczyzna który im otworzył bez słowa powitania oznajmił krótko

„Szybko na górę”

„Chwileczkę” – odpowiedział Mietek – „Żona właśnie…”

„Już jestem!” – przerwała mu.

Wbiegła do wnęki zderzając się z mechanikiem który właśnie żegnał się z Mietkiem

„Zostawiam was tu i wracam. Życzę szczęścia w dalszej podroży”

„Chwileczkę” – odrzekła Mietek

Wyciągnął sto dolarów które już wcześniej przyszykował aby mu wręczyć. Zrobił to dyskretnie tak aby gość stojący w drzwiach tego nie widział. Po chwili mechanik zniknął w ciemnościach

„Pospieszcie się mamy mało czasu”

Gdy tylko zamknął drzwi zasłonił je ruchomą półką z jakimiś szpargałami, zwrócił się do Mietka

„Pieniądze. Najpierw zapłać”

Mietek wyciągnął przyszykowane tysiąc dolarów

„Masz tu tysiąc. Po pięćset od osoby”

Gość skrupulatnie przeliczył banknoty. W tym czasie Janina szybko przyjrzała się pomieszczeniu w którym się znajdowali. Był to jakiś nieduży magazynek bez okien. Wzdłuż ścian stały półki z nieheblowanych desek. Leżały na nich jakieś kartony z których wystawały szyjki butelek.

Światło które oślepiło Mietka zaraz po otwarciu drzwi okazało się padać z nieosłoniętej żarówki wiszącej pod sufitem i wcale nie było takie mocne jak mu się zdawało na początku i nie oświetlało całego pomieszczenia.

Gość przeliczył pieniądze i wskazał im prawie niewidoczne w cieniu schody prowadzące na górę

„Na górze usiądźcie przy najbliższym stoliku. Podejdę do was po chwili i przyjmę zamówienie. Potem dam znać, gdy będzie można wyjść na zewnątrz”

Pierwszy wszedł na schody, a oni za nim. Janina zwróciła się szeptem do Mietka

„Chyba do jakiejś restauracji nas prowadzi?”

Mietek nic nie odpowiedział. Byli już na górze. Gościu otworzył drzwi. Ogarnął ich kuchenny zapach przygotowywanych potraw. Znaleźli się w dużej kuchni. Kilka pracujących tam osób nie zwracało na nich uwagi. Gościu przeprowadził ich przez kuchnię do wąskiego korytarzyka

„W korytarzu jest wejście do toalet dla gości” – spojrzał na nich krytycznie – „Doprowadźcie się do porządku, a potem zaraz za korytarzem po prawej stronie stoi wolny stolik z tabliczką ‘rezerwacja’. Usiądźcie przy nim i czekajcie na mnie”

W toalecie Mietek dosyć szybko otrzepał ubranie z piasku, umył twarz i ręce. Poprawił sztuczną brodę i wyszedł z toalety. Znalazł wskazany stolik i czekając na Janinę rozejrzał się dookoła.

Lokal wyglądał na dosyć przytulną restaurację. Niemal wszystkie stoliki były zajęte. Odruchowo spojrzał na zegarek. Zbliżała się szesnasta

„Sjesta się kończy” – przypomniał sobie – „Ludzie przyszli coś zjeść”

Po piętnastu minutach przyszła Janina. Tym razem była w znacznie lepszym humorze. Rozejrzała się dookoła, pociągnęła nosem i stwierdziła

„Ładnie pachnie. Głodna jestem. Muszę coś zjeść”

Ledwo to powiedziała doszedł do nich gość którego poznali na dole. Położył przed Mietkiem menu i szeptem zwrócił się do niego

„Musicie coś zamówić, aby wyglądać na zwykłych gości w restauracji…”

„Bardzo chętnie” – ucieszyła się Janina

„Gdzie jesteśmy?” – zapytał szeptem Mietek

„W Gazie”

„A dokładniej?”

„Wolałbym abyś tego nie wiedział. Mam nadzieję, że mnie rozumiesz. Jak zjecie przyjedzie po was taksówka i zabierze was do centrum Rafah”

Już odchodził od stolika, ale się zatrzymał i dodał 

„Aha. Taksówkarzowi musisz zapłacić”

„Będę pamiętać”

Janina otworzyła menu i pierwsze na co zwróciła uwagę to wędzony łosoś norweski. Ucieszyła się, że będzie mogła dokończyć jeść to co zamówiła kilka godzin wcześniej po drugiej stronie granicy. Po chwili podszedł do nich kelner. Nie był to ten sam który ich wprowadzał. Janina zamówiła łososia. Mietkowi nie chciało się jeść, ale dla towarzystwa też zamówił łososia. Nie czekali długo. Nawet nie zdążyli ze sobą porozmawiać. Przyniesiono im zamówienie

„Mmm, jak apetycznie pachnie” – zachwyciła się Janina

W tym samym momencie gdy wzięła do ust pierwszy kęs zjawił się przy stoliku gość który ich przyprowadził

„Musicie natychmiast się wynosić, Zaraz tu będą…”

„Kto?!” – zapytał Mietek

„Właściciele tunelu. Mogą być kłopoty. Oni decydują kogo można przeprowadzać…No, już Wynoście się. Szybko!”

Przywołał kelnera który natychmiast zabrał ledwo napoczęte dania

„Nie zapłacę!” – zaprotestował Mietek

„Nie musisz…pośpieszcie się! przed wejściem czeka taksówka”

Podnieśli się od stołu. Janina czerwona ze złości nie mogła wydobyć z siebie głosu. W ustach miała jeszcze nie przeżuty pierwszy kęs łososia.

Z wściekłością rzuciła serwetkę w twarz mężczyzny. Nie zareagował. Niemal popychał ich do wyjścia. Na zewnątrz otworzył przed nimi drzwi czekającej taksówki i jak tylko wsiedli osobiście je zamknął.

Ruszyli z piskiem opon.

„Co za bęcwał! Żeby wyrywać jedzenie z przed nosa! Co za zwyczaje tu mają…”

„Uspokój się. Nie widziałaś, jaki był spanikowany. Bardzo się bał”

„Czego się bał?”

„Mówiłem ci wcześniej, on też o tym powiedział. Przeprowadzili nas bez wiedzy tych co decydują o tym kogo można przeprowadzać. Przeszmuglowali nas, można powiedzieć, na lewo. Taką fuchę odwalili. W razie gdyby się to wydało mogliby mieć kłopoty”

Jechali chwilę w milczeniu. Po kilku minutach zatrzymali się na ruchliwej ulicy

„W centrum jesteśmy. Pięć dych się należy” – oznajmił kierowca

„Chwileczkę” – powiedział Mietek – „Wiesz gdzie jest Check point Eraz?”

„To w drugim końcu Gazy. Będzie prawie pięćdziesiąt kilometrów”

„Jedź tam”

„Ale…”

„Masz tu zaliczkę, trzy stówy” – przerwał mu Mietek – „Drugie tyle otrzymasz na miejscu”

„Okej. Pamiętaj, że tam tylko przepuszczają ze specjalnymi przepustkami, tych z ONZ i takie tam pomoce humanitarne. Was nie przepuszczą”

„Damy sobie rade Jedź już”

Kiedy ruszyli Janina szeptem zapytała Mietka

„A jak nas nie przepuszczą?”

„Będziemy się tym martwić jak dojedziemy na miejsce”

„Toś mnie pocieszył”

Po kilkunastu minutach znaleźli się na drodze ekspresowej numer cztery. Jechali w kierunku północno wschodnim. Podczas gdy Janina obserwowała mijany krajobraz Mietek wyciągnął telefon. Niestety, był on niemal całkowicie rozładowany

„Masz ładowarkę do telefonu?” – zapytał kierowcę

„Nie” – usłyszał krótką odpowiedź.

„Chcesz gdzieś dzwonić? Mogę ci dać mój” – zaproponowała Janina, wyciągając z torby telefon otrzymany od Mietka – „O! popatrz, nie rozładował się”

„Nie chcę dzwonić. W telefonie mam zakodowane dokumenty, które mogą być potrzebne na granicy”

„Paszporty nie wystarczą?”

„Mogą nie wystarczyć”

Wkrótce okazało się, że jego obawy nie były bezpodstawne. Kierowca nie mógł podjechać pod samo przejście graniczne. Palestyńscy policjanci zatrzymali ich dwieście metrów przed przejściem. Mietek dał kierowcy obiecane trzysta dolarów i wysiedli z taksówki. Okazali swoje duńskie paszporty i mogli udać się pieszo w stronę izraelskiego posterunku.

Szli dojazdem dla samochodów wytyczonym betonowymi zaporami. Tuż przed izraelskim posterunkiem z poza betonowych zapór wyszło dwóch żołnierzy ze skierowaną w ich stronę bronią. Nakazali im zatrzymać się kilkanaście metrów przed nimi i unieść ręce do góry. Jeden z nich innych, podbiegł do nich i sprawnie ich przeszukał.

Mietek podał mu paszport swój i Janiny. Żołnierz odebrał paszporty, rzucił na nie okiem i stwierdził, że wymagane są jeszcze zezwolenia na przekroczenie granicy

„Mam wszystko co potrzeba w telefonie, ale niestety wyczerpała się bateria. Trzeba go trochę podładować” – powiedział Mietek po hebrajsku

„Czekaj tu” – odpowiedział żołnierz i oddalił się w stronę wartowni zabierając ze sobą paszporty i telefon Mietka

„Ręce mnie bolą!” – krzyknęła za nim Janina – „Mogę je opuścić?”

Żołnierz odwrócił się i skinieniem głowy zezwolił na opuszczenie rąk.

Czekali kilkanaście minut pilnowani przez żołnierza który trzymał wycelowany w ich stronę karabin. W końcu z wartowni wyszedł ten co zabrał paszporty w towarzystwie oficera

„Nie mogę się dostać do twojego telefonu” – zwrócił się oficer do Mietka – „Podaj dostęp”

„Sam go otworzę i pokaże ci dokumenty”

„Nie mogę się na to zgodzić”

„W takim razie skontaktuj się z oficerem dyżurnym Szin Bet i podaj mu numery naszych paszportów”

Oficer nic nie odpowiedział. Ruszył w stronę wartowni. Gdy się oddalił Janina zapytała

„O czym z nim rozmawiałeś? Nic nie zrozumiałam”

„Powiedziałem, aby zadzwonił do Szin Bet, służby bezpieczeństwa w Izraelu”

„I to pomoże?”

„Zobaczymy”

Musieli przerwać rozmowę. Z wartowni wyszedł żołnierz i nakazał im pójść za nim. W wartowni zaprowadził ich do niewielkiego pomieszczenia w którym znajdował się stół i kilka krzeseł. Zamknął za nimi drzwi

„Gdzie jesteśmy?” – zapytała Janina

„Wygląda to na pokój przesłuchań”

„Będą nas przesłuchiwać?”

„Nie. Gdyby mieli zamiar to zrobić zamknęli by nas w osobnych pomieszczeniach”

Minęło pół godziny, gdy drzwi nagle się otworzyły i wszedł znany im oficer. Położył na stole ich paszporty. Mietkowi oddał telefon

„Pokaż co w nim masz”

Chwilę trwało zanim Mietek otworzył zaszyfrowane dokumenty. Podał telefon oficerowi. Janina nie wiedziała o co chodzi, ale zauważyła jak w miarę czytania szybko zmienił się wyraz twarzy oficera

„Zrozumiałem, panie pułkowniku” – odpowiedział po angielsku – „W czym mogę pomóc?”

„Proszę nas zawieść do jakiegoś hotelu w pobliżu”

„Polecam hotel Leonardo. Dziesięć kilometrów stąd w Ashkelon”

„Świetnie”

„Zaraz zorganizuję transport”

Oficer ukłonił się z szacunkiem i wyszedł

„Czy dobrze zrozumiałam? Jesteś tu w Izraelu pułkownikiem?” – zapytała zdziwiona

„Nie tu. Mówiłem ci że dorobiłem się stopnia oficerskiego w Szwecji. Dokument który mu pokazałem zobowiązuje władze wojskowe sojuszników do okazania mi pomocy”

Pół godziny później znajdowali się w samochodzie w drodze do Ashkelon. Recepcja hotelu Leonardo była już uprzedzona o ich przyjeździe. Otrzymali miły apartament. Zameldowali się okazując swoje duńskie paszporty. Recepcjonista po rosyjsku przywołał chłopaka hotelowego. Mietek odpowiedział również po rosyjsku, że nie mają bagaży.

Chłopak hotelowy, którym był rosły Rosjanin w wieku ponad pięćdziesięciu lat odszedł zawiedziony

„Nareszcie mogę się wykąpać” – powiedziała Janina po wejściu do pokoju

Z łazienki wyszła po dwudziestu minutach. Zaraz za nią wszedł Mietek. Wyszedł z łazienki po pięciu minutach i zastał Janinę płaczącą

„Co się stało kochanie?”

„Nie mam co na siebie włożyć”

Kilkanaście minut potem byli w recepcji. Dowiedzieli się, że dobre sklepy z ubraniami są w pobliżu na sąsiedniej ulicy.

Po dwóch godzinach wrócili do hotelu z torbami pełnymi zakupów. Tym razem chłopak hotelowy zarobił kilka dolarów.

Około dwudziestej pierwszej zeszli do restauracji hotelowej w której Mietek wcześniej zamówił stolik. Kelner zaprowadził ich do stolika i zostawił meny

„Nie wierzę!” – ucieszyła się Janina – „Mają łososia norweskiego!”

„Pewno jakiś większy transport trafił na Bliski Wschód” – skwitował Mietek – „Ten łosoś udowadnia sprawność nieformalnej dystrybucji towarów poprzez granice wrogich sobie państw”

„Co masz na myśli?”

„Przemyt”

Zamówili łososia i butelkę białego izraelskiego wina. Dosyć szybko dostali zamówione potrawy. Gdy zabierali się za jedzenie do stolika podszedł pewien mężczyzna i zwrócił się do Mietka po polsku

„Pan Melker Goldberg, prawda?”

„Słucham pana”

„Nazywam się Dawid Pokorny. Moi przełożeni chcą się z panem pilnie zobaczyć, najlepiej…”

„O! nie!” – wybuchła Janina – „Nie damy się oderwać od stołu! Ja w każdym razie nigdzie stąd nie wyjdę zanim nie zjem tego łososia”

„Łaskawa pani źle mnie zrozumiała. Nie zamierzam odrywać państwa od stołu. Polecono mi wręczyć panu Goldbergowi zaproszenie na jutro do naszego biura, na szesnastą” – mówiąc to podał Mietkowi kopertę – „Tu ma pan adres. Tel Awiw ulica…”

„Tak, tak. Widzę” – odpowiedział Mietek przyglądając się wyciągniętej z koperty kartce– „Gdzie to jest w Tel Awiwie?”

„W północnej części miasta. Niedaleko parku ha-Jarkon”

„Na pewno trafię tam. Proszę przekazać, że przyjadę”

„Tak, przekażę… Jeszcze jedno” – kontynuował nieco zażenowany – „Szanowna małżonka czułaby się podczas pańskiej wizyty u nas mocno znudzona. Proponuję aby została w hotelu”

Pożegnał się i szybko się oddalił

„Co to za zaproszenie?” – zaciekawiła się Janina

„Zaproszenie do siedziby Szin Bet. Tutejsze służby chcą mnie przesłuchać. Myślę, że to zwykłe procedury. Zajmie to ze dwie, może trzy godziny”

Zjedli łososia w spokoju. Nikt im już nie przeszkadzał.

Po powrocie do apartamentu szybko położyli się spać. Rano, zaraz po śniadaniu poszli na spacer nad morze. Janinie bardzo podobała się plaża do której doszli po kilku minutach. Uzgodnili, że on pojedzie do Tel Awiwu, a ona zostanie w Ashkelon i korzystając z pięknej pogody odpocznie sobie na plaży.

Wrócili niebawem do hotelu. Mietek dowiedział się w recepcji jakim autobusem pojechać do Tel Awiwu i ile czasu jazda trwa. Po dwunastej zdążyli jeszcze zjeść razem lekki lancz.

Janina odprowadziła go na przystanek autobusowy i wróciła się do hotelu aby się przebrać w coś odpowiedniego do wyjścia na plażę.

Do hotelu wróciła po dwudziestej. Mietka jeszcze nie było. Dopiero około dwudziestej trzeciej zaczęła się niepokoić jego nieobecnością. Nie kładła się spać. Czekała na niego w wygodnym fotelu przy oknie z którego był widok na placyk przed wejściem do hotelu.

Obudził ją ból karku. Minęła chwila zanim uświadomiła sobie dlaczego siedzi w fotelu. Szybko zorientowała się, że Mietek nie wrócił. Niemal wpadła w panikę. Postanowiła zadzwonić do niego.

Odszukała aparat telefoniczny który otrzymała jeszcze w Egipcie, w samochodzie w drodze do Luksoru. Niestety nie pamiętała kodu dostępu do telefonu. Mietek jej powiedział jakieś cztery cyfry, ale jednocześnie odradził używania tego telefonu. Teraz nie mogła sobie przypomnieć tych cyfr. Po chwili dotarło do niej, że nawet jakby sobie ten kod przypomniała to i tak nie miałaby pożytku z telefonu, ponieważ nie zna numeru do Mietka, a z pewnością nie jest to ten numer który Mietek miał w polskim telefonie.

Nie wiedziała co robić. Różne myśli przebiegały jej przez głowę

„Czyżby go aresztowali?” – pomyślała – „Za co?… A może miał wypadek po drodze…Co robić”

Starała się uspokoić i ułożyć jakiś plan postępowania na wypadek gdyby jego nieobecność się przedłużała

„Uspokój się panikaro” – powiedziała do siebie – „Poczekaj kilka godzin zanim zaczniesz działać”

Spojrzała na zegarek

„Dziewiąta się zbliża. Czas coś zjeść.” – zadecydowała.

Poszła do łazienki. Potem szybko się przebrała i zaszła do restauracji. W recepcji zapytała na jak długo Mietek zabukował apartament. Dowiedziała się że mają go do jutra do południa.

Po śniadaniu kupiła kilka czasopism i wróciła do pokoju. Przejrzała szybko czasopisma, ale nic ją nie zainteresowało. Cały czas męczył ją niepokój o to co robić dalej jeśli nieobecność Mietka się przedłuży. Co prawda ma jeszcze nie ruszone pieniądze Gerarda. Starczą na powrót do Polski. Ale czy uda jej się kupić bilet na samolot. Przecież nie ma polskiego paszportu. Uzmysłowiła sobie, że niema nawet kluczy do łódzkiego mieszkania. Zostały w z innymi rzeczami na statku w Egipcie

„Co tam klucze” – wściekła się na siebie – „Nie zawracaj sobie głowy kluczami, idiotko. Pomyśl jak się dostać do Polski”

Potem sama przed sobą się zawstydziła, że nie myśli nawet o tym jak pomóc Mietkowi.

„Da sobie radę” – uspakajała się, chociaż nie była o tym całkiem przekonana.

W pewnym momencie zrzuciła z kolan czasopisma, zerwała się z kanapy i zeszła do recepcji. Poprosiła o pomoc w znalezieniu najbliższego polskiego konsulatu

„Oczywiście” – odparł recepcjonista – „Jak tylko znajdę adres zadzwonię do pani pokoju. Jaki numer?”

Podała numer. Podziękowała i ruszyła w stronę windy

„Chwileczkę” – usłyszała recepcjonistę – „Chyba panią źle zrozumiałem. Pani chodzi o duński konsulat, prawda?”

„Nie. O polski. Dobrze pan zrozumiał”

„Przepraszam, widzę w komputerze, że państwo są z Dani, więc pomyślałem…”

„O polski konsulat mi chodzi!” – przerwała mu i nie czekając udała się do windy.

Kilka minut później zadzwonił do niej z recepcji i podał adres konsulatu w Jerozolimie oraz numer telefonu.

Postanowiła niezwłocznie zadzwonić do konsulatu. Dodzwoniła się od razu. Przedstawiła urzędniczce swoją sytuację, że znalazła się w Izraelu nielegalnie, że jej paszport zabrała policja na Nilu i że nie wie jak wrócić do Łodzi. Mąż pojechał na przesłuchanie i nie wrócił. Urzędniczka nie za bardzo ją rozumiała, przerywała jej pytaniami. Janina zaczęła się denerwować. I pomału wpadać w panikę. Zdała sobie sprawę, że chyba nie uzyska pomocy. W końcu wybuchła płaczem

„Nie wiem co robić?!…Nie wiem jak wrócić do kraju. Myślałam, że jesteście po to aby pomóc obywatelom!”

„Proszę się uspokoić. Postaramy się pomóc. Gdzie pani teraz jest?”

W hotelu Leonardo nad morzem w takiej miejscowości co się nazywa…Zaraz muszę sprawdzić” – odszukała broszurę hotelową – „Jestem w Ashkelon”

„To nie daleko od nas. Pan vice konsul ma wolny czas o piętnastej. Postaram się aby panią przyjął. Zna pani adres?”

„Tak. Dziękuję. Przyjadę na piętnastą”

Do piętnastej było jeszcze ponad dwie godziny. Zadzwoniła jeszcze raz do recepcji. Odebrał ten sam recepcjonista. Zapytała ile czasu zajmie podróż taksówką do Jerozolimy

„Pani chce się dostać do tego polskiego konsulatu, prawda?”

„Tak”

„Oj! Od nas to trzeba będzie przejechać przez całą Jerozolimę. Myślę, że o tej porze trzeba się liczyć z dużym ruchem…”

„Ile czasu potrzeba!” – przerwała mu

„Myślę, że przynajmniej godzinę, albo i więcej”

„Proszę zamówić taksówkę tak żeby była przed hotelem za pół godziny”

Dokładnie pół godziny później wsiadła do taksówki

„Na ulicę Jabotynski w Jerozolimie poproszę” – powiedziała po angielsku do kierowcy

Odwrócił się do niej i przez ułamek sekundy zmierzył ją wzrokiem

„Do konsulatu, prawda?” – zapytał po polsku

„Skąd pan wie?” – zapytała zdziwiona

Zaśmiał się

„Ten z hotelu co mnie zamawiał powiedział, że będzie kurs do polskiego konsulatu w Jerozolimie”

„A ja myślałam, że pan tak się zna na ludziach”

Znowu się zaśmiał i zaraz skupił się na prowadzeniu auta.

Ruch na drodze był intensywny i na pierwszy rzut oka niezdyscyplinowany. Po wjeździe do Jerozolimy kilkukrotnie stali w korkach.

Pod konsulat podjechali kilka minut przed piętnastą. Zameldowała swoje przybycie u urzędniczki w recepcji. Była to ta sama osoba z którą rozmawiała telefonicznie. Poprosiła ją do poczekalni i kazała czekać.

Po kilku minutach wyszedł do niej młody mężczyzna. Przedstawił się i poprosił do pokoju.

„Słyszałem, że potrzebuje pani pomocy. W czym mogę służyć?”

„Nazywam się Janina Siekowska. Mieszkam w Łodzi…”

„Przepraszam” – przerwał jej – „Ma pani paszport?”

„Nie…To znaczy tak!” – podała mu swój duński paszport otrzymany od Mietka

Urzędnik otworzył go i chwilę się przyglądał fotografii w paszporcie porównując ją z siedzącą przed nim Janiną

„Widzę, że ma pani duński paszport i nazywa się Karen Knudsen. Wynika z niego, że ma pani duńskie obywatelstwo. Powinna pani po pomoc zgłosić się do duńskiego konsulatu”

„Nie! Jestem Polką i mam polskie obywatelstwo i nazywam się Janina Siekowska…”

„Dlaczego w takim razie podała mi pani duński paszport z pani zdjęciem?”

„Bo innego nie mam…”

„Nie rozumiem”

„Mój polski paszport zabrała egipska policja, a ten dał mi mój mąż abym miała gdyby ktoś chciał mnie wylegitymować”

„Aha. Rozumiem. Pani mąż jest Duńczykiem”

„Nie. Jest Szwedem, ale ma polskie obywatelstwo…To znaczy, wychował się w Szwecji ale jest polskim Żydem”

„Jak się nazywa pani mąż?”

„Mieczysław,…to jest chciałam powiedzieć Melker Goldberg”

„Pani ma inne nazwisko. Knudsen. Prawda?”

„Nie! Mówiłam przecież, że nazywam się Janina Siekowska! Niech pan to zapamięta. Siekowska!”

„Dobrze, dobrze. Proszę się nie denerwować. Pani mąż ma inne nazwisko, dlatego zapytałem…”

„Mój mąż ma inne nazwisko niż ja, bo nie jest moim mężem”

„Nie rozumiem”

„No, na kocią łapę żyjemy! Teraz pan rozumie?”

„Rozumiem. Gdzie on teraz jest”

„Kto?”

„No ten pani mąż”

„Nie jest moim mężem”

„Rozumiem. Może jednak będziemy o nim mówili jak o pani mężu. Ułatwi nam to rozmowę. Gdzie on teraz jest”

„Wezwany został na rozmowę, czy raczej na przesłuchanie do tutejszego urzędu bezpieczeństwa”

„Nie rozumiem”

„Jeszcze przed wczoraj wieczorem, jak byliśmy w restauracji i jedliśmy łososia norweskiego, to podszedł do nas taki jeden i dał mu wezwanie”

„Kelner dał to wezwanie?”

„Nie!…Do cholery! Przecież mówię. Podszedł do nas taki jeden. Przedstawił się i powiedział że jego szefowie chcą rozmawiać z moim mężem”

Janina zaczęła się denerwować. Zdała sobie sprawę z tego, że plącze się w przedstawieniu swojej sprawy

„To znaczy, ten co podszedł do was w restauracji znał się z pani mężem. Tak?”

„Nie. ale poznał męża. Bo to są, proszę pana szpiedzy. Oni się nawzajem poznają”

„Nie rozumiem. Kto jest szpiegiem?”

„No, mówię przecież. Mój mąż i ten co podszedł”

Tym razem urzędnik zaczął się denerwować. Zaczął uważnie obserwować Janinę i nawet cofnął się odruchowo w fotelu gdy ona gwałtownie poprawiła się na krześle

„Proszę się uspokoić” – powiedział do niej łagodnie – „Może lepiej będzie jak zacznie pani od początku”

Janina ciężko westchnęła i po chwili zaczęła opowiadać

„Wszystko zaczęło się po śmierci męża…”

„Pani pierwszego męża” – przerwał jej

„Tak. Goldberga”

„Rozumiem. Pani pierwszy mąż był bratem pana Melkera Goldberga”

„Nie!!…Ja oszaleję! Mówię wyraźnie. Po śmierci męża, Melkera Goldberga”

„Nie rozumiem. To on nie żyje?”

„Żyje! Mówiłam przecież, że jest tu w Izraelu”

„Ale mówiła pani przed chwilą, że wszystko zaczęło się po jego śmierci!” – wybuchnął zdenerwowany urzędnik – „Niech pani nie robi ze mnie idioty! Ja tu pracuję i nie mam czasu na takie…”

„Nie robię z pana idioty” – zwróciła się do niego nadzwyczaj spokojnie – „Próbuję panu wszystko wyjaśnić. Niech mi pan ciągle nie przerywa”

„Przepraszam. Ja też mam swoje nerwy…Niech pani mówi”

„No więc wszystko zaczęło się gdy mąż zginął w wypadku na delegacji. Pochowałam go. Dostałam świadectwo zgonu. Na pogrzebie był jego kolega z pracy. Wkrótce się z nim związałam. Sprowadził się do mnie. Po pewnym czasie kupił dla nas wycieczkę statkiem po Nilu. Wtedy tego nie wiedziałam, ale on też był szpiegiem i na tym Nilu chciał mnie zamordować…”

„Jak się pani o tym dowiedziała?”

„Od męża”

„Boże daj mi cierpliwość” – wyszeptał

Janina zignorowała to co usłyszała i kontynuowała

„Ja wtedy nie wiedziałam, że mój mąż żyje i że przyjechał za nami aby mnie ratować ale Gerart o tym wiedział…”

„Przepraszam” – przerwał jej łagodnie – „Kto to jest Gerard?”

„Gerard Juszczyn. To ten z którym przyjechałam do Egiptu. No, wie pan, ten kolega z męża pracy z którym zamieszkałam po śmierci męża”

„Boże! Ja oszaleję”

„Ten Gerard Juszczyn to tak naprawdę nazywa się Stiepan Fiodorowicz Czukalski i jest rosyjskim szpiegiem”

„Okej” – przerwał jej – „Gdzie on teraz jest?”

„Kto?”

„No, ten ruski szpieg!” – głosem w którym słychać było rozpacz zapytał urzędnik

„Mąż mówił, że wysłał go w paczce do Polski”

Urzędnik podparł głowę rękoma i zaczął płakać

„Co panu jest? Źle się pan poczuł?”

Urzędnik nie zdążył odpowiedzieć. Do pokoju bez pukania wszedł Konsul, Mietek i kobieta z recepcji. Janina rzuciła się Mietkowi na szyję

„Mieciu! Ty żyjesz! Co się z tobą działo?”

„Potem ci wszystko wyjaśnię. Nie mogłem się z tobą skontaktować”

Podczas gdy ściskała się z Mietkiem, Konsul zwrócił się do urzędnika

„Co panu jest, panie Michale? Czemu pan płacze?”

„Nic mi nie jest, tylko jestem psychicznie wyczerpany…Jak dobrze że pan przyszedł. Muszę wziąć kilka dni wolnego” – powiedział

Zanim Konsul zdążył zareagować niemal biegiem opuścił pokój

„Pani Basiu” – zwrócił się Konsul do recepcjonistki – „Pani się dowie co mu jest”

Pani Basia posłusznie opuściła pokój. Dopiero teraz Konsul mógł się przedstawić Janinie

„Kilka minut temu pani mąż zjawił się u nas a ja w tym samym czasie dostałem telefon z naszej ambasady w Tel Awiwie. Poinformowali mnie, że otrzymali z Ministerstwa Spraw Wewnętrznych Izraela informację o tym co spotkało pani męża i panią. Pan Ambasador polecił mi abym udzielił państwu niezbędnej pomocy…”

„Ja właśnie po pomoc przyjechałam tutaj, ale nie mogłam się dogadać z tym panem co wyszedł” – przerwała mu Janina – „Opowiadałam mu co mnie spotkało. Wie pan, byłam na wycieczce statkiem po Nilu i…”

„Kochanie” – przerwał jej Mietek – „Pan Konsul wie już co cię spotkało. Nie musisz tego teraz opowiadać”

„Tak, oczywiście, że wiem” – wtrącił konsul – „Pani mąż powiedział, że jedyną pomoc jaką od nas oczekuje to wydanie tymczasowych paszportów na wasz powrót do Polski. Zaraz to załatwimy”

Konsul zaprosił ich do swojego gabinetu. Poprosił panią Basię o kawę i ciasteczka.

Podczas gdy ona szykowała poczęstunek, zabawiał gości niezobowiązującą rozmową. Po kilku minutach pani Basia przyniosła kawę i ciasteczka. Konsul skorzystał z okazji i wydał jej polecenie niezwłocznego zajęcia się wyrobieniem paszportów tymczasowych dla Mietka i Janiny.

Pół godziny później pożegnali się z Konsulem. Odprowadził ich do recepcji i przypilnował aby pani Basia wydała im formularze do wypełnienia i wykonała zdjęcia potrzebne do paszportów. Zajęło to wszystko jeszcze kilkadziesiąt minut. Pani Basia poinformowała ich że paszporty będą gotowe za dwa dni i że muszą obydwoje odebrać je u niej osobiście.

W taksówce w drodze do hotelu Janina nareszcie mogła wypytać Mietka o powody tak długiej nieobecności

„Mogłeś chociaż zadzwonić i powiedzieć, że rozmowy się przedłużają. Zrozumiałabym i byłabym spokojniejsza”

„Uwierz mi, nie mogłem. W takich sprawach są pewne procedury. Sprawdzali moją wiarygodność. Mój aparat telefoniczny oddali ekspertom do szczegółowego sprawdzenia. Sprawdzali moją prawdomówność na wykrywaczu kłamstw…”

„Znowu film opowiadasz”

„Nie, to nie film. Takie są procedury. Musieli się skontaktować z moimi przełożonymi w Polsce i Szwecji. To zabrało trochę czasu. Musiałem być cały czas do ich dyspozycji. Opowiedziałem szczegółowo o drodze ewakuacji z Egiptu, o tym co wiem o zatrzymaniu Kowalskiego i Nasiry. Oni to wszystko sprawdzali. Moje zeznania skonfrontowano z zeznaniami tych co mi pomagali i wrócili do Polski i Szwecji. Upewnili się, że ja to ja. Uzyskali potwierdzenie moich zeznań i wypuścili mnie”

„Wypuścili? Gdzie cię trzymali?”

„No, wiesz. Hotel to nie był. Takie są procedury…Ale dosyć już o tym” – zmienił temat – „Mamy kilka dni odpoczynku zanim wylecimy do Polski. Zwiedzimy kilka ciekawych miejsc w Izraelu…”

„Zwiedzania i podroży mam na razie dość” – przerwała mu – „Wolałabym zostać w Ashkelon. Podoba mi się ta miejscowość”

Dwa dni oczekiwania na paszporty spędzili na spacerach po mieście. Janina dużo czasu spędzała na plaży. Mietek w tym czasie załatwił telefonicznie bilety lotnicze do Polski i kilka swoich spraw.

Później pojechali do Jerozolimy, do konsulatu odebrać paszporty. Po powrocie do hotelu Mietek oznajmił

„Kochanie. Mam dla ciebie niespodziankę”

„Co takiego?”

„Dostałem oficjalne potwierdzenie z dowództwa w Szwecji, że moja prośba o przeniesienie na stałe do rezerwy została pozytywnie załatwiona”

„Przecież już raz zwolniłeś się z wojska. Można wierzyć, że tym razem zwolnili cię definitywnie?”

„Pytasz czy można w to wierzyć…A mam inne wyjście?”

KONIEC

Leave a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *