WYJAZD Z POLSKI

„Twoje zdrowie, stary!” – krzyknął Zdzichu

Zdzichu stał nad stołem z uniesionym do góry kieliszkiem wódki. Wszyscy zamilkli oczekując na dalszy ciąg toastu. Jednak on milczał chwilę, po czym dodał

„Napijmy się!”

„Dobrze mówisz. Napijmy się!” – podchwycił Karol

„Zdzichu! Dziękuję, ale ja już nie mogę, Za dużo wypiłem. Będę rzygać” – płaczliwie stwierdził Adam

„Co nie mogę?!” – włączył się Edek – „Wyjeżdżasz za granicę. Nie wiadomo kiedy się zobaczymy”

„Dzięki, panowie, ale ja już nie mogę…” – bronił się Adam.

Adam Wacek w najbliższy poniedziałek, czternastego grudnia wyjeżdża do pracy do Holandii. Ma już wszystko załatwione. Pracę w Holandii załatwiła mu siostra Irena, która kilka lat wcześniej wyszła za mąż za Holendra, budowlańca z Eindhoven i tam się wyprowadziła.

Mąż Ireny, Tim Mulder pracuje w małej firmie budowlanej jako murarz. Właściciel firmy od dawna poszukiwał hydraulika. Tak się złożyło, że Adam jest po zawodówce z wykształcenia hydraulikiem. Zaraz po szkole zaczął pracować Łódzkim Przedsiębiorstwie Robót Komunalnych. Pracuje tam od sześciu lat z przerwą na służbę wojskową. A właściwie pracował.

Adam od ponad pół roku załatwiał sobie paszport. Miał już zaproszenie od siostry gdzie wyraźnie napisano, że zobowiązuje się ona do zapewnienia bratu zakwaterowania i całodziennego utrzymania. Zaproszenie potwierdzone było przez władze policyjne w Eindhoven i w polskim konsulacie przy Ambasadzie w Hadze. Adam dostał potrzebną opinię z zakładu pracy i obietnicę urlopu na czas wyjazdu. Dodatkowo postarał się o opinię sekretarza POP, czyli Podstawowej Organizacji Partyjnej, chociaż do Partii nie należał.

Sekretarz Jakubiak początkowo wzdragał się z wydaniem opinii dla władz paszportowych, ale Adam powiedział mu, że po powrocie z zagranicy zamierza starać się o członkostwo w Partii. To sprawiło, że Jakubiak, któremu członkowie jego komórki partyjnej ostatnio licznie oddawali legitymacje, wystawił fantastycznie dobrą opinię.

Kiedy Adam tydzień temu otrzymał paszport na wyjazd na Święta Bożego Narodzenia do siostry, wziął dzień wolnego i pojechał do Warszawy do Ambasady Holandii po wizę. Otrzymał ją bez problemu. Teraz zgłosił się do szefa z prośbą o urlop. Szef mu odmówił.

„Przecież miałem obiecany urlop”

„No i co z tego”

„To ja pójdę do Dyrekcji” – powiedział

„A idź sobie nawet do Partii” – odpowiedział szef – „Gówno załatwisz bez mojego pozwolenia”

Adam tak jak powiedział, tak zrobił.

Dyrektor nie miał czasu go przyjąć. Sekretarka zasugerowała mu aby porozmawiał z Jakubiakiem, sekretarzem POP. Jakubiak przyjął go niemal od razu. Było bardzo miło. Poczęstował kawą i herbatnikami. Sekretarz był przekonany, że Adam przyszedł złożyć wniosek o przyjęcie do Partii. Kiedy dowiedział się, że nie o to Adamowi chodzi, tylko o urlop, pomarkotniał nieco i zaczął mu tłumaczyć

„Wiecie, zbliżają się Święta Bożego…To jest, chciałem powiedzieć ferie zimowe” – poprawił się szybko – „Jesteście postawieni na odcinku remontu szkoły w tym czasie. Szkoła musi być wyremontowana do szóstego stycznia. Nie możemy wam dać urlopu teraz…”

„Ale ja muszę go mieć. To dla mnie bardzo ważne. Miałem obiecane…”

„Wiecie. Nie ma ważniejszych spraw niż te która postawiła przed wami Partia… Praca na odcinku remontu…”

„Nie jestem partyjny…” – przerwał mu Adam

„A no tak. Pamiętam. Nie jesteście”

„Jeszcze nie”

„Szkoda. Partia potrzebuje takich ludzi jak wy… Mimo, że nie jesteście w naszych szeregach, dostaliście zaszczytne zadanie remontu szkoły…”

„Muszę mieć ten urlop” – jeszcze raz przerwał wyraźnie zirytowany Adam

„Nie możemy wam dać teraz urlopu. Partia liczy na was…”

„Ja pierdolę Partię!” – wybuchnął Adam – „Jak nie mam urlopu, to w dupie mam Partię i tą robotę! Zwalniam się z tego burdelu natychmiast!”

Wyszedł z pokoju Jakubiaka trzaskając drzwiami.

W głębi korytarza znajdował się dział kadr. Adam idąc tam głośno wypowiadał się bardzo nie pochlebnie o Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Kilka osób przechodzących korytarzem z zaciekawieniem spoglądało za nim.

Wpadłszy gwałtownie do pokoju działu kadr, bez przywitania zawołał

„Gdzie jest szefowa tego burdelu?!”

Siedzące przy biurkach kobiety zamilkły na chwilę i znieruchomiały. Jedna z nich, wyraźnie starsza, szybko zareagowała

„Co to za maniery?! Puka się do drzwi przed wejściem…”

„Gdzie jest do ciężkiej cholery szefowa?!” – przerwał jej Adam

„Nie ma jej. Uspokój się człowieku bo po milicję zadzwonię…”

W tej chwili otworzyły się drzwi w przeciwległym końcu pokoju i ukazała się w nich starsza, gruba kobieta

„Już jestem. Co tu się wyrabia? Co to za krzyki?”

„Pani kierowniczko. Ten tutaj z mordą wpadł i się awanturuje…”

„Tylko nie z mordą! Solidarność weźmie się niedługo za was, to będziesz paniusiu inaczej się zwracała do robotnika!” – przerwał Adam pochylając się nad biurkiem wystraszonej kobiety

„Spokojnie proszę pana” – rzekła szefowa – „O co chodzi?”

„O urlop. Miałem obiecany…”

„Wszystkie urlopy są wstrzymane do końca roku. Plan jest zagrożony…”

„Mam w dupie wasz plan!” – przerwał szefowej Adam – „Albo dostanę ten urlop teraz, albo zwalniam się z tego burdelu natychmiast!”

„Niech się pan uspokoi. Krzykiem nic pan nie osiągnie. To nie ja wstrzymałam urlopy. A jeśli chce się pan zwolnić to należy zrobić to zgodnie z obowiązującymi procedurami. Pan poda nazwisko i kto jest pańskim szefem. Halinko” – zwróciła się do jednej z pracownic – „Sprawdź pana w kartotece. Jaki okres wypowiedzenia go obowiązuje i wszystko inne. Ja na takie sprawy nie mam czasu”

Podczas gdy Adam przedstawiał się pani Halince, szefowa wyszła z pokoju. Pani Halinka szybko odnalazła teczkę personalną Adama. Po chwili poinformowała go że musi złożyć umotywowane podanie o zwolnienie, podpisane przez kierownika i że obowiązuje go miesięczny okres wypowiedzenia

„Co! Mam tu jeszcze miesiąc pracować?!…O, nie!…Kończę natychmiast i mam to wszystko w dupie!”

Mówiąc to Adam skierował się w stronę drzwi

„Tak nie można…” – usłyszał za sobą płaczliwy głos pani Halinki, zanim zatrzasnął drzwi.

Cała ta nieprzyjemna rozmowa odbyła się na początku tygodnia. Adam od tego czasu nie pojawił się w pracy. Ponieważ Adam był już spakowany na wyjazd do siostry, postanowił pożegnać się z najbliższymi kolegami. Przedwczoraj, w czwartek, odwiedził mieszkającego w pobliżu Zdzicha. Poprosił go aby zawiadomił Karola i Edka, że zaprasza ich na wieczorek pożegnalny przed swoim wyjazdem do Holandii. Umówił się, że będzie na nich czekać w sobotę dwunastego grudnia o osiemnastej przed klatką schodową bloku w którym mieszka przy Odolanowskiej osiem.

Adam mimo swoich dwudziestu siedmiu lat mieszka z rodzicami w dwupokojowym mieszkaniu o powierzchni trzydziestu ośmiu metrów kwadratowych. Od czasu wyjazdu siostry do Holandii mieszka im się prawie luksusowo. Niestety, z powodu choroby ojca, zrobienie jakiejkolwiek imprezki w mieszkaniu nie wchodzi w rachubę.

Na szczęście rodzice posiadają niewielki domek, altanę właściwie, na terenie ogródków działkowych leżących o rzut beretem, na tyłach cmentarza miedzy ulicami Drewnowską i Floriańską.

Tuż przed osiemnastą Adam wyszedł z mieszkania i stanął przed klatką schodową. Mimo trudności w nabyciu czegokolwiek udało mu się kupić prawie kilogram kiełbasy zwyczajnej oraz taką samą ilość kaszanki wątrobianej. Kupił też pięć butelek Pepsi. Miał ze sobą bochenek chleba, wyproszony od matki duży słój kiszonych ogórków i słój domowego smalcu ze skwarkami i cebulą.

Miał też to co najważniejsze, czyli dwie półlitrowe butelki wódki Żytniej. Wahał się czy nie wziąć z domu jeszcze dwóch butelek, ale zrezygnował z tego pomysłu. Nie dlatego, że miałoby być za dużo alkoholu, tylko dlatego, że wyszedł z założenia, iż koledzy znają niepisany zwyczaj i coś ze sobą przyniosą aby nie pić na krzywy ryj.

Nie musiał na nich długo czekać. Dziesięć po osiemnastej wszyscy już byli. Po paru minutach weszli na teren ogródków działkowych. Ostatnie kilkadziesiąt metrów musieli przejść nieodśnieżoną ścieżką. Drzwi do domku były niemal do połowy zasypane śniegiem. W środku było zimno i ciemno. Adam najpierw zapalił starą lampę naftową stojącą na stole, a potem zabrał się za rozpalanie drewnem stojącej z boku tak zwanej kozy

„Zaraz będzie ciepło” – oznajmił – „Ale póki co rozgrzejmy się gorzałką”

Mówiąc to sięgnął ze stojącej obok kozy szafki cztery szklaneczki. Kiedy odwrócił się w stronę stołu stały już na nim trzy półlitrowe butelki wódki. Uśmiechnął się na ich widok i wyciągnął swoje dwie z torby którą wcześniej postawił przy drzwiach.

Już na sam widok butelek zrobiło im się cieplej. Adam złapał pierwszą a brzegu i napełnił szklanki do połowy

„Nasze kawalerskie!” – wzniósł pierwszy toast

Co prawda w tym towarzystwie tylko on był kawalerem, ale pozostali panowie nie protestowali. W takie sytuacji jak ta, czuli się po prostu ludźmi wolnymi albo jak kto woli, czuli się kawalerami.

Dopiero po tym toaście usiedli przy stole. Jeszcze nie poczuli się na tyle rozgrzani aby ściągnąć kurtki, ale było już na tyle ciepło, że porozpinali je i oczywiście pościągali czapki. Adam rozlał pierwszą butelkę do końca

„No to, napijmy się”

Wypili. Adam wstał od stołu. odstawił pustą butelkę na podłogę koło kozy a potem wyciągnął z szafki talerzyki i zaczął na nich układać przyniesione jedzenie.

Gdy stawiał je na stole panowie nie mieli już na sobie kurtek. Odłożyli je na stary tapczan stojący w ciemnym rogu pokoju. Adam pozbył się swojej, rzucając ją na tapczan. W niewielkiej altanie temperatura wyraźnie się podniosła.

Okazało się, że koledzy przynieśli ze sobą nie tylko wódkę. Na stół wjechały też marynowane śledzie, sałatka jarzynowa, i kawałek placka drożdżowego. Atmosfera przy stole zrobiła się bardzo miła. Panowie poinformowali Adama o tym co się działo w firmie po jego awanturze w biurze.

„Ale żeś im nagadał” – odezwał się Karol – „Byłem wczoraj w biurze. O niczym tam nie mówią tylko o tym jak żeś jechał na Partię…”

„Co takiego powiedział?” – zaciekawił się Edek

„Powiedział, że pierdoli Partię i że ma nadzieję, że Solidarność namówi Reagana aby zrzucił bomby na ten komunistyczny burdel”

„Naprawdę tak im powiedziałeś?” – zwrócił się do Adama Zdzichu – „Nie boisz się, że mogą cię za to zamknąć?”

„Co się mam bać?… Mam to teraz w dupie. Po jutrze mnie tu nie będzie” – odparł Adam

I tak miło sobie gawędząc, popijając i pojadając, czas upłynął im do drugiej w nocy trzynastego grudnia tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego pierwszego roku.

Mieli już dobrze w czubie ale jeszcze się trzymali. Tylko Adam od czasu do czasu przysypiał. Na stole stała jeszcze jedna nie ruszona butelka i druga opróżniona do połowy.

„No to jeszcze po jednym…” – oznajmił Zdzichu

Napełnił wszystkim szklaneczki rozlewając przy tym nieco na stół

„To przez to migocące światło tej cholernej lampy naftowej” – powiedział przepraszająco – Napijmy się!”

„Poczekajcie, muszę się odlać. Zaraz przyjdę” – poprosił Edek wychodząc z domku na zewnątrz

„Tylko pospiesz się bo nam wódka stygnie!” – krzyknął za nim Zdzichu.

Edek wrócił po kilku minutach jakiś blady i wystraszony

„No! Nareszcie jesteś…Wypijmy wreszcie”

„Ja już więcej nie piję” – oznajmił stanowczo Edek

„Czemu to?… Myszki białe zobaczyłeś, czy co?” – zapytał Zdzichu

„Nie myszki, tylko czołgi…” – odparł wyraźnie wystraszony Edek

„Ha! Ha! Ha!…Gdzie je widziałeś?”

Zdzichu był wyraźnie rozbawiony

„Za płotem. Widziałem z daleka jak jechały Drewnowską…”

„I pewnie były białe jak myszki, prawda?”

„Zdzisiu, jak Boga kocham widziałem dwa czołgi. Chyba nie były białe…”

„Dobra Edziu” – włączył się Karol – „Wypijmy wreszcie bo zimno się robi”

Potem szturchnął śpiącego Adama

„Gdzie masz więcej drewna? Trzeba dołożyć do kozy”

„Co?! Co? O co chodzi?” – zapytał wybity ze snu Adam

„Drewna trzeba dołożyć do kozy” – powtórzył Karol

„W skrzyni za altaną jest jeszcze”

Karol wyszedł po drewno. Zdzichowi udało się namówić Edka aby wypił wódkę. Adam znowu przysnął. Po chwili wrócił Karol z drewnem.

„Ile czołgów widziałeś?” – zapytał rozbawiony Zdzichu

„Ani jednego”

„Za mało wypiłeś. Nalej sobie jednego”

„Zaraz. Najpierw dołożę do pieca…”

Podczas gdy Karol zajął się piecykiem Edek próbował przekonać Zdzicha, że naprawdę widział czołgi przejeżdżające Drewnowską.

W tym samym mniej więcej czasie, około godziny w pół do drugiej, do mieszkania państwa Wacków przy Odolanowskiej osiem zapukała milicja. Matka Adama wstała niezadowolona myśląc, że to syn wraca z imprezy i jak to się już niejednokrotnie zdarzało nie miał ze sobą kluczy.

„Idę, już idę. Nie wal tyle w te drzwi. Sąsiadów pobudzisz i znowu doniosą do dzielnicowego…”

Otworzyła drzwi i zobaczyła trzech milicjantów z długą bronią przewieszoną przez plecy

„O matko!” – zdążyła powiedzieć zanim jeden z nich odsunął ją brutalnie na bok

„Adam Wacek, gdzie on jest?” – zapytał

„Nie ma go w domu…” – odpowiedziała wystraszona

„Gdzie jest?”

„Nie wiem. Dorosły jest. Nie mówi dokąd wychodzi”

„Matka! Co tam za hałasy są przy drzwiach?!” – odezwał się z głębi mieszkania ojciec Adama.

Nie doczekał się odpowiedzi. Dwóch milicjantów wpadło do pokoju i zaczęło zaglądać do szafy i pod łózko. Potem przeszli do łazienki i kuchni. Kobieta zaczęła płakać.

„Panowie, co on zbroił?” – zapytała

„Nie wiemy. Wojna jest. Mamy go doprowadzić na Komendę”- odparł ten co został przy niej przy drzwiach

Dwóch pozostałych wróciło do niego i zameldowali, że nie znaleźli nikogo innego po za starszym mężczyzną w łóżku.

„W wersalce sprawdzaliście?”

Bez słowa wrócili do jednego z pokojów. Po chwili meldowali, że w wersalce nikogo nie ma.

„Ten tam, to mąż, tak?” – zapytał Wackową milicjant który stale przy nie się znajdował

„Tak, chory jest. Już nie wstaje…”

„Dowody Osobiste proszę pokazać” – zażądał

Dłuższą chwilę trwało zanim znalazła dowód męża. Milicjanci sprawdzili dokładnie tożsamość Stefana Wacka i długo porównywali fotografię w Dowodzie Osobistym ze zmęczoną, nie ogoloną twarzą wystraszonego ojca Adama. W końcu oznajmili, że Adam Wacek po powrocie do domu, natychmiast ma się stawić w Komendzie Wojewódzkiej Milicji przy ulicy Lutomierskiej.

Kiedy wyszli od Wacków spotkali na klatce schodowej jednego z sąsiadów, który obudzony hałasem słuchał tego co się działo w otwartych drzwiach mieszkania Wacków

„Panowie, jeśli szukacie tego skurwysyna ich syna, to znajdziecie go na działkach, tu zaraz przy Drewnowskiej. On tam zawsze urządza libacje…”

„Dziękujemy wam obywatelu”

Milicjanci po wyjściu z klatki schodowej wsiedli do Nyski i ruszyli w kierunku ogródków działkowych.

Gwałtownie otworzone drzwi tak zaskoczyły Zdzicha, że wypuścił z ręki butelkę która rozbiła się na podłodze. Obracając się w stronę drzwi, wściekle odezwał się

„Co jest, kurwa?!…”

Nie dokończył. Widok wchodzących uzbrojonych milicjantów nie tyle zaskoczył go, co raczej zdziwił

„Który to Adam Wacek?” – zapytał jeden z milicjantów

„A bo co?…Sąsiedzi się skarżą na hałasy w nocy?…He! He!”

„Który z was to Adam Wacek?” – powtórzył milicjant

„Ja, kurwa…I co z tego?” – odpowiedział zaczepnie Zdzichu

„Idziesz z nami…”

„Zaraz, zaraz panowie. Ja jestem Adam Wacek!” – odezwał się rozbawionym głosem Karol.

Podczas gdy milicjanci na chwilę stracili pewność siebie, odezwał się Edek

„Ja też jestem Adam Wacek…I co łyso wam?”

Chwilę trwała cisza. Słychać było tylko ciche chrapanie śpiącego przy stole Adama. Milicjanci najwyraźniej nie byli przyszykowani na taką sytuację.

„Dowódco” – zwrócił się cicho jeden z milicjantów do tego który pytał o Adama – „Dowody niech pokażą”

„Wiem o tym, Pawlak. Nie musicie mi przypominać” – odpowiedział dowódca i władczo zwrócił się do tych przy stole – „Dowodziki dawać…tylko szybko!”

„Nie mammy!” – odpowiedzieli niemal jednogłośnie

Znowu zapanowała przez chwilę cisza. Wyraźnie było widać, że milicjanci nie wiedzą co robić dalej. Po chwili ten nazywany dowódcą zapytał

„A ten co śpi, to kto?…Też Adam Wacek?”

Odpowiedział mu niemal histeryczny śmiech

„Nie uwierzysz” – odezwał się w końcu Zdzichu – „Ale to Adam Wacek”

„Żartownisie jebani” – stwierdził dowódca i zaczął pałką poszturchiwać Adama

„Co jest?!” – zareagował budzony

„Jak się nazywacie?!”

Adam przez chwilę patrzał na milicjanta nic nie rozumiejącym wzrokiem.

„Powiedz, że nazywasz się Adam Wacek!” – krzyknął do niego Karol

„Adam Wacek…bo co?” – odpowiedział Adam

Jeden z milicjantów zaczął się śmiać tak bardzo zaraźliwym śmiechem, że po chwili niemal wszyscy pokładali się ze śmiechu. Tylko nic nie rozumiejący Adam i wściekły dowódca się nie śmiali.

„Dosyć już!” – krzyknął dowódca

Pozostali milicjanci przestali się nagle śmiać

„Zabieramy wszystkich do suki!”

Mówiąc to zbliżył się do Zdzicha i chwycił go za rękę

„Odpierdol się! Nigdzie nie idę” – bełkotliwie oznajmił Zdzichu

„Nie pójdziesz?!…Jak ci przypier…”

Dowódca nie dokończył. Zdzichu trzasnął go w zęby, tak mocno, że ten padając na stół strącił na podłogę wszystko co stało na stole, razem z lampą naftową. Na szczęście rozlana nafta nie zapaliła się.

W altanie zapanowały ciemności rozświetlone słabym blaskiem dobywającym się z za drzwiczek paleniska kozy. Edek i Karol dołączyli się do bójki. Pozostali dwaj milicjanci chcieli pomóc dowódcy. Wszyscy oni mieli przewieszone pistolety maszynowe za plecami.

Grube kurtki zimowe i te pistolety skutecznie utrudniały im udział w szarpaninie. Zdzichu, Karol i Edek nie mieli na sobie kurtek i mimo trudności z utrzymaniem równowagi, szybko uzyskali przewagę nad milicjantami. Bijatyka przeniosła się na podłogę. Wśród wrzasków i krzyków rozległ się w pewnym momencie okrzyk Zdzicha

„Chłopaki!…Spierdalamy!”

Po chwili słychać było brzęk tłuczonej szyby okiennej i trzask zamykanych drzwi. Jeszcze chwilę trwał odgłos przewalających się po podłodze ciał

„Pawlak!” – krzyknął dowódca – „Dawaj latarkę”

„W samochodzie zostawiłem…”

„To biegiem ganiaj po nią! My ty trzymamy jednego!”

Podczas gdy Pawlak pobiegł po latarkę dowódca i drugi milicjant leżeli na podłodze na charczącym Adamie

„Jak się nazywasz?!” – pytał dowódca gniotąc Adamowi gardło pałką

„A…A…Adam Wa…Wacek” – wydusił z siebie duszony

„Kurwa! Nie wytrzymiem! No nie wytrzymiem!” – krzyknął dowódca

Tak go odpowiedź Adama zdenerwowała, że zdzielił go z całej siły pałką przez twarz. Adam stracił przytomność. Z pękniętej skóry na czole zaczęła obficie sączyć się krew. W tym samym momencie do altany wszedł milicjant Pawlak z kierowcą Nyski, który do tej pory przebywał w samochodzie. W świetle latarki ujrzeli leżącego na podłodze, zalanego krwią, nieprzytomnego Adama

„Matko Boska!…Zabity!” – krzyknął przerażony Pawlak

„E tam, zaraz zabity” – odpowiedział niepewnie dowódca

Przez chwilę usiłował zbadać mu puls na szyi. Widział na filmach w kinach, że tak się sprawdza, czy delikwent żyje. Przez chwilę wydawało mu się, że coś czuje pod palcami, ale ponieważ robił to pierwszy raz w życiu, więc nie był pewien, czy to tylko mu się tak wydaje, czy faktycznie czuje puls.

Nie chcąc okazać wobec podwładnych niepewności rozkazał kierowcy wrócić do auta i wezwać karetkę pogotowia.

„Gdzie są tamci trzej?” – zapytał po chwili

„Zwiali” – odpowiedział Pawlak

„No to mamy przechlapane” – stwierdził dowódca

„Przecież nikt nie wie, że tu byli” – odezwał się kolega Pawlaka

„No tak. Masz rację” – stwierdził dowódca – „Ale ten tu wyszczeka”

„Nic nie wyszczeka. Nie żyje…”

W tym momencie Adam cicho jęknął

„Żyje!” – ucieszył się dowódca – „Jak Boga kocham, żyje!”

„No to mamy przechlapane” – stwierdził Pawlak

„Gówno! Nikogo tu nie było! Zrozumiano!” – odpowiedział mu dowódca – „Zanim ten będzie mógł zeznawać to minie trochę czasu. W tym burdelu jaki dzisiaj zapanował nikt za parę dni nie będzie sobie dupy zajmował tym czy tu było trzech, czterech czy tylko jeden!”

Miał rację. Po trzeciej przyjechało pogotowie. Adama zabrano do Aresztu na Sikawie, do izby chorych, a milicjanci dostali przez radio nowe zadanie.

Po powrocie do komendy dowódca złożył raport w którym napisał, że poszukiwany Adam Wacek ukrywał się na terenie ogródków działkowych przy ulicy Drewnowskiej. Przy próbie zatrzymania stawiał opór. W wyniku zastosowania przymusu bezpośredniego został ranny i przebywa w izbie chorych w Areszcie Śledczym.

Zdzichu, Edek i Karol wybiegając z altany zauważyli stojącą przy wyjściu z ogródków milicyjną Nyskę. Po cichu wycofali się w stronę Floriańskiej zostawiając za sobą ślady w głębokim śniegu. Chwilę zabrało im przechodzenie przez płot.

Ulica Floriańska jest krótką uliczką bez wylotu biegnącą wzdłuż muru cmentarnego. U jej wylotu zaczyna się ulica Odolanowska prostopadła do muru cmentarnego. Uciekinierzy poszli dalej wzdłuż muru, przy budujących się garażach w stronę Pietrusińskiego. Gdy zbliżali się do tej ulicy zauważyli dwie wojskowe ciężarówki i dwa samochody milicyjne. Wycofali się szybko w stronę Floriańskiej.

Zastanawiali się czy przejść przez płot na teren cmentarza czy raczej z powrotem na teren ogródków. W ślepej ulicy, na jej końcu leżały jakieś stare, drewniane skrzynie i połamane palety. Postanowili się ukryć pod tymi skrzyniami. Próbowali usiąść wygodnie i przeczekać tam do rana. Jednak przejmujące zimno sprawiło, że przebywanie tam było niemożliwe. Brakowało im kurtek, które zostały w altanie na działce.

W końcu Karol, który najbardziej trząsł się z zimna zdecydował się przejść przez płot z powrotem na teren ogródków i ostrożnie zbliżyć się do altany w celu rozpoznania sytuacji. Skokami wytrawnego tropiciela wywiadowcy, kryjąc się za naturalnymi osłonami terenowymi w postaci krzewów i innych altan zbliżył się na odległość dziesięciu metrów do altany Wacków.

W tym momencie usłyszał sygnał karetki pogotowia która przyjechała po Adama. Przyczaił się za jakąś skrzynią przy sąsiedniej altanie i czekał. Widział jak Adam wynoszony jest na noszach. Po chwili wyszli milicjanci. Jeden z nich miał w ręku silną latarkę. Ogarnął jej światłem w koło okolicę

„Dowódco. Tu są ich ślady w śniegu. Może pójdziemy za nimi?”

„Nie! Powiedziałem już, że nikogo tu nie było i tego się trzymajmy”

Po chwili Karol usłyszał odjeżdżające samochody. Nie kryjąc się pobiegł do muru po kolegów.

„Chłopaki! Wracamy do altany. Gliny odjechali!”

Kilka minut później byli w altanie. W piecyku jeszcze się tliło. Karol wyszedł po drewno. Kiedy po chwili przez otwarte drzwiczki piecyka płomień rozjaśnił pokój zauważyli bałagan na podłodze. Nafta z rozbitej lampy zalał walające się resztki jedzenia. Edek nogami odsunął to wszystko w okolice piecyka tak aby im pod butami nie trzeszczały skorupy potłuczonych talerzyków i butelek. Ku swojemu zadowoleniu zauważyli kurtki leżące na tapczanie.

„Czwarta się zbliża” – zauważył Zdzichu – „Zostaniemy tu do rana, a potem wracamy do domów”

Nikt nie zaprotestował. W tapczanie znaleźli dwie kołdry i poduszki. Ułożyli się we trzech na tapczanie i przykryli kołdrami. Już po kilku minutach ogarnął ich głęboki sen.

Pierwszy z potężnym kacem obudził się Zdzichu. W altanie było zimno. Ogień w piecyku dawno wygasł, a przez wybitą szybę w okienku dostawało się nie tylko światło dzienne, ale również śnieg.

Zdzichu zaklął głośno spoglądając na zegarek. Było po dziewiątej. Zanim obudził kolegów, wyszedł na zewnątrz za potrzebą. Zauważył jakąś staruszkę przy jednej z altan niedaleko furtki prowadzącej na ulicę. Wrócił czym prędzej do kolegów.

„Wstawać, chłopaki! W pół do dziesiątej zaraz. Musimy się stąd zmywać. Ludzie się tu kręcą”

Pół godziny później nie zauważeni przez nikogo opuścili teren ogródków. Pożegnali się i każdy ruszył w swoją stronę, zastanawiając się co powiedzieć żonom.

Kilkanaście minut po ich wyjściu, do ogródków działkowych zbliżała się Wackowa. Chciała powiadomić syna, że szuka go milicja. Wackowa nie wiedziała jeszcze, że od północy w Polsce jest Stan Wojenny. Co prawda ten milicjant co przyszedł po Adama wspomniał coś o wojnie, ale nie zwróciła na to uwagi.

Miała ze sobą ciężką walizę syna, jego paszport i trochę pieniędzy dla niego na drogę. Miała nadzieję, że Adam zdąży wyjechać do Holandii, zanim znowu po niego przyjdą. Po wejściu na teren ogródków już jak się zbliżała do ich altany zaniepokoił ją widok uchylonych drzwi i rozbita szyba w oknie

„Jezusie święty! Co tu się stało?” – krzyknęła przerażona po wejściu do środka.

Adam obudził się z wielkim bólem głowy. Jeszcze zanim otworzył oczy wiedział w jakiś sposób, że nie jest to ból spowodowany kacem. Poczuł, że ma coś na głowie. Chciał otworzyć oczy, ale coś krępowało ruch powiek. Sięgnął gwałtownie ręką do twarzy

„Jezuu!” – jęknął

Spróbował się podnieść. Jakieś kable podłączone do piersi i ramion spowodowały ból w tych miejscach na ciele w których były podłączone. Zorientował się, że jest w szpitalu. Kilka lat temu był w podobnej sytuacji po tym gdy potrącił go samochód. Stracił wtedy przytomność i ocknął się dopiero w szpitalu. Przypomniało mu się, że też był wtedy podłączony do różnych urządzeń. Nic mu się wtedy nie stało poważnego po za niewielkim wstrząsem mózgu. Ale teraz…

„Boże! Jak mi łeb pęka…” – jękną płaczliwie

„Niech się pan nie rusza” – usłyszał ciepły kobiecy głos – „Proszę leżeć spokojnie”

„Nic nie widzę! Co mi jest?”

„Zaraz panu poprawię opatrunek. Niech pan sam nie próbuje…”

Po chwili poczuł ciepły oddech pochylającej się nad nim kobiety. Jej delikatne palce zaczęły robić coś przy opatrunku na twarzy. Po chwili odsłoniła mu oczy. W pierwszej chwili światło dzienne oślepiło go. Dopiero po kilkunastu sekundach ujrzał na tle zakratowanego okna anioła.

Anioł stał oświetlony jaskrawym światłem dziennym wpadającym przez okno. Adam chciał coś powiedzieć, ale prze chwilę nie mógł wydobyć słowa. Wpatrywał się w anioła dopóki ten się nie odezwał kobiecym głosem

„Dobrze się pan czuje?”

Adam nie odpowiedział. Zadał pytanie

„Gdzie są skrzydła?”

„Jakie skrzydła?”

„Anioły mają skrzydła…”

„Tu nie ma anioła”

„To pani nie jest aniołem?”

„Widzę, że nie jest z panem tak źle, skoro chce się panu żartować” – odrzekła pielęgniarka – „Zaraz przyjdę zmienić opatrunek”

Powiedziawszy to skierowała się w stronę drzwi. Adam chciał ją powstrzymać. Uniósł się gwałtownie na łóżku

„Nie opuszczaj mnie aniele!…” – krzyknął w jej stronę

Chciał jeszcze coś dodać, ale to ostatnie zdanie wypowiedziane głośno i gwałtownie, spowodowało ostry ból twarzy i nosa

„O Jezuu!” – jęknął

Pielęgniarka wróciła się od drzwi

„Mówiłam, żeby leżał pan spokojnie”

„Powiedz co mi jest, Aniele?” – poprosił płaczliwie

„Nie jestem aniołem…”

„Tylko kim?” – przerwał jej

„Jestem pielęgniarką…”

„Szkoda…Dla mnie jesteś…” – zreflektował się – „Dla mnie jest pani aniołem. Tak będę panią nazywał”

„Wolałabym abyś nazywał mnie po imieniu” – przeszła na ty – „Mam na imię Katarzyna, ale możesz mówić do mnie Kasiu. A ty? Widzę, że na karcie napisano dwa imiona, Adam Wacek…”

„Adam. Wacek to nazwisko…Który jest dzisiaj?”

Adam przypomniał sobie o wyjeździe do Holandii i wtedy ogarnął go niepokój graniczący z paniką

„Trzynasty” – odpowiedziała Kasia

„O, jak dobrze. Jutro wieczorem wyjeżdża do Holandii…”

„Nigdzie nie wyjedziesz” – przerwała mu

„Jak to?!”

„Po pierwsze, jest stan wojenny i wszystkie granice są zamknięte, a po drugie jesteś w więzieniu…”

„Co!!! To nie szpital?!” – wykrzyknął przerażony

„Nie. Izba chorych w Areszcie. Jesteś na Sikawie…”

Adamowi dosłownie odjęło mowę. Kasia korzystając z tego, że jej nie przerywał, wyjaśniła mu co zaszło ostatniej nocy. Ona sama nie pracuje w Areszcie. Została oddelegowana ze szpitala ortopedycznego znajdującego się przy ulicy Drewnowskiej.

„Przyszli po mnie do domu o jedenastej wieczorem w sobotę. Pokazali jakiś urzędowy nakaz pracy i tu przywieźli. Będę mogła iść do domu dopiero za godzinę, o dwunastej. Mam się tu stawić znowu jutro o szóstej rano…”

Adam już od pewnego czasu ochłonął po tym czego się dowiedział, ale nie przerywał jej. Kasia na chwilę zamilkła, wtedy on korzystając z tego zapytał

„Możesz zawiadomić moją rodzinę, że tu jestem?”

„A gdzie mieszkasz?”

Podał adres. Ucieszyła się. Mieszka w pobliżu na Gandhiego. Oczywiście, że zawiadomi, zapewniła. Zapisała adres na karteczce i schowała na piersi za stanikiem.

„Mieszkasz tam z żoną?”- zapytała

Musiała zadać pytanie ponownie ponieważ Adam jak zaczarowany patrzał w to miejsce w którym zniknęła karteczka z adresem

„Co?…Nie. Nie mam żony. Mieszkam z rodzicami”

Uśmiechnęła się i zapewniła jeszcze raz, że po pracy zawiadomi rodziców, ale teraz musi już wyjść.

„Jutro się zobaczymy. Odpoczywaj teraz Adasiu”

Jednak nie dane było im się zobaczyć. Późnym popołudniem do izby chorych przyszły trzy osoby lekarz, pielęgniarka i oficer milicji z narzuconym niedbale na ramiona białym fartuchem. Bez słowa przywitania lekarz zarządził zdjęcie opatrunku. Potem obejrzał uważnie twarz Adama i dokładnie obmacał mu całą głowę. W czasie tej procedury Adam syczał chwilami z bólu, jednak lekarz nie zwracał na to uwagi.

„Nie widzę powodów dla których miałby pozostawać u nas” – zwrócił się  do milicjanta, a potem do pielęgniarki – „Siostro, proszę założyć mu plaster na to zadrapanie na czole i odłączyć te przewody”

Lekarz podał rękę milicjantowi na pożegnanie i wyszedł z pokoju. Po chwili gdy pielęgniarka skończyła robić co miała nakazane i wyszła z pokoju milicjant wyciągnął z teczki arkusz papieru formatu A4. Trzymając go przed sobą zaczął zadawać pytania

„Imię i nazwisko”

„Adam Wacek”

„Syn…”

„Co syn?” – zapytał Adam

„No, imię ojca”

„Stefan”

Były jeszcze pytania o datę i miejsce urodzenia, adres zamieszkania i miejsce pracy. Gdy milicjant upewnił się, że ma przed sobą właściwą osobę, poinformował Adama, że zapadła decyzja o jego internowaniu. Dał mu do przeczytania dokument podpisany przez Komendanta Wojewódzkiego MO w Łodzi.

Był to druczek na którym był tekst z wykropkowanymi miejscami do wpisania odpowiednich danych. W nagłówku było napisane „Decyzja nr…. o internowaniu” Numer wpisany był ręcznie. Dalej było wydrukowane „Uznając, że pozostawienie na wolności obywatela:” – w wykropkowanym miejscu ręcznie wpisano: Adam Wacek, urodzony dnia… i tak dalej. Potem tekst wydrukowany – „zagrażałby bezpieczeństwu Państwa i prawnym zasadom ustrojowym PRL, przez to, że” – dalej wpisano ręcznie: „swoją wrogą i agresywną postawą znieważa Polską Zjednoczoną Partię Robotniczą i jej najwyższych przedstawicieli, oraz publicznie nawołuje obce mocarstwa do zbrojnej ingerencji w żywotne interesy PRL. Wyraził to słowami skierowanymi do Reagana aby zbombardował PRL” – i dalej druczek – „na zasadzie art. 42 (numer ręcznie wpisany) Dekretu z dnia” 13.XII.81r – data wpisana ręcznie – „o obronie bezpieczeństwa Państwa i porządku publicznego w czasie obowiązywania stanu wojennego postanawia się: 1- internować ob. Adama Wacka i umieścić go w ośrodku odosobnienia w Zakładzie Karnym. 2 – wykonanie decyzji zlecić grupie internowania”

Pod tym była okrągła pieczątka Komendy Wojewódzkiej, data i nieczytelny podpis Komendanta. Adam przeczytał podany dokument ale niewiele z niego zrozumiał.

„Ale o co chodzi?” – zapytał

„Do pierdla idziesz” – odpowiedział milicjant

„Ale za co?!”

„Masz tam wszystko napisane” – powiedział milicjant wyszedł.

Pod wieczór pielęgniarka przyniosła mu jego ubranie i kazała szybko się ubrać. Adam zrobił to i dopiero wtedy, gdy zakładał jasny, zakrwawiony sweter, zorientował się, że nie ma kurtki, szalika i czapki.

„No tak, kurwa. Wszystko zostało na działce” – przypomniał sobie

Około siódmej został przewieziony do Komendy Wojewódzkiej MO na ulicy Lutomierskiej. Zaprowadzono go do przepełnionej celi. Było tam stłoczonych około dwudziestu mężczyzn w różnym wieku. Wszyscy w swoich cywilnych ubraniach.

Zaduch parujących przemokniętych płaszczy i kurtek uderzył Adama w twarz jak obuchem. Na stojącej po środku celi drewnianej pryczy siedziało kilku mężczyzn. Reszta stała w koło jak w zatłoczonym tramwaju. Zamilkli gdy zamknięto za nim drzwi. Patrzyli z należytym respektem na jego spuchniętą twarz i posiniaczone oko. Plaster na czole przesiąknął częściowo krwią. Całość dopełniał zakrwawiony sweter

„Kto cię tak urządził?” – ktoś zapytał

„Głupie pytanie!” – odpowiedział gość stojący najbliżej Adama

„Bili cię na przesłuchaniu?” – zapytał ktoś inny

Wszyscy czekali aż Adam coś powie. Chciał im powiedzieć, że nie wie dlaczego tu trafił, ale w ostatniej chwili zorientował się, że opowiadanie o imprezie na działkach i szarpaninie z milicjantami nie byłoby tym na co czekają ci w tej celi. Zastanawiał się co powiedzieć. Aby zyskać na czasie jęknął tylko

„Jezuuu! Jak mi łeb pęka”

Zachwiał się przy tym nieco. Mężczyzna stojący obok chwycił go pod ramię myśląc, że Adam zaraz upadnie

„Dajcie mu usiąść!”

Błyskawicznie zrobiło się miejsce na pryczy

„No to opowiadaj, kiedy cię złapali? Zabrali cię z domu, czy z ulicy? Bili na przesłuchaniu, tak?”

„Tak. Na przesłuchaniu” – odpowiedział Adam

„Długo cię bili?”

„Długo. Nic im nie powiedziałem”

„Powiedz od początku. Skąd jesteś?”

No i Adam zaczął opowiadać. Powiedział gdzie pracował jak się nazywa i że miał zamiar wyjechać do Holandii

„Masz tam kontakty ze związkami zawodowymi, prawda?” – przerwał mu ktoś

„No” – odpowiedział

Próbował mówić dalej, ale co chwilę przerywano mu pytaniami. Po tych pytaniach zorientował się czego słuchający oczekują od niego i dawał im krótkie ogólne nic nie znaczące odpowiedzi, które mimo iż nie było w nich za dużo logiki, to jednak zadawalały słuchających.

Dosyć szybko Adamowi zabrakło pomysłów na ciekawe odpowiedzi. Właśnie ktoś zadał pytanie czy zna ludzi z KORu

„Kurwa. O jaki kor im chodzi?” – zastanawiał się.

Adama nigdy nie interesowało co się w tym czasie w kraju działo. Czytał czasami gazety, oglądał telewizję, głownie filmy i czasami w oczekiwaniu na jakiś ciekawy program wysłuchał wiadomości Dziennika Telewizyjnego. Wtedy to wpadało mu do ucha coś o Solidarności i wichrzycielach nawołujących do strajków.

Kiedyś w pracy jeden ze znajomych zaproponował mu przystąpienie do Solidarności, ale odpowiedział, że ma w dupie politykę i że jest mu dobrze tak jak jest.

Teraz to pytanie o jakiś kor zaskoczyło go. Chwilę się zastanawiał. Nie musiał jednak odpowiadać na to pytanie. Drzwi celi zostały nagle otworzone. Ukazał się w nich milicjant z kartką w ręku. Wyczytał osiem nazwisk. Wśród nich nazwisko Adama.

Wyczytanym kazano natychmiast opuścić celę. Wyprowadzono ich na wewnętrzny dziedziniec Komendy. Adam dostrzegł w padającym śniegu kilka grupek mężczyzn stojących na środku. Pilnowali ich uzbrojeni milicjanci. Grupie w której się znajdował kazano ustawić się obok tamtych. Potem przyprowadzono jeszcze kilka grupek. Wśród tych co znajdowali się na dziedzińcu tylko Adam nie miał wierzchniego ubrania. Było mu bardzo zimno.

W padającym śniegu i dosyć mocnym wietrze stali około godziny. Ktoś zauważył, że minęła dwudziesta druga. Wtedy na dziedziniec zaczęły wjeżdżać milicyjne Nyski. Każda z nich miała przedział dla zatrzymanych. Wchodziło się do niego drzwiami znajdującymi się na tylnej ścianie pojazdu.

Po kilkunastu minutach zapakowano do jednej z Nysek ich grupkę ośmiu osób. Były tam cztery miejsca siedzące, po dwa na każdym boku. Mimo to musieli się tam zmieścić. Siedzieli sobie na kolanach. Wszyscy złorzeczyli na ciasnotę. Tylko Adam był w miarę zadowolony. W tym olbrzymim ścisku przestał odczuwać zimno.

Okna w tym przedziale były zamalowane szarą farbą. Jedynie okno wewnętrzne wychodzące na przedział w którym siedzieli milicjanci eskorty nie było całkowicie zamalowane. Adam i jego współtowarzysze niedoli patrząc przez to okno ponad karkami siedzących tam milicjantów mogli spoglądać dalej przez przednią szybę samochodu.

Jadąc przez Łódź nie mieli problemu zorientować się w którym kierunku jadą. Z Lutomierskiej skręcili w prawo w Zachodnią. Potem dalej Kościuszki. Jechali na południe. Po wyjeździe z miasta w zasadzie nic już nie widzieli. Reflektory w ciemnościach oświetlały puste zaśnieżone drogi. Samochód jechał stosunkowo wolno. Dobrze po północy wjechali do większego miasta

„Sieradz! Jedziemy przez Sieradz!” – ktoś rozpoznał miasto

Zaczęli zgadywać dokąd ich wiozą skoro jadą przez Sieradz. Wkrótce okazało się, że to właśnie Sieradz był ich miejscem docelowym, a dokładnie Zakład Karny w Sieradzu.

„Jezusie święty! Co tu się stało?” – krzyknęła przerażona po wejściu do altany.

Wackowa upuściła na podłogę trzymaną walizkę syna i z przerażeniem rozejrzała się po pokoju. Przysiadła na nie zniszczonym krześle i zaczęła płakać. Ale już po chwili opanowała się i zaczęła robić porządek. Schowała do tapczanu pościel. Obok, w kącie na podłodze znalazła Adama kurtkę, szalik i czapkę. Za piecem znalazła szczotkę do podłogi. Zanim zabrała się za zamiatanie napaliła w piecyku. Potem wyjęła z jednej z szafek drzwiczki które wielkością pasowały do okienka w którym wybita była szyba. W jednej z szuflad jej mąż trzymał trochę narzędzi. Znalazła tam rolkę taśmy montażowej. Udało jej się przymocować drzwiczki w okienku. Zrobiło się trochę ciemniej, ale było wystarczająco jasno aby mogła sprzątać.

Po godzinie wyszła do domu. Przez drogę zastanawiała się czy mówić mężowi o tym co zastała na działce. Doszła do wniosku, że lepiej będzie jak on o tym się nie dowie. Stan zdrowia Stefana pogorszył się ostatnio i lepiej byłoby, żeby się nie denerwował. W domu powie mu, że nie zastała syna i dlatego wróciła z jego walizką.

Stefan siedział przed telewizorem i jak tylko weszła do mieszkania poinformował ją

„Wojna jest. Niemcy nas zaatakowali…Chodź no szybko, matka! Generał znowu będzie mówił!”

„Co za wojna? O czym ty bredzisz stary?” – zapytała siadając obok męża

Słuchali w milczeniu przez pewien czas.

„Trzeba znowu iść do lasu, do partyzantki i bić Niemców… Ja już nie mogę, ale Adama trzeba tam posłać ”

„To nie Niemcy nas zaatakowali, Stefan” – przerwała mężowi

„Nie Niemcy? To kto?”

„Wygląda to na wojnę domową…”

Po przemówieniu Generała ubrany w mundur spiker odczytał komunikaty o obowiązujących w stanie wojennym zasadach. Do świadomości Stefana Wacka nie dużo z tego docierało. Inaczej było z jego żoną. Wackowa zaczęła powoli rozumieć o co chodzi. Zrozumiała, że granice są zamknięte i że Adam nie będzie mógł jutro wyjechać

„Trzeba powiadomić Irenkę, że Adaś nie przyjedzie” – pomyślała

Jednocześnie niepokoiła ją konieczność zamawiania rozmowy i jak zwykle długie oczekiwanie na połączenie. Podniosła się nagle z krzesła i ruszyła w stronę przedpokoju

„A ty gdzie znowu leziesz?” – zdziwił się Stefan

„Do Wiśniewskiej. Trzeba zadzwonić do Irenki, i powiedzieć, że Adam nie przyjedzie”

Nie czekała na reakcję męża. Zanim wyszła z mieszkania z płaszcza wiszącego w przedpokoju wyjęła pieniądze, które zamierzała dać synowi na drogę. Zapłaci nimi Wiśniewskiej za możliwość zatelefonowania za granicę.

Tylko Wiśniewscy w ich bloku mieli telefon. Wiśniewska, żona oficera milicji, pozwalała sąsiadom zadzwonić z niego w nagłych przypadkach o ile męża nie było w domu. Nie brała za to opłaty. Jednak za połączenia zagraniczne prosiła o zwrot kosztów połączenia.

Wackowa bardzo szybko wróciła z powrotem. Telefon Wiśniewskiej był głuchy. Okazało się, że telefony w całym kraju są wyłączone. Mężowi powiedziała, że nie rozmawiała z córką bo nie można się dodzwonić. On zresztą nie pytał o nic. Siedział przed telewizorem i słuchał na okrągło powtarzanego przemówienia Generała i powtarzających się komunikatów. Irytował się bardzo gdy przerywano to na początku marszami, a potem muzyką poważną.

Około osiemnastej zadzwonił dzwonek przy drzwiach.

„No, nareszcie się znalazł” – ucieszyła się Wackowa

Idąc do drzwi była przekonana, że to Adam. Wie, że syn nie ma kluczy. Znalazła je w jego kurtce. Kiedy otworzyła drzwi zaskoczył ją widok młodej dziewczyny. Stały przez chwilę naprzeciwko siebie w milczeniu

„Dzień dobry. Jestem pielęgniarką. Pracuję w Areszcie na Sikawie” – przedstawiła się Kasia

Potem, jeszcze w drzwiach poinformowała Wackową, że przyszła tutaj na prośbę ich syna Adama. Wackowa poprosiła ją do środka

„Kogo tam diabli przynieśli?!” – doszło ich z pokoju

„Nikogo!” – krzyknęła Wackowa – „Siedź cicho i patrz w telewizor”

Poprosiła Kasię do kuchni

„Niech pani nie zwraca uwagi na niego. Źle z nim jest…Co jest z Adamem?”

Kasia opowiedziała jej o tym jak Adam dostał się na Sikawę, że został pobity, ale nic poważnego mu nie jest. Osobiście zmieniała mu opatrunek na głowie i zapewnia, że niedługo wszystko się zagoi.

Zapewniła też, że ona nie pracuje na Sikawie. Została tam oddelegowana. Nie wie na jak długo. Wackowa ucieszyła się, że syn się odnalazł, chociaż niepokoiło ją trochę, że znajduje się w areszcie. Upewniwszy się, że Kasia jutro też będzie tam pracować, zapytała, czy nie mogłaby przekazać przez nią kilku rzeczy dla syna. Kasia się zgodziła. Wackowa dała jej kurtkę, szalik i czapkę Adama. Poprosiła też Kasię aby przyszła następnego dnia, to ona przyszykuje dla syna paczkę żywnościową. Kasia obiecał przyjść następnego dnia o tej samej porze.

Przyszła nieco wcześniej. Rozpłakała się zaraz po wejściu do mieszkania. Z dużej torby wyjęła kurtkę Adama, szalik i czapkę

„Adama już nie ma na Sikawie. Zabrali go jeszcze wczoraj wieczorem”

Opowiedziała co się dowiedziała. Adam został internowany. Kierowca karetki więziennej powiedział jej w zaufaniu, że wywiózł Adama na Komendę Wojewódzką przy Lutomierskiej.

„Czy wy się, dziecko znaliście wcześniej z Adamem” – zapytała Wackowa

„Nie” – odpowiedziała Kasia przez łzy

„To czemu płaczesz?”

„Nie wiem…Żal mi go”

W głowie Wackowej, pojawiła się niewielka nutka nadziei. Od dawna martwiło ją, że syn nie znalazł sobie jeszcze dziewczyny. Ma przecież dwadzieścia siedem lat. Kilka razy próbowała nastręczyć mu córki znajomych, ale nic z tego nie wychodziło.

„Może teraz coś z tego będzie?” – pomyślała

Pogadały sobie jeszcze trochę. Wackowa poczęstowała Kasię herbatą i powiedziała, że jutro z rana uda się na Komendę postarać się o widzenie z synem. Kasia poprosiła nieśmiało

„Mogę wpaść jutro, chociaż na chwilę dowiedzieć się co z nim?”

„Ależ oczywiście! Możesz, dziecko”

Na komendzie Wackowa nic się nie dowiedziała. W dyżurce przy wejściu poinformowano ją, że nie przyjmują żadnych interesantów. Wyszła zapłakana.

Przed drzwiami natknęła się na Wiśniewskiego. Zainteresował się dlaczego płacze. Powiedziała mu, że chciałaby zobaczyć się z synem który wczoraj został tu przywieziony. Wiśniewski wziął ją pod ramię i wszedł z nią na dyżurkę

„Ta obywatelka ma sprawę do mnie” – poinformował dyżurnego – „Wypiszcie jej przepustkę i przyślijcie do mnie”

Zostawił Wackową w dyżurce i sam udał się w stronę wind. Kilka minut trwało wypisywanie przepustki. Gdy już była wypisana, dyżurny przywołał z głębi dyżurki jednego z milicjantów i nakazał mu zaprowadzić obywatelkę Wacek do majora Wiśniewskiego.

Pokój Wiśniewskiego znajdował się w głębi długiego, wąskiego korytarza na trzecim piętrze. Wzdłuż ścian korytarza stały krzesła. Milicjant nakazał jej usiąść i czekać. Sam zapukał do drzwi i gdy usłyszał „Wejść!” uchylił drzwi i zameldował przyprowadzenie interesantki

„Niech czeka” – odpowiedział Wiśniewski

Milicjant powtórzył to Wackowej, chociaż nie było to potrzebne. Doskonale słyszała odpowiedź Wiśniewskiego. Czekała na korytarzu jakieś piętnaście minut, zanim drzwi się uchyliły i Wiśniewski poprosił ją do środka.

Poinformował ją, że syn jest internowany i został przewieziony do ośrodka dla internowanych w Sieradzu

„Ale on jest ranny…” – zareagowała nieśmiało

„Gdyby to było coś poważnego, to zostałby w szpitalu”

Wackowa dowiedziała się, że na razie niema żadnych możliwości na odwiedziny internowanych. Na wyjazd do innej miejscowości trzeba mieć przepustkę. Aby ją otrzymać, trzeba mieć naprawdę mocny powód.

Wiśniewski ściszonym głosem poinformował ją, że jak w kraju będzie spokój to już po Nowym Roku będą możliwe odwiedziny u internowanych. Obiecał poinformować ją o tym po sąsiedzku. Potem podpisał przepustkę i zadzwonił po milicjanta który odprowadził ją do wyjścia.

Wieczorem przyszła Kasia. Znowu sobie popłakały razem i umówiły się na po świętach.

W Nowy Rok Kasia przyszła z niewielką paczuszką.

„To dla Adama. Proszę mu to wręczyć jak się pani będzie z nim widzieć”

„Sama mu to wręczysz, dziecko”

„Jak to? Przecież mnie nie wpuszczą do niego”

„Nie wiem. Może wpuszczą. Powiemy, że jesteś jego narzeczoną”

„Ale…”

„Żadne ale. Zaryzykujemy. A nóż się uda”

Już w poniedziałek czwartego stycznia jechały obie pociągiem do Sieradza. Wiśniewski wystawił zezwolenie na widzenie z Adamem dla matki, Anny Wacek i będącej w ciąży narzeczonej Katarzyny Nowickiej. Sam im tą ciążę podpowiedział. W przeciwnym razie nie mógłby załatwić przepustki dla osoby nie spokrewnionej z internowanym. Zezwolenie obejmowało też pozwolenie na przekazanie ubrania wierzchniego i dwukilogramowej paczki żywnościowej.

Ośrodek dla internowanych w Sieradzu znajdował się w tamtejszym Zakładzie Karnym i był niczym innym jak tylko jednym z oddziałów więziennych. Internowani znajdowali się pod „opieką” tej samej służby więziennej co przebywający tam inni osadzeni.

Widzenie jakie uzyskał Adam było pierwszym widzeniem udzielonym tamtejszym internowanym. Naczelnik więzienia nie miał jeszcze wytycznych w jaki sposób należy je przeprowadzać. Zadecydował, że odbędzie się ono w pokoju gościnnym w obecności jednego ze strażników i że będzie ono trwać piętnaście minut.

Adam był bardzo zaskoczony kiedy do pokoju do którego go zaprowadzono ujrzał wchodzącą matkę i Kasię.

Poznał ją od razu. Uściskał matkę na przywitanie. Kiedy się witali szepnęła mu do ucha

„To twoja narzeczona, przywitaj się z nią ciepło”

Zaskoczony słowami matki, stanął przed Kasią nie wiedząc jak zareagować

„No, przywitaj się wreszcie z narzeczoną” – głośno upomniała go matka

Kasia również nie wiedziała jak zareagować. Podała mu rękę. Adam uchwycił ją delikatnie i pochylił się składając na niej pocałunek

„Adasiu, Jak ty się witasz z matką twojego dziecka?!”

Wackowa powiedziała to z udawanym zgorszeniem

„Jakie dziecko?” – z przerażeniem zapytał Adam

„Nasze, Adasiu” – odparła Kasia wieszając się mu na szyi i mocno całując w usta

„Ja…Ja…Ja nie wiem o co chodzi?”

Podczas gdy Kasia szeptała mu coś do ucha. Wackowa zwróciła się do towarzyszącego im strażnika

„Ach, ci młodzi. Nawet przywitać się nie potrafią…A chłop?…Popatrz pan jak łatwo zapomina o dziecku”

Strażnik bąknął coś niezrozumiałego pod nosem, spojrzał na zegarek i przypomniał, ze zostało im jeszcze dziesięć minut widzenia.

Usiedli pośpiesznie przy stole. Panie zaczęły pospiesznie wypytywać Adama o to jak się czuje i w ogóle dlaczego został zatrzymany. Adam nie nadążył odpowiadać. Kasia doszła do niego i obejrzała jego głowę. Nie miał już opatrunku ale ślad po uderzeniu pałką był wciąż bardzo widoczny. Wyjęła z torebki przyszykowany plaster i troskliwie nałożyła na czoło. Przez chwilę Adam poczuł się jak w niebie

„Bardzo cię boli?” – zapytała

„Jak jesteś przy mnie, mój Aniele, to nie boli”

W pewnym momencie strażnik oznajmił, że czas widzenia się skończył. Pośpiesznie wyjęły z torby turystycznej kurtkę Adama i paczkę żywnościową. Strażnik miał obowiązek sprawdzić zawartość paczki, ale z jakiegoś powodu krępował się zrobić to dokładnie. Zażądał tylko aby ją otworzyć. Rzucił pobieżnie okiem i pozwolił podać ją Adamowi. Adam z kolei wyciągnął z kieszeni spodni złożoną na cztery kartkę i chciał ją podać matce. Strażnik zaprotestował i zażądał aby Adam mu ją oddał.

Wywiązała się chwilowa dosyć ostra dyskusja między nimi. Adam pokazał, że jest to Decyzja o jego internowaniu i że chce ją przekazać matce aby okazała ją w Ambasadzie Holandii. Ponieważ będzie się starał o wyjazd na stałe z kraju.

„O czym ty mówisz, synku?” – zdziwiła się Wackowa

Adam wyjaśnił, że był przesłuchiwany tu w Sieradzu przez przysłanych milicjantów. Zapytał wtedy jak długo będzie siedział. Poinformowali go, że ani godziny dłużej niż to będzie konieczne, ale jeśli mu się to nie podoba, to chętnie ułatwią mu wyjazd za granicę na stałe, o ile o taki wyjazd wystąpi.

Adam dowiedział się od innych internowanych, że też im to zaproponowano. Dyskutowali o tym dużo pod celą. Kilku było zdecydowanych na wyjazd. Inni twierdzą, że nie dadzą się wyrzucić z Polski. On sam nie jest zdecydowany jak postąpić, ale skłania się raczej do wyjazdu

„Zrób to Adasiu” – przerwała mu Kasia – „Tu nie ma dla ciebie przyszłości”

„I co?” – wtrąciła się matka – „Zostawisz ją z brzuchem?”

„Będzie mógł zabrać rodzinę” – wtrącił się strażnik

Okazało się że wśród personelu więziennego też rozeszła się wiadomość o nakłanianiu lub kuszeniu internowanych do wyjazdu.

Strażnik nie protestował już i pozwolił Adamowi przekazać papier matce.

Adam pożegnał się z matką i już bez upomnień z jej strony pożegnał się bardzo ciepło z Kasią. Wychodząc z pokoju polecił matce udać się do Warszawy do ambasady Holandii i poprosić tam o azyl polityczny dla niego.

Kilka dni później przewieziono wszystkich internowanych z Sieradza do Ośrodka dla Internowanych w Łowiczu. Ośrodek ten, podobnie jak w Sieradzu znajdował się na terenie tamtejszego Zakładu Karnego.

Następne odwiedziny, po miesiącu mniej więcej odbyły się już w Łowiczu. Widzenia tam odbywały się zbiorowo w dużym pokoju widzeń. Po jednej stronie długiego stołu siedziało dziesięciu internowanych oddzielonych od siebie ściankami. Po drugiej stronie stołu było miejsce dla dwóch odwiedzających osób. Internowani oddzieleni byli od odwiedzających szybą. Nad szybą można było podać sobie paczki, mimo, że było to niedozwolone.

Strażnicy, którzy przechadzali się za plecami internowanych i odwiedzających, z reguły przymykali na to oczy. W każdym razie robili to gdy w pokoju widzeń nie było ich zwierzchników.

Na widzenie z Adamem przyjechały obydwie. Ucieszyło to Adama. Wackowa wyjaśniła mu, że zabrało jej to kilka dni aby się dowiedzieć, dokąd go wywieźli. Kasia już nie pracuje w Areszcie. Wróciła do pracy w szpitalu. Pracuje na zmiany. Jest bardzo zadowolona. Praca w areszcie bardzo ją dołowała. Jedyny plus tej pracy, to to, że spotkała tam Adama.

W przyszłym tygodniu wybierają się do Warszawy. Po za tym nic nowego się nie dzieje. Adam poinformował ich po cichu, że jest już członkiem KPNu

„Co to takiego?” – zapytała Kasia

„Konfederacja Polski Niepodległej” – odpowiedział

„O, Matko! Po co ci to?” – zdziwiła się matka

„Jak to po co?…będę walczyć o Polskę”

„Synuś, biedy sobie narobisz. Mało ci tego więzienia? Rzuć to w cholerę i trzymaj się z daleka od wichrzycieli. Wiśniewski powiedział, że jak będzie spokój, to wypuszczą tych co się wplątali w to wszystko przez głupotę…”

„Wiem co robię, mamo” – zapewniał Adam – „Inwestuję w swoją przyszłość”

„Wierzę, że wiesz co robisz, Adasiu” – zapewniła go Kasia

Na następne odwiedziny pod koniec lutego przyjechał tylko Kasia.

„Cieszę się, że przyjechałaś, mój Aniele”

Tą radość zmąciła wiadomość, że z ojcem jest coraz gorzej. Matka musiała zostać w domu. Ojca nie można zostawiać samego. Dwa tygodnie temu zdenerwował się bardzo oglądając ministra Urbana w telewizji. Dostał wylewu do mózgu. Odratowano go, ale leży w łóżku częściowo sparaliżowany. Nie mówi. czasami nikogo nie poznaje.

Kasia była w Warszawie w Konsulacie przy Ambasadzie Holandii. Rozmawiała z vice Konsulem. Tłumaczył miły pan mówiący po polsku. Kasia pokazała Decyzję o internowaniu Adama. Zrobiono ksero kopię. Oryginał otrzymała z powrotem. Pokazała też paszport Adama ze wstemplowaną wizą

„To dużo ułatwi w przyszłości” – odpowiedział vice Konsul.

Poinformował ją, że będą chcieli z Adamem porozmawiać osobiście. Jeszcze nie teraz. Zawiadomią jak będą na to gotowi.

Po przekazaniu tych informacji Adam poprosił

„Powiedz mi Aniele trochę o sobie. Przy matce nie chciałem pytać”

Kasia opowiedziała mu trochę o sobie. Jest sierotą. Mieszka z samotną ciotką w jej trzypokojowym mieszkaniu w starych blokach na Żubardziu, na Gandhiego

„Masz kogoś?” – przerwał jej

Chwilę milczała

„Miałam chłopaka, ale okazał się świnią…nie chcę o nim mówić. A ty?”

„Co ja”

„No, czy masz kogoś?”

„Nie. Teraz nie, ale…”

„Koniec widzenia!” – przerwał im głoś strażnika.

Wszyscy w pokoju widzeń zaczęli się szybko żegnać. Podawali internowanym paczki, mimo że formalnie nie było to dozwolone.

Kasia zapewniła go, że przyjedzie za miesiąc pod koniec marca. Na tym widzenie zakończono. Internowanych wyprowadzono z pokoju.

Dziesięć dni później Adam został wywołany z celi i zaprowadzony do Naczelnika Zakładu Karnego. Naczelnik powiadomił go o śmierci ojca. W związku z tym, na wniosek Komendy Wojewódzkiej Milicji Obywatelskiej w Łodzi otrzymał przepustkę na pogrzeb. Ma stawić się z powrotem w Łowiczu najpóźniej piętnastego marca w poniedziałek.

Adam dostał bilet na autobus do Łodzi i przepustkę na wypadek kontroli w podróży. Wrócił do celi zabrać swoje rzeczy. Poinformował kolegów, że jedzie na pogrzeb ojca i wróci po niedzieli

„Ty to masz szczęście” – zareagował jeden z nich

„Idiota” – ktoś zareagował

Godzinę później Adam czekał na autobus do Łodzi.

Matka Adama była załamana i nie zdolna do zorganizowania pogrzebu. Ponieważ córka Irena nie mogła przyjechać z Holandii, pogrzebem zajęła się Kasia i jej ciotka.

Wackowa od początku znajomości z Kasią dążyła do poznania jej rodziny i zrobiła wszystko co mogła aby zbliżyć się do ciotki Kasi.

Ostatnio bardzo z żyły się ze sobą. Naturalnym efektem tej znajomości była pomoc ciotki związana z pogrzebem.

Adam nigdy nie miał dobrego kontaktu z ojcem. Jego śmierć przyjął właściwie z obojętnością. Pierwsze co poczuł gdy Naczelnik więzienia mu ją zakomunikował, to niepokój o matkę. Zdawał sobie sprawę, że ciężko to przeżyje.

Przed drzwiami mieszkania znalazł się dokładnie o szesnastej. Drzwi otworzyła nie znana mu kobieta. Stali chwilę naprzeciwko siebie

„Pan Adam, prawda?” – odezwała się kobieta.

Skinął głową na potwierdzenie i zanim zdążył się odezwać, kobieta przedstawiła się

„Jestem Maria Walczak, znajoma pana matki. Pomagam jej z pogrzebem”

Adam zastanawiał się czy kiedykolwiek spotkał tą kobietę u matki. Nazwisko nic mu nie mówiło

„Kto tam przyszedł, Marysiu?” – usłyszał głos matki z głębi mieszkania

„Twój syn przyjechał!”

Wszedł do środka. Wieszał kurtkę na wieszaku w przedpokoju gdy w drzwiach kuchni pojawiła się matka. Uściskała syna. Popłakała się informując go o śmierci ojca

„Na szczęście długo się nie męczył” – stwierdziła i po chwili dodała – „Adasiu. Poznaj panią Marysię…”

„Już się znamy” – odparł

„Pani Marysia jest ciocią naszej Kasi” – dodała matka

„Aaaa! Nie wiedziałem” – tylko tyle zdołał wydobyć z siebie.

Nie wiadomo co zrobiło na nim większe wrażenie. Czy to że pani Maria jest ciotką Kasi, czy to, że matka użyła zwrotu – naszej Kasi.

Pół godziny później przyszła Kasia. Pomogła ciotce i matce Adama przyszykować kolację. Potem we czworo usiedli do stołu. Wackowa wspominała męża. Płakała przy tym od czasu do czasu, ale widać było, że jest już pogodzona z jego śmiercią. Ciotka Kasi pocieszała ją, mówiąc, że ona też tak przeżywała śmierć pierwszego męża. Dwóch następnych pochowała bez przesadnych wzruszeń, jak sama to nazwała.

Adam i Kasia siedzieli w milczeniu. Słuchali wspomnień o ojcu Adama i trzech mężach ciotki, ale widać było, że myślami są gdzie indziej. Ciotka to zauważyła

„Aniu” – zwróciła się do Wackowej – „Może niech młodzi pójdą sobie na miasto. Adamowi to dobrze zrobi. Pogrzeb jest po jutrze. Wszystko załatwione. Nic tu po nich”

„Tak. Masz rację. Marysiu” – odpowiedziała – „Tylko pamiętajcie o tym aby wrócić przed dwudziestą trzecią, Przed godziną milicyjną:” – przypomniała młodym.

Adam szybko przebrał się w świeże ubranie i już po chwili wyszli na ulicę. Osiemnasta się zbliżała. Przez chwilę zastanawiali się gdzie iść. Adam zaproponował aby udać się na przystanek autobusowy i pojechać do śródmieścia na Piotrkowską

„Mam lepszy pomysł. Chodźmy do mnie. Pokażę ci jak mieszkam” – zaproponowała Kasia

Pomysł bardzo mu się spodobał. Z Odolanowskiej do Gandhiego idzie się około piętnastu minut, ale im to z jakiegoś względu zajęło niecałe dziesięć minut.

Mieszkanie znajdowało się na trzecim piętrze. Windy nie było. Zasapali się wchodząc na górę, ale nie dane było im ochłonąć. Kasia z marszu zabrała się za pokazywanie mieszkania. Zaczęła od swojego pokoju. Dwie godziny zajęło Adamowi zapoznawanie się z tym pokojem, zwłaszcza z dużym wygodnym łóżkiem Kasi.

Bardzo go to zmęczyło i nie miał już ochoty oglądać reszty mieszkania. Mieli jeszcze trochę czasu, więc Kasia stwierdziła, że zdążą się nieco odświeżyć.

Zaciągnęła go do łazienki. Stała tam dosyć duża wanna. Okazało się, że dwie osoby jednocześnie całkiem wygodnie mogą się w niej wykąpać.

Około dwudziestej drugiej, już odprężeni wyszli z domu aby udać się na Odolanowską. Kasia z ciotką zdążyły wrócić do domu jeszcze przed godziną milicyjną. Adamowi bardzo chciało się spać. Pożegnał się z mamą i zaczął rozkładać wersalkę w dużym pokoju

„Przyszykuję ci ciepłą kąpiel, synku…” – zaproponowała matka

„Nie. Dziękuję mamo. Kąpałem się niedawno”

Następnego dnia, to jest dwunastego marca w piątek, Kasia udała się do pracy na dzienną zmianę. Poprosiła znajomego lekarza, o kilka dni zwolnienia chorobowego. Dostała cały tydzień. Ze szpitala wyszła przed dwunastą. Udała się prosto na Odolanowską. Drzwi otworzyła matka Adama. Przywitały się

„Jest Adam w domu?” – zapytała Kasia

„Śpi jeszcze. Obawiam się czy nic mu nie jest. Nigdy nie spał do dwunastej”

„E, nic mu nie jest. Pewno tylko zmęczony jest”

„Czym zmęczony?”

„Nie wiem. Może to łódzkie powietrze tak na niego zadziałało. W Łowiczu jest czystsze. Odzwyczaił się od łódzkiego…”

„Tak szybko by się odzwyczaił” – zdziwiła się Wackowa

Kasia zastanawiała się chwilę co odpowiedzieć, ale w tym momencie do przedpokoju wszedł zaspany Adam. Pocałował matkę w policzek na przywitanie i zbliżył się do Kasi. Obecność matki krępowała go i zawahał się przez moment przed pocałowaniem Kasi. Wackowa zorientowała się o co chodzi i błyskawicznie zareagowała „To ja wam szybciutko przyszykuję śniadanko!” – powiedziała znikając za drzwiami do kuchni.

Kilka minut później przyszła ciotka Kasi. Przyniosła upieczone ciasto i inne rzeczy potrzebne do zorganizowania niewielkiej stypy po jutrzejszym pogrzebie. Energicznie zabrała się za pracę przy organizowaniu tego przyjęcia.

Kasia chciała wyjść na miasto z Adamem, ale ciotka stanowczo nakazała jej zostać i pomóc Wackowej sprzątać mieszkanie

„Pan, panie Adamie jest nam tu nie potrzebny. Niech pan sobie wyjdzie na miasto i nam nie przeszkadza”

„To ja pójdę do Zdzicha. Może się dowiem co słychać w pracy”

„Tylko się ubierz ciepło” – upomniała go matka

„I wróć przed piątą” – wtrąciła Kasia – „Wyjdziemy wieczorem na miasto”

Zdzichu mieszka w pobliżu na Górnej. Adam idąc tam zastanawiał się czy zastanie go w domu. Pracowali razem na tej samej zmianie i Adam sobie wyliczył, że teraz, w tym tygodniu Zdzichu powinien iść do pracy na drugą. Właśnie zbliża się pierwsza, może jeszcze go zastanie.

Nie mylił się. Już na schodach, wchodząc na piętro i zbliżając się do mieszkania Zdzicha doszły go podniesione głosy ostrej dyskusji dobiegającej ze Zdzichowego mieszkania. Zastanawiał się czy to aby właściwa chwila na odwiedziny. Przez moment chciał się wrócić od drzwi, ale doszedł do wniosku, że właściwie później nie będzie miał okazji porozmawiać z kolegą. Po za tym zawsze kiedy tu przychodził w tym mieszkaniu było głośno.

Nacisnął dzwonek. Za drzwiami zrobiło się cicho. Po chwili usłyszał, że ktoś podchodzi do drzwi. W wizjerze zrobiło się na moment jasno. Jeszcze chwila i drzwi otworzyła mu żona Zdzicha z dzieckiem na ręku

„Czego?!” – zapytała na powitanie

„Jest Zdzisiu?”

„Nie ma i nie będzie!” – odpowiedziała zamykając drzwi

Adam stał chwilę przed drzwiami. Z doświadczenia wiedział, że za chwilę się otworzą. Tak też się stało. Ukazał się w nich Zdzichu. Spojrzał zaskoczony na przyjaciela

„Wypuścili cię!” – ucieszył się – „Poczekaj na dole. Zaraz wychodzę. Stara nie daje mi żyć. W domu sobie nie pogadamy”

Adam zszedł przed klatkę. Po kilku minutach znalazł się przy nim Zdzichu

„Poczekaj chwilę. Muszę zejść do komórki” – powiedział Zdzichu i cofnął się na korytarz

Wrócił po chwili z pokrzywionym, starym wózkiem dziecięcym

„Po co ci to?” – zdziwił się Adam

„Zbieram złom, butelki i takie tam”

„Nie rozumiem…”

„A co tu rozumieć. Wypierdolili mnie z roboty. Muszę z czegoś żyć…”

„Kiedy cię wywalili?”

„Zaraz po świętach. Napity przyszedłem do roboty”

„Nigdy się nie czepiali” – stwierdził Adam

„Pecha miałem. Akurat telewizja przyjechała. Sprawdzali trzeźwość na budowie. Wiesz taka pokazówka…Nie ma o czym mówić. Chodź pomożesz mi. Mam tu niedaleko zamelinowaną dużą rolkę siatki ogrodzeniowej. Będzie ponad sto kilo. Sam nie załaduję na wózek”

Poszli w stronę Kasprzaka, potem Srebrzyńską w stronę pętli tramwajowej. Adam od samego początku, jak tylko zobaczył wózek Zdzicha chciał się wycofać pod jakimkolwiek pretekstem z towarzyszenia przyjacielowi w tej eskapadzie, ale nie wiedział jak to zrobić, aby go nie urazić.

Rozmawiali trochę o tym co ich spotkało wtedy na działce. Adam dowiedział się jak udało im się uciec i uniknąć spotkania z milicją. On z kolei opowiedział Zdzichowi jak trafił na Sikawę a potem do Sieradza i Łowicza.

Powiedział, że jest na przepustce, że zmarł ojciec i jutro jest jego pogrzeb. Nie wspomniał tylko o Kasi.

Zatrzymali się przy wyrwie w ogrodzeniu za którym był plac budowy. Zdzichu rozejrzał się dookoła. Zajrzał ostrożnie za płot

„Nikogo nie ma. Wchodzimy” – zadecydował

„Może sobie odpuśćmy. Gliny nas złapią i z pierdla nie wyjdziemy…”

„Tchórzysz?…Myślałem, że mi pomożesz. Stara i dzieciaki czekają, żebym im przyniósł pieniądze. Dla nas też na flaszkę starczy”

„Nie tchórzę, ale…”

„No to nie pierdol tylko chodź. Pięć minut strachu i po wszystkim”

Adam niechętnie wszedł za Zdzichem. Kilka metrów od wyrwy w płocie za starą szopą, przykryta rupieciami leżała rolka siatki ogrodzeniowej. Rolka miała średnicę około pół metra. Długa była na około dwa metry. Ciężka była jak cholera. Ledwo umieścili ją na wózku, który natychmiast się załamał. Koła rozeszły się na boki. Dno wózka oparło się o podłoże.

„Nie da rady. Zostawmy to…Wózek się zniszczy” – stwierdził Adam.

„Pies trącał wózek! Damy radę. Ciągniemy!”

Zdzichu przyłożył się i szarpnął wózek. Adamowi nie pozostało nic innego, tylko pomóc przyjacielowi. Po kilku minutach byli na ulicy. Na płytach chodnikowych poszło im lepiej. Wózek skrzypiał okrutnie. Nieliczni ludzie na ulicy spoglądali na nich zaciekawieni.

„Dokąd teraz?” – zapytał Adam

„Do skupu na Jerzego. Stasiek, taki jeden kumpel pracuje tam. Dobrze zapłaci…”

„Na Jerzego?.. nie dojdziemy tam do wieczora z tym wózkiem. Zamknięte będzie…”

„Stasiek otworzy. Pochlał się z kobitą i ostatnio tam mieszka w pakamerze” – wyjaśnił Zdzichu

Doszli właśnie do najbliższego skrzyżowania gdy usłyszeli za plecami

„Pozwólcie dowodziki, obywatele”

Zawieźli ich na Komendę dzielnicową na Kopernika. Zdzicha który przyznał się do tego, że wózek i siatka jest jego zabrano od razu na przesłuchanie. Adam, powiedział, że spotkał kolegę na ulicy jak targał wózek i postanowił mu pomóc. Zdzichu potwierdził, że się spotkali na ulicy.

Adama zatrzymano przede wszystkim za brak Dowodu Osobistego. Nie udało mu się przekonać milicjantów, że jest internowanym i że dostał przepustkę na pogrzeb ojca.

„Wytłumaczysz się komu innemu” – stwierdził dyżurny na Komendzie i wysłał go „na dołek”.

Dopiero po dwudziestej pierwszej został zaprowadzony na przesłuchanie.

W pokoju w którym miano go przesłuchać znajdowało się czterech milicjantów. Trzech siedziało przy swoich biurkach i stukało coś na maszynach do pisania. Nie zwracali uwagi na Adama którego posadzono przed biurkiem czwartego milicjanta w stopniu kapitana.

„Imię, nazwisko, syn” – odezwał się do Adama bez przywitania

„Adam Wacek, syn Ste…” – nie zdążył dokończyć.

Jeden z milicjantów zaczął się histerycznie śmiać. Wszyscy spojrzeli w jego kierunku.

„Co was napadło, Kowalczyk?” – zapytał kapitan

Kowalczykowi zajęło chwilę zanim mógł odpowiedzieć

„Bo o tym Adamie Wacku cała komenda ze śmiechu się pokładała…”

„Nie rozumiem. Mówcie jaśniej” – zażądał kapitan

„Jeden od nas, taki Pawlak był trzynastego grudnia w grupie która miała zatrzymać Adama Wacka… Ha! Ha! Ha!…Nie mogę. Jak przyszli go zatrzymać, to… Ha! Ha! Ha!… To czterech Adamów Wacków zastali. Pawlak potem opowiadał, że trzech im uciekło i tylko jednego zatrzymali…”

„Dobra” – przerwał mu kapitan – „Idźcie poszukać tego Pawlaka. Może jest teraz na Komendzie”

„Tak jest!”

Potem kapitan zwrócił się do Adama

„No więc jak się nazywacie?”

„Mówiłem już. Adam Wacek, syn Stefana” – odpowiedział Adam trochę niepewnym głosem

Potem podał adres zamieszkania. Kapitan wszystko notował. Adam opowiedział, że jest internowany i że dostał przepustkę na pogrzeb ojca

„Gdzie ta przepustka?”

„W domu. Zmieniłem ubranie. Została w drugich spodniach”

„Czyli nie macie, żadnego dokumentu tożsamości przy sobie. Wiecie, że niemanie dokumentu tożsamości w stanie wojennym jest karalne”

„Nie wiedziałem. śiedzę w pierdlu w Łowiczu, a przepustkę mam… Tylko w domu…”

„No a teraz nikt nie może potwierdzić, że jesteście Adam Wacek…”

W tym momencie drzwi się otworzyły i wszedł milicjant Pawlak

„Jak Boga kocham! Adam Wacek!” – odrzekł rozbawiony

Kiedy Kapitan wysłuchał jeszcze raz opowieści o zatrzymaniu Adama, zdecydował się zadzwonić do Zakładu Karnego w Łowiczu. Około dwudziestej drugiej uzyskał potwierdzenie, że internowany Adam Wacek został czasowo zwolniony z internowania z powodu śmierci ojca i że zgodę na to wydała Komenda Wojewódzka Milicji w Łodzi.

W całym tym zamieszaniu zapomniano o udziale Adama w podejrzanej historii z siatką ogrodzeniową. Kapitan zadecydował o wypuszczeniu Adama do domu. Wypisał przepustkę, ale zauważył, że zbliża się dwudziesta trzecia, czyli godzina milicyjna. W związku z tym zmienił zdanie i zatrzymał Adama na noc w celi dla zatrzymanych.

Adam powrócił do domu następnego dnia rano.

W domu była tylko zapłakana matka. Opowiedział jej, że został przypadkowo zatrzymany przez patrol milicji, a ponieważ nie potrafił się wylegitymować, to go zabrali na Komendę. Pominął cały wątek z siatką ogrodzeniową. Uznał go za nie istotny.

Historię tą opowiedział jeszcze raz dwie godziny później Kasi i jej ciotce. Kasia miała żal do niego, za zmarnowany wczorajszy wieczór, ale w końcu się rozchmurzyła. Ważne, że się to zatrzymanie dobrze skończyło.

Na pogrzeb Stefana Wacka przyszło niedużo ludzi. Jego jedyny brat mieszkający w Szczecinie odpisał na telegram Wackowej, że nie przyjedzie, ponieważ jest po operacji prostaty. Byli tylko dalsi krewni Wackowej z Łodzi i trochę sąsiadów.

Sąsiedzi właściwie przyszli tylko po to aby zobaczyć Adama. Po ceremonii pogrzebowej podchodzili do wdowy złożyć szybkie wyrazy współczucia i znacznie więcej czasu poświęcali stojącemu obok matki synowi.

Wackowa z synem, Walczakową, czyli ciotką Kasi i Kasią postali dłuższą chwilę przy grobie. Kiedy większość zgromadzonych udała się do wyjścia z cmentarza, Walczakowa w imieniu wdowy zaprosiła pozostałych na niewielki poczęstunek do domu zmarłego.

Ksiądz, którego też poproszono odmówił, tłumacząc się nawałem obowiązków.

W mieszkaniu na Odolanowskiej przyszykowany był tak zwany szwedzki stół. Był to pomysł Walczakowej. Wackowa, gdy dowiedziała się co to jest ten szwedzki stół, odniosła się do pomysłu sceptycznie. Dała się dopiero jak Walczakowa opowiedziała jej, że wypróbowała to przy pogrzebie ostatniego męża i że goście z powodu braku krzeseł bardzo szybko się wynieśli z domu.

Po pogrzebie, około siedemnastej do mieszkania Wacków weszło dwanaście osób przybyłych z cmentarza. Większość zaskoczona była dwoma stołami ustawionymi pod jedną ze ścian. Na stołach stały ciasta różnego rodzaju, talerzyki filiżanki i zrobiona wcześniej kawa w termosach. Stały też dwie butelki Wódki Wyborowej i kieliszki

„Proszę!…Proszę się częstować. Przepraszamy, ale z powodu ciasnoty nie mogliśmy tego małego poczęstunku inaczej zorganizować” – zapraszała w imieniu wdowy Walczakowa

Przybyli szybko dostosowali się do sytuacji. Nikt nie narzekał. Kilka starszych pań znalazło miejsce siedzące na wersalce. Ktoś przyniósł krzesła z kuchni i drugiego pokoju, ktoś polał się kawą niezdarnie trzymając talerzyk z ciastem w jednym ręku a filiżankę z kawą w drugim ręku.

Podczas gdy Kasia wycierała z podłogi rozlaną kawę, Adam otworzył butelkę z wódką. Napełnił kilka kieliszków umieszczonych na niewielkiej tacce i zaproponował

„Proszę bardzo. Kto z państwa ma ochotę na coś mocniejszego?”

Tylko jedna z pań zdecydowała się na wódkę. Obecni panowie szybko odstawili talerzyki z niedojedzonym ciastem i filiżanki z niedopitą kawą. Zgromadzili się w koło Adama i trzymanej przez niego tacki.

„Pańskie zdrowie, panie Adamie” – zaproponował jeden z sąsiadów

„Oby pana jak najszybciej wypuścili” – powiedział ktoś inny

„No to napijmy się”

Podczas gdy Adam napełniał ponownie kieliszki panie w jakiś naturalny sposób zgromadziły się w pobliżu wersalki.

Adam podszedł z butelką do pani która wcześniej nie odmówiła wódki

„Nalać pani jeszcze jednego?” – zapytał

„Nie, dziękuję. Wódki już nie chcę, ale chętnie napiłabym się wina” – odrzekła

Na te słowa szybko zareagowała Wackowa

„Że też zapomniałam o winie. Mam gdzieś w kuchni butelkę dobrego wina”

Powiedziawszy to udała się do kuchni. Przyszła po chwili z litrową butelką białego Ciociosanu. Paniom uśmiechnęły się oczy. Po chwili znalazły się kieliszki. Butelka dostała się w ręce Kasi która starannie je napełniła. Żadna z pań nie odmówiła Ciociosanu.

Podczas gdy panie delektowały się winem rozmowa panów stojących w kącie pokoju stawał się coraz głośniejsza

„No to, panowie! Na pohybel tym skurwysynom!” – ktoś wzniósł toast

„Tak jest! niech ich jasna cholera weźmie”

Panie, do których dotarł toast panów, zgodziły się całkowicie z sentencją zawartą w toaście, choć nie wyraziły tego takimi samymi słowami.

W ten sposób rozmawiając minęły im prawie dwie godziny. Wódka się skończyła. Wino też. Jeden z panów, sąsiad z przeciwka, przypomniał sobie, że ma w domu butelkę Żubrówki

„Kochanie” – zwrócił się do żony siedzącej z kobietami – „Daj klucze. Skoczę po buteleczkę…”

„Ani się waż!” – przerwała mu

„Ale…”

„Żadne ale! Idziemy do domu!”

Potem zwróciła się do pań przepraszając, że musi już ich opuścić, bo już jest prawie ósma. Inne panie też stwierdziły, że czas wracać do domów. Szybko pożegnały się z wdową i  opuściły mieszkanie zabierając swoich mężów.

Po ich wyjściu Adam poczuł się w obowiązku pomóc mamie w sprzątnięci po przyjęciu. Jednak ciotka Kasi stanowczo stwierdziła, że jego pomoc do niczego im się nie przyda i wypchnęła go delikatnie z kuchni. Adam nie protestował. Usiadł na ciepłej jeszcze wersalce i już po chwili zmorzył go sen.

Obudził się po szóstej. Chwilę trwało zanim zorientował się, że leży na nierozłożonej i nie pościelonej wersalce przykryty grubym kocem. Ktoś ściągnął mu spodnie i marynarkę pozostawiając resztę ubrania. Adam starał się przypomnieć co zaszło po wyjściu zaproszonych na stypę gości. Pamiętał tylko jak ciotka Kasi wyrzuciła go z kuchni. Starał się wysilić pamięć i przypomnieć sobie coś więcej. I chyba by się mu udało. Obraz Kasi odkładającej na krześle obok jego marynarkę zaczął mu się rysować przed oczami. Niestety nie mógł się bardziej skoncentrować. Pęcherz bardzo domagał się opróżnienia. Zerwał się z wersalki i udał się do łazienki.

Wychodząc z niej natknął się na matkę. Pomyślał, że będzie robiła mu wyrzuty, że się spił. Zawsze tak było gdy wracał pijany do domu. Przywitał się całując ją w policzek

„Zrobię ci śniadanie”

„Nie mamo. Dziękuję. Nie jestem głodny”

„To napij się chociaż gorącej herbaty”

„Herbata może być”

„Doprowadź się do porządku, a ja wstawię wodę”

Po dziesięciu minutach wyszedł z łazienki odświeżony, włożył czystą koszulę i spodnie, udał się do kuchni. Czekała tam na niego gorąca herbata i trzy kanapki z wędliną.

Matka przyszła do kuchni, gdy już kończył jeść

„Kasia prosiła abyś przyszedł do niej przed południem…”

Adam zerwał się od stołu. Matka powstrzymała go

„Poczekaj wariacie!…Dopiero siódma minęła. Za wcześnie na wizyty. Pomóż mi teraz przejrzeć ojca rzeczy. Może coś wybierzesz z nich dla siebie. Resztę zaniosę do kościoła dla potrzebujących”

Adam pomagał matce do jedenastej. Wyciągali ojca ubrania z szafy. Niektóre rzeczy przymierzał. Robił to niechętnie i tylko dlatego aby nie urazić matki. Oczywiście nic sobie nie wybrał.

Posortowane ubrania ojca odkładali na bok. W pewnym momencie matka zauważyła, że zbliża się jedenasta

„Za obiad muszę się wziąć. Dokończymy to po południu” – stwierdziła

„To ja polecę do Kasi”

Kasia nie była w domu sama. Ciotka po wszystkich zajęciach związanych z pogrzebem ojca Adama, postanowiła odpocząć tego dnia i zostać w domu. Młodzi postanowili nie przeszkadzać jej i wyjść na miasto.

Pojechali autobusem do centrum, pochodzili po Piotrkowskiej, wypili kawę i zjedli wuzetkę w kawiarni, ale właściwie nie mieli ochoty włóczyć się po mieście. Adam kupił gazetę i zaczął sprawdzać repertuar kin. Tylko jakaś stara polska komedia przyciągnęła jego uwagę. Zaproponował Kasi aby ją obejrzeć

„Szkoda czasu, Adasiu. Jutro wracasz do Łowicza, chcę się tobą nacieszyć, a nie siedzieć w kinie na jakimś durnym filmie”

„To co proponujesz?”

„Wy macie domek na działkach. Może byśmy sobie tam posiedzieli?”

Więcej nie musiała mówić. Adamowi pomysł tak bardzo się spodobał, że nie zważając na koszty zatrzymał taksówkę i pojechali na Odolanowską. Weszli na górę do mieszkania. Adam powiedział matce, że wybierają się do znajomych posiedzieć trochę przy herbatce. Zapytał, czy nie zostało trochę ciasta od wczoraj. Zostało i to sporo.

Podczas gdy matka pakował a dla nich ciasto, Adam nie postrzeżenie sięgnął z szuflady stolika w przedpokoju, klucze od altany. Wychodząc z mieszkania, już w drzwiach, Adam zwrócił się do matki

„A może została jeszcze jakaś buteleczka gorzałki? Głupio tak wpaść z pustymi rękoma”

Okazało się, że matka ma jeszcze buteleczkę. Dała im, acz niezbyt chętnie.

W altanie na działce Kasia postarała się aby Adam nie wypił za dużo wódki. Prawdę mówiąc nie miał na to za dużo czasu. Ciasta też nie zjedli za dużo.

Około dwudziestej drugiej Adam odprowadził Kasię i wrócił do domu. Matka jeszcze nie spała. Zdziwiła się, że syn wrócił prawie trzeźwy.

W poniedziałek, przed południem Kasia przyszła z ciotką pożegnać się z Adamem. Wszystkie trzy panie popłakały się. Adam próbował je pocieszać, ale to nic nie dało. W końcu zaopatrzony w solidną paczkę żywnościową pożegnał się matką i Walczakową. Kasia postanowiła odprowadzić go na dworzec autobusowy. Dopiero tam się pożegnali.

W Łowiczu Adam już wcześniej zauważył pewnego rodzaju ostrożne i można by powiedzieć, z pewnym szacunkiem, podejście niektórych szeregowych funkcjonariuszy więzienia do internowanych. Ale tylko wtedy gdy byli sam na sam z internowanym.

Teraz, po zaledwie kilku dniach po za murami więzienia ta postawa klawiszów uległa pogłębieniu. Nikt nie sprawdzał co Adam przyniósł w paczce, nie sprawdzono mu kieszeni. Odnotowano przybycie. Klawisz który odprowadzał go do celi, wdał się z nim w krótką rozmowę. Zwracał się do niego per pan. Zapytał czy Adam będzie wyjeżdżał z Polski. Adam potwierdził

„Niech pan o mnie pamięta” – zwrócił się szeptem – „Kuśmirek Zenon jestem. Pan im tam powie, że was dobrze traktowałem”

„Komu mam powiedzieć?” – zdziwił się Adam

„No, w radiu Wolna Europa. Na pewno będą gadać z tymi co wyjadą na Zachód”

Adam potwierdził, że będzie o nim pamiętać.

Matka przyjechała z wizytą pod koniec kwietnia. Kasia nie mogła, miała jakieś dyżury za chorą koleżankę. Matka pokazała mu telegram jaki dostała z Konsulatu Holandii. Było to zaproszenie skierowane do Adama. W związku z rozpatrywaniem jego wniosku o pobyt stały w Holandii Konsul życzy sobie porozmawiać z nim osobiście.

„Nie wiem co z tym zrobić synku?”

On też nie wiedział. W końcu ustalili, że matka pokaże to Wiśniewskiemu. Po powrocie do domu tak zrobiła.

We wtorek czwartego maja Adam dowiedział się, że wychodzi na przepustkę. Przestraszył się, myśląc, że coś złego stało się z matką. Okazało się, że przepustka wystawiona jest w celu umożliwienia rozmowy w Konsulacie Holandii. Przepustka ważna jest do poniedziałku dziesiątego maja.

W Łodzi udał się najpierw do Kasi. Właśnie przyszła z pracy. Ciotki nie było. Najprawdopodobniej, jak zwykle poszła do Wackowej. Po przywitaniu poinformował Kasię, że jutro, jedzie na rozmowę do Konsulatu Holandii. Potem powiedział

„Teraz słuchaj mój Aniele i mi nie przerywaj…W Łowiczu dużo dyskutujemy o wyjazdach za granicę na stałe. Można zabierać rodzinę, to jest żonę i dzieci…”

„Słyszałam o tym Adasiu…”

„Właśnie…Chcesz ze mną wyjechać?”

Kasia bardzo chciała. Uzgodnili że jutro pojadą razem do Warszawy i od razu potem zamawiają termin ślubu w Urzędzie Stanu Cywilnego.

Przez ponad godzinę w Kasi pokoju rozmawiali o ślubie. Potem się ubrali i poszli na Odolanowską. Byli przekonani, ze zaskoczą swoją decyzją ciotkę i matkę Adama. Tak jednak się nie stało. Ciotka zwróciła się triumfująco do Wackowej

„A, nie mówiłam?!”

„Nareszcie synuś!” – ucieszyła się matka Adama

Potem było dużo ściskania się i łez radości. W pewnym momencie ciotka powiedziała

„Ponieważ jestem przewidująca, poczyniłam pewne kroki…Mam dobrą znajomą w Pałacyku Ślubów na Polesiu. Obiecała mi, że jak tylko będziecie gotowi to ona załatwi wam szybki termin ślubu”

Rozmawiali tak niemal do godziny milicyjnej. Adam zapewnił matkę, że jak tylko się urządzą w Holandii to zrobi wszystko aby ją do siebie ściągnąć. Ciotka Kasi stwierdziła, że ona nie chce ruszać się z Polski. Będzie jej miło jak przyjadą ją odwiedzić

„To chyba długo nie będzie możliwe, ciociu” – powiedziała Kasia

„Mylisz się, dziecko. Ten burdel już się załamał i padnie bardzo szybko”

„Obyś miała rację, Marysiu” – z nadzieją w głosie odpowiedziała Wackowa.

Wyjazd do Warszawy następnego dnia nie udał się. Okazało się że piątego maja Holandia ma święto narodowe i jest to dzień wolny od pracy. Adamowi i Kasi nie pozostało nic innego jak wracać do Łodzi.

Postanowili wrócić wieczornym pociągiem. Mieli kilka godzin czasu, więc korzystając z tego, oraz z pięknej majowej pogody pochodzili sobie po centrum Warszawy. W niektórych miejscach, zwłaszcza w przejściach podziemnych czuć było jeszcze gaz łzawiący. Dwa dni wcześniej, trzeciego maja milicja rozpędzała demonstrantów. Kasia źle się poczuła od resztek tego gazu. W jednym z przejść podziemnych wymiotowała. Adam bardzo się zaniepokoił, chciał wezwać pogotowie, ale go powstrzymała

„Wystarczy jak wyjdę na powietrze, szybko mi przejdzie” – zapewniała Adama

Resztę czasu postanowili przeczekać w poczekalni na dworcu.

Następnego dnia znowu byli w Warszawie. Tym razem bez problemu dostali się do Konsulatu. Dowiedzieli się, że Konsul przyjmie ich za godzinę, oraz że przez ten czas mogą iść do pobliskiego zakładu fotograficznego zrobić po pięć zdjęć paszportowych. Urzędniczka w Konsulacie podkreśliła, aby powiedzieć fotografowi, że to ona ich do niego skierowała, to zrobi im od ręki.

Tak też się stało. Po godzinie rozmawiali już z Konsulem. Tłumaczył bardzo sympatyczny pan. Było miło. Konsul potwierdził to co już wiedzieli, że muszą być małżeństwem aby Kasia mogła dostać zezwolenie na pobyt stały. Jeśli chodzi o Adama, to on w zasadzie ma już to pozwolenie. Niestety, Konsul nie może powiedzieć kiedy wyjazd będzie możliwy. Zależy to od wspólnego stanowiska krajów należących do Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej. Chodzi o to, że jak na razie kraje EWG nie chcą przyjmować osób które są z Polski wyrzucane. On, Konsul, osobiście wierzy, ze to stanowisko wkrótce się zmieni.

Na zakończenie Kasia otrzymała promesę wizy na wyjazd na pobyt stały, jako żona przebywającego w ośrodku dla internowanych Adama Wacka

„Ten dokument potrzebny jest do wyrobienia paszportu” – powiedział konsul – „Oczywiście, najpierw musicie zawrzeć związek małżeński”

Po powrocie do domu od razu zabrali się za działanie.

Już następnego dnia, w piątek siódmego ciotka Kasi wybrała się do znajomej pracującej w Pałacyku Ślubów Urzędu Stanu Cywilnego.

Matka Adama miała trudniejsze zadanie. Zeszła do Wiśniewskiej. Siedziała u niej ponad dwie godziny. Opłacało się.

W niedzielę z pomocą Walczakowej urządziła obiad. Byli na nim Adam z Kasią. Punktualnie o trzeciej przyszła Wiśniewska z mężem.

Major Wiśniewski podobnie jak wielu jego kolegów miał doskonałe rozeznanie w sytuacji panującej w kraju. Był realistą i w przeciwieństwie do oficjalnej linii Partii do której należał nie wierzył, że niekorzystne dla rządzących zmiany zachodzące w kraju da się odwrócić. Od początku powstania Solidarności starał się w swojej pracy unikać jak mógł podejmowania decyzji, które mogłyby go w przyszłości postawić w niekorzystnym świetle.

Dosyć szybko postarał się o przeniesienie na inne stanowisko, które w praktyce zamykało mu drogę awansu, lecz nie wymagało angażowania się w zwalczanie opozycji.

Od połowy osiemdziesiątego pierwszego roku odpowiadał za zaopatrzenie w części zamienne i paliwo park samochodowy Komendy Wojewódzkiej Milicji w Łodzi.

Stanowisko to sprawiało, że wielu kolegów w całej Komendzie Wojewódzkiej i w zasadzie w całym mieście bardzo dbało o dobre z nim stosunki. Zawsze potrafili się odwdzięczyć za na przykład kanister benzyny, opony, czy deficytową część zamienną do prywatnego samochodu. Wdzięczności nie zawsze wyrażała się w pieniądzach. Czasami przybierała formę przysługi za przysługę.

O tym wiedzieli niemal wszyscy w bloku na Odolanowskiej. Między innymi Wackowa która już korzystała wcześniej z pomocy Wiśniewskiego.

Rozmawiając w piątek z żoną majora Wackowa opowiedziała jej jaką ma prośbę do jej męża. Wiśniewska obiecała przekazać mężowi o co chodzi. Omówienie szczegółów zostawiono na niedzielę kiedy to mają się spotkać u Wackowej.

Obiad jak na ciężkie czasy stanu wojennego był przygotowany bardzo wykwintnie. Na pierwsze danie panie podały barszcz ukraiński z uszkami, a na drugie kaczkę pieczoną z buraczkami i do tego butelkę Żubrówki.

Kaczkę „załatwiła” Walczakowa od pewnej kobiety ze wsi która w soboty przywoziła mięso i inne poszukiwane rarytasy do bloków na ulicy Gandhiego.

W czasie obiadu rozmawiano głównie o pogodzie. Panie wymieniły się uwagami na temat swoich reumatyzmów i domowych sposobach leczenia.

Adam czuł się bardzo niepewnie i praktycznie się nie odzywał. Wiśniewski zagadał do niego od czasu do czasu pytając o wyniki ostatnich zawodów sportowych pokazywanych w telewizji. Adam odparł, że nie oglądał telewizji od połowy grudnia ubiegłego roku.

„No, tak. Tak, zapomniałem, że nie miał pan dostępu do telewizji” – zreflektował się Wiśniewski – „Ale wkrótce będzie pan oglądał programy zachodnie. I to w kolorze”

„Jeszcze nie wiadomo, czy będę mógł wyjechać” – odparł Adam

„Trzeba być dobrej myśli. Na pewno będzie pan mógł”

Wkrótce panie podały kawę i ciasta. Nadszedł czas na załatwienie sprawy dotyczącej Adama i Kasi. A właściwie chodziło tylko o paszport dla Kasi. Wiśniewska przekazała mężowi o co chodzi, tak, że nie był zaskoczony prośbą

„Wiecie państwo…” – zaczął Wiśniewski – „Wszystko da się to załatwić, ale sami rozumiecie, że teraz w tych specjalnych czasach to musi kosztować…”

„Ale…” – Wackowa usiłowała mu wejść w słowo

„Oczywiście” – przerwał jej – „Ja nie wezmę od państwa ani grosza, ale muszę…”

„Szanowny panie” – przerwała mu energicznie Walczakowa – „Jestem wdową na rencie chorobowej. Pana sąsiadka, też rencistka, jak pan zapewne wie dopiero co owdowiała. Jej syn siedzi w więzieniu, a moja siostrzenica jest pielęgniarką. Pan zapewne wie ile zarabiają pielęgniarki, prawda?”

„Tak, ale…” – usiłował jej przerwać

„Proszę mi nie przerywać. Jeszcze nie skończyłam…Tak więc, jak się pan domyśla nie mamy pieniędzy. Liczymy jednak, że zechce nam pan pomóc. Pan wie dobrze, że leży to także w pańskim interesie. Pan wie lepiej od nas, że ten burdel lada moment się rozpadnie i że musi pan inwestować w swoją, podkreślam, w swoją przyszłość. Dobre uczynki które będą dzisiaj uczynione wrócą na pewno do pana w przyszłości”

Po tej wypowiedzi nastała chwila ciszy przy stole. Wszyscy wpatrzeni byli w Wiśniewskiego.

„Postaram się zrobić, co w mojej mocy” – odparł

„Dziękujemy panu. Dzieci, tam na Zachodzie na pewno wspomną komu trzeba o tym jak pan pomagał innym” – zakończyła Walczakowa

Potem jeszcze przez pół godziny omawiali szczegóły. Okazało się, ze Wiśniewski był dobrze przygotowany na tą rozmowę.

Wyjął z kieszeni marynarki złożony arkusz wniosku o wydanie paszportu.

„Ma pani zdjęcia do paszportu?” – zapytał

Kasia i Adam będąc w Warszawie w Konsulacie przezornie kazali sobie zrobić większą ilość kopi fotografii robionych w celu dołączenia do wniosku o pobyt stały w Holandii. Kasia szybko znalazła je w torebce i wręczyła Wiśniewskiemu.

Przypiął je spinaczem biurowym do wniosku i od razu pomógł Kasi go wypełnić. Polecił wpisać nazwisko panieńskie

„Ale my przed wyjazdem weźmiemy ślub” – poinformowała Kasia

„Nie szkodzi. Niech pani pozostanie przy swoim nazwisku”

W uzasadnieniu polecił napisać, że dotyczy wyjazdu na stałe z narzeczonym internowanym na podstawie decyzji nr… i tak dalej. Wiśniewski zaznaczył, ze dobrze byłoby napisać, że Kasia oczekuje dziecka i że ojcem dziecka jest Adam.

Tak wypełniony wniosek Wiśniewski obiecał oddać komu trzeba.

„Niedługo powinna pani być wezwana do Wydziału Paszportowego. Moja rola na tym się kończy. Życzę powodzenia”

Potem Wiśniewscy pożegnali się z wszystkimi. Wackowa odprowadziła ich do przedpokoju. Gdy wychodzili, już w drzwiach, Wiśniewska odwróciła się do niej i szeptem powiedziała

„Wszystko jest załatwione”

Następnego dnia w poniedziałek Adam wrócił do Łowicza, a Kasia w pracy złożyła wypowiedzenie. Doszła do porozumienia z pracodawcą co do ostatniego dnia pracy. Będzie to ostatni dzień lipca.

Już dwudziestego siódmego maja w czwartek Adam dostał następną przepustkę. Tym razem na własny ślub, który będzie zawarty już w najbliższą sobotę dwudziestego dziewiątego maja. Tak też się stało.

Wcześniej uzgodnili, że traktują ten ślub tylko jako formalność. Nie urządzają żadnego przyjęcia, Zaproszą na lampkę wina do pobliskiej kawiarni świadków, matkę i ciotkę. Prawdziwe wesele urządzą jak tylko lepsze czasy na to pozwolą.

Światkami na ich ślubie był znajomy lekarz z pracy, z którym Kasia miała dobre kontakty i koleżanka pielęgniarka z tego samego oddziału.

Ponieważ Adam miał przepustkę aż do poniedziałku siódmego czerwca, matka i ciotka postanowiły urządzić im miodowy miesiąc, co prawda skrócony do jednego tygodnia, ale zawsze coś.

Wyjazd z Łodzi nie wchodził w rachubę, przede wszystkim z powodu braku pieniędzy. Zrobiły to w inny sposób. Matka Adama przeniosła się na ten tydzień do mieszkania ciotki Kasi. Młoda para miała na ten tydzień mieszkanie na Odolanowskiej do własnej dyspozycji. Wyjazd do jakiegoś kurortu nie sprawiłby im większej radości niż to mieszkanie.

Przez ten tydzień nie zamierzali z niego wychodzić. Jednak już w środę przyszły obydwie panie z listem poleconym do Kasi.

Było to wezwanie do Wydziału Paszportowego „w sprawie własnej”. Kasia powinna stawić się tam w piątek jedenastego czerwca o godzinie trzynastej.

Z wielką niecierpliwością dotrwali do piątku. Adam towarzyszył Kasi, ale gdy byli na miejscu postanowił zostać na ulicy. Aby, jak powiedział, nie zapeszyć.

Kasia wyszła z urzędu po godzinie

„No i co? Dali paszport?” – zapytał zniecierpliwiony 

„Jeszcze nie. Muszę dostarczyć jeden załącznik…”

„Co za załącznik?”

„Zaświadczenie od lekarza, że jestem w ciąży…”

„Cholera!…Może ten twój znajomy ci wystawi?”

„Myślę, że z tym zaświadczeniem nie będzie problemu”

Adam nie wgłębiał się dalej w ten temat będąc przekonanym, że Kasia pracując wśród lekarzy, na pewno takie zaświadczenie sobie załatwi.

Kilka dni później Kasia takie zaświadczenie otrzymała bez konieczności „załatwiania”. Wkrótce otrzymała paszport. Pokazała go Adamowi w czasie widzenia na początku lipca.

Dzień przed świętem państwowym w środę dwudziestego pierwszego lipca Adam został wezwany do naczelnika więzienia. Naczelnik osobiście poinformował go, o przyznaniu mu przepustki w związku z udzielonym zezwoleniem na wyjazd z Polski. Gdyby do soboty dwudziestego pierwszego sierpnia nie skorzystał z możliwości wyjazdu, musi się stawić w Łowiczu najpóźniej w poniedziałek dwudziestego trzeciego.

Po przyjeździe do domu czekało go telegraficzne wezwanie do odwiedzenia Konsulatu Holandii w celu omówienia szczegółów wyjazdu do Holandii. Kasia otrzymała podobny telegram. Proszono ją o przyjazd z paszportem w celu wbicia wizy na wjazd do Holandii.

W Konsulacie byli już w piątek dwudziestego trzeciego lipca. Rozmowę tłumaczył ten sam sympatyczny pan którego znali z poprzedniego pobytu. W paszport Kasi wklejono wizę. Adam miał w swoim wizę turystyczną wydaną jeszcze przed stanem wojennym, teraz wykreślono ją i wklejono nową, taką samą jak w paszporcie Kasi.

Potem poinformowano ich gdzie zostają skierowani. Na początek zamieszkają w obozie dla uchodźców w małym miasteczku Nieuwegein kilka kilometrów na południe od Ultrechtu. Ani Adamowi, ani Kasi nic to nie mówiło. Adam pamiętał tylko z raz oglądanej mapy gdzie leży Eindhoven, miasto w którym mieszka jego siostra i do którego miał się udać. Doszedł jednak do wniosku, że Holandia jest małym krajem i jakoś się z siostrą odnajdą.

Konsul poinformował ich, że na miejscu będą musieli oddać polskie paszporty i że dostaną holenderski paszport dla cudzoziemców. Będą mogli z nim podróżować po zachodniej Europie, ale nie będą mogli użyć go do wyjazdu do Polski.

Podpisali oświadczenia w których potwierdzili, że się zapoznali z warunkami pobytu stałego w Holandii i że się z nimi zgadzają. Konsul sięgnął po telefon. Powiedział coś dla nich niezrozumiałego do słuchawki. Po chwili weszła do pokoju kobieta z papierową teczką. Położyła ją przed nimi.

W środku były bilety na pociąg z Warszawy do Berlina Zachodniego, oraz bilety na samolot British Airways z Berlina do Ultrecht.

„Stamtąd, z lotniska weźmiecie taksówkę i pojedziecie pod ten adres do Nieuwegein” – powiedział Konsul wręczając Adamowi kartkę z adresem

„Nie mamy pieniędzy…” – zauważył Adam

„Nie szkodzi. Tu są vouchery którymi opłacicie taksówki w Berlinie i Ultrecht. Pieniądze na drogę musicie mieć swoje”

Podczas tej wymiany zdań między Adamem i Konsulem, Kasia oglądała bilety kolejowe „Wyjazd trzynastego sierpnia z Warszawy o ósmej trzydzieści…” – powiedziała głośno do Adama

„Tak. Osiem godzin w Berlin jesteś” – powiedział Konsul łamanym polskim – „W wieczór jesteś na miejsce w Niderland”

Podniósł się zza biurka z wyciągniętą ręką na pożegnanie, dając do zrozumienia, że wizyta jest zakończona.

Po kilku uprzejmościach wyszli z Konsulatu. Do wyjazdu z Polski zostało im dokładnie trzy tygodnie. Kasia jeszcze pracowała do końca lipca. Adam właściwie nie miał co robić. Przesiadywał cały czas w domu. Wychodził dopiero gdy Kasia miała wrócić z pracy. Wtedy razem kompletowali rzeczy na wyjazd.

Każde z nich spakowało się we dwie walizki, z tym że Kasine były znacznie większe niż Adama.

Kasia miała pewne oszczędności. Ciotka też trochę dołożyła, za te pieniądze kupili od czinkciarzy czterysta dolarów.

Adam dołożył bardzo niewiele. Nie miał żadnych oszczędności. Matka dała mu na drogę całą swoją ostatnią rentę.

W sierpniu odwiedzili swoich nielicznych krewnych i znajomych, pragnąc się z nimi pożegnać. Niektórzy byli zaskoczeni ich wyjazdem, inni przewidywali, ze tak to się skończy. Tylko nieliczni uważali, że źle postępują opuszczając Polskę, że należy zostać i starać się pracować dla kraju.

W piątek trzynastego sierpnia wcześnie rano wszyscy czworo wyjechali do Warszawy. Pociąg do Berlina zachodniego stał już na dworcu. Był prawie pusty. Do odjazdu brakowało dwudziestu minut.

Przed wejściem do wagonu pożegnali się z matką i ciotką. Było dużo łez i uścisków oraz upomnień aby zaraz po przybyciu na miejsce napisali.

Matka jeszcze raz zobowiązała Adama do jak najszybszego odwiedzenia siostry. Wysłała już do niej list z informacją o przyjeździe Adama z żoną.

Potem stali w oknie swojego przedziału i wymieniali ostatnie zdania ze stojącymi na peronie matką i ciotką.

Nie usłyszeli zapowiedzi odjazdu pociągu. Wagony powolutku zaczęły się toczyć. Kobiety na peronie towarzyszyły im kilkanaście metrów, ale pociąg nabierał prędkości i nie mogły już za nim nadążyć. Machały trzymanymi w ręku chusteczkami do chwili zniknięcia pociągu za zakrętem.

Państwo Adam Wacek i jego żona Katarzyna Nowicka usiedli naprzeciwko siebie. Byli sami w przedziale pierwszej klasy. Po chwili Adam rzekł do Kasi

„Bardzo się cieszę, że nie muszę opuszczać kraju sam. Bardzo, ale to bardzo się cieszę, że wyjeżdżamy we dwoje, mój Aniele…”

„We troje, Adasiu. We troje”

KONIEC

Leave a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *