POKAZAĆ SIĘ

No i znowu krew mnie zalewa. Lubimy odwiedzać w Polsce znajomych, którzy mają gorzej od nas. Może to brzydkie, ale zawsze cieszy mnie gdy spotykam takich ludzi i mogę pochwalić się swoimi życiowymi osiągnięciami.

Pewnego razu podczas pobytu w Polsce poznaliśmy Kazika i Zosię. Bardzo cienko wtedy przędli. Dobrze wypadaliśmy na ich tle. Kazik ma brata, któremu od pewnego czasu coraz lepiej się powodzi. Wżenił się w firmę rzeźniczą, czy wędliniarską. Nie wiem dokładnie i nie chcę wiedzieć, Kazik chwali się bratem, tak jak by to była jego zasługa. Na szczęście brat Kazika po ślubie przeniósł się gdzieś pod Suwałki i nie musieliśmy się z nim spotykać i patrzyć na jego sukcesy.

Długo się z nimi nie widzieliśmy. Tak było do teraz. Przyjechaliśmy ich pożegnać. Okazało się, że najprawdopodobniej w czasie wizyty u Zosi i Kazika nie unikniemy spotkania z jego bratem. A tak bardzo tego nie chcę. Dlatego krew mnie zalewa.

 Zły jestem na siebie. Obiecywałem sobie, że się będę wykręcał od wizyty u brata Kazika za wszelką cenę. Żona wyjątkowo całkowicie się ze mną zgadzała. Ale gdy ze strony Zosi padła propozycja abyśmy razem go odwiedzili, radośnie się zgodziła

„Świetnie! Odetchniemy czystym wiejskim powietrzem. Przy okazji poznamy bliżej Józka i Tereskę. Przecież widzieliśmy ich tylko na ślubie. Tyle dobrego o nich słyszałam…”

„Kochanie” – przerwałem jej – „Nie możemy pojechać do Józka. Nie pamiętasz? Mamy zmówiony pensjonat w Rabce. Wyjeżdżamy tam za dwa dni”

„Co za problem? Odwołaj rezerwację”

„Wpłaciłem zaliczkę…”

„No i co z tego? Wielkie pieniądze…Powiedziałam że pojedziemy do Józka, więc nie ma dyskusji”

„Stratę zaliczki zrekompensujesz sobie pobytem u mojego brata. Przy okazji zobaczysz mojego bratanka. Mały jest cudownym dzieckiem. Ma sześć lat. Czyta i pisze po polsku i angielsku” – stwierdził Kazik

„No i cudownie gra Chopina” – dodała Zosia

„Na czym tak cudownie gra?” – zapytała Elka

„Ha! Ha! Ha!…Ty masz poczucie humoru!” – ratowałem sytuację śmiejąc się z pytania Elki. Kazik jeszcze przekonywał mnie do wyjazdu, mówiąc że Józek ma najnowszy model Tesli i że będę mógł pojeździć nią. Odpowiedziałem, że nie mam przekonania do elektrycznych aut.

„Nie szkodzi. Nic ci się nie stanie jak się przejedziesz” – zachęcał

 

Chciałem jeszcze się bronić i przedstawić kilka argumentów przeciwko naszemu wyjazdowi do Józka, ale nikt już nie zwracał na mnie uwagi. Wszyscy przy stole skupili swoją uwagę na Kaziku. Opowiadał jaką to piękną i drogą furę sprawił sobie jego brat. Nie chciałem tego słuchać. Cholera bierze mnie gdy słyszę jak inni co i raz kupują sobie nowe fury, a ja muszę jeździć starym gratem.

Podniosłem się z krzesła aby dyskretnie odejść od stołu. Elka zauważyła to i spojrzała na mnie pytającym wzrokiem

„Do łazienki idę. Muszę nosek przypudrować” – szepnąłem

Przyjęła do wiadomości i odwróciła się z powrotem w stronę Kazika który z zachwytem opowiadał o zaletach elektrycznej Tesli Józka.

Może to zabrzmi idiotycznie, ale dopiero w łazience, wśród intensywnego zapachu jakiegoś straszliwego środka chemicznego o zapachu mającym przypominać zapach lasu, rozpylanego automatycznie w momencie otwierania drzwi, odetchnąłem swobodnie pełną piersią. Przemyłem twarz zimną wodą. Usiadłem wygodnie na zamkniętej klapie sedesu i zacząłem się zastanawiać co robić dalej.

 

Z Elką, moją żoną zawsze tak jest. Gdy mamy gdzieś pójść między ludzi, pokazać się, zaimponować, staramy się uzgodnić co mówić i jak reagować na wypowiedzi innych którzy starają się nam zaimponować.

Z tą potrzebą zaimponowania to taka niepisana gra. Przy tym przysłowiowym stole „u cioci na imieninach” wszystkim się dobrze powodzi, mają wspaniałe posady, dzieci dobrze wykształcone, drogie fury. Jednym słowem dobrobyt i sielanka.

 

Jak tu na tle tego dobrobytu zaprezentować się aby nie postrzegano nas jako nieudaczników?

Co prawda nie jest tak, że ledwo wiążemy koniec z końcem. Nie. tak nie jest, ale żyjemy od wypłaty do wypłaty. Nic w życiu nie osiągnęliśmy. Starszy syn dostał osiem lat za usiłowanie zabójstwa, a młodszy przerwał naukę, złapał gitarę i wyjechał bez pożegnania do Kopenhagi. Ćpa tam narkotyki z jakimiś pożal się Boże grajkami.

Tak więc, gdy idziemy gdzieś na przyjęcie to mówimy, że jestem inżynierem na wysokim stanowisku w fabryce ciężarówek Volvo w Torslanda a Elka hemmafru, czyli niepracująca żona. I tylko to ostatnie się zgadza, to znaczy, że jest niepracującą żoną. O tym, że większość życia w Szwecji spędziła na zasiłku socjalnym a teraz od dawna jest na rencie chorobowej pomijamy w wypowiedziach o naszym życiu. Ja tak naprawdę nie jestem inżynierem. Jestem monterem w fabryce i pracuję na trzy zmiany.  

Tuż przed obecną wizytą u Zosi i Kazika uzgodniliśmy, że gdyby zapytali nas o synów to powiemy, że starszy syn jest w Stanach Zjednoczonych i robi doktorat w Harvardzie w Cambridge, a młodszy jest wziętym muzykiem w filharmonii w Kopenhadze.

Taką wersję naszego życia od pewnego czasu prezentujemy wśród znajomych w Polsce. W Szwecji nie musimy udawać. A w Polsce czy nam wierzą?… Nie wiem. Niektórzy z pewnością tak. Inni nie. Ci co nie wierzą kilka razy wyrażali chęć odwiedzenia nas w Göteborgu. Oczywiście serdecznie ich zapraszaliśmy, ale zawsze później coś nam wypadało i z żalem musieliśmy poinformować, że akurat nie będzie nas w domu bo ja mam wyjazd służbowy a Elka musi wyjechać, na przykład na wieś zaopiekować się chorą przyjaciółką.

 

No, a teraz…Zgadłem, że Kazik będzie się chwalił swoim bratem. Zgadłem również, że będą nas chcieli do niego zabrać. Mówiłem Elce, że gdyby nam to zaproponowali, to musimy się od tej wizyty wykręcić

„Dlaczego, kochanie? Posiedzimy tam ze dwa trzy dni. Na pewno dobrze zjemy…”

„Dlatego” – przerwałem jej wściekły – „Że mnie krew zalewa, jak sobie uświadamiam, że być może mógłbym osiągnąć to samo, gdybyśmy zostali w Polsce!”

„Zazdrość i zawiść przez ciebie przemawia…”

Możliwe, że Elka ma rację. W każdym razie przekonałem ją, że musimy się od spodziewanego zaproszenia do Józka wykręcić.

 

Wymyśliłem ten wyjazd do Rabki i tą wpłaconą zaliczkę. Zgodziła się na ten pomysł bez protestów. Już to powinno wzbudzić moją czujność. I co? Kurwa! Niczego się nie nauczyłem, chociaż jestem z Elką od czasu wyjścia z internowania, to jest od niemal czterdziestu lat. Mogłem się spodziewać, że wykręci mi taki numer i powinienem mieć w zanadrzu jakiś plan B.

Trudno. Będę musiał zacisnąć zęby i udawać, że się cieszę z wyjazdu do Józka.

 

Łomot do drzwi łazienki wyrwał mnie z zamyślenia

„Usnąłeś tam, czy co?!…Wyłaś!… Innym też chce się srać!”

To wujek Leon się dobija. Nie wiem czyj to wujek, ale przy stole wszyscy się tak do niego zwracają. Jest najstarszy z całego towarzystwa i już cztery razy w ciągu tego przyjęcia okupywał toaletę. Jego żona wyjaśniła nam w sekrecie, gdy po raz trzeci gwałtownie odszedł od stołu, że miał operowane hemoroidy i uszkodzono mu zwieracze. Teraz jak mu się chce, to musi bardzo szybko być w toalecie

„Skaranie boskie mam z nim. Nie chce nosić pieluch i nie zawsze zdąży…”

Musiała przerwać bo właśnie wrócił zadowolony do stołu.

Przypomniałem sobie o tym, gdy go usłyszałem za drzwiami. Zerwałem się gwałtownie z deski klozetowej. Spuściłem wodę i otworzyłem drzwi. Wychodziłem, gdy wujek Leon nie czekając aż wyjdę próbował wejść do środka. Utknęliśmy na moment zakleszczeni w drzwiach. Z góry z zamontowanego tam pojemniczka zaczął spryskiwać nas wstrętny niby leśny zapach. Wujek Leon westchnął ciężko i zdobywszy się na olbrzymi wysiłek wypchnął mnie na zewnątrz z taką siłą, że ledwo zatrzymałem się przed wiszącym naprzeciwko drzwi lustrem. Poprawiłem marynarkę, pociągnąłem nosem i w tym samym momencie przypomniał mi się stary kawał o gównie w lesie.

Wróciłem do stołu. Elka poinformowała mnie, że już wszystko uzgodniła z Kazikiem. Wyjeżdżamy do Józków już jutro o godzinie jedenastej samochodem Kazika. Kazik już rozmawiał z Józkiem. Cieszą się na nasz przyjazd… Cholera! Ja też się cieszę.

Podczas gdy przy stole w dalszym ciągu rozmawiano o Józka osiągnięciach nalałem sobie wódki Elka oczywiście zauważyła to

„Nie pij już” – zażądała

„Nie piję” – odparłem

„Po co nalałeś?”

„Bo chcę się napić”

Na szczęście ten dialog przerwał donośny głos wujka Leona wzywający żonę do łazienki „Halina!…Chodź do mnie!”

Halina zerwała się gwałtownie od stołu. Spojrzała na nas przepraszająco i zanim udała się pospiesznie do łazienki, z jej ust wyrwało się krótkie rozpaczliwe

„No masz”

Przy stole zapanowała kłopotliwa konsternacja. Wszyscy przez chwilę dyskretnie nasłuchiwaliśmy, czy z będącej w głębi mieszkania łazienki usłyszymy jakieś głosy. Zosia ocknęła się pierwsza i przypomniawszy sobie, że jest panią domu starała się obecnych zainteresować czym innym

„Ładną mamy pogodę jak na tą porę roku, prawda?” – stwierdziła tak głośno, że niektórzy aż podskoczyli na krzesłach.

„Tak” – odpowiedziałem – „Leje od kilku godzin”

„Lubisz taką pogodę?” – zapytał Kazik

„Lubię w taką pogodę siedzieć w domu, a nie włóczyć się gdzieś samochodem po drogach” „Jutro już przestanie padać” – zapewnił Kazik

„Nieprawda” – odezwała się Leokadia, serdeczna przyjaciółka Zosi – „W telewizji mówili, że będzie tak padać jeszcze przez cały przyszły tydzień”

„Słuchajcie” – zauważyłem szansę na wymiganie się od wyjazdu do Józka – „Może odłożymy ten wyjazd do Józka? W taką pogodę łatwo wpaść w poślizg i nieszczęście gotowe”

Wyskoczyłem z tą możliwością poślizgu jak z ostatnią deską ratunku. Elka bardzo boi się poślizgu. Raz wpadliśmy do rowu, gdy musiałem gwałtownie hamować na mokrej drodze, aby nie zderzyć się z łosiem.

„Gdybyś ty miał prowadzić” – Elka zwróciła się do mnie – „To na pewno wolałabym nie jechać, ale na szczęście Kazik i Zosia zabiorą nas swoim autem”

Chciałem coś odpowiedzieć, ale właśnie w progu pokoju stanęła żona wujka Leona

„My już musimy iść. Leon musi zażyć swoje lekarstwa. Zapomniał wziąć je ze sobą” – oznajmiła przepraszającym głosem

Zosia się zerwała od stołu

„Odprowadzę was do drzwi…”

„Nie potrzeba Zosiu” – powstrzymała ją Halina – „Zatrzasnę za nami drzwi… Do widzenia wszystkim. Było nam bardzo miło spotkać się z wami. Leon prosił, aby pożegnać wszystkich od niego”

Po ich wyjściu wypiliśmy jeszcze kawę. Rozmowa się nie kleiła. Goście zaczęli pomału żegnać się i wychodzić. Zostaliśmy sami z gospodarzami. Elka zaproponowała Zosi pomóc posprzątać ze stołu. Zosia podziękowała zapewniając, że da sobie radę. W takim razie pożegnaliśmy się i wyszliśmy od nich zapewniając, że jutro stawimy się u nich w domu przed jedenastą

„Może podjechać po was do hotelu?” – zapytał Kazik

„Nie!” – zaprotestowałem pospiesznie – „Po co się masz fatygować. Poza tym musimy od rana wpaść do warsztatu wydać dodatkowe dyspozycje co do przeglądu auta. Muszę im przypomnieć aby podciągnęli ręczny hamulec.”

„No to jak chcecie”

Wyszliśmy z domu. Staliśmy chwilę w bramie łudząc się, że może deszcz przestanie tak mocno padać, ale szybko doszliśmy do wniosku, że nie ma co na to liczyć.

„Zadzwonię po taksówkę” – zaproponowałem

„No co ty?!” – Elka zaprotestowała – „Za rogiem jest przystanek tramwajowy”

Na tramwaj czekaliśmy dwadzieścia minut. Na szczęście pod daszkiem. Potem jeszcze drugie dwadzieścia jazdy na dalekie przedmieście i około dziesięciu minut dojścia słabo oświetloną gruntową, błotnistą drogą do domku. I jeszcze czekanie pod furtką aż gospodarz usłyszy dzwonek, wyjrzy przez okno i zdalnie otworzy furtkę. Wszystko przy akompaniamencie szczekających psów w okolicznych domostwach.

Mieszkanie wynajęliśmy przez Airbnb. Hotele w tym mieście są drogie.  Mieszkanie, które wynajęliśmy, a właściwie pokój z aneksem kuchennym i maleńką łazieneczką kosztuje nas jedną czwartą tego co byśmy musieli zapłacić za najtańszy hotel.

 Pokój znajduje się w typowym klockowatym domku jednorodzinnym z lat sześćdziesiątych. Daleko na przedmieściu. Zalety tego pokoju poza ceną, to możliwość darmowego parkowania auta na zamykanym podwórku i warsztat szwagra gospodarza, w którym za stosunkowo małe pieniądze pospawają dziury w progach naszego auta. Jeszcze inna zaleta to cicha lokalizacja.

Z tą ciszą o której zapewniał gospodarz to nie zupełnie tak jest. Psy w okolicznych domostwach kilkakrotnie każdej nocy wszystkie nagle zaczynają szczekać. Uspakajają się po kilku minutach, ale ja ponownie zasypiam dopiero po półgodzinie.

 

Nie ukrywam, że w czasie pobytu w Polsce wolelibyśmy mieszkać u rodziny lub u krewnych. Tak było na początku naszych przyjazdów. Korzystaliśmy z gościnności rodziców i rodzeństwa. Tak było jeszcze pod koniec lat osiemdziesiątych. Mimo, że żyliśmy wtedy w Szwecji na socjalu, to mogliśmy rodzinie zaimponować. Przywoziliśmy tanie prezenty, głównie kawę, azjatycką elektronikę i tanie kosmetyki. Wszyscy sobie cenili nasze upominki. Za każdym razem przyjeżdżaliśmy innym, nowym samochodem. Nie własnym. Na własny nie było nas stać, a nawet gdybyśmy sobie kupili, jakiś tani używany, to istniało ryzyko, że obcięli by nam zasiłek socjalny na którym wygodnie nam się żyło.

Na wyjazdy do Polski wypożyczaliśmy samochody w wypożyczalniach. W Polsce oczywiście wszyscy myśleli że to nasze auta. I o to chodziło.

 

Takie szpanowanie zaczynało się już na promie do Polski. Często w okresach przedświątecznych można było spotkać znajomych którzy też jechali odwiedzać rodziny. W jakiś cudowny sposób wiele z tych osób zamieniało się na promie, podobnie jak ja, w inżynierów, szefów oddziałów bankowych, właścicieli butików lub prawników.

Byliśmy przyjmowani przez rodziny z serdeczną polską gościnnością. Mogliśmy się najeść do syta polskich potraw których w Szwecji nie można było kupić. Częstowano nas dobrą i tanią polską gorzałką. Gdy urywał nam się film, kładli nas spać. Mogliśmy się wysypiać do południa. Wszyscy w koło nas skakali i starali się byśmy byli zadowoleni.

Potem, na początku lat dziewięćdziesiątych zaczęło się to zmieniać. Przestaliśmy imponować. Przywożone upominki nie robiły wrażenia na obdarowywanych. Nie skakano nad nami. Długie biesiady przy stole już nie były takie wspaniałe jak dawniej. Ludzie przestali wydawać pieniądze na sute przyjęcia. Zaczęli oszczędzać na samochody i inne dobra które wcześniej były w Polsce nie osiągalne. Wielu co bardziej energicznych zaczęło wyjeżdżać za granicę szukając lepszego zarobku. Tak zamierzał zrobić Rysiek, brat Elki. Po śmierci rodziców został sam w dużym mieszkaniu. Zamierzał wynająć je i wyjechać na saksy do Niemiec, ale jakoś nie mógł się na to zdobyć.

 

W tym czasie Elka urodziła pierwszego syna. Ja wreszcie dostałem pracę w odległej fabryczce wytwarzającej bramy i ogrodzenia. Aby móc dostać się do pracy musiałem kupić auto. Oczywiście nie nowe. Kupiłem dobrze przechodzonego Opla.

 W czasie pierwszego urlopu pojechałem wtedy do Polski pierwszy i jedyny raz sam. Elka została z dzieckiem w domu.

Mieszkałem u rodziców. Siostra się wyprowadziła. Wyjechała z jakimś Szkotem do Edynburga. Przysyłała rodzicom pieniądze. Nie omieszkali parę razy to podkreślić.

Rodzice zrobili wykwintną imprezę z okazji mojego przyjazdu i oczywiście z okazji tego, że zostali dziadkami. Na imprezie było dużo krewnych i znajomych.

Dużo piłem w czasie tego spotkania. Chyba po pijanemu zaprosiłem pewnych krewnych do Szwecji. Zapomniałem o tym. Przyjechali do nas bez zapowiedzi. Nie byliśmy na to przygotowani. Szybko zweryfikowali nasz status społeczny. Do dziś pamiętam ich pytania o to dlaczego pozbyliśmy się tej wspaniałej willi którą pokazywałem na zdjęciach i dlaczego jeżdżę  starym opelkiem. Może jestem przewrażliwiony, ale wyczuwałem w tych pytaniach ledwo maskowaną drwinę i satysfakcję.

W jakiś karkołomny sposób odpowiadaliśmy, ale wiedziałem że nasze odpowiedzi ich nie przekonały. Zaproponowaliśmy gościnę. Spaliby na rozkładanej kanapie w dużym pokoju

„Och nie chcemy przeszkadzać. Dziękujemy bardzo. Tu w pobliżu widzieliśmy hotel. Wpadnijcie do nas zjemy razem kolację w restauracji hotelowej…My zapraszamy!” – odpowiedzieli będąc w przedpokoju w otwartych drzwiach

To było, kurwa, dla nas za dużo. Elka wyrwała się do przodu i chciała powiedzieć coś ostrego. Złapałem ją za ramię tak silnie, że tylko syknęła.

„Przyjdziemy” – odparłem z trudem siląc się na spokój

Oczywiście nie poszliśmy. Czekaliśmy aż zadzwonią. Nie zadzwonili. Wiem, że wyjechali po kilku dniach do domu.

No i zaczęło się. Telefony i listy od rodziny pełne pytań co właściwie u nas się dzieje. Czy to prawda, że żyjemy w skrajnej nędzy i mieszkamy w osiedlu pełnym imigrantów. Próbowaliśmy odpowiadać i odpisywać, ale w końcu zaczęliśmy się plątać.

Przestaliśmy interesować się tym co się w Polsce dzieje. Nie odbieraliśmy telefonów. Listy od rodziny odsyłaliśmy nie otwarte z adnotacją mówiącą, że adresat nie mieszka pod wskazanym adresem. .

Urodził nam się drugi syn.  Kilka lat nie jeździliśmy do Polski. Straciłem pracę, przez rok byłem na bezrobociu. W końcu zaczepiłem się w firmie pewnego hydraulika. Zacząłem nawet nieźle zarabiać. Elce skończył się urlop macierzyński. Dostała pracę w dużym sklepie spożywczym jako sprzątaczka. Mogła kupować tam żywność z dużymi rabatami. Dzieciaki rosły. Wkrótce starszy rozpoczął szkołę, potem młodszy. Nawet zaczęło nam się nieźle powodzić. Kupiłem trzyletnie auto które wyglądało jak nowe.

Kiedyś przy stole wspomniałem Elce, że dobrze byłoby pojechać do Polski i pokazać wszystkim jak nam się powodzi

„Niech im gały z zazdrości na wierzch powychodzą” – stwierdziłem

Elka od razu zapaliła się do tego pomysłu. Przyznała, że od dawna o tym myślała, ale nie zdradzała się z tym przede mną, bo nie chciała mnie denerwować.

 

Od razu zaczęliśmy planować wyjazd. Wyjechać mogliśmy dopiero latem, gdy dzieciaki będą miały wakacje szkolne. Dyskutowaliśmy trochę o tym do kogo pojechać najpierw. Czy do moich rodziców czy do brata Elki. Zaczęliśmy dzwonić aby zapowiedzieć nasz przyjazd. Niestety żaden ze znanych nam numerów telefonów nie był aktualny. Postanowiliśmy jechać w ciemno „Zrobimy im niespodziankę. Ucieszą się” – stwierdziłem

Nie kupiliśmy upominków. Mieliśmy zamiar zaprosić rodzinę do restauracji na wykwintną kolację. Pamiętaliśmy polskie ceny w knajpach. Doszliśmy do wniosku, że stać nas pokazać gest.

To był rok o ile dobrze pamiętam dwa tysiące piąty, albo szósty. Nie ważne. Zamówiłem telefonicznie pokój w hotelu dla małżeństwa z dwójką dzieci. Na tydzień. Nawet dużo nie kosztował. Prom z Ystad do Świnoujścia, dzienny, bez kabin też był w znośnej cenie. Przejrzeliśmy garderobę. Elka dokupiła trochę rzeczy dla siebie i dla chłopców. Ja nic sobie nie kupiłem. Dałem auto do przeglądu i totalnego odświeżenia lakieru i tapicerki. Wyciągnęliśmy niemal wszystkie oszczędności i byliśmy gotowi pokazać się w Polsce.

 

Wreszcie nadszedł upragniony dzień wyjazdu. Już na promie zauważyliśmy dużą różnicę w zachowaniu pasażerów. Nie było tego widocznego napięcia jakie zawsze towarzyszyło podróżującym do Polski w poprzednich latach. Nie spotkaliśmy nikogo ze znajomych. W Świnoujściu po zjeździe z promu zaskoczył nas brak odprawy celno-paszportowej. Elka przypomniała mi, że Polska też jest w Unii Europejskiej. Ruszyliśmy od razu w drogę. Po kilkunastu kilometrach zatrzymałem się przy stacji benzynowej zatankować auto tanim paliwem a potem przeszliśmy do leżącej obok restauracji Mcdonald´s.

 Kilka godzin później byliśmy w naszym rodzinnym mieście. Postanowiliśmy przed przyjazdem do hotelu zjawić się u moich rodziców. Niech mają trochę czasu przygotować się na nasze przybycie.

 

Drzwi otworzył ojciec. Na nasze radosne słowa powitania nic nie odpowiedział. Stał chwilę milcząco patrząc mi w oczy. Wyczułem, że nie jest dobrze. Speszyło mnie to i przerwałem mowę powitalną. Staliśmy chwilę milcząc. Pierwsza odezwała się Elka

„Co będziemy tak stali na korytarzu…Ojciec nas wpuści do środka…”

 Ojciec nawet nie spoglądając na nią zwrócił się do mnie

„Gdzie byłeś jak matka umierała?”

„Co?!”

„No, właśnie…Spierdalaj teraz! Nie chcę was znać”

Cofnął się za próg i z rozmachem zatrzasnął drzwi.

„Coś podobnego” – zareagowała Elka – „Tak nas potraktować…”

„Zamknij się!” odpowiedziałem

Ponownie nacisnąłem dzwonek. Potem jeszcze kilka razy. Drzwi pozostały zamknięte

„Pappa! Jag är kissnödig! – Tatusiu! Siku mi się chce!” – Młodszy syn zaczął przebierać nogami Musieliśmy coś zrobić. Tylko co?

„Chodźmy stąd” – zażądała Elka – „Dziadyga nas nie wpuści…”

„Nie mów tak o moim ojcu”

„Chcesz to zostań pod drzwiami ojczulka. Ja zabieram dzieci i jadę do hotelu”

Starszy syn, który nic nie rozumiał z rozmowy po polsku, zorientował się, że coś jest nie w porządku. Zaczął się domagać wyjaśnień dlaczego stoimy na korytarzu.

„Później wam wyjaśnię” – odpowiedziałem

Potem zwracając się do Elki powiedziałem

„Masz rację. Nie ma co tu stać pod drzwiami. Pojedziemy do hotelu. Musimy wszystko przemyśleć na spokojnie”

 

Po wyjściu na ulicę zanim doszliśmy do zaparkowanego samochodu chłopcy dostrzegli pizzerię i stwierdzili, że są głodni, oraz, że tam musi być toaleta. Elka chciała zjeść coś w hotelu, ale możliwość wizyty w toalecie przekonała ją.

Zamówiliśmy cztery pizze. Chłopcy byli zawiedzeni. To nie to samo co u nas w Szwecji. Zjedli tylko dlatego, bo im powiedzieliśmy, że nic innego do jedzenia już dzisiaj nie dostaną.  

 

W hotelu byliśmy około dwudziestej. Zanim rozpakowaliśmy bagaże i przygotowaliśmy chłopców do spania minęły prawie dwie godziny. Na szczęście chłopcy byli bardzo zmęczeni i niemal natychmiast usnęli. Dopiero wtedy mogliśmy usiąść w fotelach przy maleńkim stoliku pod oknem i porozmawiać na temat tego co robić dalej.

„Jutro jeszcze raz pojedźmy do ojca” – zaproponowałem – „Może się do jutra uspokoi i z nami porozmawia”

„O! Nie. Nigdy więcej tam nie pójdę. Dzieci też nie” – stwierdziła zdecydowanie

Próbowałem przekonać ją do mojego pomysłu, ale z Elką nie da się dyskutować. Zaraz zaczyna się awanturować i robi się bardzo nieprzyjemnie. Nie chciałem aby dzieci się obudziły. Zgodziłem się na to, aby u ojca więcej się nie pokazywać. Uzgodniliśmy, że jutro pojedziemy do brata Elki. Na tym stanęło.

Położyliśmy się spać. Długo nie mogłem usnąć. Myślałem o śmierci matki i o tym co by tu zrobić aby zobaczyć się z ojcem mimo protestu Elki.

Następnego dnia, zaraz po śniadaniu w hotelu, pojechaliśmy do mieszkania po zmarłych rodzicach Elki w którym mieszka Rysiek. Nie zastaliśmy go. Rysiek wynajął mieszkanie ludziom i pojechał do Niemiec zarabiać pieniądze. Zawsze o tym marzył.

Młodzi ludzie, którym wynajął mieszkanie nie znali, lub nie chcieli podać adresu Ryśka w Niemczech. Mówili, że Rysiek kontaktuje się z nimi telefonicznie, a pieniądze za wynajem przesyłają mu na konto bankowe. Elka na koniec pokłóciła się z nimi bo na jej prośbę o numer telefonu do Ryśka odpowiedzieli odmownie motywując to tym, że nie są upoważnieni przez niego aby komukolwiek podawać jego numer.

Po wyjściu od nich byliśmy zdenerwowani. Nic nie układało się po naszej myśli. Do tego chłopcy zaczęli być marudni. Dla nich ta wizyta była niezrozumiała i jak na razie nudna. Niestety nie przykładaliśmy się do tego aby uczyć ich polskiego. W domu z Elką mówimy po polsku, ale do dzieciaków tylko po szwedzku. Oni rozumieją co nieco po polsku ale mówią tylko po szwedzku.

Teraz, już drugiego dnia pobytu w Polsce zaczęli dopytywać się kiedy wracamy do domu. Elka coś im ostro odpowiedziała, ale nie zrozumiałem co, ponieważ mój wzrok dojrzał duży kolorowy plakat informujący o tym, że bilety na wieczorne występy w cyrku Arena są do kupienia w kasie cyrkowej.

„Wiecie co?!” – przerwałem Elce strofowanie synów – „Pójdziemy wieczorem do cyrku”

 

Chłopcy byli zachwyceni pomysłem. Podjechaliśmy na plac tuż za miastem na którym, jak pamiętam, cyrkowcy zawsze rozstawiali swoje namioty. Tak samo było i tym razem. Podszedłem do kasy kupić bilety.

„Co będziemy chłopakom żałować. Kupię lożę” -powiedziałem

Właśnie płaciłem, gdy usłyszałem za sobą radosny głosy powitania należący niewątpliwie do Elki. Odwróciłem się. Elka ściskała się z jakąś nieznaną mi kobietą. Podszedłem i poprosiłem aby mnie przedstawiła.

I w ten sposób poznaliśmy Zosię. To znaczy ja poznałem. Elka znała ją od dawna. Zosia to jej koleżanka z zawodówki odzieżowej. Zosia przyszła kupić bilety do cyrku. Ale tych najtańszych już nie było, więc zrezygnowała z zakupu.

„Zosiu, pozwól, że cię zaprosimy…Dla ilu osób?”

„No coś ty nie potrzeba. Dziewczynki zobaczą cyrk innym razem…”

„Dlaczego nie teraz? Sprawisz nam przyjemność nie odmawiając”

Tu Elka była całkiem szczera. Dużą przyjemność na pewno sprawi jej możliwość zaimponowania pieniędzmi

„Przecież to duży wydatek. Nie chcę was naciągać…” – Zosia jeszcze się opierała

„Dla nas to żaden wydatek. Od dawna mieszkamy za granicą. Stać nas na to aby zaprosić przyjaciół do cyrku…To ile tych biletów?”

„Skoro tak nalegasz to cztery”

„Marian, kup jeszcze cztery w loży. Może będą jeszcze obok nas”

„W loży…Przecież to najdroższe”

„Po to są pieniądze, żeby je wydawać” – odparła Elka z zadowoleniem 

Kupiłem bilety i wręczyłem je Zosi. Ponieważ bilety były na osiemnastą, a dochodziła dopiero dwunasta zaprosiłem Zosię na kawę

„Pogadacie sobie przy kawie o starych dobrych czasach” – zaproponowałem – „Mamy samochód na parkingu. Pojedziemy do centrum i znajdziemy jakąś dobrą kawiarnię”

„Dziękuję, ale nie mogę. Mam się tu spotkać z mężem” – mówiąc to Zosia spojrzała na zegarek – Powinien już tu być…O! Właśnie wysiada z autobusu”

W ten sposób poznaliśmy Kazika. Zapakowałem wszystkich do auta. Kazik usiadł obok mnie Panie z naszymi chłopcami ścieśniły się z tyłu. Kazik zauważył że nie można przewozić tylu osób samochodem na tylnej kanapie

„Wiem” – odparłem beztrosko – „Najwyżej zapłacę mandat”

W kawiarni zamówiłem butelkę najlepszego wina, kawę jakieś ciastka i bardzo duże porcje lodów dla chłopaków. Siedzieliśmy tam ze dwie godziny. Dowiedzieliśmy się, że Zosia zaraz po szkole pracowała podobnie jak Elka w zakładach odzieżowych, ale potem po transformacji ustrojowej i upadku przemysłu włókienniczego i odzieżowego długo była bez pracy. Teraz pracuje chałupniczo dla jakiegoś Niemca. Szyje w domu krawaty. Kazik pracuje w zakładach wodociągów i kanalizacji

„Najczęściej kopię doły i usuwam z kolegami awarie. Wymiana rur kanalizacyjnych. Człowiek paprze się w gównie…”

„Kaziu” – przerwała mu Zosia – „Nie tak obrazowo”

Elka była w swoim żywiole. Opowiedziała krótko dlaczego znaleźliśmy się w Szwecji i jak bardzo nam się tam powodzi. Opowiedziała o naszej willi tak szczegółowo, że nawet ja bym tak nie potrafił. Mnie zrobiła inżynierem mechanikiem na kierowniczym stanowisku. O sobie powiedziała skromnie, że rzuciła pracę w banku aby zająć się prowadzeniem domu i wychowaniem dzieci. Na koniec umówiliśmy się przed cyrkiem.

 

Byliśmy tam kilka minut przed nimi. Przyjechali taksówką. Poznaliśmy ich córki. Bliźniaczki, o niecały rok starsze od naszego najstarszego. Bardzo sympatyczne i dobrze wychowane dziewczynki.

Przedstawiły się nam swobodnie po angielsku. Tak samo przedstawiły się naszym chłopcom i tym samym bardzo zraziły starszego do siebie. Mały nic absolutnie nie rozumiał po angielsku, a starszy, niestety nie przykłada się do nauki angielskiego, zresztą nie tylko angielskiego. Przedstawił się, ale potem nie dał się wciągnąć w rozmowę. Na ich pytania odpowiadał mrukliwie monosylabami. Na szczęście był już czas na wejście do namiotu.

 

Występy bardzo się podobały dzieciakom. My też byliśmy zadowoleni. W przerwie zaprosiłem wszystkich do stoiska z grillowanymi kiełbaskami. Dla dorosłych zamówiłem piwo. Kazik spojrzał na mnie z naganą. Elka to zauważyła

„Nie pij. Auto prowadzisz” – upomniała mnie

„Jedno piwo mi nie zaszkodzi” – stwierdziłem

Po przedstawieniu, przed rozstaniem Kazik i Zosia zaprosili nas do siebie na skromny, jak podkreślili poczęstunek.

„Wpadnijcie pojutrze. Jutro niestety będziemy zajęci. Traficie do nas bez problemu. Adres już znacie. Czy godzina siedemnasta wam odpowiada?”

„Bardzo nam odpowiada” – odpowiedziałem

„Weźcie taksówkę. Będziecie mogli napić się gorzałki” – upomniał Kazik.

 

Na spotkanie przyjechaliśmy dobrze przygotowani. Posortowaliśmy fotografie które przywieźliśmy ze sobą. Głównie zdjęcia pewnej willi stojącej w pobliżu bloku w którym mieszkamy. Mieliśmy też kilka zdjęć z pobytu w na wyspie Öland. Niektóre fragmenty plaż na tej wyspie mogą na zdjęciach uchodzić za plaże na Wyspach Kanaryjskich. Przynajmniej tak nam się wydaje. Powtórzyłem z Elką o czym i jak mamy mówić, tak aby sobie nawzajem nie zaprzeczać. Ostatnim punktem przygotowań był zakup w sklepie monopolowym dużej butelki whisky oraz butelki czerwonego wina dla pań.

Przyjęcie było bardzo sympatyczne. Dużo mówiliśmy o sobie. Gospodarze kilkakrotnie powtarzali jak bardzo nam zazdroszczą. Podkreślili, że nie mogą się pochwalić sukcesami, poza jednym. Bardzo chwalili się córkami. Podkreślili, że nigdy tego nie robią w ich obecności, ale na dzisiejsze spotkanie córki pojechały do babci aby oni mogli być z nami swobodniejsi. My niestety nie mieliśmy gdzie zostawić chłopców więc przyprowadziliśmy ich ze sobą. Na szczęście Kazik zaprowadził ich do pokoju dziewczynek i uruchomił grę komputerową. Mogliśmy swobodnie porozmawiać o dzieciach. Tu wyszło na jaw nasze niedopatrzenie w przygotowaniach czynionych do tej wizyty. Nie uzgodniliśmy jak prezentować chłopców. Naprędce zacząłem improwizować o sukcesach sportowych starszego syna i zdolnościach muzycznych młodszego.

Elka zgrabnie przerwała mi pytając o więcej szczegółów dotyczących córek gospodarzy. Bardzo się zapalili do opowieści o tym jak dobrze się uczą. Obydwie zdobyły nagrody na szkolnych olimpiadach matematycznych. Swobodnie posługują się angielskim i niemieckim. Zaczęły uczęszczać na lekcję francuskiego. Dwa razy w tygodniu chodzą na lekcję gry na skrzypcach. Zauważyłem, że to ich chwalenie się dziećmi zaczyna Elkę irytować, więc zmieniłem temat, pytając

„Jakie macie plany na przyszłość? Zamierzacie może gdzieś wyjechać za granicę, zarobić trochę pieniędzy…Polepszyć sobie”

„Myśleliśmy o tym” – stwierdził Kazik – „Ale nie mamy takiej odwagi jaką wy mieliście decydując się na wyjazd z Polski…”

„To nie my zdecydowaliśmy” – odparłem – „Jaruzelski za nas zadecydował. Jak wiesz byłem internowany w Stanie Wojennym. Nie miałem wyjścia…”

„Tak. Znam to. Nie byłem internowany. Za to mój młodszy brat był. Józek twierdzi, że nie nalegano na niego aby wyjechał z kraju. Po wyjściu z internowania działał trochę w podziemiu. Teraz próbuje w polityce, ale mu nie idzie. Wiesz. On jest rzeźnikiem. Pracuje w miejscowej rzeźni, ale chce założyć jakiś biznes. Namawia mnie abym się przyłączył…”

„No to nad czym się zastanawiasz? Na pewno w prywatnym interesie zarobisz lepiej niż w tych gównianych kanałach” – zauważyłem

„Ty już nie pijesz” – stanowczo przerwała mi Elka – „Zaczynasz używać brzydkich słów” Chciałem jej odpowiedzieć ale właśnie do pokoju wpadli nasi chłopcy głośno używając bardzo brzydkich słów, na szczęście po szwedzku. Równie po szwedzku Elka ostro próbowała ich uspokoić

„Co się stało? – zapytała Zosia – „O co im chodzi?”

Odpowiedziałem, że nie mogą dojść do porozumienia na temat tego który z nich wygrał w grze komputerowej. Podczas gdy Elka bezskutecznie próbowała ich uspokoić, Kazik poszedł wyłączyć komputer, przepraszając, że to jego wina, że nie powinien proponować im tej gry. Starszy uspokoił się nieco. Przestał się awanturować odwrócił się do nas tyłem i nie chciał usiąść przy stole. Młodszy swoim zwyczajem rzucił się na podłogę i wierzgając nogami wrzeszczał przeraźliwie

„Nie zwracajmy na niego uwagi” – powiedziała Elka – „Zaraz mu przejdzie”

„Czy to nie jest ADHD?” – zapytała z troską w głosie Zosia – „Kuzynki syn tak samo reaguje jak wpada w złość. Chodzą z nim do terapeuty. Podobno pomaga”

„Ależ skąd!” – oburzyła się Elka – „Żadne ADHD. To takie dziadowskie, szkolne, szwedzkie wychowanie”

Zosia nic nie odpowiedziała. Kazik usiadł na podłodze koło małego i próbował go zabawić robiąc grymaśne miny. Mały spojrzał na niego i na chwilę zamilkł. Po chwili zapytał

„Co się stało wujkowi, że tak się krzywi?”

Zapytał po szwedzku. Odpowiedziałem mu też po szwedzku, że wujek nie znosi wrzeszczących dzieci i że zawsze robi im krzywdę. Mały od razu podniósł się z podłogi i cicho przytulił się do matki.

„Widzicie?!” – ucieszył się Kazik – „Umiem uspakajać dzieci”.

 Posiedzieliśmy jeszcze trochę rozmawiając o niczym. Wypiliśmy kawę. Zosia zapytała czy zaparzyć więcej. Podziękowaliśmy i stwierdziliśmy że zrobiło się późno i pójdziemy już do hotelu. Ale zanim od nich wyszliśmy zaprosiliśmy ich razem z córkami na pożegnalny obiad do najlepszej restauracji w mieście. Uzgodniliśmy, że to będzie jutro, ponieważ po jutrze wyjeżdżamy do Szwecji.

 

Obiad w restauracji bardzo się udał. Jedzenie nie było zbyt smaczne, ale za to drogie. I o to chodziło. Warto było zapłacić chociażby po to aby zobaczyć ich miny gdy otworzyli kartę dań i spojrzeli na ceny. Nakłoniłem wszystkich aby wybrać trzy dania. Zosia stwierdziła, że w zupełności wystarczyłoby danie główne, ale w końcu dała się namówić na tatara, potem na smaczną zupę rakową i jako danie główne kaczkę ze śliwkami. Inni wybrali podobnie. Już nie pamiętam co, tylko dzieci nie chciały zup zadowoliły się specjalnością kuchni czyli potężnymi hamburgerami z frytkami i pieczarkami.

Zamówiłem również szampana i inne drogie trunki

Pod koniec obiadu, gdy spożywaliśmy deser zaprosiliśmy ich do odwiedzenia nas w Szwecji. Podziękowali i stwierdzili, że raczej nie będą mogli sobie na przyjazd pozwolić

„To co, nie macie żadnych oszczędności na podróże?” – zapytała Elka

„Mamy trochę, ale wolimy je zostawić na dalszą edukację dziewcząt” – odpowiedziała Zosia.

Elka zdziwiła się

„Chcesz powiedzieć, że teraz szkoła w Polsce jest płatna?”

„Nie jest płatna. Zamierzamy wysłać dziewczynki do najlepszej szkoły z internatem w Szwajcarii a to kosztuje” – odparł Kazik.

„O! La! La!…Nas na to nie stać” – wyrwało się Elce

„Co ty mówisz kochanie” – pospieszyłem ze sprostowaniem – „Nie chodzi o to czy nas stać, czy nie. Dalibyśmy radę wysłać chłopców do najlepszych szkół za granicą. Tylko po co? Wszyscy, którzy się tym interesują wiedzą od dawna, że szwedzkie szkoły są najlepsze w świecie” „Myśmy tego akurat nie wiedzieli” – odparł Kazik – „W każdym razie nie możemy w najbliższej przyszłości was odwiedzić, ale wiedzcie, że możecie w każdej chwili do nas przyjechać, Tym bardziej, że dla was to żaden wydatek” 

Rozmowę przerwał kelner który podszedł zapytać czy może jeszcze byśmy sobie coś życzyli. Ponieważ nikt już nic nie chciał poprosiłem o rachunek.

„Będzie pan płacił kartą, czy gotówką?” – zapytał

„Gotówką”

Oczywiście, że wygodniej by mi było zapłacić kartą, ale to jest mało widowiskowe. Dlatego przed wizytą w restauracji wyjąłem z bankomatu sporo gotówki. Musiałem zrobić to trzy razy, ze względu na ograniczenia ilości gotówki możliwej do pobrania z bankomatu.

W każdym razie miałem w wewnętrznej kieszeni marynarki pokaźny rulon banknotów związanych gumką aptekarską.

Po chwili zjawił się kelner z rachunkiem. Był dosyć długi. Spojrzałem tylko na sumę. Była większa niż się spodziewałem. Poczułem, że się pocę. Kazik chyba to zauważył bo zapytał „Może się podzielimy rachunkiem?”

„Nie ma mowy” – odparłem – „Ja zaprosiłem i ja płacę”

Nie nalegał więcej. Wyciągnąłem z kieszeni rulon banknotów w taki sposób aby było go widać nawet przy sąsiednim stoliku. Starannie odliczyłem należną sumę i podałem kelnerowi. Gdy kelner odchodził wyuczonym głosem, głośno przywołałem go do stolika. Gdy podszedł z pytającym wyrazem twarzy, zamaszystym gestem wręczyłem mu banknot o dużym nominale, mówiąc tak aby inni słyszeli

„To dla pana”

Musiało to zrobić duże wrażenie bo Kazik i Zosia nagle zamilkli w pół słowa. Goście przy sąsiednim stoliku zaczęli się dyskretnie śmiać. Jestem przekonany, że rozśmieszyły ich miny Kazika i Zosi.

Parę minut potem pożegnaliśmy się obiecując być w kontakcie.

 

Podróż do domu przebiegła bezproblemowo. Ponieważ paliwo u nas jest znacznie droższe, przed wjazdem na prom zatankowałem auto pod korek. Mimo że byliśmy po obfitym śniadaniu zjedzonym w hotelu, niemal zmusiłem Elkę i chłopaków do zjedzenia sporych hamburgerów jeszcze po polskiej stronie.

„Na promie jedzenie będzie dużo droższe. Musimy oszczędzać” – argumentowałem

Po za tym wszyscy byliśmy zadowoleni. Dzieciaki dlatego, że ta wizyta w Polsce bardzo ich wynudziła i stęsknili się za swoimi szwedzkimi kolegami. Ja i Elka byliśmy zadowoleni ponieważ udało nam się pokazać tak jak chcieliśmy. Co prawda, wiadomość o śmierci mamy zasmuciła mnie. Bardzo chciałem się dowiedzieć gdzie jest jej grób, ale zachowanie ojca uniemożliwiło mi wypytanie go o to. Miałem nadzieję, że może po dniu, lub dwóch ojciec się uspokoi. Wtedy przyjedziemy do niego i może da się z nim porozmawiać, ale jakoś nie wyszło. Może przy następnym pobycie w Polsce da się z nim porozmawiać. Najmniej przejmowaliśmy się bratem Elki.

„Może to i lepiej, że go nie spotkaliśmy. I tak by nam nie uwierzył, że nam się powodzi” – stwierdziła Elka

Zaraz po zjeździe z promu, w najbliższym biurze wymiany walut Forex wymieniłem wszystkie złotówki jakie mi zostały na korony. Nie dużo tego dostałem, ale jeszcze raz stwierdziliśmy z Elką, że niema co żałować wydanych pieniędzy. Zobaczyć przy płaceniu rachunku w restauracji miny Zosi i Kazika – bezcenne przeżycie.

 

Potem nasze życie potoczyło się po staremu. Po podróży, do pierwszej wypłaty było ciężko. A później jeszcze ciężej. Hydraulik u którego pracowałem zmarł nagle. Wspólnik zlikwidował firmę. Zostałem bez pracy. Kilka miesięcy żyliśmy z mojego zasiłku dla bezrobotnych i z tego co Elka zarobiła jako sprzątaczka w sklepie. Jednak nie dane było jej tam dłużej popracować. Została zwolniona. Szef zarzucił jej permanentne wynoszenie towarów. Nie zgłosił tego na policję, bo mu się to nie opłacało. Ostrzegł ją, żeby nie próbowała protestować, bo ma dowody i w razie czego przekaże je policji. Pokazał jej kilka filmików nagranych ukrytą kamerą. Widać na nich było wyraźnie jak Elka chowa paczki z mięsem pod spódnicą. Szef w zwolnieniu napisał, że Elka przestaje być zatrudniona na własną prośbę w trybie natychmiastowym. Elka nie protestowała.

Fajnie było na tym bezrobociu. Mieliśmy kupę czasu dla siebie. Elka wykorzystała go odświeżając znajomości z koleżankami ze szkoły. Pisały i telefonowały do siebie.

 

W połowie roku dwa tysiące dziewiątego dostaliśmy oboje pracę w fabryce ciężarówek w Torslanda. Ja na taśmie produkcyjnej. Zacząłem od przykręcania kół. Teraz mam już bardziej odpowiedzialną pracę. Montuję systemy hamulcowe.

Elka zaczęła razem ze mną. Złapała się do pracy w magazynie podzespołów. Skończyła zakładowy kurs dla kierowców wózków widłowych. Pracowała jako wózkowa. Rozwoziła podzespoły na stanowiska pracy przy taśmie montażowej.

Oboje pracowaliśmy na trzy zmiany. Razem dojeżdżaliśmy do pracy. Tak było przez prawie dwa lata. Niestety odbiło się to na chłopcach. W dwutysięcznym jedenastym, zaczęły się poważne kłopoty z synami. Starszy miał wtedy dziewiętnaście lat i chwilowo nie pracował, czasami nie przychodził na noc. Wykręcił jakiejś dziewczynie dzieciaka. Sąd polecił mu płacić alimenty. Nie zamierza je płacić. Nie ma z czego.  Młodszy miał wtedy piętnaście lat. Zaczął opuszczać się w szkole. Złapano go na kradzieży w sklepie. Jakoś udało nam się sprawę załagodzić.

Elka stwierdziła, że musi być w domu. Postanowiła zwolnić się z pracy. Zwierzyła się koleżance

„Co będziesz się głupia zwalniać…pobędziesz na bezrobociu które prędko się skończy i co?…Znowu socjal?”

„To co mi radzisz?” -zapytała Elka

„Wypadek…Pójdziesz na chorobowe i jak będziesz mądrze postępować to zostaniesz na nim do emerytury”

 

Kilka dni później Elka tak nieostrożnie schodziła z wózka widłowego, że skręciła sobie stopę. Zabrano ją na pogotowie. Prześwietlono stopę i nie stwierdzono żadnego urazu. Elka jednak wyła z bólu gdy ją badano. Poleżała kilka dni w szpitalu. Zrobiono dokładne badania i zalecono trzy miesiące zwolnienia lekarskiego. To zwolnienie przedłużano potem kilkukrotnie, aż w końcu przeniesiono ją na rentę chorobową. Ale to nastąpiło dopiero po dziesięciu latach. Ma marne pieniądze ale jest w domu.

Te kontakty Elki z Zosią skutkowały tym, że dostaliśmy od niej zaproszenie na ślub i wesele brata Kazika. Nie znaliśmy Józka ani jego narzeczonej, ale Zosia stwierdziła, że w takim razie ich poznamy. Ślub miał być w pod koniec września. Obiecaliśmy przyjechać

„Tylko nie rezerwujcie hotelu. Zamieszkacie u nas” – oznajmiła Zosia na koniec rozmowy telefonicznej

„Przecież u was nie ma miejsca” – rzuciła Elka

„Jest miejsce. Będziecie mieszkać w pokoju dziewczynek. Są w Szwajcarii”.

No i na koniec rozmowy popsuła Elce humor i jak zwykle Elka musiała się wyładować na mnie „Oni będą się chwalić córkami…A ty co im powiesz o naszych synach?!…Wymyśl coś, abyśmy dobrze wypadli!”

„Najlepiej unikajmy rozmów o dzieciach…” – zaproponowałem

„Jak unikajmy?!…Przecież wiesz, że niczym innym nie mogą się pochwalić, więc będą wkoło pieprzyć o tym jakie to dziewczynki są mądre i dobrze wykształcone…Nie zniosę tego!” „Będziemy zmieniać temat” – stwierdziłem

I żeby odciągnąć Elkę od tematu dzieci zapytałem

„Zastanawiałaś się już nad tym co za prezent kupić nowożeńcom?”

No i to był dobry strzał w dziesiątkę z mojej strony. Elka natychmiast przestała denerwować się tematem dzieci i zaczęła fantazjować na temat prezentu. Miała różne propozycje, począwszy od szwedzkich kryształów po skóry z reniferów i złotej biżuterii a skończywszy na kopercie z gotówką. Nie przerywałem jej. Po kilkunastu minutach stwierdziła

„Wydaje mi się, że koperta z gotówką będzie najlepsza. Co o tym sądzisz?”

„Bardzo dobra propozycja, ale…”

„Co ale?” – przerwała zaczepnie – „Nie podoba ci się?”

„Podoba. Sprecyzuj ile gotówki mamy włożyć do tej koperty, żeby dobrze wypaść”

„Nie wiem…jakąś dużą sumę…Stać nas na to?”

„No właśnie raczej nie stać”

„To zaproponuj coś sam jak jesteś taki mądry!” – odparła zdenerwowana

„Widzisz, wydaje mi się, że powinnyśmy dać prezent który byłby duży. Tak duży aby wszyscy zauważyli gdy go będziemy wręczać”

„Co masz na myśli?…Żywego łosia?”

„Nie drwij. Mam na myśli duży dywan. Taki trzy metry na sześć, zwinięty w potężną rolkę. Mam nadzieję, że wszystkich przebijemy wielkością prezentu”

„Gdzie on położą taki duży dywan?”

„To już nie nasza sprawa”

 

Na ślub pojechaliśmy sami. Chłopcy byli na tyle dorośli, że mogli zostać w domu. Starszy obiecał zaopiekować się bratem i przypilnować aby nie opuszczał zajęć szkolnych. Zostawiliśmy im oczywiście pieniądze na życie.

Przed wyjazdem kupiliśmy w Ikei dywan turecki. Zwinięty w rolkę i opakowany kolorowym papierem, oraz obwiązany kolorową wstążką ledwo zmieścił się w samochodzie. Dobrze, że oparcie tylnej kanapy można było położyć. W ten sposób zwinięty dywan jednym końcem rolki znajdował się w bagażniku, a drugim końcem rolki opierał się o oparcie przedniego fotela, który był maksymalnie przesunięty do przodu. Elka narzekała w czasie jazdy, ponieważ nie miała za dużo miejsca na nogi, ale jakoś wytrzymała tą podróż.

 

Po przyjeździe na miejsce, zgłosiliśmy się u Kazików. Wnieśliśmy bagaże. Wróciłem się do auta po dywan. Zaraz po przywitaniu się z gospodarzami Elka z troską w głosie zaproponowała

„Zosiu, może jednak będzie lepiej jak zamieszkamy w hotelu? Przecież dziewczynki przyjadą na ślub wujka i gdzie się podzieją?”

„Nie ma mowy o żadnym hotelu. Dziewczynki nie przyjadą. Są bardzo zajęte. Są teraz w Brukseli. Mają praktyki w Parlamencie Europejskim…”

„Dobrze płatne praktyki” – przerwał żonie Kazik

Zauważyłem, ze Elka zaczyna się robić sina z wściekłości. Szybko zapytałem

„Co ci jest kochanie? Czyżby podróż cię zmęczyła?”

„Źle się poczułam. Muszę odpocząć” – odparła głosem pełnym bólu

„To w takim razie przejdźcie od razu do pokoju gościnnego” – zaproponowała Zosia – „Przyszykuję kolację. Jak odpoczniecie to usiądziemy do stołu. Kaziu pomóż gościom przenieść bagaże”

Pokój  gościnny był byłym pokojem dziewczynek. Urządzony był ze smakiem nowymi meblami. Stały w nim dwa osobne łóżka. Kazik poinformował, że łóżka można zsunąć razem. Odpowiedziałem, że jest dobrze jak jest. Kazik wskazał szafę. Powiedział, że jest pusta i że możemy włożyć do niej swoje rzeczy. Potem pomógł mi ułożyć rolkę z dywanem na podłodze tak aby nie przeszkadzała w chodzeniu.

 Po wyjściu Kazika z pokoju Elka nie wytrzymała

„Nie zniosę tego!”

„Ciii! Bo usłyszą” – upomniałem ją

„Nie zniosę tego” – zaczęła szeptem – „Praktyki w Brukseli…To już im Szwajcaria nie wystarcza…”

„Nie denerwuj się kochanie. Nie wiesz jak to jest. Może tylko tak się chwalą aby nam nerwy popsuć”

„Już mi popsuli. Przecież przy stole o niczym innym nie będą gadać”

„Postaraj się aby nie zauważyli, że im zazdrościsz dzieciaków…”

„Nie zazdroszczę!” – Elka nie opanowała szeptu – „Tylko nie lubię, jak…”

„Cii! Nie mówmy już o tym”

W tym samym momencie do pokoju zapukała Zosia

„Można?” – zapytała przez zamknięte drzwi

„Tak, oczywiście”

„Możemy siadać do stołu” – oznajmiła po otwarciu drzwi.

Poprosiłem o jeszcze kilka minut abyśmy mogli umyć ręce.

 

Przy stole, wbrew naszym przypuszczeniom nie padło ani jedno słowo o dziewczynkach. Nasi gospodarze mówili dużo o mającym się odbyć następnego dnia ślubie. Dowiedzieliśmy się, że będzie to tylko ślub cywilny i że skromne wesele odbędzie się w uroczym pensjonacie za miastem dla rodziny,  przyjaciół i znajomych.

„Jak to się stało, że spotkał nas zaszczyt być zaproszonymi?” – zapytała Elka – „Nie znamy Józka ani jego narzeczonej, ani tym bardziej nie jesteśmy ich przyjaciółmi…”

„Ale mamy nadzieję wkrótce zaliczać się do przyjaciół” – dodałem szybko

„Ach, to proste. Dużo opowiadaliśmy im o was” – wyjaśniła Zosia – „Józek i jego narzeczona Tereska, obracają się tylko w środowisku ludzi którzy osiągnęli sukces zawodowy i finansowy. Z naszych opowiadań dowiedzieli się, że do takich należycie. Dawno chcieli was poznać”

Zauważyłem, że się to bardzo spodobało Elce. Mnie również, chociaż gdzieś tam z tyłu głowy pojawił się pewien niepokój. Skoro będą tam ludzie którzy naprawdę coś osiągnęli, to możemy wypaść nie tak jakbyśmy chcieli.

„Powiedzcie coś więcej o narzeczonej Józka, jej rodzinie” – poprosiłem – „Poza wami wszyscy na tym przyjęciu będą dla nas nieznani. Nie chcielibyśmy strzelić jakiejś gafy”

„Zwyczajni ludzie” – stwierdził Kazik – „Poznacie ich jutro w Urzędzie Stanu Cywilnego…”

„Nie Kaziu” – przerwała mu Zosia – „Uważam, że powinniśmy powiedzieć coś więcej o Teresce i jej rodzinie”

No i Zosia się rozgadała. Dowiedzieliśmy się, że Tereska jest jedynaczką bardzo zamożnych rodziców. Ojciec ma trzy rzeźnie w województwie Białostockim. Prowadzi je ze wspólnikami. Tereska formalnie pracuje u ojca. Z Józkiem, który jest rzeźnikiem poznali się na jakiś kursach dokształcających dla wędliniarzy. Po ślubie przeprowadzają się na wieś pod Suwałkami. W prezencie ślubnym rodzice kupili im niewielki zakład masarski.

 „Myśmy też się na ten zakład złożyli” – oznajmił Kazik

„Może zaczniesz u brata pracować. Nie będziesz musiał w kanałach się babrać” – powiedziałem „Już nie babram się w kanałach. Skończyłem zaocznie studia. Jestem teraz dyrektorem produkcji w naszym oddziale wodociągów i kanalizacji”

Zaniemówiłem. Elka musiała zauważyć, że mnie ta wiadomość o dyrektorskiej posadzie Kazika ruszyła. Prędko zmieniła temat

„Powiedzcie co córki robią w tej Brukseli?”

„Mają praktyki w biurze tłumaczeń przy Parlamencie Europejskim” – wyjaśniła Zosia – „Tłumaczą różne dokumenty i pisma. Oczywiście pod nadzorem doświadczonych tłumaczy. Jak skończą studia w Szwajcarii w przyszłym roku, będą mogły tłumaczyć symultanicznie…”

„Co to znaczy?” – zapytałem

„Tłumaczenie mowy w czasie rzeczywistym. Pracę w Brukseli mają już prawie pewną”

Przez chwilę skupiliśmy się na jedzeniu. Zosia znowu zaczęła opowiadać o dziewczynkach i o tym jak mieszkają w Brukseli. Elka przerwała jej zmieniając temat.

„Szyjesz w dalszym ciągu krawaty dla tego Niemca, prawda?” – zapytała

„Już nie. Niemiec przeniósł wyrób krawatów do Wietnamu. Tam szyją taniej. Jestem teraz bez pracy”

Zauważyłem, że ta ostatnia wiadomość spodobała się Elce, współczującym głosem zapytała Zosię o to czy ma widoki na nową pracę. Zosia odpowiedziała lekceważąco, że na razie o tym nie myśli. Chodzi na kursy angielskiego i niemieckiego. Przyda się znać niemiecki jak wyjedzie w przyszłym roku do córek pomagać im w domu

„Chcesz powiedzieć, że zostaniesz babcią?” – ożywiła się Elka.

„Mam nadzieję, że zostanę, ale nie zanosi się aby to się stało w najbliższym czasie. Mają chłopaków, ale twardo stawiają wykształcenie na pierwszym miejscu”

„Wiesz jak to jest. dzieciak może się trafić niespodziewanie” – zauważyła Elka

„Tak. Masz rację. A jak tam wasz najstarszy? Zrobił was dziatkami?”

„Nic o tym nie wiemy” – odparłem szybko śmiejąc się

„No, właśnie” – dopowiedział Kazik – „U chłopaka nie zauważysz czy coś nie zmajstrował, dopóki do drzwi nie zapuka zapłakana dziewczyna z dzieckiem na ręku”

Pośmialiśmy się trochę. Na szczęście nie zauważyli że dla nas był to śmiech maskujący wściekłość z powodu dzieciaka wykręconego przez naszego najstarszego.

Kazik opowiedział kilka dowcipów. Zrewanżowałem się też kilkoma. Potem Elka przeprosiła wszystkich twierdząc, że jest zmęczona i chciałaby się wcześniej położyć. Zosia skorzystała z okazji i zaczęła zbierać nakrycia. Kazik chciał jej pomóc. Odmówiła

„Zabawiaj gościa, ja zajmę się stołem”

Kazik poszedł do kuchni. Przyniósł dwie puszki piwa. Wypiliśmy je po malutku rozmawiając o niczym. Kiedy godzinę później po przyjściu z łazienki kładłem się do łóżka Zosia już spała.

 

Następnego dnia po szybkim śniadaniu, zaczął się zwykły galimatias związany z przygotowywaniem się na uroczystość ślubną. Młoda Para miała wyznaczony czas na dwunastą trzydzieści. Panie ledwo zdążyły się przyszykować. Kazik pomógł mi znieść dywan do samochodu. Elka pojechała z Kazikiem i Zosią. Nie chciała siedzieć ściśnięta w naszym aucie. Po drodze zatrzymaliśmy się przed kwiaciarnią. Zosia poszła odebrać zamówione kwiaty. Elka też kupiła odpowiednią wiązankę. Na miejscu byliśmy tuż przed ceremonią. Przedstawili nas niektórym gościom, ale nie wszystkim ponieważ był już czas na wejście do Sali Ślubów.  Chciałem się wrócić do auta po dywan aby go wręczyć nowożeńcom, ale wybito mi ten pomysł z głowy.

„Wręczycie go potem w restauracji”

 

Po ceremonii ślubnej nastąpiło jak zwykle składanie życzeń i wręczanie kwiatów Młodej Parze. Ustawiliśmy się w kolejce. Zauważyliśmy, że wszyscy wręczają im koperty. Zanim podeszliśmy do nich Elka zdążyła mi nagadać do ucha

„Mówiłam, że koperta będzie najlepsza, ale nie. ty wiesz lepiej. I jak teraz wyglądamy?” Odpowiedziałem, że będzie dobrze, bo w restauracji tylko my będziemy wręczać prezent i będzie to widoczne dla wszystkich.

Gdy podeszliśmy do Młodej Pary składać życzenia zjawił się przy nas Kazik. Przedstawił nas. Wymieniliśmy grzecznościowe formułki. Składając życzenia dodałem głośno, że prezent od nas jest tak dużych gabarytów, iż postanowiliśmy wręczyć go potem w restauracji. Wydaje mi się, że przyjęli to ze zrozumieniem i ciekawością.

Na koniec Józek zapytał, czy wiemy gdzie odbędzie się przyjęcie dla gości. Kazik zapewnił go, że nas poprowadzi.

Auto mieliśmy zaparkowane obok auta Kazika. Musieliśmy poczekać kilka minut. Zosia omawiała jeszcze z rodzicami Tereski jakieś sprawy organizacyjne. Gdy przyszła do auta od razu ruszyliśmy. Kazik jechał bardzo ostrożnie. Miał samochód od niedawna i dopiero nabierał wprawy jako kierowca. Wlokłem się za nim lekko zirytowany. Do pensjonatu przyjechaliśmy po półgodzinie. Pensjonat znajdował się w pięknym parku zalesionym wysokimi starymi dębami. Zaparkowaliśmy auta na obszernym parkingu.

Wyciągnąłem dywan. Kazik pomógł mi zarzucić rulon na ramię. Mimo że do wejścia do pensjonatu musieliśmy przejść tylko około stu metrów, zasapałem się. Wejście po schodach na wysoki parter też zrobiło swoje. Potem przejście przez korytarz i znaleźliśmy się w dużej sali restauracyjnej. Większość gości siedziała już przy długich stołach ustawionych w podkówkę. Młoda Para zauważyła nasze wejście i podeszła do nas. Niestety siedzący przy stołach zajęci byli rozmowami i nie zwracali na nas uwagi. Chciałem dosyć głośno powtórzyć życzenia i głośno powiedzieć, że oto jest prezent ślubny o którym mówiliśmy w Urzędzie Stanu cywilnego. Jednak byłem tak zziajany taskaniem dywanu, że z gardła wydobyłem tylko niewyraźne rzężenie.

„Zgaduję, że to dywan” – powiedział Józek

„Tak, dywan” – potwierdziła Elka – „Bardzo dro..Duży! chciałam powiedzieć”

„O jak fajnie!” – ucieszyła się Tereska – „Położymy go w piwnicy”

„W piwnicy?” – zdziwiła się Elka

„Tak. Mamy bardzo dużą piwnicę a w niej różne sprzęty gimnastyczne. Teresa lubi spędzać tam czas na medytacji. Interesuje się hinduizmem” – wyjaśnił szybko Józek

Podczas gdy ja pociłem się z dywanem na ramieniu Tereska wyjaśniła, że do nowo wybudowanego domu wprowadzili się dopiero trzy miesiące temu i podłogi w piwnicy są jeszcze bardzo zimne i ona musi kłaść na nie koce i poduszki, gdy ćwiczy i medytuje

„Żeby nie dostać wilka” – wyjaśniła

„Gdzie go odłożyć” – przerwałem wywód Tereski

„Zaraz to załatwimy” – odparł Józek

Poszedł poszukać kelnerów. Przyszło po chwili dwóch i zabrali gdzieś ten cholerny dywan. Józek osobiście wskazał nam miejsce przy jednym ze stołów. Niestety daleko od Kazika i Zosi, którzy zajęli miejsca obok Pana Młodego.

Myśmy usiedli obok zupełnie nie znanych nam osób. Nie pamiętałem czy się już z nimi witałem w Urzędzie Stanu Cywilnego więc na wszelki wypadek podniosłem się i przerywając rozmowę parze siedzącej naprzeciwko przedstawiłem się dodając po szwedzku tytuł inżynierski i zajmowane stanowisko

„A to moja żona Elżbieta. Tak samo jak ja ze Szwecji”

Para z przeciwka przedstawiła się nam i ponownie pogrążyła się w rozmowie.

 Potem przedstawiłem się jeszcze osobom siedzącym po naszych bokach i zamierzałem kontynuować przedstawianie się, ale Elka przerwała mi dyskretnym szeptem

„Idź do łazienki i doprowadź się do porządku. Ufajdałeś się tym dywanem. Kołnierzyk od koszuli wygniotłeś i pobrudziłeś. Zrób coś z tym”

W łazience obmyłem spoconą twarz ale z zabrudzoną koszulą nie mogłem zrobić wiele. Próbowałem zmyć kołnierzyk wodą z mydłem, ale to nie pomogło.

Wróciłem do stołu. Jakiś gość wygłaszał właśnie długą mowę na cześć Młodej Pary.

Co poniektórzy z gości nie czekając na pierwszy toast zdążyli już upić sporo ze stojących na stole butelek. Potem wzniesiono toast i wszystko potoczyło się normalnym trybem. Kelnerzy roznosili potrawy, wymieniali opróżnione butelki na nowe, Goście wyciągnęli swoje smartfony i przy okrzykach „Gorzko! Gorzko!” fotografowali Nowożeńców. W salce obok, której wcześniej nie zauważyłem orkiestra zaczęła grać znane melodie. Józek w swoim i nowo poślubionej żony imieniu zaprosił gości do tańców. Ja i Elka zostaliśmy przy stole.

Nasi sąsiedzi również. Chciałem nawiązać z nimi rozmowę i do pana któremu przedstawiłem się najpierw powiedziałem

„U nas w Szwecji śluby i wesela wyglądają inaczej”

„Tak? To interesujące” – odpowiedział – „A jak tam u was w skupie przedstawiają się ceny żywca?”

Zaskoczył mnie tym pytaniem. Oczywiście nie miałem najmniejszego pojęcia o cenach żywca w Szwecji. Po chwilowym zmieszaniu odpowiedziałem

„Wie pan, to nie moja branża. Jestem inżynierem w fabryce ciężarówek i…”

„A to ciekawe” – przerwał mi – „Nie znam się na produkcji ciężarówek. My tu wszyscy jesteśmy z branży mięsnej. Rzeźnicy, wędliniarze, hodowcy tuczników i rogacizny”

„To z kolei ja się nie znam” – odpowiedziałem

„Nie szkodzi. Napijmy się!” – nalał mi wódki i wzniósł toast – „Za produkcję ciężarówek!” Wypiliśmy. Podniosłem się. Poczułem się w obowiązku wznieść toast za rogaciznę.

Wypiliśmy. Szybko napełniłem kieliszki i głośno wzniosłem następny toast

„Za tuczniki!”

Wypiliśmy. Zauważyłem, że sporo osób dołączyło się do mojego toastu. Wielu było rozbawionych do łez. Ktoś krzyknął

„A za drób nie wypijemy?”

Ktoś napełnił mój kieliszek. Chciałem go podnieść do ust, ale Elka mi przeszkodziła starając się odebrać kieliszek mówiąc

„Ty już więcej nie pijesz”

„Zamilcz kobieto!” – odparłem zdecydowanym głosem – „Dopiero zaczynam”

Usłyszałem rechot przysłuchujących się osób

„Prawdziwy mężczyzna” – doszło do moich uszu – „Pokazał kto rządzi w domu”

Wypiliśmy. Chciałem ponownie napełnić kieliszek, ale usłyszałem złowrogie

„Rób co chcesz. Ja wychodzę!”

Powiedziawszy to Elka podniosła się od stołu i ruszyła w stronę wyjścia

„Chwileczkę kochanie. Poczekaj!”

Ruszyłem ostro za Elką. Za plecami usłyszałem rubaszny śmiech.

Elkę zatrzymałem przy toaletach. Po dłuższej rozmowie, o której nie chcę wspominać wróciliśmy do stołu. Ktoś chciał napełnić mój kieliszek. Powstrzymałem go

„Nie. Dziękuję. Muszę odpocząć”

Ktoś inny podsunął mi talerzyk z dużą porcją salcesonu

„Proszę, niech pan skosztuje. Moja produkcja. Dostałem za niego pierwszą nagrodę na targach branżowych w Lipsku”

Ktoś poprosił Elkę do tańca. Nie odmówiła. Gdy tylko odeszła od stołu ktoś nalał mi do kieliszka pytając

„Odpoczął pan?”

Skinąłem głową. Wypiłem. Zjadłem dwa kęsy salcesonu

„Smakuje panu, prawda?” Skinąłem głową

„No to, za ten salcesonik!”

Wypiłem.

 

Muszę przyznać, że nie pamiętam dużo z tego wesela. Obudziłem się z potwornym bólem głowy i brzucha. Nie wiedziałem gdzie się znajduję, ale nie musiałem się wysilać aby się dowiedzieć gdzie jestem. Elka mi to uświadomiła. Co prawda nie bezpośrednio. Wyłowiłem tą informację z potoku słów pełnych wymówek i wyzwisk płynących z jej ust.

Krótko mówiąc. Elka twierdziła, że się upiłem do nieprzytomności i że zaniesiono mnie do jednego z pokojów w pensjonacie. Położono mnie na kanapie. Jestem przekonany, że to nie alkohol mi zaszkodził tylko ten cholerny salcesonik. Wódka, owszem sprawiała, że mogłem mieć nawet dużego kaca, ale nigdy nie sprawiła tak potężnego zaburzenia brzusznego jak ten salceson.

„Jak ty wyglądasz pijaku!” – wydzierała się na mnie – „Idź natychmiast pod prysznic i przebierz się!”

„W co się mam przebrać, do cholery!” – zapytałem odklejając się od kanapy

„W łazience są szlafroki”

Wyduszowałem się dokładnie. Z obrzydzeniem wyprałem spodnie i koszulę. Wyszedłem z łazienki w szlafroku.

„W co się mam ubrać? W szlafroku nie pojadę samochodem, po za tym łeb mi pęka”

„Ty pijaku…”

„Dobra!… Przestań już. Przywieź mi ubranie od Kazików. Ja tu poczekam”

Trwało to jeszcze długo zanim Elka zmęczyła się wyzywaniem mnie i zdecydowała się pojechać po ubranie. Pojechała tam wezwaną taksówką, razem z Zosią.

Zostałem sam w pokoju. Nie wiedziałem wtedy, że dwa pokoje dalej dochodził do siebie Kazik. Szkoda. Mogliśmy czekać razem i nie nudzić się, a tak nie mając co robić wszedłem pod kołdrę do łózka i usnąłem.

Obudziła mnie Elka wnosząca do pokoju nasze bagaże. Spojrzałem na zegarek. Dochodziła dziewiąta wieczorem. Ucieszyłem się, że mogę się ubrać. Wyraziłem chęć natychmiastowego wyjazdu z pensjonatu do mieszkania Kazików

„Tu zostajemy” – stwierdziła kategorycznie Elka – „Pożegnałam się z nimi i przeprosiłam za twoje zachowanie. Tyle wstydu…”

„No już przestań” – przerwałem jej – „Nie uruchamiaj się”

Niestety. Już się uruchomiła. Zachowuje się wtedy jak samochód ze starym silnikiem diesla, który niespodziewanie wchodzi na bardzo wysokie obroty i kręci się tak długo aż się rozpadnie. Z tym tylko, że Elka się nie rozpada.

Gdy się w końcu uspokoiła dowiedziałem się, że zdążyła już opłacić dwa następne noclegi w pensjonacie i że wyjedziemy stąd bezpośrednio do domu

„Może wytrzeźwiejesz do tego czasu i będziesz w stanie prowadzić auto”

 

Do domu wróciliśmy w podłych nastrojach. Nie udało nam się pokazać w takim świetle jak żeśmy sobie zaplanowali. Obiecałem sobie, że w przyszłości za żadne skarby nie będę jadł salcesonu. Powiedziałem o tym Elce gdy już zatrzymaliśmy się pod domem. Miała inne zdanie na temat naszego niepowodzenia na weselu Józka i Tereski. Podczas gdy ja taskałem walizy po schodach do naszego mieszkania, ona wykładała mi po raz kolejny swój punkt widzenia na temat naszej wpadki na weselu. Może by to trwało jeszcze długo, ale po wejściu do mieszkania czekała nas niespodzianka, która sprawiła, że wydarzenia z wesela zeszły na bardzo odległy plan.

Zaraz za drzwiami uderzył nas mocny zapach, który poznaliśmy jakiś czas temu na wywiadówce w szkole u młodszego syna. Wychowawca, w ramach uczulenia rodziców na niebezpieczeństwa czyhające na nasze pociechy zademonstrował zapach palonej marihuany. Od razu poznaliśmy ten zapach. W kuchni stos nie pozmywanych naczyń zapełniał cały blat kuchenny. Elka wpadła do sypialni. Usłyszałem jej okrzyk

„Co to za dziwka w naszym łóżku?!”

Po chwili również znalazłem się w sypialni. Nasz młodszy syn przecierając oczy zapytał

„Już przyjechaliście?”

Elka zignorowała jego pytanie i jeszcze raz powtórzyła

„Co to za dziwka?!”

Dziwka o którą pytała Elka leżała na brzuchu do połowy przykryta kołdrą. Jej nagie kształtne plecy zrobiły na mnie dobre wrażenie. Długie kasztanowe włosy zakrywały twarz. Pomyślałem z pewnym uznaniem, że syn ma dobry gust.

 Jednak bardzo szybko zmieniłem zdanie. Elka tak głośno wdzierała się że dziwka obudziła się i naga wyszła z łóżka informując, że musi do kibla. Zatkało nas. Przez chwilę Elka nie mogła wydobyć z siebie głosu. Okazało się, że to nie dziwka

„Kto to jest, do cholery?!!” – wydobyła wreszcie z siebie głos przepojony rozpaczą

„Mój przyjaciel Robert”

Zanim zdążyliśmy zareagować Robert wrócił nagusieńki z łazienki i elegancko podał rękę Elce

„Robert jestem. Miło mi poznać panią”

Zaszokowana Elka przedstawiła się. Robert podszedł do mnie z wyciągniętą ręką.

„Robert jestem…” nie dokończył

Zamalowałem go z całej siły w twarz z liścia. Upadł z płaczem na łózko. Syn z wściekłością rzucił się na mnie

„Nie bij go! On jest bardzo delikatny! Kochamy się. Nienawidzę cię. Nie chcę was znać” – krzyczał i machał rękoma starając się mnie uderzyć – „Chodź Robi. Ubierzemy się i wynosimy się stąd.”

Wybiegli z naszej sypialni trzaskając drzwiami. Elka zaczęła płakać. Usiadła na łóżku. Przysiadłem się do niej, objąłem ją i siedzieliśmy tak przez dłuższą chwilę. W pewnym momencie usłyszeliśmy trzaśnięcie drzwi wejściowych. Zerwałem się z łóżka, pobiegłem do przedpokoju. Trzaśnięte drzwi wejściowe nie zamknęły się. Dobiegłem do nich. Chłopaki właśnie zatrzymali się na schodach i poprawiali futerał z gitarą.

„Dokąd to?” – zapytałem

„Wynoszę się! Nie chcę was znać. Nie szukajcie mnie”

„Dobra, dobra! Jak ci się znudzi to wracaj!” – odparłem – „Tylko nie bódź nas. Jesteśmy zmęczeni po podróży”

Wróciłem do mieszkania. Elka już nie płakała. Wstała z łóżka i zrezygnowana zaczęła się rozglądać po mieszkaniu

„Trzeba się zabrać za porządki” – rzekła zmęczonym głosem – „Przede wszystkim musimy rozpakować walizki”

Dosyć późno położyliśmy się spać.

Następnego dnia miałem iść do pracy na noc więc mogliśmy sobie pospać do dziesiątej. Przy śniadaniu rozmawialiśmy o tym co się stało wczoraj. Doszliśmy do wniosku, że Mały, jak nazywaliśmy młodszego syna, zmęczy się, uspokoi i wkrótce wróci. Nieobecność starszego nie zdziwiła nas. Często nie wracał na noc.

Około południa Elka stwierdziła, że trzeba zrobić zakupy. Lodówka była pusta. postanowiliśmy pojechać do centrum handlowego. Wychodząc z klatki schodowej zauważyłem, że naszej w skrzynce na listy jest jakaś poczta. Było to wezwanie dla nas obojga na Policję w celu złożenia zeznań w sprawie o usiłowanie zabójstwa. Dopisek na dole głosił, że sprawa jest pilna. Była podana data. Wynikało z niej, że powinniśmy być na policji wczoraj o godzinie dwunastej. Postanowiliśmy, że jeszcze przed zakupami pojedziemy na komisariat. Bardzo nas zaciekawiło  co mamy wspólnego z jakimś usiłowaniem zabójstwa

„Pewno jakaś pomyłka” – stwierdziłem

 

Niestety. To nie była pomyłka. Dzień przed naszym powrotem do Szwecji nasz starszy syn usiłował zabić ojca dziewczyny, której zrobił dziecko. Byliśmy w ogromnym szoku. Oczywiście jakiekolwiek zeznania z naszej strony nie miały sensu. Byliśmy zaskoczeni i zaszokowani. Odmówiono nam widzenia się z synem. Dowiedzieliśmy się, że został mu przydzielony z urzędu adwokat. Dostaliśmy numer telefonu kancelarii adwokackiej. Po wyjściu z komisariatu skontaktowaliśmy się z adwokatem. Godzinę potem spotkaliśmy się w biurze. Okazało się, że adwokatem jest stosunkowo młoda dziewczyna tuż po aplikacji. Dowiedzieliśmy się od niej, że nasz syn odwiedził mieszkanie ofiary. Miała tam przebywać matka dziecka naszego syna. Ojciec dziewczyny nie chciał go wpuścić do mieszkania. Wywiązała się szarpanina. Nasz syn zadał mu kilka ciosów możem z którym przyszedł do mieszkania ofiary. Atak przerwali sąsiedzi zwabieni hałasem na korytarzu. Wezwano policję i karetkę pogotowia. Nasz syn przyznał się do zarzucanego mu czynu.

 

Potem była rozprawa sądowa. Nie byliśmy na niej. Dostał osiem lat. Ze względu na młody wiek wyjdzie po odsiedzeniu połowy kary.

Nie byliśmy ani razu na widzeniu u syna. On do nas również ani razu nie zadzwonił i ani razu nie napisał listu. Dosyć szybko przeszliśmy nad tym do porządku. Przez jakiś czas łudziliśmy się, że młodszy wróci do domu. Przysłał raz list z prośbą o pieniądze. Odpisałem krótko, że nie mamy, a nawet jakbyśmy mieli, to też byśmy nie wysłali.

 Muszę przyznać, że po kilku miesiącach zamartwiania się stwierdziliśmy, że skoro dzieci nam się nieudały, wyrosły na niewdzięczników przynoszących same zmartwienia, to właściwie nie mamy wobec nich żadnych zobowiązań.

To znaczy formalnie za młodszego, niespełna szesnastoletniego byliśmy odpowiedzialni. Szkoła przypominała nam co jakiś czas, że jako prawni opiekunowie nieletniego, jesteśmy prawnie zobowiązani do spełnienia wszystkich wymogów wynikających z obowiązku szkolnego. Mówiąc ludzkim językiem powinniśmy dopilnować aby syn uczęszczał do szkoły.

Wyjaśniłem w SMSie wysłanym do rektora szkoły. Że syn uciekł z domu i że nie mamy z nim kontaktu, oraz, że nie życzymy sobie aby szkoła przysyłała nam upomnienia dotyczące syna. Jakiś czas mieliśmy spokój. Kilka tygodni później dostaliśmy wezwanie od kuratora dla nieletnich w komunalnym Urzędzie do Spraw Socjalnych.

Na rozmowę z panią kurator poszliśmy oboje. Pani kurator zaczęła od przypomnienia nam, o obowiązkach spoczywających na nas jako rodzicach. Zdziwiła się, że nie zgłosiliśmy ucieczki syna na policję ani do socjalu. Była wyraźnie zgorszona naszą postawą. . Nasze odpowiedzi nie zadawalały jej.  Zagroziła wnioskiem do Sądu Rodzicielskiego o zasądzenie odebrania nam praw rodzicielskich. Zauważyłem że w czasie wywodu kuratorki Elka ledwo utrzymuje swoje nerwy na wodzy. Ja też miałem tego już dosyć. Kiedy kuratorka stwierdziła, że skoro nie mamy syna na utrzymaniu, to ona zawiadomi Försäkringskassę, taki szwedzki ZUS o wstrzymanie wypłaty należącego się zasiłku rodzinnego na dziecko, do czasu rozstrzygnięcia sprawy przez Sąd Rodzinny.

Tego było Elce za dużo. Rzuciła się z pazurami na kuratorkę. Wyzywała ją od najgorszych. Na szczęście, w tym napadzie szału wyzywała ją po polsku.

Ledwo rozdzieliłem szarpiące się baby. Na pewno nie dałbym rady to zrobić, gdyby nie pomoc osób z sąsiednich pokojów zwabionych krzykami.

 

Wszystko to zakończyło się wezwaniem policji.

Kilka miesięcy później w odstępach dwóch tygodni odbyły się dwie rozprawy sądowe. Za pobicie urzędniczki na służbie Elka została uznana winną i została skazana na zapłatę grzywny oraz odszkodowania za zniszczone ubranie urzędniczki i poniesione przez nią straty moralne. Elka chciała się odwoływać od wyroku, ale wybiłem jej to z głowy, przekonując, że szanse na wygranie w drugiej instancji są niemal zerowe, ale za to koszty całej tej historii znacznie wzrosną.

Druga spraw odbyła się w Sadzie Rodzinnym. Odebrano nam prawa rodzicielskie.

 

Elka w tym czasie była na przedłużającym się zwolnieniu lekarskim w związku z uszkodzoną w pracy stopą. Jeszcze przed rozprawą sądową zaczęła świrować rozstrój nerwowy. Dała się nawet położyć do szpitala tuż przed rozprawą, przez co ta została odroczona na kilka tygodni. Niestety, nie wpłynęło to na wyrok. Dopiero po miesiącu od wyroku Elka pogodziła się z zaistniałą sytuacją i jako tako doszła do siebie.

 

Ja też pomalutku dochodziłem do siebie. Pracowałem na trzy zmiany, często zostawałem w pracy na następną zmianę aby pracować za nieobecnych kolegów. Elka w tym czasie oddawała się pisaniem listów i telefonowaniem do dawnych koleżanek szkolnych odnalezionych na portalu Nasza Klasa.

Po jakimś czasie zaczęła przebąkiwać, że czas już pomyśleć o wyjeździe do Polski.

„Chcesz znowu do Zosi i Kazika?” – zapytałem – „Przecież oni będą mówić o sukcesach córek. A my co powiemy o naszych sanach?”

„Nie. Do nich nie chcę jechać z kilku powodów. Po pierwsze skompromitowałeś nas na weselu Józka…Nie przerywaj mi!” – krzyknęła gdy chciałem zaprotestować – „Po drugie, tak jak mówisz nie chcę słuchać i mówić o dzieciakach. Ale najważniejsze to po trzecie…”

„Cóż takiego?” – przerwałem jej

„Im już nie zaimponujemy opowiadaniami o tym jak nam się powodzi, starym samochodem i zdjęciami willi. On jest naprawdę panem dyrektorem i nie wiem czy zauważyłeś, ale im powodzi się lepiej niż nam i myślę, że oni są tego świadomi. Po za tym myślę, że gdy wspomnimy o tym aby do nas przyjechali, to tym razem nam nie odmówią i co wtedy zrobimy?”

„Przesadzasz. Coś wymyślimy aby ich zniechęcić do przyjazdu. Myślę, że możemy jeszcze zaimponować. Powiemy o chłopcach, że…”

„Nie chcę do nich jechać i już!…Koniec gadania!” – przerwała mi krzykiem

„Dobra! Dobra!…Nie krzycz. Ty zaczęłaś mówić o wyjeździe. Jak nie do nich to do kogo mielibyśmy pojechać?”

„Wiesz, od pewnego czasu mam kontakt z taką Kryśką z sąsiedniej klasy, z mojej szkoły. Mąż ją rzucił. Pracuje dorywczo w jakiś magazynach koło Zgierza. Mieszka w pobliżu w starej chałupie po rodzicach. Zaprasza nas do siebie. Pisze, że przyszykuje dla nas pokój i będziemy mogli u niej zamieszkać”

 

Trzy tygodnie potem zjawiliśmy się u Kryśki. Elka była wniebowzięta. Kryśka jest jej rówieśnicą ale jest bardzo zniszczoną kobietą. Wygląda na dużo starszą niż jest. Dom Kryśki to waląca się drewniana ruina. Nad jedną trzecią zapadł się dach i nie nadaje się do zamieszkania. Kryśka mieszka w obszernej kuchni w której ma stare duże łóżko. Wodę czerpie ze studni. Gotuje na starym kuchennym piecu opalanym węglem. Zimą ten piec jest jedynym źródłem ciepła. Inne pomieszczenia nie są ogrzewane. W niewielkim korytarzyku ma odgrodzony zasłonką kącik w którym stoi miednica i wiadro z wodą. Ubikacja jest na zewnątrz. Tak zwana sławojka.

Przed przyjazdem Elka pytała Krysię co jej przywieść ze Szwecji. Kryśka odpowiedziała, że nic nie potrzebuję, że wszystko co jej potrzebne ma. Elka nalegała, więc w końcu Kryśka odpowiedziała, że może trochę jedzenia takiego do którego jesteśmy przyzwyczajeni, bo ona spożywa bardzo skromne, proste posiłki, a my na pewno jesteśmy przyzwyczajeni do luksusów. Elka kupiła więc przed wyjazdem trochę szwedzkiej szynki, salami, kawał szwedzkiego sera no i oczywiście wędzonego łososia w plastrach. Mieliśmy też ze sobą dwie półkilogramowe paczki kawy.

Po przyjeździe i przywitaniu się Kryśka zaprosiła nas do stołu. Zjedliśmy bardzo tłusty rosół z kury, a na drugie gotowaną kurę. Niestety Kryśka nie miała w domu musztardy ani chrzanu, a myśmy o tym nie pomyśleli.

 Chciałem pojechać do sklepu oddalonego o kilka kilometrów i kupić trochę przypraw i tą musztardę, ale ponieważ na przywitanie jeszcze zanim usiedliśmy do stołu Kryśka poczęstowała nas bardzo mocnym bimbrem odpuściłem sobie jazdę autem

„Najlepszy w całej parafii. Nawet ksiądz go kupuje” – zachwalała bimber

Po posiłku przeszliśmy do pokoju, który nam Kryśka udostępniła. Wchodziło się do niego bezpośrednio z kuchni. Był czysty i schludny. Mieliśmy do dyspozycji podwójne łóżko małżeńskie, które od razu wypróbowałem. Niestety, dla mnie za krótkie i jak się później przekonałem bardzo mnie spanie w nim wymęczyło.

U Kryśki mieliśmy być cały tydzień. Na tyle czasu przyjechaliśmy, ale już następnego dnia mieliśmy dosyć. Najbardziej dosyć miała Elka. Po tym tłustym rosole miała rewolucję w brzuchu i kilka razy w nocy musiała wychodzić na zewnątrz do ubikacji. Nie mieliśmy ze sobą latarki. Kryśka też nie miała, ale miała za to starodawny lichtarz ze świecą. Elka sama nie chciała wychodzić, więc musiałem jej towarzyszyć i czekać na nią w nocnym chłodzie. Gdy wychodziła z ubikacji w długiej białej koszuli nocnej z lichtarzem w ręku wyglądała upiornie. Powiedziałem jej o tym. Obraziła się, ale gdy w powrotnej drodze przechodziła koło wiszącego w korytarzyku lustra przyznała mi rację.

Aby wyjść do ubikacji trzeba było przejść przez kuchnię w której spała Kryśka. Budziła się gdy przechodziliśmy. Za trzecim przejściem zaproponowała Elce wstawienie wiadra do naszego pokoju.

„Co będziesz latała jak kot z pęcherzem. Zrobisz swoje, przykryjesz pokrywką i nie będzie śmierdziało” – stwierdziła

Elka grzecznie podziękowała i powiedziała, że postara się już w nocy nie wychodzić. No i faktycznie wytrzymała do w pól do siódmej. Usłyszała, że Kryśka krząta się po kuchni, więc bardzo szybko wybiegła z pokoju. Muszę przyznać, że tak szybko poruszającej się Elki nigdy nie widziałem.

Jeszcze tego samego dnia gdy wyszliśmy sami na spacer po okolicy Elka stwierdziła, że ona nie wytrzyma tutaj jeszcze sześciu nocy i że musimy coś wymyśleć aby się od Kryśki wynieść. Na szczęście nie jedliśmy tego dnia nic tłustego. Rosół przerobiony był na pomidorową i był całkiem dobry. Tej nocy Elka nie wstawała.

Od samego rana Elka główkowała jak oznajmić Kryśce że musimy się od niej wynieść. No i wymyśliła. Trzeciego wieczoru, zaraz jak poszliśmy do pokoju aby położyć się spać zadzwoniłem z mojego telefonu na telefon Elki. Elka stała ze swoim dzwoniącym telefonem blisko zamkniętych drzwi do kuchni tak , aby na pewno Kryśka go usłyszała. Po chwili „odebrała” rozmowę. Głośno symulowała dialog z osobą w telefonie. Ubolewała z powodu wypadku o jakim się dowiedziała i kilka razy głośno powtórzyła

„Nie możemy do was teraz przyjechać…Tak. Jesteśmy w Polsce w gościach…Tak, rozumiem ale to nie wypada…No dobrze zobaczę co da się zrobić…Z rana porozmawiam…Nie obiecuję. Może uda nam się do Was wpaść…No to Pa, Pozdrów Helenkę jak będziesz u niej w szpitalu”. Elka tak głośno prowadziła ten dialog aby nie było wątpliwości co do tego czy Kryśka go słyszała. Osobiście uważam, że słyszano go w całej okolicy. 

Tak jak Elka zaplanowała, zaraz z rana przy śniadaniu powiadomiła Kryśkę, że miała telefon od męża swojej ciotki. Ciotka miała wypadek samochodowy i w ciężkim stanie leży w szpitalu. Elka czuje się zobowiązana ciotkę odwiedzić, dlatego jest jej przykro ale musimy skrócić wizytę u Kryśki i czym prędzej wyjechać do Warszawy odwiedzić ciotkę w szpitalu. Kryśce też było przykro, że musimy od niej wyjechać przed czasem, ale wyraziła pełne zrozumienie dla Elki decyzji.

Wyjechaliśmy zaraz po śniadaniu. Pojechaliśmy do Szczecina i tam poczekaliśmy resztę czasu na prom ze Świnoujścia do domu.

 

W następnych latach, jeszcze kilka razy byliśmy u Elki koleżanek w Polsce. Unikaliśmy tylko wizyt u Zosi i Kazika.

Tym razem na wyjazdy do Polski zdecydowaliśmy się podróżować tanimi liniami lotniczymi. W ten sposób nie musieliśmy świecić ludziom w oczy naszym starym samochodem, no i mieliśmy dobre wytłumaczenie dlaczego przybywamy z pustymi rękoma. Na pokład samolotu nie mogliśmy po prostu zabrać większego bagażu. Pewną uciążliwością związaną z podróżami w ostatnich latach była konieczność zaszczepienia się przeciwko tej cholernej pandemii, która się pojawiła.

W między czasie dostaliśmy wiadomość od pani mecenas, tej która broniła przed sądem naszego syna, że został on wypuszczony z więzienia po odbyciu połowy kary. W więzieniu skończył średnią szkołę o profilu technicznym. Zdobył zawód elektryka wysokich napięć. Znalazł pracodawcę w Australii który sponsorował jego wyjazd do tego kraju. Pani mecenas została zobowiązana przez swojego klienta, czyli naszego syna, aby poinformować nas, że zmienił on nazwisko i nie życzy sobie aby je nam podała. Nie ubolewaliśmy z tego powodu.

 

Na wiosnę dwa tysiące dwudziestego drugiego roku, Elka dostała telefon od Zosi. Już po pierwszych słowach wpadła w panikę. Przerwała rozmowę w klasyczny, wypróbowany sposób. Zaczęła krzyczeć do telefonu

„Halo!…Halo!…Nic nie słyszę!…Zosiu!…Słyszysz mnie?!…Nic nie słyszę…Coś nam przerwało…”

Wyłączyła telefon i spanikowana zwróciła się do mnie

„No i stało się! chcą przyjechać do nas…Co robić?” – niemal płakała

„Uspokój się. Coś wymyślimy” – odpowiedziałem

„Ale co?! Musimy szybko ich powstrzymać, bo jeszcze gotowi będą na przyjazd bez zapowiedzi!” – panikowała

Nie wiem jak to się stało. Chyba jednak sprawdza się to, że potrzeba jest matką wynalazków i w ogóle kreatywności. W naszym przypadku potrzeba było bardzo pilnie coś wymyśleć. I to mi się udało.

Błyskawicznie wpadłem na pomysł pożaru. Poinstruowałem Elkę, aby natychmiast oddzwoniła do Zosi, przeprosiła za przerwaną rozmowę. Ma powiedzieć, że w okolicy w której teraz mieszkamy są zawsze jakieś problemy techniczne z telefonami. A mieszkamy teraz chwilowo w wynajętym ciasnym komunalnym mieszkanku, ponieważ nasza willa kilka tygodni temu doszczętnie się spaliła. Na szczęście byliśmy na wyjeździe u młodszego syna w Kopenhadze i nic nam się nie stało. Oczywiście, zapraszamy do nas, ale jest nam bardzo przykro, że nie będziemy mogli ugościć tak jakbyśmy chcieli.

 Elce bardzo spodobało się to co wymyśliłem. Od razu oddzwoniła. Przekazała wszystko co jej powiedziałem.

Tak jak się spodziewałem Zosia bardzo nad nami ubolewała. Stwierdziła, że w takim razie nie przyjadą do nas, bo z pewnością mamy dosyć zmartwień związanych z pożarem. Elka dowiedziała się, że chcieli do nas przyjechać aby się pożegnać. Wyjeżdżają na dłużej, być może na stałe do jednej z córek do Nowego Jorku. Wyszła za mąż za wysokiego rangą urzędnika w amerykańskim Departamencie Stanu Spraw Zagranicznych poznanego w Brukseli.

Pracują teraz obydwoje w administracji Organizacji Narodów Zjednoczonych. Mają piękny duży dom na dalekim przedmieściu Nowego Jorku. Córka spodziewa się dziecka i Zosia czuje się potrzebna aby być przy córce i spodziewanym dziecku. Kazik przeszedł na wcześniejszą emeryturę i też może wyjechać na dłużej.

Elka zaczęła być sina z zazdrości gdy tego słuchała, Zosia dobiła ją stwierdzając

„Wiesz co? Przecież możecie przyjechać do nas. Zamierzamy urządzić małe pożegnalne przyjęcie dla kilkoro przyjaciół. Dowiecie się więcej szczegółów. No i mam nadzieję, że opowiecie co u was się działo przez te lata od ślubu Józka. Właśnie, właśnie,  co tam u waszych synów? Macie już wnuki?”

Elka była tak wściekła, że nie potrafiła wykręcić się od wizyty u nich. Uzgodniły datę. Elce udało się tylko wybronić od mieszkania u nich. Powiedziała, że przyzwyczailiśmy się w podróżach nocować w hotelach.

Po tej rozmowie ustaliłem z nią szczegółowo co mamy mówić. To wtedy ustaliliśmy, że nasz młodszy jest wziętym muzykiem w Kopenhadze a starszy robi doktorat w Harwardzie. Wtedy też zgodziła się ze mną, że gdyby nas Józek, brat Kazika  zapraszał do siebie to mamy się od wizyty tam wykręcić.

 

No i krew mnie zalewa. Musimy jutro jechać do Józka. Dobrze, że udało mi się odwieść Kazika od zamiaru przyjazdu po nas do hotelu. Ładnie byśmy wyglądali gdy podjechali po nas tu pod ten zasrany domek na dalekim przedmieściu. Jeszcze brakowałoby aby zobaczyli nasz pordzewiały samochód w warsztacie obok u szwagra naszego gospodarza. Wiedzą, że mamy prawie nowy i przy okazji pobytu u nich daliśmy go do firmowego serwisu na przegląd.

No ale udało się. Jutro o jedenastej zjawiamy się u nich. Zabiorą nas pod Suwałki do Józka i Tereski. Obejrzymy ich dom, firmę wędliniarską i tą nową Teslę, którą Kazik tak bardzo się zachwyca.

W tym wszystkim dobre jest to, że dla nas ten wypad pod Suwałki jest nie planowany, więc naturalne jest, że nie jesteśmy na niego przyszykowani i nie mamy dla nich żadnego upominku. Elka jeszcze przed chwilą pocieszała mnie, że to już chyba ostatni raz się widzimy Z Kazikiem i Zosią. Z rozmów przy stole wynika, że zostaną w Stanach u córki na stałe. Polskie mieszkanie zlecili krewnemu wynająć. Ponoć jest to już załatwione.

Pozostaje mu jeszcze sprzedać samochód. O ile pamiętam, gdy byliśmy u nich kilka lat temu na ślubie brata, Kazik jechał do Urzędu Stanu Cywilnego lekko przechodzoną Skodą. Musi teraz być już dobrze stara. Dużo za nią nie dostanie.

Tak sobie rozmawiamy z Elką w łóżku o tej podróży do Józka i pomału ogarnia nas sen. W pewnym momencie Elka się odezwała

„Ciekawe czy jeszcze leży w piwnicy?”

„Kto, czy leży w piwnicy?!” – zapytałem wybity z półsnu

„Nie kto, tylko co…O dywanie od nas myślę”

Chwilę trwało zanim dotarło do mnie o jaki dywan chodzi

„Nie masz większych zmartwień? Śpij już. Musimy być jutro wypoczęci i czujni aby nie strzelić jakiegoś babola”  

Obudziłem się z bólem głowy. Dziwne, nie piłem wczoraj prawie nic. Elka tez narzeka że ją głowa boli i czuje mdłości. Poszła pierwsza do łazienki. Właśnie wróciła

„Wody nie ma” – stwierdziła – „Prądu też niema”

Wkurzony od rana chciałem iść do gospodarza, ale uprzedził mnie pukając do drzwi. Awaria. Prądu nie ma na całej ulicy, gazu też nie ma. Kilka posesji dalej na budowie już przed siódmą rano koparka zerwała jakiś węzeł z gazem istniało niebezpieczeństwo wybuchu więc wezwana ekipa pogotowia technicznego wyłączyła prąd na całej ulicy

„Dlaczego wody niema?”

„Hydrofor jest na prąd”

Nie umyci, bez śniadania, spakowaliśmy jedną walizkę aby mieć ubranie na zmianę u Józka. Mamy tam zostać na noc. Tuż przed dziesiątą wyszliśmy z domu aby udać się na przystanek tramwajowy. Elka ma nadzieję, zjeść po drodze śniadanie zanim zjawimy się u Kazika i Zosi. Tramwaj przyjechał spóźniony. Odpuściliśmy sobie śniadanie. Przybyliśmy do nich o wpół do dwunastej. Wchodząc po schodach Elka stwierdziła

„Poproszę Zosię o jakąś kanapkę. Głodna jestem…”

„Ani się waż!” – przerwałem jej  – „Zdziwią się, że w hotelu nie zjedliśmy śniadania”

„Cholera. Masz rację”

 Kazik otworzył drzwi jak tylko nacisnąłem dzwonek

„Nareszcie! Czemu tak późno przyjechaliście?”

„Wiesz jaka w tym mieście jest komunikacja, taksówki nie mogliśmy złapać…” – tłumaczyłem się

„Mówiłem wczoraj, że po was przyjadę, ale dobra. Gotowi do drogi?”

„Gotowi”

„To schodzimy na dół do auta. Zosia zamknie drzwi i zejdzie”

Na dole czekała nas niespodzianka która jeszcze bardziej popsuła nam zły od samego rana humor. Idąc przez osiedlowy parking Kazik zatrzymał się przy dużym, białym SUVie Mercedesa.

„To twój?” – zapytałem głupio 

„Jeszcze mój, ale mam już umówionego kupca. Dał zaliczkę. W przyszłym tygodniu go odbierze”

Właśnie nadeszła Zosia

 „Ładny, prawda?” – zwróciła się do mnie – „Podoba ci się?”

„Ładny” – odpowiedziałem

Z trudem przeszło mi to przez gardło. Błyskawicznie ogarnąłem samochód okiem szukając czegoś do czego można by się przyczepić Nic, kurwa, nie znalazłem, ale nie mogłem się powstrzymać aby coś nie powiedzieć

„Kolor bardzo nie praktyczny. Zawsze będzie wyglądał jak niedomyty”

„O! I na drzwiach ma wgniecenie” – dodała Elka wskazując niewielką rysę długości półtora centymetra

„Ktoś na parkingu przed marketem drzwiami przywalił” – stwierdził beztrosko Kazik

 

Ruszyliśmy w drogę. Siedziałem z Elką na tylnej kanapie. Milczeliśmy. Zosia kilkukrotnie próbowała wciągnąć nas w rozmowę o niczym. Odpowiadaliśmy grzecznościowo, ale rozmów nie podtrzymywaliśmy. W końcu Kazik zapytał

 „Co wy tacy markotni dzisiaj? Umarł kto?”

„Markotni?…Nie. Po prostu zmęczeni” – odpowiedziałem – „Źle spaliśmy w nocy”

„Nawet nie miałam ochoty zjeść śniadania rano” – dodała Elka – „Dopiero teraz zaczynam odczuwać głód”

„Jeśli chce wam się spać, to nie krępujcie się. Możecie pochylić oparcia i się zdrzemnąć” – stwierdził Kazik – „Za trzy godziny będziemy na miejscu”

„No właśnie Elu” – włączyła się Zosia – „Zdrzemnij się, zapomnisz o głodzie. Zjemy dobrze na miejscu”

Nie próbowali więcej zaczynać rozmów. Udawałem, że śpię. Elka chyba naprawdę usnęła.

 

Około czwartej byliśmy na miejscu. Brama wjazdowa była otwarta. Kazik przejechał wolno te ponad sto metrów to olbrzymiego klombu z fontanną, stojącego przed wejściem do domu. Ominął go i zatrzymał się przed schodami wiodącymi do ozdobnych dwuskrzydłowych drzwi na wysokim parterze. Szybko zauważyłem, że pod potężnym dwu spadowym mansardowym dachem znajduje się kilka okien, natomiast pod parterem, tuż nad powierzchnią kostki brukowej otaczającej budynek znajdowały się okna. Widać przez nie było, że środek jest oświetlony. Spostrzegłem w środku jakieś przyrządy i maszyny gimnastyczne.

 Nieco dalej, bokiem do budynku mieszkalnego stał duży garaż z przybudówką.  Jedna z bram do niego była otwarta. W środku stała duża biała Tesla. Całość wyglądała imponująco. Wysiadając z auta, starałem się okazywać obojętność. Zauważyłem, że Elka ma trudności z okazaniem obojętności. Jej twarz przybrała ten dobrze znany mi wyraz świadczący o tym, że jest wściekła z zazdrości. Z pewną satysfakcją pomyślałem, że na pewno żałuje, iż tak chętna była na ten wyjazd.

 

Drzwi domu się otworzyły. Ukazali się w nich gospodarze. Po serdecznym przywitaniu na progu domostwa weszliśmy do środka. Od razu doszły nas dźwięki gry na fortepianie. W obszernym salonie do którego nas wprowadzono przy fortepianie siedział mały cherubinek i w skupieniu grał coś poważnego. Stała przy nim starsza kobieta o wyglądzie surowej matrony, w długiej czarnej spódnicy i bluzce z żabotem zapiętej do samej szyi.

„To jest Brajan, nasz syn…” – z dumą powiedziała Tereska – „Brajanku, przedstaw się państwu” Mały przestał grać podszedł do nas i w wyuczony, mechaniczny sposób przedstawił się podając rękę. Myśmy również się przedstawili. Mały ukłonił się i wrócił do fortepianu. Odniosłem wrażenie, że zupełnie go nie interesowało kim jesteśmy i że nasze imiona umknęły mu z głowy jak tylko je usłyszał

„Panna Eliza jest nauczycielką i opiekunką naszego syna” – przedstawił matronę Kazik.

Panna Eliza ukłoniła się z godnością,  nie podchodząc do nas. Tereska poprosiła ją aby zabrała Brajanka na górę i powtórzyła z nim lekcję angielskiego o lordzie Nelsonie. Podczas gdy panna Eliza i Brajanek opuszczali salon Tereska poczuła się w obowiązku wyjaśnić wyraźnie zdziwionej Elce

„Lord Nelson, Hieronim zresztą, to taki dawny admirał brytyjski…”

„Nie Hieronim, kochanie” – przerwał jej Józek – „Tylko Horatio…miałaś to zapamiętać”

„Nie poprawiaj mnie!” – syknęła ze złością Tereska

„Słuchajcie!” – włączyła się nagle Zosia – „Jesteśmy zmęczeni podróżą. Może najpierw odświeżymy się trochę i potem porozmawiamy”

„Ależ oczywiście! Wiecie gdzie jest wasz pokój” – zwrócił się do Zosi, a potem do nas „Chodźcie ze mną. Pokaże wam wasz pokój”

Weszliśmy na piętro. Józek zaprowadził nas na sam koniec korytarza. Otworzył drzwi do pokoju. Pokój był bardzo przytulny, urządzony w stylu hotelowym. Podszedł do okna

„Okno wychodzi na tyły posiadłości” – powiedział – „Tam za ogrodem, czterysta metrów stąd jest nasz nowy zakład. Jest jeszcze w stadium rozruchu, ale już produkuje. Jutro pójdziemy go obejrzeć”

Potem powiedział gdzie znajduje się łazienka i wyszedł z pokoju.

Gdy tylko znaleźliśmy się sami Elka nie wytrzymała

„Pieprzona Rodzina Carringtonów! Myślę, że się ubawimy tutaj”

Zaskoczyła mnie. W jej wypowiedzi nie było ani zazdrości, ani wściekłości której się spodziewałem, tylko prawdziwe rozbawienie. Elka poganiała mnie aby szybko się odświeżyć i zejść na dół, bo jest głodna i nie może się doczekać kiedy będzie można usiąść do stołu.

Na dole w salonie wszyscy siedzieli w obszernych kanapach i fotelach. Gdy tylko się zjawiliśmy Józek poprosił nas do stojącego pod ścianą wysokiego barku na którym stały kieliszki z prawdziwym, jak podkreślił szampanem. Wzniósł toast za spotkanie.

„Nie mamy przyszykowanego posiłku, ponieważ nie mogłem dojść do porozumienia z żoną co wam podać” – zaczął wywód, który zaniepokoił Elkę – „Ale spokojnie. Czy chcecie pierwsze danie, to znaczy jakąś zupkę, czy od razu przechodzimy do mięs?”

„Niech będą mięsa!” – krzyknął Kazik

„Mówisz – Masz” – odpowiedział Józek

Wyciągnął telefon i po chwili wydawał dyspozycje

„Panie Heniu. Grillowaną karkóweczkę proszę…Co ile? Dużo. Mam głodnych gości…Tak dodatki też. Tylko tak żebym nie musiał się wstydzić. Aha! Później niech pan przyszykuje zestaw naszych wędlin….Tak. Wódeczkę mamy. Dziękuję”

 Zakończył rozmowę telefoniczną. Wyjaśnił, że Henio jest szefem produkcji w starym zakładzie i że nikt inny nie potrafi przyrządzić karkówki tak jak on.

„Kiedy dostaniemy tą karkówkę?” – zapytała zniecierpliwiona Elka

„Niebawem” – dokładnie określił Józek

„Napijmy się czekając na karkówkę”

Józek zbliżył się do dużej drewnianej kuli stylizowanej na stary globus. Kula osadzona była na drewnianym wózku. Miała ponad metr średnicy. Józek uniósł znajdującą się na zawiasach połówkę kuli. W środku znajdowało się kilkanaście, albo i więcej butelek z drogimi alkoholami. Na półeczce obok kuli znajdowały się kryształowe kieliszki i szklaneczki. Wśród nich stały inne szklaneczki wypełnione słonymi paluszkami i niewielkie również kryształowe miseczki wypełnione orzeszkami.

„Proszę. Częstujcie się” – zachęcał Józek – „Henio powinien zaraz przyjechać”

Nie czekaliśmy długo. Tereska która dosyć wcześnie zniknęła gdzieś, pojawiła się w drzwiach do jadalni i ogłosiła

„Proszę do stołu”

Przy stole byli tylko gospodarze, Eliza i Brajanek, Zosia z Kazikiem i ja z Elką. Na stole stała zastawa. Obok na podręcznym bufecie stały elektryczne podgrzewacze, a na nich nierdzewne naczynia z karkówką, frytkami i grillowanymi warzywami. Osobno w termosach w kształcie dzbanuszków znajdowały się sosy.

Powiem krótko. Uczta była wspaniała. Rozmowa przy stole toczyła się wokół działalności zawodowej Józka. Opowiadał jakie trudności administracyjnej natury miał i ma w dalszym ciągu w związku z uruchamianiem tej nowej wędzarni tu zaraz we wsi.

„Daję ludziom pracę, a oni ślą skargi, że im śmierdzi, że okien nie mogą otwierać” – narzekał – „Co za niewdzięczność”

Potem zrobiliśmy małą przerwą. Tereska poprosiła nas do salonu. Elka wyrwała się i zaoferowała pomoc w posprzątaniu ze stołu. Okazało się to nie potrzebne. W kuchni były do pomocy jakieś dwie kobiety. One zajęły się zmianą nakrycia. W salonie czekała na nas kawa i ciasteczka. Ledwo upiliśmy kilka łyków i już Tereska zaproponowała pokazanie domu. Kazik i Zosia stwierdzili, że dobrze znają ich dom i wolą zostać na kanapie. Natomiast Elka z nieukrywaną ciekawością przystała na propozycję Tereski. Chciałem zostać na kanapie ze szklanką piwa w ręku ale Elka tak spojrzała na mnie, że zmieniłem zdanie i podążyłem za nią i Tereską zwiedzać dom.

Zupełnie mnie to nie interesowało. Szedłem dosyć mechanicznie, tylko dlatego aby uniknąć późniejszych wymówek Elki. Na koniec tej wędrówki zeszliśmy do piwnicy. Elka pokazała kotłownię i swoją, jak to nazwała świątynię dumania.

„Zawsze myślałem, że świątynia dumania to ubikacja” – wtrąciłem z uśmiechem

„Wiesz. Chamski prostak jesteś” – skarciła mnie Elka

Tereska wyjaśniła, że codziennie spędza tu po kilka godzin na medytacjach, a Józek od czasu do czasu wpada poćwiczyć na tych urządzeniach i podnosić sztangi z żelastwem

„Coraz rzadziej tu wpada. Leniwy się zrobił” – narzekała

„A może przepracowany jest. Dwa zakłady prowadzić, to nie w kij dmuchał” – zauważyłem

„A gdzie tam przepracowany. Inni za niego robią”

W tej samej chwili Elka stanęła jak wryta ze wzrokiem utkwionym w podłodze

„Teresko, ten dywan co tu leży, to nie jest ten od nas…”

„Przykra sprawa. Podłoga tutaj jest betonowa i ciągle wilgotna. Dywan zbutwiał już po kilku miesiącach. Musieliśmy wyrzucić go i położyć coś lepszej jakości odporne na wilgoć”

W Elce aż się zagotowało, ale Tereska tego nie zauważyła. Opowiadała chwilę o medytacjach i jak to wpływa na jej wewnętrzny spokój. Przerwałem jej mówiąc, że nie znamy się na medytacji ale dzięki czystości sumienia wewnętrzny spokój nas nie opuszcza. Nic nie odpowiedziała, ale po chwili stwierdziła, że w zasadzie wszystko już pokazała i możemy wracać na górę.

W salonie nie było już nikogo. Wszyscy przeszli do jadalni. Nie było panny Elizy i Brajanka. Na stole stały półmiski z szynkami gotowanymi, wędzonymi i suszonymi na wolnym powietrzu były też inne wędliny i pasztety. Józek nalał wszystkim fińskiej wódki.

„Mam też szwedzki Absolut, ale wy go pewnie znacie”

„Koskenkorvę też znamy” – odpowiedziałem

Po chwili Józek oznajmił, że zaplanował dla nas na jutro kilka atrakcji.

„Tylko nie planuj za dużo. Chcielibyśmy wyjechać zaraz po południu” – zastrzegł Kazik

Józek wyjaśnił, że zaraz po śniadaniu przejdziemy do nowego zakładu obejrzeć produkcję na nowych włoskich maszynach. Potem zaprasza chętnych na przejażdżkę elektryczną Teslą.

„Każdy będzie mógł ją poprowadzić” – dodał

Posiedzieliśmy przy stole do północy. Bardzo się objadłem. Wypita wódką i piwo też zaczęła dawać się we znaki, więc kiedy Józek zaproponował abym jeszcze spróbował salcesoniku z jego firmy, wpadłem niemal w panikę

„Nie!…Na litość Boską! Tylko nie salceson!”

„Dlaczego nie?” – zapytał zdziwiony

 „Bo…Bo jestem uczulony na salceson. Taka alergia. Wysypkę dostaję i… I włosy mi wychodzą”

Wkrótce potem wszyscy się rozeszli do swoich pokojów. Znowu się nie wyspaliśmy. Jakiś dziwny zapach, smród właściwie, dostawał się do pokoju przez ledwo uchylone okno. Musiałem je zamknąć, ale i tak to nie pomogło. Dopiero nad ranem zapach zelżał, albo się do niego przyzwyczailiśmy i udało nam się usnąć. Niestety, już o siódmej zbudził nas głos Elizy poganiającej Brajanka do wstania. Okazało się, że nasz pokój sąsiaduje z pokojem małego.

Przy śniadaniu zastanawiałem się jak wymigać się od wizyty w zakładzie. Nic sensownego nie przyszło mi do głowy.  Panie dyskutowały o kwiatach i nasionkach. Kazik wypytywał Józka o szczegóły techniczne jego Tesli, a ja pogodziłem się z myślą, że jednak muszę iść zwiedzać zakład.

 Byłem jeszcze od wczoraj najedzony i z pewną niechęcią patrzałem na wędliny pozostałe z wczorajszego wieczoru.  Ponieważ nic innego na stole nie było wybierałem co smaczniejsze kawałki starannie omijając salcesonik.

„Co zamierzacie zrobić po tej tragedii która was spotkała?” – usłyszałem pytanie skierowane do mnie

„Jakiej tragedii?” – zapytałem zaskoczony

„No, po pożarze domu…”

„A! O to chodzi… Dom był ubezpieczony. Dostaniemy odszkodowanie. Wybudujemy nowy na gruzach starego albo kupimy inny w innym miejscu”

„Jest to takie proste w Szwecji?” – zdziwił się Józek

„Jak się ma dobre ubezpieczenie, to nie ma się o co martwić”

„Widzisz Józek” – włączyła się Tereska – a my mamy tylko podstawowe – „Wszyscy mówią aby dokupić całościowe”

„Szkoda pieniędzy” – stwierdził Józek

 

 Zaraz po śniadaniu przeszliśmy spacerkiem przez ogród do zakładu. Józek pokazywał cały proces wędzenia szynek i wędlin potem nowoczesne maszyny do krojenia wędlin i pakowania. Przy każdej staliśmy dłuższą chwilę i wysłuchiwaliśmy całą masę szczegółów technicznych, które nas zupełnie nie interesowały. Na koniec przeszliśmy do stojącego nieco na uboczu budynku. Gdy już się do niego zbliżaliśmy poczułem zapach, który nie dawał nam spać w nocy „To jest nasza spalarnia odpadów. Mamy z nią duże problemy. Zainstalowane filtry nie spełniają stawianych wymagań i nie oczyszczają wystarczająco spalin. Producent naprawia je na gwarancji, ale to nie pomaga. Procesuję się z nim o wymianę filtrów na jego koszt na inny typ…”

Józek być może opowiadałby o tym dłużej, ale przerwał mu pracownik który przybiegł do spalarni

„Szefie! Chałupa się panu jara!”

Wybiegliśmy na zewnątrz. Kłęby czarnego dymu unosiły się nad ogrodem. Dom z tego miejsca jest niewidoczny, ale wyraźnie było widać, że źródło dymu musi znajdować się  tam gdzie stoi dom. Puściliśmy się biegiem w stronę domu. Po drodze usłyszeliśmy wycie syreny wozu straży pożarnej. Po chwili byliśmy na miejscu. Cały budynek garażu płonął intensywnie. W otwartych drzwiach widać było płonącą Teslę. Żar był tak duży, że nie można było podejść bliżej. Strażacy błyskawicznie rozwinęli węże i zaczęli polewać garaż

„Chłopaki!” – krzyknął ich dowódca – „Skupta się polewać chałupę! Garażu już nie uratujemy!” Tereska płakała głośno ukrywając twarz w dłoniach. Zosia objęła ją i próbowała uspokoić.  Józek coś dyskutował z dowódcą strażaków, a Kazik szybko wsiadł w swojego Mercedesa stojącego wciąż przed wejściem do budynku i szybko wyjechał nim na ulicę. Wrócił po chwili i cały czas powtarzał

„Kurwa! Boże kochany co za nieszczęście…Kurwa! Co za nieszczęście”

Ja z Elką staliśmy z boku i bardzo staraliśmy się aby nie było po nas widać, jak widok pożaru nas cieszy.

„Może dom też się zajmie” – z nadzieją powiedziała Elka

„Niestety. Chyba go uratują” – stwierdziłem 

 

Po kilku godzinach strażacy dogasili pogorzelisko. Spłonął cały garaż z przybudówką, oraz wszystko co się w nim znajdowało Nowiutka Tesla i nowe sportowe BMW Tereski. Spłonęły także dwa motocykle Józka. Piękny zabytkowy Harley-Davidson i sportowy ścigacz Hondy.

W przybudówce spłonęła duża lodówka w której znajdowały się między innymi paczki z wędlinami, które miały być podarunkami dla nas od gospodarzy. Przyczyną pożaru najprawdopodobniej była ładowarka do Tesli

„Panie, w Białymstoku mieli już dwa takie pożary. Od ładowarki się zaczęły. A jak te cholerne baterie zaczną się palić to niczym nie można je ugasić” – wyjaśniał szef strażaków – „Chłopaki nie chcą gasić elektryków. Jeden gdzieś w kraju został śmiertelnie porażony prądem w czasie gaszenia”.

 Słuchałem tych wyjaśnień i serce mi rosło

„Elektryków się im zachciewa. W dupach się ludziom poprzewracało od dobrobytu. Dobrze im tak” – cieszyłem się w duchu.

Zjawiła się policja, aby ustalić przyczynę pożaru. Razem z komendantem strażaków stwierdzili tylko, że pogorzelisko jest za gorące i dzisiaj nie można nic na nim robić. Mają przyjechać jutro. Policja i strażacy odjechali. Okoliczni mieszkańcy, którzy się zbiegli oglądać pożar również zaczęli się rozchodzić. Kazik zadeklarował pomoc, my też. Ale zrozpaczony Józek stwierdził, że w niczym nie możemy im pomóc i najlepiej będzie jak zostawimy ich w spokoju. Przeprosił, że nie podadzą nam obiadu, ale nie mają do tego głowy. Wyraziliśmy zrozumienie i około szóstej wieczorem wyruszyliśmy w drogę

„Cholera. Znowu głodna wyjeżdżam w drogę” – szepnęła mi do ucha Elka

„Ale chyba zadowolona?” – wyraziłem przypuszczenie

„O! tak. Bardzo”

 

Około dziesiątej byliśmy na miejscu. Zosia zapraszała na kolację, ale podziękowaliśmy. Kazik chciał nas odwieść do hotelu, ale stanowczo zaprotestowałem. Poprosiłem aby wysadził nas u siebie pod domem. Na szczęście deszcz przestał padać i zrobił się bardzo pogodny wieczór

„Piękna pogoda się zrobiła” – stwierdziłem – „Dobrze nam zrobi spacer do hotelu. Jutro przed południem odbieramy auto po przeglądzie i jedziemy na prom”

Nie nalegał aby nas odwieść. Pożegnaliśmy się przed domem, Życzyliśmy im udanej podróży przez Atlantyk i przyjemnego pobytu w Nowym Jorku, Zaprosiliśmy do siebie, jak tylko wrócą do Polski

„Na pewno do tego czasu będziemy mieć nowy dom” – powiedziała Elka

Potem udaliśmy się na przystanek tramwajowy.  Wysiedliśmy wcześniej aby zjeść coś w restauracji McDonalds.

Następnego dnia wyruszyliśmy w stronę przeprawy promowej w Świnoujściu. Zgodnie stwierdziliśmy, że to był nasz najlepszy pobyt w Polsce. Wracaliśmy naprawdę bardzo zadowoleni.

Koniec

3 thoughts on “POKAZAĆ SIĘ”

  1. Ani to dobre, ani złe jest. Ot.. Napisane i tyle. A co do pisania samego, to mała rada taka i bynajmniej nie na ucho. Warto powrócić do nauki bądż przypomnienia sobie elementarnych, podstawowych zasad gramatyki, stylistyki, składni i interpunkcji jezyka polskiego. Wartości czysto literackich nie oceniam, bo na siłach, aż takich, zbytnio się nie czuję. Może ,,zalała by mnie krew,, w trakcie tej recenzji? Chociaż.. ?

    1. Marek Denoch

      Witam Pana. Krytykę przyjmuję z pokorą. jestem świdomy moich braków w wykształceniu. W szkole zawsze należałem do najgorszych uczniów. Te opowiadania domagają się korekty i redakcji. może kiedyś…
      Pozdrawiam serdecznie
      Marek Denoch

Leave a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *