Stasiek bardzo chciał bawić się ze starszymi chłopakami na podwórku. Niestety, jest od nich młodszy, i oni nie za bardzo mają ochotę na jego towarzystwo.
Wszyscy chodzą do tej samej szkoły na Drewnowskiej, on kończy piątą klasę a oni już siódmą. Na ich podwórku w zasadzie nie ma nikogo innego z kim Stasiek mógłby się zadawać. Jest jeszcze taka Elka. Chodzi do tej samej klasy co Stasiek, ale z nią nie idzie się bawić. Dziwna jest, zawsze się śmieje jak go widzi. Kilka razy chciała bawić się ze Staśkiem w dom, Raz z nudów zgodził się. Elka pobiegła do domu i przyniosła lalki. Stasiek się przeraził
„Jeszcze chłopaki zobaczą” – pomyślał i uciekł do domu.
Jednak nie ma to jak zabawy z chłopakami.
Tych chłopaków z siódmej klasy jest czterech. Zbyszek, Czesiek, Witek i Janek. Janek jest dużo starszy od pozostałych trzech, dwa razu powtarzał klasę. Jest bardzo nerwowy i ma coś z głową.
Za kilka dni kończy się rok szkolny 66/67. W szkole nauczyciele nie zadają już lekcji do odrobienia w domu, więc wszyscy mają więcej czasu na zabawy na podwórku.
Od początku roku szkolnego, zabawy chłopców inspirowane są pewnym serialem telewizyjnym. Ten serial to „Czterech pancernych i pies”. Już od premiery we wrześniu 66go gromadzi przed telewizorami niemal całą młodzież szkolną. Zbyszek, Czesiek, Witek i Janek też ulegli urokowi wojennych przygód bohaterów serialu. Na podwórku, za domem w którym mieszkają, koło komórek i wspólnej ubikacji zbudowali czołg.
Mówienie, że zbudowali czołg to może przesada. Z pozostawionych po częściowej rozbiórce starej rudery cegieł zrobili prostokątne ogrodzenie mniej więcej półtora metra na dwa, wysokie na jakieś pół metra. W przodzie ogrodzenia umieścili starą rurę kanalizacyjną. Z odrobiną dobrej woli i fantazji można powiedzieć, że wygląda to jak czołg. Nawet na jednym boku ma przeczepiony spory kawał starej sklejki z numerem 102 i napisem Rudy. Chłopaki z sąsiedztwa bardzo im zazdroszczą tego czołu. Już razy ktoś im ukradł w nocy lufę. Na szczęście w pobliskim wykopie znaleźli nową rurę. Teraz zamykają lufę w komórce gdy muszą czołg opuścić.
Dowódcą czołgu jest Janek. Został demokratycznie wybrany na to stanowisko. No, powiedzmy, prawie demokratycznie. Stwierdził, że jest najstarszy, też ma na imię Janek, tak jak dowódca filmowego czołgu, to on znalazł lufę i to u niego w komórce jest przechowywana, więc ma prawo być dowódcą. No a jak się komu nie podoba jego kandydatura na dowódcę, to niech się wynosi na inne podwórko i nie pyskuje bo może dostać po ryju.
Kandydatura Janka na dowódcę czołgu przeszła jednogłośnie bez żadnego głosu sprzeciwu.
Załoga była skompletowana, czołg wyglądał wspaniale. Chłopaki z sąsiednich podwórek bardzo im zazdrościli. Do pełni szczęścia brakuje im tylko psa Szarika.
Od pewnego czasu w ich dzielnicy zniknęły prawie wszystkie bezdomne psy, zwłaszcza te większe, najczęściej wielorasowe, które choć trochę przypominały filmowego Szarika.
Żaden z chłopców nie miał psa. Od początku emisji serialu w telewizji bardzo nalegali na rodziców aby pozwolili im mieć psa. Ich rodzice, w większości mieszkający w wielkim mieście w pierwszym pokoleniu zdecydowanie twierdzili, że psów się w domu nie trzyma. Nikt w ich kamienicy nie miał psa.
Chłopcy postanowili, że zdobędą jakiegoś psa i będą go trzymać na podwórku w opuszczonej , na wpół rozwalonej komórce. Oczywiście, będą go tam trzymać i karmić w tajemnicy przed rodzicami.
Pewnego dnia wybrali się do pobliskiego parku poszukać jakiegoś psa. Podobno kręci ich się tam kilka sztuk. W parku zauważyli trzy psy. Chłopcy mieli ze sobą kilka kawałków wędliny, i stary pasek od spodni ojca Cześka.
Psy nie chciały do nich podejść. Do rzuconej wędliny szybko podbiegły, chwyciły ją i bardzo szybko się oddaliły na bezpieczną odległość
„Źle zrobiliśmy. Nie trzeba było rzucać im tej kiełbasy, tylko podać do pyska z ręki…Musimy je jakoś przywołać” – stwierdził Zbyszek
„Ale jak?” – zastanawiał się Janek
„Szarik!…Do nogi!” – krzyknął Witek i pokazał psom kiełbasę
To był dobry pomysł… Chociaż nie do końca. Wszystkie podbiegły do nich jednocześnie. Jeden z nich gwałtownie wyrwał kiełbasę z ręki Witka, a dwa pozostałe zaczęły szarpać spodnie Janka. Janek miał w kieszeniach kilka kawałków kiełbasy. Wpadł w panikę i z krzykiem próbował uciec psom. Panika udzieliła się pozostałym uczestnikom wyprawy po psa. Uciekli z parku w różnych kierunkach. Psy rzuciły się w pogoń za nimi. Dopiero gdy w biegu pozbyli się ostatnich kawałków kiełbasy psy przestały ich gonić i skupiły się na porzuconej kiełbasie.
Chłopcy spotkali się na podwórku przy czołgu po pół godzinie. W czołgu zastali Staśka który korzystając z ich nieobecności przejął dowodzenie czołgiem. Kazali mu się natychmiast wynosić. Stasiek powiedział, że bardzo chciałby dołączyć do załogi Rudego. Chłopcy stanowczo się na to nie zgadzali, twierdząc, że życie czołgistów jest niebezpieczne i nie odpowiednie dla dzieciaków takich jak on.
„Po za tym czołgi są czteroosobowe i nie ma w nich miejsca dla piątej osoby” – stwierdził Janek
„Właśnie, że jest miejsce!” – upierał się Stasiek – „Przecież na filmie brali czasem kogoś do środka”
Przez kilka minut dyskutowali nad tym czy w czołgu jest miejsce dla piątej osoby.
„Pies też się tam mieści” – dodał Stasiek.
„Pies to nie osoba” – stwierdził Janek
„Jest duży jak osoba” – przekonywał Stasiek – „A wy psa nie macie, więc ja się zmieszczę”
Na ten argument nie potrafili znaleźć odpowiedzi.
Stasiek był bardzo upierdliwy i nie chciał się od nich odczepić. Nagle Witek wpadł na pewien pomysł
„Przyjmiemy cię jako Szarika. Będziesz naszym psem. Pasuje ci?”
Zanim Stasiek zdążył odpowiedzieć, ostro zaprotestował Janek
„Zaraz, Witek! Ja jestem dowódcą i to ja decyduję czy go przyjmiemy…”
„Ja tylko chciałem…” – Witek próbował coś powiedzieć
„Teraz ja mówię!” – ostro przerwał mu Janek – „Jako dowódca informuję załogę, że od teraz Stasiek jest naszym Szarikiem”
Zbyszek i Czesiek się zaśmiali
„Co wam tak wesoło?!” – zapytał Janek
„No bo Witek to wymyślił…” – odpowiedział Zbyszek
„Wymyślił! Wymyślił!…Ja o tym myślałem już wcześniej” – stwierdził Janek i zwrócił się do Staśka – „Do nogi Szarik”
„Nie chcę być Szarikiem!” – niemal płacząc zaprotestował Stasiek
„To wynoś się z czołgu!” – zażądał Janek
Stasiek przeszedł przez murek z cegieł na zewnątrz. Na odchodne rzucił przez ramię
„Na urodziny dostanę prawdziwego psa. Tata mi obiecał. Pójdę z nim do chłopaków po drugiej stronie ulicy. Budują prawdziwy czołg… Z desek”
„Zaraz! Poczekaj!” – krzyknął za nim dowódca – „Będziesz miał psa?”
„Tak. Szarika” – odpowiedział Stasiek wracając z powrotem
„To co, chłopaki, przyjmiemy Staśka do załogi?” – niepewnym głosem zapytał Janek
„Ale przecież czołg jest czteroosobowy!” – przypomniał Czesiek – „Sam mówiłeś”
„Mówiłem. Mówiłem…ale się zmieniło. Piąta osoba się zmieści…”
„Kiedy dostaniesz tego psa?” – zapytał Zbyszek
„Na urodziny…”
„To znaczy kiedy?”
„Po niedzieli”
„Dobra! Bierzemy cię…” – zgodził się Czesiek – „Przynieś cegły”
Mówiąc to wskazał Staśkowi pobliskie resztki rozebranej rudery. Staśkowi nie trzeba było powtarzać tego dwa razy. Szybko przytargał dwie cegły. Wrzucił je do czołgu. Chłopcy ścieśnili się nieco przesuwając swoje cegły.
Dowódca Janek siedział na czterech cegłach i wyraźnie górował nad pozostałymi członkami załogi. Każdy z nich siedział na trzech cegłach. Stasiek siedząc na dwóch cegłach z tyłu miał niezbyt dobry widok na pole walki przed czołgiem, ale i tak był szczęśliwy.
Od razu ruszyli na leżący w pobliżu front walki z Niemcami.
Walczyli tak jakieś pół godziny. Zniszczyli ze trzydzieści wrażych czołgów i może by zniszczyli ich jeszcze więcej ale nagle Zbyszek krzyknął
„Chłopaki! Rybka pijana idzie!… Cyrk będzie!”
Wyskoczyli szybko z czołgu i wybiegli z podwórka, kierując się za Rybką.
Rybka to przezwisko Ziuty Karp. Szła teraz chwiejnym krokiem do klatki schodowej.
Przed klatką schodową z przodu domu był spory trawnik oddzielający dom od ulicy. Rosło tam kilka drzew i sporo gęstych krzaków. Kilkanaście metrów przed klatką schodową stał stary, duży stół kuchenny wyrzucony z domu przez kogoś kto sobie sprawił nowsze meble. Z czterech stron stołu stały cztery proste ławki wykonane z desek z odzysku. Zrobili je ojcowie kilku rodzin zamieszkujący ten dom.
Zwykle w soboty, po pracy siadali przy stole, oczywiście, jeżeli pogoda dopisywała i grali w karty. Mieli ze sobą niemal zawsze jedną lub dwie buteleczki wódki. W tygodniu przed południem, gdy panowie byli w pracy, a dzieci w szkole, stół i ławki okupywane były przez te panie domu które nie pracowały zawodowo.
Teraz przy stole usiadła przybyła właśnie załoga czołgu Rudy. Usiedli tak aby mieć widok na klatkę schodową i okna mieszkań.
Okna wszystkich mieszkań były tylko na tej jednaj ścianie domu. Ściana z boku i z tyłu podparta była skośnymi słupami. Kilka miesięcy temu w mieszkaniu na ostatnim, czyli drugim piętrze, wybuch pożar w którym zginęła mieszkająca tam para staruszków. Strażacy gaszący pożar tak bardzo zalali budynek wodą, że ta przeciekała przez stropy. W kilku miejscach stare, drewniane belki stropowe tak nasiąknęły wodą , że się niebezpiecznie wygięły. Po tym pożarze musiano w niektórych mieszkaniach podstemplować sufity. Przy okazji zauważono, że boczna i tylna ściana ma niebezpieczne pęknięcia. Pojawiły się szczeliny szerokości do trzech centymetrów. Dlatego podparto ściany od zewnątrz.
Pogoda ostatnimi dniami była wspaniała. Było bardzo ciepło i okna w niemal wszystkich mieszkaniach były pootwierane. Głównie po to, aby móc wysuszyć ściany po zalaniu mieszkań. Mimo kilku miesięcy po pożarze w wielu mieszkaniach czuć było wilgoć. Na ścianach pojawił się grzyb.
Załoga czołgu nie musiała długo czekać. W otwartym oknie na pierwszym piętrze zauważyli wchodzącą do mieszkania Rybkę. Znikła gdzieś w głębi mieszkania, ale po chwili usłyszeli jej matkę. Pani Helena Karp od razu wydarła się na córkę
„Gdzie się kurwiłaś tym razem?!… Wstyd rodzinie przynosisz!… Co sobie ludzie o nas pomyślą!”
„To co zawsze sobie o nas myślą. Myślisz, ze nie wiedzą, że też się kurwiłaś?”
I tu Ziuta ma rację. W kamienicy wszyscy się dobrze znają i w zasadzie nie mają przed sobą tajemnic. Ale najbardziej znana jest rodzina Karpów, albo jak ją inni nazywają rodzina Karpi.
Z tym ich nazwiskiem to nikt w kamienicy nie wiedział jak je odmieniać i tak naprawdę nikt się tym nie przejmował. Kiedyś tylko, przy kartach wywiązała się dyskusja dotycząca odmiany ich nazwiska.
Ojciec Zbyszka poinformował wtedy grających w karty, że dzień wcześniej spotkał przed domem dzielnicowego
„Zapytał mnie czy nie widziałem Józefa Karpia?… Odpowiedziałem, że chyba mu chodzi o Józefa Karpa. A on na to, że co to za różnica, Karpia, czy Karpa….Wezwanie na Kolegium musi mu dostarczyć”
Zebrani przy stole zarechotali
„Za co tym razem panie Józefie?” – zapytał ktoś obecnego przy stole Józefa Karpa
„Sikałem za budką z piwem…”
„To już wyszczać się nie można” – zauważył ze zgrozą ojciec Janka
„Słuchajcie!” – przerwał mu ojciec Zbyszka – „Mnie o co innego chodzi”
Chwilę musiał poczekać aż ojciec Janka przestanie się wypowiadać na temat wolności sikania gdy się jest w potrzebie.
„Mnie chodzi o to, panie Józefie” – kontynuował ojciec Zbyszka – „Czy nasz dzielnicowy dobrze odmienił pańskie nazwisko. Jak pan uważa? Powinien powiedzieć szukam Karpia, czy Karpa?”
„W dupie mam jak powiedział. Wolałbym aby mnie nie szukał”
W każdym razie wtedy przy stole z kartami, ojciec Zbyszka nie uzyskał odpowiedzi na pytanie o odmianę nazwiska rodziny Karpów.
Tak naprawdę to gdy już sąsiedzi rozmawiali między sobą o tej rodzinie to nie odmiana nazwiska była tematem ich rozmów. Rodzina Karpów mieszka w mieszkaniu składającym się z jednego dużego pokoju i dużej kuchni. Córka Ziuta, nazywana przez wszystkich Rybką, skończyła właśnie dziewiętnaście lat. Ma ona dwóch starszych braci, którzy aktualnie odbywają karę pozbawienia wolności za notorycznie dokonywane włamania do mieszkań na sąsiedniej ulicy.
Pani Helena Karp nie pracuje. Jest na rencie chorobowej. Pan Józef w żadnej pracy nie może utrzymać się dłużej niż kilka miesięcy. Powodem tego jest jego olbrzymia słabość do wódki. Aktualnie pracuje gdzieś dorywczo. Podobno jest palaczem w kotłowni u jakiegoś podmiejskiego badylarza. Ale to tylko plotki. Sąsiedzi na temat tego czym zajmuje się stary Karp mają swoje domysły. Pan Józef czasami kilka dni z rzędu przebywa cały czas w domu, a czasami znika na kilka dni. Jak znika na kilka dni, to wtedy w kamienicy jest spokój i nie trzeba wzywać milicji do nocnych pijackich awantur. No, chyba, że Ziuta pokłuci się z matką.
Tak jak teraz.
Z okna dochodziły krzyki i wyzwiska. W pewnym momencie usłyszeli Ziutę
„Niedobrze mi. Będę rzygać”
„Nie tu, cholero! Dopiero co posprzątałam!” – krzyknęła Helena Karp
Ziuta podeszła do otwartego okna. Wychyliła się na zewnątrz ile mogła. Obfite piersi przeszkadzały jej w tym. Cofnęła się nieco, uniosła biust dłońmi i położyła go na parapecie. Prawie cały wypłynął z dekoltu bluzki.
Chłopców bardzo ucieszyła ta scenka.
Podczas gdy Ziuta usiłowała jak najbardziej wychylić się na zewnątrz, Czesiek nagle zerwał się z ławki i podbiegł do otwartego okna znajdującego się dokładnie pod oknem z Ziutą. Zatrzymał się w bezpiecznej odległości i się wydarł
„Mama!!!… Zabierz kwiatki! Ziuta będzie znowu rzygać!”
Na parterze pod mieszkaniem Karpów znajduje się mieszkanie w którym mieszka Czesiek z rodzicami. Matka Cześka na zewnątrz w specjalnych koszykach ma doniczki z pelargoniami. Już dwa razy zdarzyło się, że z góry ktoś kwiatki zabrudził wymiocinami. Wiadomo było kto to zrobił. Matka Cześka chodziła do sąsiadów piętro wyżej z awanturą i domagała się zwrotu pieniędzy za zniszczony kwiatki. Oczywiście nic nie wskórała. Karpowie przysięgali, że u nich nikt nie rzyga przez okno i najprawdopodobniej robią to ci z ostatniego, czyli drugiego piętra.
Matce Cześka trudno było w to uwierzyć, ponieważ na drugim piętrze mieszkała para bardzo starych, pół żywych emerytów. Prawie nie wychodzili z domu. Raz na dwa lub trzy dni przychodziła do nich córka z zakupami i przy okazji wynosiła wiadro z nieczystościami do wspólnej ubikacji za domem. Oczywiście działo się to zanim staruszkowie zginęli w pożarze.
W każdym razie teraz nie ulegało wątpliwości skąd nadchodzi niebezpieczeństwo zniszczenia pelargonii. Matka Cześka ledwo zdążyła zabrać doniczki z pelargoniami do domu, kiedy po murze nad oknem zaczęła spływać zawartość żołądka Ziuty.
Czesiek szybko powrócił na ławkę do chłopaków. Z ławki przy stole lepiej było widać Ziutę. Konwulsje które nią targały przy opróżnianiu żołądka sprawiły, że jedna pierś całkowicie wysunęła się na zewnątrz bluzki.
To jest to na co czekali. Po chwili Ziuta przestała wymiotować. Odpoczywała chwilę oparta o parapet. Nie zwracała uwagi na pierś pozostającą na zewnątrz
„Rybko!” – krzyknął Janek – „Pokaż drugi cycek!”
„Chciałbyś, gnoju!” – odpowiedziała
„No pewnie, że chciałbym”
„Przynieś piwo to ci pokażę”
Chłopcy gorączkowo zaczęli przeszukiwać kieszenie. Niestety jedynie w kieszeni Zbyszka znalazło się dwadzieścia groszy. Stanowczo za mało na piwo.
„Może u któregoś z was w domu jest piwo?” – zapytał Janek
„Mama kupiła sobie wczoraj do włosów” – odpowiedział Stasiek
„Piwo do włosów?” – zdziwił się Witek
„Tak. Zawsze sobie w soboty myje włosy w piwie”
„Sobota jest jutro. Może jeszcze to piwo jest nie ruszone” – zauważył z nadzieją Janek
Stasiek nie za bardzo chciał iść po matczyne piwo. Kilka minut trwało namawianie go. Ostatecznie przekonał go argument Janka. Stwierdził on, że właściwie piąty członek załogi przyda się im jedynie wtedy gdy potrafi skombinować piwo. Jeżeli tego nie potrafi, albo co gorsze, nie chce, to jest im w czołgu niepotrzebny
„Ale będziemy mieć Szarika” – przypomniał Stasiek
„W dupie mam twojego Szarika!” -stwierdził Janek
„Zaraz, zaraz” – włączył się Witek – „Ustaliliśmy, że Szarik ma być”
„Tak, ale się zmieniło” – odpowiedział Janek – „Piwo jest ważniejsze. Nie rozumiesz, że musimy je mieć jak najszybciej, póki Rybka nie usnęła?”
Po chwili zwrócił się stanowczo do Staśka „Jazda, pędź po te piwo i bez niego nie pokazuj się tutaj!”
Stasiek wrócił po kilku minutach z butelką piwa Jasnego pasteryzowanego. Zniecierpliwiony Janek wyrwał mu butelkę z ręki i podbiegł pod okno w którym zmęczona Ziuta zaczęła poddrzemywać
„Rybko! Mam piwo! Chodź do nas!”
Ziuta otworzyła oczy. Szeroki uśmiech pojawił się na jej twarzy gdy ujrzała butelkę w ręku Janka
„Już lecę!”
Zniknęła w głębi mieszkania. Do chłopców doszedł głos matki Ziuty
„Gdzie znowu leziesz?…Tak cię dupa swędzi, że gówniarzy będziesz bałamucić?!”
„Nie twoja sprawa”
Ziuta po chwili była przy Janku. Pokazał jej butelkę
„Życie mi uratowałeś…” – odrzekła i chciała chwycić piwo
„Nie. Nie. Nie. Najpierw pokaż cyce”
Ziuta rozejrzała się w koło
„Nie tutaj…Choć ze mną”
Ruszyła przed siebie raźnym, choć nieco chwiejnym krokiem. Janek ruszył za nią. Chłopaki też. Ziuta zatrzymała się
„A oni gdzie?” – wskazała na chłopców
„Wy tu zostajecie. Zaraz wracam” – zadecydował Janek
„W czołgu poczekamy na ciebie” – odpowiedział Zbyszek
Szli przez chwilę za Jankiem i Ziutą w tym samym kierunku. Skręcili za dom. Po chwili zbliżyli się do czołgu. Janek przystanął na chwilę, oni też się zatrzymali. Niechętnie weszli do czołgu. Janek ruszył za Ziutą która zdążyła zniknąć im z oczu za rozebraną częściowo ruderą. Po chwili za ruderą zniknął Janek.
Chłopaki szybko wyskoczyli z czołgu i pochyleni biegiem ruszyli w stronę ruin rudery
„Poczekajcie na mnie!” – krzyknął za nimi Stasiek gramoląc się przez murek z cegieł
„Ciii!” – zasyczał w jego kierunku Witek – „Zamknij ryja, bo nas usłyszą”
Ostrożnie wdrapywali się po rozwalonych fragmentach muru na to, co kiedyś było pierwszym piętrem.
„Do mnie chodźcie, tutaj. Stąd lepiej widać” – szeptem przywołał ich Czesiek
Pomalutku, doczołgali się po ceglanym gruzie do Cześka. Przed nimi roztaczał się dobrze znany im widok. Były tam leżące od lat kopczyki różnych odpadów budowlanych, przywiezione najprawdopodobniej przez samochody wywrotki. Kopczyki porośnięte były wysokimi chwastami i trawami. W wielu miejscach wyrosły dzikie krzewy. Teren był niczyi.
W czasach z przed serialu o czterech pancernych, chłopaki z całej ulicy bawili się tam w chowanego lub w wojnę. Strzelali do siebie z mniej lub bardziej przypominających pistolety kawałków patyków i desek wydobywając z wątłych gardeł imitację serii broni maszynowej
„Trata ta ta! Tra ta ta!” – oraz okrzyki – „Nie żyjesz już!…Słyszysz?! Zastrzeliłem cię”
Oczywiście zastrzelony miał inne zdanie i stanowczo twierdził, że to on zdążył zastrzelić swojego przeciwnika zanim ten wystrzelił pierwszą serię Tra ta ta!
Dziewczynki prawie nigdy nie bawiły się w wojnę. Przychodziły tam z kocami i lalkami. Z koców robiły namioty i w środku urządzały domostwa. Odwiedzały się nawzajem ze swoimi lalkami.
Od dwóch lat dziewczynki tam nie przychodzą. To jest od czasu, gdy jedna z nich, dziesięcioletnia Marysia z sąsiedniej kamienicy, został tam brutalnie zgwałcona i uduszona. Sprawcy nigdy nie odnaleziono.
Okoliczni mieszkańcy przypuszczają, że mógł to zrobić któryś z przyjezdnych budowlańców mieszkający w leżącym w pobliżu hotelu robotniczym.
Niemal każdego wieczoru urządzane są w zaciszu kopczyków porośniętych trawą, libacje alkoholowe.
Mieszkańcy hotelu robotniczego są stałymi bywalcami tego miejsca. Nie tylko oni. Męscy, dorośli mieszkańcy okolicznych kamienic przy tej ulicy też bardzo polubili to miejsce, ale od czasu zbrodni popełnionej na małej Marysi, raczej już tam nie chodzą.
Jeszcze do niedawna wśród tych kopczyków miała zwyczaj trzeźwieć Ziuta. Ziuta zaczęła pić gdy miała czternaście lat. Wszyscy w kamienicy mówią, że to bracia nakłaniali ją do picia i potem wykorzystywali.
W każdym razie Ziuta gdy była pijana bała się przychodzić do domu. Wtedy zwykle układała się gdzieś wśród porośniętych chwastami kopczyków i spała kilka godzin. W nocy najczęściej budziła się z powodu chłodu. Wracała do domu i wtedy się zaczynało. Matka strasznie na nią krzyczała, ale to nie było najgorsze. Najgorsze to było bicie jakie dostawała od ojca. Zwykle przez kilka dni nie mogła pokazać się w szkole.
W ubiegłym roku, zaraz po tym gdy jej bracia trafili do więzienia, ojciec pobił ją bez powodu.
Ziuta nie piła już od pewnego czasu. Poznała chłopaka, takiego Grześka z sąsiedniej ulicy. Ojciec widział ją z nim kilka razy i postanowił wybić jej go z głowy. Grzesiek, gdy się dowiedział, że ojciec pobił ją z jego powodu zwołał kilku kolegów i któregoś wieczoru czekali w pobliżu na Józefa Karpa. Bardzo go pobili. Grzesiek walił leżącego na ziemi ojca Ziuty żelaznym łomem krzycząc
„To za Ziutę, skurwysynu! Jeszcze raz podniesiesz na nią rękę to zabiję jak psa!”
Nieprzytomnego Karpa zostawili na ulicy. Ktoś go znalazł pół godziny później. Józef Karp przeleżał prawie dwa miesiące w szpitalu. Miął połamane żebra, złamaną lewą rękę i podstawę czaszki.
Zeznał milicji że pobił go chłopak córki z kolegami. Grześka zatrzymano. Nie wydał kolegów którzy brali udział w pobiciu. Dostał cztery lata.
Od tego czasu Ziuta znowu zaczęła pić. Tym razem nie próbowała trzeźwieć poza domem. Matka darła się na nią jak zwykle, ale ojciec po wyjściu ze szpitala nawet się do niej nie zbliżał. Wyrzekł się jej. Matce powiedział
„Wychowałaś ją na kurwę, to się nią teraz zajmuj sama. Mnie ona od tej chwili gówno obchodzi. Nie dam na nią ani grosza”
Chłopaki przysunęli się bliżej Cześka.
„Gdzie? Gdzie oni są?” – zapytał szeptem Zbyszek
„Na lewo, za krzakiem…”
Teraz ich zauważyli. Byli całkiem blisko. Ziuta stała naprzeciwko Janka. Wyciągnęła rękę po butelkę. Janek cofnął się o pół kroku
„Najpierw pokaż cycki”
Ziuta żachnęła się. Podniosła bluzkę aż pod szyję.
„No i co? Zadowolony?”
Janek nic nie odpowiedział. Ziuta zbliżyła się do niego z wciąż odsłoniętymi piersiami i wyjęła mu butelkę z ręki. Chwilę mocowała się z drucianym zamknięciem. Potem przechyliła głowę do tyłu i wypiła całe pół litra piwa na raz. Janek patrzał na jej piersi jak urzeczony. Chłopcy ukryci nieco wyżej za zniszczonym murem również byli zafascynowani
„Ale cyce…Jak Pabianice” – szepnął z uznaniem Witek
„Kaśka, moja siostra ma takie same, ale piwa bym nie dał aby na nie popatrzeć” – odparł Zbyszek
„Głupi jesteś” – stwierdził Czesiek.
Tylko mały Stasiek nie miał zdania na temat piersi Ziuty.
W tym czasie Ziuta po wypiciu piwa chwilę ciężko oddychała, po czym z zadowoleniem spojrzała na Janka
„No, dotknij sobie. Należy ci się…”
Nie zdążyła powiedzieć nic więcej. Janek rzucił się na nią. Oboje upadli na chwasty. Stali się niewidoczni dla chłopców. Doszły do nich odgłosy szamotaniny i wściekły głos Ziuty
„Zostaw mnie baranie!”
„Daj mi…Ojcu dałaś…”
Janek nie dokończył. Ziuta zdzieliła go trzymaną wciąż w ręku butelką w głowę. Chłopcy usłyszeli dźwięk rozbijanego szkła i jęk Janka. Zobaczyli podnoszącą się z ziemi Ziutę, która niemal biegiem ruszyła w stronę domu, opuszczając na dół bluzkę.
„O, Jezu! Zabiła mnie dziwka jedna!” – z płaczem podniósł się Janek.
Chłopcy zauważyli, że ma zakrwawioną twarz. Nie próbowali dalej ukrywać swojej obecności. Szybko zeszli z ruin i podbiegli do Janka.
Tylko Stasiek miał przy sobie chusteczkę do nosa. Podał ją Jankowi. Po otarciu krwi z twarzy pokazała się spora rana cięta nad lewą brwią. Krew leciała obwicie i nie można było jej zatamować. Janek przyłożył koszulkę do twarzy nie zdejmując jej z siebie. W ten sposób nic nie widział. Czesiek i Zbyszek wzięli go pod ręce i ruszyli ostrożnie w stronę domu. Zaprowadzili go pod same drzwi. Zapukali. Matka Janka otworzyła po chwili
„Jezusie nazareński! Co ci się stało?!”
W drodze do domu Janek zażądał aby trzymali mordy w kubeł i ani słowa nie wspominali o tym co widzieli. Gdyby się ktoś pytał co się stało, mają mówić, że ganiali się za domem i Janek się wypieprzył i jebnął twarzą o ścianę.
Gdy matka Janka zapytała się o to co się stało, pierwszy wyrwał się z odpowiedzią Stasiek
„Janek jebnął twarzą o ścianę” – wyjaśnił przejętym głosem
Chłopcy chcieli powiedzieć matce Janka to samo, tylko w bardziej oględny sposób, ale nie zdążyli. Mieli potem pretensje do Staśka, że się wyrwał przed szereg.
Po oddaniu Janka w ręce matki chłopcy wrócili na podwórko. Usiedli na ławce przed domem i oczekiwali na spodziewane odgłosy awantury Ziuty z matką. Ale w mieszkaniu Karpów panowała rzadko spotykana cisza. Za to z okna na drugim piętrze. Słychać było jak Janek się darł gdy matka przemywała mu ranę jodyną.
Chłopcy posiedzieli jeszcze kilka minut na ławce w milczeniu. Potem Witek stwierdził, że on ma już dosyć na dzisiaj i że jest późno, więc idzie do domu. Po odejściu Witka pozostali też rozeszli się do domów.
Następnego dnia rano, jak zwykle dwadzieścia minut przed ósmą, załoga czołgu sto dwa Rudy czekała na siebie aby tak jak zawsze ostatnio, razem iść do szkoły.
Czesiek, Witek i Zbyszek już mieli iść sami ale w ostatnie chwili z klatki schodowej wyszedł Janek. Nad lewym okiem miał przyklejony duży plaster. Pół twarzy po lewej stronie pod okiem pokrywał ciemny siniak.
„Wczoraj nie miałeś siniaka” – zauważył Witek – „Ojciec ci przyłożył?”
„Nie. Nie przyłożył. Mama mówi, że to krew z rany spływa pod skórą. I że to minie”
Ruszyli w stronę szkoły. Nagle za sobą usłyszeli piskliwy głos
„Poczekajcie na mnie!”
To Stasiek w biegu mocował się z tornistrem
„No, masz! Zapomnieliśmy o piątym” – zauważył Witek
Zatrzymali się. Stasiek zdyszany podbiegł do nich. Spojrzał na Janka
„Ale lipo” – powiedział z podziwem
„Zamknij się, bo zaraz też będziesz miał takie” – warknął Janek
Resztę drogi do szkoły przeszli w milczeniu.
Pierwszy ze szkoły wrócił Stasiek. W soboty jego klasa zawsze kończyła lekcje przed dwunastą. Stasiek zostawił w domu tornister, zjadł przyszykowany posiłek i pobiegł na podwórko. Chciał sobie posiedzieć w czołgu na czterech cegłach i poczuć się jak prawdziwy dowódca czołgu. Niestety, nie dane mu było to zrobić. Spotkał wracającego z pracy ojca. Zdziwił się, że tata wraca tak wcześnie. Zwykle przychodził po trzeciej, nawet w soboty.
Ojciec był nadzwyczaj radosny. Zatrzymał Staśka słowami
„Choć do domu. Mam coś ważnego do powiedzenia”
Stasiek niechętnie poszedł za ojcem do domu. Zaraz po wejściu do mieszkania, ojciec bez przywitania krzyknął do matki Staśka
„Kochanie! Mam coś dla nas!”
„Boże drogi, co takiego?”
„Pamiętasz jak nocami rysowałem ten mój wynalazek?”
„Pamiętam. Pół roku tłukłeś się po nocach w kuchni nadaremno”
„Nie nadaremno”
„Sam mówiłeś, że nikt się na tym twoim wynalazku nie poznał.”
„Ale się poznali. Dostałem przydział na mieszkanie zakładowe za najlepszy projekt racjonalizatorski”
„Boże! Naprawdę?!”
„Tak. Ubieraj się. pójdziemy zobaczyć jak idzie budowa. Dom jest prawie skończony”
„Może zjesz najpierw…”
„Zjem jak wrócimy. Po drodze ci wszystko opowiem”
Stasiek chciał zostać w domu, ale ojciec się nie zgodził i zmusił syna aby im towarzyszył w wyprawie na budowę domu w którym niedługo zamieszkają.
Było to całkiem niedaleko, bo na Żubardziu na ulicy Tybury. Ojciec przez całą drogę opowiadał o nowym mieszkaniu i o tym, że niebawem dostaną klucze i wkrótce będą mogli się wprowadzić.
„Kochanie, dwa pokoje z kuchnią. Łazienka, ubikacja…Nie trzeba będzie chodzić do tych wstrętnych wspólnych ubikacji za domem. Węgla nie trzeba będzie nosić z komórki…” – mówiąc to spojrzał na syna – „Co żeś taki ponury? Nie cieszysz się? Będziesz mógł sobie dowoli poleżeć w ciepłej wodzie w wannie…”
„Cieszę się, ale chciałbym wrócić na podwórko. Chłopaki czekają”
Ojciec chciał zaprotestować, ale matka go uprzedziła
„Niech wraca. Widzisz, że nie ma ochoty zobaczyć budowy”
Ojciec się zgodził. Wspomniał coś o tym, że Stasiek dużo traci, że zobaczyłby gdzie będzie mieszkać, ale Stasiek nie słuchał już tego co ojciec mówi tylko biegiem ruszył do domu.
Zastał chłopaków stojących przed czołgiem. Stali w milczeniu i wpatrywali się w coś niewidocznego dla Staśka. Podbiegł do nich i spojrzał tam gdzie oni mieli skierowany wzrok.
Wewnątrz ich czołgu, między cegłami imitującymi siedziska czołgistów leżały trzy, świeże kupy
„Łał!” – krzyknął Stasiek – „Kto tu nasrał?”
„To nie gówno” – stwierdził Witek – „To miny przeciwczołgowe”
„Kto nam zaminował czołg?” – poprawił się Stasiek
„Niemcy” – odpowiedział Janek – „Niemcy zaminowali nam czołg”
„Nie Niemcy, tylko hitlerowcy” – poprawił go Zbyszek
„Albo faszyści” – dodał Witek
„A to nie wszystko jedno?” – zapytał Janek
„Nie. Kaśka, moja siostra, dostała dwójkę z wypracowania o wybuchu wojny, bo napisała, że Niemcy napadły Polskę. Pani napisała czerwonym ołówkiem, że nie Niemcy, tylko hitlerowcy”
„Niemcy, czy hitlerowcy, co za różnica. Musimy czołg rozminować” – zauważył Czesiek
„Ale jak?”
Stasiek złapał kawałek patyka i wsadził w najbliższą minę
„Rzadkie” – stwierdził – „Trzeba by pójść po łopatę”
„Wyleje się z łopaty. Będzie więcej roboty” – zauważył Witek – „Lepiej poczekać do jutra aż wyschnie”
„To co robimy”
„Mam pomysł” – powiedział Janek – „Pójdziemy do tych gnoi po drugiej stronie ulicy. Tych co nam kiedyś gwizdnęli lufę. To na pewno ich robota. Zaminujemy im czołg”
„Oni jeszcze czołgu nie mają” – powiedział Stasiek
„To zaminujemy im podwórko” – zadecydował Janek
„Ale ja dopiero co robiłem i teraz mi się nie chce” – powiedział Czesiek
Okazało się, że innym też się teraz nie chciało.
Janek zadecydował, że w takim razie poczekają do wieczora, może wtedy im się zachce. Na razie pójdą na zwiady zobaczyć gdzie najlepiej podłożyć miny.
Przeszli na drugą stronę ulicy i przez bramę weszli na wybetonowane podwórko. Znali je dobrze. Bywali tu wcześniej dosyć często. Podwórko studnia. Po lewej i prawej stronie wysokie trzypiętrowe oficyny. Wąski prostokąt podwórka zamknięty jest piętrowymi murowanymi komórkami z galeryjką z której się wchodzi do komórek na piętrze. Przed komórkami stalowy trzepak. Przy trzepaku jakaś kobieta zabiera się za trzepanie dywanu. Żadnych dzieciaków nie zauważyli.
Witek wskazał na rysunek wykonany kredą na betonie niedaleko trzepaka. Przedstawiał jak gdyby wnętrze czołgu widziane od góry.
„To po bokach, to chyba gąsienice” – zauważył
„Chyba tak” – przyznał mu rację Janek – „A to tutaj to lufa” Chwilę przyglądali się rysunkowi. Potem zaczęli rozglądać się dookoła
„Ciężko będzie go zaminować” – stwierdził Czesiek – „Wszędzie okna naokoło”
„Przyjdziemy jak się ściemni” – zadecydował Janek
Wrócili do siebie. Zajrzeli na tył swojej kamienicy. Podeszli do czołgu. Z nadzieją sprawdzili patykiem gęstość min. Nic się nie zmieniło.
Wrócili na ławkę przy stole na przedzie domu.
Nie posiedzieli tam długo. Właśnie zaczęli wychodzić z klatki schodowej ojciec Janka w towarzystwie ojca Zbyszka. Szli w kierunku stołu
„No, chłopaki! Zmywać się. Dzisiaj sobota i stolik jest nasz” – zwrócił się do nich ojciec Zbyszka.
Odeszli niechętnie. Usiedli w trawie kilka metrów dalej. Janek wyciągnął z kieszeni duży scyzoryk z którym ostatnio się nie rozstawał
„Zagramy w noża?” – zapytał
Zgodzili się. Nie mieli nic do roboty.
Podczas gdy oni zabawiali się rzucaniem noża a to z nadgarstka, a to z łokcia, nawet z główki, tak aby się wbił w ziemię, do stołu przyszło jeszcze czterech panów. Zaczęli grać w karty. Nie wszyscy. Kilku tylko kibicowało. W pewnej chwili ojciec Janka przywołał go do siebie
„Masz tu pieniądze i leć do kooperatywy po ćwiartkę” – nakazał mu wręczając banknot
„Co ma chłopak latać dwa razy” – włączył się inny z grających w karty – „Niech kupi od razu pół litra”
Mówiąc to podał Jankowi banknot
„I tak chłopak poleci jeszcze ze dwa razy” – zauważył ze śmiechem inny sąsiad
Pod wieczór, kiedy zaczęło robić się ciemno. Janek został wysłany po czwarte pół litra, z upomnieniem aby się pospieszył bo sklep zamykają za dwadzieścia minut. Pozostali chłopcy czekali i się nudzili
„Zaraz przyjdę” – oznajmił Stasiek
Podniósł się z ziemi i ruszył w stronę podwórka na tyłach domu
„A ty gdzie?!” – zapytał Witek
„Do sracza…”
„Siadaj! Jak tylko wróci Janek pójdziemy minować”
„Ale ja nie wytrzymam!” – odparł Stasiek
Nie zważając na protesty Witka oddalił się od grupy.
„Gówno wyjdzie z tego zaminowywania” – stwierdził Czesiek podnosząc się z ziemi – „Ja też nie wytrzymuję”
Witek chciał coś powiedzieć, ale zrezygnował. Poczuł, że też nie wytrzyma. Po chwili ruszył za Cześkiem.
„To ja idę z tobą” – odparł Zbyszek
Gdy po pewnym czasie wracali z ubikacji spotkali idącą chwiejnym krokiem w stronę domu Ziutę.
„Będzie ubaw” – stwierdził Witek
Ziuta zauważyła siedzących przy stole mężczyzn. Podeszła do nich. Stanęła obok ojca Janka. Zauważył ją, ale dalej spoglądał w karty
„Moje pięćdziesiąt złotych chcę” – zwróciła się do niego Ziuta
„Spieprzaj” – syknął cicho w jej stronę
„Co, sąsiad. Zadłużyłeś się u Ziuty?” – zapytał ze śmiechem ojciec Zbyszka
„Przyczepiła się zdzira…” – zdenerwował się ojciec Janka
„Tylko nie zdzira! Nie przeszkadzało ci tam w krzakach…”
Poderwał się od stołu z uniesioną ręką
„Zamknij mordę bo…!”
„Bo co?!” – przerwała mu – „Uderzysz mnie, tak?”
Uderzył ją w twarz otwartą dłonią. Przewróciła się. Pochylił się nad nią
„No, sąsiad! Uspokój się!”
Dwóch mężczyzn doskoczyło do niego i chwytając go za ramiona odciągnęło od Ziuty
„A ty, mała zjeżdżaj do domu”
„Pięć dych jesteś mi winien!” – płacząc powiedziała Ziuta – „Jak nie oddasz pójdę do starej. Wszystko jej powiem!”
„No zabiję kurwę! Zabiję!…Bezczelnie wmawia mi, że jestem jej coś winien…”
„No bo jesteś!” – przerwał mu syn który właśnie wrócił ze sklepu z kupioną wódką – „Widziałem jak to robiłeś z nią, a potem powiedziałeś, że dostanie pięć dych…”
Janek nie dokończył. Ojciec wyrwał się trzymającym go sąsiadom, złapał syna jedną ręką za szyję o drogą zwiniętą w pięść uderzył w twarz. Janek zdążył się lekko uchylić i ojca pięść zsunęła się po policzku nie robiąc mu dużo krzywdy.
Tekstylną torbą na zakupy w której była kupiona wódka, Janek uderzył ojca w głowę. Brzęk tłuczonego szkła stopił się z przekleństwami ojca. Ojciec zwolnił uścisk na szyi syna i złapał się za głowę. Janek skorzystał z tego i puścił się biegiem w stronę podwórka za domem
„Czekaj skurwysynie! W domu inaczej pogadamy!”
Ale Janek tego już nie słyszał.
Przy stole stworzyło się zamieszanie. Panowie oskarżali się nawzajem, że dopuścili do tego zajścia. W końcu doszli do wniosku, że wszystkiemu winna jest Ziuta.
Ziuta przyglądała się całemu zajściu, ale kiedy zorientowała się, że wszyscy obecni są bardzo wrogo nastawieni do niej, wycofała się w stronę klatki schodowej krzycząc
„Dupy byście chcieli!…Tylko płacić nie ma komu! Znam was dobrze i wiem ile jesteście mi winni!…Nie odpuszczę ani grosza!”
Któryś z sąsiadów rzucił za nią pustą butelką. Nie trafił. Ziuta zniknęła w klatce schodowej.
„Do domu Marian!”
Rozległ się kobiecy głos z okna na pierwszym piętrze. Wszyscy spojrzeli w okna kamienicy. W wielu z nich ukazały się kobiety i zaczęły stanowczym głosem domagać się powrotu mężów do domu.
Po kilku minutach na podwórku zostali tylko chłopaki z załogi Rudego.
„Poszukajmy Janka” – zaproponował Witek
Bez słowa pobiegli za dom. Szukali go we wszystkich znanych im miejscach wśród porośniętych chwastami kopczyków.
Niejednokrotnie bawili się tam w chowanego. Znali wszystkie miejsca w których można by się ukryć. Przeszli przez rachityczny płot na teren dawno wstrzymanej budowy jakiegoś zakładu. Chodzili po niewykończonych budynkach.
„Janeeek!!!…Gdzie jesteś?!” – wołali od czasu do czasu
Po godzinie, zrobiło się ciemno. Zrezygnowani wrócili do domów.
Następnego dnia, w niedzielę, zaraz po przyjściu z kościoła, zrzucili nielubiane niedzielne ubrania i szybko włożywszy te codzienne wybiegli na podwórko. Po chwili spotkali się przy czołgu.
Pierwszy przyszedł Witek. Zaraz po nim przybiegli Zbyszek i Czesiek. Stwierdzili, że miny wyschły już wystarczająco i że można czołg rozminować. Witek pobiegł po łopatę. Z tyłu za komórkami, przy wspólnych ubikacjach zawsze stały łopaty, grabie, jakieś stare wiadra i łomy. Witek powrócił z wiadrem i łopatą.
Szybko uporali się z rozminowywaniem. Potem weszli do czołgu i czekali na Janka.
Zwykle przychodził zaraz po nich, ale tym razem minęło już sporo czasu a on jeszcze nie przyszedł.
„Pójdę po niego” – zdecydował Czesiek
„Lepiej nie chodź tam” – ostrzegł go Zbyszek – „Jego stary był wczoraj wściekły. Pewno za karę nie wolno Jankowi wyjść na podwórko”
To przekonało Cześka aby nie iść po Janka
„Staśka też nie ma” – zauważył Witek
„U nich od rana są jacyś goście” – oznajmił Czesiek – „Chyba przyszli na jego urodziny”
Zabawa w czołgistów jakoś im się tego dnia nie kleiła. Wkrótce przyszła siostra Zbyszka zawołać go na obiad. Czesiek i Witek po kilkunastu minutach poszli do domów.
Po południu pogoda się popsuła zaczęło padać i przeszła nawet niewielka burza, po której zrobiło się dosyć chłodno. Resztę niedzieli chłopcy spędzili w domach.
W poniedziałek spotkali się jak zwykle przed ósmą w drodze do szkoły. Czekali chwilę na Janka. Nie pojawił się. Czasami zdarzało się, że któryś z nich zostawał w domu i nie szedł do szkoły. Jankowi zdarzało się to częściej niż innym, więc nie zdziwiła ich jego nieobecność.
W szkole na przerwie spotkali Staśka. Siedział w korytarzu na parapecie okna i oglądał album ze znaczkami pocztowymi
„Dostałeś psa?” – zapytał Witek
„Tak, dostałem”
„Jak się nazywa?”
„Szarik”
„Przyprowadź go na podwórko”
„Mały jest jeszcze. Przyprowadzę jak podrośnie”
„Co z tego, że mały. Przyprowadź go. Niech się przyzwyczaja do czołgu” – nalegał Witek
Ze szkoły wracali razem ze Staśkiem. Wypytywali go o psa, jaki jest, czy lubi się bawić i czy gryzie?
„Mały jest. Mówiłem już”
Stasiek odpowiadał niechętnie. Nie miał ochoty rozmawiać o psie.
Gdy doszli do domu, zaskoczył ich widok samochodu milicyjnego przed klatką schodową. Milicja często przyjeżdżała na interwencie do Karpów, ale zwykle działo się to wieczorami i nocami, gdy awantury pijackie zakłócały spokój sąsiadom.
Szybko zorientowali się, że tym razem milicja nie przyjechała do Karpów. Milicjanci rozmawiali w korytarzu z zapłakaną matką Janka. Była bardzo zdenerwowana. Milicjanci weszli z nią do mieszkania i po kilku minutach wyszli razem z nią. Wsiedli do auta i odjechali
„Janek chyba coś przeskrobał…” – powiedział Witek
„Albo jego ojciec” – zgadywał Czesiek
Chłopcy stali przed domem jeszcze kilka minut, po czym umówili się na spotkanie w czołgu
„Nie zapomnij przyprowadzić Szarika!” – krzyknął Witek za oddalającym się Staśkiem
Witek, Czesiek i Zbyszek siedzieli w czołgu, ale wszyscy trzej czuli, że robią to raczej z obowiązku. Zabawa w Czterech Pancernych się nie kleiła. Rozmawiali trochę o Janku. Zastanawiali się gdzie jest, bo chyba nie w domu, skoro jego matka zapłakana pojechała z milicją to chyba go zatrzymali. Musiał coś przeskrobać
„Może to jednak jego ojciec coś przeskrobał?” – powiedział z nadzieją w głosie Czesiek
„Chyba jednak nie ojciec” – zauważył Witek – „Ona by tak nie płakała. Ciągle się kłócili”
Rozmowę przerwał histeryczny śmiech Zbyszka wskazującego ręką nadchodzącego Staśka
„Ha! Ha! Ha!…Nie mogę! Szarika prowadzi!”
Witek i Czesiek spojrzeli we wskazanym kierunku.
Stasiek szedł wolno i wyglądał na zawstydzonego. Szczeniak prowadzony przez niego w niczym nie przypominał filmowego Szarika
„Przecież to jamnik!” – zauważył Witek
„Co to jest?!” – zdenerwował się Czesiek – „To coś, to ma być Szarik?!”
„A ta kupa cegieł to ma być czołg?!” – odgryzł się Stasiek
Chłopcy zaniemówili na chwilę. Uwaga Staśka trafiła w czułe miejsce.
„Wiesz co?” – odezwał się Witek – „Nawiń tego Szarika na szpulkę i zjeżdżaj stąd w podskokach!”
Czesiek i Zbyszek zaśmiali się, ale tak jakoś bez przekonania. Stasiek podniósł pieska na ręce i przytulił do siebie. Chciał coś powiedzieć do chłopaków, ale się rozmyślił. Odwrócił się i odszedł w stronę domu.
Chłopcy usiedli na swoich cegłach w czołgu. Przez chwilę milczeli. W pewnym momencie Witek z wściekłością kopnął cegły przedstawiające siedzisko nieobecnego dowódcy czołgu
„Gówno! Gówno! Gówno!… W dupie mam ten czołg!”
„Co się wściekasz?! Znajdziemy sobie prawdziwego Szarika” – próbował uspokoić go Czesiek
„Znajdziemy, albo nie znajdziemy! A jak znajdziemy to co potem?!” – odpowiedział Witek
„Co?…Co potem?”
„To wszystko jest do dupy!” – stwierdził Witek – „Idę do domu”
Podniósł się i wyszedł z czołgu, ale nie tak jak zwykle, przechodząc nad murkiem z cegieł. Kopnął je z rozmachem i wyszedł przez utworzoną wyrwę w burcie czołgu.
Czesiek i Zbyszek wyszli za nim. Zbyszek zatrzymał się na chwilę. Chwycił jedną z cegieł z zamiarem odtworzenia murku, ale po chwili zastanowienia odrzucił ją z powrotem na ziemię. Dogonił chłopaków i razem szli w stronę domu.
We wtorek Janka też nie było w szkole. Dla nikogo w klasie nie było to nic nadzwyczajnego. Janek często nie przychodził do szkoły bez usprawiedliwienia. Zawsze tak było. Dlatego teraz powtarza klasę siódmą, a wcześniej powtarzał klasę piątą.
Po lekcjach jak zwykle Witek, Czesiek i Zbyszek razem wracali do domu. Już z daleka zauważyli stojącą przed domem karetkę pogotowia i milicyjny samochód. Byli tam też prawie wszyscy sąsiedzi , którzy akurat nie byli w pracy.
Osobno stały kobiety i półszeptem , z przejęciem o czymś rozmawiały. Do zbliżających się chłopców dochodziły pojedyncze wyrwane z kontekstu zdania
„Co za nieszczęście…”
„Kto by się tego spodziewał…”
„A ja mówiłam mojemu, że to się tak skończy…”
Nieco z boku stali panowie. W milczeniu palili papierosy. Wśród nich stał ojciec Witka
„Co się stało tato?” – zapytał Witek
Ojciec nie zdążył odpowiedzieć. Ktoś krzyknął
„Wychodzą!”
Wszyscy spojrzeli w stronę wyjścia z klatki schodowej.
Ubrani w białe fartuchy sanitariusze ostrożnie wynosili nosze z kimś przykrytym całkowicie kocem. Zaraz za nimi lekarka w białym fartuchu i ze stetoskopem na szyi prowadziła pod rękę rozpaczliwie płaczącą matkę Janka. Jeden z milicjantów pomagał ją prowadzić. Drugi szedł za nimi z torbą lekarki. Skierowali się w stronę karetki pogotowia. Czekali chwilę aż sanitariusze umieszczą w niej nosze.
Matka Janka wyrwała się lekarce i rzuciła się z głośnym płaczem na nosze. Po chwili odciągnięto ją na bok. Któryś z milicjantów zaproponował, że podwiozą ją do szpitala ich samochodem.
„Czy tam leży Janek?” – zapytał Witek
„Nie. Jego ojciec…”
„Co mu się stało?”
„Powiesił się… Nie stój tutaj. Idź do domu”
Po odjeździe karetki i milicji wszyscy rozeszli się do domów. W domu chłopcy dowiedzieli się, że Janka i Ziutę odnaleziono w magazynku na narzędzia na pobliskiej budowie. Znalazł ich nocny stróż z psem, robiący obchód budowy. Pies zaczął się nerwowo dobierać do magazynku w którym przechowywano łopaty, kilowy i worki z cementem. Obydwoje mieli podcięte żyły na nadgarstkach. Żyli jeszcze gdy zabrało ich wezwane pogotowie.
Ziutę odratowano. Przebywa w szpitalu. Jest w ciężkim stanie. Matka jest przy niej. Starego Karpa jeszcze nie powiadomiono o nieszczęściu. Podobno pracuje u jakiegoś badylarza poza Łodzią, ale nikt nie wie gdzie dokładnie.
Janek w szpitalu odzyskał przytomność. Pierwsza przyjechała do niego matka przywieziona przez milicję. Potem dołączył ojciec. Zadzwoniono do niego do pracy. Mogli chwilę porozmawiać z synem. Byli bardzo zdenerwowani. Ojciec zaczął robić Jankowi wymówki, Krzyczał na niego.
Obecny przy tym lekarz nakazał mu natychmiast opuścić pokój w którym leżał Janek. Wywiązała się pyskówka. Lekarz z pomocą wezwanych pielęgniarzy siłą wypchnął ojca Janka na korytarz. Matka wyszła za nimi.
Janek został sam w pokoju.
Podczas gdy w korytarzu toczyła się awantura zakończona wezwaniem milicji, pozostawiony bez opieki Janek pozrywał z rąk kroplówki i opatrunki na nadgarstkach. Kiedy po jakimś czasie zajrzała do niego pielęgniarka, był już umierający.
Pielęgniarka wybiegła na korytarz. Głośno wzywała lekarza do pokoju Janka. Obecni wciąż w szpitalu rodzice Janka i milicjanci wypisujący wniosek na Kolegium dla jego ojca, również usłyszeli pielęgniarkę wzywającą lekarza do pokoju Janka.
Wszyscy w pośpiechu udali się do pokoju Janka. Zapanowała panika, której jedyny obecny lekarz nie potrafił opanować.
Matka ściskająca syna i próbująca szarpaniem sprawić aby odzyskał przytomność skutecznie utrudniała pracę lekarzowi. Ten zdenerwowany krzyknął na również przestraszonych milicjantów
„Ruszcie dupy, do cholery i zabierzcie ich stąd!”
Milicjanci ocknęli się i z trudem wyciągnęli rodziców Janka na korytarz.
Krótko potem wyszedł z pokoju lekarz i cicho powiedział
„Nie żyje”
Matka z histerycznym krzykiem rozpaczy wpadła do pokoju syna. Milicjanci stojący obok z ojcem Janka nie zareagowali kiedy ten biegiem ruszył w kierunku wyjścia. Stali bezradnie i nie wiedzieli co robić. W końcu odjechali.
Dopiero po jakiejś godzinie lekarzowi i pielęgniarce udało się uspokoić zrozpaczoną kobietę. Dostała środki uspakajające. Wezwano dla niej taksówkę.
Załamana przyjechała do domu. W mieszkaniu znalazła męża wiszącego na wieszaku przymocowanym do drzwi między kuchnią i pokojem.
O tym wszystkim mówiono teraz we wszystkich mieszkaniach w kamienicy. Nikt w zasadzie nie wie w jaki sposób te tragiczne wiadomości ze szczegółami, tak szybko do wszystkich dotarły.
Bardzo możliwe, że nie wszystko przebiegało tak jak wieść w kamienicy głosiła. W każdym mieszkaniu dyskutowano o tym i w zasadzie, później wśród sąsiadów nie było zgodności co do szczegółów tych tragicznych wydarzeń.
Chłopcy z załogi Rudego, przysłuchując się rodzicom, taką właśnie wersję wydarzeń, sobie wytworzyli.
Rozmawiali o tym kilka godzin później gdy spotkali się na podwórku.
Był wśród nich Stasiek ze swoim jamnikiem. Czesiek powiedział coś śmiesznego o jamnikach, że są to psy hodowane pod szafą, dlatego są takie niskie i długie, ale nikt się nie zaśmiał. Chłopcom nie było do śmiechu.
Chwilę milczeli. Witek pochylił się nad Szarikiem i nawet go pogłaskał. Potem podniósł się i zaproponował
„Chodźmy do czołgu”
Ruszyli powoli w tamtą stronę, zatrzymując się od czasu do czasu, ponieważ jamnik Staśka zatrzymywał się przy każdym krzaczku lub większym kamieniu.
Czekali wtedy, aż psiak miał ochotę iść dalej.
Doszli w końcu na tył kamienicy. Zaskoczył ich widok stojącej tam koparki. Stała w pobliżu rozwalającej się rudery.
Ponieważ był już wieczór koparka nie pracowała. Witek wskoczył na gąsienice koparki i chciał zajrzeć do kabiny operatora, ale kabina była zamknięta.
Pokręcili się trochę wkoło i podeszli do swojego czołgu. Tylko Czesiek wszedł do środka. Reszta stała niezdecydowana na zewnątrz
„Wskakujcie do środka!…Na co czekacie?” – zachęcał ich Czesiek
„Jakoś nie mam dzisiaj ochoty” – odpowiedział Zbyszek
Pochylił się i podniósł kawałek patyka. Pomachał nim przed pyskiem Szarika
„Aport! Szarik, przynieś patyk!”
Odrzucił patyk kilka metrów od psa.
No i zaczęła się zabawa. Reszta chłopaków dołączyła się po chwili do zabawy. Rzucali patyki, pies je przynosił. Trwało to dobre dwadzieścia minut. Potem Szarik wyraźnie zmęczony położył się i odmówił dalszego udziału w zabawie. Stasiek wziął psa na ręce i wszyscy ruszyli do domu.
Następnego dnia, w środę, zaraz po ósmej, w szkole zarządzono apel. Wszystkie klasy zebrały się na sali gimnastycznej.
Chwilę trwało zanim nauczyciele uciszyli swoje klasy. Dopiero wtedy głos zabrał dyrektor szkoły. Smutnym, poważnym głosem poinformował wszystkich o tym o czym już wszyscy wiedzieli.
Wyraził kilka słów o Janku, o tym, że całe życie było przed nim i że ta tragiczna śmierć kładzie się cieniem na zaczynających się od poniedziałku wakacjach. Poinformował też, że pogrzeb Janka odbędzie się dopiero w przyszłym tygodniu kiedy zajęcia szkolne będą zakończone, w związku z tym nie będzie zorganizowane pójście klasami na pogrzeb, ale jak ktoś w tym czasie jeszcze nie wyjedzie na zasłużone wakacje to oczywiście powinien pożegnać Janka na cmentarzu.
Po apelu wszyscy rozeszli się do swoich klas. W klasie Janka, pani poinformowała dzieci, o tym co dobrze wiedziały i na co niecierpliwie czekają, że za dwa dni w sobotę odbędzie się uroczyste zakończenie roku szkolnego i rozdanie świadectw szkolnych. Potem powiedziała coś co bardziej zasmuciło wszystkich, niż wiadomość o śmierci ich kolegi
„Dzisiaj mieliśmy iść całą klasą do kina na film „Dwa złote colty”, ale mamy żałobę i byłoby to niewłaściwe. Dlatego zamiast do kina pójdziemy na spacer do parku”
Po spacerze chłopcy z załogi Rudego wrócili do domu i jak zwykle krótko potem spotkali się przed domem przy stole z ławkami. Razem udali się na podwórko za domem.
To co ujrzeli, jeszcze kilka dni temu wprawiłoby ich w szok i oburzenie. Ale teraz nie zrobiło na nich większego wrażenia. W miejscu w którym powinien znajdować się ich czołg pracowała koparka. Obok stał samochód wywrotka, na który operator koparki ładował potłuczone cegły z rozbieranej właśnie rudery. Wśród tych cegieł z pewnością znajdowały się resztki ich czołgu. Obserwowali w milczeniu jak operator koparki ładuje resztki rudery na wywrotkę
„Stasiek z psem idzie!” – zauważył Czesiek
Stasiek zbliżał się powoli w ich kierunku. Pies wystraszony hałasem pracującej koparki nie chciał podążać za nim. Chłopaki podbiegli do Staśka
„Zabieraj go stąd!” – krzyknął Witek – „Pobawimy się z Szarikiem na trawie przed domem”
Przed domem bawili się z psem tak długo, aż ten wyczerpany położył się w trawie i nie chciał już przynosić im patyka.
W czwartek, gdy powrócili ze szkoły zastali przed domem dwa samochody straży pożarnej, samochód milicyjny i Nyskę z urzędnikami z nadzoru Budowlanego. Byli też urzędnicy z ADMu, czyli Administracji Domów Mieszkalnych.
Zgromadzeni przed domem mieszkańcy rozmawiali o tym co się wydarzyło. Tym razem nie było pożaru. W mieszkaniu Karpów zawalił się częściowo sufit i część niesprzątniętych rzeczy z pogorzeliska spadła do mieszkania Karpów.
W mieszkaniu na szczęście nikogo nie było. Hałas walącego się sufitu, przeraził matkę Cześka w mieszkaniu pod Karpami. U nich w mieszkaniu też sufit był podparty drewnianym słupem i teraz tynk na nim popękał, zasypując białym proszkiem całą kuchnię.
Wezwani strażacy, po włamaniu się do mieszkania Karpów szybko zorientowali się o wielkości wypadku. Nakazali mieszkańcom budynku natychmiast go opuścić. Zawiadomili milicję i Nadzór Budowlany.
Po przeprowadzeniu szybkiej inspekcji i dodatkowym zabezpieczeniu sufitu na parterze, pozwolono lokatorom wrócić do mieszkań.
Tego dnia po południu niemal wszyscy sąsiedzi zgromadzili się na zewnątrz przy stole z ławkami. Dyskutowano o możliwych przyczynach zawalenia się sufitu i popękania ścian. Ktoś wyraził przypuszczenie, że to za sprawą tej koparki pracującej na tyłach domu, powstały wibracje które przeniosły się na wątłe ściany ich kamienicy.
Chłopcy przysłuchiwali się rozmową starszych. Dotychczas zawsze traktowali powrót do domu jak do czegoś bardzo bezpiecznego. Teraz nagle zdali sobie sprawę, że tak nie jest.
Gdy sąsiedzi rozeszli się do domów, chłopaki pobiegli za dom zobaczyć jak daleko od ścian ich kamienicy stoi koparka
„Nasz czołg stał bliżej” – zauważył Stasiek – „To pewnie od wystrzałów te ściany popękały”
„Głupi jesteś” – odpowiedział Witek
W piątek po powrocie ze szkoły pobiegli najpierw zobaczyć, czy koparka pracuje. Stała bez ruchu w tym samym miejscu w którym widzieli ją poprzedniego dnia. Kabina operatora była pusta i zamknięta.
Potem obejrzeli dokładnie pęknięcia ścian, przynajmniej te które były widoczne z dołu.
Sprzeczali się chwilę co do tego czy szczeliny się powiększyły czy nie. Dopiero potem rozeszli się do swoich mieszkań.
Od rodziców dowiedzieli się, że Urząd Miasta i ADM przysłał wszystkim lokatorom decyzję o przyznaniu lokali zastępczych i konieczności opuszczenia kamienicy w najbliższych dniach. Przyjęli tą wiadomość z mieszanymi uczuciami.
W sobotę wszyscy ubrani odświętnie udali się do szkoły odebrać świadectwa. Wszyscy przeszli do następnej klasy.
Po powrocie ze szkoły i przebraniu się w codzienne ubrania chłopcy spotkali się przed domem. Czekali na Staśka i Szarika.
Pół godziny później z klatki schodowej wyszedł Stasiek z psem w towarzystwie rodziców. Chłopcy się ucieszyli. Podbiegli do niego. Stasiek zatrzymał się. Pies merdając ogonem przywitał się z chłopakami.
„Chodźmy na trawę” – zaproponował Witek – „Mamy piłkę. Może za piłką też będzie ganiał”
Stasiek chciał coś powiedzieć ale uprzedził go ojciec
„Stasiu, pospiesz się. Później pobawisz się z kolegami”
„Później przyjdę!” – odkrzyknął im Stasiek – „Idziemy obejrzeć nowe mieszkanie”
Ojciec Staśka właśnie dostał klucze do mieszkania. Idą obejrzeć je po raz pierwszy. Matka ma w torbie duży zeszyt w kratkę, ołówki i składaną dwumetrową miarkę. Ojciec zamierza pomierzyć dokładnie całe mieszkanie, naszkicować je i zaplanować jak je umeblować.
Inni lokatorzy kamienicy nie byli w tak szczęśliwym położeniu. Dostali przydziały na lokale zastępcze w starym budownictwie w różnych miejscach na terenie łódzkich Bałut.
Stasiek po powrocie do domu wyszedł z Szarikiem. Chłopaków nie było przed domem. Pobiegł z psem za dom. Zastał ich przy ścianie. Oglądali szczeliny.
Witek miał ze sobą linijkę i mierzył właśnie szerokość szczeliny do której mógł sięgnąć stając na czterech cegłach.
„Trzy centymetry i dwa milimetry”
„U nas w domu, koło szafy mamy szparę na pół centymetra” – poinformował Czesiek
„A u nas…” – odezwał się Zbyszek, ale nie dokończył
„Stasiek z jamnikiem idzie!” – przerwał mu Witek
Podbiegli do psa. Nachylili się nad nim . Pies się ucieszył.
„Chodźmy na trawnik!” – zaproponował Witek – „Skoczę do domu po piłkę”
Przez półgodziny męczyli Szarka. Gdy ten miał już dosyć, położył się jak zwykle i odmówił dalszej zabawy. Stasiek wziął go na ręce i skierował się w stronę klatki schodowej
„Jutro nauczymy go kilku sztuczek” – zapowiedział Witek
Stasiek odwrócił się i oznajmił
„Jutro wyjeżdżam z Szarikiem do dziadków na wieś”
„Kiedy wrócisz?”
„Nie wiem”
Stasiek nie wrócił już do starego mieszkania. Pozostał na wsi u dziadków do końca wakacji. Rodzice przez ten czas przyszykowali nowe mieszkanie do zamieszkania. Potem była przeprowadzka i kupno nowych mebli.
Nie wszystkich, tylko tych do pokoju Staśka i do kuchni.
W dużym pokoju ustawili swoje stare meble. Pożyczka jaką ojciec Staśka zaciągnął w zakładowej Kasie Zapomogowo-Pożyczkowej, nie starczyła na wszystko. Matka Staśka chciała kupić jeszcze nową wersalkę, ale ten zakup musieli odłożyć na później.
Ich sąsiedzi nie byli w tak dobrej sytuacji jak oni. Prawie nikt z sąsiadów nie należał do żadnej Spółdzielni Mieszkaniowej, mimo że od kilku lat Administracja Domów Mieszkalnych zapowiadała, że ich kamienica nie nadaje się do remontu i w najbliższym czasie zostanie rozebrana.
Wśród lokatorów panowało przekonanie, że w takim razie nie ma co się zapisywać do Spółdzielni Mieszkaniowej i płacić wpisowe, na które niemal nikogo z nich nie było stać. Im się mieszkania po prostu należą i jak będzie czas wyprowadzenia się z kamienicy to dostaną nowe mieszkania kwaterunkowe w blokach.
Niestety byli w błędzie. Teraz, gdy kamienica jest w takim stanie, że może zawalić się w każdej chwili, muszą wyprowadzić się do takich mieszkań jakie oferują władze dzielnicy. Nie mają innego wyboru. Są to lokale zastępcze, najczęściej na poddaszach starych kamienic, standardem zbliżone do mieszkań jakie opuszczają.
Pot koniec sierpnia rodzice przyjechali odebrać Staśka od dziadków. Zostali na noc i następnego dnia po śniadaniu wrócili autobusem do Łodzi. Potem taksówką podjechali na Żubardź. Taksiarz nie mógł podjechać pod sam blok na Tybury, ponieważ ulica była rozkopana i nieuporządkowana.
Po wyjściu z taksówki rodzice wzięli bagaże i udali się w stronę domu. Stasiek prowadził Szarika i szedł wolno za nimi. Poczekali na niego przy klatce schodowej. Potem już razem weszli na drugie piętro.
Otworzyli drzwi i wpuścili Staśka pierwszego do mieszkania. Byli ciekawi jakie wrażenie wywrze na synu, jego pokój.
Stasiek był zachwycony. Najbardziej podobało mu się to, że przy łóżku leżał wiklinowy , płaski koszyk z poduszką dla Szarika.
Jamnikowi od razu poduszka przypadła do gustu.
Podczas gdy ojciec z synem rozpakowywali rzeczy które Stasiek miał u dziadków, mama szybko odgrzewała wcześniej przyszykowaną zupę.
Przy stole, zauważyli, że Stasiek jest markotny.
„Co ci jest Stasiu?” – zapytała mama – „Nie jesteś zadowolony z nowego mieszkania?”
„Jestem, ale…”
„Ale co?” – przerwał mu ojciec
„Chciałbym pójść do starego domu. Odwiedzić chłopaków”
„Nie ma już starego domu”
„Ale może chłopaki przychodzą się tam bawić. Szarik też lubi się tam bawić”
„Tam już nie ma po co iść. Nikogo tam nie ma, synuś. Wszyscy się wyprowadzili” – przekonywał ojciec
„Słuchaj Stefan” – wtrąciła się matka – „Niech sobie Stasiu tam pójdzie. Zobaczy jak jest”
Po obiedzie Stasiek wziął Szarika na smyczę i pobiegł do starego domu. Po piętnastu minutach byli na miejscu.
Ich stara kamienica była rozebrana do fundamentów. W tym miejscu w którym stał stół i ławki zachowała się tylko jedna ławka. Teren wokół fundamentów ogrodzony był prowizorycznym ogrodzeniem. Tylko stary wjazd na tył kamienicy nie był ogrodzony.
Stały tam jeszcze nierozebrane komórki i ich stare wspólne ubikacje.
Stasiek poszedł tam. W miejscu gdzie stał ich czołg wszystko było wysprzątane. Starej rudery, z resztek której zbudowany był czołg też już nie było. Tylko kopczyki porośnięte chwastami pozostały nie ruszone.
Poszedł miedzy nie. Za jednym z nich siedziała Ziuta.
„Cześć Ziuta”
Spojrzała na niego. Nie odpowiedziała na powitanie. Stasiek odniósł wrażenie, że Ziuta go nie poznała. Chciał zapytać o chłopaków, ale się powstrzymał. Nie wiedział jak się zachować.
Ziuta podniosła się z ziemi. Otrzepała spodnie i ruszyła w jego stronę. Przechodząc obok niego powiedziała nie zatrzymując się
„Uciekaj stąd jak najdalej. To miejsce jest przesiąknięte złem”
Odprowadził ją wzrokiem.
Pokręcił się chwilę między kopczykami a potem wrócił na ławkę przed fundamentami kamienicy. Szarik posłusznie usiadł obok niego na resztkach zachowanej trawy.
To co powiedziała Ziuta nie dawało mu spokoju. W pierwszej chwili Stasiek nie zrozumiał co Ziuta miała na myśli mówiąc, że to miejsce jest przesiąknięte złem. Przecież dobrze tu było. On był tu szczęśliwy.
A inni…Stasiek zaczął sobie przypominać, głośne awantury u sąsiadów, pożar u staruszków i ich śmierć w płomieniach, popękane ściany kamienicy i walące się sufity. Ubikacje na zewnątrz do których wieczorem jak się ściemniało strach było chodzić. Przypomniał sobie milicję wzywaną do Karpów.
Pamiętał o morderstwie małej Marysi za domem. No i ta Ziuta i Janek. Jego śmierć.
Wszyscy mówili, że to przez Ziutę Janek podciął sobie żyły. Ona też to zrobiła.
W domu słyszał, że Ziuta jest ofiarą swoich braci, że była przez nich wykorzystywana. Nie wiedział co to znaczy, zapytał ojca. Odpowiedział mu, że dowie się o tym jak podrośnie. W każdym razie to coś niedobrego.
Dowiedział się wcześniej. Od chłopaków. Widział jak Ziuta pokazuje cycki za piwo. Wołała pięć dych od ojca Janka, Robiła to z nim za pieniądze. Z innymi też.
Stasiek rozmyślał o tych wszystkich nieszczęściach ze trzy godziny i może siedziałby tam i rozmyślał jeszcze dłużej gdyby nie odnalazł go ojciec zaniepokojony długą nieobecnością syna.
„Martwiliśmy się z mamusią o ciebie. Myślałem, że nie mogłeś trafić do domu”
„Trafiłem od razu, tatusiu”
„Twój dom jest teraz gdzie indziej”
„Wiem, ale tam nie ma chłopaków”
„Tu też ich nie ma. Spotkasz ich za parę dni w szkole”
Wracali powoli do domu. Gdy już byli blisko, ojciec przypomniał sobie, że musi kupić papierosy. Wrócił się do rogu ulicy do kiosku. Stasiek z Szarikiem zbliżał się do ich bloku
„Cześć Staszku!”
Usłyszał za sobą dziewczęcy głos. Obejrzał się. zobaczył zbliżającą się Elkę, koleżankę z klasy i sąsiadkę z kamienicy
„Mieszkasz tutaj?” – zapytała
„Tak, w tym bloku”
„Oj, jak fajnie! Ja mieszkam w tym obok. Będziemy się mogli razem bawić. Wiesz, nie znam tu nikogo…”
„Możemy się bawić” – odpowiedział i szybko dodał – „Ale nie lalkami!”
„Dobra! Będziemy się bawić z twoim jamnikiem…jak ma na imię?”
„Szarik”
„Szarik?…Nie pasuje do niego”
„Jak nie pasuje jak pasuje!”
„No nie pasuje…”
„On już się do niego przyzwyczaił”
„Można mu dać imię podobnie brzmiące”
„Czyli jakie?”
„Bo ja wiem?… Może Szymek?”
„Nie jest podobne do Szarika”
Elka pochyliła się nad Szarikiem
„Szymek! Chodź do mnie…” – odbiegła kilka kroków – „Szymek!”
Pies pobiegł za nią „Widzisz? Podoba mu się to imię, a tobie?”
Stasiek nie zdążył odpowiedzieć. Zauważył ojca czekającego na niego przy klatce schodowej
„Muszę już iść. Tata czeka na mnie”
Kilka dni później, pierwszego września w szkole, jeszcze przed uroczystą akademią otwierającą nowy rok szkolny Stasiek chodził wśród zebranych w sali gimnastycznej uczniów i wypatrywał kolegów z załogi Rudego. Niestety, nie było żadnego z nich.
Od jednego chłopaka z ich klasy dowiedział się, że Witek mieszka gdzieś na Limanowskiego, a Zbyszek i Czesiek mieszkają gdzieś koło Bałuckiego Rynku i są przepisani do innej szkoły.
Po akademii nauczyciele zebrali swoich uczniów i udali się z nimi do klas. Pokój do którego wszedł Stasiek był odświeżony. Stały w nim nowe stoliki i po dwa krzesła przy każdym. Na ścianach wisiały mapy i inne pomoce szkolne.
Stasiek rozglądał się zaciekawiony nowościami. Przed wakacjami ich stara klasa była dosyć zniszczona. Ławki były ciasne pomalowane na brzydki brązowy kolor
„Możecie dobrać się parami tak jak chcecie i usiąść razem w ławce” – oznajmiła nauczycielka
W klasie zaczęło się gorączkowe tworzenie par. Stasiek szukał wzrokiem Marka z którym siedział w ubiegłym roku w jednej ławce. Zauważył go po chwili, ale Marek właśnie sadowił się przy jednym ze stolików z Jolką.
Zanim się zdecydował podejść do kogoś innego i zaproponować swoje towarzystwo w ławce, poczuł ciepłą dłoń w swojej dłoni
„Będziemy razem siedzieć” – usłyszał stanowczy głos Elki
Mówiąc to pociągnęła go w stronę najbliższego wolnego stolika. Poszedł za nią niechętnie
„Później się przesiądę” – pomyślał
Później, to znaczy w następnych dniach, się nie przesiadł, chociaż miał wiele okazji.
Elka nie opuszczała go na żadnej przerwie. Co rano czekała na niego aby iść razem do szkoły. Razem wracali do domu.
Któregoś dnia Elki nie było przed domem. Stasiek nie czekając na nią ruszył do szkoły. Po kilkunastu krokach zatrzymał się nagle
„Nie, no. Poczekam na nią” – pomyślał zły na siebie, ze podjął taką decyzję
Po chwili Elka podbiegła nadzwyczaj rozradowana
„Spóźniłaś się dzisiaj”
„Nie spóźniłam się. Stałam na klatce schodowej. Chciałam zobaczyć, czy poczekasz na mnie”
Po szkole Stasiek wyprowadzał psa na spacer. Niemal zawsze przypadkiem spotykał Elkę. Bawili się wtedy z Szymkiem. Pies bardzo polubił Elkę i chętnie przynosił do niej rzucane patyki.
Stasiek bardzo kocha swojego jamnika, więc zgadza się na towarzystwo Elki w czasie spacerów z psem.
Któregoś dnia Elka zaproponowała aby pójść zobaczyć co się dzieje tam gdzie poprzednio mieszkali
„Nie Elu. Tam nie pójdziemy”
„Dlaczego?”
„Tamto miejsce jest przesiąknięte złem…Boję się, że…”
„Że co?”
„Że cię stracę”
Przestraszył się tego co powiedział.
„Masz rację. Tam mieszkaliśmy obok siebie i się prawie nie znaliśmy” – odpowiedziała i pocałowała go w policzek.
Stasiek poczuł się jak w siódmym niebie.
KONIEC