HOBBY

Przyleciał do nas syn z żoną i dziećmi. Zawsze, prosto z lotniska jechali „odpocząć” kilka dni po podróży do Grety w Warszawie. Dopiero potem przyjeżdżali do nas. Tym razem zawitali najpierw do nas. Może wpłynął na to fakt, że już jesteśmy emerytami i nie mamy Firmy.

Wiadomość, że pozbyliśmy się naszej Firmy przyjęli z ulgą. Wiedzieli, że od jakiegoś czasu szukaliśmy nabywcy na nią, ale żeby znaleźć kogoś kto by chciał podjąć naszą działalność w naszej branży, to jest to niemal niemożliwe.

Teraz, gdy Firmy już niema, będą mieli spokój, nie będziemy im zawracać głowy naleganiem na przejęcie interesu po nas. Zawsze chcieliśmy, aby to zrobili. Nie chcieli o tym słyszeć. Od lat namawialiśmy syna, aby w tym celu wrócił do Polski. On z kolei, namawiał nas, abyśmy pozbyli się Firmy i zamieszkali z nimi w Szwecji.

Teraz, ponownie wystąpili z propozycją abyśmy zamieszkali w ich domu w Linköping. Myślę, że robią to tylko przez grzeczność.

Po ich wyjeździe przez kilka dni rozważałem z Martą wszystkie „za” i „przeciw” jeśli chodzi o taki wyjazd. Co do jednego jesteśmy zgodni – nie ma nic co by nas w tym mieście trzymało. Nasze rodziny i dalsi krewni nie utrzymują z nami kontaktu. Nie to, żebyśmy się pokłócili, czy w jakiś inny sposób byli poróżnieni. Nie. Po prostu pomału kontakty zanikły. Na początku na nasze zaproszenia, na przykład, na urodziny, czy inne okazje zawsze im coś wypadało. Przestali nas zapraszać do siebie.

Domyślaliśmy się, dlaczego tak się dzieje. Zrobiliśmy kiedyś błąd i zgodziliśmy się, aby Telewizja nagrała reportaż o naszej pracy z naszym udziałem. Nasza praca zawodowa nie jest w jakiś sposób kontrowersyjna. Przeciwnie. Jest potrzebna i przez większość społeczeństwa szanowana.

W reportażu skupiono się na jednym wyjątku, który różnił nas od naszych kolegów po fachu działających w naszej branży. Ja i Marta jesteśmy w zasadzie jedynymi, liczącymi się specjalistami w tej dziedzinie w Polsce. W całej Europie jest może tuzin osób dorównujących nam jakością wykonywanej pracy. To właśnie ten wyjątek w naszej pracy sprawił, że nasi dotychczasowi „przyjaciele” również przestali się z nami zadawać. Było to dla nas przykre, ale tylko na początku. Nawał pracy sprawiał, że nie tęskniliśmy za życiem towarzyskim.

Pracowaliśmy po dziesięć, nawet dwanaście godzin dziennie. Zarabialiśmy naprawdę duże pieniądze. Dwa razy do roku braliśmy po dwa lub trzy tygodnie wolnego. Wyjeżdżaliśmy wtedy daleko, gdzie można było zachować anonimowość. Najczęściej kupowaliśmy rejsy statkami wycieczkowymi po morzu Śródziemnym lub na Karaiby. Na takich wycieczkowcach rekompensowaliśmy sobie brak życia towarzyskiego w kraju.

Gdy Firma była już dobrze rozkręcona, a ja wróciłem z praktyk zawodowych które sprawiły, że stałem się doceniany w branży, pozwoliliśmy sobie na dziecko. Tak. Było to całkiem świadomie zaplanowane „sprawienie sobie dziecka”.

Marta miała wtedy trzydzieści pięć lat i doszliśmy do wniosku, że nie możemy dłużej z tym zwlekać. Robert, nasz syn, wychowywał się bez dziadków, babek czy kuzynów. Nasi rodzice, owszem, odwiedzili wnuka kilka razy, ale z góry zastrzegli, że nie ma mowy o tym, aby mogli nam w jakikolwiek sposób pomóc w wychowywaniu małego.

Ponieważ nieobecność Marty w Firmie musiała być skrócona do absolutnego minimum, zapewniliśmy Robertowi opiekunkę. Pani Grata, kobieta czterdziestoletnia, była kiedyś pielęgniarką, Zgodziła się zamieszkać u nas w domu. wiedziała czym się zajmujemy. Nie robiło to na niej żadnego wrażenia, w przeciwieństwie do kilku młodszych dziewcząt, które wcześniej chcieliśmy zatrudnić jako opiekunki. Rezygnowały z pracy, jak tylko dowiedziały się czym się zajmujemy.

Kiedy Robert zbliżał się do wieku, w którym dzieci idą do szkoły, Grata, (tak się do niej zwracaliśmy, nie chciała, aby używać formy Pani, ona też zwracała się do nas po imieniu), otóż Greta wystąpiła z pewną propozycją.

Na początku trochę nas to zaszokowało. Nie daliśmy jej od razu odpowiedzi, zresztą nie oczekiwała jej natychmiast, ale po przemyśleniu sprawy doszliśmy do wniosku, że jej propozycja jest bardzo rozsądna i dobra dla naszego dziecka.

Greta Piramowicz, z domu Eklund jest wdową po lekarzu Janie Prokulewiczu. Grata jest z pochodzenia Szwedką. Poznała swojego męża, gdy on jako młody lekarz, stypendysta, był na praktykach w Szwecji w szpitalu, w którym ona pracowała jako pielęgniarka. Krótko potem poprali się i przyjechali do Warszawy, gdzie on, razem ze starszą siostrą, również lekarką miał przejąć prywatną praktykę po swoim ojcu.

Greta szybko opanowała język polski, ale w dalszym ciągu mówi z wyraźnym obcym akcentem. Okręgowa Izba Lekarska w Warszawie szybko uznała jej kwalifikacje zawodowe i już po kilku miesiącach mogła zacząć pracę zawodową przy boku męża.

Kilka lat temu jej mąż zmarł nagle na atak serca. Greta została sama. Nie mieli dzieci. Pracowała jeszcze przez jakiś czas ze szwagierką, ale ich wzajemne stosunki nigdy nie były dobre, więc wkrótce się rozstały.

Mąż zostawił Grecie spory majątek i duże mieszkanie w Warszawie. Nie musiała pracować zawodowo. Ze względów podatkowych nie opłacało jej się wracać do Szwecji. Jeździ tam czasem w odwiedziny do krewnych, ale woli mieszkać w Warszawie. O tym, że poszukujemy kogoś do dziecka dowiedziała się przypadkiem od naszego klienta. Źle mówię… Nie od klienta tylko od zleceniodawcy. Przyjęła pracę u nas raczej z nudów niż z konieczności. Na jej decyzję zamieszkania u nas wpłynęło też to, że do Warszawy przybył studiować medycynę jej siostrzeniec ze Szwecji. Na czas studiów zamieszkał u niej w mieszkaniu.

Mały bardzo szybko polubił Gretę. Ona traktowała go jak własne dziecko. Spóźnione uczucia macierzyńskie na pewno miały w tym swój udział. Dosyć szybko Robert zaczął nazywać ją babcią. Spędzali ze sobą całe dnie. Kiedy Greta wyjeżdżała na kilka dni w swoich sprawach, mały bardzo rozpaczał. Przyjmowaliśmy to z zazdrością i mieliśmy wyrzuty sumienia, że stanowczo za mało czasu mu poświęcamy.

Niestety, pracy nie ubywało, wręcz przeciwnie. Było jej coraz więcej i coraz lepiej nam za nią płacono. Świadomość, że dzięki pieniądzom możemy zapewnić naszemu synowi wszystkie materialne potrzeby na najwyższym poziomie, tłumiła nasze wyrzuty sumienia. Naiwnie myśleliśmy, że ten materialny dobrobyt zrekompensuje Robertowi naszą niedostateczną obecność w jego dzieciństwie. Zauważyliśmy, że to Greta zapewniała mu miłość rodzicielską. Usprawiedliwialiśmy się, że to tylko na razie, że niedługo zajmiemy się małym i będziemy poświęcać mu więcej czasu.

A ten czas płynął nieubłaganie. Ponieważ mały bardzo rozpaczał, gdy Greta wyjeżdżała, zgodziliśmy się, aby zabierała go ze sobą. Była z nim kilka razy w Szwecji. I na wakacjach nad morzem. Nie mieliśmy nic przeciwko temu. Było to dla nas bardzo wygodne.

Zanim się spostrzegliśmy przyszło pismo informujące nas do której szkoły Robert powinien pójść od września i wyjaśniające masę innych spraw z tym związanych. Wtedy to Greta pewnego wieczoru, gdy mały zasnął, poprosiła o, jak to określiła „poważną rozmowę”. To co nam powiedziała zaszokowało nas i dało nam dużo do myślenia

„Słuchajcie, za kilka miesięcy Robert musi pójść do miejscowej szkoły. To nie będzie dla niego dobre. Miejscowe dzieci go nie zaakceptują będą go… Nie wiem jak to się nazywa po polsku… Będą go mobały… Mobbing, wiecie co to jest?”

„Chodzi o nękanie, prześladowanie…Tak?… To masz na myśli?” – zapytałem

„Exakt. Dokładnie to”

„Dlaczego miałyby to robić? Robert jest normalnie rozwiniętym, zdrowym dzieckiem. Nie posiada żadnych wad fizycznych. Lekarze, którzy go regularnie badają twierdzą, że jest nadzwyczaj inteligentny jak na swój wiek…”

„Zgadza się. Z tym nie ma problemu. Wielokrotnie mówiłam wam, że Robert ma kłopoty z nawiązywaniem kontaktów z rówieśnikami. Gdy był mniejszy i wychodziłam z nim do parku do piaskownicy, to matki innych dzieci szybko zabierały je do domu. Robert chętnie bawił się z dziećmi i one z nim, dopóki ich matki tego nie zauważyły…”

„Czy Robert bił je albo w niewłaściwy sposób je traktował?” – przerwałem Grecie

„Nie. Robert jest bardzo grzecznym dzieckiem… Myślę, że powodem jest wasza praca. Ludzie w miasteczku źle o niej mówią. W jakiś prymitywny sposób boją się was i dlatego was unikają. Przeniosło się to na waszego syna”

„Nie zauważyliśmy, żeby nas źle traktowali. Kobiety w sklepach, czy na poczcie ustępują mi miejsca. Wiedzą, że jestem zapracowana…” – zauważyła Marta

„No właśnie – zapracowana… Pracujecie po dziesięć, dwanaście godzin, to nie widzicie ludzi dookoła was. Ale ja, gdy jestem z małym na mieście widzę, jak ludzie reagują na nas… W każdym razie nie o tym chciałam z wami rozmawiać. Jest jak jest i tego nie zmienimy. Chodzi mi o dobro Roberta. Jestem przekonana, że w tej małej miejscowości nie będzie mu dobrze w szkole. Mam propozycję. Sven, mój siostrzeniec, wrócił już do Szwecji. Zabiorę Roberta do mojego mieszkania w Warszawie i tam pójdzie on do szkoły. Zaczęłam już to załatwiać. Potrzebna jest wasza zgoda. Stąd do mojego mieszkania na Mokotowie to tylko pięćdziesiąt kilometrów. W soboty i niedzielę Robert będzie z wami w domu. wy też możecie przyjechać do mnie w każdej chwili. Mieszkanie jest duże i jest, gdzie przenocować.”

Zaskoczyła nas tą propozycją. Po kilku dniach przemyśleń doszliśmy do wniosku, że tak jak zaproponowała Greta, będzie najlepiej dla naszego dziecka.

Od tej rozmowy z Gretą minęło dużo lat. Robert skończył podstawówkę w Warszawie, potem szkołę średnią i wreszcie studia medyczne. Greta opiekowała się nim jak swoim synem. Widzieliśmy się z nim przynajmniej raz w tygodniu, w wakacje i święta. Jednak byliśmy za wygodni i zbyt zapracowani, aby coś zmienić i mieć syna u siebie.

Robert się do wszystkiego dostosował. Uczył się bardzo dobrze. Greta z pomocą siostrzeńca, z którym Robert w międzyczasie się zaprzyjaźnił, załatwiła mu praktyki w szpitalu w Szwecji. Po praktykach został tam zatrudniony. Nie musiał uczyć się języka. Okazało się, o czym nie wiedzieliśmy, że Greta uczyła go szwedzkiego od małego.

W Szwecji Robert założył rodzinę. Mają dwoje dzieci. Odwiedzamy się nawzajem. Często spotykamy się wszyscy u Grety w Warszawie. Robert zrobił specjalizację. Jest patomorfologiem. Przeniósł się ze Sztokholmu do Linköping. Pracuje w Statens Rättmedicinska Laboratorium, w Państwowym Laboratorium Medycyny Sądowej.

Nasza synowa, Ingrid ma niewielką firmę produkującą niszowe kosmetyki, przede wszystkim do atopowego zapalenia skóry, łuszczycy oraz do pielęgnacji osób leżących.

Kupili duży dom. Nieźle im się powodzi. Zawsze uważaliśmy, że są doskonale przygotowani do przejęcia naszej firmy. Mogliby zarobić więcej niż w Szwecji, a produkcja kosmetyków Ingrid w Polsce byłaby dużo tańsza. Niestety nic z naszych planów nie wyszło.

Niemal do końca prowadzenia Firmy żyliśmy na wysokich obrotach. Od momentu, gdy zdecydowaliśmy się zakończyć naszą działalność zawodową i zaczęliśmy likwidować wszystkie nasze sprawy z tym związane, coraz częściej łapaliśmy się na tym, że właściwie to nasze życie staje się przeraźliwie puste.

Nie mamy przyjaciół. Z naszymi rodzinami i krewnymi od dawna nie mamy kontaktu, mimo że mieszkamy stosunkowo blisko siebie. Dopiero teraz dotarło do nas jak oddaleni uczuciowo jesteśmy od syna i jego rodziny.

Marta wyraziła nawet przypuszczenie, które mnie również od dawna chodziło po głowie, a które to przypuszczenie nie chciałem do siebie dopuścić, że Robert, właściwie, to do Polski przylatuje, aby odwiedzić Gretę. Najprawdopodobniej to ona nalega, aby nas również odwiedzał.

Doszliśmy do wniosku, że jego i Ingrid zaproszenie do zamieszkania u nich, nie jest całkiem szczere. Nie. Na pewno tam nie pojedziemy na stałe.

Marta skończyła właśnie sześćdziesiąt sześć lat. Jestem od niej młodszy o dwa lata. Teraz gdy nie mamy co robić czujemy się zmęczeni. Mamy pieniądze i czas. Zawsze marzyliśmy o tym, że jak już będziemy emerytami to oddamy się podróżom po świecie.

Kupiłem nawet, z okazji Marty urodzin, kilkutygodniową podróż statkiem wycieczkowym wkoło Europy. Od Murmańska do Batumi w Gruzji. Jednak zdecydowaliśmy się odesłać bilety z powrotem. Nie, żeby na przeszkodzie stanęła jakaś choroba czy nie dyspozycja, po prostu doszliśmy do wniosku, że nam się nie chce, że jesteśmy zmęczeni.

Kilka dni temu byliśmy u Grety. Obchodziła siedemdziesiąte piąte urodziny. Byliśmy tylko we troje. Robert nie mógł przyjechać z powodu nawału pracy. Innym też coś stanęło w drodze.

Spędziliśmy z nią kilka dni. Zbliżyliśmy się do siebie jeszcze bardziej. Wspominaliśmy te lata, kiedy mieszkała u nas a potem wychowywała nam Roberta w Warszawie. Poczuliśmy jakąś wewnętrzną potrzebę otwarcia się, a może wytłumaczenia, dlaczego tak mało czasu mogliśmy poświęcić naszemu dziecku.

Zaczęliśmy się zwierzać ze swojego życia. Ona też opowiedziała nam ze szczegółami jak poznała męża. Jak jej mąż zdecydowanie nie chciał zgodzić się na dziecko. Jak ona z tego powodu po cichu cierpiała i jak Bogu dziękowała, że mogła zająć się Robertem.

Gdy dowiedziała się, że Robert ponownie nalegał abyśmy zamieszkali u nich, zdecydowanie nam to odradziła. Jej też to proponował. Zna Roberta bardzo dobrze i wie, że to jest szczere z jego strony, ale jest pewna, że z czasem wystąpiłyby konflikty. Lepiej nie prowokować losu.

Jeśli chcemy wynieść się z naszego miasteczka to ona proponuje, aby zamieszkać u niej. Nie razem w jej mieszkaniu. To też nie byłoby dobre na dłużej. Nie. Tak się złożyło, że sąsiadka w sąsiedniej klatce schodowej, dopiero co owdowiała, chce sprzedać duże mieszkanie i kupić sobie coś mniejszego, ale nie za bardzo wie jak się za to zabrać. Nie ma nikogo bliskiego, kto by jej mógł w tym pomóc.

Jeszcze przed wyjazdem od Grety spotkaliśmy sąsiadkę, panią Majewską. Obejrzeliśmy mieszkanie i doszliśmy do wniosku, że nam odpowiada. Bliskość Grety była największym atutem tego mieszkania.

Wydawało nam się, że pani Majewska chciała dosyć dużo za mieszkanie. Nie byliśmy zorientowani w cenach mieszkań, ale postanowiliśmy się nie targować.

Umówiliśmy się z nią, że pomożemy kupić jej coś mniejszego. Ma do nas zadzwonić, jak będzie gotowa pojechać obejrzeć kilka ofert. Pojedziemy razem z nią i ewentualnie pomożemy w formalnościach.

Może to trochę głupie, ale zaraz po powrocie do domu znaleźliśmy sobie zajęcie. Mimo, że do ewentualnej przeprowadzki było jeszcze daleko, zaczęliśmy się do niej przyszykowywać.

Na pierwszy ogień poszło nasze prywatne „archiwum”, to jest pudełka od butów, w których mieliśmy zdjęcia, jakieś stare listy i dokumenty. W jednym z nich znalazłem Marty Świadectwo Ukończenia Zawodowej Szkoły Fryzjerskiej i Kosmetycznej.

No i zaczęły się wspomnienia.

Martę poznałem, gdy chodziłem do liceum plastycznego. Janek, kolega za szkoły, zaprosił mnie na prywatkę urządzaną przez jego starszą siostrę

„Przyjdź, będą fajne dziewczyny. Może jakaś poleci na artystę rzeźbiarza”

Jego siostra Ewa chodziła z Martą do tej samej zawodówki. Właśnie ją ukończyły i z tej okazji urządziły tą zabawę.

Muszę przyznać, że Marta wpadła mi w oko. Zatańczyłem z nią kilka razy i nawet zdobyłem się na odwagę, aby zaproponować jej pójście razem do kina. Niestety, patrzyła na mnie z góry. Ona uważała się już za dorosłą. Skończyła szkołę i za miesiąc miała zacząć pierwszą pracę jako kosmetyczka w pewnym zakładzie fryzjerskim dla pań.

A ja. Cóż. Dwa lata młodszy smarkacz – w tym wieku to duża różnica – będący dopiero na półmetku liceum plastycznego, marzący o karierze rzeźbiarza, nie byłem dla niej, niestety, zbyt atrakcyjny.

„I co ty będziesz robił po tej szkole? Da ci to twoje rzeźbienie jakieś pieniądze?” – pytała z lekko wyczuwalną ironią w głosie.

„Nie myślę o pieniądzach. Chcę być sławny. Przynajmniej jak Dunikowski…”

„Dunikowski? Co to za jeden?”

„Znany polski rzeźbiarz…Ale nie ważne. Nie przejmuj się, że go nie znasz. My artyści wiemy o kogo chodzi”

Trochę na wyrost uważałem się za artystę. W szkole najbardziej lubiłem zajęcia praktyczne. Lepienie w glinie, pierwsze ćwiczenia z obróbki kamienia, rysunki i malarstwo. Wszystkie lekcje teoretyczne, o historii sztuki, kierunkach w malarstwie i rzeźbie na przestrzeni wieków, nudziły mnie strasznie i uważałem to za stratę czasu. Tak samo jak konieczność głębszego zapoznawania się z literaturą polską i światową. A już za absolutny absurd uznawałem lekcje matematyki i innych przedmiotów ścisłych. Tylko język angielski mi wchodził.

A z Martą… Cóż, nie wyszło mi.

Cztery lata później spotkałem ją ponownie. W pośredniaku. Stała przy tablicy z ogłoszeniami o wolnych miejscach pracy. Zawsze jest tam tłoczno. Nie zauważyła mnie. Była skupiona na czytaniu ogłoszeń. Stanąłem za nią i starałem się zobaczyć jakie ogłoszenia ją interesują

„Dzień dobry, Marto… Szukasz pracy jako sprzątaczka?”

Odwróciła się zaskoczona. Poznała mnie

„Cześć! Nie, skąd. Tak tylko patrzę. Jestem tu przypadkiem” – odparła speszona – „Przyszłam z koleżanką, ale ona już poszła, a ty co tu robisz?”

„Ja? Też jestem tu przypadkiem, ale już wychodzę… Dasz się zaprosić na kawę?”

Spotykaliśmy się dwa, trzy razy w tygodniu. Najczęściej chodziliśmy na spacery do parku, korzystając z pięknej pogody i nadchodzącej jesieni. Czasami przesiadywaliśmy kilka godzin nad kawą w ulubionej kawiarni. Rozmawialiśmy o naszej pracy.

Marta opowiadała jaką jest wziętą kosmetyczką. Jak klientki, panowie też, muszą u niej zamawiać czas kilka tygodni wcześniej. Ja z kolei opowiadałem o sukcesach jakie odnoszę na różnych wystawach prezentujących moje rzeźby.

Czasami chodziliśmy do kina. Do kina – nie na filmy. Wybieraliśmy te mało atrakcyjne seanse. Byliśmy niemal zawsze sami w tylnych rzędach sali kinowej. Oddawaliśmy się najczęściej niewinnym pieszczotą i pocałunkom

„Masz szorstkie ręce” – zauważała Marta niemal za każdym razem

„To od rzeźbienia w kamieniu. Rzeźbiarze zawsze takie mają” – odpowiadałem

No i doszło wkrótce do „pierwszego razu”. Zabrałem ją pokazać mój od niedawna wynajęty pokoik.

„Popatrz, jak mnie podrapałeś swoimi łapskami… Przydałaby ci się wizyta u kosmetyczki”

„No, właśnie, kochanie. Zapisz mnie w kolejce u siebie”

Nic nie odpowiedziała. Dopiero po chwili stwierdziła

„Nie. Ja cię nie mogę obsłużyć. Idź do innego zakładu”

Ubierała się w pośpiechu. Nagle zaczęła szlochać. Chciałem ją przytulić

„Zostaw mnie!”

„Co się stało, kochanie…czymś cię uraziłem?”

„Nie… Nic mi w życiu nie wychodzi” – mówiła nie przestając płakać – „Jak w końcu znalazłam właściwego chłopaka… O tobie mówię… Słyszysz?… To zaplątałam się. Nie wybaczysz mi tego”

„Co mam ci nie wybaczyć?”

„Okłamałam ciebie. Cały czas okłamuję. Jestem podłą jędzą nie wartą ciebie!”

„O co chodzi? Wyjaśnij mi”

„Nie jestem wziętą kosmetyczką. Szef mnie wyrzucił z pierwszej pracy…Wiesz, byłam początkująca, to musiałam robić wszystko, zamiatać podłogi myć głowy klientkom, nakładałam farby na głowy, tylko czasami zrobiłam komuś paznokcie”

Znowu wybuchła płaczem po chwili się uspokoiła

„Aż raz spaliłam babie łeb perhydrolem, takim nierozcieńczonym, trzydziestoprocentowym. Żeby było taniej to szef kupował gdzieś na lewo perhydrol przemysłowy. Należało go rozcieńczyć tak do sześciu, ośmiu procent. Nie zrobiłam tego. Kobiecie wyszły prawie wszystkie włosy. Miała poparzoną skórę. Szef zapłacił jej, żeby nie skarżyła zakładu. Za ten perhydrol mogliby mu zamknąć zakład. Mnie natychmiast wyrzucił. Powiedział, że już nigdy nie dostanę pracy jako kosmetyczka, że się o to postara”

„To jesteś bez pracy, tak?”

„Nie… Mam pracę”

„Gdzie pracujesz?”

„Nie powiem… Nie będziesz chciał mnie znać”

Znów spazmatyczny płacz

„Nieprawda! Kocham cię i lata mi to, gdzie pracujesz”

Płakała jeszcze chwilę, ale już się uspakajała

„Naprawdę?” – zapytała z nadzieją

„Przecież powiedziałem”

„W zakładzie pogrzebowym szminkuję nieboszczyków”

Znowu zaczęła buczeć.

Muszę przyznać, że to wyznanie zaskoczyło mnie, ale nie zmieniło mojego stosunku do Marty. Milczałem chwilę. Źle zrozumiała to milczenie

„Tak jak myślałam…Mam sobie iść. Prawda? Już ci miłość do mnie odeszła”

„Nie. Nie odeszła…Teraz ja ci muszę coś wyznać. Też cię okłamywałem. Nie jestem rzeźbiarzem. Nie skończyłem tej szkoły plastycznej. Nie dawałem rady z przedmiotami teoretycznymi…” – przerwałem i zaśmiałem się.

„Z czego się chichrasz?” – zapytała zdziwiona

„Widzisz…Pracujemy w pokrewnej branży…”

„Też robisz przy trupach?”

„I tak, i nie. W zakładzie kamieniarskim wykuwam literki na nagrobkach”

Zaśmiała się. Przytuliłem ją do siebie. Otarłem łzy z jej twarzy. Nie poszła do domu. Została do rana.

Niemal do trzeciej opowiadaliśmy sobie o naszych prawdziwych zajęciach.

Marta pracowała w podupadającym zakładzie pogrzebowym. Właściciel, pan Wacław, starszy samotny, schorowany mężczyzna zatrudnił ją tylko dlatego, że nikt już nie chciał u niego pracować. Dotychczasowi pracownicy zwalniali się jeden po drugim. Zostało kilku którzy pracowali u niego dorywczo.

Kobieta, która wcześniej zajmowała się kosmetyką zmarłych, przeszła na emeryturę.

Pewnego dnia Marta była w pośredniaku z koleżanką. Szukała informacji na tablicy ogłoszeń o pracy dla kosmetyczek. Było tylko jedno, wystawione przez byłego szefa. Dosyć dosadnie wyraziła się do koleżanki, o braku pracy dla ludzi z jej wykształceniem kosmetyczki w tym mieście. Nagle usłyszała za sobą

„Mam pracę dla pani…Gdyby pani zechciała”

Odwróciła się. Spostrzegła starszego człowieka, który w jej oczach nie wyglądał jakby miał coś wspólnego z branżą fryzjersko-kosmetyczną. W pierwszej chwili chciała go zignorować, ale zdecydowała się mu odpowiedzieć

„Jestem wykfalifikowaną kosmetyczką po szkole… Cenię sobie moją pracę” – oznajmiła trochę na wyrost, gotowa się targować

„Właśnie kosmetyczki poszukuję. Dobrze zapłacę”

„Gdzie pan ma zakład?”

„Przy cmentarzu… To zakład pogrzebowy”

„No, wie pan! Trupy mam malować, czy co?!”

„Nie trupy. U nas wyrażamy się z szacunkiem o zmarłych…Zarobi pani dwa razy tyle co w tym ogłoszeniu na tablicy. To jak? Jeśli jest pani zainteresowana to zapraszam do zakładu”

„Idź, głupia z panem. Może ci się praca spodoba” – zachęcała koleżanka – „Mówiłaś, że się nie boisz umarlaków”

„No pewno, że się nie boję, tylko…Jeszcze nigdy nie miałam zmarłych klientów”

„Nauczę panią wszystkiego i wyślę panią na kurs. Opłacę go. Zdobędzie pani poszukiwany zawód”

W zakładzie u pana Wacława Marta pierwszy raz zetknęła się z bliska, ze zmarłą osobą. Oczywiście, wcześniej bywała na pogrzebach krewnych i innych osób, ale to nie to samo.

Teraz była sam na sam ze zmarłą starszą, nie znaną jej kobietą. Pan Wacław poszedł do sąsiedniego pokoju po fartuch i rękawiczki lateksowe dla Marty. Dostała też zakrywającą całą twarz maskę z przezroczystego plastyku.

Na stoliku obok trumny znajdowały się kosmetyki, nożyczki do paznokci, pilniczki, pędzelki i grzebienie. Obok trumny, na statywie stała silna lampa.

„Proszę, niech pani pokaże co pani umie. Ma wyglądać jakby spała. Ja muszę posiedzieć trochę nad papierami. Przyjdę za godzinę”

Gdy wyszedł z pokoju Marta sama sobie dziwiła się, że cała ta sytuacja nie zrobiła na nie żadnego wrażenia. Nawet ten dziwny zapach unoszący się w powietrzu nie przeszkadzał jej. Bez wahania zabrała się za pracę.

Taki był początek jej kariery w tej branży. Może to niezbyt właściwe określenie w tym miejscu, ale krewni jej pierwszej „klientki” byli zachwyceni widokiem zmarłej.

Wiadomość o zdolnościach nowej pracownicy pana Wacława szybko rozeszła się po mieście. Pan Wacław postanowił zainwestować w Martę. Wysłał ją na dwutygodniowy kurs do szkoły funeralnej.

Po powrocie do pracy Marta robiła coraz większe postępy w zawodzie. Szefowi przybywało zamówień. Nawet dwa pozostałe w mieście zakłady pogrzebowe pożyczały od niego Martę w celu zadowolenia szczególnie wymagających klientów, to znaczy, ich krewnych.

Szef był świadom tego, że to jest tylko kwestia czasu, aż któryś z jego konkurentów zwabi do siebie Martę większymi pieniędzmi. Po pierwszym roku złożył jej propozycję

„Pani Marto. Dzięki pani pracy, można powiedzieć, dzięki pani talentowi firma stanęła na nogi. Wyślę panią na jeszcze jedno szkolenie, które zapewni pani jeszcze lepsze zarobki…”

„Z pewnością panu też” – przerwała mu

„Mnie też, ale nie jestem już tak bardzo zainteresowany pieniędzmi. Niech pani słucha uważnie i nie odmawia mi. Jestem już stary i schorowany. Chciałbym się wycofać z pracy. Moi konkurenci chcą kupić ode mnie firmę. Niedoczekanie ich! Zawsze kopali dołki pode mną”

„Co to ma wspólnego ze mną?”

„Myślę, że będą chcieli panią podkupić, zaproponują większe pieniądze…”

„Kowalski, ten co ma zakład dwie przecznice stąd już dawno mi to proponował, ale mi tu dobrze u pana”

„Cieszę się pani Marto i dlatego mam dla pani propozycję. Po tym szkoleniu, na które panią wyślę nauczy się pani balsamować zwłoki. Widziała pani wiele razy jak ja to robię i wiem, że pani nie ma żadnych uprzedzeń, czy zahamowań do wykonywania takiej pracy. Ja już ledwo daję sobie z tym radę. Po szkoleniu będzie mi pani pomagała… To nie wszystko. Sprzedam pani firmę po korzystnej cenie”

„Dziękuję bardzo, ale nie stać mnie na to, a poza tym nie wiem, jak się prowadzi firmę”

„Spłaci mnie pani w miesięcznych ratach. Będzie to dla mnie jakby dodatek do emerytury. Długo to ja już nie pożyję. Jak pani wie, nie mam spadkobierców. Po mojej śmierci nie będzie pani musiała nic płacić…Pod warunkiem, że he! He!” – zaśmiał się – „Że ładnie mnie pani ułoży do trumny”

„No, wie pan! Zastanowię się”

O tym wszystkim dowiedziałem się tej nocy, kiedy powiedzieliśmy sobie prawdę o naszych prawdziwych zajęciach. Usnęliśmy około trzeciej nad ranem.

Następnego dnia obudziliśmy się po dziewiątej. Był piątek. Ani ja, oni ona nie musieliśmy bezwzględnie przestrzegać godzin pracy. Mogliśmy sobie pozwolić przychodzić czasami później, pod warunkiem, że się nie nadużywało tej możliwości, no i że nie cierpiała na tym nasza praca.

Po śniadaniu Marta zapytała

„Chciałbyś zobaczyć mój warsztat pracy? Jest dobra okazja. O jedenastej muszę być w prosektorium w szpitalu miejskim. Szef chce żebym obejrzała zwłoki i oceniła, czy uda mi się coś z nimi zrobić. Jeśli nie, to nie podejmujemy się zlecenia”

„Co takiego jest z tymi zwłokami?”

„Jakiś młody chłopak. Motocyklista. Syn lekarza z tego szpitala. Zginął w wypadku. Zostawił pół twarzy na asfalcie. Tyle tylko wiem… To co? Pójdziesz ze mną? Chyba, że nie znosisz widoku krwi i uszkodzonych ciał” – zakończyła nieco ironicznie

„Nie. Dlaczego. Chętnie zobaczę, jak wygląda twoja praca”

W prosektorium dobrze znali Martę. Nie musiała mieć przepustki. Niekiedy prace, przy ofiarach wypadków wykonywała u nich na miejscu. Było tam lepsze wyposażenie w nowoczesne narzędzia i większy dostęp do potrzebnych materiałów.

Marta przedstawiła mnie jako swojego kolegę po fachu, który ma ewentualnie pomóc w pracy. Pan Janek, jeden z pracowników zaprowadził nas do sali, w której mieliśmy obejrzeć zwłoki. Gdy otwierał w metalowej ścianie jedne z kilku drzwiczek, Marta szepnęła mi do ucha

„Mam nadzieję, że się nie porzygasz. Możesz się jeszcze wycofać”

„Nie. Chcę zobaczyć, jak pracujesz”

Pan Janek wyciągnął wózek, na którym leżał mężczyzna.

„Chełm mu zleciał z głowy w czasie wypadku. Nie był zapięty” – poinformował nas.

Pierwsze wrażenie jakie doznałem to wyraźny słodko kwaśny zapach. Jednak już po chwili nie zwracałem na to uwagi. Mężczyzna był już kompletnie ubrany i gotowy do włożenia do trumny. Tylko głowa nie pasowała do tego wszystkiego.

W szczelinie pękniętego czoła widać było coś co, domyślałem się było mózgiem. Lewa część twarzy była jakby pokryta smołą. Nie mogłem powstrzymać się, aby nie pochylić się nad nią i nie przyjrzeć się z bliska.

Miejsce, gdzie powinno być oko, zasłaniał kawałek skóry chyba. Zafascynowany w jakiś niezrozumiały dla mnie sposób chciałem sprawdzić czy pod spodem jest oko. Już sięgałem ręką, aby to sprawdzić, gdy usłyszałem krzyk Marty

„Zostaw to! Zapomniałeś o rękawiczkach i fartuchu?!” – po czym zwróciła się do pana Janka – „Widzi pan. Nawet zawodowcy zapominają czasem o bezpieczeństwie przy pracy”

„Spokojnie. Jego ojciec, doktor Walczak, zadbał o to, aby był już zabalsamowany. Trzeba tylko coś zrobić z twarzą. Tak nie można go pokazać matce”

„Kto go balsamował?” -zapytała Marta

„Stary Waleńdziak, pani go zna”

„Znam. To dobry Fachowiec. Dlaczego nie zrobił mu twarzy?”

„Nie podjął się. Powiedział, że to nie do zrobienia”

Marta przyglądała się uważnie głowie nieboszczyka. Przestawiała stojącą obok lampę raz z jednej strony, raz z drugiej. Ostrożnie uniosła uszkodzoną głowę i spróbowała ją lekko odwrócić w prawą stronę. Skrzywiła się z niesmakiem

„Nie. Ja tego nie zrobię. Za duże ubytki. Nie wiem, jak wyglądał”

„W kieszeni w jego marynarce jest fotografia. Może niech pani chociaż spojrzy. Walczak dobrze zapłaci”

Pan Janek zgrabnie przeszukał kieszenie zmarłego. W wewnętrznej kieszeni marynarki znalazł fotografię formatu pocztówkowego. Było to powiększone zdjęcie z Dowodu Osobistego.

Marta przyglądała mu się uważnie od czasu do czasu spoglądając na twarz zmarłego. Zaglądałem jej przez ramię.

„Co o tym sądzisz?” – niespodziewanie zapytała mnie

„Można spróbować. Jak bym miał swoją glinkę to mógłbym tą lewą stronę ulepić, to znaczy wyrzeźbić, a ty byś to wszystko spróbowała zamalować”

„Mamy tu silikony, woski i takie coś jak plastelina. Może by to panu odpowiadało” – powiedział pan Janek.

Był bardzo chętny do pomocy. Najprawdopodobniej doktor Walczak obiecał mu jakieś pieniądze jak znajdzie kogoś kto zajmie się twarzą jego syna. Obejrzałem te silikony i woski. Oceniłem, że można je użyć.

„To zabieramy się do roboty” – stwierdziła Marta – „Ja zabieram się za prawą stronę. Zacznę od tego zapadniętego oka”

„Jak to zrobisz?” – zapytałem, gdy pan Janek zostawił nas samych

„O, to bardzo proste. To podstawa naszego zawodu. Wsadzę mu pod powiekę watę. Tak samo robi się z zapadniętymi policzkami – wpycha się watę w usta”

Założyliśmy fartuchy i rękawiczki. Spojrzałem na wiszący na ścianie zegar. Było dwadzieścia po dwunastej.

Marta zaproponowała, aby zacząć od zalepienia pęknięcia na czole. Poszło lepiej niż się spodziewałem. Zabrałem się następnie za głębokie ubytki. Wypełniałem je masą silikonową. Na wierzch kładłem to coś co przypominało plastelinę.

Narzędzia znajdujące się na stoliku obok doskonale nadawały się do modelowania kształtów. Marta wyjęła z szafki kosmetyki. Dowiedziałem się, że są one przeznaczone wyłącznie do szminkowania zmarłych. Kryją dobrze i są odporne na wilgoć. Nie ulegają zmianie, gdy uszminkowana nimi zmarła osoba, nawet po wielogodzinnym przechowywaniu w chłodni jest potem wystawiona w otwartej trumnie w temperaturze pokojowej.

Były tam też maleńkie łopatki przypominające szpachelki. Bardzo mi się przydały do nakładania ostatnich warstw wosku.

Około trzeciej zakończyłem pracę. Teraz Marta przystąpiła do nakładania kosmetyków. Dopiero wtedy zauważyłem pewne niedokładności w kształcie wyrzeźbionej twarzy. Poprawiałem to na bieżąco kilka razy. W końcu, po uzupełnieniu brakujących włosów uznaliśmy, że nieboszczyk nadaje się do pokazania.

Zbliżała się siedemnasta. Dopiero wtedy poczuliśmy ogromne zmęczenie.

„Głodna jestem” – stwierdziła Marta

W tej samej chwili drzwi się otworzyły i do pokoju wpadł nieco zziajany pan Janek

„Przyniosłem pizzę!” – krzyknął od drzwi

Spojrzał mimochodem na zmarłego i stanął jak wryty

„Jak żywy!… Jak Boga kocham! Wygląda jakby spał… Zabierzcie się za jedzenie, a ja ściągnę tu Walczaka”

Gdy byliśmy już umyci, pizza była zjedzona i szykowaliśmy się do wyjścia, przyszedł pan Janek w towarzystwie ojca zmarłego, doktora Walczaka.

Po przywitaniu weszliśmy do pokoju, w którym leżał zmarły. Widzieliśmy jak duże wrażenie wywarł na ojcu. W milczeniu obszedł w koło stół, na którym leżały zwłoki, przyglądając się im uważnie.

„Pani Marto… Nie wiem, jak wyrazić swoją wdzięczność. Dla mnie to bardzo ważne, że będę mógł syna pokazać jego matce. Dziękuję pani”

„To głównie zasługa mojego chłopaka…” – odparła skromnie

„Od dawna pracuje pan ze zwłokami?” – zwrócił się do mnie

„Pierwszy raz…”

„Niesamowite. Ma pan talent… Chciałbym z panem porozmawiać, ale nie teraz. W przyszłym tygodniu, po pogrzebie”

„Panie doktorze, musimy już iść. Szef wystawi panu fakturę…”

„Tak, oczywiście. Nie mam teraz do tego głowy. Z panią rozliczę się osobno po pogrzebie… Z panem też. Zostawcie mnie teraz z synem samego”

Potem wszystko potoczyło się bardzo szybko. Spotkałem się z doktorem Walczakiem. Zapytał czy nie pomógłbym w przygotowaniu zwłok kobiety, która się utopiła i wyłowiona była dopiero po miesiącu.

Zrobiłem to razem z Martą. Rodzina kobiety była bardzo nam wdzięczna. Nie ukrywam, że zaczęliśmy zarabiać duże, jak dla nas wtedy pieniądze.

To z pewnością przyczyniło się do tego, że Marta przyjęła propozycję swojego szefa i przejęła jego zakład pogrzebowy.

W tym czasie związałem się już z nią na dobre. W krótce wzięliśmy ślub cywilny. Właściwie tylko dlatego aby ułatwić wszystkie sprawy administracyjne związane z naszym już zakładem. Zostałem formalnie współwłaścicielem. Pan Wacław wycofał się całkowicie z firmy.

Do Zakładu Pogrzebowego należało również mieszkanie, w którym mieszkał. Składało się z trzech pokojów z kuchnią i było w tym samym budynku co Zakład. Sam budynek był częścią muru cmentarnego.

Do Zakładu wchodziło się do ulicy. Obok była brama, przez którą wjeżdżało się na dziedziniec Był tam garaż z karawanem samochodowym, oraz przybudówka, w której przyszykowywało się zwłoki do pochówku.

Zaraz za ścianą mieszkania był magazyn, w którym były trumny i inne akcesoria pogrzebowe. Magazyn połączony był z pomieszczeniami socjalnymi dla zatrudnionych grabarzy. Do wszystkich pomieszczeń można było przechodzić wewnętrznymi korytarzykami.

Były właściciel szybko kupił sobie niewielkie mieszkanie w pobliskiej Warszawie, tak, że mogliśmy się wkrótce wprowadzić do zwolnionego przez niego mieszkania.

Doktor Walczak, z którym mieliśmy bliskie kontakty, nie tylko zawodowe, zaproponował abym zapisał się na kurs tanatopraksji organizowany w Warszawie przez Uczelnię Medyczną. Kurs trwał kilkanaście miesięcy. Poznałem na nim nie tylko sposoby balsamowania zwłok, ale też anatomię człowieka. Byłem światkiem sekcji zwłok, także tych w daleko posuniętym stopniu rozkładu. Uzyskałem też tytuł technika medycznego. To znaczy mogłem samodzielnie przyszykowywać zwłoki do sekcji.

Po kursie byłem kilka miesięcy na praktyce w szpitalnym prosektorium. Byłem wysyłany na miejsca wypadków drogowych, pożarów oraz wszędzie tam, gdzie trzeba było pozbierać bardzo zniszczone zwłoki. Niemal we wszystkich tych przypadkach zwłoki odwożone były do naszego zakładu, gdzie razem z Martą doprowadzaliśmy je do stanu umożliwiającego pokazanie ich w otwartej trumnie.

Jednego razu zbierałem zwłoki młodej dziewczyny rozjechanej przez pociąg. Jej szczątki leżały na torach na długości kilkudziesięciu metrów. Jak zwykle, składałem je potem na życzenie rodziny.

Praca ta przyczyniła się do tego, że coraz częściej byłem wzywany o każdej porze dnia do podobnych przypadków. Jednocześnie, wiadomość o tym, że nasz Zakład Pogrzebowy podejmie się najtrudniejszych zadań rekonstrukcji zwłok szybko rozniosła się nie tylko po okolicy, ale też po całym kraju.

Mieliśmy kilka zleceń z zagranicy. Ponieważ ze względów administracyjnych nie można było przywieść ciał do nas do zakładu, wykonywaliśmy pracę na wyjeździe.

Nasz dzień pracy rzadko był krótszy niż dwanaście godzin. Zakład bardzo dobrze prosperował. Jeden z naszych dwóch konkurentów w mieście nie wytrzymał konkurencji i przeniósł się na prowincję. Pracy mieliśmy coraz więcej.

W tym czasie prokuratura zwróciła się o pomoc do doktora Walczaka w sprawie śmierci pewnego mężczyzny. Podejrzewano, że został otruty. Sekcja nie potwierdziła tego przypuszczenia, ale doktor Walczak doszedł do przyczyny zgonu mężczyzny.

Jego serce miało dwa duże tętniaki lewej komory. Skrzep znajdujący się w tętniaku najbliższym aorty urwał się i spowodował jej niedrożność, co spowodowało niemal natychmiastową śmierć.

Doktor Walczak dostał pozwolenie od krewnych zmarłego na wyjęcie serca. Uważał, że choć takie tętniaki nie są niczym nadzwyczajnym u pacjentów po zawale, to ten właśnie był nadzwyczaj duży i umiejscowiony w rzadko spotykanym miejscu.

Teraz pozostawało tylko spreparowanie serca, aby można je było pokazywać studentom w uczelni, w której miał zajęcia. Zwrócił się z tym do mnie. Chodziło mu o to, żeby tak spreparować to rozkrojone już serce, aby zachować jego naturalny kolor i elastyczność.

W kraju w tym czasie do tych celów używało się preparatów mokrych. Tkanki spreparowane w ten sposób są w jednolitym, raczej brązowym kolorze i raczej nie nadają się do brania ich do ręki.

Aby nie zanudzać powiem, że udało mi się stworzyć masę plastyczną na bazie formaldehydu i polimerów kauczukowo-silikonowych. Coś podobnego było od pewnego czasu używane za granicą. Po wysuszeniu tkanki i usunięciu z nie tłuszczu wtłaczało się w to miejsce tą masę i następowała plastynacja organu, w tym przypadku serca, zachowując naturalne kolory i elastyczność.

Doktor Walczak zadowolony był z mojej pracy. Wkrótce skontaktował mnie z niemieckim patomorfologiem doktorem Guntherem von Hagenem.

Był on na etapie kompletowania swojej pokazywanej później w całym świecie wystawy Body Worlds. Doktor von Hagen potrzebował pomocników do tej pracy. Preparował całe ciała otrzymywane od osób, które zdecydowały się podarować po śmierci swoje ciało do celów naukowych.

Po rozmowie telefonicznej ze mną, przysłał do Polski swojego współpracownika, doktora Karla Wernera. Spotkałem go w szpitalu u doktora Walczaka. Zapoznał się tam z moimi dokonaniami zawodowymi.

Po konsultacji ze swoim szefem zdecydowali się dać mi kilka zleceń na plastynację kilku ludzkich organów. Doktor Walczak miał nadzorować pracę pod kątem poprawności medycznej.

Właściwie to chciano abym poddał plastynacji całe ciała, ale jak już wspomniałem wcześniej przepisy administracyjne nie zezwalały na przemieszczanie ciał w tym celu. Natomiast nie było administracyjno-prawnych przeszkód, aby granicę państwową przekraczały poszczególne organy i części ciała ludzkiego.

Już po dwóch miesiącach współpracy z van Hagenem, zdecydowaliśmy się z Martą pozbyć się Zakładu Pogrzebowego.

Poinformowaliśmy o tym pan Wacława. Miał już swoje lata i daleko posuniętą demencję. Mieszkał w jednym z warszawskich domów starców. Płaciliśmy za jego pobyt tam.

Poznał Martę, mnie raczej nie. Marta wyjaśniła mu, że chcemy sprzedać Zakład Pogrzebowy i przyszliśmy zapytać go o radę

„Jaki Zakład Pogrzebowy?… Nic o tym nie wiem, ale jak chcesz sprzedawać, to sprzedaj go, córuś. A ten, to co za jeden? To on chce kupić ten zakład?”

Uznaliśmy z Martą, że pan Wacław nie sprzeciwia się sprzedaży.

Zakładu w końcu nie sprzedaliśmy. Wydzierżawiliśmy go razem z domem, długo terminowo naszemu konkurentowi Kowalskiemu. W umowie zastrzegliśmy, że wszystkie balsamowania zwłok będzie zlecał tylko nam.

Po dopełnieniu formalności przeprowadziliśmy się do nowo kupionego domu w pobliżu rynku. W podwórku były zabudowania gospodarcze które zleciłem przebudować na nowoczesne prosektorium.

Było trochę kłopotów z uzyskaniem odpowiednich zezwoleń, ale w końcu przeskoczyłem wszystkie trudności i mogliśmy nasz nowy zakład wyposażać we wszystkie potrzebne urządzenia. Sprowadziłem je z Niemiec.

W tym czasie Marta była w ciąży i nie chciała pracować zawodowo. Miała jakieś przesądy. Zajęła się urządzaniem naszego domu. Za to ja miałem pełne ręce roboty. Wszystko musiałem robić sam. Nie mogłem znaleźć nikogo kto by chciał u mnie pracować.

Wpadłem wtedy na, jak mi się wydawało genialny sposób, aby zachęcić potencjalnych współpracowników do dobrze płatnej pracy u nas w nowoczesnym zakładzie. W tym celu zaprosiłem Telewizję do nakręcenia reportażu z cyklu pokazującego nietypowe zawody.

Po kilku tygodniach przyjechali do nas nakręcać ten reportaż. Miałem właśnie przygotowane do wysłania do Niemiec gotowe eksponaty. Między innymi ramiona, korpus kobiecy. Wszystko pozbawione skóry z widocznymi mięśniami i układem krwionośnym.

Były też narządy wewnętrzne takie jak serca, zdrowe płuca i chore płuca palacza tytoniu, który zmarł na raka.

Pracowałem akurat nad preparacją głowy. Preparowałem ją w ten sposób, że pół twarzy pozbawione było skóry oraz ta sama połowa miała otwartą czaszkę z widocznym w środku mózgiem.

Panowie z telewizji wszystko dokładnie nagrali, zarówno gotowe eksponaty jak i mnie w czasie pracy nad głową. Nagrali też Martę jak przed szminkowanie wpycha watę w usta zmarłej kobiety.

Po kilku tygodniach, zaproszono mnie do Warszawy na pokaz reportażu przed emisją na antenie. Akurat był u mnie doktor Werner i negocjowaliśmy warunki dalszej współpracy. Miałem zamówienia z różnych akademii medycznych i muzeów w Europie. Mogłem dyktować warunki płacowe.

Wyjazd do Warszawy na pokaz reportażu bardzo mi nie pasował, więc odpowiedziałem, że nie mogę wziąć udziału w pokazie i zgadzam się na jego emisję. Przysłali mi papiery do podpisania. Zgodziłem się na piśmie na projekcję reportażu w programie Telewizyjnym.

I to był mój błąd. Kilka dni później, w sobotę obejrzeliśmy ten reportaż w wieczornym programie. Emisja zaczęła się o w pół do dwunastej.

Reportaż nagrany był w konwencji horroru. Wszystko było w ciemnych kolorach mnie przedstawiono niemal jak Frankensteina. Marta też wyglądała upiornie. Moje rzeczowe komentarze pominięto.

Jako tło słychać było jakiś chór zakonników gregoriańskich połączony z dzwonami kościelnymi i jękami wydobywającymi się jakby spod ziemi. Jedyne co pokazano zgodnie z prawdą to mój i Marty wizerunek na tle naszego domu i zakładu oraz dokładny adres.

No i zaczęło się.

Nikogo oczywiście ten „reportaż” do pracy u nas nie zachęcił. Za to ludzie zaczęli na nas krzywo patrzeć. Nasi bliscy którzy wiedzieli czym się zajmujemy, że prowadziliśmy zakład pogrzebowy i w ten sposób obcowaliśmy z ciałami zmarłych akceptowali to i nie uważali to za coś szczególnego. Zawód jak każdy inny, no, może wymagający pewnych predyspozycji, które nie każdy posiada. Ale teraz potępili nas.

Czasem ktoś ze znajomych żartem zapytał, czy mam miarkę w kieszeni, aby oceniać spotkanych ludzi pod kątem jak dużą trumnę dla nich przyszykować. Bardzo dowcipne.

Za to po „reportażu” żarty się skończyły. Docierało do nas czasami, że ludzie są zgorszeni tym co teraz robię. Uważają, że to profanacja ciała zmarłych. Obdzieranie ich ze skóry, wycinanie narządów. I do tego wszystko to robione dla Niemca!

Raz, czy dwa wybito nam szybę w oknie i to wszystko. Nie przejmowaliśmy się tym.

Byliśmy zbyt zapracowani. Zauważyliśmy, że spotkani na ulicy znajomi nie mają czasu zatrzymać się i zamienić kilka słow.

„Spieszę się, stary, jak cholera. Może innym razem. Cześć”

To najczęściej słyszałem od spotkanych dawnych znajomych. Ze znajomych z którymi spotykaliśmy się czasem, został nam tylko doktor Walczak i jego żona. No i Greta.

Siedząc teraz nad naszym domowym „archiwum” w pudełkach od butów, zastanawiamy się jak to się stało, że daliśmy radę tak żyć. To znaczy, nie o pracę nam chodzi, tylko o to, że właściwie byliśmy bardzo samotni przez te wszystkie lata.

Na pewno pieniądze tłumiły samotność, do tego nasze zaangażowanie całym serce w pracę, która pochłaniała kilkanaście godzin dziennie naszego życia, też miało w tym swój udział.

„Czy ty zauważyłeś, kochany, że my właściwie nigdy nie chorowaliśmy?” – zauważyła Marta

„To pewnie dzięki tym wszystkim środkom konserwującym ciała, z którymi mieliśmy do czynienia” – odpowiedziałem ze śmiechem

„Nie żartuj sobie, bo jeszcze się rozchorujemy jak już się z nimi nie stykamy. Od czasu jak przestałam pracować czuję się zmęczona i stara”

„Tak… Coś w tym jest. Też czuję się zmęczony”

„Wiesz, dopiero teraz zauważyłam, że brak mi ludzi… Wiesz, znajomych, Roberta, Ingrid i dzieciaków, że już o krewnych nie wspomnę”

„Tak. To miasto od dawna jest dla nas obce. Musimy się stąd wynieść jak najszybciej”

„Ale nie do Szwecji. Jakoś boję się zamieszkać w pobliżu Roberta, być od nich zależna. Nie. Nie chodzi o pieniądze, tylko wiesz, język kontakty z urzędami i innymi ludźmi. Bylibyśmy tam bardziej samotni niż tutaj”

„Masz rację. Musimy jak najszybciej zająć się Majewską. Pomóc jej znaleźć mniejsze mieszkanie i jak najszybciej wynieść się do Warszawy. Tam mamy Gretę. Tam nas nikt nie zna i nie wie czym się trudniliśmy. Mam nadzieję, że będziemy traktowani jak para zwykłych staruszków na emeryturze…”

„Wypraszam sobie! Nie jestem staruszką! W każdym razie nie czuję się nią. Jestem tylko cholernie zmęczona” – Marta powiedziała to z uśmiechem

„Masz rację kochanie. Nie jesteśmy starzy. Myśmy się po prostu urodzili dawno, dawno temu”

Po trzech miesiącach zamieszkaliśmy w Warszawie, w byłym mieszkaniu Majewskiej. Wszystko poszło w błyskawicznym tempie.

Pani Majewska zdecydowała się na pierwsze mieszkanie jakie miała do obejrzenia. Nie trzeba było tam nic robić. Stało puste od kilku miesięcy. Dzieci poprzedniego właściciela już dawno przygotowały je do sprzedania. Pomogliśmy pani Majewskiej w wynajęciu firmy trudniącej się przeprowadzkami.

Jej mieszkanie trzeba było odświeżyć. Zrobiła to firma budowlana polecona przez Gretę. Baliśmy się trochę, że nie damy rady spakować wszystkie nasze rzeczy i przenieść na Mokotów. Doszliśmy do wniosku, że poza rzeczami osobistymi, niewiele mebli i wyposażenia nadaje się do przeniesienia.

Wcześniej nigdy nie przykładaliśmy wagi do tego jak mieszkamy. Nie przyjmowaliśmy gości, nie zależało nam na tym, aby mieszkanie można było pokazać.

Robert zawsze się krzywił na jego widok, gdy do nas przyjeżdżał, a wnuki mówiły, że mieszkamy w skansenie.

Dla nas ważne było to, aby się w nim dobrze czuć. Dbaliśmy tylko o to, aby w domu było czysto.

Dopiero gdy zdecydowaliśmy się na kupno mieszkania w Warszawie zaczęliśmy krytycznie oceniać nasz „dorobek” mieszkaniowy.

Stanęło na tym, że do nowego mieszkania musimy kupić prawie wszystkie meble. Zabraliśmy ze sobą tylko kilka sztuk do których mieliśmy sentyment. Firma transportowa która spakowała w kartony nasze rzeczy i zawiozła do Warszawy dostała za zadanie wywiezienie naszych starych mebli na śmietnik, albo pozbycie się ich w inny sposób.

Pozostał jeszcze nasz stary dom i warsztat w podwórku. Chcieliśmy dać ogłoszenie o sprzedaży domu wraz z budynkiem gospodarczym zawierającym prosektorium, ale coś nas powstrzymywało przed takim sformułowaniem ogłoszenia.

W końcu zleciliśmy sprzedaż firmie pośredniczącej w sprzedaży nieruchomości.

Po dziesięciu miesiącach pośrednik zwrócił się do nas z propozycją, aby coś zrobić z tym prosektorium. Twierdził, że już dawno sprzedałby dom, ale ewentualni kupujący odstępują od chęci kupna jak tylko zobaczą budynek gospodarczy.

Po naradzie postanowiliśmy pozbyć się całego wyposażenia. Zaproponowaliśmy kupno prosektorium naszemu byłemu konkurentowi Kowalskiemu. Zgodził się pod warunkiem, że sprzedamy mu również Zagład Pogrzebowy, który do tej pory od nas dzierżawił.

Drań wykorzystał to, że nie możemy znaleźć kupca na dom i kupił wyposażenie za półdarmo.

Po opróżnieniu budynku gospodarczego, dom został sprzedany już po kilku tygodniach. Nowy nabywca zamierza w naszym byłym prosektorium urządzić warsztat samochodowy.

Przyleciał do nas syn z żoną i dziećmi. Teraz, gdy Firmy już nie ma, ponownie wystąpili z propozycją abyśmy zamieszkali w ich domu w Linköping w Szwecji. Zapewniliśmy ich, że na pewno będziemy ich odwiedzać i że zamierzamy przylecieć do nich na Święta Bożego Narodzenia, ale na stałe zdecydowanie nie. Jest nam tu dobrze w Warszawie.

Odniosłem wrażenie, że przyjęli to ze zrozumieniem i pewną ulgą.

Teraz, na emeryturze, znaleźliśmy sobie hobby. Chodzimy dużo na spacery. Ale nie takie zwyczajne spacery na jakich można spotkać wielu emerytów. Nie. Nasze spacery są trochę, jakby to powiedzieć – specjalne.

Odwiedzamy warszawskie cmentarze. W pierwszej kolejności te najbliższe naszego miejsca zamieszkania, Cmentarz Służewski, Czerniakowski albo w drugą stronę od domu, Cmentarz Puławski i Wolski.

Często wsiadamy w samochód i jedziemy do tych bardziej oddalonych. Bardzo często w tamtejszych kaplicach odbywają się ostatnie pożegnania zmarłych, których ciała w oczekiwaniu na pochówek wystawione są w otwartych trumnach.

Lubimy razem z nieznanymi nam członkami rodziny tych zmarłych i ich krewnymi podchodzić do trumny. Wtedy zwykle kładziemy dłoń na dłoni zmarłego lub głaskamy go po policzku. Uśmiechają się wtedy do nas. Naprawdę.

Lubimy to nasze hobby.

KONIEC

Leave a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *