„Chyba zaczyna się coś psuć w tej naszej nawigacji. Popatrz kochanie, mapa się zmienia na ułamek sekundy. Czasem trochę dłużej…”
„Jak to zmienia się? Widzę, że jest w porządku…”
„Teraz tak, ale patrz się przez chwilę na ekran, to zobaczysz… O! O!…Widziałaś?!”
Zosia nie odpowiedziała. Zatrzymałem kampera niemal na środku drogi. Na szczęście byliśmy tutaj sami. Po chwili zjechałem na pobocze. Nie wiem dlaczego, ale poczułem jakiś dziwny niepokój. Zauważyłem, że Zosia też jest zaniepokojona.
„Myślę, że nawigacja świruje, bo jedziemy zalesionym, głębokim wąwozem” – starałem sobie wytłumaczyć problem ze znikającą mapą
„Teraz nawigacja pokazuje, że jesteśmy na właściwej drodze” – zauważyłem – „Do celu mamy jeszcze około dziesięciu kilometrów”
„No to nie stójmy tutaj, tylko jedźmy dalej. Dwudziesta minęła. Zmęczona i głodna jestem”
Dziesięć minut później zatrzymaliśmy się na zalesionym parkingu przed wejściem do starej kopalni. Ostatni raz spojrzałem na ekran nawigacji. Mapa była zmieniona. Według niej staliśmy w środku lasu a nie w dolinie otoczonej skalistymi górami. Nie było na niej parkingu, na który wjechaliśmy ani drogi którą jechaliśmy. Zaznaczona była tylko jakaś kręta leśna droga biegnąca kilkadziesiąt metrów od oznaczenia pokazującego położenie naszego kampera.
„Do dupy z takim GPSem. Ten poprzedni był lepszy. Po przyjeździe do domu odeślę go do sprzedawcy” – stwierdziłem lekko wkurzony.
Wyłączyłem silnik i rozejrzałem się po parkingu. Spodziewałem się, że będzie tu trudno znaleźć miejsce. Okazało się jednak, że byliśmy sami. Zdziwiłem się. Teraz, pod koniec lipca, w pełni sezonu wakacyjnego powinno tu być dużo ludzi. Czytałem o tym w kilku przewodnikach i w Internecie.
Staliśmy na pustym parkingu jakieś pięćdziesiąt metrów od wejście do groty, przez którą wchodzi się do kopalni. Nie zasłoniłem jeszcze przedniej szyby. Mieliśmy przez nią widok na wejście do groty. Zrobiło się co prawda pochmurnie, ale jest jeszcze widno i sporo światła dziennego wpada do kampera.
„Chodź, rozejrzymy się po okolicy. Może znajdziemy jakąś informację o godzinach otwarcia kopalni”
„Idź sam. Zajmę się kolacją. Głodna jestem”
Na zewnątrz poczułem chłód i jakiś dziwny zapach. Z początku mi nie przeszkadzał, ale już po chwili zaczął mnie w jakiś sposób niepokoić. Był irytujący do tego stopnia, że skupiłem się całkowicie nad tym co to może być za zapach. Nie mogłem dociec skąd się on bierze. Nie przypominał niczego co znałem, a jednocześnie miałem wrażenie, że jest mi w jakiś sposób znajomy.
Starając się nie myśleć o zapachu ruszyłem w stronę groty. Nie odszedłem nawet kilkunastu metrów od kampera. Z każdym krokiem jaki zrobiłem w stronę groty zapach stawał się bardziej intensywny. W pewnym momencie stwierdziłem, że to już nie mogę nazywać zapachem. Odbierałem to teraz jako straszliwy smród uniemożliwiający oddychanie.
Wróciłem pospiesznie do kampera
„Nie dziwię się, że nikogo tu nie ma. Jakiś dziwny smród nie pozwala przebywać na zewnątrz. Czujesz Zosiu jak przesiąkło nim moje ubranie?”
Zosia zbliżyła się do mnie i w skupieniu pociągnęła nosem
„Koszulkę masz przepoconą. Zmień ją”
„Nie o to mi chodzi!” – odparłem zirytowany – „Czujesz ten smród?”
„Czuję, że jesteś spocony. Nie nazwałabym to smrodem, musisz wziąć prysznic…”
„Wyjdź ze mną na chwilę!” – zażądałem
Musiało być coś bardzo desperackiego w moim głosie, bo Zosia bez słowa protestu wyszła ze mną na zewnątrz.
Złapałem ją za rękę i energicznie, może zbyt energicznie, pociągnąłem w stronę groty. Zatrzymałem się po kilku krokach
„No! Czujesz teraz ten smród?!” – zapytałem zdenerwowany
„Nic nie czuję. O co ci chodzi?”
„No, o ten zapach…” – przerwałem w pół zdania
Chwilę intensywnie wdychałem nosem powietrze. Nie wyczułem ani śladu poprzedniego zapachu.
„Przejdźmy kawałek dalej” – zaproponowałem
Nie czekając na reakcję Zosi pociągnąłem ją za sobą w stronę groty. Cały czas intensywnie wciągałem powietrze nosem. Nie wyczułem najmniejszego śladu poprzedniego zapachu. Byłem zdziwiony i zawiedziony.
W pewnym momencie przebiegła mi przez głowę niedorzeczna myśl, że ja w pewnym sensie tęsknię za tym zapachem.
„Józuś, ty się dobrze czujesz?” – zapytała z niepokojem Zosia
„Dobrze!” – wykrzyknąłem – „Ale coś mi się tu nie podoba” – dodałem ciszej
„Mnie też się nie podoba. Chodźmy do auta”
Ponieważ ogarnął mnie niezrozumiały niepokój, przychyliłem się do prośby żony i wróciliśmy do kampera. Gdy byliśmy już w środku, zauważyłem, że ona też jest czymś zaniepokojona
„Zosiu, widzę, że coś cię martwi…”
„Martwię się o ciebie. Dziwnie się zachowujesz…”
„Gdzie tam dziwnie! Co wygadujesz. Byłem na zewnątrz i czułem smród nie do wytrzymania…”
„Przed chwilą tam byliśmy i co? Czułeś jakiś smród? Bo ja nie”
„Teraz nie czułem i to mnie dziwi”
„Nie mówmy już o tym” – zaproponowała Zosia – „Jutro się tym zajmiemy. Teraz może nareszcie dokończę robić kolację”
Podczas gdy Zosia wstawiła wodę na herbatę i kończyła robić kanapki, włączyłem telewizor i zacząłem konfigurować programy telewizyjne. Zwykle zajmuje to kilka minut zanim telewizor automatycznie przeszuka wszystkie dostępne pasma digitalnych programów, dlatego nie wpatrywałem się w niego tylko usiadłem przy stoliku i zacząłem jeść przyszykowaną przez Zosię kolację.
Jedliśmy w milczeniu. W pewnym momencie telewizor wydał charakterystyczny dźwięk. Spojrzałem na ekran. Wyświetlony komunikat informował, że nie znaleziono żadnych digitalnych programów
„Co za miejsce…, żeby nie można było tu odbierać telewizji” – zdenerwowałem się
„Spróbuj przeszukać pasma analogowe. Może tam coś znajdziesz” – zaproponowała Zosia
„Przecież już od dawna nie ma programów na kanałach analogowych…” – zauważyłem
„Wiem, ale spróbuj je przeszukać. Co ci szkodzi. To nic nie kosztuje”
Żachnąłem się, ale nie chcąc wdawać się w dyskusję złapałem pilota i ustawiłem wyszukiwanie programów analogowych. Powróciłem do jedzenia kolacji.
Zosia znowu zaczęła robić mi wymówki dotyczące naszego przyjazdu w to miejsce. Bardzo nie chciała tu przyjeżdżać. Uważała, że to strata czasu. Nie jest zainteresowana zwiedzaniem starych obiektów podziemnych.
Nie mogła zrozumieć skąd nagle wzięło się u mnie zainteresowanie starymi kopalniami. Mieliśmy pojechać do Pragi i pozostać tam kilka dni. Oczywiście zrobimy to, ale przekonałem ją, że w drodze do Pragi, aż się prosi, aby skręcić lekko w bok i odwiedzić to miejsce, w którym się znajdujemy. Dwa dni na pobyt tutaj powinno mi wystarczyć na zwiedzenie kopalni.
Właściwie nie o zwiedzanie kopalni mi chodzi. Od czasu gdy zostałem porażony przez piorun w czasie wiosennej burzy kilka miesięcy temu, nachodzą mnie pewne myśli. Są tak niedorzeczne, że czasami myślę, że jestem pomylony. Nie mam odwagi o tym z kimkolwiek rozmawiać. Boję się, że ludzie wezmą mnie za wariata.
O tej kopalni przeczytałem leżąc w szpitalu po uderzeniu pioruna. Od razu powiązałem ją z myślami które nie dawały mi spokoju. Coraz bardziej byłem przekonany o konieczności przybycia do tej kopalni. Jestem pewien, że w tej kopalni znajdę coś co mnie uspokoi. Coś co upewni mnie, że jednak nie jestem pomylony…
„Józuś, jedźmy stąd jeszcze dziś. Coś mi się tu nie podoba. Jesteśmy tu sami, jeszcze nas ktoś napadnie albo coś innego złego nas spotka…”
„Co nas tu może spotkać? Jesteśmy tu sami ja zauważyłaś. Jutro pojedziemy jak…” – nie dokończyłem
Nagłe szum z telewizora przerwał nam rozmowę. Spojrzeliśmy na ekran.
Jakiś czarnobiały obraz pojawiał się i znikał. Przez szum dochodziły fragmenty jakiejś rozmowy. Dwa męskie głosy rozmawiały chyba o kosmosie. Takie odniosłem wrażenie po strzępkach słów jakie docierały z telewizora. Obraz po chwili zniknął.
„Na tych kanałach też nic nie ma. Może złapiemy coś w radiu” – stwierdziłem
Wyłączyłem telewizor. Zosia nie protestowała. Zabrała się za sprzątanie po zjedzonej właśnie kolacji.
Radio samochodowe też było głuche. Dochodziły z niego jakieś szumy i trzaski. Zaczęło mnie to bardzo irytować. Dochodziła dwudziesta druga. Za wcześnie jak dla mnie, aby się kłaść spać. Przestałem się zajmować radiem. Nie miałem co robić.
„Wiesz co kochanie” – zwróciłem się do żony – „Wyjdę jeszcze raz zobaczyć okolicę”
„Ciemno już jest. Jeszcze cię coś porwie albo wilcy zjedzą” – Zosia zażartowała
„Tak właśnie. Zaraz wyląduje tu jakiś latający talerz z ufoludkami, tak jak na filmie Bliskie spotkania trzeciego stopnia. Wychodzę właśnie na ich spotkanie. Gdzie jest moja latarka?”
„Tam, gdzie zawsze” – usłyszałem
Latarka po chwili się znalazła. Wyszedłem z kampera i pierwsze co zrobiłem to nabrałem nosem dużo powietrza. Uzmysłowiłem sobie, że zrobiłem to po to, aby sprawdzić czy nie poczuję tego wcześniejszego zapachu.
Zrobiłem to w brew własnej woli. Zdenerwowało to mnie. Pomyślałem, że jestem cały czas pod wpływem tego dziwnego zdarzenia, które mnie wcześniej tutaj spotkało.
Ruszyłem w stronę groty. Idąc tam powoli, rozglądałem się dookoła starając się jedocześnie wyłowić jakieś dźwięki. Za sobą miałem tylko światła z niezasłoniętych okien kampera. Poza tym nic więcej.
Spojrzałem do góry. Ani jednej gwiazdy na niebie. Musiało być solidnie zachmurzone. Było tak ciemno, że nawet zarys szczytów otaczających nas gór nie był widoczny na tle nieba.
Zauważyłem, że nie czułem żadnego ruchu powietrza. Było chłodnawo, ale nie marzłem. Przez chwilę zastanawiałem się nad absolutną ciszą jaka mnie otaczała. Zwykle słychać o tej porze jakieś nocne ptaki czy szum poruszanych wiatrem liści drzew. W tej chwili nie docierały do mnie żadne dźwięki.
Przerwałem zastanawiać się nad tym, ponieważ dotarłem do wejścia do groty. Oświetlałem wejście przez dłuższą chwilę, starając się znaleźć jakieś tablice informacyjne o warunkach zwiedzania, cenach biletów i takie tam.
Nic, absolutnie nic nie znalazłem. Zdziwiło mnie to. Jeszcze wczoraj googlowałem to miejsce i oglądałem fotografie tego wejścia. Z boku powinien być barak z kasą i toaletami. Przy samym wejściu, stały tablice. Pamiętam to.
Czyżbym źle trafił? Może prze tą cholerną, szwankującą nawigację stanęliśmy nie tam, gdzie chciałem. Muszę to sprawdzić po powrocie do kampera. Ale teraz skoro już jestem przy grocie sprawdzę co jest w środku.
Grota jest nie zamknięta. Wejście jest wyłupane w skalę, nieregularne. Wysokie na jakieś dwa i pół metra. Szerokie na dole na chyba przeszło cztery metry. U góry nieco się zwęża.
Wszedłem ostrożnie oświetlając latarką wszystko na około. Podłoże, po którym stąpałem było nierówne, kamieniste, po bokach zaraz za wejściem jakaś roślinność. Chyba chwasty. Kilka kroków dalej roślinność zanika, a korytarz groty skręca dosyć ostro w prawo.
Przeszedłem jeszcze kilka metrów. W świetle latarki zauważyłem, że korytarz zamknięty jest ścianą z drewna. Podszedłem bliżej. Były to stare belki, pnie raczej, obślizgłe, wyraźnie wilgotne porośnięta jakimś mchem. Nie znalazłem w tej ścianie żadnych drzwi lub czegoś co by przypominało wejście
„No tak” – pomyślałem – „To nie jest ta grota, do której jechaliśmy. Jutro muszę poszukać tej właściwej. Zosia będzie niezadowolona, bo nasza wizyta tutaj przedłuży się przynajmniej o jeden dzień”
Ruszyłem w stronę wyjścia z groty. Gdy już byłem prawie na zewnątrz poczułem coś wilgotnego i lepkiego na twarzy. Starłem to coś z twarzy i w świetle latarki z obrzydzeniem stwierdziłem, że to pajęczyna. Nie wiem skąd się wzięła na mojej twarzy.
Idąc w stronę światła wydobywającego się z okien kampera odniosłem wrażenie, że nie jestem sam. Poczułem ten sam niepokój co poprzednio, gdy otaczał mnie tajemniczy zapach. Mimo, że rozsądek mówił mi, iż na pewno nikogo niema w pobliżu, to jednak głośno odezwałem się
„Jest tu ktoś?!…Halo!…Jest tu ktoś?!”
Nikt mi oczywiście nie odpowiedział. Dodało mi to jednak trochę otuchy i po kilkunastu szybkich krokach znalazłem się w kamperze.
Zosia leżała już w łóżku i jak zwykle przed snem rozwiązywała Sudoku. Spojrzała na mnie zaniepokojonym wzrokiem
„Czemu jesteś taki blady i przerażony? Spotkało cię coś złego?” – zapytała
„Ja przerażony?…Czym?”
„Nie wiem. Wyglądasz okropnie. Coś się stało?”
„Nic się nie stało. W pajęczynę się zaplątałem. To wszystko…Aha! Przez tą cholerną nawigację przyjechaliśmy w złe miejsce. To nie jest ta grota z wejściem do kopalni. Sprawdzę zaraz na Googlach”
Zosia nic nie odpowiedziała. Nie lubię jak nic w takiej sytuacji nie odpowiada. Jestem pewien, że jutro będzie protestować, jak zaproponuję, aby zostać tu ze dwa dni dłużej i poszukać tej właściwej groty. Trudno. Jutro muszę coś wymyśleć, aby ją przekonać do pozostania tu dłużej. Na razie sięgnąłem po telefon, aby na Google Maps sprawdzić nasze położenie. Niestety, okazało się, że jesteśmy poza zasięgiem operatorów telefonicznych. Internetu, oczywiście też nie było.
Zakląłem paskudnie pod nosem
„Co tam cię tak bardzo zdenerwowało?” – zaciekawiła się Zosia
„Telefon nie działa. Nie ma zasięgu ani Internetu”
„Kładź się. Jutro pogadamy”
No i jest tak jak się spodziewałem – „Jutro pogadamy” – powiedziała. Oznacza to tylko jedno, że jutro będzie ciężki dzień.
Szybko się rozebrałem. Sprawdziłem na panelu informacyjnym, ile jeszcze mamy wody. Siedemdziesiąt pięć procent. Ku swojemu zaskoczeniu błyskawicznie stwierdziłem, nie obliczając, że siedemdziesiąt pięć procent ze stu czterdziestu pięciu litrów pojemności naszego zbiornika z czystą wodą to sto osiem i trzy czwarte litra. Przynajmniej tyle wody mamy jeszcze do dyspozycji.
Postanowiłem wziąć szybki prysznic. Wiem z doświadczenia, że zużyję na to osiem do dziesięciu litrów wody. Mogę sobie na to pozwolić.
Zużyłem chyba więcej wody, a to dlatego, że długo nie mogłem zmyć z twarzy resztek pajęczyny. Mimo energicznego, aż do bólu szorowania twarzy ostrą gąbką, ciągle miałem wrażenie, że ta cholerna pajęczyna wciąż znajduje się na twarzy. W końcu zrezygnowany wyszedłem spod prysznica.
Ubrałem piżamę i wszedłem do łóżka
„Zobacz kochanie, czy nie mam nic na twarzy?” – zwróciłem się do żony
„O matko! Czym żeś sobie tak twarz podrapał?!”
„Gąbką szorowałem. Nie mogłem zmyć pajęczyny”
„Nie widzę żadnej pajęczyny, ale twarz masz czerwoną i widać ślady szorowania. Do jutra nie zejdzie. Będziesz wyglądał jak byś po pijanemu przejechał twarzą po asfalcie”
„Trudno. Podaj mi jakiś zeszyt z Sudoku. Nie chce mi się jeszcze spać. Może uda mi się coś rozwiązać…”
Zosia ma na swojej półce koło łóżka kilkanaście albo i więcej zeszytów z Sudoku. Rozwiązuje je namiętnie. Jest w tym bardzo dobra. Dużo lepsza niż ja.
„Zostały tylko te bardzo trudne” – odpowiedziała – „Nie dasz rady. Sama próbowałam kilka rozwiązać, ale się nie udało”
„Nie chce mi się jeszcze spać. Podaj jeden zeszycik. Spróbuję”
Podała mi razem z ołówkiem i gumką do zmazywania.
Otworzyłem zeszyt gdzieś pośrodku. Na każdej stronie były dwa zadania do rozwiązania. Rzuciłem okiem na nie i w tym samym momencie stwierdziłem, że znam rozwiązanie. Szybko wpisałem wszystkie cyfry na właściwe miejsca we wszystkich czterech zadaniach.
„Dziecinnie proste” – powiedziałem do Zosi
Spojrzała na mnie zaskoczona. Wyrwała mi zeszyt z ręki. Sprawdzała, czy aby na pewno to ten z trudnymi zadaniami. Przekartkowała go. Zatrzymała wzrok dłużej na dwóch ostatnich stronach
„Te nie rozwiążesz” – stwierdziła i podsunęła mi zeszyt pod nos
„Jak nie rozwiążę, jak już rozwiązałem” – stwierdziłem po pierwszym rzucie oka na strony – „O! Popatrz, tu dwójka, tu dziewiątka, tu czwórka…”
Ledwo nadążyłem wpisywać cyfry na właściwe miejsca. Wpisując je uświadomiłem sobie, że jest coś nienormalnego w tym moim rozwiązywaniu Sudoku. Właściwie nie powinienem nazywać to co robiłem rozwiązywaniem. Ja po prostu w jakiś niezrozumiały dla mnie sposób wiedziałem dokładnie, bez najmniejszej chwili zastanowienia się, gdzie jaka cyfra ma swoje miejsce.
Spojrzałem na leżącą u mojego boku Zosię. Na jej twarzy malowało się uznanie dla mojego wyczynu połączone z dozą przerażenia.
„Jak to możliwe Józuś? Przecież jeszcze wczoraj nie mogłeś rozwiązać bardzo łatwego zadania”
„Nie wiem kochanie. Po prostu widzę rozwiązania. Niepokoi to mnie…”
„Mnie też to niepokoi. To nie jest normalne. Boję się o ciebie. Odłóżmy to Sudoku i spróbujmy usnąć”
Leżałem dłuższy czas kręcąc się z boku na bok. Nie chciało mi się spać. Wiedziałem, że Zosia też nie może zasnąć. Mimo to nie rozmawialiśmy ze sobą mając nadzieję, że sen wkrótce nadejdzie.
Chyba jednak udało mi się usnąć, bo w pewnym momencie wybudził mnie ruch na zewnątrz kampera. Otworzyłem oczy. Za oknem widoczne były poruszające się światła reflektorów. Zosia również się obudziła
„Co się tam dzieje?” – zapytała
„Jesteśmy w filmie Bliskie spotkania trzeciego stopnia” – odparłem ze śmiechem
Nie wiem dlaczego tak powiedziałem i co mnie tak bardzo rozbawiło. Wstałem po omacku i chciałem dojść do drzwi aby wyjść na zewnątrz, ale Zosia mnie powstrzymała. Przez odsuniętą zasłonkę w oknie wyglądała na zewnątrz.
„Nie wychodź Józuś. To jacyś ludzie na motocyklach przyjechali”
W tym samym momencie usłyszałem odgłos kopyt końskich i jakieś głosy kilku osób, ale nie zrozumiałem co mówiono.
Wyjrzałem przez okienko w drzwiach.
„To nie motocykliści tylko końskie furmanki. Chłopi przejeżdżają przez parking” – stwierdziłem
Zosia nic nie odpowiedziała. Wróciłem do łóżka. Zastanawiałem się chwilę nad tym co nas obudziło
„Słuchaj kochanie” – zwróciłem się do Zosi – „Dziwią mnie te silne światła na furmankach…”
„To motocykle, Józuś”
„Jak mówię, że furmanki, to znaczy, że furmanki!” – odparłem zdenerwowany
„No dobrze, nie denerwuj się. Niech będą furmanki” – po chwili dodała – „Przecież jak jeżdżą po nocy, to muszą coś widzieć”
„No tak. Masz rację”
Po dłuższej chwili milczenia zapytałem
„Kiedy ostatnio widziałaś furmankę? Bo ja chyba w latach osiemdziesiątych…”
„Co? Nie wiem. Nie pamiętam” – odpowiedziała zasmuconym głosem
Znowu nie mogłem usnąć. Coś mi się z tymi furmankami nie zgadzało. To, że dawno nie widziałem końskiego zaprzęgu, to jedno. Mocne światła na furmankach mogą świadczyć o jakimś technicznym postępie…
„Bzdura!” – skarciłem się za myśl o postępie technicznym w konstrukcji furmanek.
W tym samym momencie dotarło do mnie co jeszcze mi się w tym zdarzeniu nie zgadzało
„Zosiu. Śpisz?”
„Śpię, bo co?”
„Te furmanki. Przejeżdżały tędy. Ale skąd i dokąd? Tu jest koniec drogi. Stoimy na parkingu. Nie ma z niego innej możliwości wyjazdu, tylko trzeba się wrócić drogą którą przyjechaliśmy. Po jaką cholerę oni…”
„Czy ty nie masz innych zmartwień?!…Przyjechali i odjechali. Nad czym tu rozmyślać. Nie budź mnie więcej” – przerwała mi zdenerwowana.
Odwróciła się demonstracyjnie tyłem do mnie. Z doświadczenia wiem, że lepiej jej nie budzić.
Jeszcze przez jakiś czas zastanawiałem się nad tą nocną wizytą furmanek na parkingu. Doszedłem do wniosku, że musi tu być jakaś mniejsza droga przechodząca przez parking, której po prostu nie zauważyłem.
Z postanowieniem sprawdzenia tego zaraz z rana usnąłem.
Obudził mnie głos z telewizora. Uniosłem głowę z nad poduszki. Zosia nie spała. Leżała w pozycji półsiedzącej oparta o poduszki i z zainteresowaniem przysłuchiwała się dyskusji dwóch mężczyzn w studio telewizyjnym.
Spojrzałem na zegarek. Punktualnie czwarta
„Czemu włączyłaś telewizor?” – zapytałem z wyrzutem
„Sam się włączył i obudził mnie”
„Jak to, sam?”
„Normalnie. Sam…Nie przeszkadzaj teraz. To jest bardzo interesujące”
Teraz dopiero zacząłem przyglądać się i przysłuchiwać dyskusji telewizyjnej. Obraz w telewizorze był czarno biały. Kontras bardzo słaby i zmieniający się. Dwóch gości siedziało przy stoliku i rozmawiało ze sobą.
Z początku nie mogłem zrozumieć co mówią. Miałem wrażenie, że mówią w jakimś obcym języku. Trwało to jednak tylko chwilę. W pewnym momencie, mimo, że mówili niewyraźnie oraz głos i obraz chwilami zanikał zacząłem rozumieć o czym mówią.
Jeden z nich, wyraźnie starszy, z siwą brodą, tłumaczył dlaczego ludzie przyzwyczaili się traktować ewentualnych, podkreślił dobitnie dwukrotnie słowo „ewentualnych” przybyszów z innych światów jako istoty podobne do ludzi.
Miał na myśli ich wielkość, budowę ciała i ogólny wygląd. Zaznaczył, że wynika to głównie z dwóch powodów. Pierwszy powód jest taki, że w literaturze fantastyczno-naukowej, która na przestrzeni lat służyła jako podstawa do pisania scenariuszy filmów i widowisk trudno byłoby pokazać przybysza z innych światów gdyby miał być nie podobny do człowieka.
„Pamiętajmy” – twierdził mówca – „Że olbrzymia część tej literatury i filmów nakręconych na jej podstawie, powstała zanim pojawiły się techniki animacji komputerowej. Obcych grali ludzie, aktorzy, mniej lub bardziej poprzebierani w dziwne stroje, na przykład w skafandry nurków, w czasach zanim pojawiły się kombinezony pilotów bojowych samolotów odrzutowych…”
„Chwileczkę” – przerwał mu drugi uczestnik dyskusji – „Były przecież filmy w których obcych przedstawiano jako na przykład ohydne robale, owady lub kurczaki. Na pierwszych pokazach tych filmów, sceny pokazujące obcych jako na przykład stado pędzących ptasich piskląt, tak wkomponowanych w obraz na ekranie, że były one, te pisklęta, kilkukrotnie większe od uciekających przed nimi ludzi, autentycznie przerażały widzów. Z dzisiejszej perspektywy te sceny filmowe, pomijając ich treść, wzruszają współczesnego widza swoją naiwnością”
„Oczywiście!” – wszedł mu w słowo starszy gość – „I tu pojawia się drugi powód dla którego obcych przedstawia się jako istoty podobne do ludzi. Ludzka percepcja nie pozwala na budowanie fabuły opowiadań lub filmów w których zamierzone dramatyczne sceny miałyby przedstawiać konflikty i ewentualne pertraktacje prowadzone przez ludzi z kurczakami lub owadami…”
„Są przecież od dawna filmy, najczęściej kreskówki, gdzie ludzie rozmawiają ze zwierzętami…”
„Tak, oczywiście. Są to jednak filmy nakręcone dla dzieci, lub w konwencji komediowej, gdzie figurom zwierząt przypisuje się cechy i charaktery ludzkie. Zwierzęta te mówią ludzkim językiem i ogólnie postępują jak ludzie. Nie można tego schematu zastosować w filmie o obcych. W filmie takim musi zawiać grozą. Obcy muszą być nieprzewidywalni. Ich mowa, jeśli mówią, musi być niezrozumiała. W takim filmie należy w jakiś sposób zamieścić dialogi, rozmowy ludzi z obcymi. Twórcy większości takich filmów wybrnęli z takiej patowej sytuacji w ten sposób, że obcy w ich filmach w jakiś tajemniczy sposób znany tylko tym obcym zamieniają się w całkiem przystojnych mieszkańców Ziemi władający zwykle perfekcyjnie językiem angielskim. Wspomnę tu znane produkcje gdzie gady z kosmosu chcący opanować Ziemię zamieniają się w ludzi i mają charaktery i zwyczaje zwykłych ludzkich najeźdźców i okupantów. Oczywiście dopiero wtedy ludzie, ci napadnięci przez obcych, mogą się z nimi porozumiewać, przejrzeć ich niecne plany i heroicznie ich pokonać”
„Wyczuwam ironię w pana wypowiedzi i wnioskuję, że nie wierzy pan aby obcy byli podobni fizycznie do ludzi”
„Oczywiście nie wierzę. Jeśli we wszech świecie są miliardy gwiazd, układów słonecznych i miliardy planet to dlaczego miałoby tam być życie podobne do życia na Ziemi z istotami podobnymi do ludzi?”
„To jak według pana obcy mogą wyglądać?”
„Nie mam najmniejszego pojęcia. Wiem jednak, ze trzeba być otwartym na spotkanie różnych form życia, mam na myśli istoty rozumne które wcale nie muszą mieć postaci przypominających ludzi, zwierzęta czy owady…”
„To co mogą przypominać? Jak ich poznamy gdyby przybyli na Ziemię?”
„Może już tu są? Może nie przybyli z zewnątrz tylko z innych czasów. Proszę sobie wyobrazić, że podobnie jak prymitywne plemiona ludzkie żyjące gdzieś w odosobnieniu nie wiedzą nic o na przykład, falach radiowych przebiegających w okól nich i rzecz jasna nie znają możliwości ich odebrania, tak samo my możemy nie zdawać sobie sprawy z tego co nas otacza…”
„Na przykład co?”
„Na przykład błyski światła, lub to co bierzemy za obłoki, albo struktury bardziej złożone które odbieramy jako zapachy…”
Zerwałem się z łóżka.
„Jasna cholera!…Zapach!”
W tym samym momencie telewizor się sam wyłączył.
Zosia spojrzała na mnie i zapytała z wyrzutem
„Dlaczego wyłączyłeś telewizor? Wiesz, ze lubię tą serię”
„Nie wyłączyłem. Sam się wyłączył” – po chwili zapytałem zdziwiony – „Jaką serię? O czym mówisz?”
„No tą co oglądaliśmy przed chwilą…O Sherlocku Holmsie!”
„Co ty wygadujesz?! To nie był żaden film, tylko rozmowa dwóch gości o obcych z innych światów!”
„No wiesz. Niepokoisz mnie. Dziwnie się ostatnio zachowujesz. Usnąłeś na filmie. Zerwałeś się nagle. Wyłączyłeś mi telewizor tuż przed zakończeniem filmu i teraz twierdzisz, że to nie był film, tylko coś innego…Śniło ci się”
Totalnie mnie zaskoczyła tą wypowiedzią. Zaniemówiłem. Po chwili chciałem odpowiedzieć, że to ona usnęła i śniły jej się te głupawe filmy które ma zwyczaj oglądać, ale powstrzymałem się. Coś mi mówiło, żeby nie wdawać się w dyskusję na temat tego co widziałem w telewizorze. Zapytałem tylko zdziwiony
„Co ci przyszło do głowy aby oglądać telewizję w środku nocy?”
„Mówiłam ci już, że obudził mnie włączony telewizor. Pewnie nie wyłączyłeś go jak należy i nagle ożył w nocy. Miałam wstać i go wyłączyć, ale zauważyłam, że powtarzają film który lubię, więc skoro już się rozbudziłam to…”
„Tak. Tak. Rozumiem” – przerwałem jej – „Przez twój film też się rozbudziłem”
„Obudziłeś się na chwilę a potem spałeś aż do teraz…”
„Nie spałem, tylko…A zresztą” – przerwałem
Zosia układała się do snu. Spojrzałem na zegarek. Dochodziła piąta. Byłem całkowicie rozbudzony. Nie mogłem zebrać myśli. Spojrzałem przez okno. Rozwidniało się.
„Muszę wyjść zaczerpnąć świeżego powietrza” – oznajmiłem Zosi
„Nie budź mnie jak wrócisz”.
Na zewnątrz poczułem od razu ten zapach. Muszę przyznać, że ucieszyłem się z tego powodu. Lekki wiaterek powodował, że zapach jakby słabł a po chwili nasilał się. Bardzo chciałem dowiedzieć się co jest jego źródłem.
Pociągając nosem ruszyłem w tą stronę z której wydawało mi się zapach był przywiewany. Szedłem za zapachem. Przymknąłem oczy aby całkowicie skupić się na wyławianiu zapachu, który chwilami zanikał i potem pojawiał się znacznie wzmocniony.
Co chwila przystawałem i otwierałem oczy aby ominąć krzewy i drzewa. Szedłem zygzakami. W pewnym momencie znalazłem się przed grotą. Ponieważ tym razem nie miałem ze sobą latarki, zawahałem się przed wejściem do groty. Ale tylko przez chwilę, po czym zdecydowanym krokiem ruszyłem do wnętrza.
Okazało się, że latarka nie jest potrzebna. Zaraz za wejściem panował poranny półmrok. Pamiętałem, że po kilku metrach korytarz skręca ostro w prawo i że zaraz napotkam na przeszkodę z drewnianych obślizgłych bali.
Gdy po chwili znalazłem się tam, przeszkody nie było. Nie zastanawiając się nad tym ruszyłem w głąb korytarza. Dopiero po chwili dotarło do mnie, że jest w nim bardzo jasno. Nie zauważyłem źródła tej jasności. Było widno jak w słoneczne południe.
Obserwowałem z zaciekawieniem ściany korytarza, który w tym miejscu wyraźnie się rozszerzał. Również to co można by nazwać sufitem znajdowało się znacznie wyżej nad głową niż zaraz przy wejściu do groty.
Pod nogami dotychczasowe nierówne kamienne podłoże, zastąpione zostało czymś miękkim. Schyliłem się aby sprawdzić co to jest
„Mech? Skąd się tu wziął mech?” – zastanawiałem się
Spojrzałem przed siebie i z pewnym zdziwieniem stwierdziłem, że kilka metrów dalej rośnie trawa i dosyć gęste krzewy. Zawsze byłem słaby z biologii. Nie potrafię nazwać tych krzewów i innych roślin które w miarę mojego posuwania się do przodu, zaczęły pojawiać się przede mną. Mogę jedynie stwierdzić, że były one całkowicie zwyczajne, takie jak w każdym parku czy lasku.
Roślinność ta całkowicie zasłoniła mi widok na ściany korytarza. Gdybym nie wiedział, że znajduję się w grocie, pomyślałbym, że jestem na zakrzewionej łące. Spojrzałem do góry. Nade mną nie było sklepienia groty. Było niebo z wysoko zawieszonymi obłokami
„Grota musi mieć wyjście w końcu korytarza. Dziwne że nie zauważyłem kiedy z niej wyszedłem” – pomyślałem
Chciałem odwrócić się i spojrzeć na przebytą drogę. Jednak coś wyraźnie zabroniło mi to zrobić.
To nie był głos. To była myśl która przeciwstawiała się chęci odwrócenia się.
„Dlaczego mam się nie odwracać skoro chcę to zrobić” – pomyślałem zirytowany
„Nie wolno mi się odwracać. Mam to wyraźnie zabronione” – druga myśl przebiegła niemal jednocześnie przez głowę
„Kurwa Mać! Przecież ja decyduję czy się odwrócić, czy nie” – powiedziałem na głos zdenerwowany
„No właśnie! Ja decyduję. Nie odwrócę się!” – odpowiedziałem sobie głośno
„Właśnie, że się odwrócę!”
Słyszałem własny głos tak jak bym się przysłuchiwał z boku jakiej sprzeczce. Nie miałem wpływu na wypowiadane słowa.
Pomału zacząłem się odwracać. Ledwo zrobiłem niewielki skręt ciałem w lewo poczułem, że coś stoi na przeszkodzie. Tą samą przeszkodę poczułem skręcając ciało w prawo. Próba odwrócenia głowy spowodowała kłujący ból szyi u nasady głowy.
„Wycofam się tyłem” – zdecydowałem w myśli
„Pójdę naprzód” – jakaś inna myśl niemal jednocześnie zadecydowała
W tym samym momencie zauważyłem zbliżających się w moim kierunku ludzi. Przestałem myśleć o powrocie do kampera.
Było coś niesamowitego, coś co mnie zafascynowało w wyglądzie zbliżających się do mnie ludzi. Jednocześnie wrócił znany mi zapach, który nie wiem kiedy zniknął. Chyba wtedy gdy wszedłem do groty.
„Jakiś film tu kręcą” – pomyślałem spoglądając na dekoracje stojące za zbliżającymi się postaciami. Niskie, kamienne chałupy kryte strzechą, raczej kurne chaty. Bez kominów. Dym wydobywał się z niewidocznych otworów na szczycie strzech. Obok stały niezaprzęgnięte wozy, przypominające chłopskie furmanki. Miały jednak inne koła, pełne, dosyć koślawo zbite z nieobrobionych desek.
Nie miałem czasu bliżej przyjrzeć się dekoracjom ponieważ zbliżający się ludzie zajęli całą moją uwagę. Ludzie ci, tylko mężczyźni, którzy się do mnie zbliżali szybkimi kroczkami, mocno pochyleni do przodu, byli niskiego wzrostu, jak dwunasto-trzynastoletni chłopcy. Ale to nie byli chłopcy. Z wyglądu raczej w późnym średnim wieku. Zarośnięci i zaniedbani. Ubrani byli w brudne, pozbawione kolorów łachy. Butów nie mieli.
Już z odległości kilku metrów poczułem odór niemytych ciał. Coś do mnie mówili w niezrozumiałym języku. Zauważyłem, że wszyscy mają w rękach grube kije. Otoczyli mnie półkolem. Zatrzymali się około metra ode mnie.
Stałem nieruchomo, nie wiedząc jak zareagować. Dwóch z nich zbliżyło się do mnie bardzo ostrożnie i wyciągając przed siebie głowy zaczęło mnie obwąchiwać. Nie wytrzymałem i zaśmiałem się głośno. Odskoczyli gwałtownie wyraźnie wystraszeni. Zrobiłem krok do przodu…
Ocknąłem się z bólem w całym ciele. Leżałem na brzuchu w wilgotnej od porannej rosy trawie tuż przy potężnej skale. Na twarzy miałem znowu tą cholerną pajęczynę. Uniosłem głowę. Zauważyłem kilkadziesiąt metrów od siebie naszego kampera. Jacyś ludzie podbiegli do mnie. Nie byli to ci aktorzy których spotkałem w grocie, czy raczej za drugim wyjściem z groty.
Dwóch młodych mężczyzn i młoda kobieta ubrani byli współcześnie. Próbowałem się podnieść
„Niech się pan nie rusza! Może pan sobie zaszkodzić!” – krzyknęła kobieta pochylając się nade mną
„Nic mi nie jest…musieli mi przyłożyć…Łobuzy” – odpowiedziałem
„Co on mówi?!” – zapytał jeden z mężczyzn
„Nie wiem…Bełkocze coś. Nie rozumiem tego” – odpowiedziała kobieta
„Ludzie! Nic mi nie jest!…Poobijali mnie, wszystkie gnaty mnie bolą, ale po za tym nic mi nie jest” – mówiąc to próbowałem się unieść z ziemi
Udało mi się usiąść i oprzeć o skałę przy której się znajdowałem. Chciałem się podnieść ale ktoś stanowczo przycisnął mnie do skały
„Siedź pan na dupie spokojnie. Zaraz przyjedzie karetka”
„Ale ja tu mieszkam w kamperze obok…”
„Po jakiemu on mówi?” – zapytał ktoś z otaczających mnie ludzi.
W tym momencie zauważyłem, że w koło mnie zebrało się kilka osób. Jeszcze kilka razy próbowałem ich przekonać, że nic mi nie jest, ale ku swojemu zdziwieniu zauważyłem, że nikt nie rozumie co mówię.
Zdziwiło mnie to, zacząłem intensywnie zastanawiać się dlaczego tak jest. Ogarnął mnie strach
„Czyżbym znalazł w grocie wejście do kopalni i to czego się spodziewałem w niej znaleźć?” – przeleciała mi taka myśl przez głowę.
Przymknąłem oczy aby się skupić i przeanalizować to co mnie spotkało. Pomału docierało do mnie, że to nie film nakręcano po drugiej stronie groty, tylko…
„Zemdlał!…Dajcie wody! Trzeba go ocucić!” – usłyszałem
Otworzyłem oczy i w tym samym momencie zauważyłem zbliżającą się Zosię. Zwróciłem się do niej
„Zabierz tych ludzi ode mnie”
Zosia nie zareagowała na moją prośbę. Zaczęła płakać i przez łzy wyjaśniła zgromadzonym
„To mój mąż. Nie mógł spać i wyszedł z kampera o piątej nad ranem” – potem zwróciła się do mnie – „Józuś, co tobie się stało? Jak ty wyglądasz?”
„Ze skały zleciał… O! Stamtąd. Widziałem jak spadał i się odbijał o kamienie”
Wszyscy spojrzeli do góry w stronę miejsca wskazanego przez gościa który twierdził, że spadłem ze skały. Mimowolnie, spojrzałem do góry.
„Skąd zleciał?” – zapytał ktoś
„Widziałem jak się poślizgnął tam przy tym białym kamieniu…O! tam przy tej brzózce”
„Toż to prawie tak jak by z trzeciego piętra zleciał” – zauważył ktoś inny
„Dobrze, że nie zleciał od razu na dół, bo by nie było co zbierać. Miał szczęście, że spadał po tych kamieniach, to tylko się poobijał. Może sobie żebra połamał”
„Ludzie! Do jasnej cholery mnie tam nie było!” – próbowałem wyjaśnić
„Józuś, co ty mówisz? Nic nie rozumiem. Po co tam wchodziłeś?”
„Słyszy pani? Znowu coś bełkocze. Musiał sobie nieźle głowę poobijać. Jak nic ma wstrząs mózgu” – zauważyła kobieta która pierwsza do mnie podbiegła
Nadjechała karetka. Podeszły dwie osoby w ubraniach ratowników medycznych. Obecni ludzie coś im wyjaśniali, ale nie docierało do mnie co mówią.
Poczułem, że słabnę. Słyszałem Zosię jak mówi, jakie lekarstwa biorę. Jeden z ratowników dał mi zastrzyk.
Pomału otwieram oczy. Ciemność. Nic nie widzę. Chyba leżę w łóżku. Boję się poruszyć. Nie wiem dlaczego, ale przekonany jestem, że jak się poruszę, to sobie sprawię kłopot. Nie ból, czy coś podobnego, tylko kłopot. Jakiś kłopot, który nie potrafię określić.
Leżę bez ruchu dosyć długo. Nic się nie dzieje. Jakieś niewyraźne dźwięki dochodzą do mnie jakby zza ściany. Wciągam nosem powietrze. Wyczuwam zapach, ale to nie ten którego oczekuję. To zapach charakterystyczny dla szpitali. To znaczy, że leżę w łóżku szpitalnym.
Nagle sobie przypominam grotę i wejście do kopalni
„No tak! Będą kłopoty i to poważne!” – uświadamiam sobie – „Wezmą mnie za wariata. Nikt nie uwierzy w to co powiem”
Jednak się tym nie przejmuję. Przeciwnie. Jestem zadowolony. Wszystko się sprawdziło. Przynajmniej do tej pory.
Wraca pamięć. Już wiem co się mi przydarzyło. Oczywiście, że nie spadłem ze skały, ale jak to wytłumaczyć Zosi i tym innym ludziom. Muszę znaleźć jakiś sposób. Mam mało czasu.
„Po cholerę mam im to teraz wyjaśniać” – nagła myśl przeleciała mi przez głowę – „Wezmą mnie za wariata. Poczekam aż stanie się to co się stać musi.”
Mimowolnie poruszyłem się. Poczułem jakieś kable na ramionach
„Związali mnie, czy co?!” – pomyślałem w pierwszej chwili
Jednak nie. Kable są luźno zwisające i raczej cienkie. Domyślam się, że to od jakiejś aparatury szpitalnej.
Byłem kiedyś podłączony w szpitalu do EKG czy czegoś podobnego.
Uniosłem się ostrożnie na łokciach, zauważyłem, jasną szczelinę przy podłodze. Tam są chyba drzwi, a jak są drzwi to musi być włącznik światła.
Zerwałem się gwałtownie z łóżka aby podejść tam i włączyć światło. Poczułem ból w plecach i w karku. Jednocześnie wyrwałem jakieś kable z lewej ręki. Podchodząc do drzwi kopnąłem coś co stało przy łóżku. Duży palec u prawej nogi zabolał okrutnie
„Kurwa mać!!!” – wykrzyknąłem
Kulejąc ruszyłem, tym razem ostrożniej, w stronę domniemanych drzwi. Gdy byłem pół kroku przed nimi nagle ktoś włączył światło które mnie na chwilę oślepiło i zmusiło do przymknięcia oczu. Gdy je otworzyłem, w otwartych drzwiach zobaczyłem pielęgniarkę
„Dzień Dobry. Gdzie ja jestem?” – zapytałem
Nie odpowiedziała.
„Proszę iść do łóżka. Panu nie wolno wstawać”
„Muszę do toalety…”
Ujęła mnie delikatnie za ramię i zaprowadziła w stronę łóżka.
Nie protestowałem gdy zmusiła mnie abym usiadł na nim.
„Do toalety potrzebuję” – powtórzyłem
Nie reagowała na to co mówiłem. Usiłowała położyć mnie na łóżku. Nie pozwoliłem się położyć
„Muszę się wysikać!”
Brak reakcji z jej strony na to co do niej mówię oraz coraz większe ciśnienie na pęcherz zirytowało mnie do tego stopnia, że podciągnąłem szpitalną koszulę, którą miałem na sobie i wskazując na penisa krzyknąłem
„Sikać mi się chce!!!”
Znieruchomiała na moment wyraźnie zaskoczona. Po chwili bez słowa podbiegła do otwartych drzwi i wydarła się w głąb korytarza
„Doktorze! To jakiś zboczek! Zgwałcić mnie chce!”
W jej głosie było więcej rozbawienia niż przerażenia. Czekała w otwartych drzwiach na lekarza, który, słyszałem, nadchodził nie spiesznym krokiem. Spojrzała raz na mnie z rozbawieniem.
„Co się stało Małgosiu?” zapytał lekarz przeciskając się w drzwiach ze stojącą tam siostrą Małgosią
„Chciałam, żeby się położył, a on gada coś do mnie po niemiecku i podnosi koszulę. Złapał interes w rękę i do mnie…Zgwałcić mnie pewnie chciał”
„Nie dziwię się mu, Małgosiu”
„Niech pan tak nie mówi doktorze, bo się czerwienię”
Słuchałem i nie wierzyłem własnym uszom. Mówiłem przecież wyraźnie po polsku
„Co pani wygaduje?!…Sikać mi się chce…Muszę natychmiast do ubikacji!”
Lekarz słuchał co mówię, po czym zwrócił się do siostry Małgosi
„To nie jest po niemiecku. Znam dobrze niemiecki”
„To po jakiemu on gada?”
„Nie wiem. Nic mi to nie przypomina…”
Nie wytrzymałem i zacząłem popuszczać na podłogę. Siostra Małgosia zauważyła to i krzyknęła
„Jeszcze mi się tu zesra!”
Popchnęła mnie w stronę drzwi z boku za szafką, których wcześniej nie zauważyłem. Znalazłem się w toalecie.
Wyszedłem odprężony. Dopiero teraz dotarło do mnie, że oni nie rozumieją co ja mówię. Jeszcze raz, tym razy powoli starając się poprawnie akcentować każde słowo wyjaśniłem, że nic mi nie jest i że chcę do domu.
Słuchali uważnie ale widać po nich, że nic nie rozumieją. Lekarz zbliżył się do mnie ostrożnie i powtarzając
„Dobra, dobra. Kładź się pan” – chwycił mnie za ramię i podprowadził mnie do łózka.
Wyrwałem się i niemal przewracając siostrę Małgosię wybiegłem z pokoju.
Przez ułamek sekundy zastanawiałem się w którą stronę pobiec. Po lewej stronie w głębi korytarza zauważyłem kilka osób. Skierowałem się na prawo. Ledwo zrobiłem ze dwa kroki gdy usłyszałem za sobą pisk Małgosi i krzyk lekarza
„Zenek!…Łap go!”
Nagle, jak z pod ziemi wyrósł przede mną potężny drab w białym fartuchu.
Powalił mnie na ziemię. Po chwili poczułem na sobie jego potężne ciało. Chyba jeszcze ktoś dobiegł bo skrępowano mi ręce i nogi. Ze zwisającą głową tuż nad podłogą przeniesiono mnie do pokoju i położono na łóżku. Odwrócono na plecy. Silne światło skierowane prosto w twarz sprawiło że zamknąłem oczy. Ktoś uniósł mnie do pozycji siedzącej. Błyskawicznie ściągnięto ze mnie koszulę i założono drugą z bardzo długimi rękawami
„Kaftan bezpieczeństwa” – przebiegło mi przez głowę – „Jak dla wariata”
Po chwili leżałem na wznak ze skrępowanymi rękoma, przypięty do łóżka pasami. Ktoś zrobił mi zastrzyk w prawe ramię.
„Zadziwiająco dobre wyniki jak na mężczyznę w jego wieku, profesorze. W czasie upadku z tak dużej wysokości nie doznał żadnych poważnych obrażeń…”
„A wyniki tomografii głowy?”
„Bez zastrzeżeń. Żadnych zmian”
„To jak wytłumaczyć ten jego bełkot?”
„Pozwolę sobie zauważyć, panie profesorze, że to nie jest bełkot. On mówi w jakimś nieznanym języku. Wysłaliśmy kilka nagranych wypowiedzi do katedry językoznawstwa w Uniwersytecie Warszawskim. Pracują tam nad tym aby zidentyfikować ten język”
Głosy w pokoju obudziły mnie. Przysłuchiwałem się temu dialogowi udając, że śpię. Ciekawość dowiedzenia się kto nade mną stoi sprawiła, że ostrożnie otworzyłem oczy.
Kilka osób stało przy moim łóżku. Zauważyli, że się obudziłem. Jedna z osób, niski, starszy mężczyzna odezwał się do mnie spokojnym cichym głosem
„Czy pan mnie słyszy?” – zapytał
„Tak! Wszystko słyszę. Nic mi nie jest” – odparłem
„Jeszcze raz zapytam. Czy pan mnie słyszy?…proszę odpowiedzieć po polsku”
„Mówię przecież, kurwa po polsku!” – odpowiedziałem zdenerwowany i przestraszony
Gość zwrócił się do zebrany i o czymś cicho rozmawiali. Nic do mnie nie docierało. Potem ten sam mężczyzna usiadł na brzegu łóżka i jeszcze raz spokojnie z uśmiechem na twarzy odezwał się do mnie
„Zrobimy tak. Będę zadawał panu pytania a pan odpowie mrugając do mnie oczami….”
„Dobrze” – przerwałem mu – „Mogę mrugać, tylko po co…”
„Proszę nic nie mówić” – tym razem on mi przerwał – „Zróbmy tak jak zaproponowałem. Pierwsze pytanie – czy pan rozumie co do pana mówię?”
Mrugnąłem oczami. Wśród zebranych wokół mojego łóżka rozległ się szmer uznania
„Spokojnie proszę państwa” – zwrócił się do zebranych – „To dopiero początek. Musimy się upewnić, że pacjent na pewno rozumie co się do niego mówi”
Ponownie spojrzał na mnie z uśmiechem
„Zadam panu teraz pytanie z matematyki. Proszę mrugnąć tyle razy ile wynosi poprawna odpowiedź. Ile jest dwa razy dwa?”
Mrugnąłem cztery razy. Rozległ się cichy szmer uznania. Nie wiem, czy dla moich zdolności matematycznych, czy dla przebiegłości profesora który wpadł na sposób aby się przekonać, czy rozumiem co do mnie się mówi.
„To teraz zadam panu jeszcze jedno…” – nie dokończył.
„Panie profesorze!” – przerwała mu stojąca obok kobieta – „Dajmy mu ołówek i papier. Niech odpowiada na piśmie”
„Kochana jesteś!!!” – krzyknąłem – „Że też o tym sam nie pomyślałem!”
Nie wiem, czy to mój okrzyk, czy niespodziewana propozycja kobiety sprawiła, że powstał mały zamęt wśród otaczających mnie osób. We mnie, w każdym razie wstąpiła nadzieja, że wreszcie będę mógł się z nimi porozumieć. Ktoś po chwili podał mi zeszyt A4 w twardej oprawie, ktoś inny podał długopis.
Podciągnąłem się na łóżku do pozycji półsiedzącej. Przyłożyłem długopis do kartki w tej samej chwili doznałem szoku… Nie potrafiłem napisać ani słowa…Co tam słowa! Nie potrafiłem postawić na papierze żadnego znaku. Nagłe przerażenie sprawiło, że wydałem z siebie długi krzyk rozpaczy. Rzuciłem zeszytem w profesora i straciłem przytomność.
Coś dziwnego się ze mną dzieje. Straciłem rachubę czasu. Od wielu dni, nie wiem od ilu, intensywnie myślę. Przypominają mi się wszystkie zadania matematyczne ze szkoły średniej i ze studiów. Dużo przyjemności sprawiła mi wyższa matematyka, której kiedyś nie znosiłem, jak na przykład rozważanie nad transformacją Laplace’a. A gdy chciałem sobie odpocząć obliczyłem, a właściwie przedstawiłem liczbę Pi do dwustu czwartego miejsca po przecinku, czyli π ≈ 3,141592 653589 793238 462643 383279 502884 197169 399375 105820 974944 592307 816406 286208 998628 034825 342117 067982 148086 513282 306647 093844 609550 582231 725359 408128 481117 450284 102701 938521 105559 644622 948954 930381 964428.
Nie wiem czemu to robię. Wszystkie te obliczenia, które przebiegają w mojej głowie nie przeszkadzają mi myśleć jednocześnie o czymś innym.
Przenieśli mnie do innego pokoju. Mimo, że pokój jest cały w bieli i sterylnie czysty, to wysoko pod sufitem umieszczone małe zakratowane okno sprawia, że pokój przypomina celę więzienną.
Mam w nim łazienkę z toaletą. Mogę poruszać się swobodnie po pokoju ale nie mogę wyjść na zewnątrz. Drzwi są zamknięte.
Nie mam w nim zegara, telewizora ani radia. Nie mam również nic do czytania, żadnych książek czy gazet. Nie brakuje mi tego.
Mam za to dużo czasu. Wykorzystuję go na dokończenie moich przemyśleń o tym co mnie spotkało od momentu przyjazdu kamperem pod grotę. Rozwiązywanie zadań matematycznych też pochłania wiele czasu.
Wszystko układa się w całość. Zarówno wydarzenia które poprzedziły przyjazd pod grotę, jak i te które spowodowały, że tak bardzo zapragnąłem tam przyjechać.
Sytuacja rodzinna wymusiła na mnie zabranie w podróż żony. Nie mogłem powiedzieć jej co jest celem podróży. Wyśmiałaby mnie. Dlatego wymyśliłem wyjazd do Czech, do Pragi, którą ona od dawna chciała zobaczyć.
Grota i kopalnia które były moim celem to tylko jednodniowe zboczenie z trasy do Pragi.
W ten sposób utrzymałem w tajemnicy przed nią cel mojej wizyty w kopalni.
Moje przemyślenia przerywane są tylko przez wejścia pielęgniarki przynoszącej jedzenie oraz przez przeprowadzane badania lekarskie dwa razy dziennie. Pobierają krew i mocz oraz ważą mnie za każdym razem.
Poddaję się im bez protestów. Jest mi obojętne co ze mną robią. W czasie obchodów lekarze zadają mi różne pytania, tak stawiane, że oczekują ode mnie odpowiedzi – tak, lub – nie. Oczywiście oczekują, że będę odpowiadał mrugnięciami. Całkowicie ich ignoruję. Traktuję jak powietrze.
Był także z wizytą profesor językoznawca z Uniwersytetu Warszawskiego. Przyszedł z dwoma asystentami. Byli również wszyscy znani mi lekarze i pielęgniarki.
Profesor z Uniwersytetu był bardzo zawiedziony, że nie zechciałem się do niego odezwać. Jego asystenci wyciągnęli z teczek plansze na których były zapisane jakieś znaki, które w pierwszej chwili nic mi nie mówiły, ale po chwili mogłem je odczytać. Były to hieroglify, dosyć nieudolnie przepisane na te plansze.
Tekst chwalił boga Thot, staroegipskiego boga Księżyca, patrona mądrości. Chciałem dłużej poczytać te zapiski z plansz, ale ponieważ udało mi się ukryć zainteresowanie planszami, profesor bardzo szybko się zniechęcił. Zabrał plansze i z całą świtą wyszedł z pokoju.
Przez chwilę zastanawiałem się dlaczego odczytałem te hieroglify. Doszedłem szybko do wniosku, że musiałem widzieć je wcześniej.
Od czasu tej wizyty lekarze nie zadają pytań. Myślę, że posunęli się do podstępu. Teraz przychodzi nowa pielęgniarka. Bardzo rozgadana. Bardzo stara się wciągnąć mnie w „mrugającą rozmowę”.
Mam wrażenie, że to nie pielęgniarka. Pytania jakie „mimochodem” zadaje są takie same jak te na które odpowiedzi oczekiwali lekarze.
Wczoraj pochyliła się nade mną i powiedziała
„Jutro odwiedzi pana pańska żona. Cieszy się pan? Niech pan mrugnie”
Zaskoczyła mnie totalnie. Z trudem powstrzymałem się przed mrugnięciem. Po tym co powiedziała do mnie, obserwowała mnie przez dłuższą chwilę z uwagą po czym wyszła bez słowa z pokoju.
Długo zastanawiałem się jak zareagować na przyjście Zosi. Właściwie to mi jej nie brakuje. Dopiero ta informacja o tym, że Zosia ma mnie odwiedzić sprawiła, że zacząłem o niej myśleć.
Ze zdziwieniem uświadomiłem sobie że myślę o niej jak o osobie którą znam, ale z którą nie łączy mnie nic bliskiego.
Dziwne. Wiem przecież, że jest moją żoną, że spędziliśmy razem ponad trzydzieści lat. Czuję, że jest mi całkowicie obojętna. Skoro chce przyjść, to niech przychodzi. Nie mam na to wpływu.
Minęły już dwa dni od wizyty Zosi. Przyszła w towarzystwie jednego z lekarzy i tego profesora co wymyślił porozumiewanie się ze mną za pomocą mrugania.
Zosia weszła do pokoju zapłakana. Leżałem na wznak i patrzyłem się bez ruchu w sufit.
„Jak się czujesz, kochany?” – zapytała przez łzy
Nie odpowiedziałem. Patrzyłem w sufit.
„Ostatnio jest bardzo apatyczny” – poinformował ją lekarz
Zosia pochyliła się nade mną. Pocałowała mnie w usta
„Jaki on gorący!” – krzyknęła odskakując od łóżka
„Od kilku dni ma wysoką temperaturę ciała. Ponad trzydzieści osiem stopni. Nie wiemy co mu jest. Wszystkie wyniki badań są zadawalające, tylko…”
„Panie kolego” – przerwał lekarzowi profesor – „Nie ma sensu niepokoić pani szczegółami”
Po chwili zwrócił się do Zosi.
„Fizycznie pani mąż jest w zadawalającym stanie. Ta gorączka trochę nas niepokoi ponieważ nie znamy jej przyczyn. Obecnie znajduje się na niezmienionym poziomie od kilku godzin. Robimy co możemy aby ją obniżyć. Ale niestety, dopóki nie znajdziemy przyczyny tego stanu, to działamy trochę po omacku… Najbardziej niepokoję się jego stanem psychicznym. Nie mamy z nim kontaktu”
„To pewno przez ten piorun co go poraził kilka miesięcy temu” – wtrąciła Zosia- „Lekarze w szpitalu mówili, że cudem przeżył, ale że ewentualne szkody w organizmie mogą się pojawić później…”
„No tak. Mieli rację, to może w pewnym stopniu wyjaśniać jego stan, ale ten język…czy on zna jakieś języki obce?”
„Mówiłam już wcześniej policji, że zna niemiecki… Po tym jak wyszedł ze szpitala, po tym uderzeniu pioruna, zamknął się w sobie. W nocy najczęściej śpi z otwartymi oczami. Na początku przerażało mnie to, ale już się przyzwyczaiłam. Denerwuje się szybko jak powie jakąś bzdurę a ja próbuję reagować, ale to tylko pogarsza sprawę. Teraz tylko przytakuję. Uspakaja się wtedy”
„Co za bzdury opowiada?”
„Często powtarza, że musi się z nim spotkać…”
„Z kim?”
„Z jakimś Leopoldem, czy Leonardem. Wymawia to imię tak jakoś niewyraźnie. Jak go pytam kto to, odpowiada zdenerwowany, że to nie moja sprawa”
Mówiąc to Zosia pochyliła się nade mną jeszcze raz. Uniosła mnie do pozycji pół siedzącej aby poprawić poduszkę
„Boże! Jaki on lekki!” – wykrzyknęła.
Puściła moje ciało i odskoczyła do tyłu zakrywając twarz rękoma. Była bliska zemdleniu. Stojący za nią lekarz pomógł jej usiąść na krześle.
Ja w tym czasie wstałem i nie zważając na obecnych udałem się do toalety. Słyszałem jak lekarz tłumaczył jej, że oprócz wysokiej gorączki bardzo obniżyła się waga mojego ciała
„Panie kolego!” – znowu zaprotestował profesor – „Po co pan to mówi. Przecież pani widziała przed chwilą, jak jej mąż przechodził do toalety, że dobrze wygląda…”
„Uważam, panie profesorze” – przerwał stanowczo lekarz – „Że pani ma prawo wiedzieć, że jej mąż w ciągu kilku dni stracił na wadze ponad pięćdziesiąt kilogramów…”
Do Zosi chyba ta liczba nie dotarła. Zapytała tylko zaniepokojona
„To wy mu tu nie dajecie jeść?…On zawsze ważył prawie dziewięćdziesiąt kilo”
„Dostaje proszę pani. Wszystko zjada. Od wczoraj dostaje pięć wysokokalorycznych posiłków dziennie. Zjada je. Badania wykazują że metabolizm działa poprawnie. Oprócz gorączki, jego obniżona waga ciała jest drugą zagadką na którą nie znamy odpowiedzi”
Wyszedłem z toalety i udałem się do łóżka. Położyłem się na wznak, przykryłem się kołdrą i wbiłem wzrok w sufit.
„Józuś! Co ci jest? Zamartwiasz mnie” – Zosia płakała.
Próbowała dojść do łóżka ale lekarz powstrzymał ją mówiąc, że lepiej się do mnie nie zbliżać. I że on osobiście podejrzewa, że może to być choroba spowodowana jakimś nieznanym wirusem
„Co pan opowiada kolego!” – zareagował profesor – „Jakim wirusem. Przecież wykluczyliśmy obecność wirusów” – po chwili dodał zaniepokojony – „Ale ma pan rację. Nic tu po nas. Pacjent musi pozostać w szpitalu…”
Obydwaj objęli ramionami wciąż szlochającą Zosię i poprowadzili w stronę drzwi. Nie stawiała oporu. W drzwiach stanęła, obejrzała się w moją stronę i z głośnym płaczem opuściła pokój.
Przez te dwa dni po wizycie Zosi, jeszcze raz sprawdziłem poprawność wszystkich wniosków do jakich doszedłem w rezultacie moich przemyśleń.
W jakimś sensie pomogły mi przebiegające cały czas w mojej głowie ćwiczenia matematyczne, oraz ten trzeci wątek myślowy który pojawił się w mojej głowie jakiś czas temu.
Tak więc teraz jednocześnie rozwiązywałem zadania i problemy matematyczne. Rozmyślałem nad tym co mnie spotkało i w rezultacie uzyskałem odpowiedzi na pytania które mnie dręczyły od momentu przyjazdu kamperem na parking przy grocie i wejściu do kopalni.
Już znam pochodzenie zapachu, który wtedy spotkałem. Wiem dlaczego włączył się wtedy telewizor. Wiem, że tych dwóch gości którzy dyskutowali o wizytach obcych na Ziemi mówili tak naprawdę do mnie. Nakierowywali mnie na cel mojej wizyty w grocie.
To nieprawda co mówiła Zosia, że usnąłem i śniłem o tej telewizyjnej dyskusji. To ona spała i śnił jej się ten durny serial który tak lubi oglądać.
Wiem także, że On wtedy tworzył kanały służące do porozumienia się ze mną.
Zaprowadził mnie poprzez grotę do czasu gdy dokonał swojego największego dzieła. Do połowy roku 1500tnego. Urodził się tam, w Toscani niedaleko Vinci w 1452 roku.
W dorosłem wieku wracał tam często potajemnie z Francji i realizował w tajemnicy swój największy projekt. Transformację czaso-przestrzenną.
Ludzie tam wtedy mieszkający, bardzo prymitywni chłopi, bardzo mu pomagali. Zdobył ich posłuszeństwo sztuczkami technicznymi. Uważali go za Boga.
Wtedy w grocie, gdy mnie pierwszy przeprawił do siebie nie byłem jeszcze gotowy aby go spotkać. Coś poszło nie tak jak się spodziewał.
Ale to już minęło. Znalazł sposób do komunikowania się ze mną. Jest w tej chwili moim trzecim wątkiem myślowym. Kieruje moim postępowaniem. Przygotowuje moje ciało do przeprawy w inny sposób.
Mówi mi co mam robić i co mnie czeka w przyszłości.
Przeprawa może dokonać się w każdej chwili. Powiedział mi, że mam sam zadecydować o tym kiedy chcę się przeprawić. Myślę że ten czas właśnie nadszedł.
Krzyki na korytarzu i włączony automatycznie alarm pożarowy upewnił mnie, że jestem w trakcie przeprawy
„Gaśnica! Gdzie jest gaśnica do cholery?! Nasz pacjent płonie!” – wydzierała się siostra Małgosia
„Jak to płonie?!” – zapytał ktoś
„Normalnie! Zapalił się gdy wchodziłam do niego!” – wyjaśniała siostra Małgosia – „Że też musiało się to wydarzyć na mojej zmianie”
Byłem już wysoko pod sufitem i mogłem się wysnuć na zewnątrz pokoju, ale powstrzymywała mnie ciekawość tego co nastąpi.
Po chwili zbiegło się kilka osób. Przybiegł również lekarz z gaśnicą, ale nie uruchomił jej.
„Przecież tu nie ma pożaru” – stwierdził
„Jak niema. Przecież nasz Józio się spalił!…Nie czuje pan tego smrodu spalenizny?”
Lekarz i obecni zaczęli pociągać nosami
„To chyba nie spalenizna. Jakiś dziwny zapach”
„Chyba, Małgosiu pacjent ci uciekł. Gdyby się palił to wszystko w koło by się zajęło od ognia” – stwierdził lekarz
Wszyscy zbliżyli się do łóżka. Ktoś dotknął prześcieradła i stwierdził, że jest bardzo ciepłe.
„Patrzcie! Tu jest trochę popiołu” – ktoś zauważył
„To popiół po papierosie” – zauważył ktoś inny
„Józio nie palił” – stwierdziła bliska płaczu Małgosia – „Uwierzcie mi!…On cały był w płomieniach gdy weszłam do pokoju”
„Dzisiaj jest poniedziałek. Zabalowałaś wczoraj Małgosiu. Tu nie było pożaru. Pacjent ci uciekł. Trzeba go szukać. Jest bez ubrania. Musi być jeszcze w budynku”
Siostra Małgosia wybiegła z płaczem z pokoju. Inni też wyszli. Dyżurny lekarz zarządził przeszukanie budynku.
Wyniosłem się przez otwarte drzwi. Porozmawiałem sobie z Nim. Rozmawiałem to nie właściwe określenie. Miałem z Nim kontakt.
Dowiedziałem się, że mam przybyć do groty. Wejście już znam. Powiedziałem, że chcę zostać w szpitalu i zobaczyć jak potoczą się dalej sprawy mojego zniknięcia. Wyraził zgodę.
Snułem się przez kilka dni po szpitalu i okolicy.
Zauważyłem, że gdy zbliżałem się do ludzi to zaczynali intensywnie wciągać powietrze nosami. Niektórzy narzekali na dziwny zapach. Inni twierdzili, że to smród. Jeszcze inni pytani czy czują coś odpowiadali, że nic nie czują.
Trzy dni po moim tajemniczym zniknięciu odbyła się u dyrektora szpitala narada na której było kilka osób. Trzech lekarzy, ordynator oddziału na którym leżałem i znany mi już profesor.
Dyrektor zastanawiał się jaką wersję wydarzeń przedstawić na zewnątrz
„Analiza tej resztki popiołu znalezionego na łóżku potwierdziła że jest to popiół skremowanego ciała” – oznajmił zebranym dyrektor
„Tak mało po nim zostało?” – zdziwił się jeden z lekarzy
„Czytałem gdzieś, że po samozapłonie zostaje mało śladów…” – odpowiedział dyrektor
„Ja nie wierzę w samozapłon. Miałem kiedyś przypadek śmierci pacjenta w wyniku pożaru, ale on potajemnie palił papierosy. Pościel się zajęła ogniem, wszystko się w pokoju spaliło…”
„On nie palił” – przerwał mu dyrektor
Nastąpiła chwila milczenia
„To co powiemy prasie. Ktoś im już doniósł o tajemniczym zniknięciu pacjenta”
„Myślę, że trzeba im powiedzieć prawdę” – zauważył ten lekarz który wtedy przybiegł z gaśnicą
„Pan oszalał kolego!” – zdenerwował się profesor – „Dopiero byśmy narobili sobie kłopotów. W dwudziestym pierwszym wieku lekarze pieprzą głupoty o samospaleniu pacjenta…Nie! Nie możemy przedstawić takiej wersji”
„Właściwie to nie ma świadków zdarzenia” – ktoś zauważył
„Zapominacie o Małgosi. Ona jest światkiem…”
„Małgosia jest na zwolnieniu. Załamała się nerwowo. Ostatnio dużo pracowała. Jest przemęczona. Wyślemy ją na badania specjalistyczne”
„Słyszałem, że ma problemy z alkoholem” – dodał profesor
„Słuchajcie panowie” – dyrektor zaczął zdecydowanym głosem – „Jutro wydam komunikat w którym z przykrością stwierdzę, że z powodu braków personalnych doszło do ucieczki pacjenta leczonego na poważne zaburzenia psychiczne. Pacjent nie jest niebezpieczny dla otoczenia. Podamy że odpowiednie organy zajęły się jego poszukiwaniem…. Oberwiemy trochę za to, ale jestem przekonany, że jest to jedynie słuszne wytłumaczenie całej historii”
Wszyscy bez wyjątku zgodzili się z dyrektorem. Ja również nie miałem zastrzeżeń co to tej wersji wydarzeń.
Szybko wysnułem się ze szpitala i jeszcze szybciej znalazłem się przy wejściu do groty.
Po chwili byłem po właściwej stronie.
Czekał na mnie. Nie był sam. Byli inni o których w jakiś sposób wiedziałem ale z którymi jeszcze nie miałem kontaktu.
Mimo iż mogłem zadać mu najbardziej nurtujące mnie pytanie wcześniej, zachowałem je do tej chwili która teraz nastąpiła
„Dlaczego mnie wybrałeś?”
„Aby przeprawić kogoś na tą stronę muszą być spełnione pewne warunki fizyczne. Zdarza się to niezwykle rzadko. To co cię spotkało kilka miesięcy temu sprawiło, że twój mózg i układ nerwowy uległ pewnej” – przerwał na chwilę – „Nazwijmy to współczesnym językiem, pewnej konfiguracji. To ułatwiło mi przeprawienie ciebie na naszą stronę. Wiem, że doceniasz to”
„Tak, mistrzu. Czego oczekujesz ode mnie?”
„Czekają cię nowe wyzwania. Wiemy, że je z chęcią przyjmiesz i że im podołasz”
„Kiedy mam zacząć?” – zapytałem mistrza
„Niebawem”
KONIEC