Z BŁAHEGO POWODU

O tej porze nie powinno być nikogo w kościele. Wszedł zdecydowanym krokiem. Rozejrzał się. Pusto. Tylko ksiądz przy ołtarzu pochylony nad ewangeliarzem notował coś w niewielkim zeszycie.

Pomyślał, że Bóg zesłał mu tą okazję do spowiedzi. Ruszył w kierunku ołtarza. Odgłos jego kroków rozległ się głośnym echem. Ksiądz przestał notować, podniósł wzrok i patrzał wyczekująco w jego kierunku.

Kiedy był już kilka kroków od ołtarza, pojawiły się z boku nie widziane przez niego dwie starsze kobiety. Zatrzymał się nagle. Jedna z kobiet podeszła do księdza, chwyciła jego dłoń i ucałowała, zanim ten zdążył ją zabrać

„Słucham, synu”

Ksiądz zwrócił się do niego ignorując kobietę, która próbowała coś powiedzieć

„Muszę się wyspowiadać”

„Właśnie za chwilę będę spowiadał…Proszę do konfesjonału…”

„Byłam pierwsza proszę księdza!” – wtrąciła kobieta

„A ja druga”

„Walczakowa spowiadała się przedwczoraj” – odpowiedział jej ksiądz – „Chyba nie nagrzeszyła od tego czasu tyle, żeby nie mogła poczekać. Klimczakowa też”

„Uchowaj Boże! Ale ja byłam pierwsza…”

„Niech poczeka…Choć synu do konfesjonału”

„Wolałbym gdzie indziej…Nie będę mógł się tutaj skupić”

Ksiądz Malinowski właśnie ruszył od ołtarza. Zatrzymał się nagle i spojrzał na przybysza. Miał właśnie zaprotestować na takie stwierdzenie, ale coś go powstrzymało. Chłopak, bo był to może kilkunastoletni młodzieniec, miał w oczach jakieś przerażenie, które sprawiło, że zawrócił w stronę chłopaka

„Chodźmy do zakrystii. Tam będziemy sami…”

„A my? Proszę księdza…”

„Niech czekają. Zaraz przyjdę”

Z boku ołtarza było przejście przez prezbiterium do zakrystii. Po wejściu do środka ksiądz włączył światło i starannie zamknął drzwi na tkwiący w zamku klucz. Po chwili doszedł do drugich drzwi prowadzących na zewnątrz kościoła. Otworzył je i wyjrzał na zewnątrz. Potem zamknął je i zasunął zasuwę

„No synu…Teraz jesteśmy sami. Nikt nam nie przeszkodzi” – powiedział to z lekko wyczuwalną ironią

Odciągnął od stołu krzesło bardziej na środek. Usiadł na nim nie ściągając ortalionowej kurtki, którą miał na sobie z powodu październikowego chłodu. Wyciągnął spod niej fioletową stułę.

Chłopak uklęknął po jego lewej stronie i zaczął spowiadać się szeptem. Już po minucie ksiądz zerwał się na równe nogi

„Synu! To straszny grzech!…Teraz ja muszę ciężko zgrzeszyć i zdradzić tajemnicę spowiedzi…”

„Jak To?!”

„Muszę! Po prostu muszę powiadomić milicję…”

Walczakowa i Klimczakowa nie należały do tych co podsłuchują. W każdym razie nigdy by się do tego nie przyznały. Tym razem jednak zdecydowały się podejść po drzwi zakrystii. Nie od razu. Długo się od tego powstrzymywały. Dopiero po jakimś czasie, kiedy stwierdziły, że ten chłopak nadzwyczaj długo się spowiada podeszły do drzwi. Cisza. Nic nie słyszały. Spróbowały zajrzeć przez dziurkę od klucza, ale nic nie było widać. W zamku tkwił klucz. Walczakowa widziała tylko jasność od włączonego światła. Klimczakowa nie widziała nawet tej jasności. Przyłożenie ucha do drzwi też nic nie dało. Postały tak kilka minut zanim zdecydowały się zapukać. Nikt nie odpowiedział. Pukały jeszcze kilka razy, coraz mocniej. Nie pomogło. Klimczakowa nacisnęła klamkę, drzwi nie ustąpiły

„Ki diabeł…Boże wybacz!…Co ja grzeszna gadam…Czyżby ksiądz zapomniał o nas?” – wyszeptała Walczakowa

Wyszły z kościoła zdezorientowane. Na zewnątrz zrobiło się już ciemno. Czas wracać do domu. Nie jest tu bezpiecznie o zmroku. Już miały iść do domu, ale Klimczakowa zatrzymała się i zaproponowała

„Zajrzyjmy jeszcze do zakrystii od tyłu kościoła”

Gdy już się tam zbliżały, zauważyły, że przez uchylone drzwi wylewa się ostra struga światła

„Jest jeszcze. Głuchy się zrobił na stare lata i nie słyszał pukania” – powiedziała Walczakowa

Podeszły do drzwi. Klimczakowa otworzyła je energicznie

„Jezus! Maria!…Upadł!” – krzyknęła ujrzawszy leżącego księdza

Leżał na prawym boku, plecami zwrócony w stronę drzwi, którymi teraz szybko wbiegły obydwie kobiety. Ksiądz leżał częściowo pod stojącym na środku stołem, nad którym wisiała lampa. Ostry cień stołu sprawił, że dopiero jak podbiegły do niego i obróciły go na plecy, zauważyły, że w miejscu twarzy księdza jest jedna wielka krwawa rana. Jedyne widoczne oko spoglądało na nie jakby z wyrzutem

„Ludzie!!!…Zabił go!!!…Ludzie!!!…Ratunku!”

Zaczęły się miotać w panice po pokoju. Spostrzegły, że mają ręce i ubranie we krwi. Wybiegając na zewnątrz Walczakowa poślizgnęła się na zakrwawionej podłodze i upadając uderzyła głową o krawędź drzwi. Straciła przytomność.

„Ludzie!!!…Ratunku!… dwa trypy w kościele! Milicja!

Kapitan Nagłowski składał wstępny raport swojemu zwierzchnikowi pułkownikowi Szulcowi. Raport nie był zbyt optymistyczny.

Na miejscu zbrodni popełnionej na proboszczu parafii na Kozinach świadkowie zadeptali wszystkie ślady. Młody wikariusz mieszkający w domu parafialnym zawiadomiony przez kobiety, wpadł w panikę. Biegał po zakrystii nie wiedząc co robić. Dopiero po nieudanych próbach ratowania księdza zadzwonił najpierw na pogotowie i dopiero potem, upomniany przez telefonistkę z pogotowia, zadzwonił po milicję

„Położenie ofiary zostało zmienione. Podobno dlatego, że świadkowie chcieli go ratować. Duży, masywny metalowy lichtarz, którym prawdopodobnie zabito księdza, ktoś postawił na szafce i niechlujnie wytarł z krwi zacierając linie papilarne mordercy. Być może to on go wycierał. Obydwie kobiety zabrało pogotowie. Jedna ma wstrząs mózgu…”

„Też oberwała?”

„Nie. Wpadła na drzwi…A ta druga była tak rozhisteryzowana, że nie było z nią kontaktu. Dali jej coś na uspokojenie, ale to niewiele pomogło, dlatego ją też zabrali. Może jutro uda mi się je przesłuchać. Wikariusz nic nie wniósł do sprawy”

„Dziękuję, kapitanie. Możecie odejść”

Następnego dnia prowadzący dochodzenie kapitan Nagłowski, udał się do szpitala przesłuchałć obydwie kobiety. Walczakowa po nocy spędzonej w szpitalnym łóżku właśnie została wypisana i szykowała się do wyjścia. Kapitan przesłuchał ją na korytarzu szpitalnym.

Dowiedział się, że chłopak, który udał się z księdzem do zakrystii był wysokim, szczupłym blondynem w wieku około dwudziestu lat

„Jak wysoki był?”

„Tak jak pan kapitan” – odpowiedziała i dodała zalotnie – „Tylko nie tak przystojny”

Zapisał w notesie „Wzrost: 182cm” Potem zadał kilka pytań o ubiór. Dowiedział się tylko, że młodzieniec miał szarą kurtkę ortalionową i szare spodnie.

Podziękował Walczakowej i poszedł szukać drugiej kobiety przywiezionej wczorajszego wieczoru. Dowiedział się, że została zwolniona do domu jeszcze wczoraj. Nie. Jej adresu zamieszkania nie zanotowano.

Wychodząc ze szpitala zauważył Walczakową wsiadającą do taksówki. Podbiegł do niej i zaoferował się odwieść ją do domu w zamian za wskazanie adresu tej drugiej która z nią była. Odprawili taksówkę i po kilkunastu minutach zajechali nieoznakowaną warszawą prowadzoną przez milicyjnego szofera pod kamienicę na ulicy Gazowej.

Klimczakowa mieszkała dwie bramy dalej. Po chwili dzwonił do drzwi z nazwiskiem Klimczakowie na wizytówce. Klimczakowa była sama. Długo nie chciała go wpuścić. W końcu dała się przekonać.

Wyszedł od niej po niemal godzinie. Tylko opis tego co się działo przed wyjściem księdza z młodzieńcem do zakrystii, zgadzał się z tym co zeznała Walczakowa. Natomiast opis chłopaka w niczym się nie zgadzał z opisem podanym przez Walczakową. Klimczakowa stwierdziła, że chłopak był młody, może piętnastoletni. Niespecjalnie wysoki

„Czy tak wysoki jak ja?” – zapytał

„A, skąd!…Przynajmniej o głowę niższy, buzię miał jak dziewczynka, włoski jasne, kręcone…No, jak cherubinek wyglądał”

„Jak był ubrany?”

„Spodnie miał takie jakie ma mój wnuczek… Z PEWEX-u, niebieskie i jasno szarą kurtkę z kapturem”

Kapitan Nagłowski stwierdził, że właściwie nic się nie dowiedział. Powtórne oględziny miejsca zbrodni nie wniosły nic do sprawy. Wykluczono motyw rabunkowy. Nic nie zginęło. Na stole obok książek i notesu leżał portfel księdza ze znaczną ilością gotówki

„To będzie długie, beznadziejne śledztwo” – pomyślał zrezygnowany.

Tego samego dnia co ksiądz Malinowski został zamordowany, to jest w czwartek siedemnastego października 1968go roku, zgłoszono zaginięcie dziesięcioletniej dziewczynki. Zgłoszenia dokonał ojciec dziewczynki, Stanisław Wasiak, o godzinie dwudziestej trzeciej czterdzieści pięć.

Od późnego popołudnia szukali ją na własną rękę z pomocą niemal wszystkich sąsiadów domu przy ulicy Praussa na łódzkim osiedlu Józefa Montwiłła-Mireckiego. Dyżurny milicjant przyjął zgłoszenie o zaginięciu i uspokoił ojca, że jest jeszcze za wcześnie na rozpoczęcie poszukiwań. Jeśli mała nie wróci do rana milicja podejmie poszukiwania.

Stanisław i Janina Wasiakowie mieszkali tam od dawna. Ojciec pana Stanisława był motorniczym tramwajów i wprowadził się tam jeszcze w połowie lat trzydziestych. Ponieważ miał troje dzieci dostał trzypokojowe mieszkanie na parterze.

Na początku okupacji Niemcy wysiedlili z osiedla niemal wszystkich Polaków. Zostali tylko nieliczni, posiadający zawody potrzebne okupantowi. Między innymi tramwajarz Wasiak z rodziną. Musiał tylko opuścić mieszkanie trzypokojowe i z trojgiem dzieci przeprowadzić się do mieszkania jednopokojowego.

Po wojnie odzyskał swoje dawne mieszkanie. Pracował jako motorniczy to połowy lat pięćdziesiątych.

Po śmierci rodziców i wyprowadzce rodzeństwa do Warszawy, w mieszkaniu na ulicy Praussa pozostał syn, Stanisław Wasiak.

Stanisław Wasiak pracował w Warsztatach Kolejowych przy ulicy Towarowej. Wkrótce ożenił się z Janiną Kluchą. Urodził im się syn Piotr, a pięć lat później córka Zuzanna. To właśnie Zuzanna była tą dziewczynką, która tego samego dnia, w którym zamordowano księdza Malinowskiego, nie wróciła do domu.

Brat Zuzi wrócił do domu około dziewiątej wieczorem. Od sąsiadki, spotkanej przed domem, dowiedział się o zaginięciu siostry i o tym, że rodzice i sąsiedzi poszli szukać jej do pobliskiego Parku Na Zdrowiu.

Sąsiadka zdziwiła się, że znikniecie siostry nie zrobiło na nim żadnego wrażenia. Zawsze stawiała go za przykład swojemu synowi. Piotrek zawsze troszczył się o młodszą siostrę. Nie to co jej Józek który swojej zawsze dokuczał.

Piotrek otworzył mieszkanie własnym kluczem. Wszedł do swojego pokoju. Usiadł na kanapie i zastanawiał się przez chwilę co robić. To co wcześniej zamierzał zrobić pokrzyżował mu ten ksiądz. Przez głowę przelatywały mu różne pomysły.

W pewnym momencie zdecydował, że jednak musi coś zrobić. Doszedł do wniosku, że nie ma nic do stracenia. Zaczął działać. Upewnił się, że nikogo nie ma w domu. Ostrożnie wyjrzał na korytarz. Pusto. Postanowił wykorzystać to, że wszyscy poszli szukać Zuzi.

Zuzia była dziewczynką o drobnej budowie ciała, natomiast jej brat Piotr mimo swoich piętnastu lat i drobnej budowy, był nadzwyczaj silny jak na swój wiek. Nie sprawiło mu żadnego kłopotu wyciągnięcie jej ciała z kanapy i zniesienie po cichu do piwnicy.

Pół godziny później udał się do Parku Na Zdrowiu. Szybko spotkał zapłakaną matkę i zdenerwowanego ojca.

„Gdzie się szlajałeś cały wieczór?” – zapytał ostro ojciec

„W kinie byłem…”

„Czemu, synuś, bez kurtki jesteś, zimno jest. Rozchorujesz się” – zatroskała się matka

„Ukradli mi…”

„Jak to ukradli?” – zainteresował się ojciec

„Normalnie. W kinie. Położyłem na krześle obok. Jak się film skończył i włączyli światło to kurtki nie było”

„Czekaj. W domu się policzymy…”

„Daj spokój Stachu. Teraz ważniejsze jest odnaleźć Zuzię”

Dołączył do poszukiwań. Ojciec miał ze sobą silną latarkę kolejarską. W pobliżu widać było słabe światła latarek sąsiadów. Przeszli park dosyć chaotycznie ze trzy razy do Zoo i z powrotem do Srebrzyńskiej. Bez rezultatu.

Doktor Matusiak, ich sąsiad z piętra nad nimi, który też brał udział w poszukiwaniach przekonał ojca, żeby zawiadomić milicję. Udali się razem do mieszkania doktora i stamtąd telefonicznie Wasiak zgłosił zaginięcie córki.

Potem razem z żoną i synem kontynuowali szukanie Zuzi.

Sąsiedzi powoli odchodzili do domu. Wasiakowie przeszukali jeszcze okolice cmentarza Na Mani oraz okolice ogródków działkowych ciągnących się wzdłuż torów kolejowych. Zarówno cmentarz jak i ogródki musieli pominąć, ponieważ w nocy były zamknięte.

Do domu wrócili około piątej nad ranem. Niemal od razu wybuchła awantura. Stanisław zarzucał żonie niewłaściwe wychowanie dzieci

„Tyram dniami i nocami abyście wszystko mieli, a ty nie umiesz się zając dzieciakami! Córka cała mamusia! Pyskata! Nie tylko w domu. Do szkoły wzywają coraz częściej. Bije inne dzieci…”

„Bo ty ją bijesz!” – Janina przerwała mężowi – „Znęcasz się nad nami…W pracy muszę nosić ciemne okulary nawet teraz w październiku, żeby ludzie nie widzieli moich podbitych oczu…”

„Zamilcz! Bo nie ręczę za siebie!” – podniósł rękę

„No uderz!…Tylko to umiesz…”

Zdążyła zasłonić się rękoma. Uderzył ją kilkakrotnie w głowę. Upadła na tapczan. Chciał ją uderzyć jeszcze raz, ale podbiegł Piotrek

„Tato!… Przestań!”

Teraz jego wściekłość skupiła się na synu. Piotr nie bronił się. Nauczył się przyjmować razy dostawane od ojca, zasłaniając twarz i głowę jak bokser.

Na szczęście ojciec od dawna nie używa do bicia pasa ani sznura od żelazka.

Trzy lata temu Piotr pociął mu w drobne kawałki wszystkie paski od spodni i wszystkie sznury od żelazka i maszynki elektrycznej. Dostał za to solidne lanie gołą ręką.

Wtedy, w czasie bicia wykrzykiwał z płaczem, że nie przestanie niszczyć wszystkiego co ojciec będzie używać do bicia rodziny. Od tego czasu, ojciec walił ich tylko gołymi rękoma.

Po kilku minutach okładania syna zmęczył się i bez słowa poszedł do łazienki.

W piątek Wasiakowie telefonicznie zawiadomili swoich pracodawców o tym co się stało i zostali w domu. Już od dziewiątej udali się przeszukać ogródki działkowe i cmentarz. Bez rezultatu.

Po południu Wasiak ponownie zadzwonił na milicję. Dowiedział się, że milicja podjęła już poszukiwania. Poradzono mu, aby sprawdził z żoną, czy w domu są wszystkie rzeczy córki, ponieważ może to być zwykła ucieczka z domu. Poradzono również sprawdzić czy córka nie udała się do krewnych lub znajomych.

Stanisław Wasiak tak się zdenerwował tą rozmową, że wyzwał dyżurnego

„Rozumiem wasze zdenerwowanie obywatelu. Sam jestem ojcem i tylko dlatego nie zgłoszą tego jako obrazy funkcjonariusza na służbie” – usłyszał w słuchawce na zakończenie.

Wrócili do domu. Przed domem spotkali sąsiada, który ściszonym głosem, jak gdyby w zaufaniu powiedział

„Dzielnicowy od rana chodził po osiedlu i się wypytywał o was”

„I co mu sąsiad, powiedziałeś?” – zapytał Wasiak

„A, co mu miałem powiedzieć?!…Nic nie powiedziałem…Tylko tyle, że was nieszczęście spotkało, że córka się gdzieś zapodziała”

Tymczasem na Komendzie dzielnicowy Karolak mozolnie wystukiwał raport z wywiadu środowiskowego „Na okoliczność zaginięcia małoletniej Zuzanny Wasiak, córki Stanisława i Janiny Wasiaków”.

Pisanie raportu na brudno i później przepisanie na maszynie zajęło mu ponad trzy godziny. Przed piątą wieczorem zdążył przedstawić raport przełożonemu, kapitanowi Sowińskiemu.

Z raportu wynikało, że na Wasików nigdy nie było skarg. Zdarzają się tam często głośne awantury rodzinne, ale nie zachodziła konieczność interwencji. Stanisław Wasiak pracuję jako brygadzista w Warsztatach Kolejowych przy Towarowej. Jest pracownikiem sumiennym i wymagającym.

W ubiegłym roku został ukarany naganą z wpisaniem do akt i pozbawieniem premii kwartalnej, za pobicie podwładnego w brygadzie. Sprawę załatwiono polubownie bez zawiadamiania milicji.

Janina Wasiak pracuje w szkole na Drewnowskiej jako woźna. Często przychodzi pobita przez męża. Skarg na niego nie zgłaszała.

Syn Piotr, skończył piętnaście lat. Uczęszcza do Zasadniczej Szkoły Zawodowej. Spokojny. W szkole i w miejscu zamieszkania cieszy się dobrą opinią.

Zaginiona córka Zuzanna, lat dziesięć w szkole sprawia kłopoty wychowawcze. Są częste skargi na to, że bije inne dzieci, zarówno w szkole oraz w miejscu zamieszkania. Ostatnio, piętnastego października, ojciec dziewczynki, Stanisław Wasiak, był wezwany razem z córką, na rozmowę do szkoły w sprawie dotkliwego pobicia przez Zuzannę koleżanki w klasie.

W czasie rozmowy z wychowawczynią, mimo jej interwencji, pobił córkę dotkliwie. Pobicia nie zgłoszono na milicję.

Po zapoznaniu się z raportem kapitan Sowiński miał już wyrobione zdanie na temat zaginięcia Zuzanny

„No, tak” – pomyślał – „Typowa ucieczka z domu po konflikcie z ojcem”

Następnego dnia, w sobotę, polecił dzielnicowemu Karolakowi zdobyć fotografię z legitymacji szkolnej Zuzanny, dać do skopiowania i rozdzielić wśród funkcjonariuszy dyżurujących na dworcach i przystankach autobusów zamiejscowych, po czym uznał, że podjęte czynności są wystarczające. Najprawdopodobniej, po kilku dniach mała wróci do domu.

Wasiakowie szukali Zuzi przez sobotę i niedzielę. W poniedziałek Wasiak wziął urlop a Wasiakowa dostała zwolnienie od doktora Matusiaka. Tylko Piotrek wyszedł do szkoły w poniedziałek dwudziestego pierwszego. Jednak nie mógł się skupić na żadnej lekcji. Bardzo źle się czuł. Był nie wyspany. W nocy miał koszmary.

Na lekcji matematyki pani Wolf zauważyła, że z Piotrkiem jest coś nie tak. Zawsze był uważny na lekcji. Dobrze się uczył a teraz jest chyba chory. Miał wypieki na twarzy i widać było, że myślami jest nieobecny w szkole.

Po lekcji matematyki poprosiła go, aby został w klasie

„Co żeś przeskrobał Piotrze?”

„Skąd pani wie, że przeskrobałem?” – odpowiedział zaskoczony

„A nie przeskrobałeś?” – zapytała z uśmiechem

„Ja?…Nie. Nic nie przeskrobałem, tylko…”

„Tylko co?”

„Siostra zginęła…”

„Wypadek?!” – przerwała mu

„Tak…To znaczy nie!…Nie wypadek. Jeszcze nie wiadomo. Wyszła z domu i jeszcze nie wróciła”

„Kiedy to było?”

„W czwartek, w ubiegłym tygodniu”

Zaczął szlochać, mimo że usilnie starał się od tego powstrzymać

„Bardzo kochasz siostrę, prawda?”

„Tak…Nie!…To znaczy tak, ale to przeze mnie jej nie ma…”

„Opowiedz mi co się stało”

„Nie mogę…nie teraz”

Chwilę milczeli. Pani Wolf zauważyła, że chłopaka coś gnębi, że chciałby się z czegoś zwierzyć. Doświadczenie pedagogiczne mówiło jej, żeby nie naciskać.

Poza tym pani Laura Wolf, kobieta trzydziestoośmioletnia, ale wyglądająca na najwyżej dwadzieścia osiem, miała szczególną słabość do młodych chłopców, szczególnie takich którzy wpadli w jakieś tarapaty.

Dwa lata temu została przeniesiona z jednego z łódzkich liceów ogólnokształcących z powodu podejrzenia uwiedzenia kilku nieletnich uczniów.

Doniesienie na nią złożyła zazdrosna dziewczyna jednego z nich. Gdy sprawą zajęła się milicja, to jeszcze dwie dziewczyny potwierdziły, że słyszały od chłopaków jak się przechwalali, że pani od matematyki i niemieckiego jest dobra w łóżku.

Ani jeden z przesłuchiwanych chłopców nie przyznał się do obcowania z nauczycielką. Sprawę umorzono, ale Kuratorium Oświaty, na wszelki wypadek przeniosło panią Wolf do innej szkoły.

Teraz po tej krótkiej rozmowie z Piotrem wyjęła kartkę papieru i coś na niej napisała

„Jak będziesz potrzebował o tym porozmawiać, zwierzyć się, to przyjdź do mnie. Możesz mi zaufać. Nikomu nic nie powiem. Tu masz mój adres domowy. Ulica Żucza. Wiesz, gdzie to jest?”

„Nie wiem”

„W Arturówku. Dojedziesz ósemką do Skrzydlatej. Wysiądziesz zaraz za mostem kolejowym. Pójdziesz Skrzydlatą w stronę stawów. Po kilkuset metrach druga w lewo. Domek łatwo znajdziesz. Stoi samotnie w lesie. Możesz przyjść zawsze wieczorem po siódmej. Teraz w październiku jest tam ciemno. Weź latarkę. Chyba się nie boisz ciemności?”

„Nie. Nie boję się”

„To dobrze. Teraz idź do łazienki i obmyj twarz”

Jeszcze w niedzielę dwudziestego Wasiak zadzwonił do sąsiadów brata w Warszawie i poprosił go do telefonu. Brat nie posiadał telefonu, ale miał taką umowę z sąsiadem, że w nagłych przypadkach rodzina mogła dzwonić i prosić go do telefonu.

Wasiak powiadomił brata o zaginięciu córki. Mimo, że nie wierzył w to, aby Zuzia uciekła z domu, to jednak zapytał, czy jej nie ma w Warszawie. Poprosił go, aby pojechał na Wolę do ich siostry i przekazał jej wiadomość o Zuzi.

Rodzinę Janiny nie powiadomiono jeszcze. Wasiakowie uznali, że jest to nie możliwe, aby Zuzia pojechała do nich do Krzywcza koło Przemyśla. Była tam z nimi tylko raz jak miała pięć latek. Na pewno by tam nie trafiła sama.

We wtorek Piotrek obudził się nie wyspany. W nocy krzyczał przez sen. Matka przyszła do pokoju zaniepokojona. Zauważyła, że Piotrek ma gorączkę. Chciała, aby został w domu

„Nie mamo. Nie chcę zostawać w domu. Źle się czuję, gdy nie ma Zuzi”

Wyszedł do szkoły. Jednak jeszcze w tramwaju zdecydował, że dzisiaj musi sobie szkołę odpuścić.

Przy Gdańskiej wysiadł z tramwaju i poszedł na sąsiedni przystanek czekać na ósemkę. Po kilku minutach jechał w kierunku Bałut. Wysiadł przy Skrzydlatej. Przeszedł koło Technikum Geodezyjnego.

W oknach szkoły widział uczniów siedzących na parapetach i czekających na pierwszą lekcję. Spojrzał na zegarek. Za chwilę będzie ósma.

Szybko odnalazł  na Żuczej murowany domek z wysokim parterem. Obserwował go dłuższą chwilę spoza drzew. Pani Wolf na pewno jest już w szkole. Zresztą, nie po to tu przyjechał, aby ją spotkać. Czuł potrzebę zobaczenia tego miejsca. Postał tak z pól godziny. Nie zauważył żywego ducha.

Potem udał się nad stawy do Arturówka. Przeszedł stamtąd do Klasztoru Franciszkanów w Łagiewnikach. Przez chwilę zastanawiał się czy nie wejść tam i się nie wyspowiadać. Szybko odgonił tą myśl od siebie. Wrócił w stronę Żuczej. Chodził po okolicy.

Około piątej, gdy szedł do tramwaju Skrzydlatą, zauważył idącą w stronę domu panią Wolf. Chciał uniknąć spotkania, ale było już za późno. Zauważyła go

„Piotrze! Czekałeś na mnie?”

„Nie. Jestem tu przypadkiem…”

„Tu nie można być przypadkiem o tej porze roku…Choć ze mną. Porozmawiamy w domu. Chłodno się robi…”

„Nie! Nie dzisiaj!…Proszę… Nie jestem gotowy, aby rozmawiać, może jutro…”

„Dobrze. Umówmy się na jutro. Tylko na pewno. Obiecujesz?”

„Tak. Przyjdę”

„Jutro jest środa. Będę wcześniej w domu. Przyjdź o szóstej”

„Dobrze. Będę o szóstej”

„To do jutra. Uważaj na siebie”

„Do jutra”

Piotrek wykonał taki ruch jakby chciał ją uściskać na pożegnanie. Powstrzymał się w ostatniej chwili. Zauważył, że się uśmiechnęła, gdy ten niespodziewany odruch z jego strony zakłopotał go.

W domu zastał ojca leżącego na podłodze. Matka próbowała go rozebrać

„Nareszcie! Nigdy cię nie ma, jak potrzebuję twojej pomocy”

„Z chłopakami byłem”

„Pomóż mi ułożyć go w łóżku. Znowu się schlał jak świnia”

Rozebrali ojca do bielizny. Piotrek pomógł matce zataskać go do sypialni do łóżka

„Będę spać w pokoju Zuzi. Nie chcę leżeć obok tej świni” – stwierdziła matka sprzątając rzeczy ojca.

Zrobiła kilka kanapek dla siebie i dla syna. Zjedli w milczeniu.

Około dwudziestej drugiej Piotrek był już na rozłożonej kanapie w swoim pokoju.

W ten sam wtorek, wieczorem do Komisariatu Milicji na Bałutach przy ulicy Ciesielskiej przyprowadzono pijaczka zaczepiającego kobiety w okolicach ulicy Tybury Na Żubardziu.

Dyżurnego milicjanta zainteresowała jasno szara kurtka jaką pijaczek miał na sobie. Były na niej rozległe plamy zaschniętej krwi

„Pokaż tą kurtkę. Czemu ona taka zakrwawiona?”

„Nie wiem. Taką znalazłem…”

Milicjant przetrząsał kieszenie kurtki. W wewnętrznej znalazł legitymację szkolną wystawioną na Piotra Wasiaka

„Ukradłeś, a nie znalazłeś…”

„Jag Boga kocham! Znalazłem!”

„Gdzie ją znalazłeś?”

„Na Towarowej. Zaraz za kościołem. W krzakach leżała”

„Zaraz. Zaraz” – wtrącił drugi milicjant – „Oni, tam na Polesiu mieli jakieś zabójstwo w tym kościele…”

„Panowie! Nie wrabiajcie mnie! Nikogo nie zabiłem. Leżała w krzakach. Obalili my pół litra w tych krzakach, ja i Ślepy Józek. Na niego była za mała…”

„Dobra! Dobra! Jutro się będziesz tłumaczyć, jak wytrzeźwiejesz. Na dołek z nim”

Potem zwrócił się do kolegi, który wspomniał o zabójstwie

„Skontaktuj się jutro z tymi z Polesia. Może ich ta kurtka zainteresuje”

Obudziło go uderzenie w twarz. Zaraz drugie i trzecie. Jeszcze miał pod powiekami twarz duszącej się Zuzi i jego starania, aby uspokoić jej wierzgające nogi, gdy dotarł do niego płaczliwy głos matki

„Ty potworze! Co zrobiłeś z Zuzią?!…Gdzie ona jest?! Co zrobiłeś z moim dzieckiem?!”

Matka siedziała przy nim na kanapie i okładała go po twarzy coraz bardziej słabnącymi rękoma. Płakała z bezsilności

„Mamo! Przestań! Wyjaśnię ci…”

„Co tu jest do wyjaśniania?!…Gdzie jest moje dziecko? Co z nią zrobiłeś?…jesteś gorszy niż ojciec…”

Piotrek zorientował się, że matka musiała się obudzić, gdy krzyczał przez sen. Spała w pokoju Zuzi, tuż obok za ścianą.

Od czasu tego co się stało, siostra śniła mu się co noc. Budził się spocony. Wydawało mu się, że jest obok. Mówił coś do niej przez sen

„To był wypadek, mamo…”

„Wypadek?!…Zamordowałeś siostrę, potworze! Mów, gdzie jest moje dziecko!”

„To był wypadek!”

Nagle podniosła się z kanapy

„Nie! Nie chcę więcej z tobą rozmawiać! Na milicji będziesz się tłumaczyć. Im powiesz, gdzie jest Zuzia”

Zrobiła krok w stronę drzwi. Złapał ją za rękę próbując zatrzymać

„Puść mnie, bandyto!”

„Mamo! Poczekaj! Wszystko ci wytłumaczę!”

„Puść mnie, bo będę krzyczeć!”

„Mamo!”

„Ludzie!!! Ratu…”

Błyskawicznie wyskoczył z pościeli. Dłonią zasłonił jej usta i nie pozwalał zbliżyć się do drzwi. Szamotali się chwilę.

Wykorzystując swoją przewagę fizyczną chciał ją przewrócić na kanapę Upadli oboje tak nieszczęśliwie, że matka uderzyła potylicą o kant biurka. Straciła przytomność.

Patrzał na nią przez chwilę nie wiedząc co robić. W pewnym momencie ocknęła się i zaczęła krzyczeć

„Ludzie!!!”

Usiadł jej na piersiach przytrzymując kolanami jej ramiona. Lewą dłoń położył na jej ustach. Chciał, aby się uspokoiła, aby mógł jej spokojnie wszystko wyjaśnić. Szarpała gwałtownie głową. Starał się ją uspokoić chwytając prawą ręką za gardło.

Pól godziny później, odprężony i nadzwyczaj spokojny, wymyty i ubrany w ojca ciepłą kolejarską kurtkę, zajrzał do sypialni.

Ojciec spał w tej samej pozycji w jakiej go położyli. Ciężko oddychał. Piotrek wyszedł z domu punktualnie o trzeciej nad ranem. Zamykając drzwi słyszał bicie zegara ściennego w dużym pokoju.

Kilka godzin później, zaraz po ósmej w środę, dozorca Markiewicz szykował się do wyłożenia trutki na szczury.

Od kilku dni doktor Matusiak domagał się tego, ponieważ w ich klatce schodowej, w piwnicy, pojawiły się szczury. Lokatorzy mają tam komórki. Żona doktora i inne kobiety boją się schodzić do piwnicy po ziemniaki. Jest tych szczurów bardzo dużo. Nie wiadomo skąd się wzięły. Dawniej ich tam nie było.

W końcu korytarzyka z komórkami jest niewielkie wspólne pomieszczenie. Czasem stawiane były tam rowery. Od września pomieszczenie te, jest zagracone pozostałościami po remoncie i smołowaniu dachu. Już dawno administracja budynku miała to sprzątnąć, ale do tej pory nic nie zrobiła. Walają się tam teraz jakieś drabiny, ufajdane smołą szczotki, wiadra i przenośne palenisko. Są tam też trzy puste blaszane beczki po smole.

Jedna z nich, przewrócona, leży tak, że otwartą stroną przysunięta jest do ściany. Między beczką a ścianą jest niewielka szczelina.

W panującym tam półmroku Markiewicz zauważył wychodzące dwa tłuste szczury. Rzucił w ich stronę trzymanym w ręku wiadrem. Odgłos upadającego wiadra przemieszał się z piskiem uciekających szczurów. Memłając w ustach przekleństwa Markiewicz odsunął beczkę od ściany.

Przerażony odskoczył do tyłu. Z beczki wystawały poobgryzane rączki dziecka.

Przez resztę nocy i następny dzień do godziny osiemnastej włóczył się po lesie w Łagiewnikach. Kiedy stanął przed furtką do domu na Żuczej, był przemarznięty i głodny.

Przez chwilę szukał dzwonka. Nie znalazł go. Nacisnął klamkę. Furtka nie była zamknięta. Podszedł po schodkach do drzwi wejściowych do domu. Zapukał delikatnie. Niemal natychmiast się otworzyły.

Zaskoczył go jej widok. Miała rozpuszczone, kasztanowe włosy. Nigdy jej takiej nie widział. W szkole miała zawsze włosy zawiązane w tyle głowy w kok, który ją postarzał. Teraz wyglądała dużo młodziej.

Miała na sobie coś w rodzaju zapinanego z przodu, nieco przejrzystego szlafroku. Ostatnie kilka guzików pod szyją nie było zapiętych. Jego wzrok mimowolnie zanotował, że nie miała stanika, ale nie zrobiło to na nim wrażenia.

Starał się zorientować, czy jest jeszcze ktoś w domu. Wczoraj, gdy stał pod jej domem, nie zauważył w nim nikogo. Zauważyła, że się rozgląda

„Ściągnij kurtkę i choć do pokoju. Mieszkam sama. Brat może przyjedzie w niedzielę. Mieszka tu jak przyjeżdża do Polski. Teraz jesteśmy tu sami. Nikt nam nie będzie przeszkadzać”

Ruszyła w stronę pokoju

„Zabiłem matkę. Wcześniej zabiłem siostrę i księdza…” – wyznał niespodziewanie spokojnym głosem, stojąc wciąż przy drzwiach

Zatrzymała się w pół kroku. Odwróciła się powoli w jego stronę. Nie zauważył na jej twarzy ani śladu zdziwienia czy przerażenia

„Mówiłam już. Ściągnij kurtkę i chodź do pokoju” – powiedziała to tak jak by wiadomość o zabiciu trzech osób była czymś nad czym się przechodzi do porządku

Wszedł za nią do niewielkiego saloniku. Wskazała mu miejsce na kanapie. Usiadł. Ona podeszła do oszklonej szafki stojącej naprzeciwko. Wyciągnęła karafkę i dwa duże kryształowe kieliszki na nóżkach. Nalała do nich do pełna.

Podeszła do kanapy. Usiadła obok niego stawiając kieliszki na stoliku przed kanapą

„Nie powinnam podawać alkoholu nieletniemu. Ale ty chyba jesteś już dorosły, skoro zabiłeś trzy osoby…”

Chciał jej przerwać, ale go uprzedziła kładąc palec na jego ustach

„Nie mów nic. Napij się. Jesteś bardzo spięty. Porozmawiamy później jak odpoczniesz”

Wypił jednym chałstem. Ona też. Poszła po karafkę. Nalała do kieliszków powtórnie. Wypili od razu.

Poczuł, że mocne wino, bo było to wino, na pusty żołądek zaczyna go robić sennym. Nalała po jeszcze jednym kieliszku. Tym razem umoczył tylko usta.

„Nie smakuje ci?”

„Smakuje, ale…”

„Co, ale?” – przerwała mu

„Przyszedłem tu, aby się pani zwierzyć…”

„Nie nazywaj mnie panią. Mam na imię Laura”

„Pani Lauro…”

„Mów mi Lauro”

„Lauro…” – przyszło mu dosyć lekko zwrócić się do niej po imieniu – „Zabiłem siostrę, mamę i tego, no…Księdza” – zaczął płaczliwym bełkotem – „A ty się nawet nie zdziwiłaś…Dlaczego?!…Zadzwoń po milicję! Ja już dłużej nie wytrzymam! Ksiądz nie chciał mnie wyspowiadać. Wyspowiadam się tobie a potem dzwoń po milicję”

„Nie mam telefonu. Nie będę zawiadamiać milicji. Chcę ci pomóc”

„Mnie nie można pomóc”

Alkohol na pusty żołądek zaczął robić swoje. Głowa opadła mu na piersi. Zaczął łkać. Co pewien czas wzdrygała nim czkawka.

Laura przyglądała mu się przez dłuższą chwilę w milczeniu. Potem zdecydowanym głosem nakazała

„Idź do łazienki. Umyj się. Przyszykuję łóżko”

„Muszę do domu…Do mamy i siostry”

„Dzisiejszą noc spędzisz u mnie. Tam czeka na ciebie milicja”

Obudził go głód. Chciał spojrzeć na zegarek, ale nie znalazł go na ręku. Leżał obok na stoliku. Godzina dziewiąta dziesięć. Zdziwił się, że spał tak długo. Od śmierci Zuzi nie mógł się wyspać. Budziły go koszmary senne. Wstawał wcześnie, aby przed nimi uciec.

Przez moment zastanawiał się, dlaczego teraz spało mu się tak dobrze, jednak głód skierował jego myśli w inną stronę

„Kiedy jadłem ostatnio?” – usiłował sobie przypomnieć – „Wczoraj wieczorem piłem tylko wino…Śniadania nie jadłem, potem też nic…Tak. To była kolacja z mamą przed wczoraj…”

Wspomniał matkę i to co się później stało. Szybko uciekł od tej myśli

„Muszę coś zjeść” – zdecydował

Wyskoczył energicznie z łóżka. Zdziwił się, że ma na sobie piżamę. Po chwili przypomniał sobie, że leżała na łóżku w pokoju, w którym Laura przyszykowała mu spanie. Chciał się ubrać, ale poczuł potrzebę pójścia do toalety. Wyszedł ostrożnie z pokoju. Pamiętał, że łazienka jest w końcu korytarzyka, między pokojami.

Po wyjściu z łazienki, zapukał do pokoju leżącego naprzeciw tego w którym spał. Nikt nie odpowiedział

„No, tak. Pojechała do szkoły”

Nacisnął klamkę. Ostrożnie zajrzał do środka.

Pokój Laury był umeblowany podobnie do tego w którym spał. Też stało tam duże wygodne, starodawne łóżko. Takie samo jak to w którym spał.

Z korytarzyka, wyszedł do saloniku, w którym wczoraj siedział z Laurą. Obok była duża kuchnia. Na stole znalazł kartkę od Laury

„Zrób sobie śniadanie. Chleb jest w szafce obok lodówki. Resztę znajdziesz w lodówce. NIGDZIE NIE WYCHODŹ! Wrócę po szesnastej. Zjemy coś dobrego i porozmawiamy. Znajdziemy jakieś wyjście z sytuacji w jakiej się znalazłeś. Pa! Laura”

Niżej był jeszcze dopisek

„Zejdź o piętnastej do piwnicy i dorzuć trzy łopaty koksu do pieca. Będzie nam cieplej wieczorem”

W kuchni, stał piec na gaz z butli. Nie mógł znaleźć zapałek. Szukał je kilka minut. W końcu znalazł w jednej z szuflad. Zrobił sobie solidną jajecznicę z pięciu jajek, do tego kilka kawałków chleba z masłem. Popił herbatą.

Po śniadaniu ubrał się i doprowadził łózko do porządku. Piżamę złożył i położył na kołdrze. Przez moment zamierzał iść do domu. Szybko jednak porzucił ten zamiar. Stwierdził, że właściwie nie ma gdzie iść. Jest w sytuacji bez wyjścia. Wczoraj myślał, że jedynym wyjściem dla niego jest rzucenie się pod pociąg. Tak zamierzał zrobić zaraz po wypadku z Zuzią. Chciał się jednak najpierw wyspowiadać. Nie wyszło. Potem przypadek sprawił, że pani Wolf wyraziła chęć wysłuchania go

„Dobrze. Opowiem jej wszystko. Będzie to jak spowiedź. Ksiądz nie chciał mnie wysłuchać, w takim razie niech to będzie kobieta, a potem pójdę na tory” – postanowił 

Chodził chwilę po pokoju. Nagle wrócił do kuchni. Wziął kartkę od Laury do ręki. Przeczytał jeszcze raz

„Znajdziemy jakieś wyjście z sytuacji w jakiej się znalazłeś”

To zdanie brzmiało tajemniczo. Jednocześnie wzbudziło w nim jakąś iskierkę nadziei „Właściwie, wyznałem jej, że zabiłem…Będzie chciała wiedzieć, dlaczego…Muszę wszystko wyznać do końca. Poczekam na nią” – postanowił

Czekanie urozmaicił sobie oglądaniem domu. W saloniku zauważył telewizor, którego nie spostrzegł wczoraj. Stały tam też trzy przeszklone szafki z książkami. Dolna część szafek nie była przeszklona i miała drzwiczki zamknięte na zamki. Nie było w nich kluczyków. Korciło go, aby tam zajrzeć. Na pewno udałoby się jakoś otworzyć te zamki, ale zostałyby jakieś ślady. Zrezygnował z próby otwierania.

Za to zajrzał do wszystkich innych szaf i szafek. Obficie zaopatrzony barek z alkoholami nie zainteresował go. Natomiast zawartość dużej trzydrzwiowej szafy w sypialni zaskoczyła go. Jedna część zajęta była przez męskie ubrania.

„To chyba tego brata co ma przyjechać w niedzielę” – przypomniał sobie

Przeglądanie mieszkania szybko go zawiodło i znudziło. Spodziewał się, że dowie się czegoś więcej o swojej nauczycielce matematyki, ale poza kilkunastoma zeszytami z zadaniami matematycznymi uczniów ze szkoły, leżących na niewielkim biurku w sypialni nie znalazł nic osobistego Laury, żadnych fotografii, listów czy dokumentów

„Musi mieć zamknięte w tych szafkach z książkami” – pomyślał

Przeszedł do saloniku. Włączył telewizor. Pokazywany był reportaż z jakiejś fabryki. Ludzie siedzieli na jakiejś akademii. Mieli plakaty z hasłami. Coś o syjonistach i studentach

„Znowu polityka” – pomyślał

Nie interesowało go to ani trochę. Mimo to usiadł na kanapie i zaczął oglądać program bezmyślnie.

Potem były jeszcze jakieś programy telewizyjne, film dla dzieci i jakiś teleturniej. Ale gdyby go ktoś zapytał o treść tych programów, nie potrafiłby o nich cokolwiek powiedzieć. Myślami był gdzie indziej.

Złapał się na tym, że zaczyna pożądać Laurę. Z początku wydawało mu się to niedorzeczne. Pani od matematyki. Jego szkolna nauczycielka, dużo starsza od niego.

„Ciekawe, ile może mieć lat?” – zadał sobie pytanie

Zaczął sobie wyobrażać Laurę w sytuacjach widzianych na fotografiach w duńskich pisemkach znalezionych przypadkowo w szpargałach ojca.

To było jakieś pół roku temu, nie pamięta dokładnie, kiedy. Zabrał jedno z nich. Były w nich fotografie pań rozebranych do naga i panów. Robili „to”. Chłopaki niemal zawsze rozmawiali o tym w szkole. Przysłuchiwał się ciekawie i zazdrościł im. Chwalili się, jak zdobywają dziewczyny i co z nimi robią. On, niestety, niczego takiego jeszcze nie doświadczył.

Zamknął się wtedy z tym pisemkiem w łazience chociaż akurat sam był w domu. Rodzice z Zuzią pojechali do miasta kupić jej buciki.

Już po paru minutach oglądania tych zdjęć, krew trysnęła mu z nosa. Nie mógł jej zatamować. Zabrudził łazienkę i ręczniki. W końcu krew przestała lecieć. Chciał odłożyć pisemko na miejsce, ale też było poplamione krwią. Schował je w swojej teczce między zeszytami. Miał nadzieję, że ojciec nie zauważy braku jednego pisemka. Miał ich przecież kilkanaście sztuk.

Wkrótce wrócili rodzice. Powiedział im, że się poślizgnął w łazience i upadając uderzył nosem o wannę. Wystraszona matka chciała jechać z nim na pogotowie. Ledwo się od tego wybronił.

Teraz oczami wyobraźni widział Laurę na tych zdjęcia. Siebie też. Już nie wydawało mu się, że jest dużo starsza od niego. Może tylko trochę starsza.

Na tych zdjęciach też były raczej starsze panie i młodzi chłopcy.

„Chyba to, że są starsze, nie jest to nienormalne” – pomyślał – „W każdym razie to nic dziwnego”

Wczoraj, jak mu otworzyła drzwi zauważył, że nie miała stanika pod tym czymś co miała na sobie. Nie zrobiło to wtedy na nim wrażenia. Ot po prostu odnotował to gdzieś w głowie. Teraz ten widok wrócił. Wyobraził sobie Laurę bez tego czegoś, co wczoraj miała na sobie. Był bardzo podniecony. Nie usłyszał, kiedy weszła do domu.

„A, telewizję oglądasz” – usłyszał nagle jej głos z boku

Zerwał się nagle na równe nogi, aby się przywitać. Podeszła do niego. Spostrzegł, że zauważyła jego podniecenie.

„No, uściśnij mnie chociaż, na powitanie” – powiedziała ciepło przyciągając go do siebie

Otarła się o niego biodrami. Spróbował się odsunąć, ale wyszło mu to niezgrabnie. Jej bliskość i zapach oszołomiły go. Zorientowała się, że się speszył. Odsunęła się od niego, powoli opuszczając wzrok na jego spodnie.

Potem ciągle się uśmiechając zalotnie spojrzała mu prosto w oczy

„Dorzuciłeś do pieca?”

„Zapomniałem”

„Zrób to teraz. Przebiorę się i zrobię coś do jedzenia. Kupiłam po drodze coś dobrego”

Zejście do piwnicy było w przedpokoju zaraz przy drzwiach wejściowych. W piecu w palenisku, było jeszcze sporo żarzącego się koksu. Obok za niskim ogrodzeniem z desek znajdował się spory stos koksu i duża łopata.

Wsypał do paleniska trzy łopaty koksu. Chwilę się rozglądał ciekawie. Od pieca odchodziły jakieś rurki i znikały gdzieś w ścianie u góry. Domyślił się, że to do kaloryferów.

W pomieszczeniu obok, do którego też zajrzał stały jakieś półki i deska do prasowania. Była tam też umywalka a obok stała nowoczesna pralka.

Przypomniał sobie, że raz matka pokazywał taką w sklepie. Oni mieli starą pralkę „Franię”. Matka marzyła o takiej jak ta co ją widziała w sklepie.

Umył ręce i wrócił do saloniku. Usiadł z powrotem na kanapie bez słowa. Patrzał w telewizor nic nie widząc. Myśli kłębiły mu się w głowie. Nie wie, ile czasu upłynęło. Weszła do saloniku niosąc tacę z dwoma talerzami jakiejś pachnącej zupy.

Zauważył, że ma na sobie to coś co miała wczoraj. Dzisiaj też była bez stanika. Gdy podchodziła do stolika potknęła się o coś tak nieszczęśliwie, że talerze z tacki spadły na niego.

Czerwony, gorący barszczyk zalał mu twarz spływając po swetrze i spodniach na kanapę i podłogę.

Zerwał się starając wytrzeć rękawem twarz.

„Przepraszam! Co za oferma ze mnie! Bardzo cię poparzyłam?”

Barszczyk był gorący, ale nie tak bardzo, aby go poparzyć.

„Nie! Ale jak ja teraz pójdę do domu?”

„Wypiorę ci ubranie. W piwnicy mam pralkę. Rozwiesi się koło pieca centralnego ogrzewania i do jutra wyschnie”

„Nie mam nic na zmianę…”

„Coś się znajdzie, ale najpierw musisz się wykąpać. Pomóż mi posprzątać. Na szczęście w kuchni mam drugie danie. Zjemy, jak się wykąpiesz”

Szybko zwinęli narzutę z kanapy. Gdy nachylili się wycierać podłogę wypadła jej z za dekoltu pierś. Chyba nie zauważyła tego, bo dopiero po chwili, gdy on znieruchomiał przyglądając się jej, powoli schowała ją z przepraszającym uśmiechem

„Potem dokończymy to sprzątanie. Przyszykuję ci kąpiel”

Przeszła do łazienki. Słyszał napuszczaną wodę do wanny. Odruchowo wycierał podłogę nie zastanawiając się nad tym

„Jeszcze się nie rozebrałeś?!” – usłyszał nad sobą

Podniósł się i usiłował zdjąć przez głowę sweter. Ponieważ był sklejony z koszulą, szarpał się z nim przez chwilę

„Poczekaj. Pomogę ci”

Znowu poczuł jej bliskość. Powoli ściągała mu sweter przez głowę. Przycisnęła się przy tym dokładnie do niego. Tym razem nie próbował się odsunąć.

Po chwili sweter leżał na podłodze. Chciał rozpiąć guziki koszuli. Odsunęła jego rękę i sama zaczęła ją rozpinać. Robiła to bardzo powoli wkładając ręce za koszulę.

Zaprotestował, gdy zaczęła rozpinać mu spodnie

„Wolisz sam się rozebrać?”

„Chyba tak…”

Ściągnął spodnie. Został tylko w majtkach

„Idź do łazienki. Tylko się nie zamykaj. Przyjdę wymyć ci plecy. Chyba nie masz nic przeciwko temu?”

„Nie. Nie wiem…”

Wszedł do łazienki. Wanna pełna była jakiś pachnących mydlin. Szybko się rozebrał. Po chwili zanurzył się w mydlinach aż po uszy.

Weszła do łazienki po kilku minutach. Odebrała mu z ręki gąbkę. Pochylił się siedząc w wannie, aby mogła mu wymyć plecy

„Wstań. Będzie mi wygodniej…”

Tej samej środy z rana, w komisariacie Milicji na Ciesielskiej panował niemal chaos. Nad ranem w kamienicy na Limanowskiego wybuchł ulatniający się gaz i spowodował pożar. Na szczęście nikomu nic się nie stało. Ewakuowano mieszkańców i wszyscy milicjanci z komisariatu na Bałutach zostali skierowani do pilnowania ogrodzonej pośpiesznie kamienicy. Groziła zawaleniem i już pojawili się chętni szabrownicy.

Pod wieczór Komenda Miejska przysłała posiłki i część milicjantów mogła wrócić na Ciesielską.

O skontaktowaniu się z Komendą na Polesiu w sprawie zakrwawionej kurtki zapomniano.

Przyprowadzono kilkunastu mężczyzn zatrzymanych przy próbie kradzieży w uszkodzonej kamienicy. Aby zrobić miejsce w celach, zwolniono kilku drobnych chuliganów i pijaczka, który przyszedł poprzedniego dnia w zakrwawionej kurtce. Oddano mu ją. Na komisariacie została tylko wciśnięta gdzieś głęboko w szufladzie biurka na dyżurce, legitymacja szkolna Piotra Wasiaka.

Przy ulicy Praussa, tej środy, już około w pół do dziewiątej pojawiło się kilka milicyjnych samochodów. Przed wejściem do klatki schodowej stał milicjant. Dostał polecenie niewpuszczania nikogo z licznych ciekawskich których znaczna ilość pojawiła się nie wiadomo skąd.

W piwnicy ustawiono mocne lampy. W korytarzyku za lampami stało kilku milicjantów, dozorca Markiewicz i doktor Matusiak. To od niego z mieszkania, Markiewicz zadzwonił po milicję, a potem razem zeszli do piwnicy czekać na ich przyjazd.

Fotograf kończył właśnie pakować swój sprzęt. Dwóch ludzi w kombinezonach i maskach na twarzy zabrało się za wyciąganie zwłok z beczki. Na nic zdały się ich wysiłki. Zwłoki dziecka przywarte były do resztek smoły.

Oficer z ekipy milicyjnej, kapitan Ryś i przybyła właśnie na miejsc prokurator Woźniakowska, uzgodnili, że należy beczkę rozciąć, tu na miejscu.

Pół godziny czekano na przybycie ślusarza z narzędziami. Ponad godzinę zajęło ostrożne rozcinanie beczki nożycami. Ślusarz nie przywykły do takich widoków co kilka minut przerywał pracę.

Doktor Matusiak pobiegł do domu i przyniósł mu coś na uspokojenie.

W końcu beczka była rozcięta i na tyle rozchylona, że można było wydobyć zwłoki. Zanim to nastąpiło, ponownie wezwano fotografa, który zdążył już odjechać. Po ponownym przybyciu wykonał nową serię zdjęć.

Zwłoki dziecka były ubrane i złożone były do beczki w pozycji zgiętej w pasie, pupą w dół. Odsłonięte części ciała zniszczone były przez gryzonie.

Z powodu stężenia pośmiertnego, ułożono dziecko w takiej pozycji na przygotowanych noszach

„To ta mała od Wasiaków” – zauważył dozorca

„Jaka mała?” – zapytała prokurator

Markiewicz i doktor Matusiak opowiedzieli w kilku zdaniach o zaginięciu Zuzi.

Podczas gdy o tym mówili, kapitan Ryś nakazał podwładnym skontaktować się z radiowozu z Komendą i uzyskać informację o zgłoszeniu zaginionego dziecka.

Po kilku minutach uzyskali potwierdzenie zgłoszenia zaginionej Zuzanny Wasiak.

Pani prokurator zadecydowała, że należy natychmiast sprawdzić, czy rodzice zaginionej dziewczynki są w domu i zgodnie z procedurami poprosić ich o zidentyfikowanie zwłok.

Markiewicz zaoferował się wskazać, gdzie mieszkają Wasiakowie. Kilka minut później razem z nią i kapitanem Rysiem stali pod drzwiami mieszkania Wasiaków.

Dzwonili kilkakrotnie, ale nikt nie podchodził do drzwi. Już mieli odejść, gdy usłyszeli za drzwiami kroki i wściekły męski głos

„Kogo, kurwa, diabli przygnali?! Wyspać się nie daje!”

Markiewicz odruchowo spojrzał na zegarek. Zbliżała się trzynasta.

„Proszę otworzyć. Milicja”

„Co jest?!…Wolne mam. Napić się w domu nie można?”

„Proszę otworzyć. Musimy porozmawiać”

Po chwili ukazał im się w otwartych drzwiach jeszcze nie wytrzeźwiały mężczyzna stojący w samej bieliźnie

„Obywatel nazywa się Stanisław Wasiak, tak?”

„Tak. Bo co?”

„Zgłaszaliście zaginięcie nieletniej córki, prawda?”

„Tak. Zgłaszałem”

Do Wasiaka pomału zaczęło docierać, że wizyta milicji ma związek z zaginięciem córki

„Mamy niestety, tragiczną wiadomość. Znaleźliśmy zwłoki dziecka odpowiadające opisowi. Będziecie musieli je rozpoznać…Czy żona jest obecna?”

„Jezus! Maria!…Tak…Nie! Nie ma jej. To znaczy nie wiem. Zaraz sprawdzę”

Odszedł w głąb mieszkania. Stojący w drzwiach usłyszeli po chwili

„Co ci jest, Janka? Wstawaj!” – a po chwili – „Jezus! Maria! Pomocy! Lekarza!”

Wszyscy troje wbiegli do mieszkania. Nie trzeba było być lekarzem, żeby stwierdzić, że leżąca na pościeli kobieta z otwartymi szeroko oczami jest martwa

„Leć pan po tego doktora na dół!” – nakazał kapitan Markiewiczowi.

Chodziło mu o to, aby uzyskać potwierdzenie zgonu i wstępne ustalenie przyczyn. Oficjalne ustalenie przyczyn dokona lekarz sądowy po przewiezieniu zwłok do Zakładu Medycyny Sądowej.

Przybyły na miejsce doktor Matusiak stwierdził, że denatka ma rozbitą głowę, ale to nie mogło być przyczyną śmierci. Została najprawdopodobniej uduszona.

Kapitan Ryś ponownie nakazał wezwać fotografa, który ponownie zdążył odjechać.

Wstępne przesłuchanie Wasiaka jeszcze na miejscu, w mieszkaniu nic konkretnego nie dało Wasiak przyznał tylko, że pokłócił się z żoną poprzedniego wieczoru, a potem pił alkohol. Stojący w mieszkaniu Markiewicz, którego zapomniano wyprosić, wtrącił

„Awantury są tu codziennie. Bił zawsze żonę i dzieci. Syn już jest duży, ale też obrywa”

„Co za syn?” – zareagowała prokurator

„No, ich syn Piotrek. Stary odgrażał się zawsze, że ich wszystkich pozabija…”

„Won, gnido z mojego domu!” – zareagował Wasiak

„Gdzie jest wasz syn?”

„A, gdzie ma być?…W szkole”

„Pojedziecie z nami na komisariat, ale najpierw musicie rozpoznać córkę” – zadecydował kapitan zwracając się do Wasiaka.

„Zaraz! O co chodzi?!…Ja jej nie zabiłem!”

„Ja was nie oskarżam. Wyjaśnimy to na Komendzie. Tutaj musi pracować ekipa dochodzeniowa”

W piwnicy na widok Zuzi Wasiak się rozpłakał

„Jezus! Maria! Co za skurwysyn zboczony zabił moje dziecko?!…Ludzie! zabiję zboczeńca jak go dorwę! Ludzie!…”

„Poznajecie dziecko?” – przerwała mu pani prokurator

„Tak. To moja Zuzia…”

Prokurator Woźniakowska nakazała milicji natychmiastowe odszukanie Piotra w szkole i delikatne poinformowanie go o znalezieniu zwłok matki i siostry.

Gdy kilka godzin później dowiedziała się, że Piotr w szkole był ostatni raz widziany w poniedziałek dwudziestego pierwszego, natychmiast pomyślała, że za zniknięciem chłopca stoi ojciec.

Nakazała milicji przeszukać wszystkie piwnice na osiedlu Mireckiego oraz najbliższe ogródki działkowe. Jednocześnie, nie czekając na rezultaty poszukiwań zarządziła umieszczenie w prasie i telewizji wiadomości o poszukiwaniu zaginionego.

Fotografię Piotra milicja otrzymała z sekretariatu szkoły.

Zdjęcie Piotra i informacja o jego zaginięciu ukazały się w telewizji jeszcze w czwartek dwudziestego czwartego wieczorem. W gazetach dopiero następnego dnia w piątek.

W sobotę Dyżurny Komendy miejskiej odebrał telefon od, jak to nazwał później, rozhisteryzowanej baby. Nie mógł zrozumieć o co jej chodzi. Dopiero po kilku minutach udało mu się ją uspokoić. Zrozumiał, że rozpoznała mordercę proboszcza na jednej z parafii na Polesiu.

Chciała rozmawiać z kapitanem milicji, który ją przesłuchiwał jako świadka morderstwa. Niestety nie pamiętała nazwiska.

Dyżurny zanotował jej nazwisko i adres. Obiecał jej, że kapitan się z nią skontaktuje jak tylko będzie miał czas. Potem sprawdził, że rzeczywiście nie tak dawno zamordowano księdza i że sprawę prowadzi w Komendzie na Polesiu kapitan Nagłowski. Zadzwonił do niego i przekazał mu treść rozmowy z niejaką Klimczak Heleną.

Jeszcze tego samego popołudnia kapitan Nagłowski odwiedził Klimczakową. Dowiedział się, że

„To ten sam bandyta co zabił naszego proboszcza!” – Klimczakowa wskazała na zdjęcie w gazecie poszukiwanego nieletniego, Piotra Wasiaka.

„Jest pani pewna, że to on? Może to nie on?”

„Jak nie on, jak on!…Żebym tak trupem padła jak to nie on!”

Po wizycie u Klimczakowej Nagłowski udał się do Walczakowej. Pokazał jej zdjęcie w gazecie, którą dostał od Klimczakowej.

Walczakowa długo przyglądała się fotografii. W końcu stwierdziła, że to chyba ten którego widziała w kościele, chociaż tu, na zdjęciu w gazecie wygląda trochę jak dziewczynka.

W sobotę było już za późno na rozmowę z szefem, więc dopiero w poniedziałek dwudziestego ósmego kapitan Nagłowski naradził się z pułkownikiem Szulcem, co robić dalej. Szulc nakazał mu skontaktować się z kolegami poszukującymi zaginionego. Zrobił to zaraz po rozmowie z szefem.

Od kapitana Rysia dowiedział się, ze zbierają również informacje o niezidentyfikowanych zwłokach z terenu Łodzi przede wszystkim, ponieważ podejrzewają ojca o zabicie syna.

Jak do tej pory ma wiadomość o dwóch wisielcach, ale wiek nie odpowiada poszukiwanemu. Z innych rejonów kraju też dostał trzy informacje, jedną z kieleckiego o znalezieniu topielca, drugą z Warszawy o spalonym baraku na terenie jednej z budów, w którym znaleziono zwęglone zwłoki, ale też nie pasują do tych które szukają.

Trzecia wiadomość przyszła niedawno z Komendy w Wałbrzychu. Na drodze przed wjazdem do miasta, autobus potrącił śmiertelnie młodą kobietę, która po bliższym zbadaniu okazała się być młodym mężczyzną. Niestety, twarz została na tyle uszkodzona, że nie można sprawdzić z opisem poszukiwanego

„Zboczeniec jakiś” – stwierdził kapitan Ryś – „Dużo jest takich co się przebierają”

Potem obaj kapitanowie ustalili datę wspólnej narady obu zespołów.

Narada odbyła się dopiero w czwartek trzydziestego pierwszego października. Wzięła w niej udział prokurator Woźniakowska. Otrzymała dzień wcześniej wyniki sekcji zwłok zamordowanej Janiny Wasiak i jej córki.

Sekcja zwłok wykazała, że obydwie zostały pozbawione życia poprzez uduszenie gwałtowne, a dokładniej przez zagardlenie, to jest poprzez uciśnięcie narządów szyi. Potwierdziło się także to co stwierdził na miejscu, w mieszkaniu Wasiaków, doktor Matusiak.

Kobieta została pozbawiona życia na pięć do ośmiu godzin przed znalezieniem zwłok. Natomiast ustalenie śmierci dziecka było trudniejsze.

Biegły obducent ocenił, że nastąpiło to między dziesiątym a piętnastym października. To co najbardziej zaskoczyło panią prokurator to fakt, że stanowczo nie stwierdzono śladów gwałtu na małej, czy innych niedozwolonych czynności seksualnych.

Milicjanci chcieli natychmiast szukać Piotra jako podejrzanego o zabójstwo księdza. Prokurator Woźniakowska nie była przekonana, co do tego, że sprawcą zabójstwa jest Piotr. Jednak po burzliwej dyskusji ustąpiła i zgodziła się na wysłanie za Piotrem Wasiakiem listu gończego, oraz umieszczenie jeszcze raz jego fotografię w gazetach, tym razem z informacją, że jest poszukiwany w związku z popełnieniem poważnego przestępstwa.

Prokurator Woźniakowska tak naprawdę dzieliła z ojcem dziecka pogląd, że mała została pozbawiona życia przez pedofila. Na jej polecenie milicja sprawdzała alibi znanych osób o skłonnościach pedofilskich na terenie Łodzi.

Pani prokurator, ojcu dziecka przedstawiła wstępnie zarzut pozbawienia życia żony. Teraz, po zapoznaniu się z wynikami sekcji, zmieniła zdanie i zamierza przedstawić Wasiakowi również zarzut zabójstwa córki. No bo któż jeszcze mógłby zabić małą, skoro motyw seksualny odpadł?

Jeżeli nie odnajdzie się syn Wasiaków, który jest poszukiwany przez milicję na terenie całego kraju, to nie wyklucza również przedstawienie ojcu zarzutu zamordowania syna.

Jest przekonana, że u podstaw tych zabójstw leży nadużywanie przez Wasiaka alkoholu i związane z tym systematyczne maltretowanie rodziny.

Miała również ocenę biegłego psychologa, który po wstępnym badaniu Wasiaka ocenił, że cierpi on na schizofrenię paranoidalną, a więc w stanach lękowych mógł dopuścić się zarzucanych czynów. Biegły stwierdził stanowczo, że jest to opinia wstępna i wymaga potwierdzenia, lub odrzucenia, po dłuższej obserwacji badanej osoby w specjalistycznej placówce medycznej.

W każdym razie prokurator Woźniakowska zdecydowała się jak najszybciej ponownie przesłuchać Wasiaka. W tym celu zamierzała zadzwonić do Aresztu na Sikawie.

Sięgała właśnie po telefon, kiedy ten zadzwonił. Dzwonił zastępca komendanta Aresztu z informacją, że tymczasowo aresztowany przez nią Stanisław Wasiak podjął próbę samobójczą poprzez spożycie nieznanej substancji i w ciężkim stanie został przewieziony do szpitala Ministerstwa Spraw Wewnętrznych na oddział toksykologiczny.

Tego samego czwartku, trzydziestego pierwszego października na biurku dyrektora szkoły, w której uczyła pani Wolf wylądował list zaadresowany do niego z dopiskiem „do rąk własnych” Jego nazwisko i adres szkoły napisany był na maszynie do pisania. Adresu zwrotnego nie było.

Otworzył kopertę. W środku była jedna kartka złożona na pół z krótka jednozdaniową informacją napisaną również na maszynie

„Informuję, że z dniem 1go listopada 1968 roku, z powodów rodzinnych, składam wypowiedzenie pracy ze skutkiem natychmiastowym”

Pod informacją data 25 października 1968. Obok daty imię i nazwisko napisane na maszynie

„Laura Wolf”

I nieczytelny podpis wykonany długopisem

„Chyba to jej podpis” – pomyślał.

Dyrektora zaskoczył ten list. Pani Wolf już od piątku dwudziestego czwartego była nieobecna w pracy.

Zdarzało się to niestety często jego pracownikom, że szli na zwolnienia lekarskie. Zwykle dwa lub trzy dni później ktoś z rodziny przynosił zwolnienie. Wiedział jednak, że Laura Wolf nie posiada żadnej rodziny. To znaczy nie w Polsce. Wspomniała kiedyś w pokoju nauczycielskim, że ma brata w NRD. Sprawdził to potem u znajomej kadrówki w Kuratorium. Zgadzało się.

Wczoraj zaczęła go niepokoić jej nieobecność. Musiał załatwić kogoś na jej zastępstwo.

I wczoraj właśnie poprosił panią Szymańską od WFu która mieszkał najbliżej pani Laury, na Łagiewnickiej, przy Warszawskiej, aby po pracy zajrzała do niej na Żuczą.

Dzisiaj, zaraz z rana, pani Szymańska poinformowała go, że była tam zaraz po pracy i potem wieczorem wybrała się na spacer z mężem i psem, jeszcze raz na Żuczą, ale nikt nie odpowiadał na dzwonek przy furtce. Wygląda na to, że w domu nikogo niema.

„Trzeba wystąpić do Kuratorium o nową nauczycielkę matematyki” – pomyślał dyrektor – „Ale dopiero po Wszystkich Świętych. W poniedziałek, czwartego się tym zajmę”

Odłożył list i spojrzał na zegarek. Lekcję w trzeciej klasie miał dopiero za piętnaście minut. Wyciągnął kupioną w drodze do szkoły gazetę. Nic ciekawego w niej nie znalazł.

Na trzeciej stronie zauważył zdjęcie chłopca, który był uczniem jego szkoły. Od tygodnia zamieszczane jest w gazetach i pokazywane w telewizji. W ubiegłym tygodniu milicja zwróciła się z prośbą o to zdjęcie z akt szkolnych. Teraz go poszukują.

Przypomniał sobie, że słyszał coś w pokoju nauczycielskim o tragedii jaka spotkała chłopaka. Podobno jego matka i siostra zostały zamordowane. Podejrzenia padły na ojca.

„Co się dzieje na tym świecie” – pomyślał

Dyrektor szkoły, w której uczyła Laura Wolf, uważał sprawę wypowiedzenia przez nią pracy za zamkniętą. Jej list z wypowiedzeniem przekazał sekretarce z poleceniem zakończenia sprawy.

Jednak pod koniec listopada, dokładnie dwudziestego szóstego, we wtorek okazało się, że pani Wolf nie rozliczyła się ze szkołą. To, że brakowało karty obiegowej która powinna być wypełniona według obowiązujących zasad nie było tak bardzo istotne.

Pani Wolf kilka miesięcy wcześnie wzięła pożyczkę gotówkową z Kasy Zapomogowo-Pożyczkowej.

Z piętnastu tysięcy złotych które pożyczyła zdążyła spłacić tylko pięć rat po czterysta pięćdziesiąt złotych. Rata za listopad nie została odciągnięta, ponieważ za listopad pani Wolf nie otrzymała wypłaty.

Zgodnie z regulaminem Kasy Zapomogowo-Pożyczkowej, dług powinien zostać zwrócony w całości. Dyrektorowi nie pozostało nic innego jak zwrócić się o pomoc do milicji.

Z powodu wyjazdu służbowego do Warszawy, zrobił to dopiero po powrocie, w sobotę, trzydziestego listopada.

Milicja na Bałutach dostała zawiadomienie od dyrektora szkoły i zgodnie z procedurami wysłała do Laury Wolf wezwanie na przesłuchanie „w sprawie własnej”. Jednak Laura Wolf zignorowała te wezwanie.

Dopiero kilka dni później, w sobotę czternastego grudnia, komendant milicji z komisariatu na Bałutach polecił dzielnicowemu osobiście je dostarczyć Laurze Wolf.

Milicjant, który przyszedł pod dom na Żuczej, dzwonił przy furtce przez pewien czas, ale nikt mu nie otwierał. Stwierdził jednak, że w domu musi ktoś być, ponieważ w oknach widać było zapalone światło

„Jeszcze jedna, która udaje, że jej niema w domu” – pomyślał

Nacisnął klamkę. Furtka nie była zamknięta na zamek. Zanim podszedł po schodkach pod drzwi, zauważył, że na leżącym na nich śniegu nie ma żadnych śladów stóp. Obszedł dom dookoła. Wszędzie leżał nie naruszony stopami ludzkimi śnieg.

Podszedł pod drzwi. Zapukał w nie kilkakrotnie i po kilku minutach nacisnął klamkę. Drzwi ustąpiły

„Jest tu ktoś?!” – zapytał głośno

Nikt nie odpowiedział. Przeszedł ostrożnie przez przedpokój doszedł do drzwi, spod których widać było światło. Zapukał do nich i jeszcze raz zapytał, czy jest tu ktoś. Po chwili je otworzył.

Pierwsze co mu się rzuciło do oczu, to leżące na podłodze spodnie męskie, sweter i koszula. Wszystko solidnie zaplamione czymś zeschłym, wyglądającym na krew. Obok leżało coś, co wyglądało na koc lub narzutę na łóżko. Były na tym również rozległe plamy krwi.

Poczuł się nieswojo. Nerwowo otworzył kaburę pistoletu, jednocześnie skarcił się w myślach za tchórzostwo.

Przez moment miał ochotę zajrzeć do innych pomieszczeń, jednak coś go od tego powstrzymywało. Wytłumaczył sobie, że przecież na kursach uczyli, aby w podobnych sytuacjach nic nie dotykać.

Trzeba zadzwonić do dyżurnego. Niech przyśle tych z dochodzeniówki…

„Ale jak zadzwonić, do cholery?” – zastanawiał się

Powoli, tyłem, rozglądając się dookoła, wycofał się z mieszkania. Dopiero na zewnątrz odetchnął z ulgą.

Zastanawiał się skąd można zadzwonić na komisariat. Zamknął drzwi od mieszkania wyszedł przed furtkę. Rozejrzał się. Pusto.

Kilkadziesiąt metrów dalej widział jakieś światło w oknie. Spojrzał do góry. Tylko przewody z prądem rozwieszone na słupach idą w tamtą stronę. Nie zauważył przewodów telefonicznych

„Na pewno nie mają tam telefonu” – pomyślał – „Skąd można by zadzwonić?”

Po chwili przypomniał sobie

„Szkoła! Przecież tu niedaleko, na Skrzydlatej jest technikum. Jest dopiero po czwartej. Może jeszcze tam ktoś jest”

Najpierw przyjechali radiowozem trzej koledzy z komisariatu na Ciesielskiej. Czekał na nich przed furtką, tak jak mu kazał dyżurny. Razem weszli do środka. Obeszli całe mieszkanie. Termometr przy drzwiach w dużym pokoju wskazywał osiem stopni. Byli w kurtkach zimowych, więc w pierwszej chwili nie zauważyli, że mieszkanie jest wychłodzone.

W kuchni na stole stały niedojedzone resztki jedzenia na talerzach. W jednym z pokojów otwarta szafa, częściowo pusta świadczyła o tym, że ktoś w pośpiechu spakował niezbędne rzeczy i opuścił mieszkanie.

W piwnicy też nie znaleźli nic ciekawego. Piec centralnego ogrzewania był zimny. Obok niego stos koksu.

W saloniku jeden z milicjantów pochylił się nad poplamionym ubraniem

„To chyba nie jest krew” – powiedział niepewnie

„Jak to nie krew, jak krew” – stwierdził najstarszy stopniem, wśród nich, sierżant Kacperek

Poszedł do radiowozu porozmawiać z przełożonym i przekonać go o konieczności przysłania tych od zabójstw.

Przyjechali po półgodzinie. Śmiechu było co nie miara, kiedy stwierdzili, że plamy na ubraniu to nie krew tylko jakaś zastygła zupa.

Ci od zabójstw odjechali szybko, a ośmieszony sierżant jeszcze raz skontaktował się z przełożonym, aby się dowiedzieć co robić dalej.

„Przeszukaj mieszkanie, znajdź jakieś dokumenty, czy coś co by wskazało, gdzie ta baba się wyniosła…” – nakazał szef

„Jak to? Tak bez nakazu prokuratora?”

„Od kiedy to potrzebujesz prokuratora? Poza tym to nie jest formalne przeszukanie, tylko masz się trochę rozejrzeć! Myśl trochę sam i nie zawracaj mi dupy pierdołami!”

Urażony sierżant Kacperek zabrał się ze swoimi chłopakami za gruntowne przeszukanie mieszkania.

Na Ciesielską wrócili po trzech godzinach. Przywieźli ze sobą tylko kurtkę kolejarską znalezioną w przedpokoju. Jakoś nie pasowała im ona do tego mieszkania, poza tym jedyny dokument jaki znaleźli w mieszkaniu znajdował się w tej kurtce. Była to przepustka do Warsztatów Kolejowych znajdujących się przy ulicy Towarowej w Łodzi, wystawiona na Stanisława Wasiaka.

Znaleźli tam jeszcze parę drobiazgów, jakieś zegarki i bibeloty. Uznali wspólnie, że nie wniosą one nic do sprawy i postanowili zachować je dla siebie „na pamiątkę”.

Komendant komisariatu na Ciesielskiej dopiero w poniedziałek szesnastego grudnia zapoznał się z raportem sierżanta Kacperka. Odłożył go na bok. Sprawa nie wymaga pośpiechu. Zajmie się nią po świętach.

Obejrzał jeszcze kurtkę i znalezioną w niej przepustkę

„Nic szczególnego” – pomyślał

Już miał odłożyć na bok przepustkę, gdy nagle uświadomił sobie, że dopiero co, gdzieś się spotkał z nazwiskiem Wasiak.

Chwilę się zastanawiał. Potem zajrzał do teczki z w której były listy gończe za poszukiwanymi osobami.

Na samym wierzchu leżał list za poszukiwanym Piotrem Wasiakiem, synem Stanisława.

„Zgadza się” – stwierdził z zadowoleniem – „Przepustka wystawiona jest na Stanisława Wasiaka. Adres zamieszkania ten sam”

Szybko zszedł do dyżurki, w której pracował tego dnia jego dobry kolega. Chciał się pochwalić, jak wpadł na trop podejrzanego

„Popatrz Heniu jak wszystko się zgadza” – rzekł do kolegi pokazując list gończy i przepustkę – „Ten Wasiak i ten drugi też Wasiak…”

Kolega coś sobie przypomniał

„Ja też mam tu jednego Wasiaka…”

Chwilę szukał w szufladzie biurka i wyciągnął z niej legitymację szkolną wystawioną na Piotra Wasiaka.

Szybko zawiadomili Komendę Wojewódzką o znalezionej kurtce w mieszkaniu Laury Wolf.

Pierwsza narada w Komendzie Wojewódzkiej w sprawie poszukiwania podejrzanego o zabójstwo księdza, odbyła się przed południem, w czwartek dziewiętnastego grudnia. Był na niej między innymi pułkownik Szulc, kapitan Nagłowski, prokurator Woźniakowska i kapitan Ryś.

Przyjęto na niej, że sprawa zabójstwa księdza oraz zniknięcia nauczycielki ma wspólny mianownik. Jest nim poszukiwany nieletni Piotr Wasiak.

Przypuszczenie, że młody Wasiak mógł być w mieszkaniu na Żuczej oparto na tym, że po pierwsze, był jednym z uczniów Laury Wolf, a więc się znali.

Po drugie i najważniejsze, stwierdzono, że kurtka z przepustką jego ojca nie mogła być tam zostawiona przez starego Wasiaka, który od czasu znalezienia zwłok żony i córki siedział w areszcie.

Stwierdzono, że szara kurtka poplamiona krwią znaleziona u pijaczka na Bałutach, musiała być własnością młodego Wasiaka. Była w niej legitymacja szkolna. Niestety, kurtka się gdzieś zapodziała. Została tylko legitymacja.

Wyrażono przypuszczenie, że młody Wasiak, wychodząc z domu nałożył na siebie kurtkę ojca.

Postanowiono obie sprawy połączyć. Prowadzenie dochodzenia powierzono pułkownikowi Szulcowi. Nadzór prokuratorski pozostawiono w gestii prokurator Woźniakowskiej.

Pierwsze co postanowił pułkownik Szulc i na co dostał zezwolenie prokuratorskie, to dokładne przeszukanie mieszkanie nauczycielki oraz przedstawienie do okazania spodni, swetra i koszuli, tam znalezionych Stanisławowi Wasiakowi.

Po wypisaniu ze szpitala, został on przewieziony na obserwację do szpitala psychiatrycznego w łódzkiej Kochanówce.

Liczono, że lekarze zezwolą na jego przesłuchanie.

Przeszukanie domu Laury Wolf odbyło się w piątek dwudziestego. Ekipa dochodzeniowa która tam przyjechała zastała mieszkanie splądrowane i częściowo zdewastowane.

Pierwsze co zrobiono, to złożono z radiowozu ustny raport ze skargą na komendanta Komisariatu z ulicy Ciesielskiej, że nie nakazał zabezpieczyć domu.

Następnie sporządzono dokumentację fotograficzną zastanego stanu faktycznego. Potem zaczęto systematycznie przeszukiwać cały dom.

Zabezpieczono ciągle leżące na podłodze spodnie, sweter i koszulę. Poza tym nie znaleziono nic ciekawego.

W piwnicy w palenisku pieca centralnego ogrzewania znaleziono popiół i resztki spalonych dokumentów. Niestety, w takim stanie, że nie dało się ich odczytać.

„Zobaczcie jeszcze chłopcy pod koksem…” – nakazał kapitan kierujący przeszukaniem

Już po dwóch ruchach łopatą natknięto się na ciało.

Resztę koksu odgarnięto ostrożnie rękoma. Ciało zawinięte było w prześcieradło. Po jego rozwinięciu ukazała im się leżąca na brzuchu naga kobieta.

Pani prokurator Woźniakowska w towarzystwie kapitana Nagłowskiego okazała Stanisławowi Wasiakowi kurtkę kolejarską. Poznał ją od razu.

Spodnie, sweter i koszulę Piotrka również rozpoznał bez chwili zastanowienia. Zaczął histeryzować

„Skąd to macie?!…Co się stało z moim synem?! Gzie on jest?!”

„Proszę się uspokoić. Nie wiemy, gdzie on jest. Szukamy go”

„Jezus! Maria!…Nie mam już rodziny…Gdzie on jest?!”

„Nie wiemy. Liczymy, że nam pan pomoże…”

„Jak mam pomóc. Zamknęliście mnie niewinnego…Jezus! Maria!”

„Może wyjechał do rodziny lub krewnych? Niech pan pomyśli, gdzie mógł wyjechać”

Wasiak podał adresy rodzeństwa w Warszawie i adres krewnych żony w Krzywczu koło Przemyśla.

Wychodząc ze szpitala prokurator Woźniakowska zaczęła poważnie zastanawiać się nad uchyleniem aresztu nałożonego na Wasiaka. Postanowiła powstrzymać się z tym do uzyskania końcowych wyników badań psychiatrycznych osadzonego.

Po wyjściu z piwnicy Piotrek poczuł się zmęczony, ale jakoś dziwnie spokojny. Ponieważ ufajdał się koksem, ponownie nalał sobie wody do wanny. Znalazł butelkę z tym czymś co zrobiło pachnącą pianę. Poleżał w wannie z pół godziny.

Przypomniał sobie, że widział ubrania męskie w szafie w pokoju, w którym spał. Znalazł odpowiednie spodnie, bluzkę z golfem i ciepły sweter. Niestety, trzy pary butów jakie znalazł w szafie były o numer za małe.

Zapakował trochę innych rzeczy do znalezionej tam torby sportowej. Potem poszedł do kuchni i dokończył jeść to co przyszykowała Laura.

Była to jakaś sałatka z kurczakiem przyprawiona na słodko. Nie smakowało mu to, ale zjadł, bo był głodny.

Ponownie wrócił do pokoju z szafą, szukał jakiejś kurtki lub płaszcza. Znalazł długą jesionkę. Nie podobała mu się. Jakaś taka starodawna, nie modna. Nic lepszego nie było.

Przypomniał sobie o szafkach w saloniku. Otworzył je podważając drzwiczki nożem kuchennym. Poszło łatwo i nawet nie zostawił śladu na meblach.

W jednej z szafek znalazł małą maszynę do pisania i papier listowy z kopertami. W drugiej, blaszane pudełko po czekoladkach.

W środku były pieniądze. Dużo pieniędzy. Nigdy nie widział tylu pieniędzy. Ręce mu się trzęsły, gdy je przeliczał. Trzydzieści pięć tysięcy osiemset dwadzieścia złotych. Włożył wszystko z powrotem do pudełka i odstawił na stół.

Przeglądał inne półki w szafkach do których wcześniej nie miał dostępu. Znalazł jakieś listy adresowane do Laury, ale pisane po niemiecku. Dużo tego było.

Były też zdjęcia rodzinne. Nikogo na nich nie rozpoznał, zresztą nie interesowały go za bardzo.

W ostatniej szafce znalazł dyplom ukończenia studium nauczycielskiego przez Laurę i jej stare świadectwo maturalne.

Przyglądał się chwilę naklejonym na tych dokumentach fotografiom. Potem znalazł pudełko od butów, w którym były jakieś niemieckie dokumenty, stare wycinki z gazet niemieckich i coś co go bardzo zaskoczyło.

Był to paszport. Ale nie był to paszport polski. Okładka była w kolorze ciemno niebieskim i na niej napis:

DEUTSCHE DEMOKRATISCHE REPUBLIK

Pod spodem narysowany cyrkiel na tle młotka wpisany w koło sporządzone z kłosów zboża. Pod tym jeszcze jeden napis:

REISEPASS

Otworzył go. Był wystawiony na Laurę Wolf.

„To jest paszport enerdowski…” – zgadł ze zdziwieniem

Znalazł tam też różne legitymacje i chyba prawo jazdy. Wszystkie dokumenty były niemieckie.

W niektórych były zdjęcia Laury. Nie wiedział co o tym myśleć.

Gdy tak się nad tym zastanawiał usłyszał nagle swoje imię i nazwisko. To spikerka w telewizorze, który był cały czas włączony, czytała komunikat o tym, że on, Piotr Wasiak zaginął i jest poszukiwany. Pokazane było jego zdjęcie, to samo co miał w legitymacji szkolnej.

Usiadł na kanapie i czekał, aż usłyszy coś więcej. Nic więcej na jego temat nie było. Podszedł do telewizora i go wyłączył.

Zaczął chodzić nerwowo po pokoju. Błogi spokój, który go ogarniał od czasu wyjścia z piwnicy opuścił go. Spojrzał na zegarek. Dochodziła dwudziesta druga.

Właściwie miał zamiar wyjść z tego domu i pojechać na dworzec. Nie po to, aby rzucić się pod pociąg. Chciał uciec z Łodzi, chociaż nie wiedział, dokąd.

Pieniądze które tu znalazł, sprawiły, że nabrał przekonania, że da radę ukrywać się przez jakiś czas a potem coś wymyśli. Teraz jednak naszła go nagle fala zwątpienia

„Złapią mnie…Złapią mnie jak tylko pokażę się na mieście” – pomyślał z rezygnacją – „To nie ma sensu tak ciągnąć”.

Nagle przystanął. Uśmiechnął się do siebie w duchu

„To nie taki głupi pomysł” – pomyślał z nadzieją

Ponownie naszedł go nagle spokój. Przeszedł do pokoju, w którym spędził poprzednią noc. Rozebrał się i nałożył piżamę

„Uśmiechnij się. Jutro będzie lepiej” – powiedział do siebie zdanie, które czasami słyszał w telewizji.

Obudził się rano zmarznięty. Sprawdził ręką kaloryfery pod oknem. Były zimne

„No tak, trzeba było wczoraj dołożyć koksu” – pomyślał

Na wspomnienie koksu posmutniał, ale tylko na chwilę. Nałożył na piżamę spodnie i sweter. W kuchni przyszykował sobie śniadanie.

Po śniadaniu wyciągnął maszynę do pisania. Nigdy nie pisał na maszynie. Dopiero na czwartej kartce udało mu się napisać tak, że był zadowolony. Długopisem umieścił jakiś zygzak, który miał być podpisem.

Kopertę, też zaadresował maszynowo. Maszynę odstawił na miejsce.

Zastanawiał się przez chwilę co zrobić z kartkami na których próbował pisać. Postanowił je spalić w piecu w piwnicy.

Gdy już się na to zdecydował, postanowił napalić trochę, aby zagrzać wodę na kąpiel i ogrzać choć trochę mieszkanie.

Ponieważ, trzy kartki na rozpałkę to za mało zabrał wszystkie znalezione listy i dokumenty, z wyjątkiem paszportu.

Wziął też trzy dosyć grube książki niemieckie.

W piecu, w piwnicy było jeszcze trochę żaru, więc dosyć szybko udało mu się rozpalić ogień. Ostrożnie nabrał na łopatę trochę koksu. Poczekał aż się zajął ogniem. Dorzucił jeszcze trochę, tak aby nie zadusić ognia.

Na górze rozebrał się i chciał się wykąpać, ale w dalszym ciągu nie było zagrzanej wody.

Umył tylko ręce. Potem zaczął przeglądać Laury ubrania.

Laura była niewiele niższa od niego. Miała w szafie kilka par spodni, ale były one niestety, za wąskie dla niego. O ubraniu się w sukienkę nie myślał.

Znalazł długą, sięgającą poniżej kolan, grubą, ciemną wełnianą spódnicę. Pasowała na niego. Nawet potrafił ją zapiąć.

Szukał dalej. Grube jasne rajstopy też pasowały. Na znaleziony w męskiej garderobie podkoszulek założył kremową bluzkę z kołnierzykiem z falbankami pod szyją. Na to kolorowy rozpinany sweterek.

Doszedł do wniosku, że o tej porze roku będzie miał na sobie Laury kurtkę. Tą którą nosiła ostatnio.

Bardzo mu się podobała. Ortalionowa pikowana i w takim ciekawym jasno-seledynowym kolorze.

Niestety, miała stanowczo za krótkie rękawy.

Szukał dalej coś odpowiedniego. Wybrał zakopiański haftowany w kolorowe wzory kożuszek. Na głowę założył obszerny, beżowy beret zrobiony na drutach.

Stanął przed lustrem. Ogólnie był zadowolony, chociaż czegoś mu brakowało

„Muszę wymalować gębę” – stwierdził

W sypialni Laura miała stolik z lustrem a na nim niskie szafeczki z całą masą szufladek. Przeglądał je poprzedniego dnia, ale nic w nich go wtedy nie zainteresowało. Były tam same kosmetyki, perfumy, kremy i takie tam.

Teraz usiadł przed lustrem i zaczął dokładnie oglądać zawartość szufladek.

Czarnym, miękkim ołówkiem pomalował brwi. Nawet był zadowolony. Przyglądał się chwilę swojemu zarostowi pod nosem.

Określenie delikatnego jasnego puszku pod nosem słowem „zarost” było wyraźną przesadą. Raz spróbował się ogolić ojca maszynką na żyletki, ale się tylko pokaleczył.

Z ubolewaniem wtedy stwierdził, że jeszcze nie ma co golić, chociaż było kilku chłopaków w szkole, którzy się golili nawet raz w tygodniu.

Teraz stwierdził, że ten zarost pod nosem wygląda tak jak u wielu kobiet. Przypomniał sobie, że jak całował się wczoraj z Laurą to też zauważył takie włoski na jej górnej wardze.

Wspomnienie Laury sprawiło, że posmutniał. Ale tylko na chwilę.

„Sama się tego domagała, Mogła się nie śmiać tak jak Zuśka”

Wściekł się na wspomnienie tego jak Laura zareagowała, gdy jej opowiedział jak doszło do wypadku z siostrą. Teraz też nie mógł się uspokoić

„Sama tego chciała”

Minęło kilka minut zanim się uspokoił. Ponownie spojrzał w lustro.

Otworzył pudełko z pudrem. Na okrągłą gąbkę naprał sporo pudru i ostrożnie, aby nie rozsypać, to co nabrał przyłożył do policzka. Niewielka chmurka pyłu przysłoniła mu oczy i dostała się do nosa. Zakrztusił się.

Gdy przestał kasłać otarł przygotowanym ręcznikiem twarz z pudru. Stwierdził, że to nie był dobry pomysł.

Jeszcze gorzej wyszło mu malowanie szminką ust

„Jak one to robią?” – denerwował się, gdy po raz kolejny nie wyszło mu szminkowanie.

W końcu zdecydował się nie szminkować ust.

Chyba po raz pierwszy w życiu był zadowolony ze swoich blond włosów. Często chłopaki się z niego śmieli, że ma takie kręcone jak dziewczyna. Teraz uznał to za zaletę.

Odszedł od lustra po paszport Laury. Usiadł z powrotem przed lustrem i zaczął porównywać zdjęcie w paszporcie do swojego odbicia w lustrze.

Nie widział za grosz podobieństwa. Na czarno-białym zdjęciu włosy Laury były ciemne i dłuższe

„To nic. Baby przecież farbują włosy” – pocieszał się w duchu – „Chyba nie zmieniają paszportów tylko dlatego, że przefarbowały włosy?”

To, że nie jest podobny, też go specjalnie nie zmartwiło. Pamiętał, że oglądał kiedyś matki Dowód Osobisty. Nie mógł uwierzyć, że to był jej Dowód. Zupełnie była w nim do siebie nie podobna.

Pozostała jeszcze sprawa butów. Długo przeglądał się w dużym lustrze w przedpokoju ubrany do wyjścia mając na nogach swoje byty z cholewką. Doszedł do wniosku, że tak wyjść nie może.

Jeszcze raz zaczął przeglądać szafę z butami. Kozaczki odpadły. Miały za wysoki obcas i były za wąskie w łydce. Nie mógł dopiąć zamka błyskawicznego.

W końcu spojrzał jeszcze raz na buty, które do tej pory pomijał. Były to miękkie różowe buty z jakiegoś plastyku, z cholewką prawie do pół łydki, obszyte u góry futerkiem, również różowym.

Widział takie na wystawie w komisie na Nowomiejskiej. Matce się nie podobały

„Kto coś takiego chciałby nosić?” – zdziwiła się wtedy

„W Zakopanem turyści chodzą w takich po ulicach” – wyjaśnił ojciec – „Widziałem w telewizji”

Buty pasowały na niego. Teraz był zadowolony z przebrania.

Z torby turystycznej do której wcześniej zapakował męskie ubrania wyjął niemal wszystko. Zostawił bieliznę i parę męskich spodni które mu się bardzo podobały i gruby sweter z golfem.

Teraz dołożył trochę damskich ubrań. Jeszcze jedną spódnicę i kilka bluzek. Z wieszaka w przedpokoju zdjął Laury torebkę, taką czarną skórzaną na długim pasku. Wrzucił ją do torby.

Był gotowy do wyjścia z domu. Odruchowo chciał po sobie posprzątać, ale się powstrzymał

„Po co? Szkoda na to czasu. Jest już prawie pierwsza po południu”

Ostrożnie wyjrzał na zewnątrz. Tak jak się spodziewał nie zauważył nikogo na ulicy.

Gdy już był za drzwiami, chciał je zamknąć na klucz. Uświadomił sobie, że klucz musi być w Laury torebce. Otworzył torbę i zaczął przeszukiwać torebkę. Kluczy nie znalazł.

Przypomniał sobie, ze widział je na stoliku w przedpokoju. Jednak się po nie wrócił. U nich w rodzinie był taki przesąd, że nie należy wracać się od drzwi po zapomniane rzeczy. Wyszedł nie zamykając drzwi na klucz.

Pierwszych ludzi spotkał dopiero na Skrzydlatej. Szli od tramwaju. Kilka osób.

Odruchowo zatrzymał się. Był wystraszony, chciał się gdzieś ukryć, ale nie było, gdzie. Przeszli obok nie zwracając na niego uwagi.

Doszedł do przystanku. Postał chwilę a potem ruszył piechotą Warszawską w stronę Łagiewnickiej. Nie miał biletów tramwajowych. Nie chciał ryzykować spotkania z kontrolerami. Miał czas. Dużo czasu.

Doszedł do kiosku

„Poproszę pięć biletów tramwajowych, normalnych”

Kobieta odliczyła mu bilety i czekała na zapłatę. Chciał sięgnąć do kieszeni w spodniach. W tym samym momencie uświadomił sobie, że przecież nie ma spodni na sobie. Nerwowo sięgnął do kieszeni kożuszka. Były puste.

„Przepraszam” – powiedział przepraszająco – „Nie wziąłem pieniędzy”

„Co?!” – zdziwiła się kobieta

„Nie wzięłam!…Pieniędzy nie wzięłam!” – powiedział przerażony

Pomyślał, że musi się bardzo pilnować. Tak łatwo można wpaść. Poszedł dalej. Na napotkanym przystanku w budce tramwajowej akurat nikogo nie było.

Postawił torbę na ławce. Otworzył ją i wymacał w wewnętrznej kieszeni rulon banknotów związanych gumką, zabranych z Żuczej.

Chciał je przełożyć do kieszeni kożuszka. Powstrzymał się

„Ponad trzydzieści pięć tysięcy…No, nie. Tyle nie będę nosił w kieszeni” – pomyślał

Cały czas trzymając ręce w torbie wyciągnął kilka banknotów i przełożył do kieszeni. Nie sprawdzał, ile. Resztę zostawił w torbie.

Kupił w końcu bilety i znaczek pocztowy na list który napisał na maszynie.

Pojechał w stronę centrum. Wysiadł na rogu Kościuszki i Andrzeja. Do skrzynki pocztowej wrzucił list.

Zastanawiał się chwilę czy udać się na dworzec Fabryczny, czy Kaliski. Właściwie nie wiedział, gdzie chce jechać.

Gdy tak o tym myślał, w oczy rzucił mu się bar Balaton. Pomyślał, że dobrze byłoby coś zjeść przed podróżą.

O tej porze dnia dużo ludzi wracało z pracy do domów. W tym miejscu Łodzi dużo ludzi przesiadało się na inne tramwaje i przy okazji zjadało coś szybkiego w Balatonie.

Odstał w kolejce ze dwadzieścia minut. W końcu kupił pomidorową i zrazy z kaszą na drugie. Do tego kubek zsiadłego mleka. Zjadł to wszystko na stojąco przy długim stole pod oknem.

Wciąż nie był zdecydowany, gdzie jechać. Postanowił pojechać w góry. Do Zakopanego.

„W tych różowych butach i kożuszku będę tam pasował” – stwierdził

Zanim wyszedł z baru poszedł do toalety. Uważał, aby się nie pomylić i nie wejść do męskiej. Zamknął się w kabinie. Wyciągnął z torby turystycznej, Laury torebkę na długim pasku. Zawiesił sobie przez głowę na ramieniu, tak że ją miał po lewej stronie.

Przełożył do niej wszystkie pieniądze i paszport Laury. Nie mógł jej dopiąć. Wyjął z niej całą masę babskich rzeczy. Wyrzucił do sedesu. Zostawił tylko jej polski Dowód Osobisty.

Niewielką portmonetkę przełożył do kieszeni kożuszka. Ponieważ było w niej tylko trochę drobnych, dołożył do niej te pieniądze co wcześniej przełożył do kieszeni.

„Tak będzie lepiej” – stwierdził zadowolony – „W pociągu mogę zasnąć i ktoś może gwiznąć torbę. Tą małą będę miał cały czas przy sobie. Nikt mi jej nie zabierze”

Już po pól godzinie był na dworcu Fabrycznym. W hali biletowej zaczął studiować wielkie tablice z rozkładami jazdy pociągów. Nic z nich nie rozumiał. Nigdy nigdzie sam nie wyjeżdżał.

Gdy wyjeżdżali na wakacje to ojciec zawsze załatwiał bilety. Miał zniżki dla kolejarzy.

Teraz czuł się zagubiony. Zauważył okienko z informacją. Zapytał o pociąg do Zakopanego

„Panienka wybrała zły dworzec” – odpowiedział siedzący w okienku starszy mężczyzna – „Do Zakopanego odchodzą z Kaliskiego”

„Tak. Wiem. Pomyliłam się. Chcę do… do tego, no…” – w oczy rzucił mu się napis na plakacie obok – „Do Jeleniej Góry”

„To jest w zupełnie inną stronę…”

„Tak. Wiem. Pomyliłam się”

Mężczyzna popatrzał dziwnie na niego. Piotr bardzo się speszył. Starał się uśmiechnąć.

Chyba mu to wyszło, bo mężczyzna z okienka odpowiedział uśmiechem

„Najbliższy do Jeleniej Góry odchodzi rano o szóstej dziesięć…”

„Oj! Tak mi zależy na czasie”

„Niech panienka pojedzie pekaesem. Tu sprzed dworca odchodzą. Zaraz sprawdzę” – przeglądał chwilę jakiś rozkład – „Jest pośpieszny do Jeleniej Góry przez Wrocław. Odchodzi za godzinę o siedemnastej pięć”

Kupił bilet i już dwadzieścia minut przed odjazdem siedział w autobusie.

Odjechali punktualnie. Autobus był prawie pusty. Z nudów przeliczył pasażerów. Piętnaście osób razem z nim. Siedział sam w tyle autobusu.

Wkrótce zmorzył go sen.

Jednak tym razem nie dane było mu pospać. We śnie nawiedzały go sceny z Laurą.

Widział siebie i ją jak wychodzą nago z łazienki i idą do jej sypialni. Jak ona siedzi w łóżku na nim i jak mu jest dobrze.

A potem ona zaczyna się domagać aby odpowiedział na pytanie

„Potem! Potem ci opowiem wszystko…Nie przerywaj teraz!”

Ktoś szarpał go za ramię. Ocknął się szybko. Uświadomił sobie, że musiał coś mówić przez sen.

Starsza kobieta stała nad nim

„Dobrze się pani czuje?” – zapytała troskliwie, gdy otworzył oczy

„Tak. Nic mi nie jest. Mam czasem koszmarne sny”

Uśmiechnął się przepraszająco. Kobieta odpowiedziała uśmiechem.

Stwierdził, że z tym uśmiechaniem się, to dobry pomysł. Już drugo raz pomogło uspokoić ludzi zainteresowanych tym co robi.

Kobieta wróciła na swoje miejsce. Piotrek usilnie starał się nie zasnąć. Dłuższy czas mu się to udawało, ale w pewnym momencie ocknął się przerażony. Wydawało mu się, że mówi przez sen.

Rozejrzał się po autobusie. Nikt nie zwracał na niego uwagi.

„Co ja takiego przed chwilą mówiłem przez sen?” – usiłował sobie przypomnieć – „Nie. To nie ja mówiłem. To Laura śmiała się…-I za to zabiłeś siostrę?…Wszyscy chłopcy tak robią…Nie wiedziałeś o tym?”

Nie wiedział o tym. W szkole mówili między sobą o „tych” rzeczach, ale głownie jak to robią z dziewczynami. On tylko się przysłuchiwał. Dopiero jak zobaczył te pisemka ojca…

Tego dnia ojciec z matką po pracy pojechali do miasta. Zuzia była u koleżanki po sąsiedzku. Był sam w mieszkaniu. W swoim pokoju wyciągnął to ojca pisemko. Niemal co dzień to robił…

Dalsze rozmyślania przerwał głos kierowcy autobusu

„Piętnaście minut przerwy. Można iść do toalet”

Ludzie podnosili się ze swoich miejsc i szli do wyjścia w przedzie autobusu.

Dopiero teraz dotarło do niego że autobus stoi na jakimś dużym przystanku. Złapał torbę i ruszył za nimi

„Pani zostawi tą torbę. To jeszcze nie Jelenia Góra…” – zwrócił się do niego kierowca

„Gdzie jesteśmy?”

„We Wrocławiu. Toalety są tam, po lewo. Odjazd za piętnaście minut. Jak pani nie zdąży, to poczekam” – kierowca powiedział to z uśmiechem.

Piotr odstawił torbę na naj bliższym fotelu i wyszedł na zewnątrz. Poczuł, że musi szybko iść się załatwić

„To przez te zsiadłe mleko do drugiego. Trzeba było wziąć kompot” – stwierdził

Po chwili, nieco spanikowany zbliżał się do toalet. W drzwiach natknął się na wychodzącego mężczyznę. Chciał go ominąć

„Gdzie! Nie widzi pani, że to męska?!”

Wycofał się bez słowa. Obok były drzwi do damskiej toalety. W środku stały trzy kobiety i czekały niecierpliwie, aż zwolni się jedna z czterech kabin.

Miał szczęście. Nie musiał długo czekać. Gdy znalazł się w środku chciał tylko opuścić spódnicę i ściągnąć rajstopy.

Podwinął do góry kożuszek, ale to nie pomogło. Nie mógł się dostać do zapięcia spódnicy. Zaczął rozpinać kożuszek aby go zdjąć i powiesić na haczyku na drzwiach.

„Cholerna torebka!”

Zdenerwował się nie mogąc zdjąć kożuszka. Musiał najpierw pozbyć się torebki. Zdjął ją przez głowę i postawił na podłodze. Teraz poszło już wszystko łatwo.

Po chwili usłyszał przez głośnik , gdzieś z za drzwi, że autobus pośpieszny do Jeleniej Góry odjeżdża, ze stanowiska drugiego za dwie minuty.

Zaczął się spieszyć. Znowu trochę czasu stracił na zapinaniu spódnicy. Złapał kożuszek i włożył go na siebie w biegu.

Wsiadał do autobusu jako ostatni. Kierowca stał przy drzwiach. Uśmiechnął się do niego i zaraz zamknął drzwi za nim.

Piotr odprężony wrócił na swoje miejsce zabierając torbę z fotela przy drzwiach.

Gdy już wyjechali z Wrocławia, po czterdziestu minutach stwierdził z przerażeniem, że nie ma torebki z pieniędzmi i paszportem. Złapał torbę i przeciskając się między fotelami w stronę kierowcy krzyczał

„Proszę się zatrzymać!!!…Muszę natychmiast wysiąść!”

Kierowca przyhamował kiedy Piotr stanął tuż za jego plecami

„Niech pan stanie! Muszę wysiąść!”

„Co się stało?”

„Muszę wysiąść! Zostawiłem…zostawiłam torebkę we Wrocławiu. Muszę wracać. Niech pan otworzy drzwi”

„Chce pani wysiąść tu, w szczerym polu? O w pół do jedenastej w nocy?”

„Dam sobie radę. Niech mnie pan wypuści”

„Jak pani chce”

Po odjeździe autobusu znalazł się całkowitej ciemności. Minęło kilka minut zanim wzrok przyzwyczaił się do braku światła.

Ruszył skrajem drogi w tą stronę z której nadjechał autobus. Liczył na to, że wkrótce nadjedzie jakiś samochód i że uda mu się go zatrzymać i wrócić do Wrocławia.

Szedł dosyć szybkim krokiem. Dwa samochody nadjeżdżające z przeciwka oślepiły go na chwilę. Spojrzał do tyłu. Nie dojrzał żadnych świateł nadjeżdżających samochodów.

Szedł dalej. W głowie miał chaos. Wszystko się zawaliło. Zaczął wątpić czy ta wędrówka do Wrocławia ma sens. Przecież jeśli ktoś znalazł torebkę z taką kupą pieniędzy, to nie zgłosił tego na milicji, tylko sobie zostawił. On by tak zrobił.

Zwolnił kroku. Rozejrzał się dookoła. Żadnych zabudowań. Po lewej stronie jakieś nieliczne drzewka rosły tuż za drogą. Po prawej zaraz za rowem tylko pola.

„Po co ci to było? Spowiadać się chciałeś najpierw…Po co? Trzeba było od razu iść na tory. Tak blisko miałeś. Tuż za kościołem…”

Przystanął przerażony. Czyj to głos przed chwilą słyszał? Rozejrzał się. Nikogo nie zauważył.

„Źle jest ze mną. Sam do siebie mówię” – stwierdził – „Jak to ona powiedziała? – Wszyscy chłopcy tak robią…Nie wiedziałeś o tym? – Po co się z tego śmiała. To było najgorsze”

Przypomniał sobie jak na nim siedziała, naga, taka piękna… Pierwszy raz widział nagą kobietę. Pierwszy raz dotykał jej piersi

„Wszystko zepsułaś, Lauro!” – krzyczał przed siebie

Nie zauważył nadjeżdżającego od tyłu samochodu. Kierowca zatrąbił znienacka. Odskoczył na bok. Nie zdążył go zatrzymać.

Z wściekłości rzucił za nim torbę. Otworzyła się i część rzeczy rozsypały się na drodze. Przez chwilę chaotycznie skopywał je wściekle z drogi.

Ruszył dalej bez torby

„Teraz przez ciebie nie zatrzymałem auta! Zadowolona jesteś?!”

„Piotrze. Dla takiej błahostki zabiłeś siostrę…”

„Weszła do pokoju jak to robiłem…Zaskoczyła mnie”

„No i co z tego?”

„Śmiała się. Powiedziała, że opowie wszystkim na podwórku co ja robię z siusiakiem…Chciałem ją tylko uciszyć…”

Tym razem usłyszał nadjeżdżający samochód. Obejrzał się do tyłu.

Zauważył, że zbliża się coś dużego, ciężarówka lub autobus. Stanął na poboczu i czekał.

Gdy pojazd był już bardzo blisko wyskoczył nagle przed niego. Pisk opon na kostce bazaltowej trwał ze trzy sekundy. W tym czasie autobus uderzył przodem w Piotrka i odrzucił go na kilkanaście metrów do przodu pod nadjeżdżający z przeciwka samochód osobowy.

Obydwa samochody zatrzymały się. Kierowca autobusu pierwszy znalazł się przy Piotrze

„Ludzie!!!…Wyskoczyła mi w ostatniej chwili przed wóz! Nie mogłem się zatrzymać!”

Z autobusu zaczęli wysiadać pasażerowie i zbierać się wokół leżącej częściowo pod samochodem osobowym kobiety

„Proszę mnie przepuścić! Jestem lekarzem”

Przez grupkę ludzi przedzierał się jeden z pasażerów autobusu. Nachylił się nad zmasakrowaną twarzą Piotra.

Jedynie dla formalności sprawdził puls. Po chwili się podniósł

„Nie żyje…”

KONIEC

Leave a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *