Podobno pamięć człowieka nie sięga wstecz do wieku niemowlęctwa. Ale to nie prawda. Ja na przykład dokładnie pamiętam pewne okoliczności z pierwszych minut, tak, minut, po moim urodzeniu. Nie, oczywiście nie pamiętam twarzy czy głosu matki ani osób odbierających poród. Pamiętam za to dokładnie, rytmiczny stukot. Taki stukot wydobywa się spod kół wagonów kolejowych toczących się po torach. Nie po takich nowoczesnych torach jakie są dzisiaj we wszystkich rozwiniętych krajach. Na nowoczesnych torach, nowoczesne wagony kolejowe nie stukają na łączeniach szyn. Stukot, który ja tak dobrze pamiętam dochodził spod kół wagonu towarowego toczącego się po zaniedbanym, miejscami uszkodzonym torze gdzieś w okolicach Przemyśla.
Był marzec 1947 roku. Pamiętam zapach dymu, a właściwie dwa różne zapachy dymu. Dzisiaj wiem, że jeden dym dochodził przez nieszczelności wagonu z zewnątrz, z parowozu. Ten drugi zapach dymu łączył się z odczuwalnym przeze mnie ciepłem i miał swoje źródło blisko mnie. Był to żelazny piecyk ogrzewający wagon. Pamiętam jeszcze żółtawy przedmiot, który budził moje zainteresowanie za każdym razem, kiedy matka przytulała mnie do piersi. Nic więcej z tego okresu nie pamiętam.
To o czym wam teraz opowiedziałem tkwiło głęboko gdzieś w mojej głowie. Jako dziecko nie zdawałem sobie z tego sprawę. Czasami we śnie słyszałem jakieś stuki, czułem dym, budziłem się wystraszony. Matka chodziła ze mną do lekarzy, ale nic nie mogli na to pomóc.
Gdy miałem dwanaście lat spotkał mnie wypadek, który na zawsze zmienił moje życie i w jakiś sposób przyczynił się do przypomnienia zdarzeń związanych z moim przyjściem na świat. Ale największe i dla mojej tożsamości najbardziej niebezpieczne wydarzenie spotkało mnie niedawno.
Nazywam się Antoni, Wojciech Bednarz. Takie imiona i nazwisko są w moim paszporcie, prawie jazdy i innych dokumentach. W kraju, w którym mieszkam, znany jestem jako Anton Bednar. Może brzmi to nie skromnie – „znany jestem” ale to prawda. Przynajmniej w pewnych kręgach. Jestem znanym i cenionym metaloplastykiem. Za swoje prace zdobyłem wiele prestiżowych nagród krajowych i zagranicznych. Jednak z mojej twórczości nie dałoby się wyżyć. Zawód, którego wyuczył mnie ojciec to kowalstwo. Mam firmę wytwarzającą kute ręcznie bramy, ogrodzenia, balustrady, żyrandole, poręcze i wszystko czego oczekują moi klienci. Zatrudniam piętnastu kowali, których sam wyuczyłem artystycznego kowalstwa, mam monterów, którzy montują nasze wyroby u klientów. Kilkoro urzędników zajmuje się ekonomią, marketingiem, zakupami i całą administracją związaną z firmą. Ledwo nadążamy z zamówieniami.
Od końca lat osiemdziesiątych firma jest spółką akcyjną. Do niedawna byłem Prezesem Zarządu Firmy. Od roku czasu wycofałem się z aktywnego życia Firmy, przeszedłem na emeryturę, ale pozostałem w Zarządzie. Mam swój mały warsztacik, w którym od czasu do czasu wykuwam coś dla przyjemności. Można śmiało powiedzieć, że jestem zamożnym, nawet bardzo zamożnym, człowiekiem. Tak więc mam teraz dużo czasu, wykorzystuję go na podróże.
Moi rodzice od dawna nie żyją. Obydwoje zmarli w odstępie kilku miesięcy w 73 roku, jak jeszcze mieszkałem z nimi w Polsce. Krótko po ich śmierci udało mi się uciec z Polski do kraju, w którym teraz mieszkam.
Kilka miesięcy temu skontaktowała się ze mną firma znanego polskiego detektywa. Dowiedziałem się, że moja matka zostawiła testament u notariusza w Katowicach. Po jej śmierci zgodnie z testamentem należało mnie odszukać i przekazać mi kilka przedmiotów. Zostawiła też dla mnie dużą jak na polskie warunki sumę pieniędzy, z których też należało pokryć koszty poszukiwań mojej osoby.
Coś mi w tym wszystkim nie pasowało. Rodzice byli prostymi ludźmi, w domu raz było gorzej, raz lepiej. Biedy nie było, ale też nie było majątku. Nie, nie, o żadnym testamencie nie mogło być mowy, a tym bardziej o jakiejś dużej sumie pieniędzy. Nie zgadzało się też nazwisko kobiety, która rzekomo była moją matką. Poza tym byłem przy śmierci matki. Była przytomna do ostatniej chwili i nic nie mówiła o testamencie.
Zadzwoniłem do pana Rudzińskiego. właściciela biura detektywistycznego z prośbą o wyjaśnienia. Zapewniałem go, że musiała zajść jakaś kolosalna pomyłka. On z kolei zadał kilka pytań o to jak się nazywam, gdzie mieszkałem w Polsce, do jakich szkół chodziłem oraz gdzie pracowałem. Na koniec stwierdził, że jeżeli urodziłem się w pociągu w połowie marca 47 roku, to o pomyłce nie może być mowy. Jeśli chodzi o nazwisko mojej matki to sprawa jest łatwa do wyjaśnienia, gdy się spotkamy. Dodał, że poszukiwania mojej osoby zabrały mu ponad rok czasu. Uzgodniliśmy, że najlepiej będzie, jak się spotkamy u notariusza w Katowicach.
Tak też zrobiliśmy. Abyście mogli zrozumieć co się wydarzyło dalej, muszę wrócić do mojego dzieciństwa.
O moim narodzeniu w pociągu i o moim wczesnym dzieciństwie, dowiedziałem się od rodziców, gdy po wypadku leżałem w szpitalu. Po moim narodzeniu rodzice zostali wysadzeni gdzieś w okolicy Wałbrzycha. Dostali do zamieszkania poniemieckie gospodarstwo. Dom był niedawno opuszczony przez poprzednich gospodarzy. Nawet nie zdążyli się nim zająć szabrownicy. Wszystko, w nim było, nawet pościel. W spiżarni była mąka, ziemniaki, jakieś kasze i groch. Ojciec nie chciał tam mieszkać. Zabronił matce używać pozostawionych przez Niemców rzeczy. Rodzice używali tylko łóżka i pościel. Gdy skończyły się ich zapasy żywności, matka była zmuszona otworzyć zastaną spiżarnię. Nie mieli pracy. Posadzone w ogródku warzywa dalekie były do wydania plonów. Ojciec był kowalem. Liczył na to, że praca dla kowala zawsze się znajdzie. Codziennie chodził do miejscowych władz z prośbą o jakąkolwiek pracę. W końcu zaproponowano mu przejęcie kuźni w pobliskiej wsi, ale wiązało się to z koniecznością opuszczenia dotychczasowego domu i zamieszkania przy kuźni. Zgodził się natychmiast w ciemno, nie oglądając nawet nowego domostwa.
Dwa dni później urząd miejski załatwił przeprowadzkę. Po przybyciu na miejsce matka była załamana. Mieszkanie przy kuźni było w okropnym stanie. Spaliśmy na podłodze na siennikach. Ojciec natomiast był wniebowzięty, kuźnia miała sporo narzędzi, urząd załatwił koks i węgiel. Już następnego dnia miał pierwszych klientów. Płacili mu głównie żywnością. Podkuwał konie, naprawiał pługi, brony, wytwarzał kosy. Ponieważ technika zawsze go ciekawiła zaczął naprawiać bardziej skomplikowane poniemieckie maszyny rolnicze. W szopie za kuźnią stał stary traktor rolniczy. Ojcu udało się go naprawić i uruchomić. Niestety w czasie pierwszej przejażdżki rozbił go o drzewo. Na szczęście nic mu się nie stało.
Naprawiał także milicyjne gaziki. Dzięki temu miał z milicjantami dobre kontakty. Przydały się w niedalekiej przyszłości. Dosyć szybko odkuł się, w dosłownym tego słowa znaczeniu, finansowo. Rodzice nie przyjaźnili się z nikim. Nie zapraszali nikogo do domu ani nie byli zapraszani. Nie mieli wrogów, przeciwnie, byli szanowani, może się troszeczkę wywyższali i utrzymywali pewien dystans w stosunku do sąsiadów.
Dwa razy do roku przyjeżdżała do nich pewna kobieta. Była bardzo ładna. Bawiła się ze mną chwilę a potem zamykała się z nimi w pokoju i rozmawiali kilka godzin. Po jej wyjeździe rodzice zabierali mnie do Wałbrzycha i kupowali mi nowe buciki i ubrania. Dostawałem też zabawki.
W takich warunkach upłynęło pierwsze pięć lat mojego życia. Jako dziecko byłem samotny, nie miałem w otoczeniu rówieśników. Najbliżsi sąsiedzi z dziećmi mieszkali spory kawałek drogi od nas. Byłem dzieckiem dużym, ale chorowitym. Niemal każdej nocy budziłem się z krzykiem. Aby dać ojcu się wyspać matka spała ze mną na stryszku w jak największej oddali od pokoju ojca. Kiedy już mogli sobie finansowo pozwolić matka zaczęła jeździć ze mną do różnych lekarzy płacąc prywatnie krocie pieniędzy za moje leczenie. Dzisiaj domyślam się, że dostawałem dużo narkotycznych lekarstw, ale to wszystko nie usuwało moich niepokojów, przeciwnie, moje zdrowie pogarszało się. Jak to określali rodzice – marniałem w oczach.
Pewnego razu matka zauważyła, że bardzo szybko zasypiam w dzień pod drzewem przy samej kuźni. To stukot młotków ojca i jego pomocników dobiegający z kuźni sprawiał, że spływał na mnie błogi spokój. Ojciec pracował bardzo często do późnego wieczoru. Matka wykorzystała to i kazała ojcu przenieść altanę z ogródka i ustawić ją tuż przy kuźni. Jesienią ojciec ustawił w altanie własnoręcznie zrobiony piecyk żelazny. Dym z piecyka oraz z kuźni łączyły się a ja odbierałem to jako bardzo kojące kadzidło. Dzięki temu mogłem tam zasypiać zimą. Zasypiałem szybko, a gdy ojciec kończył pracę przenosili mnie do domu. W ten sposób przesypiałem całą noc. Zacząłem przybierać na wadze i ogólnie dochodzić do siebie. Zdarzało się, że zasypiałem w domu w swoim łóżeczku i też nie budziłem się w nocy. Z czasem coraz mniej korzystałem z altany.
Nieszczęście przyszło niespodziewanie wiosną 52 roku. Do ojca przyjechał komendant posterunku milicji. Rozmawiali o czymś długo w domu. Po jego odejściu ojciec szybko dał wolne pomocnikom, zamknął kuźnię a potem długo pakowali coś w domu. Pod wieczór kazali mi iść do łózka, powiedzieli, że wrócą niebawem.
Rano obudził mnie hałas. Po mieszkaniu kręcili się milicjanci i coś szukali. Byli też jacyś panowie z dużymi teczkami i to oni pokazywali milicjantom, gdzie szukać. Matka cały czas płakała, ojca nie widziałem. Szukali też w moim łóżeczku. W mieszkaniu był straszny bałagan. Po ich wyjściu matka spakowała trochę rzeczy na wózek i pod wieczór wyszliśmy z domu. Zdziwiony zapytałem, dlaczego nie sprząta, przecież zawsze nawoływała mnie i ojca do sprzątania po sobie. Odpowiedziała, że nie ma czasu, że musimy do lasu a potem na pociąg. Dowiedziałem się, że ojciec jest aresztowany. Nie wiedziałem co to znaczy, zrozumiałem tylko że nie będzie go z nami.
Dopiero po latach dowiedziałem się, że na ojca był donos, oraz że kuźnię przejęła spółdzielnia rolnicza. Ojciec nie miał żadnych dokumentów które by świadczyły, że posiada prawo własności do kuźni i mieszkania. W 47, kiedy przyznano mu kuźnie nikt nie zadbał o stronę formalną tego przejęcia. Tak że aresztowano go pod zarzutem nielegalnego użytkowania oraz czerpania korzyści majątkowych z mienia państwowego. W każdym razie tego wieczoru po opuszczeniu domu udaliśmy się do lasu.
W lesie matka chwilę szukała drzewa, pod którym poprzedniego dnia zakopała z ojcem pieniądze i jakieś kosztowności. Potem udaliśmy się na stację kolejową. Pociąg przyjechał nad ranem. Matka powiedziała, że jedziemy do Łodzi do krewnych. Siostra matki mieszkała w pobliżu Łodzi, na przedmieściu Konstantynowa Łódzkiego.
Zamieszkaliśmy u nich. Matka poleciła szwagrowi rozglądać się za jakąś kuźnią do sprzedania. Wierzyła, że ojciec wkrótce wyjdzie i będzie z nami. Mieszkaliśmy u ciotki ponad dwa lata aż do wyjścia ojca z więzienia w 56. Za uratowane pieniądze ojciec dosyć szybko kupił kuźnię i niewielki dom w pobliżu Konstantynowa.
W Konstantynowie rozpocząłem naukę w szkole. Szło mi marnie. Dzieci śmiały się z mojego języka. Mówiłem jakimś zlepkiem gwary śląskiej i kresowej. Byłem na tyle duży, że zacząłem pomagać ojcu w pracy. Bardzo to lubiłem. Po szkole całe godziny spędzałem w kuźni. Ojciec przyszykował mi kącik, w którym miałem własne kowadło i narzędzia. Nauczył mnie wyrabiać z metalu motywy roślinne, takie jak kwiaty, liście i pozwijane gałęzie.
Moje zajęcia w kuźni sprawiły, że opuściłem się bardzo w nauce. Nie miałem czasu odrabiać lekcji. Do szkoły przychodziłem przemęczony, zdarzało się, że przysypiałem.
Tuż przed wakacjami w 59, gdy miałem dwanaście lat zdarzył się wypadek, który bardzo wpłynął na moje dalsze życie. Gdy pomagałem ojcu przecinać stalowy pręt na kowadle, spod przecinaka odskoczył duży rozpalony fragment metalu i rozorał mi lewą stronę twarzy uszkadzając poważnie lewe oko.
Trafiłem do szpitala do Łodzi, a potem do Lasek koło Warszawy, gdzie przeleżałem całe wakacje. Uratowano mi szczękę i nos, ale długo nie było nadziei na uratowanie wzroku w lewym oku. W końcu po trzech operacjach udało się, ale poważna wada wzroku pozostała na zawsze. Na zawsze pozostała też poważnie zniekształcona lewa część twarzy.
Przypuszczam, że to było główną przyczyną tego, że nigdy nie założyłem rodziny i że unikano mojego towarzystwa. Po powrocie do szkoły szybko dostałem przezwisko Quasimodo. Na to, że ukończyłem szkołę podstawową na pewno duży wpływ miał fakt, że po wypadku nauczyciele zaczęli oceniać mnie bardzo ulgowo.
Dalszą edukację kontynuowałem w zasadniczej szkole zawodowej o profilu medalowym. Jednym z kierunków nauczania było kuźnictwo. Bardzo mi to odpowiadało. Byłem najlepszym uczniem. Szkołę skończyłem w 64 z wyróżnieniem.
Zaraz po szkole dostałem pracę w Łodzi w fabryce produkującej części samochodowe. Pracowałem tam w kuźni mechanicznej przy wyrobie różnego rodzaju odkuwek. Nie będę się wdawał w szczegóły techniczne, ale z pracy byłem bardzo zadowolony. Szybko zostałem brygadzistą, a potem nauczycielem zawodu w szkole przyzakładowej. Do wojska mnie nie wzięli ze względu na wadę wzroku.
Tak minęło kilka lat. Po śmierci rodziców w 73, sprzedałem kuźnię i dom. Dostałem mieszkanie w bloku zakładowym. Finansowo byłem niezależny. Za pieniądze ze sprzedaży domu i kuźni kupiłem na czarnym rynku dolary. Było to bardzo ryzykowne, ale udało się. Wyjechałem na jedną z pierwszych wycieczek zagranicznych „na zachód”. Tam zostałem w kraju, w którym teraz mieszkam i posiadam obywatelstwo.
W tym czasie brakowało tam rąk do pracy w przemyśle. Każdy przybysz z za granicy, jeśli posiadał jakiś przydatny zawód dostawał pracę w fabrykach niemal następnego dnia po przybyciu. Zacząłem pracować w kuźni fabryki samochodów. Do pracy na kuźniarce zostałem przyuczony „na migi” w ciągu trzech godzin. Wieczorem chodziłem na kursy językowe.
Po roku dowiedziałem się o małej kuźni w pobliżu. Właścicielem był starszy schorowany kowal. Miał dwóch pomocników. Niechciał już zatrudniać nikogo, ale uparłem się, że mu pokażę co potrafię. Potrzebuję tylko parę godzin. Zgodził się niechętnie, chyba tylko na odczepne. Miał zamówienie na kraty do okien do pewnej willi. Powiedziałem, że mu zrobię jedną. Pracowałem do późna z jednym pomocnikiem, który został, aby zamknąć zakład.
Następnego dnia, po pracy w fabryce pojechałem do kuźni. Czekał tam już klient, który zamówił kraty. Gdy tylko zobaczył moją zażyczył sobie, aby pozostałe też tak wyglądały. Szef był bardzo zadowolony. Pracę dostałem od zaraz, ale na razie mogłem pracować tylko po południu po pracy w fabryce.
Po dwóch tygodniach wypowiedzenia w dotychczasowym miejscu pracy zabrałem się ostro za kucie krat, bram i ogrodzeń. Wkrótce zostałem współwłaścicielem a po trzech latach stary właściciel przeszedł na emeryturę i odsprzedał mi kuźnię.
Szybko rozwinąłem produkcję zdobyłem uznanie coraz to liczniejszych klientów. Zamówienia przychodziły z różnych stron kraju, również z zagranicy. Dalszy ciąg już znacie.
Teraz ja jestem emerytem i po raz pierwszy od wyjazdu z Konstantynowa jadę do Polski do Katowic na spotkanie z notariuszem i z detektywem Rudzińskim.
Teraz w roku 2014 zarówno Polska jak i moja nowa ojczyzna są w Unii Europejskiej, nie miałem więc żadnych przeszkód w dotarciu do Katowic.
Biuro notariusza odnalazłem bez przeszkód. Był tam Rudziński, stenografistka i dwóch starszych panów, którzy przedstawili się jako towarzysze pracy mojej matki. Po przywitaniu i spełnieniu wszystkich formalności, notariusz odczytał testament sporządzony jakiś czas temu u niego przez Jadwigę Wołkowską, rzekomą moją matkę. Z testamentu wynikało, że odziedziczyłem osiemdziesiąt pięć procent pieniędzy. Resztę, czyli piętnaście procent matka zapisała Towarzystwu Emerytalnemu do którego należała. Tych dwóch starszych panów obecnych u notariusza było przedstawicielami Towarzystwa.
Następnie notariusz wręczył mi trzy przedmioty. Gruby zeszyt zapisany drobnym niewyraźnym pismem, zalakowaną kopertę z listem oraz przedmiot, który rozpoznałem natychmiast. Śnił mi się on często w dzieciństwie. Była to dosyć topornie wykonana w kości słoniowej pięcioramienna gwiazda o wielkości około pięciu centymetrów. To ją miałem przed oczyma, gdy matka przytulała mnie do piersi.
Byłem totalnie zaszokowany, myśli chaotycznie przebiegały mi przez głowę. Skąd to nazwisko? Dlaczego matka nie pokazywała mi tej gwiazdy? Dlaczego nic nie mówiła o testamencie? Dlaczego sporządziła go w Katowicach? Kiedy tam pojechała? Rodzice nigdy nie wyjeżdżali z Łodzi. Gdy mieli kilka dni wolnych, spędzali je w domu.
Notariusz przerwał moje myśli, poprosił o otworzenie koperty, powiedział, że musimy jeszcze omówić sprawę pieniędzy które matka mi zostawiła. Drżącymi rękoma otworzyłem kopertę. W środku był list napisany na maszynie. Dziwne, w domu nie było maszyny do pisania. Po przeczytaniu kilku linijek w głowie mi zawirowało.
Musiałem wyglądać na bardzo zagubionego, skoro notariusz przerwał mi i zaproponował przerwę w spotkaniu. Miałem w spokoju przeczytać list w hotelu, przypomnieć sobie szczegóły z dzieciństwa i ponownie spotkać się u niego w biurze następnego dnia po południu.
W hotelu natychmiast padłem na łóżko wyjąłem list z koperty i zacząłem czytać:
„Synu Mój,
Nie piszę Kochany Synu, bo na pewno nie chciałbyś czytać tego listu dalej. Miałam 23 lata, gdy urodziłam Cię w pociągu w marcu 1947 roku. Moi rodzice zostali zabici przez Niemców w 41 roku. Zaopiekował się mną pewien człowiek, nasz sąsiad, który musiał uciekać przed Niemcami do lasu. Udałam się tam z nim.
Walczyliśmy z Niemcami. Po wyzwoleniu tych terenów przez Armię Czerwoną mój opiekun, a teraz już towarzysz życia został wysokiej rangi komisarzem radzieckiej partii komunistycznej we Lwowie.
To on jest, a raczej był Twoim ojcem. Gdy dowiedział się, że jestem w ciąży zażądał jej usunięcia. Twierdził, że dziecko będzie nam przeszkadzało w naszej pracy partyjnej. On starał się o przeniesienie do Polski. Tam razem mieliśmy krzewić idee komunizmu. Nie chciałam usuwać ciąży. Próbowałam go przekonać, że jestem na tyle silną komunistką, że dziecko nie będzie przeszkodą w naszej pracy.
W końcu doszliśmy do tego, że najlepiej będzie, jak urodzę w Polsce. On dał mi list polecający do swojego przyjaciela w Katowicach, który był doradcą w Komitecie polskiej partii. Sam miał dojechać jak tylko dostanie przeniesienie. Mnie załatwił miejsce w pociągu z przesiedleńcami, tak miało być najszybciej i najbezpieczniej dla mnie. Dostałam od niego żywność na drogę i futrzaną czapkę, w której zaszył pieniądze, głównie dolary odebrane spekulantom których tropił we Lwowie.
Do Polski nigdy nie przyjechał. Nigdy więcej go nie spotkałam. Twój ojciec nazywał się Lew Aleksandrowicz Brodniewicz, to tak na wszelki wypadek gdybyś chciał poszukać swoich korzeni. To teraz takie modne.
Urodziłam Cię trochę przedwcześnie w pociągu. Byłam w szoku po porodowym, kobiety będące w wagonie odebrały poród. Byłam nie przygotowana na Twoje przyjście na świat. Nie miałam pieluch, ubranek, nie miałam nic. Od ludzi dostałam jakieś szmaty, aby Ciebie w nie zawinąć. Mentalnie byłam przerażona i spanikowana. Zaczęłam żałować, że nie posłuchałam Lwa i że nie usunęłam ciąży. Ale teraz było za późno.
Dwa dni po Twoim narodzeniu wyszłam po wodę na jednym z postojów. Po powrocie okazało się, że skradziono mi cały mój tobołek z żywnością. Została mi na szczęście czapka z pieniędzmi. Nie miałam co jeść płakałam bezradna. Na szczęście miałam pokarm w piersi i mogłam Cię karmić. Uspakajałam się całkowicie, gdy ty ssałeś pokarm, pamiętam jak z ciekawością przyglądałeś się gwieździe, którą miałam na szyi. Dostałam ją od Twojego ojca na znak zaręczyn. Teraz przekazuję ją Tobie, mnie już nie będzie potrzebna.
W pociągu dużo pomocy otrzymałam od pewnej starszej ode mnie pary. Dowiedziałam się, że tydzień wcześniej, zanim dosiedli się do naszego wagonu, zmarł ich nowo narodzony synek. To ta kobieta najbardziej się Tobą opiekowała.
W końcu tuż przed Katowicami zapytała czy nie oddałabym im synka. Zapewniali, że będziesz miał u nich dobrze i że ja jeszcze taka młoda, bez męża będę miała łatwiej bez dziecka. Od razu się zgodziłam. Martwili się, że nie mogą mi za Ciebie zapłacić, dali mi tylko trochę chleba i słoniny. Zapamiętałam, że nazywali się Wojciech i Zofia Bednarzowie.
Wysiadłam w Katowicach, odnalazłam przyjaciela Twojego ojca. Był pułkownikiem, ale nie chodził w mundurze.
Wiktor Czernienko zaproponował mi abym na razie zamieszkała u niego miał duże czteropokojowe mieszkanie w centrum Katowic. Oddał mi do dyspozycji jeden pokój. Z listu polecającego od Twojego ojca dowiedział się, że jestem oddaną komunistką, członkinią partii radzieckiej. Gdy mu wspomniałam, że szukam pracy, od razu zaproponował mi pracę tłumaczki u siebie. Nie mówił nic po polsku.
Tłumaczyłam na rosyjski różnego rodzaju protokoły z zebrań partyjnych polskich towarzyszy, ich przemówienia publiczne do zatwierdzenia zanim zostaną odczytane w radiu, potem w telewizji. Z rosyjskiego na polski tłumaczyłam wytyczne dla komitetu wojewódzkiego, komitetów powiatowych oraz komórek partyjnych większych zakładów pracy.
W tym czasie zbliżyliśmy się do siebie, nie wyprowadziłam się od niego. Wciąż pamiętałam o Tobie. Udało mi się odszukać rodzinę Bednarzy u której byłeś. Oni zgłosili cię do władz jako swojego syna, który urodził się w drodze do Polski. Nie śmiałam odbierać im Ciebie. Wiktor doradził, aby pozostawić wszystko tak jak jest.
Dwa razy do roku odwiedzałam Ciebie u nich pod Wałbrzychem. Zostawiałam trochę pieniędzy, jakieś zabawki. Kiedy Twój przybrany ojciec został aresztowany, Wiktor zabronił mi odwiedzać was. Potem dowiedziałam się, że Twoja przybrana matka wyjechała z Tobą w nieznanym kierunku. Z pewnością łatwo bym Was odszukała, ale Wiktor stanowczo mi tego zabronił.
Wkrótce Wiktor zażądał abym wstąpiła do PZPR. Sprawił, że szybko pięłam się do góry w hierarchii, partyjnej. Zostałam zastępcą sekretarza propagandy w Komitecie Wojewódzkim, ale faktycznie to ja miałam ostatnie słowo do powiedzenia. Na przykład to ja na polecenie Wiktora w marcu 53 po śmierci towarzysz Stalina zainspirowałam polskich towarzyszy do zmiany nazwy Katowice na Stalinogród. Do dzisiaj jestem z tego dumna. Niestety, gdy nastała gomułkowszczyzna w październiku 56, została przywrócona nazwa Katowice.
W tym czasie Wiktor musiał wyjechać do Związku. Zapewniał, że niebawem wróci. Zostałam sama. Moje notowania spadły, ale wkrótce skontaktowała się ze mną ambasada radziecka. Dostałam nowe zadania. Pokierowano mną i znowu zaczęłam się liczyć w partii.
Tym razem moim zadaniem było opiniowanie i wydawanie wewnętrznych zezwoleń dla towarzyszy, na wyjazdy do krajów kapitalistycznych.
Dzisiaj nie mam już powodów do ukrywania tego, że ci towarzysze odwdzięczali mi się sowicie. Piszę Ci o tym, bo nie chcę niczego przed tobą ukrywać. Najprawdopodobniej zostało mi kilka miesięcy życia. Mam teraz 88 lat, jestem schorowana i niczego się już nie boję.
My tutaj starzy towarzysze partyjni trzymamy się razem. Prawie wszyscy jesteśmy w podeszłym wieku. Jest nas coraz mniej. Pomagamy sobie nawzajem. Urządzamy pogrzeby tym co umarli. Jest tych pogrzebów coraz więcej. Wiem, że gdy ja umrę to towarzysze zajmą się moim pogrzebem.
Pieniądze które uzbierałam przez te wszystkie lata, zdeponowałam w banku w Wiedniu, są Twoje. Chociaż tak chciałabym Ci zapłacić za to, że zostawiłam Cię u obcych ludzi. Zostawiam Ci też mój pamiętnik, w którym opisałam moje dzieciństwo i lata mojego życia do czasu śmierci moich rodziców. Zostawiam Ci też moją najdroższą relikwię, gwiazdę od Twojego ojca.
Twoja, uwierz mi, naprawdę kochająca Cię matka.
Jadwiga Wołkowska
Katowice, luty 2013.”
Nie wiem jak długo leżałem nieruchomo na łóżku. Ocknąłem się zdrętwiały z potwornym bólem głowy. Mam sześćdziesiąt siedem lat i cały dotychczasowy świat przewrócił mi się do góry nogami. Nie wiedziałem co o tym wszystkim myśleć i co robić dalej.
Tak w ubraniu bez ruch, przeleżałem całą noc, próbując odtworzyć przeszłość, wspominając matkę, ojca i nasze wspólne życie. Zastanawiałem się, dlaczego nie powiedzieli mi nigdy, że nie są moimi biologicznymi rodzicami. Wiem, że kochali mnie bardzo i nic przede mną nie ukrywali. Czyżby obawiali się, że wyjawienie tej prawdy spowoduje, że przestanę ich kochać? Że zacznę poszukiwać prawdziwej matki? Nie mam na te pytania odpowiedzi. Nie mam też o to do nich pretensji, zwłaszcza po przeczytaniu tego listu.
Długo rozmyślałem co robić dalej. Nad ranem wiedziałem już jak dalej postępować. Nie dam odebrać sobie mojej tożsamości.
Następnego dnia zmęczony po koszmarnej nocy stawiłem się nieco spóźniony u notariusza. Po przywitaniu notariusz od razu przystąpił do dalszych czynności
„Pańska matka zostawiła sporą sumę…” – przerwałem mu gwałtownie
„Proszę nie nazywać tej kobiety moją matką. Ona mnie tylko urodziła!” – krzyknąłem
„Ja mogę zrozumieć pana uczucia, ale jako prawnika i urzędnika państwowego obowiązuje mnie terminologia prawnicza przewidziana w polskim prawie. Zgodnie z tym prawem wszystko wskazuje, że pani Jadwiga Wołkowska była pana matką i tego muszę się trzymać. Rozumie pan to?”
„Rozumiem, przepraszam, niech pan kontynuuje”
„Tak więc pana… no dobrze, pani Wołkowska zostawiła sporą sumę pieniędzy. Dokładnie trzysta dwadzieścia osiem tysięcy dolarów plus odsetki za ostatni miesiąc, kiedy to otrzymałem wyciąg z konta. Pieniądze te są w banku w Wiedniu. Pan ma z tego osiemdziesiąt pięć procent, resztę otrzymuje Towarzystwo Emerytalne którego członkiem była pana… to jest pani Wołkowska. Jest jeszcze siedemdziesiąt trzy tysiące dwieście osiem złotych w banku PKO. Podział jak wyżej. Tu są numery kont bankowych i upoważnienia do pobrania pieniędzy. Ja mam dopilnować, aby Towarzystwo Emerytalne dostało swoją część” – przerwałem mu. Już wcześniej, jeszcze w hotelu podjąłem decyzję co do pieniędzy.
„Proszę państwa, nie chcę tych pieniędzy. Chciałbym upoważnić pana – zwróciłem się do notariusza – do przekazania mojej części dla szpitala dla ociemniałych w Laskach. Poniosę wszystkie koszty z tym związane. Pokryję również wszystkie koszty notarialne związane z tą sprawą. Z tych pieniędzy proszę nie potrącać kosztów poszukiwań mojej osoby.” – następnie zwróciłem się do Rudzińskiego
„Proszę podać, ile jestem panu winien za poszukiwania oraz numer konta na który mam przelać pieniądze. Zrobię to zaraz po przyjściu do hotelu” – wszyscy byli zaskoczeni mim oświadczeniem. Notariusz acz nie chętnie, ale zgodził się na to, aby wypełnić moją wolę. Panowie z Towarzystwa Emerytalnego zapytali, czy chciałbym wiedzieć, gdzie jest pochowana moja matka. Odpowiedziałem im, że bardzo dobrze wiem, gdzie jest pochowana moja prawdziwa matka. Byli trochę zakłopotani, ale nic więcej nie mówili. Musiałem napisać stosowne upoważnienia. Podpisać masę dokumentów i mogłem udać się do hotelu.
Tej nocy spałem bardzo dobrze. Następnego dnia pojechałem do Konstantynowa Łódzkiego. Na miejscowym cmentarzu odszukałem grób rodziców. Był bardzo zaniedbany. W administracji cmentarza dowiedziałem się, że mogę być pochowany w grobie rodziców, uiściłem stosowne opłaty a następnie udałem się do kamieniarza po drugiej stronie ulicy. Tam zamówiłem duży nagrobek, z miejscem na moje imię i nazwisko, zapłaciłem zaliczkę.
Potem z trudem odnalazłem dom ciotki. Był przebudowany, okolica była zabudowana i wyglądała zupełnie inaczej niż wtedy, gdy mieszkałem tam z matką. Ciotka i jej mąż dawno umarli. W domu mieszkał jeden z ich synów. Utrzymywałem kontakt listowny z ciotką, gdy jeszcze żyła, potem z jej synami. Od czasu do czasu pisaliśmy jakieś listy, kartki świąteczne. Oni przysyłali mi swoje zdjęcia, ja wysyłałem czasami jakieś paczki i pieniądze.
Zdziśka poznałem od razu, przywitałem się z żoną, ich dorosła córka była w pracy a wnuki w szkole.
Nie wspomniałem ani słowem o historii z Wołkowską ani tym bardziej o spadku. Powiedziałem, że przyjechałem na grób rodziców. Opowiedziałem co załatwiłem na cmentarzu i zobowiązałem Zdziśka do przypilnowania kamieniarza. Zostawiłem na to pieniądze. Na koniec zapytałem czy nie chcieliby dopilnować, aby po mojej śmierci sprowadzić moje prochy do polski i pochować je w grobie rodziców. Jeśli się na to zgadzają to umieszczę ich w testamencie i odziedziczą po mnie spory majątek. Zgodzili się.
Po powrocie do domu spotkałem się z radcą prawnym Firmy, który był również moim adwokatem. Po rozmowie z nim sporządziliśmy wspólnie mój testament, w którym dokładnie zarządziłem sprawy mojego pochówku w Polsce.
I tak skończyła się ta próba „odebrania” mnie od moich rodziców, którzy kochali mnie i wychowali w miłości, której mi nigdy u nich nie brakowało mimo niejednokrotnie trudnych chwil. Myślę, że udało mi się uratować swoją tożsamość.