Z Nowym Rokiem 1988 rodzina Klimów stała się rodziną miejską. Nie dlatego że zrobili coś w tym kierunku. Nie ruszyli się ze swojej rozpadającej się chałupy, o tym, że są miastowi, wtedy nie wiedzieli. Zresztą nie tylko oni. Większość ich sąsiadów była w takiej samej sytuacji.
Stary Klima o tym, że jest miastowym, dowiedział się od dzielnicowego Stasiaka, będąc w szpitalu, w którym ratowano jego mocno wyziębione ciało. Zanim tam trafił, jechał z Głupiejowa w Kochanówce na swojej Ukrainie, solidnym rowerze radzieckiej produkcji. Tak się złożyło, że tracąc równowagę oparł się o słupek jakiegoś znaku drogowego, których ostatnio sporo postawiono przy wjeździe do ich wsi. Oparł się tak nieszczęśliwie, że dopiero co wkopany słupek razem z nim i jego Ukrainą wpadł do wypełnionego stopionym śniegiem i deszczówką rowu.
Było to około jedenastej w południe, w połowie marca. W Głupiejowie, tak nazywano szpital w Kochanówce, był u znajomego Stanisława Karasia, który pracował tam jako stróż nocny. Karaś pilnował materiałów budowlanych przywiezionych na teren szpitala. Materiały leżały tam już od miesięcy i marniały. Remont budynku miał się zacząć na początku roku, ale jak do tej pory nic się w tym kierunku nie działo. Karaś, dobry gospodarz, wychowany na wsi, nie mógł patrzyć na takie marnotrawstwo, więc pomyślał, że część tych materiałów przyda się ludziom, którzy będą wiedzieć co z nimi zrobić.
Takim, który potrzebował papy na połatanie dachu swojej chałupy, był jego znajomy, stary Klima. Wracał on właśnie od Karasia po zawarciu korzystnej transakcji, dzięki której trzy rolki papy zamiast gnić w Kochanówce, uszczelnią dach Klimowej chałupy. Karaś i obecny przy zawieraniu transakcji, Józek Nowak, kierowca szpitalnego Żuka, zobowiązali się dostarczyć papę Klimie, jak tylko wytrzeźwieją.
Negocjacje handlowe Klimy z Karasiem trwały od jedenastej wieczorem dnia poprzedniego i wpłynęły niekorzystnie na jego zdolność poruszania się rowerem, stąd ta fatalna konieczność oparcia się o ten nieszczęsny słupek w drodze powrotnej do domu. Klima próbował się wygramolić z rowu, ale dosyć szybko poddał się i zasnął, tak że jedynie głowa leżała nad powierzchnią wody oparta o pochyłość rowu.
Przechodząca od tramwaju, z młodszą córką Ewą, Walczakowa, sąsiadka Klimy, zauważyła go i pomyślała, że widzi w rowie nieboszczyka. Nie poznała sąsiada, ponieważ przy próbie wydostania się z rowu, solidnie upaćkał sobie twarz błotem. Walczakowa z krzykiem pobiegła w stronę skrzyżowania z Aleksandrowską, to tylko jakieś sto metrów. Wyskoczyła z córką na jezdnię. Ktoś życzliwy podrzucił je samochodem do portierni szpitala w Kochanówce.
Walczakowa z córką, zaraz jak tylko zadzwoniono po pogotowie, ruszyła pędem z powrotem do miejsca, w którym leżał Klima. Właśnie tam dochodziły i widziały, jak wyciągają Klimę z rowu. Wtedy go poznała. Był przytomny i prawie trzeźwy. Nie chciał wsiąść do karetki. Argumentował to tym, że musi zdążyć na drugą, do pracy do Elty. Załoga karetki prawie się zgodziła, aby go nie zabierać, był strasznie uświniony błotem, ale gdy już mieli odjeżdżać, stary Klima stracił przytomność i wpadł do rowu z wodą jeszcze raz. Tym razem głową w dół
„Kurwa mać!” – zaklął kierowca karetki – „Nie mógł z tym poczekać aż odjedziemy!… Nie doczyszczę wozu po nim”
W szpitalu odratowano go i postanowiono zatrzymać na obserwację. Pod koniec dnia przyszła stara Klimowa. Dowiedziała się od Walczakowej o całym zdarzeniu. W czasie, gdy tak sobie rozmawiała z mężem przy łóżku, przyszła siostra oddziałowa i powiedziała jej, aby przyniosła na jutro ubranie męża. Jego ubranie, które miał na sobie musieli pociąć, aby je z niego zdjąć.
Klimowa zaklęła szpetnie i zaczęła się głośno zachowywać. Została wyproszona ze szpitala. Następnego dnia, późnym popołudniem przyszedł do szpitala syn Klimów, Zenon. Przyniósł ojcu ubranie i dokumenty
„Nie mogłeś, do cholery, przynieść tego wcześniej?!… Dzisiaj już mnie nie wypuszczą”
„Prosto ze szkoły przyjechałem”
Zenek miał szesnaście lat i był uczniem Zasadniczej Szkoły Przyzakładowej należącej do Elty, zakładu, w którym pracował ojciec. Nie dane im było rozwinąć rozmowy, ponieważ do sali wszedł dzielnicowy Stasiak. Stefan Stasiak był ich sąsiadem. Mieszkał kilka domów dalej.
„Jeszcze ciebie tu brakowało” – przywitał go wściekły nieco Klima
„Jestem tu służbowo… Dowód Osobisty poproszę obywatelu…”
„Czy cię pojebało Stefan?… Nie wiesz kim jestem?”
„Dowód Osobisty poproszę…”
Dzielnicowy Stasiak w czasie, kiedy był na służbie nie uznawał spoufalania się
„Zenuś podaj mu mój Dowód”
Stasiak otworzył dokument i zaczął go dokładnie przeglądać. Po chwili zaczął urzędowo
„Imię i nazwisko proszę…”
„No, porąbało chłopa…”
„Imię i nazwisko proszę…”
„Jan Klima”
„Miejsce zamieszkania…”
„Wieś Romanów numer…” – nie dokończył.
Stasiak mu przerwał
„Nie ma takiej wsi…”
„Jak nie ma, jak jest!… Przecież też mieszkasz na Romanowie!”
„Mieszkałem…. Teraz to miasto Łódź, ulica Romanowska. Musicie obywatelu, zmienić Dowód Osobisty. A póki co wystawiam wniosek na Kolegium w sprawie zniszczonego przez was znaku drogowego, ostrzegawczego – Uwaga! Niebezpieczny zakręt w prawo”
W takich to dramatycznych okolicznościach dowiedział się stary Klima, że jest mieszkańcem drugiego co do wielkości miasta w Polsce.
„To ciul posrany!… Przyjdzie jeszcze do mnie, żeby mu wódkę sprzedać!… Gówno dostanie, a nie wódkę!”
Powiedział zdenerwowany Klima do syna po wyjściu dzielnicowego Stasiaka. Żona Klima, Marianna sprząta w domu handlowym Teofil. Jak się dobrze zakręci to potrafi przynieść do domu każdego wieczoru, nawet cztery flaszki wódki. Jak źle idzie, to tylko jedną. Dzięki temu mieszkańcy wsi Romanów, gdy nagle w nocy poczują potrzebę napicia się, nie muszą jechać do Łodzi do sklepów z szyldem „Otwarte 24h”
„Tato, jeszcze jedno… Ukradli nam naszą Ukrainę…”
„To pewno ta stara wiedźma Walczakowa ją zabrała. Była przy tym jak mnie zabierało pogotowie. Teraz to już zdążyła sprzedać ją na Bałuckim Rynku, suka jedna… A ty łazisz tam do nich, do tej małej, jak jej tam…”
„Jadźka… Chodzę z nią do jednej klasy…”
„Nogi z dupy powyrywam jak jeszcze raz cię z nią zobaczę!”
Zenek jakoś się tym specjalnie nie przejął. Ojciec mylił się twierdząc, że syn łazi do domu, do Jadźki. Chodzi tam czasami, ale tylko pod dom w nadziei spotkania Jadźki. Ona, niestety całkowicie go ignoruje.
W szkole przyzakładowej byli w tej samej klasie, ale do szkoły stary Walczak podwoził ją fiacikiem, jadąc do pracy na ósmą do Prokuratury na Ciesielskiej. Pracował tam jako portier. We wsi uważany był za wpływową osobę, nawet dzielnicowy Stasiak kłaniał mu się z szacunkiem. A on, Zenek, musiał zapychać niemal kilometr do tramwaju i jechać kilka przystanków do Elty.
W domu Walczaków, córki, a zwłaszcza Jadźka miały przykazane, aby trzymać się od Klimów z daleka, bo to mendy i złodzieje. Była to dla Klimów wielce krzywdząca opinia. Co prawda były różne donosy na nich i dosyć częste rewizje, dokonywane przez milicję, ale nigdy nic im nie udowodniono.
Starszy o pięć lat, brat Zenka, Wojciech, odsiadywał właśnie trzy letni wyrok za kradzież płaszcza, z szatni kawiarni Popularna, ale była to ewidentna pomyłka sądowa. Wojtek po prostu wziął cudzy płaszcz przez pomyłkę. To, że uciekał przed właścicielem płaszcza kilkaset metrów ma logiczne wytłumaczenie. Po prostu był przekonany, że goni go jakiś rabuś.
Jadźce nie trzeba było mówić, aby się trzymała od Zenka z daleka. Był całkowicie nie w jej typie. Zenek był niezbyt wysoki i krępej budowy ciała. Chodził zawsze przygarbiony. Swoje gęste ciemne włosy zawsze miał przetłuszczone i w nieładzie. Do tego był pryszczaty.
Jadźka kochała się w Rudolfie Walentino, niestety bez wzajemności. Rudolf był synem dzielnicowego Stasiaka i jego żony Genowefy. Wyglądem niczym nie przypominał rodziców.
Walentino… Tak nazywały go wszystkie dziewczyny z okolicy. Nazywały go tak, z tej prostej przyczyny, że był naprawdę bardzo śliczny. Wysoki, szczupły blondyn. Prawie nigdy się nie uśmiechał. A jak już się uśmiechnął do którejś, to nogi pod taką szczęściarą się uginały.
Rudolf jeździł do maturalnej klasy Technikum Włókienniczego w Łodzi. Czasami spotykał na przystanku Zenka. Patrzył na niego zawsze z góry. Nie tylko za względu na swój wzrost, ale przede wszystkim dlatego że uważał się za dużo lepszego od takich wsiowych kołków jak Zenek.
Rudolf cierpiał po cichu z tego powodu, że pochodzi ze wsi i że na wsi mieszka. Fakt przyłączenia Romanowa do Łodzi, uważał za dar Boży. Był chyba pierwszą osobą w Romanowie, to jest na Romanowskiej w Łodzi, która zmieniła Dowód Osobisty, aby mieć tam wpisany, nowy łódzki adres zamieszkania. W wolnych chwilach cieszył wzrok czytając w dowodzie wpis o zameldowaniu.
Jeszcze jednym cierpieniem Rudolfa, była świadomość, że matura z Technikum Włókienniczego daje marne szanse dostania się do Wyższej Szkoły Teatralnej na kierunek Baletu. Zostać tancerzem w balecie było jego marzeniem.
Aby zwiększyć swoje szanse na dostanie się na wymarzony kierunek studiów, Rudolf od blisko trzech lat uczęszczał na zajęcia kółka baletowego w Łódzkim Domu Młodzieży. Robił to oczywiście w tajemnicy przed rodzicami. Dwa razy w tygodniu zostawał po szkole w mieście i udawał się do Domu Młodzieży na te zajęcia. Starym wmówił, że bierze udział w dodatkowych kursach języka angielskiego.
Za kieszonkowe pieniądze kupił sobie potrzebne do tych zajęć trykoty. Dawał je matce do prania. Stara Stasiakowa dziwiła się trochę, jak je zobaczyła pierwszy raz, ale szybko przekonał ją, że taki właśnie strój do gimnastyki jest wymagany w jego szkole. Ojca, szkolne sprawy syna nie interesowały, więc tych trykotów nigdy nie widział. Reagował tylko na najmniejszą wzmiankę o baletowych planach Rudolfa.
Stary Stasiak próbował wybić mu z głowy takie fanaberie, ale jak na razie bezskutecznie.
„Wezmą cię do wojska to wybiją ci to z głowy” – mówił synowi – „Po wojsku pojedziesz do Szczytna, do Szkoły Milicyjnej i może też kiedyś zostaniesz Dzielnicowym”
Myśl o Zasadniczej Służbie Wojskowej napawała Rudolfa mieszanymi uczuciami. Ze względów czysto estetycznych, wolałby szkołę baletową, ale ostatecznie w wojsku też może być ciekawie.
A tym czasem musiał oganiać się od dziewczyn. Jedną z takich nachalnych, była Jadźka. Mimo że wzdychało do niej wielu chłopców, była ślepa na ich zaloty. Skupiła wszystkie swoje wysiłki na tym, aby usidlić Rudolfa. Słusznie uważała, że wśród innych dziewczyn ze wsi, ma najwięcej walorów, Miała na myśli przede wszystkim swoje walory fizyczne.
Jadźka w 1988 roku, tak jak Zenek, miała szesnaście lat. Była o dwa lata młodsza od Rudolfa. Wzrostem dorównywała Zenkowi, ale od czego są buty na wysokim obcasie. Swoje jasne włosy upinała w wysoki kok. Miała szczupłą sylwetkę, długie, zgrabne nogi i niestety trochę za małe piersi. Bardzo nad tym ubolewała. Czytała dużo o chirurgicznych zabiegach powiększania biustu, ale brak pieniędzy na ten cel, zmuszał ją do stosowania innych środków, sprawiających, że mogła nosić stanik o dwa numery większy. W komisie na Nowomiejskiej kupiła w tym celu specjalne wkładki z gąbki.
Aby zdobyć Rudolfa musiała się do niego zbliżyć. Kiedyś jako dzieci bawili się razem, chodzili do tej samej podstawówki, jeździli całą gromadą na rowerkach po okolicznych laskach i łąkach. Ze względu na ich wiek wtedy, ich hormony były uśpione. Potem, gdy wszyscy poszli do szkół ponadpodstawowych ich drogi rozeszły się. Widzieli się tylko okazjonalnie, w niedzielę w kościele lub na uroczystościach, w których udział brała z reguły cała wieś, jak na przykład pogrzeby.
To właśnie na pogrzebie Janiaka, sąsiada, który zginął pod kołami tramwaju, Jadźka zauważyła jak pięknie wyrósł jej dawny kolega z dzieciństwa, Rudek.
Po wyjściu z cmentarza odłączyła się od rodziców i tak manewrowała w tłumie, aby się znaleźć przed Rudolfem. Niestety nie zwrócił na nią uwagi. Zdecydowała się cofnąć gwałtownie, tak aby niechcący nadepnąć mu na stopę
„Uważaj idiotko jak chodzisz!… Chyba zmiażdżyłaś mi stopę!” – krzyknął do niej wściekle – „To boli!” – dodał płaczliwym głosem
„Przepraszam Rudek, nie chciałam. Pozwól, że zobaczę twoją stopę…”
„Obejdzie się… Odsuń się lepiej ode mnie, abyś mi nie zrobiła więcej krzywdy”
I na tym się tego dnia skończyło. Nie zraziło to jednak Jadźki. Wręcz przeciwnie. Postanowiła próbować dalej. Po jakimś czasie poprosiła Zenka by się dowiedział do jakiej szkoły chodzi Rudolf i o której wraca do domu
„Po co ci to?”
„Jedna moja koleżanka, taka Elka, interesuje się nim i chciałaby się z nim spotkać”
Zenek kupił to wyjaśnienie. Im więcej dziewczyn będzie próbowało uwieść Rudolfa, tym lepiej. Tak jak innych chłopaków, irytowało go to, że wszystkie dziewczyny marzyły tylko o Walentino. Szybko skalkulował, że jeszcze jedna która do nich dołączy zwiększy Jadźce konkurencję.
Już następnego dnia w szkole przekazał jej informacje, o które prosiła. Gdy Jadźka już to wiedziała, poczęła staranne przygotowania do następnej próby zwrócenia na siebie uwagi Rudolfa. Widziała właśnie na filmie jak skutecznie pewna dziewczyna poderwała chłopaka, w sposób który ona teraz zastosuje wobec Rudolfa.
Pewnego wtorku wieczorem, na początku kwietnia, czekała w pobliżu przystanku tramwajowego na Rudolfa. Wiedziała, że o tej porze wraca do domu. Gdy tramwaj od strony Łodzi zbliżał się do przystanku, zaczęła iść wolno Romanowską, Wcześniej przećwiczyła w jakim momencie musi zacząć iść, aby być jakieś trzydzieści metrów przed osobą wysiadającą z tramwaju. Jeszcze zanim ruszyła zaczęła się gorliwie modlić
„Panie Boże Miłościwy, spraw, aby tylko Walentino wysiadł na tym przystanku. Spraw to Dobry Boże. Jeśli tak się stanie i wysłuchasz także mojej największej prośby i Rudolf zastanie moim mężem, to przysięgam, będę najlepszą żoną na świecie. Spraw to Panie”
Pan Bóg wysłuchał Jadźkowej prośby. W każdym razie tej pierwszej części. Kiedy tramwaj się zatrzymał i po chwili ruszył dalej, kątem oka zauważyła, że wyłoniła się z za niego znajoma, uwielbiana sylwetka i nikt więcej.
Ruszyła z dumnie podniesioną głową. Na nogach miała nowe białe buciki na wysokich słupkach oraz dopiero co kupione rajstopy. Pod nimi śliczne, seledynowe majteczki, Nie za duże. Takie w sam raz. No i ta miniówa, spódniczka w różowym odcieniu pasowała perfekcyjnie do białej bluzki z żabotem. Na ramionach miała narzucony jasno niebieski płaszczyk z krempliny. Torebka pożyczona od Elki bardzo pasowała do całości. Długo się zastanawiała, czy włożyć pod bluzkę stanik, ten większy, z wkładkami z gąbki, ale w końcu zdecydowała, że lepiej będzie bez wkładek. Przecież może się zdarzyć, że Rudolf, pomagając jej wstać niechcący… Och! Daj Boże!… Ruszy jej piersi. Głupio by było, gdyby wyczuł te cholerne wkładki.
Szła tak ze dwie minuty świadoma swojego wyglądu. Była pewna, że Rudolf ją podziwia. Doszła do wniosku, że teraz już czas przejść do następnej fazy jej misternego planu. Potknęła się w wyuczony sposób i upadła na prawy bok na trawiaste pobocze wydając bolejący okrzyk
„Och!… Moja stopa!!!”
Krzyk był tak głośny, że w pobliskim domu zapaliło się światło w oknie. Mimo to nie zrobił on żadnego wrażenia na Rudolfie. Zbliżał się właśnie do niej zagłębiony w swoich myślach. Jadźka przestraszyła się, że ją minie i nie zwróci na nią uwagi
„Pomóż mi!… Umieram z bólu. Skręciłam nogę w kostce… Pomóż mi wstać”
Rudolf zatrzymał się niechętnie. Pochylił się nieco nad nią i wyciągnął rękę. Półleżąca Jadźka odchyliła się jeszcze bardziej do tyłu
„Nie sięgnę. Weź mnie pod pachę. Podeprę się drugą ręką i może jakoś wstanę”
„No, dobrze, jeśli muszę w ten sposób”
Pochylił się nad nią jeszcze bardziej i w nienaturalny sposób, niezgrabnie uniósł ją lekko do góry, ale zaraz zwolnił chwyt i Jadźka klapnęła z powrotem na trawę
„Śmierdzisz gównem… W gównie jesteś utytłana…”
W tym momencie do Jadźki dotarł smród wydobywający się z pod płaszczyka. Zauważyła, że przewracając się upadła na sporej wielkości, świeżą psią kupę.
„Wiesz, zaraz będę przechodził koło waszego domu. Powiem twoim, aby po ciebie przyszli”
Rozpacz i wściekłość sprawiły, że Jadźka zerwała się na równe nogi
„Nie musisz!…Obejdzie się. Dam sobie radę sama. Jakoś się dokuśtykam do domu” – odparła wściekła.
Rudolf stał zakłopotany, nie wiedząc co robić
„No idź już sobie!… Na co czekasz?!” – krzyknęła do niego.
Chciał coś odpowiedzieć. Otworzył nawet usta, ale się rozmyślił. Odwrócił się i bez słowa ruszył w stronę domu. Jadźka stała jeszcze chwilę patrząc za nim. Potem dopiero, w szybko zapadającym zmroku, zaczęła liczyć straty.
Cały płaszczyk po prawej stronie i na tyle, ufajdany był w rozmazanej kupie, spódniczka również. Nowe rajstopy podarte i do tego w lewym buciku skrzywiony słupek. W każdej chwili może się oderwać. Zawyła z rozpaczy i wściekłości. Głośno płacząc próbowała oczyścić się nieco jednorazowymi chusteczkami, które zawsze ma przy sobie, ale tylko pogorszyła sprawę. Płacząc ruszyła do domu.
Właśnie przechodziła koło chałupy Klimów. Przed domem stał Zenek z ojcem i spoglądali na dach. Ojciec, wskazując coś na dachu, tłumaczył synowi jak będą jutro układać papę, która już od pewnego czasu była dowieziona ze szpitala. Zenek usłyszał płaczącą Jadźkę, która właśnie przechodziła. Przestał słuchać co do niego mówi ojciec
„Co się stało, Jagódko?… Dlaczego płaczesz?”
„Nie twój interes!… I nie mów do mnie Jagódko!”
Na szczęście dla Jadźki było już tak ciemno, że nie zauważył plam na płaszczyku. Niestety ciemność nie ukryła przykrego zapachu. Zenek pociągnął nosem
„Wracasz z kościoła?” – zapytał
„Dlaczego z kościoła?…Przecież jest wtorek”
Odparła zaskoczona niedorzecznym pytaniem o kościół
„No, bo tak pachniesz jakimś… Kadzidłem, chyba”
„Gównem, nie kadzidłem… Głupi jesteś”
Pociągnął nosem jeszcze raz. Chciał coś powiedzieć, ale Jadźka nie czekała. Poszła dalej. „
Mówiłem ci tyle razy, głupolu, abyś się z nią nie zadawał!”
Zganił go ojciec, który teraz dopiero zauważył, że Zenek rozmawiał z Jadźką zamiast słuchać jego wyjaśnień dotyczących jutrzejszej naprawy dachu.
„Ojciec, jeszcze raz nazwiesz mnie głupolem, to sam będziesz naprawiał dach”
„Głupol jesteś! Będę cię nazywał tak tyle razy, ile będę chciał!”
„Tak?… To pocałuj mnie w dupę!” – odkrzyknął wzburzony Zenek
„O! Żesz ty skurwysynu!”
Stary Klima ruszył w stronę Zenka. Ten nie czekając, ruszył biegiem w górę ulicy. Stary pognał z wyzwiskami za nim jakieś pięćdziesiąt metrów, ale zaraz się zasapał i wrócił do domu. Zenek biegł jeszcze jakiś czas. Wiedział, że ojciec już go nie goni, ale wiedział też, że jak wróci do domu to nie obędzie się bez awantury i bicia ze strony ojca.
Nie tak dawno temu, zaraz po wyjściu ojca ze szpitala pokłócili się o coś i ojciec uderzył go w twarz. Ledwo się powstrzymał od oddania mu. Przysiągł sobie, że jak się to powtórzy to spuści ojcu wpierdol. Bardzo jednak chciał tego uniknąć.
z Romanowskiej w ścieżkę, w prawo, w kierunku Aleksandrowa. Po kilkuset metrach doszedł do jakiś wykopów. Przypomniał sobie, że słyszał o nowych blokach które tu są budowane. Obok stały jakieś budy na kołach. W jednej były uchylone drzwi. wszedł do niej. W kącie stała stara wersalka, jakiś stolik. Wszędzie leżały puste butelki. Cuchnęło moczem. Zenek postanowił spędzić tu noc. Wróci do domu rano, jak starzy pojadą do pracy.
W połowie kwietnia noce były jeszcze dosyć chłodne. Zenek nie miał na sobie nic ciepłego. Uciekł przed ojcem w koszuli. Na szczęście z długimi rękawami. Długo nie mógł usnąć z powodu chłodu.
Było już dobrze ciemno, kiedy wyszedł poszukać czegoś do przykrycia się. Nie wiedział czego szuka, ale coś musi znaleźć. Na budowie znalazł papierowe worki po cemencie i starą plandekę, a właściwie kawałek plandeki. Zabrał ze sobą ten kawałek i pięć worków. Ułożył się na wersalce, przykrył plandeką i na wierzch narzucił worki Zmarzł w nocy na tej śmierdzącej wersalce.
Obudziły go jakieś głosy. Było już widno. Nie miał zegarka, ale ocenił, że musi być koło ósmej. Starzy pojechali już do roboty. Wstał z wersalki i dopiero wtedy zauważył, że całe ubranie jest szare od cementu. Z dziesięć minut otrzepywał się, ale niewiele to pomogło. Wyszedł na zewnątrz. W pobliżu, kilku budowniczych siedziało na taczkach i popijało piwo. Zawahał się i chciał się cofnąć do środka, ale było już za późno. Jeden z nich zauważył go i wskazał pozostałym
„O!… Ten tu zapieprzał nocną zmianę!… Ha! Ha! Ha!”
„I to jak zapieprzał!… Patrzajta jak się uwajdał” – dodał drugi.
Pozostali zarechotali rozbawieni Zenka widokiem
„Ee! Chopie!… Cho no tu!… Chcesz piwka?!”
„Nie dziękuję, muszę do domu” – odparł Zenek zmieszany
„Piwo z rana, jak śmietana. Ha! Ha! Ha!… Napij się z nami, lepiej się poczujesz”
„Nie, dziękuję. Która godzina jest teraz?”
„Po ósmej dziesięć. Co tu robisz? Ukraść chciałeś coś?”
„Daj mu spokój Leon. Niech sobie idzie. Widzisz, że to chłopak jeszcze. Pewno sobie wczoraj popił i bał się w domu pokazać”
Zenek zdobył się tylko na słaby uśmiech i bąknął cicho
„Do widzenia”
W domu, tak jak przypuszczał nikogo nie było. Klucz znalazł pod kamieniem przy oknie. Zawsze tam go chowali. W mieszkaniu szybko się rozebrał. Na piecu stał kociołek z ciepłą jeszcze wodą. Umył się w miednicy przy oknie. Brudną wodę jak zawsze chlusnął przed dom.
W swoim pokoju ubrał się w ciepłe rzeczy. Do turystycznej torby zapakował coś na zapas. Torba przydała się teraz. Kupił ją rok temu jak jechali ze szkoły na kilku dniową wycieczkę do Krakowa. Ojciec go za ten zakup opieprzył. Wyrzucone pieniądze, twierdził. Przecież można było zapakować się w ich starą kartonową walizkę, którą ojciec miał jeszcze po swoim ojcu. Uśmiechnął się do siebie, gdy tak sobie przypomniał tamtą awanturę o torbę
„Nie będzie już mi stary zrzęda mówić co mam robić lub nie robić” – mruczał pod nosem.
Gdy był już spakowany, zrobił sobie solidne śniadanie. Na maszynce elektrycznej usmażył jajecznicę z sześciu jajek. Wkroił do niej prawie pół kilo zwyczajnej. Do tego trzy duże pajdy chleba. Popił zimnym mlekiem.
W czasie jedzenia zastanawiał się czy napisać coś do matki. Ale za bardzo nie wiedział co, więc nic nie napisał. Przed wyjściem schował do torby resztę chleba, kilka puszek konserwy turystycznej, które matka zawsze trzymała w kuchennym kredensie na czarną godzinę.
W pokoju, który dzielił z Wojtkiem, gdy ten był na wolności, w sekretnym miejscu, schowane miał prawie sto tysięcy złotych. To było tyle co trzy matczyne zarobki miesięczne. Te pieniądze były tylko jego. Odkładał je na upragniony motor. Niestety ceny motorów na giełdzie samochodowej rosły z miesiąca na miesiąc. Im więcej pieniędzy miał w schowku, tym zakup motoru bardziej się oddalał. Po prostu ceny motorów rosły szybciej niż Zenkowe oszczędności.
„W dupie mam motor. Wrócę tu taką furą, że im wszystkim oczy zbieleją. Jadźka jeszcze będzie bardzo chciała abym na nią spojrzał”
Mamrotał, gdy upychał pieniądze w torbie i po kieszeniach. Jeszcze od drzwi wrócił się do pokoju. Z szafy wyciągnął zimową kurtkę. Nałożył na siebie. Pomyślał, że jest chyba nie odpowiednia na wiosnę. Chciał ją odwiesić do szafy, ale przypomniała mu się ostatnia noc, więc szybko nałożył ją z powrotem. Klucz schował pod kamień i ruszył w stronę Aleksandrowskiej.
Po trzech dniach nieobecności Zenka matka przekonała męża, aby poszedł do Dzielnicowego Stasiaka i się go poradził co robić. Klima poszedł tam wieczorem.
„Poradź, Stefan co robić. Mam kłopoty z chłopakiem. Od trzech dni nie ma go w domu”
„Chciałbym mieć takie kłopoty ze swoim”
„Co ty narzekasz na swojego. Chłopak spokojny, elegancki, nie włóczy się po nocach nie wiadomo, gdzie”
„Co ja narzekam? To chłop jest? Od wczoraj siedzi w domu i ryczy jak baba. Do szkoły nie poszedł…”
„A co się stało? Pobił go kto?”
„E tam, pobił… Fanaberie jakieś we łbie mu się zalęgły”
Stasiak nie chciał powiedzieć, właściwie to się wstydził mówić o tym co się stało poprzedniego dnia. Otóż Stasiakowa zrobiła pranie i jak zawsze wyprane i wysuszone rzeczy ułożyła w trzy kupki. Jedną ze swoimi ciuchami, drugą z mężowymi i trzecią z rzeczami Rudolfa. Coś jej odwróciło przy tym uwagę i Rudka baletowe trykoty włożyła między rzeczy męża.
„Co to, kurwa jest?!” – zapytał zdenerwowany Stasiak, gdy wkładał swoje rzeczy do szafy
„To strój do gimnastyki Rudka. Daj, odłożę na jego rzeczy. Schowa sobie jak przyjdzie”
„To, do gimnastyki?! Takie pedalskie rajstopy?!”
W tym momencie wszedł do domu Rudolf.
„Co to jest?!… Ty to nosisz?! Nie wstydzisz się?!”
„Co się mam wstydzić. Tańczę w tym w balecie…”
„Już ja ci wybiję ze łba ten balet!!!”
Stasiak, czerwony ze wściekłości złapał nożyczki i pociął Rudolfowe trykoty w kawałki. Był tak zdenerwowany, że z rozpędu pociął jeszcze kilka niewinnych rzeczy Rudka i niechcący swoje nowe kalesony.
Rudolf z płaczem pobiegł do swojego pokoju
„I coś ty, głupi narobił. Co ci to przeszkadza, że chłopak sobie trochę tańczy?”
„Trochę tańczy?! Czy ty nie widzisz, matka, na co on wyrasta?… W balecie chce tańczyć… Przecież tam tańczą same pedały!”
„Głupi jesteś”
O tym wszystkim Dzielnicowy Stasiak nie chciał rozmawiać z Klimą, więc szybko zmienił temat.
„Więc mówisz, że twojego nie ma w domu od trzech dni… Może pojechał gdzieś do krewnych? Sprawdzałeś to?”
„Gdzie tam, do krewnych. Moja rodzina pod Białymstokiem mieszka. Stara ma tylko brata. Od lat nie ma od niego wiadomości z Kanady”
Stasiak poszedł w głąb mieszkania. Otworzył drzwi do pokoju Rudolfa
„Nie rycz jak baba, tylko pomóż szukać Zenka od Klimów. Nie ma go w domu od trzech dni”
„Jak mam go szukać?”
„Idź, popytaj chłopaków we wsi, może coś o nim wiedzą”
„Jakiej wsi? Przecież tu teraz miasto jest. Sam to wszystkim mówisz”
„Nie wymądrzaj mi się tu szczylu, tylko jazda, popytać ludzi!”
Po wyjściu Rudolfa, Stasiak poradził Klimie, aby odczekał jeszcze dwa, trzy dni i zgłosił zaginięcie syna na Komendzie Milicji na Lutomierskiej.
Rudolf nie miał ochoty na poszukiwanie Zenka. Wyszedł z domu, bo nie chciał się więcej z ojcem spierać. Szedł przez wieś, to jest, ulicą Romanowską bez celu, popłakując cały czas z powodu tego co się stało z jego trykotami. Takie śliczne i drogie były. Nikt inny na zajęciach nie miał podobnych. Gdy sobie jeszcze raz o nich przypomniał, nie mógł powstrzymać kolejnego ataku płaczu.
Właśnie przechodził obok domu Walczaków. Zauważyły go siedzące przy oknie, nad zeszytami z pracą domową, córki Walczaków. Nie sposób było nie zauważyć, że Rudolf rozpacza z jakiegoś powodu. Jadźka przykazała siostrze, aby została w domu. Szybko narzuciła sweterek na ramiona i wybiegła z domu.
„Rudi! Co się stało? Skrzywdził cię ktoś?”
Samo słowo „skrzywdził” sprawiło, że Rudek zaniósł się głośnym płaczem. Jadźka złapała się jego prawego ramienia i przyciągnęła do siebie
„Tak. Ojciec mnie skrzywdził… I to bardzo” – odparł płaczliwie, ale Jadźki od ramienia nie odpędził.
Jadźka wzięła to za dobry znak
„Powiedz mi co się stało. To ci ulży. Może będę mogła ci w czymś pomóc”
„Nikt i nic mi nie pomoże… Chyba się powieszę. Nie mam po co żyć…”
„No, co ty, Rudek? Wypluj te słowa! Chodź, pójdziemy gdzieś usiąść i spokojnie porozmawiamy. Obiecuję, że przejdzie ci ta głupia myśl o wieszaniu się”
„Nie mogę iść z tobą. Muszę szukać Zenka”
„Jakiego Zenka? Ruduś”
„Klimów Zenka, Mam pytać ludzi czy go widzieli. Ty przecież chodzisz z nim do szkoły”
„Ach, ten!… Gówno on mnie obchodzi Ruduś”
Przeszli tak razem jakieś sto metrów. Doszli do ścieżki prowadzącej przez młody zagajniczek w stronę Aleksandrowa. Jadźka przejęła inicjatywę i tak prowadziła Rudolfa, że skręcili w tą ścieżkę.
Przez cały czas wypytywała go o to co się stało. W końcu słowo po słowie wyciągnęła od niego całą historię o trykotach. No, powiedzmy, prawie całą. Rudek nie chciał z jakiegoś powodu opowiedzieć o swojej wielkiej miłości do Baletu. Możliwe, że jego ramię mocno przyciskane do lewej piersi Jadźki miało też jakiś wpływ na to, że pierwszy raz skłamał i powiedział jej, że zajęcia baletowe w jego szkole są obowiązkowe.
Po kilkuset metrach doszli do tej samej budowy, do której kilka dni temu doszedł Zenek. Trafili nawet w pobliże tej samej budy, w której on nocował.
„Ruduś, chyba zaczyna padać, schowajmy się pod dach”
Istotnie, pierwsze duże krople spadły na nich jednocześnie z wyraźnie słyszanym grzmotem. Zrobiło się nagle dosyć ciemno. Błysnęło bardzo wyraźnie i po chwili usłyszeli długo trwający, groźnie przewalający się pomruk. Zagrzmiało znacznie bliżej niż poprzednio.
„Nie lubię burz” – stwierdził wyraźnie wystraszony Rudolf
„Boisz się, Rudi?”
„Nie, ale nie lubię” – odrzekł bez przekonania
„Ze mną nie musisz się bać… Chodź schowamy się do tej budy”
Rudolf nie protestował, gdy Jadźka niemal siłą wciągnęła go po dwóch stopniach do budy na kółkach. Wyglądał na sparaliżowanego strachem.
„O! jest nawet kanapa. Usiądźmy sobie Ruduś… Co tak się trzęsiesz? Nie bój się, kochany” – powiedziała do niego ciepło.
Rudek nawet tego „kochany” nie zauważył. W każdym razie nie zareagował. Wpatrywał się przerażony w niewielkie okienko. Kiedy się błysło zasłonił oczy lewą dłonią. Prawą nie mógł. Jadźka tak mocno przyciskała jego prawe ramię do siebie, że mu prawie całkiem zdrętwiało.
„Ruduś… Słyszysz mnie?… Musimy tu przeczekać tą burzę. Przytul się. Będzie nam cieplej razem”
Potężny huk wstrząsnął Budą. Głowa Rudka z wielką siłą opadła na łono Jadźki
„Boże! Teraz albo nigdy” – Pomyślała pełna nadziei.
Dobry Pan Bóg sprawił, że odbyło się „to” teraz.
Burza jak szybko przyszła, tak szybko minęła. Nie minęło dziesięć minut jak przez maleńkie okienko zajrzało zachodzące słońce. Jednak Jadźka i Rudek zostali w tej budzie jeszcze kilka godzin. Tak na wszelki wypadek. Chcieli się upewnić ze burza nie wraca. Wyszli stamtąd około jedenastej. Niemal biegiem pobiegli w stronę Romanowskiej. Przed domem Rudolf dostał gorący pocałunek, przed którym się nie bronił i usłyszał
„Do jutra, kochany”
Od tamtych dni minęło dokładnie trzydzieści lat. Teraz od strony Aleksandrowskiej, świeżo wyremontowaną ulicą Romanowską, jechał wolno duży, biały samochód na niemieckiej rejestracji. Za kierownicą siedział przystojny, elegancko ubrany, lekko siwiejący brunet. Mógł mieć około pięćdziesiątki.
Co jakiś czas zatrzymywał auto. Rozglądał się ciekawie przez opuszczone szyby. Po chwili wolno jechał dalej. Pokonał pierwszy zakręt w prawo. Po około dwustu metrach, pamiętał, droga, a teraz ulica, powinna skręcać w lewo. Dojechał do tego miejsca. Był w pewnej rozterce. Według tabliczek z nazwą ulicy skręca ona w lewo, jednak jakość jej, gwałtownie się pogarsza w tym miejscu. Ta, widać świeżo wyremontowana część ulicy, którą jechał do tej chwili prowadzi dalej, prosto. Mógł oczywiście skorzystać z nawigacji samochodowej, ale postanowił w Łodzi z niej nie korzystać. Wstydził się przed samym sobą na myśl, aby z niej korzystać w swoich rodzinnych stronach.
Wysiadł z auta. Spojrzał z niedowierzaniem na tabliczki z nazwą ulicy. Pomyślał ze może jacyś żartownisie je poprzestawiali, ale nic na to nie wskazywało. Były solidnie zamocowane i widać, że nowe. Pod tą, która wskazywała, że Romanowska, ta wyremontowana, biegnie prosto znalazł dopisek „dojazd do numerów 55a do 55r”.
Wsiadł w z powrotem do auta i ruszył w tamtym kierunku. Po krótkiej jeździe znalazł się wśród nowych bloków mieszkalnych. Wszystkie prawie jednakowe, tylko jeden, tuż przy krańcówce autobusu miejskiego, był inny, kilka pięter wyższy. Z trudem znalazł miejsce do zaparkowania auta.
Zanim wysiadł wyciągnął kasetkę z pigułkami. Wysypał na dłoń odmierzoną działkę. Połknął, popił wodą z butelki. Spojrzał na zegarek. Dochodziła osiemnasta. Wysiadł. Niespiesznie ruszył między bloki. Zauważył numeracje budynków. Wszystkie miały adres Romanowska 55 z kolejnymi literami alfabetu. Rozśmieszyło go to
„Ciągle tu budują, ciekawe jak sobie poradzą jak alfabet się skończy?” – pomyślał.
Obszedł tak całe osiedle
„Przecież po drugiej stronie tamtej drogi To już Aleksandrów”.
Zaczynał pomału przypominać sobie jak tu jeździł do sklepów rowerem, solidną radziecką Ukrainą. Matka wysyłała go czasem do Aleksandrowa po to, aby kupił coś co ona zapomniała kupić po pracy w Teofilu.
Od nich z chałupy było bliżej do Aleksandrowa niż do Teofilowa w Łodzi. Zamyślił się.
„Ciekawe, czy chałupa jeszcze stoi?… I co tam zastanę?”.
Nagle ruszył szybszym krokiem w stronę miejsca, gdzie zaparkował samochód. Po kilku minutach zorientował się, że podąża w złym kierunku. Przystanął, rozejrzał się, ale nie był pewny w którą stronę iść. Wyciągnął telefon. Otworzył aplikację Google Maps. Chwilę odczekał. Znalazł swoją pozycję. Znalazł również ulicę Romanowską na mapie. Tak tędy jechał, zaraz za tamtym budynkiem zaparkował. Oderwał wzrok od telefonu, jeszcze raz się rozejrzał
„No, oczywiście to za tamtym budynkiem zaparkowałem”
Po chwili wyjeżdżał z Zielonego Romanowa. Już wiedział jak to miejsce się nazywa. Spacerując, zauważył tablicę informacyjną z nazwą osiedla. Gdy dojeżdżał do miejsca, w którym wysiadł oglądać tabliczki z nazwą ulicy, skręcił bez chwili wahania w prawo. Musiał przyhamować. Znalazł się na starym, dziurawym, częściowo niechlujnie połatanym asfalcie
„Nareszcie w domu” – pomyślał z rozrzewnieniem.
Nic się tutaj nie zmieniło. Gdzie nie gdzie nowe budynki. Uświadomił sobie nagle, że w zasadzie nie pamięta, jak nazywali się sąsiedzi ze wsi Romanów. Większości z nich nie potrafiłby teraz przypisać do zabudowań. Zwolnił bardzo, zirytował tym kierowcę samochodu jadącego za nim. Zjechał, ile się dało na bok. Zauważył wściekłą minę tego który go teraz mógł wyprzedzić.
„Jest!” – krzyknął.
Stara chałupa Klimów stała tak jak ją pamiętał. Tylko nigdy niemalowane deski elewacji były bardziej czarne, połatane kawałkami blach i papą. Na tle ciemniejącego nieba rysował się kontur zapadającego się po środku dachu z pochylonym niebezpiecznie kominem.
Wjechał na podwórko. Bramy nie musiał otwierać, nie było jej. Płot od strony ulicy zarośnięty był dzikimi, nieregularnymi krzakami. Wysiadł z auta. W sąsiednich posesjach rozszczekały się psy. W koło leżały w nieładzie jakiś rupiecie. Po lewej stronie w śród tych rupieci stała stara studnia z wiadrem na łańcuchu.
Zauważył w oknie kuchennym słabe światło. Podszedł bliżej. Nie, to nie słabe światło. To od dawno nie myte szyby tłumiły światło. Były tak brudne, że nic przez nie, nie mógł zobaczyć. Obszedł dom dookoła. W pozostałych oknach było ciemno. Stary wychodek jak stał przy płocie lekko pochylony, tak stoi. Tylko krzaki go otaczające są większe.
Jakieś pięćdziesiąt metrów za domem, na ich polu ktoś wybudował solidny dom, ogrodzony równie solidnym betonowym parkanem. Pomyślał, że może starzy się pobudowali. Jeszcze jak chodził do podstawówki ojciec przestał uprawiać ziemię. Ten kawałek pola co do nich należał wydzierżawił sąsiadowi. Przypomniał sobie, że ten sąsiad nazywał się Gabrysiak.
Już miał tam iść, ale to światło w starej chałupie nie dawało mu spokoju. Postanowił najpierw zajrzeć do starego domu. Doszedł do drzwi. Przycisk dzwonka wisiał na jednym druciku. Przypomniał sobie jaki był dumny z siebie, gdy jako dziesięciolatek sam zamontował go jako prezent dla mamy na Dzień Matki.
Zapukał do drzwi. Nikt nie odpowiedział. Zapukał jeszcze raz, tym razem mocniej. Cisza. Nacisnął klamkę, wszedł bez pukania
„Jest tu kto?!” – zapytał, niemal krzycząc.
Cisza. Z niewielkiego korytarzyka wszedł do kuchni. Nic się tu nie zmieniło od czasu, gdy opuścił ten dom. Po za jednym. Wszystko było bardziej zniszczone i brudne. Kredens kuchenny w górnych drzwiczkach miał wybitą szybkę, jednej szuflady brakowało a lewe dolne drzwiczki wisiały niedomknięte na jednym zawiasie. Ława, na której stały wiadra z wodą, w dalszym ciągu obita była tą samą ceratą. Od strony okna wyblakłą i popękaną. Firanki w oknie, kiedyś białe, były teraz ciemnoszare. Dziurawe, ciężkie od brudu, krzywo zwisały z ramy nad oknem. Na stole pod oknem, zasłanym starymi gazetami walały się resztki chleba. Jakaś niedojedzona puszka konserw wypełniona była niedopałkami papierosów. Porcelanowy kubek bez ucha z czymś czarnym w środku dopełniał obrazu.
Na kaflowym piecu kuchennym stały dwa zakopcone garnki przykryte pokrywkami. Wyciągnął rękę, aby zajrzeć do nich, tak jak to zawsze robił, gdy przychodził głodny ze szkoły, ale w ostatniej chwili powstrzymał się. Zapach jaki unosił się nad piecem, sprawił ze cofnął się z obrzydzeniem. Przewrócił przy tym kilka pustych butelek stojących przy piecu. Nie zauważył je. Teraz dopiero spojrzał na podłogę. Właściwie, pomyślał, to nie podłoga tylko klepisko. Chyba nie była szorowana od lat.
Doszedł do drzwi do pokoju, w którym mieszkał kiedyś z bratem. Otworzył je. Ogromny zaduch przepoconej, brudnej pościeli uderzył w jego nozdrza. Sięgnął ręką do włącznika światła przy drzwiach. Mocna żarówka bez klosza na chwilę go oślepiła. Po chwili zauważył śpiącego w ubraniu mężczyznę, leżącego na „jego” żelaznym łóżku. W pokoju brakowało drugiego łóżka, na którym sypiał Wojtek. Po za tym nic się tu nie zmieniło.
Podszedł do śpiącego. Mężczyzna leżał na plecach i ciężko oddychał przez sen. Poczuł woń alkoholu, połączoną z zapachem wymiocin. Poruszył kilka razy jego ramieniem. Gość nagle się przebudził. Przetarł oczy i zasłoniwszy je ręką od ostrego światła żarówki spojrzał z dołu na Zenka
„Co jest?… Dajcie mi święty spokój. Zdrowy jestem. Nie chcę tam wracać” – po chwili dotarło do niego, że jest we własnym domu – „Czego?!… Co pan tu robi? Ma pan nakaz?” – zapytał agresywnie
„Wojtek, to ty? Ledwo cię poznałem”
„Co pan robi w moim domu?!”
„Nie poznajesz mnie?… Wojtuś, to ja, twój brat Zenek”
Na twarzy Wojtka malowało się przerażenie. Usiadł gwałtownie, chciał się podnieść, ale nie zdołał utrzymać się na nogach. Opadł z powrotem na łóżko opierając się o ścianę
„Niech pan sobie idzie… Łeb mi strasznie pęka”
„Wstawaj Wojtuś, pomogę ci przejść do dużego pokoju, usiądziemy przy stole i porozmawiamy. Przypomnisz sobie mnie”
Zenek chwycił brata pod rękę i niemal siłą postawił na nogi. Przeszli przez kuchnię do korytarzyka. Po jego drugiej stronie był „duży” pokój, a za nim sypialnia rodziców.
Duży pokój był u nich pomieszczeniem reprezentacyjnym. Im, dzieciakom nie wolno było w nim przebywać. Tylko w niedzielę po kościele jedli tam wspólny obiad. No i oczywiście w święta kościelne, lub gdy ktoś przyszedł do rodziców z wizytą. Ale to się nie często zdarzało.
Zmieniło się to nieco, gdy ojciec za pożyczkę związkową kupił telewizor marki Szmaragd. Telewizor stanął na honorowym miejscu w dużym pokoju, między oknami. Zawsze przykryty był wydzierganą przez matkę serwetką. Wieczorami ojciec zadzierał serwetkę do góry, włączał telewizor i siadał z matką przy okrągłym stole, przykrytym obrusem zrobionym, podobnie jak serwetka na telewizorze, przez matkę. Zenek i Wojtek siadali zwykle na podłodze przed stołem.
Weszli do pokoju. Zenek włączył światło. Zaskoczył go panujący tam porządek. Było tam dokładnie tak jak przed trzydziestu laty. Nawet kurze były pościerane, w oknach czyste firanki i podlane kwiaty.
„Kto tu sprząta?” – zapytał, gdy usiedli przy stole
„Ja… Matka każe mi tu sprzątać”
„Gdzie jest teraz mamusia?”
„Nie żyje od siedmiu lat”
„To jak każe ci sprzątać?”
„Przypomina mi o sprzątaniu co sobotę… Jezu, jak mi łeb pęka!”
„Jak ci przypomina jak nie żyje?”
„Przypomina i już… Ja nic nie wiem… Ty też nie żyjesz a nachodzisz mnie… Jezu! Mój łeb!”
„Nie powinieneś tyle pić, Wojtuś”
„To nie od picia. Nie wytrzymałbym, jak bym nie wypił”
„Chory jesteś?”
„Powiem ci coś, ale nie mów nikomu”
„Nie powiem” Wojtek rozejrzał się dookoła, jakby sprawdzał czy nikt nie podsłuchuje. Nachylił się w stronę Zenka. Zniżył głos do szeptu
„Znowu uciekłem z Głupiejowa. Ciągle mnie tam zamykają. Mówią, że mam coś w głowie. A ja jestem zdrowy jak byk, tylko ten cholerny ból głowy”
„Wojtuś, pracujesz gdzieś?”
„Gdzie tam! Tu jest strasznie! Nie ma pracy dla takich jak ja”
„Z czego żyjesz”
„Mnie dużo nie trzeba. Zbieram trochę…”
„Co zbierasz?”
„Złom… kartony, papier”
Wojtuś, czyli jutro masz czas od rana. Przyjadę tu około dziesiątej. Ogol się, wykąp, włóż na siebie czyste ubranie. Pojedziemy do dobrego lekarza… Potem coś zjemy”
„Nie chcę! Znowu mnie zamkną!”
„Nie zamkną. Pojedziemy do prywatnego lekarza”
„Nie chcę. Jutro z kumplem mamy iść na rozbiórkę do Rąbienia. Można tam zebrać ze sto kilo złomu. Kupa forsy! Nie chcę tego stracić”
„Wojtuś… Jak to mówiliśmy kiedyś?… Olej się na to. Zapłacę ci za ten stracony złom. Ile chcesz?… Dwie stówy starczą?”
Wojtek wytrzeszczył oczy, gdy zobaczył wypchany portfel brata. Zenek wyciągnął dwa banknoty po sto złoty. Spojrzał na Wojtka. Wyciągnął jeszcze jedną stówkę „
Tylko nie przepij tego. Pamiętaj bądź gotowy jutro o dziesiątej. Dobrze?”
„Dobrze, Zenuś” – odpowiedział wpatrzony łapczywie w trzy stówki leżące na stole.
Wyciągnął po nie rękę, ale Zenek przykrył banknoty swoją dłonią
„Chwileczkę, bracie. Pieniądze są twoje, ale najpierw opowiesz mi trochę co tu słychać. Mówisz, że mama nie żyje, a co z ojcem?”
„Też nie żyje” „
Co mu się stało?”
„Nic. Nie żyje” „
Ciężko się z tobą rozmawia. Będę zadawał pytania a ty odpowiadaj na nie. Dobrze?”
„Dobrze, ale ja nic nie wiem”
„Kiedy zmarł ojciec?”
„Dawno… Nie pamiętam”
„Jezus, Maria!… Wojtek co ty Pamiętasz?!”
„Ja nic nie wiem. To przez ciebie. Źle się zaczęło, jak umarłeś…”
„Ja żyję!… Nie umarłem!”
„Wszyscy mówili, że nie żyjesz. Dzielnicowy powiedział matce, że nie żyjesz”
„Wojtuś, zacznijmy od początku. Co było, jak wyjechałem?” „
Co miało być? Nic nie było. Ojca zabrali do pierdla…”
„Za co go wsadzili?”
„Łeb mi pęka, nie męcz mnie… Zniknij już”
„Za co go wsadzili?”
„Za jakąś papę, co w domu znaleźli w czasie rewizji, matka mówiła tak na widzeniu. Siedziałem wtedy na Sikawie”
„Ile dostał?”
„Nie wiem, chyba trzy lata. Jak wyszedłem to go nie było” „
Kiedy wrócił?”
„Jak mama była w szpitalu… Zenuś, nie męcz. Jutro ci opowiem”
Zenek wstał od stołu. Zaczął nerwowo chodzić po pokoju. Trzy duże kroki od okna w stronę drzwi i z powrotem. Chodził tak ze dwie minuty. W pewnej chwili spojrzał na drzwi do sypialni rodziców. Podszedł do nich nagle i otworzył. Zaduch stęchlizny połączony z ostrym zapachem moczu uderzył go w twarz. Włączył światło. Podwójne, małżeńskie łóżko stojące naprzeciwko drzwi, zawalone było cuchnącą pościelą. Z jednej strony szara pierzyna odsunięta była na bok. Wyglądało tak jak by ktoś dopiero z pod niej wyszedł. Na prześcieradle olbrzymia zaschnięta ciemna plama. Wszędzie pełno pajęczyny i kurzu. „
Wojtek! Dlaczego tu tak brudno?!”
„Bo nieposprzątane”
„Ja się zabiję” – jęknął Zenek – „Przecież mówiłaś, że mama każe ci sprzątać”
„Tak, ale tylko w dużym pokoju…”
„Jak to – tylko w dużym pokoju?”
„Ano, co sobotę mówi mi – Pamiętaj Wojtuś, aby w dużym pokoju posprzątać. Może ktoś przyjdzie do nas z dobrą nowiną – Nic nie mówi, aby sprzątać gdzie indziej”
Zenek stracił już nadzieję, że się czegoś dowie od brata. Stał chwilę zrezygnowany patrząc na łóżko. Nagle przez okno, które w sypialni rodziców wychodzi na tył posesji, zauważył, że w nowym budynku na ich polu ktoś włączył światło
„Co to za dom stoi na naszym polu?”
„To już nie nasze pole, Matka sprzedała jak ojciec zmarł i nie mieliśmy pieniędzy na życie”
„To Mama nie pracowała?”
„Wyrzucili ją z Teofila”
„Dlaczego?”
„Wódkę kradła… Wyrok dostała”
„Poszła siedzieć?”
„Nie w zawieszeniu”
Zenek spojrzał na zegarek. Było już po dziesiątej. Poczuł się zmęczony tą beznadziejną rozmową z bratem
„Wojtuś, obaj jesteśmy zmęczeni. Wystarczy na dzisiaj. Jutro sobie usiądziemy gdzieś w jakiejś dobrej knajpie i sobie dalej porozmawiamy. Pamiętaj… Ogol się, wykąp i ubierz w coś czystego. Będę tu o dziesiąte. Aha! Tylko z rana masz być trzeźwy jak świnia! Ani kropli gorzały! Zrozumiałeś?”
„Dobrze Zenuś”
Podali sobie ręce na pożegnanie. Odjeżdżając pomyślał, że musi jak najszybciej znaleźć się w hotelu, wziąć długi prysznic i oddać ubranie do prania. Wszystko na nim cuchnie.
Gdy dojeżdżał Aleksandrowską do Romanowskiej dochodziła dziesiąta. Z Romanowskiej wyjeżdżały dwa samochody pożarnicze. Po kilku minutach jazdy, już z daleka zobaczył niewielki tłum ludzi stojących na wysokości ich domu. Zaniepokoił się, że te samochody pożarnicze mogły mieć coś wspólnego z ich domem. Tak też było.
Po domu praktycznie nie było śladu. Tylko krzywy komin i piece, solidnie osmolone, stały na swoim miejscu. Kilku policjantów i strażak rozwijali taśmę z napisem Policja. Zaczęli od studni, zaczepiając ją o nadpalone krzaki, w stronę wychodka. Chciał wjechać na podwórko, ale wjazd blokował duży, policyjny radiowóz.
„Proszę stąd odjechać!” – usłyszał
„Ja do brata”
Policjant spojrzał na numery samochodu.
„Spóźnił się pan. Dokumenty poproszę”
„Dlaczego? Nic nie zrobiłem”
„Chcę się upewnić, czy jest pan krewnym zmarłego…Przykro mi. Znaleźli zwłoki w pogorzelisku…”
Podał paszport. Policjant otworzył go, przerzucił kilka krotnie kartki
„Pan pozwoli ze mną…”
Podeszli do radiowozu.
„Proszę wyjść do środka”
W środku policjant połączył się ze swoim przełożonym i powiadomił, że ma tutaj krewnego zmarłego
„Wypisz mu wezwanie do mnie na jutro na dziesiątą” – zabrzmiało w głośniku.
Policjant rozłączył rozmowę. Zaczął mozolnie wypisywać wezwanie na komendę, zaglądając co chwilę w Zenka paszport. Po chwili oddał mu paszport i wręczył wezwanie
„Pan wie, gdzie to jest?”
„Lutomierska. Tak, wiem… Czy mogę teraz zobaczyć zwłoki?”
„Już ich tam nie ma. Zabrali gdzieś… Jutro na pewno będą chcieli, aby pan je zidentyfikował… To wszystko. Dziękuję panu”
Po wyjściu z radiowozu, zabrał auto i zaparkował jakieś pięćdziesiąt metrów dalej na poboczu. Wrócił się. Zastanawiał się czy nalegać, aby mu pozwolili wejść na pogorzelisko. Tylko po co? I tak nie będzie mógł w nim grzebać. Wciąż bije od niego ciepło, dymi się. A po za tym co tam miałby szukać. Już miał odejść, gdy usłyszał za sobą kobiecy, niepewny głos
„Zenek… To ty?”
Odwrócił się. Tęga, starsza kobieta uśmiechała się smutno do niego
„Zenek… No, tak. To ty! Skąd się tu wziąłeś?”
Kogoś mu przypominała, Czyżby to była Jadźka? Zauważyła, że się wahał, aby do niej podejść
„Nie poznajesz mnie? Jadwiga jestem”
„Oczywiście że cię poznaję, Jadziu. Przepraszam, że od razu nie podszedłem, ale jestem w szoku po śmierci Wojtka”
W szoku to był jak ją zobaczył. Była przecież jego rówieśnicą. Kochał się w niej bez wzajemności. Ile razy, przez te lata o niej myślał. Przecież, głównie po to przyjechał do Polski, aby ją ujrzeć przed śmiercią.
Zdawał sobie sprawę, że nie będzie wyglądała tak jak ją zapamiętał. Na pewno ma rodzinę. Chciał ją tylko zobaczyć. Może będzie okazja porozmawiać, myślał a właściwie marzył.
Wszystkie te jego oczekiwania, marzenia, rozpieprzyły się w chwili, gdy ją ujrzał. Po co przyjeżdżał. Przecież nie do ojca czy matki. Oczywiście, chciał im zaświecić w oczy tym, że się dorobił, że jest paniskiem. Chciał pokazać, że ma pieniądze, ale nie czuł do rodziców żadnej tęsknoty, a tym bardziej miłości.
Wojtek rozczarował go wczoraj bardzo. To, że nie żyje, w pewnym sensie mu odpowiadało. Jednocześnie martwiło, ale tylko z praktycznych względów. Czuł się w obowiązku urządzić mu pogrzeb. Trochę to pewno potrwa, a on nie ma nieograniczonego czasu. Musi wrócić na czas do domu. uporządkować swoje sprawy przed czekającą go operacją.
To wszystko związane z domem rodzinnym traktował jako pretekst, aby przyjechać i zobaczyć Jadźkę. A tu taki szok… Gdy się do niej zbliżył, objęła go za szyję i ucałowała w usta
„Zmieniłeś się Zenuś”
„Ty też Jadziu”
„Taka tragedia z Wojtkiem, z waszą rodziną. Nikt nie umarł normalnie…Ty przyjeżdżasz a on właśnie zginął w pożarze.”
„Byłem tu wczoraj. Rozmawiałem z nim…Co masz na myśli mówiąc – nikt nie umarł normalnie – Jadziu?”
Jadźka rozejrzała się dookoła. Stali wśród grupki gapiów. Ludzie zaczęli się im przyglądać. Pochyliła się w stronę Zenka i ściszonym głosem powiedziała
„Chodź do nas. Porozmawiamy”
Przeszli kawałek, ale nie weszli do domu Walczaków. Jadźka prowadziła go dalej.
„Nie mieszkasz już tu?” – zapytał
„Nie. Ewa z mężem teraz tu mieszka. Rodzice wyprowadzili się do bloków w Łodzi. My mieszkamy tam dalej… Pamiętasz Dzielnicowego Stasiaka?”
„Oczywiście. Pamiętam”
„To mój teść”
„Zaraz… To znaczy, że twoim mężem jest Walentino…”
„Jaki on tam Walentino. Rudek bardzo się zmienił. Zresztą zaraz zobaczysz. Szykuje się do pracy. O dwunastej zaczyna służbę, Jest dzielnicowym na Kozinach”
„Nie daleko pada jabłko od jabłoni” – bąknął pod nosem
„Coś mówiłeś?”
„Nic specjalnego. Powiedziałem, że poszedł w ślady ojca”
„A, Tak. Nawet mieszkamy z nim. Teściowa dawno temu zmarła na raka. Stary jest na emeryturze. Ma depresję. Zabrali mu emeryturę mundurową, teraz ma minimalną. Gówno nie pieniądze”
Tak sobie rozmawiając doszli do domu Stasiaków.
„Rudi! Zobacz!… Nieboszczyka przyprowadziłam do domu!” – krzyknęła zaraz od drzwi.
Z łazienki wyjrzał namydlony do golenia Rudolf. Spojrzał pytająco na Zenka. Nie poznał go. Spojrzał na żonę
„O czym mówisz Jadziu, o jakim nieboszczyku?”
„Nie poznajesz? To nasz zaginiony sąsiad, Zenon Klima. Ojciec pomógł im otrzymać uznanie Zenka za zmarłego…”
„Ty jesteś Zenek? Nigdy bym nie poznał. Przeszedłbym obok i bym nie poznał”
„Nic nowego. Dawniej też przechodziłeś obok i nie poznawałeś”
Odpowiedział z uśmiechem jednocześnie podając rękę na powitanie. Przywitali się. Przy okazji Rudolf pomydlił Zenkowi dłoń. Zenek rozejrzał się bezradnie za ręcznikiem
„Jadźka. Podaj mu jakiś czysty ręcznik” – i zwracając się do Zenka – „Przepraszam cię… Za dwie minuty skończę się golić… Taka tragedia. Szkoda, że nie przyjechałeś wcześniej. Może by nie doszło do tej tragedii”
„Rozmawiałem z nim wczoraj”
Jadźka poprosiła Zenka do pokoju. Po chwili przyniosła ręcznik.
„Może byś coś zjadł?”
„Nie. Dziękuję. Jadłem śniadanie w hotelu”
„My też już po śniadaniu. Zrobię herbaty…”
„Chętnie się napiję. Muszę popić pigułki”
Pobiegła do kuchni. Po chwili wszedł Rudolf. Miał na sobie cywilne spodnie. Dopinał koszulę.
„Jedenasta zaraz. Na dwunastą powinienem być w pracy…”
Jadźka mu przerwała
„Zadzwoń Rudolf do Wilczyńskiego. Niech cię dzisiaj zastąpi. Zostaniesz w domu. przyszykuję coś. Posiedzimy sobie, pogadamy. Taka tragedia się znowu stała u Klimów”
„Nie chciałbym zawracać wam głowy moją obecnością. Jestem tu z pustymi rękoma… wypiję herbatę i pójdę”
Zenek nie miał ochoty zostawać u nich. Będą się wypytywać, gdzie był, co robił i w ogóle. Jednak ciekawość tego co mu powiedziała Jadźka, że w jego rodzinie nikt nie umarł normalnie sprawiła, że nie bronił się za bardzo, gdy oboje zaczęli nalegać, aby został.
Rudolf wyszedł z telefonem do kuchni. Chwilę z kimś rozmawiał. Wrócił po chwili
„Załatwione. Zostaję w domu”
„To ja mam taki pomysł. Zabieram was do miasta. Pójdziemy do jakiejś dobrej restauracji i tam sobie pogadamy” – zaproponował Zenek
„Po co wydawać pieniądze na restaurację”
„Pieniądze są po to, żeby je wydawać”
„Najpierw trzeba je mieć”
„Ja je mam. Chciałbym was ugościć z okazji spotkania”
„Ruduś, chyba jednak musimy skorzystać z zaproszenia Zenka. Nie mam w lodówce wszystkiego co bym potrzebowała. Trzeba by pojechać coś kupić”
„O, właśnie. Dobrze się składa. Ubierajcie się. Zaraz jedziemy. Powiedzcie tylko do jakiej restauracji teraz w Łodzi warto pojechać, żeby dobrze zjeść”
„Zaraz. Muszę mieć z pół godziny, aby się przebrać” – powiedziała spanikowana Jadźka
„Ok. To wy się szykujcie a ja pójdę obejrzeć co zostało z domu” „
Poczekaj. Pójdę z tobą. Inaczej cię nie wpuszczą” – stwierdził Rudolf.
Wyszli razem z domu. Po chwili byli przy pogorzelisku. Tłumek gapiów bardzo się przerzedził. Strażaków już nie było. Przed domem stał inny samochód policyjny niż ten poprzedni. W otwartych drzwiach samochodu siedział znudzony policjant. Rudolf podszedł do niego
„Cześć Rysiu. Wpuścisz nas? To jego brat tu się spalił. On tu mieszkał kiedyś”
„Dobra. Ale tylko na pięć minut. Zaraz przyjeżdżają techniczni ustalić przyczynę pożaru”
„Dzięki!”
„Tylko nic nie ruszajcie!”
Podeszli aż pod same resztki domu. Już nie czuć było żaru. W zasadzie można byłoby wejść w głąb pogorzeliska. Nic nie groziło zawaleniem. Krzywy komin, który jeszcze stał jak Zenek tu był wcześniej, zawalił się. Stały tylko piece i wypalony narożnik chałupy. W popiele zauważyć można było powyginane od ognia resztki sprzętów kuchennych, wiadra garnki, metalowy stojak na miednicę, w której się myli.
Tam, gdzie był jego pokój zostało tylko zakopcone łóżko. Obok leżały jakieś worki plastykowe i białe prześcieradło. Mimo że dzieliło ich od tego miejsca więcej niż dziesięć metrów, Zenek zauważył kilka gumowych niebieskich rękawiczek. Domyślił się, że musieli to wszystko zostawić ci którzy zabrali zwłoki Wojtka.
Rudolf stał kilka kroków za nim. Nie chciał mu przeszkadzać. Zenek odwrócił się do niego
„Nic tu po mnie”
„Faktycznie. Nic nie da się uratować. Tylko działka została. Chyba jesteś jedynym spadkobiercą, prawda?”
„Nie wiem. Nie obchodzi mnie to. Chodź, Jadzia już chyba jest gotowa”
Ruszył przed siebie, Rudolf za nim. Rzucił szybkie „dziękuję” do policjanta w samochodzie. W milczeniu przebyli resztę drogi do domu Stasiaków. Gdy weszli do środka, Rudolf poszedł do łazienki. Jadzia była już ubrana do drogi. Siedziała w kuchni przy stole z ojcem Rudolfa
„Zenek, poznajesz mojego teścia?”
„Oczywiście. Witam pana panie Stefanie. Nic się pan nie zmienił przez te lata”
Wyciągnął do niego rękę. Przywitali się. Zenek zauważył ze stary Stasiak nie za bardzo wie z kim rozmawia.
„Tato, to jest Zenek Klimów… Znasz go… To ten co zaginął”
„Aha, aha… To ten co nie żyje”
„Ten sam. Ale on żyje”
„Aha, aha”
Do kuchni wszedł właśnie Rudolf. Pomógł wstać ojcu z krzesła, Wziął go pod rękę. zaprowadził do dużego pokoju, posadził na kanapie.
„My wychodzimy. Przyjdziemy wieczorem. Nie wychodź nigdzie”
Włączył ojcu telewizor. Zbliżała się pierwsza, gdy wychodzili z domu. Zenek zatrzymał się koło samochodu, Otworzył drzwi
„Wspaniałą brykę masz” – zauważył z podziwem Rudolf
„Nie moja. Z wypożyczalni, z lotniska”
„A dlaczego na niemieckich blachach?”
„Wylądowałem w Berlinie. Przyleciałem z miasta, którego niema”
„Jak można przylecieć z miasta, którego niema?” – zdziwiła się Jadźka
„Zaraz wam to wytłumaczę. Wsiadajcie”
Po chwili zawrócił samochodem. Wolno przejechali w milczeniu obok pogorzeliska. Stał tam teraz busik strażaków i policjantów. Jacyś ludzie w ubraniach ochronnych z maskami na twarzy kręcili się w ruinach domu Klimów.
Gapiów już nie było. tylko garstka dzieciaków przyglądała się pracy ekipy dochodzeniowej. Po kilku minutach wyjechali na Aleksandrowską.
„To, gdzie jechać?” – zapytał
„Do Manufaktury”
„Gdzie to jest?”
„Zakłady Marchlewskiego, pamiętasz.? Tam teraz jest centrum handlowe. Znajdziemy tam jakąś restaurację. Pokaże ci jak jechać” – powiedział Rudolf
„To jak jest z tym miastem co go niema?” – przypomniała Jadźka
„Przyleciałem z Wittenoom w Australii. Do straszna dziura. Od kilkunastu lat straciła prawa miejskie. Nie ma jej już na mapie. Najbliższe większe miasto to Perth, leży ponad 1400 kilometrów na południowy zachód na zachodnim wybrzeżu. Jak dobrze jedziesz, to w trzynaście godzin, drogą numer 95 pokonasz ten dystans. Ale ja do Perth latam samolotem. Miasta Wittenoom już niema, ale w pobliży jest lotnisko o tej samej nazwie. Latają stamtąd małe samoloty lokalnych linii lotniczych Air Wittenoom. Lądują inne samoloty z turystami do Parku Narodowego. Wittenoom leży na skraju Parku Narodowego Karijini. W Wittenoom są największe w Australii kopalnie azbestów. Nieczynne od lat sześćdziesiątych. Razem ze mną mieszka tam teraz czterech mieszkańców. Reszta pomarła na skutek pracy przy azbestach”
„Mówiłeś, że kopalnie nieczynne” – zauważył Rudolf
„Zgadza się. Ale są tacy, jak ja, co na własną rękę wydobywają minerały z hałd lub kopią w pozostawionych wyrobiskach”
„Kupuje ktoś te minerały?”
„O! tak!… I dobrze płacą. Można się na tym nieźle dorobić. Musicie wiedzieć ze wydobywano tam bardzo dużo tak zwanego azbestu błękitnego. Występuje on zawsze z krokidolitem. To minerał z grupy amfiboli…”
„Zenuś, nam to nic nie mówi. Mów prościej” – poprosiła Jadźka „
Dobra! Nie tak dawno jak wczoraj, gdy wyszedłem z hotelu zauważyłem u jubilera na Piotrkowskiej biżuterie z krokidolitem. Znasz to na pewno, Jadziu. Ludzie ten półszlachetny kamień nazywają tygrysim oczkiem, czasem bawolim lub sokolim okiem. Zależnie od koloru. Może być niebieskawy, zielony lub w różnych odcieniach żółci. W wielu krajach ten kamień jak i wyroby z niego są zakazane. Krokidolit to też azbest”
Rudolf w międzyczasie wskazywał Zenkowi jak jechać. Zaparkowali na parkingu i udali się wybrać restaurację. Przeszli niespiesznie Placyk z fontannami. Jadźka opowiadała z zapałem jakie tu w Łodzi zmiany nastąpiły po jego zniknięciu.
W końcu zatrzymali się przy drzwiach restauracji Galicja. Rudolf polecił ją. Był tu kiedyś z kolegami uczcić coś, już nie pamiętał co.
Poprosili kelnera o stolik w spokojnym miejscu. Zaprowadził ich w róg sali, podał karty. Wybrali coś, zamówili.
„To teraz, opowiedzcie coś o sobie. Ale najpierw, Jadziu powiedz co miałaś na myśli mówiąc, że w mojej rodzinie nikt nie umarł normalnie. Bardzo mnie to zaintrygowało”
„Przepraszam, Zenuś, że tak powiedziałam, ale naprawdę, po twoim zniknięciu nad Klimami, to jest nad twoją rodziną, zawisło jakieś fatum”
„Mów co się działo”
„Jeszcze nie powiedziałeś nam jak trafiłeś do Australii” – wtrącił Rudolf
„Opowiem później. Teraz płonę z ciekawości co się tu działo”
„Zaraz po twoim zniknięciu wszyscy szukali cię po okolicy. Potem twoi zgłosili zniknięcie na milicję. Oczywiście nie znaleziono cię. Milicja wystawiła nawet specjalny lis gończy…” – Rudolf przerwał żonie
„Nie gończy. Zenek nie był podejrzany o popełnienie przestępstwa, tylko w sprawie zaginięcia. Pokazywali nawet komunikat z twoim zdjęciem kilka razy w telewizji
„Rozumiem. Co dalej” – niecierpliwił się Zenek
„Potem twojego ojca zamknęli za kradzież papy z budowy…”
„Nie za kradzież, tylko za paserstwo” – sprostował Rudolf
„Nie ważne, Rudi, za co siedział. Jak tylko go zabrali wyszedł Wojtek. Matka musiała go utrzymywać. Przykro to mówić, ale nigdy nie widziałam go trzeźwego. Potem jak ojciec wyszedł to ciągle były tam awantury. Wojtek pobił ojca kilka razy. Mój teściu namawiał starego Klimę, aby zgłosił to na Milicję…”
„Na policję, Jadziu, to było już w 94tym albo 95tym, nie pamiętam dokładnie”
„Nie możesz pamiętać. Byłeś na szkole w Szczytnie. Ale to nie ważne, 94ty czy 95ty. W każdym razie twój ojciec nie chciał zakapować syna. Trwało to aż do 2002go. Wtedy, w noc Sylwestrową, na Nowy Rok 2003ci, Wojtek pierwszy raz podpalił chałupę”
„Mówisz – pierwszy raz. Czy to znaczy, że podpalał ją częściej?”
„Tak. Dwa razy. Za pierwszym razem twoi starzy sami ją ugasili. Wojtek wybił szybę w oknie i podpalił firanki. Dużych szkód nie było. Było to w Noc Sylwestrową. Opowiadali ludziom, że to było od fajerwerków. Dopiero przy drugim podpaleniu Klima przyznał, że to Wojtek zrobił. Był zły na niego, ponieważ Wojtek podpalił dom i zabarykadował drzwi. Nie chciał wypuścić rodziców z płonącego domu. Uciekli przez okno na tyle budynku. Matka była już dobrze zaczadzona. Wzięli ją do szpitala a jego policja zabrała”
„Kiedy był ten drugi raz?”
„W 2006tym, dokładnie trzeciego lipca. Pamiętam, bo to było tego samego dnia co Ania, nasza córka, obchodziła dziesiąte urodziny. Ktoś wezwał straż. Część dachu się spaliła. Dom był nie ubezpieczony. Po tym wszystkim twój ojciec sam odbudowywał ten dach. Spadł z niego. Potłukł sobie głowę. Zabrali go do szpitala. Klimowa najęła jakiś pijaczków, aby dokończyli ten dach. Krzywo zrobili. Ludzie się śmiali, że dach jest siodłaty…”
„A co z Wojtkiem?”
„Sprawa była, ale nie trafił do więzienia. Badali go. Jakieś zaburzenia stwierdzili. Zamknęli go w szpitalu… Był nawet jakiś czas tu, w tym naszym, w Kochanówce, ale uciekł. Przyszedł do domu. Oczywiście zaraz go złapali. Potem uciekał jeszcze kilka razy. Zawsze wracał do domu. Łapali go po paru godzinach…”
„Czy teraz też był… Jak by to powiedzieć…na ucieczce?”
„Nie. Od czterech lat, to jest od tego czasu jak twoja matka zmarła, był na wolności, miał raka mózgu, ale nie chciał się leczyć”
„Chwileczkę. Mnie wczoraj powiedział, że matka zmarła siedem lat temu”
„Siedem lat temu to twój ojciec się powiesił…”
„Co?!”
„Po tym jak spadł z dachu miał straszne bóle głowy. Nie mógł pracować. Pod koniec to nawet wył po nocach”
„Skąd to wiesz?”
Twoja matka narzekała. Opowiadała to sąsiadom. Mówiła, że którejś nocy tak wył, że Wojtek przykrył mu twarz poduszką, aby go uciszyć. Ledwie go odciągnęła od ojca. Od tego czasu przestał brać lekarstwa, nie chciał je łykać. Ubzdurał sobie, że Wojtek jest w zmowie z matką i chcą go otruć, aby zagarnąć majątek. Którejś nocy wyszedł z domu. znaleźli go rankiem wiszącego na starej jabłoni, za domem. Tego drzewa już nie ma. Tą część działki twoja matka sprzedała razem z polem Gabrysiakowi. To ten co się tam pobudował”
„Tak. Widziałem ten dom”
Zenek poczuł, że robi mu się niedobrze, że wraca niepokój i ten straszny ból w tyle głowy. Nie wiedział czy to dlatego, że to co usłyszał do tej pory go zaszokowało, czy z powodu choroby.
Lekarze w Perth powiedzieli mu, że może to się zdarzać i że takie stany zaczną się nasilać pod koniec choroby. Prawdę mówiąc, nie było to dla niego zaskoczeniem. Miał tylko nadzieję ze nastąpi to znacznie później. Przestał słuchać co Jadźka mówiła w pewnym momencie ból ustąpił tak nagle jak nagle się pojawił
„… leżała tak od prawie miesiąca. Kontroler liczników z elektrowni przyszedł do nich. Wszedł do korytarza, do liczników, drzwi były uchylone, jak tylko wszedł do środka, poczuł trupi zapach…”
„Przepraszam, Jadziu, o czym mówisz?… Zamyśliłem się”
„Mówię właśnie jak znaleźli twoją matkę. To był lipiec, cztery lata temu. Gość z elektrowni znalazł ją martwą w łóżku…”
„Akurat jechałem radiowozem po coś do domu, jak ten gość wyskoczył w panice prosto pod koła. Ledwo wyhamowałem” – wtrącił Rudolf – „Wszedłem z nim do środka. Smród był okropny. To był gorący lipiec. Nie wiem, jak Wojtek mógł z nią w domu wytrzymać”
„Był tam jak ją znaleźli?”
„Nie. Wyszedł jak zawsze, przed południem zbierać złom. Wrócił, jak przyjechali ci z dochodzeniówki. Zaczął się awanturować, że mu matkę budzą. Zabrali go ze sobą. Potem dowiedziałem się, że pytali się, dlaczego nie zawiadomił nikogo o śmierci matki. Twierdził, że matka nie zmarła tylko śpi. Sprawdzili go. Dowiedzieli się ze się leczy psychicznie więc go puścili… Sekcja wykazała, że twoja matka otruła się dużą ilością różnych lekarstw jakie były w domu”
„Kto ją pochował? Bo chyba nie Wojtek, skoro był w takim stanie”
„Nie wiem Zenuś. Pogrzebu nie było. Sąsiedzi zebrali trochę pieniędzy i zamówiliśmy mszę za jej duszę… Dobra kobieta była” – dodała Jadźka.
Jedli chwilę w milczeniu. Zenek zorientował się, że nie czuje smaku. W pierwszej chwili zdziwił się. Sznycel na talerzu wyglądał bardzo apetycznie. Zaraz uprzytomnił sobie, że to jeden z objawów choroby. Zaczął koncentrować się na jedzeniu. Usilnie usiłował poczuć smak. Wyobrażał sobie, że czuje go. Wie przecież jak sznycel smakuję. W pewnym momencie złapał się na tym, że chyba jednak czuje ten smak. Po chwili zwątpił w to. To chyba tylko pamięć o smaku.
Nie chciał okazać niepokoju z tego powodu. Rudolf spoglądał od czasu do czasu na niego pytająco.
„Nie smakuje ci” Może nieświeży ci podali?”
„Nie, skąd. Bardzo smaczny… Jestem po prostu zdołowany tym co usłyszałem o rodzinie. Skończmy już z tym tematem. Opowiedzcie coś o sobie. Mam nadzieję, że nie będzie to nic smutnego…”
„Nie ma co w zasadzie opowiadać. Żyjemy normalnie. Dzieciaki dorosłe… Troje wyfrunęło już z domu. mają swoje rodziny. Najmłodsza Halinka skończyła osiemnaście lat. Studiuje w Krakowie…”
Zenek przerwał Jadzi
„To, ile macie dzieci?” – zapytał
„Czworo. Najstarszy Michał urodził się w styczniu, w 89. Rudek był w wojsku wtedy. Potem w 92gim urodził się Robert. Zaraz potem Rudek poszedł na szkołę policyjną. Ciężko było mi samej z dwójką chłopaków, ale teście bardzo pomagali. Pracowałam trochę w prywatnej firmie przy przewijaniu silników…”
„A ty Rudolf? Pamiętam, że obiło mi się wtedy o uszy, że chciałeś iść do szkoły teatralnej…”
„Tak. To było moje marzenie, ale wiesz, jak to jest z marzeniami…” – Rudolf odpowiedział niechętnie.
„Powiedz, Rudi, jak było. Nie mamy się czego wstydzić. Dorośli jesteśmy…”
„Jego to nie będzie interesować…”
„Przeciwnie. Wszystko, co tu się działo interesuje mnie”
Odparł Zenek, chociaż ta rozmowa zaczęła go męczyć. Dowiedział się co chciał, Chociaż czy na pewno chciał? Zaczął żałować, że przyleciał do Polski. Czuje się coraz gorzej. Może to z powodu podróży, zmiany stref czasowych. Nie takich wiadomości oczekiwał.
Szkoda, że zobaczył Jadźkę. Pamięć o tej z przed lat zastała zniszczona. Pocieszało go tylko to, że Walentino już nie jest taki Walentino. Utył, jest lekko zgarbiony. Gęba nabrzmiała, a pod nią podwójny podbródek.
„Świnia jestem, że mnie to cieszy” – pomyślał.
Z zamyślenia wyrwał go głoś Jadźki
„Z marzeń Rudka nic nie wyszło. Krótko po naszym poznaniu, zaszłam w ciążę. Nasi starzy nalegali na ślub, więc był szybki ślub. Zaraz potem Rudek poszedł do wojska i tak jego marzenia prysły”
„Ale nie żałuję tego. Mam wspaniałą rodzinę” – dodał szybko Rudolf.
Zenek miał takie wrażenie jakby Rudolf chciał zakończyć ten temat. Kończyli jeść w milczeniu. Zenek nie miał ochoty podtrzymywać rozmowy. Słyszał jak Jadźka opowiadała dalej o dzieciach. Co robią, gdzie mieszkają. Pochwaliła się, że mają dwoje wnuków. Wszystko to docierało do niego jak z za ściany.
„Co tobie jest, Zenek? Źle wyglądasz…”
„Przepraszam was. Zmęczony się czuję… Za dużo tego wszystkiego na raz… Zamówić kawę?”
„Nie. Dziękujemy. My też mamy dość. Musimy wracać. Ojciec jest sam w domu. nie wiadomo co mu może wpaść do głowy. Może też z dymem puścić chałupę…”
„Wypluj te słowa Rudek!”
Zenek zapłacił rachunek. Wyszli na zewnątrz. Dochodziło w pół do szóstej. Zaproponował, że ich odwiezie do domu. Zgodzili się. Jechali w milczeniu.
Na Romanowskiej przejechali wolno koło pogorzeliska. Taśma policyjna i tabliczki zabraniały wejścia na posesję, ale już nikt jej nie pilnował. Grupka dzieciaków szukała czegoś w popiołach.
Pojechali dalej. Zatrzymał auto przed domem Stasiaków.
„Może wejdziesz? Zrobię kawy. Mam jakieś ciasteczka w szafce…” – zaproponowała Jadźka
„Nie. Dziękuję Jadziu. Zmęczony jestem. Chcę jak najszybciej do hotelu. Chyba położę się wcześniej”
„To zapraszamy na jutro. Przyjdę z pracy po szóstej. Jadzia przyszykuje nam kolację. Opowiesz nam o Australii” – zaproponował Rudolf.
Zenek przyjął zaproszenie, chociaż wiedział, że z niego nie skorzysta. Pożegnał się z nimi.
Gdy wysiedli zawrócił samochód i odjechał. Tym razem nie zwolnił przy pogorzelisku. Z Romanowskiej skręcił w prawo w Aleksandrowską, w stronę miasta. Przy szpitalu w Kochanówce zawrócił naglę. Mało co nie spowodował kolizji. Ruszył ostro w stronę Aleksandrowa. Ulicę Romanowską mijał z prędkością bardzo przekraczającą tą dozwoloną w tamtym miejscu.
Kilka kilometrów za Aleksandrowem Łódzkim przed miejscowością Prawęcice droga krajowa nr 72 przebiega przez niewielki zalesiony teren. Na poboczu, stoi niebezpiecznie pochylona na prawo, potężna ciężarówka Scania. Jechała od strony Poddębic do Łodzi. Jej przód jest wyraźnie uniesiony do góry. Lewe przednie koło urwane. Cała dolna część kabiny jest rozbita. Kierowca właśnie próbuje wysiąść, ale pokrzywione drzwi nie dają się otworzyć.
Podbiegają kierowcy z zatrzymujących się samochodów. Wspólnymi siłami odciągają drzwi i pomagają wysiąść kierowcy. Wygląda na to, że nie jest ranny. Ktoś podaje mu koc. Sadzają go na trawie po drugiej stronie jezdni
„Ludzie! Nie mogłem nic zrobić! Zjechał nagle na lewo! Szedł na czołówkę!… Widziałem, jak się śmiał!”
Kilka osób próbowało zajrzeć do białego samochodu wbitego niemal całkowicie pod Scanię. Nie mogli się jednak do niego dostać. Ktoś powiedział
„To jakiś Niemiec. Przyjeżdżają tutaj takimi szybkimi brykami i jeżdżą jak wariaci a potem tak kończą”
KONIEC