ZNAJDA

Właśnie szedłem w stronę schodów. Chciałem zdążyć przed zamknięciem pokładu samochodowego aby zabrać z auta kurtkę. Pomyślałem, że postoję trochę na pokładzie spacerowym. Lubię oglądać port w Gdańsku z odpływającego promu. Jednak nie dane mi było dotrzeć do auta

„Cześć! Co ty tu robisz?!” – usłyszałem za plecami

Poznałem jej głos od razu. Odwróciłem się. Nic się nie zmieniła mimo upływu tylu lat. Chwilę zastanawiałem się kiedy widziałem ją ostatni raz. Tak. To było w 68mym zanim mnie powołali do wojska, a więc czterdzieści lat temu.

„Witam cię Grażynko. Nic się nie zmieniłaś. Ślicznie wyglądasz. Dokładnie tak, jak wtedy gdy widzieliśmy się ostatni raz”

„No, nie mów tak. Wtedy mieliśmy po dziewiętnaście lat, a teraz mamy po sześćdziesiąt. Jesteśmy z tego samego rocznika przecież” – odpowiedziała z uśmiechem

„Nie wyglądasz na sześćdziesiąt. Dałbym ci co najwyżej czterdzieści…”

„Przestań mi kadzić i powiedz co ty tu robisz?”

„Zgadnij”

Przez moment wyglądała dokładnie tak jak ją pamiętam. Zawsze zdziwiona. Taki obraz jej zamyślonej twarzy bardzo długo wracał do mnie w snach. Kochałem się w niej do szaleństwa, chociaż zdawałem sobie sprawę z tego, że nie mam u niej najmniejszych szans. Powiedziała mi to kiedyś. Chciałem się wtedy powiesić.

„Nie chcę zgadywać”

„To łatwa zagadka. Jesteśmy razem tu na tym statku i mamy wspólny cel tej podróży”

„No wiesz! Jestem tu z mężem, nie z tobą” – oburzyła się

Chciałem odpowiedzieć, ale przerwał nam jej mąż. Wysoki blondyn, z wyglądu kopia Bogusława Lindy

„Kto to jest, kochanie?” – zapytał obejmując ją ramieniem

„Kolega ze szkoły”

Skłoniłem się. Ona po chwili się zreflektowała i teatralnym głosem jak na szkolnym przedstawieniu rzekła

„Panowie, poznajcie się… Edwardzie” – zwróciła się do męża – „To pan Jan Kopeć. Janku, to mój mąż Edward”

„Edward Radziwiłł. Bardzo mi miło” – wyciągnął do mnie rękę

„Mnie również miło” – odpowiedziałem podając dłoń – „Czy to z tych Radziwiłłów?”

„Z tych lepszych. Z Goniądza i Medelów”

Zauważyłem, że moje pytanie sprawiło mu przyjemność.

„Uważaj Edku. Janek znany był w szkole jako żartowniś i prześmiewca” – wtrąciła się – „Wyobraź sobie, że zaskoczył mnie, twierdząc, że płyniemy do tego samego celu…”

„Bo tak jest, Grażynko. Celem naszej podróży jest Szwecja” – odpowiedziałem – „Pan Edward z pewnością przyzna mi rację”

„Tak. Oczywiście…Wiecie co? Zapraszam do restauracji. Będziemy mieli okazję wypić brudzia i może dowiem się coś więcej o waszej znajomości”

W restauracji nie było jeszcze wielu gości. Otwarto ją tuż przed odbiciem promu od nadbrzeża. Kelner zaprowadził nas do stolika przy oknie z widokiem na dziób statku. Rozejrzałem się dyskretnie. Nikogo znajomego nie zauważyłem. Po chwili inny kelner przyniósł menu. Zanim odszedł od stolika Edward zamówił butelkę wódki

„Tylko najlepszą jaką macie” – podkreślił

Kelner odszedł. Edward odsunął się nieco z krzesłem od stolika, założył nogę na nogę i chwilę taksując mnie wzrokiem zapytał

„Zna pan Szwecję?”

Po czym nie czekając na odpowiedź kontynuował

„My już trzeci raz jedziemy do Szwecji. Wspaniały kraj!…”

„Co będziesz robił w Szwecji?” – przerwała mu Grażynka zwracając się do mnie

„Pytasz co będę robił…Pracować będę…”

„O! to nie będzie miał pan okazji zobaczyć piękna tego kraju” – stwierdził Edward

„Pewno na czarno będziesz pracować. Opłaca się to?” – dopytywała się Grażynka

Przez chwilę zastanawiałem się nad odpowiedzią. Nie za bardzo wiedziałem co powiedzieć. Na szczęście zjawił się przy stoliku kelner z butelką Absolutu i kieliszkami. Chciał je napełnić, ale Edward mu przerwał

„Pan pozwoli, że sam poleję”

Nalał mi „z czubkiem” tak, że się odrobina przelała. Sobie też nalał szczerze, za to Grażynce zaledwie połowę

„Tobie wystarczy” – rzekł przy tym

Potem podniósł się od z stołu i z kieliszkiem w ręku zwrócił się do mnie

„No, to mów mi Edward”

Również się podniosłem

„Janek jestem”

Po chwili ścisnął mnie serdecznie i ucałował gorąco w usta „ze ślinką”

Od lat nie piję mocnego alkoholu ale tym razem wychyliłem cały kieliszek i zanim go przełknąłem potrzymałem chwilę w ustach, mając nadzieję, że jest to skuteczny sposób dezynfekcji jamy ustnej.

Zatrząsało mną potężnie. Nie wiem czy to po gorącym pocałunku Edwarda czy po kieliszku wódki. W każdym razie, gdy ochłonąłem Edward podawał mi ponownie napełniony kieliszek

„A teraz za miłe spotkanie”

Zawahałem się zanim wziąłem kieliszek do ręki. W pierwszej chwili chciałem stanowczo odmówić, ale zmieniłem zdanie.

„Za miłe spotkanie” – odpowiedziałem

Spojrzałem na Grażynkę. Miała w ręku kieliszek ale nie podniosła go do ust. Edward jednym haustem wychylił swój. Ja umoczyłem tylko usta.

„Czemu nie pijesz?” – zdziwił się Edward

„Lekarz mi zabronił. Po za tym jutro będę prowadzić samochód…”

„Masz samochód na promie?” – przerwała mi Grażynka

„Tak”

„Myśmy zostawili nasz w domu. Maciek, nasz syn podwiózł nas do Gdańska” – powiedział Edward nalewając kolejny kieliszek

„Nie pij tyle Edwardzie” – upomniała go Grażynka

„Dlaczego nie? Przecież nie będę jutro prowadzić” – potem zwracając się do mnie dodał – „Książe Mirski odbierze nas z promu”

„Przepraszam. Nie zrozumiałem. Kto?”

„Książę Adam Mirski” – wyjaśniła Grażynka – „Nasz przyjaciel. Mieszka w Sztokholmie. Będziemy mieszkać u niego. Pół roku temu gościliśmy go i księżną Beatę w naszej rezydencji w Tuszynie”

Przerwał nam kelner. Przyszedł przyjąć zamówienie

„Nie jesteśmy jeszcze gotowi” – stwierdził Edward

Po odejściu kelnera zaczęliśmy studiować menu.

„Późno już. Dwudziesta minęła. Nie chciałabym dużo zjeść, ale ta kaczka ze śliwkami bardzo mnie kusi. Mogę ją zamówić, Edwardzie?”

„A może homara? Popatrz, mają tu homary. Do tego butelkę szampana…Będzie wykwintnie”

„Nie, Edwardzie. Upaprałam się ostatnio homarem u Sanguszków w Konstancinie. Tutaj nawet nie ma się gdzie umyć. Wolę kaczkę”

„Jak chcesz. Ja biorę homara ze szparagami, sosem beszamelowym i parmezanem. A dla ciebie Janku, co zamówić, może skusisz się na homara? Wzięlibyśmy do spółki butelkę szampana”

„Nie! Nie. Dziękuję Edwardzie. Dla mnie to zbyt wykwintne, wolę coś prostszego” – odparłem pospiesznie

I chociaż miałem ochotę na indyka, którego wiem, że tu na tym promie wspaniale przyrządzają to poprosiłem o schabowego z frytkami i zasmażaną kapustą.

„Janku, byłam pewna, że zamówisz schabowego. To do ciebie pasuje. My niestety, musimy trzymać pewien poziom…”

„Dlaczego niestety, Grażynko?” – zapytałem

„Chętnie bym zjadła czasami coś prostszego, ale teraz w naszym środowisku to nie wypada. Wiesz, wszędzie ludzie patrzą…”

Doszedł właśnie kelner. Edward zaczął składać zamówienie. Skorzystałem z okazji i zwróciłem się do Grażynki, zmieniając temat

„Nie mieszkasz już na Kozinach w Łodzi?”

„Nie. Przeprowadziliśmy się do rezydencji pod Tuszynem. Mieszkanie na Kozinach wynajmujemy”

„Czy ta rezydencja jest tam gdzie twój ojciec ma szklarnie?”

„Szklarni już nie ma. Po śmierci rodziców zlikwidowaliśmy je. Dom przebudowaliśmy. Pięknie teraz wygląda”

„O czym rozmawiacie?”

Edward skończył składać zamówienie i zainteresował się naszą rozmową

„Grażynka opowiada o waszym domu. Musi być…” – przerwałem

Do stolika zbliżał się jeden z moich klientów. Kłaniał się z daleka. Nie odpowiedziałem. Spojrzałem na niego niechętnym wzrokiem. Zatrzymał się kilka kroków od stolika, niezdecydowany czy podejść. Nie zachęcałem go. Niepewnie uśmiechnął się, ukłonił jeszcze raz z szacunkiem i przeszedł dalej.

Edward i Grażynka też go zauważyli, ale ocenili, że jego ukłony skierowane były do nich. Edward odpowiedział mu pańskim skinieniem głowy, po czym zwrócił się do Grażynki

„Widziałaś? Nawet tutaj ludzie poznają mnie”

„Kto to był?” – zapytała

„Nie mam najmniejszego pojęcia. Tyle ludzi mi się kłania…”

„Widzę, że jesteś znaną osobą, Edwardzie” – stwierdziłem z podziwem

„Och! Wierz mi. To bardzo męczące. Ale co zrobić…Noblesse oblige”

„To po łacinie” – pospieszyła z wyjaśnieniem Grażynka – „Po polsku to znaczy – Szlachectwo zobowiązuje”

„Łał!” – zareagowałem

„Pochwał się Edwardzie. Pokaż Jankowi co o tobie piszą w gazetach”

„Nie no, po co? Janka z pewnością to nie zainteresuje” – z udawaną skromnością stwierdził Edward

„Wprost przeciwnie!” – zachęcałem – „Nie obracam się wśród znanych osób z tytułami szlacheckimi”

„Z książęcymi, Janku. Z książęcymi tytułami”

„Nie przesadzaj kochana. Nie przesadzaj. Formalnie tytułu książęcego jeszcze nie posiadamy..”

„Ale to tylko formalność i kwestia najbliższego czasu. Nie bądź taki skromny Edwardzie. Pokaż wreszcie tą gazetę w której o nas piszą”

Edward wyciągnął z wewnętrznej kieszeni marynarki złożony kilkukrotnie numer „Faktu” sprzed kilku miesięcy. Widać było, że gazeta pokazywana jest bardzo często. Ostrożnie rozłożył gazetę i otworzył na właściwej stronie.

„O! tu sobie poczytaj”

Podał mi i wskazał artykuł na stronie ‘Ciekawostki z Polski’.

Był tam artykuł pod tytułem ‘Przybędzie nam nowych książąt’. Przeczytałem, że jak co roku w maju odbyło się w Katowicach zebranie Rady Regencyjnej Polskiego Ruchu Monarchistycznego. Zebranie zaszczycił swoją obecnością przywódca Ruchu, Jego Królewska Wysokość Regent Polski Leszek Wielki Książę Wierzchowski wraz z małżonką Zofią Wielką Księżną Wierzchowską-Nawarską. W pierwszym punkcie programu Rady Regencyjnej było nominowanie na Kawalera Rycerzy Zakonu Korony Polskiej pana Edwarda Radziwiłła, pochodzącego z uznawanej za wymarłą w szesnastym wieku, Linię Radziwiłłów na Goniądzu i Medelach. Pan Edward Radziwiłł ubiega się o uznanie jego praw do tytułu Księcia Wojewody, powstałego w 1997 roku Księstwa Łódzkiego.

Na tym tle doszło na zebraniu do skandalu. Obecna na zebraniu gospodyni Księstwa Łódzkiego Anna Księżna Ohde zaprotestowała przeciw przyjmowaniu w poczet Rycerzy Zakonu Korony Polskiej osoby która jest, jak to nazwała, nieuprawnionym samozwańcem. Powołała się przy tym na wpisy w Herbarzu Rodów Polskich w którym wyraźnie udowodniono, że linia Radziwiłłów na Goniądzu i Medelach wymarła w szesnastym wieku. Podkreśliła również, że jedynym uprawnionym pretendentem do gospodarowania Księstwem Łódzkim jest jej obecnie dziesięcioletni syn Jan Książe Ohde-Świętosławski.

Wywiązała się gorąca dyskusja. Opinie zebranych były podzielone w tej sprawie. Dyskusję zamknął przywódca polskiego Ruchu Monarchistycznego Wielki Książe Wierzchowski. Zadecydował, że pan Edward Radziwiłł dostaje tytuł Kawalera Rycerzy Zakonu Korony Polskiej ale z uzyskaniem tytułu książęcego należy się wstrzymać do czasu gdy Pan Edward Radziwiłł uzupełni złożone dokumenty uwiarygodnionymi dowodami potwierdzającymi jego pochodzenie z Linii na Goniądzu i Medelach.

Pod artykułem zamieszczona była fotografia Edwarda we fraku stojącego w przy boku Wielkiego Księcia Wierzchowskiego. Dalej już nie czytałem. Zwróciłem się do Edwarda

„No. No. Nie wiedziałem, że istnieje Księstwo Łódzkie…Ale mniejsza z tym. Jak zamierzasz udokumentować swoje pochodzenie i dlaczego uzurpujesz sobie prawo do gospodarzenia tym księstwem?”

„Edward sobie nie uzurpuje prawa do Księstwa Łódzkiego!” – zdenerwowała się Grażynka – „Ono się mu należy! Uzurpantką jest ta stara…”

„Grażyno! Nie uruchamiaj się” – przerwał jej Edward – „Księżnej nie wypada okazywać publicznie uczuć. Pozwól, że to ja wyjaśnię Jankowi dlaczego mam prawo do Księstwa Łódzkiego. Otóż…”

Zbliżający się kelnerzy z wózkiem z naszymi daniami przerwali jego wypowiedź. Chwilę rozstawiali wszystko na stole po czym życząc nam smacznego oddalili się.

Chwilę jedliśmy w milczeniu. Edward mocował się z homarem. Szło mu to dosyć nieudolnie. W końcu udało mu się wycisnąć mięso z pod homarowego ogona. Zjadł je szybko i zanim zabrał się za resztę homara zwrócił się do mnie

„Musisz wiedzieć Janku, że pewne tytuły należą się z racji urodzenia…”

„Nie mów Jankowi o tytułach” – przerwała Grażynka – „On tego nie zrozumie. Tytuły są dla ludzi którzy…”

„O! Przepraszam Grażynko” – tym razem ja wszedłem jej w słowo dosyć spontanicznie – „Z pewnością pamiętasz jaki tytuł posiadam od małego dziecka”

Znieruchomieli na chwilę. Pierwszy ocknął się Edward

„Masz tytuł szlachecki? Z czyjego nadania?” – zapytał wyraźnie zaciekawiony.

Przez moment zastanawiałem się, czy dobrze robię włączając się w ten ich egzaltowany ton. jednak ciekawość ich reakcji na to co powiem wzięła górę

„Nie wiem z czyjego nadania” – odparłem – „Używano wobec mnie tego tytułu od zawsze. To znaczy od czasu gdy jako małe dziecko zacząłem rozumieć co się do mnie mówi. Tak było w szkole podstawowej. Pamiętasz Grażynko jak mnie tytułowano, czy raczej nazywano?”

„Nie wiem o czym mówisz” – odparła

Popatrzyłem chwilę na nią. Dobrze wiedziała o czym mówię

„Nic nie rozumiem. Co to za tytuł” – niecierpliwił się Edward

„Znajda – Tak mnie nazywano w szkole podstawowej. Dopiero później w liceum, przestano w obawie, że nie pozwolę przepisywać zadanych lekcji z matematyki, fizyki i chemii. Z pewnością pamiętasz to wszystko Grażynko?”

„Wiesz Janku, to były takie czasy. Wszyscy mieli jakieś przezwiska i wszyscy od siebie nawzajem ściągali zadania domowe” – przepraszającym tonem próbowała zbagatelizować moją wypowiedź Grażynka

„Ha! Ha! Ha!…A ja myślałem przez chwilę, że ty naprawdę masz szlacheckie pochodzenie!” – zaśmiał się Edward

„Przestań Edek! Mówiłam żebyś nie pił tyle!” – zareagowała wyraźnie zdenerwowana Grażynka

„Nie uruchamiaj się, kochanie. To jest interesujące, co Janek mówi. Chętnie dowiem się coś więcej”

„Chętnie opowiem” – odparłem

„Nie musisz. Znam twoją historię” – Grażynka próbowała mnie powstrzymać

„Nie znasz wszystkiego, Grażynko”

„A ja nic nie znam. Opowiadaj” – poprosił Edward

„Urodziłem się tak jak ty Grażynko w 48mym. Z tym tylko, że ty znasz dokładną datę swoich urodzin i znasz rodziców. Piętnastego kwietnia 48go roku znalazła mnie, nowonarodzonego, jeszcze z pępowiną, zawiniętego w szmaty, w parku na Zdrowiu, kobieta zbierająca zioła. Zabrała mnie do domu. Mieszkała w pobliżu, w rozpadającej się ruderze w Łodzi na Kozinach przy ulicy Rychlińskiego. Znacznie, znacznie później uznano oficjalnie dzień w którym mnie znalazła za dzień moich urodzin. Kobieta ta, Marianna Kopeć, nie zgłosiła nigdzie, że mnie znalazła. Marianna Kopeć trudniła się odczynianiem uroków i zaszeptywaniem chorób…”

Serdeczny śmiech Edwarda przerwał na chwilę moje opowiadanie.

„Przestań, Edek!” – zażądała Grażynka

„Zaszeptywanie chorób!…Ja nie mogę!” – Edward z trudem stłumił wesołość

„Dzisiaj Edwardzie, ten zwrot może nas śmieszyć. Ja go doskonale pamiętam. Z prośbą o zaszeptanie choroby przychodziły do niej kobiety, głównie kobiety, z całych Kozin, Złotna i Brusa. Także z famuł na Ogrodowej i z Gdańskiej. Była znaną w tej części Łodzi szeptuchą. Towarzyszyłem jej gdy proszono ją do chorych. Leczyła głównie ziołami. Moja babcia – tak nauczyła mnie zwracać się do siebie, przyjmowała porody, robiła też skrobanki. Zawsze jej przy tym towarzyszyłem…”

„To musiało być pouczające dla ciebie” – wtrącił Edward

„Przestań, Edek!”

Grażynka coraz bardziej denerwowała się na męża

„Zawsze znalazł się ktoś dorosły, ktoś, kto się mną zajął gdzieś z boku. Dostawałem zwykle coś do jedzenia. Tam spotykałem inne dzieci. Potem babcia dostawała często jako zapłatę przechodzone ubrania dziecięce dla mnie. Z początku ludzie którzy znali moją babcię od dawna ciekawi byli skąd ja się wziąłem. Marianna Kopeć odpowiadała szczerze, że jestem znajdą. Myślę, że nie uważała tego zwrotu za niewłaściwy. Traktowała go w pewnym sensie jak nazwisko. Zawsze mówiła tak o mnie do obcych. Do mnie zwracała się Janek.

W 55tym gdy skończyłem siedem lat babcia chciała posłać mnie do szkoły. W szkole powiedziano jej, że musi przynieść moją metrykę urodzenia. Okazało się, że do tego czasu nie istniałem oficjalnie. Babcia nie miała mojej metryki urodzenia, ani żadnych innych dokumentów. Była prostą niepiśmienną kobietą. Nie wiedziała jak sobie z tą sprawą poradzić. Ktoś jej poradził aby zwróciła się w sprawie mojej metryki do księdza. Jak daleko sięgam pamięcią to nie przypominam sobie aby kiedykolwiek chodziła do kościoła. Dzisiaj wiem, że była tam tylko raz w sprawie mojej metryki.

W kościele przy Letniej na Kozinach opowiedziała księdzu historię mojego znalezienia. Ksiądz bardzo jej pomógł. Właściwie to on wszystko załatwił w urzędach. Sprawa była skomplikowana, nikt w Urzędzie Dzielnicowym nie chciał jej bardziej komplikować. Stanęło na tym, że uznano mnie za nieślubne dziecko Marianny Kopeć, urodzone dnia piętnastego kwietnia 1948go roku”

„Nigdy nie interesowało cię kim są twoi rodzice?” – zaciekawił się Edward

„Prawdę mówiąc nigdy”

Po chwili milczenia zwróciłem się do Grażynki

„Wtedy w pierwszej klasie Szkole Podstawowej na Wapiennej spotkałem cię pierwszy raz. Oboje mieszkaliśmy w pobliżu szkoły. Ja z babcią w ruderze na Rychlińskiego, ty z rodzicami w nowo wybudowanym bloku na Srebrzyńskiej przy Kasprzaka…Potem razem robiliśmy maturę w liceum na Drewnowskiej”

„No, to znacie się od bardzo dawna” – zauważył Edward

„Przecież mówiłam ci Edwardzie, że Janek jest moim kolegą szkolnym”

„Nasza znajomość zakończyła się w kwietniu 68go. Zostałem właśnie wyrzucony z Uniwersytetu Warszawskiego za udział w demonstracjach marcowych. Wróciłem do Łodzi. Wkrótce zmarła babcia. Dzień po pogrzebie dostałem wezwanie do odbycia służby wojskowej. Dwa dni przed wyjazdem do jednostki spotkaliśmy się przypadkowo na Piotrkowskiej. Zaprosiłem cię do kawiarni. Było bardzo miło. Opowiedziałem ci o śmierci babci, powołaniu do wojska i o przerwanych studiach prawniczych. Rozkleiłem się przy tym i wyznałem ci, że cię kocham od dawna…”

„Przestań Janku” – poprosiła cicho

„Nie, dlaczego. Mów dalej. To zaczyna mnie bardzo interesować” – zażądał Edward

„Wtedy moja znajomość z Grażynką się zakończyła. Grażynka powiedziała…”

„Przestań! Proszę cię” – przerwała mi

„Co ci powiedziała?”

Milczałem chwilę zastanawiając się czy mówić dalej

„To już nie ważne, Edwardzie. W każdym razie, wtedy widzieliśmy się z Grażynką ostatni raz. Potem było wojsko. Kilka miesięcy później nasza jednostka wysłana została do Czechosłowacji tłumić Praską Wiosnę Dubczeka. Nie podobało mi się to wszystko. Od rozstania z Grażynką byłem cały czas przygnębiony…” – zamyśliłem się – „A, zresztą, było, minęło. Nie ma o czym rozprawiać. Minęło czterdzieści lat. Spotkaliśmy się ponownie. Mamy swoje rodziny. Wspomniałeś Edwardzie, że syn was podwiózł do Gdańska. Wnoszę z tego, że jest pełnoletni. Ja mam żonę i pełnoletnią córkę. Porozmawiajmy lepiej o współczesności. Powiedzcie teraz wy co u was słychać, po za oczekiwaniem na ten tytuł książęcy”

„Nie oczekuję na tytuł książęcy. Ja go posiadam. Oczekuję na oficjalne potwierdzenie prawa do jego używania” – wyjaśnił Edward

„Chwileczkę Edwardzie.” – wtrąciłem – „Mówisz o oficjalnym potwierdzeniu prawa do jego używania. Konstytucja Polski wyraźnie mówi, że wszyscy ludzie są równi. Tytuły arystokratyczne zniesione zostały jeszcze przed wojną. Konstytucja marcowa z 1921r określała tę sprawę jednoznacznie. O ile pamiętam to art. 96 mówił, że Rzeczpospolita Polska nie uznaje przywilejów rodowych ani stanowych, jak również żadnych herbów, tytułów rodowych i innych z wyjątkiem naukowych, urzędowych i zawodowych. W związku z tym prawnie jest zabronione używanie ich w oficjalnych dokumentach…”

„Skąd ty możesz to wiedzieć, Janku” – wtrąciła Grażynka – „A po za tym przedwojenna konstytucja nie obowiązuje teraz”

„Pamiętaj Grażynko, że studiowałem Prawo. To po pierwsze. Po drugie, to Konstytucja przedwojenna została po wojnie w Polsce przywrócona i obowiązywała do 1952go, to jest do uchwalenia komunistycznej Konstytucji PRLu. W niej, z oczywistych względów nic o tytułach nie było, co należy rozumieć, że sprawa tytułów została potraktowana tak jak w tej z marca 21go roku. Ponieważ ciągłość prawna między PRL a obecną Polską nigdy nie została przerwana oraz fakt, że obecna Konstytucja na temat tytułów arystokratycznych się nie wypowiada to należy przyjąć, że w Polsce obecnie, tych tytułów się nie uznaje i nie można używać ich w oficjalnych dokumentach”

„Ale żeś nam wykład dał” – z podziwem zauważył Edward – „Wiem, że niestety masz rację. Musisz wiedzieć, że Ruch Monarchistyczny przygotowuje się na nadejście czasu kiedy w Polsce Monarchia zostanie przewrócona. Wtedy tytuły będą uznawane. W każdym razie, w kręgach towarzyskich, w których się obracamy sprawa tytułów rodowych traktowana jest bardzo poważnie”

„Odbiegliśmy trochę od tematu” – zauważyłem – „Porozmawiajmy o sprawach bardziej przyziemnych. Powiedzcie co u was słychać. Mieszkacie w Tuszynie, to już wiem. Co tam porabiacie?”

„Masz rację Janku” – wtrąciła Grażynka – „Wróćmy na ziemię. Edward prowadzi Biuro Rachunkowe…”

„Jestem Biegłym Księgowym. Sprawy podatkowe to moja specjalność” – przerwał jej Edward – „Gdybyś kiedyś potrzebował mojej pomocy, to dostaniesz dobry rabat”

„Dzięki. Będę pamiętał”

Przerwaliśmy na chwilę. Kelner podszedł zapytać, czy nam smakowało i czy chcielibyśmy zamówić coś więcej. Edward zamówił dla wszystkich kawę oraz kieliszek koniaku dla siebie. Po chwili Grażynka kontynuowała

„Mówiłam już, że po śmierci rodziców zlikwidowaliśmy szklarnie. Mamy teraz piękny ogród. Sama go urządziłam. Dwa lata studiowałam ogrodnictwo w Szkole Głównej Gospodarstwa Wiejskiego w Warszawie, niestety musiałam przerwać studia. Edka poznałam, a potem, to wiesz. Dziecko, dom. Teraz prowadzę niewielką firmę Architektura Ogrodów i tak jakoś się kręci. Syn studiuje ekonomię. Pójdzie w ślady ojca…Powiedz teraz coś o sobie. Jak żyjesz, czym się zajmujesz. Mówiłeś, że jedziesz do Szwecji popracować”

Zanim zdążyłem odpowiedzieć podszedł kelner z zamówioną kawą i koniakiem dla Edwarda. Dało mi to chwilę czasu do zastanowienia się nad odpowiedzią

„Tak jadę pracować. Pytasz co robię. Pracuję w firmie teścia…”

„To tak jak ja!” – przerwał mi Edward – „Też pracowałem w firmie teścia. To znaczy jak zaczynałem, to jeszcze nie był moim teściem. Grażynkę poznałem u niego w szklarni jak stała na drabinie i próbowała otworzyć okno. Złapałem ją jak spadała z tej drabiny… Ha! Ha! Ha! Wpadliśmy w pomidory…”

„Przestań Edek! Kogo to obchodzi!” – przerwała mężowi Grażynka

„Też pracowałeś w tej szklarni?” – zapytałem

„Nie. Prowadziłem staremu księgowość. Wtedy akurat nikogo nie było w domu, upał był straszny. Zobaczyłem Grażynkę przez okno jak idzie do szklarni w takiej kusej sukieneczce, wiedziałem, że to córka szefa, zaryzykowałem i pobiegłem za nią. Ha! Ha! Ha! Uratowałem jej życie …”

„Jakiś ty głupi! Przestań!”

Grażynka kipiała ze złości. Edward zorientował się, że się zagalopował

„Dobrze. Już dobrze, kochanie. Dodam tylko, że po tym upadku w pomidory ugrzęzłam w firmie teścia na dobre…”

Atmosfera zrobiła się wybuchowa. Chwilę popijaliśmy kawę w milczeniu. Od pewnego czasu statkiem zaczęło mocniej bujać.

„Bardzo mocno kołysze promem” – zauważyłem – „Mam chorobę morską. Będę musiał was przeprosić i pójść do kabiny”

Edward zatrzymał przechodzącego kelnera, chwilę z nim rozmawiał i poprosił o rachunek. Podczas gdy on rozmawiał z kelnerem Grażynka zwróciła się cicho do mnie

„Zostań jeszcze. Jest tak miło”

Zostałem. Zmieniłem temat. Chwilę rozmawialiśmy o czymś nie istotnym. Edward opowiedział jakąś rubaszną anegdotkę. Śmiał się przy tym serdecznie. Grażynka była zniesmaczona.

Po chwili wrócił kelner z rachunkiem. Edward czytając go przestał się śmiać. Wyciągnął kartę z portfela. Kelner poprosił go o podejście do terminalu płatniczego przy bufecie.

Podczas gdy ja obserwowałem kątem oka to co się działo przy bufecie, a działo się dużo, Grażynka narzekała na męża

„Edek jak za dużo wypije staje się wulgarny, wychodzą z niego prostackie maniery…”

Nie dokończyła. Od bufetu doszły do nas odgłosy ostrej sprzeczki. Edward zarzucał kelnerom oszustwo

„Jestem biegłym księgowym! Umiem liczyć. Ten rachunek jest bardzo zawyżony!” – wykrzykiwał Edward

„Bardzo proszę. Niech pan spojrzy na ekran i sam podliczy” – spokojnie przekonywał go kelner

Grażynka zerwała się od stołu i podbiegła do nich.

„Natychmiast przestań!” – zwróciła się do męża – „Gzie masz kartę?”

Wyrwała mu ją z ręki. Wsadziła do czytnika przy terminalu. Wybiła kod.

„Transakcja odrzucona” – przeczytała na głos – „Gdzie są pieniądze?”

„Jak, gdzie? W banku!” – odpowiedział zdenerwowany

„Może szanowna pani zapłaci za męża” – zaproponował kelner

Wyciągnęła kartę z torebki. Włożyła do czytnika. Po chwili, niemal płacząc wyjaśniała kelnerowi

„Mamy wspólne konto. Nie wiem dlaczego bank odrzuca transakcję”

Kelner zaczął mówić, że musi zawiadomić oficera odpowiedzialnego za bezpieczeństwo na statku i że dalszą rozmowę na temat nie zapłaconego rachunku on z nimi poprowadzi. Grażynka zaczęła płakać, Edward odgrażał się.

Podszedłem do nich. Przeprosiłem kelnera za nieprzyjemną sytuację, wyciągnąłem swoją kartę i zapłaciłem rachunek, wręczając jednocześnie kelnerowi suty napiwek w gotówce.

„Niech pan zapomni o sprawie”

„Ależ oczywiście. Już nic nie pamiętam” – odpowiedział spoglądając na napiwek

Potem stanowczo odciągnąłem Grażynkę do naszego stolika. Edward podążał za nami w milczeniu. Usiedliśmy na chwilę przy stole.

„Słuchajcie. Muszę iść do kabiny. Jak mówiłem, mam chorobę morską, muszę się położyć…”

„Tak głupio wyszło. Edward cię zaprosił a ty musiałeś zapłacić” – Grażynka była niepocieszona

„Zaraz jak przybijemy do portu zadzwonię do syna. Niech dowie się w banku dlaczego zablokowali nam konto” – stanowczo stwierdził Edward

„Milcz lepiej, Edek” – zażądała Grażynka – „Porozmawiamy o tym jak będziemy sami”

Potem zwróciła się do mnie

„Janku, daj nam adres i telefon. Oddamy pieniądze po powrocie do kraju”

„Nie musicie nic oddawać. Miło mi było was spotkać”

„Ale…” – Grażynka chciała coś powiedzieć

„Zrewanżujecie się przy następnej okazji” – przerwałem jej – „Teraz naprawdę muszę już iść”

„Ale, Janku…” „Nie zatrzymuj go” – wtrącił Edward – „Nie widzisz, że on się zaraz porzyga”

„No właśnie” – stwierdziłem – „Spotkamy się jutro tutaj przy śniadaniu. Oczywiście o ile nie będzie bujało”

Uściskałem serdecznie Grażynkę na pożegnanie. Miałem takie wrażenie jakby chciała jeszcze coś powiedzieć. Edward podał rękę z przepraszającym uśmiechem

„Głupio wyszło, stary”

Nic nie odpowiedziałem.

Idąc do kabiny spojrzałem na zegarek. Dochodziła dwudziesta druga. Zajrzałem jeszcze do sklepu. Kupiłem butelkę wody mineralnej aby mieć czym popić wieczorną porcję lekarstw. W kabinie po przebraniu się w piżamę i położeniu do łóżka długo nie mogłem usnąć.

Wyciągnąłem czasopisma kupione przed podróżą. Spróbowałem czytać. Ale nic do mnie nie docierało. Wracające wspomnienia z ostatniego spotkania z Grażynką czterdzieści lat temu nie pozwoliły mi się skupić na lekturze czasopism.

Rano obudziła mnie miła spokojna muzyka dobywająca się z głośnika. Po chwili sympatyczny kobiecy głos poinformował o tym, że zbliża się godzina szósta trzydzieści i że śniadania już są wydawane w pokładowych restauracjach. Potem jeszcze dowiedziałem się, że prom przybędzie do Nynäshamn o zaplanowanej godzinie, to jest o trzynastej trzydzieści.

Wziąłem szybki prysznic, ubrałem się i już po kilkunastu minutach byłem w restauracji przy kasie do bufetu zwanego szwedzkim stołem. Nie było dużo ludzi. Nie widziałem wśród nich Edwarda i Grażynki. Wybrałem stolik niedaleko wejścia. Jadłem powoli obserwując wchodzących. Po około godzinie wyszedłem z restauracji. Poszedłem do recepcji.

Zapytałem w której kabinie podróżują państwo Radziwiłłowie. Recepcjonista uśmiechnął się usłyszawszy nazwisko. Uprzedziłem go

„Naprawdę tak się nazywają”

„Zaraz sprawdzę”

Szukał chwilę w komputerze

„Niestety. Nie mamy nikogo o takim nazwisku w kabinach…Może podróżują incognito?”

Zauważyłem, że z trudem opanował śmiech

„Wczoraj z nimi rozmawiałem…”

„Sprawdzę jeszcze listę pasażerów” – przerwał mi

Po chwili już bez kpiącego uśmiechu oznajmił

„A, tak. Zgadza się. mamy dwoje pasażerów o tym nazwisku. Pan Edward i pani Grażyna Radziwiłł… Mają wykupione fotele lotnicze”

„Gdzie ich znajdę?”

„Pokład wyżej”

Znalazłem ich od razu w pierwszym salonie z fotelami lotniczymi. Siedzieli przy oknie niedaleko wejścia. Fotele miały pochylone oparcia. Grażynka półleżała z podkulonymi nogami z twarzą zwróconą w stronę okna. Spała przykryta kocem. Edward leżał na wznak z szeroko otwartymi ustami. Chrapał bardzo głośno. Oprócz nich w salonie było jeszcze z pięć, lub sześć osób.

Podszedłem do nich ostrożnie, mimo to Grażynka się obudziła. Odwróciła się w moją stronę.

„Bardzo nie wyspana jestem” – stwierdziła nieco zażenowana

„Myślałem, że macie kabinę…”

Nagle Edward się obudził

„Co?! Co?!…A, to ty” – zauważył mnie

„Myślałem, że macie kabinę” – powtórzyłem – „Gdybym wiedział, że tak nie jest, zaprosiłbym was do mojej. Jestem w niej sam. Jedno łóżko jest wolne. Jakoś byśmy się pomieścili”

„Nie lubimy się dusić w tych ciasnych kabinach” – wyjaśnił Edward – „Tu jest przestronnie więcej powietrza, a po za tym te fotele są bardzo wygodne…Prawda kochanie?”

„Nie wyspałam się i zmarzłam. Gdybyś nie szastał tak naszymi pieniędzmi, to bym nie miała nic przeciwko aby się, jak mówisz, dusić w kabinie” – odpowiedziała nie ukrywając złości – „Przepraszam panów…Zaraz wrócę”

Po jej wyjściu usiadłem na jej fotelu. Mimo, że już byłem po śniadaniu postanowiłem zjeść z nimi jeszcze coś małego. Spojrzałem na zegarek

„Zapraszam was do restauracji. Dziesiąta się zbliża. Jeszcze serwują śniadania…”

„Dzięki stary. To ja polecę się wysikać…”

Po kwadransie wróciła Grażynka. Była już odświeżona i umalowana. Usiadła na miejscu męża „Gdzie jest Edward?”

„Poleciał się…To jest chciałem powiedzieć, udał się do toalety”

Gdy to mówiłem ukazał się w drzwiach i już od progu informował Grażynkę radośnie

„Słuchaj, kochanie. Janek zaprasza nas na śniadanie”

„No, właśnie! W pół do jedenastej jest” – zauważyłem – „Zdążymy jeszcze załapać się na śniadanie”

„Będę miała wyrzuty sumienia, że cię wykorzystujemy, Janku. Zawsze miałeś pod górkę i na pewno nie jest ci łatwo finansowo…”

„To się zmieniło, Grażynko…”

„No, przecież mówił, że pracuje w firmie teścia” – przerwał mi Edward – „Teraz na pewno nie ma pod górkę finansowo. Mam rację Janku?”

„Oczywiście. Praca w firmie teścia zawsze się opłaca. Obaj wiemy o tym”

„Powiedz coś o sobie, o rodzinie” – poprosiła Grażynka

„Powiem przy śniadaniu. Chodźmy do restauracji”

Kiedy usadowiliśmy się przy stole i zaczęliśmy jeść, pierwsza odezwała się Grażynka

„Obiecałeś opowiedzieć o sobie…Powiedz na początek jak poznałeś żonę”

„Moją, żonę Klarę poznałem w ośrodku dla bezdomnych…”

„O! Boże! Mieszkałeś w ośrodku dla bezdomnych?” – zapytała.

„Nie. Tak źle nie było…Pracowałem tam z kilkoma kolegami jako wolontariusz. Pewnego dnia dołączyło do nas kilka dziewczyn, wśród nich była Klara ”

„Rozumiem. A co robiliście poza tym wolontariatem?”

„Studiowaliśmy. Ja prawo, ona robiła dyplom z historii Szwecji. Stormaktstiden, czyli studiowała czasy kiedy Szwecja była wielkim mocarstwem militarnym i podporządkowywała sobie wiele krajów w zwycięskich wojnach. Studiowała historię tych wojen …”

„To raczej nietypowy zawód dla kobiety” – zauważył Edward

„Tak uważasz? W takim razie nasza córka ma jeszcze bardziej nie kobiecy zawód. Sara jest metalurgiem…”

„Metalurgiem?” – zdziwiła się Grażynka – „Czym zajmuje się metalurg?”

„Dokładnie nie wiem. Sara mówi, że optymalizuje proces wytwarzania stali, czy coś takiego. Tłumaczyła mi to kiedyś, ale jakoś to do mnie nie dociera. To nie moja działka. Sara pracuje w hucie…”

„Nie pracują w firmie ojca twojej żony?” – tym razem Edward się zdziwił

„Nie. Wybrały inną ścieżkę zawodową. Teść ma kancelarię notarialną. Miałem u niego praktyki. Potem pomógł mi zrobić aplikację notarialną. Jestem teraz jego wspólnikiem…Gdy teść przejdzie na emeryturę, przejmę po nim Kancelarię ”

„Człowieku! Masz taki zawód i jedziesz na saksy do Szwecji pracować na czarno!” – przerwał mi Edward

„Nigdy nie powiedziałem, że jadę pracować na czarno…”

„Przepraszam Janku. To ja powiedziałam…to znaczy, takie przypuszczenie wyraziłam, że pewnie będziesz pracował w Szwecji na czarno”

„Nie masz za co przepraszać Grażynko. Tak jakoś wyszło, że nie zdążyłem powiedzieć, iż mieszkam i pracuję w Szwecji od niemal trzydziestu ośmiu lat…”

„Jak trafiłeś do Szwecji” – zaciekawił się Edward

„Wspomniałem wcześniej, że krótko po tym jak ostatni raz widziałem się z Grażynką, powołany zostałem do wojska…”

„Pamiętam” – przerwał Edward – „Mówiłeś, że wysłali was do Czechosłowacji coś tam tłumić”

„Tak. Tłumić Praską Wiosnę”

„Co dalej?”

„To był bardzo zły okres w moim życiu. Najpierw wyrzucony zostałem ze Uniwerku. Potem śmierć babci, no i ta rozmowa z tobą Grażynko… Powołanie do wojska było pewną formą kary za udział w protestach marcowych, ale przyjąłem to nawet z pewnym zadowoleniem, a raczej nadzieją. Myślałem, że wojsko pomoże mi zapomnieć o tym wszystkim przykrym co mnie spotkało… Myliłem się. Do tego przyszedł ten najazd na kraj który właśnie próbował chociaż w części uwolnić się z objęć sowieckiego systemu… Przecież sercem byłem z nimi…. Już drugiego dnia pobytu udało mi się zdezerterować. Ukryłem się w piwnicy budynku obok którego rozpędzaliśmy demonstrację. Ktoś z demonstrantów widział jak się odłączyłem od naszych. Po godzinie przyszli do mnie. Dali mi cywilne ubranie. Pomogli się ukryć. Kilka dni później przerzucili mnie do Austrii. Poprosiłem o azyl. Otrzymałem tymczasowy paszport dla uchodźców. Zanim mój wniosek został rozpatrzony dowiedziałem się od kolegi, który przebywał w tym samym obozie dla uchodźców co ja, o wspólnym znajomym mieszkającym od kilku lat w Göteborgu w Szwecji. Pracował w stoczni. Napisałem do niego. Odpisał, że jeżeli potrafię spawać to może załatwić mi pracę w stoczni. Potrzebowano tam zawsze wykwalifikowanych pracowników. Opisałem, że oczywiście jestem spawaczem.

Wstawił się za mną u pracodawcy. Otrzymałem od stoczni oficjalną obietnicę zatrudnienia i pomoc w uzyskaniu mieszkania. Wszystko elegancko na papierze potwierdzone przez AMS, Urząd do Spraw Rynku Pracy zajmujący się także sprawami napływu cudzoziemskiej siły roboczej. Kolega przysłał mi to i pieniądze na podróż. Znalazłem się w Göteborgu.

Dwa dni mieszkałem u kolegi. Potem zawiózł mnie do stoczni. Kadrowiec z którym rozmawiałem po niemiecku wysłał mnie do majstra w warsztacie blacharskim. Majster nie zdziwił się gdy mu powiedziałem, że właściwie to nie umiem spawać

„Nie szkodzi. Znajdziemy dla ciebie coś innego” – odpowiedział

Wytłumaczył gdzie i jak wynajmę mieszkanie. Powiedział że jeden dzień powinien na to wystarczyć. Kazał przyjść do pracy za dwa dni

„A teraz idź do kadrowca który cię do mnie przysłał i załatw wszystkie formalności. Powiedz mu, że ja się zgadzam abyś u mnie zaczął za dwa dni” – powiedział i się pożegnał.

W kadrach załatwiłem wszystko w ciągu godziny. Dostałem też skierowanie na wieczorowe kursy języka szwedzkiego. W stoczni pracowałem do lata 75go…”

„Co tam robiłeś?” – zaciekawił się Edward

„Pracowałem fizycznie. Najpierw w transporcie wewnątrzzakładowym. Ładnie brzmi, ale praca była ciężka. Ciągnąłem wózki z kawałkami przyszykowanej blachy na różne stanowiska pracy przy prasach. Potem gotowe wyroby wywoziłem na inne stanowiska pracy. Po roku zacząłem pracować na prasie…”

„Miałeś kogoś?” – nagle zapytała Grażynka

Zaskoczyła mnie tym pytaniem. Chwilę się zastanawiałem co odpowiedzieć. Widocznie za długo się zastanawiałem, bo zanim zdążyłem odpowiedzieć Edward zareagował

„Co za pytanie zadajesz. Co cię to obchodzi czy miał kogoś, czy nie. W celibacie miał żyć, czy co?”

„Przepraszam Janku. Edward ma rację. To niewłaściwe pytanie. Nie wiem co mnie naszło, że je zadałam”

„Ależ nie. Dlaczego niewłaściwe. Na kursach językowych poznałem Lindę. Była nauczycielką szwedzkiego. Uczyła naszą grupę. Związałem się z nią. Mieszkaliśmy razem przez blisko pięć lat. To ona namówiła mnie abym kontynuował studia prawnicze. Miałem już dobrze opanowany język. Linda przyszykowała mnie abym eksternistycznie zaliczył gimnazjum…”

„Dobrze się urządziłeś” – wtrącił się Edward – „Słyszałem gdzieś, że obcego języka najszybciej człowiek nauczy się przez łóżko. He! He! He!”

„Przestań! Wulgarny jesteś!”

Grażynka bardzo się zdenerwowała. Zaraz jednak się opanowała i zwróciła się do mnie

„Mów dalej”

„Jak już wspomniałem, w stoczni pracowałem do 75go. Złożyłem wymówienie. Dostałem się na Uniwersytet W Göteborgu. Ukończyłem go…”

Przerwałem nagle. Zastanawiałem się chwilę czy jest sens opowiadać w szczegółach o moim życiu.

„Wkrótce poznałem Klarę…” – kontynuowałem

„A co z Lindą…rozstaliście się?”

Milczałem chwilę. Wróciły bolesne wspomnienia. Grażynka przerwała ciszę

„Przepraszam. Znowu zadałam niewłaściwe pytanie”

„Kilka miesięcy po tym jak rozpocząłem studia Lindę potrącił pijany kierowca…Zginęła na miejscu”

„Och, Boże! Co za tragedia”

„No, cóż. Wypadki się zdarzają…” – zauważył Edward

„Ty się lepiej nie odzywaj” – przerwała mu Grażynka

„Edward ma rację. Wypadki się zdarzają. Nauczyłem się jednak, że czas goi wszystkie rany. Życie toczy się dalej i trzeba myśleć o przyszłości…” – zamyśliłem się na chwilę – „Dobra! Wystarczy tych wspomnień. W pół do pierwszej już jest. Czas się pożegnać…”

Mówiąc to wyciągnąłem wizytówkę. Podkreśliłem na niej prywatny telefon i adres. Edward przyglądał się wizytówce dokładnie

„Mieszkasz w… Jak się to czyta?” – zapytał

„W Trosa. Urocze miasteczko niedaleko na południe od Sztokholmu…” –odpowiedziałem

Edward schował moją wizytówkę w metalowym pudełeczku i wyciągnął z niego swoją

„Tu są wszystkie telefony do nas do domu i do firmy. Adres masz na odwrocie”

Podczas gdy studiowałem wizytówkę Grażynka zapytała

„Co robiłeś teraz w Polsce?”

„Żona kupiła dla mnie tygodniowy pobyt w sanatorium, w Ciechocinku.”

Przerwaliśmy rozmowę. Właśnie nadawano komunikat dla pasażerów pieszych, aby odebrali bagaże z przechowalni i udali się do wyjścia znajdującego się przy recepcji.

Pożegnaliśmy się obiecując sobie zadzwonić kiedyś.

Udałem się do kabiny spakować rzeczy i oczekiwać na otwarcie pokładu samochodowego. Nie musiałem długo czekać. Na pokładzie samochodowym niemal wszyscy byli już w samochodach. Ponieważ w Gdańsku wjechałem na prom jako jeden z ostatnich to teraz musiałem czekać na wyjazd, aż wszyscy co stoją przede mną opuszczą prom.

Gdzieś w przodzie pojawiło się światło dzienne. Domyśliłem się, że otworzono wrota przez które będziemy wyjeżdżać. Po chwili je zamknięto. Potem znowu otwarto. Powtórzyło się to kilka razy. Kilku mężczyzn wyszło z samochodów i udało się zobaczyć co tam się dzieje. Niebawem wrócili. Słyszałem jak rozmawiali o tym, że coś się zepsuło w mechanizmie otwierającym wrota i że nie można otworzyć je całkowicie. Po chwili doszły do nas odgłosy uderzania czymś ciężkim w metal. Kilka osób znowu udało się w tamtą stronę. Wyszedłem z auta i podążyłem za nimi. Przy częściowo uchylonych wrotach kilku członków załogi uderzało potężnymi młotami w jakąś dźwignię. Walili tak z piętnaście minut zmieniając się po kilku uderzeniach. W pewnym momencie coś puściło i wrota otworzyły się na całą szerokość. Z zewnątrz opuszczono pomost i pierwsze samochody mogły zacząć wyjeżdżać.

Wśród gapiów zrobił się ruch. Wszyscy, ja też, w pośpiechu ruszyli do swoich samochodów. Na wyjazd musiałem czekać jeszcze ze dwadzieścia minut. Przejazd przez wrota odbywał się bardzo niemrawo.

Z promu wyjechałem prawie z godzinnym opóźnieniem. Na szczęście nie było odprawy celnej dla aut z zachodnią rejestracją. Zauważyłem kilka samochodów stojących do odprawy celnej w kolejce z boku. Wszystkie miały rejestrację polską.

Po kilku kilometrach zatrzymałem się na niewielkim parkingu. Zadzwoniłem do Klary aby powiedzieć, że przyjadę później z powodu awarii wrót na promie. Porozmawialiśmy jeszcze chwilę i gdy już skończyliśmy i miałem właśnie ruszać zadzwonił telefon. Na wyświetlaczu pojawił się polski numer

„Tak, słucham” – odezwałem się po polsku

„Janku” – usłyszałem Grażynkę – „Pomóż nam. Ten Mirski nie przyjedzie po nas…”

„Jaki Mirski?” – przerwałem jej

„No, ten książę Mirski do którego jedziemy. Nie było go przed terminalem. W końcu Edward zadzwonił do niego. Okazało się, że od dwóch dni, książę zasrany, ma na kole samochodu założoną klamrę przez parkingowych i nie może przyjechać. Polecił nam abyśmy przyjechali o własnych siłach…”

Grażynka przerwała wybuchając płaczem. Nie chciałem jej przerywać

„Halo! To ja” – usłyszałem Edwarda – „W głupiej sytuacji się znaleźliśmy. Sami do niego nie trafimy, a na taksówkę nas nie stać. Wiesz, że konto mam zablokowane i tylko trochę gotówki mam w kieszeni…”

„Gdzie mieszka książę Mirski?” – przerwałem mu

„Poczekaj chwilę…Mam tu gdzieś zapisane po polsku tak jak się to wymawia…Zaraz, o! mam! Szerholmen, ulica Szerholmsgangen, czy coś takiego zaraz przy wylocie torów metra. Tam jest numer, zaraz. Grażynko jaki tam jest numer do Mirskich?”

Chwilę rozmawiał z żoną ale nie zrozumiałem o czym

„Janku nie mamy numeru ulicy, ale tam łatwo trafić. Jak już tam będziemy to trafimy. Mógłbyś nas podwieś? Jesteśmy w strasznej sytuacji…”

„Ok. gdzie jesteście?”

„W poczekalni, w terminalu”

„Będę tam za dwadzieścia minut”

„Świetnie! Uratowałeś nam życie. Dzięki!”

Jeszcze jeden telefon do Klary. Wyjaśniłem, że przyjadę jeszcze później niż myślałem

„Co się stało?”

„Muszę ratować rodaków z opresji. Wyjaśnię ci w domu. Nie czekaj na mnie z jedzeniem”

Zauważyłem ich już z daleka. Czekali przed terminalem. Przerwali rozmowę gdy podjechałem. Wysiadłem z auta otworzyć bagażnik. Edward spojrzał zaskoczony na mojego starego Golfa.

„Jaki mały samochód. Byłem pewien, że masz coś większego”

„Nie stać mnie na innego” – odparłem

Z trudem umieściliśmy ich cztery duże walizy. Jedną położyłem na tylnej kanapie obok Grażynki. Edward usadowił się obok mnie.

„Wiesz gdzie jest ten Szerholmen?” – zapytał

„Mniej więcej. Nigdy tam nie byłem”

„Mieszkasz tyle lat w Szwecji i nie byłeś w Sztokholmie?” – zdziwił się

„Wiesz, nie odwiedzam tak wykwintnych dzielnic”

Myślę, że Edward nie zauważył ironii w mojej odpowiedzi. Podczas gdy Grażynka siedziała milcząca, Edward zaczął opowiadać jak śliczne czteropokojowe mieszkanie na czwartym piętrze posiadają Mirscy.

„Co prawda obok jest wylot tunelu metra i słychać pociągi, ale ma to swój urok, prawda kochanie?”

„Nie odzywaj się do mnie”

„Uspokój się.” – odwarknął i zwrócił się do mnie – „Nie wiem dlaczego Maciek nie odbiera telefonu. Spróbuję zadzwonić jutro z rana. Niech sprawdzi w banku co z naszym kontem…”

Zdenerwowana Grażynka przerwała mu

„Nie ma co sprawdzać. Trzeba go poprosić aby pożyczył nam pieniądze i wpłacił na konto… Boże czego się doczekałam! Muszę pożyczać pieniądze od własnego syna, bo mąż nasze roztrwonił”

„Nie roztrwoniłem, Grażyno. Sama mówiłaś że szlachectwo zobowiązuje. Uzgodniliśmy, że będziemy wpłacać na szczytne cele…”

„Szczytne cele!” – przerwała mu – „Na ten twój Ruch Monarchistyczny. Wodzą cię za nos i doją jak mleczną krowę, a ty głupi płacisz…”

„Przestań. Ta rozmowa do niczego nie prowadzi!” – zażądał

„Chcesz żebym przestała, tak?… Otóż wyobraź sobie, że nie mogę przestać! Mam już tego dość. Teraz też wieziemy daninę dla księcia zasranego. Dwie walizy polskich kiełbas i innego żarcia…”

„Jesteśmy już na miejscu” – przerwałem im – „To jest ulica Särholmsgången. Który to budynek Edwardzie?”

Edward rozejrzał się i oznajmił, że trzeba jechać dalej. Po chwili poznał drogę którą chodził od mieszkania Mirskich do piętrowych parkingów gdzie na najniższym poziomie znajdował się największy w Europie pchli targ.

„To zaraz tutaj po prawej stronie” – zauważył

Wyjaśnił jak podjechać najbliżej klatki schodowej budynku stojącego nieco w głębi ulicy. Zatrzymałem samochód. Wysiedliśmy i zacząłem wyładowywać bagaże. Jeszcze raz się pożegnaliśmy. Grażynka zapewniła mnie, że będzie wdzięczna do śmierci za okazaną pomoc. Edward z kolei rzeczowo zapytał ile jest mi winien za ten nieplanowany kurs.

„Nie wiem. Najlepiej zapytaj księcia Mirskiego ile płaci taksiarzom za jazdę od promu w Nynäshamn do domu”

„He! He! He! Dowcipny jesteś. W każdym razie dziękuję i mam nadzieję, że będę miał okazję się odwdzięczyć”

„Do zobaczenia Janku!” – powiedziała Grażynka chwytając jedna z waliz

„Do zobaczenia” – odpowiedziałem

Otworzyłem drzwi aby wejść do auta, ale zmieniłem zamiar

„Słuchaj Edward. Zanim odjadę zadzwoń do księcia i sprawdź czy jest w domu. Nie chciałbym się jeszcze raz wracać z drogi, gdyby się okazało, że go niema”

Edward zatrzymał się w pół kroku. Zastanawiał się nad czymś. Chyba chciał coś powiedzieć. Grażynka go uprzedziła

„No, na co czekasz?! Zadzwoń! Janek ma rację”

Edward niechętnie wyjął telefon. Odszukał numer. Długo czekał aż ktoś odbierze.

„To ja. Stoimy pod klatką schodową. Mógłbyś zejść pomóc wnieś walizki?…Świetnie! Czekamy”

Nie minęły trzy minuty i w drzwiach klatki schodowej ukazał się niewysoki mężczyzna w pantoflach i ciemno-kraciastej podomce przewiązanej szerokim czerwonym pasam z atłasu

„Pozwól Janku, że ci przedstawię, Adam książę Mirski… Adamie To pan Janek Kopeć. Kolega Grażyny z czasów szkolnych. Spotkaliśmy się na promie. Janek był tak dobry i podwiózł nas do ciebie” – Edward przedstawił nas sobie.

Zauważyłam już przy innych okazjach, że niektórzy ludzie, mimo niskiego wzrostu potrafią spojrzeć na kogoś wyższego od nich z góry. Tak było teraz.

Mirski spojrzał na mnie łaskawym wzrokiem, po chwili odwrócił wzrok w stronę Edwarda pytając go o pogodę w czasie podróży, jednocześnie, powoli podając mi rękę. Podał mi ją w taki sposób, jaki robią to kobiety, kiedy podają dłoń do ucałowania. Rozśmieszyło mnie to do tego stopnia, że chciałem przyklęknąć i ucałować podaną mi dłoń. W ostatniej chwili się powstrzymałem. Pomyślałem, że byłaby to z mojej strony kpina szyta zbyt grubymi nićmi. Uścisnąłem podaną rękę silnie, tak bardziej po chamsku. Książę syknął dyskretnie, i nie patrząc w moją stronę zwrócił się do Edwarda

„Chodźmy na górę”

Z jedną walizką w ręku, przepuścił Edwarda przodem przez drzwi do klatki schodowej. Edward z dwoma walizkami przeciskał się niezdarnie przez samozamykające się ciężkie metalowe drzwi. Grażynka stała kilka kroków za nimi. Ruszyła w stronę klatki schodowej, kiedy panowie byli już za drzwiami, które się za nimi zamknęły. Postawiła walizę obok i otworzyła drzwi. Jak tylko schyliła się po walizkę, drzwi zaczęły się zamykać przyciskając ją. Podbiegłem przytrzymać drzwi. Podziękowała z uśmiechem i po cichu powiedziała

„Przepraszam cię Janku za tych błaznów”

W domu byłem po godzinie. Opowiedziałem Klarze o spotkaniu koleżanki ze szkoły i jej mężu z książęcym tytułem.

„Trzeba było ich zaprosić do nas. Nigdy nie gościliśmy książęcej pary”

Klara powiedziała to całkiem poważnie.

„Może jeszcze będziemy mieć okazję ich gościć” – odparłem

Kilka dni później w sobotę, jak zawsze leżeliśmy długo w łóżku obłożeni starymi gazetami które nie mieliśmy czasu przeczytać w tygodniu. Właśnie podnosiłem się aby wstawić kawę gdy zadzwoniła moja komórka. Na wyświetlaczu pojawił się polski numer. Odezwałem się po polsku

„Kopeć, słucham”

„Cześć stary!” – poznałem go od razu – „Słuchaj, przykra historia nam się wydarzyła. Nie możemy dłużej mieszkać u Mirskich, a prom do Polski mamy dopiero w poniedziałek. Nie wiemy co robić… Halo! Halo!…Coś przerywa…Janku oddzwoń na ten numer!”

Znam ten trik. Rozmowa z zagranicy na zagraniczny numer kosztuje. Lepiej wymyśleć jakiś powód aby rozmówca oddzwonił na swój koszt.

„Kochanie” – zwróciłem się do Klary – „Wszystko wskazuje na to, że będziemy gościć parę książęcą”

„O! Co się stało?”

„Jeszcze nie wiem co się stało, wiem tylko że nie mają się gdzie podziać, a prom mają za dwa dni, w poniedziałek”

„Pomóż im znaleźć hotel”

„Nie wchodzi w rachubę. Są bez grosza”

„No to niech przyjeżdżają do nas”

Oddzwoniłem na telefon Edwarda. Odebrał natychmiast

„Pomóc wam załatwić hotel?” – zapytałem

„Sam bym sobie załatwił, ale nie mamy pieniędzy. Maciek nie daje sobie rady z tym naszym bankiem. Żądają od niego jakiegoś upoważnienia aby mógł występować w naszym imieniu. Jednym słowem jesteśmy w kropce…”

„Dobra. Zapraszamy do nas. Traficie sami, czy przyjechać po was?” – zapytałem

Znałem odpowiedź. Sam siebie w myślach skarciłem, za to, że takim pytaniem się po prostu nad nim znęcam. Nie czekając na odpowiedź szybko dodałem

„Chyba lepiej, jak po was przyjadę. Do nas nie tak łatwo trafić”

„Chyba tak będzie lepiej” – odpowiedział z wyraźną ulgą w głosie

„W takim razie za godzinkę spotykamy się pod domem księcia Mirskiego…”

„Nie! Nie! Nie tam. Jesteśmy w Ikei. Siedzimy przy kasach. Wiesz gdzie to jest?”

„Wiem. Nie ruszajcie się stamtąd”

Wstaliśmy obydwoje z łózka. Klara zabrała się za przyszykowanie dla mnie kawy, którą ja zwykle w soboty zaparzam. Ja, ubierając się powiedziałem jej, że Edward i Grażynka są w Ikei.

„Musieli przejść do Ikei z walizkami jakieś cztery kilometry” – powiedziałem do Klary

„Może ich podwiózł ten u którego mieszkali?” – odpowiedziała

„Mam takie przeczucie, że jednak szli na pieszo”

Ustaliłem z Klarą, że w poniedziałek pojadę do kancelarii po południu. Najpierw odwiozę naszych gości na prom do Nynäshamn.

„Nie będę wam towarzyszyć. W poniedziałek muszę wstać o szóstej. Mam spotkanie ze studentami w Sztokholmie” – zastrzegła się Klara.

„Dam sobie radę” – odparłem.

Jeszcze przed zjedzeniem śniadania zadzwoniłem na domowy telefon Ingrid, naszej sekretarki w kancelarii i poprosiłem ją aby przełożyła moje przedpołudniowe spotkanie z klientem w poniedziałek na godzinę osiemnastą.

Szybko zjadłem śniadanie. Klara zabrała się za przyszykowanie pokoju gościnnego. Wyszedłem przed dom. Chwilę zastanawiałem się którym autem po nich pojechać. Wsiadłem do naszego Saaba.

W Ikei byłem kwadrans po jedenastej. Odnalazłem ich bardzo szybko. Jedli hot dogi przy stoisku z tymi przysmakami znajdującym się tuż przy kasach.

„O! Świetnie, że już jesteś!” – ucieszył się Edward – „Pozwól, że dokończymy jeść i możemy jechać”

„Edward już czwartego zjada” – powiedziała Grażynka z pełnymi ustami

„Niesamowite” – Edward był zachwycony – „Tylko pięć koron za sztukę. Niedawno jedliśmy takie same w Sztokholmie i zapłaciliśmy osiemnaście koron”

„Tylko w Ikei są po pięć koron” – odpowiedziałem

„Dlaczego tylko tutaj?”

„To zasługa właściciela Ikei, Ingvara Kamprada. Powiedział kiedyś, że póki on żyje to u niego bułka z kiełbaską będzie kosztować pięć koron”

„To w takim razie dokłada do tego interesu” – zauważył Edward

„Stać go na to” – odpowiedziałem – „Zanim przyjedziemy do domu minie trochę czasu. Może kupić wam jeszcze po jednym hot dogu?”

„Zjadłam dwa i mnie wystarczy…”

„Chętnie zjadłbym jeszcze jednego” – przerwał jej Edward

Kupiłem dla Edwarda i dla siebie. Kupiłem też trzy kawy. Dziesięć minut potem byliśmy w drodze na parking. Mieli ze sobą tylko dwie walizki. Wziąłem jedną. Drugą dźwigał Edward.

„Zdaje mi się, że mieliście cztery walizki” – zauważyłem

„Nie były nasze…”

„Tak. Nie nasze…Tylko czyje?” – Grażynka powiedziała to w wyraźną goryczą

„Grażyno! Przestań. To nie miejsce na dyskusję o walizkach”

Nie przerywałem im. Miałem ochotę zapytać dlaczego musieli opuścić mieszkanie Mirskich, ale postanowiłem czekać, aż sami to wyjaśnią.

„O! jakie ładne auto” – zareagował Edward, gdy podeszliśmy do Saaba – „Nowe?”

„Kilkuletnie”

Ruszyliśmy i po kilku minutach jechaliśmy na południe autostradą E4.

„Ładne auto. Który to rocznik?”

„Dwa tysiące piąty”

„U nas Saaby nie są zbyt popularne. Podobno często się psują. Części drogie…”

„Przestań gadać o samochodach!” – przerwała mu Grażynka – „Jankowi należy się wyjaśnienie, dlaczego nas zasrany książę wyrzucił z domu!”

„Zaraz wyrzucił” – oburzył się Edward – „Po prostu niespodziewane okoliczności sprawiły, że nie mógł nam udzielić dalszej gościny”

„O czym ty pieprzysz, Edek?!” – Grażynka się zdenerwowała – „Powiedz jak jest. Oszukał ciebie z tym twoim tytułem książęcym. Zwodził od trzech lat. Brał pieniądze na wyjazd do Ameryki południowej i innych krajów aby grzebać w archiwach i szukać potwierdzenia twojego prawa do tytułu. Nigdzie nie był i niczego nie szukał, ale wycyckał cię z pieniędzy. Twoja próżność sprawiła, że zostaliśmy w obcym kraj bez grosza…”

„Mam jeszcze czterysta koron” – przerwał jej

„Ty chyba jeszcze nie wytrzeźwiałeś?!…Czterysta koron!…”

„Grażyno! Przestań!” – przerwał jej

„Właśnie, że nie przestanę! Mam tego dość!…Nie przerywaj mi! Muszę się wyładować!”

Edward zamilkł zrezygnowany. Grażynka zwróciła się do mnie

„Wczoraj wieczorem obaj się schlali i wzięli się za łby jak smarkacze. Książęta zasrani!…”

„Grażyno…”

„Nie przerywaj mi!…Janku, oni od dawna wiedzieli, że ten tytuł Edkowi się nie należy…”

„Jacy oni?” – przerwałem jej

„No, cały ten Ruch Monarchistyczny. Ta druga rodzina Radziwiłłów, ta wiesz, prawdziwa, przez wszystkich uznawana, ta rodzina już dawno złożyła dokumenty w których jasno stoi, że nazwisko Edka jest przekręcone. W dwudziestym pierwszym roku, jakiś pijany klecha w parafii w Wólce Piasecznej przekręcił nazwisko…”

„Wólka Piaseczna, gdzie to jest?” – zapytałem

„Niedaleko tego Goniądza z którego rzekomo ród Edka pochodzi, na Podlasiu, w Białostockiem…No, więc pijany ksiądz przekręcił nazwisko noworodka zgłoszonego do chrztu. Tym noworodkiem był Marcin, ojciec Edka. Jego rodzice nazywali się Radywił Józef i Marianna…”

„Nie słuchaj jej Janku” – wtrącił Edward – „Sfałszowano wpisy w księgach parafialnych i zmieniono nazwisko moich dziadków…”

No i zaczęło się. Na szczęście Edward siedział obok mnie a Grażynka za mną. Pasy bezpieczeństwa nie pozwoliły im się do siebie zbliżyć i chyba tylko dlatego nie doszło do rękoczynów. Niemal całą drogę wyrzucali sobie różne żale. Nie zważali na moją obecność. Kilka kilometrów przed Trosą wtrąciłem się

„Słuchajcie. Zaraz będziemy w domu. Klara mówi trochę po polsku. Była rok na stypendium w Krakowie na Uniwersytecie…Będzie bardzo zaniepokojona jak będziecie się przy niej kłócić. Na pewno nie wszystko zrozumie. Będzie chciała aby jej tłumaczyć i wyjaśniać o co chodzi. Nie chcę ją w wasze sprawy wciągać. Umówmy się, że przez te dwa dni, kiedy będziemy razem, zawieszacie topór wojenny… Mam nadzieję, że będzie nam miło was gościć”

„Przepraszam Janku. Masz rację. Niepotrzebnie dałam się ponieść”

Chwilę jechaliśmy w milczeniu

„Trzeba coś powiedzieć twojej żonie, wytłumaczyć, dlaczego nie możemy tak nagle mieszkać u Mirskich” – zauważył Edward

„Bo żeś się z nim za łby wziął!”

„Grażyno, przestań…”

„To co powiemy Klarze?” – szybko wtrąciłem aby nie dopuścić do nowej sprzeczki

„Proponuję powiedzieć, że Mirskiego interesy zmusiły do natychmiastowego wyjazdu za granicę, a księżna Beata…”

„Księżna zasrana…” – wtrąciła Grażynka

„A Beata, jego żona” – kontynuował Edward – „Jest ciężko chora. Prawie nie wstaje z łóżka i nie mogłaby się nami zajmować”

„Bardzo dobre wytłumaczenie” – wtrąciłem szybko, aby uprzedzić ewentualny protest Grażynki – „Klarze powinno to wystarczyć. A tak między nam, to czym zajmuje się ten…No, Mirski?”

Chciałem powiedzieć książę Mirski, ale w ostatniej chwili powstrzymałem się z tym księciem. Tytułowanie Mirskiego księciem na pewno spowodowałoby ponowny wybuch Grażynki

„Mirski jest w Zarządzie Scanii, tej pobliskiej fabryki ciężarówek…”

„W jakim Zarządzie, Edek. Co ty pieprzysz?! W Zarządzie i na trzy zmiany do pracy zasuwa, żeby utrzymać tą ciężko chorą księżną która od lat nie pracuje…”

„Co jej jest?” – znowu wszedłem im w słowo

„Od lat jest na zwolnieniu lekarskim. Pracowała w szpitalu. Ma problemy z kręgosłupem” – wyjaśnił Edward

Podjechałem pod nasz domek nad rzeką. Na podjeździe nie było Golfa. Domyśliłem się, że Klara pojechała po zakupy. Wysiedliśmy z auta. Podchodząc do drzwi wejściowych Edward rozglądał się taksującym wzrokiem po naszym domku

„Nie wiem dlaczego, ale myślałem, że macie coś większego, a tu stary drewniaczek ” – Edward powiedział to z wyraźnym niesmakiem

„Nie stać nas na rezydencję” – odpowiedziałem

Zanieśliśmy walizki do pokoju gościnnego na górze. Klara już tam wszystko przyszykowała. Łózko było pościelone, ręczniki naszykowane. Grażynka wzięła jeden i poszła do łazienki się odświeżyć. Ja z Edwardem zeszliśmy na dół.

Wyciągnąłem z lodówki dwa piwa. Ucieszył się.

„Łeb mi pęka od wczoraj. Piwo dobrze mi zrobi” – po chwili dodał – „Wiesz, popiłem trochę wczoraj z Adamem…”

„Z jakim Adamem?”

„No, z Mirskim…”

„Aha! Rozumiem”

„Wkurzył mnie przy tym strasznie. Dałem mu w ryj i zrobiło się nieprzyjemnie…”

„O ten tytuł poszło, prawda?”

„Nie. Nie o tytuł. Od jakiegoś czasu miałem przeczucie, ze gówno z tego będzie. Nie zdziwiłem się jak mi o tym powiedział zaraz pierwszego dnia jak przyjechaliśmy.

Wczoraj przy wódce przyznał, że zarówno on jak i Regent Wielki Książe Wierzchowski i wszyscy tam na górze od trzech lat wiedzieli od tych drugich Radziwiłłów, że są te dokumenty w sprawie przekręcenia nazwiska mojego ojca. Nic mi o tym nie mówili. Zwodzili przez tyle czasu…”

„Rozumiem. Każdy by się zdenerwował”

„No właśnie. Mirski mi o tym wczoraj powiedział…A, wiesz co mnie tak najbardziej wkurzyło, że nie wytrzymałem i dałem mu w ryja?”

„Nie mam pojęcia”

„Jak już sobie popił to powiedział…Wiesz, ze śmiechem powiedział, że przez te trzy lata nie mówili mi o tym, że tytuł mi się nie należy, bo nie chcieli aby było mi przykro!”

W tym momencie weszła do domu Klara, więc musieliśmy przerwać naszą rozmowę. Przedstawiłem ich sobie, chwilę potem z góry zeszła Grażynka. Klara poprosiła mnie abym pomógł przynieść zakupy z samochodu. Przeprosiliśmy ich i wyszliśmy przed dom

„Jak mam się do nich zwracać?” – Klara była w rozterce

„Normalnie, po imieniu”

„Nie obrażą się jak pominę tytuł książęcy?”

„Na pewno nie. Myślę, że mają już dość tego tytułu…”

„Jak to?”

„Wyjaśnię ci to wieczorem jak będziemy sami”

Wróciliśmy do domu. Grażynka i Edward poszli na górę rozpakować swoje rzeczy. Klara szybko nakryła stół. W zasadzie wszystko miała przygotowane w lodówce.

Gdy już można było siadać do stołu udałem się na górę poprosić ich o zejście na dół. Przy stole Grażynka zwróciła się do Klary po angielsku. Klara odpowiedziała po polsku. Poprosiła abyśmy rozmawiali po polsku, że dużo rozumie co się do niej mówi, ale z wymową ma trudności i że cieszy się ze spotkania z nimi, ponieważ będzie miała możliwość poćwiczyć mówienie po polsku.

Zauważyłem, że Edward przyjął tą informację z ulgą.

Przy stole rozmawialiśmy o czymś nieważnym. Klara zainteresowała się pogodą w Polsce. Edward odpowiedział coś nie na temat. Przerwałem mu i powiedziałem, że w Ciechocinku pogoda była wspaniała, w Łodzi też

„Rozumiem, że byłeś u babci na cmentarzu” – zauważyła Klara

„Wpadłem tam na kilka godzin”

Potem Klara zaserwowała kawę i ciasto po które pojechała do cukierni.

„Świetna kawa” – zauważył Edward – „Jeszcze lepsza byłaby z koniakiem…He! He! He!”

Podniosłem się od stołu i z barku wyciągnąłem koniak. Edward wodził za mną wzrokiem. Zauważył zawartość barku

„O! Nieźle zaopatrzony barek”

Chciałem coś odpowiedzieć ale uprzedziła mnie Klara

„Ty Edward, Litwinem jesteś, Prawda?”

„Ja? Ależ broń Boże!” – oburzył się – „Polakiem jestem z dziada pradziada”

„Dziwne. Jestem przekonana, że wszyscy Radziwiłłowie pochodzili z Litwy…”

„Na pewno nie wszyscy. Jednym z moich przodków był Bogusław Radziwiłł…”

„Znam, znam” – przerwała mu Klara – „W tysiąc sześćset pięćdziesiątym piątym, dwudziestego października podpisał razem ze swoim stryjecznym bratem Januszem Radziwiłłem układ w Kiejdanach w którym zerwał Unię polsko litewską i de facto zdetronizował polskiego króla Jana II Kazimierza Wazę. Dzięki temu królem Polski mógł zostać król Szwecji Karol X Gustaw. Wielu polskich historyków uważa tych dwóch Radziwiłłów za zdrajców…”

„Coś podobnego! W takim razie moim przodkiem musiał być inny Bogusław” – Edward był wyraźnie zdenerwowany

„Co to ma za znaczenie dzisiaj” – przerwałem tą dyskusję

„Właśnie, że ma” – wtrąciła Grażynka – „Nie czuję się komfortowo wiedząc, że jestem żoną potomka zdrajcy Polski”

„Nie przesadzaj Grażyno. Nie jest pewne, że to ten sam Bogusław…A zresztą diabli wiedzą jak było z nazwiskiem mojego ojca…”

„A! Tu cię mam…” – triumfowała Grażynka

„Słuchajcie! Słuchajcie!” – przerwałem im – „Proponuję udać się na spacer. Pokażemy wam jak piękne jest nasze miasteczko”

„Idźcie sami. Muszę posprzątać ze stołu i wstawić zmywarkę” – powiedziała Klara

„Też zostanę” – zadeklarowała Grażynka – „Pomogę ci”

Podniosłem się od stołu, podszedłem do barku

„Masz ochotę na jednego głębszego przed spacerem?” – zapytałem Edwarda

„Bardzo chętnie” – odpowiedział zrywając się od stołu

Nalałem po kieliszku wódki.

Wyszliśmy z domu. Po chwili byliśmy nad rzeczką.

„Nie przeszkadza wam ten kanał pod samymi oknami? Pełno komarów musi tu być”

„To nie kanał tylko rzeka. Nazywa się tak samo jak miasteczko. A jeśli chodzi o komary to nie ma ich tu więcej niż gdzie indziej”

Jak zwykle wzdłuż rzeki spacerowało dużo ludzi. Mimo drugiej połowy października było dużo turystów. Zaproponowałem przespacerować się w stronę ujścia rzeczki

„Chwileczkę” – zatrzymał mnie Edward – „Niech no się przyjrzę waszemu domowi”

Przez chwilę oceniał go wzrokiem. Popukał w deski elewacji, i krytycznie ocenił okna

„Stary, nie gniewaj się na to co powiem, wydaje mi się, że ta chałupka zaraz się rozleci ze starości. Nie lepiej to rozebrać i postawić w tym miejscu coś solidniejszego, murowanego? W każdym razie okna powinieneś zmienić jak najszybciej. W Polsce kupisz tanio nowoczesne plastykowe”

„Ten dom wybudował pewien rybak w tysiąc osiemset pięćdziesiątym drugim. Stoi od tego czasu i się nie rozsypał. Co do okien, to jak się im bliżej przyjrzysz zauważysz że to rekonstrukcja. Są nowoczesne. Mają trzy lata i zrobione są tak aby wyglądały jak stare. To samo dotyczy elewacji i dachu. Takie są wymagania konserwatora zabytków. Tylko środek wolno unowocześnić. Jak zauważyłeś mamy wszystkie wygody. Stare piece kaflowe pozostawione są dla ozdoby. Kominek rozpalamy tylko w celu stworzenia odpowiedniego nastroju. Cały dom ma ogrzewanie podłogowe…Ten dom kosztował nas majątek…”

„Może,…Może, ale wyglądu to on nie ma”

„Przyjrzyj się innym domom tu nad rzeczką. Prawie wszystkie są równie stare i równie cholernie drogie. Całość tworzy tą niezapomnianą atmosferę, która ściąga do Trosy tysiące turystów. Żeby kupić tutaj taki stary domek nie wystarczy mieć kupę pieniędzy. Ludzie nie chcą ich sprzedawać…”

„To jak go kupiłeś?” – przerwał mi

„Większość tych domów przechodzi jak to się mówi z ojca na syna, a dokładniej pozostają w rodzinie. Nasz dom ojciec Klary odziedziczył po swoich rodzicach. Jego ojciec był tu znanym adwokatem. Teść sprzedał dom córce i wyprowadził się do budynku wielorodzinnego niedaleko stąd. Przeszkadzały mu tłumy turystów pod oknami…”

„Jak to, sprzedał córce? Nie mógł jej podarować?”

„Wierz mi, że z powodów podatkowych było to najlepsze rozwiązanie. Wszyscy jesteśmy zadowoleni, że tak się ta transakcja zakończyła. Gdy przyjdzie na to czas, też sprzedamy ten dom córce”

„No to musicie mieć tu w Szwecji nieźle pojebane przepisy podatkowe, jeśli musicie chwytać się takich metod aby je ominąć”

„I tu, Edwardzie zgadzam się z tobą w stu procentach”

Szliśmy dalej w milczeniu. Od czasu do czasu, próbowałem zwrócić uwagę Edwarda na coś ciekawego, ale zauważyłem, że tylko przez grzeczność spoglądał we wskazywanym przeze mnie kierunku. Przechodziliśmy właśnie przez port gościnny znajdujący się wzdłuż ujścia rzeczki.

Najbardziej zainteresowały go stojące, mimo końca października, jachty i łodzie motorowe. Po drugiej stronie rzeczki, na terenie niewielkiej stoczni jachtowej i znajdującego się obok klubu żeglarskiego, ludzie krzątali się przy wyciągniętych na ląd żaglówkach i łodziach, myjąc i szykując je na przezimowanie. Doszliśmy w ten sposób do końca wąskiego falochronu oddzielającego port gościnny od znacznie większego basenu portowego. Zatrzymaliśmy się na samym końcu falochronu

„Wiesz gdzie się w tej chwili znajdujemy?” – zapytałem

„No, gdzie?”

„Jesteśmy przy Wärldens Ände, czyli po polsku, przy Krańcu Świata”

Opowiadałem chwilę o pochodzeniu tej nazwy. Zauważyłem, że Edward myślami był gdzie indziej

„Halo! Jesteś tutaj?!” – zapytałem

„Przepraszam. Zamyśliłem się. Gdzie jesteśmy?”

Opowiedziałem krótko jeszcze raz gdzie jesteśmy

„Interesujące” – odparł

„Widzę, że coś cię gnębi. Powiedz o co chodzi. Może mogę pomóc?”

„Nie, nic mnie nie gnębi. Zamyśliłem się patrząc na te piękne łódki i jachty. Wiesz, książę…” – żachnął się – „Wiesz, Mirski ma piękny jacht. Przyglądam się tym tutaj i nie widzę podobnego…”

„Jakiego typu jest jego jacht?”

„Nie wiem. Nie znam się na tym. Widziałem ten jacht tylko na zdjęciu…”

„Aha. Rozumiem”

„Prosiłem go, żeby nam pokazał i opowiedział coś więcej o żeglowaniu, bo też z Grażynką myślimy o jachcie, ale on stwierdził, że teraz nie może bo jacht jest wyciągnięty na ląd i zamknięty na zimę w jakiejś hali za Sztokholmem”

„Po co wam jacht, Edwardzie? Musisz wiedzieć, że posiadanie jachtu generuje olbrzymie wydatki. Po za tym gdzie go będziesz trzymał i gdzie zamierzasz nim żeglować”

„No, właśnie. Nie wiem…Wielu z naszego towarzystwa ma jachty, wydaje mi się, że wiesz…Pewne rzeczy na naszym poziomie trzeba mieć, wiesz, grać w golfa, tenisa, pić whisky i takie tam. Nawet jak się tego nie lubi”

„Grasz w golfa i tenisa?”

„Nie. Nienawidzę tego! Kupiłem kije do golfa, rakiety do tenisa. Leży to wszystko gdzieś w garażu… Jedynie whisky toleruję, chociaż wolę naszą czystą Wyborową” – zakończył z udawanym śmiechem

Postaliśmy chwilę w milczeniu i ruszyliśmy w stronę domu

„Słuchaj, Edward. Odnoszę wrażenie, że nie czujesz się najlepiej w roli księcia. Po co to wszystko?”

„Co, wszystko?”

„To takie wysilanie się, aby być zaakceptowanym przez to nadęte towarzystwo, wysilające się na wyższą klasę. Zresztą w wielu wypadkach bardzo wątpliwe czy wyższą. Wiesz, mnie bardzo rozśmieszyła ta wiadomość, którą mi dałeś do przeczytania…”

„Co za wiadomość?”

„O księstwie łódzkim, o regencie Polski, Wielkim księciu , jak mu tam…”

„Leszku Wierzchowskim…” – przypomniał mi

„O! właśnie. O co tym ludziom chodzi? O co te spory? Przecież nikt chyba nie bierze ich na poważnie…”

„Nie mów tak. Ja podchodzę do tego bardzo poważnie”

„W jakim celu, powiedz mi Edward, w jakim celu?”

„Żeby zachować tradycję. Żeby odbudować wielkość Polski. Kto ma to zrobić jak nie potomkowie tych którzy tą wielkość zbudowali…”

„A potem sprzedali różnym najeźdźcom, jak twój przodek…”

„To nie mój przodek!…Nie wiem skąd Klara wzięła tą informację…”

„Mówiłem wam, że Klara studiowała historię Szwecji. Akurat ten okres kiedy historia Szwecji i Polski bardzo ze sobą się splatała. Klara wykłada historię na uniwersytecie w Sztokholmie. Uczy też w tutejszym gimnazjum. Jest w tych sprawach na bieżąco”

„Tak?…Może, Może. Ja mam inne informacje o moich przodkach”

„Odnoszę wrażenie, że wstydzisz się swojego nie książęcego pochodzenia, że wstydzisz się swoich rodziców. Dlaczego? Bo byli prostymi ludźmi, tak?”

„Nie wstydzę się, ale nie mam powodu się nimi chwalić”

„Chciałbym mieć jakichkolwiek rodziców. Miałem tylko babkę która mnie znalazła. Nie piśmienną, prostą kobietę. Nigdy nawet przez myśl mi nie przyszła aby się jej wstydzić, czy wypierać…”

„To nie takie proste, Janku. Mój ojciec z takim nazwiskiem mógł zrobić dużo, aby ułatwić mi wejście w lepszy świat”

„Mało zrobił? Skończyłeś studia. Masz prawdziwy tytuł. Magistrem ekonomii jesteś. Reszta zależy od ciebie”

„Właśnie staram się osiągnąć to co on zaniedbał”

„Myślę, że on nic nie zaniedbał. Oceń go sprawiedliwie”

Edward nic nie odpowiedział.

Szliśmy w milczeniu. Zbliżaliśmy się do domu. Chciałem pogadać jeszcze z Edwardem bardziej swobodnie. W domu w obecności naszych pań byłoby to chyba nie możliwe, dlatego zaproponowałem wizytę w restauracji

„Tu, zaraz obok jest taka miła knajpka. Chodź strzelimy sobie po piwku”

„Bardzo chętnie”

Gdy już zostaliśmy obsłużeni zapytałem

„W jaki sposób wy w tym Ruchu Monarchistycznym zamierzacie odbudować wielkość Polski?”

„Najpierw zamierzamy odbudować struktury starej państwowości, obsadzić je ludźmi z zacnych rodów…”

„Co ci ludzie z zacnych rodów reprezentują sobą?” – zapytałem wchodząc mu w słowo

„Jak to co?!” – oburzył się – „Tradycję, Nazwiska znane w kraju”

„Myślę, Edwardzie, że…”

Musieliśmy przerwać. Podszedł właśnie kelner i zapytał czy nie potrzebujemy czegoś więcej. Zamówiłem jeszcze po jednym piwie. Potem kontynuowałem

„Myślę, że nie tędy droga do wielkości Polski. Z racji zawodu i nie tylko, mam kontakty z ludźmi w Polsce. W większości, z młodymi, dobrze wykształconymi. Zakładają firmy, szukają współpracy po za granicami Polski. Pomagam im z kontaktami. Obok pracy w kancelarii notarialnej mam niewielką firmę konsultingową. Zajmuję się kontaktowaniem polskich przedsiębiorców z firmami w całej Skandynawii. Wielu z moich klientów osiągnęło uznanie zagranicznych kontrahentów. Jedyne tytuły jakie posiadają, do tytuły zawodowe i naukowe. Edward, na nich trzeba stawiać, pomagać im a nie bawić się w jakiś…skansen”

„No, wiesz! Nasz Ruch to nie skansen. Robimy dużo dla Polski…”

„Co takiego?”

„Uświadamiamy o dawnej wielkości i tradycjach, wydajemy w ramach skromnych możliwości broszury historyczne i kreślimy wizję Polski do jakiej należy dążyć. Nie mów więc, że to skansen. Dużo robimy dla kraju. A Ty co zrobiłeś dla Polski? Zdezertowałeś i masz sprawy Polski w dupie! Ty żyjesz w skansenie!” – Edward rozkręcał się – „Twój dom i całe to miasteczko to prawdziwy skansen, tak, że nie pouczaj mnie jak mam budować wielkość Polski!”

„Zgadzam się z tobą. Ja żyję w skansenie. Masz rację. Tylko, że ja żyję w fizycznym skansenie, w starym domu i starym miasteczku, a ty i ten cały Ruch Monarchistyczny żyjecie w skansenie mentalnym…”

Zauważyłem, że Edward za chwilę wybuchnie. Przez głowę przebiegła mi myśl, że jednak przesadziłem z prowokowaniem go. W tym samym momencie usłyszałem Grażynkę

„Klara miała rację mówiąc, że tu was znajdę!…”

„Kochanie. Wiesz na co Janek sobie pozwala?!” – Edward przerwał żonie – „Twierdzi, że nasz Ruch Monarchistyczny to skansen umysłowy…”

„Mentalny, Edwardzie. Mentalny powiedziałem” – przerwałem mu

„I mentalny i umysłowy. Ja już się w to nie będę bawiła. Klara dużo mi wyjaśniła. A teraz obaj marsz do domu. W ostatniej chwili tu przyszłam. Widziałem, jak się szykowałeś do bijatyki. Pamiętaj, że już nie mamy do kogo zadzwonić i prosić o gościnę” – Grażynka była bardzo rozgniewana

„Nie było tak źle, Grażynko” – powiedziałem pojednawczym tonem – „Mamy po prostu inne zdanie z Edwardem na pewne tematy. Ale ani mnie, ani Edwardowi nie przyszło z tego powodu brać się za łby. Prawda Edziu?”

„Tak. Tak. Ale nie przeginaj pałki. Mam ostatnio poszarpane nerwy..” – odpowiedział z pewnym ociąganiem

„Koniec dyskusji! Idziemy do domu!” – zadecydowała Grażynka

„Widzę, że ich znalazłaś” Klara ucieszyła się na nasz widok.

„Zjawiłam się w knajpie w odpowiednim momencie. Tak ostro dyskutowali, że nie dużo brakował, aby wzięli się za łby” – relacjonowała Grażynka

„Przesada. Dyskutowaliśmy kulturalnie…” – wtrąciłem

„Widziałam wiele dyskusji między Polakami” – stwierdziła Klara – „Wszystkie były bardzo wybuchowe. Lepiej będzie jak przez te dwa dni u nas zaniechamy dyskutować na drażliwe tematy”

„To o czym będziemy rozmawiać przez dwa dni?” – zaciekawił się Edward

„O dupie Maryni” – odpowiedziała Grażynka

„Nie rozumiem. Dlaczego mamy rozmawiać o dupie Maryni? Kto to jest ta Marynia? Znasz ją?” – z niepokojem zwróciła się do mnie Klara

„Kochanie. To takie polskie powiedzenie. Oznacza takie pieprzenie…Przepraszam. Chciałem powiedzieć, takie gadanie o niczym. Byle coś mówić. Takie coś jak na przykład dyskusja o pogodzie…” – próbowałem wyjaśnić Klarze.

Nie wiem, czy ją przekonałem. Spojrzała na mnie tak jakoś dziwnie i odpowiedział

„Ty już więcej nie pij”

Wieczorem popatrzyliśmy trochę na telewizję. Edward był zawiedziony, że nie mamy polskiej telewizji.

„Mirscy mają na balkonie antenę satelitarną. W domu stoi przy telewizorze dekoder Polsatu. Ponad sto kanałów po polsku mają. To nie jest takie drogie” – zauważył Edward

„Też mamy antenę Polsatu. Jeszcze jest nie rozpakowana. Leży gdzieś w garażu…”

„Po co ją kupowałeś, skoro jej nie używasz?”

„Nie kupiłem jej. Dostaliśmy w prezencie od znajomych Z Polski”

„Wyciągnij ją. Pomogę ci ją zainstalować. To nie zabierze dużo czasu…”

„Nie tak szybko. Najpierw muszę uzyskać zezwolenie od konserwatora zabytków na zainstalowanie anteny na dachu…”

„Co takiego?!” – Edward się zdziwił

„Mieszkam w skansenie, jak zauważyłeś”

„Co za kraj! Żeby we własnym domu nie móc zainstalować anteny bez zezwolenia”

I tak sobie rozmawialiśmy narzekając na różne sprawy. Zauważyłem, że Edward bardzo lubi narzekać i dobrze się wtedy czuje.

Panie zajęte były swoimi sprawami i nam nie przeszkadzały. Udało nam się nawet wypić po jeszcze jednym piwku.

Tuż po dziesiątej pożegnaliśmy się. Uzgodniliśmy, że nie wstajemy rano na jakąś konkretną godzinę. Klara powiedziała, że śniadanie będzie nie wcześniej jak o dziewiątej. Nikt nie protestował.

Edward i Grażynka poszli na górę. Obok swojego pokoju mają łazienkę dla gości. My mamy sypialnię i łazienkę na parterze, więc sobie nie przeszkadzaliśmy.

„Męczący ten dzień był dla mnie”

Powiedziałem do Klary gdy byliśmy już w łóżku

„Za dużo wypiłeś…”

„Nie o to chodzi. Przebywanie z Edwardem bardzo męczy. On jest bardzo irytujący”

„Mnie się bardzo dobrze rozmawiało z Grażyną. Wiesz, Wydaje mi się, że ona nie czuje się dobrze z tym nazwiskiem. Powiedziała mi, że bardzo ją męczy ta gra…”

„Jaka gra?” – zapytałem

„Ta gra w te tytuły książęce. Sama użyła słowo gra. Edward bardzo nalega aby trzymali jaśnie pański styl. Ona się mu całkiem podporządkowała ale teraz żałuje. Krępuje ją to. Widzi jak ludzie reagują gdy się przedstawia, zwłaszcza gdy jest z mężem. On jest zawsze wtedy napuszony i nie zauważa kpiących uśmieszków otoczenia. Zwierzyła mi się, że chce zmienić nazwisko, wrócić do panieńskiego, ale nie wie jak to zrobić”

„Niech się rozwiedzie. Nie będzie problemu ze zmianą nazwiska”

„Oto chodzi, że ona nie chce się rozwodzić”

„W takim razie oboje powinni wystąpić o zmianę nazwiska” – stwierdziłem

„Tyle to ja też wiem. Powiedziałam jej o tym”

„I co ona na to?”

„Że to nie realne. Edward nigdy się na to nie zgodzi”

„Mam takie wrażenie, że on też ma dosyć bycia księciem. Dobranoc kochanie, śpijmy już”

Nie dane było nam jednak usnąć. Z góry dochodziły odgłosy bardzo intensywnej dyskusji. nie na tyle intensywnej jednak, abyśmy słyszeli o co chodzi. Około dwunastej dyskusja się uspokoiła, ale trwała nadal.

Klara usnęła. Ja nie mogłem. Pamiętam, że ich słyszałem jeszcze o wpół do drugiej. Wkrótce zasnąłem.

„Wstawaj. Dziewiąta minęła”

Klara wybudziła mnie z głębokiego snu. Zerwałem się z łóżka i zacząłem nasłuchiwać

„Co taka cisza w domu?” – zdziwiłem się

„Śpią jeszcze”

Udałem się do łazienki, potem szybko się ubrałem. Zastałem Klarę nakrywającą do stołu w kuchni. Śniadanie było gotowe. Znowu zacząłem nasłuchiwać. Z góry nie dochodziły żadne dźwięki

„Obudzę ich. Dziesiąta się zbliża…” – stwierdziłem

„Ani się waż!…Niech się wyśpią. O trzeciej jeszcze nie spali”

Wyszedłem przed dom do skrzynki pocztowej po niedzielne wydanie gazety. Gdy wróciłem do domu Grażynka rozmawiała z Klarą. Przerwały na mój widok. Spostrzegłem, że Grażynka jest w doskonałym humorze. Przywitałem się i zapytałem

„Wszystko w porządku?”

„W jak najlepszym” – odpowiedziała Grażynka

Chciałem zapytać jak im się spało, ale nie zdążyłem. Usłyszałem śpiewającego Edwarda schodzącego po schodach

„Oj ciese, się ja ciese, że mi cycki rosną! Dupa mi się piórcy. Będę dawać wiosną! Hej! Hej!”

„Przestań, Edek. Wulgarny jesteś”

Grażynka upomniała go, ale tak jakoś pogodnie, bez złości.

„Dlaczego mam przestać kochanie? To jest jedna z przyśpiewek którą nauczyłem się w rodzinnym domu na wsi od mojego ojca Marcina Radziwiłła…A może Radiwiła”

„Powinieneś się zdecydować, Radziwiłła czy Radiwiła” – powiedziałem

„Już się zdecydowałem”

Spojrzałem na niego z wyczekiwaniem. Jednocześnie zauważyłem, że jego odpowiedź nie zrobiła żadnego wrażenia, ani na Grażynce, ani na Klarze.

„Powiedz coś więcej” – poprosiłem

„Siadajmy do stołu” – odezwała się Klara – „Jedenasta już jest, a my jeszcze nie zaczęliśmy śniadania”

„Słusznie” – zauważyła Grażynka – „Przy stole wam opowiemy co uzgodniliśmy z Edkiem”

Po kilku kęsach jajecznicy nie wytrzymałem

„Powiedzcie wreszcie co żeście uzgodnili. Z waszego dobrego nastroju i wypowiedzi Edwarda chyba się domyślam o co chodzi…”

„Po powrocie do Polski zmieniamy nazwisko” – przerwał mi Edward – „Nie wiem jeszcze jak się to robi i czy to się da prawnie przeprowadzić. Ale jedno jest pewne. Kończymy z tytułem książęcym. Wydaliśmy na to spory majątek, ale teraz to już koniec… Kropka!… Finito!”

„Rozmawialiśmy o tym wczoraj w łóżku do późna. Nie wyspana jestem, ale szczęśliwa, że będę mogła żyć jak zwykła Kowalska”

„Dlaczego Kowalska?” – zapytała Klara

„To tak jak byś powiedziała po szwedzku, że żyjesz jak zwykły Svensson” – wyjaśniłem

„Rozumiem”

„Mam w Łodzi dobrego kolegę, jest adwokatem. Jeśli chcecie to skontaktuję was z nim. Nie wiem, czy on wam będzie mógł pomóc w zmianie nazwiska, ale może wskaże kogoś kto się tego podejmie”

„Bardzo chętnie” – ucieszył się Edward – „Mam nadzieję że nie zedrze z nas skóry”

„Zadzwonię do niego wieczorem” – zapewniłem go.

Po śniadaniu pojechaliśmy do Sztokholmu. Byliśmy w Muzeum Nordyckim. Zwiedziliśmy również znajdujący się w pobliżu statek Vasa w całości stojący w swoim muzeum. Potem udaliśmy się do Skansenu. Grażynce najbardziej podobało się znajdujące się tam Akwarium

„Stary, wasz dom pasowałby tutaj” – zauważył Edward

„Niemal wszystkie domy stojące nad rzeką w naszym miasteczku pasowałyby tutaj” – odrzekłem.

Ze Sztokholmu wyjechaliśmy po dziewiątej wieczorem. Ponieważ przed wyjazdem ze Sztokholmu zjedliśmy obfity posiłek w restauracji, nie mieliśmy ochoty robić kolacji. Klara pożegnała się wcześnie ponieważ następnego dnia, w poniedziałek już o szóstej wyjeżdża do Sztokholmu na zajęcia ze studentami. Grażynka z Edwardem poszli na górę się odświeżyć i przebrać.

Zadzwoniłem w tym czasie do znajomego w Łodzi. W kilku słowach opowiedziałem o co chodzi z nazwiskiem Edwarda i Grażynki. Obiecał się przyjrzeć sprawie. Podkreśliłem, że bardzo mi zależy aby ich dobrze przyjął. Akurat skończyłem rozmawiać gdy na schodach pojawił się Edward.

„Masz może jeszcze piwo?” – zapytał

„Jest jeszcze sześciopak”

„Wspaniale!”

Usiedliśmy w kuchni. Pierwsze piwo wypiliśmy w milczeniu. Przy drugim Edward powiedział

„Trzeci raz jesteśmy w Sztokholmie. Właściwie dopiero dzisiaj zobaczyliśmy to miasto”

„Co robiliście poprzednimi razy?”

„Mieszkaliśmy u Mirskich. Zabierali nas na spacery po osiedlu. W soboty chodziliśmy do takiego dużego piętrowego garażu. Na parterze jest tam bardzo duży pchli targ. Adam zna tam prawie wszystkich. Jakieś przyjezdne Polki sprzedają tam ciuchy szyte w Pabianicach. Mirska i Grażynka kupiły kilka kiecek. W niedzielę zwiedzaliśmy sklep Ikei”

„Na Starym Mieście w Sztokholmie byliście?”

„Tak. Zabrali nas tam. Same wąskie uliczki i sklepiki z pamiątkami. Wszystko cholernie drogie. Za wejście do sracza publicznego musiałem zapłacić dwadzieścia koron. Potem wyszliśmy ze Starego Miasta i poszliśmy taką długą ulicą, takim deptakiem, nie pamiętam nazwy…”

„Drottniggatan” – podpowiedziałem

„O! Właśnie! Tłumy ludzi, masa sklepików i knajpek. Wszystko bardzo drogie. Grażynka wydała kupę pieniędzy na kilka widokówek i znaczków pocztowych, tylko po to aby wysłać do znajomych, pochwalić się pobytem w Sztokholmie…Potem doszliśmy do takiego rynku, pełno straganów z warzywami i owocami tam jest. Sprzedający nie wyglądali jak Szwedzi…”

„Hötorget” – wtrąciłem

„Mirscy kupili dużo warzyw i owoców, chociaż nie wiem dlaczego tam. Nie daleko domu mają taki sam ryneczek. Musiałem mu potem pomagać taskać to wszystko do samochodu…”

Pogadaliśmy jeszcze trochę i jak już się piwo skończyło poszliśmy spać.

Obudziłem się o dziewiątej. Klara już pojechała do pracy. W kuchni zastałem częściowo przyszykowane śniadanie. Niedługo potem zeszli na dół nasi goście.

Zjedliśmy śniadanie w miłej atmosferze. Zarówno Grażynka jak i Edward byli wyraźnie odprężeni. Przekazałem im namiary na kolegę adwokata w Łodzi. Obiecali skontaktować się z nim zaraz po przyjeździe do domu. Ponieważ prom do Gdańska odpływa z Nynäshamn około siedemnastej, a dojazd do portu zabiera około godziny, to mieliśmy jeszcze sporo czasu do zagospodarowania. Za bardzo nie wiedziałem co z tym czasem zrobić. Grażynka wybawiła mnie z tego kłopotu. Zażyczyła sobie obejrzeć Trosę

„Tu nie ma co oglądać. Dziura straszna” – zauważył Edward – „Ilu was tu jest?”

„Nie wiem dokładnie. Gdzieś czytałem, że jakieś pięć tysięcy w całej komunie..”

„W komunie?”

„Tak. W powiecie. Około połowy do dwóch trzecich tej liczby mieszka w Trosie, reszta po za miastem. No i pamiętaj Edwardzie o tłumach turystów przybywających do Trosy każdego dnia, zwłaszcza latem”

„Chcę tą dziurę zobaczyć” – stanowczo stwierdziła Grażynka – „Mamy za mało czasu do wyjazdu do Sztokholmu, ale akurat w sam raz aby pospacerować po tym miasteczku”

„Ale tu nie ma co robić” – Edward próbował bronić się przed spacerem.

Nic nie wskórał.

Spacerowaliśmy do godziny wpół do pierwszej. Grażynce bardzo się podobało, Edwardowi mniej. Ożywił się gdy zaproponowałem aby zjedli jakiś solidny posiłek przed wyjazdem.

Weszliśmy do restauracji w Stadshotell, w Hotelu Miejskim. W pięknej sali o wystroju nie zmienionym od połowy lat tysiąc osiemsetnych nie było o tej porze dużo gości. Zamówiłem klasyczny trzydaniowy posiłek.

Przed głównym daniem podano nam löjromstoast, czyli pieczony chlebek z ikrą sielawy z Zatoki Botnickiej. Wszystko to z kwaśną śmietaną i czerwoną cebulką. Potem było danie główne. Rosastek anka, czyli pieczona na rózowo kaczka w sosie pomarańczowym podana z ziemniakami purée i jarmużem saute oraz marynowanymi jeżynami. Na deser podano nam lody i kawę.

Nie omieszkałem zamówić do kawy koniaku, ale tylko dla Edwarda. Grażynka nie chciała, a ja z racji tego, że będę prowadził samochód nie mogłem.

Po posiłku zrobiło się późno. Po wyjściu z restauracji nieco szybszym krokiem ruszyliśmy w stronę domu. Po dziesięciu minutach byliśmy na miejscu. Grażynka przypilnowała męża aby spakował szybko ich rzeczy. Ona zajęła się sprzątaniem pokoju, mimo, że wyraźnie powiedziałem, iż sami z Klarą się tym zajmiemy.

Z domu wyjechaliśmy dobrze po piętnastej. W Nynäshamn, przy terminalu byliśmy po szesnastej. Odprawa paszportowa już trwała. Szybko się pożegnaliśmy.

Gdy tylko zniknęli za drzwiami prowadzącymi do odprawy, wróciłem do samochodu i skierowałem do Sztokholmu do naszej kancelarii.

Po spotkaniu z klientem któremu Ingrid przełożyła spotkanie ze mną na osiemnastą, zadzwoniłem do Klary. Była już w domu. Powiedziałem jej, że posiedzę w kancelarii do ósmej i na dziewiątą będę w domu.

Po wyjściu z kancelarii szybko wyjechałem z miasta na autostradę E4. Po dwudziestu minutach byłem na moście nad kanałem w Södertälje. Zaraz za mostem, na oświetlonym odcinku autostrady utworzył się niewielki korek. Wszyscy jechali bardzo wolno. Pomyślałem, że zdarzył się jakiś wypadek. Z daleka widać było migające, niebieskie światła samochodów policyjnych. Wkrótce w żółwim tempie przejeżdżałem obok nich.

To nie był wypadek. Między dwoma samochodami policyjnymi stał opel z polską i do tego łódzką rejestracją. Przy oplu stało dwóch policjantów próbujących coś wytłumaczyć mężczyźnie w moim wieku, stojącemu miedzy nimi.

Poznałem go od razu. Zjechałem na bok i zatrzymałem się przed samochodem policyjnym. Sięgnąłem po telefon

„Kochanie, chyba przyjadę później niż myślałem” – odezwałem się do Klary

„Kogo spotkałeś tym razem?” – zapytała zrezygnowanym głosem

„Kolegę ze szkoły. Policja zatrzymała go na E4. Chyba ma kłopoty”

„Czy mam szykować pokój gościnny?”

„Jeszcze na to za wcześnie. Zaraz do nich podejdę i dowiem się o co chodzi”

Wyszedłem z auta. Gdy się zbliżałem do nich, poznał mnie i nie zważając na to co do niego mówił policjant zapytał zdziwiony

„Znajda, to ty?”

„Tak to ja. W czym mogę ci pomóc?”

KONIEC

Leave a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *