OPOWIADANIE OPTYMISTYCZNE

  Mieszkałem z rodzicami w Łodzi na Bałutach. Mieliśmy duży pokój z kuchnią w starej dwupiętrowej kamienicy w bocznej uliczce odchodzącej od Drewnowskiej. Wchodziło się do nas z bramy na drugie piętro. Wyżej był tylko strych, gdzie lokatorzy suszyli wyprane rzeczy. Strych miał małe okienka, zawsze otwarte, wychodzące zarówno na ulicę jak i na podwórko. W okienkach tych zawsze siadały gołębie naszych sąsiadów. Tylko my i jeszcze cztery rodziny nie hodowaliśmy gołębi.

  W podwórku po prawej stronie w małej oficynie była piekarnia Majewskiego. W piekarni pracował jako pomocnik ojciec Zasmarkanej Zośki. Pomagał Majewskiemu przy robieniu ciasta a potem dwa razy dziennie swoim konnym furgonem rozwoził pieczywo do okolicznych sklepików. Zaraz za piekarnią zaczynał się rząd komórek. Komórka tuż za piekarnią była większa od pozostałych i służyła jako stajnia dla konia. Koń miał zimą ciepło, bo tuż za ścianą był piec piekarni. Po lewej stronie też były komórki. Opierały się one tyłem o tył oficyny stojącej na sąsiednim podwórku. W końcu tych komórek stały drewniane ubikacje. Było ich pięć obok siebie, cztery dla lokatorów zamykane na klucz a ta piąta otwarta, dostępna dla każdego. My dzieci korzystaliśmy z niej, gdy bawiliśmy się na podwórku.

  Na dachach komórek stały siatkowe kosze pod którymi były wyjścia z klatek dla gołębi. To były komórki naszych gołębiarzy. Kosze miały otwierane do góry boki które gołębiarze otwierali z wnętrza komórek. Gdy gołębie wychodziły na dach, gołębiarze poganiali je do lotu długimi kijami z uwiązaną na końcu szmatą. Po zrobieniu kilku okrążeń gołębie siadały na dachu kamienicy lub w oknach strychu.

  Oprócz gołębi niektórzy hodowali w komórkach kury i kaczki. Chodziły one po podwórku i często wychodziły przez dziurawy drewniany płot do parku. Płot stał między komórkami i zamykał podwórko. Za nim był park. Park, to za dużo powiedziane. Parkiem nazywaliśmy niezabudowane nieużytki porośnięte dziką, nigdy niekoszoną trawą, jakimiś samosiejkami i krzakami. Latem lubiliśmy się tam bawić i zbierać butelki po wódce, które zostawiali liczni miejscowi pijacy, lubiący również to miejsce.

  Na naszym podwórku było kilkoro dzieci w moim wieku to jest od 4go do 7go roku życia. Były też starsze, ale one nie bawiły się z maluchami. Jeszcze młodsze dzieci wychodziły tylko w towarzystwie babć. Mamy najczęściej pracowały.

  Ja miałem pięć lat i bawiłem się z czterema chłopcami w tym samym mnie więcej wieku co ja. W naszej „paczce” były też dwie dziewczynki, obydwie miały na imię Zosia. Jedna z nich też miała pięć lat tak jak ja i była strasznie chuda. To była Zasmarkana Zośka. Tak ją nazywaliśmy, ponieważ miała tak zwaną zajęczą wargę. Rozcięcie sięgało aż pod lewą dziurkę od nosa, wyglądała jak by była ciągle zasmarkana. A gdy miała katar, który jej się często trafiał, to wtedy była naprawdę strasznie zasmarkana. Druga Zośka była normalna, to znaczy nic szczególnego jej nie wyróżniało. Była o rok starsza ode mnie i od Zasmarkanej Zośki. Z Zasmarkaną Zośką nikt nie chciał się bawić, tylko ja czasem zgadzałem się, aby towarzyszyć jej na koźle furgonu jej ojca przy popołudniowym rozwożeniu chleba. Wtedy ze sobą rozmawialiśmy.

  Chłopcy byli zwyczajni, tacy sami jak ja, no ja byłem może trochę grubszy, ponieważ urodziłem się później niż trzeba i byłem duży. Tak mówiła mama.

  Nie pamiętam wcześniejszych lat mojego życia, ale mniej więcej wtedy, gdy miałem pięć lat poczułem się pokrzywdzony przez los. Powodem nieszczęścia, jakie odczuwałem był fakt, że urodziłem się w grudniu, a dokładnie 24go grudnia. Do tego na imię mam Adam. Rozumiecie teraz co to za nieszczęście dla dziecka jednego dnia dostawać prezent na urodziny, imieniny i na gwiazdkę. Nie dostawałem nigdy trzech prezentów ani od rodziców, ani od dziadków i ani od ciotki. Zawsze tylko jeden, ale za to wszyscy podkreślali, że porządny.

  Gdy w wieku siedmiu lat poszedłem szkoły, dotarło do mnie, że inne dzieci obchodzą urodziny i imieniny w innym czasie niż Wigilia Bożego Narodzenia. Zacząłem bardzo narzekać i użalać się nad tym jak mnie los potraktował. Tatuś twierdził, że, no cóż… mamusia bardzo się starała urodzić mnie wcześniej, ale jej to nie wyszło.

  Od tego czasu miałem pretensję do mamy, że mnie urodziła 24go grudnia. Matka wyjaśniła mi, że to nie jej wina tylko widocznie Bóg tak chciał. Swoje pretensje przeniosłem na Boga. Przestałem go kochać, chociaż rodzice i babcia surowo mi nakazywali kochać Bozię. Ja jednak wiedziałem swoje.

  Jeśli chodzi o imię Adam to ojciec wyjaśnił mi, że to taka tradycja w rodzinie, aby nadawać dzieciom imiona rodzinnych bohaterów.

  Takim ostatnim bohaterem był jego ojciec a mój dziadek, który zginął śmiercią bohaterską w Powstaniu Warszawskim w 44. Ojciec był warszawiakiem i razem ze swoim ojcem brał udział w Powstaniu. Był światkiem bohaterskiej śmierci mojego dziadka Adama. Dziadek miał rzucić granat w stronę gniazda niemieckiego karabinu maszynowego, ale za długo się zastanawiał w które gniazdo rzucić. Granat wybuchł mu w ręku. Z dziadka nic nie pozostało, tylko imię, które ja odziedziczyłem i z którego powinienem być dumny, tak jak on, ojciec, jest dumny ze swojego imienia, które odziedziczył po swoim dziadku Karolu, który zginął jako bohater w 20 roku broniąc Warszawy przed bolszewikami.

  Jakoś mi tę dumę z imienia odziedziczonego po bohaterskim dziadku przyćmiewał fakt braku prezentów z okazji imienin.

  Jednak mój upór w marudzeniu co do tej nieszczęśliwej kulminacji okazji do prezentów opłacił się. Gdy kończyłem drugą klasę rodzice zaproponowali moje drugie imię, na obchody imienin. Otrzymałem je po drugim dziadku który bohaterem nie był, ale za to nie obchodził imienin 24 grudnia. Na drugie miałem Andrzej, tak jak dziadek, nie bohater.

  Co do urodzin to ojciec wyliczył sobie i zadecydował, chociaż mamie się to z jakiegoś powodu nie podobało, że będę je obchodził 8go marca.

  Tato zaczął opowiadać, że 8go marca w 48 pracował w pewnej fabryce i że tam jako młody ZMPowiec zorganizował w świetlicy uroczystość z okazji Międzynarodowego Dnia Kobiet. Po uroczystości, gdy już wszyscy rozeszli się do domów, pozostał, aby posprzątać świetlicę. Razem z nim została młoda działaczka ZMP i mu pomagała. To była moja mama. Sprzątali bardzo dokładnie, więc zajęło im to czas do piątej nad ranem.

  Tatuś zrobił przerwę w opowiadaniu i zamyślił się. Miał bardzo rozmarzoną minę. Po chwili, już trochę smutniejszy dodał, że potem musieli się spieszyć ze ślubem. Ślub wzięli w czerwcu tego samego roku.

„Co ty za pierdoły opowiadasz dziecku, idioto” – mamusia zwróciła się do ojca tak, jak często go nazywała, ale on się o to nie gniewał.

„Ślub wzięliśmy w czerwcu, bo to najszczęśliwszy miesiąc dla nowożeńców, a nie z jakiegoś innego powodu, Adasiu” – wyjaśniła mama, ale powód ich ślubu mnie nie interesował. Najważniejsze, że urodziny nie będę obchodził 24go grudnia.

  Tego wieczoru, gdy położyłem się do łóżka, długo nie mogłem usnąć. Myślałem o tych wszystkich bohaterach co zostawiali po sobie imiona. Ciekawe czy ja też umrę jak bohater? No i kiedy?

  Mama z ojcem jak zwykle długo pozostawali w kuchni i próbowali słuchać radia, które wieczorem strasznie gwizdało i charczało. Od czasu do czasu słyszałem ojca

„Cholera, znowu mocniej zagłuszają!” – i uciszającą go matkę

„Ciiiszej, bo ktoś usłyszy” – po jakimś czasie przychodzili do pokoju, Spaliśmy tam razem, oni w małżeńskim łóżku z wysokimi tyłami, ja pod oknem w swoim, tak że się nawzajem nie widzieliśmy. Chwilę się wiercili, a potem, tak jak to często bywało, usłyszałem mamy szept

„Nie teraz Karol, nie teraz, on pewno jeszcze nie śpi”

„No to kiedy, do cholery?”

„Później…” – zwykle zaraz usypiałem.

  Tej nocy też tak było.

  Następnego dnia było zakończenie roku szkolnego. Wyszedłem z domu trochę później, wszyscy chłopcy już poszli. Przed bramą spotkałem Zasmarkaną Zośkę. Już nie była zasmarkana. Ostatnie dwa tygodnie nie było jej w szkolę. Zmieniła się bardzo na buzi. Nie miała już zajęczej wargi. Pod nosem miała tylko niedużą jasnoczerwoną pręgę, takie jakby zgrubienie.

„Cześć Zośka, co Ci się stało w buzię?” – musiałem mieć głupią minę, bo się zaśmiała „Podobam ci się teraz?”

„Noo…to jest wyglądasz teraz inaczej” – zły byłem na siebie za to wypowiedziane z uznaniem „Noo”. Nie wypadało mówić dziewczynom, że się podobają. Zośka to jednak zauważyła i wyglądała na zachwyconą.

„Choć musimy się pospieszyć, bo się spóźnimy. Po drodze ci opowiem co się stało.” – ruszyliśmy w stronę Drewnowskiej.

  Do szkoły mieliśmy niedaleko, nasza szkoła znajdowała się w końcu ulicy po lewej stronie. Był to duży przedwojenny budynek dwupiętrowy z bardzo wysokim parterem. Były tam właściwie trzy szkoły. Dwie podstawowe, nr 8 na drugim piętrze, nr 25 na pierwszym i liceum ogólnokształcące nr XV na parterze. My chodziliśmy do ósemki.

  Po drodze Zośka cały czas mówiła.

„Wiesz, w szkole nasz lekarz szkolny pan Laurman zajął się mną. Namówił rodziców, aby pojechali ze mną do Warszawy, do jego kolegi, który jest specjalistą od operacji twarzy. Po badaniach tamten lekarz powiedział, że to się da naprawić. Doktor Laurman dał skierowanie do niego podpisane przez dyrektora szkoły. Dwa tygodnie temu zrobili mi ten zabieg w Warszawie” – Zośka była bardzo odmieniona, taka jakby pewniejsza siebie. Wcześniej trzymała się trochę na uboczu, nikt nie chciał się z nią bawić, nazywano ją właśnie Zasmarkaną Zośką. Była obiektem żartów i psot.

  Jednym z naszych ulubionych żartów wobec niej i tej drugiej Zośki też, było wrzucanie karaluchów za kołnierz bluzki. Ta druga Zośka była bardzo silna i nieraz dotkliwie pobiła chłopaków za takie kawały. Dlatego wszyscy woleli robić je Zasmarkanej Zośce, która była bardzo chuda i raczej nie miała dużo siły.

  Jednak i ona potrafiła się bronić. Jej ulubionym sposobem obrony było drapanie. Ja też miałem raz gębę podrapaną dotkliwie do krwi, gdy próbowałem opróżnić za kołnierzem jej bluzki słoik od ogórków wypełniony karaluchami.

  Zbieraliśmy je koło piekarni. Pełno ich tam było. Często znajdywało się je w domu. Zośka cały czas mówiła, byliśmy już na dziedzińcu szkolnym. Było tam pełno dzieci i dorosłych, uroczystości jeszcze się nie rozpoczęły.

  Zośka pociągnęła mnie w stronę szkolnego warzywniaka, tam prawie nikogo nie było. „Wiesz, dawniej to nikt nie chciał mnie pocałować, tylko mama i tata, ale to nie to. Słyszałam, jak doktor mówił do mamy, że teraz będę mogła się całować. Że na początku będzie czuć pod wargą zgrubienie i że może trochę boleć, ale że to minie z czasem” – Zosia chciała jeszcze coś powiedzieć

„Wiesz, chciałabym…” – musieliśmy przerwać, rozległ się dzwonek i wszyscy ruszyliśmy do wejścia.

„Co chciałabyś, Zosiu?” – znowu byłem zły na siebie, że mi się wyrwało to „Zosiu” zamiast „Zośka” jak zawsze. Zauważyła to oczywiście, uśmiechnęła się i dodała

„Potem ci powiem, jak wyjdziemy ze szkoły. Wiesz, spotkajmy się tu przy wejściu” – uśmiechnęła się jeszcze raz i pobiegła w stronę schodów. Po uroczystościach wyszliśmy ze szkoły, każdy ze świadectwem z ocenami. Musiałem czekać na Zosię dosyć długo, już miałem iść sam do domu, kiedy zauważyłem, jak schodzi po schodach. Wyszliśmy jako jedni z ostatnich. Skierowałem się w prawo w Drewnowską, Zosia zatrzymała się

„Wiesz, pójdźmy na około, Czarną Drogą” – Poszliśmy, jak chciała.

  Czarna Droga była wyjeżdżoną polną drogą biegnącą przez zarośnięte łąki rozpościerające się przed szkołą. Drogą tą chodziły dzieci mieszkające w oddanych już do użytku nowych blokach osiedla „Żubardź”. Droga wiła się lekkimi zakrętami. Po bokach rosły wysokie trawy i krzewy które skutecznie zasłaniały to co działo się za zakrętami. Zosia zatrzymała się w niewielkim zakolu drogi, otoczonym z trzech stron wysokimi krzakami

„Zatrzymaj się, tu porozmawiamy”

„Dobrze, powiedz mi teraz co chciałaś wcześniej powiedzieć”

„Wiesz, chciałabym,… chciałabym, no wiesz, chciałabym abyś mnie pocałował”

„Jak to, pocałował?!”

„No normalnie! W usta, chcę wiedzieć czy będzie bolało, czy coś poczuję”

„A mama albo tata nie mogą cię pocałować?!”

„Nie! Aleś ty głupi, to nie to samo. Spróbuj, nie ugryzę cię”

„No dobrze, skoro tego chcesz” – spróbowałem ją objąć tak jak to widziałem to w kinie… „Łapy trzymaj przy sobie, bo cię podrapię!!!” – odskoczyła gwałtownie do tyłu

„To jak mam cię pocałować, wariatko?!”

„Na odległość. Tylko usta w usta”

„Dobrze, tylko przybliż się” – Ostrożnie pochyliłem się nad nią trzymając ręce za sobą. Zosia była niższa ode mnie o jakieś pół głowy. Kątem oczu starałem się obserwować, gdzie są jej pazury. Zosia przymrużyła oczy i wystawiła usta do pocałunku. Musnąłem je szybko swoimi

„No?” – zapytałem

„Co, no?”

„No, co czułaś, bolało?”

„Nic nie czułam. Przecież mnie prawie nie dotknąłeś, musisz mocniej docisnąć usta” – powtórzyliśmy to, tym razem przytrzymałem usta na jej ustach nieco dłużej

„Teraz było lepiej?”

„Tak, lepiej, co czułeś?”

„Nic”

„Jak, nic? Nie czułeś zgrubienia?”

„Nie wiem, może trochę”

„No, ale czy czułeś moje usta tak jak inne?”

„Nie wiem, nie całowałem się z nikim. Tylko ciotka całuje mnie w usta na przywitanie, ale jej usta są jakieś tłuste, farbują mnie i śmierdzą jakąś farbą… chyba. Zawsze muszę się po tym wycierać”

„Głupi jesteś. To nie farba tylko szminka. Szminka nie śmierdzi, ja też będę się malowała” – powiedziała to z uśmiechem

„Wiesz, sprawdźmy jeszcze od środka”

„Co od środka?” – zapytałem nieco przerażony

„No usta od środka”

„Jak?!”

„Zwyczajnie, językiem. Sprawdź językiem czy poczujesz zgrubienie na wardze od środka”

„No co ty? Przecież to wstrętne i nie higieniczne”

„Nie bój się, nie otrujesz się” – Zosia otworzyła nieco usta. Pochyliłem się nad nią i przez chwilę zastanawiałem się jak to zrobić. Nagle zauważyłem, że jej ręka zbliża się do mojej głowy. Błyskawicznie pomyślałem, że będę podrapany. Zanim zdążyłem odskoczyć Zosia silnie przycisnęła moją głowę do swoich ust. Mój język, niemal automatycznie znalazł się w jej ustach. Swoim językiem nakierowała go pod wargę. Szybko wyrwałem się.

„Co robisz, wariatko!!!”

„Dobra, dobra… co czułeś?”

„Cebulę czułem…”

„No bo jadłam twarożek z cebulką na śniadanie! Ale czy czułeś zgrubienie pod wargą?”

„Tak, czułem” – odpowiedziałem na odczepne, chociaż nie zdążyłem poczuć cokolwiek innego poza cebulą

„Ale czy jest duże?”

„Duże, duże” – odpowiedziałem pospiesznie, obawiając się, że w przeciwnym razie gdybym nic nie wyczuł, Zosia będzie chciała abym to sprawdzał jeszcze raz. Na szczęście to jej wystarczyło.

  Resztę drogi Zosia milczała, wyglądała na zadowoloną. Ja obawiając się, żeby jej znowu nic głupiego nie przyszło do głowy, cały czas mówiłem. Opowiedziałem jej o swoim problemie z urodzinami i imieninami co do tej pory musiałem obchodzić na gwiazdkę, ale że to już się skończyło. Opowiedziałem też o bohaterskim dziadku i pradziadku i że teraz będę używał moje drugie imię „Andrzej”.

  W ten sposób doszliśmy do domu.

„Wiesz, ja wolę Adam. Lepiej pasuje do ciebie. Co będziesz robił w wakacje?”

„Za tydzień jadę do ciotki do Warszawy. Zostanę tam kilka tygodni, żeby zwiedzać stolicę, a resztę wakacji będę w domu”

„Ja na razie będę w Łodzi, ale w sierpniu wyjeżdżamy z rodzicami na wieś do krewnych mamy pod Suwałki” – jeszcze chwilę mówiliśmy o wakacjach

„Wiesz, jeszcze przed twoim wyjazdem będziemy musieli sprawdzić moją wargę”

„Dobrze Zosiu, ale teraz muszę lecieć do domu. Cześć”

„Cześć”  – Przed moim wyjazdem do Warszawy jeszcze dwa razy sprawdzałem wargę Zosi. Żadnych zmian nie zauważyłem.

  Po wakacjach spotkałem Zosię dopiero po inauguracji roku szkolnego. Zosia nie mogła się doczekać, kiedy znajdziemy się na Czarnej Drodze. Sprawdzian wyszedł bardzo dobrze. Tym razem nie tylko Zosia, ale i ja byłem zadowolony.

  Tego roku mieliśmy przystąpić do Pierwszej Komunii Świętej. Poza zwykłymi lekcjami religii, które właśnie od niedawna prowadziła w szkole katechetka, chodziliśmy na kursy przygotowujące do Komunii. Kursy mieliśmy w kościele. Kościół pod wezwaniem Najświętszej Marii Panny przy Zgierskiej, naprzeciwko Lutomierskiej, był kościołem naszej parafii.

  W dalszym ciągu gniewałem się na Pana Boga za to, że pozwolił, aby mnie mama urodziła w Wieczór Wigilijny, więc za bardzo religijny nie byłem. Rodzice wysyłali mnie na te kursy i byli przekonani, że w nich uczestniczę.

  Zosi ojciec był katolikiem, ale mama była wyznania prawosławnego. Zosia częściej była z matką w cerkwi przy Kilińskiego niż w naszym kościele, tak że jeśli chodzi o wiarę była trochę rozdarta. Sama to tak określiła i do religii nie miała przekonania. Tylko ze względu na ojca chodziła czasami do kościoła, no i na te nieszczęsne kursy.

  Dosyć szybko dogadałem się z nią i zamiast spędzać godzinę na kursie urywaliśmy się do pobliskiego Parku Śledzia. Tam albo spacerowaliśmy bez celu albo siadaliśmy na ławce i rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym.

  To nasze wagarowanie skończyło się tak jak należało się tego spodziewać. Z całej grupy kursantów tylko my dwoje nie zostaliśmy dopuszczeni do Komunii. W domu z tego powodu miałem straszne wymówki. Mama lamentowała, ojciec był zły. W końcu stwierdził

„Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Zaoszczędzi się pieniądze które wydałoby się na przyjęcie.”

„Ale Karolu, co sobie o nas ludzie pomyślą” – biadoliła matka

„Gówno mnie to obchodzi co sobie pomyślą.” – stwierdził z wyczuwalną pogardą w głosie.

  Zegarek radziecki marki Pobieda który mi kupili jako upominek komunijny, dostałem na Andrzejki. U Zosi skończyło się to bardziej bezboleśnie. Matka Zosi stwierdziła, że skoro nie będzie Komunii w kościele, to nic straconego. Zosia pójdzie do Komunii w cerkwi jak będzie dorosła. I tak to się skończyło.

  Czas upływał, od czasu do czasu całowaliśmy się pod pretekstem sprawdzenia zgrubienia pod wargą. Zosia wyładniała, ale wciąż była bardzo chuda. Na podwórku i w szkole „awansowała” z Zasmarkanej Zośki na Chudą Zośkę. Zawsze to brzmiało lepiej.

    Któregoś razu, byliśmy wtedy w piątej klasie, koledzy z podwórka zauważyli, jak sprawdzałem wargę Zosi. Następnego dnia na ścianie w bramie, na murze wzdłuż Drewnowskiej i nawet w szkole w szatni były napisy wykonane kredą „Adam kocha Chudą Zośkę” i temu podobne. Przestaliśmy się zadawać z idiotami. Więcej czasu siedzieliśmy nad książkami, każdy u siebie. Czasami spotykaliśmy się i jechaliśmy tramwajem do śródmieścia pospacerować po Piotrkowskiej.

  Gdzieś tak pod koniec szóstej klasy, wieczorem w Parku Śledzia na ławce coś mnie podkusiło, aby przytulić się do Zosi i moje ręce zawędrowały tam, gdzie nie powinny… Do domu wróciłem z podrapaną dotkliwie gębą. W domu powiedziałem, że podrapałem się o krzaki róży

„Już ja wiem co to za krzaki…” – powiedziała matka złowrogo, ale ojciec zaraz jej przerwał

„Daj mu spokój, nie widzisz, że chłopak ma zmartwienie – a do mnie krzyknął – do książek! Uczyć się!” – Na tym się skończyło.

  Zosia gniewała się na mnie do końca roku szkolnego, przez całe wakacje i aż do października. Dopiero na uroczystej Akademii ku czci kolejnej Rocznicy Rewolucji Październikowej stanęliśmy przypadkowo koło siebie.

„Gniewasz się na mnie jeszcze? – zapytała

„Ja? To ty się gniewasz! Czekasz aż ja pójdę do szkoły i dopiero wtedy wychodzisz. Na podwórku też cię nie ma”

„Nie chcę spotkać tamtych idiotów.”

„Gadanie! Jak byś chciała się ze mną spotkać to byś znalazła sposób”

„Nie gniewaj się, dobrze?”

„Nie gniewam się” – chwilę staliśmy w milczeniu, właśnie zaczęła się Akademia. Po chwili Zosia szepnęła mi do ucha

„Wiesz, pójdźmy razem po szkole do domu, co?”

„Dobrze, ale…” – W tym momencie do auli weszła spóźniona ta druga Zośka. Stanęła niedaleko nas po lewej stronie. Wyglądała bardzo dorosło, patrzała dumnie przed siebie świadoma spojrzeń najbliżej stojących chłopców. Też przez chwilę się jej przyglądałem, gdy nagle przy uchu usłyszałem syczącą szeptem Zosię

„Co się tak przyglądasz jej cyckom!”

„Co? Ja? Ależ skąd! Zosiu, tak tylko spojrzałem” – Zosia nadal syczała mi do ucha

 „Widziałam, jak spojrzałeś. Mnie też piersi urosną, tylko trochę później. Mamusia mówi, że to normalne. Właściwie to już czuję, że mi rosną” – Zosia nadal była płaska jak deska.

„Na pewno ci urosną, nie martw się” – Musiałem w tym pocieszeniu być mało przekonywujący, bo Zosia posmutniała i do końca Akademii nie odzywała się. Starałem się nie spoglądać w stronę tej drugiej Zośki, ale z trudem mi to przychodziło.

  Po Akademii i po kilku lekcjach spotkaliśmy się przy wyjściu i w milczeniu poszliśmy Czarną Drogą. W pewnym momencie Zosia zatrzymała się

„Wiesz, chcę ci coś pokazać”

„Co?” – rozpięła kurtkę i stanęła bokiem do mnie, wyprostowana z podniesioną do góry głową

„No?” – zapytała

„Co, no?”

„No co widzisz?”

„Nic nie widzę, ciebie widzę”

„Ależ ty głupi jesteś! Profil mój zobacz, widać już?”

„Co ma być widać?”

„No piersi! – mówiła zniecierpliwiona – Czy widać już? Czuję, że rosną”

„A tak, chyba widać”

„Ech! Sprawdź lepiej!” – rzekła zdecydowanym tonem

„Ale jak mam sprawdzić?”

„Normalnie, rękoma. Ale przez bluzkę, powiesz, czy coś wyczuwasz”

„O, tak, a ty mnie znowu podrapiesz”

„Nie podrapię cię, jak się nie będziesz wygłupiał. No, sprawdzaj!” – przyłożyłem ręce do jej brzucha, trochę powyżej pępka.

„Wyżej idioto!” – zacząłem sprawdzać wyżej

„No? Co Czujesz?”

„Nic, żebra czuję”

„Tylko żebra?” – Zosia była bliska płaczu. Zorientowałem się, że oczekiwała innej odpowiedzi.

„Właściwie to trochę czuję jak by ci tam zaczęło coś rosnąć”

„Naprawdę? Jak się cieszę” – Zosi się natychmiast poprawił humor. Zapięła kurtkę i ruszyliśmy dalej.

„Wiesz, ja dwa razy w tygodniu szoruję podłogę w całym mieszkaniu. Kolana mam całe obolałe. Tatuś powiedział, że od szorowania podłogi dziewczętom szybciej rosną piersi. Ale mamusia powiedziała żebym go nie słuchała, bo on tylko tak sobie ze mnie żartuje. Ale co tam, co mi szkodzi, mogę szorować, może pomoże.” – i tak słuchając Zosi doszliśmy do bramy. W bramie chciałem z nią chwilę postać i pocałować, ale usłyszałem „Nie teraz Adasiu, nie teraz. Muszę jeszcze wyszorować podłogę.”

  Przez resztę siódmej klasy do moich obowiązków względem Zosi doszło sprawdzanie postępów jakie robią jej piersi, jeśli chodzi o ich rośnięcie. Robiłem to, niestety przez ubranie, postępów specjalnie nie zauważyłem, ale nie śmiałem o tym mówić Zosi.

  Potem były wakacje które znowu spędziliśmy osobno, a po wakacjach Zosia z rodzicami wyprowadziła się do Zgierza. Tam jej ojciec dostał pracę. Piekarnia Majewskiego została zamknięta. Majewski też. Podobno robił jakieś machlojki z kradzioną mąką.

  Zacząłem naukę w Technikum, które znajdywało się w śródmieściu. Zosia poszła do Liceum Ogólnokształcącego w Zgierzu. Czasami przyjeżdżała do babki, która pozostała w ich starym mieszkaniu. Wtedy najczęściej chodziliśmy na spacery albo do kina.    Zauważyłem, że szorowanie podłogi zaczęło przynosić znaczące rezultaty. Zgrubienia pod nosem nie było widać.

  Kiedyś w parku zapytałem czy jeszcze szoruje podłogi dwa razy w tygodniu

„Zgłupiałeś? Dawno tego nie robię. Same urosły. O zobacz.” – Dotknąłem je i nie mogłem rąk oderwać jednocześnie sprawdzając usta. Zosia z trudem się oderwała i z trudem złapała oddech

„Wariacie, uważaj, bo cię podrapię” – powiedziała ze śmiechem.

  Przyszedł czas na studia. W 67 dostałem się na Politechnikę Łódzką, a Zosia na Polonistykę w Warszawie. Dostała miejsce w akademiku. Pisaliśmy trochę do siebie, ale po jakimś czasie przestaliśmy.

  Na studiach poznałem fantastyczną dziewczynę. Z Anką chodziłem przez rok. Kiedy w miłośnym uniesieniu nazwałem ją Zosią, rzuciła mnie. Druga, Jadzia też była fantastyczna, ale też poczuła się urażona, gdy w łóżku nazwałem ją Zosią.

  W 71 na początku lutego mieliśmy na studiach zajęcia wojskowe. Byliśmy wysłani do Dęblina. Nastała era Gierka. W kraju szerzył się optymizm. Ale nie w Łodzi. Z radia i gazet dowiedziałem się, że w Łodzi zaczęły się strajki w fabrykach włókienniczych.

  14go lutego do Łodzi przyjechał premier Jaroszewicz oraz Szydlak i Tejchma z Biura politycznego Partii. Łagodzili strajki, obiecywali włókniarkom podwyżki. 15go lutego w kilku zakładach strajkujący próbowali wyjść na ulicę. Nie mieli dużego poparcia ulicy. Milicja szybko ich rozpędzała.

  W jednej z tych gonitw ulicznych brał udział ojciec. Najpierw rzucali kamieniami w kordon zomowców, a potem przed nimi uciekali. W czasie jednej z takich ucieczek ojciec wpadł pod nadjeżdżający tramwaj. Poległ na miejscu. Tak właśnie powiedzieli jego koledzy, którzy przyszli zawiadomić o tym matkę, Nie że poniósł śmierć na miejscu, czy że zginął w wypadku, tylko że poległ.

  Szybko rozeszło się, że poległ śmiercią bohatera. W Dęblinie dostałem telegram o śmierci ojca i pozwolono mi wyjechać na pogrzeb. Wtedy to dowiedziałem się o śmierci ojca że była bohaterska.

  Już wiedziałem, że mój przyszły syn musi mieć na imię Karol. Gnębiła mnie jeszcze jedna myśl. Miałem 23 lata, ojciec w chwili bohaterskiej śmierci miał niespełna 48 lat, jego ojciec, poległ bohatersko w Powstaniu w wieku 45 lat. Dziadek ojca zginął bohatersko z rąk bolszewików w 20 roku mając też 45 lat. Z tego wyciągnąłem taki wniosek, że właściwie to ja jestem na półmetku mojego życia.

  Po pogrzebie wróciłem do Dęblina, a potem dokończyłem studia. Dyplom dostałem w 72. Od razu zacząłem pracować w Zakładach Igieł Dziewiarskich. W dziale Głównego Technologa sporządzałem karty technologiczne wyginania drutu na igły.

  Jeszcze na studiach zapisałem się do LPŻ, czyli Ligi przyjaciół Żołnierza. Tylko po to, aby otrzymać zniżkę w opłacie kursów na prawo jazdy, które ta Liga organizowała. Prawo jazdy dostałem i krótko po rozpoczęciu pracy kupiłem od kolegi prawie nowy motocykl, enerdowską MZ tkę. Przydała się niebawem.

  Pewnego dnia po pracy, w domu, matka wręczyła mi list, który właśnie do mnie przyszedł. Był od Zosi. Pisała, że znalazła w gazecie nekrolog zawiadamiający o śmierci mojego ojca, że jest jej przykro i tak dalej. Pisała też, że skończyła studia i że pracuje jako nauczycielka polskiego w Grotnikach koło Łodzi. Mieszka tam w wynajętym pokoju u pewnej samotnej starszej nauczycielki. Bardzo by się chciała ze mną zobaczyć. W liście był adres do niej i telefon do szkoły. Był koniec sierpnia 73go. Pomyślałem sobie, że musiała znaleźć bardzo starą gazetę z tym nekrologiem. Od śmierci ojca minęło już półtora roku.

  Następnego dnia była sobota. Zadzwoniłem do niej z biura. Umówiłem się z nią na czwartą w Grotnikach. Motor bardzo się przydał.

  Zosia bardzo wypiękniała, Rzuciła mi się na szyję na powitanie. Potem chodziliśmy trochę po uliczkach. Powiedziałem jej, gdzie pracuję i że w dalszym ciągu mieszkam z matką. Powiedziałem, że jeszcze potrwa zanim dostanę mieszkanie spółdzielcze. Zosia słuchała uważnie. W pewnej chwili przystanęła

„Wiesz, miałam chłopaka, ale go rzuciłam, a ty, masz kogoś?” – W jakiś sposób spodziewałem się tego pytania

„Nie, nie mam. Miałem dwie dziewczyny, ale mnie rzuciły. Przez ciebie.”

„Przeze mnie?”

„Tak przez ciebie. Czasami nazywałem je Zosia, nie znosiły tego”

„A mój chłopak był całkiem w porządku, tylko nie lubił mnie całować. W łóżku nam nie wychodziło, byłam cały czas zestresowana, myślałam, że on cały czas… wiesz, wyczuwa coś na tej mojej wardze. W końcu nie wytrzymałam i z nim zerwałam. Potem dowiedziałam się, że on woli chłopaków.” – No to dowiedzieliśmy się o sobie to co najważniejsze. Od dzieciństwa byliśmy wobec siebie szczerzy. Nigdy przed Zosią niczego nie ukrywałem ani ona przede mną. Tak naprawdę to do tej pory nie miałem co ukrywać. Zosia też mi o wszystkim opowiadała, nie miała przed mną żadnych zahamowań, była zawsze bardzo bezpośrednia w swoich wyznaniach. Taką Zosię zawsze lubiłem. Poszliśmy do miejscowej kawiarni, wypiliśmy kawę, a kiedy wyszliśmy rozpadało się. „Wiesz, poszlibyśmy do mnie, ale moja gospodyni, u której mieszkam, jest bardzo ciekawska i towarzyska. Chciałaby być z nami. Nie porozmawialibyśmy ze sobą. Ale wiesz co, Pójdźmy do szkoły. Mam tam jeszcze dużo do zrobienia przed pierwszym września, Ja będę przygotowywać plan zajęć a ty pomożesz uporządkować klasę, dobrze?” – Pracę w szkole przedłużyły się do ósmej nad ranem.

  Przed pierwszym września zdążyłem jeszcze dwa razy uporządkować Zosi klasę. Potem niespodziewanie przyszło do mnie spóźnione zaproszenie na wyjazd na stypendium o które starałem się jeszcze na studiach. Wziąłem urlop bezpłatny i wyjechałem na dwa miesiące do USA. Zosia była trochę zmartwiona, w szkole było jeszcze dużo do posprzątania.

  Ze Stanów przywiozłem trochę pieniędzy, którymi uzupełniłem wkład na książeczce mieszkaniowej. Pierwszego dnia po powrocie w pracy dostałem telefon od Zosi. W telefonie usłyszałem znany z ameryki cytat

„Hello Houston, we have a problem” – Mimo problemu głos Zosi brzmiał radośnie. Zosia jako humanistka nie była najlepsza z matematyki. Coś jej się pomyliło z jej babskimi wyliczeniami.

  Ślub, tylko cywilny, wzięliśmy w grudniu jeszcze przed narodzinami dziecka. Zosia dostała przeniesienie do szkoły nr 45 na Zuli Pacanowskiej na Bałutach.

  Zamieszkaliśmy z moją mamą. Teraz ja z Zosią spałem w małżeńskim łóżku a mama na moim pod oknem.

  Córka urodziła się nam w maju 74go. Oczywiście dostała imię po dziadku, który bohatersko poległ pod tramwajem. Nazwaliśmy ją Karolina.

  Niespodziewanie krótko potem dostaliśmy mieszkanie M4 na Retkini. Trzypokojowe, bo moja żona była nauczycielką i według nowych przepisów należał jej się jeden pokój więcej, rzekomo do pracy.

  Zosia jest wspaniałą żoną i matką. Jest naprawdę piękną kobietą. Wygląda dziewczęco, nie jest już chuda. Nie drapie mnie po twarzy, ale za to plecy mam często podrapane, ale nie narzekam na to.

  Córka nam się udała. Skończyła germanistykę, ale niestety jeszcze na studiach zakochała się nieszczęśliwie w żonatym wykładowcy, który nie chciał opuścić dla niej żony.

  Mając ukończone dwadzieścia lat postanowiła wstąpić do klasztoru. Zosia załamywała ręce, ale to nie pomogło. Karolcia była uparta jak matka i jak matka konsekwentnie dążyła do wybranego celu. W styczniu 94go została siostrą Karolą w Klasztorze Dominikanek niedaleko Wrześni. Zosia była niepocieszona, a ja próbowałem ją pocieszać, jak umiałem

„Zosiu, niema tego złego co by na dobre nie wyszło. Przynajmniej nie będziemy musieli niańczyć wnuków.” – Niedługo czas pokazał jak bardzo się myliłem.

  W połowie 95go nasza córka wróciła z klasztoru. Była w ciąży. Okazało się, że w ostatni karnawał w Domu Dziecka w pobliżu klasztoru, siostry Dominikanki pomagały pewnemu młodemu księdzu robić dyskotekę dla wychowanków domu. A potem musieli sprzątać. Karolina zobowiązała się zostać z księdzem i pomóc mu w sprzątaniu.

  Ksiądz Mietek zdecydował się opuścić stan kapłański i pobrać się z Karoliną. Ślub cywilny wzięli jeszcze przed narodzeniem dziecka.

  Przeprowadzili się do ogromnej willi rodziców Mietka w Tuszynie koło Łodzi. Pod koniec 95go urodził im się syn. Dostał na imię Adam.

  Karolcia stwierdziła, że nie będzie czekać aż zginę śmiercią bohatera tylko dali mu to imię niejako zaliczkowo.

  Po narodzinach wnuka, nasz zięć Mietek założył w Tuszynie dyskotekę. Miał już w tej dziedzinie pewne doświadczenie. Karolina prowadzi tam bar. Interes idzie im bardzo dobrze. Mały Adaś w soboty z reguły jest u nas.

  Jest w tej chwili rok 2004. Mały Adaś ma 9 lat, ja 56. Właśnie opowiadam mu o tragicznych bohaterach naszej rodziny i tak sobie myślę, że ja to już przegapiłem ten czas, aby zginąć bohatersko. Nie zanosi się, aby taka okazja mi się przydarzyła.

  Może to i dobrze, może mały Adaś będzie wybierał imię dla swojego syna nie kierując się tradycją naszej rodziny. Tradycją, która, mam nadzieję właśnie umiera.

Leave a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *