ŁÓDZKA LILI MARLEEN

Pani Teresa Celmer, młoda nauczycielka, prosto po przyśpieszonych kursach przygotowujących do zawodu nauczycielskiego nie miała dużo doświadczenia w zawodzie. Można powiedzieć, że nie miała go wcale. Liceum ogólnokształcące do którego chodziła, przekształcono w Liceum Pedagogiczne, tak że ostatni rok nauki ukierunkowany był na kształcenie Nowego Nauczyciela, który świadom zachodzących w kraju przemian społeczno-politycznych we właściwy sposób wychowywałby nowe pokolenia młodzieży.

Pani Tereska, jak ją dzieci nazywały, nie za bardzo dawała sobie z tym radę. Pracuje w szkole od września 47 go. Jest wychowawczynią pierwszej klasy Szkoły Podstawowej numer 136 w Łodzi. To jej pierwszy rok w zawodzie i jej pierwsza klasa.

Na dzisiejszej lekcji śpiewu w jej klasie, dzieci miały zaśpiewać piosenki jakie najczęściej słyszą w domu śpiewane przez rodziców i rodzeństwo. To był jej pomysł na poznanie nastrojów w rodzinach dzieci. Takie wytyczne dostali na Radzie Pedagogicznej w ubiegłym tygodniu.

Znała zasady socjalistycznego wychowywania dzieci i młodzieży, zalecane przez Antona Makarenkę i które właśnie stawały się obowiązujące w polskich szkołach, ale nie miała do nich przekonania. To ze śpiewaniem przez dzieci piosenek zasłyszanych w domu to był jej własny pomysł. Uważała, że jest to łagodniejsza forma poznawania środowiska dzieci.

Zaraz na początku lekcji zorientowała się, że z tym śpiewaniem, to nie był to najlepszy pomysł. Musiała przerywać, tym którzy zaczynali śpiewać „Sto lat, sto lat, Niech żyje, żyje nam…”, „Wszystkie rybki śpią w jeziorze…” lub „Kiedy ranne wstają zorze…” czy „Boże, coś Polskę…”

„Wystarczy! Wystarczy! Może ktoś zna piosenki dla dzieci?” – zapytała z nadzieją w głosie.

Marylka Olczyk podniosła rączkę.

„Zaśpiewaj, Marylko”

Marylka zaczęła

„Wlazł kotek na płotek i mruga…”

Pani pozwoliła Marylce dośpiewać do końca. Pochwaliła ją i zachęciła dzieci do zaśpiewania razem tej ładnej dziecięcej piosenki. Wszystkie dwadzieścioro czworo mniej lub bardziej udanie śpiewało chórem. Zauważyła, że tylko siedząca samotnie w ostatniej ławce Kalinka Kozłowa nie śpiewała.

„Dlaczego nie śpiewasz z nami, Kalinko?”

„Nie znam tych piosenek” – odpowiedziała cicho Kalinka

„A jakie znasz?”

„Znam tylko jedną”

„Zaśpiewaj ją nam”

„Ale ona nie jest po polsku”

„Nie szkodzi, Kalinko. Może nam się spodoba, prawda dzieci?”

„Taaaak!” – odpowiedziały dzieci chórem

„Podejdź do tablicy. Zaśpiewaj głośno, aby wszystkie dzieci dobrze słyszały”

Kalinka posłusznie wykonała polecenie pani i ustawiła się przy tablicy. Pani odnotowywała coś akurat w dzienniku lekcyjnym, gdy nagle usłyszała piękny głos, który tak bardzo nie pasował do Kalinki. Spojrzała zaskoczona w jej kierunku. Głos małej, cichej dziewczynki brzmiał teraz jak niski głos młodej kobiety. Kalinka była jakby nieobecna, w jakimś transie. Wyprostowana, z na wpół przymkniętymi oczami zaczęła dosyć cicho i wolno, by po pierwszej zwrotce śpiewać głośniej w jakiś bardziej hardy sposób

Vor der Kaserne

Vor dem großen Tor

Stand eine Laterne

Und steht sie noch davor

So woll’n wir uns da wieder seh’n

Bei der Laterne wollen wir steh’n

Wie einst Lili Marleen.

 

Unsere beide Schatten

Sah’n wie einer aus

Daß wir so lieb uns hatten

Das sah man gleich daraus

Und alle Leute soll’n es seh’n

Wenn wir bei der Laterne steh’n

Wie einst Lili Marleen.

 

Schon rief der Posten,

Sie blasen Zapfenstreich

Das kann drei Tage kosten

Kam’rad, ich komm sogleich

Da sagten wir auf Wiedersehen

Wie gerne wollt ich mit dir geh’n

Mit dir Lili Marleen.

 

Deine Schritte kennt sie,

Deinen zieren Gang

Alle Abend brennt sie,

Doch mich vergaß sie lang

Und sollte mir ein Leids gescheh’n

Wer wird bei der Laterne stehen

Mit dir Lili Marleen?

 

Aus dem stillen Raume,

Aus der Erde Grund

Hebt mich wie im Traume

Dein verliebter Mund

Wenn sich die späten Nebel drehn

Werd’ ich bei der Laterne steh’n

Wie einst Lili Marleen.

 

/Lili Marleen, Słowa: Hans Leip. Muzyka: Norbert Schultze/

Śpiewała tak, jak to słyszała setki razy z płyty gramofonowej jaką mama miała w domu i którą słuchały bardzo często. Mama Kalinki nie mówi po niemiecku, ale dużo z tego języka rozumie. Bardzo jej się ta piosenka podoba, niestety, ponieważ słowa piosenki jakoś nie chcą się w jej głowie utrwalić, więc najczęściej nuci tylko melodię.

Kalinka nauczyła się bardzo szybko tekstu ze słuchu i choć nie rozumiała słów, nie znała niemieckiego, to z czasem śpiewała wiernie jak Lale Andersen, piosenkarka z płyty. Z czasem jej wykonanie stało się wierną kopią oryginału.

Tak było teraz gdy zaśpiewała to przed klasą. Pani była zaczarowana jej wykonaniem. Pozwoliła jej zaśpiewać wszystkie pięć zwrotek. Ani ona, ani dzieci nie przerwały Kalince. Pani Tereska nie znała niemieckiego, więc niemieckie słowa nic jej nie mówiły. Miała tylko takie wrażenie, że melodia jest jakby jej znana. Kalinka śpiewała z takim uczuciem, że pani nie miała wątpliwości, że to jest jakaś miłosna piosenka.

„Pięknie Kalinko! Brawo!”

Pani zaczęła klaskać. Dzieci też się przyłączyły.

„Powiedz nam o czym jest ta piosenka”

„O miłości, proszę pani”

Dzwonek na przerwę zakończył lekcję śpiewu. Dzieci wybiegły z klasy. Kalinka też wyszła.

Pani została sama. Nie chciało jej się iść do pokoju nauczycielskiego. Następna lekcja miała być za dziesięć minut. Chciała w spokoju zastanowić się co przyszykować na Akademię Pierwszomajową która odbędzie się za tydzień. Zaniedbała trochę tą sprawę.

Na początku kwietnia dyrektor zapowiedział tą Akademię. Mają być wizytatorzy z Wydziału Oświaty z miasta, Być może przyjedzie ktoś ważny z Warszawy. Każda klasa ma przygotować jakiś numer. Dyrektor zasugerował, aby dzieci z pierwszych klas przyszykować do zaśpiewania czegoś odpowiedniego. Starsze klasy miały deklamować wiersze. Dwoje uczniów z klasy siódmej już od tygodnia było przyszykowywanych do wygłoszenia mowy na część Pierwszego Maja. Sam dyrektor ją napisał.

W pierwszych dniach kwietnia pani Teresa Celmer skorzystała z uprzejmości miłego sąsiada, świeżo upieczonego lekarza, pana Zenka i poszła na tygodniowe zwolnienie lekarskie. Doktor Zenon Walczak, po studiach dostał nakaz pracy w Przychodni Zdrowia na Polesiu. Akurat w tej przychodni, do której przypisana była pani Tereska. Ponieważ schorzenie, na które Doktor Zenek wypisał zwolnienie pani Teresce, nie wymagało leżenia w łóżku, zaproponował on wspólny wyjazd do swoich rodziców do Radomia.

Rodzice pani Tereski, z którymi mieszkała, bardzo religijni katolicy, zgodzili się na to dosyć chętnie, przymykając oczy na ten grzeszny bądź co bądź wyjazd.

„Bóg widzi, że to w dobrej intencji i nam wybaczy…” – wyciszali wyrzuty sumienia rodzice Tereski

Uważali, że córka, która właśnie skończyła dwadzieścia lat, powinna już na poważnie zacząć rozglądać się za mężem, szczególnie, że niestety, Tereska nie grzeszyła specjalnie urodą. Zdawali sobie z tego sprawę. Sympatyczny młody lekarz, pan Zenek, który nie tak dawno wprowadził się do swojej ciotki i jej męża, piętro niżej, wydawał się im, wspaniałym kandydatem na zięcia.

Po powrocie do szkoły, pani Tereska po prostu zapomniała o przygotowaniach do tej Akademii. Ale dzisiaj przed lekcjami, w pokoju nauczycielskim, dyrektor zapytał

„Jak tam koleżanko, co wasza klasa zaprezentuje na Akademii?”

Pani Tereska, zaskoczona tym pytaniem, zgrabnie wybrnęła z kłopotliwej sytuacji odpowiadając

„Jeszcze nie mogę się zdecydować. Mam troje dzieci, które mogą ładnie zaśpiewać i nie wiem które wybrać”

Teraz siedząc na przerwie w klasie i będąc świeżo pod wpływem dopiero co wysłuchanego pięknego śpiewu Kalinki, wpadła na pomysł, aby to ona właśnie reprezentowała jej klasę na Akademii.

Po przerwie zaproponowała Kalince występ na Akademii. Zaproponowała, to może niezbyt właściwe określenie. Pani powiedziała Kalince

„Zaśpiewasz tą piosenkę na Akademii, Kalinko”

„Ale, proszę pani…”

„Żadne, ale… Do duży zaszczyt dla ciebie. Poproś mamusię, aby ubrała cię w białą bluzeczkę i ciemną spódniczkę”

Na dużej przerwie, w pokoju nauczycielskim dyrektor odpytywał nauczycieli z przygotowań do Akademii. Miał już potwierdzenie, że z Warszawy przyjedzie ktoś ważny z Kuratorium, więc bardzo mu zależało, aby szkoła dobrze wypadła.

Ustalono kto i w jakiej kolejności będzie występował. Pani Iwanowa, nauczycielka rosyjskiego, zobowiązała się akompaniować na pianinie tym dzieciom, które będą śpiewały. W tym celu umawiała się z nauczycielami na próby występu dzieci. Gdy doszło do pani Tereski, zapytała

„A ty, dziecko, co twoja klasa zaśpiewa?”

Pani Iwanowa skończyła właśnie pięćdziesiąt lat i była najstarszą w gronie nauczycielskim. Z racji swojego wieku zawsze tak się zwracała do dużo młodszych koleżanek. Pani Tereska już miała odpowiedzieć, ale przerwał jej dyrektor

„No, właśnie, koleżanko, czy już zdecydowaliście które dziecko wystąpi i co nam zaśpiewa?”

„Tak, oczywiście. Mam uczennicę z przepięknym głosem. Kalinka Kozłowa. Byłam oczarowana piosenką, którą nam zaprezentowała…”

„Co to za piosenka?” – zapytała Iwanowa – „Muszę wiedzieć co grać”

„O to chodzi, że nie wiem. Śpiewała ją nie po polsku…Ale jak cudnie” – z zachwytem Mówiła pani Tereska – „Mówię wam. Wszystkich oczaruje tym śpiewaniem. Jestem przekonana, że lepiej będzie, gdy zaśpiewa bez akompaniamentu”

Pani Iwanowa poczuła się nieco urażona, ale starała się, aby nie było można tego zauważyć

„Jeśli pan dyrektor na to pozwoli, to ja tu, oczywiście, nie mam nic do powiedzenia”

Dyrektor, gdy usłyszał, że dziewczynka będzie śpiewać nie po polsku, nie wiedzieć czemu był przekonany, że zaśpiewa to po rosyjsku. Może zasugerował się nazwiskiem małej.

„Dobrze! Niech zaśpiewa bez akompaniamentu. Proponuję, aby zaśpiewała jako pierwsza, tuż po mowie powitalnej. Skoro śpiewa tak pięknie, że jest pani oczarowana, koleżanko, to liczę na to, że wprowadzi naszych gości w dobry nastrój”

W tym momencie dyrektor popełnił olbrzymi błąd, którego wkrótce będzie bardzo żałować. Bardzo możliwe, że wpłynęła na to pewna, nazwijmy to, słabość, jaką dyrektor miał to młodszych koleżanek, zwłaszcza dużo młodszych.

Po jego decyzji, żeby Kalinka Kozłowa zaśpiewała jako pierwsza i to bez akompaniamentu tej starej wiedźmy Iwanowej (tak ją zawsze nazywał w myślach), koleżanka Tereska obdarzyła go czarującym uśmiechem. To go utwierdziło, że dobrze postąpił.

A tymczasem, po przyjściu ze szkoły do domu, Kalinka oznajmiła matce

„Mamusiu! Będę śpiewać na akademii!”

„Co będziesz śpiewać, kochanie?”

„Lili Marleen. Pani się bardzo podobało moje śpiewanie”

Anna Kozłowa, matka Kalinki, bardzo się tym zaniepokoiła. Instynktownie poczuła, że nic dobrego z tego nie wyniknie.

Wszystko, co wiązało się z tą piosenką kończyło się dla niej źle. Jej dorosłe życie, można powiedzieć, naznaczone było cierpieniem, które w tle miało tą piosenkę. Anna Kozłowa od dawna utożsamiała się z Lili Marleen.

Kalinka usiadła do stołu. Anna, jak zwykle czekała na nią, aby razem zjeść obiad. Nalała pomidorową na talerze dla córki i dla siebie. Podczas gdy mała zabrała się za jedzenie, ona oddała się wspomnieniom związanym z tą piosenką.

W 1941 tym roku w okupowanej Łodzi, poznała młodego żołnierza Wehrmachtu, Heinza Millera. Anna, wówczas siedemnastoletnia dziewczyna z niepełnym wykształceniem podstawowym, mieszkała z rodzicami i starszym bratem w podłódzkiej wsi Retkinia Folwark. Rodzice mieli tam kawałek pola i dom z oborą i stodołą.

Od 1940 go, od pierwszego stycznia Niemcy włączyli wieś administracyjnie do Łodzi. Wszystkich polskich mieszkańców miasta powyżej szesnastego roku, okupant objął obowiązkiem pracy. W rodzinie Anny tylko ona temu podlegała. Rodzice jako rolnicy nie podlegali temu zarządzeniu, a brat pracował w warsztacie pobliskiej zajezdni tramwajowej na Brusie.

Anna miała szczęście. Nie została wywieziona do pracy w głąb Niemiec, została skierowana do sprzątania ulic w dzielnicy Karlshof obejmującej dawne Polesie. Jej zadaniem było codziennie zamiatać ulicę General-Litzmann-Strasse, dawną 11go Listopada, na odcinku od Friedhofstrasse, dawnej Cmentarnej, do Mackensenstrasse, dawnej Świętego Jerzego.

Zamiatała tylko jej parzystą stronę. To tam właśnie wpadł jej w oko młody wartownik, stojący często przed wejściem do starych polskich koszar zajmowanych w tym czasie przez Wehrmacht.

Żołnierzem tym był Ślązak z Gleiwitz, Heinz Miller. Jego matką była Polka, Dzięki dobrej znajomości języka ojczystego matki, udało mu się nawiązać znajomość z Anną. I jak to zwykle w takich przypadkach bywa zaczęli się spotykać jak tylko Heinz dostawał przepustkę.

Pewnego pięknego, wyjątkowo ciepłego dnia pod koniec marca 1941 go Heinz wyszedł do czekającej na niego Anny z niewielką walizeczką. Heinz zatrzymał dorożkę i pojechali w kierunku zachodnim do Volksparku, znanego Annie pod nazwą Parku Ludowego na Zdrowiu. Tam w zacisznym, mało uczęszczanym miejscu usiedli na kocu który Anna miała ze sobą. Anna miała również koszyk z butelką bimbru i zakąską. Heinz ostrożnie postawił na kocu walizeczkę. Otworzył ją i oczom Anny ukazało się nieznane jej urządzenie.

Był to przenośny gramofon nakręcany korbką. W pokrywie walizeczki znajdowały się trzy płyty gramofonowe. Heinz uruchomił urządzenie i z pierwszej płyty popłynęła piosenka śpiewana przez nieznaną Annie piosenkarkę.

Anna w ogóle nie miała okazji wcześniej słuchać muzyki z radia czy gramofonu. Kilka razy jako dziecko, słyszała muzykę z okien bogatego gospodarza, który miał w domu radio. Zatrzymywała się wtedy z innymi ciekawskimi dziećmi, aby trochę posłuchać, ale sąsiad bardzo szybko je przeganiał.

Teraz, w parku na kocu siedziała obok tego cudownego urządzenia i mogła z bliska napawać się cudownym głosem piosenkarki. Piosenka śpiewana była po niemiecku. Heinz wyjaśnił jej, że to co jest śpiewane to tak jakby o nich. O młodym żołnierzu i jego dziewczynie, Lili Marleen, spotykających się pod latarnią przy wejściu do koszar. O gorących pocałunkach na pożegnanie, gdy muszą się rozstać.

Annie bardzo się to podobało. Potem słuchali jeszcze coś innego, jakieś serenady, ale to już nie było to. Poprosiła Heinza, aby puścił tą piosenkę o Lili Marleen jeszcze raz. Zrobił to chętnie jeszcze kilkanaście razy.

Tak się jakoś stało, że Anna, pod wpływem tej melodii przestała być panienką.

Spotykali się przynajmniej raz w tygodniu. Zawsze jechali w to samo miejsce i zawsze słuchali tej samej melodii.

Aż któregoś majowego dnia przed bramą koszar na Heinza czekała zapłakana Anna. Oznajmiła mu, że wszystko wskazuje na to, że jest w ciąży. On też nie miał dla niej dobrej nowiny. Za kilka dni jego jednostka jedzie gdzieś na wschód. Napisze do niej jak już będą na miejscu, i oczywiście, jak wojna się skończy to on do niej wróci i się pobiorą.

Na dowód prawdomówności zostawi jej na przechowanie, to co ma najcenniejszego, ten gramofon i płyty, które dały im tyle radości.

Anna po przyjściu do domu dokładnie ukryła gramofon w stodole, w miejscu, w którym była pewna, że nikt do niego nie zajrzy, to jest za starymi wyłamanymi wrotami, które stały oparte o ścianę nie ruszane od lat.

W domu nie dało się długo ukryć, że jest w ciąży. Ojciec chciał wypędzić z niej niemieckiego bachora pasem, ale matka stanowczo się sprzeciwiła. Stanęło na tym, że Anna pojedzie urodzić dzieciaka do krewnych pod Rzgowem. Póki co będzie mieszkać z nimi i ma się ludziom na oczy nie pokazywać.

Do pracy, do sprzątania swojego odcinka ulicy jeździła jak zawsze, sześć dni w tygodniu. Starała się być poza domem jak najdłużej. Wracała do domu wieczorem, zjadała przyszykowaną dla niej kolację i kładła się spać. Wcześnie rano, po śniadaniu szła około dwa kilometry do tramwaju na Brusie i jechała do pracy.

W połowie października, dokładnie w piątek siedemnastego Anna, zamiatając ulicę, zemdlała przed wejściem do koszar, niemal w tym samym miejscu, w którym spotykała się z Heinzem. Stał tam przy budce wartowniczej inny żołnierz. Na widok przewracającej się ciężarnej kobiety, zadzwonił gdzieś z budki. Po chwili zjawili się sanitariusze z noszami i zabrali ją do koszar do izby chorych.

Wojskowy lekarz, kapitan Frans Buckler, zbadał ją, ale nie mógł się z nią porozumieć. Przywołano jakiegoś wystraszonego szeregowca, który mówił trochę po polsku. Anna dowiedziała się, że jest bardzo osłabiona z powodu niedożywienia i przepracowania. Dostała jakąś kroplówkę i receptę na lekarstwa. Odpowiedziała, że nie ma pieniędzy na lekarstwa, wtedy doktor Buckler wydał jej z szafki z lekarstwami kila różnych pudełeczek z pigułkami i powiedział, że muszą jej starczyć na kilka dni. Wypisał też zaświadczenie, do Urzędu Pracy w którym stwierdził, że Anna do czasu rozwiązania nie może pracować fizycznie. Zarządził, aby odpoczęła kilka godzin w izbie chorych i zjadła posiłek. Ten wystraszony szeregowiec, który mówił po polsku, dostał polecenie, aby wynająć dorożkę i zawieść ją do domu. Dostał na to pieniądze od Bucklera.

Dorożka z Anną i żołnierzem Wehmachtu zajechała przed chałupę jej rodziców dobrze po dwudziestej. Było już ciemno, jednak nie uszło to uwadze sąsiadów. Dorożka we wsi nie zjawiała się tak często.

W domu nie obyło się bez awantury. Ojciec trochę zmiękł, gdy dowiedział się, że Anna ma zwolnienie od lekarza i że trzeba je zawieść do Urzędu Pracy. Dostanie tam pieniądze za przepracowane przez nią ostatnie dni i kartki na żywność.

Następnego dnia, w sobotę miał się tym zająć brat Anny. Do pracy miał iść na drugą zmianę, więc z samego rana zawiezie jej zwolnienie i odbierze pieniądze.

Anna wspomniała o recepcie na lekarstwo, które jej przepisał doktor Buckler, ale spotkało się to ze zdecydowanym sprzeciwem ojca. Będą ją leczyć sprawdzonymi, domowymi sposobami. Postanowił też, że w poniedziałek wywiezie ją do krewnych pod Rzgowem.

W sobotę wieczorem brat wrócił z pracy, ale bez pieniędzy Należnych Annie. Był lekko podchmielony. Okazało się, że ta niewielka sumka jaką Anna dostała za ostatnie dni pracy nie starczyła, aby się mógł bardziej upić.

Po kolejnej domowej awanturze, w której okazało się, że Anna jest nierobem i za mało zarabiała postanowiła uciec z domu.

W tajemnicy spakowała trochę najbardziej niezbędnych swoich rzeczy do małego kuferka i pod pozorem wyjścia do stojącej za oborą „sławojki” ukryła go w stodole.

Późno wieczorem, gdy już wszyscy położyli się spać wstała po cichu, narzuciła na ramiona chustę, którą nosiła, gdy wychodziła do pracy i powoli zbliżała się do drzwi

„Gdzie cię niesie?” – usłyszała matkę

„Brzuch mnie boli. Zaraz wrócę” – odpowiedziała

Gdy wyszła na zewnątrz szybko udała się do stodoły. Po omacku założyła grube pończochy, byty z cholewami, jakiś sweter na nocną koszulę i na to wszystko chustę na głowę i ramiona. Olbrzymią agrafką spięła ją pod szyją. W pasie przewiązała się solidnym rzemieniem. W jedną rękę wzięła kuferek a w drugą walizeczkę z gramofonem. Potem, nie obejrzawszy się za siebie ruszyła opłotkami, aby nie budzić psów, w stronę Brusa.

Noc spędziła w kącie budki tramwajowej. Druga połowa października była sucha i ciepła, ale w nocy było bardzo chłodno. Zbudził ją pierwszy tramwaj wyjeżdżający z pobliskiej zajezdni. Miała bilet na dojazdy do pracy. Dojechała do Parku na Zdrowiu. Poszła alejkami, którymi tak często chodziła z Heinzem. Doszła do „ich” miejsca otoczonego gęstymi krzewami. Usiadła na znajomym pniu powalonego drzewa. Siedziała bez ruchu jakiś czas. Potem zdecydowanym ruchem otworzyła gramofon i sprawnie nakręciła mechanizm. Po chwili słychać było jej ulubioną piosenkę. Głośno zapłakała.

Rozwiązała rzemień, którym opasana była chusta w pasie. Nie przerywając płaczu zaczęła rozglądać się za odpowiednią gałęzią. Znalazła jedną w pobliżu. Zarzuciła rzemień.

W tym momencie skończyła się piosenka. Anna robiła właśnie pętlę. Niechętnie przerwała czynności przy rzemieniu. Doszła do gramofonu. Nakręciła mechanizm i puściła płytę jeszcze raz.

Nie zauważyła, że od pewnego czasu jest obserwowana.

Kalinka urodziła się piętnastego grudnia 1941 go o godzinie dwudziestej pierwszej.

Poród odebrała Stanisława Barszcz. Ta sama która odwiodła Annę od samobójstwa. To ona obserwowała Annę w Parku na Zdrowiu. Zbierała, jak zwykle szyszki na opał do worka, który miała na starym, koślawym wózku dziecięcym, gdy usłyszała z daleka muzykę. Poszła w kierunku jej źródła.

Krzewy o tej porze roku nie mają za dużo liści. Zauważyła, młodą, płaczącą dziewczynę, najwyraźniej w ciąży, usiłującą zawiązać pętlę na sznurze zwisającym z gałęzi.

Stanisława Barszcz, kobieta w nieokreślonym wieku, ale na pewno grubo po sześćdziesiątce, zaniedbana, zgarbiona do połowy, w łachmanach, wystraszyła Annę wynurzając się z krzaków. Skrzekliwym głosem, bardzo donośnym, niepasującym do jej osoby, krzyknęła do Anny

„Nie rób tego, córko!…Pomogę ci”

Przestraszona Anna instynktownie puściła zrobioną właśnie pętlę i cofając się przed zbliżającą się staruchą, usiadła na pieńku potrącając gramofon.

Stanisława usiadła przy sparaliżowanej strachem Annie.

„Pomogę ci, dziecko” – powiedziała ciepło do Anny – „Zgrzeszyłam kiedyś ciężko wobec mojej córki. Długo czekałam na odkupienie tego grzechu. Teraz nadszedł na to czas”

Mimo, że jej głos był nadal skrzekliwy, to Anna wyczuła w nim macierzyńskie ciepło. Przestała się bać. Siedziały w milczeniu przez kilkanaście minut. Stanisława Barszcz objęła ramieniem, ciągle drżącą Annę. W pewnym momencie energicznie wstała z pieńka.

„Podnieś się dziecko. Ten pień jest wilgotny. Jeszcze wilka dostaniesz…Idziemy!”

„Nie mam, dokąd iść” – odpowiedziała Anna i ponownie zaczęła płakać

„Do mnie idziemy. Mam miejsce dla ciebie” – i po chwili dodała – „Dla dziecka też”

Pomogła Annie zapakować kuferek. Zdjęła z gałęzi rzemień i ukryła gramofon pod workiem z szyszkami

„Lepiej niech Niemcy tego nie widzą. Nie wolno Polakom mieć takich rzeczy”

Ruszyły przez park w stronę przejścia przez tory przy Gardenstrasse, dawnej Srebrzyńskiej.

Stanisława Barszcz mieszkała w jednopokojowym mieszkaniu w Famułach pod numerem dwudziestym ósmym. Zanim tam doszły nakazała Annie, aby nazywała ją ciotką, gdyby natknęli się na Niemców.

„Jak masz, dziecko, na imię?”

„Anna, proszę pani”

„Nie – proszę pani – jestem twoją ciotką… Pamiętaj, od teraz jestem dla ciebie ciocia Stasia”

Ciocia Stasia, u której zamieszkała Anna, była osobą, o której okupanci najprawdopodobniej zapomnieli. Nigdy nie była zatrzymana przez patrole wojskowe lub policyjne. Mimo, że niemieckie władze miasta wydały zakaz wchodzenia Polakom do parków, to jej nigdy z parku na Zdrowiu nie wyrzucono, mimo że dosyć często spotykała tam patrole. Być może dlatego, że zawsze, gdy się do niej zbliżali, obdarowywała ich takim spojrzeniem prosto w oczy, że tylko ze wstrętem mijali ją, mamrocząc coś pod nosem o wiedźmach co przynoszą pecha.

Kiedy nie była w parku po szyszki, chodziła ze swoim wózkiem na pobliskie cmentarze. Opiekowała się grobami pochowanych osób, których zamożni bliscy zlecili jej tą pracę. Dostawała za to nieregularną zapłatę i z tego żyła.

Ciocia Stasia nie dostawała kartek żywnościowych. Nie była nigdzie zarejestrowana, ale jedzenia jej nie brakowało. W znacznej mierze żywił ją cmentarz. W kilku miejscach, zazwyczaj w najbardziej zaniedbanej części cmentarza miała dobrze zamaskowane niewielkie uprawy warzyw.

Zastawiała też wnyki na króliki. Mięso zjadała a skórki wyprawiała i sprzedawała potajemnie nielicznym znajomym.

Największym powodzeniem cieszyły się skórki nieszczęsnych kotów które wpadały w jej wnyki. Ponoć pasy szyte z ich skór, noszone pod bielizną, bardzo pomagały chorym na nerki.

Anna dobrze się czuła w domu cioci Stasi. Spała w łóżku tragicznie zmarłej córki Stanisławy Barszcz. Ciocia Stasia, jak ją teraz nazywała, miała dużo rzeczy po córce. Wszystkie pasowały na nią niemal idealnie.

W olbrzymiej szafie, która zajmowała znaczną część pokoju, jedna szuflada, na dole pod drzwiami wypełniona była nieużywanymi ubrankami dla niemowlaka.

„Dla kogo były przyszykowane te ubranka, ciociu?” – zapytała kiedyś Anna

„Uszyłam je po śmierci córki. Nie wiem, dlaczego to zrobiłam. Ujrzałam Jankę we śnie. Powiedziała mi – Mamo przyszykuj ubranka dla dziecka. Nie zdążyłam tego zrobić – Zapytałam we śnie – Po co ci one córuś? – Jeszcze się przydadzą, mamo”

Anna nic z tego nie rozumiała. Wiedziała, że córka ciotki zmarła tragicznie, ale nigdy nie wypytywała ją w jaki sposób. Ciotka musiała zauważyć, że Anna nie rozumie o co chodzi

„Janka, moja córka, była tylko trochę starsza od ciebie. Dwadzieścia lat temu, w 21 szym, w lutym, oznajmiła mi, że jest w ciąży…Wyrzuciłam ją z domu…Na mróz…Powiesiła się w sąsiedniej klatce schodowej…”

Anna usiadła koło ciotki na łóżku i objęła ją ramieniem. Siedziały tak razem, każda zatopiona w swoich myślach. Ciotka podniosła się energicznie, tak jak to miała w zwyczaju Podeszła do pieca, podsypała trochę szyszek ze skrzyni stojącej obok i zabrała się za gotowanie kawy zbożowej.

„Wtedy w parku, gdy poszłam zbierać szyszki, wiedziałam, że cię spotkam. Janka śniła mi się w nocy. Powiedziała – zaopiekuj się dziewczyną, którą niebawem spotkasz. Nie pozwól jej zrobić sobie krzywdy – Gdy cię zauważyłam, wiedziałam, że miała ciebie na myśli”

Anna pomagała cioci w pracy na cmentarzu, zajmowała się domem. Nie chodziła z nią do parku zbierać szyszki. Ciotka uznała, że Niemcy na pewno się do Anny przyczepią i będzie kłopot. Sąsiadom wytłumaczyła, że Anna jest jej krewną ze wsi, gdzie Niemcy spalili dom i zabili jej rodziców. Nikt się o Annę nie wypytywał.

Anna nie wychodziła do miasta. Bała się spotkać rodziców lub kogoś z sąsiadów, z Retkini.

Poród przeszedł prawidłowo i bez komplikacji. Ciotka poprosiła o pomoc jedną z sąsiadek o której wiedziała, że ma doświadczenie w tych sprawach.

Anna miała pokarm w piersiach dla dziecka. Mała Kalinka rosła jak na drożdżach. Na szczęście ominęły ją choroby wieku niemowlęcego. Anna bardzo chciała małą ochrzcić. Ciotka wytłumaczyła jej, że jako dziecko nieślubne, będzie to raczej niemożliwe, poza tym dowiedziała się, że Niemcy wymagają rejestracji dzieci w Urzędach Stanu Cywilnego i księża chrzczą tylko zarejestrowane tam dzieci.

W kwietniu 42 go Anna udała się do USC zarejestrować córkę. Spotkał ją tam szok. Po pierwsze usłyszała

„Kenkarte bitte”

„Nie mam, pani ja ze wsi…” – odpowiedziała płaczliwie

Po drugie, wymagano od niej zgłoszenia w języku niemieckim. Ponieważ jednak musiało być dużo takich którzy nie mówili po niemiecku, wymóg ten nie był przestrzegany. Natomiast stanowczo domagano się podania imienia i nazwiska ojca.

Anna nie chciała tego zrobić, jednakże urzędniczka zachęciła ją do tego, mówiąc, że będzie można z urzędu zabiegać o alimenty na dziecko. Anna podała imię i nazwisko Heinza Millera. Urzędniczkę bardzo to zaciekawiło

„Czy to Niemiec?” – zapytała

„Tak. Żołnierz. Przebywał w koszarach na General-Litzmann-Strasse, ale już wyjechał na wschód”

„A skąd pochodził?”

„Z Gleiwitz…Ale adresu nie znam”

Urzędniczka przerwała rozmowę i gdzieś zatelefonowała. Rozmawiała z kimś po niemiecku. Potem zwróciła się do Anny

„Ponieważ ojciec twojego dziecka jest Niemcem, popełnił przestępstwo współżyjąc z tobą. Będzie za to ścigany i ukarany. Ale jeżeli okaże się, że spełniasz warunki przynależności do Narodu Niemieckiego i otrzymasz którąś z czterech kategorii Volksdeutscha, to twoje dziecko czeka piękna przyszłość. Nie zostanie ci odebrane, dostanie kartki na mleko i na ubranka dziecięce. Ta sprawa zostanie zbadana przez odpowiednie władze. Teraz wybierz imię dla córki. Na razie z listy dla polskich dzieci, później będziesz mogła je zmienić”

Z wywodu urzędniczki dotarło do Anny tylko to, że mogą jej zabrać dziecko. Przeraziło ją to. Nie zdążyła jeszcze zastanowić się nad sensem usłyszanych słów, kiedy urzędniczka zadała jej pytanie

„Gdzie mieszkasz? Dokładny adres podaj…”

Anna ocknęła się i w jednej chwili zrozumiała, że nie może podać adresu ciotki. Podała adres rodziców we wsi Retkinia Folwark. Na zakończenie dostała listę z imionami dla dziewczynek. Mogła wybrać jedno dla córki. Wybrała imię Jadwiga. Drugiego imienia nie mogła wybrać.

Rozporządzeniem Namiestnika Rzeszy w Kraju Warty, Arthura Greisera polskie nowonarodzone dziewczynki otrzymywały obowiązkowo Kazimiera jako drugie imię.

Od tej chwili jej córka urzędowo miała na imię Jadwiga, Kazimiera. Anna dostała stosowny dokument i kilka formularzy do wypełnienia w celu ubiegania się o przynależność do Wielkiego Narodu Niemieckiego.

Anna pośpiesznie udała się do domu. Przekazała ciotce wszystko co się dowiedziała. Zadecydowały, że Anna z dzieckiem nie będzie się pokazywała w mieście. Spacerować będą tylko po cmentarzu. Może ta wojna się wreszcie skończy i wtedy się zobaczy co robić dalej.

Formularze, które Anna dostała do wypełnienia spaliły w piecu zaraz po jej przyjściu do domu.

W miarę upływu czasu, Anna tęskniła coraz bardziej za matką. Właściwie to nie była tęsknota, tylko chęć pochwalenia się małą. Anna widziała w niej duże podobieństwo do matki. Powiedziała o tym ciotce, że chciałaby spotkać się z matką i pokazać jej wnuczkę. Ciotka odradzała jej, mówiąc, że matka z pewnością będzie chciała zatrzymać ją w domu.

Anna przyznawała jej rację i przez jakiś czas nie wspominała więcej o chęci spotkania matki. Kiedy Kalinka, jak ją nazywały, ukończyła pięć miesięcy, Anna coraz częściej mówiła o chęci wyjazdu na Retkinię.

Ciotka świadoma tego, że prędzej, czy później Anna dopnie swego, zgodziła się towarzyszyć jej w spotkaniu rodziców. Miała nadzieję, że w razie jakiejś awantury będzie mogła pomóc jakoś Annie i przekona jej rodziców, że lepiej dla dziecka będzie jak ich córka z małą pomieszka jakiś czas jeszcze u niej.

Uzgodniły, że pojadą do rodziców Anny w poniedziałek piętnastego czerwca. Kalinka skończy wtedy dokładnie pół roku. Do tego czasu mają jeszcze ponad tydzień.

Ciotka obiecała znaleźć jakiś stosowny prezent, który Anna wręczyłaby matce. Dla ojca miały litr bimbru.

Niestety, piętnastego nie pojechały, ponieważ znajoma ciotki, która miała przynieść sweter na prezent od Anny dla Matki nie przyszła. Ciotka poszła poszukać czegoś innego. Wróciła po południu z pięknym wełnianym szalem. Było już jednak za późno, aby jechać na Retkinię. Pojechały następnego dnia.

Już w tramwaju dowiedziały się od konduktora, że nie mają po co wysiadać na Brusie, ponieważ cała polska ludność z Retkini została w poniedziałek rano wysiedlona na roboty do Niemiec.

Mimo to wysiadły i poszły w kierunku Retkini Folwark. Już po drodze Anna widziała znane jej gospodarstwa przed którymi stały furmanki z dobytkiem jakiś nieznanych jej ludzi, którzy się tam wprowadzali. Przed domem jej rodziców nie stała żadna furmanka. Anna, pełna nadziei pobiegła przez podwórze do drzwi domu. Ciotka z Kalinką została przed obejściem.

Anna nie zdążyła nacisnąć klamkę drzwi, gdy te się gwałtownie otworzyły. Stał w nich wysoki, nieznany jej mężczyzna ze wściekłym spojrzeniem i krzyczał na nią po niemiecku. Rozumiała tylko pojedyncze słowa, krzyczał coś o policji, wskazywał ręką w stronę wyjścia z podwórka. Anna stała jak sparaliżowana. Mężczyzna podszedł do niej i zaczął ją ordynarnie popychać w stronę wyjścia, krzycząc

„Geh raus!…Wynocha!”

Ciotka, widząc to, podbiegła do nich z dzieckiem na ręku i odciągnęła Annę. Anna płacząc, poszła za nią.

Z sąsiedniego gospodarstwa wyszli jacyś nie znani ludzie i wykrzykiwali coś po niemiecku, ale na szczęście nikt ich nie gonił.

Po kilku minutach słyszały tylko szczekanie psów za sobą. Anna dałaby głowę, że to nie szczekały tutejsze psy.

Kilka dni potem ciotka dowiedziała się więcej szczegółów o wysiedleniu mieszkańców Retkini. W poniedziałek, piętnastego o szóstej rano pod domy polskich rodzin zajechały ciężarówki i samochody osobowe z urzędnikami biura dla przesiedleńców. Byli też policjanci i żandarmeria.

Mieszkańcy dostali pół godziny na zabranie rzeczy osobistych oraz dokument do podpisania stwierdzający dobrowolne zrzeczenie się gospodarstwa na rzecz Rzeszy Niemieckiej.

Ci którzy nie chcieli podpisać zrzeczenia się majątku zostali demonstracyjnie skuci kajdankami i zabrani przez policję. Ciotka dowiedziała się, że większość wysiedlono do Generalnej Guberni. Tych z Retkini Folwark, wszystkich, bez wyjątku zabrano na dworzec Kaliski i wysłano w głąb Rzeszy.

Na dźwięk znanej melodii z płyty, Anna ocknęła się ze wspomnień. Nie zauważyła, kiedy Kalinka odeszła od stołu i włączyła gramofon. Spojrzała na córkę

„Chcesz więcej zupy, córuś?” – zapytała

„Nie, dziękuję, wystarczy. Wyjdę teraz na podwórko do dzieci…”

„Dobrze. Weź klucz i po przyjściu z podwórka zachowuj się cicho. Chcę się jeszcze położyć przed pójściem do pracy”

Po wyjściu Kalinki z mieszkania, Anna posprzątała po obiedzie i przed położeniem się do łóżka nakręciła gramofon. Puściła dobrze już zdartą płytę jeszcze raz.

Zwykle, przed pójściem na nocną zmianę do dawnych zakładów Towarzystwa Akcyjnego Wyrobów Bawełnianych I. K. Poznańskiego, zasypiała w ciągu kilku minut. Tym razem, chyba pod wpływem wcześniej snutych wspomnień, sen nie chciał przyjść.

Puściła płytę z Lili Marleen jeszcze raz z nadzieją, że uśnie, ale wywołała tym tylko dalsze wspomnienia.

Od tego czerwca w 42 gim do końca okupacji niemieckiej nic właściwie szczególnego się w jej życiu nie wydarzyło. Córka, dzięki Boku chowała się zdrowo, nikt się ich nie czepiał. Chodziła z ciotką pracować na cmentarz i żyło im się w miarę dobrze jak na warunki panujące w okupowanej Łodzi.

W styczniu 45 go, zaraz po wkroczeniu wojsk radzieckich do miasta, ciotka zadecydowała o tym, aby Kalinkę ochrzcić. Jednakże ksiądz w pobliskim kościele, otwartym po okupacji, nie chciał udzielić chrztu dziecku z nieprawego łoża.

Postanowiły zgłosić małą do Urzędu Stanu Cywilnego, z tym, że pominęły przy zgłoszeniu narodowość ojca. Kalinka dostała oficjalnie imię Kalina.

Z końcem okupacji, ciotka miała coraz mniej pracy na cmentarzu. Zakłady kamieniarskie i kwiaciarnie w okól cmentarza zaczęły się szybko rozwijać i ciotka dosyć szybko zaczęła tracić klientów.

Anna zgłosiła się do pracy w upaństwowionych właśnie Zakładach Wyrobów Bawełnianych należących dawniej do Izraela Poznańskiego. Nie miała żadnego zawodu, ale przyjęto ją do działu Transportu Wewnątrz Zakładowego. Przepychała ręcznie wózki z gotowymi wyrobami do magazynów. Była to praca na trzy zmiany.

Córka dostała miejsce w zakładowym przedszkolu.

Kilka razy na wiosnę 45 go, zazwyczaj w niedziele, Anna udawała się z dzieckiem na Retkinię. Miała nadzieję spotkać rodziców. Słyszała w pracy, że dużo osób wysiedlonych ze swoich domostw wraca teraz do siebie. Niestety, pierwszy raz, gdy tam była zastała dom rodzinny kompletnie ograbiony, Nawet okna i drzwi ktoś sobie zabrał.

Kilka tygodni później zastała tam nowych lokatorów. Od sąsiadów, którzy właśnie wrócili, dowiedziała się, że ojciec i matka zostali wywiezieni w okolice Monachium. Podobno zginęli w czasie bombardowania w 44 tym. Anna nigdy już nie spotkała rodziców.

Podczas gdy ona była w pracy, a dziecko w przedszkolu, ciotka wychodziła z wózkiem, jak zwykle zbierać szyszki. Któregoś dnia na początku kwietnia 45 go, nie wróciła do domu. Nigdy wcześniej się to nie zdarzało.

Następnego dnia, Anna dowiedziała się od sąsiadów, że ciotkę znaleziono nad ranem, zastrzeloną, niedaleko domu, na Ogrodowej, zaraz za budynkiem Stowarzyszenia Śpiewaczego imienia Stanisława Moniuszki.

Ludzie mówili, że poprzedniego wieczoru widzieli tam pijanych żołnierzy radzieckich strzelających do bezpańskich psów. Zwłoki zabrała milicja. Na miejscu został tylko jej koślawy wózek i worek z niewielką ilością szyszek.

Anna udała się na milicję. Po dłuższym tłumaczeniu o co chodzi, skierowano ją do Prosektorium przy Narutowicza w celu rozpoznania zwłok. Anna nie miała żadnych wątpliwości, że okazane zwłoki należą do Stanisławy Barszcz. Dowiedziała się od pracownika prosektorium, że ciotka została zastrzelona z broni maszynowej. Miała pięć ran od postrzału z bliska. Wszystkie w klatce piersiowej.

Kilka dni później wydano jej zwłoki w zamkniętej i zaplombowanej trumnie. Milicja nie znalazła sprawcy morderstwa.

Na pogrzeb Stanisławy Barszcz, na Starym Cmentarzu przy Ogrodowej przyszli prawie wszyscy sąsiedzi z Famuł. Jeden z nich, pan Jasiński z sąsiedniej klatki, pracownik biurowy z tej samej fabryki, w której pracowała Anna, podpowiedział jej, aby zgłosiła się do biura. Dział, w którym pracował administrował budynek, w którym mieszkali.

Po pogrzebie Anna zrobiła co jej radził Jasiński. Dostała bez problemu przydział na mieszkanie po ciotce.

Anna wstała z łózka. Chyba nic nie będzie z tego spania. Za dużo wspomnień kołacze jej się po głowie. Wszystko przez tą melodię. Dawno jej nie słuchały, chyba z pół roku. Aż tu nagle Kalinka wyciągnęła gramofon wczoraj spod łóżka i odsłuchała płytę kilka razy. Wczoraj nie zrobiło to na Annie jakiegoś wrażenia. Dopiero dzisiaj, jak Kalinka powiedziała, że zaśpiewa to na Akademii, naszło ją jakieś przeczucie, że może się to źle skończyć. Nie potrafiła sobie tego określić, dlaczego miałoby się to źle skończyć. Po prostu czuła to.

Anna nigdy nie interesowała się polityką. Wybuch wojny w 39 tym przyjęła obojętnie. Dzieckiem właściwie jeszcze wtedy była. Ani ją, ani jej rodziny właściwie wojna w 39 tym nie dotknęła. Dopiero później nowe władze wydały jakieś rozporządzenia.

Kazano posprzątać obejście i ulicę przed domem, wprowadzono kartki na żywność i ubrania, ale dało się z tym żyć.

Potem Niemcy wprowadzili obowiązkowe dostawy od rolników. Ojciec przeklinał na to. Coś kombinował i też jakoś szło żyć.

Ją objął obowiązek pracy, gdy skończyła szesnaście lat. Sprzątała tą przydzieloną ulicę. Dostawała za to jakieś grosze. Oddawała wszystko w domu. Czasami mogła sobie zachować jakąś drobną sumkę. To były jej pierwsze własne pieniądze.

Później poznała Heinza. Uśmiechnęła się na myśl o nim, ale zaraz posmutniała.

Do końca wojny dobrze się jej żyło z ciotką Stasią. Koniec okupacji niemieckiej pamięta tylko dlatego, że zaraz po niej musiała iść do pracy u Marchlewskiego.

Była zaganiana tam, jak wszyscy na jakieś zebrania, które czasami trwały dosyć długo. Nic nie rozumiała o czym na nich mówiono. Cieszyła się jednak z tych zebrań, bo mogła na nich odpocząć. Zdarzało się, że zasypiała. Budziły ją wtedy oklaski. Klaskała jak inni, a potem wracała do swoich zajęć.

Mimo jej totalnej obojętności co do polityki, coś jednak do niej docierało. To już przecież trzy lata minęły jak zaraz po wojnie zaczęła pracować w fabryce. Ciężka praca i fatalne warunki w jakich pracuje, wydają jej się czymś normalnym. Zarabia marnie, ale jakoś jej wystarcza na życie dla niej i Kalinki. Jest przyzwyczajona do bardzo oszczędnego życia. O luksusach nigdy nie marzyła. Nigdy ich nie widziała.

Pierwszy „luksus” jaki zobaczyła to woda we wspólnym kranie na korytarzu w domu, w którym mieszka. No i gramofon, który dostała od Heinza, ale to już zupełnie inna sprawa.

Na początku dziwiło ją, że inne kobiety z jej otoczenia w fabryce, narzekają i mówią, że przed wojną tyle nie tyrały, że było lepiej. Anna nie miała do czego porównać swojego położenia. Zauważyła, że te które najbardziej narzekały, traciły pracę, a jedna taka, dużo starsza od niej, która na jej zmianie razem z nią pchała wózki, kiedyś mówiła, że za Niemców, tyle na te wózki nie ładowano i że miały opiekę lekarską. W ogóle według niej Niemcy bardziej dbali o ludzi w fabryce.

Następnego dnia po tym, jak chwaliła Niemców przyszła po nią milicja i zabrali ją z fabryki. Więcej już jej nie widziała.

Wszystko to sprawiło, że miała złe przeczucia, jeśli chodzi o występ córki w szkole. Myślała o tym, aby w jakiś sposób przeszkodzić córce w tym występie, ale nie wiedziała, jak to zrobić. Aby zatrzymać ją tego dnia w domu wydawało jej się nieuczciwe wobec dziecka. Wie, że mała jest uparta i jak się zapali do czegoś to musi dopiąć swego, a to że Kalinka zapaliła się do zaśpiewania piosenki na Akademii, Anna widziała po jej oczach.

Anna pokręciła się trochę po mieszkaniu, schowała gramofon pod łóżko i położyła się spać. Tym razem zasnęła od razu.

Wieczorem Kalinka wróciła z podwórka. Przyzwyczajona do tego, aby zachowywać się cicho, gdy matka śpi przed nocną zmianą, szybko umyła się i położyła w swoim łóżeczku.

Pierwszy Maja w 1948 mym wypadał w sobotę.

Dyrektor Szkoły Podstawowej nr 136 w Łodzi, zarządził, aby dzieci biorące udział w uroczystej Akademii ku Czci Pierwszego Maja przyszły do szkoły na siódmą rano. Chciał przeprowadzić próbę generalną.

Przyszedł do szkoły przed siódmą. Niestety pierwsze dzieci zjawiły się kwadrans przed ósmą. Bardzo go to zdenerwowało. Robił wymówki nauczycielom, że nie uczuliły dzieci na to, jak ważne jest być punktualnym.

Pani Tereska Celmer oznajmiła mu, że jej uczennica jest już od dawna w szkole i że pan dyrektor może ją wysłuchać w każdej chwili w oczekiwaniu na przyjście pozostałych dzieci

„Nie, koleżanko. Próba generalna wymaga, aby wszystko odbywało się tak jak ma to wyglądać w czasie występu. Najpierw tych dwoje wygłasza mowę powitalną…” – dyrektor rozejrzał się – „No, gdzie oni są, do cholery… A potem posłuchamy Kalinki”

Dochodziła właśnie ósma, gdy podeszła do niego pani Iwanowa

„Wszyscy już są, panie dyrektorze. Możemy zaczynać”

„No! Nareszcie!… Pani ich da na scenę. Niech zaczynają!”

W dużej auli była na stałe zrobiona scena, na której zwykle podczas różnych uroczystości siedziały ważne osoby. Tym razem ważne osoby miały zasiąść w pierwszym rzędzie ustawionych przed sceną krzeseł, a na scenie miała się odbyć część artystyczna Akademii.

Za sceną był pokój, do którego wchodziło się z korytarza. Z pokoju wychodziło się od razy na scenę. Scena miała kiedyś piękną purpurową kurtynę z aksamitu. Niestety tuż po wojnie ktoś zabrał ją do prania i gdzieś się zapodziała. Dyrektor był z tego powodu niepocieszony. Szkoła jednak nie miała pieniędzy na nową kurtynę, więc Akademia miała się odbyć przy otwartej scenie.

Podczas gdy dyrektor i pozostali nauczyciele rozsiedli się w pierwszym rzędzie, pani Iwanowa usiadła przy stojącym w rogu sceny pianinie i dyskretnie nakazała wejść na scenę tym dwojgu co mieli wygłosić mowę powitalną napisaną przez dyrektora. Zaczęła grać pierwsze takty Międzynarodówki

„My, młodzież polska z utęsknieniem czekamy na majowe święto…” – zaczęła para uczniów z klasy siódmej

Tymczasem, dyrektorowi nie dane było wysłuchać napisanej przez niego mowy. Pan od gimnastyki podszedł do niego i oznajmił, że numer z figurami gimnastycznymi trzeba wykreślić, bo właśnie jeden z biorących w nim udział uczniów spadł ze schodów i zwichnął sobie nogę w kostce.

Podczas gdy rozmawiali na temat tego co pokazać w zamian, ci na scenie skończyli mowę powitalną i na scenę weszła Kalinka.

Czekała na sygnał, aby zacząć śpiewać. Gdy tylko dyrektor skończył rozmawiać z panem od gimnastyki, podszedł do niego woźny i powiedział, że przyjechali goście z Warszawy i czekają na niego w pokoju nauczycielskim

„Jezus! Maria!…Przecież mieli przyjechać o dziesiątej!”

Pani Iwanowa już dawała sygnał Kalince, aby zaczęła śpiewać, gdy dyrektor przerwał jej

„Stop! Przerywamy próbę! Goście już przyjechali. Zaraz zaczniemy bez próby!” – krzyknął spanikowany i wybiegł z auli.

Pół godziny później dyrektor wprowadził do auli przybyłych gości. Byli między innymi przedstawiciele wydziału Oświaty z Urzędu Miasta i Gość honorowy z Ministerstwa Oświaty z Warszawy. Były z nim dwie osoby, jakaś młoda asystentka i umundurowany pułkownik Wojska Polskiego.

Dyrektor szkoły był tak zdenerwowany, że w czasie witania gości nie zrozumiał, dlaczego pan pułkownik przybył do szkoły.

Gdy goście zajęli miejsca w pierwszym rzędzie, nauczyciele wprowadzili swoje klasy i uciszając dzieci kazali im zająć wolne miejsca zostawiając z niewiadomego powodu drugi rząd krzeseł nie zajęty.

Pan dyrektor usiadł obok przedstawiciela Ministerstwa i przejęty coś mu tłumaczył. W tym czasie pani Iwanowa zagrała pierwsze takty Międzynarodówki i dwoje uczniów wygłosiło mowę.

Pan z ministerstwa niecierpliwie słuchał co mu mówił dyrektor i nie jest pewne, czy coś z mowy powitalnej do niego dotarło. Kiedy na scenę weszła śliczna mała blondynka, pan z ministerstwa przerwał zniecierpliwiony wywody dyrektora

„Posłuchajmy, dyrektorze, teraz tej małej…”

„Tak. Oczywiście. Oczywiście”

Kalinka poczekała na znak pani Iwanowej i zaczęła

Vor der Kaserne

Vor dem großen Tor

Stand eine Laterne

Und steht sie noch davor

So woll’n wir uns da wieder seh’n

Bei der Laterne wollen wir steh’n

Wie einst Lili Marleen.

 

Unsere beide Schatten

Sah’n wie einer aus

Daß wir so lieb uns hatten…

W auli zrobiło się nagle cicho. Wszyscy byli zafascynowani jej pięknym, niskim i niezwykle silnym głosem. Trwało to jednak krótką chwilę. Kalinka zdążyła zacząć śpiewać drugą zwrotkę, gdy przerażony dyrektor zerwał się z krzesła i krzyknął

„Stop!!! Co to jest?!…Miała być Kalinka po rosyjsku!”

Jednocześnie z dyrektorem zerwał się z krzesła pułkownik i przekrzykując go krzyknął

„To faszystowska prowokacja! Odpowiecie za to dyrektorze!” – po czym stanowczo zwrócił się do gości z Warszawy – „Wychodzimy!”

Tak na dobrą sprawę, wszystkim, nawet pułkownikowi, śpiew Kalinki bardzo się spodobał. Pułkownik poczuł się jednak w obowiązku ostro zareagować. Nie wiedział co prawda co ta mała śpiewa, ale wiedział, że śpiewa po niemiecku i że melodia jest mu znana. Słyszał ją przecież co dziennie wieczorem, przed dwudziestą drugą, z ulicznych głośników w okupowanej Warszawie.

Był wtedy zakonspirowanym członkiem Armii Ludowej. Co by to nie była za piosenka, musiała mieć jakiś związek z propagandą faszystowską.

Pułkownik przestraszył się, że zareagował tak późno. Powinien przerwać tej małej już po pierwszych słowach po niemiecku. Miał nadzieję, że nikt nie zwrócił uwagi na tą zwłokę w jego reakcji i nie będzie miał z tego powodu kłopotu.

W auli zrobiło się zamieszanie. Nauczyciele zaczęli pośpiesznie wyprowadzać nic nie rozumiejące, zdziwione dzieci. Tłok przy drzwiach sprawił, że goście nie mogli od razu wyjść z auli. Dyrektor złapał za rękę przedstawiciela Ministerstwa i niemal płacząc chciał go zatrzymać

„Proszę pana…Towarzyszu! Wszystko wyjaśnię. To pomyłka. Miała być Kalinka…”

„Nic nie musicie wyjaśniać, dyrektorze!… A właściwie możecie się już uważać za byłego dyrektora!” – odpowiedział, wyrwał rękę z uścisku dyrektora i szybko się oddalił

„W co ta kurwa mnie wpakowała?!” – dyrektor zaczął się rozglądać

Na scenie stała przestraszona Kalinka, obok niej pani Iwanowa, coś do niej spokojnie mówiła. W tym samym momencie podeszła do nich pani Tereska. Dyrektor dał sobie spokój z zatrzymywaniem gości i niemal biegiem skierował się w stronę sceny krzycząc

„Zabrać mi z moich oczu tego bachora!… A ty” – zwrócił się do pani Tereski – „Zgnijesz w więzieniu za tą faszystowską prowokację!”

Pani Teresa Celmer zaczęła płakać. Nic nie rozumiała z całej sytuacji. Zdawała sobie tylko sprawę z tego, że Kalinka zaśpiewała coś niewłaściwego

„Spokojnie, dyrektorze, dziecko nie jest niczemu winne. Bardzo pięknie zaczęła śpiewać. Znam ten utwór. Był śpiewany we wszystkich armiach Drugiej Wojny…” – spokojnie próbowała wyjaśniać pani Iwanowa

„Tak?!…Pięknie śpiewała?!…Miała być Kalinka po rosyjsku śpiewana, do cholery!”

„Kto tak powiedział?” – odważyła się odezwać pani Tereska

„Przecież sama pani mówiła, że Kalinka będzie śpiewana!” – wycedził przez zaciśnięte zęby dyrektor

„Ja tak mówiłam?!…Powiedziałam, że Kalinka Kozłowa będzie śpiewać…”

Dyrektor stał chwilę nieruchomo. Dotarło to niego jaki błąd popełnił nie upewniwszy się co będzie śpiewane. Po chwili złapał się za głowę i krzycząc

„Jezus! Maria! Co za burdel!” – i wybiegł z auli.

Pani Iwanowa obejmowała ramieniem wystraszoną Kalinkę

„Spokojnie, dziecko, wszystko będzie dobrze. To całe zamieszanie, to nie twoja wina…”

„Nie jej wina?!” – przerwała pani Tereska – „A kto śpiewał? Może ja? Co?…Jutro przyjdziesz z matką! A teraz jazda do domu!” – zwróciła się do Kalinki.

Kalinka wybiegła z auli. Pani Iwanowa zrezygnowanym głosem zwróciła się do Pani Tereski

„Źle pani postąpiła, koleżanko. Nie nadaje się pani na wychowawcę dzieci”

Kilka dni po tej nieszczęsnej Akademii Pierwszomajowej, Kalinka została zawieszona w prawach ucznia. Miała pozostać w domu, do czasu podjęcia decyzji o jej dalszych losach przez Radę Pedagogiczną.

Pani Teresa Celmer złożyła wniosek o przeniesienie Kalinki do innej szkoły. Uzasadniała to tym, że Kalina Kozłowa ma zły wpływ na dzieci w klasie. Nazywają ją Lili Marleen i jak tylko mogą na przerwach, to śpiewają tą piosenkę.

Dyrektor poparł wniosek koleżanki Celmer. Jednak stanowczo sprzeciwiła się temu pani Iwanowa. Doszło między nimi do nieprzyjemnej pyskówki. Skończyło się na tym, że pani Iwanowa napisała obszerną skargę na dyrektora do Ministerstwa Oświaty.

Nie wiadomo, czy to jej skarga, czy wpadka dyrektora na Akademii, sprawiła, że został on wezwany do Warszawy. Po powrocie z Warszawy oznajmił, że należy natychmiast przyjąć Kalinkę do szkoły z powrotem, i że on będzie kierował szkołą tylko do końca roku szkolnego. Co z nim będzie dalej, okaże się po wakacjach

„Koleżanka Celmer zajmie się powiadomieniem matki dziewczynki o jej powrocie do szkoły” – zadecydował

„Nigdy w życiu! Po tej awanturze jaką mi zrobiła, nie chcę mieć nic do czynienia ani z małą, ani z jej matką” – oburzyła się pani Tereska

„Zaraz, zaraz! To nie ona zrobiła awanturę, tylko wy, koleżanko” – wtrąciła się Iwanowa – „Z takim stosunkiem jaki masz do małej, nie pozwolę, aby jej się działa krzywda. Ja porozmawiam z matką Kozłowej i będę pilnować, żeby mała była sprawiedliwie oceniana”

„Ja sobie wypraszam…” – oburzyła się pani Tereska

„Spokojnie, koleżanko. Porozmawiam z wami później” – przerwał jej dyrektor – „Zrobimy tak jak powiedziała pani Iwanowa i na tym zakończymy sprawę Kozłowej”

Od przyjazdu z Warszawy dyrektor odnosił się do pani Iwanowej bardzo poprawnie i we wszystkim jej ustępował. Zaraz po Radzie Pedagogicznej poprosił panią Teresę Celmer do swojego pokoju i długo coś jej tłumaczył. W każdym razie do końca roku szkolnego Kalinka była w klasie traktowana przez panią Tereskę bardzo poprawnie.

Tylko dzieci nazywały ją Lili Marleen, ale ona się tym nie przejmowała. W pewien sposób była nawet zadowolona.

Pierwszy września 48 go wypadał w środę. Pogoda jak na wrzesień była bardzo słoneczna i ciepła. Anna ubrała Kalinkę w białą bluzeczkę z marynarskim kołnierzykiem i granatową spódniczkę. Już w drodze do szkoły widać było, że dużo dziewczynek ubranych było podobnie.

Dzieci zgromadzone były na podwórku szkolnym. Pan woźny nie wpuszczał ich do środka. Miały czekać aż wyjdą po nich wychowawcy klas. Dzieci pogrupowały się same według klas do jakich uczęszczały przed wakacjami. Zaraz po ósmej zaczęli wychodzić do nich nauczyciele. Wkrótce niemal wszyscy doczekali się swoich wychowawców, tylko klasa Kalinki czekała w dalszym ciągu na swoją panią Tereskę.

W końcu w drzwiach szkoły ukazała się pani Iwanowa z jakąś młodą nieznaną dzieciom nauczycielką.

„Proszę o ciszę!” – zaczęła pani Iwanowa – „Przedstawiam wszystkim panią Urszulę Nowak. Od dzisiaj pani Urszulka będzie uczyć w naszej szkole polskiego. Będzie też wychowawczynią klasy drugiej b. Pani Tereska Celmer i pan dyrektor Kozłowski pracują teraz w innej szkole. Kuratorium powierzyło mi zastąpić pana Kozłowskiego na stanowisku dyrektora tej szkoły”

Dalsza nauka Kalinki w szkole przebiegała właściwie bezproblemowo. Kalinka nie była orłem w nauce. Wyniki miała raczej trochę poniżej przeciętnej.

Jedynie ze śpiewem nie dawała absolutnie sobie rady. Zaskoczyła tym bardzo wszystkich w szkole.

Historia jej występu na Akademii Pierwszomajowej była znana wszystkim nauczycielom. Zdarzyło się kilkakrotnie, że prosili Kalinkę o zaśpiewanie Lili Marleen. Oczywiście w wąskim gronie i po lekcjach. Wszyscy byli zachwyceni. Ktoś stwierdził, że taki talent nie może się zmarnować, że trzeba zadbać o to, aby Kalinka mogła go rozwijać.

Pani dyrektor Iwanowa osobiście spotkała się z matką Kalinki. Jednak szybko się zorientowała, że zapracowana, samotnie wychowująca córkę kobieta, nie podoła temu, aby posłać córkę na jakieś poza szkolne zajęcia artystyczne. Pani Iwanowa skontaktowała się z pobliskim Towarzystwem Śpiewaczym imienia Stanisława Moniuszki.

Pewnego dnia po zajęciach szkolnych poszła tam z Kalinką zaprezentować jej umiejętności. Odbywała się tam właśnie próba chóru. Dyrygent, znajomy pani Iwanowej, przez grzeczność zgodził się wysłuchać jej podopiecznej. Nie spodziewał się niczego ciekawego. Przerwał próbę i nieco niecierpliwie zwrócił się do Kalinki

„No to pokaż, mała, co potrafisz”

Już po usłyszeniu pierwszej zwrotki, jego zniecierpliwienie zamieniło się w ogromne zaskoczenie i pełną podziwu ciekawość. Gdy tylko skończyła zapytał

„Kto ciebie uczył śpiewu, dziecko?”

„Sama się nauczyłam…Z płyty”

Kilka z chórzystek słuchających śpiewu Kalinki zaśmiało się jak z dobrego żartu

„Z płyt nie można się nauczyć tak dobrze śpiewać” – zauważyła któraś.

Jakieś dwa tygodnie po tym spotkaniu, dyrygent przyszedł do szkoły porozmawiać z panią dyrektor

„Przykro mi, ale ta mała, Kalinka, nie umie śpiewać…”

„Jak to?! Ona nie umie śpiewać?” – przerwała mu Iwanowa

„Nic, za cholerę! Ona nie ma za grosz słuchu. Umie tylko po mistrzowsku zaśpiewać Lili Marleen. Nic więcej”

Po rozmowie z dyrygentem chóru, na najbliższej przerwie pani Iwanowa postanowiła wysłuchać opinii nauczycielki śpiewu. Aby jej nic nie sugerować, zapytała tak niby przypadkiem

„Jak tam nasza artystka? Robi jakieś postępy?”

„Jaka artystka, pani dyrektor?”

„O Kalinkę pytam…”

„A! Kalinka… Ostatnio miała jakieś problemy z gardłem…Przeziębienie, czy coś takiego”

Dyrektorka wyczuła jakąś nieszczerość w głosie pani od śpiewu

„Powiedzcie, koleżanko, tak szczerze…Jak jej idzie?”

Pani od śpiewu poczuła się przyciśnięta do muru. Odpowiedziała zdenerwowana

„W ogóle jej nie idzie. Ona nie umie zaśpiewać nic innego tylko tą niemiecką piosenkę. Ja bym jej chętnie postawiła dwójkę, ale…”

„Co – ale?”

„Wszyscy są nią zachwyceni…”

„Niedobrze” – Iwanowa znowu jej przerwała – „Kiedy będzie miała pani lekcję z jej klasą?”

„Po jutrze, druga lekcja”

„Przyjdę do was na wizytację, koleżanko. Chcę posłuchać, jak ona śpiewa”

Po wizytacji Iwanowa nie mogła pojąć, jak to możliwe, umieć po mistrzowsku zaśpiewać trudną melodię i nic więcej. Nawet „Wlazł kotek na płotek” nie wychodził Kalince mimo kilku prób w czasie tej wizytacji.

Kalinka Kozłowa skończyła szkołę podstawową w 1954 tym. O dalszym uczeniu się nie było mowy. Ani ona, ani jej matka nie widziały w tym żadnego sensu. Dyrektorka szkoły, pani Iwanowa już dawno odpuściła sobie chęć zadbania o to, aby Kalinka rozwijał swój talent śpiewaczy. Pani Iwanowa ze smutkiem musiała przyznać, że Kalinka, niestety, nie umie zaśpiewać niczego innego niż Lili Marleen.

Tak więc czas edukacji Kalinki minął. Chociaż niezupełnie. Matka zadecydowała, że córka musi iść do pracy. Jasne dla niej było, że praca odpowiednia dla Kalinki jest w fabryce, w której ona pracuje i która znajduje się dosłownie po drugiej stronie ich ulicy.

W sierpniu 54 go, zaprowadziła córkę do działu kadr Zakładów Przemysłu Bawełnianego im. Juliana Marchlewskiego. Tak od 1950 go nazywała się teraz dawna fabryka Izraela Kalamanowicza Poznańskiego.

Dowiedziały się tam, że Kalinka jest za młoda, aby ją zatrudnić w fabryce, ale jest wyjście. Fabryka od niedawna ma swoją szkołę zawodową. Kalinka może podjąć w niej naukę w zawodzie tkaczki lub prządki. Trzy dni w tygodniu będzie miała płatne praktyki w fabryce, a po ukończeniu szkoły zagwarantowane zatrudnienie.

Anna od razu się na to zdecydowała. Córka nie miała nic przeciwko temu z bardzo prostego powodu. Kalinka nie wiedziała co chciałaby robić po podstawówce. Decyzję matki przyjęła z ulgą.

Rok szkolny rozpoczął się jak we wszystkich szkołach pierwszego września. Kalince nowa szkoła bardzo się spodobała. Były w niej tylko dziewczynki. W jej klasie były trzy które znała z podstawówki.

Bardzo zainteresowały ją zajęcia praktyczne. W pierwszym roku nauki uczennice poznawały wszystkie wydziały produkcyjne i pomocnicze zakładu, z wyjątkiem tych typowo męskich takich jak warsztat mechaniczny, odlewnia czy fabryczna elektrownia.

Najbardziej spodobała jej się praca na tkalni. W szkole mieli stare ręczne krosna na których zdobywały podstawowe umiejętności. Uczyły się tkać przede wszystkim wyroby bawełniane. Ale nauka obejmowała również tkanie wyrobów wełnianych, takich jak kilimy według własnych pomysłów.

Kalinka najszybciej ze wszystkich uczennic nauczyła się tkać. Była bardzo szybka i jak się okazało pełna artystycznych pomysłów. Jej szkolne prace tkackie były nagradzane i stawiane za przykład innym uczennicom. Kilka utkanych przez nią kilimów zdobiło ściany w biurach zakładu.

Kalinka szkołę ukończyła w 1957 mym. Mając niespełna siedemnaście lat dostała pracę na tkalni. Praca nie dawała jej satysfakcji. Już po roku udało jej się ją zmienić. Została instruktorem tkactwa w szkole, którą dopiero co ukończyła.

Uczyła tkania niewiele młodsze od siebie dziewczyny. Zarobki jej się nie polepszyły, ale nie to było dla niej najważniejsze. Mogła po zajęciach zostawać w szkole i tkać kilimy. To było jej pasją. Kierownictwo Zakładu pozwalało jej na to. Dostawała bezpłatnie surowiec, a jej wyroby przechodziły na własność Zakładu. Były rozdawane później jako upominki różnym oficjelom odwiedzającym Fabrykę.

Pasja ta sprawiła, że Kalinka do domu przychodziła, właściwie tylko spać. Była jeszcze jedna, nazwijmy to, „wada” jej pasji i nie tylko pasji, ale i wyboru szkoły i miejsca zatrudnienia. Kalinka na początku nie odczuwała tej „wady”, nie zauważała jej, ale od pewnego czasu zaczęła sobie zdawać sprawę, że czegoś jej brakuje. Nie potrafiła tego sformułować, ale dotarło do niej, że coś ją w życiu ominęło. Wkrótce sobie uświadomiła co to było.

Pewnego upalnego dnia, w maju 59 go, przyszedł do warsztatu szkolnego, do zepsutego krosna, młody mechanik. Dyrektorka szkoły przykazała jej, aby była cały czas obecna przy reperacji krosna. W ubiegłym roku, w podobnych okolicznościach zginęło kilka rzeczy pozostawionych w warsztacie.

Kalinka niechętnie została z panem Gienkiem i obserwowała, jak naprawia krosno. Tego dnia było bardzo gorąco i duszno. Pan Gienek dużą część naprawy wykonywał leżąc na podłodze do połowy schowany pod maszyną. Skorzystał z obecności Kalinki i poprosił ją o pomoc. Kalinka miała podawać mu narzędzia z torby z narzędziami. W tym celu musiała przykucnąć blisko pana Gienka

„Płaski, dziewiętnastkę” – zażądał

„Co, płaski, dziewiętnastkę?” – zapytała Kalinka

Nie wiedziała do tej pory nic o narzędziach. Na dobrą sprawę znała tylko młotek i obcęgi. Nieco zirytowany pan Gienek z pewnym trudem wychylił się spod maszyny i sięgnął do torby wyciągając klucz płaski, dziewiętnastkę

„O to mi chodzi” – powiedział pokazując go Kalince

Przez chwilę byli bardzo blisko siebie. Kalinka poczuła zapach lekko przepoconego męskiego ciała. Nie zrobiło to na niej przykrego wrażenia. Przez chwilę patrzeli na siebie z bliska bez ruchu.

Po chwili pan Gienek schował się pod maszyną. Podczas gdy on tam coś przykręcał i odkręcał, do Kalinki dotarło, że właściwie to ona nie ma żadnego kontaktu z mężczyznami. Zaraz poprawiła się w myślach. Nie chodzi o mężczyzn jako takich. Spotyka ich przecież. W fabryce majstrami i kierownikami są wyłącznie mężczyźni. Starsi. Mogliby być jej ojcami, a nawet dziadkami, Nie. Nie o takich mężczyznach myślała, gdy sobie uświadomiła, że nie ma kontaktu z mężczyznami. Chodzi jaj raczej o chłopaków. Ale nie takich jakich znała w szkole podstawowej. Raczej o starszych. W jej wieku. Takich w swoim życiu jeszcze nie spotkała. Do teraz.

„Słyszysz co do ciebie mówię?” – głos pana Gienka wyrwał ją z zamyślenia – „Fajkowy dwadzieścia jeden”

Sięgnęła na oślep po coś z torby i podała do wysuniętej dłoni pana Gienka

„Co ty mi dałaś? Przecież to jest szwedzki nastawny…”

Pan Gienek szybko wysunął się spod maszyny, ale nie był zirytowany jak poprzednio

„Przepraszam pana…Nie znam się na narzędziach”

Pan Gienek popatrzał na Kalinkę z wyraźnym zainteresowaniem

„Przysuń się bliżej, to pokażę ci jak się te narzędzia nazywają” – powiedział łagodnie – „I nie mów do mnie proszę pana. Gienek jestem”

Potem siedzieli bardzo blisko siebie i Gienek wtajemniczał Kalinkę w zawiłe różnice między kluczami płaskimi, oczkowymi i fajkowymi a także nastawnymi. Pokazywał wybite na narzędziach cyferki, które oznaczają rozmiar klucza. Trwała ta nauka ponad godzinę. Kalinka nie wyglądała na znudzoną wykładem Gienka i zaskoczyło ją, gdy Gienek spojrzał na zegarek i stwierdził

„Późno już. Dzisiaj tego nie skończę. Przyjdę jutro po osiemnastej i do końca zmiany powinienem to naprawić. Pomożesz mi?”

„Tak. Oczywiście. Gdzie się tak spieszysz? Jeszcze nie ma siódmej. W torbie są jeszcze inne rzeczy, których nie znam… Pokaż to takie długie, co to jest?”

„Jutro ci to pokażę. Spieszę się do domu. Obiecałem mamie, pójść z nią do chorej babci”

Następnego dnia, Kalinka dosyć szybko skończyła zajęcia z uczennicami i niecierpliwie czekała na Gienka. Przyszedł jeszcze przed osiemnastą. Miał na sobie czyściutki, prosto z magazynu kombinezon roboczy. Torba z narzędziami była bardziej wypchana. Usiedli na podłodze przy zepsutym krośnie. Gienkowi jakoś nie chciało się wchodzić pod maszynę. Stwierdził, że najpierw musi pokazać Kalince co ma. Pierwsze co jej pokazał to było to długie, o które wczoraj pytała. Pozwolił jej wziąć to do ręki i nawet pozwolił pokręcić

„To jest śrubokręt Kalinko. Nasz nauczyciel w szkole zabraniał nam używać nazwy śrubokręt. Mówił, że po polsku nazywa się to wkrętak”

„Wkrętak. Mnie się wkrętak bardzo podoba…Śrubokręt brzmi tak jakoś…Maszynowo” – stwierdziła Kalinka

Gienek zrobił jej dłuższy wykład o narzędziach. Wysypał wszystkie na podłogę. Kalinkę zaskoczyło, że wszystkie były takie czyściutkie, wypucowane. Nie takie jak wczoraj, kiedy mu pomagała. Z trudem wczoraj umyła ręce po smarach, w których były ufajdane.

„Oj! Jakie czyściutkie! Nowe dostałeś z magazynu?”

„Nie są nowe. Czyściłem je kilka godzin, abyś sobie nie pobrudziła tych pięknych rączek”

Mówiąc to, chwycił delikatnie jej dłoń i ucałował koniuszki palców. Zaskoczył ją tym. W pierwszej chwili chciała wyrwać dłoń, ale on mocniej ją przytrzymał. Zaniechała wyrywania dłoni. Gienek odebrał to jako przyzwolenie na ucałowanie wszystkich paluszków po kolei.

Bardzo jej się to spodobało. Pierwszy raz w życiu całował ją mężczyzna po rękach. Gienek zapędził się z tym całowaniem paluszków.

Gdy już wszystkie obcałował kilka razy, w jakiś nieprzewidziany sposób, na pewno nie zaplanowany, jego usta zetknęły się z ustami Kalinki. Gdy już wycałował jej usta, zaczął całować jej szyję. Podniecony, z przymkniętymi oczami, ze zdziwieniem poczuł, że Kalinka delikatnie odsuwa jego głowę. Ocknął się na moment. Przed oczami miał paluszki Kalinki rozpinające bluzkę na piersiach.

A potem… Potem okazało się, że jest mało czasu i ochoty na naprawę krosna

„Może zaczniemy z tą maszyną?” – z obowiązku raczej i z pewnym smutkiem przypomniała Kalinka po pewnym czasie

„Maszyna nie zając. Nie ucieknie. Poczeka”

Faktycznie. Maszyna nie uciekła i cierpliwie czekała ponad tydzień na zakończenie naprawy. I może czekałaby jeszcze dłużej, gdyby nie niecierpliwość pani dyrektor. Któregoś dnia zapytała

„Kalinko, co z tym krosnem? Dlaczego jeszcze nie zreperowane?”

„Gienek czeka na części zamienne. To poważne uszkodzenie” – odpowiedziała tak jak ją pouczył Gienek

„Gienek? Co za Gienek?” – zapytała pani dyrektor

„Ślusarz Gienek. Ten co reperuje to krosno…”

„Jutro porozmawiam z kierownikiem warsztatu. Niech przyśle kogoś bardziej zdolnego” – odparła pani dyrektor.

Bardzo zaniepokoiło to Kalinkę. Z niecierpliwością czekała do osiemnastej. Gdy tylko Gienek się zjawił przekazała mu o czym mówiła dyrektorka. Od razu zabrali się za naprawę krosna. Po dwóch godzinach maszyna działała jak nowa.

„Gotowe…” – stwierdził Gienek

„Widzę…” – odpowiedziała smutno Kalinka

„Nie cieszysz się?” – zapytał

„Cieszę się” – odpowiedziała bez przekonania

„No to musimy to uczcić. Zapraszam na kawę”

„Na kawę?”

Kalinka była zaskoczona. Mimo swoich osiemnastu lat nigdy nie była zaproszona na kawę. Właściwie to nigdy kawy nie piła. W domu zawsze mama robiła kawę zbożową. Z mlekiem. W szkole i w pracy mogła napić się kawy zbożowej bez ograniczeń. Ale była to kawa bez mleka.

Wszyscy z którymi pracowała przynosili sobie mleko z domu w butelkach po wódce. Te ćwierć litrowe butelki najbardziej się do tego nadawały.

„Zapraszasz na kawę? Na prawdziwą?… przecież to dużo kosztuje…”

„Dla ciebie się szarpnę na ten wydatek z przyjemnością”

Ujął ją tym stwierdzeniem. Chciał z nią iść zaraz jak tylko się przebiorą. Kalinka jednak zaprotestowała. Z żalem, ale stanowczo. Zbliżała się dwudziesta pierwsza a ona nie ma ubrania do wyjścia na kawę.

Umówili się na następny dzień, na osiemnastą. Spotkają się na Placu Wolności przy przystanku autobusowym.

Ten następny dzień to był piątek, dwudziesty drugi maja. Kalinka była dziesięć minut przed osiemnastą. Ubrała najlepszą letnią sukienkę. Mama pożyczyła jej torebkę i buty na wysokich obcasach. Niestety z butów musiała zrezygnować. Gdy wychodziła z mieszkania, niemal nie połamała nóg na schodach. Na szczęście przechodził sąsiad z góry i w ostatniej chwili złapał ją za ramię i w ten sposób zapobiegł nieszczęściu. Kalinka wróciła się do domu i z wściekłością zmieniła mamy buty na swoje prawie nowe tenisówki.

Zanim wyszła, jeszcze raz stanęła przed lustrem przy drzwiach. Poprawiła swoją nową fryzurę. Nie była z niej zadowolona. Spędziła u fryzjerki prawie godzinę. Wytapirowane wysoko włosy, solidnie polakierowane, sprawiały, że czuła jakby miała na głowie skorupę. Mąciło to trochę radość z pierwszej randki z Gienkiem.

Kalinka obeszła Plac Wolności trzy razy. Gdy właśnie dochodziła do przystanku autobusowego trzeci raz, zauważyła już z daleka Gienka. Rozglądał się dookoła. Zauważył ją. Podbiegł. Pocałowali się na przywitanie, tak jak to robili już od trzeciego dnia „naprawiania” krosna.

Gienek Motyl też nie czuł się najlepiej, ale nie z powodu fryzury. Było mu gorąco w granatowym garniturze i nowiutkiej koszuli non iron. Na szczęście wiśniowy krawat na gumce nie uciskał za bardzo szyi.

„Co ci się stało z włosami?” – zapytał z uśmiechem

„Przestań…Taka Elka w pracy namówiła mnie na tą fryzurę…A ty, co?…Na pogrzeb się wybierasz?” – odgryzła się

Gienek desperacko ściągnął marynarkę, odwrócił na lewą stronę i przewiesił przez ramię

„Teraz lepiej?” – zapytał

„Lepiej. Ściągnij też ten ohydny krawat”

Zrobił to posłusznie.

„To ubranie mam po ojcu. Kupił sobie kilka dni przed śmiercią…Mamie szkoda było pochować go w nowiuśkim, jeszcze nie noszonym ubraniu, a ponieważ pasuje na mnie, to je odziedziczyłem”

„Staro w nim wyglądasz. Ile ty masz lat właściwie?”

„W kwietniu skończyłem dwadzieścia”

„Ja za pół roku skończę osiemnaście”

Stali w dalszym ciągu na przystanku. Właśnie podjechał autobus. Z otwartych drzwi wysiadający wpadli prosto na nich.

„Ruszmy się stąd, bo nas zadepczą. Idziemy do Staromiejskiej” – zadecydował

Ruszyli w stronę Nowomiejskiej. Szli kilka minut w milczeniu

„Na co zmarł?”

„Kto?”

„Twój ojciec”

„Wypadek. Wjechał rowerem pod tramwaj, tu, niedaleko na Zgierskiej”

Po kilkunastu minutach doszli do kawiarni.

„Wiesz, mieszkam tu, kawałek za kawiarnią, na Podrzecznej. Wejdę do domu zostawić marynarkę i zmienię koszulę. Poczekaj na mnie na ulicy”

„Nie chcę stać sama na ulicy. Jeszcze mnie ktoś zaczepi”

„No to wejdź ze mną na górę”

Zawahała się. Zauważył to

„Nie krępuj się. W domu nikogo nie ma. Mama pracuje na drugą zmianę. Przyjdzie po dziesiątej”

Weszli do klatki schodowej w bramie. Gienek mieszkał z mamą na trzecim piętrze w jednopokojowym mieszkaniu z dużą kuchnią. Część kuchni przedzielona była ścianką działową nie dochodzącą do sufitu. W ten sposób wygospodarowany był pokoik z oknem dla Gienka. Część robocza kuchni pozbawiona była okna.

Gienek wprowadził Kalinkę do swojego pokoju. Naprzeciw drzwi, pod oknem stał niewielki stół i jedno krzesło. Tuż za drzwiami, po lewej stronie stał przyszykowany do spania tapczan, a za nim bieliźniarka, na której znajdował się elektryczny gramofon i stojak z płytami. Po przeciwnej stronie stała stara szafa trzydrzwiowa z lustrem pośrodku. Między szafą a tapczanem było bardzo mało miejsca. Akurat tyle aby można było otworzyć drzwi od szafy.

Kalinka usiadła na krześle przy stole pod oknem. Rozglądała się dookoła, podczas gdy Gienek otworzył szafę i szukał ubrania na przebranie się. Po chwili znalazł co chciał. Ściągnął koszulę. Kalinka podeszła do niego

„Ściągnij resztę…”

Dzwonek budzika zabrzmiał tak niespodziewanie i głośno, że oboje nagle się wybudzili z półsnu w jaki popadli zmęczeni igraszkami miłosnymi

„Mama przyjdzie za trzy kwadranse…” – stwierdził Gienek

Był na tyle przezorny, że zanim weszli do łóżka ustawił budzik na wpół do dziesiątej. Szybko się ubrali i doprowadzili tapczan do porządku. Było za dziesięć dziesiąta. Kalinka spojrzała na gramofon.

„Masz jakieś ciekawe płyty?”

„Nie. Same starocie. To też po ojcu”

Kalinka zaczęła przeglądać płyty w stojaku

„To musi być śmieszne…Ma taki śmieszny tytuł – Gęsi za wodą – posłuchajmy”

„Mama zaraz przyjdzie…”

„Tylko tą jedną…Proszę. Ja mam w domu tylko jedną płytę. Stara jest i bardzo zdarta. Kiedyś ci ją puszczę”

Gienek niechętnie uruchomił gramofon. Po chwili usłyszeli śpiew Tadeusza Waliszewskiego. Gdy skończył śpiewać Gienek stanowczo zażądał

„Musimy wyjść. Odprowadzę cię do domu. gdzie mieszkasz?”

„W Famułach. Na Ogrodowej pod dwudziestym ósmym”

„Cholera! Spotkamy matkę po drodze. Też pracuje u Marchlewskiego. Wychodzi przez bramę na rogu Ogrodowej i Gdańskiej…”

„No to co, że ją spotkamy? Wstydzisz się mnie?”

„Nie. Tylko…”

„Co – tylko?” – przerwała mu – „Jak się wstydzisz iść ze mną, to bez łaski. Pójdę sama. Trafię stąd” – odpowiedziała obrażona

„Nie, kochanie. Nie wstydzę się ciebie. Tylko matka potem będzie wypytywać…”

Pierwszy raz powiedział do niej „kochanie”. Ujął ją tym tak bardzo, że puściła mimo uszu wzmiankę o tym, że matka będzie się wypytywać

„To jak?… Kochanie. Odprowadzisz mnie?”

To – kochanie – powiedziała bardziej ciepło niżby chciała

„Dobrze. Ale pójdziemy na około, Zgierską do placu Wolności i Obrońców Stalingradu do Gdańskiej i Ogrodowej”

„To mi nawet pasuje. Dłużej będziemy razem”

Spotykali się w ten sposób przez cały czerwiec i prawie cały lipiec. Pewnego dnia, gdy wróciła wieczorem do domu zastała matkę siedzącą przy stole nad jakimiś papierami. Zauważyła, że płakała.

„Co się stało, mamo?”

Anna powoli podniosła kartkę ze stołu i płacząc odwróciła się w stronę córki

„Twój ojciec żyje”

„Skąd to wiesz?”

„Napisał do mnie. Jest w Austrii, w Linz”

Anna podała list od Heinza córce. Kalinka wzięła go ostrożnie do ręki. Zanim przeczytała obejrzała kartkę z obydwu stron. Tylko jedna strona była zapisana zielonym atramentem. Pismo było staranne, ale zawierało wiele błędów. Widać było, że ten co go napisał dawno nie używał języka polskiego. Anna przeczytała szybko po cichu. Nie wszystko zrozumiała

„Jak to? Pisze, że wrócił cztery lata temu z Rosji?…Mówiłaś, że ojciec był Ślązakiem”

„Tak. Pochodził ze Śląska, miał matkę Polkę, mówił po polsku, ale był…” – poprawiła się – „Jest Niemcem”

„Tego mi nie mówiłaś…”

„Nie mówiłam dla twojego dobra…”

„Nie rozumiem?”

„Widzisz. Zaraz po wojnie było lepiej nie przyznawać się do tego, że się…” – przerwała. Nie wiedziała, jak to powiedzieć – „Że się kochało Niemca i że się miało z nim dziecko”

Popłakała się. Kalinka chwilę stała nad nią. Po chwili przysunęła drugie krzesło i usiadła przy matce. Objęła ją ramieniem

„Uspokój się, mamo” – powiedziała ciepło – „Opowiedz mi o ojcu. Nigdy o nim nie mówiłaś. Powiedziałaś mi kiedyś, że zginął w czasie wojny przed moim urodzeniem”

Anna opowiedziała córce o jak poznała Heinza, o tym jak się spotykali i o ich ostatnim spotkaniu, na którym powiedziała mu, że jest w ciąży, a on powiedział, że jego jednostka wyjeżdża na wschód.

„Zostawił mi gramofon i trzy płyty. Do dziś zachowała się tylko ta z Lili Marleen. Słyszałaś tą piosenkę tyle razy, że nauczyłaś się ją śpiewać jak ta piosenkarka z płyty”

„Czy on, mój ojciec pisał do ciebie?”

„Nie dostałam od niego ani jednego listu…”

„To jak on ciebie teraz odnalazł?”

„Czytałaś przecież…Przez niemiecki Czerwony Krzyż. Po wyjściu z niewoli trafił do Hamburga. Zaczął mnie szukać…Mają tam dokumenty z Urzędu Stanu Cywilnego z okupowanej Łodzi. Byłam tam zarejestrować ciebie, jak się urodziłaś”

„Trafił do Hamburga, ale pisze, że mieszka w Austrii. Nic nie rozumiem”

„Przecież czytałaś. Pisze, że nie chce pisać więcej, bo nie wie, czy dostanę ten list. Obiecuje napisać więcej jak mu odpiszę”

„Odpiszesz mu?”

„Nie wiem, kochanie. Nie wiem, czy to ma sens…”

„Odpisz. Odpisz koniecznie. Chcę poznać ojca. Poproś, aby przysłał fotografię… I wiesz co? Jutro pójdziemy do fotografa, najlepszego, do tego Mireckiego na Placu Wolności. Każemy sobie zrobić kilka zdjęć. Wyślesz mu je”

Kalinka przypilnowała matkę, aby ta napisała list do Heinza. Anna broniła się przed pisaniem. Znajdowała różne powody, dla których nie mogła pisać. A to, że w domu nie ma papieru listowego, a to, że właściwie nie wiadomo na jaki adres, bo na kopercie ostemplowanej ze wszystkich stron, z poprzekreślanymi adresami retkińskimi i zwrotnymi do Hamburga i Linzu, a to, że właśnie boli ją głowa…

Kalinka cierpliwie usuwała wszystkie przeszkody. Kupiła papier listowy, wydała pieniądze na zakup eleganckiego długopisu w komisie na Nowomiejskiej. Niemal siłą zaciągnęła matkę do fotografa. Zrobił im kilka ujęć razem i każdej z osobna. Kalinka wybrała trzy. Jedno, gdzie jest sama siedząca na krześle z białym tłem w tyle, drugie, na którym Anna, jej matka, stoi a w tle jest cień jakiejś ozdobnej kraty.

Trzecie zdjęcie przedstawiało je obje. Anna siedząca w fotelu z wysokim oparciem i Kalinka siedząca na poręczy fotela, obejmująca matkę ramieniem. Kupiła po trzy odbitki każdego ujęcia. Gdy list był już napisany, osobiście zakleiła kopertę i zaadresowała. Potem udała się z nim na pocztę znajdującą się na rogu Podrzecznej i Zgierskiej.

Nieprzypadkowo wybrała tą pocztę. Ostatnio dawno nie widziała się z Gienkiem. Cały wolny czas poświęcała na to, aby zmobilizować matkę do napisania listu do ojca. Próbowała się skontaktować z Gienkiem w pracy, ale powiedzieli jej, że jest na zwolnieniu lekarskim.

W tym tygodniu matka Gienka powinna pracować na drugą zmianę. Kalinka wysłała list jako polecony i udała się do Gienka.

Z poczty miała zaledwie pięćdziesiąt metrów do bramy kamienicy, w której mieszka Gienek. Po chwili stała pod drzwiami na trzecim piętrze. Już miała nacisnąć przycisk dzwonka, kiedy usłyszała dziewczęcy głos z za drzwi. Wstrzymała się z naciśnięciem dzwonka. Zaciekawiło ją to. Przyłożyła ucho do drzwi. Głos, który do niej docierał nie mógł być głosem matki Gienka. Niewątpliwie należał do młodej dziewczyny. Niestety nie docierały do niej wypowiadane słowa. Usłyszała również Gienka.

Stała dłuższą chwilę z nadzieją, że coś zrozumie z toczącej się za drzwiami rozmowy. W końcu zdecydowała się zadzwonić. Głosy za drzwiami umilkły. Nikt nie otwierał drzwi. Dałaby głowę, że słyszała oddech Gienka za drzwiami. Zadzwoniła ponownie…. Cisza.

„Otwórz Gienek!…To ja. Kalinka!”

Czekała aż Gienek otworzy drzwi. Nie doczekała się. Myśl, której nie dopuszczała do siebie, a która pojawiła się gdzieś w tyle głowy, wtedy, gdy usłyszała głos nieznajomej dziewczyny, nagle stała się brutalnie bolesna. Gienek zdradza ją z inną.

„Otwieraj, Gienek!…Wiem, że tam jesteście!” – krzyknęła

Jednak drzwi pozostawały zamknięte. Dzwoniła do nich kilka krotnie. Zaczęła walić w nie pięściami i krzykiem, pełnym wściekłości domagała się otwarcia. W pewnej chwili otworzyły się drzwi mieszkania sąsiadów

„Co to za hałasy?! Milicję zawołam jak się nie uspokoisz!” – zagroziła starsza kobieta

Kalinka wybąkała jakieś słowa przeproszenia i z płaczem ruszyła schodami w dół. Z bramy skierowała się na podwórko. Spojrzała do góry. W oknach mieszkania na trzecim piętrze było ciemno.

Przez następne dwa tygodnie Kalinka próbowała spotkać Gienka. W pracy go nie było. powiedziano jej, że w dalszym ciągu jest na zwolnieniu lekarskim. Godzinami po pracy wyczekiwała na niego pod domem. Kilka razy dzwoniła do mieszkania, ale nikt nie otwierał.

Zdecydowała się przyjść do niego przed południem w najbliższą niedzielę. Zapamiętała tą datę. Dwudziesty trzeci sierpnia. Wtedy pozbyła się resztki nadziei na odzyskanie Gienka. Tej niedzieli zadzwoniła do mieszkanie na Podrzecznej o wpół do dziewiątej rano. Usłyszała zakładany łańcuch na drzwi. Po chwili uchyliły się na tyle na ile pozwalał łańcuch

„Czego?!”

Skrzekliwy, wrogo brzmiący głos należał do matki Gienka. Nigdy nie miała okazji jej spotkać. Gienek nie chciał, aby się poznały

„Nie teraz, kochanie. Matka jest zapracowana. Wzruszy się i rozchoruje. Muszę ją odpowiednio przygotować”

Tak odpowiedział kiedyś Kalince, gdy wyraziła chęć poznania matki.

„Chciałabym porozmawiać z Gienkiem. Jestem jego dziewczyną…”

„Odczep się od mojego syna” – przerwała jej – „Ma inną!”

Chciała zatrzasnąć drzwi, ale Kalinka zdążyła wsunąć nogę między drzwi a futrynę „Zabierz kopyto, bo ci je złamię!”

„Muszę z nim pomówić!”

„Mówiłam przecież, że ma inną! Dziecko jej wykręcił! Będzie się żenić!”

Zaszokowana cofnęła nogę. Matka Gienka wykorzystała to i z trzaskiem zamknęła drzwi.

Pod koniec września Kalinka wiedziała już na pewno, że jest w ciąży. Dowiedziała się o tym w przyzakładowej przychodni, do której poradziła jej iść koleżanka z pracy. Nie zmartwiło to jej. Była w jakiś sposób na to przygotowana.

Zakładowa Przychodnia Lekarska znajdowała się przy Ogrodowej dwadzieścia jeden. Prawie naprzeciwko mieszkania, w którym mieszkała z matką. Po wyjściu z przychodni szybko przebiegła przez jezdnię. Wbiegła do bramy domu. Zatrzymała się nagle przed klatką schodową. Przez moment zawahała się, potem zdecydowanie ruszyła z powrotem przez bramę na ulicę.

Postanowiła powiadomić o dziecku Gienka. Nie liczyła na to, że to coś odmieni. Po prostu chciała, aby wiedział o dziecku.

Po kilkunastu minutach przecinała na skos Park Staromiejski kierując się do przejścia między blokami, na Podrzeczną.

Na trzecim piętrze chwilę nasłuchiwała pod drzwiami. W mieszkaniu była cisza. Nacisnęła dzwonek. Niemal natychmiast usłyszała kroki za drzwiami i zakładany łańcuch na drzwi. W szczelinie drzwi ukazała się matka Gienka. Poznała Kalinkę

„Mówiłam ci abyś się odczepiła od syna” – warknęła

„Proszę mu powiedzieć, że jestem w ciąży…”

„Co?!”

Usłyszała dobiegający z za pleców matki głos Gienka

„Wynoś się stąd!” – krzyknęła matka w głąb pokoju, a potem zwróciła się do Kalinki – „Nie będzie się żenił. Ani z tobą, ani z tą drugą. Na jesieni biorą go do wojska”

Po czym zatrzasnęła drzwi.

Kalinka poczuła pewną satysfakcję i zadowolona zbiegła po schodach. Drogę do domu przebyła w dobrym humorze.

W mieszkaniu zastała matkę siedzącą nad listem od Heinza

„Dobra wiadomość od twojego ojca, córuś” – zaczęła Anna – „Przysłał nam zdjęcie… Jaka podobna jesteś do niego. Wcześniej tego nie zauważyłam…Pisze, że wysłał nam paczkę, ale nie rozumiem o co mu chodzi. Pisze, że możemy wszystko z paczki sprzedać, ale nie czekoladę. Czekoladę mamy koniecznie zjeść… dziwne to jakieś”

Kalinka wzięła do ręki fotografię. Była na niej sfotografowana z pół profilu lekko pochylona głowa przystojnego blondyna w wieku około czterdziestu lat. Twarz uśmiechnięta, na prawym, widocznym policzku wyraźna blizna

„Całkiem przystojny ten mój tatuś…Możesz mu napisać, że wkrótce zostanie dziadkiem…”

„Boże drogi! Jesteś w ciąży” – przerwała jej matka

„Tak, mamo. Dzisiaj się potwierdziło”

„Czy to z tym Gienkiem z fabryki o którym mówiłaś?”

„Tak”

„Musicie szybko iść do Urzędu Stanu Cywilnego zamówić termin ślubu”

„Ślubu nie będzie, mamo. Gienek zrobił dziecko innej dziewczynie i miał się z nią żenić, ale teraz biorą go do wojska”

„Mój Boże, dziecko. I ty tak lekko o tym mówisz…”

„A co mam zrobić? Powiesić się?”

„Nie! Nie!…Niech cię ręka boska od tego broni. Coś wymyślimy”

„Co tu jest do wymyślania, mamo. Urodzę i tyle. Mało to samotnych matek? Ta Elka z drugiego piętra na przykład. Urodziła jakieś pół roku temu i sama wychowuje tego swojego Zbyszka”

„Córuś, młoda jesteś. Nie chcę abyś się męczyła tak jak ja. Lepiej usuń tą ciążę. Który to miesiąc?”

„Trzeci się zaczął. Nie chcę usuwać. Urodzę to dziecko. Ty dałaś radę, to ja też dam”

„Córuś, zastanów się…”

„Nie mam się nad czym zastanawiać. Już zdecydowałam. Chcę mieć to dziecko! Co jeszcze ojciec pisze?”

„Pisze, że pracuje w hucie w Linz. Ma tam dobre stanowisko. Przed wojną był studentem. Miał praktyki w hucie w Gleiwitz, to jest, w Gliwicach. Pisze, że do niewoli dostał się pod Stalingradem. Przy selekcji więźniów Rosjanie dowiedzieli się, że studiował metalurgię. Zabrali go obozu pod Magnitogorskiem. Pracował w hucie. Z czasem zaczęli liczyć się z jego wiedzą. Piszę, że dzięki temu miał lepsze warunki życia niż inni i dlatego przeżył”

„I co jeszcze pisze?”

„Że nie może do nas przyjechać, ale chce abyśmy przyjechali do niego”

„No to musimy się pakować…”

„Nie żartuj sobie. Nigdy nie wyjeżdżałyśmy poza Łódź. Nie mam pojęcia jak się za taki wyjazd trzeba zabrać, a poza tym to musi dużo kosztować…Języka nie znamy”

„Po co nam język. Ojciec na pewno będzie na nas czekał”

„Nie wiem. Nie wiem co o tym myśleć…”

„Na pewno trzeba sobie wyrobić paszporty i kupić bilety na pociąg. Ja się tym zajmę”

„A mieszkanie? Praca w fabryce?”

„Mieszkanie się zamknie, a w pracy weźmiemy urlop”

„Nie wiem. Nie wiem co o tym myśleć…Za dużo tego wszystkiego jak na jeden dzień…”

„Mamo. Przecież nie wyjedziemy jutro. Zajmę się tym. Dowiem się jak jest z paszportami, biletami i ile to kosztuje. To trochę potrwa. Zdążymy się do wyjazdu przygotować”

„A dziecko…”

„Zanim się urodzi, zdążymy wrócić” – przerwała matce.

Kalinka bardzo szybko przekonała się, że wyjazd z Polski za granicę nie jest sprawą prostą. W Wydziale Paszportowym Komendy Milicji Obywatelskiej dostała druki wniosków paszportowych do wypełnienia. Pouczono ją, że z wypełnionymi wnioskami muszą przedstawić zaproszenie od osoby zapraszającej z zagranicy. W zaproszeniu osoba zapraszająca musi zobowiązać się do zapewnienia utrzymania przyjeżdżającym z Polski. Zaproszenie musi być potwierdzone w polskiej Ambasadzie lub Konsulacie. Należy złożyć podanie o paszport z uzasadnieniem celu podróży. Przedstawić stopień pokrewieństwa z zapraszającym. Należy napisać życiorys. Z zakładu pracy mieć potwierdzenie uzyskania urlopu na czas podróży. No i na koniec przedstawić promesę wizy do kraju docelowego, czyli do Austrii, oraz promesę wizy tranzytowej. W ich przypadku chodzi o wizę na przejazd przez Czechosłowację.

Kalinkę przeraziły te wszystkie warunki, ale nie zniechęciły. W Warszawie w Ambasadzie Austrii dostała promesę wizy dla siebie i dla matki bez problemu. Na odchodne powiedziano jej, że nie wpuszczą ich do Austrii bez aktualnego szczepienia przeciwko ospie. Dowiedziała się, że mogą się zaszczepić w łódzkim sanepidzie. Potem z zaświadczeniem o szczepieniu muszą pojechać do Warszawy, bo tam wydają specjalne książeczki szczepień w kilku językach.

Zebranie potrzebnych dokumentów, promes wizowych i wypełnienie wniosków paszportowych zajęło jej ponad trzy tygodnie. W między czasie przyszła paczka od Heinza. Aby ją odebrać musiały pojechać do Urzędu Celnego na Towarową.

Po dokładnym sprawdzeniu tożsamości Anny, paczka została otwarta w ich obecności przez celnika. Wszystkie rzeczy zostały wyłożone na stół. Sprawdzono zgodność przedmiotów z załączoną listą sporządzoną przez Heinza.

Już w trakcie otwierania paczki i w czasie wykładania zawartości na stole Anna i Kalinka niemal zaniemówiły z wrażenia. Anna nie mogła się powstrzymać i wyszeptała

„Jezus, Maria! Co za skarby…”

Usłyszał to celnik

„Pierwszy raz dostaje pani paczkę, prawda?” – zapytał z uśmiechem

„Nigdy nie dostałam niczego z zagranicy…”

„To nie będziemy dalej rozpakowywać. Zabiorę tylko tą starą gazetę” 

Mówiąc to zabrał gazetę, w którą zawinięte były nowiutkie buty na obcasie 

„Gazet ani książek nie można przysyłać bez specjalnego zezwolenia” – wyjaśnił

Paczka ważyła siedem i pół kilograma. Część rzeczy była im nieznana. Postanowiły przyjrzeć się im bliżej w domu. Zabrały się za pakowanie wszystkiego z powrotem do kartonu. Miały z tym spory kłopot. Nie wszystko zmieściło się w kartonie. Na szczęście Anna miała ze sobą obszerną siatkę na zakupy. A torebka Kalinki też pomieściła kilka drobiazgów. Powiązany sznurkiem otrzymanym od sympatycznego celnika karton niosły we dwie ponad godzinę do domu.

W domu zmordowane taszczeniem „skarbów” od Heinza, zabrały się za ich rozpakowywanie. Była tam para butów które widziały już w Urzędzie. Niestety o numer za duże na Kalinkę i zdecydowanie za duże na Annę.

„Szkoda, że za duże. Trudno. Odda się je do Komisu” – stwierdziła Anna

„Nie! Mamusiu, są tylko trochę za duże na mnie, będę je nosiła… Proszę”

Potem oglądały i przymierzały sukienki i płaszczyk zimowy. Na koniec zostawiły sobie do obejrzenia paczki z kawą, kakao, mleko skondensowane w puszkach, jakieś przyprawy i konserwy

„O! to chyba puszka z szynką” – zauważyła Kalinka – „Polska – Made in Poland – stoi na niej. Nigdy takiej nie widziałam w sklepie. Krakus się nazywa”

„A to, co to?”

Anna wyciągnęła dwie żółte cytryny z plastyku. W środku coś chlupotało. Cytryny miały w miejscu gałązki niewielką zakrętkę. Ostrożnie ją odkręciła. Powąchała zawartość. Nalała sobie na dłoń kroplę płynu z cytrynki. Spróbowała językiem. Skrzywiła się

„Kwasek cytrynowy. Będzie do herbaty” – stwierdziła

Ale Kalinka już nie słuchała co matka mówi. Z przejęciem otworzyła niewielką kartonową walizeczkę. Były w nie kosmetyki. Szminki do ust w różnych odcieniach czerwieni, lakier do paznokci, puder do twarzy i inne rzeczy, o których przeznaczeniu nic nie wiedziała

„Popatrz, mamuś, jakie wspaniałe kosmetyki!” – zwróciła się do matki

Annę nie zainteresowały kosmetyki. Z przejęciem obracała w dłoniach dwie tabliczki czekolady w niebieskim opakowaniu z wizerunkiem sinej krowy na pastwisku i napisem Suchard.

„Pamiętasz córuś co on pisał o czekoladzie?”

„Pamiętam. Że mamy ją zjeść. Zjedzmy ją zaraz”

„Nie tak prędko. Zobacz. Ta jedna tabliczka jest trochę inna, jakby lżejsza”

„Otwórzmy ją najpierw”

W środku znalazły dziesięć banknotów po pięć dolarów i list.

„Pięćdziesiąt dolarów… Córuś, czy to dużo? Ile to będzie na złotówki?”

List znaleziony w czekoladzie wystraszył Annę, a Kalince dodał energii do dalszych działań mających umożliwić wyjazd do Austrii.

To co wystraszyło Annę to była perspektywa opuszczenia Polski na stałe. Heinz bardzo ją o to prosił. Można powiedzieć, że bardzo nalegał.

Napisał dokładnie co mają robić, aby dostać się do Austrii. Pokrywało się to z tym o czym wiedziała już Kalinka i co już w części zrealizowała. Heinz obiecał przysłać oficjalne zaproszenie. Potrzebował tylko więcej informacji dotyczących ich danych osobowych, takich jak datę i miejsce urodzenia, imiona rodziców i miejsce pracy.

Podał numer swojego telefonu. Prosił, aby Anna zadzwoniła. Najlepiej wieczorem po dwudziestej. Jeśli będzie dzwonić z poczty ma powiedzieć, że on zapłaci za rozmowę.

Anna nie była przyszykowana psychicznie na rozmowę z Heinzem. Oczywiście wiedziała, że do takiej rozmowy dojdzie. Przecież jadą do niego. Ale jasne dla niej było, że ma jeszcze czas przyszykować się do spotkania i rozmowy. A tu okazało się, że rozmawiać będzie z nim już jutro, albo za dwa lub trzy dni. Córka na pewno przypilnuje, aby zadzwoniła do niego jak najszybciej.

Dalej Heinz zaznaczył, aby pod żadnym pozorem nie wspominać w czasie rozmowy telefonicznej o tym, że chcą zostać w Austrii. Przeciwnie. Anna ma kilka razy napomknąć, że jest jej żal, że będą razem tylko przez dwa tygodnie i że liczy na to, że następnym razem spotkają się w Łodzi.

Napisał też, że jak już będą miały paszporty i będą gotowe do wyjazdu to on im przyśle imienne bilety kolejowe na podróż z Warszawy do Wiednia i z Wiednia do Warszawy. Bilety powrotne mają uwiarygodnić ich chęć powrotu do Polski. Pisze, że gdy będą składały wnioski o paszport, to będą wypytywane o cel podróży i stopień pokrewieństwa. Wie o tym od ludzi, którzy już przeszli przez taką procedurę.

Jeszcze tego samego wieczoru usiadły do pisania listu. Kalinka przypomniała, żeby matka napisała podziękowanie za paczkę, i podkreśliła, że bardzo im smakowała czekolada

„Po co pisać o tym. Przecież zanim list do niego dotrze to podziękuję mu przez telefon” – oponowała

„Nie zaszkodzi podziękować dwa razy”

Następnego dnia, po pracy udały się na pocztę przy Piotrkowskiej siedemnaście, wysłać list i zadzwonić do Heinza.

Udało im się tylko wysłać list. Okazało się, że rozmowę zagraniczną należy zamówić z wyprzedzenie kilku dniowym. Zamówiły rozmowę. Mają wyznaczony termin rozmowy za dwa dni o godzinie dwudziestej.

W czwartek dwudziestego dziewiątego października przyszły na pocztę kilka minut przed dwudziestą. O tej porze nie było dużo ludzi w kolejce do okienka, w którym zamawiano rozmowy międzymiastowe i zagraniczne. Telefonistka połączyła się z centralą międzynarodową i już po dziesięciu minutach zaprosiła Annę do rozmównicy numer dwa.

Anna weszła razem z córką. Niepewnie podniosła słuchawkę do ucha

„Halo?” – odezwała się niepewnie

W słuchawce była cisza. Po chwili odezwała się jeszcze raz

„Halo?”

Znowu cisza

„Nikt nie odpowiada” – zwróciła się do córki – „Chodźmy do domu”

„Spokojnie, Mamo. Poczekajmy”

Anna jeszcze raz powtórzyła „Halo” Tym razem usłyszała kobiecy głos

„Będzie rozmowa z Austrią…Proszę czekać”

Czekała cierpliwie jeszcze kilkanaście sekund. Nagle usłyszała donośny, męski głos

„Anna? Halo!…Słyszysz mnie? To ja, Heinz”

„Słyszę. Dobrze cię słyszę…”

„Nareszcie, kochana. Tyle lat minęło. Od razu poznałem twój głos. Nic się nie zmienił”

„Twój też się nie zmienił” – przerwała mu

„Co u was słychać? Jak twoje zdrowie? Jak się czuje moja córka? Jak sobie dajecie radę?” – zasypał ją pytaniami

„Wszystko w porządku, Heinz. Wszystko w porządku…Zdrowe jesteśmy, tylko tęsknimy za tobą”

„Ja też tęsknię. Przez te wszystkie lata tam w Magnitogorsku, w obozie, myślałem tylko o tobie. To mi dawało siłę, aby przetrwać. Na szczęście niedługo się zobaczymy. Czy macie już paszporty?”

„Są w trakcie załatwiania!” – krzyknęła Kalinka

Stała obok matki i doskonale słyszała ojca

„Czy moja córka jest przy tobie?”

„Tak Heinz. Jesteśmy razem”

„Podaj jej słuchawkę” – poprosił

„Dobry Wieczór, tato…”

„Dobry wieczór. Córko moja kochana! Jak bardzo podobny głos masz do głosu matki” – Heinz niemal się popłakał – „Co mam zrobić, aby te wszystkie lata twojego dzieciństwa, kiedy mnie przy tobie nie było…Nie wiem, jak to powiedzieć, naprawić, wynagrodzić. Nie wiem co mogę zrobić dla ciebie”

Heinz całkiem się rozkleił

„Tato. To nie twoja wina, że ciebie nie było. Nie przejmuj się tym. Głowa do góry” – pocieszała ojca – „Ważne, że teraz jesteś. Że odnalazłeś mamę i mnie. Niedługo się zobaczymy i pogadamy o przyszłości…”

„Rozmowa trwa już dziesięć minut” – przerwała im telefonistka – „Proszę kończyć. Inni czekają na linii”

„Tak! Tak! Już kończymy” – zapewniła ją Kalinka i zwróciła się do ojca – „Tato. Musimy kończyć. Kochamy cię bardzo. Niedługo się wyściskamy. List do ciebie jest w drodze. Odpisz szybko. Jak już będziemy coś wiedzieć o paszportach to natychmiast zadzwonimy. Pa, ojcze”

„Pa kochanie, pożegnaj mamę”

„Pa, kochany! Wszystko słyszę! Też cię żegnam!” – krzyknęła Anna

Po wyjściu z poczty komentowały rozmowę z Heinzem. Doszły do wniosku, że właściwie to nic się nie dowiedziały. Owszem, rozmowa była wzruszająca, Anna stwierdziła, że bardzo potrzebowała go usłyszeć, ale liczyła na to, że dowie się coś więcej

„Co chciałaś się dowiedzieć, mamo?”

„Wszystko. Co z jego rodziną się dzieje? Dlaczego nie wrócił do Gliwic?”

„Mamo! Niedługo dowiesz się wszystkiego, gdy się z nim spotkamy. Teraz dowiedziałaś się to co jest najważniejsze. Że ciebie kocha”

„Tak, ale chciałabym to wszystko wiedzieć już teraz”

Po kilku tygodniach, w środę osiemnastego listopada, przyszedł polecony list z Austrii. Do listu załączone były dwa zaproszenia, potwierdzone przez Ambasadę PRLu w Wiedniu. Oprócz oryginału znajdowały się jeszcze po dwa odpisy zaproszeń oraz imienne bilety kolejowe pierwszej klasy na pociąg z Warszawy do Wiednia i z Wiednia do Warszawy. Bilety miały trzy miesiące ważności od dnia ich wystawienia. Heinz informował, że jak już będą miały paszporty to mają na dworcu PKP wybrać dzień wyjazdu. Przysłane bilety zostaną wymienione na bilety na konkretny już pociąg.

Zaraz następnego dnia Kalinka wybrała się do Wydziału Paszportowego. Niestety dowiedziała się, że matka musi złożyć wniosek osobiście. Zamówiła czas na złożenie wniosków na poniedziałek dwudziestego trzeciego listopada. Te kilka dni do poniedziałku obie przeżyły w wielkim napięciu. Nie mogły spać. Annie wszystko leciało z rąk. Były bardzo poddenerwowane.

W poniedziałek były w Wydziale Paszportowym jeszcze przed otwarciem. Weszły do pokoju naczelnika, majora Malinowskiego punktualnie o ósmej. Były przyszykowane na trudną rozmowę. Ubrany po cywilnemu major przyjął podane przez Kalinkę wnioski i bilety. Przeczytał dokładnie. W tym czasie siedziały na wskazanych krzesłach bez ruchu. Major nie zadawał pytań. Po przeczytaniu spojrzał na Kalinkę.

„Piszecie, że jesteście w ciąży. Który miesiąc?”

„Trzeci, panie majorze”

„Możecie to poświadczyć?”

Kalinka była przyszykowana na takie pytanie. Koleżanka w pracy powiedziała jej, że gdy wyjeżdżała na urlop do Bułgarii to wymagano od niej zaświadczenia od lekarza, że jest w ciąży.

Kilka dni temu Kalinka odebrała takie zaświadczenie z Przychodni Zakładowej. Szybko wyjęła z torebki Książeczkę Zdrowia i kopertę z zaświadczeniem od lekarza. Podała je majorowi

„Kto jest ojcem dziecka?” – zapytał

„Mój narzeczony…”

„Czy narzeczony ma jakieś imię i nazwisko?”

„Tak, oczywiście. Eugeniusz Motyl. Mieszka na Podrzecznej dziewiętnaście. Jak wyjdzie z wojska to się pobierzemy”

„Motyl, mówicie” – uśmiechnął się – „Dobra. To wystarczy. Paszporty będą do odebrania za tydzień w okienku na dole”

Z komendy wyszły zaszokowane. Wszystko poszło tak łatwo. Przyszykowane były na znacznie dłuższą i trudniejszą rozmowę. Anna nie mówiła tego córce, ale tak naprawdę liczyła po cichu, że nie dostaną paszportów i nie będzie musiała się spotkać z Heinzem.

Coraz bardziej bała się tego spotkania. Heinz pamięta ją jak miała siedemnaście lat. Na pewno się rozczaruje jej widokiem. Co prawda wysłała mu fotografie zrobione u Mireckiego, ale na zdjęciach wyszła nie podobna do siebie. Zbyt elegancka i zadbana.

Skończyła niedawno trzydzieści sześć lat i to widać na twarzy. Na szczęście sylwetkę ma szczupłą. Ludzie często biorą ją za starszą siostrę jej córki. Ale czy to wystarczy, aby Heinz ją zaakceptował? Mówi, że ją kocha, ale on kocha tą Annę siedemnastoletnią.

Ona też nie jest całkiem pewna jak to będzie z Heinzem. Czy będzie tak samo czuły jak wtedy, gdy chodzili do parku? Jakie ma nawyki. Co lubi jeść. Właściwie, uświadomiła sobie, że tak naprawdę to go nie zna. Tak. Lepiej by było, gdyby nie dostały tych paszportów

„Cieszysz się, mamo?”

„Co?!”

Pytanie Kalinki wytrąciło ją z zamyślenia

„Pytam się, czy się cieszysz, że wszystko poszło po naszej myśli…”

„Tak, oczywiście. Cieszę się”

„Ale wyglądasz, jak by cię coś trapiło”

„Przeraża mnie ta zmiana w naszym życiu która teraz nastąpi”

Zmiana nastąpiła bardzo szybko. Paszporty gotowe do odebrania czekały na nie w okienku w Wydziale Paszportowym w poniedziałek trzydziestego listopada tak jak obiecał major Malinowski.

Tego samego dnia zamówiły rozmowę telefoniczną do Heinza. Tym razem musiały na nią czekać cały tydzień aż do siódmego grudnia.

Rozmowa była krótka. Uzgodniły, że przyjadą na Święta Bożego Narodzenia i zostaną w Austrii do Trzech Króli. Zaraz potem wyjadą do domu tak aby móc pójść do pracy w poniedziałek jedenastego stycznia, kiedy to kończą się im urlopy.

Następnego dnia po rozmowie z Heinzem Kalinka zamówiła bilety na pociąg do Wiednia. Ponieważ Heinz opłacił podróż z Warszawy do Wiednia, więc bilety z Łodzi do Warszawy musiała kupić sama.

Świadoma, że to ich bardzo ważna podróż, kupiła bilety pierwszej klasy. Wróciła zadowolona do domu

„Wyjeżdżamy z Warszawy we wtorek dwudziestego drugiego grudnia o dwudziestej. Pociąg do Warszawy mamy o trzynastej dziesięć z Fabrycznego. Kupiłam na niego bilety pierwszej klasy…”

„Po co ten wydatek Kalinko. Druga klasa by wystarczyła. Nie mamy za dużo pieniędzy. Musimy mu jeszcze kupić jakiś prezent pod choinkę”

„A co mamy sobie żałować! Te pieniądze już nam nie będą potrzebne, a prezent dla ojca i dla ciebie już mam”

„Ale ja nie mam. Zupełnie nie wiem co mu kupić”

„Jutro pójdziemy na ostatnie zakupy i na pewno kupimy coś odpowiedniego”

Łatwo powiedziane. Po pierwsze, nie miały najmniejszego pomysłu na odpowiedni prezent gwiazdkowy. Po drugie w sklepach nie było nic do wyboru.

W końcu zdecydowały się kupić sweter w Cepelii. Ten który im się podobał, wydawał się Annie za mały

„Jak to za mały? Mnie się wydaje, że będzie dobry” – stwierdziła Kalinka

„Skąd możesz to wiedzieć? Znam go. Jest bardzo barczysty…”

„Z pewnością był kiedyś. Na dobrą sprawę nie wiemy jaką figurę ma dzisiaj”

„Chyba masz rację córuś… Jeśli nie ten sweter, to co mu kupić?”

„Wiesz co? Chyba wpadłam na dobry pomysł. Nic mu nie kupujmy. Damy mu w prezencie ten stary gramofon i płytę z Lili Marleen…”

„Przecież to stary rupieć! A poza tym to jego własność. Mówiłam ci przecież, że dostałam go od niego…”

„Tym bardziej się ucieszy. Mamo, to lepszy prezent niż coś kupnego. Ten gramofon i ta płyta łączyła was przez te lata”

Anna popłakała się. To co powiedziała Kalinka bardzo jej się spodobało. Wtuliła się w jej ramiona i nie mogła przestać szlochać

„To co?! Bierze pani ten sweter, czy jak?” – odezwała się ekspedientka

„Tak. Biorę” – odparła zaskoczona Anna

„Po co on nam?” – zapytała Kalinka

„Jak nie będzie pasował na niego, to ja będę go nosić… Podoba mi się”

Wszystko potoczyło się bardzo szybko. W dwie, duże, nowo kupione walizki zapakowały tylko niezbędne rzeczy. Kalince poszło to dosyć sprawnie. Anna pakowała i rozpakowywała swoją walizkę kilka razy. Nie miała dużo ubrań, ale i tak część trzeba było zostawić. Nie mogła się z tym pogodzić. Kupno wielu z tych rzeczy, które teraz musi pozostawić w Łodzi kosztowało ją wiele wyrzeczeń.

Kalince w końcu udało się przekonać matkę do zrezygnowania z ubrań, które od dawna już nie nosiła. Na koniec pozostał im do zapakowania gramofon. Właściwie to nie trzeba było go pakować. Miał formę niewielkiej walizeczki z wygodnym uchwytem do noszenia. Kilka płyt mogło bezpiecznie pomieścić się w specjalnej kieszeni wewnątrz walizeczki. Włożyły tam płytę z „Lili Marleen” i kilka niedawno kupionych z pieśniami Mazowsza i Śląska.

Anna uparła się jednak, że skoro ma być to prezent gwiazdkowy, to należy go ładnie zapakować.

Dwa dni Kalinka starała się znaleźć odpowiedni papier na zapakowanie gramofonu. Niestety bezskutecznie. Zapakowały go w końcu w zwykły szary papier który Anna dostała od koleżanki pracującej w sklepie z butami. Po zapakowaniu gramofonu i przewiązaniu pakunku mocnym sznurkiem, Kalinka narysowała na nim kilka choinek i gwiazdek. Zakończyła oplatając pakiet czerwoną, szeroką wstążką, zawiązaną misternie ułożoną podwójną kokardą.

Dwudziesty drugi grudnia był pięknym słonecznym dniem. Termometr za oknem wskazywał cztery kreski poniżej zera. Obudziły się po piątej. Taki stary nawyk Anny. Wszystko było przyszykowane do wyjazdu. Przyszykowały sobie śniadanie, ale nie były w stanie je zjeść. Anna zapakowała zrobione kanapki i dołożyła do tych zrobionych wcześniej, przeznaczonych na drogę.

O jedenastej ma przyjść do nich Kulikowa, sąsiadka z sąsiedniej klatki, z którą Anna pracuje. Kulikowa ma zająć się mieszkaniem podczas ich nieobecności. Przyszła pół godziny wcześniej. Anna przekazała jej jak często ma podlewać rośliny w doniczkach. Zostawiła jej też pieniądze na zapłacenie komornego za styczeń i zapłacenia inkasentowi z elektrowni za prąd. Po przekazaniu tych wszystkich informacji panie zajęły się rozmową o ostatnich wydarzeniach w fabryce. W ten sposób minął im czas do dwunastej

„Mamo, na nas już czas…” – przerwała im Kalinka

Pożegnały się z Kulikową. Zamknęły drzwi i przekazały jej klucze. Kulikowa pomogła im znieść bagaże na dół.

Anna niosła swoją walizkę i podręczną torbę z rzeczami potrzebnymi w podróży i kanapkami. Kalinka oprócz swojej walizki niosła zapakowany gramofon. Na plecach miała niewielki plecak z drobiazgami, paszportami i biletami. Gdy doszły do Gdańskiej, stwierdziły, że bagaże są cięższe niż myślały.

„Musimy wziąć taksówkę. Nie ma sensu tak się męczyć” – zadecydowała Kalinka

Anna odruchowo zaprotestowała na myśl o zbędnym wydatku na taksówkę

„Mamo! Zamęczymy się na śmierć!”

„No już, dobrze. Idź po tą taksówkę. Poczekam tu na ciebie…”

Kalinka zostawiła walizkę i gramofon przy matce i pobiegła Gdańską w stronę Obrońców Stalingradu. Tam na postoju taksówek zawsze stało ich kilka. Wsiadła do starej warszawy. Chwilę potem taksiarz zapakował ich bagaże do samochodu.

Na Dworcu Fabrycznym były po dwudziestu minutach. Podróż do Warszawy przebiegła bez przygód. Pociąg do Wiednia odchodził z Warszawy Zachodniej. Te kilka godzin do czasu podstawienia pociągu spędziły na dworcu.

Kiedy podstawiono pociąg, szybko odszukały właściwy wagon. Konduktor zaprowadził je do ich przedziału. Całą drogę siedziały w nim same. Przed granicą do pociągu wsiedli kontrolerzy paszportowi i celnicy. Pociąg nie był zatłoczony, więc kontrola paszportów przebiegła sprawnie i szybko. Więcej czasu potrzebowali celnicy. Poza sprawdzaniem bagaży, kontrolowali wszystkie pomieszczenia w wagonach.

Bagaż Anny i Kalinki przejrzeli dosyć pobieżnie. Młody celnik zainteresował się bliżej pakunkiem, w którym był gramofon

„Co to jest?” – zapytał

„Prezent pod choinkę dla mojego ojca”

„Proszę rozpakować”

„Papier się uszkodzi…Tyle się nad nim napracowałam…”

Kalinka powiedziała to płaczliwym głosem i zabrała się za odwiązywanie misternie zawiązanej wstążki. Celnik przyglądał się jej poczynaniom

„Pani mi to da…” – zażądał

Kalinka podała mu nierozpakowany gramofon.

„Co tam jest, że to takie ciężkie?”

Mówiąc to potrząsnął energicznie paczką. Słychać było tłukące się płyty

„Ostrożnie!” – krzyknęły obydwie – „Potłukł pan płyty. To jest stary gramofon i kilka starych płyt…Zniszczył je pan!” – powiedziała z wyrzutem Kalinka i zaczęła płakać

„Przepraszam. Trzeba było uprzedzić, że są tam przedmioty delikatne” – odpowiedział i oddał pakunek Kalinka zabrała się ponownie za odwiązywanie wstążki

„Dobra. Niech pani nie rozwiązuje…Wieżę na słowo, że to gramofon”

Po wyjściu celnika siedziały przez jakiś czas bez słowa. Kalinka przestała płakać

„Może się nie stłukła?…Sprawdźmy to” – powiedziała Anna.

Kalinka bez słowa zaczęła rwać papier nie oszczędzając go.

„Ostrożnie! Córuś!”

„To nie ma sensu z tym papierem! Gdyby był nie zapakowany, to ten idiota nie trząsłby nim” – odparła zdenerwowana Kalinka

Po chwili ostrożnie otworzyły pokrywę gramofonu. Wszystkie płyty były potłuczone. Anna zaczęła płakać. Kalinka milczała. Po jakimś czasie odezwała się

„To dobry znak, mamo. Ta płyta nie będzie wam już potrzebna. Od teraz będziecie razem”

„Myślisz, że to dobry znak, czy tylko mnie pocieszasz?”

„Dobry znak. Jak coś się tłucze, to zawsze na szczęście”

Resztę podróży spędziły śpiąc. Pociąg był prawie pusty. Nikt nie dosiadł się do ich przedziału.

Pociąg na dworzec Sudbahnhof w Wiedniu przybył z niewielkim opóźnieniem tuż przed dziesiątą. Gdy wyszły z wagonu stały dłuższą chwilę bezradne. Na niektórych pasażerów oczekiwali witający ich bliscy. Niewielki tłumek oczekujących i przyjezdnych zaczął szybko się przerzedzać. Do nich nikt nie podchodził

„Co teraz zrobimy, córuś?”

Anna nie przewidziała takiej sytuacji

„Nie wiem, mamo…Poczekajmy na niego” – odpowiedział Kalinka rozglądając się – „Już nie musimy czekać! To chyba on tam biegnie…”

Od strony wejścia na peron szybkim krokiem, prawie biegnąc zbliżał się do nich Heinz. W ręku trzymał ogromny bukiet czerwonych róż.

„Potrzymaj”

Zwrócił się do Kalinki podając kwiaty i natychmiast chwycił w ramiona Annę. Ściskali się i całowali szepcząc coś do siebie. Kalinka odeszła kilka kroków i usiadła na walizce. Po kilku minutach przypomnieli sobie o niej

„To nasza córka, Heinz”

Kalinka podniosła się i wtuliła się w ramiona ojca

„Brakowało mi ciebie, tato…”

„Już się nie rozstaniemy, córko moja… Chodźmy do samochodu, bo zamarzniemy tu na tym dworcu”

Heinz chwycił obydwie walizki. Anna wzięła do ręki gramofon

„Co to?!… Czy to ten…”

„Tak, Heinz. Ten sam. Dałeś mi go na przechowanie. Niestety, wczoraj potłukła się nasza płyta… Wiesz która?”

„Tak. Wiem, Lili Marleen, prawda?…Nie przejmuj się płytą. Najważniejsze, że jesteśmy razem. Pojedziemy teraz coś zjeść, a potem w drogę do mnie” – poprawił się – „Do nas do domu do Linz. Mieszkam w wynajętym mieszkaniu, nie dużym, trzy pokojowym, ale już kupiłem dla nas dom. Jest teraz odświeżany. Po Nowym Roku będzie gotowy do wprowadzenia się. Waszym zadaniem będzie urządzić go”

„Co to za dom, tato?”

„Stary, z pięknym widokiem na Dunaj. Leży nieco na skraju miasta na granicy między właściwym Linz a przedmieściem Leonding. Zobaczycie go jak będzie gotowy. Dzisiaj zobaczycie go z daleka, z góry”

„Z góry? Z samolotu?”

„Nie” – zaśmiał się – „Nie z samolotu. Trochę cierpliwości. To niespodzianka. Teraz zjemy coś a potem trzy godziny, może trzy i pół i będziemy w Linz”

Po posiłku, który był dla nich późnym śniadaniem, ponownie wsiedli do Opla Heinza. W czasie drogi opowiadał im o swoim pobycie w niewoli w Związku Radzieckim i o tym jak pracował tam przymusowo w hucie. Przypadek sprawił, że doceniono w nim fachowca, mimo, że miał nieukończone studia metalurgiczne. Rosjanom brakowało fachowców. Zaczęto go dobrze traktować. Po wojnie bardzo liczono się z jego zdaniem.

W pięćdziesiątym piątym, gdy dowiedział się, że może wracać do domu bardzo chcieli, aby pozostał w Magnitogorsku. On jednak wybrał powrót do domu.

Okazało się, że matkę i znaczną część mieszkańców Gliwic ewakuowano w głąb Rzeszy. Matka trafiła do Hamburga. Dowiedział się o tym od pracowników Czerwonego Krzyża którzy organizowali powroty niemieckich żołnierzy z niewoli.

Zdążył spotkać się z matką tuż przed jej śmiercią. Była ciężko chora na gruźlicę. Dowiedział się od niej, że ojciec i brat zginęli na wojnie.

Nie czuł się dobrze Hamburgu. Chciał wrócić do Polski do Łodzi i odszukać swoją pierwszą i jedyną miłość. Odradzano mu to. Od znajomych dowiedział się, że archiwa Hamburga posiadają część dokumentów administracyjnych z okupowanych miast, między innymi z Łodzi. Odnalazły się notatki z Urzędu Stanu Cywilnego Litzmannstad. Dowiedział się z nich, że Polka Anna Kozłowa urodziła córkę, której nadano imię Jadwiga Kazimiera. Ojcem dziecka jest żołnierz Wehrmachtu Heinz Miller pochodzący z Gleiwitz.

Od nitki do kłębka po kilku latach dowiedział się, że Anna mieszka w Łodzi przy Ogrodowej dwadzieścia osiem. W między czasie przeniósł się do Austrii do Linz właśnie. Znajomy ze studiów ściągnął go do pracy w miejscowej hucie. Szybko doceniono jego doświadczenia z Magnitogorska. Awansował jest teraz szefem zespołu pracującego nad nową metodą odlewania stali. Firma Voest Alpine, z Linz, która jest wiodąca na tym polu, bardzo chce go pozyskać. Jego zespół współpracuje z nimi ściśle. Chyba się połączą.

Przez całą drogę słuchały go uważnie Anna tylko od czasu do czasu wspomniała coś o sobie. Kalinka tylko słuchała.

Bardzo spodobało im się mieszkanie Heinza

„I ty to nazywasz małym, trzypokojowym mieszkankiem…” – zauważyła Anna

„Duże nie jest. Musi nam wystarczyć przez kilka tygodni. Teraz proponuję abyście się odpoczęły troszkę, a wieczorem pójdziemy na kolację w bardzo ciekawe miejsce”

„Nie szkoda ci pieniędzy. Kolację możemy zrobić w domu…” – zaproponowała Anna

„Musisz wiedzieć, tato, że mama jest bardzo oszczędna” – wtrąciła Kalinka

„Na rodzinie nie będę oszczędzać pieniędzy. Jestem wam winien dużo, dużo więcej niż pieniądze. Wieczorem idziemy na kolację i basta! – podkreślił żartobliwie

„Nie mamy co na siebie włożyć…”

„Wyglądacie ślicznie w tym co macie na sobie…Teraz pokażę wam wasze pokoje”

Heinz zaprowadził je do swojej sypialni. Stało tam stare łóżko małżeńskie i kilka mebli sypialnianych w takim samym stylu

„Widzę, tato, że jesteś przewidujący” – powiedziała Kalinka na widok łóżka

„Mieszkanie wynajmuję umeblowane. Te wszystkie meble były tutaj jak się wprowadziłem” – odpowiedział przepraszająco. – „Kochanie, sypialnia jest do twojej dyspozycji. Będę spać na kanapie w dużym pokoju. Jest bardzo wygodna” – zwrócił się do Anny.

„A ja, gdzie mam spać?” – zapytała Kalinka

„W gabinecie. Wstawiłem tam rozkładaną kanapę. Jedyny mebel jaki kupiłem na wasz przyjazd”

Szybko rozpakowały swoje bagaże. Wykąpały się w obszernej łazience. Heinz przyszykował dla nich ręczniki i nowiutkie miękkie szlafroki. Trochę trwało zanim dobrały właściwe ubrania.

„Nie mamy tego dużo. Pisałeś, żeby nie brać dużo bagażu, bo byłoby to podejrzane”

„Przed Świętami już nie zdążymy, ale jeszcze przed Nowym Rokiem wybierzemy się na zakupy”

Wyszli z domu około dwudziestej. Padał drobny śnieg, ale nie utrzymywał się na chodnikach Temperatura na dużym termometrze w oknie wystawowym mijanego sklepu wskazywała zero stopni.

„Dwie przecznice dalej jest Hauptplatz – poinformował Heinz – „Zaczyna się na nim Pöstligberbahn. Specjalny tramwaj jedzie z tego placu na wznoszące się nad miastem wzgórze Pöstlingberg. Jest stamtąd wspaniały widok na miasto. Z tarasu restauracji, do której jedziemy, można przez stojące tam lunety oglądać miasto. Pokaże wam nasz dom. Ciemno jest o tej porze, ale go dobrze widać. Stoi przy dobrze oświetlonej ulicy”

Karty z menu nic im nie mówiły. Anna stwierdziła, że najlepiej będzie jak Heinz zamówi dla nich coś co uważa, że będzie odpowiednie

„Tylko, nic drogiego!…Szkoda pieniędzy” – dodała

Po złożeniu zamówienia wyszli na oszklony taras. Mimo padającego śniegu, widok był prześliczny. Oglądały go z zapartym tchem

„Gdzie jest twój dom, Heinz?” – zapytała Anna

„Nasz dom, kochanie. Nasz”

Chwilę szukał go przez lunetę. Potem unieruchomił ją zaciskiem na statywie

„W uliczce na prawo od kościoła. Piąty dom. Jedno piętrowy z dwiema wieżyczkami po bokach”

„Widzę go!” – krzyknęła Kalinka, która pierwsza spojrzała przez lunetę – „Obok jest coś jakby ogród…”

„Niewielki sad z jabłonkami. Należy do nas”

Anna nie mogła ustawić ostrości w lunecie i nic nie widziała.

„Dobierzemy dla ciebie okulary u optyka” – stwierdził Heinz

Po kolacji, gdy zjeżdżali tramwajem w dół, Heinz, który do tej pory był w pogodnym, swobodnym nastroju, spoważniał

„A teraz najważniejsze. Jutro jest dwudziesty czwarty. Wigilia Bożego Narodzenia. Urzędy otwarte są do trzynastej. Jesteśmy umówieni na rozmowę w Komisariacie Policji na godzinę dziewiątą. To tylko formalność. Wszystko już załatwiłem. Jesteście uciekinierami z za żelaznej kurtyny. Jako powód podasz Anno, że chcesz się połączyć z ojcem twojej córki, czyli ze mną. Oni na Policji już mają wszystkie papiery z archiwum z Hamburga i moje zeznania. Musicie tylko wszystko potwierdzić… Acha! Jeszcze jedno. W sobotę dziewiątego stycznia bierzemy ślub w Ratuszu…”

„Jaki ślub?!” – wykrzyknęła zaskoczona Anna

„Nasz. Nie chcesz?”

„W najśmielszych marzeniach nie przypuszczałam, że się kiedykolwiek pobierzemy. Oczywiście, że chcę, tylko…”

„Co tylko?”

„Wszystko przyszło tak nagle. Nie jestem przygotowana. Suknia. Zakupy na przyjęcie, fryzjer…”

„Przyjęcie będzie w restauracji. Będą tylko świadkowie i kilku kolegów z pracy z żonami. Kilkoro z nich mówi trochę po polsku. Ubrania kupi się bez problemu po świętach…”

„Tato, to jakiej ty jesteś narodowości, że bierzesz ślub w Austrii? Jesteś Austriakiem, Niemcem czy Polakiem? Ja już nic nie rozumiem”

„Żebym to ja wiedział, Kalinko. Mam tutejsze obywatelstwo, niemieckie też. Dziadek pochodził z Austrii. Był poddanym cesarza. Służył w jego wojsku. W szesnastym roku został ranny na wojnie. Dostał srebrny Tapferkeitsmedaille, Medal Waleczności.

Urodziłem się w Gleiwitz. Ojciec był Niemcem, Mama Polką. Uważam się za Ślązaka. W Każdym razie nie ma przeszkód w zawarciu małżeństwa z twoją mamą. Muszę tylko dostarczyć przed ślubem mamy paszport do wglądu”

Rozmowa na Policji trwała około godziny i przebiegła w sposób, który przewidział Heinz. Urzędnik zapewnił je, że decyzja o prawie pobytu nadejdzie w ciągu kilku tygodni. Zobowiązał je do zapisania się na kurs języka. Heinz, który był obecny w czasie rozmowy i służył jako tłumacz zobowiązał się do zapewnienia mieszkania i utrzymania dla swojej przyszłej żony i ich wspólnej córki.

Święta spędzili w domu omawiając plany na przyszłość. Jeszcze przed ich przyjazdem Heinz zapisał je do prywatnej szkoły intensywnego nauczania języka niemieckiego. Uparł się, że Anna nie będzie pracować zawodowo. Zostanie panią domu. Pod wpływem jej protestu zgodził się, że jak poduczy się języka to pomyśli o jakiś kursach zawodowych dla niej.

Bardzo podobał mu się prezent pod choinkę jaki dostał od córki. Utkane dwa niewielkie kilimy z motywami łódzkimi. Obiecał kupić jej krosno i zainstalować w domu jak tylko się tam wprowadzą. Dowiedział się, że jest w mieście szkoła rzemiosła artystycznego. Postara się, aby Kalinka uczęszczała tam na kursy, do czasu porodu. Heinz na czas ich przyjazdu wziął urlop do połowy stycznia.

Po świętach ostro zabrał się za załatwianie najważniejszych spraw. Bardzo szybko postarał się, aby objęło je prawo do świadczeń opieki zdrowotnej w Sozialversicherung. Było to ważne ze względu na ciążę Kalinki. Potem sporo czasu zajęło im uzupełnianie niezbędnej garderoby codziennej oraz wyszukanie odpowiednich strojów na ślub.

W końcu ze wszystkim się uporali. W czasie uroczystości w Urzędzie, w Ratuszu kalinka zrobiła im niespodziankę. Gdy Heinz i Anna wymienili się obrączkami i uroczystość zbliżała się ku końcowi Wszyscy usłyszeli donośny głos śpiewający Lili Marleen tym razem po polsku

Światło mrok rozgarnia,

bo u koszar bram

Pali się latarnia,

którą dobrze znam.

Zobaczyć ciebie w wieczór ten

W jej blasku chcę

Lili Marleen,

Tak chcę, Lili Marleen.

 

Zbliżasz się i oto

wśród latarni lśnień,

Cienie dwa się splotą

w jeden wspólny cień.

Niech wszyscy ujrzą obraz ten,

Mój cień i twój,

Lili Marleen,

I twój, Lili Marleen.

 

Słyszę twoje kroki,

a złociste skry

Twarz twą rzeźbią w mroku,

ból sprawiają mi

Kto będzie z tobą w wieczór ten

I noc po świt,

Lili Marleen,

Po świt, Lili Marleen.

 

Lecz gdy w otchłań runę,

mocno wierzę że

Jeden pocałunek

twój ocali mnie,

Znów będziesz ze mną w wieczór ten

I noc po świt,

Lili Marleene,

Po świt, Lili Marleen.

 

/ Hans Leip 1915 – Polski tekst Wojciech Mlynarski./

Na wszystkich obecnych występ Kalinki zrobił ogromne wrażenie. W restauracji w czasie przyjęcia musiała zaśpiewać to jeszcze raz zarówno po polsku jak i w wersji oryginalnej po niemiecku.

Po ostatniej zwrotce, gdy ucichły brawa Kalinka oznajmiła

„Zaśpiewałam to po raz ostatni. Kończę tym historię młodej dziewczyny i młodego żołnierza których los rozdzielił. Ten sam los po wielu latach złączył ich ponownie i mam nadzieję, że ich już nie rozłączy”

KONIEC

 

Od autora

załączam link do orginalnego, pierwszego wykonania piosenki „Lili Marleen” zaeśpiewanej przez Lale Andersen w 1939 roku

Marek Denoch

Leave a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *