OBŁĘD (kontynuacja opowiadania ZAPACH)

Właściwie to już zapomnieliśmy z żoną o tym wydarzeniu z przed roku. Gdyby nie ten niespodziewany telefon Zosi to nie pamiętałbym, że właśnie mija rok od tajemniczej ucieczki jej męża ze szpitala.

Zosia zadzwoniła wczoraj i bardzo zdenerwowana powiedziała, że musi się z nami spotkać jak najszybciej. Nie chciała powiedzieć przez telefon o co chodzi. Powiedziała tylko, że to bardzo ważne. Odpowiedziałem, ze możemy się oczywiście spotkać, ale tylko we dwoje bo Helena wyjechała do naszej córki do Szwecji i wróci dopiero za ponad tydzień.

„Nie mogę czekać aż wróci. Musisz mi pomóc”

„Dobrze Zosiu. Możemy się spotkać zaraz u nas w domu” – zaproponowałem

„Nie! Nie w domu. Wszędzie są podsłuchy. Musimy spotkać się na zewnątrz. Umówiłam się z osobą która mówi że była obecna przy śmierci Józka…”

„Zosiu” – przerwałem jej – „Nie stwierdzono, że Józek…”

„Nie przerywaj mi. Ja wiem swoje.. No więc umówiłam się z nią w ogródku tej kawiarni w której często razem bywamy…”

„Rozumiem, to znaczy na…”

„Żadnych adresów!!!” – przerwała mi Zosia z paniką w głosie – „Jutro punktualnie o trzynastej!”

Zosia jest przyjaciółką Heleny. Znają się jeszcze ze szkoły. Z kolei mąż Zosi, Józek, studiował ze mną na Politechnice w Łodzi w latach siedemdziesiątych. Potem nasze drogi się rozeszły. Spotkaliśmy się ponownie jedenaście lat temu w Instytucie w którym pracowaliśmy razem do emerytury.

Józek jest o dwa lata starszy od Zosi. Urodził się w 49tym tak jak ja. Rok przed naszym przejściem na emeryturę poraził go piorun na spacerze w parku. Nie doznał poważnych obrażeń fizycznych, jednak bardzo zmieniła mu się psychika. Chciał szybko wrócić do pracy, jednak nasi szefowie w porozumieniu z Dowództwem Okręgu Wojskowego, dla którego wykonujemy pewne prace, uznali, że w takim stanie psychicznym w jakim się aktualnie znajdował byłby zagrożeniem dla Instytutu i naszych zleceniodawców.

Józek pozostał na zwolnieniu lekarskim do czasu przejścia na emeryturę. Cieszyła go ta emerytura. Wreszcie miał czas aby razem z Zosią jeździć kamperem po Polsce i Europie.

Troszkę ponad rok temu, w lipcu wybrali się do Pragi. Jednak nigdy tam nie dojechali. Józek uparł się aby zboczyć nieco z trasy i na Dolnym Śląsku zwiedzić jakąś starą kopalnię. Jednak do tego niedoszło. Zosia opowiadała, że w noc poprzedzającą zwiedzanie kopalni, a właściwie nad ranem, wyszedł z kampera, wlazł na jakąś wysoką ścianę skalną i z dużej wysokości spadł na ziemię.

Cudem uniknął śmierci i poważniejszych obrażeń. Doznał jednak poważnego wstrząśnięcia mózgu, w rezultacie czego utracił zdolność mówienia. Od tego czasu jedynie bełkotał coś niezrozumiałego. Nie można było nawiązać z nim kontaktu.

Zabrano go do szpitala. Tam zaczęły dziać się z nim dziwne rzeczy. Stał się apatyczny. Nie reagował na to co się do niego mówi, lub reagował nagle niezrozumiałym bełkotem. Bardzo stracił na wadze. Mimo starań lekarzy miał bardzo wysoką temperaturę ciała. Zosia podejrzewa, że robiono na nim eksperymenty medyczne. Tylko raz zezwolono jej na wizytę u niego w szpitalu i to tylko w obecności innych osób.

Krótko po jej wizycie dowiedziała się, że Józek uciekł ze szpitala. Sprawę zgłoszono na policję. Poszukiwano go listami gończymi. Komunikaty o jego „zaginięciu”, nie o ucieczce ze szpitala, ukazywały się w lokalnej prasie i telewizji.

Zosia poszukiwała męża na własną rękę. W całym mieście wywiesiła na drzewach, słupach i innych miejscach, ulotki z prośbą o pomoc w poszukiwaniu męża. Umieściła na nich zdjęcie Józka i obietnicę nagrody za wskazanie miejsca jego pobytu. Nie ograniczyła się tylko do tego. Odwiedziła kilka wróżek. Wszystkie stwierdziły, że Józka nie ma wśród żywych.

W tym trudnym dla niej czasie spotykaliśmy się z nią niemal codziennie. Helena nawet nocowała u niej kilkukrotnie. Próbowaliśmy przekonać ją, że w zasadzie nie ma żadnych podstaw, aby przyjąć, że Józek nie żyje. Nie dawała się przekonać.

Pomogłem Zosi sprzedać kampera. Helena przez jakiś czas jeździła z nią po zakupy. Z czasem stosunek Zosi do nas uległ pewnemu ochłodzeniu. Tłumaczyliśmy to sobie tym, że ma do nas żal o to, iż nie wierzymy w śmierć Józka.

Ostatnio widywaliśmy się z nią dosyć sporadycznie. W czasie tych spotkań nie poruszaliśmy tematu zniknięcia jej męża. Aż do teraz.

Przybyłem w umówione miejsce punktualnie o trzynastej. Zosia siedziała z kawą przy stoliku na zewnątrz kawiarni. Zauważyła mnie już z daleka gdy wysiadałem z tramwaju. Przywitaliśmy się. Zamówiłem kawę u kelnerki która właśnie się do nas zbliżyła

„Mówiłaś, że jeszcze ktoś ma tu być”

„Tak. Przyjdzie o w pół do drugiej”

„Kto to taki?”

„Kobieta. Nazywa się Małgorzata Uścińska. Była pielęgniarką w szpitalu w którym przebywał Józek. Dwa dni temu skontaktowała się ze mną. Spotkaliśmy się na mieście. Twierdzi, że była świadkiem śmierci Józka…”

„Dlaczego nie skontaktowała się z tobą wcześniej?” – przerwałem Zosi – „Czy opowiedziała o tym policji?”

„Też ją o to zapytałam. Powiedziała że nikt w szpitalu nie chciał uwierzyć w to co mówiła o śmierci Józka. Przełożeni w szpitalu uznali, że doznała załamania nerwowego czy czegoś takiego. Podobno z przemęczenia. Zamknęli ją w izolatce. Przeleżała tam kilka miesięcy. Widywała się tylko raz w tygodniu z matką…”

Przerwałem Zosi jeszcze raz

„Co ci opowiedziała o jego śmierci?”

„Widziała jak Józek sam się zapalił na łóżku i jak błyskawicznie się spalił i że nic po nim nie zostało”

„To znaczy pożar tam wybuchł. Tak?”

„Właśnie, że nie. Nic więcej się nie spaliło, tylko Józiu” – Zosia zaczęła szlochać

„No to nic dziwnego, że zamknęli ją w izolatce, skoro takie bzdury opowiada…”

„Nie mów tak!” – przerwała mi gwałtownie – „Ja też nie chciałam w to uwierzyć. Ale ona przysięgła się na wszystkie świętości, że to prawda. Powiedziała też, że wkrótce będzie miała dowody potwierdzające jej słowa na temat tego co się Józiowi przydarzyło, że takie rzeczy się zdarzają”

„Jakie?”

„No, samozapłony ludzi”

„Bzdury!”

„Nie bzdury. To ma swoją nazwę, SHC. Skrót z angielskiego: Spontaneous human combustion…”

Zosia przerwała spoglądając na tramwaj na przystanku. Wysiadła z niego tylko jedna osoba. Młoda kobieta

„To ona” – zauważyła Zosia

Nagle, gdzieś z boku, usłyszałem ostry pisk opon gwałtownie ruszającego samochodu. Odruchowo spojrzałem w tamtym kierunku. Czarny samochód z dużą prędkością zbliżał się do kobiety przechodzącej po pasach od przystanku tramwajowego. Nie próbując nawet hamować uderzył w nią z dużą siłą i nie zatrzymując się pojechał dalej. Uderzona kobieta przeleciała w powietrzu kilkanaście metrów. Spadła na asfalt tuż przy slupie sygnalizacji świetlnej.

Byłem jednym z pierwszych który podbiegł do niej. Otwarta czaszka z wypływającą substancją mózgową świadczyła o tym, że nie można było jej już w niczym pomóc. W mgnieniu oka zebrał się w koło spory tłumek gapiów. Rozejrzałem się szukając wzrokiem Zosi. Stała kilkanaście metrów dalej na chodniku. Była blada i nadzwyczaj spokojna. Podszedłem do niej

„Chodźmy stąd zanim przyjedzie policja” – powiedziała zdecydowanie

„Musimy złożyć zeznania! Byliśmy świadkami! Wiemy kim ona jest”

„Chodźmy stąd mówię…Nic nie widziałam i nie znam jej”

„Ależ Zosiu…”

Nie słuchała mnie. Zdecydowanym krokiem ruszyła w stronę centrum. Podążyłem za nią.

„Nie rozumiem twojego postępowania…”

„Nie mów nic” – przerwała mi – „Chodź ze mną do domu. Coś ci przekażę”

Próbowałem jeszcze przekonywać ją aby zgłosić się na policję i powiedzieć im, że to nie był wypadek, że wszystko wskazuje na to, iż kierowca samochodu czekał na nią i najechał ją rozmyślnie

„No właśnie. Czekał na nią. Boję się. Nie chcę aby na mnie też czekał”

„Co ty wygadujesz?!”

„Wiem co mówię. Pokażę ci coś w domu. Zabierzesz to ode mnie. U mnie nie jest to bezpieczne”

Doszliśmy właśnie do jednego z nielicznych w naszym mieście postojów taksówek. Zosia bez słowa wsiadła do jednej ze stojących. Nie pozostawało mi nic innego jak wsiąść razem z nią.

Dziesięć minut później na klatce schodowej w budynku w którym Zosia mieszka, zatrzymała się na półpiętrze i szeptem powiedziała

„Wszędzie jest podsłuch, lepiej się nie odzywaj w mieszkaniu…”

„Czy ty nie przesadzasz, Zosiu?”

„Ciii!” – syknęła

W mieszkaniu rozejrzała się ostrożnie, położyła palec na ustach w geście nakazującym milczenie i po chwili teatralnym głosem powiedziała głośno i wyraźnie

„Dobrze, że cię spotkałam. Mam dla Helenki wykroje i wzory do szydełkowania. Powiedz jej, że to wszystko co mam”

Podała mi papierową teczkę na dokumenty

„Co to jest?”

„Mówię przecież” – wyczułem irytację w jej głosie – „Wzory szydełkowania i wykroje kiecek. Helenka będzie wiedziała co to jest”

Mówiąc to popychała mnie w stronę drzwi wyjściowych

„Idź już. Źle się dzisiaj czuję. Chcę się trochę wcześniej położyć”

Jeszcze raz położyła palec na ustach i ogarniając wzrokiem sufit mrugnęła do mnie znacząco. Wybąkałem jakieś słowa pożegnania i wyszedłem.

Chyba udzieliła się mi jej podejrzliwość, bo mimowolnie ostrożnie rozglądałem się dookoła. Przed domem stała taksówka którą przyjechaliśmy. Kierowca szukał czegoś w bagażniku. Ucieszyłem się, że nie muszę iść do przystanku. Już otworzyłem tylne drzwi aby wsiąść do taksówki gdy nagle coś mnie tknęło

„Nie wsiadaj do tej taksówki. To podejrzane, że ona tu jeszcze jest” – przeleciało mi przez głowę

Szybko zamknąłem drzwi i ruszyłem przed siebie

„Niech pan nie ucieka. Jestem gotów. Możemy jechać” – dobiegł mnie głos taksiarza

„Nie. Dziękuję. Rozmyśliłem się”

Do domu dojechałem tramwajem i autobusem. Ostatni przystanek przeszedłem pieszo, wściekły na siebie za to, że się tak zachowuję

„Cholera. Za dużo kryminałów czytasz, baranie” – pomyślałem

Teczka którą dostałem od Zosi zawiązana była sznurkiem. Chwilę zabrało mi rozsupłanie go. Po chwili miałem na stole kilkanaście fotografii różnego formatu oraz wycinki z gazet.

Zanim zabrałem się za oglądanie zdjęć zrobiłem sobie kawy i w zasadzie bez specjalnego zainteresowania zabrałem się za oglądanie zawartości teczki. Na pierwszy rzut oka fotografie wyglądały na bardzo stare i takie w rzeczywistości były. Czarno-białe, bardzo pożółkłe. Większość w odcieniu sepii.

Wycinki prasowe to były zdjęcia ze starych gazet. Bez podpisów. Były to wycinki z gazet niemieckich. Świadczyły o tym fragmenty tekstów na odwrocie wycinków. Niektóre teksty pisane były czcionką neogotycką, Domyśliłem się że wycinki pochodzą z lat trzydziestych lub wcześniejszych dwudziestego wieku.

Przeliczyłem fotografie. Dziewiętnaście sztuk. Wycinków było sześć. Przeniosłem to wszystko na biurko w moim pokoju. Usiadłem wygodnie w fotelu i z filiżanką kawy zabrałem się za studiowanie zdjęć.

Pod silnym światłem lampy stojącej na biurku zacząłem dokładnie przyglądać się pierwszej fotografii. Przedstawiała ona kilka osób siedzących w ogrodzie w wiklinowych fotelach. Zdjęcie zostało zrobione późnym latem. Bujna roślinność otaczała siedzących. Panowie w jasnych spodniach i chyba lnianych marynarkach. Dwaj z nich w niskich, jasnych kapeluszach. Chyba plecionych. Trzy panie o raczej obfitych kształtach ubrane w długie suknie, wszystkie z trzymały w rękach odzianych w białe rękawiczki parasolki przeciwsłoneczne.

Już miałem odłożyć na bok to zdjęcie, ale zwróciłem uwagę na postać starszego mężczyzny znajdującego się na drugim planie, siedzącego samotnie przy stoliku stojącym nieco z boku od towarzystwa z pierwszego planu.

Miałem wrażenie, że odstawał wyglądem od siedzących na pierwszym planie, ale nie potrafiłem sobie uzmysłowić, dlaczego tak mi się wydawało. Dopiero po chwili zauważyłem, że ma przed sobą coś co przypomina otwartego laptopa.

„Bzdura!…To musi być coś innego. Jakaś książka albo raczej album w twardej okładce” – tłumaczyłem sobie

Przyjrzałem się dokładnie twarzy mężczyzny. Odniosłem wrażenie, że jest mi znajoma.

„Cholera! Ale podobny do Józka!” – pomyślałem

Przyglądałem się tej fotografii dosyć długo. Starałem się przeanalizować to co na niej widzę i racjonalnie wytłumaczyć sobie podobieństwo przedmiotu znajdującego się na stoliku, do laptopa oraz uderzające podobieństwo mężczyzny, do Józka.

W końcu z pewnym niedowierzaniem i przerażeniem przyznałem sam przed sobą, że to nie jest mężczyzna podobny do Józka, tylko Józek we własnej osobie i że przedmiot na stole przed nim to nic innego, tylko laptop.

Nie wiem jak on i laptop znaleźli się na zdjęciu z przed kilkudziesięciu lat. Podejrzewałem, że to fotomontaż. Skupiłem się na oglądaniu papieru fotograficznego na którym było to zdjęcie. Absolutnie nie jestem żadnym ekspertem od badania autentyczności dokumentów i takich fotografii, jednak nie znalazłem nic podejrzanego co mogłoby świadczyć o jakiś manipulacjach związanych z tą fotografią.

Zacząłem oglądać pozostałe fotografie. Chyba pod wpływem tego co zobaczyłem na tej pierwszej, skupiłem się na wyszukiwaniu Józka. No i na każdej go znalazłem.

Teraz już nie miałem wątpliwości. To był on. Wygląd i wiek na tych fotografiach odpowiadał jego wyglądowi z przed kilkunastu miesięcy. Nawet poznałem jego stare ubranie w którym tak bardzo lubił chodzić.

Zdjęcia przedstawiały zawsze mniej lub bardziej upozowanych ludzi patrzących prosto w kamerę. Józek znajdował się zawsze nieco z boku.

Na jednym z nich chyba rozmawiał przez telefon komórkowy. Wszystkie szczegóły na tych zdjęciach oraz tło i aranżacja wskazywały na to, że zostały one zrobione w latach trzydziestych lub dwudziestych. 

Na odwrotach fotografii znajdowały się odciśnięte pieczątki z niemieckimi nazwami zakładów fotograficznych które te zdjęcia wywoływały. Najwięcej, bo aż sześć było z Breslau, trzy z Oppeln, cztery z Waldenburg, dwa z Hirschberg oraz cztery z Glatz. Moja znajomość historii pozwoliła mi stwierdzić, że wywołane były w miastach obecnie nazywających się Wrocław, Opole, Wałbrzych, Jelenia góra i Kłodzko. Natomiast gdzie dokładnie były te zdjęcia robione nie potrafiłem określić.

Byłem bardzo poruszony widokiem Józka na tych fotografiach. To, że był to Józek nie budziło już we mnie najmniejszej wątpliwości. Również nie miałem żadnej wątpliwości co do tego, że był ubrany współcześnie, że miał ze sobą telefon komórkowy i laptopa. Nie mogłem tylko pojąć jak on się znalazł na tych starych fotografiach wśród ludzi żyjących w latach dwudziestych lub trzydziestych dwudziestego wieku.

W głowie miałem totalny chaos. Moje techniczne wykształcenie i doświadczenie zawodowe nauczyło mnie myśleć racjonalnie. Wszystkie niezrozumiałe dla mnie zjawiska zawsze staram się wytłumaczyć sobie prawami fizyki. Nie wierzę w ufoludków. Nie wierzę w duchy. Nigdy nie bałem się przejść w nocy na skróty przez cmentarz. Ale te fotografie sprawiły, że nie mogłem znaleźć, żadnego racjonalnego wyjaśnienia tego co na nich zobaczyłem.

Jedynie gdzieś w tyle głowy majaczyła mi taka myśl, że może to jednak jest jakaś manipulacja, umiejętny fotomontaż. Tylko takie wytłumaczenie mój umysł mógłby zaakceptować.

„Tylko po co, do ciężkiej cholery miałby ktoś to robić?!” – zastanawiałem się.

Nie znałem na to pytanie odpowiedzi. Trzęsącymi się z podniecenia rękoma sięgnąłem po wycinki z gazet. Tu jakość fotografii, bo były to tylko fotografie, była dużo gorsza. Nie znam się na druku gazet, ale pamiętam, że zdjęcia takiej jakości widziałem aż do lat siedemdziesiątych w łódzkich gazetach. Wszak do tego czasu były one drukowane na starych poniemieckich maszynach.

Mimo słabej jakości tych zdjęć od razu rozpoznałem na nich Józka. Trzecie z sześciu zdjęć wyciętych z gazet zaszokowało mnie do tego stopnia, że upuściłem trzymaną filiżankę z kawą. Nie zważając na to skupiłem się na zdjęciu.

Przedstawiało grupę mężczyzn w mundurach górniczych. Upozowani byli w trzech rzędach. Mężczyźni w pierwszym rzędzie klęczeli na jednym kolanie. Między nimi, pośrodku stał duży obraz przedstawiający kobietę w długiej szacie z koroną na głowie, trzymającą w jednym ręku hostię a w drugim miecz.

Z tyłu w tle na tym obrazie stała wieża z trzema oknami. Pod spodem na obrazie wyraźnie widoczny napis Heilige Barbara. Drugi rząd mężczyzn siedział na krzesłach. W trzecim rzędzie mężczyźni stali. Ostatni po lewej stronie stał Józek w mundurze górniczym takim samym jaki mieli na sobie mężczyźni ze zdjęcia. Byłem już w pewnym sensie przyzwyczajony do jego obecności na tych zdjęciach. Nie to mnie zaskoczyło. Zaskoczyła mnie obecność drugiego Józka tuż obok tego w mundurze. Obaj byli identyczni. Różniło ich tylko ubranie. Ten drugi ubrany był współcześnie, chyba w to samo ubranie co widziałem na poprzednich fotografiach.

Trzęsącymi się rękoma sięgnąłem po telefon. Wybrałem numer do Zosi

„Musisz natychmiast do mnie przyjechać” – zażądałem bez przywitania gdy tylko ją usłyszałem

„Nie chcę. Wszędzie są podsłuchy…”

„Przestań pieprzyć głupoty!” – przerwałem jej brutalnie

„Nie chcę. Uwierz mi. Bardzo się boję”

„Dobrze! Za piętnaście minut będę samochodem pod twoim domem. Zrobimy sobie przejażdżkę. Porozmawiamy w aucie”

Nie czekając na jej reakcję przerwałem rozmowę.

Czekała przed domem. Szybko wsiadła do samochodu.

„Odjedź stąd jak najszybciej” – zażądała

Ruszyłem z piskiem opon. Jechaliśmy chwilę w milczeniu. Na dobrą sprawę nie wiedziałem gdzie z nią jechać. Spojrzałem na zegar. Dochodziła dziewiętnasta. Skręciłem na duży parking przed galerią handlową

„Zatrzymaj się z dala od innych samochodów”

Bez słowa podjechałem na skraj parkingu i zatrzymałem auto przy krzewach oddzielających parking od biegnącej wzdłuż ulicy ścieżki rowerowej

„Nie przy krzakach!” – krzyknęła – „Tam może ktoś być. Stań bardziej na środku”

„Czy ty nie przesadzasz, Zosiu? Kogo się tu obawiasz w tych krzakach?” – zapytałem wykonując posłusznie jej polecenie.

Gdy już staliśmy w miejscu w którym nie było w koło nas innych samochodów i Zosia nie zaprotestowała, zapytałem

„Czy tu jest dobrze?”

„Tak”

„No to teraz odpowiadaj na pytania”

Sięgnąłem po teczkę z fotografiami leżącą na tylnym siedzeniu

„Skąd to masz?”

„To długa historia…”

„Mamy czas. Opowiadaj” – przerwałem jej

„Wiesz, że Józek nie miał rodziców… Nawet nie wiadomo dokładnie kiedy się urodził. Znaleziono go podrzuconego pod drzwiami posterunku milicji we Wrocławiu w marcu 49tego. Dokładnie dziewiętnastego marca…”

„Tak. Znam tą historię. Tą datę przyjęto za dzień urodzin Józka, a że dziewiętnastego marca są imieniny Józefa to nadano mu imię Józef…Józek to wszystkim opowiadał”

„No, właśnie. No i nadano mu nazwisko Wrocławski…”

„To też wiem, Zosiu” – zacząłem się niecierpliwić – „Przejdźmy do rzeczy. Skąd masz te fotografie?”

„Poznałam Józka w 82gim w więzieniu w Łowiczu. Byłam na widzeniu u internowanego brata Brat siedział w jednej celi z dziesięcioma innymi. Był między nimi Józek. Brat opowiadał mi o Józku. Że jest samotny, że nikt do niego nie przychodzi i że nie dostaje paczek. Bratu było żal Józka. Na którymś widzeniu namówił mnie abym postarała się o widzenie z Józkiem. Zrobiłam to. W komendzie milicji powiedziałam, że jestem jego dziewczyną i takie tam…”

„Co, takie tam?”

„No, że jestem w ciąży…Dostałam zezwolenie na widzenie. A potem to już się potoczyło. Józek oczarował mnie. Spotykaliśmy się jak wypuścili internowanych. W 83cim wieliśmy ślub cywilny…”

„Zosiu…My to z Heleną znamy. Opowiadaliście nam o tym…Co to ma wspólnego z tymi zdjęciami?”

„No, właśnie ma!…Jeszcze przed ślubem Józek wyprowadził się z mieszkania w którym mieszkał z trzema kolegami i wprowadził się do mnie, na Retkinię. Dzień po ślubie ktoś przyniósł do nas taki stary nieduży drewniany kuferek zamykany na kłódkę. Do kuferka przyklejona była kartka z napisem – Do rąk pana Józefa Wrocławskiego”

„Kto to przyniósł?”

„No, właśnie, chodzi o to że nie wiedzieliśmy. Ktoś zadzwonił do drzwi. Józek otworzył i znalazł kuferek przed drzwiami. Nikogo nie było na korytarzu”

„Co było w tym kuferku?”

„No, właśnie. Nie wiem co… To znaczy nie wiedziałam do teraz. Byłam czymś zajęta jak Józek otworzył kuferek…?”

„Miał kluczyk do kłódki?”

„Nie. Wyłamał skobelek. Otworzył wieko kuferka akurat jak weszłam do pokoju. Zauważyłam tylko że bardzo się przeraził tym co w nim zobaczył. Szybko opuścił wieko. Zapytałam co się stało. Nie odpowiedział. Złapał kuferek i odpychając mnie na bok zamknął się z nim w łazience. Zła byłam na niego. Wykrzykiwałam coś nieprzyjemnego. Wyszedł po kilku minutach. Jego wygląd mnie przeraził. Bardzo się zmienił”

„To znaczy, jak się zmienił?” – przerwałem jej

„Miał strach i przerażenie w oczach. Ręce mu się trzęsły. Nie mógł wydobyć z siebie głosu. Bełkotał coś niezrozumiałego przez chwilę. Potem usiadł przy stole trzymając cały czas kuferek na kolanach. Chciałam odebrać go od niego i odstawić na bok. Zerwał się nagle. Z nienawiścią w oczach podniósł rękę aby mnie uderzyć. Powstrzymał się. Gniewnym głosem ostrzegł mnie abym nigdy w życiu nie próbowała zajrzeć do kuferka. Potem nagle się uspokoił. Opadł na krzesło bez słowa. Byłam przerażona. Zaczęłam płakać i uciekłam do kuchni. Przyszedł po chwili do mnie. Znowu bardzo odmieniony, tym razem taki jakiego znałam. Łagodny i cichy. Przepraszał, za ten wybuch. Obiecał, że to się więcej nie powtórzy. Zapytałam co jest w tym kuferku, że tak bardzo go to zdenerwowało”

„No i co? Powiedział co w nim było?”

„Nie. Powiedział tylko, że historia go dogoniła, czy, że wróciła…Nie pamiętam. Byłam zdenerwowana i przestraszona… Przytulił mnie i powiedział, że kiedyś mi wszystko opowie, ale na razie nie może i że ten kuferek musi pozostać jego tajemnicą. Obiecał, że nigdy nie będzie miał przede mną żadnych innych tajemnic. Potem wymusił na mnie abym przysięgła, że nigdy nie zajrzę do kuferka i żeby nigdy nikomu o tym wszystkim nie mówić”

„Wymusił siłą?”

„Nie. Nie siłą. Przekonał mnie do tego. Wiesz, że Józek miał duży dar przekonywania ludzi do swoich idei i pomysłów”

„Wiem. Za to go ceniono w Instytucie”

„Dotrzymałam danego słowa. Nie zajrzałam do kuferka nawet wtedy gdy zniknął ze szpitala. Dopiero gdy ta pielęgniarka powiedziała mi że widziała jego śmierć zdecydowałam, że jestem zwolniona z danej mu przysięgi. Przed wczoraj wieczorem włamałam się do kuferka. To co w nim znalazłam sprawiło, że całą noc nie spałam. Zaraz z rana zdzwoniłam do was. Ty jesteś pierwszą osobą której opowiedziałam o kuferku…”

„Co w nim znalazłaś?”

„Były w nim te zdjęcia, które mnie zadziwiły i przeraziły…”

„No, właśnie. Chcę o nich porozmawiać. Co o nich wiesz? Co to za zdjęcia?” „Nic o nich nie wiem. One mnie przerażają, tak samo jak te luźne kartki zapisane ręcznym pismem…”

„Co za kartki?”

„Stare, pożółkłe kartki. Rozlatują się ze starości. Były też w kuferku”

„Co na nich jest zapisane?”

„Nie wiem. W obcym języku”

„Po niemiecku?”

„Nie. Nie wiem co to za język. Litery też jakieś dziwne, na pewno nie z alfabetu łacińskiego”

„Chciałbym to zobaczyć”

„Zobaczysz to i jeszcze inne rzeczy”

„Co jeszcze?”

„Starą czapkę górniczą. Taką wiesz z białymi piórami jak do odświętnego munduru i jeszcze trzy kawałki połamanego miecza czy szpady”

„To wszystko?”

Zosia chwilę się nad czymś zastanawiała

„Właściwie to wszystko. Był tam jeszcze taki dziwny zapach. Bardzo intensywny…”

„Masz na myśli zapach starych papierów, książek, ogólnie starzyzny, prawda?”

„Właśnie o to chodzi, że nie. To nie starzyzną czuć. Ten zapach przypomina zapach sfermentowanych owoców. Coś jakby ocet jabłkowy”

„Jedziemy do ciebie!” – zadecydowałem – „Muszę to zobaczyć!”

Zosia chyba chciała zaprotestować, ale moje zdecydowanie sprawiło, że jej protest ograniczył się tylko do nieśmiałego

„Ale ja…”

Ruszyłem zdecydowanie.

Po kilku minutach wysiadaliśmy z auta na parkingu pod jej domem. W klatce schodowej na jej piętrze siedział na schodach mężczyzna. Podniósł się na nasz widok. Zosia zrobiła krok do tyłu i chciała zejść na dół. Chwyciłem ją energicznie za ramię i zatrzymałem. Zasyczała z bólu.

„Przepraszam bardzo” – nieśmiało odezwał się mężczyzna – „Pani Zofia Wrocławska, prawda?”

„Proszę stąd iść. Bo zadzwonię na policję!” – zażądałem nieco spanikowanym głosem

„Nie! Nie! Nie. Proszę tego nie robić. Jestem…Byłem narzeczonym Małgosi Uścińskiej, pielęgniarki która opiekowała się w szpitalu panem Józefem…”

Uspokoiłem się. Zauważyłem, że strach Zosi ustąpił miejsca ciekawości.

„Pana narzeczona nie żyje…”

„Wiem. Widziałem jak zginęła”

„Jak to?” – zdziwiłem się – „I mówi pan o tym tak spokojnie?”

Zbył moje pytania milczeniem. Po chwili kontynuował

„Małgosia przed spotkaniem z panią Zofią prosiła mnie abym był w pobliżu. Przyjechałem wcześniej i siedziałem w pobliżu w samochodzie. Powiedziałem jej przez telefon, że pani Zofia przyszła na spotkanie z jakimś mężczyzną. Małgosia chciała zrezygnować ze spotkania, ale w końcu się zdecydowała. Bała się…” – przerwał

Widać było po nim, że jest mu ciężko zachować spokój

„Widziałem jak ten samochód wystartował i jak ją uderzył. Wcześniej stał zaparkowany w pobliżu mojego auta. Wiem kim jest kierowca…”

„Zawiadomił pan Policję?”

„Nie”

„Dlaczego?”

„Nie chcę o tym mówić”

Znowu milczenie. Zosia pierwsza je przerwała

„Proszę do mieszkania”

Doszła do drzwi i wyciągnęła klucze z torebki. Już w mieszkaniu nieznajomy przedstawił się

„Nazywam się Zenon Knapik…Jestem,.. Byłem narzeczonym Małgosi” – przerwał – „To już mówiłem…”

Zaczął szlochać.

„Przepraszam. Nie mogę dłużej…Teraz dociera do mnie co się stało”

Podsunąłem mu krzesło. Zosia przyniosła szklankę wody z kuchni. Po chwili się opanował

„Pracuję w tym samym szpitalu. Jestem technikiem, zajmuję się naprawą sprzętu szpitalnego, łóżek i co tam jeszcze trzeba. Dbam o sprawność sieci dostarczającej tlen do sal szpitalnych. Mam też dostęp do wszystkich zapasowych kluczy do większości pomieszczeń. Tylko kilka osób wie o naszym…” – znowu przerwał – „Wiedziało o naszym związku. Nie afiszowaliśmy się z tym. Kiedy profesor zadecydował, że trzeba Małgosię zamknąć w izolatce na zamkniętym oddziale…”

„Co za profesor?” – zapytałem

„Profesor Wilczek. Jan Wilczek. Potem o nim powiem… Tak więc straciłem możliwość spotykania się z nią. Tylko jej mama mogła się z nią widzieć raz w tygodniu ale tylko w obecności profesora. Wykorzystałem to, że pewne prace konserwacyjne mogę zrobić tylko w nocy i w ten sposób w tajemnicy mogłem się widzieć z Małgosią. Tylko dyrektor administracyjny szpitala wie o tym. On ma na pieńku z profesorem…”

„Dlaczego pan tu przyszedł? Skąd pan ma mój adres?” – przerwała mu Zosia

„Adres znam z dokumentów szpitalnych…Wiem. Nie powinienem w nich grzebać. To nielegalne, ale…” – przerwał – „To nie ma teraz żadnego znaczenia. Przyszedłem aby powiedzieć pani to, o czym się dowiedziałem. Małgosia miała to pani przekazać. Małgosię zamknęli w izolatce ponieważ ośmieliła się zaprzeczyć oficjalnej wersji zniknięcia pani męża. Małgosia jako jedyna widziała jak spłonął i nie został po nim żaden ślad. Opowiedziała mi to ze szczegółami”

„Czy pan wierzy w to co panu opowiedziała?” – zapytałem

„Cicho bądź!” – skarciła mnie Zosia – „Nie przeszkadzaj panu!”

„Z początku nie wierzyłem. Myślałem, że naprawdę jest przepracowana. Wierzyłem lekarzom. Małgosia wymusiła na mnie abym dostał się do pokoju profesora. Była przekonana, że tam znajdę dowody na to, że mówi prawdę. Już od dłuższego czasu podejrzewała go, że przeprowadza jakieś eksperymenty na pacjentach. Kilkoro schizofreników zmarło w ostatnich dwóch latach dosyć nagle. W aktach zgonu podawano zawsze fałszywe powody śmierci. Wystawiał je profesor”

„Czy nikt z lekarzy nie protestował przeciwko tym praktykom?” – zapytałem

„W szpitalu wszyscy się go boją. Tym którzy w najmniejszym stopniu mu się przeciwstawią potrafi złamać karierę”

„Jaka jest jego rola w tym szpitalu?”

„Nie wiem? Nie jest pracownikiem szpitala. Jest oddelegowany przez Wojskową Akademię Medyczną, dokładniej przez jakiś ośrodek psychiatrii przy Akademii. Ma ogromne uprawnienia. Nasz dyrektor administracyjny narzeka po cichu, że cały budżet musi co jakiś czas zmieniać, tak aby wygospodarować żądane przez profesora pieniądze”

„To ten profesor nie ma swojego budżetu z uczelni?”

„Ma, ale mu nie wystarcza. Jego żądania są nieoficjalne, dyrektor administracyjny na nie się nie zgadzał, ale pod naciskiem dyrektora szpitala ugiął się…”

„Czy znalazł pan w tym pokoju coś dotyczące mojego męża?” – przerwała mu Zosia

„Przepraszam. Odchodzę od tematu” – zreflektował się – „Tak, oczywiście. Po to się tam dostałem. Niestety, nie udało mi się dostać do komputera profesora. Nie znam się na forsowaniu haseł dostępu. Na szczęście profesor robi szybkie notatki w notesie i na luźnych kartkach papieru. Ma w pokoju olbrzymie biurko a na nim stos zapisanych papierów. Stosy zeszytów i akt. Leżą tam pootwierane książki, Stare rękopisy… W książkach tych na marginesie porobione są uwagi. Najczęściej po niemiecku. Po piśmie poznałem, że to on je robił.”

„Co to za książki?” – zapytałem

Zosia znowu się zdenerwowała, że przerywam wypowiedź pana Zenona. Syknęła do mnie abym siedział cicho. Zenon Knapik kontynuował.

„W większości to podręczniki i książki dotyczące psychiatrii, zwłaszcza schizofrenii. Tam nie znalazłem nic co by mnie zainteresowało. Natomiast zaciekawiły mnie rękopisy. Było ich pięć sztuk. Pisane po niemiecku. Dwa z nich to fragment pamiętników. Jeden z tych pamiętników pisany był przez profesora medycyny Fransa Krugera, oficera SS…”

„Co to ma wspólnego z moim mężem?” – przerwała mu wyraźnie zniecierpliwiona Zosia

„Zaraz do tego dojdę” odpowiedział

Widać było, że nasze wtrącenia przerywają mu wątek. Tym razem chwilę się zastanawiał zanim zaczął kontynuować

„Otóż w pamiętniku tym…Chociaż nie wiem czy to pamiętnik, czy tylko notatki z podróży… Otóż w kilku miejscach włożone były luźne kartki z uwagami profesora. W jednym miejscu na kartce były tylko trzy duże wykrzykniki i dopisek „To jest to!”. Zainteresowało mnie co tak zafascynowało profesora. Zacząłem uważnie czytać. Jak wspomniałem notatki zapisane były ręcznym pismem, miejscami trudno czytelnym, po niemiecku…”

„Pan zna niemiecki, prawda?” – zapytałem mimo, że sobie obiecałem nie przerywać

„Tak. Urodziłem się i wychowywałem w Świdnicy na Dolnym Śląsku…”

„Ale pan jest Polakiem” – znowu mu przerwałem – „Gdzie nauczył się pan niemieckiego? No bo na pewno nie w szkole”

„Ma pan racje. Nie w szkole. U nas na Dolnym Śląsku nie wolno było nauczać niemieckiego w szkołach. Mnie nauczył ojciec, Hugo Hanson. Był Niemcem pochodzącym ze Świdnicy. Nie został przesiedlony po wojnie ponieważ był lekarzem. Potrzebowano go w mieście. Zaraz pan zapyta dlaczego nie mam nazwiska po ojcu. Moja matka jest Polką. Po ślubie, oboje doszli do wniosku, że lepiej będzie się żyło przyszłemu dziecku z polskim nazwiskiem, dlatego noszę nazwisko matki”

„Rozumiem. Obiecuję, że już nie będę panu przerywać” – zapewniłem przepraszająco

„Mam nadzieję, że dotrzymasz słowa” – wtrąciła Zosia

„O czym to ja mówiłem?…Aha! To co tak zafascynowało profesora, to były notatki profesora Fransa Krugera. Był on członkiem Organizacji Ahnenerbe”

Zenon Knapik przerwał na chwilę. Spojrzał na nas i chyba zdał sobie sprawę z tego, że nie za bardzo wiemy co to za organizacja. Ja i Zosia z kolei obiecaliśmy nie przerywać jego wypowiedzi swoimi pytaniami, ale widocznie na naszych twarzach malował się duży znak zapytania i Pan Zenon zdecydował się powiedzieć krótko o tym co to była za Organizacja i czym się zajmowała.

„Powiem krótko o Ahnenerbe. Założono ją w 1935 roku. Jednym z założycieli był Heinrich Himmler, Reichsführer- SS. Miała się zajmować badaniami nad pradziejami spuścizny duchowej… Niemieckie Dziedzictwo Przodków. Prowadzone tam badania miały potwierdzić wyższość rasy germańskiej nad innymi narodami. Z czasem poszerzono zainteresowania. Zaczęto poszukiwać nowych wydajniejszych sposobów żywienia. Szukano nowych zbóż. Głównie w dalekiej Azji. W 1937 szefem został Walther Wüst, specjalista w zakresie indoeuropeistyki. Przed rokiem 1939, czyli przed wcieleniem Organizacji do SS zorganizowano kilka wypraw do Tybetu, na Bliski Wschód i do Boliwii. Profesor Frans Kruger był jednym z uczestników wyprawy do Tybetu. Będąc już tam na miejscu wystąpił do zwierzchników o pozwolenie na wyjazd do Indii. Motywował swoją prośbę, koniecznością badań nad specjalnymi dietami, które zastosowane w wojsku miałyby sprawić, że bardzo znacznie zwiększyłaby się odporność żołnierzy na długotrwałe okresy przebywania w bardzo niskich temperaturach.

Dieta z którą się spotkał w Tybecie pochodziła z Indii właśnie. Dłuższe jej stosowanie sprawiało, że ciało ludzkie stawało się samowystarczające pod względem pozyskania do życia niezbędnej energii…chodzi o to, żeby przestawić metabolizm węglowodanów, a więc pozyskiwanie przez organizm energii z cukru, czyli z glukozy, na pozyskiwanie energii z niepełnego spalania kwasów tłuszczowych nagromadzonych w tkankach. Dzisiaj podobne diety stosowane są dosyć powszechnie przez osoby odchudzające się, lub są stosowne w klinicznym leczeniu na przykład padaczki. Są to diety ketozowe. Podkreślam, są one tylko podobne do diet nad którymi pracował doktor Kruger.

Jego dieta opracowana po powrocie z Indii, już po wybuchu wojny, testowana była na więźniach obozów koncentracyjnych. Wśród wielu niepożądanych skutków ubocznych był jeden bardzo poważny, a mianowicie taki, że produktem ubocznym, wynikającym ze stosowania tej diety był wytwarzany w organizmie aceton. Przy pewnym wysokim stężeniu w organizmie, aceton doprowadza do samozapłonu ciała…”

Nie wytrzymałem i przerwałem

„No nie. To jest niepoważne! To pseudonauka…”

„Ja w to wierzę!…Wierzę, że mój Józek stracił życie na skutek samozapłonu” – z oburzeniem stwierdziła Zosia

„Proszę państwa, ja tylko przytaczam co dowiedziałem się z notatek Fransa Krugera. Przejrzałem też zapiski profesora. W świetle tego co się dowiedziałem z notatek Krugera, pewne wcześniej niezrozumiałe dla mnie fragmenty tego co czytałem w luźnych zapiskach profesora i po rozmowach z Małgosią wszystko ułożyło mi się całość…”

„W jaką całość?” – zapytałem

„Profesor Wilczek kontynuował badania Fransa Krugera. Czy prowadzone przez niego badania nad dietą Krugera były robione z polecenia jego zwierzchników?…Tego nie wiem. Być może, że robił je bez ich wiedzy. Niedługo będę to wiedział…”

„Jak zamierza się pan tego dowiedzieć?”

„Nie chcę o tym mówić. Wracając do pana Józefa. Z tego co mi mówiła Małgosia, stracił on bardzo szybko na wadze, i to bardzo dużo. Badania lekarskie nie dały odpowiedzi na pytanie co było tego przyczyną. Małgosia powiedziała mi, że profesor zarządził specjalną, wysoko tłuszczową dietę dla niego, lecz nie przyniosła ona spodziewanych rezultatów. Przeciwnie spadek wagi pana Józefa postępował coraz szybciej…”

„Tak! Przypominam sobie!” – Zosia nagle się ożywiła – „W czasie wizyty u Józia w szpitalu chciałam mu poprawić poduszkę…Boże, jaki on był lekki…Ten profesor co był wtedy w pokoju powiedział, że dają mu pięć wysokokalorycznych posiłków dziennie…Boże, jaki on był lekki i jaki rozpalony. Miał wysoką gorączkę”

„Tak. Małgosia twierdzi” – poprawił się – „Twierdziła, że tego dnia kiedy to się stało miał temperaturę czterdzieści stopni i dwie kreski. Ponieważ był przytomny i nic nie wskazywało, że coś mu jest, lekarze udali się na naradę ustalić sposób dalszego leczenia pana Józefa. Krótko potem…” – przerwał na chwilę – „Krótko potem pan Józef nie żył”

Przez chwilę milczeliśmy. Wszyscy troje zagłębiliśmy się w ciszy w swoich myślach. Muszę przyznać, że nie wiem co o tym wszystkim sądzić. Na temat rzekomego samospalenia mam swoje zdanie. Ze względu na Zosię nie chcę więcej poruszać tego tematu, przynajmniej na razie. Natomiast bardzo zaintrygowały mnie doświadczenia profesora Wilczka na pacjentach. Jeżeli robił to bez wiedzy i zezwolenia zwierzchników, to jest to niewątpliwie sprawa kryminalna.

Postanowiłem dowiedzieć się czegoś więcej w szpitalu. Chciałem zapytać właśnie pana Zenona o nazwisko tego dyrektora administracyjnego ale nie zdążyłem. Zosia pierwsza przerwała ciszę

„Jest mi bardzo przykro z powodu tego co się stało pana narzeczonej. Czuję się w jakiś sposób winna jej śmierci” – Zosia zaczęła szlochać – „Mówił pan, że widział pan kierowcę tego auta, które najechało na pana narzeczoną. Dlaczego nie poszedł pan z tym na policję? Ten bandyta musi być ukarany…”

„Widzi pani…Ja go znam… Kara go nie minie”

„Czy to profesor?!” – zapytałem

Spojrzał na mnie. Chwilę się zastanawiał nad odpowiedzią

„Muszę już iść. Powiedziałem to co Małgosia zamierzała powiedzieć pani Zofii. Ona została wypisana ze szpitala bez wiedzy profesora i lekarzy. Od tego czasu ukrywała się u siostry dyrektora administracyjnego. To on wyciągnął ją ze szpitala. Małgosia miała prosić panią, aby złożyła pani zawiadomienie do policji o tajemniczej śmierci męża i ukrywaniu tego faktu przez szpital oraz o podanie fałszywej informacji, jakoby mąż pani uciekł ze szpitala…”

„Nie mamy żadnych dowodów potwierdzających pana słowa” – przerwałem mu

„Dostarczę dowody w najbliższych dniach” – podniósł się z krzesła zwrócił się do Zosi – „Przyniosę je pani, a teraz żegnam państwa”

„Chwileczkę! Proszę mi podać nazwisko tego dyrektora administracyjnego…Chciałbym się z nim jutro zobaczyć”

„Mariusz Kędzierski” – rzucił krótko i ruszył w stronę drzwi

„Niech pan idzie na policję. Błagam pana” – płacząc zwróciła się do niego Zosia – „Niech pan , broń Boże nie robi żadnych głupstw”

Zatrzymał się przy drzwiach i zwracając się do Zosi odpowiedział

„Wiem co mam zrobić i nikt mnie od tego nie powstrzyma. A panią proszę aby się pani nie obwiniała o śmierć Małgosi”

Po jego wyjściu Zosia płacząc zapytała

„Powiedz, co ja mam teraz zrobić?”

„Nie wiem Zosiu…Myślę, że trzeba poczekać na te dowody które obiecał dostarczyć, A potem…”

„Pomożesz?” – przerwała mi – „Sama nie dam rady. Jestem załamana. Boję się”

„Wiesz, że ci pomogę. Nie wiem tylko, czy moja pomoc na coś się przyda. Nie wiele mogę zrobić”

Milczeliśmy chwilę. Spojrzałem na zegarek.

„O Boże! Zaraz będzie jedenasta. Muszę już lecieć”

„Zostań jeszcze. Zaraz zrobię kolację”

„Dziękuję Zosiu. Nie jadam o tak późnej porze. Miałaś mi coś pokazać”

„A! tak. Zaraz przyniosę Józka kuferek”

Przyniosła go po chwili. Kuferek zrobiony był z małych deseczek. Narożniki zabezpieczone ozdobnymi, metalowymi okuciami, zawias biegnący przez całą długość kuferka łączył ozdobną pokrywę zamykaną dosyć solidnym skobelkiem na którym wisiała kiedyś kłódka. Podstawa kuferka była prostokątna. Oceniłem, że ma jakieś czterdzieści pięć, może pięćdziesiąt centymetrów na trzydzieści. Wysokość około trzydziestu ośmiu, może trochę więcej. Postawiła go na stole przede mną i otworzyła. W tym samym momencie doszedł do mnie ten dziwny zapach o którym mi mówiła. Coś jakby sfermentowane jabłka. Na wierzchu leżała złożona czapka górnicza ze zniszczonym już pióropuszem z białych kiedyś piór.

„Wygoglowałam, że białe pióra przy czapce górniczej” – Zosia wyjęła ją z kuferka – „Oznaczają, iż ten co ją nosi należy do dozoru technicznego kopalni”

„Co to ma za znaczenie dla nas?” – zapytałem

„Jak to, co za znaczenie?! Przecież na jednym z tych zdjęć Józio ma taką czapkę na głowie. Mówiłeś, że obejrzałeś dokładnie zdjęcia i wycinki z gazet które ci dałam”

„Tak, ale…”

„Co, ale?”

„Zosiu, ta osoba na tych zdjęciach nie może być Józkiem”

Powiedziałem to bez przekonania. Po prostu rozsądek mi mówił, że jego na tych zdjęciach w żaden sposób nie może być. Z drugiej strony, widziałem go na zdjęciach i na tym cholernym wycinku z gazety gdzie stoi obok siebie! Chyba jeszcze nie postradałem zmysłów?

„Zosiu,… Nie wiem co o tym myśleć. Przecież to jakaś paranoja, albo manipulacja z tymi zdjęciami”

„Jaka manipulacja?! Kto miałby manipulować i po co?!”

„Zosiu, masz rację, ale teraz zagadkę tych cholernych zdjęć nie rozwiążemy. Co masz tam jeszcze w tym kuferku?”

Wyciągnęła trzy kawałki metalu. Ułożyłem je na stole. Od razu było widać że tworzyły kiedyś głownię szpady. Brakowało tylko rękojeści.

„Brakuje rękojeści” – stwierdziłem – „Nie było jej w kuferku?”

„Nie”

„Co tam masz jeszcze?”

Podała mi pięć pożółkłych, zapisanych kartek. Papier był dosyć gruby i nierówny. Jak ręcznie czerpany karton ze znakami wodnymi. Format kartek zbliżony do A5, czyli do formatu zwykłego zeszytu szkolnego. Różniły się od siebie nieznacznie wielkością. Kartki zapisane były tylko po jednej stronie. Ręczne pismo dosyć staranne. Na każdej stronie dwanaście linijek tekstu. Litery i wyrazy tekstu były jakieś dziwne. Wszystko pochylone w lewą stronę. Litery tekstu tylko częściowo przypominały alfabet łaciński. Przyglądałem się im chwilę. Zaciekawiły mnie te znaki wodne, jednak nie mogłem je dokładnie obejrzeć.

„Tu są znaki wodne, jak na banknotach. Trochę tu ciemno. Nie mogę je odczytać. Masz gdzieś mocniejsze oświetlenie?” – zapytałem

„Przy biurku w sypialni mamy mocną lampę biurową”

Przeszliśmy do sypialni. Stało tam biurko przy którym czasami pracował Józek a które w zasadzie używała Zosia gdy potrzebowała, jak to ona nazywała „poprawić urodę”. Nad biurkiem wisiało dosyć duże lustro z dwiema lampami po bokach. Obok stała typowa lampa biurowa. Usiadłem przy biurku i ją włączyłem. Miałem teraz przed sobą dobrze oświetloną kartkę ale wciąż znak wodny był niezbyt widoczny. Uniosłem ją do góry z nadzieją, że w ten sposób ukaże się ten znak wodny w całej okazałości.

Zosia stała z boku i chyba się zorientowała o co mi chodzi. Włączyła lampy przy lustrze. Odruchowo odłożyłem kartkę na biurko i spojrzałem w lustro. I w tym momencie doznałem olśnienia. A właściwie nie tyle doznałem olśnienia, co ujrzałem w lustrze obraz kartki i tekstu.

„O! cholera!” – wykrzyknąłem – „Popatrz Zosiu! Ten tekst trzeba czytać w lustrze! Że też komuś chciało się tak pisać”

„Co jest napisane na tej kartce?”

„Nie wiem. To chyba po łacinie”

„A ten znak wodny?”

Podniosłem kartkę do lampy. Nie były to znaki wodne tylko jakieś zgrubienia w strukturze papieru. Na pozostałych kartkach tekst napisany był w ten sam sposób i to co brałem za znaki wodne, znakami nie było.

„To nie są znaki wodne. Ten papier jest czerpany, dosyć gruby. To są jakieś zgrubienia i nierówności” – wyjaśniłem

„Czyli w dalszym ciągu nic nie wiemy. Masz jakiś pomysł, co robić dalej?”

„Nic mi do głowy nie przychodzi…Chyba trzeba będzie poszukać kogoś kto przetłumaczy ten łaciński tekst – to po pierwsze. Po drugie – odwiedzę jutro tego dyrektora administracyjnego w szpitalu. Może dowiem się coś ciekawego…”

„Chcesz, żebym z tobą poszła?”

„Ciebie znają w szpitalu. Lepiej się tam nie pokazuj. Przynajmniej na razie”

Przyznała mi rację. Zrobiło się już bardzo późno. Chciałem zabrać tylko te pięć kartek. Zosia nalegała abym zabrał cały kuferek razem z czapką górniczą i połamaną szpadą. Nie miałem ochoty przeciwstawiać się i nieco niechętnie zgodziłem się na to.

Wyszedłem od Zosi kilka minut po północy. Trochę dziwnie czułem się z tym kuferkiem w pustej i dosyć mrocznej klatce schodowej. Chwilę mocowałem się z drzwiami wyjściowymi na dole. Automat wyłączył światło na klatce schodowej. Drzwi nie chciały się otworzyć. Zacząłem po omacku szukać włącznika światła. Nagle usłyszałem za sobą jakiś szmer. Odwróciłem się gwałtownie i spanikowanym głosem zapytałem bardzo głośno

„Jest tu ktoś?!”

Jednocześnie poczułem że ktoś stawia coś na mojej stopie

„Odwal się ode mnie, do cholery!” – krzyknąłem

Upuściłem kuferek. Wypadające z niego kawałki szpady zadźwięczały głośno na posadzce. Dźwięk ten zlał się razem z wrzaskiem uciekającego z pod moich nóg kota na którego spadł kuferek

„Co to za hałasy po nocy?!” – odezwał się gość stojący w uchylonych drzwiach najbliższego mieszkania

„Przepraszam najmocniej. Nie mogę drzwi otworzyć” – wyjaśniłem, chowając upuszczone rzeczy do kuferka

„Trzeba szarpnąć solidnie do siebie!” – wściekłym głosem poradził gość

Zanim zamknął za sobą drzwi mieszkania, wspomniał coś o łachudrach pętających się w nocy po klatkach schodowych.

Do domu przyjechałem o wpół do pierwszej. Już w samochodzie postanowiłem, że nie położę się wcześniej spać, póki nie przepiszę tekstu z kartek tak abym mógł dać to komuś do przetłumaczenia na polski.

Ponieważ moja żona nie ma takiego lustra jakie ma Zosia, chwilę czasy zabrało mi zdjęcie drzwiczek z lustrem z szafki w łazience. Ustawiłem je na stole przy którym zwykle siedzę i zajmuję się swoim hobby. Lustro oparłem o ścianę i podparłem książkami, tak aby się nie przewróciło. Potem zrobiłem sobie kawę.

Przebrałem się w piżamę i w końcu byłem gotowy do pracy. Otworzyłem kuferek, wyjąłem kartki. Kuferek odstawiłem na podłogę. Nad pierwszą kartką ustawiłem moją lampę biurową. Lubię mieć dobrze oświetlone miejsce pracy. Zabrałem się za przepisywanie tekstu odczytanego w lustrze do zeszytu. Nie znam łaciny ale doszedłem do wniosku, że to nie jest przeszkodą aby dokładnie litera po literze przepisywać tekst.

Pierwszą kartkę przepisałem dosyć szybko. Gdy położyłem na stole drugą, odezwał się telefon. Zdziwiłem się bardzo gdy zobaczyłem na wyświetlaczu godzinę za dziesięć drugą i że to dzwoni Helena

„No, nareszcie! – usłyszałem – „Dlaczego nie odbierasz telefonów?! Od zmysłów odchodzę wyobrażając sobie co ci się mogło stać…”

„Nic mi się nie stało, kochanie” – przerwałem jej – „Nie widzę, abyś dzwoniła. Nie mam żadnej nieodebranej rozmowy na telefonie”

„Już od dawna mówiłam ci, abyś zmienił aparat na nowszy. Ale mniejsza z tym. Dzwonię od piątej, jak tylko obudziłam się po poobiedniej drzemce. Straszny koszmar mi się śnił. Dlatego dzwonię. Co w domu? Czy nic się tobie nie stało?”

„Co miało się stać? Wszystko jest w porządku”

„To dlaczego nie śpisz o drugiej w nocy?”

„Bo mnie obudziłaś” – skłamałem

„Nie kłam. Nie spałeś. Odebrałeś telefon po pierwszym sygnale i nie jesteś zaspany”

Zignorowałem to.

„Powiedz o co ci chodzi. Co ci się takiego śniło, że jesteś taka zdenerwowana”

„Śniło mi się, że zrobiłeś to co Józek…”

„Jaki Józek?!” – zapytałem udając zdziwienie.

Wiedziałem oczywiście o jakim Józku mówi. Zaniepokoiło mnie, że Helena wspomniała Józka. Dziwny zbieg okoliczności, czy coś innego?

„Co innego?…,Idioto” – skarciłem się w myśli – „Czyżbym uległ już tej konspiracyjnej atmosferze jaka się wytworzyła w koło zniknięcia Józka?”

„Jak to jaki Józek…Wrocławski, oczywiście. Zniknął i zostawił Zosię samą. Śniło mi się, że zrobiłeś to samo. Zwiałeś i mnie zostawiłeś. Wiesz jak się przestraszyłam. Jak tylko się obudziłam chwyciłam za telefon aby zadzwonić do ciebie a ty nie odbierałeś…”

„Helenko…” – próbowałem przerwać potok jej słów – „Helenko, kochanie…Józek nie żyje”

„No co ty?! Udzieliło ci się od Zosi?”

„Wyszły na jaw nowe fakty. Opowiem jak wrócisz. Teraz kończymy tą rozmowę i staramy się usnąć. Dobranoc kochanie i pamiętaj, nie zamierzam cię opuścić”

„Dobranoc” – odpowiedziała niepewnie

Przeszedłem do kuchni zrobić sobie drugą kawę. Gdy wróciłem do pokoju poczułem dziwny zapach. Nie mogłem zlokalizować jego źródła. Dopiero gdy usiadłem przy stole, zauważyłem, że kartka którą przyszykowałem do odczytywania tekstu w lustrze nagrzała się bardzo od stojącej nad nią lampy i zdeformowała. Chciałem ją odsunąć spod lampy i wtedy zaczęła się kruszyć. Kichnąłem gwałtownie gdy sproszkowane resztki kartki dostały się do nosa.

„Aha, to stąd ten zapach” – zauważyłem

Próbowałem ratować rozsypującą się kartkę ale się nie udało. Tylko na kilku niewielkich fragmentach mogłem odczytać kilka liter. Trudno. Zabrałem się za trzecią kartkę. Przepisałem trzy linijki i znów odezwał się telefon. Tym razem to nie Helena dzwoniła.

Na wyświetlaczu widniał jakiś zagraniczny numer zaczynający się na plus trzydzieści dziewięć. Nic mi on nie mówił. Z pewnością jakaś pomyłka. Oddaliłem połączenie naciskając ikonkę z czerwoną słuchawką.

Powróciłem do przepisywania tekstu. Nie dane mi było zrobić to w spokoju. Po kilku minutach znowu odezwał się telefon. Ten sam numer pojawił się na wyświetlaczu. Znowu nie odebrałem połączenia. Powtórzyło się to jeszcze dwa razy.

Z reguły nigdy nie wyłączam telefonu. Tym razem jednak zamierzałem to zrobić. Gdy tylko wziąłem telefon do ręki znowu się odezwał sygnał. Tym razem dzwoniła Helena.

„Czemu nie odbierasz telefonu gdy ludzie do ciebie dzwonią?!” – zaczęła bez wstępu zaspanym głosem

„Nikt nie dzwonił” – skłamałem ponownie

„Józek obudził mnie w środku nocy i skarży się, że nie odbierasz jego telefonów. Dzwonił do ciebie kilka razy…”

„Jaki Józek?!” – wykrzyknąłem przestraszony

„Jak to jaki? Przecież dopiero co o nim mówiliśmy”

„Józek nie żyje…”

„Przestań pleść głupoty. Odbierz telefon jak zadzwoni. Jest już w pół do czwartej!…Dobranoc”

Zakończyła rozmowę zanim zdążyłem odpowiedzieć. Zastanawiałem się przez kilka minut nad tym co mi powiedziała. Jeżeli Józek do niej dzwonił, to znaczy, że to wszystko co dowiedziałem się kilka godzin wcześniej od Zosi i od tego narzeczonego tragicznie zmarłej pielęgniarki to jakieś nieporozumienie.

W tym momencie przypomniał mi się ten tragiczny wypadek, a raczej zabójstwo którego byłem świadkiem. Muszę przyznać, że w głowie miałem totalny chaos. Nie mogłem zebrać myśli. Na pewno nie przyczyniła się do tego późna pora, prawie czwarta nad ranem.

Bardzo często siedzę do rana i rozwiązuję znane zagadnienia matematyczne. To takie trochę dziwne hobby. Nie męczę się przy tym, ale teraz poczułem ogromne znużenie i ból głowy. To chyba przez ten zapach spopielonej kartki. W dalszym ciągu go czułem. Mimo wyrzucenia resztek kartki do śmieci zapach unosił się w powietrzu. Nawet wydawało mi się, że stał się bardziej intensywny.

Pomyślałem że wypicie piwa dobrze mi zrobi. Wypiłem dwa. Postanowiłem przerwać przepisywanie tekstu. Schowałem wszystko do kuferka. Wyłączyłem lampę biurową i przez chwilę zastanawiałem się, czy nie odstawić lustra na miejsce. Jednak doszedłem do wniosku, że będzie mi potrzebne następnego dnia.

Udałem się do łazienki, potem do sypialni. Już leżałem kiedy zadzwonił telefon. Ten sam zagraniczny numer. Tym razem odebrałem rozmowę

„Szwedowski, słucham”

„No, nareszcie Wojtuś. Czemu wcześniej nie odbierałeś telefonu?”

Poznałem jego głos od razu, jednak zapytałem

„Przepraszam. Z kim mam przyjemność…”

„Jak to z kim? Nie poznajesz mnie? To ja Józek Wrocławski!”

„Przecież ty nie żyjesz…”

„Jak nie żyję, jak żyję” – zaśmiał się

Ten jego szyderczy nieco śmiech zdenerwował mnie

„Słuchaj! Od kilkunastu godzin wysłuchuję niesamowitych historii o twoim zniknięciu. Zosia wierzy, że nie żyjesz. Byłem świadkiem śmierci pielęgniarki, która się tobą opiekowała w szpitalu. Opowiedziała Zosi, że uległeś samospaleniu. Siedzę teraz nad zawartością kuferka…” – przerwałem

Zdałem sobie sprawę, że się zgalopowałem. Nie powinienem wspominać o kuferku

„Ja właśnie w tej sprawie dzwonię…”

„Mam nadzieję, że mi to wszystko wyjaśnisz” – przerwałem mu – „Gdzie ty w ogóle jesteś? Skąd dzwonisz?”

„Wszystko ci wyjaśnię ale nie przez telefon. Mam nadzieję, że wkrótce się spotkamy…”

„Gdzie jesteś?!” – przerwałem mu

„Nie przerywaj mi. Zaraz będę musiał zakończyć tą rozmowę. Pytasz gdzie jestem. Snuję się trochę po świecie. Teraz jestem w Vinci we Włoszech…”

„Gdzie?!”

„ W Vinci. Jakieś czterdzieści kilometrów od Florencji. Słuchaj, nie to jest teraz ważne. Mam mało czasu. Chcę ci powiedzieć abyś nie tracił czasu na przepisywanie tych kartek z mojego kuferka…”

„Co?!! Skąd to wiesz?!!!”

„Wyjaśnię ci to jak się spotkamy. Teraz nie mam czasu. Daj sobie spokój z tymi kartkami. Chcę abyś zrobił coś ważniejszego niż ten łaciński tekst…”

„Nic nie zrobię dopóki się nie dowiem co jest napisane na tych cholernych kartkach”

„Głupawe wiersze. Mistrz w zasadzie posługiwał się tylko łaciną. Pisał wiersze, chociaż, niestety nie miał talentu w tym kierunku. Dosyć naiwne, takie bardziej, jak by to powiedzieć, szkolne. Nie zawracaj sobie teraz tym głowy…”

„Jaki mistrz, do cholery” – znowu mu przerwałem – „O czym ty pieprzysz?”

„Słyszałeś o nim. Jak się spotkamy poznasz go osobiście. Słuchaj, czasu jest coraz mniej. Musisz powstrzymać Hansa Wolfa…”

„Co za Wolfa?!”

„Nie przerywaj! On zabił ….”

Jakieś szumy i trzaski zaczęły zagłuszać rozmowę

„Halo! Słabo cię słyszę!” – krzyknąłem

„Tylko” – szum i trzaski – „powstrzymać…” – znowu szum – „…o pierwszej w nocy…”

Tym razem rozmowa zakończyła się definitywnie. Wykrzykiwałem jeszcze przez jakiś czas „Halo!” do telefonu ale nie było żadnej odpowiedzi. Spróbowałem oddzwonić na ten numer z którego Józek dzwonił ale nikt nie odbierał telefonu.

Obudziłem się z ogromnym kacem. Dopiero po chwili dotarło do mnie, że to nie kac tylko potworny ból głowy. Jeszcze chwila upłynęła nim do mojej świadomości dotarły wspomnienia poprzedniego dnia. Spojrzałem na zegarek. Dziewiąta pięćdziesiąt. Zerwałem się z łóżka zrzucając przy tym telefon na podłogę

„Co on robił w moim łóżku?” – zdziwiłem się

Bateria była całkowicie rozładowana

„Dlaczego nie podłączyłem go do ładowarki?” – zastanawiałem się

Zawsze pamiętam o tym aby na noc podłączyć telefon do ładowarki która jest na stoliku nocnym przy łóżku.

„Aha! Józek dzwonił jak już byłem w łóżku” – przypomniałem sobie

Podłączyłem telefon do ładowarki i przeszedłem do kuchni wstawić wodę na kawę. Po drodze ze zdziwieniem popatrzyłem na lustro ustawione na stoliku

„Po jaką cholerę ono tam…Aha…pieprzone kartki” – przypomniałem sobie

Pierwsze łyki mocnej kawy sprawiły, że fragmenty tego co pamiętałem z poprzedniego dnia ułożyły się w całość

„Muszę zadzwonić do Józka” – zadecydowałem

Przeszedłem do sypialni. Telefon był już na tyle podładowany, że mogłem go użyć nie odłączając od ładowarki. Niestety nie mogłem odszukać w nim połączeń zaczynających się numerem kierunkowym plus trzydzieści dziewięć.

„Chyba ta rozładowana bateria sprawiła, że w pamięci telefonu nie zapisały się ostatnie połączenia” – próbowałem sobie tłumaczyć

Nie znam się ani trochę na telefonach i na tym na jakiej zasadzie one działają, ale instynktownie zdawałem sobie sprawę z tego, że to moje tłumaczenie jest bardzo nieprawdopodobne. Szkoda, że nie zapamiętałem całego numeru do Józka, tylko ten kierunkowy utknął mi w głowie

„Zaraz!” – olśniło mnie – „Józek dzwonił do Helenki. Może w jej telefonie zachował się jego numer”

Wybrałem numer do niej. Chwilę trwało zanim ją usłyszałem. Po krótkim przywitaniu poprosiłem

„Podaj mi numer telefonu do Józka”

„Przecież znasz go, a po za tym, po co ci on? Józka komórka jest u Zosi. Oddali jej z wszystkimi rzeczami Józka…”

„Nie o ten mi chodzi” – przerwałem jej zirytowany – „Podaj mi ten numer telefonu z którego Józek dzwonił do ciebie wczoraj”

„O czym ty mówisz? Z Józkiem miałam kontakt ostatni raz przed ich wyjazdem kamperem do Pragi. Byłeś przy tym”

Zaskoczyła mnie tym stwierdzeniem totalnie. Nie wiedziałem co powiedzieć. Musiałem milczeć dłuższą chwilę, bo usłyszałem jej zaniepokojony głos

„Halo! Wojtuś. Coś się stało? Dlaczego nic nie mówisz?. Słyszysz mnie?”

„Tak. Tak, kochanie, słyszę cię”

„O co chodzi z tym Józkiem? Nic nie rozumiem”

„Słuchaj uważnie”- starałem się mówić spokojnie – „Zadzwoniłaś do mnie wczoraj, to znaczy dzisiaj w nocy o drugiej z pretensjami, że nie odbieram twoich telefonów…”

„No, bo nie odbierałeś” – przerwała mi – „Wiesz jak się niepokoiłam”

„Tak. Tak, a potem zadzwoniłaś jeszcze raz, ponieważ Józek prosił cię o interwencje…”

„Że co?! O czym ty mówisz? Że Józek dzwonił do mnie?”

„No tak mi powiedziałaś!”

„Ależ skąd! Ani on nie dzwonił do mnie, ani ja do ciebie. Śniło ci się, albo za dużo piwa wyżłopałeś!”

Chwilę milczałem. Przestałem być pewien czy te telefony miały miejsce, czy może jest tak jak mówi Helena, że musiało mi się to przyśnić

„Helenko, zapomnij o tym co mówiłem. Wczorajszy dzień był dla mnie bardzo ciężki. Jestem przemęczony. Masz rację. Musiało mi się coś przyśnić”

„No wiesz Wojtuś, niepokoisz mnie. Bilet na samolot mam wykupiony na środę w przyszłym tygodniu, ale chyba przylecę wcześniej”

„Nie. Nie. Nie trzeba. Muszę po prostu odpocząć kilka godzin. Zostań w Uppsali, tak jak planowałaś. Pozdrów Jolę i Larsa. Wyściskaj naszą wnuczkę. Nie martw się o mnie”

Wypowiedziałem jeszcze kilka zdań mających uspokoić Helenę i zakończyłem rozmowę. Wziąłem zimny prysznic. Zrobiłem sobie jeszcze jedną mocną kawę ubrałem się. Wpół do dwunastej zaraz. Pól dnia straconego. Zastanawiałem się co mam dzisiaj do zrobienia. Przypomniałem sobie, że miałem iść do szpitala porozmawiać z dyrektorem administracyjnym. Dobrze byłoby zadzwonić tam i spróbować się z nim umówić.

Usiadłem do komputera. Znalazłem numery telefonów do szpitala. Panienka w centralce połączyła mnie z dyrektorem Mariuszem Kędzierskim. Poprosiłem go o spotkanie w pilnej sprawie jeszcze dzisiaj. Zapytał oczywiście o co chodzi. Odpowiedziałem, że to nie jest rozmowa na telefon, że polecił mi pan Zenon Knapik, aby się z nim skontaktować, że chodzi o śmierć jego narzeczonej

„Proszę przyjechać jak najszybciej…Albo nie. Niech pan przyjedzie o szesnastej” – przerwał mi

„Będę u pana punktualnie” – odpowiedziałem

Potem zadzwoniłem do Zosi. Zenon Knapik jeszcze się do niej nie odezwał. Nie mówiłem jej o tych rozmowach z Józkiem które mi się być może tylko śniły. Nie chciałem zamieszać jej w głowie. Powiadomiłem tylko, że wybieram się do szpitala na rozmowę z dyrektorem i że zadzwonię gdy od niego wyjdę. Poprosiłem, aby natychmiast zadzwoniła gdy tylko dowie się coś od Knapika.

Do szpitala przyjechałem o piętnastej. Chciałem się rozejrzeć po okolicy. Zajrzeć do środka o ile byłoby to możliwe.

Parkując samochód na parkingu przed szpitalem, zauważyłem go. Stał przy wyjściu z parkingu w stronę głównego wejścia do szpitala. Zenon Knapik najwyraźniej czekał na mnie. Zauważył mnie gdy się do niego zbliżałem.

„Czekam na pana od dwóch godzin. Mam coś bardzo ważnego” – powiedział bez przywitania

Rozglądał się przy tym niespokojnie dookoła. Był bardzo zdenerwowany.

„Dzień dobry” – przywitałem się – „Nie umawialiśmy się…”

„Dzień dobry… Tak, oczywiście. Nie umawialiśmy się. Obiecałem pani Wrocławskiej dostarczyć dowody na to, że to nie prawda, iż jej mąż uciekł ze szpitala. Mam ze sobą dokument potwierdzający to co widziała Małgosia, ale…” – przerwał.

Nie poganiałem go  

„Nie mogę przekazać je pani Wrocławskiej. On będzie je u niej szukać”

„Nie rozumiem. Kto i co będzie szukać?”

„Profesor. Włamałem się do jego mieszkania. Zabrałem stamtąd pewne rzeczy, dowody. On wie, że to ja zrobiłem. Będzie chciał je odzyskać”

„Jest pan pewien, że on wie kto się włamał?”

„Tak. W mieszkaniu są kamery. Przesyłają obraz na żywo do jego telefonu…”

„No to ma pan sprawę o włamanie…”

„Sprawy nie będzie. On tego nie zgłosi na policję. On chce mnie zabić”

„Skąd takie przypuszczenie?”

„To nie przypuszczenie. Powiedział mi to”

„Nic nie rozumiem”

Zenon Knapik rozejrzał się w koło. Widać było po nim, że nie czuje się bezpiecznie na parkingu przed szpitalem. Zaproponowałem aby kontynuować rozmowę w moim samochodzie. Zgodził się chętnie. Gdy znaleźliśmy się w samochodzie powiedziałem

„Zamieniam się w słuch”

„W jego gabinecie w szpitalu już byłem. Wczoraj po wyjściu z mieszkania pani Wrocławskiej pojechałem prosto na Sienkiewicza pod dom w którym mieszka profesor. Czekałem w samochodzie całą noc. Wyszedł z domu tuż po siódmej. Odczekałem pół godziny i wszedłem do mieszkania…”

„Tak, po prostu wszedł pan…”

„Mam swoje sposoby. Otworzyłem drzwi bez problemu… Zauważyłem kamery. Od razu się włączyły. Nie ukrywałem się. Oceniłem, że mam dziesięć minut. Zgarnąłem z biurka do torby wszystkie notatki i zeszyty. Laptop też, ale nie umiem się do niego włamać. W szafce pod biurkiem znalazłem bardzo stare pudełko od butów napisy na nim wskazywały na sklep Bata w Berlinie. Nie było w nim butów oczywiście. Były stare niemieckie dokumenty i fotografie. Gdy je pospiesznie przeglądałem włączył się jakiś głośnik w pokoju. On mnie widocznie widział przez te kamerki. Zdenerwowany krzyczał abym nic nie ruszał to nie zawiadomi policji. Nie wiem czy on mnie słyszał, ale odpowiedziałem, że wiem, że zabił Małgosię i że znalazłem co chciałem znaleźć. Odpowiedział, wściekły, że jeszcze dzisiaj mnie zabije…Kilka minut później byłem w samochodzie. Gdy odjeżdżałem widziałem jak podjechał pod dom. Nie widział mnie. Pojechałem do lasu za miastem. Przejrzałem wszystko co zabrałem…”

Szarpał się chwilę z zamkiem błyskawicznym obszernej kieszeni kurtki. Wyjął z niej notes

„Tu są jego zapiski. Nie wiem dlaczego po niemiecku. Pisze, że nowa dieta się sprawdziła, ale żeby nastąpił samozapłon musi zadziałać, jak to on nazwał – zapalnik. Dalej pisze, że tym zapalnikiem jest motywacja jaką należy u pacjenta wywołać, albo wzmocnić jeśli się zauważy pewne skłonności do rozdwojenia jaźni. Dalej pisze, że pacjent Wrocławski nadawał się idealnie do testu. Wiedział o nim wszystko, o porażeniu piorunem i późniejszym leczeniu. Sprawił, że po wypadku w górach, trafił do tego szpitala”

„Interesujące, ale to jeszcze nie dowód że Wrocławski nie uciekł ze szpitala” – zauważyłem

„Chwileczkę. Zaraz do tego dojdę”

Zenon Knapik przerzucił kilka kartek w notesie

„O! tu. Niech pan słucha. Pisze, że zdziwiła go mała ilość popiołu po pacjencie…Ubolewał, że sam moment spalania zaobserwował świadek. Pisze dalej, że musi coś z tym zrobić. Dalej pisze, że nie sprawiło mu trudności przekonanie dyrekcji szpitala do wyjścia na zewnątrz z komunikatem o ucieczce pacjenta. Dalej są jakieś medyczne szczegóły. I stwierdzenie, że należy kontynuować doświadczenia na właściwych pacjentach”

Spojrzał na mnie oczekując mojej reakcji. Milczałem nie wiedząc co powiedzieć

„No i co pan na to?” -zapytał

„Nie wiem. Trzeba to pokazać prawnikom, dowiedzieć się, czy to może być dowód kłamstwa ze strony dyrekcji szpitala”

„O to Małgosi chodziło. Proszę przekazać to pani Wrocławskiej. Niech idzie z tym do prokuratora. Tylko ona może to zrobić. Jest żoną zmarłego o którego śmierci szpital kłamie. A tu mam coś jeszcze” – mówiąc to sięgnął do kieszeni

Wyciągnął kilka legitymacji, fotografie i chyba jakieś świadectwa.

„To było w pudełku po butach. Jest tego więcej. Tu mam tylko to co zrobiło na mnie największe wrażenie. O! widzi pan? Legitymacja oficera SS wystawiona na doktora Hansa Wolfa…”

„Jakie nazwisko?”

„Hans Wolf. Dlaczego pan pyta?”

„„Gdzieś niedawno słyszałem to nazwisko…Co pana zainteresowało w tej legitymacji?”

„Zdjęcie…”

„Nie rozumiem”

„Prawda. Zapomniałem, że pan nie widział profesora. Ten na tym zdjęciu podobny jest do niego kropka w kropkę. Przypuszczam, że to jego krewny. Może nawet ojciec. Legitymacja wystawiona jest w 39tym. To by wyglądało, że ten na zdjęciu to jego ojciec. Ale to nie wszystko. Tu jest przepustka do zamku Mittersill w Austrii do Instytutu Svena Hedina przy Ahnenerbe…”

Knapik spojrzał na mnie i oczekiwał reakcji z mojej strony. Milczałem. W mojej głowie coś mi zaczęło świtać

„Tu jest wystawiona delegacja dla niego na wyprawę do Tybetu. Wniosek wystawił profesor Frans Kruger. Motywował to tym, że doktor Hans Wolf jest jego asystentem. Prawie to samo zdjęcie. Tu jest dyplom uzyskania doktoratu z psychiatrii w 35tym, na uczelni w Freiburg im Breisgau. Poznaje pan? Ta sama osoba na zdjęciu”

„Tak, ma pan rację” – spojrzałem na zegarek – „Przepraszam. Musimy kończyć. Jestem już spóźniony na spotkanie z dyrektorem Kędzierskim. Proponuję spotkać się jutro…”

„Jutro będę daleko stąd. Więcej się nie zobaczymy. Proszę wziąć te dokumenty. Tu jest jeszcze kluczyk od skrytki w sklepie IKEA, zaraz przy schodach na piętro. Tam znajdzie pan resztę papierów z domu profesora, jego prywatny laptop i to pudełko od butów. Niech pan to dobrze wykorzysta. Żegnam pana. Proszę pożegnać ode mnie panią Wrocławską.”

Szybko wyszedł z samochodu. Nie zatrzymywałem go.

Spotkanie z dyrektorem Mariuszem Kędzierskim w zasadzie nic mi nie dało. Dowiedziałem się to co już mówił Zenon Knapik. Kędzierski słyszał o samospaleniu pacjenta, ale nie jest lekarzem i nie potrafi ocenić wiarygodności tego co słyszał.

Jeśli chodzi o profesora Wilczka to nic nie wie o tym aby robił eksperymenty na pacjentach. Profesor jest cenionym specjalistą. Zajmuje się głownie pacjentami chorymi na schizofrenię i tymi cierpiącym na DID.

„Co to jest?”

„DID to skrót z angielskiego: Dissociative Identity Disorrten. Zaburzenia dysocjacyjne, Czyli mówiąc inaczej rozdwojenie jaźni”

Po chwili kontynuował

„Zebrałem o nim trochę poufnych informacji. Oczywiście, mówię to panu w zaufaniu. Mam nadzieję, że zostanie to między nami” – powiedział ściszonym głosem – „Profesor Jan Wilczek ma wysoko postawionych protektorów. Jeśli ktoś mu się narazi potrafi szybko taką osobę zniszczyć”

„Tak, wiem. Słyszałem to od Zenona Knapika”

„Biedny Zenek. Jego narzeczona, nasza pielęgniarka, zginęła wczoraj w wypadku…”

„To nie był wypadek. Byłem świadkiem zdarzenia. Została rozjechana z rozmysłem. Zenon Knapik też to widział. Twierdzi że to profesor Wilczek siedział za kierownicą auta które najechało na jego narzeczoną. Teraz chce się zemścić. Profesor to wie i chce go uprzedzić…”

„Coś podobnego! Czy policja o tym wie?”

„Nie mam pojęcia, ale myślę, że się niebawem dowie”

„Teraz rozumiem zdenerwowanie profesora!. Wpadł do mnie przed południem i zażądał akt Knapika. Był bardzo wzburzony. Wie pan, prowadzę również sprawy kadrowe…”

„Dał mu je pan?”

„A co miałem zrobić?! Mam rodzinę i chcę dopracować tu do emerytury”

Potem dowiedziałem się, trochę różnych szczegółów o profesorze, Na ogół bez większego znaczenia, jak na przykład, że w młodości Wilczek studiował we Włoszech w Mediolanie historię sztuki, ale został relegowany z uczelni. Podejrzewano go o kradzież szkiców i notatek autorstwa Leonarda da Vinci.

Nic mu nie udowodniono, ale z uczelni musiał się wynieść. Przeniósł się do Fryburga Bryzowijskiego w Niemczech. Tam zrobił doktorat z psychiatri.

„Od kiedy jest profesorem?” – zapytałem

„Profesorem został w Wojskowej Akademii medycznej tu w Łodzi, osiem lat temu…”

„Panie dyrektorze” – przerwałem mu szeptem – „Czy mógłby pan pokazać mi jego akta personalne?. Wie pan, tak w zaufaniu”

„Chętnie, ale nie mam ich. Profesor Wilczek nie jest zatrudniony u nas. Jest oddelegowany. Jego akta personalne są w Wojskowej Akademii Medycznej”

„Wielka szkoda. Nawet nie wiem jak on wygląda”

„A, to zaraz pan się dowie”

Dyrektor podszedł do stalowej szafy biurowej. Wyciągnął z niej papierową teczkę. Położył na biurku i zabrał się za rozwiązywanie sznurka którym była związana, równocześnie informując mnie

„Mówiłem już panu, że zebrałem trochę informacji o nim” – otworzył teczkę – „Urodził się we 1950 w Austrii, w Mittersill. Matka Polka, ojciec Niemiec z Wrocławia. Zmarł w 56tym.

Matka z synem wróciła do Polski w 65. Osiedliła się w Łodzi .Wyszła ponownie za mąż za Stanisława Wilczka. Oboje zmarli w połowie lat siedemdziesiątych…”

„Czy ojciec profesora nazywał się Hans Wolf?” -zapytałem

„Zgadza się. Skąd pan wie?”

„Knapik mi to powiedział… Miał mi pan pokazać fotografię profesora” – przypomniałem

„A, tak. Proszę bardzo…”

Byłem przygotowany, że ujrzę kogoś podobnego do fotografii Hansa Wolfa które otrzymałem od Knapika. Mówił przecież, że profesor jest podobny do Wolfa. Jak się okazało zgadł nawet, że mogą być spokrewnieni. Ale to co ujrzałem zaskoczyło mnie kompletnie.

Gdyby nie świadomość, że Wilczek żyje tu i teraz a fotografie w dokumentach jego ojca zrobione były w latach czterdziestych i wcześniejszych, to dałbym głowę, że Wilczek i Wolf to ta sama osoba. Ogarnął mnie błyskawicznie pewnego rodzaju niepokój. Jeszcze te ich imiona i nazwiska. Jan Wilczek i Hans Wolf. Co za idiotyczny przypadek

„Zaraz. A może to nie jest przypadek?” – pomyślałem – „Jeśli nie przypadek, to co?”

Zaraz skarciłem się za to, że dopuszczam do siebie takie idiotyczne pytania

„Zaczynasz Wojtuś fantazjować. Trzymaj się ziemi. Na wszystko są racjonalne wytłumaczenia. Ziemia nie jest płaska. Duchów nie ma. Ludzie nie przenoszą się w czasie”

Z drugiej strony przecież to nie może być przypadek, że na przestrzeni kilkunastu godzin oglądam zdjęcia osób żyjących współcześnie, których podobizny znajdują się na fotografiach liczących kilkadziesiąt lat. Tylko czy Józek żyje? Wczoraj w nocy chyba z nim rozmawiałem. Nawet jeśliby okazało się, że to był sen, to Józek był współczesnym mi człowiekiem tak jak profesor…zaczęło mnie się kołować w głowie

„Czy dobrze się pan czuje?” – usłyszałem – „Bardzo pan pobladł”

„Wszystko w porządku. Nic mi nie jest. jestem bardzo zmęczony. Pracowałem prawie całą noc. Nie będę panu zabierał więcej czasu. Dziękuję że zechciał pan ze mną porozmawiać.”

Pożegnałem się i wyszedłem.

W głowie miałem kolosalny mętlik. Starałem sobie uporządkować myśli, ale nie potrafiłem tego zrobić. Nie wiem kiedy znalazłem się na parkingu.

Klakson samochodu za moimi plecami sprawił, że myślami wróciłem do rzeczywistości. Dłuższą chwilę szukałem samochodu. W końcu go znalazłem. Usiadłem za kierownicą i starałem się uspokoić. Zdawałem sobie sprawę, że w takim stanie w jakim się znajduję nie powinienem wyjechać na ulicę. Niemal podskoczyłem na dźwięk telefonu.

„Szwedowski, słucham. A to ty Zosiu”

„No i co się dowiedziałeś w szpitalu. Niecierpliwię się, że nie dzwonisz. Ten Knapik też się jeszcze nie odezwał. Nerwy mi puszczają. Wiesz co podali przed chwilą w wieczornym Dzienniku telewizyjnym”

„Nie mam pojęcia. Właśnie wyszedłem ze szpitala…”

„Ten profesor co się zajmował Józiem, zginął wieczorem w wypadku samochodowym. Tak samo jak ta pielęgniarka. Jakiś pirat drogowy wjechał na niego przed domem”

Byłem zaszokowany. Musiałem milczeć dłuższą chwilę ocknąłem się słysząc

„Halo! Jesteś tam?”

„Tak Zosiu. Jestem…Słuchaj Knapik nie przyjdzie do ciebie. Spotkał mnie przed szpitalem. Dał mi dokumenty mające poświadczyć prawdziwość tego co mówiła jego narzeczona, ale…”

„Co ale?” – przerwała mi

„Muszę nad nimi trochę posiedzieć. Nie wszystko jest dla mnie jasne. Ta śmierć profesora komplikuje sprawę. Myślę, że to Knapik go zabił. Zemścił się za narzeczoną…”

„Co ty mówisz?! Knapik?”

„Tak. W rozmowie ze mną przyznał, że to jego widział wtedy w samochodzie… Słuchaj. Jest już późno. Ósma się zbliża. Dzisiaj się nie zobaczymy. Uporządkuję dokumenty i wpadnę do ciebie jutro po południu”

Pożegnałem się i pojechałem prosto do Ikei. Zdążyłem przed zamknięciem o dwudziestej pierwszej.

Bez trudu odnalazłem szafki na bagaże. Zabrałem torbę zostawioną przez Knapika. Mimo, że nie mam zwyczaju jeść o tak późnej porze, to jednak przed powrotem do domu zdecydowałem się na wizytę w jednym z fast foodów. Kupiłem sobie hamburgera. Mój pierwszy posiłek tego dnia.

W domu byłem po dwudziestej drugiej. Najpierw zrobiłem sobie mocną kawę. Potem zdecydowałem, że nie będę sobie zawracał głowy kartkami z odwróconym łacińskim tekstem. Sprzątnąłem ze stołu lustro.

Wyjąłem wszystko z torby Knapika, oraz to co dostałem od niego na parkingu. Wyciągnąłem laptop profesora. Włączyłem. Był zabezpieczony hasłem dostępu. Być może nie jest to przeszkodą dla kogoś kto wie nieco więcej o komputerach niż ja. Mnie się nie udało złamać kodu. Zresztą spróbowałem tylko dwa razy. Słyszałem, że wiele osób idzie na łatwiznę i wybiera hasło typu 1,2,3 i 4. Sam miałem kiedyś takie. Ale hasło profesora musiało być inne.

Potem zacząłem segregować to co znalazłem w torbie. Muszę przyznać, że nie zaskoczyło mnie to co w niej było. W jakiś sposób spodziewałem się, że ujrzę to co ujrzałem. Było tam sporo notatników profesora. Niemal wszystkie pisane po niemiecku. Tylko dwa zapisane były po polsku. Jakiś tekst do wystąpienia na konferencji naukowej. Nic mi one nie mówiły. Za to pudełko od butów bardziej mnie zainteresowało, chociaż nie zaskoczyło.

Były tam luźne fotografie, stare niemieckie dokumenty. Dwie stare gazety. Breslauer Zeitung z piątku siódmego czerwca 1940 roku i druga, znacznie starsza Gelehrte Nachrichten z soboty trzynastego kwietnia 1889 roku.

Później udało mi się jako tako przeczytać neogotycki tekst i zorientowałem się, że jest to dodatek tematyczny do gazety Schlesisch Zeitung.

Mój niemiecki jest bardzo słaby, niestety nie przykładałem się do jego nauki w szkole, ale mimo to zorientowałem się, że chodzi o dodatek, jak byśmy go dzisiaj nazwali popularno-naukowy.

Dodatek składał się z czterech niewielkich stron. Na pierwszy rzut oka nie znalazłem nic co by mnie zainteresowało. Jakieś reklamy proszku do prania. Rycina uśmiechniętej Frau rozwieszającej pranie na sznurze przed idyllicznym domkiem, pół strony ogłoszeń.

Na ostatniej stronie artykuł o Leonardzie da Vincim. Rzuciłem tylko okiem na załączone szkice przedstawiające rysunki jego maszyny, jakiś fotel z pulpitem. To co na nim zauważyłem to jakieś urządzenie przypominające laptopa.

„Bzdura, Wojtuś” – skarciłem się w myśli – „Jesteś przewrażliwiony. Wszędzie widzisz laptopy i inne współczesne rzeczy”

Z trudem odczytałem podpis pod rysunkiem: eine Maschine zur Bewegung in Zeit und Raum, maszyna do poruszania się w czasie i przestrzeni.

„Już wtedy szajba ludziom odbijała” – pomyślałem.

Przejrzałem dodatek jeszcze raz, i nie znalawszy nic ciekawego odłożyłem na bok. Natomiast w gazecie z 40go roku od razu wpadł mi w oko reportaż z wyprawy do Tybetu. Załączonych było kilka zdjęć. Słabe technicznie jak większość fotografii w gazetach w tamtych czasach, ale wystarczająco wyraźne aby rozpoznać na nich widniejące osoby. Dwie z nich widziałem już wcześnie.

Profesor Frans Kruger i doktor Hans Wolf. Obaj w tropikalnych mundurach niemieckich z naszywkami SS. Zdjęcia zrobione były w jakimś skalistym wąwozie. Oprócz osób w mundurach, widoczne były trzy obładowane pakunkami muły i kilku niskich mężczyzn o azjatyckim wyglądzie. Domyśliłem się, że to tubylcy zatrudnieni do pomocy członkom ekspedycji.

Zainteresowało mnie to, ale nie zdziwiło. Odłożyłem gazety i kontynuowałem przegląd zawartości pudełka. Kilkanaście fotografii doktora Wolfa, część w mundurze, część w cywilnym ubraniu. Zawsze w otoczeniu innych , nieznanych mi osób, zarówno mężczyzn jak i kobiet. Żadne z nich nie miało podpisów na odwrocie. Jedynie stemple zakładów fotograficznych w których zostały wywołane.

W pudełku znajdował się zawinięty w szarą szmatkę i przewiązany sznurkiem spory, dosyć ciężki przedmiot. Ostrożnie rozsupłałem sznurek i rozwinąłem szmatkę. W ręku miałem rękojeść szpady z ułamaną głownią.

Tylko chwilę się jej przyglądałem. Nagłe olśnienie sprawiło, że zerwałem się gwałtownie z krzesła przewracając je. Sięgnąłem stojący na podłodze kuferek Józka. Szybko wydobyłem z niego trzy kawałki połamanej głowni szpady. Drżącymi rękoma ułożyłem je na stole w całość. Do ostatniego kawałka przyłożyłem rękojeść. Nierówny przekrój ułamania głowni szpady pasował idealnie do fragmentu kawałka głowni znajdującego się przy rękojeści.

Byłem zaszokowany. Skąd rękojeść szpady z kuferka Józefa znalazła się w posiadaniu doktora Wilczka? Przysunąłem do stołu stojącą lampę ze szkłem powiększającym, którą Helena używa gdy robi na drutach.

Siedziałem przy stole ponad godzinę. Oglądałem pod tym szkłem powiększającym każdy kawałek szpady bardzo dokładnie. Zwłaszcza to przełamanie na kawałku głowni przy rękojeści i tym kawałku głowni z kuferka Józka, który do tego pasował.

Łudziłem się, że może się jednak mylę. Może te kawałki nie pasują do siebie, no bo przecież nie mogłem sobie wytłumaczyć jak one mogły się znaleźć w dwóch tak różnych miejscach.

„Zaraz! A może Józek znał profesora Wilczka?” – pomyślałem nagle

Złapałem telefon. Zosia odebrała rozmowę dopiero po piątym sygnale

„Co się stało, że dzwonisz tak późno?” – zapytała zaspana – Pierwsza minęła”

Nie bawiąc się w grzeczności zapytałem

„Czy Józek znał profesora Wilczka?”

„No przecież go leczył…”

„Chodzi mi o to czy Józek znał go wcześniej. Z przed wypadku?”

„Nie. No coś ty! Skąd miałby go znać?”

„Jesteś pewna, że się nie znali?”

„Oczywiście! Skąd mieliby się znać…Słuchaj, o co ci chodzi z tym profesorem?”

„Przepraszam Zosiu. Jutro wszystko ci wyjaśnię. Śpij dobrze”

Nie czekając na odpowiedź zakończyłem rozmowę. Przeszedłem do kuchni sięgnąć z lodówki piwo.

„Cholera! Skończyło się!”

Czułem, że muszę się napić. Od pół roku nie piję nic mocniejszego niż piwo, ale tym razem zrobiłem wyjątek. W barku znalazłem „dyżurną” butelkę whisky dla gości. Nalałem sobie pełną szklaneczkę. Potem drugą.

Usiadłem z powrotem do stołu. Jeszcze przez chwilę przyglądałem się szpadzie, a potem gwałtownym ruchem ręki zrzuciłem je na podłogę.

„Co tam jeszcze jest w tym zasranym pudełku?” – zastanawiałem się Zajrzałem do niego. Puste. Rzuciłem na podłogę. Kiedy upadło wyleciała z niego brunatna kartka papieru.

Nie zauważyłem jej wcześniej ponieważ leżała na dnie i kolorem przypominała kolor pudełka. Podnosząc ją z podłogi o mało się nie przewróciłem. Z trudem usiadłem przy stole. Spojrzałem na kartkę i w tedy zauważyłem rysunek wykonany piórkiem. Widziałem ten rysunek wcześniej

„Cholera! Maszyna do poruszania się w czasie i przestrzeni Leonarda da Vinci…Muszę się napić”

Obudziłem się z potwornym bólem głowy. Dopiero po chwili dotarło do mnie, że dzwoni telefon. Chwilę trwało zanim go znalazłem

„Szwedowski, słucham…”

„Nie powinieneś pić, Wojtuś. Lekarz stanowczo ci zabronił” – Józek powiedział to karcącym głosem

„Skąd wiesz, że piłem?”

„Czuję twój zapijaczony oddech przez telefon” – zażartował ze śmiechem

„Musiałem się napić. Józuś, ty nie wiesz z czym mam do czynienia. Nic nie pojmuję” – starałem się wytłumaczyć

„Schlałeś się…”

„Nie schlałem się” – przerwałem mu – „Tylko…”

„Tylko wyżłopałeś całą butelkę whisky. Mniejsza z tym. Mam dla ciebie propozycję…”

„Zaczekaj chwilę. Muszę iść do łazienki”

Odłożyłem telefon i podniosłem się z krzesła na którym spałem. Zauważyłem, że zbliża się trzecia piętnaście.

Tak naprawdę wcale nie potrzebowałem iść do łazienki. Chciałem mieć kilka minut dla siebie aby zebrać myśli przed dalszą rozmową z Józkiem. Mimo bólu głowy i nagłego wybudzenia dobrze pamiętałem co sprawiło, że sięgnąłem po butelkę. Ta cholerna szpada nie dawała mi spokoju.

Rysunek Leonarda da Vinci i jego rycina w gazecie przestała mnie szokować. Dyrektor Kędzierski wspomniał przecież, że Wilczek był podejrzany o kradzież rysunków Leonarda. Wydawało mi się to logicznym wytłumaczeniem obecności rysunku w jego rzeczach, ale ta szpada… Zdecydowałem, że muszę bardzo stanowczo zażądać szczegółowych wyjaśnień. Po wyjściu z łazienki poczułem dziwny zapach. Nie zastanawiałem się jednak nad nim. Chciałem jak najszybciej rozmówić się z Józkiem. Chwyciłem telefon

„Słuchaj. Musisz mi wszystko wyjaśnić. Zacznijmy od tego: gdzie jesteś?”

„Blisko ciebie…”

„Przestań żartować. Widzę na telefonie, że dzwonisz z zagranicy. Wczoraj mówiłeś, że jesteś we Włoszech”

„Bo tak było ale się zmieniło. Mam włoski telefon, dlatego widzisz kierunkowy plus trzydzieści dziewięć”

„No więc, gdzie jesteś teraz, do cholery?!”

„Blisko ciebie. Ale zanim powiem coś więcej, muszę cię przyszykować…”

„Przyszykować?…Na co?” – przerwałem mu

„Nie przerywaj mi…Chciałem abyś powstrzymał Hansa Wolfa. Szykował się do kolejnego morderstwa. Ostatnią jego ofiarą była siostra Małgosia. Następną miał być jej narzeczony, ale sprawa się rozwiązała bez twojego udziału”

„Co ty pieprzysz, Józek?!”

„Nie przerywaj mi!” – krzyknął gniewnie

Miałem takie wrażenie, jakbym usłyszał go za plecami. Odruchowo odwróciłem się. Nikogo poza mną nie było w pokoju

„Nie oglądaj się. Jestem dla ciebie niewidoczny. Staraj się wysłuchać mnie spokojnie do końca. Znamy się od lat i wiem że potrafisz zapanować nad nerwami. Jestem przy tobie. Nic ci nie grozi”

Moja wściekłość na niego błyskawicznie zmieniła się w przerażenie. Nie obawiałem się, aby mi coś groziło. Przerażało mnie to, że nic nie rozumiałem.

Okazało się, że moje wykształcenie techniczne oparte o nauki matematyczno-przyrodnicze nie wystarczało do zrozumienia wydarzeń ostatnich dwóch dni. A może rzeczywiście się schlałem

„Nie ruszę więcej alkoholu. Nawet piwa” – przyrzekłem sobie w duchu

Józek coś mówił ale nic do mnie nie docierało. Nie mogłem się skupić nad tym co mówił. W jakiś podświadomy sposób uparcie chciałem sobie wszystko to co przed chwilą usłyszałem poukładać i wyjaśnić w racjonalny sposób

„Słuchaj co do ciebie mówię!” – krzyknął

„Tak. Słucham”

„Wiem, że domyślasz się, że nie ma mnie wśród żywych, ale bronisz się przed uznaniem tego faktu za prawdziwy. Podkreślam: to jest fakt. Też tak miałem. Też broniłem się przed przyjęciem do wiadomości, że są sprawy i zdarzenia które nie dadzą się wytłumaczyć w racjonalny sposób. Mamy to samo wykształcenie… Mistrz mnie przekonał, że w naszym wykształceniu są duże braki…”

„Jaki mistrz do cholery?!”

„Przecież się domyślasz. Przyznaj się sam przed sobą. Wiesz że chodzi o Leonarda da Vinci…”

„Chcesz mi powiedzieć, że ten jego naiwny rysunek przedstawia maszynę do podróży w czasie za pomocą której przeniósł cię tam gdzie jesteś?” – zapytałem kpiąco

„Oczywiście, że nie. Rysunek zrobił po to aby go podrzucić filmowcom i ich scenarzystom, którzy nakręcili kilka filmów o podróżach w czasie…”

„Co ty pieprzysz, Józiu! Gdzie Leonardo a gdzie filmy?! Kto tu się schlał?!”

„Później to zrozumiesz. Oczywiście, że nie ma żadnej maszyny do podróży w czasie. Mistrz u schyłku życia zaczął studiować chemię. Bardzo szybko skupił się na jednej dziedzinie chemii organicznej. Dzisiaj nazywamy to chemią supramolekularną. Wiesz o czym mówię. Liznęliśmy to trochę na uczelni. Mistrz poszedł dalej. Skupił się na słabych oddziaływaniach międzycząsteczkowych, pamiętasz chyba siły van der Waalsa, słabe wiązania wodorowe…”

„Przestań. Przejdź do rzeczy” – zażądałem

„Masz rację. Krótko mówiąc mistrz doszedł do wniosku, że spalając ciało w specjalny, kontrolowany sposób można przenieś nienaruszoną świadomość człowieka w dowolne miejsce i w dowolny czas. Coś jak faks. Wyobraź sobie że twoja świadomość, twoje „ja” jest tekstem napisanym na kartce papieru. Ten papier, wyobraź sobie, to twoje ciało. Ten tekst, czyli twoją świadomość, lub jak wolą ludzie wierzący w Boga, twoją duszę, faksujesz do kogoś daleko. W odbiorniku musi być papier aby nanieść na niego przesłany tekst. Tak samo jest z twoją świadomością. Musi trafić do jakiegoś ciała”

„W jakim ciele jesteś teraz, Józiu?”

„W tej chwili w żadnym, ale to jest mój wybór. W każdej chwili mogę znaleźć ciało i w nie wstąpić. Robiłem to kilka razy”

„Chyba coś zaczynam pojmować. Co to są za ciała? Chyba nie zmarłych ludzi?”

„Nie. To są ludzie żyjący w swoich czasach do których przenoszę swoją świadomość”

„Ale ci ludzie posiadają przecież, do cholery jasnej, swoją świadomość. To co, zabijasz ich?”

„Ja ich nie zabijam, ale są tacy którzy robią to z premedytacją. Dojdziemy do tego.”

„To jak dostajesz się do innego człowieka który posiada swoją świadomość?”

„O rozdwojeniu jaźni słyszałeś? Nie myl ze schizofrenią…”

„Rozumiem, Mów dalej”

„Nareszcie coś do ciebie dociera…Mistrz przeniósł mnie do siebie, do Anchiano koło Vinci w Toskanii, tam gdzie się urodził…”

„Ok. ale dlaczego wybrał ciebie?”

„Częściowo przez przypadek.”

„Dlaczego się zgodziłeś na to przejście do niego?”

„Obiecał mi, że się dowiem kim jestem, kim byli moi rodzice. Dlaczego zostałem podrzutkiem…”

„Dowiedziałeś się?”

„Tak. Dowiedziałem się też wielu innych rzeczy o mojej rodzinie i krewnych. Zwłaszcza o kuzynie…Ale po kolei. Moim ojcem był górnik z dzisiejszych Gliwic Klaus Wolf. Miał starszego o rok brata Hansa. Moją matką była Helga Kowalik, też ze Śląska. Ojciec całą wojnę przepracował w kopalni. Matkę poznał po wojnie. Ukrywała go. Dzięki temu nie został wysiedlony. Wrócił do pracy w kopalni pod nazwiskiem matki. Nigdy się nie pobrali.

Hans, jego brat był lepiej traktowany przez rodziców, zamożnych sklepikarzy z Breslau. Dostał dobre wykształcenie. Został lekarzem zrobił doktorat. Zrobił też karierę w NSDAP. Po przyłączeniu Austrii do Rzeszy przeniósł się tam…” – przerwał opowiadać – „Wiem, że, ty już to wszystko znasz… W każdym razie przeżył wojnę. Mieszkał w Austrii, założył rodzinę. W 50 tym urodził im się syn. Dali mu na imię Hans, po ojcu…Wróćmy jeszcze do roku 49go. Urodziłem się tego roku w połowie lutego. Nazwali mnie Erwin. Czasy powojenne były ciężkie, granice zamknięte, mimo to ojciec miał cały czas kontakt z bratem. Hans wiedział, że się urodziłem. Zawiadomił ojca, że chciałby zobaczyć bratanka. Załatwili obaj nielegalny przerzut Hansa do Polski. Zatrzymał się u nas w Gliwicach. Tak naprawdę to Hans chciał pojechać do Wrocławia do domu rodziców. Hans wiedział, że ten dom na przedmieściach został spalony, że zostały tylko niezamieszkałe ruiny. Wiedział też, że rodzice zginęli w czasie bombardowań.

Powiedział mojemu ojcu że rodzice ukryli tam trochę złota i kosztowności. Wszyscy razem, to jest obaj bracia moja matka i ja, kilku tygodniowy niemowlak, wybrali się do Wrocławia. Znaleźli to co szukali, a potem Hans sprowokował sprzeczkę o podział „skarbu”, zabił mojego ojca i matkę. Mnie zostawił przy życiu. Wiązał ze mną pewne plany, ale o tym potem.

Podrzucił mnie pod posterunkiem milicji…ale to już znasz. Potem bez przeszkód wrócił do Austrii”

„Rozumiem. Dowiedziałeś się o swoim pochodzeniu. W porządku. Nie rozumiem tylko co wasza rodzina miała wspólnego z Leonardem?”

„Zaraz się dowiesz. Mój wuj jak już wiesz pojechał do Tybetu i Indii z Fransem Krugerem pod koniec lat trzydziestych. Tam, w czasie przesłuchania jednego z mnichów tybetańskich dowiedział się o przechodzeniu świadomości w taki sposób jak to ja zaznałem pierwszy raz. Z możliwością powrotu do własnego ciała. Można w ten sposób przesłać zarówno czyjąś świadomość, jak i własną. Ten mnich był przyjacielem Mistrza i miał z nim, można powiedzieć, stały kontakt.

Mój wuj wydobył od niego podstępem umiejętność przenoszenia świadomości. Przeniósł się do Mistrza. Rozmawiał z nim. Po powrocie od Mistrza, oraz po szybkim zakończeniu wyprawy, udał się do Berlina. Natychmiast skontaktował się z najwyższymi władzami Trzeciej Rzeszy. Nie było to takie łatwe. Traktowano go jak wariata. Napisał osobisty list do Hitlera. Wiedział, że jest on zainteresowany różnymi mistycznymi historiami. Hitler miał ciche kontakty z różnymi wróżbitami i wszelkiego rodzaju szarlatanami.

Po kilku tygodniach dostał zaproszenie do Kancelarii Rzeszy. Przyjął go sam Hitler. Opowiedział Fuhrerowi o olbrzymich korzyściach, jakie te umiejętności przenoszenia świadomości dadzą Rzeszy.

Hitler, tak jak inni przyjął jego relacje sceptycznie. Dopiero gdy Hans Wolf nadmienił, że w ten sposób można stać się nieśmiertelnym, Hitler zainteresował się tym na poważnie.

Zażądał dowodów na prawdomówność Wolfa. Hans Wolf zaproponował Wodzowi że go zabierze ze sobą do Leonarda. Hitler się wahał. Jego najbardziej zaufani doradcy stanowczo mu to odradzali.

Skończyło się na tym, że Wolf dostał pieniądze i pięcioosobową ekipę specjalnie dobranych osobistych ochroniarzy Hitlera oraz zadanie udania się w przeszłość do Leonarda i przywiezienia stamtąd namacalnych dowodów dotarcia do niego.

Po kilku dniach ekipa Wolfa była z powrotem. Przywieźli i przekazali Hitlerowi specjalnie dla niego zrobione przez Leonarda projekty machin wojennych. Były wśród nich machiny oblężnicze do zdobywania i kruszenia murów obronnych warowni i miast. Potężne katapulty do wystrzeliwania na dużą odległość płonących pocisków i tym podobne.

Oczywiście, nie miały one żadnego zastosowania w wojennych planach Hitlera. Dały mu jednak dużo do myślenia. Doszedł do słusznego wniosku, że przy takim postępie technicznym, jaki istnieje na świecie, zwłaszcza w tworzeniu coraz sprawniejszych narzędzi zabijania, to właśnie w przyszłości należy szukać wzorów nowych broni.

Zażądał aby Wolf wybrał się kilkadziesiąt lat do przodu i przywiózł stamtąd projekty nowych broni, które zapewnią zwycięstwo i nieśmiertelność Rzeszy i jej przywódców. Wolf zgodził się, chociaż do tej pory nie próbował przenieść się w przyszłość. Nie wyszło mu to. Hitler jednak nalegał. Wolf ze swoją ekipą udał się do Leonarda. Mistrz wiedział jak wygląda przyszłość i jaką bronią zagłady ludzie w przyszłości będą dysponować.

Rysunki machin oblężniczych które pozwolił aby Wolf zabrał do Hitlera były takim żarcikiem z jego strony. Zorientował się, dlaczego Wolf chce przenieść się w przyszłość. Nie zgodził się mu pomóc.

Wolf zaczął mu grozić. Mistrz tylko się zaśmiał. Wiedział, że nic mu nie może zrobić. Po namyśle zgodził się wysłać ich dwadzieścia lat do przodu i zapowiedział, że już nigdy nie będą mieli możliwości przenosić swojej świadomości gdziekolwiek.

Hans potrafił przenieść się do przeszłości na stosunkowo krótki czas. Potem musiał wracać do swojego czasu. Nie wiedział o możliwości pozostania poza ciałem na zawsze poprzez spalenia ciała. Mistrz wymazał z pamięci Hansa najważniejsze informacje o możliwości przenoszenia świadomości… ale słuchaj dalej.

Hans i jego pięciu towarzyszy znaleźli się w połowie lat sześćdziesiątych. Zdobyli filmy przedstawiające próbne wybuchy jądrowe. Zdobyli trochę dokumentacji naukowej i technicznej.

Dowiedzieli się też tego jak zakończyła się wojna w 45tym. To zrobiło na Wolfie największe wrażenie. Przekonał tych którzy z nim byli, żeby tą informacją nie dzielić się z nikim. Postanowili wykorzystać ją dla siebie w ten sposób aby cało wyjść z wojny. Hans obiecał im, że się nimi zajmie tak aby bezpiecznie przeczekali wojnę.

Filmy przedstawiające wybuchy bomb atomowych, zdjęcia nowoczesnych samolotów i resztę dokumentów przekazał Hitlerowi. Wódz natychmiast zarządził rozpoczęcie prac nad nową bronią.

Wpadł w wściekłość, gdy powiedziano mu, że teoretyczne prace były w Niemczech prowadzone już od dawna, ale ci którzy mieli w nich wiodące role uciekli z kraju, lub do wyjazdów zostali zmuszeni. Mimo to zarządzono wznowienie prac nad bronią atomową. Jak wiesz nie zdążono je ukończyć”

„Co było dalej z twoim wujem?”

„Hitler pozwolił wrócić mu do Austrii, do Mittersill. Dostał od niego pełnomocnictwa na kontynuowanie prac nad nieśmiertelnością. Miał to robić w ramach organizacji Ahnenerbe. Wolf zażyczył sobie aby tych pięciu którzy mu towarzyszyli w przemieszczaniu się zostali mu przydzieleni do pracy na stałe. Hitler zgodził się.

Po przybyciu do Austrii, urządził sobie i swoim pomocnikom miejsce pracy na ostatnim piętrze Zamku Mittersill. Miał tam zrobione obszerne laboratorium. Oczywiście, po tym jak zdobył wiedzę o tym jak zakończy się wojna, nie zamierzał zajmować się tym do czego go wódz zobowiązał.

Upozorował wypadek przy pracy w laboratorium. Wybuch wszystko zniszczył. Sprawił, że jego pięciu współpracowników zginęło na miejscu. Jego odnaleziono żywego z ciężkimi obrażeniami wewnętrznymi spowodowanymi wybuchem i pożarem. Do końca wojny przeleżał w różnych szpitalach i w domach wypoczynkowych w Alpach jako rekonwalescent.

Oczywiście nic mu poważnego nie było. Wykorzystał swoją wiedzę medyczną aby upozorować swoje obrażenia i przedłużać leczenie ile się dało.

Po wojnie znalazł się w tej części Austrii która była okupywana przez Amerykanów. Zatrudnił się jako lekarz w obozie przejściowym dla więźniów wyzwolonych z niemieckich obozów pracy.

Tam poznał Polkę z Łodzi, Halinę Wróbel. Zamieszkał z nią, ale mimo jej nalegań, nie zalegalizowali swojego związku. W 50tym urodził im się syn. Dostał na imię tak jak on Hans. Halina nazywała syna Janek…Resztę znasz”

„Wiem tylko, że Wolf zmarł w 56tym a jego syn Jan Wilczek został profesorem w Łodzi i wiem że ciebie leczył”

„Hans Wolf nigdy nie mógł zrozumieć dlaczego po powrocie świadomości z ostatniego pobytu w latach sześćdziesiątych nie udawało mu się ani razu przenieść świadomości gdziekolwiek. Zgadywał, że mistrz Leonard coś zmienił w procedurze przechodzenia. Nie wiedział co. Cały wolny czas jaki posiadał poświęcał na pracę mającą umożliwić mu przesłanie świadomości.

W końcu osiągnął połowiczny sukces. Oddało mu się przenieść swoją świadomość do ciała innej osoby, ale tylko żyjącej współcześnie i w jego pobliżu. Przeszedł w ten sposób kilkakrotnie do ciał swoich znajomych i przypadkowych osób. Za każdym razem osoby te bardzo szybko umierały i Hans musiał szybko opuszczać ich ciała. Nie zrażał się tym i prowadził swoje badania dalej.

Musiał się spieszyć ponieważ zdiagnozował u siebie raka tarczycy. W końcu po wielu badaniach i doświadczeniach doszedł do wniosku, że dawcą ciał dla jego świadomości musi być osoba blisko z nim spokrewniona. Chodzi o zadziałanie mechanizmu obronnego ciał przed przyjęciem obcej świadomości. Zdziwił się bardzo, ponieważ wiedział, że dotyczy to przeszczepów narządów i transfuzji krwi. Nie miał za dużo czasu aby się w tym zagłębiać. Przypomniał sobie o mnie, ale,… że tak powiem stracił mnie z oczu.

Mimo, że nie wiedział gdzie jestem spróbował dostać się do mnie. Odczułem to boleśnie w dzieciństwie. Wychowywałem się, jak wiesz w Domu Dziecka. Nagle bardzo ciężko się rozchorowałem. Leżałem kilka tygodni w szpitalu w Wałbrzychu. Lekarze nie potrafili znaleźć przyczyny bardzo wysokiej gorączki mojego ciała i częstej utraty przytomności. Po kilku tygodniach choroba ustąpiła tak nagle jak się pojawiła. Teraz wiem, że Wolf zaprzestał zajmować się mną.

Miał mało czasu. Postanowił przenieść swoją świadomość do ciała syna. Udało mu się. Jego syn w wieku sześciu lat utracił na zawsze swoją świadomość. Można powiedzieć, że zmarł.

Stary Wolf stał się własnym synem.

Matka zauważyła zmianę w zachowaniu syna. Spoważniał bardzo, ale pani Halina Wróbel nie miała czasu nad tym się zastanawiać. Właśnie umierał obok niej człowiek z którym się związała, ojciec jej dziecka.

Hans Wolf zostawił ją dobrze zabezpieczoną finansowo. Zarabiał dobrze jako lekarz. Posiadał także spory majątek w postaci pewnej ilości złota i kosztowności. Starczyło jej to na kilka lat normalnego życia.

Gdy majątek zaczął się kurczyć, za namową dorastającego i bardzo dobrze uczącego się syna, w 65tym wróciła do Polski do Łodzi. Poznała Stanisława Wilczka i wyszła za niego za mąż. Syn noszący do tej pory jej panieńskie nazwisko został usynowiony przez Wilczka i od tej pory nazywał się Jan Wilczek…”

„Czyli zbieżność nazwisk Wilczek i Wolf Jest przypadkowa?”

„Tak, całkowicie”

„Dobrze. Dalej już znam tą historię” – przerwałem mu – „Powiedz mi teraz dlaczego Leonardo wezwał cię do siebie? Nadal tego nie rozumiem, no i wyjaśnij mi dlaczego część szpady znalazła się u Wilczka?”

„Wiesz, że zostałem porażony piorunem. Wielu ludzi to spotkało, ale tylko nieliczni doznali takich zmian w mózgu, które spowodowały poważne zmiany osobowości. Właściwie nie zmiany, a przebudzenie innej osobowości która była jakby w uśpieniu we mnie. Wiesz również, że ten piorun co mnie poraził był bardzo niespodziewany, Nie było wtedy burzy, piękna pogoda…Spadł na mnie jak grom z jasnego nieba!” – usłyszałem jego śmiech.

Po chwili kontynuował

„Nie był przypadkowy. Przypadek sprawił, że trafił mnie. Wywołał go Mistrz. Robił tak od czasu do czasu aby móc ściągnąć do siebie ludzi z różnych przekrojów czasowych. Za pierwszym razem, zawsze tylko na krótko, z możliwością powrotu. Tak było ze mną. Wielu w ten sposób zaproszonych ogarniało przerażenie, wpadali często w obłęd. Bali się. Takimi więcej się nie zajmował. Innych zaciekawiało to. Tak było ze mną. Zaczął, jak by to powiedzieć, pracować nade mną. Przygotowywać do tego abym zechciał przejść, abym za tym tęsknił. Wiedział jakie jest moje ukryte marzenie…”

„Miałeś takie?”

„Każdy ma jakieś ukryte marzenia którymi z nikim się nie dzieli. Moim marzeniem było poznać moich rodziców i dowiedzieć się dlaczego mnie porzucili”

„Rozumiem. Mówiłeś wcześniej, że cię nie porzucili. Mówiłeś, że zostali zabici przez twojego wuja…”

„No właśnie. Byłem nieco sceptyczny jeśli chodzi o te obietnice Mistrza. Naprowadził mnie podrzucając pewne materiały. Podrzucił mi kuferek z pamiątkami po ojcu…”

„Zaraz! Zaraz” – przerwałem mu – „Coś się w twoim opowiadaniu kupy nie trzyma. Wypiłem trochę, ale nie jestem tak pijany aby nie zauważyć poważnej niezgodności. Z opowiadań Zosi wiem, że kuferek ktoś podrzucił wam pod drzwi dzień po waszym ślubie, a piorun trafił cię ponad trzydzieści lat później…”

„Masz rację, ale ty rozumujesz innymi kategoriami niż ja teraz. Tu gdzie przebywam wszystko dzieje się jednocześnie. Nie ma czegoś takiego jak upływ czasu. Z naszego miejsca można wyjść w dowolnym miejscu i w dowolnym czasie, tym czasie który pozostawiliśmy za sobą.

Spotkałem rodziców.  Nie znali się wtedy. Mogłem być blisko nich, obserwować, ale nie mogłem się z nimi kontaktować. Chciałem zrobić to tak jak z tobą, ale…” – zaśmiał się – „Nie mieli telefonów. Mój współczesny polski język, był częściowo dla nich niezrozumiały, Ojciec był kawalerem, gdy mnie usłyszał przeraził się. Złapał za flaszkę i wpadł w pijaństwo. Nie było sensu do niego mówić.

Matka również się przeraziła. Przemówiłem do niej gdy zdejmowała wysuszone pranie ze sznura w ogrodzie. Uciekła w panice do pobliskiego kościoła. Ksiądz nie mógł jej uspokoić. Postanowiłem ich tylko obserwować. Najwięcej chodziłem za ojcem. Mimo młodego wieku był już doświadczonym górnikiem. Pomocnikiem sztygara. Imponował mi. Zdjęcia które widziałeś przedstawiają jego znajomych. On je robił. Jako jeden z nielicznych miał jeden z pierwszych aparatów Leica. ustawiałem się obok nich. Oni mnie nie widzieli.

Jednego razu stanąłem obok niego, gdy ktoś inny wykonywał zdjęcie z okazji Barburki.

Jeśli chodzi o matkę, to irytowała mnie jej prymitywna religijność i brak jakichkolwiek zainteresowań poza kościołem i domem… ten kuferek widziałem u ojca. Ojciec miał świąteczny mundur górniczy, czapkę z białymi kogucimi piórami i szpadę.

Byłem cichym i niewidocznym świadkiem sprzeczki w ich domu rodzinnym we Wrocławiu w czasie Świąt Bożego Narodzenia w 1938mym. Ojciec spotkał się tam z bratem Hansem. Obaj przybyli do rodziców w mundurach. Ojciec w czarnym górniczym, Hans w czarnym, oficera SS. Na drugi dzień świąt popili sobie tęgo. Ich ojciec namawiał mojego ojca aby poszedł w ślady brata

„Będziesz nosił przy pasie prawdziwą broń, jak prawdziwy mężczyzna, a nie zabawkę…” – naśmiewał się

Mój ojciec dał się sprowokować. Zaczął wymachiwać szpadą. Powiedział, że może nią też zabijać. Wtedy Hans wyciągnął pistolet i strzelił do niego. Chybił. Następnego strzału nie oddał. Pistolet się zaciął.

Wtedy ich matka zabrała mu go. Zaczęła się bijatyka. Hans z ojcem rzucili się na mojego ojca . Powalili go i skopali. Potem połamali szpadę.

Skończyło się na tym, że Klaus wyniósł się z domu. Zabrał ze sobą kawałki szpady. Nie wszystkie. Nie mógł znaleźć rękojeści…Wybuch wojny i nalegania matki sprawiły, że bracia się pogodzili”

Chwilę nic nie mówił. Zacząłem się zastanawiać czy nie zniknął. Cały czas odruchowo trzymałem telefon przy uchu. Niepotrzebnie. Głos Józka dochodził do mnie z pokoju w którym przebywałem, chociaż nie mogłem określić z którego dokładnie miejsca.

Odłożyłem telefon.

„Józiu…jesteś tu jeszcze?” – zapytałem

„Tak. Zamyśliłem się. Ten kuferek który teraz stoi na podłodze koło ciebie został podrzucony przez kogoś od Mistrza. W jakiś tajemniczy dla mnie wtedy sposób wiedziałem, że są to rzeczy ojca. Były też wskazówki kierujące mnie do pewnej groty. Nie potrafiłem wtedy właściwie odczytać tych wskazówek zostawionych w kuferku przez Mistrza i byłem przekonany, że grota ta jest gdzieś w Gliwicach lub okolicy dlatego uparcie kierowałem się do tego miasta. Jeździłem tam wiele razy w tajemnicy przed Zosią. Mówiłem, że to wyjazdy służbowe.

Dopiero znacznie później Mistrz nakierował mnie na właściwą grotę. Wtedy zorganizowałem tą ostatnią podróż z Zosią kamperem do Pragi”

„Przerwij na chwilę. Mam chaos w głowie. Wydaje mi się ze wszystko rozumiem chociaż twoja opowieść jest tak fantastyczna, że aż się wierzyć nie chce…”

„Nie musisz wierzyć na słowo. Masz przed sobą namacalne fakty. Szpadę, fotografie, spisane przez pielęgniarkę świadectwo mojego samospalenia, jej śmierć w wyniku zabójstwa dokonanego przez Hansa Wolfa…co jeszcze jest dla ciebie niejasne?”

„Co jest niejasne? Wszystko! To że do mnie mówisz i twierdzisz że twoje ciało uległo spaleniu a twój głos jest głosem twojej świadomości, to że jesteś z Leonardem i jednocześnie współcześnie…Przecież to jakieś pieprzenie! Nie możliwe, abym był tak pijany…”

„Irytujesz mnie. Od prawie dwóch godzin wszystko ci tłumaczę. Przestań myśleć racjonalnie. Uruchom fantazję. Pomyśl, że nie wszystko da się wytłumaczyć racjonalnie. Bądź otwarty na to co jest niezrozumiałe…”

„Staram się, ale sam przed sobą uważam się za idiotę, wierząc w to co mówisz. Jakoś nie mogę się wyzbyć racjonalnego myślenia. Chyba za mało whisky wypiłem…”

„To sobie nalej więcej. W barku stoi jeszcze jedna butelka…Słuchaj. Musimy zaraz zakończyć rozmowę…”

„Zanim zakończymy wyjaśnij jeszcze istnienie tych kartek Leonarda z odwróconym w lustrze tekstem. Mówiłeś, że to jego wiersze. Skąd się wzięły w kuferku twojego ojca?”

„Jak wiesz mówię po polsku. To mój ojczysty język. Moi rodzice mówili gwarą śląską i po niemiecku. Rozumiesz, że nie miałem możliwości tego od nich przejąć. Czuję się Polakiem. W szkole nauczyłem się trochę angielskiego. I to wszystko jeśli chodzi o języki obce. Mistrz porozumiewał się ze mną bez słów. W jakiś telepatyczny sposób. Ale nie o tym chciałem teraz…Mistrz ma pewną słabość. Lubi być podziwiany za swoje umiejętności krasomówcze. Nauczył się kilku języków. Pisał wiersze, głównie po łacinie. Lubił je wygłaszać wszystkim których spotykał. Zapytał mnie kiedyś dlaczego nie chwalę jego wierszy. Odpowiedziałem, że nie znam łaciny.

„To ja ciebie nauczę” – odpowiedział I nauczył. Nie pytaj tylko w jaki sposób. Nie wiem tego. Nauczył mnie też mówić tym językiem wspak, czyli do tyłu. Żartował sobie czasem z obecnych zwracając się w ten sposób do nich. Śmiał się serdecznie gdy nie rozumieli co do nich mówi. Pisał odwróconym tekstem bez pomocy lustra, takie miał hobby” – Józek się zaśmiał – „Nauczył mnie łaciny tylko po to abym ocenił jego wiersze. Powiedziałem szczerze co o nich myślę. Nie powinienem tego zrobić. Zdenerwował się. powiedział, że teraz będę mówił tylko łaciną wspak… Długo trwało zanim przywrócił mi możliwość normalnego wysławiania się…Te wiersze włożył do kuferka abym o nich nie zapominał…Słuchaj jest późno. Powiem krótko. Chcę abyś mi pomógł przenieść świadomość Zosi do mnie. Próbowałem namówić Mistrza aby ją przeniósł, ale on się w dalszym ciągu na mnie trochę dąsa. Powiedział, że posiadam wystarczającą wiedzę abym mógł zrobić to samemu. Niestety, Zosia jest w jakiś sposób odporna na moje próby komunikowania się z nią. Postanowiłem zwrócić się do ciebie bo wiem, że masz z nią dobry kontakt…”

„To co? Chcesz, żebym jej to wszystko powtórzył co mi opowiedziałeś? Przecież weźmie mnie za wariata!”

„Nie. Nie ma sensu jej to powtarzać. Pomóż przejść jej świadomości spalając jej ciało”

„Co?!!!”

„Tylko w ten sposób mogę się z nią spotkać”

„Powtórz jeszcze raz, bo chyba źle zrozumiałem…Chcesz żebym zamordował Zosię?!!!”

„Nie zamordował, tylko pomógł jej świadomości…”

„Wynoś się stąd i więcej nie nawiedzaj mnie!” – przerwałem mu

„Przemyśl to. Niebawem powrócę z dokładnymi instrukcjami…”

Wstałem wzburzony od stołu. Nogi mi zdrętwiały. . Ledwo doszedłem do okna. Musiałem przewietrzyć pokój, bardzo przeszkadzał mi nieznośny smród unoszący się w koło stołu.

Chwilę stałem w otwartym oknie. Nie mogłem się uspokoić po tym co zażądał ode mnie Józek

„Muszę się napić” – stwierdziłem stanowczo

W barku znalazłem butelkę whisky której wcześniej niw zauważyłem. Przeszedłem z nią do kuchni.

Obudziłem się z potężnym kacem. Wpół do dwunastej. Telefon, oczywiście nie podłączony do ładowarki. Podłączyłem go. Szybki prysznic. Spojrzałem w lustro

„Boże! Jak ja wyglądam” – przeraziłem się – „Trzeba mordę ogolić”

Wstawiłam wodę na kawę. Wróciłem do łazienki. Stałem przed lustrem. Stałem tak dłuższą chwilę. Nie miałem siły ani ochoty ogolić się. Czajnik w kuchni zagwizdał. Zrobiłem sobie kawy. Pomyślałem o śniadaniu ale zrobiło mi się niedobrze. Biegiem do łazienki. Wymiotowałem. Obmyłem twarz.

„Nie to nie wystarcza, śmierdzę żygowinami” – stwierdziłem

Jeszcze jeden prysznic, Tym razem zimny. Poczułem się lepiej. Zrobiłem jeszcze jedną kawę. Pijąc ją ubrałem się. spojrzałem na zegarek. Po pierwszej.

„Trzeba zadzwonić do Zosi” – mamrotałem pod nosem – „Tylko co ja jej powiem. Że rozmawiałem z Józkiem, że chce abym ją spalił?”

Zdecydowałem, że nikomu nie powiem o tej rozmowie. Zresztą do końca nie jestem pewien, czy miała miejsce, czy mi się śniło to wszystko.

Telefon był już na tyle podładowany, że mogłem z niego zadzwonić. Zanim to zrobiłem przejrzałem ostatnie połączenia. Nie znalazłem żadnego które zaczynałoby się na plus trzydzieści dziewięć, a pewien jestem że wczoraj jak odbierałem rozmowę z Józkiem to taki numer widziałem na wyświetlaczu.

Zdziwiłem się, że się nie dziwię brakiem informacji o połączeniu z tym numerem. Nic mnie już chyba nie zdziwi

„Staczasz się na dno, Wojtuś” – mamrotałem do siebie – „Żona daleko, nadużywasz alkoholu i proszę…Delirka jak na zamówienie”

Ledwo wypowiedziałem słowo „żona” telefon zadrżał w moim ręku i na wyświetlaczu ukazało się imię żony

„Witam cię kochanie!” – odezwałem się pierwszy starając się nadać głosowi radosne brzmienie – „Co się stało, że dzwonisz o tak wczesnej porze?”

„Wczesnej porze?. Druga zaraz” – odpowiedziała

„Żartowałem. Myślałem, że się tam w Szwecji wylegujesz do południa”

Starałem się wyjść jakoś z tego nieostrożnie sformułowanego zwrotu o wczesnej porze. Wiedziałem jednak że Helena tego nie kupi

„Piłeś znowu i dopiero wstałeś…”

„Ależ skąd, kochanie” – przerwałem jej – „Jestem w dobrym humorze. Dzionek piękny od rana i ty dzwonisz. Jak tu się nie cieszyć”

„Dobra. Pogadamy o tym później. Wyjedź po mnie do Modlina. Mam wykupiony lot na jutro rano. Samolot ląduje na lotnisku w Modlinie o ósmej pięć. Będę za bardzo zmęczona aby tłuc się autobusem do Łodzi. Lars zawiezie mnie na Skavstę. Musimy wyjechać z Uppsali najpóźniej po czwartej rano. Wiesz, że nie znoszę takiego wczesnego wstawania. W samolocie nie zasnę. Może dopiero w aucie…”

„Miałeś zostać tam dłużej, Czyżby Lars miał dosyć teściowej, że zgodził się tak wcześnie…”

„Te twoje poczucie humoru i dowcipy o teściowej dołują mnie jak zwykle. Kończmy już. Jutro po ósmej spotykamy się w Modlinie.”

Rozłączyła się bez pożegnania.

„Niedobrze, Wojtuś” – zdenerwowałem się – „Burdel w domu. Trzeba wszystko wysprzątać na tip-top, a czasu nie ma”

Znowu telefon się odezwał. Chwilę się ociągałem aby sięgnąć po niego. Helena znowu.

„Tak, Kochanie?”

„Zrób zakupy. Wyślę ci listę zakupów SMSem. Warzywa kup na bazarku. Pamiętaj nie w sklepie, no i targuj się. Aha. Mam nadzieję, że nie zapomniałeś podlewać kwiatki?”

„Co? Jakie kwiatki?…A, nie. Nie zapomniałem”

Kurwa! Oczywiście, ze zapomniałem. Podbiegam do parapetów. Na oknie od strony południowej wszystkie pozdychały. Pozostałe, wyglądają jako tako. Szybko podlewam wszystkie obficie. Woda wypływa z doniczek spływa po ścianach.

„Nie dobrze. Mam solidnie przechlapane” – stwierdzam

Do tego ten cholerny ból głowy. Zastanawiam się co miałem zrobić. Nic nie mogę sobie przypomnieć. Cały czas gdzieś w tyle głowy mam ostatnie słowa Józka o spaleniu Zosi. Obłęd totalny.

Znowu telefon się odezwał. Podskoczyłem zaskoczony. Nie. Nie zaskoczony. Przestraszony. Zdałem sobie sprawę, że zaczynam się bać telefonów. Obłęd. Za każdym razem gdy słyszę telefon obawiam się, że to on dzwoni. Obłęd. Nie mogę brać alkoholu do ust. Lekarz miał rację. Jeśli nie chcę trafić na odwyk, muszę z tym skończyć.

Prawie pól roku nie piłem, tylko piwko. A teraz? To przez niego…Tym razem Zosia dzwoni. Niespokojna jest. źle spała w nocy. Miała koszmary. Chce mi je opowiadać. W jakiś sposób domyślam się co jej się śniło

„Józek pił z tobą wódkę. Potem się pokłóciliście. Józek coś chciał od ciebie…”

„Zosiu” – przerywam jej – „To tylko zły sen. Gdybym ja się przejmował koszmarami sennymi, to dawno dostałbym obłędu. Postaram się przyjechać pod wieczór. Przywiozę te dokumenty które zostawił Knapik i oddam ci kuferek Józka”

Zosia coś jeszcze mówiła, ale nie za bardzo to do mnie docierało. Zastanawiałem się czy przekazać jej również zawartość torby zostawionej przez Knapika.

Zamieniłem jeszcze kilka słów. Wspomniałem, że Helena jutro wraca i że się zapewne razem spotkamy, pożegnałem się i zakończyłem rozmowę. Posprzątałem szybko mieszkanie. Torbę i wszystko co w niej było łącznie z komputerem profesora wyniosłem do komórki. Resztę rzeczy zapakowałem z powrotem do kuferka. Zniosłem to wszystko do samochodu.

W ostatniej chwili zdałem sobie sprawę, że nie mogę jechać w takim stanie samochodem. Zostawiłem w nim kuferek. Poszedłem do fryzjera za rogiem. Kazałem się ostrzyć i ogolić. Potem złapałem taksówkę, wziąłem kuferek z samochodu i pojechałem do Zosi.

Nie byłem u niej długo. Wykręciłem się koniecznością zrobienia zakupów które poleciła mi zrobić Helena. Obiecałem, że za kilka dni jak Helena trochę odpocznie, spotkamy się Na działce. Razem zastanowimy się nad tym co dalej robić w sprawie zniknięcia Józka.

„Zrobimy dużego grilla” – obiecałem.

Dopiero po chwili dotarło do mnie, że Zosia w tym momencie spojrzała na mnie tak jakoś dziwnie.

„Źle ze mną. Obłęd. Chyba muszę się leczyć” – pomyślałem

Tydzień później spotkaliśmy się z Zosią na działce. Było bardzo miło. Szybko ustaliliśmy, że Zosia złoży powiadomienie do prokuratora w sprawie spowodowania śmierci męża i zatuszowanie tego faktu.

Potem panie domagały się abym rozpalił grilla. Zosia miała już przyszykowaną karkówkę. Obie panie zabrały się za szykowanie sałaty i nakrywanie stołu stojącego w pobliżu grilla. Węgiel drzewny musiał być przemoczony albo lichej jakości. Tlił się bardzo niemrawo.

„Zrób coś z tym grillem. Ile można czekać…” – denerwowała się Helena

Przyniosłem z samochodu kanister z benzyną. Chlusnąłem na tlący się węgiel w ten sposób że spora część benzyny polała się na stojącą obok Zosię. Ogień błyskawicznie ogarnął jej sukienkę.

Podczas gdy Helena zaczęła ratować Zosię, mnie ogarnął jakiś niesamowity śmiech.

Helena szybko ugasiła Zosię. Nic jej się nie stało. Zniszczona została tylko jej sukienka.

Po chwili obie musiały uciekać przede mną. Goniłem je i próbowałem oblewać benzyną, śmiejąc się przy tym bez opamiętania.

Mężczyźni z sąsiednich działek obezwładnili mnie. Leżę teraz w szpitalu w pokoju bez klamek. Nikt do mnie nie przychodzi. W nocy rozmawiam z Józkiem. Chce abym naprawił to co spartaczyłem.

KONIEC

Leave a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *