PERSKA HISTORIA

    We wrześniu 2010go roku, zakończyła się nasza sprawa rozwodowa. Jeszcze w jej trakcie podzieliliśmy się w zgodzie naszym majątkiem. Nie było z tym najmniejszego problemu. Nie mieliśmy intercyzy majątkowej, ale nie było o czym dyskutować. Nasze, blisko dwustu metrowe mieszkanie przy Strandvägen w Sztokholmie, w pełni umeblowane drogimi stylowymi meblami sprowadzonymi z Iranu, otrzymaliśmy od rodziców, a właściwie od ojca, mojej żony.

Z mieszkania mojej byłej już teraz żony, zabrałem tylko swoje rzeczy osobiste i moje książki. Ze swoich rzeczy zabrałem jeszcze mój ukochany samochód. Kupiłem go za pieniądze z nagrody państwowej, jaką dostałem za mój wkład w pewien duży projekt robiony dla wojska. Ten samochód to sportowy Mercedes AMG GT. Kupiłem go jako nówkę, na rok przed rozwodem.

Wynająłem niewielką kawalerkę z drugiej ręki, położoną w południowej części Sztokholmu w dzielnicy Bredäng przy Frimurarvägen. Nie jest to najlepszy adres, ale zaletą tego mieszkania było to, że do niego należał zamykany, osobny garaż.

Z Fazilą pobraliśmy się niemal dokładnie cztery lata temu w grudniu 2006tym roku. Poznaliśmy się wcześniej, w czerwcu 2000go. Nie braliśmy ślubu, ponieważ Fazila posiadała tylko obywatelstwo Iranu a do tego jest muzułmanką. Ale tylko formalnie. Zarówno ona jak i jej rodzina są niewierzący.

W 2006 dostała obywatelstwo szwedzkie. Wtedy wzięliśmy ślub cywilny w Sztokholmie. Fazila z ojcem i matką przybyli do Sztokholmu na początku roku 2000go. Moja żona pochodziła z bocznej linii starego, zasłużonego dla Iranu rodu Amini. Jej ojciec Javad Hoseini, wybijający się ekonomista, znany w kołach rządowych Iranu, po śmierci ajatollaha Chomeiniego w 1989 roku, zaproponował ostrożne reformy dotyczące współpracy ekonomicznej, mającej łączyć gospodarczo, azjatyckie, muzułmańskie państwa niearabskie. Wraz z budzącą się w latach 90tych opozycją, nie kwestionował fundamentów ustrojowych kraju, a jedynie opowiadał się za przesunięciem akcentu na demokratyczne mechanizmy obecne w ustroju oraz ograniczenie represyjnych ograniczeń obyczajowych. Wkrótce popadł w niełaskę. Był zbyt znanym w kraju i za granicą, aby zastosować wobec niego ostre represje.

Jak to zwykle bywa na całym świecie, został wysłany na placówkę za granicą. Na początek trafił do Szwajcarii jako urzędnik Irańskiego Instytutu Ekonomicznego w Lucernie przy tamtejszym uniwersytecie. Potem mozolnie awansował. Fazila była świeżo upieczoną absolwentką tego Uniwersytetu. Na tym samym Uniwersytecie jej ojciec, wcześniej, zanim został dyplomatą, zrobił profesurę z ekonomii. Potem przenieśli się do Berna, gdzie ojciec dostał pracę dyplomaty w ambasadzie Iranu. W roku 2000 ojciec objął stanowisko attaché ekonomicznego przy ambasadzie Iranu w Sztokholmie. To mieszkanie na Strandvägen było ich mieszkaniem w czasie, kiedy ojciec był Attaché w Sztokholmie. Obecnie ojciec nie jest już dyplomatą. Przeniósł się z żoną do Uppsali, gdzie wykłada ekonomię i stosunki międzynarodowe na tamtejszym uniwersytecie. Robi tam karierę naukową. Chodzą słuchy, że jest na najlepszej drodze do uzyskania Nagrody Banku Szwecji, im. Alfreda Nobla w dziedzinie ekonomii. Zajmuje się makroekonomią, a w szczególności zagadnieniami włączenia innowacji technologicznych do długookresowych analiz makro-ekonomicznych.

Rodzina Fazili pochodzi z Isfahan. Jest to trzecie co do wielkości miasto w Iranie, ładnie położone u stóp gór Zagros, w centrum kraju na Wyżynie Irańskiej, na wysokości prawie 1600 metrów nad poziomem morza. Jej starszy brat Masud, jest inżynierem w pobliskim ośrodku badań atomowych w niewielkim miasteczku Natanaz. Miasteczko jest w praktyce zamknięte dla cudzoziemców. Chciał mnie tam kiedyś zabrać i pokazać, jak wzbogacają uran – w końcu zajmujemy się podobną problematyką – ale nie dostał na to zezwolenia. Szkoda. Bardzo mi na tym zależało.

Podczas gdy Fazila przebywała z krewnymi i prawie nie wychodziła z domu, to właśnie Masud oprowadzał mnie po mieście i pokazywał interesujące zabytki i nie tylko. W czasie tych wędrówek opowiedział mi jak omijają międzynarodowe embargo na dostawy zachodnich technologii. Chodziło przede wszystkim o możliwości kupna zaawansowanych wirówek umożliwiających wzbogacanie uranu poprzez kaskadowe łączenie tychże wirówek. Dowiedziałem się to co już wiedziałem.

Firmy na zachodzie chętnie by sprzedały te wirówki. Mimo embarga, robią to w ukryty sposób. Jedna firma produkuje potrzebne komponenty, wysyła do kraju nie objętego embargiem, na przykład jakiegoś biednego kraju w Afryce. Tam inna firm z Europy montuje to pod jakąś niewinną nazwą i sprzedaję dalej do jeszcze innego kraju, który z kolei eksportuje to jako maszyny rolnicze do Afganistanu. Problem jest w tym, że te wirówki są całkowicie bezużyteczne bez bardzo skomplikowanych elektronicznych systemów sterowania oraz przede wszystkim, programów komputerowych do sterowania całością w sposób kaskadowy. Tylko pięć firm na zachodzie tworzy takie programy. Jedną z nich jest firma, w której pracuję.

Masud opowiedział mi jak udało im się kupić pięć tysięcy wirówek za olbrzymie pieniądze. Ponad rok czasu trwał ich montaż w specjalnie zbudowanej hali w Natazan. Niestety program, który kupili przez pośredników od znanej firmy ze Szwajcarii okazał się zainfekowany wirusem, który spowodował olbrzymią awarię i pożar, który zniszczył ponad połowę wirówek. Masud wiedział, że pracuję przy takich programach. Poprosił mnie o pewną przysługę. Nie miało to nic wspólnego z wirówkami. Prosił mnie o zachowanie tej prośby w tajemnicy, nawet przed żoną.

Potem byłem z Fazilą jeszcze raz u jej brata. Było to w lipcu 2010tego, przed naszym rozwodem. Tym razem jeszcze mniej czasu przebywałem z żoną i jej krewnymi. Masud obiecał pokazać mi jedno z ładniejszych miast w Iranie, Jazd. Zabrał mnie tam swoim samochodem. Drogę z Isfahan do Jazd, niecałe 330 kilometrów pokonaliśmy w mniej niż cztery godziny. W samochodzie Masud przez cały czas opowiadał mi o zabytkach w Jazd. Wychwalał Muzeum Wody, jedyne tego rodzaju na świecie. Opowiadał o Świątyni Atashkadeh, Zoroastriańskiej Świątyni Ognia, gdzie mnisi nieprzerwanie od ponad tysiąca stu lat utrzymują święty płomień.

Oczekiwałem, że zapyta mnie jak załatwiłem jego prośbę. Miałem przyszykowaną odpowiedź, ale nie wychodziłem z inicjatywą rozmowy na ten temat. Po zwiedzeniu Muzeum Wody w starej części miasta, pojechaliśmy do Świątyni Ognia. Tam chodząc ścieżkami między zabudowaniami świątyni Masud zapytał co słychać w Sztokholmie? Odpowiedziałem mu, że wszystko jest OK. Masud bardzo szybko stracił ochotę na dalsze zwiedzanie świątyni i zaproponował powrót na Stare Miasto w Jazd. Zrobiło się późno a my mamy jeszcze cztery godziny drogi powrotnej.

Na Starym Mieście zaprowadził mnie do małej, dosyć podłej, jak na mój gust knajpki. Zamówił coś do jedzenia. Ku mojemu zaskoczeniu było bardzo smaczne

„Możesz teraz mówić” – Powiedział do mnie szeptem nachylając się nad talerzem.

W ciągu kilku minut wyjaśniłem, co udało mi się załatwić. W drodze powrotnej praktycznie nie rozmawialiśmy. Masud był bardzo spięty. Jechał nieostrożnie. Zaproponowałem mu, że poprowadzę auto. Zgodził się chętnie.

   Po kilku dniach wróciliśmy do Sztokholmu. Krótko po powrocie Fazila zażądała rozwodu. Jako powód podała niewystarczające z mojej strony zainteresowanie rodziną, a mówiąc jaśniej chodzi o to, że zarabiam za mało, aby ją utrzymywać na takim materialnym poziomie do jakiego jest przyzwyczajona. Mam podstawy, aby podejrzewać, że to nie jest jedyny powód.

Przyznaję, że przez te prawie dziesięć lat naszego wspólnego życia, materialnie żyło nam się bardzo dostatnie. Mogliśmy sobie pozwalać na coroczne wyjazdy do Iranu i do Polski. Byliśmy też w kilku innych krajach w Europie i po za nią. Jedynym ograniczeniem w naszych podróżach był brak czasu na nie, z mojej strony. Po prostu moje, w sumie siedem tygodni urlopu rocznie, nie wystarczało na to wszystko.

Fazila za to czasu miała aż nadto. Mimo wyższego wykształcenia nigdy nie pracowała i jak mówiła nie zamierza tego robić. Dlatego wyjeżdżała często sama na kilka tygodni. Najczęściej leciała wtedy do Kalifornii. Całe to dostatnie życie zawdzięczaliśmy pieniądzom jakie Fazila otrzymywała od ojca. Miał on, mniej lub bardziej jawnie, do spółki z krewnymi w Iranie kilka firm handlowych. Dawały mu naprawdę spory dochód.

Niestety w ostatnich dwóch latach poszło coś źle. Firmy poniosły duże straty i wspólnicy zaczęli się żreć między sobą. Tamtejsze sądy rozstrzygały większość spraw na korzyść wspólników ojca. Ojciec wydał duże sumy na adwokatów. W każdym razie sprawdziła się stara prawda, że nieobecni nie mają racji.

Jako inżynier na stanowisku głównego specjalisty w firmie Ericsson AB zarabiam naprawdę dobrze. Jednak za mało, żeby żyć na tym poziomie, do którego przyzwyczaiły nas pieniądze teścia. Mieszkania przy Strandvägen, należą do najdroższych w Sztokholmie. Za jedną czwartą pieniędzy uzyskanych ze sprzedaży tego mieszkania można by kupić równie duży dom w okolicach Sztokholmu. Jednak Fazila nie chciała o tym słyszeć. Na moje argumenty, że po rozwodzie i tak będzie musiała je sprzedać odpowiadała, że da sobie radę, będę przecież płacił jej alimenty, że przecież w końcu przestanę łożyć pieniądze na mojego dorosłego już syna.

Mój syn z pierwszego małżeństwa nigdy nie zaakceptował Fazili jako macochy. Ona z kolei ledwo tolerowała jego obecność w domu. Po śmierci w 1998 roku Idy, mojej pierwszej żony, zostałem sam z Davidem. Rodzice Idy od dawna nie żyli, a moi mieszkają w Polsce w Łodzi.

Od dnia, kiedy przedstawiłem im Idę i synka nie utrzymujemy ze sobą kontaktu. Gdy zobaczyli Idę i Davida podczas naszej pierwszej i jedynej wizyty u nich w 90tym, nie potrafili ukryć niechęci, wręcz wrogości do nich. Nawet na chwilę nie zainteresowali się Davidem. Mały miał wtedy pięć lat. Podszedł do dziadka i chciał usiąść mu na kolanach. Dzidek odepchnął go

„Przyjdź do mnie jak będziesz mówił po polsku”

Jeszcze próbowałem załagodzić sytuację i tłumaczyłem dziecku, że dziadek ma chore kolana, ale kiedy ojciec przy stole nie wytrzymał i wybuchnął z pretensją

„To co, w Szwecji nie mogłeś sobie znaleźć Polki?!”

Wyszliśmy i podczas reszty pobytu w Polsce zamieszkaliśmy w hotelu.

W 2001szym roku, ja, David i Fazila zamieszkaliśmy razem. David miał wtedy skończone piętnaście lat. Za namową Fazili posłałem go do szkoły w Anglii. W ten sposób widzieliśmy się tylko w święta. Wakacje spędzał najczęściej sam jeżdżąc po Europie. W 2004tym, zapragnął zrobić przerwę w nauce i pojeździć po świecie. Umówiliśmy się, że będę mu co miesiąc przelewał na konto pieniądze. Dosyć znaczną sumę mniej więcej jedną trzecią moich zarobków.

David wyjechał do Australii. Pracował tam trochę. Teraz jest w Stanach. Podobno zaczął tam coś studiować. Powiedział, że to nie są długie studia i że się po nich wyniesie do Kanady. Ma tam już ponoć zagwarantowaną pracę. Na moje pytanie, co to za studia i co to za praca, odpowiedział, że na razie nie chce o tym mówić, aby nie zapeszyć, ale że wkrótce się dowiem.

Dwa miesiące po naszym rozwodzie, na początku listopada ubiegłego roku dostałem telefon od mojej byłej. Prosiła mnie o spotkanie. Chciała porozmawiać o czymś ważnym

„To nie jest na telefon” – powiedziała.

Spotkaliśmy się następnego dnia u niej, w naszym kiedyś wspólnym mieszkaniu. Spóźniłem się nieco. Czekali na mnie. Ona, były teść i wysoki rudzielec, wyraźnie młodszy ode mnie, raczej w wieku Fazili. Przedstawiła nas sobie. Okazało się, że Patrik Walsh, bo tak się nazywał, jest Amerykaninem i jest jej chłopakiem, jak to określiła i że w krótce zamierzają się pobrać.

„Rozumiem, że chciałaś abym przyszedł, bo chcecie zaprosić mnie na ślub, prawda?”

„Ty jak zawsze musisz wypalić z tym swoim głupim, polskim humorem” – powiedziała z wyrzutem – „Sprawa jest bardzo poważna. Chcemy prosić cię o pomoc”

Wyjaśnili mi wszyscy troje – okazało się, że Patrik jest bardzo dobrze o wszystkim poinformowany – że brat Fazili, Masud zniknął z poligonu doświadczalnego znajdującego się w pobliżu granicy z Afganistanem i Turkmenistanem.

„To przy granicy też przeprowadzają eksperymenty z bronią atomową?” – zapytałem.

Popatrzyli po sobie. Po chwili były teść lekko zirytowany, wyjaśnił

„Nie. Nasz kraj nie prowadzi doświadczeń z bronią atomową. Ten poligon przy granicy jest zwykłym poligonem należącym do wojsk łączności radiowej”

„Rozumiem. To Masud nie pracuje już w Ośrodku Badań Jądrowych…”

„Pracuje, ale został oddelegowany do innej pracy” – przerwał mi były teść – „W każdym razie, przejdźmy do rzeczy”

Nie zapytałem skąd wiedzą, że Masud zniknął z poligonu, tylko pozwoliłem mu mówić. Dowiedziałem się, że pewnej nocy w powie października, ich ośrodek doświadczalny został zaatakowany przez nieznane siły z terenu Afganistanu. Wszyscy wybiegli na swoje stanowiska. Masud pobiegł do bunkra z instrumentami pomiarowymi. Ogień atakujących był bardzo intensywny. Słychać było helikoptery. Zabrakło prądu. Teren pogrążył się w ciemnościach. Wszystko trwało nie więcej jak siedem minut. Zniszczono kilka baraków z urządzeniami technicznymi, jakiś warsztat, zabito trzech z ochrony obiektu. Nikt z pracowników naukowo-technicznych nie ucierpiał. Tylko Masud nie powrócił do swojego baraku.

Od świtu przeszukiwano kilkakrotnie cały teren, za każdym razem zwiększając krąg poszukiwań. Nie znaleziono Masuda ani jego ciała. Dowództwo doszło szybko do wniosku, że został porwany

„Skoro atak nastąpił z Afganistanu to musieli zrobić to Amerykanie” – zauważyłem.

„Nie. To nie Amerykanie” – stanowczo stwierdził Patrik

„Skąd ta pewność?” – zapytałem

„Wiemy o tym z wiarygodnych źródeł. Moi przyjaciele z Ambasady Amerykańskiej, tu, w Sztokholmie zapewnili mnie, że ich kraj nie maczał w tym palców” – powiedział ojciec Fazili.

Można było mu wierzyć. Wiem, że miał z nimi bardzo dobre kontakty. Nie tylko z Ambasadą. Latał często do USA na różne sympozja i inne spotkania z tamtejszymi ekonomistami i politykami. Rząd Iranu często używał jego pośrednictwa do prowadzenia cichych rozmów z rządem USA.

„No to pozostaje Pakistan”

„Nie. Pakistan jest obserwowany bardzo dokładnie. Irańskie władze wiedzą o każdym ruchu ich wojsk. O takim ataku ze strony Pakistanu wiedzieliby na pewno”

Przez chwilę milczeliśmy. Przerwałem to milczenie

„Cóż, rozumiem, że jest to dla was, dla rodziny ciężka sprawa… Ale co ja mam z tym wspólnego? Jak miałbym wam pomóc?”

„Jesteśmy pewni, że to Izraelczycy go porwali” – dodała Fazila

„Jak mieliby to zrobić?”

„Z Turcji. Przez Armenię, Azerbejdżan, nad morzem Kaspijskim i przez Turkmenistan do granicy z Afganistanem. Wiemy, że obydwa te kraje, Azerbejdżan i Turkmenistan zrobią dużo za dobre stosunki z krajami które zapewnią im, jako taką niezależność gospodarczą od Rosji. Z nami i innymi krajami muzułmańskimi w tym rejonie chcą żyć w zgodzie ze względu na swoich muzułmanów. Ale chcą mieć też dostęp do zachodnich technologii i kredytów. Izrael ma tam teraz olbrzymie wpływy” – wyjaśnił mój były teść.

„A Turcja, jak o tym dobrze wiesz Adamie, mimo nie najlepszych w tej chwili stosunków z Izraelem, zawsze pójdzie im na rękę, jeśli oni chcą zrobić coś przeciwko Iranowi” – dokończyła za ojca Fazila.

„W dalszym ciągu nie wiem co ja mam z tym wspólnego…”

„Chcielibyśmy abyś skontaktował się z Idy przyjaciółmi w Izraelu. Liczymy na to, że pozwolą nam nawiązać kontakt z Masudem”

„To niesłychane!… Zakładacie, że moja zmarła żona miała jakieś kontakty z ich służbami!…”

„Słuchaj, Nie oburzaj się. Jak myślisz, dlaczego musiałem odejść z dyplomacji? Po twoim ślubie z moją córką nasze służby prześwietliły cię. Sprawdziły kogo spotykałeś w czasie podróży z Idą do Izraela. Z tego powodu ja stałem się dla nich niewiarygodny. Odstawiono mnie w ambasadzie na boczny tor. W końcu dano mi do zrozumienia żebym wycofał się z pracy w dyplomacji. W każdym razie obeszli się ze mną bardzo delikatnie. Wciąż jestem potrzebny krajowi ze względu na moje kontakty”

„Ale ja tam byłem tylko dwa razy. Spotkałem się tylko z jej rodziną…”

„Pamiętasz Josefa Goldmana?” – przerwał mi

„Goldman to kuzyn Idy…”

„Ma kontakty z Mosadem. Porozmawiaj z nim. Tylko delikatnie. Powiedz, że robisz to na prośbę ojca Masuda”

„Dlaczego miałbym to zrobić?”

„Dla pieniędzy”

Takie podejście do sprawy bardzo mi odpowiadało. W domu od razu zadzwoniłem do Goldmana. Odebrała jego żona, obiecała powiedzieć mu, aby oddzwonił. Nie oddzwonił.

Trzy dni później, po pracy, a był to czwartek pojechałem do IKEI przy Svenska Kurva. Potrzebowałem dokupić szafkę na wciąż przybywające książki. Zanim odebrałem szafkę zatrzymałem się na ostatnim piętrze w restauracji. Potrzebowałem napić się kawy. Gdy tylko usiadłem przy stoliku usłyszałem po polsku

„Cześć Adam! Góra z górą się nie zejdzie… Co za przypadek!”

To był Maks Forman, z którym siedziałem w Łowiczu w czasie internowania w Stanie Wojennym

„Cześ Maksiu. Już kiedyś ci mówiłem, że nie wierzę w przypadki… No może za jednym wyjątkiem… Jak się zrobi w portki, to przypadek sprawi czy wyleci to lewą nogawką, czy prawą”

„Ha! Ha! Ha! Pamiętam, ale…”

„No to przestań pieprzyć, tylko powiedz od razu, czemu zawdzięczam to przypadkowe spotkanie?”

Wśród internowanych w Łowiczu, którzy zadeklarowali wyjazd na emigrację był również Maksymilian Forman. Później się dowiedziałem, że wyjechał do Stanów.

Drugi raz spotkałem go trzy lata temu na konferencji w Londynie. Konferencja poświęcona była sprawom związanym z zapobieganiem przemytom technologii nuklearnych do krajów potencjalnie zagrażających pokojowi światowemu. Maks był tam w charakterze dziennikarza zajmującego się tą problematyką. Wymienił nazwę jakiegoś pisma z zachodniego wybrzeża Stanów, dla którego pisał, ale nic mi ono nie mówiło. Był jednym z trzech dziennikarzy, którzy byli nawet na tej części konferencji, która była zamknięta dla mediów. Zdziwiło mnie to, ale nie miałem okazji z nim o tym porozmawiać. Dlatego gdy tylko go ujrzałem w IKEI od razu uznałem, że to nie przypadek.

„No dobra. Chcę ci coś zaproponować. Szef Goldmana prosił nas…”

„Jakich – nas?” – przerwałem mu

„Nie zachowuj się jak dziecko, Adasiu… Kogo szef Goldmana może prosić o pomoc? Skoro od razu domyśliłeś się, że nasze spotkanie to nie przypadek, to domyślasz się, że będziemy rozmawiać o Masudzie”

„Mów dalej…”

„Kiedy kilka dni temu rodzina twojej byłej, poprosiła cię o pomoc…”

„Skąd to wiesz?”

„No wiesz co!… I to ty zadajesz takie pytanie?… Pozwól, że zostawię to bez odpowiedzi… Kiedy kilka dni temu rodzina twojej byłej, poprosiła cię o pomoc, stało się dla nas jasne, że służby Iranu chcą za wszelką cenę sprowadzić do siebie z powrotem twojego byłego szwagra. Masud Hoseini nie został porwany…”

„Domyślałem się, że to nie porwanie…”

„Ciekawe kto mu w tym pomógł? Hi! Hi! Hi!… Ale to nie ważne… W każdym razie jest w Izraelu”

„Czyli happy end”

„Nie. Nie. Teraz zaczynają się schody… Masud zostawił w Iranie żonę i dwie nastoletnie córki. Odmawia współpracy, dopóki ich stamtąd nie wyciągniemy”

„No to przyjemnej zabawy”

„Ha! Ha! Ha!… W tej przyjemnej zabawie ty jesteś centralną figurą… Czy tego chcesz czy nie”

„A jak nie chcę?”

„Po pierwsze, wiem, że chcesz. Lubisz to. Po drugie nie jesteś zawodowcem. To duży plus w tej branży. Po trzecie, to co zacząłeś, dobrze by było abyś zakończył”

„Na to potrzeba dużo pieniędzy a ja po rozwodzie jestem goły i wesoły” – odparłem

„O pieniądze się nie martw, ale najpierw posłuchaj. Masuda chcą mieć u siebie cztery strony. Irańczycy, rzecz jasna, amerykanie, ruskie i chińczyki. Ci ostatni są na razie pasywni… Nie wiem, do cholery, dlaczego wszystkim tak bardzo zależy na szeregowym inżynierze zajmującym się techniką znaną każdemu studentowi fizyki?… Ale to mnie nie powinno interesować…”

„Masz rację, Maksiu. To nie twoja sprawa… Powiedz co mam robić”

   Wyjaśnił mi co mam robić. Wypiliśmy jeszcze po jednej kawie potem poszliśmy razem odebrać półkę, po którą tam przyjechałem. Okazało się, że paczka z półką z trudem mieści się do mojego mercedesa. Maks zaproponował abyśmy pojechali z półką jego samochodem. Miał duże volvo z wypożyczalni. Po drodze obgadaliśmy szczegóły i sposoby kontaktowania się.

Posiedzieliśmy chwilę u mnie w domu. Maks chciał mi od razu pomóc w montażu półki. Podziękowałem. Zrobię to w sobotę. Odwiózł mnie na parking IKEI do mojego samochodu.

W sobotę, późnym wieczorem przyjechał po mnie i pojechaliśmy na przejażdżkę po Sztokholmie. Kilka przecznic dalej zatrzymał się przy przystanku autobusowym. Dosiadła się do nas sympatyczna, brunetka w wieku na pierwszy rzut oka między trzydzieści a czterdzieści lat. Przedstawiła się z imienia i nazwiska, Klara Olsson.

„Od teraz będziesz się spotykał z Klarą. Wyjeżdżam ze Szwecji”

„Chciałbym wiedzieć, co wiecie o Masudzie… To ułatwi nam współpracę” – powiedziałem

„W zasadzie nic, po za tym, że pracował w Ośrodku Badań Atomowych i zrobił jakiś wynalazek o dużym znaczeniu dla lotów w kosmos”

„Myślę, że powinienem wam powiedzieć o co chodzi. Masud dokonał dwóch wynalazków. Jeden mniej ważny… Zainteresowały się nim władze policyjne. Drugi jest znacznie ważniejszy”

Maks zatrzymał samochód na parkingu, a ja przez następną godzinę wyjaśniałem im cierpliwie znaczenie drugiego wynalazku Masuda. Nie wiem, czy coś zrozumieli z zawiłości technicznych, ale z pewnością dotarło do nich ogromne znaczenie wynalazku.

Potem Klara powiedziała co wie o sprawie. Dowiedziałem się, że nowy narzeczony mojej byłej, Patrik Walsh, pracuje dla Rosjan. Rodzina Masuda o tym nie wie. Walsh tego im nie powiedział otwarcie, ale daje im do zrozumienia, że pracuje dla CIA.

Stary Hoseini pytał się dyskretnie o niego, swoich amerykańskich przyjaciół, ale nie dostał żadnej odpowiedzi, co go tylko utwierdziło, że Patrik Walsh istotnie pracuje dla CIA. Mam na niego bardzo uważać.

Wkrótce Klara dostarczy mi wiadomość od Goldmana. Wolno mi się z nim kontaktować tylko za pośrednictwem Klary. Potem uzgodniliśmy, że się będę z nią spotykać niemal co dzień. Powiedziała mi, że pracuje w księgarni akademickiej przy Kungsgatan 48. Zawsze tam ją znajdę gdybym nie mógł się z nią skontaktować telefonicznie. Gdyby jej nie było, mam zostawić wiadomość, że się o nią pytałem, lub wysłać maila na adres księgarni.

Jako prezent powitalny dostałem od niej nieduży radioaparat z odtwarzaczem płyt CD. Wręczyła mi też kopertę z listem od Masuda. Ma trafić jak najszybciej do rąk żony Masuda, Halimy.

W poniedziałek, w pracy, zostałem wezwany do szefa. Powiedział mi, że nie wie o co chodzi, ale że dostał polecenie, aby mi nie stawiać żadnych przeszkód, jeżeli musiałbym nagle wziąć wolne czy dłuższy urlop. Ma nadzieję, że nie odbije się to na mojej pracy w firmie. Podziękowałem i zapewniłem go. że niebawem będę mógł mu wyjaśnić o co chodzi.

Wieczorem zadzwoniła Klara i powiedziała, że się za mną stęskniła. Powiedziała, że wpadnie do mnie za godzinę i żebym przyszykował jakąś nastrojową muzykę. Wiedziałem co to znaczy.

Przyszła około dwudziestej. Po przywitaniu, bardzo serdecznym, zażyczyła sobie kawy

„Włącz jakąś muzykę… Nie lubię tak siedzieć przy kawie po cichu” – powiedziała.

Gdy tylko włączyłem radio zaczęła mówić. Mam poprosić Fazilę o spotkanie. Nalegać, aby odbyło się w jej mieszkaniu. Na spotkaniu mam przekazać, że według informacji z Izraela Masud znajduje się w rękach Rosjan. Że to Rosjanie dokonali porwania. Aby uwiarygodnić tą wersję mam wskazać, że wywiad Izraela wie o wraku rosyjskiego helikoptera w Turkmenistanie około czterdziestu kilometrów od wybrzeża morza kaspijskiego na kierunku do Rosji.

Mam również wskazać, że ich przypuszczenia jakoby Izraelczycy dokonali tego rajdu helikopterami z Turcji. przez Armenię, Azerbejdżan, nad morzem Kaspijskim i przez Turkmenistan do granicy z Afganistanem, to bzdury. Żaden helikopter nie przeleci tej trasy w obydwie strony. Natomiast helikoptery rosyjskiej marynarki startujące ze okrętów znajdujących się na morzu Kaspijskim pokonają tą trasę bez trudu.

Na pytanie, po co Rosjanie mieliby go porywać, przecież współpracują z Iranem, mam odpowiedzieć, że tego nie wiem.

Tak też zrobiłem. Na spotkaniu były te same osoby co poprzednio. Oczywiście z niedowierzaniem przyjęli wiadomość o tym, że to sprawka Rosjan. Patrik wspomniał coś, że dobrze by było mieć jakieś dowody na poparcie tak zaskakującej informacji, ale potem podczas reszty rozmowy w zasadzie nie zabierał głosu.

Myślę, że w jakiś sposób byli przyszykowani na to, że Masud znajduje się w Izraelu i że mieli jakiś plan, mniej lub bardziej realny, aby się z nim skontaktować. Informacje, które im przekazałem całkowicie ich zaskoczyły. Nie byli przygotowani na taki obrót sprawy. Zadeklarowałem, że oczywiście jak dowiem się coś więcej to natychmiast dam znać. Podziękowałem im za uwagę i chciałem się pożegnać.

„Poczekaj chwilę. Coś ci przekażę… To jest list ode mnie do mojego syna. Przekaż go Izraelczykom…”

Stary lis Hoseini chyba nie za bardzo uwierzył w moje opowiadanie

„Przecież to nie ma sensu… Oni go nie mają” – odparłem nieco zaskoczony

„Nie szkodzi jak ten list dostaną. Może dostanę od nich jakąś odpowiedź”

„Równie dobrze można zostawić ten list w ich Ambasadzie” – stwierdziłem

„Nie. To nie to samo. Wyślij ten list do tego… Jak mu tam… Goldmana. Możesz rzecz jasna załączyć coś od siebie. Napisz, że dobrze zapłacę za kontakt z synem”

„Dobrze, zrobię to, ale to nie ma najmniejszego sensu”

List przekazałem Klarze. Po tygodniu ojciec Masuda dostał odpowiedź z Izraela. Klara powiedziała, że po tej odpowiedzi stary Hoseini będzie chciał się ze mną zobaczyć. Oczywiście przekazała mi co to za odpowiedź i co mam robić dalej. Dowiedziałem się, że w liście do Masuda ojciec nie napisał nic istotnego. Były tam zapewnienia, że zrobią co w ich mocy, aby wrócił do domu. Dalej ojciec pisał, że mają stały kontakt z żoną Masuda. Że jest tam wszystko w porządku, córki zdrowe, pytają się o tatę. I tak dalej.

Następnego dnia dostałem telefon od Fazili z zaproszeniem na kolejne spotkanie. Odpowiedziałem, że to nie ma sensu abyśmy się dalej w tej sprawie spotykali. Zrobiłem wszystko o co mnie prosili i nie wiem w czym więcej mógłbym pomóc. Pożegnałem się i przerwałem rozmowę.

Kilka godzin później zadzwonił Hoseini. Prosił bardzo abym przyszedł na spotkanie. Powtórzyłem, dlaczego uważam, że to nie ma sensu, aby się spotykać.

„Myślę, że to ma dla ciebie sens abyś przyszedł do nas. Fazila przyszykowała pisemne zrzeczenie się alimentów od ciebie” – odparł.

Chwilę milczałem

„Kiedy mam przyjść?”

Na spotkaniu byli ci sami co poprzednio oraz po raz pierwszy żona Hoseiniego, matka jego dzieci. Mimo tylu lat poza granicami Iranu nie zna żadnego języka poza rodzimym Farsi, czyli Perskim. Co nieco rozumie po angielsku. Ze względu na Patrika rozmawialiśmy zawsze po angielsku.

Po przywitaniu od razu zaczął Hoseini. Podziękował za wysłanie listu. Niestety dostał grzecznościową odpowiedź za pośrednictwem Ambasady Izraela, która nic nie zawierała. Ale on oczywiście nie siedział przez ten czas z założonymi rękoma tylko jeszcze raz skontaktował się ze swoimi przyjaciółmi w Stanach. Dostał informację o jednym dyplomacie amerykańskim który przez kilka lat pracował w ambasadzie Amerykańskiej w Moskwie a teraz pracuje w ambasadzie w Warszawie. Rozmawiał już telefonicznie, z Oliverem Benderem, tak nazywa się ten dyplomata, ale w tak delikatnej sprawie on chce rozmawiać osobiście. Twierdzi też, że pewne kontakty trzeba nawiązać w Warszawie i może w Moskwie.

„Chcę abyś poleciał ze mną do Warszawy”

„Przecież jestem do tego nie potrzebny. Jesteś starym dyplomatą i sam sobie dasz radę”

„Bardzo możliwe, że będziesz tam niepotrzebny. Gdyby się jednak okazało inaczej to nie chcę tracić czasu i czekać aż przylecisz”

„Nie mam urlopu…”

„Bierz bezpłatny albo powiedz, że jesteś chory, przemęczony czy coś takiego i że musisz wypocząć. Ja wszystko finansuję” – Przerwał mi

„Kiedy mielibyśmy lecieć?”

„Jak najszybciej. Jeśli się zgadzasz, to zaraz dzwonię do mojej asystentki, aby zamówiła cztery bilety do Warszawy na najbliższy lot”

„Cztery?”

„Tak. Fazila i Patrik lecą z nami. Basima” – wskazał na żonę – „Zostaje w domu. Będzie czekać na informację od syna i synowej”

Pożegnaliśmy się. W domu od razu zadzwoniłem do szefa do domu i poprosiłem o urlop od zaraz. Zgodził się o nic nie pytając.

Chwilę potem dostałem telefon od Fazili. Bilety są załatwione. Odlot w najbliższą niedzielę ze Skavsty koło Nyköping do Modlina liniami Ryanair. Mamy załatwione pokoje w hotelu Marriott.

W Warszawie byliśmy zaraz po południu. Zaraz po przybyciu do hotelu, Javad Hoseini zadzwonił do Bendera, aby umówić się na spotkanie. Zaprosił go na lancz w poniedziałek do naszego hotelu na trzynastą. Mieliśmy dużo czasu. W Warszawie byłem kilka razy z Fazilą. Zarówno jej ojciec jak i Patrik byli w Warszawie po raz pierwszy. Jak na ostatnie dni listopada pogoda była ładna i ciepła. Zaproponowałem spacer po Starym Mieście. Nikt z nich nie był tym zainteresowany. Chcieli odpocząć w hotelu.

„W takim razie idę sam, Przyjdę przed dziewiątą. Zjemy coś razem wieczorem”

„Nie musisz się spieszyć. Zjemy coś wcześniej” – odparła Fazila.

Zaraz po wyjściu z hotelu zadzwoniłem na numer otrzymany przed wyjazdem od Klary. Umówiłem się na spotkanie tego samego wieczoru o ósmej. Do tego czasu pochodziłem sobie po Marszałkowskiej. Przed ósmą wziąłem taksówkę i kazałem się zawieść na ulicę Tamki 35. Musiałem chwilę zaczekać zanim zostałem wpuszczony do Budynku Zgromadzenia Zakonnego Sióstr Miłosierdzia św. Wincentego a Paulo.

Zakon znany jest bardziej jako zakon sióstr Szarytek. Przyjęła mnie Matka Przełożona z którą rozmawiałem telefonicznie. Poprosiłem ją o umożliwienie rozmowy z siostrą Mariam. Uzyskałem zgodę pod warunkiem, że Matka Przełożona będzie obecna podczas rozmowy.

Opuściła nas bardzo szybko, gdy zorientowała się jaki charakter ma ta rozmowa. Rozmawiałem z siostrą Mariam ponad godzinę. Zgodziła się na moją propozycję wyjazdu do swojej rodzonej siostry do Isfahan.

Wręczyłem jej list Masuda do Halimy. Po rozmowie z siostrą Miriam, rozmawiałem jeszcze krótko z siostrą Przełożoną. Uzyskałem od niej zgodę na natychmiastowy wyjazd siostry Miriam do Iranu. Obiecałem sfinansować tą podróż i wszystkie związane z nią wydatki. Siostra Mariam mogła być gotowa do drogi w każdej chwili. Jako obywatelka Iranu nie potrzebowała starać się o wizę.

Siostry Nadia i Miriam Manukian są córkami Marii Manukian z domu Proszowskiej. Ojciec, Marii, posterunkowy policji z Pińska na Kresach, zaginął we wrześniu 39go, po wkroczeniu wojsk sowieckich. Ona sama z matką została deportowana do Kazachstanu. Wkrótce matka zmarła na zapalenie płuc. Maria miała wtedy siedemnaście lat.

W 42gim trafiła wraz z innymi osieroconymi dziećmi do Iranu, a dokładnie do Isfahan. Kiedy pod koniec wojny uchodźcy mieszkający w Isfahan, wyjeżdżali dalej, głównie do Palestyny, Maria postanowiła zostać w tym mieście.

Jak zwykle w podobnych przypadkach, do jej decyzji przyczyniła się miłość. W tym przypadku, do młodego Ormianina Pawła Manukiana. Była już pełnoletnia. Wkrótce pobrali się i zamieszkali w dzielnicy ormiańskiej, Jolfa.

W 48mym urodziła im się córka Miriam a w niespełna dwa lata później, druga córka Nadia. Nadia została z rodzicami. Nauczyła się tkać dywany i z tego się utrzymywała. Nigdy nie wyszła za mąż.

Miriam w wieku szesnastu lat trafiła do klasztoru sióstr Szarytek. Istniał on wtedy w Isfahan. Potem trafiła do Rzymu, aby w końcu wylądować w Warszawie.

Po powrocie do hotelu zadzwoniłem do Klary. Zapewniłem ją, że bardzo za nią tęsknię, ale chciałbym przy okazji pobytu w Polsce odwiedzić kilkoro krewnych z poza Warszawy, więc zostanę kilka dni dłużej.

W poniedziałek czekaliśmy wszyscy czworo w restauracji hotelowej na Bendera. Przyszedł nieco spóźniony. Kelner przyprowadził go do naszego stołu. Przywitaliśmy się. Wyglądał na zaskoczonego.

Zanim usiedliśmy przeprosił nas i poprosił Hoseiniego na bok na krótką rozmowę w cztery oczy. Wiedziałem o czym będą rozmawiać. Po rozmowie Bender pożegnał się tylko z Hoseinim i wyszedł z restauracji. Stary, wyraźnie zakłopotany usiadł przy stole

„Chce rozmawiać tylko ze mną…” – powiedział po chwili

„Dlaczego?” – zapytałem

„Powiedział, że nie chce, aby to co ma do powiedzenia dotarło do niepowołanych osób”

„Mówiłam, żeby nie brać Adama do Warszawy!” – wybuchła Fazila.

Hoseini milczał zamyślony. Podniosłem się od stołu

„W takim razie dziękuję za wycieczkę do Warszawy. Jutro wracam do Sztokholmu” – odparłem.

Chciałem odejść, ale mnie powstrzymał

„Zostań! Jesteś mi teraz bardziej potrzebny niż myślałem… Siadaj. Później porozmawiamy. Teraz zjemy lancz. Muszę przemyśleć parę spraw”

Atmosfera przy stole była bardzo ponura. Zjedliśmy lancz w milczeniu.

„Co teraz robimy?” – zapytała Fazila

„Muszę odpocząć i zadzwonić w parę miejsc. Spotkamy się na kolacji, tu o siódmej. Do tego czasu róbcie co chcecie”

Javad Hoseini odszedł od stołu, zostawiając nas niezdecydowanych co robić dalej.

„Idę się przejść, pójdziecie ze mną?” – zapytałem. Przez chwilę czekałem na odpowiedź. Nie doczekawszy się jej wyszedłem na miasto.

    Wróciłem po szóstej. Gdy odbierałem klucz, recepcjonista wręczył mi kopertę, na której było tylko moje imię i nazwisko, Adam Karwin.

„Kto to zostawił?” – zapytałem

„Mężczyzna w pana wieku. Czekał na pana. Wyszedł jakieś pół godziny temu”

W pokoju otworzyłem kopertę. Był w niej tylko odręcznie napisany numer telefonu zaczynający się na +49. Niemiecki operator. Wybiłem numer na moim telefonie. Nikt nie odbierał. Po dwóch kolejnych próbach zorientowałem się, że mam jeszcze piętnaście minut do spotkania na dole w restauracji. Szybko wziąłem prysznic i się przebrałem.

Przy stole właśnie zjawiła się Fazila z ojcem. Po dziesięciu minutach oczekiwania i rozmowy o niczym Hoseini polecił córce zadzwonić po Patrika. Fazila odeszła od stołu i udała się do recepcji.

Hoseini powiedział mi, że chce ze mną porozmawiać na osobności tak aby Fazila i Patrik o tym nie wiedzieli. Mam przyjść do jego pokoju po jedenastej. Po kilku minutach wróciła Fazila. Była wyraźnie zdenerwowana

„Nie odbiera telefonu. W pokoju też go nie ma. W recepcji mówią, że nie oddał klucza… Nie wiem, gdzie może być?”

„Nie byliście razem po lanczu?” – zapytałem

„Krótko. Chciałam odpocząć w pokoju. Patrik powiedział, że musi łyknąć świeżego powietrza i że się spotkamy tutaj na kolacji.”

„Zamówmy coś do jedzenia. Nie będziemy czekać na niego głodni” – zadecydował Hoseini – „Dzwoniłem do Olivera Bendera. Umówiłem się z nim na jutro. Mam przyjść na spotkanie sam. Powiedział mi, że nie ma zaufania do Patrika…” – oznajmił

„Coś podobnego!… Dlaczego?!”

Fazila była zaskoczona i oburzona.

„Zna Patrika z Moskwy. Patrik pracował krótko w ambasadzie Amerykańskiej jako urzędnik niższego szczebla. Odesłali go do Stanów, ponieważ nadużywał alkoholu i grał hazardowo w karty, w nielegalnych spelunkach w Moskwie. Zaciągnął pożyczki u Rosjan które nie mógł spłacić. Podobno spłacił je jego ojciec, przemysłowiec z Kalifornii”

„Nigdy mi nie mówił, że pracował w ambasadzie… W Stanach ma do spółki z ojcem firmę produkującą gry komputerowe”

„Tak. Wiem o tym. Jak go poznałaś, pytałem o niego moich przyjaciół w Stanach”

„Jak mogłeś?!… Jestem wystarczająco dorosła i nie życzę sobie abyś sprawdzał moich przyjaciół”

„Robię to dla twojego i mojego dobra a po za tym, mimo że jesteś dorosła to pamiętaj, że to ja cię utrzymuję…”

„Przepraszam” – przerwałem im – „Chyba wam przeszkadzam w rodzinnej dyskusji. Zobaczymy się rano na śniadaniu”

W pokoju jeszcze raz zadzwoniłem na tajemniczy numer. I tym razem nikt nie odbierał telefonu. Zastanawiałem się, gdzie się podział Patrik. Obserwowałem go jak się witał z Oliverem Benderem przed nieudanym lanczem. Był przestraszony, gdy go zobaczył. Z trudem to ukrył.

Fazila ani jej ojciec nie zauważyli tego. Patrik wiedział, że dyplomata, którego mamy spotkać w Warszawie, nazywa się Oliver Bender i że pracował wcześniej w ambasadzie w Moskwie. Mimo tego nie obawiał się spotkania. Przestraszył się, gdy go zobaczył. Wyciągnąłem z tego wniosek, że Oliver Bender w Moskwie musiał nazywać się inaczej.

Zbliżała się jedenasta. Pokój byłego teścia znajdował się w tym samym korytarzu po drugiej stronie klatki schodowej. Zapukałem. Od razu usłyszałem

„Proszę, wejdź”

„Przyszedłem, jak sobie życzyłeś”

Wyciągnął butelkę Burbona. Mimo że określał się jako muzułmanin, nie był nigdy nadmiernie religijny. Mieszkając tyle lat poza Iranem nabył europejskich zwyczajów i przyzwyczajeń.

Jednym z takich przyzwyczajeń była miłość do whisky. Nie nadużywał jej, ale lubił wypić wieczorem szklaneczkę czy dwie. Wjeżdżając do Iranu czy do innych muzułmańskich krajów nigdy nie pił alkoholu.

„Napijesz się?” – zapytał

„Nie. Dziękuję. Wiesz, że nie piję”

„Tak. Oczywiście… Słuchaj, pamiętasz, kilka miesięcy temu Basima miała problemy z sercem. Była operowana w Uppsali. Było z nią bardzo źle. Masud chciał przyjechać do matki. Nie dostał paszportu. Bardzo to przeżył” – przerwał, najwidoczniej zastanawiał się co powiedzieć – „Wiem, że Masud nie został porwany. Ktoś mu dopomógł w ucieczce z kraju”

„Skąd taka pewność?”

„Słuchaj… Jestem przekonany, że jest w Izraelu” – stwierdził – „Powiedziałem wam, że spotkam Bendera jutro. To prawda. Ale nie mówiłem wam, że spotkałem go zaraz po lanczu. Dał mi dwa listy od Masuda. Otrzymał je od swojego przyjaciela z Ambasady Rosyjskiej, tu w Warszawie. Jeden do mnie a drugi dla Halimy, jego żony. W liście do mnie pisze, że nie może mi wyjawić, gdzie się znajduje. W liście do Halimy wyjaśnia jej swoją decyzję ucieczki i obiecuję wyciągnięcie jej i córek z Iranu. Osoba, która dostarczy jej ten list, pomoże jej w wyjeździe z Iranu. Ma zaufać tej osobie całkowicie”

„Jestem totalnie zaskoczony tym co powiedziałeś… Dlaczego jesteś przekonany, że jest w Izraelu”

„Po prostu nie wierzę, aby Masud chciał mieć coś wspólnego z Rosjanami”

„To co mówiłeś wcześnie o Patriku nasuwa mi myśl, że może miał on jakiś wpływ na to, że Masud wybrał Rosję…”

Milczał dłuższą chwilę. Potem, nie podejmując wątku dotyczącego miejsca pobytu Masuda kontynuował dalej

„Przeanalizowałem jego zachowanie z ostatnich miesięcy…”

„Jak mogłeś coś wiedzieć o jego zachowaniu, skoro jesteś w Szwecji a on w Iranie. Z tego co wiem byłeś w Iranie na początku ubiegłego roku…”

„Nie musiałem być przy nim, aby zauważyć zmiany w zachowaniu. To znaczy, teraz jak przeanalizowałem ostatnie nasze rozmowy telefoniczne, emaile i rozmowy z innymi zauważyłem zmiany, na które wtedy nie zwróciłem uwagi. Jestem niemal w stu procentach pewien, że chciał opuścić Iran”

„Nie wiem, co o tym myśleć… Nic takiego nie zauważyłem. Rozmawiałem z nim dużo. Uważam, że był dumny z tego co robi dla kraju…”

Milczeliśmy przez pewien czas. Hoseini szukał czegoś w swojej teczce, a ja zastanawiałem się nad tym co usłyszałem. Takiego obrotu sprawy się nie spodziewałem.

„Jeśli chodzi o te listy, to może są to fałszywki?” – zapytałem

„Nie. Wiem, że podrobić pismo to nie problem. W tym przypadku to nie pismo upewniło mnie, że listy są prawdziwe”

W dalszym ciągu szukał czegoś w teczce. Wyciągnął z niej dosyć dużą, ozdobną, starą zapalniczkę do papierosów oraz jakieś stare zapisane papiery formaty A4. Potem z marynarki wiszącej w szafie wyciągnął dwie koperty. Domyśliłem się, że są to listy od Masuda. Wyciągnął oba listy z kopert i położył przede mną. Obok położył dwie zapisane kartki wyciągnięte z teczki.

„Przyjrzyj się pismu” „Nic nie rozumiem. Napisane chyba po persku…” – stwierdziłem

„Zgadza się. Nie o treść mi chodzi… Są napisane tak zwanym wiecznym piórem. Nie długopisem. Na wszystkich papierach są pisane tym samym atramentem… Popatrz. Mam tu takie pióro i teraz napiszę parę słów…”

Wziął czystą kartkę i coś na niej napisał. Istotnie wygląda na to, że to ten sam atrament koloru jasnozielonego.

„Taki atrament można kupić w każdym sklepie z artykułami papierniczymi…”

„Też się zgadza… Ale ten atrament w tym piórze oraz w piórze Masuda jest specjalnie obrobiony. Kilka lat temu Masud podarował mi to pióro i tą zapalniczkę. Spreparował ten atrament kiedyś dla żartu. Atrament jest promieniotwórczy. Bardzo śladowo promieniotwórczy. Liczniki Geigera nie ujawnią tego. Promieniowanie to leży dużo pod skalą liczników. Wiele zwykłych przedmiotów jest bardziej napromieniowanych, żeby nie wspomnieć o wszechobecnym promieniowaniu tła. Oczywiście dawka tego promieniowania jest absolutnie nieszkodliwa dla człowieka.

Jest jeszcze jedna właściwość tego atramentu. To śladowe promieniowanie ma swoją wartość wyrażoną w konkretnych cyfrach. Gdyby ktoś podrobił ten atrament, nie uzyskałby takiej samej wartości promieniowania. Każda partia atramentu miałaby inną wartość. Uprzedzę twoje pytanie… Skąd wiem, że to atrament Masuda?… Masud skonstruował ten oto przyrząd” – wskazał na zapalniczkę – „To konstrukcja oparta o detektor scyntylacyjny. Bardzo czuły i dokładny. Popatrz wystarczy chwilę potrzeć palcami pismo. Atrament paruje, bardzo niedużo. Wystarczająco jednak, aby para dostała się do tego przyrządu jak go położyć na potartym miejscu… o tak. Odsunąć tą ozdóbkę i odczytać wartość na wyświetlaczu. W tym przypadku cyfry muszą pokazywać po kilku sekundach migającą wartość tak jak teraz 00136. Nie wiem co to oznacza, ale wiem, że tyle ma być abym miał pewność, że to pisał Masud”

„Ktoś inny mógł pisać jego piórem” – zauważyłem

„Weź moje pióro i spróbuj napisać coś”

Podał mi pióro i papier. Spróbowałem, ale nie mogłem nic napisać. Pióro zachowywało się jakby nie było w nim atramentu. Oddałem mu je. Nie zauważyłem, żeby coś przy nim robił, manipulował w jakiś sposób. Po prostu wziął je do ręki i zaczął pisać

„Jak to zrobiłeś, że pisze?” – zapytałem naprawdę zdziwiony.

„Może się kiedyś dowiesz. Widzisz trzeba wiedzieć jak nim pisać. Dlatego jestem pewien, że te listy napisał Masud… A teraz do rzeczy… Chcę abyś to ty zabrał te listy do Halimy”

„Ja? Dlaczego ja? Czy nie lepiej by było, aby zrobiła to twoja córka? Halima chyba ma do niej zaufanie?”

„Nie znoszą się. Ledwie się tolerują w obecności innych członków rodziny. To po pierwsze. Po drugie Fazila na pewno wtajemniczy w to Patrika. Chcę go trzymać od tego z daleka. Dlatego też, cała ta rozmowa musi pozostać między nami”

„Są jeszcze sprawy praktyczne. Nie mam urlopu. Nie mam wizy do Iranu. Wiesz, ile za każdym razem muszę na nią czekać. No i pieniądze. Taka wyprawa kosztuje”

„Wizę będziesz miał najpóźniej pojutrze. Pieniądze nie są problemem. Jak nie dadzą ci urlopu to się zwolnij. Załatwię ci lepszą pracę w Sztokholmie”

„Załóżmy, że dostarczę listy Halimie. Załóżmy, że ją przekonam do ucieczki z kraju, to co dalej? To ona z córkami tak sobie wsiądzie w samolot i wyjedzie?”

„Popatrz na zegar. Już pierwsza się zbliża… To już wtorek. Skończmy tą Ciu Ciu Babkę. Bender powiedział mi, że mogę na ciebie liczyć i to on wskazał ciebie jako właściwą osobę do kontaktów z żoną Masuda. Jutro, a właściwie to już dzisiaj, jak wiesz spotykam się z nim. Czekam na wiadomość jak postępować dalej. To będzie też dotyczyło ciebie… Jutro spotykamy się na śniadaniu, o dziewiątej. Tej rozmowy nie było. Musimy się zastanowić jak spławić Patrika”

„W takim razie do jutra… To znaczy do rana. Od godziny jest 30ty listopada”

   W pokoju, zanim położyłem się spać zadzwoniłem do Klary. Powiedziałem co się wydarzyło i że nie muszę już ukrywać mojego wyjazdu do Iranu. Klara o wszystkim już wiedziała. Powiedziała mi też co jest w listach, od Masuda które mam przekazać jego żonie.

Jeśli chodzi o sposób wyjazdu Halimy i dziewcząt, to mam się trzymać uzgodnień ze Sztokholmu. Na koniec podałem jej do sprawdzenia tajemniczy niemiecki numer telefonu, na który się nie mogłem dodzwonić.

Na śniadaniu spotkaliśmy się bez Patrika. Fazila była bardzo zaniepokojona. Całą noc nie spała. Dzwoniła na jego telefon co pół godziny. Wychodziła sprawdzać, czy jest w pokoju, ale pokój był zamknięty.

Postanowiliśmy po śniadaniu poprosić w recepcji o otwarcie pokoju Patrika. Nie musieliśmy tego robić. W trakcie śniadania podszedł do nas recepcjonista i powiedział, że jacyś panowie chcą z nami pilnie rozmawiać. Czekają na nas w pokoju konferencyjnym.

Powiedziałem Hoseiniemu i Fazili, aby sobie nie przerywali śniadania. Pójdę tam i dowiem się o co chodzi. Wróciłem po kilku minutach

„To policjanci. Znaleźli ciało Patrika. Chcą z nami rozmawiać”

„Niemożliwe… Niemożliwe… To musi być pomyłka!”

Fazila zaczęła cicho płakać. Hoseini pobladł. Przez chwilę nic nie mówił. Otarł usta serwetką, podniósł się gwałtownie

„Chodźmy do nich” – zadecydował.

„Chwileczkę” – zatrzymałem ich – „Będą się pytać po co przyjechaliśmy do Warszawy. Musimy ustalić co mówić. Będą nas przesłuchiwać”

„Masz rację. Przyjechaliśmy rozmawiać z ambasadą USA. Liczymy na ich pomoc w odnalezieniu Masuda” – zadecydował Hoseini.

Dwaj policjanci w cywilnych ubraniach poinformowali nas, że jakiś mężczyzna spacerujący z psem około szóstej rano znalazł ciało nad Wisłą tuż pod mostem Poniatowskiego, kilka metrów od bulwarów Flotylli Wiślanej.

Policja znalazła przy zwłokach paszport USA wystawiony na Patrika Walsha, inne dokumenty i sporo gotówki w różnej walucie. Znaleźli również klucz do pokoju w hotelu Marriott. Właśnie dowiedzieli się, że nieboszczyk przybył do hotelu 29go listopada w niedzielę w naszym towarzystwie. Oczywiście zawiadomili już ambasadę USA. Nie chcieli powiedzieć nic więcej.

Mamy stawić się na przesłuchanie na komendę policji na godzinę jedenastą. Teraz powinnyśmy pojechać z nimi do Zakładu medycyny Sądowej w celu identyfikacji zwłok.

Zanim opuściliśmy hotel, policjanci zażyczyli sobie obejrzeć pokój Patrika. Recepcjonista przywołał sprzątaczkę i razem pojechaliśmy na górę. Sprzątaczka powiedziała, że nie sprzątała pokoju, ponieważ wisi na nim wywieszka „Nie przeszkadzać”. Zapytałem dyskretnie Fazilę czy widziała wywieszkę w nocy, gdy pukała do drzwi pokoju Patrika. Powiedziała, że tego nie pamięta. Zdziwiło mnie to, ponieważ wywieszka jest wyraźnie widoczna.

W pokoju nie było nic co by było w jakiś sposób nie normalne. Wszystkie rzeczy Patrika były na miejscu. Potem, wszyscy troje pojechaliśmy ich samochodem obejrzeć zwłoki. Nie mieliśmy żadnej wątpliwości. To był Patrik.

Okazano nam tylko jego głowę, a właściwie tylko twarz. Nie było na niej żadnych śladów przemocy. Wyglądał jakby spał. Wszyscy troje podpisaliśmy stosowny protokół z okazania zwłok. Dowiedzieliśmy się, że sekcja ma zostać dokonana jeszcze tego samego dnia. Hoseini zażyczył sobie protokołu z sekcji. Jeden z policjantów oznajmił, że mogą go udostępnić tylko krewnym.

„Jestem jego narzeczoną. Mieliśmy ustaloną datę ślubu na 1go stycznia” – odrzekła Fazila

„Jeśli pani przekona prokuratora to udostępnimy pani ten protokół”

Przed jedenastą zgłosiliśmy się w Komendzie Stołecznej Policji w pałacu Mostowskich. Zostaliśmy skierowani do Wydziału Kryminalnego. W sekretariacie poproszono nas abyśmy zaczekali w poczekalni. Major Ludwisiak przyjmie nas jak tylko będzie wolny.

Po kilkunastu minutach z pokoju majora Ludwisiaka wyszedł Oliver Bender. Przywitaliśmy się. Był wezwany jako przedstawiciel ambasady USA. Otrzymał informacje o śmierci Patrika. Obiecał skontaktować się z jego rodziną w Stanach.

Fazila wykorzystała okazję, aby poprosić go o potwierdzenie, że Patrik był jej narzeczonym. Bender obiecał wystawić dokument potwierdzający, że Patrik zbierał za pośrednictwem konsulatu w Sztokholmie potrzebne do ślubu dokumenty.

Przed wyjściem z komendy Bender powiedział Hoseiniemu, że będzie na niego czekał tak jak się umówili. Pierwszy został wezwany do majora Ludwisiaka Hoseini. Wyszedł po piętnastu minutach. Potem Fazila. Zabawiła tam dłużej.

Po wyjściu Fazili, Hoseini przeprosił, że nie będą czekali na mnie. Biorą taksówkę i jadą do hotelu. On, Hoseini, chciałby zdążyć na rozmowę z Benderem. Po za tym chciałby jeszcze się to tej rozmowy przygotować.

Potem była moja kolej na rozmowę z majorem Ludwisiakiem. Były z jego strony standardowe pytania. Skąd znałem Patrika, od kiedy, no i po co przyjechaliśmy do Warszawy. Potem jeszcze czy wiem po co Patrik poszedł nad Wisłę.

Ja z kolei zapytałem czy Patrik został zabity, lub czy był to wypadek. Ludwisiak powiedział, że nie wiedzą co było przyczyną śmierci Patrika, ale że sekcja zwłok na pewno coś im powie. Zapytałem, czy mogę opuścić Polskę

„Tak. Jednak, jeśli to możliwe to proszę pana i pana Hoseiniego z córką o pozostanie w Polsce jeszcze przez kilka dni. Czekamy na wyniki sekcji zwłok. Jutro będziemy coś wiedzieć”

Pojechałem do hotelu. Zadzwoniłem do Klary. Wiedziała już o śmierci Patrika

„Nie przejmuj się tym. Zmarł z powodu zawału”

„Czy wiesz już coś na temat tego niemieckiego numeru?”

„Tak. Telefon należy do drobnego handlarza używanymi samochodami z Hamburga. Ma niemieckie obywatelstwo. Pochodzi z Polski. Nazywa się teraz Karl Muller. W Polsce przed emigrację do Niemiec nazywał się Karol Mularczyk. Nic o nim nie wiemy”

„Ale ja wiem. Z Mularczykiem siedziałem w obozie dla internowanych, w Stanie Wojennym. Od tego czasu nie miałem z nim żadnego kontaktu. Myślę, że to jakiś przypadek. Nie musimy się nim przejmować”

„Na wszelki wypadek sprawdzamy go. A teraz najważniejsze. Postępuj zgodnie z planem”

Po rozmowie ustawiłem budzik w telefonie na osiemnastą. Położyłem się w ubraniu na łóżku, aby się trochę zdrzemnąć.

Obudził mnie budzik telefonu. Chwilę zastanawiałem się czy nie zadzwonić do Fazili lub jej ojca. Doszedłem do wniosku, że muszą być zajęci. W przeciwnym razie na pewno by się odezwali. Wziąłem prysznic, przebrałem się i zszedłem do restauracji. Było jeszcze trochę czasu do kolacji. Zszedłem do baru. Zamówiłem piwo do stolika.

Po chwili kelnerka przyniosła mi zimnego Żywca. Chwilę później zauważyłem tęgiego jegomościa z młodą brunetką. Poznałem w nim Karola Mularczyka. Jeszcze mnie nie zauważył. Dopiero po chwili, gdy szukał wzrokiem wolnego stolika dojrzał mnie. Uśmiechnął się szeroko i ruszył w moją stronę ciągnąc za sobą dziewczynę

„Cześć Adam! Poznajesz mnie?” – zapytał.

Postanowiłem sobie zażartować z niego

„Oczywiście. Ty jesteś Karl Muller. Sprzedałeś mi starego grata w Hamburgu”

Karol na moment zamilkł. Wyraźnie pobladł.

„Skąd wiesz, jak się nazywam?” – zapytał wyraźnie zaskoczony

„Ty znasz mnie a ja znam ciebie”

„Tak, ale w Polsce nazywam się tak jak dawniej…”

„Znamy się z Hamburga. Sprzedałeś mi zardzewiałego grata…” – Ciągłem dalej rozbawiony jego pytającą miną

„Nie przypominam sobie abym tobie coś sprzedawał…”

„Dobrze już, Karol. Żartowałem… Siadajcie. Zamówię piwo, ale najpierw przedstaw mnie córce”

„To nie córka. Agata zgodziła się towarzyszyć mi w Warszawie. Chcesz to poprosi tu zaraz siostrę. Będzie nam razem przyjemnie”

„Nie mogę, Karol. Mam tu zaraz umówione spotkanie, może innym razem…”

Dostaliśmy zamówione piwo. Zauważyłem, że Agata była już dobrze pijana albo czymś naćpana. Nie odezwała się do tej pory ani słowem.

„Adam, skąd wiesz, że jestem z Hamburga i że nazywam się Muller?” – zapytał zaciekawiony

„Zostawiłeś dla mnie numer telefonu. Próbowałem zadzwonić, ale nikt nie odbierał. Postanowiłem sprawdzić co to za numer i trafiłem na ciebie w Hamburgu”

„Aha! Rozumiem” – widać było po nim, że nic nie rozumie – „To można dowiedzieć się wszystkiego po numerze telefonu?” – zapytał zdziwiony

„Jak się bardzo chce, to można” – odpowiedziałem.

W tym momencie zauważyłem mojego byłego teścia. Przeprosiłem zdziwionego Karola. Pożegnałem się i podszedłem do Hoseiniego.

   Zszedł na kolację sam. Usiedliśmy do stołu.

„Nie zaczekamy na Fazilę?” – zapytałem

„Została w pokoju. Opłakuje Patrika” – oznajmił – „To wszystko bardzo mi się nie podoba. Nie lubię jak coś się komplikuje w tak zaskakujący sposób. Nie wiem jeszcze jak stracił życie Patrik, ale cokolwiek mu się stało, to, to nie jest przypadek, że wydarzyło się to właśnie teraz”

Zwróciłem uwagę na to, że powiedział „Nie wiem jeszcze jak stracił życie”. Odebrałem to tak jakby oczekiwał na informację o tym jak zmarł Patrik od kogoś innego niż major Ludwisiak.

„Ten major na policji powiedział, że jutro będą mieli wyniki sekcji zwłok…” – zauważyłem

„Wątpię, żeby nam powiedział prawdę”

„Może Fazila dostanie protokół z sekcji zwłok?”

„Nie liczę na to. Nawet jak dostanie, to dla mnie nie będzie on wiarygodny…”

„Dlaczego?”

„Widzisz, Adam. Życie nauczyło mnie, aby być podejrzliwym. To co się dowiedziałem o Patriku, sprawiło, że jego śmierć mnie nie zdziwiła. Zaskoczyło mnie, że nastąpiła tak szybko”

„Co się dowiedziałeś o Patriku?”

Milczał chwilę jak by się zastanawiał czy aby nie powiedział za dużo

„Patrik pracował dla Rosjan… Bender tak twierdzi”

„Od dawna go znałeś?”

„Fazila przedstawiła mi go zaraz po waszym rozwodzie… Zaczął bywać u nas. Zrobił dobre wrażenie na Basimie”

„Co o nim sądzisz… Sądziłeś?”

„Nic specjalnego. Trochę playboy. Zarozumiały. Ma pieniądze… Wspólnie z ojcem mają jakąś firmę. Myślę, że on tam nic nie robi. Doi ojca…”

„Nie zauważyłeś nic podejrzanego, czegoś co dawało by coś do myślenia?”

„Prawdę mówiąc, nie traktowałem go zbyt poważnie. Myślałem, że Fazila uległa takiemu chwilowemu zauroczeniu… Że to minie”

„Co on wie o Masudzie?”

„Widzisz… Obawiam się, że wie za dużo. Kilka tygodni temu był z Fazilą u Masuda. Zaraz po ich wizycie Masud zniknął z Iranu…”

„Pamiętasz, wczoraj zastanawiałem się czy Patrik nie miał jakiegoś wpływu na decyzję Masuda…”

„Tak. Tak. Teoretycznie mógł podjąć jakieś kroki, aby pozyskać Masuda dla Rosjan. Ale tylko teoretycznie. Masud nigdy by się na to nie zgodził… Jestem o tym głęboko przekonany”

„Bez względu na to kto pomógł Masudowi, zastanawia mnie” – Przerwałem mu – „Dlaczego zdecydowano się na tak dużą operację militarną, aby umożliwić ucieczkę, bądź co bądź, szeregowego inżyniera. Przecież to co robił Masud jest ogólnie znane każdemu studentowi fizyki na świecie. Powiedz czym naprawdę zajmował się twój syn?”

„Przez ostatnie dwa lata Masud zajmował się ukierunkowanym wysyłaniem mikrofali o milimetrowej długości. Wpadł na ten pomysł niejako przez przypadek podczas swojej właściwej pracy przy wirówkach. Jego szefowie natychmiast zauważyli wielki potencjał tego wynalazku. Co prawda leżał on poza dziedziną, którą się zajmowali, ale dostali na to duże pieniądze z Ministerstwa Policji i zlecenie dalszych prac nad jego praktycznym zastosowaniem.

Masud jako autor wynalazku został oddelegowany do tych prac. Pracowali ostatnio nad miniaturyzacją nadajnika. W końcu zmniejszyli go do takich rozmiarów, że całość można umieścić na niewielkiej ciężarówce. Nadajnik ten wysyła poprzez specjalną antenę mikrofale o bardzo dużej mocy, zużywając przy tym niewiele energii.

Poprzez odpowiednią regulację fale te mogą być stosowane na przykład do rozpędzania tłumów podobnie jak to dzisiaj ma miejsce za pomocą armatek wodnych. Przewaga tego urządzenia nad armatkami wodnymi jest taka, że szkody wyrządzone ludziom są długotrwałe. Nawet dwu, trzy sekundowe wystawienie człowieka na działanie tego urządzenia powoduje stymulację nocyceptorów, czyli komórek nerwowych odpowiedzialnych w organizmie za wykrywanie bólu. Do tego dochodzą poparzenia objawiające się występowaniem bolesnych bąbli oraz uszkodzenia układu nerwowego.

W zależności od mocy urządzenia oraz koncentracji wiązki promieni, skuteczny zasięg może dochodzić do kilkuset metrów”

Hoseini przerwał swój wykład na temat tego czym ostatnio zajmował się jego syn. Czekałem na ciąg dalszy który jednak nie nastąpił.

„Kończmy tą kolację. O dwudziestej pierwszej mam spotkanie ze starym znajomym, pracującym w Ambasadzie Iranu. Daj mi paszport. Dostaniesz wizę”

„Ten major co prowadzi śledztwo, powiedział, że chciałby abyśmy pozostali jakiś czas w Polsce…”

„Myślę, że jutro już mu na tym nie będzie zależało. Wylatujesz do Teheranu jak tylko będzie to możliwe. Zobaczymy się jutro na śniadaniu”

   Wróciłem do pokoju. I tak jak mam to w zwyczaju, położyłem się na łóżku, aby przemyśleć kilka spraw. Oczywiście, to o czym mówił Hoseini, to duże osiągnięcie techniczne. Nie to jednak zdecydowało o tym, że Masud stał się osobą, którą tak bardzo zainteresowały się służby wielu mocarstw.

Przypomniało mi się jak nie tak dawno tłumaczyłem to w samochodzie, Maksowi i Klarze. Starałem się to przedstawić im w sposób jak najbardziej przystępny. Zacząłem tak:

„Pracując nad zleceniem dla policji, Masud dokonał nowego odkrycia dotyczącego mikrofal. Otóż wśród naukowców i techników zajmujących się między innymi mikrofalami znana jest postać brytyjskiego inżyniera Rogera Shawyera. W 1999tym opracował on koncepcję napędu elektromagnetycznego znanego w świecie pod nazwą EmDrive. Jest to bez emisyjny silnik elektromagnetyczny. Silnik ten pomijając szczegóły techniczne charakteryzuje się tym, że przetwarza bezpośrednio energię elektryczną w energię kinetyczną, czyli w tym przypadku w siłę ciągu, taką jaką ma silnik odrzutowy lub rakietowy. Na obecnym etapie prac nad tym silnikiem siła ciągu jest tak mała, że może być zarejestrowana tylko przez odpowiednie, czułe instrumenty pomiarowe. Ale jest.”

„Czyli to żadna tajemnica, skoro wszyscy o tym wiedzą” stwierdził Maks

„Jak do tego momentu, to masz rację…Niemal cały świat naukowy traktował Rogera Shawyera jako szarlatana, który jakoby miał skonstruować Perpetuum Mobile. Krytycy jego wynalazku twierdzili, nie bez racji, że jego rozwiązanie przeczy jednemu z podstawowych praw fizyki, czyli prawu zachowania pędu. I na tym powinna zakończyć się cała ta historia, gdyby nie fakt, że silnik ten działa, chociaż nikt nie wie, dlaczego. Od jedenastu lat, czyli od momentu opublikowania przez Shawyera wiadomości o EmDrive, wybudowano wiele prototypów tego silnika w poważnych laboratoriach na całym świecie. Między innymi w Rosji, Chinach i USA. NASA testowała go w próżni starając się, aby uniknąć błędów pomiaru. Wynik zawsze jest ten sam. Silnik działa. Siła ciągu jest maleńka, ale jest. Nie wiadomo, dlaczego”

„No dobrze. Co wspólnego z tym silnikiem ma Masud?”

„Zaraz do tego dojdę. Muszę jednak przypomnieć trochę wiadomości z lekcji fizyki. Trudno zrozumieć, jak działa EmDrive, natomiast wiadomo, z czego się składa. Najważniejszą częścią urządzenia jest rezonator mikrofalowy, do którego doprowadzane jest promieniowanie mikrofalowe wytwarzane przez magnetron, czyli lampę emitującą mikrofale, stosowaną zarówno w radarach, jak i kuchenkach mikrofalowych.

Rezonator ma kształt zbliżony do ściętego stożka z metalu – jeden koniec jest szerszy od drugiego. Dzięki odpowiednio dobranym wymiarom dochodzi w nim do rezonansu fal elektromagnetycznych o określonej długości. Fale te mają przyspieszać, rozchodząc się w kierunku szerszego końca, natomiast w kierunku węższego końca – spowalniać. Różnica prędkości przemieszczania fal ma prowadzić do różnicy ciśnień promieniowania wywieranego na przeciwległe końce rezonatora, a co za tym idzie – powstawania ciągu poruszającego pojazd”

„Jezus, Maria!… Adam. Nie katuj nas szczegółami technicznymi! Nie wiem jak Maks, ale ja nic z tego nie chwytam. Nie jestem technikiem” – Stwierdziła nieco przerażona technicznym opisem Klara

„Doskonale cię rozumiem. Chciałbym jednak abyście do końca zrozumieli doniosłość wynalazku Masuda. Proszę o jeszcze chwilę cierpliwości”

„Dobra. Jedź z tym dalej…”

„Silnik rakietowy czy odrzutowy popycha pojazd, ponieważ wyrzuca rozpędzony gaz, będący produktem spalania. Stosowany w sondach kosmicznych silnik jonowy także wyrzuca gaz, tyle że w postaci rozpędzonych w polu elektromagnetycznym jonów. EmDrive nie wyrzuca z siebie niczego. Zgodnie z trzecią zasadą dynamiki Newtona względem każdego działania istnieje przeciwdziałanie. Jeśli opieramy się o ścianę, ona też na nas naciska, choć nigdzie się nie wybiera. Jak mówi zasada zachowania pędu, jeśli na układ ciał nie działają siły zewnętrzne, wówczas układ ten ma stały pęd. Krótko mówiąc EmDrive nie powinien działać. Ale działa. Przynajmniej tak wskazują urządzenia detekcyjne”

„To wszystko?… Zrozumiałem z tego, że nie ma to żadnego praktycznego zastosowania” – zauważył Maks.

„Zgadza się. Nie ma praktycznego zastosowania dzisiaj. I tu dochodzimy do wynalazku Masuda. Jego wynalazek pozwala na uzyskanie znacznie większej siły ciągu przy bardzo niewielkiej ilości dostarczonej energii elektrycznej. Udało mu się osiągnąć siłę ciągu dochodzącą do 220 Niutonów…”

„Co to znaczy?” – przerwała mi Klara

„Jak by ci to wytłumaczyć?… Wyobraź sobie, że zmierzona siła ciągu w silniku EmDrive testowanym przez NASA wynosiła około 50 Mikroniutonów, to jest milionowych części niutona. Można to porównać z silą, z jaką naciska na ziemię przeciętna mrówka stąpająca po niej… Zmodyfikowany przez Masuda silnik uzyskał, jak wspomniałem siłę ciągu 220 Niutonów.

Ekipa Masuda zbudowała prototyp takiego silnika i zabudowała go na niewielkiej platformie. Energię elektryczną dostarczono długim kablem. Chcieli tylko sprawdzić jak dużą siłę ciągu uzyskają. Platforma nie miała żadnego sterowania. Liczyli na to, że się uniesie niewiele nad stanowisko testowe. Testowali to w pomieszczeniu zamkniętym, w hangarze na poligonie wojskowym.

Jakież było ich zdziwienie, gdy platforma z zabudowanym na niej silnikiem w momencie dostarczenia energii elektrycznej uniosła się błyskawicznie do góry i rozbiła o sufit hangaru…”

„Jak duża była ta platforma?” – zapytał Maks

„Nie znam szczegółów. Widziałem ją na zdjęciu. Wielkością i kształtem przypominała beczkę na paliwo. Silnik, który ważył nieco ponad cztery kilogramy, umieszczony był w górnej części platformy”

„No, dobrze. To znaczy, że Irańczycy posiadają dokumentację techniczną prototypu i mogą kontynuować prace bez Masuda”

„Nie. Nie posiadają żadnej dokumentacji. Masudowi udało się przekonać swoich przełożonych, że ze względu na uniknięcie jakichkolwiek przecieków, najbardziej witalne podzespoły silnika wykonane będą tylko na podstawie jego osobistych, ustnych wskazówek. Wszystkie konieczne do wykonania części szkice, rysował ręcznie i zaraz po wykonaniu danej części, niszczył. W czasie nocnego nalotu i jego „porwania” zniszczono laboratorium, stację pomiarową oraz poligonowy warsztat, w którym przechowywano część podzespołów do nowych budowanych platform testowych”

„W dalszym ciągu nie rozumiem jak taka platforma, a raczej beczka, mogłaby się przydać w podróżach w kosmos” – zauważyła Klara

„Widzisz, aby dzisiaj wysłać załogowy statek kosmiczny, dajmy na to, na Marsa, należy zabrać ze sobą olbrzymią ilość paliwa przeznaczonego tylko do napędu takiego statku. Jeśli uda się dalej zwiększyć siłę ciągu w silniku EmDrive to statek taki nie musi zabrać do napędu ani grama paliwa. Wystarczy niewielki reaktor jądrowy lub kilkaset metrów kwadratowych baterii solarnych. Rozkładanie takich baterii w kosmosie jest już od dawna technicznie opanowane”

„Teraz rozumiem, dlaczego angażuje się tyle środków, aby wyciągnąć z Iranu żonę i córki Masuda” powiedział Maks.

Buczenie hotelowego telefonu przerwało moje rozmyślania. Spojrzałem na zegarek. Zbliżała się dwudziesta pierwsza. Telefon stał na stoliku przy łóżku. Nie musiałem wstawać, aby podnieść słuchawkę

„Karwin. Słucham… Halo!”

Nikt się nie odezwał. Poczułem się zmęczony. Postanowiłem położyć się wcześniej spać.

Następnego dnia na śniadaniu byłem sam. Nie przejmowałem się tym. Fazila z pewnością w dalszym ciągu opłakuje Patrika, a jej ojciec jak zwykle załatwia swoje interesy. Po śniadaniu kupiłem gazety i wróciłem do pokoju. Około dwunastej zadzwonił ponownie telefon hotelowy

„Karwin. Słucham…”

„Major Ludwisiak z tej strony. Spotkaliśmy się wcześniej w sprawie śmierci pana Patrika Walsha”

„Tak. Przypominam sobie…”

„Pańska żona. Pani Fazila Karwin została zatrzymana przez policję. Wtargnęła na teren Ambasady Rosyjskiej, podobno awanturowała się. Oficer ochrony Ambasady wezwał policję. Muszę się z panem natychmiast widzieć”

„Zaraz przybędę na Komendę…”

„Nie! Nie. Czekam na pana w hotelu przy recepcji”

„Zaraz zejdę na dół”

Zanim zszedłem do Ludwisiaka zadzwoniłem Do Hoseiniego. Odebrał od razu. Bez żadnego wstępu oznajmiłem

„Fazila została zatrzymana przez policję. Awanturowała się w Ambasadzie Rosji. Gdzie jesteś?”

„Na mieście. Co się stało?”

„Wracaj do hotelu. Nie mam czasu na wyjaśnienia. Major Ludwisiak czeka na mnie w recepcji”

Po przywitaniu, usiedliśmy w fotelach w pobliżu wejścia. Ludwisiak stwierdził, że Fazila potrzebuje adwokata. W czasie przejmowania jej z rąk pracowników Ambasady, znieważyła czynnie policjanta, drapiąc go po twarzy.

Funkcjonariusz ten złożył raport i sprawie nadano bieg urzędowy

„Panie majorze. Fazila jest moją byłą żoną. Zaraz przybędzie tu jej ojciec Javad Hoseini. Ale jeżeli mógłbym panu w czymś pomóc to słucham…”

„Rozumiem, że nie chce pan mieć z wyczynem pana byłej żony nic wspólnego”

„I tak, i nie. Oczywiście przez wzgląd na to, że przyjechaliśmy tu razem, czuję się w jakimś stopniu zobowiązany pomóc jej”

W tym momencie zauważyłem w wejściu byłego teścia. Rozejrzał się szukając nas wzrokiem. Ruszył ostro w naszym kierunku, gdy tylko nas dojrzał. Był wyraźnie wzburzony. Podnieśliśmy się z foteli.

Ludwisiak wyciągnął rękę na powitanie. Hoseini przez ułamek sekundy ignorował ją, ale w końcu nie chętnie podał mu rękę na przywitanie. Zdziwiło mnie jego zachowanie. Wiem, że jako stary dyplomata i człowiek przyzwyczajony do trudnych negocjacji, potrafi nie okazywać uczuć. Jego wejście nie zrobiło dobrego wrażenia na Ludwisiaku.

„Gdzie jest moja córka?” – zapytał bez słowa przywitania

„Pani Fazila Karwin została przekazana policji przez pracowników Ambasady Rosji. Normalnie, w takim przypadku, po wylegitymowaniu zostałaby puszczona wolno. Jednak pańska córka na polecenie okazania paszportu, dopuściła się czynnej napaści na funkcjonariusza policji łącznie z wyrządzeniem szkody cielesnej. W związku z tym została zatrzymana. Sprawa trafi do prokuratora”

„Żądam, aby ją natychmiast wypuszczono!”

„Proszę się uspokoić… Po pierwsze, mamy prawo zatrzymać ją na 48 godzin i wszystko wskazuje na to, że wykorzystamy ten czas do ostatniej minuty. Po drugie, o jej wypuszczeniu zadecyduje prokurator lub sąd. Ponieważ sprawa jest krystalicznie jasna, należy przyjąć, że prokurator skieruje sprawę do sądu z wnioskiem o tymczasowe aresztowanie.

Od tego momentu, jeśli w ciągu 24rech godzin nie otrzyma ona, sądowego nakazu aresztowania, musimy ją wypuścić. Pańska córka została oczywiście poinformowana po angielsku, o przysługujących jej prawach. Po trzecie i ostatnie, to nie ja zajmuję się tą sprawą. Oficer, któremu sprawa została przydzielona szukał danych na jej temat w policyjnej bazie danych. W ten sposób trafił do mnie. Ponieważ spotkałem panią Karwin wcześniej w sprawie śmierci pana Walsha postanowiłem poinformować o jej zatrzymaniu jej męża…”

„Adam Karwin nie jest jej mężem” – przerwał mu Hoseini

„Teraz to wiem… Żegnam panów. Radzę skontaktować się z dobrym adwokatem”

Przez chwilę milczeliśmy. Czekałem na jakąś reakcję ze strony Hoseiniego

„Chodźmy do baru… Muszę się napić” – stwierdził.

Przy bufecie zamówił ulubioną whisky a ja piwo. Kiedy barman podał nam zamówienie udaliśmy się do stolika w kącie sali

„Co się stało? Czemu jesteś tak wzburzony?” – zapytałem

„Nic nie idzie jak bym chciał”

„Nie dostałem wizy…”

„Nie. To nie to. Wizę masz wstemplowaną” – oddał mi paszport – „Dziś wieczorem masz lot do Paryża, a stamtąd po dwóch godzinach do Teheranu. Tam sobie wykupisz lot do Isfahan. Poproś w recepcji, aby ci wydrukowali bilety. W paszporcie masz kartkę z danymi”

„Co poszło nie tak?”

„Chciałem lecieć z tobą i Fazilą. Ten znajomy co załatwił ci wizę ostrzegł mnie, że jak tylko ktoś z bliskich Masuda pojawi się w kraju, zostanie zatrzymany. Wiesz co to oznacza?… Że już nigdy nie będzie można wyjechać za granicę”

„Twoje interesy na tym ucierpią…”

„Właśnie. W styczniu powinienem być w Mashhad. Mam tam spór sądowy ze wspólnikiem. Jak się nie pojawię osobiście, to już sprawę przegrałem. Adwokaci może kilka razy uzyskają przełożenie terminu rozprawy, ale to też nie jest pewne… No właśnie!… Adwokaci!… Zupełnie zapomniałem o mojej wspaniałej córce. Co robić?”

„Musisz skontaktować się z Konsulatem Szwecji. Fazila ma szwedzkie obywatelstwo. Wskażą ci na pewno adwokata, z którym współpracują w podobnych sprawach…”

„Mógłbyś się tym zająć?”

„Nie. Formalnie nic mnie z Fazilą nie łączy. Po za tym muszę przyszykować się do podróży. Powiedz co mam robić w Isfahan”

„Samolot do Paryża masz o dwudziestej dziesięć. Przyjdź do mojego pokoju o siedemnastej. Powiem ci jaki mam plan”

„Dobrze” – spojrzałem na zegarek – „Mam jeszcze prawie cztery godziny. Będę w pokoju”

   Hoseini udał się do windy a ja do recepcji. Poprosiłem o wydrukowanie biletów i powiedziałem, że opuszczam hotel o 18tej. W pokoju od razu zadzwoniłem do Klary. Poinformowałem ją o tym co się dzisiaj wydarzyło

„Bardzo dobrze, że lecisz bez nich. Nasze plany się nie zmieniły. Zobaczymy się niebawem. Tęsknię za tobą”

„Mam nadzieję, że wkrótce. Ja też tęsknię. Zajmij się mieszkaniem i nie rozbij mi Mercedesa”

Po rozmowie z Klarą wyjąłem z telefonu i zniszczyłem kartę SIM. W pasku od spodni miałem ukrytą drugą kartę z nowym numerem telefonu. Umieściłem ją w telefonie.

O wszystkich próbach dodzwonienia się na stary numer będę natychmiast informowany. Ustawiłem alarm na za dziesięć piąta. Spakowanie walizki zabrało mi piętnaście minut. Położyłem się w ubraniu na łóżku.

Obudził mnie buczący telefon. W łazience odświeżyłem twarz i udałem się do pokoju Hoseiniego. Zastałem go wieszającego płaszcz w garderobie. Dopiero co przyszedł z miasta. Po chwili siedzieliśmy w fotelach przy stoliku. Bez słowa wyciągnął z teczki notatnik. Zanim go otworzył zapytałem

„Wiesz coś o Fazili?”

„Byłem w Konsulacie. Wiedzą już o Fazili. Policja ich zawiadomiła. Rozmawiałem z adwokatem, którego mi polecili. Jutro lub najdalej po jutrze będzie rozmawiał z prokuratorem. Jest pewien, że aby wyszła, prokurator zażąda poręczenia majątkowego…”

„Wpłacisz je?”

„A co mam zrobić?… W każdym razie powiedziałem mu, żeby nie próbował wyciągać jej za wcześnie. Niech sobie posiedzi w areszcie ze dwie noce… Może da jej to coś do myślenia… A teraz słuchaj. W Teheranie będzie czekał kierowca, który zawiezie cię do Isfahan”

„To jest prawie 350 kilometrów. Miałem kupić sobie bilet na samolot”

„Zmieniło się. Kierowca da ci paszporty dla Halimy i dziewcząt. Możesz mieć do niego pełne zaufanie”

Grzebał chwilę w teczce. Po chwili wyjął z niej list od Masuda do jego żony. Wręczył mi go.

„To jest ten list, który wręczysz Halimie”

„Tak. Oczywiście”

Po chwili wyciągnął portfel. Już na pierwszy rzut oka widać było, że jest w nim sporo pieniędzy

„To dla ciebie na drogę. Masz tu około tysiąca euro w gotówce”

Potem podał mi paczkę riali irańskich związanych gumką

„Sto banknotów po sto tysięcy każdy, czyli dziesięć milionów riali. Wiesz, że to zaledwie nieco ponad dwieście euro…”

„Kupa papieru do dźwigania…”

„Nie oberwiesz się. Na razie sto tysięcy to największy nominał. Najważniejsze… Karta bankowa do jednego z moich kont. Bierz z niej, ile potrzeba. Rozliczymy się po waszym przyjeździe do Szwecji”

„Do Szwecji?”

„A co? Zostawisz je tuż za granicą?”

„Myślałem, że mają jechać do Masuda, do Rosji”

„Nie denerwuj mnie. Masuda tam nie ma. Jestem o tym przekonany. Jak się dowie, że żona i dzieci są w Szwecji, to przyjedzie do nich. Jest już późno. Bierz taksówkę i jedź na lotnisko”

„Chwileczkę. Co Fazila robiła w Ambasadzie Rosji?”

„Rozmawiałem z Benderem. Był zdenerwowany. Jego znajomy z tej ambasady twierdzi, że zrobiła tam awanturę o to, że zabili jej Patrika. Ten znajomy Bendera mówił, że narobiła tyle zamieszania, że będzie miał teraz trudno, aby zrobić coś dla Masuda. Jutro ma wiedzieć coś więcej… Leć już. Późno jest”

Na lotnisku zdążyłem jeszcze coś zjeść. Kupiłem jeszcze jedną walizkę i trochę typowo turystycznych ubrań.

Podróż do Paryża a potem do Teheranu przebiegła sprawnie. Na lotnisku imienia Imama Khomeiniego wylądowałem około trzeciej po południu, czasu europejskiego. Skierowano nas do terminala 1go. Kontrola celna i paszportowa przebiegła sprawnie.

Wyszedłem na zewnątrz. Pogoda była taka jak w Warszawie. Zegar na dachu sąsiedniego budynku wskazywał pokazywał aktualny czas irański i temperaturę 13 stopni. Powietrze było bardzo suche. Przestawiłem zegarek na piątą trzydzieści.

A więc był drugi grudnia, godzina siedemnasta trzydzieści. Przed wyjściem z terminalu stało wielu mężczyzn z tabliczkami na których były nazwiska osób, lub nazwy firm. Większość z nich wyglądała na taksówkarzy. Rozglądałem się za swoim nazwiskiem, ale nie mogłem go dojrzeć. Po kilku minutach chciałem się wrócić do terminalu i wykupić bilet lotniczy. Gdy już byłem w drzwiach, usłyszałem za sobą

„Mister Karwin!… Come to me. We’re going to Isfahen right now” – “Panie Karwin!… Proszę podejść do mnie. Zaraz jedziemy do Isfahan”

Obejrzałem się. Niski, pękaty mężczyzna w wymiętym szarym garniturze kiwał do mnie ręką. Wyglądał na około pięćdziesiąt lat. Wróciłem się do niego.

„Jestem Nasim. Pan Hoseini kazał mi zawieść pana do hotelu Abbasi w Isfahan. Ma pan tam zarezerwowany apartament. Proszę do samochodu. Będziemy na miejscu za pięć godzin”

Odebrał ode mnie walizki i szybkim krokiem poszedł w stronę parkingu. Zatrzymał się przy starej Toyocie Camry. Podczas gdy on umieszczał moje walizki w bagażniku, usiadłem na tylnej kanapie.

„Zdrzemnę się trochę w czasie drogi. Jestem zmęczony” – powiedziałem

„Bardzo dobra decyzja, panie Karwin. W hotelu będziemy około północy. Zanim pan zaśnie powiem panu, że jutro będę na pana czekał w recepcji o dziewiątej trzydzieści. Zabiorę pana do domu młodego pana Hoseiniego. To około czterdziestu minut samochodem od hotelu. Przywiozę też dokumenty które pan Javad Hoseini polecił mi panu przekazać. A teraz już nie będę panu przeszkadzać”

„Dziękuję. Niech mi pan powie…” – przerwał mi

„Proszę mówić do mnie Nasim”

„Powiedz mi Nasim, jak mnie poznałeś na lotnisku?”

„Pan Hoseini mi pana opisał”

„Rozumiem”

Rozsiadłem się wygodnie. Leżące irańskim zwyczajem poduszki pozwoliły mi zająć wygodną pozycję. Samochód po kilku minutach wyjechał na autostradę nr 7 prowadzącą do Isfahan. Szybko zasnąłem.

Obudziłem się, kiedy Nasim zahamował przed hotelem. Spojrzałem na zegarek. Było po jedenastej. Po wyjściu z auta poczułem, że temperatura musi być bliska zeru. Nasim wyciągnął walizki z auta. Podstarzały chłopiec hotelowy czekał już na nie z wózkiem.

Pożegnałem się z Nasimem i poszedłem do recepcji. Po formalnościach chłopiec hotelowy zaprowadził mnie do windy i razem pojechaliśmy na drugie piętro. Mój apartament składał się z dwóch pokoi, łazienki i obszernej garderoby. Chłopiec hotelowy położył walizki na lawie w garderobie. Dałem mu pięć euro. Wyszedł zadowolony.

Szybko rozebrałem się i wziąłem prysznic. Ogoliłem się. Przebrałem się w nowe ubrania kupione na lotnisku w Warszawie.

W kieszeniach umieściłem pieniądze, dokumenty szczoteczkę do zębów, bateryjną golarkę, skarpetki i trochę bielizny. Schowałem też telefon i powerbank. Założyłem płaszcz, w którym też miałem trochę rzeczy.

Zostawiając klucz w recepcji zapytałem, gdzie mogę pójść posłuchać trochę muzyki. Recepcjonista polecił mi restaurację odwiedzaną przez cudzoziemców. To tylko dwie przecznice w lewo od hotelu.

Poszedłem w prawo. Miałem godzinę pieszej drogi przed sobą. Nie chciałem brać taksówki. Drogę znałem bardzo dobrze. Tak jak to oceniłem, po godzinie byłem przed Katedrą Świętego Zbawiciela.

O tej porze dnia było tam dosyć ciemno i pusto. Turyści dawno opuścili plac przed Katedrą. Obszedłem katedrę z lewej strony. Na jej tyłach znalazłem, jakby przyklejony nieduży budynek z maleńkimi oknami. Świeciło się w nich słabe światło. Zakołatałem wiszącą na drzwiach obok starodawną kołatką. Po chwili drzwi się otworzyły. Stał przede mną brodaty zakonnik w moim wieku.

„Muszę zobaczyć się z księdzem Cyrylem. Czeka na mnie…”

„Proszę wejść i poczekać chwilę”

Znajdowałem się w niewielkim pokoju, w którym znajdował się stół i dwa krzesła. W kącie stała duża rzeźbiona szafa. Pod niewielkim oknem obok drzwi wejściowych, stał stolik przykryty białym haftowanym i porządnie wykrochmalonym obrusem. Na stoliku stał srebrny krucyfiks i dwa lichtarze z grubymi, niskimi świecami. Pod sufitem wisiała lampa z odkrytą, słabo świecącą żarówką.

Panował półmrok. Dopiero po chwili zauważyłem drzwi za szafą. Zakonnik uklęknął przed krucyfiksem, przeżegnał się i wyciągnął zapałki. Po chwili wyszedł drzwiami za szafą. Ogień świec znacząco rozwidnił pokój.

Po kilku minutach tymi samymi drzwiami wszedł starszy, również brodaty mężczyzna w garniturze. Zbliżył się do mnie z wyciągniętą ręką

„Witaj synu. Jestem tu jednym z dwunastu księży. Możesz się do mnie zwracać Ojcze Cyrylu. Powiadomiono mnie, że zjawisz się tu jutro”

„Witaj Ojcze Cyrylu. Wolałem przybyć dzisiaj…”

„Poznałem cię od razu”

Zaskoczył mnie tym, że mnie poznał. Byłem przygotowany na to, że potrwa to jakiś czas zanim przekonam go co do mojej tożsamości. Widząc moje zaskoczenie dodał

„Mamy tu Internet”

„Gdzie one są?”

„Po za Isfahan. Są bezpieczne. Nie możesz tu zostać. Brat Paweł zawiezie cię dalej. Po jutrze się z nimi spotkasz. Zostaw mi kartę bankową”

Dałem mu kartę i kod do niej, którą otrzymałem w Warszawie od Hoseiniego. Ojciec Cyryl ma wysłać kogoś z kartą w stronę granicy z Pakistanem. Osoba ta w kilku miejscach po drodze do granicy, pobierze za pomocą tej karty pieniądze. Ma to na celu zmylenie tych którzy by się udali w pościg za mną.

„Pewno jesteś głodny?… Zaraz przyniosę coś do jedzenia. Długa droga przed wami. W aucie będziesz mógł spać. Na miejscu czeka na was przewodnik. Jest opłacony, ale będzie czekał aż mu coś dasz… Masz pieniądze?”

„Mam. Ile mu dać?”

„Bierze zwykle po milionie riali od osoby. Od was będzie chciał podwójnie… Masz tyle?”

„Tak”

Wyszedł bez słowa. Wrócił po kilku minutach z tacą, na której stały miseczki z jedzeniem. Jakaś ryba, placki chleba, gotowane warzywa i oliwki. Do tego mocna herbata. Podczas gdy jadłem zapytał

„Synu, droga jest niebezpieczna, może będziesz musiał użyć broni… Czy jesteś na to przyszykowany?”

„Nie. Nie mam ze sobą broni…”

„Nie to mam na myśli… Chcesz się wyspowiadać?”

„Wybacz ojcze… zwątpiłem w Boga, gdy zabrał mi żonę… Nie będę się spowiadać”

„Twoja wola… Pomodlę się za ciebie”

Po chwili wszedł do pokoju ten sam zakonnik, który otworzył mi drzwi. Miał w ręku taki sam habit jak ten który miał na sobie.

„Chodź ze mną do łazienki” – powiedział stanowczo

„Po co?” – zapytałem zaskoczony

„Nie bój się” – odezwał się Ojciec Cyryl – „Nasi księża i zakonnicy zobowiązani są przez Pismo Święte nosić brody. Nie urośnie ci przez noc… Brat Paweł przyklei ci sztuczną. Będziesz wyglądał jak prawdziwy zakonnik”

Po pół godzinie, z brodą, w brązowym habicie z kapturem, wyszedłem pożegnać się z Ojcem Cyrylem.

Dostałem od niego dobrze zużyty paszport polski ze zdjęciem jakiegoś księdza. Fotografia mogła pasować do wielu osób. Paszport wystawiony był na księdza Jakuba Parachowicza.

„Według stempli w paszporcie, jesteś naszym częstym gościem. Przywozisz dary dla biednych. Pomagamy ci je rozwozić dla potrzebujących” – oznajmił Ojciec Cyryl na pożegnanie.

   Wyszedłem tylnymi drzwiami na obszerny dziedziniec za Katedrą. Stał tam w pod murem, w pobliżu bramy, blaszany furgon z rozsuwanymi drzwiami po bokach. Brat Paweł zajął miejsce za kierownicą. Usiadłem obok niego. Ojciec Cyryl otworzył bramę. Gdy ruszyliśmy zauważyłem na zegarze, w aucie, że jest już prawie trzecia.

„Dokąd jedziemy?” – zapytałem

„Do Tabriz”

„Przecież to ponad 900 kilometrów!”

Powiedziałem trochę przerażony czekającą nas drogą

„Więcej. Musimy unikać głównych dróg. Do tego jedziemy przez góry. O tej porze roku drogi są w wielu miejscach zaśnieżone.”

„Czy ten grat nie rozsypie się po drodze?”

„Módl się, aby do tego nie doszło” – powiedział uśmiechając się do mnie

„Wątpię, czy to pomoże…”

„Pomoże… Idź teraz na tył. Możesz się tam położyć i przespać. Obudzę cię za kilka godzin. Będziemy się zmieniać za kierownicą”

„Kiedy będziemy na miejscu?”

„Jak Bóg da i będziesz dobrze jechać to za jakieś dwadzieścia godzin. Idź spać”

Przecisnąłem się na tył samochodu. Nie było tam okien.

„Nic nie widzę!” Kierowca włączył wewnętrzne światło

„Teraz lepiej?”

„Tak! Dziękuję”

Cały samochód zawalony był workami z czymś miękkim w środku. Tuż za kierowcą stały kanistry z paliwem. Naliczyłem dwanaście sztuk i jakiś kuferek.

„Co masz w tych workach?”

„Ubrania dla bezdomnych… Kładź się na nich”

Położyłem się. Głową uderzyłem o coś twardego. Pod workami leżały dwa koła zapasowe. Zmieniłem pozycję na wygodniejszą. Nie mogłem zasnąć

„Wiesz co… Może ja poprowadzę kilka godzin. Nie mogę zasnąć. Jestem wypoczęty. Spałem w drodze do Isfahan”

Zatrzymał samochód. Wysiadłem bocznymi drzwiami i zająłem miejsce za kierownicą. On w tym czasie przesiadł się na miejsce pasażera. Wyciągnął mapę

„Jedź jeszcze jakieś osiem kilometrów tą drogą. Potem skręcisz w lewo na drogę 62. Dojedziesz nią do Kermanshah. To jakieś 570 kilometrów. Jedź spokojnie. Powinniśmy, tam być za dziewięć godzin. Tam się zmienimy… Wytrzymasz?”

„Dam radę” Droga była w dobrym stanie. Ruch drogowy, praktycznie żaden. Dopiero około szóstej pojawiły się pierwsze samochody wjeżdżające do małych miejscowości mijanych po drodze. Były to głównie dostawczaki wyładowane różnymi towarami, głównie warzywami. Dwadzieścia kilometrów przed Karmanshah zatrzymałem samochód. Od razu usłyszałem za sobą

„Co się stało? Dlaczego stanąłeś?”

„Muszę się wysikać”

Wyszliśmy obydwaj. Przeszliśmy przez rów w stronę pobliskich skałek porośniętych jakimiś niskimi krzaczkami. Gdy tak staliśmy odwróceni tyłem do drogi, zatrzymał się za naszym autem samochód policyjny.

Przez opuszczoną szybę, jeden z mundurowych krzyknął coś w naszą stronę. Paweł, nie przerywając sikania, odwrócił się nieco w ich stronę i pobłogosławił ich znakiem krzyża. Zaśmiali się głośno, coś jeszcze odkrzyknęli i odjechali.

Wykorzystaliśmy jeszcze ten mały postój na uzupełnienie paliwa w aucie. Przelaliśmy dwa kanistry paliwa.

„Chcesz coś zjeść może?”

„Jeszcze nie teraz, może za kilka godzin, ale chętnie napiłbym się czegoś” – odpowiedziałem.

Wyciągnął z kuferka dwie butelki wody. Wyjaśnił mi, że dostał wyraźne polecenie, aby nie zatrzymywać się, po drodze na żadnych stacjach benzynowych, czy przy sklepach lub miejscach w których można by coś zjeść. Musimy zadowolić się tym co mamy w aucie. Usiadł za kierownicą. Zanim położyłem się na workach zapytałem

„Dokąd teraz?”

„Do Mijandoab. 420 kilometrów. Powinnyśmy tam być za siedem godzin, o dziewiętnastej”

Tym razem usnąłem od razu.

Obudziłem się dopiero gdy samochód wjechał na jakieś wertepy.

„Czemu zjechałeś z drogi?… Gdzie jesteśmy?”

„To tylko czterysta metrów od drogi. Stary kamieniołom… Stąd nas nie widać z drogi. Zjemy posiłek i odpoczniemy trochę. Za pół godziny jedziemy dalej”

Po zjedzeniu zimnego kebabu i dolaniu paliwa do auta, usiadłem obok kierowcy. Pojechaliśmy dalej.

W Mijandoab byliśmy po dwudziestu minutach. Zbliżała się dziewiętnasta piętnaście. Zamieniliśmy się miejscami. Tym razem skierowaliśmy się w stronę Tabriz.

Odległość 170 kilometrów pokonałem w trzy godziny. Byliśmy tam o w pół do jedenastej wieczorem. Nigdy tam nie byłem. Nie potrafiłem trafić pod wskazany adres. Miasto jest dosyć rozległe i jakby chaotycznie zabudowane. mieszka tu półtora miliona mieszkańców.

Zabrało nam prawie godzinę czasu, aby dojechać na przeciwległy kraniec Tabriz w pobliże meczetu Karkaj Jami. Podjechaliśmy pod stojący nieco na uboczu jednopiętrowy budynek.

Paweł wyszedł z auta i podszedł do bramy. Nacisnął dzwonek. Po kilku minutach w bramie otworzyło się niewielkie okienko. Rozmawiał z kimś chwilę. Ktoś otworzył bramę. Paweł dał mi znak abym w nią wjechał. Wewnątrz był obszerny, prostokątny dziedziniec po lewej i po prawej stronie stały niskie oficyny. Były to jakieś garaże i magazyny. Tył podwórka zamykał wysoki murowany parkan. Wyszedłem z samochodu. Wysoki, dosyć ponury mężczyzna bez słowa powitania kazał nam iść za sobą.

Weszliśmy do ciemnego korytarza, a po chwili do obszernego pokoju. W pokoju przy dużym stole siedziały cztery zakonnice i jedna kobieta w tradycyjnym irańskim stroju z chustą na głowie.

Zakonnice poznałem od razu. Jedna z nich to siostra Mariam z Warszawy, druga to żona Masuda, Halima. Dwie młodsze to jego córki siedemnastoletnia Anna i o rok młodsza Jasmin.

Piątą kobietą była Nadia Manukian, rodzona siostra Mariam mieszkająca od urodzenia w Isfahan. To ona pomogła nawiązać kilka dni temu, dyskretny kontakt z Halimą.

Przedstawiła jej Siostrę Mariam. Obydwie przekonywały ją o konieczności opuszczenia Iranu. Halima z początku była podejrzliwa. Bała się prowokacji. W dosyć ostrożnej rozmowie telefonicznej, ostrzegał ją przed tym teść. Powiedział, że ma zaufać, tylko osobie, która przekaże jej list od męża. Mariam nie od razu przekazała jej list, który jej wręczyłem. Zrobiła to wtedy, gdy, zgodnie z tym jak ją poinstruowałem, zauważyła, że Halima zaczyna się wahać.

Po przeczytaniu listu od męża, wyszła z nim do sąsiedniego pokoju. Wróciła po kilku minutach spokojna, wyraźnie odprężona. Zgodziła się na wszystko o czym mówiły Nadia i Mariam.

„A co z waszymi córkami?… Czy zgodzą się na wyjazd?” – zapytała Mariam

„Zgodzą się na pewno… Stęskniły się za ojcem”

Przywitałem się ze wszystkimi. Paweł również. Ponurak, który nas wprowadził do domu zniknął z pokoju. Po chwili wrócił z tacą, na której stały filiżanki i spory imbryk z herbatą. Zapytał, czy jesteśmy głodni. Podziękowaliśmy. Powiedział, że czeka w pokoju obok. Jak będziemy gotowi to pokaże nam nasze pokoje. Paweł przejął inicjatywę

„Wyruszamy stąd jutro około dziesiątej. Mamy do przejechania około 270 kilometrów trudną górską drogą. Połowa drogi wiedzie skrajem wąwozu wzdłuż granicznej rzeki Araks. Po drugiej stronie rzeki jest Azerbejdżan, a dokładniej Górski Karabach. Naszym celem jest miasteczko Larijan po tej stronie granicy”

Warto wspomnieć o tym, że Górski Karabach będący nieuznawanym parapaństwem, graniczący z Iranem i Armenią stanowi wymarzony kanał przemytu wszelkiego rodzaju kontrabandy w tym broni, narkotyków i objętych różnymi embargami technologii.

„Lepiej będzie jak nie będziemy wiedziały za dużo” – przerwała mu siostra Mariam – „Ja i moja siostra wracamy do Isfahan… Mamy samolot wcześnie rano. Pożegnamy się teraz ze wszystkimi. Niech Bóg ma was w swojej opiece”

Uściskały Halimę i jej córki. Nam podały rękę na pożegnanie.

„Z panem z pewnością spotkam się w Warszawie. Prawda?” – zwróciła się do mnie po polsku Siostra Mariam

„Zapewniam Siostrę, że się spotkamy” – odparłem

„Czy wszyscy mają dokumenty?” – zapytał Paweł

„Tak. Mamy polskie paszporty. Problem w tym, że ani ja, ani córki nie mówimy ani słowa po polsku”

„Nie szkodzi. Wiem, że wszystkie trzy świetnie mówicie po angielsku. Przez całą drogę nikt do was nie odezwie się po polsku” – zapewniłem Halimę.

„Słuchajcie. Zbliża się pierwsza. Czas spać. Spotykamy się w tym pokoju o dziewiątej. Zjemy śniadanie i w drogę. Rano powiem wam jak się zapakować” – oznajmił Paweł

„Nic nie musimy pakować… Każda z nas ma niewielki plecak z rzeczami osobistymi” – Powiedziała Halima.

Kobiety udały się do swoich pokoi, w których spędziły poprzednią noc. Dowiedziałem się, że przybyły do Tabriz z Isfahan samolotem. Cztery z nich miały wykupione bilety jako zakonnice Szarytki ze Zgromadzenia Zakonnego Sióstr Miłosierdzia św. Wincentego a Paulo, z Klasztoru w Warszawie.

Nadia Manukian przyleciała pod swoim prawdziwym nazwiskiem. Okazało się, że od wielu lat jest zamężna. Nawet jej rodzona siostra o tym nie wiedziała. Nosiła teraz nazwisko męża, Moini.

Ponurak zaprowadził mnie i Pawła do pokojów. Znajdowały się w piwnicach. Mój miał maleńkie okienko pod samym sufitem. Urządzony był bardzo skromnie. Wąska leżanka zasłana była czystą pościelą. Po za nią stał tam wieszak na ubrania, niewielki stolik z karafką wody, obok szklanka. Było taż jedno krzesło. Toaleta w głębi korytarza. Pokoik liczył sobie tak na oko około dwóch i pół metra na cztery. Przypominał celę klasztorną.

   Około dziewiątej spotkaliśmy się przy śniadaniu. Stół był już nakryty. Nadia i Mariam wyjechały na lotnisko zaraz po siódmej. Tym razem przy stole siedział z nami również Ponurak. Miał na imię Igor.

Poinstruował Pawła jak trafić do zamówionych i jak podkreślił, opłaconych przewodników. Którzy przeprawią nas na drugą stronę rzeki Araks.

Po śniadaniu udaliśmy się do naszego samochodu. W samochodzie przybyło bagaży. Dołożone były trzy pokaźne skrzynie. Z worków które mieliśmy od początku drogi ułożone zostało wygodne siedzenie, na którym swobodnie umieściły się Halima z córkami. Paweł zasiadł za kierownicą, ja obok niego. Gdy już podjechaliśmy pod bramę, podszedł do samochodu Igor. Opuściłem szybę.

„Dowiedziałem się przed chwilą, że was szukają. Uszczelniają granicę z Afganistanem i Pakistanem” – powiedział

„A jak jest tutaj?” – zapytałem

„Tutaj jest spokojnie. To ostatni odcinek granicy który Irańczycy zdecydowaliby się zamknąć. Zależy im na tym, aby nie płoszyć przemytników. Tędy zaopatrują się w większość towarów konsumpcyjnych objętych embargiem. Obawiają się ze gdyby zabrakło ich na rynku, wywołałoby to niepokoje społeczne” – wyjaśnił.

Bardzo szybko opuściliśmy Tabriz. Wyjechaliśmy na drogę numer 14 w kierunku wschodnim. Po pięćdziesięciu kilometrach skręciliśmy w kierunku gór Elbrus. Wspinaliśmy się mozolnie drogą na Varzaqhan. Za tym miastem, mieliśmy jeszcze około dwadziestu kilometrów wspinaczki licznymi serpentynami.

Potem droga zaczęła opadać. Ale wcale nie ułatwiało nam to jazdy. Serpentyny były zaśnieżone. Na szczęście było stosunkowo mało śniegu jak na tą porę roku. W końcu dojechaliśmy do drogi numer 12.

Mimo iż była równie kręta, jechało się nią wygodniej. Była dużo lepsza, schodziła łagodnie w nizinę rzeki Araks. Chwilami się do niej zbliżała i wtedy było ją widać w dole po naszej lewej stronie.

Po osiemdziesięciu kilometrach zajechaliśmy do miasteczka przemytników, czyli do Larijan. Zanim Paweł odnalazł wskazany adres zaczęło się ściemniać. Dochodziła osiemnasta, a więc odcinek drogi o długości zaledwie 270 kilometrów pokonaliśmy w osiem godzin.

Paweł, który cały czas prowadził samochód był wyraźnie zmęczony. Zostawił nas w aucie i przykazał, aby pod żadnym pozorem z niego nie wychodzić. Wrócił w towarzystwie niskiego grubasa w zniszczonym ubraniu.

„To jest Nazir” – przedstawił grubasa Paweł – „Razem z bratem Uzeirem przeprawi was na drugą stronę. Tylko on mówi trochę po angielsku. Ja skończyłem swoją rolę. Muszę się teraz wyspać. Jutro czeka mnie powrót”

Zanim się z nim rozstaliśmy Paweł odciągnął mnie na bok i przypomniał to co dobrze wiedziałem

„Po drugiej stronie Nazir musi doprowadzić was do drogi E 002. Dokładnie, tuż przed zakrętem tej drogi na północ. Jest tam miasteczko Ishkhan. Dojdziecie do ronda. Tam poczekacie na przystanku autobusowym na czerwoną furgonetkę z namalowanymi po bokach kwiatami. Wsiadajcie śmiało, gdy się zatrzyma”

„Na przystanku może być więcej osób. Co wtedy robić?” – zapytałem

„Nic. Czekać aż podejdzie do was… Będzie miał dla was bilety na samolot… Aha!… Nazir będzie się domagał pieniędzy. Jak wiesz, jest opłacony. Możesz mu dać najwyżej osiem milionów riali, ale dopiero po drugiej stronie przy drodze”

Zostaliśmy sami. Nazir gdzieś zniknął. Staliśmy chwilę nie wiedząc, gdzie go szukać. Wrócił po kilku minutach z gościem bardzo do niego podobnym. Domyśliłem się, że to jego brat.

„Ty dać pieniądz… Dwadzieścia milion” – powiedział łamanym angielskim.

„Dostaniesz cztery miliony po drugiej stronie” – odpowiedziałem

„No! No! No!… dwadzieścia milion… Teraz!”

Odciągnąłem go delikatnie na bok, za pobliskie drzewo. Przyłożyłem mu szybko wyciągnięty, ceramiczny nóż, do gardła. Myślę ze w ciemnościach, które szybko zapadły nikt tego nie zauważył

„Cztery miliony po drugiej stronie” – wycedziłem cicho przez zęby

„Ok! Ok!… po drugiej stronie… osiem milion” – odpowiedział wystraszony

„Ok. Prowadź”

Wyszliśmy z za drzewa. Krzyknął coś do brata. Tamten wzruszył ramionami i coś mu odpowiedział, jednocześnie dając nam znak ręką, aby iść za nimi.

„Dokąd idziemy?” – zapytałem

„Za pół godziny iść w dół… Rzeka. Iść cicho”

„Co dalej?”

„Na dół czekać. Godzina pięć łapać ryba. Wszyscy na okręcie”

„Chyba chodzi mu o to, że o piątej wsiądziemy na łódź rybacką” – wyjaśniłem Halimie i dziewczętom.

Po pól godzinie marszu zbliżyliśmy się do stromo spadającego zbocza. Praktycznie nic nie było widać. Leżący, gdzie nie gdzie śnieg rozjaśniał nieco okolicę. Od czasu do czasu z poza chmur ukazywał się księżyc.

Nasze oczy już od pewnego czasu przyzwyczaiły się do ciemności i nawet dosyć wyraźnie widzieliśmy ścieżkę, którą schodziliśmy w dół. Po godzinie takiego schodzenia usłyszałem plusk wody. W suchym do tej pory powietrzu wyraźnie poczuliśmy wilgoć, jaka zwykle towarzyszy bliskości rzek lub jezior.

Dziewczynki zaczęły narzekać na zmęczenie. Halima zapytała, kiedy dojdziemy na miejsce.

„My są już na miejsce”

Nazir wskazał szopę, która właśnie się nam ukazała. Stała kilka metrów od linii wody. W pobliżu stało jeszcze kilka podobnych.

Między każdą szopą a wodą leżały wyciągnięte na brzeg łódki z niewielkim szałasem na pokładzie. Łódka przy „naszej” szopie mierzyła jakieś osiem metrów długości i około dwa metry szerokości. Z tyłu podwieszony był niewielki motorek.

Weszliśmy do szopy. Był tam naftowy piecyk. Nazir od razu go rozpalił. W słabym blasku płomienia zauważyliśmy kilka zwojów sieci.

„Zegarek. Daj na tył zegarek”

„O co ci chodzi Nazir?” zapytałem

„Pokaż zegarek… Daj na tył… pół godziny”

Wyciągnął w moją stronę rękę ze swoim zegarkiem

„Widzi?… Widzi?… Niech patrzy… Pół godziny na tył”

„Aha! Zrozumiałem! W Azerbejdżanie strefa czasowa jest w stosunku do irańskiej przesunięta o pół godziny do tyłu”

Ustawiłem zegarek na nowy czas. Halima zrobiła to samo ze swoim.

„Masz trzy godziny spać. O pięć łapiemy ryby” – oznajmił i wyszedł z szopy do brata.

„Nie możemy spać na tych sieciach. Będziemy śmierdzieć rybami”

Niemal płacząc powiedziała to Anna.

„Zdejmijcie habity i ile się da z wierzchniego ubrania. Jest tu już wystarczająco ciepło. Będę czuwał na zewnątrz”

Przed szopą leżały narzędzia, stały jakieś skrzynie i wisiały na stojakach sieci. Usiadłam na skrzyni w pobliżu drzwi. Mój wełniany habit dobrze osłaniał przed zimnem. Na szczęście nie było wiatru.

Założyłem na głowę kaptur. Z początku wydawał się za obszerny, ale już po kilkunastu minutach zacząłem doceniać jego wielkość. Złapałem się na tym, że zaczynam zasypiać. Nie chciałem zasnąć.

Podniosłem się niechętnie i zacząłem chodzić przed szopą. Dziesięć kroków w lewo potem z powrotem, następnie dziesięć kroków w prawo i tak dalej.

Około piątej niebo zaczęło robić się nieco jaśniejsze. To nie był świt. Ale czerń nieba ustąpiła miejsca z początku ciemnemu granatowi. Gwiazdy zaczęły znikać, a granatowe niebo rozjaśniać się. Widoczność poprawiła się na tyle że można było dostrzec drugi brzeg. Oddalony był o jakieś osiemdziesiąt metrów.

Zauważyłem po drugiej stronie jakieś zabudowania i stojące przed nimi pojazdy. Chyba wojskowe samochody terenowe. Po naszej stronie, na lewo od nas, w górę rzeki ujrzałem niewielką przystań a przy niej dwa sporej wielkości, uzbrojone łodzie patrolowe. Zaniepokoiło mnie to.

W tym momencie z sąsiedniej szopy wyszedł Nazir z bratem i jeszcze trzech mężczyzn. Zauważyli mnie, Powiedzieli coś na przywitanie. Odruchowo odpowiedziałem im szwedzkim „Hej!” Nie zdziwiło ich to. Podeszli do łodzi i zaczęli ją spychać do wody.

Podbiegłem do nich, aby im pomóc. Po chwili łódka była w wodzie. Trzej nieznani mi mężczyźni odeszli do swojej szopy.

„Czy to straż graniczna?” – Zapytałem Nazira wskazując na łodzie patrolowe

„Tak. Ale to nic nie robi. Mają śpią do godzina osiem. Taki nakaz mają” – zaśmiał się – „Oni spać, my pracować”

Halima i dziewczyny były już obudzone. Musiały wyjść z szopy jak spychaliśmy łódkę na wodę. Teraz wracały z za szopy.

Anna narzekała, że w dalszym ciągu śmierdzą rybami. Pomyślałem, że może to być poważny problem w dalszej podróży. Wsiedliśmy do łodzi, zamaczając solidnie habity. Nazir kazał nam ukryć się w szałasie znajdującym się po środku łodzi. Sam usadowił się na jej przedzie.

Uzerir usadowił się na rufie przy motorku. Po dwukrotnym pociągnięciu sznurem motorek zastartował. Skierowaliśmy się w górę rzeki, przepływając tuż obok łodzi patrolowych. Zauważyłem na brzegu piętrowy murowany budynek. W oknach było ciemno. Na zewnątrz nikogo nie było. Po pół godzinie na rzece pojawiły się inne podobne do naszej łodzie. Jedne stały zakotwiczone pośrodku rzeki, inne płynęły z różną szybkością zarówno w górę jak i w dół rzeki.

„Zaraz na miejscu” – oznajmił Nazir.

Niepostrzeżenie na wyłączonym silniku zaczęliśmy dryfować z prądem rzeki z powrotem, kierując się na drugi brzeg. Po około dwustu metrach zbliżyliśmy się do porośniętego niskimi drzewami brzegu.

Nazir złapał konar jednego z nich i zgrabnie dociągnął łódkę do porośniętego krzewami i suchą trawą brzegu. Łódka odpłynęła bez szelestnie.

Zostaliśmy z Nazirem. Gestem ręki nakazał nam iść za sobą. Szliśmy jakąś polną drogą lekko wznoszącą się pod górę. Po obydwóch stronach były łąki i jakieś zarośla. Gdzie nie gdzie, przykryte były łatami śniegu. Zaczęło się rozwidniać.

Mieliśmy do drogi E 002 około kilometra. W końcu do niej doszliśmy. Skierowaliśmy się na prawo. Po paru minutach można było dostrzec pojedyncze zabudowania. Przed nami leżało miasteczko, raczej większa wieś, Przy drodze stała tablica z nazwą miejscowości: Ishkhan. Jeszcze dziesięć minut marszu i zauważyliśmy rondo drogowe, a przed nim budkę przystanku autobusowego. Pustą. Weszliśmy do środka. Nazir od razu wyciągnął rękę

„Pieniądze”

Miałem już odliczoną sumę ośmiu milionów riali. Kiedy mu ją wręczyłem, nawet je nie przeliczył. Schował do wewnętrznej kieszeni marynarki i bez słowa pożegnania wyszedł z budki.

    Zostaliśmy sami. Było już całkiem widno. Pogoda pochmurna, zaczął prószyć drobny śnieg. Spojrzałem na zegarek. Ósma trzydzieści trzy. Nagle usłyszałem cichy, lekko histeryczny śmiech Halimy

„Jak my wyglądamy?!… Brud i smród!… W takim stanie nie możemy dalej jechać. Musimy coś ze sobą zrobić”

Nie czekając na jakąkolwiek odpowiedź wyciągnęła z plecaka ręcznik, którym zaczęła czyścić zabłocony habit. Dziewczyny próbowały robić to samo. Niewiele to pomogło. Podała mi swój ręcznik. Mój habit był bardziej brudny niż ich. Do tego, od dłuższego czasu swędziła mnie twarz pod sztuczną brodą. Nic dziwnego. Od czasu jej przyklejenia ani razu jej nie myłem.

Nasze próby doprowadzenia się do porządku przerwał szum zbliżającego się samochodu. Wyjrzałem z budki. Od strony miasteczka zbliżał się autobus. Zatrzymał się. Kierowca otworzył drzwi. popatrzył na nas wyczekująco. Kiwnąłem głową dając mu znak, że nie wsiadamy do autobusu. Po chwili zamknął drzwi i odjechał.

Punktualnie o ósmej nadjechała maleńka furgonetka. Czerwona z namalowanymi wiązankami kwiatów po bokach. Kierowca zatrzymał się wysiadł z auta i podniósł tylną klapę. W środku nic nie było. weszła tam Halima z dziewczynami i usiadły na podłodze. Chciałem usiąść obok kierowcy, ale nie pozwolił mi na to. Musiałem się wcisnąć na tył auta.

Było nam bardzo ciasno. W tylnej klapie była niewielka szybka przez którą widać było uciekającą za nami drogę. Na szczęście jazda trwała niecałe dwadzieścia minut. Zjechaliśmy z asfaltu i po chwili wjechaliśmy na podwórko jakiegoś gospodarstwa. Kierowca otworzył tylną klapę. Wyszliśmy z auta. Wyciągnął do mnie rękę i z uśmiechem przedstawił się

„Jestem Iwan”

Powiedział to po angielsku z wyraźnym rosyjskim akcentem. I ze zwykłym w tych stronach zwyczajem, całkowicie zignorował kobiety

„Chodźcie do środka”

Zaprowadził nas do budynku mieszkalnego. Nikogo w nim nie było, w każdym razie nie na piętrze, na które nas zaprowadził. Było tam dwupokojowe mieszkanie z kuchenką i łazienką. W Większym pokoju stałe rozłożone i pościelone cztery łóżka turystyczne, stół, krzesła i obszerna szafa. Do mniejszego pokoju wchodziło się przez kuchnię były tam dwa podobne łóżka, niewielki stolik i krzesło.

Iwan podszedł do szafy. Otworzył ją. Na wieszakach wisiały habity, takie same jak te które miały na sobie Halima i jej córki. Na półkach leżały inne ubrania.

„To dla pań… Ojciec Cyryl wszystko przewidział… Prawie wszystko” – spojrzał na mnie – „Dla ciebie nic nie mam.”

„Nic nie potrzebuję. Chcę się pozbyć tej brody i się wykąpać”

„Zjedzcie najpierw śniadanie. Potem się wykąpiecie. Samolot do Moskwy macie jutro, w poniedziałek, o dwunastej z Xankendi lub jak wolą miejscowi Ormianie ze Stepanakertu. Wizy nie potrzebujecie. To jest tranzyt do Warszawy. Mam dla was bilety. Panie lecą jako zakonnice. Ty osobno pod własnym nazwiskiem. W Moskwie czekacie na połączenie do Warszawy cztery godziny”

„Jak się dostaniemy na lotnisko?”

„Pojedziecie autobusem. Do Stepanakertu jest tylko 95 kilometrów. Autobus jedzie do samego portu lotniczego. Niestety trwa to prawie trzy godziny”

„Gdzie kupić bilety na autobus”

„U kierowcy”

„Można zapłacić w euro?”

„Raczej nie. Wymienię ci, jeśli chcesz”

Wyciągnąłem dwieście euro. Iwan wyszedł z nimi. Wrócił po pół godzinie. Przyniósł sto tysięcy dramów armeńskich w banknotach

„Niestety, przy tak szybkiej wymianie kurs jest niekorzystny. Więcej nie dostałem”

„Starczy na autobus?”

„Starczy. Zapłacicie nie więcej jak czterdzieści tysięcy”

„Ile trwa lot do Moskwy?” – zapytałem

„Zwykle trzy i pół godziny, ale czasami formalności zabierają sporo czasu”

„Co za formalności? Sprawdzają dokładnie pasażerów?”

„Nie. Nie. Prawie nie sprawdzają. Chodzi o formalności z uzyskaniem zezwolenia na start. Tu cały czas toczą się walki. To jest Górski Karabach. Lotnisko leży niemal w środku tego państewka. Walki czasami się nasilają a czasami zamierają na kilka tygodni”

Byliśmy głodni. Panie ściągnęły habity i na razie umyły tylko ręce. Zrobiłem to samo.

Po śniadaniu dziewczyny kłóciły się o to która pierwsza ma się kąpać. Matka przykazała im, że mają na to tylko po pół godziny. Po dwóch godzinach były gotowe.

Halima była następna. Zajęło jej to tylko czterdzieści minut. Mnie golenie i wzięcie prysznicu zabrało dwadzieścia minut.

Potem Panie zabrały się za sprawdzanie garderoby. Wierzchnie ubrania, które śmierdziały rybami chciały wyrzucić. Iwan przekonał je, aby mu je dały. Wypierze się i będą dla potrzebujących.

W szafie miały do dyspozycji ubrania, które nie były może zbyt odpowiednie dla zakonnic, ale pod habitami mało widoczne. Większość tych ubrań to spodnie i bluzy do wypraw wysokogórskich. Było tam również kilka par ciężkich butów odpowiednich na długie wędrówki po górach.

Wytłumaczyłem im, że zakonnice w długich podróżach ubierają się jak turyści. Nie jestem pewien czy mi uwierzyły, ale w końcu dobrały sobie pasujące ubrania i buty.

Gorzej było ze mną. Moje ubrania nie było czuć rybą, ale było nie świeże i pomięte. Iwan nie miał w domu żelazka więc prasowanie odpadło. Pocieszył mnie, że będę mógł sobie coś kupić na lotnisku.

Mimo że do wieczoru było sporo czasu, postanowiliśmy się zdrzemnąć. Podróż z Tabriz przez góry a potem przeprawa przez granicę wyczerpała nas, może nie tyle fizycznie, co psychicznie. Mimo że do celu było jeszcze daleko, to jednak czuliśmy się już bezpieczni.

Położyłem się do łóżka. Dopiero wtedy odprężyłem się. Poczułem, że zaraz usnę. Sięgnąłem ręką do stolika. Leżał tam mój telefon. Zadzwoniłem do Klary. Odebrała po pierwszym sygnale

„To ja, Adam. Witaj kochanie”

„Cieszę się, że cię słyszę. Co u ciebie?”

„Jutro wieczorem będę w Warszawie”

„Sam?”

„Nie”

„Do zobaczenia, kochany” – zakończyła rozmowę.

Odłożyłem telefon i niemal natychmiast zasnąłem.

Ktoś potrząsał moim ramieniem. Odwróciłem głowę. Nade mną pochylał się Iwan

„Wstawaj! Ósma wieczorem już jest. Przyszykowałem wam jedzenie… One już nie śpią”

Niechętnie podniosłem się z łóżka. W łazience obmyłem twarz zimną wodą. Jako tako oprzytomniałem. Halima i córki właśnie siadały do stołu. Iwan po chwili wniósł misę z gotowanym ryżem i warzywami. Zaraz potem przyniósł półmisek z wędzoną rybą.

„Nie mogę patrzyć na ryby” – z obrzydzeniem stwierdziła Anna

„Jedz. Nie marudź. Wygląda smacznie” – upomniała ją Halima.

Faktycznie, smakowało wybornie. Na stole stał również spory szklany dzban z białym winem. Z początku Halima nie chciała, aby córki piły wino, ale Iwan zapewnił ją, że jest bardzo słabe, więc zezwoliła im napić się.

„Musicie jutro wstać o szóstej. Mówiłem już, że samolot macie o dwunastej. Jedyny autobus przed południem odjeżdża stąd o wpół do ósmej. Wysiądziecie przy samym terminalu. Spakujcie się dzisiaj”

„Nie muszę się pakować… To co mam, mieści się w kieszeniach” – odparłem

„Niedobrze… Turysta wracający z dalekich stron bez bagażu… Zatrzymają cię zaraz na lotnisku. Coś ci dam”

Powiedział i wyszedł z pokoju. Wrócił po dziesięciu minutach ze sporym, dobrze podniszczonym plecakiem. Wyjął z niego niewielką torbę do powieszenia na ramieniu. Typowa torba-futerał na sprzęt fotograficzny.

„Turysta musi mieć aparat fotograficzny… Torba jest pusta. Gdyby cię pytali, gdzie jest aparat, to powiesz, że cię okradli po drodze. Zaręczam, że dadzą ci spokój”

„Nie mam co włożyć do tak dużego plecaka”

„Poproś panie, aby ci przełożyły trochę ze swoich plecaków… Popatrz… Ich plecaki pękają w szwach”

„Ale to są damskie ubrania…Gdyby sprawdzali mi bagaż na granicy, będzie to podejrzanie wyglądało”

„Bez obaw. Nie takich zboczeńców tu widzieli… Ha! Ha! Ha!”

„Chętnie przepakujemy trochę rzeczy do twojego plecaka. Mam nadzieję, że oddasz je w Warszawie” – powiedziała Halima

„Oddam na pewno. Nie wydaje mi się abym miał z nich jakiś użytek…”

„Czy trzy zakonnice, nie wzbudzą tu podejrzeń w autobusie lub na lotnisku?” – zwróciła się z pytaniem do Iwana Halima.

„Na pewno nie. Górski Karabach to chrześcijański kraj. Apostolski Kościół Ormiański ma tu dużo wyznawców. Pełno tu kościołów i monastyrów. Z całego świata zjeżdżają się tu pielgrzymi, księża i zakonnicy. Na pewno ich spotkacie”

„No dobrze. W takim razie pakujemy się i kładziemy się wcześnie spać. Ustawmy nasze telefony na budzenie na godzinę szóstą” – powiedziałem

„Nie mamy telefonów. Ten ksiądz w Isfahan kazał nam je zostawić” – odparła Halima

„Bardzo słusznie postąpił” – zauważył Iwan – „Ojciec Cyryl wyśle je z jakimś zakonnikiem w kierunku Pakistanu. Kilka razy połączy się z nim na krótko. Wystarczająco, aby namierzyć telefony… Nie martwcie się o budzenie. Ja to zrobię”

„No to, do jutra”

„Chwileczkę” – zwrócił się do mnie – „Oddaj paszport tego księdza z Polski. Czeka na niego w Isfahen”

Oddałem mu paszport księdza Jakuba Parachowicza. Pożegnałem się ze wszystkimi i pośpieszyłem do łazienki, pamiętając, że później może być długo zajęta.

Rano spotkaliśmy się wszyscy przy śniadaniu. Nikt nie miał apetytu. Halima i dziewczynki były wyraźnie spięte. Iwan zapewniał je, że nic im już nie grozi. Halima obawiała się Moskwy. Uprzytomniłem jej, że w Moskwie nie opuścimy lotniska. Na samolot do Warszawy będziemy czekać w hali dla pasażerów tranzytowych. Zbliżał się czas wyjścia do autobusu.

„Przystanek jest trzysta metrów stąd, po lewej stronie. Na autobusie jest napis Stepanakert i wyraźny symbol startującego samolotu. Na przystanku może być kilka osób. Nie zwracajcie na nich uwagi. Skupcie się na modlitwie… He! He! He!… Ty wyjdziesz kilka minut po nich” – zwrócił się do mnie – „Nie znacie się”

„Jak mamy się modlić?” – zapytała młodsza siostra

„Wystarczy opuścić wzrok i poruszać ustami. Ręce złożone… O tak” – pokazałem im

„No to wychodźcie” – nakazał Iwan

„Chwileczkę! – zatrzymałem je – „Macie pieniądze?”

Okazało się, że mają sporo dolarów i euro. Dałem im połowę dramów armeńskich, aby mogły kupić bilety w autobusie.

Podróż na lotnisko minęła bez problemowo. Kontrola na lotnisku, raczej symboliczna. Przy odprawie paszportowej kontrolant zapytał mnie, dlaczego nie mam wstemplowanego przekroczenia granicy irańskiej z Górskim Karabachem. Odpowiedziałem, że przyleciałem dwa dni temu samolotem z Teheranu, a dlaczego nie mam stempla?… Odpowiedziałem, że nie wiem.

Wzruszył ramionami i mnie przepuścił. Na szczęście nie wpadł na to, aby mnie zapytać po co przyleciałem taki kawał drogi z Paryża do Teheranu, aby teraz, po kilku dniach lecieć z powrotem.

   Samolot Ararat International Airlines wystartował punktualnie. Żadnych niespodzianek po drodze nie było. po trzech i pół godzinie wylądowaliśmy w Moskwie.

Po wyjściu z samolotu, autobus odwiózł nas do terminalu Nieliczni pasażerowie skierowali się do wejścia z napisem Transit. Zauważyłem, że trzy zakonnice usadowiły się w kącie hali i zażarcie się modliły. Usiadłem kilka rzędów za nimi tak aby mieć je na oku. Nasze bagaże potraktowano jako podręczne więc nie musieliśmy czekać przy taśmie.

Spojrzałem na wiszący w hali zegar wskazywał godzinę czternastą dziesięć. Mój pokazywał piętnastą czterdzieści. Przestawiłam go na czas moskiewski. Po jakimś czasie udałem się do toalety. Przechodząc obok Halimy wskazałem jej w możliwie dyskretny sposób zegarek. Zorientowała się o co chodzi i też przestawiła swój. Potem modliła się dalej.

Po trzech godzinach wezwano pasażerów lecących do Warszawy do wyjścia nr dwa. Kontrolanci przy wyjściu sprawdzili tylko bilety. Skierowano nas do autobusu. Było nas w autobusie kilkanaście osób. Samolot Aerofłotu był pusty.

Po wejściu do środka zapytałem stewardessy czy tylko my lecimy do Warszawy? Odpowiedziała, że pasażerowie tranzytowi zawsze wchodzą pierwsi.

Halima i córki siedziały razem. Ja obok, po drugiej stronie, na miejscu tuż przy przejściu. Po dwudziestu minutach podjechały dwa autobusy i po chwili wszystkie miejsca były zajęte.

Zauważyłem, że zdecydowana większość pasażerów to Polacy. Niektórzy, przechodząc obok zakonnic kłaniali im się z szacunkiem. Po obowiązkowych ceremoniach z pokazywaniem wyjść awaryjnych, maseczek tlenowych i tym podobnych samolot wystartował. Spojrzałem na Halimę. Przestała się modlić. Wyglądała na odprężoną. Dziewczynki, po raz pierwszy od momentu jak je spotkałem były uśmiechnięte. Dotarło do mnie, że chyba wszystko się udało. Poczułem się zmęczony. Usnąłem.

Obudził mnie gong i głos kapitana samolotu w głośnikach. Poinformował nas, że za kilka minut lądujemy w Warszawie. Dodał, że temperatura tam jest minus trzy stopnie, lekkie zachmurzenie i opady śniegu z deszczem. Przypomniał o cofnięciu zegarków o jedną godzinę. Lądujemy o dziewiętnastej czasu środkowo europejskiego.

W czasie oczekiwania na wyjście z samolotu powiedziałem Halimie, że już nie musimy się ukrywać z naszą znajomością. Wychodziliśmy tak zwanym rękawem, bezpośrednio do terminalu. Skierowaliśmy się do wyjścia dla obywateli krajów strefy Schengen. Poleciłem Halimie i dziewczynkom, aby miały w ręku otwarty paszport. Wystarczy pokazać go kontrolantom. Nie powinni sprawdzać dokładniej. Przeszliśmy bez problemu. Znaleźliśmy się w hali przylotów.

„I co teraz?” – zapytała Halima

„Nie wiem” – odpowiedziałem szczerze Pomyślałem, że chyba najlepiej będzie pójść do taksówek i pojechać do hotelu. Właśnie miałem to powiedzieć Halimie, gdy nagle usłyszałem znajomy głos

„Adam!…Tutaj!”

Klara stała kilka metrów dalej razem z Oliverem Benderem. Podeszli do nas. Przywitaliśmy się. Zabrali nas na parking. Mieli duży samochód typu minivan. Wszyscy się zmieścili. Bender zasiadł za kierownicą.

„Najpierw pojedziemy do pewnego mieszkania. Przebierzecie się i pójdziemy coś zjeść”

„Kiedy spotkam się z mężem?” – zapytała Halima

„Niebawem” – odparł Bender

Z Okęcia jechaliśmy w kierunku centrum. Po dwudziestej wjechaliśmy w podwórko kamienicy przy Senatorskiej, niedaleko Placu Zamkowego. Bender wystukał kod przy drzwiach do klatki schodowej. Wewnątrz weszliśmy do windy. Bender wcisnął przycisk z numerem dwa, Klara wcisnęła ten z numerem trzy.

Gdy winda zatrzymała się na drugim piętrze Klara powiedziała

„Dzisiaj się już nie spotkamy, ale jutro zapraszam wszystkich… podkreślam, wszystkich do restauracji Stolica. Wiesz, gdzie to jest?” – zwróciła się do Bendera – „Spotykamy się tam o siedemnastej”

Bender, Halima i dziewczynki wysiadły z windy. Chciałem też wysiąść.

„Ty jedziesz ze mną…”

Piętro wyżej było mieszkanie Klary. Zaraz po wejściu Klara rzuciła mi się na szyję. Całowaliśmy się dłuższą chwilę.

„Nie wiedziałem, że masz tu mieszkanie”

„To mieszkanie hotelowe. Hotel wynajmuje takie mieszkania turystom. To niżej wynajął Bednar dla Masuda…”

„To on tu jest? Chciałbym go spotkać”

„Nie dzisiaj. Nie będziemy im przeszkadzać. Jutro spotkasz go w restauracji. Pojutrze, w środę, ósmego lecą do Nowego Jorku, a my w czwartek do domu… Zdejmij te brudy z siebie i weź prysznic. Przyszykuję coś do jedzenia”

„Nie mam w co się przebrać…”

„Masz… W drugim pokoju jest garderoba. Masz tam wszystko co potrzeba. Twój rozmiar”

Po wyjściu z łazienki, owinięty ręcznikiem wszedłem do drugiego pokoju, aby przejść do garderoby. Włączyłem światło… na łóżku leżała Klara. Z wrażenia opadł mi ręcznik na podłogę.

Kolację zjedliśmy bardzo późno. Rozmawialiśmy do drugiej w nocy. Opowiedziałem jej o przebiegu mojej misji. Potem dowiedziałem się co działo się w czasie mojej nieobecności w Warszawie.

Klara przyleciała z Masudem ze Sztokholmu w sobotę, 4go grudnia. Masud przyleciał do Sztokholmu kilka godzin po naszym wylocie do Warszawy. Ma nową tożsamość. Dopiero po dwóch dniach, 1go grudnia, mógł się spotkać z matką.

Przebywał z nią do czwartego, kiedy to Klara zabrała go do Warszawy. Przez ten czas Masud powstrzymywał matkę, aby nie telefonowała do męża i nie powiedziała mu, że on się odnalazł.

Nie udało się zachować tego w tajemnicy. Hoseini zadzwonił do żony, aby jej powiedzieć co się dzieje z Fazilą. Basima od razu opowiedziała mu o Masudzie. Stary był w rozterce. Z jednej strony chciał natychmiast wracać do Sztokholmu z drugiej, czekał na córkę.

W końcu do telefonu doszedł Masud i przekonał ojca, aby czekał na niego w Warszawie. Ma nic nie robić, aby nie zaszkodzić Halimie i córkom w wyjeździe z Iranu.

„Co z Fazilą?” – zapytałem

„Adwokat, którego wynajął Hoseini, sprawił, że wyszła już następnego dnia…”

„Ile kaucji musiał wpłacić za nią ojciec?”

„Ani grosza. Myślę jednak, że będzie to go kosztowało dużo drożej. Już następnego dnia, bez pożegnania się z ojcem wyleciała z tym adwokatem do Sztokholmu”

„Stackars jävel – Biedny drań” – powiedziałem mając na myśli byłego teścia

„Masz rację. Szkoda go”

Następnego dnia po śniadaniu, które zjedliśmy około dwunastej wyszliśmy na miasto. Klara nigdy nie była w Warszawie. Pokazałem jej Stare miasto i trochę centrum. Zaskoczyła mnie tym, że bardzo jej się podobał Pałac Kultury i Nauki

„Szkoda, że nie mamy takiego w Sztokholmie…”

„Jezus! Maria!…” – tylko tak zdołałem to skomentować.

  Do restauracji przyszliśmy tuż przed piątą. Kelner skierował nas do naszego stołu. Wszyscy już byli. Brakowało tylko Bendera. Przyszedł po kilku minutach.

Było nas razem osiem osób. Ja, Klara, Bender, Hoseini, Masud z żoną i ich córki. Panie ubrane były z europejską elegancją. Tylko ich kruczo czarne włosy i nieco ciemniejsza karnacja twarzy troszkę różniła je od warszawianek.

Masud siedział obok ojca. Hoseini wiedział już, że Masud z rodziną lecą do Stanów. Masud tłumaczył mu, że tam będzie miał nieograniczone możliwości i środki, aby rozwijać swój wynalazek. Ojciec przekonywał go, że w kraju też nie brakuje na to pieniędzy, więc nie do końca rozumie, dlaczego zdecydował się na ucieczkę.

„Tak. Dostałem olbrzymie pieniądze i możliwości na dalsze badania. Warunkiem było szybkie dostosowanie silnika do przenoszenia ładunków jądrowych…”

„Przecież, do diabła!” – zdenerwował się Hoseini – „W Stanach też użyją twój wynalazek do przenoszenia broni atomowej!”

„Z pewnością, masz rację, ojcze, ale jakoś mnie to nie przeraża, tak jak mnie przeraziły plany tworzone w naszym kraju”

Przerwałem im tą dyskusję. Zwróciłem się do Hoseiniego

„Lecisz z nimi do Stanów?”

„Nie! Zostaję tu jeszcze kilka dni. Fazila dzwoniła i powiedziała, że przylatuje po jutrze z matką i Karolem do Warszawy”

„Kto to jest Karol?” – zapytałem

„To ten cholerny adwokat, którego szatan mi podstawił, aby wydobyć Fazilę z aresztu. Mamy jechać gdzieś na południe Polski, aby poznać jego rodziców”

„Pogratuluj ode mnie Fazili…”

„Nie denerwuj mnie!”

Pod koniec kolacji Bender zauważył

„Ja i państwo Hartwig wylatujemy wcześnie rano do Nowego Jorku. Jest już późno…”

„Państwo Hartwig?” – zapytałem

„Tak. Jesteśmy obywatelami USA. Wracamy do domu” – odpowiedział Masud

„Rozumiem. Zadzwoń do mnie, jak znajdziesz trochę czasu”

Pożegnaliśmy się ze wszystkimi. Zostałem jeszcze z Klarą, aby uregulować rachunek. Nie wiem, ile zapłaciła, ale powiedziała, że u nas byłoby taniej.

Mieliśmy jeszcze jeden, cały dzień dla siebie przed wylotem do Sztokholmu. Po śniadaniu wyszliśmy na miasto. Aż do wieczora kręciliśmy się po Warszawie. Około piątej zadzwoniłem do Zgromadzenia Zakonnego Sióstr Miłosierdzia św. Wincentego a Paulo.

Telefon odebrała ta sama Matka Przełożona z którą nie tak dawno rozmawiałem. Powiedziałem, że chcę się z nią i siostrą Mariam pożegnać. Umówiliśmy się, że wpadnę tam za godzinę.

Pojechałem tam z Klarą taksówką. Obydwie zakonnice już na nas czekały w pokoju przyjęć. Po przywitaniu i kilku grzecznościowych zdaniach poprosiłem o numer konta bankowego Zgromadzenia

„Po co ci ono synu?” – zapytała Matka Przełożona

„Chcę przelać pewną sumę pieniędzy na… Powiedzmy, reperację dachu”

„Nasz dach jest w dobrym stanie…”

„Nie szkodzi. Może się te pieniądze przydadzą w na co innego”

Wyszła do swojego biura. Jeszcze raz podziękowałem Miriam za pomoc. Zapytałem czy nie miała kłopotów z powrotem do Polski. Nie miała. Wszystko poszło tak jak trzeba.

Matka Przełożona wróciła z kartką, na której był numer konta i nazwa banku. Wyjąłem mój nowy telefon, który przywiozła mi Klara. Za pomocą Internetu połączyłem się z moim bankiem i zadysponowałem przelanie dwudziestu tysięcy dolarów na Konto zakonu.

Potem pożegnaliśmy się i zostawiliśmy obie zakonnice bardzo zaskoczone.

Do Modlina wyjechaliśmy taksówką zaraz po śniadaniu. Rachunek za mieszkanie był już uregulowany. Klucze zostawiliśmy w skrzynce na listy na parterze kamienicy.

W czasie lotu Klara powiedziała, że ma dla mnie trzy wiadomości. Jedną złą, drugą dobrą a trzecią sam powinienem ocenić jaka jest. Powiedziałem, żeby zaczęła od złej

„Twój Mercedes ma rozbity prawy błotnik…”

„Kurwa mać!” – powiedziałem po polsku

„Co powiedziałeś?”

„Powiedziałem po polsku, że to nic takiego… Dawaj tą dobrą wiadomość!”

„Twój syn przyleciał z Kanady, aby ci przedstawić narzeczoną… to jemu wydarzył się ten wypadek z Mercedesem”

„Jezus!… Jaka dobra widomość… A ta trzecia?”

„Widzimy się po raz ostatni. W Sztokholmie się rozstaniemy”

KONIEC

Leave a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *