Wszystko zaczęło się jakieś pół roku temu. Byliśmy na zabawie sylwestrowej przywitać Nowy Rok 2020.
Nie zaczął się on dla mnie dobrze. W pierwszej godzinie nowego roku upadłem w tańcu tracąc przytomność. Z początku rozbawieni goście myśleli, że się schlałem. Na szczęście był wśród nich lekarz, do tego niezbyt pijany. Zorientował się, że mam zawał.
Potem potoczyło się wszystko normalnie w takim przypadku. Reanimacja na miejscu, karetka, szpital, kilku tygodniowa rehabilitacja i długie siedzenie w domu na zwolnieniu lekarskim.
W maju dostałem wezwanie do szpitala na badania kontrolne. Położyli mnie do łóżka na trzy dni. Po badaniach stwierdzili, że jest poprawa, ale wyniki nie są całkiem zadawalające. Sugerowali wyjechać gdzieś na wieś odseparować się od Internetu telefonu i telewizji, jednym słowem, wyciszyć się. Unikać denerwowania się.
Żona zadzwoniła do znajomego w Borkowicach koło Kluczborka. Józef, ten znajomy, prowadzi tam gospodarstwo Agro-turystyczne. Poznaliśmy go dwa lata temu, w 2018tym. Zatrzymaliśmy się tam na tydzień w oczekiwaniu na naprawę uszkodzonego na tamtejszych bezdrożach zawieszenia w aucie. Wynudziłem się wtedy okropnie. Tam nic nie ma. Tylko pola i las.
Teraz Agata doszła do wniosku, że to idealne miejsce dla mnie abym, jak to określili lekarze – wyciszył się
„Zostawiamy w domu telefony i laptopy. Weź sobie kilka książek. Telewizji też nie będziemy oglądać” – zadecydowała
Pierwsze trzy dni u Józka nawet wypocząłem. Co prawda łachudra kogut u sąsiadów co rano tak głośno darł dziób, że nie dało się spać, ale rekompensowałem to sobie poobiednią drzemką.
Czwartego dnia obudziłem się ze strasznym bólem zębów. Myślałem, że po zażyciu pigułek przeciwbólowych ból przejdzie. Nie przeszedł. Po południu nasilił się i do tego gęba paskudnie mi spuchła.
Józek zadzwonił do znajomego dentysty w Kluczborku i zamówił dla mnie wizytę na godzinę siedemnastą. Pojechałem tam sam. Bez trudu odnalazłem gabinet dentystyczny na jednej z uliczek w pobliżu Rynku. Pani w recepcji wpisała moje dane w kartę pacjenta, poinformowała ile to będzie kosztować i zaprowadziła do jednego z pokojów. Usadziła mnie w fotelu dentystycznym
„Doktor zaraz przyjdzie. Kończy właśnie pacjenta obok” – powiedziała i wyszła
„Raczej wykańcza pacjenta” – pomyślałem
Dochodzące z pokoju obok jęki sprawiły, że moje zęby przestawały mnie boleć. W każdym razie takie odniosłem wrażenie. W pewnej chwili usłyszałem dużo głośniejszy jęk zakończony dramatycznym westchnieniem. Przez chwilę trwała cisza. Ból zębów całkowicie minął i utwierdził mnie, że właściwie mogę wracać do domu.
Właśnie podnosiłem się z fotela, gdy drzwi otworzyły się i do pokoju wszedł On.
Poznałem go natychmiast. Pierwsza myśl jak przebiegła mi przez głowę to nadzieja, że mnie nie pozna. Broda i wąsy bardzo zmieniły mój wygląd. Mimo to wpadłem niemal w panikę. Przerażenie które mnie ogarnęło sprawiło, że nie tylko ból zębów wrócił ze zdwojoną siłą, ale również zjedzona na obiad grochówka dał o sobie znać.
„Dokąd się pan wybiera?” – zapytał
Nie czekając na odpowiedź pchnął mnie delikatnie z powrotem na fotel
„Muszę do ubikacji…” – stwierdziłem niepewnym głosem
Z pewnością wiele razy słyszał tą wymówkę od pacjentów próbujących uciec z pod jego ręki, ponieważ nie przejął się i stwierdził krótko
„Potem”
Siedzę w fotelu niemal nieprzytomny ze strachu. On ogląda moje zęby, zadaje jakieś pytania. Musi je powtarzać po dwa, trzy razy zanim do mnie dotrze ich sens. Odpowiadam posłusznie, ale odpowiedzi go nie zadawalają.
Widzę z bliska za przezroczystą przyłbicą jego zirytowaną twarz. Drugi raz w życiu widzę ją z tak małej odległości. Poprzednim razem było to na Studniówce w 1990tym.
„Ma pan duży ropień nad górną szczęką. Żeby się go pozbyć muszę naciąć dziąsło. Trochę to potrwa” – wyjaśnił – „Czy jest pan uczulony na penicylinę?”
„Co?…Nie…Chyba nie…Nie wiem”
„Małgosiu” – zwrócił się do wchodzącej właśnie do pokoju pielęgniarki – „Musimy sprawdzić czy pan nie jest uczulony na penicylinę. Zajmij się tym”
Wyszedł z pokoju a pani Małgosia, którą wcześniej poznałem w recepcji wypytała mnie o ewentualne uczulenia, i o to czy mam problemy z sercem, cukrzycą i takie tam. Powiedziałem o zawale. Wszystko skrupulatnie wpisała w moją kartę. Potem zrobiła mi zastrzyk
„Za jakieś dwadzieścia minut doktor do pana przyjdzie. Proszę siedzieć spokojnie. Gdyby źle się pan poczuł proszę nacisnąć ten przycisk”
Mówiąc to wcisnęła mi do ręki wiszący przy fotelu przycisk i wyszła z pokoju. Dopiero teraz poczułem olbrzymie zmęczenie. Prawie nie czułem bólu zębów. Olbrzymie napięcie w jakim się znajdowałem od chwili gdy go ujrzałem powoli zaczęło mnie opuszczać. Poczułem senność. Przymknąłem oczy. Wróciłem myślami do Studniówki.
Pamiętam doskonale naszą Studniówkę. Pamiętam dokładnie datę. Było to w sobotę dwudziestego siódmego stycznia 1990tego roku. Pamiętam też doskonale przygotowania do Studniówki.
Nikt wtedy nie myślał o organizowaniu studniówek w restauracjach czy wynajętych w tym celu lokalach. Studniówki organizowało się na terenie szkół. Tak było też w naszej szkole. Wszystko, począwszy od spraw techniczno-organizacyjnych, takich jak zorganizowanie wystarczającej ilości stołów, krzeseł, obrusów zastawy stołowej, aż po zakup artykułów spożywczych potrzebnych do sporządzenia posiłków oraz ich przyrządzenie, spoczywało na barkach Komitetu Studniówkowego.
W naszej szkole taki Komitet powołany był już na wiele tygodni przed Studniówką. W jego skład wchodzili rodzice przyszłych maturzystów którzy mogli coś w potrzebnym zakresie zaoferować.
Z ramienia szkoły wchodził do Komitetu energiczny nauczyciel wuefu. Miał duże doświadczenie w takich przygotowaniach.
Jednym z pierwszych zadań Komitetu było wynajęcie zespołu muzycznego. Zwykle były to cztero-pięcioosobowe zespoły grające na weselach. Koszt wynajęcia takich zespołów był zazwyczaj proporcjonalny do ich wartości artystycznej.
Zespół wynajęty na naszą studniówkę składał się z czterech muzyków amatorów, na co dzień zatrudnionych jako strażacy w remizie strażackiej w jednej z podłódzkich miejscowości. Decyzja o skorzystaniu z usług tego zespołu zapadła jednomyślnie po tym gdy nauczyciel wuefu zapewnił że zna ich, że na zeszłorocznej Studniówce spisali się dobrze, no i są stosunkowo tani.
„Czy potrafią zagrać poloneza” – zapytała jedna z matek
„O! Tak. Polonez to podstawa ich repertuaru” – zapewnił nauczyciel
W naszej szkole była stołówka z kuchnią. Za niewielką opłatą panie w niej pracujące zgodziły się pomóc w przyszykowywaniu posiłków. Komitet sporządził dokładną listę niezbędnych zakupów, oraz sporządził skrupulatny kosztorys całej imprezy. Niestety musiał on być korygowany niemal co dzień.
W Polsce na przełomie lat 1989/90 szalała galopująca inflacja, która już po naszej Studniówce w lutym 1990go przekroczyła 1000%.
W każdym razie Komitet określił opłatę od osoby na bardzo wysokim poziomie pięćdziesięciu tysięcy złotych od osoby. Była to mniej więcej jedna czwarta przeciętnej wówczas pensji.
Nie wszystkich było stać na opłacenie studniówki. Kilku uczniów zrezygnowało. Kilku z tych co zrezygnowało, jakiś czas później z pomocą rodziny i krewnych uzbierało potrzebną sumę i w ostatniej chwili zadeklarowało swój udział.
Jednym z nich był On, dentysta w którego fotelu właśnie siedzę, Bronek Janicki.
Znałem go z widzenia. Chodził do równoległej klasy. Nie kolegowałem się z nim. Z tego co wiem, chyba nikt blisko z nim nie trzymał. Był skryty, małomówny i zawsze dosyć ponury. Dziewczyny go unikały, chyba ze względu na jego urodę, a raczej na jej brak. Chłopcy nie wchodzili mu w drogę. Bronek był najwyższy w szkole. Ważył chyba ponad sto kilogramów chociaż nie był gruby. Był bardzo silny.
Od pewnego czasu miał przezwisko Ronek. Nie pochodziło ono od imienia Bronek. Nazwano go tak z powodu kolosalnego podobieństwa do jednego z najbrzydszych, czyli poprawnie mówiąc charakterystycznych aktorów hollywoodzkich Rona Perlmana, znanego z roli Salwatore w filmie „Imię Róży” czy z roli Vincenta, pół człowieka, pół lwa w filmie „Piękna i Bestia”
Zetknąłem się z nim w czasie przygotowań do studniówki. Było nas czterech chłopców odpowiedzialnych za przyszykowanie sali gimnastycznej w naszej szkole. Ustawialiśmy stoły, składaliśmy podwyższenie dla zespołu muzycznego, montowaliśmy przy drzwiach wejściowych kącik z bufetem, no i obowiązkowo w tamtym czasie, nad miejscem przeznaczonym do tańców, na środku sali między ustawionymi w podkówkę stołami rozwieszaliśmy siatkę maskującą.
Siatka była bardzo stara, chyba poniemiecka pamietająca Drugą Wojnę Światową. Trzeba było ostrożnie się z nią obchodzić. Sypała się. Połowa zamocowanych na niej sztucznych liści dawno się wykruszyła.
Nauczyciel wuefu, który nam ją załatwił powiedział, że używana jest od lat na studniówkach i przy innych okazjach.
Zawieszenie tej ciężkiej siatki wymagało dużo wysiłku. Próbowałem ją zawiesić z Wojtkiem, ale nam to niezdarnie szło. Podszedł do nas Ronek i odezwał się
„Zostawcie tą siatkę. Sam ją zawieszę”
Były to jego nieliczne słowa wypowiedziane w czasie tych kilku dni podczas przygotowywania sali.
Siatkę oczywiście zawiesił sam szybko i bez wysiłku. Potem jeszcze zainstalowaliśmy mikrofon i nagłośnienie sali. Nagłośnienie to za dużo powiedziane. Był to dwa duże głośniki podłączone do wzmacniacza. Muzycy mieli do niego podłączyć swoje instrumenty.
Dzień przed Studniówką byliśmy gotowi i dosyć zadowoleni z naszego wkładu.
Zadowoleni byliśmy do czasu przyjazdu muzyków. Przyjechali wieczorem gdy już mieliśmy wychodzić i zamknąć szkołę. Chcieli zainstalować instrumenty. Pokazaliśmy im wykonane przez nas nagłośnienie. Zaśmiali się tylko. Kazali nam zabrać to co żeśmy przyszykowali. Ja i Wojtek zaczęliśmy zwijać nasze kable, ale Ronek nas powstrzymał
„Zaraz. Poczekajmy i zobaczmy jak panowie grają. Może trzeba będzie się bawić przy muzyce z magnetofonu”
Na te słowa podbiegł do Ronka jeden z muzyków. Najniższy wzrostem sięgający głową do piersi Ronka
„Ty! Nie wymądrzaj się bo…” – nie dokończył
Ronek podniósł go do góry jak niegrzeczne dziecko. Trzymał go przed sobą na wyciągniętych ramionach. Z wierzgającym nogami muzykiem podszedł do jego kolegów. Postawił go przed nimi prosząc łagodnym głosem
„Panowie, uspokójcie krzykacza”
Od momentu jak Ronek uniósł małego muzyka zarówno my jak i pozostali trzej muzycy zaczęliśmy się śmiać. Ronek postawił go przed nimi. Mały krzykacz, gdy tylko poczuł podłogę pod stopami próbował uderzyć Ronka. Ronek chwycił go prawą ręką za ubranie na piersi podniósł jeszcze raz do góry i niemal wręczając go kolegom poprosił jeszcze raz
„Panowie, zróbcie coś z nim”
„Zwijamy się, kurwa!” – krzyczał mały – „Nie będziemy tu grać!”
„Uspokój się Józiu. Nie ciskaj się. Wzięliśmy pieniądze musimy zagrać” – uspakajali go koledzy
Po kilku minutach mały się uspokoił. Muzycy zabrali się za ustawianie swojego sprzętu. Mieli ze sobą swój wzmacniacz i głośniki. Obserwowaliśmy ich jak ustawiali perkusję i niewielki instrument klawiszowy. Potem podłączyli dwie gitary elektryczne. Jedna z nich była gitarą basową. Zaczęli próbować instrumenty. Trwało to kilkanaście minut. Myśmy usiedli naprzeciwko i czekaliśmy aż coś zagrają. W końcu zaczęli grać.
„Jezus, Maria!” – odezwałem się po kilkunastu sekundach słuchania muzyki – „Czyżby to była Lambada?”
Słuchaliśmy w milczeniu. Zauważyłem, że na twarzach moich kolegów pojawiły się oznaki dezaprobaty przechodzącej w ledwo zauważalną rozpacz.
Po chwili muzycy przerwali Lambadę, szeptali coś do siebie. Mały krzykacz odłożył gitarę i podszedł do mikrofonu
„Gdzie się podziały tamte prywatki…” usłyszeliśmy
„Boże! To się jutro ubawimy przy tej muzyce” – pomyślałem
W tym samym momencie Ronek przerwał muzykom
„Panowie! Dobra! Wystarczy na dzisiaj. Odkładajcie zabawki, musimy zamknąć szkołę. Jutro się spotkamy”
Podczas gdy muzycy wyłączali instrumenty i szykowali się do wyjścia, myśmy dzielili się wątpliwościami na temat jakości zaprezentowanych próbek talentu zespołu muzycznego który będzie grał nam na Studniówce.
„Przyniosę jutro magnetofon” – zadeklarowałem
Moja mama poszła do szkoły w dniu Studniówki bardzo wcześnie, bo już o siódmej rano. Ona i kilka innych matek zadeklarowały się pomóc szkolnym kucharkom w przyszykowywaniu posiłków.
Pomogłem jej zanieść część produktów spożywczych. Przy okazji zabrałem ze sobą magnetofon i kilkanaście kaset z modnymi nagraniami.
Po powrocie do domu zjadłem śniadanie i w zasadzie nie miałem co robić aż do trzynastej. O trzynastej byłem umówiony z nową dziewczyną, która w ciemno wyraziła ochotę towarzyszyć mi na Studniówce.
To już czwarta dziewczyna. Poprzednie dwie które przyprowadziła siostra po spotkaniu ze mną szybko wykręciły się z towarzyszenia mi na Studniówce. Od trzeciej ja się wykręciłem.
Siostra jest o rok młodsza ode mnie. W jej szkole większość uczniów to dziewczyny, a w moim Technikum Mechanicznym dziewczyn jak na lekarstwo.
Wstyd powiedzieć, ale nie miałem wtedy jeszcze dziewczyny i bardzo długo zastanawiałem się czy nie zrezygnować z pójścia na Studniówkę. Wyraziłem kiedyś taką myśl przy niedzielnym obiedzie
„Dlaczego nie chcesz iść na Studniówkę?” – zaniepokoiła się matka – „Przecież taka impreza zdarza się tylko raz w życiu”
„Jakoś nie mam ochoty” – odpowiedziałem
„Nie ma ochoty!…Ha! Ha! Ha!” – zaśmiała się siostra – „Dziewczyny nie ma i dlatego nie chce iść!”
„Ty się nie śmiej z brata, tylko idź z nim” – zaproponował ojciec
„W życiu z jędzą nie pójdę!…Żeby mi wstydu narobiła” – zaprotestowałem
„No! No! Spokój! Tylko nie zaczynajcie znowu” – wtrąciła mama – „Mam lepszy pomysł. Ty Grażynko umów Karola z jakąś koleżanką. Na pewno nie jedna chciałaby się pobawić na Studniówce”
„Dobrze mamusiu. Już ja mu znajdę odpowiednią”
„Nie chcę” – zaprotestowałem – „Na złość umówi mnie z jakąś jędzą”
„Umówię cię z taką cycatą jak te co je masz w twoich pisemkach między książkami!”
„Spokój już!” – krzyknął ojciec – „Umówisz go z taką dziewczyną aby się nie musiał jej wstydzić!”
Ta rozmowa miała miejsce kilkanaście dni przed Studniówką. Grażynka tak jak obiecała mamie, tak zrobiła.
Trzy dni potem powiedziała mi, że ma dla mnie wspaniałą dziewczynę. To była Hania. Miała duże piersi, ale niestety była prawie o głowę wyższa ode mnie. Siostra przedstawiła nas sobie i stwierdziła że ma coś ważnego do załatwienia, więc niestety, musi nas zostawić samych.
Zaprosiłem Hanię do kawiarni. Było bardzo sztywno. Po kawie Hania stwierdziła, że ona w zasadzie nie umie tańczyć i mogłaby mi przynieść tylko wstyd. Dlatego lepiej będzie jak sobie znajdę inną dziewczynę. Odetchnąłem z ulgą.
Drugą dziewczyną przyprowadzoną przez Grażynkę była Zosia. Mała, płaska z warkoczykami. Wyglądała na uczennicę szkoły podstawowej.
Zaprosiłem ją oczywiście na kawę, ale nie chciała iść do kawiarni. Wolał pospacerować po parku. W parku bez żadnych wstępów zażądała aby ją pocałował. Zaskoczyła mnie tym. Rozejrzałem się czy nie ma za dużo ludzi w pobliżu i szybko pocałowałem ją w usta
„Nie tak jak siostrę” – odrzekła zirytowana
Potem uwiesiła się mi na szyi. Wsadziła język w moje usta i bardzo nim wierciła. Ledwo się wyrwałem z jej objęć. Od tego momentu intensywnie główkowałem jak się jej pozbyć. Dopiero następnego dnia powiedziałem jej, że bardzo dziękuję za jej chęci ale chyba pójdę na Studniówkę z moim chłopakiem.
„To ty taki jesteś?!”
„Nic na to nie poradzę”
Odwróciła się i odeszła bez słowa.
Studniówka już za trzy dni a ja wciąż nie miałem z kim na nią iść. Grażynka przyprowadziła trzecią dziewczynę.
Joasia nawet ładna była ale od razu po wyrazie jej twarzy widziałem, że nie przypadłem jej do gustu. Właściwie to mogę śmiało powiedzieć, że chyba czuła do mnie wstręt.
Gdy Grażynka odeszła, powiedziała mi
„Sorry. Nie jesteś w moim typie”
„Ty też nie jesteś w moim typie, ale przecież ślubu nie bierzemy”
„No, tego by jeszcze brakowało!…Ale wiesz co? Moja siostra Agata uwielbia takich typów jak ty. Pójdzie z tobą więcej niż chętnie”
„Skoro nie jestem w twoim typie, to z pewnością nie jestem w typie twojej siostry” – odparłem zrezygnowany
„Znam siostrę jak siebie samą. Już wiem, że się posika z radości jak ciebie ujrzy”
Za kilka godzin zaczyna się Studniówka. Ubrany w garnitur idę na spotkanie w ciemno z siostrą Joasi. Zapewniła mnie, że Agata będzie już odpowiednio ubrana i na pewno mi się spodoba.
Mamy spotkać się na placu Wolności przy studzience. Poznam ją po jaskrawo czerwonym płaszczyku.
Zauważyłem ją z daleka. Podszedłem zdziwiony
„Joasiu, miała przyjść twoja siostra…”
„Jestem Agata. Joaśka jest moją siostrą bliźniaczką” – powiedziała do mnie
Jednocześnie obdarzyła mnie tak cudownym, ciepłym uśmiechem, że nogi się pode mną ugięły z wrażenia.
Kilka lat później została moją żoną.
Oczarowany ciepłem płynącym z jej sposobu bycia, ale przede wszystkim jej stosunkiem do mnie czułem się z nią od pierwszej chwili jak w niebie.
Zapomniałem o Studniówce. Chodziliśmy po Piotrkowskiej, ona opowiadała o sobie a ja słuchałem. W pewnym momencie przypomniała mi, że czas już udać się do szkoły.
„Musimy tam iść?” – zapytałem – „Wolałbym być tylko z tobą”
„Musimy Karolku, ale jak chcesz to możemy się spotykać”
Te słowa sprawiły mi dużo radości.
Spojrzałem na zegarek. Było już późno. Udało nam się zatrzymać taksówkę. Do szkoły przyjechaliśmy jako jedni z ostatnich. Przy wejściu czekała na mnie mama
„No, nareszcie. Już myślałam, że nie przyjedziesz” – przywitała nas z ulgą w głosie.
Przedstawiłem jej Agatę. Otaksowała ją wzrokiem
„Śliczna z was para” – stwierdziła i odeszła do swoich zajęć przy bufecie.
Rozejrzałem się za miejscami przy stołach. Prawie wszystkie były zajęte. Chciałem usiąść gdzieś bliżej chłopaków z klasy. Nie ukrywam, że zależało mi aby widzieli z kim przyszedłem. Niestety, nie było koło nich wolnych miejsc.
Usiedliśmy przy jednym z ostatnich stołów niedaleko wejścia.
Stoły były kwadratowe i przy każdym z nich były cztery miejsca. Na każdym stole były cztery nakrycia kilka butelek gazowanych napojów i cztery szklaneczki do nich.
Usiedliśmy przy Ronku. Siedział sam przy stole. Miejsce obok niego było wolne. Przedstawiłem Agatę. Myślałem, że jego towarzyszka jest gdzieś w pobliżu, ale wkrótce okazało się, że się myliłem.
Rozmowa z Ronkiem jak zwykle nie kleiła się. W pewnym momencie do stołu podszedł Wojtek
„Wolne to miejsce?” – zapytał
„Zajęte” – odpowiedziałem pospiesznie
„Z dwiema przyszedłeś?” -zapytał Ronek
„Nie, ale…”
„Sam przyszedłem” – przerwał mi i zwrócił się do Wojtka – „Siadaj, zaraz znajdę krzesło dla twojej damy”
„Nie potrzeba. Też przyszedłem sam”
Chciałem coś powiedzieć, ale w tej samej chwili Agata pochyliła się w moją stronę i szepnęła mi do ucha
„Nie przejmuj się nimi. Dla mnie ich tu nie ma. Jesteśmy tylko my”
Poczułem się jak w siódmym niebie.
Agata coś do mnie mówiła. Patrzyłem jej prosto w oczy. Nie za bardzo docierało do mnie co mówiła, ale nie miało to dla mnie znaczenia. Byłem nią oczarowany, jej urodą i sposobem bycia
„Napijecie się?” – usłyszałem nagle z boku
Wojtek trzymał w ręku piersiówkę z Wyborową.
„Co?!” – zapytałem zaskoczony – „Nie. Dziękuję”
Nie nalegał. Zwrócił się do Ronka i jemu zaproponował. Ronek też odmówił.
„Nie to nie. Będzie więcej dla mnie” – stwierdził Wojtek i nalał sobie do szklanki
Siedziałem z Agatą przez chwilę w milczeniu. Jedna z pań z Komitetu Organizacyjnego doszła do mikrofonu. Przywitała nas i ciało pedagogiczne. Potem podała kilka komunikatów, między innymi, że za chwilę panie będą podawać do stołu potrawy, no i że za pół godziny, jak już wszyscy będą obsłużeni pan dyrektor szkoły wygłosi kilka słów. Po jego wystąpieniu powinniśmy ustawić się parami do Poloneza którym rozpoczniemy Studniówkę.
Na zakończenie przypomniała
„Mam nadzieję, że wszyscy pamiętają o zakazie spożywania alkoholu i paleniu papierosów?”
„Pamiętamy! Pamiętamy!” – odpowiedziało jej kilka głosów zagłuszanych wybuchem śmiechu
Agata przeprosiła mnie i udała się przypudrować nosek.
Dopiero teraz rozejrzałem się dookoła. Obok Wojtek przekonywał do czegoś Ronka. Przy sąsiednim stole koleś opowiadał stary dowcip „Chłopak pyta dziewczyny: wiesz jaka jest różnica między tramwajem a taksówką? – Nie wiem – No to pojedziemy tramwajem” Dziewczyny siedzące przy stole zachichotały tak jakby z grzeczności.
Z tyłu, za moimi plecami stał długi stół. Siedzieli przy nim nauczyciele, dyrektor szkoły, kilka osób z Komitetu Organizacyjnego oraz jedna z naszych koleżanek.
Wiem, że na imię miała Justyna. Obok niej siedzieli jej rodzice. Justyna przeniosła się do naszej szkoły kilka miesięcy temu. Była jedną z nielicznych dziewczyn w naszym Technikum.
Justyna jest po wypadku w którym straciła obydwie stopy. Porusza się na wózku inwalidzkim. Podobno jej poprzednia szkoła nie jest przystosowana dla osób poruszających się na wózkach inwalidzkich. W naszej są rampy po których Justyna może samodzielnie wjeżdżać.
Zauważyłem, że nasi muzykanci zaczynają szykować instrumenty.
Do mikrofonu podszedł dyrektor. Chrząknął kilka razy i rzekł kilka słów przywitania. Przestałem śledzić co mówi, bo właśnie wróciła Agata. Przysunęła krzesło bliżej mnie, tak abyśmy obydwoje mogli spoglądać na mówiącego dyrektora.
Agata usiadła tak blisko mnie, że właściwie przytuliła się do mojego prawego boku. Siedziałem nieruchomo bojąc się ruszyć aby nie utracić fizycznego z nią kontaktu. W pewnym momencie wstała gwałtownie. Spojrzałem na nią zaskoczony
„Wstawaj. Już czas” – rzekła do mnie
„Czas? Na co czas?” – zapytałem
„Musimy ustawić się do Poloneza”
Poloneza poprowadził dyrektor z nauczycielką historii.
My byliśmy gdzieś po środku. Przed nami na wózku inwalidzkim Justyna. Miała na dłoniach białe, wykonane z miękkiej skórki rękawiczki ochronne. Poruszała rękoma metalowe obręcze przymocowane z boku kół wózka.
Jej ojciec szedł obok niej. Zadziwiająco dobrze dopasowywali się do stosunkowo wolnego kroku Poloneza.
Potem była niewielka przerwa. Wróciliśmy do stołu. Wkrótce jeden z orkiestry, ten mały zadziorny krzykacz, zaprosił wszystkich do tańca. Zaczęli od Lambady którą w ich wykonaniu miałem już okazję poznać.
Bawiliśmy się tak już jakieś dwie godziny. Tańczyłem tylko z Agatą. W pewnym momencie doszła do naszego stołu jedna z pań z Komitetu Organizacyjnego i szeptem poprosiła aby któryś z nas zaprosił do tańca Justynę.
Wojtek był już dosyć wstawiony. Pani z Komitetu spojrzała na niego ze zgorszeniem. Spojrzała na Ronka i chciała coś powiedzieć. Uprzedził ją i wskazując na Wojtka powiedział
„Wyprowadzę go na świeże powietrze”
Wyczułem, że teraz zwróci się do mnie. Nie miałem ochoty tańczyć z Justyną. Nie dlatego, że siedziała na wózku. Pokręciłbym się przy niej, tak jak już to widziałem, że ktoś to robił na parkiecie. Nie. Nie dlatego nie chciałem z nią tańczyć. Po prostu nie chciałem ani na chwilę rozstawać się z Agatą.
Tak jak przypuszczałem, kobieta spojrzała z wyczekiwaniem na mnie
„Poproś ją do tańca” – szepnęła mi do ucha Agata
Podniosłem się gwałtownie i zrobiłem krok w stronę stołu przy którym siedziała Justyna, ale w tym samym momencie została poproszona do tańca przez kogoś innego. Siadając z powrotem na krześle powiedziałem
„Poproszę ją do następnego tańca”
Po chwili do stolika wrócił Wojtek a chwilę później Ronek. Wojtek wyciągnął nową piersiówkę. Tym razem z Żytnią. Chciał sobie nalać, ale Ronek wyrwał mu ją z ręki. Wojtek próbował protestować.
„Chcesz chlać to wynoś się stąd” – stwierdził stanowczo
„A bo co?! Nie dasz mi?” – zadziornie zapytał Wojtek
„Dam, ale po ryju”
Agata zwróciła się do mnie
„Chodźmy zatańczyć. Nie chcę na nich patrzeć”
Wróciliśmy do stołu po kilkunastu minutach. Podano właśnie bigos. Wojtek drzemał z opuszczoną na piersi głową. Ronek zabrał się za bigos nie zwracając na nas uwagi.
Było nam to na rękę. Mimo obecności tych dwóch przy naszym stole, byliśmy tylko dla siebie.
Po stosunkowo krótkiej przerwie w tańcach nasi muzycy znowu chwycili za instrumenty.
„Odpocznij trochę” – zaproponowałem Agacie – „Poproszę Justynę do tańca”
Podszedłem do niej i zaproponowałem taniec. Spojrzała na mnie i rzekła
„Od tańca mam już odciski na dłoniach” – stwierdziła – „Mam już dosyć kręcenia się z wózkiem po parkiecie. Chętnie bym z tobą zatańczyła, ale bez wózka”
Nie wiedziałem co odpowiedzieć. Ale nie musiałem się nad tym długo zastanawiać. Odpowiedź Justyny usłyszał Ronek. Podszedł do niej i zanim ktokolwiek zdążył zareagować uniósł ją z wózka na ręce jak małe dziecko mówiąc
„Ze mną zatańczysz bez wózka”
Nie protestowała. Wyszedł z nią na środek sali. Znaleźli się wśród tańczących par, które niemal natychmiast się rozstąpiły, przestały tańczyć i ustawiły się w koło parkietu. Dołączyli do nich inni, ciekawi jak będzie wyglądał taniec Ronka i Justyny. Agata też była ciekawa. Pociągnęła mnie w pobliże parkietu. Muzycy przestali grać
„No, grać panowie!” – zażądał Ronek
„Co mamy zagrać?” – zapytał niepewnie najmniejszy z muzyków
„Jakiegoś walca poproszę”
Muzycy krótką chwilę się naradzali. Wszyscy w tym czasie obserwowali w ciszy Ronka i Justynę. Odniosłem wrażenie, że całe to zdarzenie Justyna przyjmuje z humorem. Objęła go za szyję. On trzymał ją bez widocznego wysiłku.
Po chwili muzycy zaczęli grać. Poznałem od razu. Grande Valse Brillante. Znany walc śpiewany przez Ewę Demarczyk.
Zaskoczyło mnie, jak poprawnie zagrali tą muzykę. Nie spodziewałem się tego po nich.
Nagle muzyka została niemal całkowicie zagłuszona brawami jakie towarzyszyły tańczącym. Długa spódnica jaką miała na sobie Justyna zwisała niemal do podłogi. Sprawiało to wrażenie, że Justyna wcale nie jest trzymana na rękach przez Ronka.
Trzymając go za szyję, położyła głowę na jego ramieniu i z przymkniętymi oczami, jak gdyby w letargu, unosiła się lekko w tańcu. Ronek tańczył nadzwyczaj poprawnie.
Wśród nieustających oklasków usłyszałem z boku jak jakaś dziewczyna mówiła do chłopaka
„Widzisz? Tak się tańczy walca. Obserwuj i ucz się…”
W pewnym momencie Justyna ocknęła się. wyglądała na zaskoczoną oklaskami i speszoną zainteresowaniem jakie wywołali tańcem. Zatrzymali się w tańcu. Usłyszałem jak powiedziała do Ronka
„Mam dosyć. Chcę do domu. Wynieś mnie do samochodu…”
Zanim Ronek zdążył zareagować podbiegli do nich rodzice Justyny. Chwilę rozmawiali z córką, ale nic z rozmowy nie dotarło do mnie. Po chwili ojciec Justyny podziękował orkiestrze. Muzycy przestali grać. Matka Justyny skierowała Ronka w stronę drzwi. Ojciec podążał za nimi.
Żegnały ich brawa zgromadzonych.
Gdy tylko wyszli, muzycy zaczęli grać coś szybszego. Na parkiet powracały tańczące pary. Agata zaciągnęła mnie do naszego stołu. Dopiero teraz zauważyłem, że była bardzo poruszona zdarzeniem którego byliśmy świadkami
„Wiesz” – odezwała się do mnie – „Nigdy bym się nie spodziewała po nim, tak pięknego gestu. Wydawał mi się gburowaty”
„Mnie też zaskoczył”
W tym momencie Ronek wrócił do stołu. Chwilę potem wrócił po wózek ojciec Justyny. Wychodząc zatrzymał się przy naszym stole
„Bardzo panu dziękuję za taniec z Justynką” – zwrócił się do Ronka – „Myślę, że wszystkim zaimponował pan tańcząc z kaleką…”
„Pańska córka nie jest kaleką. Ona tylko nie ma nóg” – przerwał mu Ronek – „To ja dziękuję, że mogłem z nią zatańczyć”.
W tym czasie gdy ojciec Justyny żegnał się z Ronkiem do stołu wrócił dobrze już pijany Wojtek. Chichotał się cały czas. Nikt na niego nie zwracał uwagi.
Po wyjściu ojca Justyny do Ronka podszedł dyrektor szkoły i inne osoby. W pobliżu znalazło się kilka dziewczyn które z zainteresowaniem przyglądały się speszonemu nieco Ronkowi. Od strony orkiestry dobiegł okrzyk
„A teraz białe tango! Panie proszą panów!”
Na ten okrzyk do Ronka podbiegły niemal jednocześnie dwie dziewczyny. Nie dane im było z nim zatańczyć.
„Teraz będziesz miał powodzenie! Mimo mordy bestii filmowej!” – krzyknął Wojtek – „Twój taniec z kulawą czarownicą spodobał się…”
Wojtek nie dokończył. Ronek trzasnął go w zęby z taką siłą, że ten przeleciał ponad sąsiednim stołem i upadł zakrwawiony na podłogę. Ronek szybko doskoczył do niego. Usiadł mu na piersiach i zanim ktokolwiek zareagował kilkoma ciosami zmasakrował Wojtkowi twarz.
„Zęby mu powybijał!” – piszczała jakaś dziewczyna na którą spadło kilka kropli krwi
Rzuciłem się na pomoc Wojtkowi. Ktoś próbował odciągnąć Ronka. Udało mi się wcisnąć między niego i leżącego na podłodze Wojtka.
„Zostaw go!” – krzyknąłem – „Zęby mu wybiłeś!”
Ronek wyrwał się interweniującym. Złapał mnie za klapy marynarki, zbliżył swoją czerwoną z wściekłości twarz do mojej i złowieszczo wysyczał
„Teraz, wezmę się za twoje zęby…”
Powoli zwolnił uchwyt prawej ręki z mojej marynarki i biorąc potężny zamach niechybnie wybiłby mi zęby, gdyby nie interwencja Agaty.
Weszła między mnie i niego
„Najpierw mnie uderz!” – powiedziała
Jej reakcja spowodowała, że Ronek się powstrzymał.
„Jeszcze się zajmę twoimi zębami…Obiecuję” – wysyczał puszczając mnie
„Teraz się zajmę pana zębami” – usłyszałem jak przez sen
Otworzyłem oczy. Z przerażeniem ujrzałem nad sobą Jego twarz
„Przepraszam, że tak długo musiał pan czekać. Miałem ważny telefon”
Potem spojrzał w moją kartę podaną przez Małgosię. Chwilę czytał
„Pan Karol Szulc. Czy my się nie znamy ze szkoły?” – zapytał
„No to już koniec ze mną” – pomyślałem z trwogą – „Załatwi mi zęby tak jak obiecał”
Błyskawicznie zastanawiałem się jak mu odpowiedzieć. Już miałem powiedzieć, że w ogóle nie chodziłem do żadnej szkoły, ale resztki rozsądku zapanowały nad paniką i odpowiedziałem
„Nie. Chyba nie. Nie przypominam sobie. Wie pan to było tak dawno…”
„Mam na myśli wywiadówki w szkole naszych synów. Chyba chodzili do tej samej klasy, tu w Kluczborku. Wie pan, mam bardzo słabą pamięć do twarzy. Nie poznaję ludzi których poznałem dzień wcześniej. Moich pacjentów poznaję po zębach” – zaśmiał się – „No i dobrze pamiętam imiona i nazwiska”
Nie musiałem odpowiadać na pytanie czy znamy się ze szkoły naszych synów. Nie czekając na odpowiedź nakazał mi otworzyć szeroko usta. Robiąc zastrzyk w podniebienie powiedział zastanawiając się
„Karol Szulc…Znałem kiedyś, dawno temu kogoś kto się tak nazywał…”
Jęknąłem z przerażenia
„Co? Zabolało?” – zapytał
Kiwnąłem głową potwierdzająco
„Teraz zaboli jeszcze bardziej” – wyszeptał mi prosto w twarz – „Muszę rozciąć panu dziąsło. Ten zastrzyk znieczulający powinien wystarczyć, ale nigdy nic nie wiadomo…”
Nie wiem co się potem działo. Albo był to zastrzyk usypiający, albo straciłem przytomność z bólu gdy zabrał się za nacinanie dziąsła. W każdym razie nie pamiętam bólu, więc na dobrą sprawę nie wiem dlaczego zemdlałem. Może ze strachu przed nim?
Ocknąłem się ponieważ ktoś szturchał mnie w ramię. Otworzyłem oczy.
„Już po wszystkim” powiedział – „Ale pan jest delikatny. Jeszcze nawet nie wziąłem skalpela do ręki a pan już zemdlał…”
Chciałem mu odpowiedzieć ale całą twarz miałem zdrętwiałą i wymknął mi się z ust tylko niewyraźny bełkot
„Niech Pan teraz nic nie mówi przez jakiś czas. Wszystko poszło dobrze. Proszę iść do recepcji. Siostra Małgosia ma dla pana receptę”
Pożegnał się i przeszedł do drugiego pokoju mówiąc, że następny pacjent czeka.
W recepcji musiałem chwilę poczekać. Siostra Małgosia pisała coś w komputerze. Wyciągnąłem z portfela kartę bankową i czekałem na rachunek. Po chwili Małgosia przestała pisać. Wręczyła mi receptę. Chciałem podać jej kartę ale nie wzięła jej ode mnie
„Pan nic nie płaci za wizytę. Doktor powiedział, że przyjął pana w ramach rewanżu za studniówkę, czy coś takiego. Nie za bardzo zrozumiałam. W każdym razie nie jest pan mu nic winien”
Oszołomiony wciąż działającym znieczuleniem i zaskoczony tym co powiedziała siostra Małgosia, wyszedłem na ulicę i udałem się w stronę zaparkowanego samochodu.
Czułem potężną ulgę. Jednocześnie byłem zawstydzony moim strachem przed Ronkiem, a właściwie nie tyle strachem co tym, ze podejrzewałem go o niecne zamiary w stosunku do mnie.
Znowu uczynił coś, czego nigdy bym się po nim nie spodziewał.
KONIEC