Pod koniec lipca 2004go, moja żona Hanka pojechała do Łodzi na spotkanie absolwentów Liceum do którego chodziła. Miała tam być tydzień. Ja z córką zostaliśmy w domu. Pracowałem jeszcze przez kilka dni. Po powrocie Hanki do domu, wszyscy troje mieliśmy wyruszyć na objazdówkę po Niemczech i Austrii.
Wszystko mieliśmy przyszykowane, Samochód i przyczepa przeszły pomyślnie przegląd techniczny i stały gotowe, spakowane do drogi. Pozostaje tylko przełożyć żywność z domowej lodówki do lodówki w przyczepie. Bilety na prom z Trelleborgu do Travemunde wykupione. Nasze plany zostały pokrzyżowane wydarzeniami w jakie zaplątała się Hanka w Polsce.
Na tym spotkaniu z koleżankami i kolegami ze szkoły, jedna z koleżanek Hanki, Stefa Paszkiewicz, namówiła moją żonę, aby urwać się z imprezy i wyjechać na wieś w rodzinne strony Stefci. Obie panie podjęły tę decyzję dosyć spontanicznie. Wyszły z imprezy niepostrzeżenie około pierwszej w nocy. Złapały taksówkę. Udały się do hotelu po rzeczy Hanki a potem do mieszkania wynajmowanego przez Stefcię.
Gdy już wszystkie bagaże były w taksówce taksówkarz zapytał
„Dokąd teraz?”
Stefcia poleciła taksiarzowi jechać na dworzec autobusowy. Kiedy taksówka ruszyła, powiedziała Hance że autobus do Hajnówki odchodzi codziennie o siódmej dwadzieścia pięć. Potem jazda ponad sześć godzin. W Hajnówce wezmą sobie taksówkę i te kilka kilometrów w stronę granicy z Białorusią pokonają w pół godziny.
Hanka zaprotestowała. Oznajmiła, że jest zmęczona i nie zamierza tłuc się tyle godzin autobusem. Zapytała taksówkarza czy nie zgodziłby się na kurs do wsi za Hajnówką. Taksiarz, który przysłuchiwał się dyskretnie rozmowie wyczuł możliwość dobrego zarobku i po krótkim targowaniu zgodził się je zawieść.
Podjechał na stację benzynową zatankować samochód. Kiedy po zapłaceniu należności w kasie wrócił do auta obie panie pogrążone były w głębokim śnie.
Hanka obudziła się nad ranem. Chwilę trwało zanim się zorientowała gdzie się znajduje i dlaczego w taksówce. Spojrzała na zegarek. Dochodziła siódma. Obudziła Stefcię, która też potrzebowała trochę czasu aby dojść do siebie. Przejeżdżali akurat drogą przez las
„Proszę pana, gdzie my jesteśmy?”
„Za pół godziny wjedziemy do Hajnówki” – odparł taksiarz
„Proszę się zatrzymać” – zażądała Stefcia – „Muszę się…” – przerwała – „No, muszę nosek przypudrować”
Taksiarz zatrzymał auto.
„Pójdę z tobą” – zdecydowała Hanka
Wyszły z taksówki. Ogarnął je poranny chłód. Zatrzęsło nimi. Przeskoczyły przydrożny rów i zagłębiły się kilkanaście metrów w zakrzewiony las. Wróciły niebawem w dobrym nastroju. Taksiarz ruszył i po kilkunastu minutach wjechali do Hajnówki.
Stefcia poinstruowała go jak ma jechać dalej i po przejechaniu przez Hajnówkę, wkrótce zatrzymali się przed jej domem rodzinnym. Przywitało je szczekanie wszystkich okolicznych psów. Taksiarz wyciągnął ich bagaże z samochodu i podczas gdy rozliczał się z Hanką, Stefcia podbiegła do matki, która właśnie wyszła przed dom. Do Hanki i taksiarza dotarły pierwsze słowa powitania
„Wiesz cholero, że mamy żniwa, a ty tu gości sprowadzasz”
„Długo tu pani nie wytrzyma” – szepnął taksiarz do Hanki – „Może poczekać na panią?”
„Nie. Dziękuję. Myślę, że nie będzie tak źle”
Może nie było aż tak źle, ale na pewno nie było dobrze.
Hanka podeszła do rozmawiających kobiet i uśmiechając się serdecznie wyciągnęła rękę na przywitanie. Matka Stefci spojrzała na nią niezbyt przychylnie, po czym odwróciła się i bez słowa weszła do budynku. Hanka stała przez chwilę zmieszana.
„Wchodź do środka. Na co czekasz?” – upomniała ją Stefcia – „Mama pokaże ci w którym pokoju będziesz spać”
Weszły do środka taszcząc swoje bagaże
„Mamuś! Gdzie Hanka będzie spać?!” – zapytała Stefcia
„Nie wiem. Janek przyjechał z żoną i szwagrem pomagać w polu. Nie ma więcej miejsca w domu” – odrzekła matka
„A na stryszku?”
„Tam śpią ich dzieci”
„To gdzie ją położymy?”
„Nie wiem. Przywiozłaś sobie gościa, to niech śpi z tobą w łóżku”
Później lepiej nie było.
Przeniosły bagaże do pokoiku Stefci. Było tam jedno łóżko stolik dwa krzesła szafa na ubrania, pólka z książkami i duży karton wypełniony lalkami Stefci z dzieciństwa. Stefcia zostawiła Hankę w pokoju i wyszła pogadać z matką. Wróciła po kilkunastu minutach. Zaproponowała spacer na pole.
„Wszyscy są w polu. Poznacie się. Zobaczysz, będzie dobrze” – przekonywała Hankę
W drodze na pole wyjaśniła, że Janek to jej brat starszy od niej o pięć lat, jego żona ma na imię Halina a jej brat, czyli szwagier Janka nazywa się Heniek. Zanim doszły na miejsce Hanka dowiedziała się więcej szczegółów o rodzinie Stefci.
Zbliżyli się do grupki osób stojących przy pewnej maszynie. Hanka widziała podobne maszyny w telewizji. Stefcia powiedziała jej, że jest to kombajn żniwny. Dowiedziały się, że właśnie się zepsuł i kilku mężczyzn zajętych było jego naprawą.
Rozmawiali między sobą w języku niezrozumiałym dla Hanki. Ponieważ Hanka jest analfabetką techniczną, myślała że wymieniają między sobą jakieś określenia techniczne dotyczące zepsutej maszyny. Dopiero gdy jeden z nich zwrócił się do Stefci z uśmiechem i zagadał do niej na przywitanie, a ona mu odpowiedziała, Hanka zorientowała się, że mówią oni między sobą w języku który ona nie rozumie. Brzmiał trochę jak rosyjski, ale na pewno nie był rosyjskim.
Stefcia zwróciła się do Hanki po polsku i przedstawiła jej mężczyznę z którym rozmawiała
„Poznaj Janka. To mój brat. Janku, Hanka jest moją przyjaciółką ze liceum”
„Miło mi poznać panią” – odparł Janek po polsku – „A teraz zmieńcie te miastowe kiecki i zabierzcie się za pomaganie. Lada moment lunie deszcz”
Janek odwrócił się i wrócił pomagać naprawiać maszynę. Wracając do domu Hanka zapytała
„W jakim języku rozmawiałaś z bratem?”
„W tutejszym”
„Aha… To znaczy w jakim?”
„Niektórzy uważają, że to tutejsza podlaska gwara. Wychowałam się z tym językiem na co dzień. Dopiero w szkole podstawowej zetknęłam się z polskim. Teraz wiem, że nasz język oficjalnie nazywa się językiem podlaskim i należy do grupy języków wschodniosłowiańskich, takich jak białoruski i ukraiński. W zasadzie jest już na wymarciu. Dzieci w wieku szkolnym właściwie już się nim nie posługują. W szkole uczą się po polsku. Są też szkoły z białoruskim językiem”
Tak sobie rozmawiając doszły do domu. Ponieważ nie jadły śniadania, Hanka poczuła głód
„Zjadłabym coś” – powiedziała do Stefci
„Potem coś zjemy”
Przebrały się w spodnie i już miały wychodzić , kiedy zatrzymała ich matka Stefci
„Gdzie was niesie?!”
„Idziemy pomóc w polu” – odpowiedziała Stefcia
„Nic tam po was. Przynieś dwa wiadra ziemniaków z ziemianki i zabierz się za obieranie, a ty” – zwróciła się do Hanki – „Przynieś dwie kury z kurnika i zacznij je oporządzać”
„To znaczy co?” – zapytała z przerażeniem Hanka
„Urwij im łby, oskub i wypatrosz…Nigdy tego nie robiłaś?!”
„Nie!… To ja wolę te kartofle obierać”
Stefcia uratowała Hankę. Zgodziła się zająć kurami. Hanka odetchnęła z ulgą wzięła dwa wiadra i poszła do wskazanej ziemianki po ziemniaki
„Tylko nie przestrasz się szczurów!” – krzyknęła za nią Stefcia.
Ten pierwszy dzień był dla Hanki bardzo ciężki. Nigdy nie pracowała fizycznie. Obranie ziemniaków, potem pomoc w kuchni przy sporządzaniu posiłku wyczerpał ją do tego stopnia, że zapomniała o głodzie. Gdy w końcu około siedemnastej siadała z innymi do stołu nie miała ani ochoty , ani siły aby coś zjeść. Jednak tylko wyłącznie rozsądek zmusił ją aby zjeść trochę rosołu z ziemniakami i kawałek obrzydliwie tłustego mięsa.
Po posiłku nie miała możliwości odpoczynku. W oddali słychać było zbliżającą się burzę, więc wszyscy pobiegli na pole załadować resztę snopków na wozy.
Hanka nie przyzwyczajona do takiej pracy bardzo szybko poczuła ból w plecach. Zaczęła się ociągać. Inni to zauważyli i patrzyli na nią z widoczną dezaprobatą. Na szczęście dla niej zaczęło gwałtownie padać. Wszyscy przerwali prace i udali się do domu. Usiedli przy stole na którym wylądowało kilka butelek wódki i naprędce zorganizowana przekąska.
Hanka poszła na górę umyć się i przebrać. Po kilkunastu minutach zeszła na dół. Towarzystwo było już dobrze rozbawione. Ktoś wręczył jej duży kieliszek wódki i zachęcał do wypicia. Spróbowała odmówić, ale zorientowała się, że będzie to źle przyjęte. Niechętnie umoczyła usta i upiła troszkę wódki
„Wszystko! Wszystko wypij! Do dna!” – usłyszała
Wszyscy spoglądali na nią z zaciekawieniem. Nie miała wyjścia. Przemogła się i wypiła. Od razu poczuła się źle. Zdążyła przeprosić towarzystwo i wybiegła na zewnątrz słysząc za sobą śmiech rozbawionych biesiadników.
Po jakimś czasie wróciła do domu niezauważona. Weszła na górę i w ubraniu położyła się na łóżku.
Ja w tym czasie w domu zacząłem się niepokoić brakiem telefonów od Hanki. W czasie jej pobytu w Polsce dzwoniła do mnie co wieczór. Zamienialiśmy ze sobą kilka słów i w ten sposób upewnialiśmy się nawzajem, że wszystko jest w porządku. Taki może trochę ckliwy zwyczaj.
W sobotę dwudziestego czwartego lipca nie doczekałem się od niej telefonu, ale nie zaniepokoiło mnie to. Tego dnia, a właściwie wieczoru, mieli mieć tą imprezę na którą pojechała.
Jednak w niedzielę też nie zadzwoniła. Oczywiście, tuż przed położeniem się do łóżka, nie doczekawszy się telefonu od niej zdecydowałem się do niej zadzwonić.
Za pierwszym razem długo czekałem aż odbierze telefon. Nie doczekałem się. Ponowiłem próbę pół godziny później z takim samym skutkiem. Następnego dnia automat operatora sieci komórkowej powiadomił mnie, że abonent jest niedostępny. Dopiero we wtorek dwudziestego siódmego , kiedy zacząłem się już na dobre niepokoić, nagle zadzwonił mój telefon.
Na wyświetlaczu pojawił się nieznany mi numer zaczynający się liczbą 48, wskazujący na to, że ktoś dzwoni z Polski. Odebrałem rozmowę i tak jak mam to w zwyczaju po słowie „Słucham” chciałem się przedstawić, ale nie zdążyłem.
Przerwała mi moja Hanka. Bez słowa powitania, nieco spanikowanym głosem oznajmiła, że okradziono ją ze wszystkiego. Nie ma pieniędzy, karty bankowej, telefonu ani dokumentów. Została zatrzymana przez polską straż graniczną w lesie w okolicy Białowieży
„Potem ci wyjaśnię jak się tu znalazłam. Panowie pozwolili mi zadzwonić do naszej ambasady i do ciebie…”
„Jacy panowie?”
„No ci co mnie zatrzymali. Żołnierze. Przyjedź po mnie”
„Wyślę ci pieniądze”
„Przecież je nie odbiorę bez dokumentów. Przyjedź po mnie…Chwileczkę, pan chce z tobą rozmawiać. Oddaję telefon”
Chwilę czekałem zanim usłyszałem
„Halo! Kapitan Cieślak z placówki straży granicznej w Białowieży. Z kim rozmawiam?”
„Dzień dobry. Nazywam się Robert Nowak. Panowie macie u siebie moją żonę”
„Dzisiaj nad ranem, około godziny czwartej patrol straży granicznej zatrzymał kilkadziesiąt metrów od granicy państwowej kobietę bez dokumentów podającą się za obywatelkę szwedzką. Podała, że nazywa się Hanna Nowak…”
„Zgadza się” – przerwałem mu – „To moja żona”
W dalszej części rozmowy kapitan Cieślak poprosił mnie o podanie daty urodzenia Hanki. Podałem jej personnummer, czyli szwedzki pesel oraz miejsce zamieszkania. Skonfrontował to z tym co mu wcześniej o sobie powiedziała Hanka. Po chwili zadał pytanie
„Dlaczego pańska żona usiłowała przekroczyć nielegalnie granicę polsko-białoruską?”
„Panie!” – wykrzyknąłem zdenerwowany – „Nie mam najmniejszego pojęcia co ona tam robi! Wyjechała do Łodzi na spotkanie absolwentów szkoły do której chodziła! Daj mi pan ją do telefonu…”
„Proszę bardzo…”
„Tylko nie krzycz na mnie” – usłyszałem zanim się odezwałem – „Wszystko ci wyjaśnię jak przyjedziesz po mnie…”
„Nie krzyczę!” – wrzasnąłem – „Gdzie mam przyjechać?!”
„Nie wiem?”
„Jezus! Maria!…Daj mi tego kapitana do telefonu!”
Rozmawiałem z kapitanem Cieślakiem więcej jak pół godziny. Udało mi się przekonać go, aby nie nadawał sprawie dalszego biegu. Dosyć łatwo na to przystał, tym bardziej, że w trakcie naszej rozmowy otrzymał wiadomość z naszej Ambasady potwierdzającą tożsamość Hanki. Dużo trudniej było mi nakłonić go do niewypuszczania jej na wolność.
„Skoro tożsamość pańskiej żony została potwierdzona i okazało się, że jej obecność na granicy nie była próbą nielegalnego przekroczenia, to nie mam podstaw do przetrzymywania jej u nas”
„Tak. Rozumiem pana, ale niech pan mnie zrozumie. Moja żona zaraz po wyjściu od was zabłądzi. Ona nie ma zmysłu orientacji. Po za tym nie ma grosza przy sobie. Bardzo proszę, niech pan ją odstawi do najbliższego hotelu i zakaże jej wychodzenia z niego…”
„Tu niema hoteli” – przerwał mi – „Ale możemy załatwić to w inny sposób”
Kapitan Cieślak wyjaśnił, że jeszcze tego samego dnia będzie jechać do Urzędu Wojewódzkiego w Białymstoku. Może zabrać ze sobą Hankę i zostawić ją tam w hotelu. W jednym z nich pracuje jego kuzynka. Jest to hotel Gołębiowski. Znajduje się w centrum miasta. Dał mi numer do hotelu abym mógł zamówić pokój dla Hanki. Dostałem również numer telefonu do kuzynki kapitana.
Podziękowałem i zamieniłem jeszcze parę słów z Hanką. Wymogłem na niej przyrzeczenie, że do czasu mojego przyjazdu do Białegostoku nie opuści hotelu.
„A za co będę żyła do czasu twojego przyjazdu? Po za tym muszę sobie kupić trochę rzeczy. Mam tylko to co na sobie. Nawet szczoteczki do zębów nie mam…”
„Nie rozkręcaj się kochanie” – pośpiesznie przerwałem wywód Hanki – „W hotelu będą czekały na ciebie pieniądze” – odparłem chociaż nie wiedziałem jak to załatwić.
Zaraz po tej rozmowie zadzwoniłem do banku aby zastrzec skradzioną Hance kartę bankową. Potem do recepcji hotelu Gołębiowski w Białymstoku. Chciałem zamówić pokój dla Hanki, i od razu go opłacić.
Wszystko przebiegało normalnie do czasu gdy powiedziałem, że moja żona zjawi się u nich za kilka godzin i że nie ma dokumentów. Panienka w recepcji odpowiedziała, że jest to absolutnie niemożliwe aby ją zameldować bez ważnego paszportu. Dopiero rozmowa z jej szefem, któremu wyjaśniłem sytuację, sprawę pomyślnie zakończyła.
Pieniądze za pokój przelałem na wskazane konto. Potem jeszcze spróbowałem dodzwonić się do kuzynki kapitana Cieślaka. Miałem zamiar przesłać jej pieniądze dla Hanki. Niestety jej telefon nie odpowiadał.
Zadzwoniłem ponownie do hotelu i poprosiłem o rozmowę z menadżerem z którym rozmawiałem poprzednio. Obiecałem mu pewną sumę pieniędzy jeśli zgodzi się pożyczyć Hance tysiąc złotych. Zgodził się. Podał numer swojego konta na który wysłałem pieniądze.
Zaraz potem zadzwoniłem do wydziału konsularnego naszej Ambasady w Warszawie. Znali już historię zatrzymania Hanki na granicy z Białorusią i obiecali wydać dokument zastępczy na powrót do Szwecji. Obiecałem odebrać go za kilka dni, gdy tylko odbiorę żonę z hotelu w Białymstoku.
Pozostało tylko do tego Białegostoku się dostać.
W pierwszej chwili chciałem zamówić bilet lotniczy do Warszawy. Ale co zrobić z córką. Nie miałem z kim jej zostawić. Ma teraz wakacie szkolne. Nie zostawię na kilka dni w domu samej ośmioletniej dziewczynki.
Zgodnie z naszym planem Hanka miała powrócić do domu jutro, to jest w środę dwudziestego ósmego lipca, a w piątek trzydziestego mieliśmy wyruszyć w naszą podróż z przyczepą do Niemiec. Mamy wykupione bilety na prom z Trelleborga do Travemunde na piątek trzydziestego lipca.
Zadzwoniłem do linii promowych i chciałem zamienić nasz wyjazd na inny. To znaczy na wyjazd nocny z Trelleborga do Sassnitz. Obydwie linie obsługuje ten sam przewoźnik, więc myślałem, że nie będzie z tym żadnego problemu. Z Sassnitz do Białegostoku przez Warszawę jest około tysiąca kilometrów. Sprawdziłem to i jadąc z przyczepą powinienem być w Białymstoku po dwóch dniach.
Niestety, nie udało mi się przebukować biletów. Może to i lepiej. Zadzwoniłem do innego przewoźnika obsługującego linię z Karlskrony do Gdyni. Wolnych miejsc już na najbliższe dni nie mieli. Ale po moich prośbach i naleganiach zgodzili się abym przyjechał do terminalu i czekał, aż być może ktoś nie zgłosi się do odprawy i będę mógł się zabrać w to miejsce.
Spojrzałem na zegarek. Dochodziła szósta wieczorem. Córki nie ma w domu jest u koleżanki w sąsiedztwie. Zadzwoniłem tam i poprosiłem aby sąsiad przekazał jej, że ma natychmiast przyjść do domu bo musimy niespodziewanie wyjechać. Potem zabrałem się za przeniesienie ostatnich rzeczy do przyczepy.
Gdy już byłem gotowy z pakowaniem zapasów żywności do lodówki nadeszła Marta. Wytłumaczyłem jej, że musimy natychmiast wyjechać po mamusię. Z ulgą zauważyłem, że przyjęła moje wyjaśnienia ze zrozumieniem i spokojem.
Około dwudziestej wyjechaliśmy z domu. Przed terminalem portowym w Karlskronie byliśmy o drugiej w nocy. Zatrzymałem się na parkingu niedaleko wjazdu do odprawy paszportowej. Nikogo po za nami nie było. Poranny prom do Gdyni odpływa o dziewiątej przed południem, mieliśmy więc kilka godzin aby się przespać. Kolację zjedliśmy po drodze do Karlskrony, więc teraz po wieczornej toalecie szybko udaliśmy się do łóżek. Marta usnęła niemal od razu. Do mnie sen nie przychodził. Byłem spięty i myślałem tylko o tym czy uda nam się wjechać na prom.
Nad ranem około siódmej zaczęły podjeżdżać pierwsze samochody. Kierowcy ustawiali je przed zamkniętą bramą do wjazdu na odprawę paszportową. Według informacji wywieszonej na bramie odprawa paszportowa rozpoczyna się dwie godziny przed planowanym odpłynięciem promu, a więc o godzinie siódmej. Obudziłem córkę i pobiegłem do budynku terminalu do kas biletowych. Ulżyło mi kiedy dowiedziałem się, że jestem pierwszy na rezerwowej liście pasażerów. Pan w kasie zauważył że jestem zdenerwowany. Uspokoił mnie mówiąc, że niemal w stu procentach będę mógł się zabrać tym promem. Polecił mi czekać i przyjść do niego na piętnaście minut przed odpłynięciem promu. Byłem przy jego okienku kilka minut wcześniej. Zauważył mnie i poprosił do siebie.
„Ma pan szczęście. Może pan wykupić bilet i wjeżdżać na prom”
W kilka minut załatwiłem formalności i biegiem pobiegłem do samochodu. Podjechałem do odprawy jako ostatni. Zaraz za nami zamknięto bramę. Potem jeszcze ze trzysta metrów do trapu którym wjechaliśmy do wnętrza promu. Obsługa pokładowa wskazała miejsce w którym mieliśmy zostawić samochód z przyczepą. Przypomnieli o zamknięciu zaworów butli z gazem w przyczepie i złożeniu lusterek.
Z niewielkim bagażem podręcznym udaliśmy się na pokład główny. Przed nami było niemal dziesięć godzin podróży. W Gdyni powinniśmy być przed siódmą wieczorem. Ponieważ jest to podróż dzienna więc nie wykupiłem kabiny. Udaliśmy się do jednej z restauracji zjeść śniadanie.
Dopiero przy stoliku, gdy już byliśmy po śniadaniu poczułem ogromne zmęczenie. Nic dziwnego. Nie spałem dwie noce. Pierwszej nocy jazda do Karlskrony. Potem nie mogłem usnąć, z powodu niepewności co to możliwości dostania się na prom.
Miałem nadzieję, że przesiedzę te dziesięć godzin podróży gdzieś na licznych fotelach znajdujących się w różnych miejscach na promie. Niestety, wszystkie były zajęte przez pasażerów myślących tak jak ja.
Udałem się do recepcji. Tak jak przypuszczałem w czasie dziennego rejsu bardzo dużo kabin jest wolnych. Wykupiłem jedną dwuosobową. Ponieważ Marta była wypoczęta nie miała zamiaru spać. Dałem jej trochę pieniędzy. Obiecała wykupić sobie bilety na co najmniej dwa seanse filmowe w kinie pokładowym. Gdy wyszła z kabiny wziąłem szybki prysznic i położyłem się spać.
„Tatuś! Obudź się! był komunikat, że za pół godziny zawijamy do portu”
Głos nieco spanikowanej córki oprzytomniał mnie w jednej chwili. Kilkanaście minut później znaleźliśmy się w samochodzie.
Z promu zjechaliśmy jako ostatni po niemal czterdziestu minutach. Jeszcze przed zjazdem sprawdziłem mapę. Do Białegostoku mieliśmy czterysta dwadzieścia sześć kilometrów. Najpierw skierowałem się na Elbląg. Potem minęliśmy Nidzicę i Łomżę.
Do Białegostoku wjechaliśmy nad ranem. Miałem adres do hotelu Gołębiowski, ale nie wiedziałem czy będę tam mógł zaparkować samochód z przyczepą. Po za tym byłem zmęczony i nie chciało mi się szukać dojazdu do hotelu.
Zatrzymałem się na parkingu przy jakimś centrum handlowym przy wjeździe do miasta. W pobliżu zatrzymała się taksówka. Po wyjściu pasażera wsiedliśmy do niej i kazaliśmy się zawieść do hotelu.
„No! Nareszcie!”
To były pierwsze słowa Hanki, gdy nas zobaczyła na dole w hotelu. Potem oczywiście były uściski i serdeczności. Hanka cały czas mówiła. Starałem się wyłapać z chaosu jej opowiadania o tym co ją spotkało jakiś chronologiczny porządek zdarzeń, ale nie mogłem dojść do słowa. W pewnym momencie brutalnie jej przerwałem
„Słuchaj! Nie jedliśmy jeszcze śniadania. Marta jest głodna. Ja też. Chodźmy do restauracji hotelowej zjeść coś”
„Nie jedliście śniadania?” – zdziwiła się – „Nie pomyślałam o tym”
Przeszliśmy do restauracji. Potem gdy już kończyliśmy śniadanie przejąłem inicjatywę i poprosiłem, a właściwie zażądałem aby odpowiadała na moje pytania.
„Powiedz, jak to się stało, że wylądowałaś na granicy z Białorusią?”
„Przecież cały czas o tym mówię!”
„Mówisz chaotycznie. Chcę wiedzieć wszystko od początku. Byłaś na imprezie w Łodzi. Co było dalej? Dlaczego znalazłaś się na granicy?”
„Oj tam, oj tam. Czy to ważne? Tak wyszło. Stefcia zaproponowała wyjazd do rodziców. Mówiłam już. Pojechaliśmy tam…Wiesz. Jej matka chciała, żebym kurom łby urywała…”
„Zaraz, zaraz. Jakie kury. O czym mówisz?”
Długo trwało zanim kawałek po kawałku wyciągnąłem od Hanki całą historię jej wyjazdu do wsi koło Hajnówki.
Skończyliśmy śniadanie. Udaliśmy się do jej pokoju. Marta pomagała matce spakować rzeczy które kupiła za pieniądze, które przesłałem za pośrednictwem menadżera hotelowego, a ja układałem puzzla z wypowiedzi Hanki.
„Wiesz, że nie piję wódki. Ale tam przy stole nie mogłam odmówić. Podali mi w dużym kieliszku…Co ja mówię…W szklance. Upiłam trochę. Coś strasznego! Chyba bimber. Źle się poczułam. Wyszłam na zewnątrz. Jeszcze nigdy w życiu tak nie wymiotowałam…”
„Dobra, dobra!” – przerwałem jej – „Daruj sobie szczegóły”
„No więc wróciłam niepostrzeżenie do domu, poszłam na górę i tak jak stałam, w ubraniu, położyłam się na łóżku. W nocy obudziła mnie Stefcia. Miałyśmy razem spać. Chciałam pójść do łazienki aby się umyć i włożyć piżamę i wtedy zauważyłam że nie ma mojej walizki. Torebka też zniknęła. Powiedziałam o tym Stefci, ale ona była pijana i nic do niej nie docierało. Zeszłam na dół. Tam jeszcze się bawili. Wyśmiali mnie. Matka Stefci była oburzona, że zarzucam im, iż zostałam okradziona w ich domu. Zrobiła się awantura. Stefcia zeszła na dół. Stanęła po stronie rodziny. Popłakałam się i wybiegłam z domu”
„Co było dalej?”
„Noc była. Ciemno. Chciałam iść na policję do Hajnówki, ale wiesz…pomyliłam kierunki…”
„Rozumiem. Tym mnie nie zaskoczyłaś”
„Jak już było widno to zatrzymali mnie jacyś żołnierze. Zaprowadzili na posterunek i tam taki sympatyczny kapitan, Zbyszek Cieślak…”
„Tak. Dalej już wiem co było. Teraz schodzimy na dół. Uregulujemy rachunki hotelowe, weźmiemy taksówkę i pojedziemy do przyczepy. Mam nadzieję, że jeszcze stoi tam gdzie ją zostawiliśmy”.
Przyczepę i samochód zastaliśmy w nienaruszonym stanie. Hanka bardzo się ucieszyła zobaczywszy swoje rzeczy które już wcześniej były spakowane na nasz wakacyjny wyjazd. Stwierdziła, że powinna sobie kupić kilka niezbędnych kosmetyków. Zajrzała też do lodówki.
„Trochę jedzenia też by się przydało kupić…Słuchaj, stoimy przy jakiejś galerii handlowej. Skoczę tam i zrobię zakupy”
„Pójdę z tobą mamusiu” – zadeklarowała Marta
„Dobrze idźcie sobie. Postudiuję mapę przez ten czas” – odpowiedziałem.
Rozłożyłem mapę na stole i pochyliłem się nad nią.
„No?” – usłyszałem
„Co no?”
„Pieniądze daj. Przecież nie mam ani grosza!”
Dałem Hance kartę z dostępem do naszego wspólnego konta.
„Tylko nie szalej” – powiedziałem gdy wychodziły z przyczepy.
Podczas ich nieobecności obmyśliłem jak postępować dalej. Potem położyłem się i odpoczywałem.
Przyszły po dwóch godzinach. Kupiły trochę żywności i kosmetyki.
„Tylko trochę kupiłam. Nie ma szminek które używam” – wyjaśniła Hanka
Rozpakowały wszystko. Żywność umieściły w lodówce i w szafkach. Kosmetyki w łazience.
„No to możemy jechać” – powiedziała Hanka – „Dosyć mam tego Białegostoku”
„Gdzie pojedziemy, tatusiu?” – zapytała Marta
„Najpierw do Hajnówki…”
„Po co?” – przerwała mi Hanka
„Złożyć doniesienie w tamtejszym komisariacie Policji o kradzieży twojego mienia i dokumentów, dokonanego podczas twojego pobytu u państwa… Jak oni się nazywają?”
„Paszkiewicze. Ale co to nam da?”
Hanka nie była przekonana do wyjazdu do Hajnówki.
„Prawdopodobnie nic nam to nie da, ale tak tej sprawy nie można zostawić” – odparłem
„To już lepiej jedźmy do Paszkiewiczów. Jestem przekonana, że to ktoś z domowników albo ktoś z biesiadników okradł mnie. Jak ich postraszymy policją to może chociaż paszport się znajdzie”
To co powiedziała Hanka przekonało mnie.
„Masz rację kochanie. Jedziemy do nich. Jak ta wieś się nazywa?”
„Nie pamiętam, Ale chyba tam trafię”
Nie byłem co do tego przekonany, ale nie miałem wyjścia. Najwyżej rozpytamy się o Paszkiewiczów w Hajnówce.
Przeszliśmy do samochodu i ruszyliśmy do Hajnówki. Jadąc ostrożnie z przyczepą po nie najlepszych drogach zajechaliśmy do Hajnówki po mniej więcej godzinie i dwudziestu minutach.
Tak jak przypuszczałem, Hanka nie mogła sobie przypomnieć jak z Hajnówki wyjeżdża się do miejscowości w której spotkała ją ta przykra historia. Na szczęście liczyłem się z tym i po jeszcze jednym sprawdzeniu mapy stwierdziłem, że w stronę granicy prowadzi tylko jedna droga oznaczona na mapie numerem 689.
Po kilkunastu minutach opuszczaliśmy miasteczko tą właśnie drogą w stronę granicy. Jechaliśmy bardzo wolno. Hanka rozglądała się z uwagą. W pewnym momencie tuż przed miejscowością Zwierzyniec krzyknęła
„Skręcaj w prawo! Tu zaraz za zakrętem stoi kilka zagród!”
Niechętnie skręciłem w piaszczystą nieco zalesioną drogę.
„Będą kłopoty z zawróceniem” – pomyślałem
Jednak niepotrzebnie się niepokoiłem.
„To tutaj! Poznaję ten dom. O! psa też poznaję!” – ucieszyła się Hanka
Jeszcze zanim się zatrzymałem niemal ze wszystkich domów powychodzili ludzie i z ciekawością się nam przyglądali.
Z domu Paszkiewiczów wyszła starsza kobieta i zaraz po nie druga młodsza. Towarzyszył im młody piesek wielorasowy.
„O jest Stefcia!”
No i zaczęło się.
Pierwsza z samochodu wybiegła Marta. Podbiegła do pieska który natychmiast zaczął się do niej łasić. Zaraz za Martą wyszła Hanka. Podeszła do kobiet. Od razu, bez słowa przywitania zaczęły robić sobie wymówki.
Stefa Paszkiewicz zarzucała mojej żonie że zniknęła w nocy bez słowa. Hanka odpowiedziała, że przecież powiedziała, iż idzie na policję do Hajnówki. W odpowiedzi usłyszała od Stefy, że kilka osób poszło za nią. Doszli do miasta i jej nigdzie nie spotkali. Wszyscy się martwili że coś złego się z nią stało.
Hanka wspomniała mimochodem, ze poszła w złym kierunku i żeby nie drążyć niewygodnego dla niej tematu od razu zapytała czy znalazły się jej rzeczy. W tym momencie doszedłem do nich.
„Kochanie. Może nas przedstawisz?”
W ten sposób poznałem szkolną przyjaciółkę mojej żony i jej matkę. Musiałem zrobić dobre wrażenie na starej Paszkiewiczowej bo bardzo serdecznie zaprosiła mnie do domu
„Wy też wchodźcie do chałupy. Nie ma co robić widowiska na całą wieś. Znowu wezmą nas na języki” – zwróciła się do Hanki i Stefy.
Marta niechętnie oderwała się od zabawy z pieskiem i podążyła za nami.
Gdy wchodziliśmy do domu Hanka zatrzymała się w progu i demonstracyjnie zwróciła się do mnie
„Zamknąłeś dobrze auto i przyczepę? Tutaj kradną”
„No wiesz! Wredna małpa jesteś!” – zareagowała Stefa
Zanim zdążyłem odpowiedzieć matka Stefy zaprowadziła nas do dużego pokoju. Wskazała krzesła przy stole. Usiedliśmy. Ponownie w serdeczny sposób zwróciła się do mnie
„Herbatki panu podać czy może kawusi zrobię?”
„Kawusię poproszę” – odpowiedziałem
Potem, nie pytając się pozostałych osób o to co im podać wyszła szybko do kuchni.
„Tatuś” – zwróciła się do mnie szeptem córka – „Ale ta pani się tobie przyglądała”
Zanim kawusia była gotowa, do domu przyszedł ojciec Stefy. Po przywitaniu zapytał mnie co nas sprowadziło w jego skromne progi. Odpowiedziałem, że przyjechałem po żonę która w jego skromnych progach utraciła wszystkie rzeczy i dokumenty, i że zamierzamy złożyć na policji zameldowanie o kradzieży, a zawitaliśmy do nich aby upewnić się czy przypadkiem rzeczy żony się nie odnalazły.
„Widzisz, matka. Mówiłem, że będą kłopoty” – odezwał się do wchodzącej żony
Paszkiewiczowa niosła kawę w szklance na spodku. Szklanka przykryta była drugim spodkiem. Postawiła ją przede mną. Z fartuch wyjęła łyżeczkę
„Proszę bardzo” – zwróciła się ciepło do mnie – „Już posłodziłam”
„Ty go kawą poisz, a on zarzuca nam kradzież…”
„Zamknij się stary!” – przerwała stanowczo mężowi
Umilkł natychmiast. Nie zdążyłem od razu zareagować bo poparzyłem sobie usta kawą.
„Wie pan” – znowu ciepło zwróciła się do mnie – „Tyle ludzi było wtedy w domu. I domownicy, i obcy którzy pomagali w polu. Wszyscy sobie popili…One też” – wskazała na Hankę i Stefcię – „Ludzie wchodzą i wychodzą. Drzwi są zawsze otwarte. Jeśli coś zginęło to nie my żeśmy to wzięli…”
Po chwili dodała już zupełnie innym tonem
„Nie okradamy tych których gościmy pod naszym dachem!”
„Nie powiedziałem, że wy okradliście moją żonę” – przerwałem jej – „Powiedziałem, że w waszym domu moja żona utraciła wszystko, łącznie z pieniędzmi i dokumentami. Bardzo zależy nam na utraconym paszporcie. Aby mogła wrócić do domu musi, tu na miejscu, złożyć na policji zawiadomienie o utracie paszportu, oraz w jakich okolicznościach to się stało. Policja wyda jej zaświadczenie z którym pojedziemy do Warszawy do naszej Ambasady po nowy paszport”
Przesadziłem trochę z tą koniecznością otrzymania zaświadczenia z policji. Powiedziałem tak, ponieważ byłem przekonany, że Paszkiewicze muszą być w jakiś sposób w to zamieszani, albo chociaż wiedzieć coś o kradzieży. Przypuszczałem, że zaniepokoją się, gdy wspomnę o zgłoszeniu kradzieży dokonanej w ich domu i że bardzo będą chcieli odwieść mnie od tego. Nie myliłem się
„Zaraz, zaraz. Paszport też zginął?” – zdziwiła się nieszczerze Paszkiewiczowa – „Idź no stary do Walczaków naprzeciwko. Ich Jasiek podobno znalazł jakieś papiery na drodze”
„Ale przecież…” – zaczął Paszkiewicz
„No idźże do cholery!” – przerwała mu
Wybiegł pospiesznie z domu.
„Może jeszcze kawusi?” – zwróciła się ciepło do mnie
„Dziękuję bardzo. Wystarczy” – odpowiedziałem pospiesznie
„To ja pójdę do tych Walczaków. Mój nic nie potrafi załatwić porządnie” – powiedziała i wybiegła z domu
Podczas mojej rozmowy z Paszkiewiczami Hanka i Stefa wyszły z pokoju. Zostałem z córką. Dopiero teraz zauważyłem, że Marta jest rozbawiona. Ponieważ wiem, że niewiele musiało do niej dotrzeć z mojej rozmowy prowadzonej po polsku zapytałem
„Zrozumiałaś o czym rozmawialiśmy?”
„Nie. Polski jest dla mnie bardzo trudny”
„To co cię tak rozbawiło?”
„A, bo to tak, jak bym oglądała film bez dubbingu…Bardzo śmieszne to było. Takie fajne miny robili”
Nie zdążyłem małej odpowiedzieć. Właśnie z góry zeszły Hanka ze Stefcią. Marta zapytała czy może wyjść na podwórze i pobawić się z pieskiem. Pozwoliłem jej na to. W drzwiach minęła się z Paszkiewiczową, która już od progu głośno oznajmiła
„Znalazł się!…Paszport się znalazł!”
„Gdzie go znalazłaś mamusiu?” – zaciekawiła się Stefcia
„Nie ja go znalazłam, głupia!…Jasiek od Walczaków znalazł na drodze”
Mówiąc to wręczyła Hance kosmetyczkę w której moja żona oprócz podręcznych kosmetyków miała zwyczaj przechowywać gotówkę, kartę bankową prawo jazdy i paszport.
Hanka z radością chwyciła podaną kosmetyczkę. Szybko otworzyła ją, wyjęła paszport i nie oglądając go odłożyła na stół. Potem to samo zrobiła z prawem jazdy. Przez chwilę szukała czegoś we wnętrzu kosmetyczki, po czym wysypała wszystko na stół. Były to jakieś spinacze do włosów, gumki, pigułki na ból głowy i inne drobiazgi które nie potrafię zidentyfikować
„Gdzie jest moja szminka?!…Majątek za nią dałam! Gdzie jest puder, lakier do paznokci?”
Po chwili niemal płacząc zwróciła się do mnie
„Te perfumy które dostałam od ciebie przed wyjazdem też znikły…”
„Jakie perfumy?” – zapytałem
„No, jak to jakie?!…Nie pamiętasz? Chanel numer pięć, od Diora…”
„Nie przejmuj się perfumami. Kupię ci nowe. Ważne że paszport się odnalazł…”
„Co mi tam paszport” – przerwała mi zirytowana – „Szminkę potrzebuję… W Polsce nie kupię takiej”
„Kupisz, kupisz” – zauważyła Stefcia
„Skąd możesz to wiedzieć?” – wściekle zapytała Hanka
„Sama mam taką samą…”
„Tak? To pewno moja…Pokaż ją. Na pewno poznam”
„Nic nie poznasz. Nowa jest. Kupiłam u nas w Hajnówce…”
„Nie wierzę. Tu na tym zadupiu kupiłaś szminkę od Diora?”
„Chodź na górę. Pokażę ci”
Pobiegły na górę do pokoju Stefci. Paszkiewiczowa wykorzystała fakt że zostaliśmy sami i znowu zaproponowała kawusię. Podziękowałem grzecznie i powiedziałem że jak tylko żona zejdzie na dół, pożegnamy się i odjeżdżamy.
„Jaka szkoda, ze nie zostaniecie. Zjedlibyście z nami…”
Podziękowałem stanowczo. Nie nalegała więcej. Chciała coś powiedzieć, ale właśnie zeszła z góry Hanka. Była wyraźnie wzburzona
„Jedziemy stąd! Natychmiast!”
„Oczywiście kochanie”
Kilka minut później zawracałem na końcu wsi. Kiedy przejeżdżaliśmy obok domu Paszkiewiczów widzieliśmy wracającego starego Paszkiewicza. Był już lekko pijany.
„Zatrzymamy się w Hajnówce złożyć na policji zawiadomienie o kradzieży..” – powiedziałem
„Daj spokój. I tak nic nie odzyskamy. Szkoda zachodu”
„Zawiadomienie potrzebne będzie aby ubiegać się o odszkodowanie…”
„Daj spokój” – przerwała mi – „Nie żal mi tych starych łachów. Nic bym za te ciuchy nie uzyskała z ubezpieczenia”
„Ok. W takim razie jedziemy prosto do Warszawy”
„O nie! Nie, kochany. Zatrzymamy się w Hajnówce” – stwierdziła stanowczo
„Po co?”
„Muszę sprawdzić, czy to prawda, co ta jędza mówiła, że można tam kupić kosmetyki Diora”
Ponieważ było już dobrze po południu i czuliśmy się zmęczeni, postanowiliśmy zostać na noc w Hajnówce. Przejechałem powoli przez miasteczko szukając jakiegoś kampingu lub pola namiotowego. Nic nie znalazłem.
Zatrzymałem się na stacji benzynowej zatankować auto. Potem zapytałem gdzie by można zatrzymać się na noc z przyczepą. Pracownik stacji zaproponował abym zatrzymał się na parkingu przed kościołem katolickim pod wezwaniem św. Cyryla i Metodego. Wskazał jak tam dojechać.
Na miejscu udałem się na do budynku parafialnego. Sympatyczny proboszcz nie miał nic przeciwko temu abyśmy zostali na noc. Odczepiłem przyczepę i pojechaliśmy w stronę centrum. Hanka chciała od razu chodzić po sklepach ale uparłem się aby najpierw zjeść coś.
„Nie chce mi się jeść” – oznajmiła Hanka – „Ty i Marta idźcie coś zjeść a ja pójdę pochodzić po sklepach. Spotkamy się w przyczepie”
„Obawiam się, że zabłądzisz…”
„No co ty? W takiej dziurze” – oburzyła się
Wymogłem na niej, że jak już będzie miała dosyć chodzenia po mieście, to weźmie taksówkę i każe się zawieść na parking pod kościół św. Cyryla i Metodego.
Po posiłku w restauracji Niezapominajka wróciłem z córką do przyczepy.
Po dwudziestej zacząłem się niepokoić długą nieobecnością żony. Zastanawiałem się czy pojechać szukać jej w mieście, czy raczej od razu udać się na policję. Na szczęście około wpół do dziewiątej podjechała taksówka. Hanka się odnalazła. Zmęczona, ale zadowolona.
„Kupiłaś co chciałaś?” – zapytałem
„Nie. Nic nie kupiłam”
„To z czego jesteś tak zadowolona?”
„Bo miałam rację. W Hajnówce nie kupi się perfum Diora Chanel numer pięć”
Z Hajnówki wyjechaliśmy następnego dnia zaraz po śniadaniu. Pod wieczór zatrzymaliśmy się na kampingu pod Warszawą.
Następnego dnia z rana pojechaliśmy do Ambasady. Wyjaśniliśmy, że nowy paszport już jest niepotrzebny. Potem przez kilka godzin pokręciliśmy się po centrum Warszawy.
Po powrocie na kamping zamierzałem ustalić z moimi paniami jak najszybciej dostać się na zaplanowaną objazdówkę po Niemczech. Zamierzałem skierować się na Berlin, a potem na wcześniej zaplanowaną trasę na w stronę Bawarii.
Wcześniej miałem nadzieję, że uda nam się jeszcze zwiedzić Tyrol w Austrii, ale teraz po przygodach Hanki w Polsce chyba nie wystarczy nam na to czasu. Nasz pieniądze przeznaczone na wakacje też uległy poważnemu uszczupleniu.
Gdy tylko wspomniałem, że zaraz z rana wyjeżdżamy w stronę Berlina, spotkałem się ze stanowczym protestem. Zarówno żona jak i córka zdecydowanie zażądały aby zostać kilka dni na kampingu i dokładniej zwiedzić Warszawę
„Bawarię i Tyrol zwiedzimy w przyszłym roku” – zadecydowała Hanka – „Dawno nie byłam w Warszawie. Chcę zobaczyć co się tu zmieniło”
„Ja to w ogóle nic nie pamiętam z Warszawy” – dodała Marta
Na kampingu zostaliśmy ponad tydzień. W miedzy czasie zakupiłem bilety na prom z Gdyni do Karlskrony. Pojechaliśmy na wybrzeże trzy dni przed odjazdem do Szwecji i zdążyliśmy jeszcze zwiedzić Gdynię i Gdańsk.
Do Szwecji wróciliśmy wypoczęci i w zasadzie zadowoleni. Najbardziej zadowolona była Hanka. Utrata bagażu sprawiła, że z czystym sumieniem mogła sobie odświeżyć garderobę, no i udało jej się w Warszawie kupić sporo kosmetyków od Diora.
KONIEC
1 thought on “PODLASKIE PERYPETIE”
Czy Hanka nie jest przypadkiem blondynka?