JAK NIE POMOGŁEM

To był ostatni tydzień przed urlopem. Poniedziałek dwudziesty czerwca tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiąty czwarty. Bilety na prom do Polski kupione. Bagaże prawie spakowane, tylko wrzucić do auta. Wyjazd zaraz po pracy w piątek. Nie będzie mnie w pracy całe trzy tygodnie.

Od tego poniedziałku, tak jak co roku w okresie urlopowym, Huta zatrzymuje produkcję na sześć tygodni. Pracownicy z produkcji idą na urlopy a dla personelu technicznego z działów odpowiedzialnych za utrzymanie ruchu zaczyna się gorący okres. Część personelu technicznego też idzie na urlop. Na ich miejsce przyjmowani są pracownicy, którzy mają ich w tym czasie zastąpić.

Do Huty wchodzą też firmy z zewnątrz, wynajęte w celu przeprowadzenia remontów i wykonania zaplanowanych inwestycji. Za dwie takie, niewielkie, ale ważne inwestycje byłem odpowiedzialny od strony konstrukcyjnej. Część konstrukcji została już wykonana w specjalistycznych firmach. Pozostał tylko ich montaż w Hucie. Prace montażowe były zaplanowane na cztery tygodnie. Harmonogram robót sprawdziłem z wykonawcami kilkukrotnie. Nie był napięty i wszystko powinno być gotowe na czas.

Chciałem wziąć pięć tygodni urlopu, ale szef się nie zgodził. Stwierdził, że powinienem być w Hucie w tym ostatnim tygodniu, kiedy moje konstrukcje będą na finiszu. Tak na wszelki wypadek, gdyby coś złego, nie daj Boże wyskoczyło w ostatniej chwili.

Gdy tak sobie porządkowałem ostatnie sprawy przed wyjazdem, zadzwoniła do mnie Inga z Działu Kadr

„Przyjdź do nas natychmiast. Szef potrzebuje pomocy”

„O co chodzi?”

„Dowiesz się na miejscu” – odpowiedziała zdenerwowana

Biurowiec, w którym znajduje się między innymi Dział Kadr, stoi na zewnątrz ogrodzonego terenu Huty. Chodzi o to, aby ci co mają coś do załatwienia, jakieś sprawy, nie musieli załatwiać na portierni przepustek.

Moje miejsce pracy wtedy, znajdowało się w budynku laboratorium, który leżały dosyć centralnie na terenie Huty. Przed laboratorium mieliśmy parking dla pracowników.

Wsiadłem w samochód i już po kilku minutach byłem przed wejściem do biurowca. Na placyku przed wejściem stały dwa samochody policyjne i duża karetka pogotowia. W środku, w halu stało kilku policjantów w hełmach i kamizelkach kuloodpornych. Mieli długą broń. Spojrzeli na mnie groźnie i chyba chcieli mnie zatrzymać, ale w tym momencie z korytarza wybiegła Inga

„Przepuśćcie go! On jest wezwany do nas!” – uprzedziła policjantów

Podbiegła do mnie. Złapała mnie za rękę i niemal biegiem zaciągnęła korytarzem w stronę Działu Kadr.

„Powiesz mi wreszcie o co chodzi?!” – zażądałem od niej wyjaśnień przed wejściem do pokoju

„Szef ma u siebie dwoje ludzi. Nie mówią po szwedzku. Dowiedzieliśmy się, że są z Polski. Są agresywni. Nie chcą wyjść z pokoju. Czegoś żądają, ale nie wiemy o co im chodzi…Szef wezwał strażników z portierni, aby ich wyprowadzili, wtedy kobieta wyciągnęła brzytwę i przyłożyła sobie do gardła”

„To, dlatego jest tu tyle policji…”

„Takie są procedury w razie zagrożenia. Szef uruchomił cichy alarm” – wyjaśniła

Otworzyła drzwi do pokoju szafa Działu Kadr

„O! Jak dobrze, że jesteś!”

Podbiegł do mnie zanim zdążyłem się przywitać. Szeptem zaczął mi wyjaśniać, że para siedząca w fotelach przy stoliku pod oknem zjawiła się u niego zaraz po ósmej i czegoś się domaga.

„Nie jestem pewien, ale to są chyba twoi rodacy. Mężczyzna jeszcze się nie odezwał. Za to ta kobieta, chyba jego żona,… To wariatka! Brzytwą grozi, że sobie gardło poderżnie. Jest bardzo agresywna…”

„Czego się domagają?” – przerwałem mu

Jednocześnie przyglądałem się dyskretnie przybyszom. Kobieta miała około czterdziestu lat. Niemal karykaturalny typ przekupki z Bazaru Różyckiego. Mężczyzna, mógł być w tym samym wieku. Bardzo przeciętny, cichy szary człowiek jakich pełno na ulicach. Trudny do zapamiętania.

Podczas gdy się im przyglądałem Jane coś mówił podnieconym szeptem.

„Przepraszam, zamyśliłem się. Powtórz czego się domagają?”

„Nie wiem. Ona wtrąca czasem jakieś słowa po angielsku, ale nic z nich nie wynika”

„To skąd wiesz, że się czegoś domagają?”

„Z jej agresywnego tonu głosu tak wnioskuję…Chciałbym abyś tłumaczył rozmowę”

„Słuchaj, Jane. Wiesz, że nie jestem tłumaczem. Nie posiadam takich uprawnień…”

„Wiem. Zrozum, że mam brzytwę na gardle, to znaczy, chciałem powiedzieć, że ona ma brzytwę na gardle, a ja nóż. Skąd mam teraz wytrzasnąć tłumacza? Potraktuj to jako nieformalną rozmowę”

„OK, o ile oni zechcą skorzystać z mojej pomocy”

Zdarzało się już wiele razy, że do Huty przyjeżdżały delegacje z podobnych firm z Polski. Przedstawiciele tych firm nie potrzebowali tłumaczy. Posługiwali się angielskim lub niemieckim.

Zwykle po części oficjalnej zapraszani byli wieczorem na jakieś przyjęcie do restauracji. Aby rozluźnić atmosferę, zarówno ja jak i inni zatrudnieni w Hucie Polacy byliśmy czasami proszeni o udział w tych imprezach. Były to zwykle niezobowiązujące rozmowy przy kieliszku o wszystkim i o niczym.

Rozmowa teraz, w pokoju szefa Kadr będzie miała zupełnie inny charakter, tak przypuszczałem. I nie myliłem się.

Zwróciłem się do pary siedzącej pod oknem po polsku. Powiedziałem Dzień Dobry i przedstawiłem się. Powiedziałem, że zostałem poproszony o tłumaczenie

„No! Nareszcie przysłali kogoś kto mówi po polsku!” – krzyknęła kobieta.

Mężczyzna się nawet nie poruszył. Siedział apatyczny ze spuszczoną głową i wzrokiem wbitym w podłogę.

„Może na początek państwo się przedstawią” – zaproponowałem

„A, na co to panu?” – zapytała agresywnie

„Wie pani, taki zwyczaj jest…”

„Podam nazwisko jak nas przyjmą do pracy”

„No, dobrze. Jak sobie pani życzy. To zaczynamy. Pani mówi pierwsza – ja tłumaczę. Potem on mówi – ja to pani przetłumaczę. Zgadzają się państwo na taki sposób rozmowy?”

„A o czym tu rozmawiać? Do pracy chcemy!” – odpowiedziała zdecydowanie, krzykliwym głosem

„Co pan o tym sądzi?” – zwróciłem się do mężczyzny

„Co?… Myślę, że…” – odezwał się zaskoczony

„On myśli tak samo jak ja. Prawda Geniu?” – przerwała mu – „Nieśmiały jest i małomówny, dlatego wszystko jest na mojej głowie”

„Co pani chce powiedzieć szefowi Działu Kadr tego przedsiębiorstwa?”

„Mówiłam już!…Do pracy przyjechaliśmy”

Przetłumaczyłem.

„Powiedz jej, że nie przyjmujemy nikogo do pracy, bo nie ma wolnych miejsc”

Przetłumaczyłem

„Jak nie ma, jak widzę, że są. Ci co stoją przed biurem to co za jedni? Do pracy przyjechali. Ja o tym wiem. Mnie się oczu nie zamydli”

„To są ludzie, którzy przyjechali do pracy na zastępstwa. Jest sezon urlopowy. Część pracowników poszła na urlopy i ktoś musi za nich pracować”

„Świetnie! Nam to bardzo pasuje. Możemy na zastępstwo”

„Oni są wykwalifikowani. Pracę załatwili sobie kilka miesięcy temu…”

„My też jesteśmy wykwalifikowani. W biurze pracowałam, a mąż wszystko umie. Złota rączka jest”

„Stop! Stop! Jane, przerwijmy to na chwilę. Zaraz zwariuję. Ta rozmowa nie ma sensu” – przerwałem zwracając się do kadrowca

„Wiem, że nie ma sensu. Trzeba ich zmęczyć i wyprowadzić stąd jakoś. Nie wiem, może zaprosić na lancz do stołówki?” – odpowiedział szeptem

„Jeszcze jedenastej nie ma. Za wcześnie na lancz. Od dwunastej wydają”

„To co robić? Może ty wymyślisz coś?”

„Nie wiem. Myślę, że prędzej czy później będą potrzebować skorzystać z toalety…”

„To co robić?!”

Jane był bliski paniki

„Porozmawiam z nimi chwilę po polsku. Nie przerywaj mi. Spróbuję po dobroci”

„Próbuj”

Wziąłem krzesło stojące przy stole konferencyjnym i chciałem na nim usiąść naprzeciwko moich rodaków

„Trzymaj się z daleka od nas, bo nie ręczę za siebie!”

Krzyknęła wyciągając błyskawicznie brzytwę z trzymanej na kolanach torebki. Odsunąłem krzesło ze dwa metry od stolika, widząc kątem oka jak Jane łapie się za serce.

„Droga pani. Porozmawiajmy spokojnie” – zwróciłem się do niej bardzo łagodnie – „Spróbuję pani wytłumaczyć jak tu się przyjmuje ludzi do pracy. To nie jest takie proste…”

„Co, nie proste?! Przyjąć nas i po wszystkim…” – przerwała mi

„Halinko, nie przerywaj panu…” – delikatnie upomniał ją mąż

„Cicho bądź i nie wtrącaj się!” – uciszyła męża

„Niech pani zrozumie, Żeby tu pracować trzeba znać język, chociażby trochę…”

„Damy sobie radę. Jemu” – wskazała na męża – „Wystarczy pokazać co ma robić i będzie to robił. Mnie w biurze wystarczy angielski. Chyba tu mówią po angielsku? Nie tak jak ten tu…”

„Jak pani sobie wyobraża swoją pracę tutaj w biurze? Obsługę komputera, rozmowy telefoniczne…”

„Tak jak wszędzie. Pracowałam w biurze u nas w spółdzielni. Tam nie potrzebowałam komputerów, to tutaj też obejdę się bez komputera. Przybijać pieczątki i segregować kwity, dam radę bez komputera”

Milczałem chwilę. Zabrakło mi argumentów.

„Dlaczego nie szukacie pracy na czarno?”

Zapytałem, zdając sobie sprawę, że nie powinienem wskazywać im takiego rozwiązania

„Nie chcemy być oszukani, no i policja gania” – odpowiedziała

„A, w małych firmach, zamiast w takiej dużej jak ta? Tam często można dostać pracę legalnie”

„W małych mało płacą i nie mają pracy w biurach a ja chcę do biura” – odparła stanowczo

„Wie pani co? Pokażę pani jak tu się pracuje w biurze…Przejdziemy się do kilku pokoi. Zobaczy pani jak to tu wygląda”

Podniosłem się z krzesła i zrobiłem krok w jej kierunku. Zerwała się gwałtownie z fotela i z brzytwą wyciągniętą w moim kierunku ruszyła do przodu. Zaczepiła nogą o puszysty dywan leżący przed fotelami pod stolikiem. Zachwiała się i wypuściła brzytwę z dłoni. Zanim się po nią schyliła, udało mi się kopnąć brzytwę w kierunku przerażonego Jane. Brzytwa zatrzymała się u jego stóp.

„Podnieś to!” – krzyknąłem w jego kierunku

Jednocześnie chwyciłem ją za ramię, którym chciała mnie uderzyć

„Siadaj babo i słuchaj co mam ci do powiedzenia!”

Pchnąłem ją brutalnie na fotel

„Tylko jej nie bij” – upomniał mnie nieśmiało Jane

Zignorowałem go. Wykorzystałem to, że przez moment była zaskoczona. Pochyliłem się nad nią opierając ramiona o boki fotela

„Możemy zakończyć ten cyrk na dwa sposoby…”

Próbowała się podnieść. Pchnąłem ją z powrotem na fotel 

„Albo pójdziecie sobie stąd grzecznie, albo wezwiemy antyterrorystów, którzy czekają za drzwiami na korytarzu!”

„Geniu! Żonę ci biją, a ty siedzisz jak dupa i nic nie robisz” – zaczęła płaczliwie – „Co my teraz zrobimy? Nawet nie mamy gdzie spać” – rozpłakała się – „Bez grosza jesteśmy”

„Uspokój się Halinko! Nikt cię nie bije. Mówiłem, że to się nie uda, żeby zostać w domu…”

„W jakim domu.? W jednej chałupie z rodzicami, siostrą z mężem i jej trojgiem dzieci? Z pracy cię wylali. Ja jestem na wypowiedzeniu! Tu jest nasza szansa. Muszą nam dać pracę”

Rozpłakała się na dobre. Żal mi się ich zrobiło, ale zatrudnienie ich w Hucie było niemożliwe.

„Do kogo przyjechaliście?” – zapytałem łagodnie

„Do nikogo. Wsiedliśmy na prom przed wczoraj. W nocy spaliśmy w aucie. Nawet nie mamy biletów powrotnych” – znowu płacz

„Skąd wiedzieliście o tej Hucie?”

„Siostra mi powiedziała. Dowiedziała się od znajomych co mają tu syna”

„Jak on się nazywa?”

„Nie wiem. Dostał tu pracę i już”

„Już mówiłem. Nie ma tu wolnych miejsc. Jest kolejka tych co złożyli podania o pracę. Jak się jakieś miejsce zwalnia, to przyjmowani są ci z kolejki, jeśli ich kwalifikacje są zgodne z naszymi potrzebami”

„A pan nie mógłby się za nami wstawić?” – zapytała słodkim głosem

„Nie mogę. Nie znam was, a poza tym…”

„Widzisz Geniu!” – przerwała mi, wybuchając – „Żyda nam przysłali zamiast polskiego tłumacza. Zaraz jak powiedział nazwisko czułam, że sprawa jest przesrana. Za swoimi to by się wstawił…”

„Daj spokój się Halinko” – mąż łagodnie próbował ją uspokoić

„Pani zapewne chciała mnie obrazić, prawda?…Coś pani powiem, chociaż nie wiem, czy pani jest zdolna to zrozumieć. W takich chwilach jak ta, wstydzę się, że jestem Polakiem”

Coś tam jeszcze mówiła do męża, ale już jej nie słuchałem. Zwróciłem się do Janego. Krótko streściłem mu o czym z nią rozmawiałem

„To co robić? Wpuścić policję do środka?”

„Poczekaj z policją. Jest jeszcze jedna szansa, aby się ich spokojnie pozbyć. Zadzwonię po polskiego księdza. Niech tu przyjedzie i z nimi porozmawia”

„Myślisz, że to coś da?”

„Myślę, że warto spróbować. Nie mamy nic do stracenia”

„Dzwoń” – wskazał na telefon

„Nie stąd. Zadzwonię z telefonu w sekretariacie u Ingi”

Zanim wyszedłem z pokoju zwróciłem się do kobiety. Przerwałem im cichą rozmowę jaką prowadzili między sobą

„W sąsiedniej miejscowości, w Nyköping jest parafia katolicka. Proboszczem jest polski ksiądz. Zadzwonię po niego. Może się zgodzi przyjechać i wam pomóc”

Nie czekałem na odpowiedź. Wyszedłem do sekretariatu Ingi.

Zaraz za drzwiami natknąłem się na policjantów czekających, aby móc w każdej chwili interweniować. Był tam też dyrektor naszej Huty.

„Spokojnie panowie. Wszystko jest pod kontrolą”

„On został tam sam z nimi” – zatrwożona Inga była bliska płaczu – „Jeszcze mu zrobią krzywdę…”

„Nic mu nie zrobią. Daj mi książkę telefoniczną”

„Nie możemy być bierni. Oni muszą się stąd wynieść” – stwierdził dyrektor

„Wyniosą się wkrótce. Ich sytuacja osobista skłoniła ich do tego nieprzemyślanego kroku. Jestem pewien, że go żałują. Trzeba im pozwolić wyjść w jakiś godny sposób”

„Jak długo mamy czekać? Ludzie przyjechali na zastępstwa. Muszą tu dopełnić formalności. Zrozum, człowieku, że ja za to wszystko odpowiadam” – dyrektor był zdenerwowany

„Ostatnia próba. Ściągnę tu księdza katolickiego z Nyköping. Wiem, że dla takich jak oni, ksiądz jest autorytetem”

„Dobrze. Poczekamy jeszcze”

„My w każdym razie musimy ich przesłuchać jak tylko stamtąd wyjdą” – oznajmił policjant

Potrzebowałem tylko kilku minut, aby zapoznać księdza z tym co się dzieje w Hucie. Zgodził się przyjechać jak najszybciej to możliwe. Chciałem wrócić do pokoju i poczekać razem z nimi na księdza, ale powstrzymał mnie policjant, który był dowódcą grupy.

„Mam polecenie od szefów, aby włączyć się do akcji i szybko zakończyć interwencję”

„Ksiądz niedługo tu będzie. Jeśli nie wyjdą po kwadransie rozmowy z nim, to róbcie swoje”

Wszedłem do pokoju. Kobieta siedziała w fotelu i cicho płakała. Mąż przysiadł się do niej na poręczy fotela. Obejmował ją ramieniem i próbował uspokoić. Jane siedział za biurkiem i drżącymi rękoma otwierał jakąś buteleczkę z lekarstwem. Podszedłem do biurka

„Mówiłem ci” – zwróciłem się do niego – „Że oni są bez grosza i nie mają biletu powrotnego do Polski. Ksiądz zaraz tu będzie i się nimi zajmie. Obiecał, że parafia może przez jakiś czas ich mieć u siebie. Chodzi tylko o te bilety. Wiem, że Huta ma umowę z Portem i czasami dostaje bilety przy różnych specjalnych okazjach, na krótki wypad do Gdańska. Załatw im te bilety”

Złapał za telefon

„Już dzwonię…”

„Jeszcze nie…” – powstrzymałem go – „Dopiero jak ich ksiądz zabierze”

Potem podszedłem do stolika, przy którym w dalszym ciągu stało krzesło, na którym poprzednio siedziałem. Wziąłem je i ostrożnie postawiłem blisko fotela, na którym siedziała kobieta. Tym razem nie zareagowała.

„Zaraz zabierze was stąd ksiądz…”

„Nigdzie się stąd nie ruszymy” – przerwała mi płacząc

„Proszę zrozumieć. Nie macie wyjścia. Za drzwiami stoją policjanci. Jeśli nie wyjdziecie po dobroci, to zostaniecie w Szwecji na dłużej, ale w więzieniu”

„Ta praca tutaj to dla nas ostatni ratunek. Jak nas nie przyjmą, to nawet nie będziemy mieli, gdzie spać. Ile można spać w małym aucie…”

„Dostaniecie bilety na prom. Obiecuję. Ksiądz zapewni wam nocleg przez kilka dni do wyjazdu…Musicie wracać”

Nie odpowiedziała. Rozpłakała się bardzo. Mąż próbował ją pocieszać. Nie przerywałem im.

Zamyśliłem się. Bardzo źle się czułem w roli jaką tu odgrywałem. Miałem być tylko tłumaczem a zostałem wykidajłą. Tym, który wyrzuca ludzi, którzy pełni nadziei na lepsze życie przybyli do Raju… Którym wydawało się, że przybyli do Raju.

Już niemal od początku rozmowy z nimi, gdzieś w tyle głowy, zaczął pojawiać mi się obraz pewnego zdarzenia z przeszłości. Nie wiem, dlaczego go zapamiętałem.

To było w późnych latach sześćdziesiątych w Łodzi na przystanku tramwajowym w godzinach szczytu.

Wracałem ze szkoły. Tramwaj długo nie nadjeżdżał. W końcu nadjechał bardzo przeładowany. Ludzie wisieli na stopniach. Nic szczególnego w tamtym okresie. Byłem przyzwyczajony do takiej jazdy.

Tym razem tuż przede mną próbował się wepchnąć potężnie zbudowany gość. Ponaglał tych którzy już stali na stopniu

„Posuńcie się do środka! Inni też chcą jechać!”

Ludzie się jakoś ścieśnili. Udało mu się stanąć na stopniu, ale tak jakoś, że już nikt więcej nie mógł nie tylko dostać się do środka, ale nawet znaleźć miejsca na choćby jedną stopę na stopniu wagonu.

Na moje i innych chętnych jazdy upomnienia o to, aby się posunął do przodu zaczął odkrzykiwać

„Nie ma miejsca! Odsuńcie się od wagonu! Już nikt więcej nie wsiądzie”.

Tramwaj odjechał. Zostałem na przystanku z kilkunastoma osobami

„To skurwysyn! Sam się dostał, a innych potem odganiał”

Teraz siedząc naprzeciw tych ludzi miałem przed oczami tą scenkę z przystanku tramwajowego. Z tym, że tym gościem na stopniu tramwaju krzyczącym, „Nie ma miejsca. Wracajcie do domu!” byłem ja.

Moje rozmyślenia przerwało wejścia księdza. Przywitał się znakiem Krzyża. Na jego widok kobieta zerwała się z fotela i podbiegła ucałować jego dłoń. Ksiądz usiłował się przed tym bronić, ale mu się nie udało. Mąż kobiety, pozostał na swoim miejscu

„Dobrze, że ksiądz już tu jest” – ucieszyłem się – „Mam nadzieję, że uda się księdzu doprowadzić do szczęśliwego zakończenia tej sytuacji. Ja już nic więcej nie mogę zrobić”

„Nie chciał nam pomóc, proszę księdza” – wyrwała się kobieta

„Nie mów tak, córko. Znam go dobrze i wiem, że gdyby mógł, to by pomógł…Odmówmy na początek razem Ojcze Nasz”

Podczas gdy się modlili podszedłem do Jane. Zamieniłem z nim kilka słów na temat biletów na prom i poprosiłem, aby mi pozwolił wrócić do moich zajęć. Zapewniłem go, że ksiądz będzie lepszym tłumaczem niż ja.

Po wyjściu z pokoju rozmawiałem jeszcze chwilę z dyrektorem i policjantem. Im również zakomunikowałem, że teraz ksiądz przejął rolę tłumacza. Pożegnałem się z Ingą i grzecznościowo zapewniłem, że gdyby jeszcze raz w przyszłości potrzebowała mojej pomocy, to oczywiście może śmiało dzwonić.

Bardzo chciałem szybko zapomnieć o całej sprawie. Nie starałem się dowiedzieć, jak się zakończyła. Sam sobie dziwiłem się, że mnie to totalnie nie interesuje.

Ostatnie sprawy związane z montażem urządzeń, skutecznie wyparły pamięć o tym incydencie, z mojej głowy.

Dopiero, kiedy w środę wieczorem zadzwonił do mnie do domu ksiądz, przypomniałem sobie o tym co zaszło w poniedziałek. Ogarnął mnie niepokój, że znowu zostanę w to wciągnięty. Okazało się, że mój niepokój był uzasadniony.

Ksiądz pytał się, czy nie wiem, gdzie mogli się podziać ludzie, których zabrał z Huty i użyczył gościny w sali parafialnej. Oczywiście nic na ten temat nie wiedziałem i prawdę mówiąc nie chciałem wiedzieć. Jednak nie mogłem, tak po prostu odłożyć słuchawki. Chcąc nie chcąc musiałem wysłuchać opowieści księdza o tym co się działo po moim wyjściu z Działu Kadr.

„Udało mi się dosyć szybko przekonać ich, żeby opuścili biuro. Zaraz za drzwiami zostaliśmy zatrzymani przez policjantów. Zupełnie niepotrzebnie założyli im kajdanki. Chcieli ich zabrać na Komendę. Interweniowałem telefonicznie u ich szefa. Zobowiązałem się, że biorę za nich odpowiedzialność, zapewnię nocleg i przypilnuję, aby jak najszybciej opuścili Szwecję. Zgodził się, aby ich przesłuchać na miejscu. Policjanci przeszukali ich ubrania i ich samochodzik. Sprawdzili paszporty. Potem zadali im masę pytań. Tłumaczyłem je. W zasadzie nic nowego, poza tym co mówili wcześnie nie powiedzieli”

„Co to za ludzie i skąd przyjechali?” – przerwałem księdzu

„Eugeniusz Furman i Halina Furman. Są z okolic Runowa. To jest gdzieś koło Lidzbarka Warmińskiego. Mieszkają w budynkach po jakimś byłym PGRze. Mam gdzieś zapisaną nazwę…Zaraz, muszę poszukać…”

„Może później. To nieważne”

„Zaprosiłem ich do McDonalda aby coś zjedli. Powiedziałem, że jak przyjedziemy do domu to coś ugotuję na obiad. Zdziwili się, że nie mam gosposi.

Po przyjeździe do parafii pokazałem im, gdzie będą nocować. Mamy kilka łóżek turystycznych i w razie potrzeby nocujemy gości w salce parafialnej. Są poduszki, prześcieradła i koce. Wszystko świeżo wyprane.

Poprosiłem ich, aby sobie pościelili a ja zajmę się gotowaniem. Po cichu liczyłem, że ona zadeklaruje pomoc w kuchni, ale nie doczekałem się tego.

Zostawiłem ich i poszedłem do kuchni. Wtedy zadzwonił ten wasz kadrowiec. Powiedział, że załatwił bilety na prom, od was z Oxelösund i że są do odebrania w kasie na przystani…”

„Kiedy odpływają?” – zapytałem z niepokojem

„Pojutrze, w piątek…”

„O! Boże!” – wyrwało mi się

„Halo!…Co się stało?”

„Przepraszam. Nic się nie stało. To tylko ten mój cholerny pech”

„Co za pech”

Ksiądz taktownie nie zwrócił uwagi na to, że użyłem zwrotu cholerny pech

„Jadę tym promem z żoną i córką do Polski na urlop”

„Rozumiem”

„Co było dalej?” – zapytałem

„Pomidorowa gotowała się pomału, a ja wróciłem do nich. Siedzieli przy stole. Łóżek nie rozstawili. Jak tylko wszedłem, to kobieta dosyć ostro stwierdziła, że w takich warunkach nie będą spać.

Udało mi się ich przekonać, że to tylko cztery noce, że nic ich to nie kosztuje i że mają wyżywienie na koszt parafii. Łaskawie zgodzili się pozostać.

We wtorek przy śniadaniu, powiedzieli, że pojadą na miasto rozejrzeć się trochę, żeby nie czekać na nich z obiadem. Powiedziałem, że zostawię drzwi od tyłu otwarte i że zostawię im kilka kanapek i herbatę w termosie na stole przy łóżkach. Słyszałem, że wrócili późno wieczorem.

Dzisiaj rano nie przyszli na śniadanie. Poszedłem po nich. Nie było ich ani ich rzeczy. Wczoraj, jak wyszli na miasto, to też wszystko swoje zabrali. Czekałem cały dzień. Nie wiem co robić, dlatego dzwonię”

„Co z biletami na prom?”

„Wczoraj odebrałem je w kasie terminalu i im przekazałem”

„Miejmy nadzieję, że z nich skorzystają” – odparłem, ale w duchu liczyłem na to, że nie zjawią się na promie

„Nie wiem co robić?”

„Przykro mi. Też nie wiem co robić. Chyba trzeba zawiadomić policję”

Zamieniliśmy z księdzem jeszcze parę słów i zakończyliśmy rozmowę.

Dwa dni potem, w piątek, zjawiliśmy się na przystani promowej w z Oxelösund. Była jak zwykle kolejka samochodów przed odprawą paszportową. Promu jeszcze nie było.

Siedziałem w samochodzie i rozglądałem się dookoła

„Czemu jesteś taki spięty?” – zapytała Helena

Oczywiście, wiedziała o wszystkim co się wydarzyło w Hucie i o tym, że oni będą na tym promie, jeśli się zdecydują na wyjazd

„Co?… Ja, spięty? Nie. Tak tylko się rozglądam”

„Przecież nawet jak będą na promie, to co z tego?” – zgadła co mnie martwi

„Kochanie, Nie wiesz jaka to straszna baba. Ma niesamowity „dar” zrażania do siebie ludzi. Szkoda mi jej męża. Z tego co zauważyłem, nie ma nic do powiedzenia”

Prom w końcu przyjechał. Zacumował rufą do rampy. Samochody zjechały z niego i po pewnym czasie zaczęto wpuszczać te co czekały na wjazd.

Zauważyłem ich Fiata 126p w ostatniej chwili. Wjechali jako jedni z pierwszych, chociaż nie widziałem, aby stali przed nami w kolejce.

Zazdrościłem im że wjeżdżają jako jedni z pierwszych. Będą mogli szybciej zjechać z promu w Gdańsku. Po wjechaniu na pokład zgubiłem ich z oczu.

Przeszliśmy do recepcji odebrać klucze od kabiny. Rozłożyliśmy rzeczy zabrane z samochodu, które będą nam potrzebne na osiemnastogodzinną podróż do Gdańska. Potem, tak jak zwykle mieliśmy się udać do baru, aby coś zjeść.

Co prawda mieszkamy piętnaście kilometrów od przystani promowej i mogliśmy zjeść posiłek w domu, ale zwykle przed wyjazdem w dalszą drogę nie robimy nic do jedzenia. Mamy zwyczaj posilać się w przydrożnych restauracjach lub jak w tym przypadku na promie. Zwykle zadawalamy się posiłkami w samoobsługowym barze. Ceny są tam znacznie niższe niż w restauracji promowej, a jedzenie wystarczająco smaczne.

„Dzisiaj idziemy coś zjeść do restauracji…” – oznajmiłem

„Czemuż to?” – zdziwiła się żona

„Tatuś ma za dużo pieniędzy” – zauważyła córka

„Dawno nie byliśmy w restauracji…”

Jednak ten argument wydał się Helenie podejrzany

„Nie przekonałeś mnie. Dlaczego mamy iść do restauracji. Zawsze wystarczał bar”

„Widzisz, kochanie. Nie chcę spotkać tej strasznej baby. Myślę, że na restaurację ich nie stać. Będę tam czuł się spokojniejszy, a poza tym, naprawdę dawno nie byliśmy w restauracji. Mają tu podobno wyśmienitego indyka…”

„OK. skoro będziesz się tam czuł bezpieczniej. To idziemy do restauracji. Nie mam tu żadnej wieczorowej kiecki, ale za to zaszaleję i wybiorę najdroższe danie i szampana”

„Przeżyję to jakoś”

Nasze wyjście do restauracji opóźniło się bo moje panie postanowiły jednak przejrzeć tą, na szczęście niewielką ilość ciuchów które wzięły do kabiny, no i musiały „poprawić urodę”. Zabrało to jakieś czterdzieści minut.

Okazało się, że restauracja była już prawie pełna. Musieliśmy zaczekać kilka minut zanim kelner znalazł dla nas wolny stolik.

Zamówiłem sobie pieczoną golonkę i duże piwo. Moje panie nie chciały indyka. Zamówiły dania rybne. Obsłużono nas dosyć szybko. Wszystko było bardzo smaczne. Golonka, którą uwielbiam i zimny Żywiec wprawiły mnie w dobry humor.

W pewnym momencie gdzieś daleko za plecami, usłyszałem donośny, kobiecy głos

„Ten indyk jest bardzo suchy. Nie zapłacę za niego!”

Sprawił on, że moja ręka z widelcem zastygła w drodze do ust

„Co ci się stało, kochanie?” – zaniepokoiła się Helena

„Ta cholera jest tu w restauracji…”

„Uspokój się tatuś” – zwróciła się do mnie Magda ze śmiechem – „Obronimy cię przed nią”

Odwróciłem się ostrożnie. Siedzieli jakieś cztery stoliki za moimi plecami. On w eleganckim garniturze, ona ubrana z wyzywającą elegancją. Robiła głośne uwagi kelnerowi na temat obsługi i suchego indyka. Kelner odpowiadał coś spokojnym, cichym głosem. Zauważyłem, że podążał ku nim kucharz.

„Nie przyglądaj się im. To nie ładnie” – skarciła mnie żona

„Masz rację kochanie”

Dokończyliśmy obiad. Zamówiliśmy kawę i jakieś ciastka. Magda zamówiła lody. Prom już dawno opuścił Port. Teraz zostawił za sobą okoliczne wysepki i wypłynął na otwarte wody. Zaczęło nami delikatnie bujać.

Wielu gości pośpiesznie zaczęło opuszczać restaurację. My też postanowiliśmy wrócić do kabiny. To znaczy ja postanowiłem wrócić do kabiny i nie wychodzić bez potrzeby. Helena i Magda poszły zobaczyć czy niema czegoś ciekawego w pokładowych sklepikach.

Po kilkunastu minutach, kiedy odprężony leżałem z książką w ręku na moim łóżku, usłyszałem nadany przez radiowęzeł komunikat

„Podróżni, Eugeniusz i Halina Furman proszeni są o zgłoszenie się do recepcji w sprawie nie cierpiącej zwłoki”

„Oho” – pomyślałem – „Będzie dalszy ciąg dyskusji o indyku”

Ogarnął mnie błogi nastrój. Musiałem przysnąć na chwilę. Obudziło mnie wejście Heleny

„Przechodziłam koło recepcji. Widziałam jak pracownicy ochrony skuwają kajdankami twoich znajomych” – oznajmiła

„Jeśli mówisz o tych od indyka, to oni nie są moimi znajomymi”

„Jak nie są, jak są. A tak na poważnie to uważam za przesadę zakuwać ludzi w kajdanki za dyskusję z kelnerem”

Dalszą rozmowę przerwał nam nowy komunikat

„Uwaga! Na żądanie szwedzkich władz policyjnych, musimy zawrócić do Portu w Oxelösund. Opóźnienie w podróży wyniesie około trzech godzin. Prosimy kierowców samochodów o numerach rejestracyjnych” – tu wymieniono pięć numerów – „O przybycie na pokład samochodowy. Przepraszamy za utrudnienia”

Ledwo skończył się komunikat, gdy do kabiny weszła Magda

„Byłam na pokładzie spacerowym. Już dawno zawróciliśmy” – powiedziała – „Zaraz będziemy w Porcie”

Magda namówiła nas aby wyjść na pokład spacerowy i z góry zobaczyć dlaczego zawijamy z powrotem do Portu. Chciałem zostać w kabinie, ale ciekawość wzięła górę, do tego okazało się, że książka którą wziąłem na pokład, to totalna pomyłka.

Na pokładzie spacerowym na przedzie statku było już sporo ludzi. Znaleźliśmy trochę miejsca z widokiem na dziób promu.

Tak jak się domyślałem, dobijaliśmy do rampy przodem. Samochody ustawione są na pokładzie samochodowym do wyjazdu przez bramę na dziobie, więc było to logiczne, że tak zacumujemy.

Kilkanaście minut zabrało cumowanie. Potem podniesiono przednią część dziobu i opuszczono drzwi bramy na pomost portowy. Najpierw wyjechało pięć samochodów osobowych. Domyśliłem się, że to te, do których proszono kierowców.

Samochody zaparkowały z boku na nadbrzeżu.

Następnie, do wnętrza promu wtoczyła się tyłem laweta pomocy drogowej. Towarzyszyło jej kilku policjantów asekurujących ją po obydwóch stronach. Potem nic się nie działo przez piętnaście minut i wreszcie, pomalutku wyjechała laweta. Załadowany był na niej mały polski fiacik 126p. Widziałem go tylko raz zaparkowanego przed Hutą

„Myślę, że nie chodzi tu o awanturę z kelnerem, skoro zawrócono prom do Portu aby ich ściągnąć na ląd” – powiedziałem do Heleny.

„Jeśli nie chodzi o tego nieszczęsnego indyka, to o co może chodzić?” – zastanawiała się Helena

„Nie wiem, ale się dowiem” – odparłem

Dowiedziałem się po powrocie z Polski.

Okazało się, że zaraz po pierwszej nocy spędzonej u księdza wybrali się nie do miasta, jak mu powiedzieli, ale do Sztokholmu. To tylko sto kilometrów autostradą.

Tam pani Halinie Furman bardzo spodobały się kosmetyki w pewnym małym sklepiku na Starym Mieście. Udało jej się odwrócić uwagę właścicielki sklepu i mąż pani Haliny napełnił niepostrzeżenie torbę kosmetykami stojącymi na półce za jej plecami.

Zachęceni sukcesem zwiedzili jeszcze kilka sklepów różnej branży. Między innymi z ubraniami dla pań i z odzieżą skurzaną.

Powrócili do księdza spędzić drugą noc, z załadowanym do połowy samochodzikiem. Wszystko leżało na podłodze i tylnej kanapie przykryte kocem.

Po spędzeniu drugiej nocy u księdza pojechali jeszcze raz do Sztokholmu. Tym razem zwiedzali duże domy towarowe. Niestety nie wiedzieli, że niektóre z nich mają zamontowany monitoring telewizyjny, zarówno wewnątrz jak i na zewnątrz.

Przeglądane raz dziennie taśmy z nagraniami ujawniły ich poczynania oraz pokazały jak wsiadają do samochodu z polską rejestracją.

W bazie danych,  policji ustalono, że samochód o takich numerach został odnotowany w związku z pewnym zaistniałym zdarzeniem przed hutą w Oxelösund.

Reszta była już tylko formalnością.

KONIEC

Leave a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *