IDĘ DO CIEBIE

   Wszystko zaczęło się mniej niż dwa miesiące temu, w niedzielę 28 maja. Dzień wcześniej do Ingrid, mojej żony, przyjechała jej siostra Carin z Narviku. Ingrid ma tam w Norwegii sporą rodzinę. Zawsze jak się spotkają wybierają się do Sztokholmu, aby jak to same mówią – powydawać trochę pieniędzy.

   Tej niedzieli wybrałem się z nimi. Właściwie mogłem zostać w domu w Uppsali, ale pogoda była ładna a ja nie miałem nic do roboty. Od kilku miesięcy jestem emerytem. Jeszcze nie mogę się do tego przyzwyczaić, więc szybko zgodziłem się im towarzyszyć.

   Jak na koniec maja było wyjątkowo ciepło. Podczas gdy one weszły do galerii handlowej usiadłem sobie na ławce na Drottninggatan. Po tym wielkim deptaku zawsze chodzą tłumy turystów.

   Zauważyłem, że od pewnego czasu przygląda mi się pewien mężczyzna, w moim wieku z dużym aparatem fotograficznym na szyi. Gdy nasze oczy się spotkały podszedł do mnie

  „Benek, nie poznajesz mnie?” – zapytał po polsku

  „Pan wybaczy, nie przypominam sobie abyśmy się znali”

  „No nie żartuj, Janek Malinowski jestem! Ciebie też skleroza dopadła, że ludzi nie poznajesz?”

  „Naprawdę, wie pan…”

  „Razem byliśmy w klubie fotograficznym, w Pałacu Młodzieży w Łodzi w 68,… no wiesz na Moniuszki”

  „Nie przypominam sobie, nigdy nie fotografowałem”

  „No jak to, nie pamiętasz? Stasiakowej nie pamiętasz, tej co prowadziła ten klub. To ona zorganizowała wycieczkę w plener, nad Wartę, do Sieradza… to tam doszło do tych tragicznych wydarzeń. Ale, Ale, ty straciłeś tam nogę, a ja widzę…” – spojrzał na moje nogi. Pod spodniami nie było widać, że mam protezę.

  „Widzę, że pan dużo wie o mnie. Tak, brakuje mi lewego podudzia. Mam protezę”

  „Jaki pan! Mów mi Janek tak jak dawniej” – ucieszył się, że się nie pomylił.

  „Słuchaj Janku, ja naprawdę od tego wydarzenia na torach nie pamiętam nic z przed wypadku. Nie pamiętam klubu. Ciebie, wybacz mi, też sobie nie przypominam…” przerwał mi

  „To ja ci coś pokażę… chwileczkę” – wyciągnął telefon i zaczął coś w nim szukać

  „Wiesz, lubię mieć przy sobie stare zdjęcia, dawniej nosiłem papierowe, teraz wnuczek zeskanował te najważniejsze dla mnie i włożył do telefonu. Sam bym tego nie zrobił, wiesz te nowinki techniczne… o mam tu! Popatrz, poznajesz?” – pokazał zdjęcie przedstawiające sporą grupę młodych ludzi. Znałem tą fotografię

  „Tu, o, siedzisz z nią, w środku na ławce”

W tym momencie podeszły do nas moje panie. Ingrid słyszała, że rozmawiamy po polsku

  „Dzień dobry dla panów. Co tam macie ciekawego?” – zapytała swoim nieco koślawym polskim

  „Pozwól, że ci przedstawię, moja żona Ingrid, a to jej siostra Carin. Carin nie mówi po polsku.”

  „Jan Malinowski jestem. Znamy się z Bernardem jeszcze z Łodzi”

  „Ale co tam oglądacie, pewnie jakieś gołe damy?” – zapytała zaciekawiona

  „Ależ skąd! Pokazuję Benkowi zdjęcie, na którym jesteśmy razem. On mówi, że mnie nie pamięta” – podsunął Ingrid telefon.

  „Znam tą kartkę! Mamy ją w domu. Zawsze byłam zazdrosna o tą dziewczynę co się przytula do niej Bernard. Nigdy mi nie powiedział jakie ma ona imię”

  „Men älskling” – zaraz poprawiłem po polsku – „Ależ kochanie, tyle razy ci mówiłem, że nie znam jej, nie pamiętam, jak miała na imię. To ktoś ze szkoły, z tej grupy. Usiadła bliżej mnie. Taki przypadek”

  „No co ty Benek? Nie pamiętasz Julki Rosińskiej? Przecież byliście parą!” – po chwili dodał – „O, przeprasza panią! Nie powinna być pani zazdrosna. Ona dawno nie żyje. Utopiła się w Warcie tego samego dnia co Bernard miał wypadek…”

„Janek! Do cholery! Zrozum ja nic nie pamiętam! Straciłem pamięć po wypadku. Nie pamiętam nikogo ze szkoły, nie pamiętam jakiś ostatnich dwóch lat z przed wypadku! Nie wiem kto to jest ta dziewczyna!” – wykrzyknąłem zdenerwowany.

   Jakieś mroczne myśli, raczej przebłyski, latały mi po głowie. Nie mogłem tego sobie uporządkować. Z boku słyszałem żonę mówiącą do siostry, że ona cały czas podejrzewała, że ta dziewczyna ze zdjęciu to nie jakiś przypadek, tylko coś więcej, tylko ona nie rozumie. dlaczego ja nie chcę o niej cokolwiek powiedzieć. Przecież to po tylu latach nie ma żadnego znaczenia.

  „Przepraszam, nie przeszkadzam? Janku z kim rozmawiasz? Przedstaw mnie państwu” – jakaś kobieta zwróciła się do Janka

  „O! popatrz Zosiu, góra z górą się nie zejdzie, a człowiek z człowiekiem zawsze!” Janek przedstawił nam żonę.

   Kiedy wszyscy się sobie przedstawili Zosia, jego żona, powiedziała cicho do Janka

  „Jasiu, musimy już iść.” – po chwili zwróciła się do nas – „Statek odpływa wieczorem, a ja chciałabym jeszcze zobaczyć stare Miasto”

  „A, właśnie!” – Janek zwrócił się do mnie – „My tu jesteśmy na wycieczce dwudniowej, przypłynęliśmy statkiem do Nynäshamn, stamtąd podwieźli nas autobusem do Sztokholmu. Dzisiaj zwiedzamy miasto na własną rękę. Musimy być przy autobusie o 19tej.”

  „Gdzie macie ten autobus?” – zapytałem

  „Na placu przed Zamkiem Królewskim”

  „To zdążycie stąd w pół godziny” – zauważyłem

  „Tak, ale chcemy jeszcze trochę pozwiedzać a Zosia chce jeszcze zajrzeć do paru sklepów. Słuchaj musisz koniecznie wpaść do nas. Mam przecież twoją Zorkę i twój album ze zdjęciami, zabrałem to wszystko z Sieradza po wypadku. Nikt się po to nie zgłosił”

  „Jaki album? Nigdy nie miałem żadnego albumu”

  „Tego też nie pamiętasz? Stasiakowa dała nam te albumy parę dni przed wycieczką. Chciała abyśmy wkleili w nie swoje najlepsze prace. Mieliśmy omawiać je w autobusie. Masz coś do pisania?” – Podałem mu notes i długopis

  „My mieszkamy teraz na Retkini. Tu masz adres i telefon. Przyjedź koniecznie. Tylko wpadnij latem jak będę miał mój ostatni urlop. W przyszłym roku w lutym 2018go przechodzę na emeryturę, a ty? Pracujesz jeszcze?”

  „Nie od stycznia jestem emerytem”

  „Musisz koniecznie przyjechać, Mam kontakt z dwoma z grupy. Spotkamy się, po wspominamy. Może sobie coś przypomnisz. Ale teraz naprawdę musimy lecieć”

   Pożegnaliśmy się. Obiecałem przylecieć niebawem do Polski.

   W drodze na parking usiłowałem sobie przypomnieć cokolwiek z tego o czym mówił Janek. Jednak do niczego nie doszedłem.

   Wyjechaliśmy z parkingu. No tak, mogłem się tego spodziewać. O tej porze dostać się z centrum na E4 w kierunku Uppsali zawsze zabiera dużo czasu. Cały czas jechaliśmy się w potężnym korku. Mój samochód ma automatyczną skrzynię biegów, tak że korek nie męczył mnie specjalnie. Co innego Ingrid. Za każdym razem, gdy wraca ze Sztokholmu swoją Toyotą ze skrzynią manualną, jest wykończona.

   Panie siedziały na tylnej kanapie i cały czas zajęte były rozmową. Pasowało mi to. Auto prowadziłem niejako automatycznie, mogłem się skupić na rozmyślaniu. Postanowiłem po przybyciu do domu przejrzeć strych. Były tam stare książki, zeszyty z czasów studenckich, zarówno moje jak i ojca. Moi rodzice już od dawna nie żyli, ale na strychu miałem jeszcze pełno ich rzeczy, zwłaszcza zapiski ojca i artykuły z pism naukowych które publikował, gdy pracował na Uniwersytecie.

   Kiedy minęliśmy Sollentunę a potem Upplands Väsby, ruch zaczął się przerzedzać. Za zjazdem na lotnisko Arlanda mogliśmy jechać już normalnie. Po czterdziestu minutach byliśmy w domu. Zaparkowałem przed garażem. Ingrid odezwała się do mnie

  „Bernard, czy nie uważasz, że czas przyciąć trawnik?”

  „Tak, kochanie, zrobię to jutro”

   Nie lubię prac przy domu, tego ciągłego przycinania trawnika, malowania domu, zimą odśnieżania. Za to Ingrid czuję się w tym wspaniale. Nasadziła w ogródku jakieś kwiaty, krzewy i inne rośliny, których, ze względu na klimat nie mogła mieć u rodziców w Narviku.

   Co do domu to mam mieszane uczucia. Zawsze marzyłem o tym, że jak przejdziemy na emerytury to go sprzedamy. Z drugiej strony jest duży i to nam się przydaję. Zawsze mamy sporo ludzi, którzy nas odwiedzają. Głównie rodzina Ingrid z Norwegii. Z Izraela przyjeżdżają często moi kuzyni od strony matki. Ojca rodzina w całości została wymordowana w czasie ostatniej wojny. Wpadają do nas także dalsi moi krewni z Polski, że już nie wspomnę o naszych dorosłych dzieciach i wnukach. Duży dom bardzo pasuję do takiego życia.

   Cały następny tydzień przesiedziałem na strychu. Nie znalazłem nic co by mnie zainteresowało. W matki rzeczach znalazłem zdjęcie zrobione zaraz po moim urodzeniu, obowiązkowo nagi, leże na brzuszku na baraniej skórze, zawinięty w szmatkę zasuszony mój pępuszek, obcięte pierwsze włosy. Mama miała to w niewielkim kartonowym pudełeczku po czekoladkach. Była tam też kartka z kalendarza, z niedzieli 6go stycznia 1952. Data moich urodzin.

   Długo zastanawiałem się nad wyjazdem do Janka. Intrygowała mnie ta dziewczyna, Julia. Nic o niej nie mogłem sobie przypomnieć. Skoro Janek mówił, że byliśmy parą to warto byłoby się coś dowiedzieć, chociaż pary w tym wieku, miałem wtedy szesnaście lat, nie są długotrwałe… Mówił, że się utopiła tego dnia co ja wpadłem pod pociąg… Cholera, że też mój łeb ma taką pustkę z tego okresu.

   W końcu się zdecydowałem. Jak nie pojadę, nigdy się nie dowiem kto to był. Jak pojadę to może coś wywęszę, coś mi się przypomni. Chciałem jechać z Ingrid, ale ona nie chciała znów jechać do Polski.

   Byliśmy tam kamperem w ostatni mój urlop w zeszłym roku w sierpniu. Chcieliśmy zatrzymać się w Łodzi na kilka dni, ale tam niema ani jednego kampingu. Spotkaliśmy się tylko z jednymi znajomymi, reszta była na urlopach, tak że przez Łódź właściwie tylko przejechaliśmy. Resztę czasy spędziliśmy w górach.

   Na Ingrid Łódź nie zrobiła dobrego wrażenia. Nic dziwnego, że teraz broniła się przed wyjazdem. W końcu zaproponowała abym poleciał sam na kilka dni

  „Ale po powrocie, pamiętaj, tak jak obiecałeś, bierzemy kampera i przynajmniej trzy miesiące spędzimy w Hiszpanii. Chcę się wygrzać a ty może będziesz wreszcie mógł polatać do woli dronem i zrobić ładne zdjęcia z góry. Dzieci zajmą się domem”

  „Oczywiście, Kochanie”

   Pewnego razu znajomi pokazywali nam filmiki z urlopu robione dronem. Ingrid tak się spodobały, że kupiła mi takiego samego drona z okazji mojego przejścia na emeryturę.

   Ingrid była studentką mojego ojca. Ojciec wykładał filologię słowiańską na Uniwersytecie w Uppsali. Poznałem ją w czasie pobytu w Polsce. Ojciec zorganizował zespół naukowców i studentów i pod pozorem badania języka staropolskiego zorganizował wyjazd do Polski. Zabrał mnie z innymi studentami. Było to latem 1981go. Miałem 29 lat i właśnie zacząłem pracę naukową na KTH, Królewskiej Akademii Technicznej w Sztokholmie, ale miałem trochę wolnego i mogłem sobie pozwolić na wyjazd.

   Ingrid jest młodsza ode mnie, miała wtedy 24 lata. W Polsce było wtedy bardzo źle ze wszystkim. Krótko po wyjeździe naszego zespołu z Polski narodziła się Solidarność, ale ja z tego okresu pamiętam tylko Ingrid. Ślub wzięliśmy zaraz po Nowym Roku 82go.

   Ingrid jest od roku na rencie chorobowej, jakieś sprawy reumatyczne. Do tego czasu pracowała w szkołach jako nauczycielka rosyjskiego i polskiego.

   Zadzwoniłem do Janka, powiedziałem, że wpadnę na kilka dni i że oczywiście chcę się z nim zobaczyć.

  „Postaraj się przyjechać przed 10tym lipca. Potem wyjeżdżamy na urlop do Chorwacji.”

  „Oczywiście, zaraz zabukuję bilet”

Ingrid od razu zabrała się za wyszukiwanie pasującego lotu.

  „Kochanie, jutro po południu jest lot Wizzairu ze Skavsty pod Nyköpingiem do Warszawy na stare Okęcie. To zdaje się teraz nazywa się imienia Chopina. Starczy ci pięć dni?”

  „A następny powrotny lot, kiedy może być?”

  „Za osiem dni”

  „OK, tym wrócę, nie zapomnij zamówić samochód, musi być z automatem”

  „Tak, oczywiście”

   I oto jestem w Warszawie. Są problemy z samochodem.

  „Nie mamy dla pana samochodu który pan zamówił, ale za te same pieniądze dostanie pan od nas większy” – odparła beztrosko sympatyczna panienka w wypożyczalni

  „Ale z automatem, oczywiście”

  „Sprawdzę… No nie, z manualną skrzynią, robi to panu różnicę?”

  „Kolosalną. Mam protezę i nie posiadam uprawnień na samochody ze skrzynią manualną. W zamówieniu było wyraźnie podkreślone, że tylko automat”

  „Bardzo przepraszam. Widzi pan klient nie wrócił na czas. Pójdę do kolegów z konkurencji, może oni coś mają to przebukujemy”

   Samochód znalazł się po godzinie. Miał nawigację, więc nie musiałem się martwić jak trafić do Janka. Jaszcze z parkingu zadzwoniłem do niego, aby mu powiedzieć o której będę. Czas przewidzianej jazdy odczytałem z GPSu. Wydawał mi się nierealistycznie krótki.

   Pamiętam, jak ojciec opowiadał jak fatalnie jeździło się po Polsce. Z Warszawy do Łodzi jechał często cztery godziny. Prawie zaraz jak wyjechałem z parkingu znalazłem się na autostradzie. Ku memu zdziwieniu okazała się na europejskim poziomie.

   Co prawda byliśmy kamperem w Polsce trzy razy, ale zawsze jechaliśmy bocznymi drogami, aby zobaczyć jak najwięcej, unikaliśmy autostrad.

   U Janka byłem niemal co do minuty zgodnie z podanym czasem. Nie szarżowałem na drodze, jechałem zgodnie z przepisami. Nie chciałem mieć kłopotów z policją. W domu zastałem tylko Janka z Zosią. Po przywitaniu stwierdził

  „Będziesz spać u nas”

  „Nie, dziękuję nie mogę, jestem umówiony u krewnych w Zgierzu, wiesz będę tu krótko. Chcę odwiedzić jak najwięcej osób”

   Łgałem oczywiście. Nie lubię spać u kogoś. Zawsze mnie to krępuje. Wiem jakie to kłopotliwe, zwłaszcza w małych mieszkaniach. Mamy duży dom, ale jak ktoś przyjedzie to też to jest męczące.

   Zosia podała kolację, przepraszała, że zapomniała i nie ma nic odpowiedniego, chociaż Janek jej mówił, że jestem Żydem i ona teraz nie wie czy będę jadł szynkę.

  „Nie ma sprawy Zosiu. Ja nie jestem religijny. Jem wszystko pod warunkiem, że się to nie rusza na talerzu” – zażartowałem.

Po kolacji Janek wyraźnie zakłopotany przyniósł z drugiego pokoju album i aparat Zorki 4.

  „Widzisz, po twoim telefonie, że przyjeżdżasz, poszedłem do piwnicy odszukać twoje rzeczy. Okazało się, że aparat jest poważnie uszkodzony. Chłopaki musiały się nim bawić, jak byli mali. Teraz takiego nie odkupię, ale powiedz, ile ci jestem za niego winien?”

  „Nic. Nie zależy mi na nim. Możesz go wyrzucić. pokaż mi tylko ten album”

   Wyraźnie odetchnął. Położył przede mną prosty album format A3 w zielonej okładce. Otworzyłem go. Na czarnych kartkach poprzyklejane były czarnobiałe fotografie. Prawie wszystkie przedstawiały dziewczynę z grupowego zdjęcia. Wszystkie były formatu pocztówki, tylko jedno na osobnej stronie było podwójnej wielkości. Przedstawiało tę samą dziewczynę,Julię, oświetloną ostrym światłem z boku. Stała naga odwrócona tyłem, z twarzą zwróconą w lewą stronę, tak że twarz było widać z profilu. Stała na czarnym tle. Twarzy i reszty widocznej do bioder sylwetki, nie było w zasadzie widać. Tylko to ostre światło, jak gdyby cienkim pędzelkiem rysowało profil twarzy. Potem ta biała kreska rysowała jedną, widoczną z boku pierś schodziła na dół i kończyła się na biodrze. Byłem zafascynowany.

  „O, to jest to najlepsze. Pamiętasz jak się stara Stasiakowa zachwycała tym zdjęciem?… Ee, Ty nie pamiętasz. Długo je omawialiśmy na zajęciach. Stasiakowa podkreślała że ona na kursie w zasadzie jest przeciwna aktom, bo bardzo łatwo można wpaść w pornografię, ale że twoje zdjęcie jest wyjątkiem”

   Nie mogłem od niego oderwać oczu. Pobieżnie przejrzałem resztę, było tego w sumie dwadzieścia pięć zdjęć. Niestety, nie wniosły nic co by pomogło mojej pamięci, poza tym, że dokładniej przyjrzałem się Julii.

  „Pamiętasz… Ee ty nie pamiętasz. Wszyscy ci zazdrościli tego ujęcia. Julka nie miała nic przeciw, aby to zdjęcie udostępniać do oglądania.”

  „Chyba widziałem to zdjęcie… Wydaje mi się, że na jakiejś wystawie… Albo jakieś bardzo podobne”

  „Stasiakowa zrobiła duże powiększenie. Wisiało przez jakiś czas na korytarzu z innymi pracami, ale wkrótce ktoś je ukradł. Chłopaki namawiali dziewczyny, aby im pozowały. Niektóre się zgadzały, inne nie. Z ukrycia fotografowali na przykład swoje siostry w kąpieli, ale to wszystko to nie to” – zamyślił się chwilę – „Ja też namówiłem moją Zośkę na nagą sesję… nawet mi nieźle wyszło … poczekaj chwilę, zaraz ci pokaże” – podniósł się z krzesła

  „Ani się waż!” – Zosia go zatrzymała

  „Dlaczego nie, Zosiu? Byłaś młoda i piękna. Nie masz się czego wstydzić”

  „A teraz nie jestem piękna?” – zapytała z kokieterią w głosie

  „Jesteś piękna Zosiu, ale też o kilkanaście kilo starsza…”

  „O! Patrzcie go, chudzielec stu kilowy się znalazł!”

   Przerwałem im tą dyskusję

  „Słuchaj, Janek. Nic się nie posunąłem do przodu. Opowiedz coś o tej wycieczce do Sieradza w 68”

  „Właściwie to nie była wycieczka tylko taki jakby obóz krajoznawczy. Pojechaliśmy tam 23go lipca. Stasiakowa to zorganizowała. Nasi rodzice zapłacili po trzysta złotych od łepka, reszta była dotowana, chyba przez szkolnictwo. Byliśmy tam tydzień. Mieszkaliśmy trochę na północ od miasta, niedaleko mostu kolejowego przez Wartę, Niby mieliśmy tam dużo fotografować, ale filmy nam się szybko skończyły. Tak naprawdę to najwięcej czasu spędzaliśmy nad rzeką” – przerwał, zastanawiał się chwilę

  „Poczekaj, poszukam zdjęcia” – wyszedł z pokoju. Po chwili wrócił

  „To zdjęcie zrobiłem rankiem 26go, to była niedziela. To był ten dzień, gdy to wszystko się wydarzyło. Czwarty dzień naszego pobytu. Zrobiłem je niedaleko, od kwater w których mieszkaliśmy, widzisz tu, trochę bardziej na północ jest ten nieszczęsny most, a zaraz za nim niewielka plaża. Plaża to za dużo powiedziane, myśmy to tak nazywali. Prawdziwa plaża, kąpielisko właściwie było przy przystani kajakowej, bliżej centrum. Nam jednak wystarczało to miejsce przy moście. Mieliśmy blisko z kwater…. O tu… widzisz, to ten most od strony miasta.” – pokazywał na zdjęciu – „To jest zachodnia strona rzeki. Nasza plaża jest za mostem po tej samej stronie tylko bardziej na północ. Kąpaliśmy się zawsze przy tej plaży, tam był spokojny nurt.” – przerwał. Chciał coś powiedzieć, ale nie wiedział jak

  „Ubranie Julki znalazł wieczorem, jakiś pastuch po wschodniej stronie rzeki, na południe od mostu. Tam zwykle wiosną wylewa rzeka, rosną wysokie trawy, jakieś krzewy. Pasą tam krowy. Nie ma tam dobrego dojścia do wody. Nurt tam jest niebezpieczny, szybki, jakieś zawirowania. Chyba dlatego nie znaleźli ciała Julii”

  „Jak się znalazła po drugiej stronie i dlaczego tam poszła?” – przerwałem mu

  „Można przejść mostem. A dlaczego się tam znalazła pytasz… Bo żeście się pożarli strasznie na plaży przy wszystkich”

  „Ja z Julią? O co?”

  „Jak to o co… No tak tego też nie pamiętasz… Zawsze sprzeczaliście się o wyjazd…”

  „Jaki wyjazd?” – znowu przerwałem mu

  „Julka zdecydowana była na wyjazd do Izraela. Mówiła, że dość ma Polski i tej wrogości z jaką się spotyka. Ojca wyrzucili z pracy, matce ubliżali w sklepie i takie tam. Ty z kolei nie chciałeś wyjeżdżać. Twierdziłeś, że wszystko się dobrze ułoży, że to tylko chwilowa nienawiść podsycana przez Partię. Że toczą się tam podchody personalne i że rozgrywają to kartą żydowską. Zapewniałeś ją, że ułożycie sobie życie w Polsce lepiej niż w Izraelu” – milczał chwilę

  „Co było dalej. Przypomnij mi. Ja nic z tego nie pamiętam. Nie pamiętam Julii, a tym bardzie tych rozmów, o których mówisz”

  „Co było dalej? Coś jej musiałeś powiedzieć, bo dostałeś od niej po twarzy przy wszystkich. Uciekła w stronę mostu. Potem widziano ją na moście jak biegła na drugą stronę”

  „A co ja… Co ja zrobiłem?”

  „Postałeś chwilę, wołałeś za nią, aby wróciła, ale ona nawet się nie obejrzała. Krzyknąłeś wściekły – mam to w dupie! – dokładnie tak… Widzisz jak tak o tym tobie mówię to wszystko mi się przypomina.”

  „Zazdroszczę ci. Ja mam pustkę w głowie. Co zrobiłem potem? Poszedłem się pakować?”

  „A, widzisz, przypomina ci się”

  „Nie, nic mi się nie przypomina… chyba nic.”

  „Ale o pakowaniu pamiętasz. Właśnie tak powiedziałeś – idę się pakować. Wyjeżdżam do domu – i pobiegłeś wzdłuż torów w stronę miasta”

  „Nie, z tym pakowaniem to nie powrót pamięci, tylko wydaje mi się to naturalne, że tak powinienem zareagować. Wtedy jeszcze nie wpadłem pod pociąg, na tej plaży to chyba byliśmy przed południem”

  „Właśnie! Dobrze mówisz. Przed południem. Nie było ciebie na objedzie. Jej też nie było. Dopiero wieczorem Stasiakowa dostała wiadomość, że wpadłeś pod ten pospieszny, co zawsze przejeżdżał tuż po dwudziestej. Julka nie przyszła na noc. Rano Stasiakowa zadzwoniła na milicję. Powiedzieli, żeby przyszła na komisariat. Pokazali jej ubranie Julki znalezione poprzedniego wieczoru. Poznała jej sukienkę od razu”

  „Nie znaleźli dokumentów?” – zapytałem

  „Nie, no co ty. Kto wychodzi na plażę z dokumentami? Stasiakowa powiedziała nam, że tam było wszystko, Julki bielizna, kostium plażowy, sandałki i nawet jej okulary przeciwsłoneczne. Wyglądało na to, że kąpała się nago. Milicja też tak przypuszczała”

  „Tak… Chyba nago… tam nikogo niebyło. Tylko wysokie trawy, pastwiska” – powiedziałem cicho, właściwie głośno myślałem.

  Do głowy przyszedł mi bardzo wyraźny obraz nagiej Julii leżącej w wysokiej trawie. Chyba byłem pod wrażeniem tej fotografii wciąż leżącej na stole i opowiadania Janka

  „A ty skąd możesz to wiedzieć, byłeś tam?” – zapytał zdziwiony

  „Nie! No skąd? Ty mówiłeś o tej rzece, że po drugiej stronie były trawy i pastwiska”

  „A no tak mówiłem… Wracając do wyjazdu. Tak bardzo nie chciałeś wyjeżdżać, a jednak wyjechałeś”

  „Po wypadku leżałem kilka miesięcy w szpitalu, łeb też miałem solidnie rozbity, liczne złamania, przebite płuco. Potem rehabilitacja. Byłem bardzo słaby. Nie skończyłem szkoły. W międzyczasie ojca wyrzucili z Uniwersytetu, mamę w pracy przesunięto na gorzej płatne stanowisko. Rodzice zdecydowali się na wyjazd. Nie miałem nic do powiedzenia, z resztą było mi to obojętne. Długo sprzeczali się o to, gdzie jechać. Ojciec zdecydowanie obstawał za Szwecją. Miał dobre kontakty z uniwersytetem w Uppsali. Mama chciała do Hajfy. Tam wyniosła się jej siostra i jeszcze ktoś z rodziny. Zachęcała mnie do tego, żeby stanąć po jej stronie. Mówiła, że miałem przed wypadkiem dziewczynę i że ona z rodzicami też jest już w Izraelu. W końcu w 71szym wyjechaliśmy do Szwecji.”

  „Może mówiła o Julce?”

  „Nie wiem, … Chyba nie. Nie przypominam sobie, aby wymieniała jakieś imię”

  „Nie żałujesz, że wyjechałeś?”

  „Nie dlaczego? Skończyłem szkołę, potem studia, pracowałem z tym co lubię. Ojciec od razu dostał pracę wykładowcy języków słowiańskich. Z mamą było trochę gorzej. Nie podjęła pracy zawodowej, ale zajmowała się działalnością charytatywną… Nie uwierzysz, gdzie”

  „No gdzie?”

  „W Kościele! W szwedzkim, protestanckim”

  „Interesujące, jak się ludziom losy potoczyły”

  „Powiem ci jeszcze coś śmiesznego. Nasz wyjazd opóźnił się nie tylko ze względu na mój wypadek. Kilka miesięcy po moim wyjściu ze szpitala, rodzice byli gotowi do wyjazdu. Tylko ja nie dostałem paszportu. Wyjaśniono nam, że muszę poczekać na odbycie służby wojskowej… Wiesz takie szykany wobec nas wtedy były. Nie pomogło wysyłanie wyjaśnień, że nie mam nogi. Papiery ze szpitala też nie wystarczyły – Staniecie przed komisją poborową i tam wszystko wyjaśnicie – Dwa razy stawałem zanim dostałem zwolnienie z obowiązku służby wojskowej”

  „Ha, ha, ha! Aż się wierzyć nie chce!”

  „Słuchaj Janku, jest już późno. Musisz mi opowiedzieć o sobie, jak tobie życie się potoczyło. Jutro wybieram się do Sieradza. Muszę obejrzeć te miejsca. Pojedziesz ze mną, to sobie w drodze pogadamy o tobie, a teraz muszę lecieć. Obiecałem krewnym być przed dwudziestą drugą.”

  „Nie mogę jechać z tobą, stary, pakujemy się. Zobacz, Zosia znikła nie wiadomo, kiedy. Pakuje się w drugim pokoju. Wybacz, ale nie mogę”

  „Trudno, pojadę sam. Mam nadzieję, że się spotkamy przed waszym wyjazdem. Kiedy wyjeżdżacie?”

  „Po jutrze rano. Jak jutro zdążysz zobaczyć wszystko, to do wieczora możesz wpaść”

  „OK. A jak nie zdążymy się spotkać przed waszym wyjazdem, to następne spotkanie będzie u nas w Uppsali. Tu masz moją wizytówkę ze wszystkimi danymi.”

   W samochodzie, w nawigacji znalazłem hotele. Wybrałem Światowid. Na razie zapłaciłem za trzy noce. Było za wcześnie, żeby się położyć.

   Zadzwoniłem do Ingrid, w domu wszystko w porządku. Wyszedłem na miasto. Za chwilę byłem na Piotrkowskiej. Dużo pieszych na ulicy, nie to co u nas w Uppsali, gdzie około dwudziestej drugiej na ulicach praktycznie jest pusto. Przeszedłem się kawałek, po chwili dotarło do mnie, że właściwie ten spacer nie ma sensu. Nic do mnie nie dociera. W głowie miałem obraz nagiej Julii leżącej w trawie. Chwilami widziałem, jakby z góry siebie obok niej, też nagiego. Rozbolała mnie głowa. Wróciłem do hotelu. W recepcji dostałem jakieś pigułki na ból głowy.

  Położyłem się w ubraniu na łóżku. Chyba od razu zasnąłem. Miałem jakieś upiorne sny. Julia coś do mnie krzyczała, potem znikła. Po chwili latałem dronem wzdłuż jakiejś rzeki. To była Warta. Nagle zauważyłem z wysoka, na brzegu kochającą się nagą parę w wysokiej trawie. Skierowałem tam drona. Widziałem ich wyraźnie. Obniżyłem lot. Musieli usłyszeć szum śmigieł, bo nagle odwrócili się oboje na plecy. Patrzyli prosto w moje oczy. Cofnąłem zaskoczony głowę, W trawie leżałem młody ja, a dziewczyna to Julia. Nagle nadjechał z znikąd pociąg i nas rozjechał.

  Zerwałem się z łóżka z krzykiem – Idę do ciebie! – Byłem spocony, miałem szybki oddech, nie mogłem złapać tchu, jak po długim biegu. Chyba miałem gorączkę. Spojrzałem na zegarek. Dochodziła trzecia.

  Rozebrałem się, wziąłem prysznic, wszedłem do łóżka. Miałem dreszcze, długo nie mogłem usnąć.

   Obudziłem się około dziesiątej. Znowu prysznic, nie miałem ochoty na śniadanie. Zastanawiałem się od czego zacząć w Sieradzu.

   Zacząłem od Rynku. Znalazłem informację turystyczną, zapytałem, gdzie mógłbym się dowiedzieć czegoś o Sieradzu lat sześćdziesiątych.

  „A co chciałby się pan dowiedzieć?”

  „Właściwie to sam nie wiem czego szukałem. Wie pani w 68 moja krewna utopiła się w Warcie, tu w Sieradzu. Nigdy nie znaleziono jej ciała. Teraz na emeryturze mam dużo wolnego czasu, więc kiedy porządkowałem stare listy i inne dokumenty rodzinne, natknąłem się na wzmiankę o jej śmierci. Nigdy nie wyjaśniono jej do końca. Postanowiłem pobawić się trochę w detektywa, może uda mi się dowiedzieć coś więcej o tej tragedii rodzinnej”

  „W 68 mówi pan… Myślę, że będzie bardzo trudno cokolwiek się dowiedzieć. Niech pan spróbuje w Muzeum Okręgowym… Tu zaraz na Rynku. Tam często przebywa taki tutejszy kronikarz amator. Pan zapyta o pana Zbigniewa Turczyka, on być może będzie coś wiedzieć”

   Podziękowałem za pomoc. Poprosiłem o wskazanie drogi do mostu kolejowego nad rzeką. Pani dała mi taką darmową mapkę Sieradza. Na jednej stronie było tylko centrum, na drugiej całe miasto i najbliższa okolica.

  „Najlepiej jak pan dojdzie do Mostowej, ona prowadzi prawie równolegle wzdłuż rzeki do samego mostu albo od strony Kopernika do przejazdu przez tory. Stamtąd do mostu wzdłuż torów jest jakieś dwieście metrów”

Długopisem zaznaczyła na mapce obie drogi od rynku.

   W muzeum nie było Turczyka. W recepcji, czy raczej portierni dowiedziałem się, że on przychodzi nieregularnie, dwa, trzy razy w tygodniu i siedzi najczęściej w muzealnej bibliotece. Poprosiłem o numer telefonu do niego lub adres. Gość, co tam urzędował powiedział, że nie może dać bez jego zgody.

  „A może pan do niego zadzwonić i umówić go ze mną tutaj? Proszę tu ma pan za fatygę” – położyłem przed nim 50zł.

  „Niech pan przyjdzie jutro o 12tej, postaram się, żeby tu był”

   Kiedy znalazłem się na Rynku spojrzałem na zegarek. Było dopiero po drugiej. Chwilę zastanawiałem się czy wracać do Łodzi czy zostać do jutra w Sieradzu. Dopiero teraz dotarło do mnie, że jestem głodny. Zauważyłem szyld restauracji Stodoła.

   Na lunch było już za późno na obiad za wcześnie. Zdecydowałem się na jakieś pierogi z mięsem. W czasie jedzenia postanowiłem zostać do jutra w Sieradzu. Kelner polecił mi Hotel Wróblewscy, pokazał mi na mojej mapce, gdzie leży.

   Po załatwieniu pokoju w hotelu zastanawiałem się czy pojechać do mostu samochodem, czy iść pieszo. Wybrałem samochód, muszę mieć wypoczęte nogi. Z pod hotelu dojechałem do Sarańskiej, potem ulicą Bazylika do Stodolnianej. Jechałem powoli, dokładnie rozglądając się dookoła w nadziei, że sobie coś przypomnę. Zapomniałem zapytać Janka, gdzie mieszkaliśmy w Sieradzu, pamiętam tylko jak mówił, że było to blisko tej naszej plaży. Muszę się tam pokręcić trochę może znajdę coś, jakiś ślad, który coś mi powie.

   Od Stodolnianej skręciłem w lewo w Kopernika. Dojechałem to torów kolejowych. Tuż przy torach znalazłem niewielki, pusty parking. Dalej pójdę na pieszo.

   Po lewej stronie przejazdu przez tory, kończył się peron dworcowy. Po prawej była ścieżka wiodąca wzdłuż torów w stronę mostu. Poszedłem nią.

   Po jakiś dwustu metrach zaczynał się przyczółek mostu, ścieżka schodziła w dół. Doszedłem nią do niezabudowanej ulicy, właściwie wiejskiej drogi. Zorientowałem się, że to ulica Mostowa. Poszedłem nią w lewo pod zaczynający się w tym miejscu most. Zaraz za mostem skręciłem w prawo w zarośniętą, prawie niewidoczną ścieżkę.

   Nie wiem, dlaczego, ale byłem przekonany, że tędy muszę iść. Po chwili ujrzałem widok, który wydał mi się znajomy. Stałem na plaży, która plażą nie była. To właściwie kawałek żółtej łaty piachu wyłaniającego się z rzeki z powodu niskiego stanu wody.

  Stałem zauroczony… Nie widokiem, tylko obrazem jaki nagle pojawił się w mojej głowie. Julia stała przede mną i krzyczała coś do mnie bardzo wzburzona. Nie mogłem zrozumieć ani jednego słowa, zagłuszał je szum przejeżdżającego pociągu. Obraz był bardzo wyraźny, miałem wrażenie, że mogę chwycić ją za rękę. Po chwili widziałem ją na moście jak biegnie na drugą stronę Warty.

   Otrząsłem się przerażony. Obraz znikł tak samo nagle jak się pojawił. Odczułem wielką chęć wejścia na most i pójścia za nią. Jednak nie zdecydowałem się to zrobić. Bałem się. Byłem przekonany, że jak to zrobię to stanie się coś strasznego.

   Dłuższy czas stałem bez ruchu próbując przeanalizować na chłodno to co tak wyraźnie widziałem

  „Co, na rybki” – usłyszałem za sobą. Obróciłem się gwałtownie. Starszy mężczyzna z wędkami i składanym krzesłem turystycznym uśmiechał się do mnie przyjaźnie.

  „Nie, przecież nie mam wędek” – odparłem

  „Nie szkodzi, tu i tak nie biorą”

  „To po co pan tu przyszedł?”

  „Lubię to miejsce. Spokojnie tutaj. Od lat nikt tu nie przychodzi, a na rybkach mi nie zależy”

  „Od dawna pan tu przychodzi?”

 Przyszła mi do głowy taka myśl, aby go wypytać o zdarzenia z 68go. Może coś pamięta

  „Od jedenastu lat, panie, jak tylko się sprowadziliśmy do Sieradza. A pan to chyba nietutejszy?”

  „Jestem tu przejazdem. Muszę już iść. Do widzenia panu”

   Wróciłem do auta. Muszę się dostać na drugą stronę rzeki. Spojrzałem na mapkę. Nie mogłem znaleźć żadnego dojazdu do interesującego mnie miejsca. Już odjeżdżałem, gdy zauważyłem młodego chłopaka.

  „Przepraszam pana, jak dojechać na drugą stronę rzeki w pobliże mostu kolejowego?”

  „Ma pan GPS w aucie?”

  „Mam”

  „Niech pan ustawi na stację Sieradz Męki albo nie, lepiej na Mnichów. Stamtąd jest dalej, ale lepszy dojazd drogami polnymi prawie do samego mostu”

  „Dziękuję”

   Pojechałem na Mnichów. Stamtąd polną drogą do samego przyczółku mostu po wschodniej stronie. Zaparkowałem. Siedziałem w samochodzie i nie mogłem się zdecydować, aby wyjść z niego. Bardzo chciałem, ale jednocześnie jakiś strach powstrzymywał mnie od tego. Bałem się, że zaraz przypomnę sobie coś strasznego.

  To było absurdalne, od czasu spotkania z Jankiem bardzo chciałem przypomnieć sobie wszystko co wydarzyło się w Sieradzu, skąd więc nagle ten niepokój?

   W końcu wyszedłem z auta. Przeszedłem przez tory, udałem się w prawo w stronę rzeki. Po moście przejeżdżał pociąg. Odruchowo spojrzałem na zegarek. Zdziwiłem się, że już minęła dziewiętnasta.

   Szedłem dalej. Teren był płaski porośnięty dziką trawą, jakimiś polnymi wysokimi kwiatami. Gdzie nie gdzie stały grupki wysokich krzaków. Tuż przy wodzie znalazłem niewielką polankę otoczoną z trzech stron krzakami. Zatrzymałem się na niej. Patrzałem na rzekę, odwróciłem się, za plecami miałem przejście w krzakach wiodące na niewielki, porośnięty tylko trawą pagórek. Jakiś niepokój spowodował, że szybko udałem się do samochodu.

   W hotelu byłem przed dwudziestą pierwszą. Zjadłem coś w hotelowej restauracji. W pokoju położyłem się na łóżku, w ubraniu tak jak poprzedniej nocy. Oczekiwałem na szybki sen. Byłem przekonany, że też będę miał senne koszmary. Pragnąłem ich, w nich oczekiwałem czegoś co przywróci mi pamięć tamtych dni.

   Długo leżałem w jakimś odrętwieniu, sen nie przychodził. Nagle zadzwonił telefon. Przez chwilę szukałem go po kieszeniach. To dzwonił Janek

  „Czemu się nie pojawiłeś, czy coś się stało? Znalazłeś coś?”

  „Nie, nic nowego, byłem na plaży i przy moście. Zostaję tu na noc. Jutro w południe mam tu spotkanie, może coś mi się rozjaśni”

  „No to się teraz nie spotkamy. Jutro z rana wyjeżdżamy. Powodzenia”

  „Dziękuję, pamiętaj, że następne spotkanie mamy u nas w Uppsali. Szerokiej drogi”

   Skoro sen nie przyszedł zadzwoniłem do Ingrid. Opowiedziałem jej, gdzie jestem i że na razie nic się nie dowiedziałem. Powiedziałem też o jutrzejszym spotkaniu, po którym spodziewam coś się dowiedzieć.

   Dochodziła jedenasta. Wykąpałem się i wszedłem do łóżka. Usnąłem bardzo szybko. Niestety, tej nocy nic mi się nie śniło.

   Obudziłem się około dziewiątej, zjadłem śniadanie i pojechałem na Rynek. Było jeszcze za wcześnie na spotkanie. Pochodziłem po Rynku i okolicznych ulicach.

   W Muzeum byłem za dziesięć dwunasta. Turczyk już na mnie czekał. Był mniej więcej w moim wieku. Przedstawiliśmy się sobie

  „Co za interes ma pan do mnie?” – zapytał

  „Może wyjaśnię to panu przy kawie w kawiarni obok… Jak dużo czasu może mi pan poświęcić?”

  „Jestem emerytowanym nauczycielem, mam teraz dużo wolnego, żona wyjechała do matki”

   Opowiedziałem mu w skrócie, że przyjechałem ze Szwecji i że chcę się coś dowiedzieć o krewnej, która utopiła się w Warcie w 68 roku.

   Dowiedziałem się, że od czasów szkolnych notuje ważniejsze wydarzenia z życia mieszkańców Sieradza, że właściwie są to jakby chronologiczne dzienniki.

  „Wie pan co, zamiast iść do kawiarni, chodźmy do mnie. Mam wszystko zapisane w rocznych zeszytach, przejrzymy ten z 68, jestem pewien, że coś się znajdzie. Mieszkam kawałek stąd, zaraz za rogiem”

Po drodze kupiłem wino i jakieś ciasto. Turczyk protestował, ale uparłem się, że z pustymi rękoma do niego nie pójdę, że mnie to krępuje.

   Dowiedziałem się, że w 66tym na piętnaste urodziny dostał od kogoś pięknie oprawiony, nie zapisany zeszyt formatu A4. Nie wiedział po co mu on. Ojciec podpowiedział mu, aby zaczął pisać dziennik, ale szybko przerodziło się to w formę kroniki miejskiej.

   Gdy już usiedliśmy do kawy przyniósł gruby zeszyt z napisem 1968.

  „Kiedy dokładnie to było?”

  „Niedziela 26 lipca”

Chwilę przewracał kartki. Zatrzymał wzrok na dłużej na jednej z nich

  „Tu coś mam. Widzi pan?” – pokazał zapisaną równym, czytelnym, ręcznym pismem stronę.

  „Tego dnia wydarzyły się w Sieradzu dwa tragiczne zdarzenia. Jakiś chłopak wpadł pod pociąg na moście, nie wiem, czy przeżył. Wieczorem utopiła się pewna dziewczyna. Oboje byli z tego samego turnusu czy obozu wędrownego, nie pamiętam. Nie zapisałem” – po chwili wertowania następnej strony dodał

  „O tu jest jej nazwisko i imię, Rosińska Julia lat szesnaście…” – przerwałem mu

  „Skąd pan to wie?”

  „Było w gazetach… Zaraz, zaraz tu jest dopisek zrobiony później – patrz maj 1971” – poszedł po rocznik z 71go roku. Otworzył na maju. Chwilę czytał w skupieniu.

  „Tak… Teraz sobie przypominam. W 71szym na wiosnę była wysoka woda na Warcie. W pobliżu miejsca, gdzie utopiła się ta dziewczyna… mówiłem panu, że jej ciała nie odnaleziono?”

  „Tak, wiem o tym”

  „A więc w pobliżu tego miejsca są niewielkie pagórki. Woda zwykle je nie zalewa. W 71szym woda odsłoniła zagrzebane tam ciało jakiejś dziewczyny…” – zrobiło mi się gorąco.

  „Milicja ustaliła, że to ta co się utopiła. Ciało, a właściwie to co z niego zostało było nagie. Miała roztrzaskaną głowę. Skojarzyli z tym ubraniem co je znaleźli na brzegu w 68… Co panu jest? Pan jest cały mokry!”

  „Nic, nic mi nie jest. Mam kłopoty z krążeniem, zaraz mi przejdzie. Ma pan coś więcej o tej dziewczynie?” – przeglądał chwilę następne kartki

  „Niestety, nie… Ale wie pan co, wiem kto może wiedzieć więcej. Jest tutaj w Sieradzu stary milicjant, ma chyba przeszło siedemdziesiąt lat. On mi dawał dużo szczegółów jak pisałem o wydarzeniach kryminalnych”

  „Może mi pan dać adres do niego? Chciałbym z nim porozmawiać”

  „To nie ma sensu. To stary dziwak, nie wpuści pana do domu, mieszka w starej chałupie przy Mostowej.”

  „A pana wpuści?”

  „Tak, na pewno…”

  „Bardzo proszę, niech mnie pan wprowadzi do niego. Mam tu przy rynku samochód. Pojedziemy tam, potem pana odwiozę do domu”

  „Widzę, że panu na tym bardzo zależy”

  „Tak, mówiłem panu zaraz na początku naszego spotkania, że szukam śladów po krewnej. Wszyscy w rodzinie wiedzą, że się utopiła i że ciała nie odnaleziono. To, że ją zamordowano to jest dla mnie coś nowego, szokującego”

  „Dobrze, jedźmy do niego od razu”

   Długo naciskaliśmy dzwonek przy furtce. Nikt nam nie otwierał.

  „Może go nie ma?” – zapytałem

  „Jest na pewno. Ogląda nas z pewnością przez okno. Ma słaby wzrok, jest nie ufny…”

   W tym momencie w drzwiach domu pojawił się zgarbiały starszy mężczyzna.

  „Kogo pan do mnie przyprowadził, panie Zbyszku?” – zapytał podchodząc do furtki

  „Pan przyjechał ze Szwecji, myślę, że mógłby pan mu pomóc”

   Przedstawiliśmy się, cały czas przed zamkniętą furtką.

   „Nazywam się Bernard Werner, chciałbym z panem porozmawiać” – wyciągnął pęk kluczy, chwilę szukał właściwego. Otworzył furtkę

  „Proszę wejść. Andrzej Gawerski jestem” – ruszyłem w stronę drzwi

  „Nie, nie tam. proszę na werandę z tyłu domu. Mieszkam sam, w domu jest bałagan” – powiedział przepraszająco.

   Opowiedziałem po krótce co mnie sprowadza do Polski, o krewnej co się utopiła w 68, że właśnie się dowiedziałem o zwłokach z maja 71go i że obydwa wydarzenia są z pewnością ze sobą powiązane.

   Właściwie, straciłem nadzieję, żeby cokolwiek się od niego dowiedzieć. Sprawiał wrażenie zagubionego. Zgarbiony, ręce mu się trzęsły. Z poza grubych szkieł okularów widać było nerwowo rozbiegane oczy.

   Zaskoczył mnie, kiedy zaczął mówić

  „Na wiosnę 71go podjąłem pracę w wydziale kryminalnym Komendy Milicji, tu w Sieradzu. Byłem krótko po szkole oficerskiej. Ta sprawa ze zwłokami z maja 71go była moją pierwszą samodzielną sprawą. Takie rzeczy się pamięta… Proszę poczekać, zaraz coś przyniosę…” – Turczyk przerwał mu

  „Panowie, ja was zostawię samych. Przypomniało mi się, że mam coś do załatwienia na mieście”

  „Obiecałem, że pana odwiozę do domu” – przypomniałem sobie

  „Dziękuję, dam sobie radę, ale jakby pan mógł to proszę do mnie zadzwonić wieczorem. Ciekaw jestem co się pan dowie. Tu ma pan mój telefon” – zapisał na kartce z notesu numer.

  Zostaliśmy sami. Gawerski wszedł do domu. Wrócił po dłuższej chwili z kartonowym pudełkiem od butów. Miał w nim wycinki z gazet, jakieś zdjęcia, pisma wykonane na maszynie do pisania i zwykły, podniszczony szkolny zeszyt.

  Usiadł naprzeciw mnie, zaczął rozkładać na stole zawartość pudełka. Chwilę przeglądał zeszyt.

  „No, tak, co my tu mamy?… A ha, w maju, dokładnie 5go maja zawiadomiono nas, że na rozlewisku przy rzece, … No wie pan, tam, gdzie rzekomo utopiła się ta pana krewna, znaleziono zwłoki. Woda je odsłoniła. Jak zwykle, co roku, rzeka w tym miejscu wylewa, ale w 71szym wody było więcej i podmyła niewielki wzgórek. Ona była tam zagrzebana” – w miarę jak mówił zacząłem odczuwać znany mi już niepokój

  „Chwileczkę” – przerwałem mu – „czy mógłbym dostać szklankę wody?”

  „Oczywiście” – podniósł się od stołu. Spojrzał na rozłożone papiery, chwile się zawahał jakby się zastanawiał, czy zabrać je ze sobą. Uprzedziłem go

  „Obiecuję, że nic nie ruszę”

  „Nie, wie pan, to nie o to chodzi. Taki nawyk zawodowy” – odpowiedział zażenowany. Wyszedł. Po chwili wrócił z karafką wody i dwiema szklankami.

  „Wie pan… O czym to ja mówiłem?… A ha, w 68 moi koledzy zasugerowali się tym jej ubraniem znalezionym przy wodzie. Wyciągnęli wniosek. że musiała się utopić. Nie zdziwiło ich, że nie znaleźli ciała. Tam jest bardzo wartki nurt. Nie szukali w pobliżu poza wodą, a ona leżała tam zaraz za plecami, jakieś trzydzieści metrów… zaraz, chwileczkę… tu mam zapisane, 27 metrów od linii wody. Ciało było w dużym rozkładzie, głowa zmiażdżona ani śladu ubrania…”

  „Znalazł pan przy niej kamień, prawda?”

  „Skąd pan to wie?” – zapytał zdziwiony

  „Musiałem do gdzieś usłyszeć lub przeczytać w jakiejś starej gazecie” – próbowałem wybrnąć z tego co powiedziałem. Jednocześnie dotarło do mnie skąd wiem o tym kamieniu. Przeraziło mnie to.

  „Nie możliwe. Trzymaliśmy to w głębokiej tajemnicy. Gazety na pewno o tym nie pisały”

  „U was też są przecieki… Jak milicja doszła do tego, że to ona?”

  „No tak, ma pan racje z tymi przeciekami… Jak do tego doszliśmy? Klasycznie jak w kryminalnej powieści,… Po zębach. Wie pan ona nie została zabita tam, gdzie ją znaleziono, tylko bliżej wody. Sprawca przeciągnął ją na ten pagórek. W czasie przeciągania wypadły jej zęby. Jeden leżał… o tu mam zapisane, 27 centymetrów od głowy w kierunku wody a drugi 10 centymetrów dalej w tym samym kierunku. Ona miała leczone zęby. Wiedzieliśmy, jak się nazywała ta niby utopiona, że była z Łodzi, odszukaliśmy dentystę. Poznał swoją robotę… Zaraz, zaraz jak ona się nazywała?… o tu mam to zapisane, Rosińska Julia. Ona była żydówką”

  „Co to ma do rzeczy, ja też jestem żydem. Robi panu to coś?”

  „Nie! Absolutnie nie. Wspomniałem o tym, że była żydówką, bo chciałem wtedy zawiadomić rodzinę. Oni wyjechali do Izraela krótko po tym jak ona znikła w 68”

  „Odszukał pan ich w Izraelu?”

  „Nie szukałem. Wie pan u nas wtedy… Jak by to powiedzieć… Nie było klimatu do kontaktów z Izraelem. Polska zerwała stosunki dyplomatyczne, jeszcze w 67mym…”

  „Tak, wiem o tym”

  „Dostałem polecenie zamknięcia sprawy i więcej…” – przerwałem mu

  „Przepraszam, źle się poczułem. Muszę zażyć lekarstwo, mam je w hotelu”

  „Chciałbym panu jeszcze powiedzieć, gdzie ona jest pochowana…”

  „Dziękuję bardzo, wiem, gdzie ją znajdę. Muszę już iść. Dziękuję, że mi pan poświęcił swój czas. Do widzenia”

   Byłem spocony z przerażenia. Pojechałem do przejazdu kolejowego przy Kopernika. Zatrzymałem się na tym samym parkingu co wczoraj. Siedziałem w aucie. Wszystko sobie przypomniałem. Pamiętam co tak wzburzyło Julię, że uderzyła mnie w twarz. Powiedziałem jej wtedy

  „Jesteś typową zawziętą żydówą!” – uderzyła mnie i pobiegła na most.

  Byłem wzburzony – „Mam to w dupie!… W dupie! Jadę do domu! Idę się pakować.!” – pobiegłem w stronę kwater.

  Po chwili zdecydowałem, że muszę przeprosić Julię. Wiem, gdzie mogła być, skoro pobiegła na drugi brzeg. Poprzedniego dnia kąpałem się tam z nią nago.

   Przeszedłem mostem po jego prawej stronie, dlatego nikt mnie nie zauważył z plaży, zresztą byli zajęci sobą.

   Znalazłem ją w tym miejscu co myślałem, na niewielkiej porośniętej wysoką trawie polance nad samą wodą. Miejsce osłonięte było z trzech stron krzakami. Kawałek dalej, za krzakami były małe wzniesienia. Pamiętam, że bardzo nam się to miejsce podobało.

   Teraz Julia siedziała nad samą wodą z kolanami podciągniętymi pod samą brodę. Płakała. Usiadłem obok niej, objąłem ramieniem. Nie protestowała. Zacząłem ją przepraszać za słowa o żydówie. Płakała, ale zaczęła mnie namiętnie całować. Nie przerywając całowania zaczęliśmy się rozbierać. Kochaliśmy się. Cały czas mówiła

  „Musimy stąd wyjechać, ja tu nie wytrzymam! Przecież ci mówiłam jak to się zaczęło rok temu. Przed poprzednimi wakacjami zgłosiłam się w szkole na wyjazd na obóz Przysposobienia Wojskowego. Ten wstrętny belfer Wiśniewski, wiesz ten od PW powiedział, że na tym obozie nie ma miejsca dla żydów, żebym pojechała do Dajana, tam mnie przyjmą. Pamiętasz, mówiłam ci, odpowiedziałam mu, że nie jestem żydówką”

  „Tak?” – odpowiedział „To porozmawiaj z rodzicami”

   Julia nie mogła się uspokoić

  „No już dobrze, kochanie. Zapewniam cię, że nie dopuszczę, aby ktoś ci w przyszłości dokuczał. Wyjedziemy w Bieszczady. Tam będziemy żyli na osobności, będziemy hodować owce…” – przerwała mi

  „Naiwny jesteś. Moi rodzice też tak myśleli. Po tym co mi powiedział Wiśniewski zrobiłam w domu wielką awanturę. Zażądałam od starych wyjaśnień. Wiesz co mi powiedzieli? Że po moim urodzeniu postanowili uciec z rodzinnych stron, z Białego Stoku, zmienić tożsamość, zmyć z siebie żydowskość.

   Oni stamtąd pochodzili, ich rodziny mieszkały tam od pokoleń. Jak Niemcy przyszli, to nie uciekli na wschód. Zostali tam. Gdy założono getto uciekli z niego. Ukryli ich sąsiedzi, polska rodzina. Ukrywali ich tak długo, póki płacili. Jak im się skończyły pieniądze i wszystkie wartościowe rzeczy zostali wygnani. Starzy byli im wdzięczni, że nie zostali wydani Niemcom. Uciekli do lasu.

   Tam natknęli się na sowieckich partyzantów. Zostali z nimi aż to przyjścia ruskich. Ojciec zaczął z nimi współpracować, zapisał się do polskiej milicji. Chcieli wrócić do swojego domu. Był zajęty przez rodzinę tych sąsiadów co ich ukrywali. Zostali przegnani kijami. Ojciec nie chciał nic zrobić w tej sprawie, wiesz, mówił, że mimo wszystko uratowali im życie” – przerwała by po chwili mówić dalej

  „Wyjechali do Łodzi, zmienili nazwisko, zerwali wszystkie kontakty ze starymi znajomymi. Nigdy mi nie powiedzieli, że jestem żydówką, chcieli mi zaoszczędzić tego co sami przeszli.

  W Łodzi ojciec szybko awansował w Partii i milicji. Ostatnio był jakimś szefem w Komendzie Wojewódzkiej. Zajmował się przestępczością gospodarczą, czy czymś takim. Mama też była partyjna. Miała wysokie stanowisko w Lidze Kobiet”

  Julia znowu zaczęła płakać

  „A teraz co? Wywalili ich z Partii, ojca w z milicji. Jest teraz księgowym w jakiejś spółdzielni inwalidów. Mama też straciła pracę”

Uspakajałem ją

  „Wiesz, to wszystko się zmieni to jest chwilowe, to są rozgrywki partyjne, mówiłem ci o tym”

  „Nic się nie zmieni! Może przyschnąć na wierzchu, ta wrogość ludzi do nas drzemie w nich cały czas. Wybucha, gdy pojawiają się ku temu warunki… Tu były zawsze pogromy, potem przyszedł Hitler, Stalin, a teraz Gomułka przypomniał sobie o nas… A ty mówisz, że to minie. Nie minie. Przyjdzie ktoś następny”

  „To się zmieni. Głęboko w to wierzę”

  „Nic się nie zmieni! Musimy być u siebie. Nasz dom jest w Izraelu”

  „Tu też jest nasz dom. Mówiłem ci, wyjedziemy w Bieszczady…” – przerwała mi zdenerwowana

  „Co ty z tymi Bieszczadami! One są w Polsce! Nie rozumiesz tego!”

   Krew uderzyła mi do głowy. Przestałem ją słyszeć, cały czas coś mówiła, raczej krzyczała do mnie 

  „No to mam dla nas lepsze miejsce niż Bieszczady, spodoba ci się!”

   Trzęsło całym moim ciałem. Rozejrzałem się dookoła. Dopiero po chwili dotarło do mnie, że jestem w samochodzie, przy torach na most. Wiem co muszę zrobić. Wyszedłem z auta. Ruszyłem w stronę mostu. Po kilkunastu krokach usłyszałem za sobą

  „Panie! Po torach nie wolno!… Panie!… Słyszy pan?… Zaraz nadjedzie pociąg!”

Jest mi w tej chwili obojętne co tam ktoś za mną wykrzykuje. Idę po podkładach, między szynami. Odmawiam Kadysz, modlitwę za zmarłych, jednocześnie wracają do mnie wspomnienia – Jaki ten kamień był ciężki i niewygodny do trzymania. Musiałem trzymać go oburącz.

  „Panie!… Do cholery!… Pociąg nadjeżdża!” – Doszło do mnie z daleka. Myślałem tylko o jednym

  „Idę do ciebie Julio, długo musiałaś czekać na mnie, zaraz będę u ciebie. Tym razem nie stchórzę, nie ucieknę z torów…”

KONIEC

Leave a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *