Pod koniec września wprowadziliśmy się do nowego mieszkania. Takie nowe to ono nie jest. Jest za to samodzielne. To znaczy będziemy mieszkać tu tylko my, Ja i Mania. Zaraz po wprowadzeniu, pierwsze co zrobiłem to zawiesiłem w pokoju nad biurkiem mój ulubiony kalendarz Pirelli. Ani w domu rodziców, ani później u teściowej nie mogłem wieszać tych kalendarzy ze względu na rozebrane dziewczyny widoczne na każdej stronie. Teraz mogę. Właśnie zawinąłem kolejną stronę i piękna ruda dziewczyna prezentuje swoje wdzięki na tle jesiennych liści w parku i napisu October 2006.
Teściowa tutaj tak szybko nie przyjedzie. Myślę, że moi starzy też nie. Nie dało się z nimi mieszkać. Mieszkaliśmy kilka miesięcy w moim pokoju u rodziców na Franciszkańskiej niedaleko Smugowej. Mania się tam źle czuła. Matka ją bardzo kontrolowała w kuchni. Mania nie mogła nic zrobić samodzielnie. Moja mama zawsze musiała się wtrącać. A to, że Mania kupiła za drogą śmietanę, a to, że włoszczyznę można było kupić na rynku w piątek a nie w sobotę na straganie przed domem lub że zrazy należy zrobić w taki a nie inny sposób. Akurat w tym czasie zmarł ojciec Mani. Jej brat z żoną już wcześniej wyprowadził się do Wrocławia więc teściowa została sama w dużym trzypokojowym mieszkaniu w starej kamienicy w centrum Łodzi. Chętnie żeśmy się tam wprowadzili. Moi starzy nie mieli o to pretensji, że ich opuszczamy. Mieli całkowite zrozumienie, że przenosimy się do większego mieszkania i że tam będzie nam lepiej.
Lepiej nie było. Teściowa od razu zaczęła ustawiać Manię, aby się „ostro za mnie wzięła”. Uważała, że stanowczo za dużo wydaję na książki. I żeby to chociaż były książki, które ładnie by wyglądały na pólkach, to nie. Kupuję jakieś stare, rozpadające się i śmierdzące stęchlizną. Do tego leżą ich stosy pod ścianą w naszym pokoju, żadnego porządku nie mamy. Próbowała je czytać, ale są całkowicie bez wartości, żadnej akcji w nich nie ma, no i po co nam tyle napisanych po zagranicznemu. Ale najbardziej bolało ją to, że siedzę po nocach i światło wypalam za które ona przecież musi płacić. Nie pomogło to, że od pierwszych wymówek na temat wypalonego światła zacząłem płacić całe rachunki za prąd. Mogłem przecież wydać te pieniądze na coś innego, twierdziła. A jeśli chodzi o pieniądze to zupełnie nie mogła zrozumieć Mani, dlaczego Mania nie żąda ode mnie tak zwanego paska z wypłaty wynagrodzenia.
Mam trzydzieści pięć lat. Jestem historykiem. Pracuję na Uniwersytecie. Szykuję się do napisania pracy doktorskiej z historii spolszczonych rodów niemieckich w centralnej Polsce, żyjących w dziewiętnastym wieku aż do końca lat czterdziestych wieku dwudziestego. Dorabiam sobie pisząc artykuły popularno-naukowe na te tematy. Ostatnio zabrałem się za zbieranie materiału do napisania książki o rodzie znanych łódzkich fabrykantów, Biedermannów.
Mania była moją studentką. Od niedawna uczy historii w szkole podstawowej. Jest około ośmiu lat młodsza ode mnie. Jesteśmy małżeństwem od blisko trzech lat.
To mieszkanie, do którego się wprowadziliśmy, znajduje się w Grotnikach w domku mojego przyjaciela, Jaśka Kaliniaka. Mieszkali tam jego zmarli tragicznie rodzice. On sam mieszka w Łodzi i nie zamierza się tam sprowadzać. Chciałby sprzedać ten dom, ma nawet chętną na kupno i to z zagranicy, ale sprzedać nie może bo są jakieś niepozałatwiane sprawy spadkowe między nim a jego rodzeństwem mieszkającym za granicą. Pasowało mu wynająć je komuś kogo zna.
Tak więc mamy cały piętrowy domek w bardzo dobrym stanie. Zajęliśmy tylko dwa pokoje, kuchnię i łazienkę na parterze. Pięterko wygląda identycznie. Jesteśmy z niego bardzo zadowoleni. Jedyna wada to to, że leży poza Łodzią i że musimy dojeżdżać pociągiem do pracy. Na szczęście dom leży niecałe czterysta metrów od stacji w Grotnikach. Chociaż z drugiej strony, nie będzie to miało dla nas specjalnego znaczenia. Od zeszłego tygodnia jesteśmy posiadaczami dziesięcioletniej Mazdy. Na razie tylko ja posiadam prawo jazdy. Mania ma się wkrótce zapisać na kursy.
Nie posiadamy dzieci i chybna na nie, się nie zdecydujemy. Na początku naszego związku przyrzekliśmy sobie, że nie wiążemy się na stałe. Każde z nas będzie mogło odejść, kiedy uzna to za stosowne. Nie zamierzaliśmy naszego związku formalizować, lecz niestety musieliśmy to zrobić z powodu presji rodziny. To tylko na zachodzie tak jest, że młodą parę stać na to, aby całkowicie uniezależnić się od rodziny. U nas jeszcze nie. Chociażby tak jak w naszym przypadku, ze względów mieszkaniowych. No ale teraz się to zmieniło. Jesteśmy niezależni finansowo i nareszcie mieszkaniowo też. Jakiś specjalnych związków uczuciowych z moimi starymi nie mam, a tym bardziej z teściową. Owszem będziemy się na pewno odwiedzać, ale mam nadzieję, że sporadycznie. Teraz, w naszym samodzielnym mieszkaniu zamierzamy poczuć całkowitą swobodę.
Zrobiliśmy tradycyjną parapetówkę. Było kilkanaście osób. Z uczelni i od Mani ze szkoły, żadnej rodziny czy krewnych. Wypiliśmy sporo alkoholu. Późno wieczorem goście zaczęli się wynosić. Wszyscy mieszkali w Łodzi. Niestety nie wszyscy zdążyli na ostatni pociąg. Pięć par wróciło się, aby przenocować. Nie mieliśmy tyle miejsc do spania ani pościeli. Ale to nie miało specjalnego znaczenia. Ważne, aby można było się gdzieś położyć. Oprócz naszego łóżka mieliśmy na dole dwie kanapy i łóżko turystyczne przeznaczone do opalania się w ogrodzie. Oczywiście nie teraz w październiku, tylko w przyszłości, latem. Na górze w części przez nas nie używanej było duże łózko małżeńskie, ale bez pościeli. Była też rozkładana wersalka. Szybko udało się wszystkich rozlokować. Po godzinie wszyscy już spali.
Około drugiej obudziła nas zapłakana Halina, koleżanka Mani. Zeszła z góry. Chciała, żeby ją wpuścić do naszego łóżka, bo na górze Lil nie daje jej spać tylko zebrało jej się na zwierzenia, a ona, Halina, znaczy się, nie może już słuchać tych straszności co tamta jej opowiada. Mania przesunęła się bliżej środka tak żeby było miejsce dla Haliny. Dopiero po chwili dotarło do mnie coś niezrozumiałego
„Jaka Lil?” – zapytałem
„No ta co mieszka na górze. Lil Keiserbrecht, taka gruźliczka”
„Śpij Halinko, pijana jesteś… Tam nikt nie mieszka” – odparła zmęczonym głosem Mania
„Jak nie mieszka… Mówi, że twój mąż jej pozwolił tu mieszkać”
„Pozwoliłeś komuś tu mieszkać, Heniu?”
„Śpijmy teraz. Nie widzisz, że Halinka się schlała i bredzi. Jutro to wyjaśnimy”
Po chwili zasnęliśmy.
Rano, już od siódmej zaczął się ruch w całym domu. Obydwie łazienki były cały czas zajęte. Trzeba było czekać aż się zwolnią. Panowie nie czekali, tylko wychodzili się wysikać do ogrodu. Sąsiednie domy są kilkanaście metrów dalej, ogród jest zarośnięty. Tak że można to było robić dosyć dyskretnie.
W końcu, po ósmej, panie pozmywały część naczyń po wczorajszym przyjęciu i zrobiły śniadanie. Ale mało kto miał ochotę na jedzenie. Wypiliśmy za to dużo kawy.
„O czym w nocy bredziłaś Halinko?” – zapytała Mania
„Nie bredziłam… Mówiłam, że rozmawiałam z Lil… No, jak jej tam?… nie pamiętam nazwiska. O właśnie! Jeszcze nie zeszła na śniadanie!”
„Tu nie ma żadnej Lil. Pijana byłaś coś ci się śniło…”
„Nieprawda! Nie piłam dużo. I to na pewno nie był sen”
„To idź na górę i poproś ją na śniadanie! Ha! Ha! Ha!” – zaproponował Mietek, mąż Haliny
„Ha! Ha! Ha!” – Wszyscy się zaśmiali.
Halina zerwała się od stołu i pobiegła na piętro.
„Ktoś jeszcze rozmawiał z Lil?” – zapytałem ze śmiechem
„Nic nie słyszałem oprócz tego cholernego radia z marszami” – powiedział Józek, który też spał na górze
„Jakie marsze?”
„Chyba niemieckie jakieś… raczej hitlerowskie”
„To nie u nas. My tu nawet radia nie mamy… To musiało być słychać od sąsiadów” – stwierdziłem
„Dziwne, Dałabym głowę, że rozmawiałam z kimś… Chyba naprawdę śniłam jakiś koszmar” – powiedziała Halina, która właśnie zeszła z góry.
Więcej na ten temat nie rozmawialiśmy.
Wkrótce wszyscy wyszli, aby zdążyć na pociąg, który miał być za dwadzieścia minut.
Wstyd się przyznać, ale już po kilku tygodniach, gdzieś przed Świętami Bożego Narodzenia mieliśmy dość mieszkania w Grotnikach. Co prawda rano wyjeżdżaliśmy razem naszą mazdą, ale z powrotami bywało różnie. Często musiałem zostawać w Łodzi aż do późnego popołudnia. Mania czekała czasem na mnie na mieście, robiła zakupy chodziła po sklepach i takie tam. Plan zajęć w szkole miała tak ułożony, że dwa razy w tygodniu kończyła pracę przed trzynastą. Nie czekała wtedy na mnie tylko wracała do domu pociągiem. Kilka razy, zwłaszcza jak była niepogoda zajrzała do mamusi. Wtedy zabierałem ją stamtąd.
Mania, niestety, była pod dużym wpływem matki. Nie umiała skutecznie się jej przeciwstawiać.
„Co będziesz jechała do tych Grotnik w taką niepogodę. Zostań u mnie. Tu też jest twój dom. On sobie da tam radę”
Przyznaję, że pasowało nam to na początku grudnia. Akurat mieliśmy mazdę na warsztacie. Mania zostawała po pracy, na dwie, trzy godziny, na kursie prawa jazdy, a ja musiałem wyjechać na dwa dni do Radomia. Miałem tam niewielką fuchę w Kolegium Nauczycielskim.
Wtedy spotkało mnie coś co bardzo wpłynęło na moje dalsze życie. Wracając późnym pociągiem z Radomia do Łodzi Fabrycznej z przesiadką w Warszawie jechałem w jednym przedziale z pewną kobietą w moim wieku która mnie w jakiś niewytłumaczalny sposób zafascynowała.
Pociąg z Radomia odjechał około dwudziestej. Był prawie pusty. Usiadłem w jednym z przedziałów drugiej klasy. Byłem tam sam. Jeszcze zanim pociąg ruszył przysiadła się ona, szczupła brunetka w długiej spódnicy w szarą kratę. Miała na sobie krótką, ciemną kurtkę z kapturem. Całość obszyta futerkiem. Gdy założyła nogę na nogę, zauważyłem czarne, sznurowane buciki sięgające ponad kostkę. Za bagaż służył jej niewielki, staromodny, skórzany kuferek, podobny do tych jakie jeszcze można zobaczyć na filmach przedstawiających lekarzy z przełomu wieku dziewiętnastego i dwudziestego.
Usiadła naprzeciw mnie. Poczułem zapach jej perfum, mieszaninę lawendy z czymś gorzkim. Miałem ze sobą jakieś gazety, próbowałem je czytać, ale jej obecność rozpraszała mnie. Cały czas mi się przyglądała. Zauważyłem. że jest bardzo blada, oczy miała jakby podkrążone. Od czasu do czasu wybuchała atakami suchego kaszlu. Odniosłem wrażenie, że już gdzieś musiałem ją spotkać. Tylko gdzie? Chyba na którymś z moich wykładów. Miałem nawet ochotę zapytać ją o to, ale zdałem sobie sprawę, że prawdopodobnie wdałbym się w jakąś, typową, pociągową rozmowę. Nie miałem na to ochoty. Byłem zbyt zmęczony.
W Warszawie miałem przesiadkę na pociąg do Łodzi Fabrycznej. Straciłem ją z oczu. Odnalazła się, a raczej ona odnalazła mnie w przedziale pociągu do Łodzi. Znowu usiadła naprzeciw mnie. Uśmiechnęła się przepraszająco.
Tak dojechaliśmy do Łodzi. Po wyjściu z pociągu szybko udałem się do taksówek. Wsiadłem do pierwszej i kazałem zawieść się na dworzec Kaliski. Dochodziła północ.
Niemal od razu odjeżdżał lokalny pociąg do Kutna. W tym pociągu nie było wagonów z przedziałami. Mimo późnej pory jechało nim sporo ludzi. W wagonie drugiej klasy, do którego wsiadłem około połowy miejsc było zajętych. Rozejrzałem się. Siedziała w roku wagonu, miejsce obok niej było wolne. Nasze spojrzenia na moment spotkały się. Szybko odwróciłem wzrok, udając, że jej nie zauważyłem. Zdążyłem jednak spostrzec, a może mi się tak tylko wydawało, że wskazała mi wzrokiem miejsce koło siebie.
Usiadłem z daleka od niej w przeciwnym rogu wagonu. Całą drogę zastanawiałem się jak zdążyła na ten pociąg przede mną, Na Fabrycznym tylko ja brałem taksówkę.
W Grotnikach wysiadły tylko dwie osoby, ja i ona. Bardzo szybkim krokiem przemierzyłem te kilkaset metrów do domu. Dopiero otwierając furtkę kluczem, rozejrzałem się dyskretnie. Nasza ulica na odcinku od dworca jest słabo oświetlona. Tylko dwie latarnie dają przytłumione rosnącymi przy krawężnikach drzewami, światło. Nikogo nie zauważyłem. Musiała pójść w innym kierunku.
W domu szybko się przebrałem w pidżamę. Zrobiłem sobie herbaty i zażyłem lekarstwa przepisane przez lekarza. Były to jakieś pigułki na uspokojenie nerwów. Nawet nie wiem, jak się nazywają. Nigdy nie interesowały mnie takie sprawy jak lekarstwa. Moim zdaniem, skoro lekarz je przepisał to wiedział co robi, a to jak one się nazywają to już nie moja sprawa.
Różnię się tym diametralnie od Mani. Ona zawsze dokładnie musi przestudiować załączone do lekarstwa ulotki. Jest postrachem pracowników aptek. Potrafi długo męczyć ich i żądać wyjaśnień o skutkach ubocznych lekarstwa, czy dane lekarstwo często jest przepisywane i czy kupujący nie przychodzą ze skargami.
Mania kupiła mi te lekarstwa. To ona zmusiła mnie do pójścia do lekarza i to koniecznie do doktora Kaczmarka, do spółdzielni przy Piotrkowskiej. Ostatnio miałem trudności z zasypianiem. Często budzę się w nocy. Śnią mi się jakieś męczące bzdury. Wszystko to chyba z powodu ostatnich kłopotów w pracy.
Aby się wyrobić z moimi fuchami, urywam się często z zajęć, spóźniam się. Wszyscy tak robią, ale ja chyba przesadziłem. Byłem wezwany na rozmowę do rektora. Ostrzegł mnie, że są na mnie skargi, że się zaniedbuję w pracy. Mam skończyć z pracami na boku, w przeciwnym razie będzie musiał interweniować.
Od kilkunastu dni zastanawiam się co robić dalej. Nie chcę i nie mogę rzucić fuch. Potrzebujemy pieniędzy. Chcemy kupić mieszkanie w Łodzi. Chodzę struty, nie mam apetytu, nawet w łóżku mam kłopoty. Stąd wzięły się naciski Mani na wizytę u lekarza. Przed położeniem się zażyłem jeszcze jedną porcję lekarstw, tak na wszelki wypadek.
Coś mnie wybudziło z głębokiego snu. Spojrzałem na zegarek. Trzecia piętnaście. To chyba ten wiatr za oknem. Będę musiał zrobić coś z tym drzewem przy bramie. W czasie większego wiatru ociera się o ogrodzenie i głośno skrzypi. Umarłego mogłoby obudzić.
Próbowałem zasnąć, gdy wtem usłyszałem, że ktoś spuszcza wodę w toalecie na piętrze. Wystraszyłem się. Przecież jestem sam w domu. Pod łóżkiem mam kij bejsbolowy.
Koledzy doradzili mi, że dobrze mieć coś takiego pod ręką jak się mieszka na zadupiu. Zanim się podniosłem z łóżka wymacałem ręką kij. Chwyciłem go mocno, ale nie wstawałem. Bałem się. Wiedziałem, że jeśli na górze jest jakiś włamywacz a ja go tam zastanę to nie będę miał wyjścia tylko muszę z nim walczyć.
Nigdy nie brałem udziału w bójkach. Chuchrem nie jestem, ale nie mam doświadczenia z używania takiego kija. A jak go uderzę za mocno i zabiję drania? A może tam jest ich dwóch… Albo trzech? Wtedy oni mnie zabiją… Co robić? Mam przy łóżku komórkę. Zadzwonię na policję to ci na górze usłyszą, jak rozmawiam, a po za tym zanim policja tu przyjedzie to ja już będę zimny trup.
W końcu się zdecydowałem. Włączyłem lampkę na stoliku przy łóżku. Wstałem gwałtownie. Włączyłem światło przy drzwiach. W przedpokoju też. Włączyłem wszystkie światła na dole i przed domem. Zatrzymałem się przy schodach na górę. Żarówka w lampie na schodach od dawna była przepalona. Nie używaliśmy schodów, więc jej nie wymieniłem. Teraz żałowałem tego. W kuchni powinna być gdzieś latarka. Nie będę jej teraz szukał.
Schody na górę są dosyć wąskie, po obydwóch stronach jest ściana. Na pół piętrze zakręcają w prawo pod kątem prostym. Na piętrze zakończone są drzwiami. Są one do połowy przeszklone matową szybą. Nie są zamykane na klucz.
Schody, tak jak cały dom, są murowane. Taka solidna bunkrowata konstrukcja z początków lat sześćdziesiątych. Nie powinny skrzypieć jak się po nich chodzi. Ale pokryte są terakotą i słuchać na nich kroki jak się idzie w pantoflach z twardą podeszwą.
Byłem już blisko drzwi na górze, miałem jeszcze może ze cztery stopnie do pokonania, gdy nagle przez szybę zauważyłem poruszający się cień. Zamarłem. Trwało to może pół sekundy jak sobie uświadomiłem, że to światło lampy zapalonej przed domem rzuca cień poruszających się na wietrze gałęzi. Tuż za drzwiami jest okno wychodzące na ulicę.
Otworzyłem drzwi. Chwilę nasłuchiwałem. Nic nie usłyszałem. Włączyłem światło przy drzwiach. Potem szybko od pokoju do pokoju z kijem gotowym do uderzenia, otwierałem drzwi i zapalałem wszystkie lampy. Na końcu korytarz jest łazienka. Zanim ją otworzyłem czekałem chwilę pod drzwiami.
Z kijem uniesionym do góry chciałem otworzyć drzwi mocnym kopnięciem. W ostatniej chwili przypomniałem sobie, że te drzwi otwierają się na zewnątrz. Włącznik światła w łazience jest na korytarzu. Drzwi mają na górze niewielką matową szybkę, tylko po to, aby było widać, czy jest tam kto.
Włączyłem światło i otworzyłem drzwi. Było pusto. Pozostawała jeszcze plastykowa zasłonka nad wanną do połowy zasunięta. Byłem wyczerpany nerwowo. Jednym uderzeniem kija zerwałem ją z kółeczek na ramie nad wanną. W łazience nikogo nie było. odetchnąłem z ulgą.
Obejrzałem sedes. Klapa była podniesiona. Zawsze irytowały mnie nieopuszczone klapy sedesów. Machinalnie opuściłem ją ostrożnie, aby nie uderzyła gwałtownie. Przypadkiem dotknąłem dłonią siedziska. Było ciepłe, tak jakby ktoś przed chwilą z niego wstał. Nie zdążyłem się nad tym zastanowić, ponieważ mój mózg zarejestrował coś bardziej dziwnego.
Zapach, który znałem od niedawna. Lawenda z czymś gorzkim.
„Nie. To musi mi się zdawać” – pomyślałem – „Łazi mi po głowie ta z pociągu…”
Cholera, niepotrzebnie brałem tą drugą porcję lekarstw. Mam teraz jakieś przewidzenia.
Wróciłem do łózka. Na wszelki wypadek zostawiłem wszystkie światła włączone.
Rano obudziłem się z okropnym bólem głowy. Jakbym miał kaca, a przecież nic nie piłem od dawna. Z pracy zadzwoniłem do Mani tak aby odebrała telefon na przerwie między lekcjami. U niej wszystko w porządku, jazdy z instruktorem idą dobrze. Umówiliśmy się na wczesny wieczór na Kaliskim, aby razem wrócić do domu. Nic jej nie mówiłem o mojej ostatniej nocy.
W pociągu Mania zauważyła, że rozglądam się jak bym kogoś wypatrywał
„Szukasz kogoś?”
„Nie. Dlaczego tak myślisz?”
„Rozglądasz się jak byś kogoś miał tu spotkać…”
„Tak tylko patrzę po ludziach”
Byłem zły na siebie. Nie potrafiłem ukryć, że sprawdzam czy niema tu nieznajomej z pociągu z Radomia.
Nigdy nie zwracałem uwagi na to, ile osób i kto wysiada z pociągu. Tym razem w Grotnikach przyglądałem się tym kilku osobom co wysiadły z nami. Jej nie zauważyłem. W domu mania zauważyła niepogaszone światła w całym mieszkaniu
„Miałeś tu bal jakiś czy co? Po co ci te wszystkie światła? I dlaczego je nie wyłączyłeś?… wiesz, że musimy oszczędzać…”
Jak tylko ściągnęła płaszcz zaczęła wygaszać zbędne oświetlenie. Pobiegła na górę
„No Tak! Doczekałam się… Mamusia mnie ostrzegała… Nie można cię zostawić samego w domu. Miałeś tu jakąś lafiryndę!” – Krzyczała z góry
„Co ci przyszło do głowy, kochanie? O jakiej lafiryndzie mówisz?”
„Przecież czuję, że tu była” – odpowiedziała przez łzy – „Śmierdzi jej perfumami w całym domu… Tylko nie mów, że to moje! Ja takich nie używam… O! zostawiła kosmetyki w łazience!”
„Może to zostawiły dziewczyny… Wtedy, wiesz na parapetówce?…”
Mówiąc to poczułem ciarki na grzbiecie.
„Niemożliwe, wszystko było wysprzątane. Cały dzień wtedy sprzątałam, jak ty leżałeś i trzeźwiałeś!… Kto tu był?!”
„Przysięgam ci, że tu nikogo nie było…”
„To wytłumacz się z tego…”
„Z czego?”
„Nie udawaj głupka!… Z tych kosmetyków i tego zapachu!”
„Już ci mówiłem, Musiały zostać po…”
„Dosyć!!!…” – przerwała mi – „Myślałam, że będzie tak, jak żeśmy się umawiali. Że mi powiesz jak będziesz miał mnie dosyć…”
Rozbeczała się. Wiedziałem, że nie należy jaj przerywać
„Ale ja nie jestem taka jak ty! Mam odwagę, aby ci powiedzieć… Odchodzę. Nie dlatego żeś sobie tu sprowadził tą lafiryndę, tylko dlatego że nie potrafisz się do tego przyznać i przeprosić, że łamiesz nasze ustalenia, które sobie przyrzekliśmy…”
„Nie mam się do czego przyznawać!… Do ciężkiej cholery!”
„Zamilcz!… Wracam do mamusi! Jutro się spakuję i więcej nie chcę cię znać! A teraz, wynoś się spać na kanapę do drugiego pokoju!”
„Nic nie zawiniłem. Nie mam powodu, aby spać na kanapie…”
„Dobrze… w takim razie ja tam będę spała”
I tak dalej… Położyliśmy się spać bez kolacji. Przypomniałem sobie o moich lekarstwach. Wstałem, aby zrobić sobie herbatę. Naszykowałem lekarstwa i w pewnej chwili pomyślałem
„W dupie tam, z tymi pigułkami!”
Po czym wszystkie wyrzuciłem do kosza ze śmieciami.
Przerażający krzyk wybudził mnie ze snu. Mania krzyczała w sąsiednim pokoju. Złapałem kij z pod łóżka i wpadłem do pokoju, w którym spała Mania. Włączyłam światło. Przez chwilę nic nie widziałem oślepiony mocną żarówką. Po chwili zauważyłem puste posłanie na kanapie. Błyskawicznie ogarnąłem pokój wzrokiem. Mania stała za firanką przy oknie
„Co się stało?!”
Nie odpowiadała. Drżała na całym ciele. Patrzała przed siebie niewidzącym wzrokiem Potrząsnąłem nią. Spojrzała na mnie, zaczęła histerycznie szlochać
„Uspokój się… Co się stało?”
„Ktoś wszedł do pokoju…”
„Kto?!”
„Nie wiem… Usłyszałam kroki na schodach a potem w przedpokoju… Drzwi się uchyliły… Boże, jak ja się boję!”
Znów zaczęła płakać.
„Tu nikogo niema. Jesteśmy tu sami…”
„Nieprawda! Ktoś jest na górze… Ukrywasz tam tą swoją kochanicę… Przyszła mnie zabić…”
„Bzdury! Kobieto, nie mam żadnej kochanicy!… Tam nikogo niema. Chodź ze mną, sprawdzimy”
„Nigdzie nie pójdę. Natychmiast opuszczam ten dom”
„Gdzie pójdziesz o tej porze?… Trzecia jest. To nie Łódź! Uspokój się, weź tego kija do ręki i idź za mną… Udowodnię ci, że tam nikogo niema”
Uspokoiła się nieco. Chyba moje argumenty przekonały ją. Włożyła szlafrok. Podałem jej kija, ale nie chciała go wziąć
„Idź pierwszy” – nakazała mi.
Włączyłem światło w przedpokoju. Zanim weszliśmy na schody zajrzeliśmy do kuchni. Tam też zapaliliśmy światło. Mania wyjęła z jednej z szafek latarkę. Na schodach w dalszym ciągu nie było światła
„Kiedy wymienisz żarówkę?” – Zapytała
„Jutro”
Zaraz za półpiętrem zauważyliśmy przez szybę w drzwiach na górze schodów zapalone światło. Zatrzymaliśmy się.
„Musiałaś wczoraj nie zgasić jak się na mnie wściekałaś…”
„Wszystko pogasiłam… Tam jest twoja kochanica…”
„Bzdura!”
Rozwścieczony ruszyłem szybko na górę. Otworzyłem gwałtownie drzwi… Te cholerne perfumy! Zapach był bardzo intensywny. Za zamkniętymi drzwiami łazienki świeciło się światło. Mania intensywnie wchłaniała nosem zapach
„Ona tu jest… Czuję to… Nie tylko perfumy. Czuję zapach kobiety”
„Bzdury!!!”
W łazience nikogo nie było. obeszliśmy wszystkie pokoje. Zaglądaliśmy do szaf, pod łóżka, do kanap. Pogasiliśmy wszystkie światła na górze. Zeszliśmy na dół. Sprawdziliśmy w ten sam sposób wszystkie pomieszczenia. Pozostały jeszcze piwnica i garaż.
Wejście tam jest tylko od zewnątrz. Podobno było kiedyś od mieszkania, ale przy okazji jakiegoś remontu czy przebudowy zostało zlikwidowane na życzenie matki kolegi, który nam ten dom wynajął. Tak mówił jak nas oprowadzał po domu przed wynajmem. Włożyłem kurtkę i buty
„Gdzie się wybierasz?”
„Do garażu i piwnicy. Jak wszystko sprawdzać, to wszystko…”
„Nie zostawiaj mnie tu samej…”
„To chodź ze mną”
Poczekałem aż włożyła coś na siebie. Doszedłem do drzwi wejściowych. Chciałem otworzyć zasuwki na drzwiach. Ku mojemu zaskoczeniu obydwie były nie zasunięte. Drzwi po prostu były nie zamknięte. Jak to było możliwe.
Zawsze, nawet w dzień zamykaliśmy drzwi za sobą ryglując je przynajmniej jedną zasuwą.
„Nie zamknęłaś drzwi za sobą”
„Ja nie zamknęłam?… Ty je otwierałeś i wpuściłeś mnie przodem… Ty je zapomniałeś zamknąć”
„Nie zapomniałem…”
Przez chwilę staliśmy nieruchomo. Jednocześnie pomyśleliśmy o tym samym.
„Kto jeszcze może mieć klucze do tego domu?” – zapytała Mania
„Zaraz z rana zadzwonię do Jaśka. Musi nam powiedzieć kto jeszcze ma klucze do tego domu”
Wychodząc sprawdzić garaż i piwnicę zamknęliśmy drzwi na klucz. W garażu i piwnicy nie znaleźliśmy nic co by nas zaniepokoiło. Wróciliśmy do domu. Zaryglowałem drzwi obydwiema zasuwami. Mania obserwowała, jak to robiłem
„Sprawdź, czy dobrze zamknąłem” – zaproponowałem.
Nic nie odpowiedziała. Odwiesiłem kurtkę. Poszedłem do toalety. Po powrocie do sypialni zastałem Manię w łóżku
„Nie będziesz spała w tamtym pokoju?”
„Nie”
„To ja tam idę…”
„Zostań! Nie wygłupiaj się. Już czwarta minęła. Czas spać. Jutro się rozmówimy”
Rano przy śniadaniu nie poruszaliśmy tematu naszego rozstania. Przed wyjściem obeszliśmy cały dom. Sprawdziliśmy czy wszystkie światła są pogaszone i poszliśmy w milczeniu do pociągu. Mania przypomniała sobie, że jest czwartek i że po południu mają nam przywieść butlę z gazem do kuchni.
W pociągu umówiliśmy się na wspólny powrót. Odbieram dzisiaj mazdę z warsztatu. Podjadę po Manię pod szkołę o piętnastej. W pracy, jak tylko znalazłem chwilę czasu zadzwoniłem do Jaśka Kaliniaka
„Cześć Jasiu. Masz chwilę czasu? Musimy porozmawiać”
„Cześć. Co się stało?”
„Zapytam prosto z mostu… Kto jeszcze oprócz nas ma klucze do domu w Grotnikach?”
„Nikt… To znaczy ja, rzecz jasna. Dlaczego pytasz?”
„Podejrzewam, że ktoś się kręci po mieszkaniu…”
„Jak was niema?” – przerwał mi
„Oto chodzi, że nie jak nas niema, tylko w nocy jak śpimy. Budzą nas hałasy, ktoś włącza światło. Wczoraj drzwi wejściowe były otwarte”
Przez dłuższą chwilę była cisza w telefonie. Nie odpowiadał
„Halo! Jasiu, słyszysz mnie?!”
„Tak! Tak! Słyszę… Słuchaj, musimy się spotkać. Chcę ci coś wyjaśnić…”
„Nie możesz teraz?”
„Nie. To nie jest na telefon. Mogę wpaść do was do Grotnik wieczorem?”
„Oczywiście. Zawsze możesz. Przyjedź po szóstej”
Odebrałem auto, potem podjechałem po Manię. Powiedziałem o rozmowie z Jaśkiem i że będziemy go mieli wieczorem w domu. Zatrzymaliśmy się jeszcze przy Tesco, aby kupić coś na kolację.
Mania nie poruszała tematu rozstania, ja też nie. Do domu przyjechaliśmy około piątej. Było już ciemno. Sprawdziliśmy czy w oknach nie widać światła. Wszystko było w porządku. Drzwi wejściowe też. W środku Mania od razu zajrzała do wszystkich pomieszczeń, potem zapuściła się na schody, ale stanęła zaraz na pierwszym stopniu
„Chodź ze mną na górę” -zażądała
„Tylko schowam samochód do garażu…”
„Samochód może poczekać… Chodź. Słyszysz?… Sama tam nie pójdę”
Nie chciałem niepotrzebnych dyskusji. Poszliśmy na górę.
„Skąd się bierze ten cholerny zapach?!” – Niemal z płaczem zapytała
„Nie wiem. Może w łazience coś jest rozlane…”
„Nic nie jest rozlane. Wszystko wysprzątałam”
„A za wanną sprawdzałaś?”
„Chcesz powiedzieć, że za wanną nie sprzątam?… Wszystko! Rozumiesz, wszystko wysprzątałam. A poza tym poprzednio nie było tego zapachu. Pierwszy raz go poczułam wczoraj, jak wróciłam po tym, gdy byłeś tu sam. I jak to wytłumaczysz?”
„Proszę cię, nie zaczynaj. Nie wiem, jak to wytłumaczyć, ale wiem, że jakieś wytłumaczenie musi być”
„No pewno… Już ci mówiłam skąd ten zapach, ale ty wszystkiemu zaprzeczasz”
„Nie zaczynaj, bo nie wytrzymam…”
Przerwał nam dzwonek do drzwi. Spojrzałem na zegarek. Dopiero kwadrans po piątej, to na pewno nie Jasiek. Wyjrzałem przez okno przy schodach. Przy bramie stała furgonetka dostawcy gazu. Złapałem się na tym, że odetchnąłem z ulgą.
„Psiakrew, zaczynam się bać dzwonków do drzwi” – pomyślałem wściekły na siebie.
Zszedłem na dół. Szybko wymieniliśmy butlę z gazem. W między czasie Mania przyszła do kuchni
„Nie wiem co robić? Szału dostanę jak ten zapach nie zniknie!”
„Otworzymy na noc okna na górze. Musimy tam solidnie przewietrzyć.” – powiedziałem
„To może drzwi też zostawmy otwarte?! Niech wchodzi kto chce!”
„Masz lepszy pomysł?” – zapytałem
„Tak! Wyprowadzam się! Mam, gdzie mieszkać. Jak tak dalej będzie, to na święta będę u mamusi, a ty sobie sprowadzaj tutaj pachnące dziwki”
„Mańka przestań! Chcesz, to cię jeszcze dzisiaj odwiozę do mamusi. Ale wiedz, że nikogo tu nie sprowadzałem”
Poszedłem wstawić auto do garażu. Potem w piwnicy dołożyłem koksu do pieca centralnego ogrzewania. Zamierzałem wietrzyć w nocy piętro.
Tuż po szóstej przyjechał Jasiek. Mania zdążyła przyszykować jakieś kanapki. Zaprosiliśmy go do stołu. Wyglądał na zakłopotanego.
„Nie wiem, jak zacząć… To skomplikowana sprawa”
„Co w tym skomplikowanego, Jasiu? Ktoś tu zagląda po nocy. Na górze od niedawna czuć zapach perfum…”
„Perfumy… Zgaduję, że lawenda, prawda? Rodzice narzekali na to przed śmiercią…”
„Widzisz kochanie, to nie żadna lafirynda jak myślisz, tylko…”
„Już ja was znam. Zdążyliście się umówić, taka męska, szowinistyczna, solidarność. Że niby ten zapach to nic nowego!” – przerwała mi
„Marysiu, pozwól, że ci wyjaśnię” – przerwał jej Jasiu – „Zacznę od początku. Ten dom wybudował nasz ojciec w 62gim. Kupił tą działkę od Marty Keiserbrecht, córki Ludwika. Ty Heniu powinieneś wiedzieć o kogo chodzi…”
Oczywiście że wiedziałem. W jednej chwili coś zaczynało mi świtać w głowie, ale jeszcze nie pojmowałem w jaki sposób jestem w to zamieszany.
„Tak, Jasiu, wiem. Ludwik Keiserbrecht, przedwojenny fabrykant ze Zgierskiej. Apretury, farbiarnie. Miał też tkalnie, ale on mieszkał w pałacyku przy Zgierskiej, Nie tutaj. Tam jest teraz, zdaje się Pałac Ślubów…”
„Zgadza się. Miał też trzy wille letniskowe w okolicach Łodzi. Dwie w kolumnie i jedną tu w Grotnikach. Gdy Niemcy wkroczyli do Łodzi podarował tą tutaj córce Marcie. W 45tym Marta nie wyjechała z Łodzi. Była starą panną. Całkowicie spolonizowana. Miała tu w Grotnikach stajnie. Udzielała lekcji hippiki. W czasie wojny ukrywała tu często brata Alfreda z żoną Marylą…”
„Poczekaj! Poczekaj! Mówisz o Maryli córce Biedermanna tego fabrykanta z Franciszkańskiej i Kilińskiego. Przecież ja o nich chcę pisać książkę. Zbieram materiały” – Przerwałem mu
„Tak Heniu. O niej. Była ścigana przez Niemców. Pomagała ukrywającym się po 39tym polskim żołnierzom. Była w Związku Walki Zbrojnej, później w AK”
„Dobrze. Ale co to ma wspólnego z tym domem?”
„Zaraz dojdę do tego, ale musicie obiecać, że nie będziecie się śmiać”
„Daleko nam do śmiechu…” – Powiedziałem.
I to była prawda. Byłem podekscytowany. Maryla, córka Biedermanna. Nazywali ją zdrobniale Lil. Wyszła za mąż w 41szym za Alfreda, syna Ludwika Keiserbrechta. Czyżby to o niej marudziła coś Halina wtedy w nocy, jak przyszła do naszego łóżka?
W jakiś dziwny sposób wiedziałem, a raczej domyślałem się o czym Jasiek będzie mówił. Mania siedziała przy stole milcząca. Widać było po niej, że nie nadąża za naszą rozmową
„Pytasz co to ma wspólnego z tym domem… Po wojnie Marta mieszkała w willi sama. Konie Niemcy zarekwirowali jak stąd uciekali. Nowe władze upaństwowiły fabrykę i pałacyk Keiserbrechta, ale tej willi nie ruszali. Dokwaterowano jej tylko trzy rodziny. Dla nie został jeden pokój na parterze. Marta w 45tym miała trzydzieści jeden lub trochę więcej lat. Nie mogła dostać żadnej pracy. Chwytała się dorywczo różnych zajęć, aby przeżyć. W końcu dostała pracę tkaczki w znacjonalizowanej fabryce ojca. Pracowała do wyjazdu do RFN-u w 68mym. Ale wcześniej był pożar. Willa spaliła się w 58mym. Nikt nie zginął w pożarze. Rodziny, które tam mieszkały dostały inne mieszkania. Marta zamieszkała w tych szopach w tyle działki, wiesz, te co się tam rozpadają. – Trzeba będzie w końcu je rozebrać… Ojciec kupił tą działkę z pogorzeliskiem. Wiesz, mój ojciec był zamożny, jak na owe czasy. Był prywaciarzem. Wyrabiał filcowe pantofle. Marta przez pewien czas pracowała u niego. Wtedy dowiedział się o działce, że jest na sprzedaż. Marta za pieniądze uzyskane ze sprzedaży wynajęła mieszkanie gdzieś w Zgierzu…”
„Dobrze Jasiu, to jest historia… Przejdź do rzeczy… Kto nas odwiedza po nocach?”
„Nikt”
„Jasiu… Jeszcze raz powtarzam ci… Ktoś chodzi w nocy po piętrze, włącza światło…”
„Wierzycie w duchy?” – Przerwał mi.
„Żartujesz chyba?!…”
„Obiecałeś się nie śmiać”
„No dobrze. Mów dalej”
„Dom był gotowy do wprowadzenia się w 63cim. Krótko po tym jak starzy wprowadzili się do tego domu ojciec przeniósł warsztat do piwnicy. Na Piotrkowskiej, niedaleko Katedry, pozostał tylko sklep. Początkowo pracowała tam nasza mama. Ale jak przyszły dzieci zajęła się domem.
Moje siostry urodziły się w 65tym i 68mym. Ja, tak jak ty w 71szym. Dopiero po moim narodzeniu zaczęły się tu dziać dziwne rzeczy. Mama słyszała w nocy kroki. Dochodziły ze schodów prowadzących z piwnicy. Ojciec nic nie słyszał. Miał przytępiony słuch od czasu, gdy był ranny na wojnie. Sprawdzali wszystko za każdym razem. Schodzili do piwnicy do warsztatu ojca. Czuli zapach perfum…”
„Lawenda?” – zapytałem
„Tak. Lawenda. Miał tam leżankę. Często musiał przerywać pracę i kłaść się na dziesięć czy piętnaście minut. Krzyż dawał mu się we znaki… Matka ubzdurała sobie, że ojciec spotyka się tam z kochanką…”
„Wiedziałam! Wiedziałam żeście się zmówili!… Teraz Jasiu, pieprzysz o tych duchach, aby bronić Heńka!… Chcesz żebym w to uwierzyła?!” – przerwała Mania
„Nieprawda. Słuchaj dalej Marylko… Ojciec miał już dosyć tych oskarżeń. Przy okazji odnawiania mieszkania kazał skasować wejście na schody do piwnicy. Jak się dobrze przejrzeć to widać jeszcze na ścianie za wieszakiem, w przedpokoju, ślady po zamurowanych drzwiach. Są tam w dalszym ciągu te schody. W piwnicy zastawione są półkami i starymi rupieciami. Są mało widoczne… Po tej przeróbce matka się uspokoiła. Nie słyszała więcej kroków po nocy. Dopiero na krótko przed ich tragiczną śmiercią w 2004tym, na nowo pojawiły się problemy z tym… No. Jak to nazwać?… Z duchami…”
„Daj spokój Jasiu… Bądź poważniejszy…”
„Mam mówić dalej czy nie?!”
„2004ty rok, to już dwudziesty pierwszy wiek a ty, człowiek wykształcony o duchach opowiadasz…”
„Dobrze… Dobrze. Sami sobie nazwijcie to jak chcecie. Podam tylko fakty. W tym czasie mieszkali tu sami. Moje siostry były już od jedenastu lat w Niemczech, a ja kupiłem mieszkanie w Łodzi. Jakiś miesiąc przed ich śmiercią – zginęli w grudniu, tak jak teraz, przed świętami, budził ich niemal co noc zapach tych przeklętych perfum. Z początku ignorowali to, szukali jakiegoś wytłumaczenia, Ojciec posądzał matkę, że rozbija niechcący swoje buteleczki z kosmetykami, Miała wtedy sześćdziesiąt osiem lat, z rąk jej wszystko leciało. Ona zaprzeczała. Twierdziła, że to on rozsiewa te zapachy. Obwąchiwała go jak tylko wchodził do domu. W tym czasie już nie pracował. Miał siedemdziesiąt pięć lat. Wyjeżdżał tylko raz, czasem dwa razy w tygodniu po zakupy do Zgierza lub Łodzi…”
„Mówisz, że zginęli tragicznie… Co się im stało?” – Zapytała Mania
„To był 20ty grudnia, poniedziałek, jakiś kierowca zauważył ich rozbity samochód, na drzewie, zaraz za Grotnikami. Było przed piątą rano. Mama już nie żyła, ojciec był jeszcze przytomny Wezwana karetka zabrała go do szpitala w Zgierzu. Zmarł po kilku godzinach… Najdziwniejsze jest to, że mieli na sobie pidżamy i narzucone na to kożuszki. Matka miała na nogach pantofle. Kierowca, który ich znalazł, zeznawał, że mimo iż ojciec był przytomny, trudno było się z nim porozumieć. Był apatyczny, mówił coś o kobiecie, która zmusiła ich do ucieczki z domu, że wyjechali o trzeciej. Prosił, żeby go nie zawozić tam z powrotem.
Policja prowadziła śledztwo, myślano, że był to napad rabunkowy na dom. Kiedy okazało się, że w domu nic nie zginęło, mimo że zostawili drzwi szeroko otwarte, oraz nie znaleziono żadnych śladów włamania, szybko śledztwo umorzono.”
„Skąd wiesz, że mieli te… No, jak to nazwać… Przewidzenia, że czuli te zapachy?”
„Kilka dni przed tragedią ojciec dzwonił do mnie. Umawialiśmy się na święta. Przy okazji użalał się na matkę. Mówił, że jest z nią coraz gorzej, że ma przewidzenia, że go obwąchuje i ma, jak to powiedział, fioła na punkcie tych perfum. Powiedział też, że jak tak dalej będzie, to trzeba ją zabrać do psychiatry i że on też chyba musi się leczyć, bo na stare lata uwierzył w duchy.
Zbyłem to jakimś żartem. Nawet się nie oburzył. Stwierdził, że widział przez okno w nocy kobietę chodzącą po ogrodzie. Zaglądała do tych starych komórek w głębi posesji. Mówił, że sprawdzał tam następnego dnia, ale nie znalazł żadnych śladów. Furtka i brama zamknięte były na klucz a w ogrodzeniu nie ma dziur, przez które można by wejść”
Dłuższą chwilę milczeliśmy. Mania poszła zrobić więcej herbaty. Zaproponowałem, aby iść na piętro. Chciałem, aby on też poczuł zapach perfum. Tym razem nie było śladu zapachu, mimo że jeszcze przed jego przyjazdem był bardzo intensywny. Zeszliśmy na dół.
„Kiedy do mnie zadzwoniłeś i powiedziałeś, że ktoś chodzi po domu po nocach, od razu pomyślałem, że muszę wam to wszystko opowiedzieć. Wcześniej wam o tym nie mówiłem. Po prostu uważałem to wszystko za produkt wyobraźni dwojga starszych, nie najzdrowszych ludzi, ale jeżeli wy też coś słyszycie i czujecie… No to coś musi w tym być”
„Na pewno nie duchy. Nie uwierzę w to” – przerwałem mu
„A ja jestem gotowa uwierzyć w coś nadprzyrodzonego… Coś poprzedniej nocy weszło do mojego pokoju… Czułam to”
„Kochanie, ja wszedłem, jak zaczęłaś krzyczeć…”
„Nie. Nie, Heniuś. Ktoś wszedł przed tobą…”
„Słuchajcie. Mam propozycję. Jeśli boicie się duchów” – Jasiek powiedział to z lekką ironią głosie – „To możecie się wyprowadzić w każdej chwili. Zapomnijcie o tych trzech miesiącach wypowiedzenia, które są w umowie najmu…”
„Jasiu, nie boimy się duchów z tej prostej przyczyny, że w duchy nie wierzymy… To po pierwsze. Po drugie – Nie mamy się, gdzie wyprowadzić…” – odpowiedziałem nieco poirytowany
„Mów za siebie… Nie wiem czy to duchy, czy coś nadprzyrodzone… To po pierwsze. A po drugie to mamy się, gdzie wyprowadzić. Mamusia ma dla nas miejsce”
„To ja już wolę zostać tu z duchami…”
„He! He! He! Myślisz, że są mniej groźne niż teściowa?” – zaśmiał się Jasiek
„Nie podoba mi się to co powiedziałeś. Mamusia by nam nieba uchyliła, gdyby mogła, a jak nie chcesz mieszkać z teściową to kup mieszkanie”
„Kochanie, zostaniemy tu jeszcze przez rok, najwyżej dwa. Obliczyliśmy przecież że aby kupić mieszkanie w Łodzi i nie zadłużać się za bardzo, musimy poczekać jeszcze rok. Teraz nie możemy sobie na to pozwolić. Musielibyśmy wziąć zbyt duży kredyt, a tego ani ty, ani ja nie chcemy”
Porozmawialiśmy jeszcze trochę o innych rzeczach. Zapytaliśmy, jak się czuje żona i dzieci. Czy nie lepiej byłoby, aby się sprowadzili tutaj. Jasiek powiedział, że może latem, jak nam nie będzie przeszkadzać to Zosia, jego żona spędzi tu ze trzy tygodnie z dziećmi. Była tu latem poprzedniego roku, ale źle się tu sama czuła. Źle spała, bała przewrażliwiona na punkcie napadów. Akurat wtedy było jakieś włamanie w nocy do domu na sąsiedniej ulicy. Pobito przy tym mieszkającą tam samotnie staruszkę. On niestety musiał pracować. W tym roku będzie podobnie. Ale jak Zosia, jego żona, będzie tu razem z nami to może będzie nam wszystkim raźniej.
Oczywiście, nie mieliśmy nic przeciwko temu. Jasiek zaprosił nas do siebie. Obiecał pokazać album ze starymi fotografiami domu, pogorzeliska i tej willi z czasów przedwojennych. Ojciec znalazł album ze starymi zdjęciami poprzednich właścicieli. Znalazł go w szopie jak próbował ją posprzątać. Obiecaliśmy wpaść po Nowym Roku.
Po wyjściu Jaśka nie rozmawialiśmy już więcej na ten temat. Mania zabrała się za sprawdzanie zeszytów swoich uczniów a ja przeglądałem materiały do książki na temat Biedermannów.
W nocy się nie wyspałem. Nie dlatego że coś się wydarzyło, ale dlatego że się właśnie nic nie wydarzyło. Mania wstawała kilka razy. Z latarką i kijem obchodziła cały dom. Nie wychodziła tylko do garażu i do piwnicy. Rano, niewyspani pojechaliśmy do pracy. Tak było do Świąt Bożego Narodzenia.
Na Wigilii byliśmy u teściowej. W pierwszy dzień Świąt pojechaliśmy do moich rodziców. Wiedziałem, że ojciec będzie chciał się ze mną napić, więc auto zostawiliśmy w domu. Pojechaliśmy pociągiem.
No i stało się. Nie zauważyłem, aby wsiadała w Grotnikach. Usiadła naprzeciwko nas. Uśmiechnęła się do nas, a właściwie chyba tylko do mnie. Ubrana była identycznie tak jak ją widziałem wtedy w czasie podróży z Radomia. Zamarłem. Zacząłem intensywnie wciągać powietrze nosem, aby wyczuć zapach perfum. Mania zdziwiona spojrzała na mnie
„Co ci jest?” – zapytała
„Nic. Coś mnie kręci w nosie. Chyba będę miał katar” – Skłamałem.
Perfum nie poczułem, ale wiedziałem już skąd znam tą kobietę. Widziałem ją na zdjęciach jakie miałem w moich materiałach o rodzinie Biedermannów. To Lil ich córka.
Resztę podróży siedziałem jak sparaliżowany. Mania od czasy do czasu spoglądała na mnie z niepokojem, ale o nic nie pytała. Z dworca na Franciszkańską do rodziców dojechaliśmy taksówką. Po wyjściu z samochodu długo się rozglądałem, wypatrując czy jej nie ujrzę.
„Co ci jest? Wyglądasz na przerażonego jak byś ducha zobaczył”
„Co?!… Jakiego ducha?… Nie nic mi nie jest. Trochę źle się czuję. Chyba będę miał katar”
U rodziców siedziałem jak struty. Też się wypytywali o moje samopoczucie i zdrowie. Nie wypiłem nawet kieliszka. Ojciec był bardzo zaniepokojony. Rozmowa przy stole się nie kleiła. Aby podkreślić jak bardzo źle się czuję przeprosiłem wszystkich i poszedłem do drugiego pokoju położyć się na trochę. Matka chciała wezwać lekarza, ale powiedziałem, że to mi przejdzie, że jestem przemęczony pracą i teraz ten katar czy przeziębienie, jeszcze.
W końcu wcześniej pojechaliśmy do domu. W drodze powrotnej nie widziałem jej, chociaż usilnie wypatrywałem. Zauważyłem, że Mania jest poważnie zaniepokojona moim stanem.
„Zaraz, jak tylko będziemy w domu, kładziesz się do łóżka. Dam ci coś na przeziębienie i na uspokojenie nerwów”
„Jestem spokojny! Nie chcę żadnych zasranych pigułek na nerwy! Po tym tylko gorzej się czuję”
”Widzę, jaki spokojny jesteś. Jutro zostajemy w domu, wyleżysz się to ci przejdzie”
Bałem się nocy. Bałem się pokazać Mani, że się boję. Przecież nie wierzę w duchy, do cholery! Może naprawdę jestem przemęczony? Zjedliśmy wczesną kolację. Mania dała mi garść pigułek. Nie protestowałem, chociaż wcześniej powiedziałem sobie, że nie zażyję ani jednej. Próbowaliśmy popatrzeć na świąteczny program w telewizji, ale żaden nas nie zainteresował. Położyliśmy się dosyć wcześnie
„Wiesz co?… Zostawimy zapaloną lampkę na stoliku. Będzie nam raźniej” – Zaproponowała Mania
„Po co? Boisz się?”
„Nie! No co ty? A właściwie boję się o ciebie. Źle wyglądasz”
Usnęliśmy prawie od razu. W nocy nic się nie wydarzyło. Obudziliśmy się około dziewiątej. Byliśmy wypoczęci.
Drugi dzień świąt spędziliśmy w łóżku. Wychodziliśmy tylko po to, aby coś zjeść. Następna noc była równie spokojna. Miałem wolne z uczelni aż do drugiego stycznia. Mania jeszcze dłużej, bo aż do Trzech Króli.
Do Sylwestra siedzieliśmy w domu. Matka zadzwoniła zapytać się o moje zdrowie, a po za tym nic się nie działo. Na Sylwestra byliśmy zaproszeni do Mietka i Haliny. Takie składkowe spotkanie. Miały być jeszcze jakieś dwie pary.
Wszyscy bezdzietni, na dorobku, odkładający pieniądze na mieszkanie lub samochód. Pójście na jakąś zabawę sylwestrową nie wchodziło w rachubę. Szkoda pieniędzy.
Wcześniej było postanowione, że pojedziemy tam pociągiem. Przecież na Sylwestra trzeba się będzie napić, ale w ostatniej chwili zmieniłem zdanie
„Pojedziemy autem. Będzie wygodniej. Po co taskać te twoje sałatki i pieczeń pociągiem”
„Nie będziesz pił?”
„Nie. Po tych lekarstwach na nerwy co mi je dajesz, chyba nie wolno pić alkoholu? A nawet jakbym wypił kieliszek, czy dwa to najwyżej zostawimy tam samochód”
Nie chciałem jechać pociągiem, aby nie spotkać Lil. Oczywiście zdawałem sobie sprawę z absurdalności moich obaw, ale tak na wszelki wypadek, pomyślałem, lepiej nie kusić losu.
Po Nowym Roku, drugiego stycznia czas był jechać do pracy. Chodziłem zmartwiony już od wieczora poprzedniego dnia. Miałem jechać pociągiem. Auto zostało u Mietka i Halinki. W ostatnie chwili Mania stwierdziła, że nie chce siedzieć w domu sama, więc pojedzie ze mną i odwiedzi mamusię.
„No, tak” – Pomyślałem – „Spotkam tą cholerę w pociągu, jak Amen w pacierzu”
Nic takiego się nie wydarzyło, ale siedziałem spięty całą drogę. Mania oczywiście musiała to zauważyć
„Co ci jest? Ostatnio dziwnie się zachowujesz w pociągu”
Nic mi nie jest, ale ostatnio jakoś źle znoszę jazdę pociągami”
„To może zaczniemy jeździć autobusem?”
„Nie. Pociąg jest wygodniejszy. Nie przejmuj się mną. To mi przejdzie”
W pracy nie miałem dużo zajęć. Jakieś sprawy administracyjne. Przyszykowanie wykładów na najbliższy czas. Studenci mieli wolne. Pojechałem po samochód, a potem do rodziców. Powiedziałem, że chciałbym obejrzeć album ze zdjęciami, robionymi, kiedy byłem dzieckiem. Nie za bardzo wiedziałem po co mi to, ale miałem jakąś niewytłumaczalną chęć przejrzenia tych zdjęć.
Znałem je dobrze. Ostatnio rodzice pokazywali album, gdy pierwszy raz przyprowadziłem do nich Manię. Album jest dosyć gruby, ze sztywnymi, czarnymi, kartonowymi stronami. Szybko je przewracam. Nie interesują mnie zdjęcia z okresu niemowlęcego, obowiązkowe na golasa na baraniej skórze, czy masa zdjęć zrobionych w Parku Śledzia, w wózku, na jakimś koniku, czy z małpką przy kataryniarzu.
Szukam zdjęć z przedszkola. W albumie są cztery takie. Dwa, w pomieszczeniach przedszkolnych, w grupie z innymi dziećmi. Na trzecim z wychowawczynią. Kuca przy mnie, jestem zapłakany, nie pamiętam, dlaczego.
Czwarte interesuje mnie najbardziej. Jestem na nim w piaskownicy w ogrodzie przed budynkiem przedszkola. W ręku trzymam jakiś przedmiot. Wisi na łańcuszku. Widać wyraźnie, że jest utytłany w piasku. Na zdjęciu tego nie widać, ale ja wiem, że to wisiorek, chyba srebrny, otwierany, z miejscem na dwie niewielkie fotografie.
Pamiętam, że były tam fotografie przedstawiające dwie główki niemowlaków. Nie można było poznać czy to są chłopcy czy dziewczynki. Wisiorek był uszkodzony, lekko pognieciony, brudny. Wychowawczyni pozwoliła mi go zatrzymać. Pamiętam, że miałem go przez długi czas. Bawiłem się nim w domu. Zapytałem matkę, czy go pamięta i czy wie, gdzie on może być.
„Oczywiście że go pamiętam. Jest chyba w komórce, w pudle z twoimi zabawkami. Wiesz te które, ojciec chciał wyrzucić. Nie pozwoliłam mu. Będą dla wnuków… Oczywiście, jeśli się ich doczekamy” – to ostatnie powiedziała z nie ukrywanym wyrzutem.
Zszedłem do komórki. Nawet nie musiałem długo grzebać w pudle. Leżał w kartonowym pudełeczku po czekoladkach razem z innymi moimi „skarbami” z dzieciństwa.
Matka trochę się zdziwiła po co mi to, ale nie protestowała, gdy powiedziałem, że chcę to zabrać.
Po wyjściu od rodziców, nie wsiadłem do auta, tylko poszedłem w stronę mojego dawnego przedszkola. To dawny pałacyk Biedermannów. Teraz jest własnością Uniwersytetu Łódzkiego. Byłem tu niedawno kilka razy w Instytucie Kultury Współczesnej. Myślałem, że znajdę coś o byłych właścicielach Pałacyku, ale nie mieli nic co by mnie zainteresowało.
Teraz poszedłem do ogrodu. Mimo że wszystko było przykryte śniegiem, widać było, że zmienił się bardzo. Stanąłem w znanym mi miejscu. Huśtawki i inne przedszkolne zabawki stały trochę dalej. Rzecz jasna teraz ich nie było. Po naszej przedszkolnej piaskownicy nie ma śladu.
Była w tym miejscu, gdzie teraz stoję. To tutaj, trochę z boku piaskownicy wygrzebałem ten wisiorek. Teraz po latach, wiem, że w tym miejscu pochowano Bruno Biedermanna, jego żonę Luizę Julię i córkę Marylę Keiserbrecht, zwaną Lil.
Bruno zastrzelił ich i siebie 24go stycznia 45go roku, gdy dostali nakaz natychmiastowego opuszczenia domu i udania się do obozu dla Niemców na Sikawie. Ówczesny komendant milicji wydał zgodę na pochowanie ich w ogrodzie zgodnie z wolą Biedermanna wyrażoną w liście znalezionym przy ciałach.
Wtedy, gdy bawiłem się tu w piaskownicy jako dzieciak, nie wiedziałem nic o tej tragedii. Jestem pewien, że również nikt z personelu przedszkola o tym nie wiedział. Dopiero po tym jak zakończyłem „edukację” w przedszkolu, latem 77go, w czasie robót związanych z kładzeniem jakiegoś kabla rozkopano ogród i naszą piaskownicę. Znaleziono wtedy szczątki trzech osób.
Starzy pracownicy fabryki imienia Harnama, bo tak się nazywała fabryka Biedermannów po nacjonalizacji, przypomnieli sobie kto tam jest pochowany.
Gdy tak stałem teraz w ogrodzie w miejscu, w którym znalazłem wisiorek, zastanawiałem się do kogo mógł należeć. Może to przypadek. Może nie ma on nic wspólnego z tragedią z 45go.
Wróciłem do pracy. Zadzwoniłem do Mani, aby dowiedzieć się o której po nią podjechać.
„Zostanę na noc u mamusi. Dasz sobie radę sam. Co?” – raczej stwierdziła niż zapytała.
„Tak, oczywiście. Pozdrów mamusię”
No to nie muszę spieszyć się do domu. Nie to żebym się czegoś bał, ale chciałbym spędzić tam jak najmniej czasu. Poszedłem po pracy do kina. Potem zjadłem coś w Manufakturze. W końcu jednak musiałem zajechać do domu.
Godzina była prawie dwudziesta trzecia. Tak na wszelki wypadek, zostawiłem auto przed domem z włączonym silnikiem. W domu wszystko było w porządku. Wstawiłem auto za bramę, ale nie wjechałem do garażu.
Szybko się rozebrałem, poszedłem do łazienki i jak najszybciej do łóżka. Noc była spokojna. Budziłem się kilka razy, ale nie dlatego że coś się działo, tylko z ostrożności, słuchałem za każdym razem przez chwilę czy aby, właśnie, nic się nie dzieje.
Rano zerwałem się na równe nogi. To odezwał się alarm w moim telefonie. Miałem ustawiony czas na budzenie na szóstą trzydzieści. Wydaje mi się, że tym razem był znacznie głośniejszy niż zwykle.
W łazience zaciąłem się boleśnie przy goleniu. To przez Manię. Zadzwoniła akurat jak się goliłem. Zaskoczyła mnie tym telefonem. Ręka mi drgnęła, gdy zadzwonił
„Heniu, przywieś do mamusi moją walizkę. Leży pod łóżkiem z mojej strony”
„Po co ci ona?” – zapytałem, szukając jednocześnie plastra z opatrunkiem
„Zostanę u mamusi do Trzech Króli”
„Źle ci ze mną?”
„Nie chcę teraz dyskutować. Porozmawiamy o tym, kiedy indziej. Przywieś tą walizkę. Jest spakowana”
„Dobrze”
Wytrzymam bez niej. Jest trzeci, środa. Jeszcze dwa dni pracy, potem sobota. W niedzielę Mania wróci, aby przygotować się do szkoły. Zastanawia mnie o czym chce ze mną porozmawiać?
Od pewnego czasu jest dla mnie jakaś oschła… Nie wiem, jak to nazwać… Niechętna może. Niby wszystko jest w porządku, ale w łóżku nam nie wychodzi. Podobno to wina mojego przepracowania. Dlatego mam te lekarstwa od doktora Kaczmarka.
Teraz, te duchy też w jakiś sposób się do tego przyczyniły. Wściekłem się w tym momencie na siebie za to, że w myślach użyłem zwrotu „Te duchy” … Jakie duchy, cholera! Nie ma przecież żadnych duchów.
W samochodzie w drodze do Łodzi znowu zacząłem analizować moje obecne życie z Manią. Dobrze mi z nią. Ale to nie to samo co na początku naszej znajomości. Te ostatnie sprzeczki, niby drobne, ale coraz bardziej mnie irytują. No a te teraz… Niby groźby, że mnie opuści i wróci do mamusi? Prawdę mówiąc nie robią na mnie wrażenia. Raczej, nie ma co ukrywać, napawają pewną nadzieją…
Świnia jestem. Gdzieś tam w głowie taka myśl się kołacze, że dobrze by było, aby ona wyszła z inicjatywą rozstania. Tak. Muszę to przyznać przed samym sobą, że jak nic się w naszym życiu radykalnie nie zmieni, to rozstanie będzie najlepszym wyjściem. Ale jeszcze nie teraz. Za wcześnie o tym myśleć.
Przed południem znalazłem trochę czasu, aby się wyrwać z pracy i zawieść walizkę do teściowej. Mani nie zastałem. Poszła do doktora Kaczmarka, czuła się przeziębiona
„Zaraziłeś ją jakimś wirusem i teraz cierpi dziecko. Marnieje przy tobie. Nie ma się nią kto zaopiekować. Wsadzisz nos w te swoje książki i świata Bożego po za nimi nie widzisz. A o żonę należy dbać…” – Teściowa zaczęła się rozkręcać.
„O męża też” – przerwałem jej i wyszedłem.
Po jakiś trzech godzinach zadzwoniła Mania. Miała ogromną pretensją, że zrobiłem mamusi awanturę. Ona, Mania, nie życzy sobie abym krzyczał na jej matkę. Zamierzała wrócić ze mną do domu, ale w takim razie zostanie dłużej u mamy.
Przerwałem rozmowę bez słowa. Bałem się, że się nie opanuję. Wiedziałem, że nie ma co z nią rozmawiać, gdy jest zdenerwowana. Uspokoi się i zadzwoni jeszcze raz. Nie zadzwoniła. Ja też nie.
Wróciłem tak jak poprzednio późnym wieczorem i tak jak poprzednio nic w nocy się nie działo. Za to rano samochód nie chciał zastartować. Znowu siadł akumulator. Podłączyłem prostownik. Spojrzałem na zegarek. No to jestem spóźniony do pracy. Poszedłem na dworzec. Musiałem czekać ponad dwadzieścia minut na pociąg. Zmarzłem trochę. W pociągu nie było dużo ludzi o tej porze. Myślałem o tym, że muszę się w jakiś sposób rozmówić z Manią.
Nagle poczułem czyjąś dłoń na ramieniu. Odwróciłem się i zamarłem.
„Och! Przepraszam bardzo. Nie chciałam pana przestraszyć…”
Lil stała w przejściu między rzędami siedzeń w wagonie i pochylała się lekko nade mną. Poczułem zapach lawendy
„Chciałabym z panem porozmawiać. Pan mnie zna z widzenia, ale ja wiem dużo o panu… Pan pozwoli, że sią przedstawię. Jestem Maryla Kramer…”
Chwilę milczałem. Musiałem głupio wyglądać, bo nieco rozbawiona zapytała
„Co panu jest? Wygląda pan jak by pan ducha zobaczył…”
„Maryla Kramer, a nie Maryla Keiserbrecht?” – zapytałem się.
Zaśmiała się.
„Maryla Keiserbrecht była moją babką… Mogę usiąść przy panu, panie…”
„Henryk Kozielski”
Przedstawiłem się. Doszedłem do siebie, a więc to nie duch, pomyślałem
„Panie Henryku… Mogę się tak zwracać do pana?”
„Ależ tak! Oczywiście…”
„O tuż tak… Moja matka i jej siostra bliźniaczka urodziły się w domu, który stał na działce, na której stoi dom, w którym teraz mieszka pan z żoną…”
„Przepraszam, pani Marylo” – Przerwałem jej – „Z tego co wiem to Maryla Keiserbrecht nie miała dzieci”
„Miała… Bliźniaczki. Córki Hedwig i Helgę. Zaraz do tego dojdę. Wiem, że pan pisze książkę o mojej rodzinie. Powiedziano mi o tym na uczelni. Pomogę panu. Mam dużo dokumentów, których nie ma w archiwach ani w Łodzi ani w Niemczech. Pomogę panu w napisaniu tej książki. Zależy mi na tym. W zamian, chciałabym, aby pan pomógł mi”
Dojechaliśmy do Kaliskiej. Po wyjściu z pociągu zapytałem
„Jak mam pani pomóc”
„To dłuższa historia… Pan teraz idzie do pracy, prawda?… Możemy się spotkać po południu? Zapraszam pana na obiad…”
„Dziękuję. Nie chciałbym…”
„To ja chcę z panem rozmawiać” – Przerwała mi – „Proszę mi nie odmawiać”
„Jak pani chce pani Marylo, ale płacimy po połowie…”
„Nie. Ja zapraszam i ja płacę. O której możemy się spotkać? Proponuję gdzieś przy Piotrkowskiej, na przykład w Anatewce, zna pan?”
„Tak, na 6go sierpnia, mogę tam być o piętnastej”
„No to jesteśmy umówieni. Do zobaczenia”
W pracy nie mogłem się skupić na pracy. Obmyślałem, jak przejąć inicjatywę w rozmowie z panią Kramer. A swoją drogą jak ona jest podobna do babki.
Nagle przypomniałem sobie, że Jasiek Kaliniak mówił coś o starym albumie, ze zdjęciami który jego ojciec znalazł w szopie. Zadzwoniłem do Jaśka. Był w pracy. Chętnie pożyczy ten album. Powiedziałem, że muszę go mieć natychmiast i że potem mu wytłumaczę, dlaczego
„To jedź do mnie do domu, wiesz, gdzie mieszkam. Dzieciaki mają ferie i Zosia jest z nimi w domu. Uprzedzę ją, że przyjedziesz i żeby przyszykowała ten album”
Pojechałem taksówką. Poprosiłem taksiarza, aby czekał. Zosia miała już album przyszykowany, chciała żebym został na kawę. Wykręciłem się czekającą taksówką. Kawę wypijemy jak będę oddawał album.
Już w taksówce przejrzałem go pobieżnie. Na okładce był napis gotyckim pismem „Grottensee”, Tak Niemcy nazwali Grotniki.
„Bingo! To jest to!” – Ucieszyłem się.
Poznawałem część osób. Znalazłem jeszcze coś co bardzo mnie zaintrygowało. Dojechaliśmy po uczelnię. W pracy zamknąłem się w pokoju i zacząłem dokładnie oglądać wszystkie zdjęcia. Kilkanaście zdjęć było nie powklejanych. Na odwrocie tych fotografii nie było żadnych zapisków. Tak samo nie było żadnych podpisów pod tymi które były powklejane.
Jedna fotografia była uszkodzona. Właściwie, to nie tyle uszkodzona co ktoś z niej wyciął dwa fragmenty. Od razu skojarzyłem o co chodzi. Na tej fotografii jakaś kobieta, siedząca na ławce, w ogrodzie, trzyma na rękach dwoje niemowlaków. Jedno po lewej stronie a drugie po prawej. Ktoś wyciął główki dzieci. Wiem, gdzie są te wycięte główki. Jestem na sto procent pewien, że to te, które są wklejone w medalion znaleziony w piaskownicy. Jaka szkoda, że mam go w domu i że nie mogę tego sprawdzić od razu.
Kobieta na zdjęciu z dziećmi była też na innych zdjęciach. Na jeszcze jednym z nich była z wózkiem, takim szerokim jak dla bliźniaków. W ostatniej chwili zauważyłem, że zbliża się trzecia. Włożyłem album do torby z laptopem.
Zadzwoniłem do Mani. Chciałem jej powiedzieć o moim spotkaniu z Marylą, ale nie mogła, a może nie chciała ze mną rozmawiać. Powiedziała, że jest właśnie u lekarza.
Spóźniłem się na spotkanie piętnaście minut. Maryla Kramer czekała na mnie. Mieliśmy stół w rogu sali. Nie było dużo ludzi, można było swobodnie rozmawiać.
Zamówiliśmy obiad z trzech dań, to ona na to nalegała, do tego butelkę wina. Kelner zaproponował śliwowicę, chciałem odmówić, ale ona nalegała.
„Pan jest dzisiaj bez samochodu… Może pan trochę wypić. Ja też mam na to ochotę”
Chwilę jedliśmy w milczeniu
„Już o to pytałem… W czym mogę pani pomóc. Nie ukrywam, że bardzo mnie zainteresowało to co pani powiedziała, że pani babka miała dzieci…”
„Babka wzięła ślub z Alfredem w Radomiu w maju 41go. Wzięli go pod fałszywymi nazwiskami, Ona jako Katarzyna Brzozowska a on jako Antoni Kamiński. Ukrywali się przed Gestapo… Pan wie o tym, prawda?”
„Tak wiem o tym. Ten fragment jej biografii jest ogólnie znany. Wiem też, że zostali aresztowani w drugi dzień Wielkiej Nocy, w kwietniu 42go…”
„Babka była wtedy w ciąży. Niemcy szybko ustalili ich prawdziwe nazwiska. Była torturowana, ale nie poroniła. Przewieziono ją do Łodzi do więzienia kobiecego na rogu Danziger Strasse i General-Litzmann Strasse, wie pan na rogu Gdańskiej. Tam teraz jest muzeum”
„Tak, wiem, gdzie to jest”
„Bruno Biedermann, jej ojciec, najprawdopodobniej wręczył potężną łapówkę, gdzie trzeba i Maryla została zwolniona. Alfred też został zwolniony. Rodziny ukryli ich właśnie w Grotnikach w domu siostry Alfreda. Lekarz Biedermannów przyjął tam poród. Moja matka i jej siostra urodziły się w listopadzie 42go. Maryla mieszkała tam z dziećmi do wiosny 43go. Potem znowu zaczęła działać konspiracji. Wpadła w kocioł urządzony przez gestapo w mieszkaniu jej kuzyna Zygmunta Lorentza. Aresztowano ją we wrześniu 43go”
„O dzieciach nie wiedziałem… Mam tu coś co panią zainteresuję”
Wyciągnąłem album. Maryla zamówiła jeszcze jedną butelkę wina. Zaczęła oglądać zdjęcia z wielkim zainteresowaniem. Nie przeszkadzałem jej w tym.
„Skąd pan to ma?”
Wyjaśniłem jej to. Powiedziałem, że nie wiem czy Jasiek będzie chciał to sprzedać. Że to on jest właścicielem działki i domu, w który teraz mieszkamy. Zainteresowało ją rzecz jasna zdjęcie z wyciętymi główkami. Wyraziła chęć obejrzenia wisiorka. Teraz ja zamierzałem zadać trochę pytań
„Pani Marylo…”
„Mów mi Lil” – Przerwała mi nagle – „Mogę do ciebie mówić Henryku?”
Tą propozycją sprawiła, że chwilowo zapomniałem o co miałem zapytać.
„To w takim razie wypijmy brudzia” – Zaproponowałem.
Był to najbardziej namiętny bruderszaft jaki piłem w życiu.
„Mów mi Heniek” – zaproponowałem, gdy ochłonąłem – „Mieszkasz w Grotnikach, Tak?”
„Nie. Mieszkam tu, obok w hotelu. W Grotnikach mieszka pewna stara kobieta, która wychowała moją matkę. Matka pomagała jej finansowo. Jak jestem w Łodzi odwiedzam ją czasami. Zdarza się, że nocuję u niej. Jest stara i samotna”
„Gdzie mieszkasz?”
„W Niemczech, w Wilhelmshaven”
„Po co przyjechałaś do Łodzi”
Chwilę milczała
„Co za przesłuchanie…”
„Przepraszam. Nie musisz odpowiadać…”
„Nie… Dlaczego. Napijmy się…”
Wypiliśmy jeszcze jednego brudzia. Zaczęło mi się to coraz bardziej podobać
„Moją matkę i jej siostrę, po aresztowaniu babki w 43cim wychowywała Marta Keiserbrecht. W październiku 44go zmarła siostra matki, Helga. Marta miała przy sobie moją matkę do wiosny 45go. Wtedy dokwaterowano jej lokatorów. Zamieszkała w najmniejszym pokoju swojego domu. Nie miała pracy. Pieniądze i kosztowności szybko się skończyły. Znała tu dużo osób. Między innymi młodą, bezdzietną parę o nazwisku Kugiel. Oddała im moją matkę na wychowanie. Mogła się widywać z dzieckiem.
W tej chwili tylko ta kobieta jest przy życiu. Ta młoda para wyraziła chęć adopcji znalezionej sieroty. Tak zgłosili to do władz. Moja matka Hedwig od tamtego czasu nazywała się Jadwiga Kugiel.
Rodzice Marty od wyjazdu z Polski mieszkali w Monachium, po wielu staraniach, uzyskali zgodę na wyjazd Marty z Polski. Matka, wyjechała z Martą do Niemiec, do Monachium, w 68mym. Była już dorosła, Miała w 68mym dwadzieścia pięć lat.
W Monachium poznała świeżo upieczonego oficera marynarki Helmuta Kramera. Pobrali się i przynieśli się do Wilhelmshaven. On tam pracował we Bundesmarine. To mój ojciec. Urodziłam się w maju 71go.”
„Dobrze mówisz po polsku” – zauważyłem
„Z matką rozmawiałam tylko po polsku. Studiowałam slawistykę w Hamburgu, ale tylko dwa lata. Potem przeniosłam się na chemię. Po studiach uczyłam rosyjskiego i chemii. Teraz jestem współwłaścicielką firmy w Wilhelmshaven. Produkujemy perfumy”
Przerwała. Znów się napiliśmy.
„No pocałuj… Widzę, że masz ochotę”
„A ty nie?”
Chwilę się całowaliśmy aż siedzący przy sąsiednich stolikach zaczęli na nas spoglądać.
„Kilka lat temu wyszłam za mąż. Hans, mój mąż okazał się bigamistą. Miał już jedną żonę. Teraz w świetle prawa jestem niezamężna”
„A co z nim?” – zapytałem jakby to miało dla mnie jakieś znaczenie
„Nie wiem. Rozstaliśmy się rok temu”
rzypomniałem sobie, że chciała, aby jej w czymś pomóc
„Słuchaj Lil, chcesz abym ci w czymś pomógł. O co chodzi?”
„Opowiem ci po drodze, wyjdźmy już stąd”
Wręczyła mi pod stołem zwitek banknotów. Dyskretnie poleciła mi
„Zapłać za obiad… Nie protestuj”
Wyszliśmy na zewnątrz. Zimne styczniowe powietrze sprawiło, że ochłonąłem. Przez chwilę myślałem nad tym co się wydarzyło tego dnia. Spojrzałem na zegarek. Dochodziła dwudziesta pierwsza.
„Chodźmy Kościuszki do Zielonej. Tam są taksówki”
„Po co nam taksówka. Przecież mieszkasz tu obok w Grand Hotelu… Odprowadzę cię”
„Nie. Jedziemy do Grotnik. Obiecałeś pokazać wisiorek. Pamiętasz?”
W taksówce kazałem kierowcy jechać na Dworzec Kaliski
„Nie. Proszę nas zawieźć do Grotnik” – powiedziała stanowczo.
Nie protestowałem. Jeszcze raz zapytałem jakiej pomocy oczekuje z mojej strony
„Porozmawiamy o tym na miejscu, Czy twoja żona jest w domu?”
„Nie. Jest u matki. Powinna przyjechać pojutrze, w niedzielę. Musi przyszykować się do szkoły. Jest nauczycielką”
Przez całą drogę nie odzywaliśmy się więcej. Lil wtuliła się w moje ramię i chyba usnęła. W domu zrobiłem herbaty. Jeść nam się nie chciało. Wyciągnąłem z szuflady biurka wisiorek.
Tak jak przypuszczałem. Zdjęcia dziecięcych główek pasowały do wycięć na zdjęciu w albumie. Przejrzeliśmy jeszcze raz album, ale nic nowego w nim nie znaleźliśmy. Pokazałem Lil część moich materiałów jakie zabrałem na temat jej rodziny.
„Trzeba będzie ekshumować zwłoki. Chciałabym abyś mi w tym pomógł” – Zaskoczyła mnie tym stwierdzeniem.
„Jakie zwłoki?” – zapytałem
„Mojej ciotki Helgi. Została pochowana w 44tym w tym ogrodzie. Marta nigdy nie zgłosiła władzom niemieckim dziewczynek jako córek mojej babki. Miejscowej policji powiedziała tylko że to są dzieci uciekinierów ze wschodu, zostawione na parę tygodni. Gdy mała zmarła, Niemcy byli w trakcie wynoszenia się z tych terenów. Był już bałagan. Marta sama pochowała Helgę w ogrodzie.”
„Skąd ty to wszystko wiesz?”
„Matka zmarła kilka miesięcy temu. Miała raka. Przed śmiercią opowiedziała mi to wszystko. Wiedziała to od Marty, z którą po przyjeździe do Niemiec utrzymywała kontakt. Marta zmarła w 85tym. Matki życzeniem przed śmiercią było, aby prochy jej siostry ekshumować i pochować obok niej”
„To nie będzie takie proste. Trzeba będzie najpierw odnaleźć miejsce pochówku, a potem załatwić masę formalności. No i pamiętaj, że to nie jest moja działka, tylko kolegi i on ma chyba w tym wszystkim coś do powiedzenia”
„Wiem, gdzie leży moja ciotka. Jutro ci pokażę…”
„Jutro?”
„Chyba nie wygnasz mnie na noc?” – zapytała – „Po za tym dziś jest już ciemno. A co do formalności związanych z ekshumacją i wysyłką prochów, załatwi to adwokat. Już go wynajęłam”
„To co ja mam w tym za rolę”
„Przekonaj właściciela działki, aby nie sprzeciwił się ekshumacji”
„Oczywiście pogadam z Jaśkiem, ale dlaczego sama tego nie zrobisz?”
„Liczę na twój dar przekonywania”
Rozmawialiśmy jeszcze jakiś czas. Opowiedziałem jej o przedszkolu i jak znalazłem wisiorek. Pytała o Manię i moją rodzinę. Tak jakoś się złożyło, że wylądowaliśmy w łóżku. Było nam bardzo dobrze.
Rano obudził mnie warkot zatrzymywanego samochodu, a po chwili skrzypnięcie furtki. Byłem sam w łóżku. Odruchowo spojrzałem na zegarek. Wskazywał dziewiątą trzydzieści. Przez głowę błyskawicznie przelatywały mi różne myśli. Wspomnienie wczorajszego dnia i nocy. Przez moment miałem wrażenie, że to wszystko mi się śniło. Ale to nie możliwe. To było takie realistyczne. Dlaczego znikła Lila?
Wstałem z łóżka, zauważyłem jej ubranie na podłodze. To nie był sen ani duch. Odetchnąłem z ulgą, ale tylko na moment. Usłyszałem otwieranie drzwi wejściowych. Miałem na sobie pidżamę.
Wybiegłem do przedpokoju w chwili, gdy wchodziła do niego Mania. Chciała coś do mnie powiedzieć, ale stanęła jak wryta. Patrzyła na coś za mną. Obejrzałem się. Ze schodów schodziła Lil odziana w szlafrok Mani. Też się zatrzymała zaskoczona. Przez moment staliśmy wszyscy troje nieruchomo
„To jest ten duch, którym mnie straszyłeś! Tak?!” – Krzyknęła histerycznie Mania – „A ja głupia prawie ci uwierzyłam!”
„Kochanie, wszystko ci wytłumaczę. Tylko…”
„Tylko nie kochanie! Łajdaku!… Wiedziałam! Wiedziałam, że ukrywasz tu swoją lafiryndę! O! i te same gówniane perfumy czuję!”
„Tylko nie lafiryndę, Maniu. Ta pani to Lil…”
„Tylko nie gówniane perfumy. One majątek kosztują” – włączyła się zdenerwowana Lil.
Mania odwróciła się. Otworzyła drzwi wejściowe i krzyknęła
„Janek!!! Chodź tu prędko! Będziesz świadkiem!”
„Co się stało Marysiu?”
To wystraszony doktor Kaczmarek wpadł do przedpokoju
„Witam pana doktora” – powiedziałem z nieukrywaną wściekłością
„Dzień dobry panu… Państwu” – Odparł zaskoczony – „Marysia, to jest pani Maria prosiła mnie abym jej pomógł zabrać stąd parę rzeczy. Jesteśmy dobrymi znajomymi więc chętnie zgodziłem się pomóc”
„Cieszę się ogromnie, że pan taki dobry i pomaga mojej żonie” – odparłem ironicznie
„Widzisz? Widzisz to wszystko Janek? Będziesz zeznawał w sądzie… Chodź idziemy stąd. Wrócę tu, kiedy indziej”
Wypchnęła go za drzwi. po chwili słychać było odjeżdżający samochód.
„Przepraszam. To wszystko moja wina. Nie wiem co teraz zrobić?”
Lil rozpłakała się
„Nie przejmuj się. To wszystko było już w rozsypce”
Przytuliłem ją.
Od tamtej soboty 6go stycznia 2007go roku minęło dziesięć lat i pięć miesięcy. Dużo się zmieniło w moim życiu od tego czasu. Jestem właśnie w Łodzi razem z moją żoną Lil oraz z naszymi córkami. Mamy dwie. Są bliźniakami. Hedwig i Helga. Za miesiąc skończą sześć lat. Na jesieni pójdą do szkoły. Są adoptowane z Bośni.
Zatrzymaliśmy się w hotelu Vienna House Andel’s w Manufakturze. Przyjechaliśmy na pogrzeb matki. Ojciec jest w prywatnym domu starców, ma zaawansowaną demencję. Nie poznaje nas. Jest w takim stanie, że nie mógł być na pogrzebie. Nie poznawał matki przez ostatnie lata. Chyba nie pamięta. że miał żonę.
Mama została pochowana na cmentarzu przy Ogrodowej. Na pogrzebie byliśmy tylko my i sąsiadki mamy z Franciszkańskiej. Mania z mężem nie przyszła. Zawiadomiłem ich o pogrzebie, ale mają podobno dużo pracy w Grotnikach.
Po naszym rozwodzie Mania wyszła za doktora Kaczmarka. Kupili dom od Jaśka, który w końcu dogadał się ze swoimi siostrami i mógł go sprzedać. Państwo Kaczmarkowie wyremontowali dom i zamieszkali na piętrze. Na parterze doktor Kaczmarek urządził prywatną praktykę. Mania pracuje na pól etatu w szkole w Grotnikach, pomaga też mężowi w przychodni. Nawet się im nieźle powodzi.
Odkąd wyjaśniła się sprawa zapachu perfum, Mania przestała się bać duchów. Spotkaliśmy się dwa lata temu u nich w Grotnikach. W ubiegłym roku byli u nas w Wilhelmshaven. Trudno powiedzieć, że jesteśmy przyjaciółmi, ale na pewno nie jesteśmy wrogami.
Po tej pamiętnej sobocie dziesięć lat temu, Mania zażądała rozwodu. Dosyć szybko doszliśmy do porozumienia i po kilku miesiącach byliśmy wolni. W między czasie przerwałem karierę na uniwersytecie i wyjechałem do Wilhelmshaven. Zamieszkałem z Lil w jej domu. Po rozwodzie pobraliśmy się. Przyjąłem nazwisko żony. Nazywam się teraz Henryk Kramer. Pod tym nazwiskiem napisałem wreszcie książkę o rodzinie Biedermannów. Trochę trwa jej wydawanie. Chcemy by wyszła jednocześnie po niemiecku i po polsku.
Żeby poprawić mój szkolny niemiecki chodziłem na kursy językowe. Lil zatrudniła mnie w firmie. Jej wspólnik z Izraela nie miał nic przeciwko temu. Przyjeżdża dosyć regularnie do Niemiec. Poznałem go. To wnuk łódzkiego żyda uratowanego z Getta. Opowiedział mi o dziadku i perfumach przez niego wytwarzanych. Lil znała tą historię z ust Marty Keiserbrecht.
Samuel Koch, łodzianin, dziadek wspólnika Lil był chemikiem. Znał się z Ludwikiem Keiserbrechtem od dawna. Pracował dla niego. Opracowywał apretury i barwniki dla jego fabryki na Zgierskiej. W czasie okupacji niemieckiej trafił z żoną Rachel i synkiem Szmulem do Getta.
Ludwig Keiserbrecht dosyć szybko przekonał szefa cywilnej, niemieckiej administracji, Getta, Hansa Biebowa, że potrzebuje pracowników do swojej fabryki, w szczególności chemików. Biebow, zachęcony łapówką zgodził się. Niemal od początku istnienia Getta przysyłał kilkunastu robotników do fabryki, wśród nich Kocha.
Ludwig Keiserbrecht wiedział z przed wojny o zamiłowaniu Kocha do wytwarzania perfum. Było to jego hobby. Obdarowywał nimi swoich przyjaciół i znajomych.
W Fabryce, obaj, Keiserbrecht i Koch, szybko doszli do porozumienia co do zorganizowania ucieczki. Fabryka Keiserbrechta z trzech stron otoczona była Gettem. Ludwig nie chciał, aby ucieczka odbyła się z terenu jego fabryki. Obawiał się konsekwencji ze strony Niemców.
Którejś wrześniowej nocy w 43cim powstał pożar w baraku należącym do fabryki, graniczącym bezpośrednio z magazynami Getta. W czasie pożaru nastąpiła przerwa w dostawie prądu. Wysiadło oświetlenie tej części Getta. W zamieszaniu powstałym w czasie pożaru Samuel Koch z żoną i synem uciekli do pałacyku Keiserbrechta.
Zaraz z rana zostali przewiezieni do Grotnik. W Grotnikach Ludwik miał jeszcze jeden dom. Stał na działce graniczącej z działką, na której stała willa podarowana córce Marcie. Dom był kupiony jeszcze przed wojną przez podstawioną osobę w celach spekulacyjnych. Formalnie należał do pokojówki Keiserbrechtów.
Umieścił tam teraz rodzinę Kochów. Załatwił im aryjskie papiery. Nazywali się od wtedy Zalewscy, Stanisław z żoną Rozalią i synem Szymonem. Mieli podawać się za dalekich krewnych pokojówki uciekających przed sowietami ze Lwowa. Wszystko się udało. Nikt się nimi nie interesował. Praktycznie nie wychodzili z domu. Marta robiła dla nich zakupy. Stary Ludwig pomagał finansowo.
Koch chciał się jakoś odwdzięczyć. Namówił Martę na zakup niezbędnych chemikaliów, które można było kupić w aptekach i sklepach mydlarskich. Marta kupiła mu też trochę prostego sprzętu laboratoryjnego. Wkrótce, w piwnicy domu zaczął eksperymentować z wytwarzaniem perfum. Szczególnie udały mu się perfumy o zapachu lawendy zmieszane z zapachem kwiatu agawy. Marta rozprowadzała je w Łodzi. Największym powodzeniem cieszyły się wśród Niemek. Dobrze za nie płaciły. Marta najczęściej brała zapłatę w kartkach żywnościowych. Jako mieszkance Grotnik nie należały się jej kartki. Tylko osoby mieszkające w granicach Łodzi mogły je otrzymywać.
Po wojnie rodzina Kochów pozostała w Grotnikach. Wszyscy ich krewni nie przeżyli Getta. Kochowie w dalszym ciągu żyli jako Zalewscy. Utrzymywali się z produkcji proszku do prania i środków czyszczących. Produkcja perfum w powojennej Polsce była nieopłacalna. Było im ciężko.
Keiserbrecht ż żoną zostali zamknięci w obozie przejściowym dla Niemców na Sikawie. Syn Alfred, mąż Lil, odnalazł się w Monachium. Tam też w końcu znaleźli się jego rodzice. Utrzymywali ostrożną listowną korespondencję z córką. Dowiedzieli się, że Kochowie żyją.
Jeszcze pod koniec 48go załatwili przemyt Kochów przez Austrię do Monachium. Potem Kochowie wyjechali do Izraela. Grotniki rodzina Kochów opuściła w wielkim pośpiechu. Cała „fabryczka” Samuela została w piwnicy domu w Grotnikach.
Formalna właścicielka sprzedała dom na początku lat pięćdziesiątych. Nikt nie interesował się zawartością piwnicy. Duża część chemikaliów została w dwóch skrzyniach, w słoiczkach i buteleczkach, dokładnie opisanych na etykietach. Część sprzętu laboratoryjnego się wytłukła, ale duża część pozostała nienaruszona. Wkrótce piwnica obrosła różnymi rupieciami.
Dom ponownie sprzedano na początku lat siedemdziesiątych. Dopiero na początku lat dziewięćdziesiątych nowy właściciel zrobił w nim gruntowny remont. Rodzina mu się powiększyła i potrzebował przebudować piwnicę na dodatkowe dwa pokoje.
Wtedy odnalazł rzeczy Kocha. Chciał je wyrzucić, ale syn namówił go, aby wynieść wszystko do komórek w ogrodzie, mogą się przydać, mówił.
W wakacje roku 2004go siedemnastoletni wnuk właściciela z nudów szukał „skarbów” w komórce dziadków. Znalazł skrzynie z chemikaliami i ocalały sprzęt laboratoryjny Samuela. Odnalazł też jego notatki po niemiecku.
Chłopak, uczeń liceum, odczytał je i zaczął eksperymentować. Od tamtej chwili cały wolny czas spędzał w komórce. Rodzina nie protestowała, Chłopak dobrze się uczył. Nie wałęsał się z innymi nie wiadomo, gdzie. Dosyć szybko zapach perfum roznosił się po tej części Grotnik.
Stary Koch po przybyciu do Izraela otworzył małą wytwórnię perfum w Hajfie, ale mu nie szło. Tamtejszy rynek nastawiony był na import kosmetyków, przede wszystkim z Francji. Produkowane w Izraelu uważano za coś dużo gorszego.
Koch pamiętał, że Niemki bardzo ceniły jego perfumy. Eksport do Niemiec mu się nie opłacał ze względu na różne w tym czasie restrykcje celne. Wiedział, że Marta Keiserbrecht właśnie przybyła do Monachium. Zaproponował jej współpracę. Miało to być w ramach wdzięczności za opiekę jaką miał od niej i jej rodziny w Grotnikach.
Marta była już schorowana. Nie miała pojęcia o prowadzeniu interesów. Zanim cokolwiek ustalili Koch zmarł. Jego interesy przejął syn Szmul. Ale szybko stracił zainteresowanie biznesem ojca. Był aptekarzem nie miał ochoty zajmować się perfumami. Dopiero jego syn Aron, który też miał zostać aptekarzem, ale nie miał do tego serca, odbudował firmę dziadka.
Niestety, firma kulała. Aron wiedział o propozycji dziadka złożonej Marcie. Dogadał się z nią. Marta zgodziła się zainwestować pieniądze rodziny, pod warunkiem, że to jej bratanica Lil będzie wspólniczką Arona.
Produkty nowej firmy z Wilhelmshaven według starych recept Samuela Kocha, przebojem weszły na rynek niemiecki a potem europejski. Bardzo dobrze sprzedają się w Izraelu.
W czasie naszego pobytu u doktorstwa Kaczmarków w Grotnikach, kilka lat temu poznaliśmy tego młodzieńca, od sąsiadów który swoimi eksperymentami na starych urządzeniach Kocha sprawił, że tak bardzo wystraszyły nas wtedy zapachy perfum.
Lil wyszła z inicjatywą, aby ufundować mu stypendium na studia w zakresie chemii w Hamburgu. Już tam studiuje. Dobrze mu idzie. Mamy plany, aby w przyszłości otworzyć filię firmy w Łodzi.
Na koniec dodam, że ekshumacja małej Helgi przebiegła bez problemu. Jej prochy spoczęły w grobie jej siostry, matki mojej żony. Zrobiliśmy jeszcze jedną rzecz. Wisiorek z dwiema fotografiami zanieśliśmy na stary Cmentarz Ewangelicki w Łodzi przy Ogrodowej. Tam zakopaliśmy go w grobie rodziny Biedermannów. W 77mym przeniesiono tam zwłoki matki dzieci z fotografii i jej rodziców odkopane w ogrodzie w pobliżu ich starego domu.
Pozostała jeszcze do wyjaśnienia sprawa duchów w które oczywiście nie wieżę. Wydaje mi się ze to był wytwór mojej wyobraźni i z pewnością wyjaśni się to tak jak wyjaśniła się sprawa zapachu lawendy w domu w Grotnikach.
Czasami tylko zastanawiam się, dlaczego Lil uparcie twierdzi, że nigdy nie jechała pociągiem z Radomia. Twierdzi, że zna mnie tylko z pociągu na linii Grotniki – Łódź – Grotniki.
Nie wiem co o tym myśleć? Chyba się ze mnie nabija…
KONIEC