„Dzwoniła Krysia przed chwilą” – oznajmiła mi żona jak tylko wszedłem do domu
„Co za Krysia, kochanie”
Byłem solidnie zmęczony. Dwanaście godzin nerwówy przy planowaniu i nadzorowaniu prac konstrukcyjnych związanych z usuwaniem awarii, zrobiło swoje, więc nie kojarzyłem o jaką Krysie chodzi
„No, nie wiesz? Byliśmy na jej ślubie trzy lata temu…”
„A!…Żona Mietka! Co chciała?”
„Już nie jest żoną Mietka…”
„Rozwiedli się…Było do przewidzenia”
„Nie. Nie rozwiedli się. Krysia od wczoraj jest wdową po Mietku”
„Co się stało?! Wypadek?”
„Krysia mówiła, że miał wylew do mózgu połączony z zawałem…”
„Wylew połączony z zawałem? Jest to możliwe?”
„Nie wiem, ale tak mi powiedziała. Powiedziała też, że miał piękną śmierć. Zmarł na posterunku z uśmiechem na ustach”
„Na jakim posterunku, do diabła?…Przecież był księgowym w spółdzielni pracy…”
„Nie mów – do diabła – w obliczu śmierci twojego przyjaciela. Dowiesz się wszystkiego na miejscu, na pogrzebie za trzy dni, teraz zadzwoń i uzgodnij z nią szczegóły”
„Zaraz, zaraz. Na jakim pogrzebie?”
„No Mietka, przecież”
„No, tak. Oczywiście, tylko, że ja nie mogę teraz lecieć na żaden pogrzeb! Mam kupę roboty w pracy. Ty polecisz. Krysia to twoja koleżanka ze szkoły…”
„Ja już jej powiedziałam, że nie przyjadę. Niedługo koniec roku szkolnego, muszę Magdę do tego przyszykować, w pracy urlopu teraz nie dostanę, a poza tym wiesz, że nie lubię pogrzebów”
„Tak, oczywiście. Zadzwonię do niej. Coś wymyślę, aby się wykręcić od tego pogrzebu, ale najpierw daj mi coś do jedzenia”
W czasie jedzenia usilnie myślałem nad tym jak się wykręcić z wyjazdu. Mietek był moim przyjacielem. Razem chodziliśmy do technikum, razem pracowaliśmy w łódzkim biurze projektów. To ja go poznałem z Krysią w czasie jednego z naszych urlopów w Polsce.
Helena, moja żona, miała wtedy babskie spotkanie ze swoimi koleżankami, a ja spotkałem się z kolegami z biura projektów. Po spotkaniu z kolegami miałem ją odebrać z podłódzkiej wsi, w której było to babskie spotkanie. Ponieważ jako jedyny na tym spotkaniu z chłopakami nie piłem alkoholu odwoziłem trzech z nich do domów. Był wśród nich Mietek. Od słowa do słowa dowiedział się, że jadę po żonę i że są tam niezłe babki, podobno kilka niezamężnych. Mietek, kawaler z odzysku, uprosił mnie, aby go tam zabrać Skończyło się to rok później, w dziewięćdziesiątym pierwszym, ślubem Mietka z Krysią.
Od samego początku miałem z tego powodu wyrzuty sumienia. Czułem się tak, jak bym wepchnął przyjaciela pod walec drogowy. I to nie tylko dlatego że Krysia swoimi wymiarami przypominała walec, lecz przede wszystkim dlatego, że gdy chciała coś osiągnąć, to parła jak walec drogowy do przodu, miażdżąc wszystkie stojące na jej drodze do celu przeszkody.
Wiem coś o tym. Sam ledwo uszedłem przed jej próbami uwiedzenia mnie. Ciężko było, ale udało mi się nie wpaść w sidła Krysi. Przyczyniła się do tego moja wielka miłość do żony, no i z pewnością fakt, że wolę szczupłe.
Skończyłem jeść. Wygląda na to, że rozmowa z Krysią będzie ciężka
„Nie wiem co jej powiedzieć. Może ty zadzwoń. Powiedz, że właśnie złamałem nogę, lub że miałem wypadek samochodowy…” – próbowałem się wykręcić od tej cholernej rozmowy
„O, nie kochany. Już jej powiedziałem, że to ty przylecisz na pogrzeb. Zadzwoń i uzgodnij szczegóły. Mietek był twoim przyjacielem i to ty musisz być na jego pogrzebie”
„Dlaczego muszę być na jego pogrzebie?…A on będzie na moim?”
„Powiedz to Krysi. Poza tym, myślę, że za ten ostatni tydzień twojej harówy w hucie możesz zażądać kilka dni wolnego”
Tu miała rację. Od kilku dni zasuwałem ostro po kilkanaście godzin dziennie, aby przyszykować dokumentację konstrukcyjną potrzebną do naprawy zniszczonych wybuchem urządzeń.
Właściwie sytuacja jest opanowana. Roboty potrwają jeszcze ze dwa dni, ale ja już przy nich nie jestem potrzebny. Muszę tylko sporządzić raport i we wnioskach końcowych zaproponować zmiany konstrukcyjne które należałoby wkrótce wprowadzić. Raport mogę faktycznie sporządzić nieco później.
„Nie ma co odwlekać tej rozmowy” – westchnąłem w duchu
Przechodząc do swojego pokoju zapytałem żony
„Chcesz być przy tym jak będę z nią rozmawiał?”
„Nie, nie chcę. Brałam już środek na uspokojenie po tym jak z nią rozmawiałem. Drugi raz dzisiaj nie chcę brać…”
„OK. Przyszykuj dla mnie te pigułki”
Usiadłem przy telefonie. Niechętnie podniosłem słuchawkę. Notes z telefonami leżał otwarty na właściwej stronie. Wykręciłem jej łódzki numer. Odebrała niemal natychmiast
„Dzień dobry…”
Nie zdążyłem się nawet przedstawić. Poznała mnie od razu
„Jak dobrze, że dzwonisz. Wiesz już co się stało?” – zapytała, ale nie czekała na odpowiedź – „Mietek zostawił mnie samą. Jestem taka zagubiona…”
„Krysiu, wiem tylko, że Mietek zmarł…” – wszedłem jej w słowo
„Tak. Zmarł. Słabowity był ostatnio. Miał nadciśnienie i w ogóle był do niczego…”
Znów jej przerwałem
„Podobno zginął na posterunku…”
„Hi! Hi! Hi!” – przerwała mi śmiechem – „Zginął to niewłaściwe słowo. Raczej zmarł na posterunku…”
„Nic nie rozumiem. Powiedz co się stało…”
„Dowiesz się wszystkiego jak przyjedziesz…”
„No, właśnie! O to chodzi, że nie mogę teraz…”
„Nie mów tylko, że nie przyjedziesz!” – przerwała mi histerycznym głosem – „Byłeś jego najlepszym przyjacielem!”
„Tak, ale wiesz. Mam kupę pracy teraz. Nie dostanę wolnego…”
„Ty nie dostaniesz?!…Przecież jesteś tam teraz głównym szefem. Helena tak mówiła…”
„Nie jestem żadnym szefem. Helena nie mogła tak mówić. Miała chyba na myśli to, że jestem odpowiedzialny za usuwanie pewnej awarii, ale…”
„A co to za różnica! Zresztą o czym mówimy. Tak liczyłam, że przyjedziesz” – zaczęła płakać – „Nie mam nikogo bliskiego koło siebie, a tak bardzo potrzebuję kogoś do którego mogę mieć bezgraniczne zaufanie i oprzeć się na jego ramieniu” – znowu zaczęła buczeć w słuchawkę – „Myślałam, że jesteś moim przyjacielem, na którego można liczyć w trudnych chwilach…”
„Krysiu. Przestań płakać. Mietek zmarł w tak nie pasującym mi czasie…”
„On sobie daty śmierci nie wybierał!” – krzyknęła do słuchawki
„Tak. Tak. Głupio powiedziałem. Przepraszam. Kiedy jest ten pogrzeb?”
„Przyjedziesz?” – zapytała z wesołą nadzieją w głosie – „Pogrzeb jest za trzy dni. Nie mówiła ci Helenka?”
„Tak przypominam sobie. Mówiła. Muszę natychmiast zamówić bilet na samolot…”
„Jaki samolot?!” – przerwała mi oburzona – „Liczę, że przyjedziesz samochodem. Promem, że po drodze przywieziesz moją mamusię i siostrę ze szwagrem z Piły…”
„To po to chcesz abym przyjechał. Nie mogą oni pojechać pociągiem…”
„Kochany, nie oburzaj się. Wiesz, że ciebie bardzo, ale to bardzo lubię. A mamusię to tak przy okazji przywieziesz. Chorowita jest. Co się będzie tłukła pociągami”
Głos miała tym razem ciepły i bardzo słodki. Poraziła mnie tym „Kochany”. Już wiedziałem to, co właściwie było przesądzone od początku rozmowy. Nie mam wyjścia. Muszę tam jechać. Kończyłem rozmowę stwierdzeniem, że muszę natychmiast dzwonić do szefa. Załatwiać wolne. Kupić bilety na prom, o ile uda mi się je kupić
„Co?! Ty nie dostaniesz biletów. Przecież prom do Gdańska odpływa teraz z tej waszej wsi. Mówiłeś, że pracują tam twoi znajomi…”
„Dobra! Dobra, Krysiu. Jakoś to załatwię. Kończę teraz i do zobaczenia w Łodzi…A ha!” – przypomniałem sobie – „Przyjmij moje słowa współczucia z powodu śmierci męża”
Usłyszałem jej serdeczny śmiech i odgłos odkładanej słuchawki.
Od stycznia tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego połączenie promowe z Gdańska do Nynäshamn, zostało zmienione. Teraz prom przypływa do Oxelösund. Bardzo nam to pasuje. Pracuję w miejscowej hucie. Port, do którego przypływa prom z Gdańska leży po sąsiedzku. Do niedawna mieszkaliśmy w pobliżu. Po tym, jak kupiliśmy dom w sąsiednim Nyköping mamy do promu jakieś trzynaście kilometrów.
Wszystko wskazuje na to, że już jutro, to jest we wtorek będę odpływał z Oxelösund do Polski. Będę tam w środę. Pogrzeb jest w czwartek. Powinienem zdążyć. Po drodze z Gdańska muszę zjechać trochę na zachód, aby zabrać matkę i siostrę Krysi z Piły. Byliśmy tam raz u nich, zaraz po ślubie Krysi i Mietka. Jej dom rodzinny leży właściwie na obrzeżu Piły. Nie powinienem mieć trudności, aby tam trafić. Teraz po rozmowie z Krysią czekała mnie rozmowa z żoną. Wszedłem do kuchni
„Niech zgadnę” – Helena odezwała się zanim zdążyłem cokolwiek powiedzieć – „Nie udało ci się wykręcić. Lecisz do Polski”
„Nie zgadłaś…”
„O! Podziwiam twoje zdolności przekonywania. Jak to zrobiłeś?”
„Nie lecę do Polski…Biorę samochód i prom…”
„Ha! Ha! Ha!” – przerwała mi – „Jednak zgadłam. Załatwiaj bilety. Spakuję ci walizkę. I pamiętaj. Skoro jedziesz samochodem, to nie zapomnij kupić kilka kilogramów kaszy gryczanej. Wiesz, że u nas jej nie ma”
Zadzwoniłem do szefa. Zgodził się od razu abym wziął wolne za przepracowane nadgodziny. Wziąłem cztery dni, od wtorku do piątku. Wrócę w niedzielę i w poniedziałek do pracy.
Gorzej było z promem. Przypływał i odpływał co drugi dzień. Oczywiście, przy moim szczęściu odpływa nie jutro we wtorek tylko w środę. Stanowczo dla mnie za późno. Znajoma pracująca w kasie w terminalu, do której dzwoniłem pomogła mi kupić bilet na prom z Ystad do Świnoujścia na wtorek i powrotny z Gdańska do Oxelösund na sobotę. W niedzielę około południa będę w domu. Jeszcze tego samego dnia podjechałem do niej do kasy odebrać bilety.
Na swoje „usprawiedliwienie” tego, że nie przeciwstawiłem się Krysi, jeśli chodzi o przyjazd samochodem na pogrzeb, mogę powiedzieć, że już w czasie, gdy „zażądała” abym przyjechał autem, pomyślałem, że nie jest to takie głupie. Wyjeżdżając w osiemdziesiątym drugim na stałe z Polski mogliśmy zabrać tylko rzeczy osobiste. Część takich rzeczy jak meble udało się sprzedać. Część rozdaliśmy rodzinie i krewnym. Część zostawiliśmy na przechowanie. Między innymi nasze książki. U kolegi szkolnego który miał domek w Grotnikach zostawiłem trzy duże wiklinowe kosze z książkami. Były to przede wszystkim moje książki techniczne i różnego rodzaju zapiski. Razem około pięćset egzemplarzy różnych książek.
Później, po upadku Komuny nigdy nie mieliśmy możliwości odebrać tych książek. Z jednego powodu. Nigdy nie mieliśmy na nie miejsca w samochodzie, a ponieważ Jankowi w Grotnikach nie przeszkadzały, to czekały aż będzie okazja je stamtąd zabrać. Taka okazja pojawiła się teraz. Postanowiłem z niej skorzystać i zabrać je do Szwecji w drodze powrotnej. Zadzwoniłem do niego i uprzedziłem o przyjeździe. Zapytałem co by chciał za przechowywanie książek
„Wystarczy, jak przywieziesz skrzynkę szwedzkiego piwa”
Obiecałem przywieść dwie skrzynki.
Prom z Ystad odpływał o dziewiątej dziesięć. Aby być w Ystad około ósmej muszę mieć około siedmiu godzin. Do przejechania mam pięćset sześćdziesiąt kilometrów. Wyjadę w nocy po pierwszej. Lubię jeździć w nocy. Ruch jest mniejszy i jest spokojniej na drodze. Trzeba uważać na dzikie zwierzęta, ale to dopiero o świcie.
Ustawiłem zegarek na w pół do pierwszej i już przed dwudziestą byłem w łóżku. Dzięki temu, że nauczono mnie kiedyś zasypiać o każdej porze dnia „na zawołanie” już po pięciu minutach usnąłem.
Podróż do Ystad przebiegła bezproblemowo. Po odprawie dosyć szybko wjechałem na pokład. Miałem wykupiony fotel, tak zwany lotniczy, w salce, w której obowiązywała cisza.
Jak tylko prom opuścił port otworzono sklep bezcłowy. Zrobiłem w nim szybko zakupy. Przede wszystkim szwedzkie alkohole, trochę kawy i czekolady dla mamy. Będę u niej mieszkał.
Co do tych alkoholi to miałem nieco mieszane uczucia. Uważałem, że jest to wożenia drewna do lasu, wiedziałem jednak, że ludzie, z którymi się spotkam oczekują tego ode mnie.
Dla Janka z Grotnik kupiłem dwa duże kartony z piwem. Kupiłem do tych zakupów mały dwukołowy wózeczek. Zapakowałem na niego wszystko i przywlokłem do mojego fotela.
W Świnoujściu powinniśmy być około szesnastej trzydzieści. Mam jeszcze sporo czasu, aby wypocząć. Pochyliłem oparcie fotela i w pozycji półleżącej usnąłem.
Obudziło mnie poruszenie w koło. Ludzie wstawali z foteli i wychodzili z salki kierując się w stronę schodów prowadzących na pokład samochodowy. Podążyłem za nimi.
W samochodzie czekałem przez dwadzieścia minut na zjazd z promu. Rozłożyłem sobie na kolanach samochodową mapę Polski. Wiedziałem z grubsza jak się dostać ze Świnoujścia do Piły, a teraz chciałem przyjrzeć się dokładniej jakimi drogami jechać. Oczywiście, z promu do miasta, potem przeprawa na ląd stały. Dalej do Międzyzdrojów, Wolina, Goleniowa i do Szczecina. W Szczecinie powinienem skręcić na wschód w stronę Stargardu Szczecińskiego. Stamtąd droga powinna być już oznakowana drogowskazami wskazującymi między innymi Piłę.
Odprawa przebiegła sprawnie. Droga do Szczecina też. Wyjeżdżając ze Szczecina miałem wrażenie, że chyba przegapiłem drogę na Stargard. Akurat przejeżdżałem przez lasek dębowy. Zatrzymałem się na niewielkim leśnym parkingu leżącym po prawej stronie drogi. Wyciągnąłem mapę i zacząłem ją studiować
„Do you want to make love with me?” – usłyszałem nagle obok siebie za drzwiami auta.
Spojrzałem przez uchyloną szybę i zaskoczony zapytałem po polsku
„Słucham?”
„No, czy chce się pan ze mną kochać?”
Urocze dziewczę, z bardzo widocznymi walorami wylewającymi się spod dużego dekoltu czerwonej bluzeczki, zadało mi to samo pytanie po polsku
„Wie pani, mam mało czasu. Może w powrotnej drodze…”
Nic lepszego nie wpadło mi do głowy
„Jadźka!!!…Jeszcze jeden się zatrzymuje!” – usłyszałem wrzask innej damy, której wcześniej nie zauważyłem
Stała za moim autem i krzyczała do tej, która mi przed chwilą złożyła tak ciekawą propozycję, a którą ja tak pospiesznie odrzuciłem. Dziewczę, które przed chwilą ze mną rozmawiało bez pożegnania pognało do samochodu, który zatrzymał się obok.
Widziałem, jak się nachyliła nad otwartym oknem od strony kierowcy. Dopiero teraz mogłem zobaczyć ją w całej okazałości. Co prawda od tyłu, ale jej walory od przodu już widziałem. Miała na sobie bardzo kusą spódniczkę w kolorze wściekle pomarańczowym.
Piękny widok się przede mną rozpościerał, gdy tak pochylona rozmawiała z kierowcą samochodu obok
„Powinieneś się głupolu chociaż zapytać, ile taka przyjemność kosztuje” – pomyślałem, nieco zły na siebie w duchu.
Odjeżdżając zauważyłem, że stojący obok samochód miał, tak samo jak mój, białe blachy rejestracyjne. Chyba niemieckie.
Kilkaset metrów dalej było skrzyżowanie i drogowskaz wskazujący drogę na Stargard Szczeciński.
Do Piły dojechałem przed dwudziestą drugą. Pamiętałem, że gdy byłem tu poprzednim razem, to wjeżdżając od strony Bydgoszczy przejechaliśmy całe miast i dopiero na jego wylocie znaleźliśmy dom rodziców Krysi, przy ulicy Poziomkowej.
To musi być gdzieś tu. Tylko gdzie? Na szczęście znalazłem się po chwili przy stacji benzynowej. Moje kupione jeszcze w Szwecji paliwo kończyło się. Zatankowałem i płacąc zapytałem pompiarza o ulicę Poziomkową
„Poziomkowa? Poziomkowa… To musi być na Gobelsowie…Tak na pewno tam”
„Na Gobelsowie, co to za dzielnica?”
„A, wie pan. Tu zaraz. Nazywamy tak to miejsce, bo sami przyjezdni z Reichu się tam budują”
„Jak tam dojechać?”
„Pojedzie pan jeszcze kawałek w stronę miasta i na pierwszych światłach w lewo. Tam właśnie Niemiaszki budują dużo domków. Przejedzie pan obok kilkaset metrów i znajdzie pan Poziomkową”
Faktycznie. Nie miałem trudności z odnalezieniem Poziomkowej i charakterystycznego domu Rodziców Krysi.
Czekali na mnie. To znaczy matka Krysi i jej siostra Marysia z mężem Kazikiem. Krysia uprzedziła ich telefonicznie. W mieszkaniu czekał suto zastawiony stół
„Jezus! Maria!” – wykrzyknąłem przerażony – „Myślałem, że jesteście gotowi do drogi i że zaraz pojedziemy!”
„Nie będziemy się tłuc w nocy po drogach. Jutro wyjedziemy po śniadaniu. Pogrzeb dopiero po jutrze” – stwierdziła Marysia
„Trzeba zawiadomić Krysię” – zauważyłem
„Kryśka wie, że przyjedziemy w południe”
Nie było sensu protestować. Zanim usiedliśmy do stołu poprosiłem o skorzystanie z telefonu. Zadzwoniłem do mamy i powiedziałem, aby na mnie nie czekała, że nie przyjadę późno w nocy, jak mówiłem, tylko jutro w południe.
Kazik bardzo się niecierpliwił tym, że zwlekamy z siadaniem do stołu. Stwierdził, że jest bardzo głodny i że czas zacząć jeść.
Z wielką wprawą otworzył butelkę i zanim mu przypomniałem, że nie piję nic mocniejszego od piwa, miałem już nalaną pięćdziesiątkę wódki. Szczerze zmartwiło go to, że o tym nie pamiętał
„Trudno. Wypiję za ciebie…”
Wypił swój kieliszek żytniej i mój. Od razu napełnił obydwa ponownie. Najwyraźniej pamięć mu nie dopisywała, bo znowu zapomniał, że ja nie piję.
Przy stole siedziałem koło starszej pani. Chciałem zacząć rozmowę z nią, pytając o męża. Pamiętam, że miał Biuro Rachunkowe. Krysia mówiła, że ojciec ma jeszcze jedną firmę, którą się nie chwali. Wstydzi się jej. Trudnił się opróżnianiem szamb.
Codziennie rano wyjeżdżał swoim fiatem 125p do Bydgoszczy. Tam miał samochód asenizacyjny i tam prowadził swoją działalność. Wracał wieczorem do domu. Czasem nocował w Bydgoszczy.
„Widzę, że małżonek został na noc w Bydgoszczy” – zagaiłem rozmowę zwracając się do pani Walczakowej
„A, nie. Zmarło mu się w ubiegłym roku…”
„Przepraszam. Nie wiedziałem. Co się stało? Wypadek czy choroba?” – zapytałem
„Zatruł się czymś niezdrowym…”
„Pewno tymi ziółkami co mu mamusia dawała!” – przerwał teściowej wyraźnie rozweselony Kazik
„Ty już więcej nie pijesz” – stwierdziła Marysia odbierając mężowi butelkę w momencie, gdy po raz kolejny zaczął napełniać mój kieliszek.
Kaziu nie zaprotestował. Usiadł zrezygnowany na krześle ze spuszczoną głową i niemal natychmiast zaczął drzemać.
Przez chwilę przy stole panowała niezręczna cisza
„Jak to nigdy nie wiadomo, kiedy śmierć człowieka dopadnie. Przecież pan Walczak wyglądał na okaz zdrowia” – powiedziałem, tylko po to, aby coś powiedzieć
„No, właśnie” – ożywiła się pani Walczakowa – „A Mietek. Młody chłop. Dopiero czterdzieści siedem lat skończył… Biedna Krysia. Sama została, a tak dobrze im się zaczęło powodzić. Mietek taksówkę kupił…”
„Został taksówkarzem? Nie wiedziałem o tym” – zdziwiłem się
„Nie taksówkę, mamusiu, tylko zwykłe auto osobowe” – sprostowała Marysia
„A, to nie to samo?”
„Nie to samo”
„Wie pan” – Walczakowa zwróciła się do mnie – „Piękne auto kupił…Czerwone”
„Co to za auto?”
„Nazywa się tak jakoś… Roman. Alfons Roman…”
„Nie Roman… Romeo się nazywa. Alfons Romeo…Co ja gadam, głupia” – żachnęła się Marysia – „Alfa Romeo”
„Rozumiem” – odparłem
„Sto sześćdziesiąt cztery” – powiedział przez sen Kazik
„Co – sto sześćdziesiąt cztery?” – zapytałem
„Alfa Romeo 164…Takie auto Mietek kupił. Stary rzęch…”
„Stary, ale jeździ. A nasz stoi w garażu rozbity” – stwierdziła Marysia – „Fiata po tatusiu zniszczyłeś i teraz musimy ludzi prosić, aby pojechać na pogrzeb”
„Co się stało?”
„Po pijaku wjechał w latarnię przed domem. Dobrze, że nikt nie widział. Ledwo z mamusią zapchaliśmy auto do garażu”
Tak sobie rozmawiając nie zauważyliśmy, że już jest w pół do pierwszej. Panie przyszykowały mi spanie w dawnym pokoju Krysi.
Podczas gdy szykowałem się do spania pani Walczakowa sprzątała stół, a Marysia zawlekła męża do sypialni i starała się go rozebrać.
Śniadanie zjedliśmy po ósmej. Zaraz potem wyjechaliśmy do Łodzi. Tylko we troje. Pani Walczakowa po rozmowie telefonicznej z Krysią, postanowiła zostać w domu. Czuła się za słaba na podróż.
Obok mnie usiadła Marysia. Kazik wolał siedzieć z tyłu. Źle się czuł po wczorajszej kolacji. Mówił, że tak ma zawsze jak je po dwudziestej. Do tego wszystkiego musiało mu jeszcze coś wczoraj zaszkodzić, bo zanim dojechaliśmy do Łodzi musieliśmy się kilka razy zatrzymywać, aby mógł zwymiotować.
W czasie jazdy starałem się wypytać Marysię, co się tak właściwie stało z Mietkiem. W dalszym ciągu nie wiedziałem jak to się stało, że zmarł tak nagle.
„Jak nagle. Wcale nie nagle. Kryśka go wykończyła. Wiesz przecież, że ma nienasyconą dupę. Chłop nie wytrzymał…” – odpowiedziała
„Nie wiedziałem o tym…”
„Użalał się kiedyś do mojego, na jej zachłanność w łóżku. Pytał się go, czy ja taż jestem taka… Prawda Kaziu?”
„Prawda, ale nie mówmy o tym, bo mnie się znowu rzygać chce”
Zatrzymaliśmy się na poboczu na piętnaście minut. Potem przez jakiś czas jechaliśmy w milczeniu.
„To na co on umarł w końcu?”
Nie dawałem za wygraną. Bardzo chciałem dowiedzieć się czegoś więcej
„Kryśka szprycowała go jakimiś lekarstwami. Mówiła, że to na męskość. Kupowała od ruskich na Bałuckim Rynku. Źle się po nich czuł. Ciśnienie mu rosło, ale ona była zadowolona w łóżku. Dała mi kiedyś takie krople. Powiedziała abym spróbowała dać to mojemu…”
„No i dałaś?”
„No, coś ty! Mnie jest dobrze jak jest. Ja tam lubię się wyspać w nocy…Mamusi dałam. Mówiła, że dała ojcu na noc w herbacie. Nic o tym nie wiedział. Powiedziała, że te krople są do dupy. Ojciec całą noc ziajał. Myślała, że ducha wyzionie. Chciała wzywać pogotowie…”
Kazik się nie odzywał. Spojrzałem za siebie. Spał akurat.
„Czyli nie działały, tak?”
„Nie na ojca. Mamusia zdradziła, że, ona ma lepszy sposób. Zioła z grzybkami. Dostała receptę na te ziółka od swojej matki. Dała mi buteleczkę tych ziół. Śmierdziały strasznie. Chciałam je podać kiedyś Kaziowi, ale za cholerę nie chciał ich zażyć. Dopiero kiedyś jak był chory po imprezie, powiedziałam mu, że są dobre na kaca…”
„No i co? Działały?”
„Tylko trochę. Kaziu się napalił, ale ja nie mogłam wytrzymać…”
„To znaczy zadziałały” – przerwałem jej
„Głupi jesteś. To nie to. Strasznie mu z gęby tymi ziołami jechało. Oddychać nie mogłam”
„Chciała mnie otruć razem z tą starą cholerą…” – włączył się Kaziu
„Zamknij ryja i nie wyrażaj się tak o mamusi, pijaku!”
„Wiesz” – zwrócił się do mnie – „Ja teraz bardzo uważam na to co biorę do ust. Jak coś jest podejrzanego do daję najpierw Brutusowi, naszemu psu do spróbowania. A piję tylko czystą wodę prosto z kranu…”
„Chyba czystą wódę!” – przerwała mu Marysia
„Wódkę piję od czasu do czasu, aby zdezynfekować organizm. Wczoraj wypiłam i dlatego jeszcze żyję, a i tak mi coś zaszkodziło. Coś musiało być w jedzeniu. Ty się dobrze czujesz?” – zwrócił się do mnie
„Tak. Wspaniale. Nic mi nie jest” – odpowiedziałem
„No, widzisz. A ja się źle czuję. Zatrzymaj się na chwilę”
Tak sobie rozmawiając dojechaliśmy w końcu do Łodzi. Szybko znaleźliśmy się na Retkini, na Kusocińskiego przed blokiem, w którym mieszka Krysia.
Po bardzo serdecznym przywitaniu, dowiedziałem się, że pogrzeb odbędzie się jutro, z kaplicy na cmentarzu Na Mani o godzinie trzynastej czterdzieści pięć. Zdążę kupić wieniec i się przebrać. Chciałem od razu jechać do mamy na Koziny
„To, w takim razie Krysiu, spotykamy się jutro na cmentarzu…”
„Jutro przyjedź po mnie o dziewiątej. Zawieziesz mnie do Prokuratury. Muszę tam podpisać jakieś protokoły…”
„Krysiu, przecież masz Prawo Jazdy i samochód. Alfons Romeo…” – zażartowałem – „Pojedź tam sama. Mam parę spraw do załatwienia w Łodzi”
„Alfons Romeo” – powtórzyła z uśmiechem – „Mamusia tak mówi. Nie mam teraz auta. Józio wziął i przyjedzie dopiero na pogrzeb…”
„Co za Józio?”
„Poznasz go jutro” – odpowiedziała tak ciepłym głosem, że od razu pomyślałem o tym, że Józio musi być jej bardzo bliski.
Chęć poznania tajemniczego Józia sprawiła, że nie protestowałem i zgodziłem się być o dziewiątej przed jej blokiem.
Pół godziny później witałem się z mamą. Mama wiedziała, że przyjeżdżam na pogrzeb, ale nie znała szczegółów. Musiałem jej opowiedzieć wszystko o Mietku i Krysi.
Po obfitym obiedzie pojechałem z nią do miasta. Przeszliśmy Piotrkowską od Placu Wolności do Centralu. Po drodze zrobiliśmy trochę zakupów na które od dawna się wybierała, ale jakoś jej schodziło. Przy Centralu była już bardzo zmęczona. Wzięliśmy rikszę rowerową i kazaliśmy zawieść się z powrotem na Plac Wolności. Miałem tam zaparkowany samochód.
Wieczorem wyszedłem sam z domu zobaczyć nocne życie Łodzi. Wybrałem się oczywiście na Piotrkowską. Tym razem pojechałem wezwaną taksówką. Włóczyłem się tam bez celu. Wypiłem ze trzy piwa i około pierwszej wróciłem do domu.
Następnego dnia punktualnie o dziewiątej zatrzymałem auto przed blokiem Krysi na Retkini. Musiała widzieć przez okno jak podjechałem, bo natychmiast zjawiła się na dole
„Jedziemy na Ciesielską do Prokuratury” – oznajmiła po przywitaniu
„Na Ciesielskiej jest Prokuratura dla Bałut, a wy mieszkacie na Retkini. To jest Polesie” – zauważyłem
„Tak, ale Mietek był cały czas zameldowany u matki na Liściastej, na Bałutach. Wiesz, liczyliśmy na domek po niej. Ma demencję. Mieszka teraz w domu opieki… Cholera, teraz po śmierci Mietka domek weźmie jego siostra”
„Może się dogadasz z nią”
„Skądże! Mietek się z nią nienawidził. Zadzwoniłam do niej powiedzieć o jego śmierci i pogrzebie. Wiedźma powiedziała, że ją to nic nie obchodzi i że nie przyjdzie na pogrzeb”
Jechaliśmy chwilę w milczeniu. Po kilku minutach zacząłem z innej beczki
„Krysiu. Jak właściwie zmarł Mietek. Wspominałaś coś, że na jakimś posterunku…”
Uśmiechnęła się
„Wiesz. Tak mi się powiedziało…”
„Nic nie rozumiem”
„No wiesz…Wstydzę się powiedzieć”
„Nie wstydź się. Sami tu jesteśmy”
„No, w łóżku zmarł, jak byliśmy razem…Słabowity był ostatnio”
Nic na to nie powiedziałem. Po chwili jednak Krysia poczuła potrzebę zwierzeń
„Ten lekarz, taki młody, z pogotowia co przyjechał jak po nich zadzwoniłam, powiedział, że Mietek został uduszony i że musi zawiadomić policję”
„Uduszony? Że co? Że ty go udusiłaś?”
„Tak. Jak go oglądał w łóżku, to wypytywał mnie jak to się stało, więc mu powiedziałam, że…” – przerwała – „Nie będę dalej mówić. Wstydzę się”
„Nie wstydź się. Dawniej się mnie nie wstydziłaś”
„No, siedziałam mu na twarzy. On to lubił” – po chwili dodała zalotnie – „Ja też tak lubię…Mietek słaby jakiś był i tak wolał”
„Rozumiem. No i jak się to skończyło?”
„Żebyś ty wiedział co ja przeżywałam…”
„No i co dalej?” – poganiałem ją
„Przyjechał lekarz z policji, taki szalenie przystojny, starszy od tego z pogotowia i stwierdził, że to nie uduszenie tylko wylew do mózgu i coś z sercem” – przerwała na chwilę – „Słaby był ostatni ten mój Miecio. Żadne lekarstwa nie dawały rady. Tyle pieniędzy na nie wydałam”
„Rozumiem”
„Ten lekarz z policji traktował mnie bardzo delikatnie. Dał mi coś na uspokojenie nerwów. Usiadł obok mnie i trzymał mnie za ręce. Powiedział, żebym się nie martwiła, że wszystko będzie dobrze”
Zatrzymaliśmy się na Ciesielskiej.
„Nie czekaj na mnie. Nie wiem, ile mi to czasu zajmie. Wrócę jakoś do domu”
„To w takim razie do zobaczenia na cmentarzu”
Miałem jeszcze sporo czasu. Pojechałem do kwiaciarni. Kupiłem duży wieniec z odpowiednim tekstem na szarfie i wróciłem do mamy przebrać się w stosowne ubranie na pogrzeb.
Na cmentarzu byłem już po pierwszej. Przyjechałem wcześniej, bo nie miałem co robić. Ustawiłem samochód w pobliżu głównego wejścia i czekałem aż pojawią się żałobnicy na pogrzeb Mietka.
Musiałem się zdrzemnąć bo usłyszałem niespodziewanie pukania w szybę drzwi. To Marysia coś mówiła. Wysiadłem z samochodu. Za moim autem stało czerwone Alfa Romeo. Z za kierownicy wysiadał potężny gość w moim wieku. Od strony kierowcy wysiadała Krysia. Nie widziałem Kazika
„Gdzie zgubiłaś męża?” – zapytałem Marysi
„Siedzieliśmy wczoraj do późna przy stole. Zjadł coś i mu znowu zaszkodziło. Został w domu…”
„Pewno zapomniał się zdezynfekować…” – zauważyłem
„Oj zdezynfekował się i to dobrze. Chyba ta dezynfekcja mu zaszkodziła” – odpowiedziała ze śmiechem.
Moją rozmowę z Marysią przerwała Krysia. Podeszła do mnie z olbrzymem
„Ten to się nie da udusić” – pomyślałem
„Poznajcie się panowie…To jest Józio…”
Potrząsnęliśmy łapkami bąkając jakieś stosowne banały. Krysia mówiła dalej
„Józio jest lekarzem policyjnym…”
„Och!” – odpowiedziałem zaskoczony
Na nic innego nie mogłem się zdobyć. Jednocześnie pomyślałem, że jeżeli chodzi o Krysię to mnie już chyba niczym nie zaskoczy.
Wyjąłem wieniec z bagażnika i udaliśmy się do kaplicy.
Na pogrzeb Mietka przyszło jeszcze kilkanaście nie znanych mi osób. Chyba od niego z pracy. Trumna na katafalku była otwarta. Młody kościelny pomógł mi ułożyć wieniec wśród innych wieńców i kwiatów u podnóża trumny. Ustawiłem się w niewielkiej kolejce chętnych złożenia ostatniego hołdu zmarłemu. Podszedłem do trumny. Zaskoczył mnie widok Mietka. Pamiętam go jako blisko stu kilowego, barczystego chłopa równego mi wzrostem.
W trumnie leżało chuchro ubrane w wyraźnie za duży garnitur. Jego zawsze, duża, puszczona na żywioł, niezbyt pielęgnowana broda była jakby czymś poklejona i wyraźnie sprasowana. Przynajmniej takie odniosłem wrażenie.
Po krótkiej mszy, zamknięto trumnę i nastąpiło jej wyprowadzenie z kaplicy. Jak zawsze w takiej sytuacji, towarzyszyło temu bicie dzwonów. Zaraz za trumną szła Krysia prowadzona troskliwie przez Józia. Zaraz za nią szedłem ja z Marysią.
Krysia na twarzy miała opuszczoną czarną woalkę, czy jak to się nazywa i co chwila ocierała chusteczką oczy. Mimo, że byłem blisko niej, nie zauważyłem łez.
Po pogrzebie wszyscy zatrzymali się na chwilę przy bramie cmentarnej. Józio w imieniu Krysi, która ciągle ocierała oczy, zaprosił wszystkich na konsolacje do pobliskiej restauracji. Z przykrością odmówiłem, tłumacząc się tym, że korzystając z pobytu w Polsce umówiłem się na wizytę do dentysty.
Józio nie wyglądał na zmartwionego tym że mnie nie będzie, za to Krysia była niepocieszona. Pożegnałem się z wszystkimi i z przykrością stwierdziłem, że zobaczymy się dopiero przy naszym przyjeździe do Polski w przyszłym roku. Nikt więcej nie próbował mnie zatrzymywać. Dopiero w samochodzie odetchnąłem z ulgą.
Wróciłem do domu, do mamy, na pobliskie Koziny. Znowu zjadłem solidny obiad i złożyłem obszerne sprawozdanie z pogrzebu. Potem pożegnałem się z mamą, obiecując zadzwonić zaraz w niedzielę, jak tylko przyjadę do domu.
Od mamy pojechałem do Grotnik, do Janka po książki. Plan był taki, że upchniemy najpierw książki w samochodzie a potem posiedzimy sobie przy piwku. Będę nocował u niego i w sobotę z rana wyruszę do Gdańska aby zdążyć na prom odchodzący do Oxelösund wczesnym wieczorem.
Po przywitaniu się z Jankiem i jego Halinką, zabraliśmy się za przepakowanie książek. Wiklinowe kosze nie dało się załadować do auta. Przezornie miałem ze sobą rolkę mocnych stu dwudziestopięciolitrowych worków na śmieci. Przeładowaliśmy książki. Worki umieściłem w bagażniku i na tylnej kanapie. Potem zasiedliśmy do kolacji. Wypiliśmy po kilka piw i czas było się położyć do snu.
Rano po obfitym śniadaniu pożegnałem się z Jankiem i Halinką i przed dziewiątą wyruszyłem do Gdańska. Miałem dużo czasu. Jechałem spokojnie. Zatrzymałem się po drodze w kilku miejscach aby kupić trochę rzeczy do domu. Ulubione wino Heleny i zapas polskiego piwa Żywiec dla mnie.
Zdążyłem zjeść obiad w przydrożnej restauracji przed wjazdem do Gdańska. Zatankowałem auto pod korek i udałem się do terminalu. Ze dwie godziny oczekiwania na odprawę umilałem sobie słuchaniem Polskiego Radia.
Potem wszystko poszło sprawnie. Zostawiłem auto na pokładzie samochodowym i z niewielką torbą w której miałem przybory toaletowe, piżamę i coś do przebrania się, udałem się do recepcji po klucze do kabiny.
Miałem miejsce w czteroosobowej kabinie dla panów. Zastałem w niej dwóch Szwedów wracających z jakiegoś koleżeńskiego spotkania w Gdańsku. Pogadaliśmy chwilę. Miałem łóżko na górze. Oni mieli łóżka na dole. Drugie górne łóżko pozostawało wolne. Nie na długo.
Po kilkunastu minutach wszedł do naszej kabiny gość w wieku około trzydziestu lat. Wyglądał na wystraszonego. Od razu było widać po nim, że jest na promie pierwszy raz. Szybko okazało się, że również pierwszy raz opuszcza Polskę.
Przywitał się z nami po polsku. Szwedzi spojrzeli na niego nic nie rozumiejącym wzrokiem. Domyślili się, że to powitanie i odpowiedzieli mu kilkoma słowami powitania po szwedzku. Nie zareagował. Powtórzyli powitanie po angielsku. Na twarzy gościa od razu pojawiły się oznaki lekkiej paniki.
Szybko odpowiedziałem mu po polsku. Ucieszył się. Twarz mu się rozpogodziła. Wszedł na łóżko, niie ściągając nawet marynarki od czarnego nieco wymiętego garniturku.
„Jak pan myśli. Nie ukradną?” – zapytał
„Co mają ukraść?”
„No, walizki. Kazali mi zostawić w przechowalni”
„Rozumiem, że pan bez samochodu”
„Tak. Pociągiem przyjechałem z Koluszek. Do wujostwa jadę, do Sztokholmu”
„Pierwszy raz. Prawda?”
„Tak. Pierwszy raz…Bardzo się boję”
„Niech się pan nie boi. Nie ukradną pańskich walizek…”
„To też. Bardziej boję się, że wujo nie przyjedzie po mnie. Nie wiem co wtedy zrobię”
„Ma pan adres do wujostwa?”
„Mam”
„No to pojedzie pan autobusem do Sztokholmu. Odchodzi bezpośredni z portu w Oxelösund”
„Nie wiem gdzie wysiąść”
„Dowie się pan w autobusie”
Przysłuchiwał się chwilę rozmowie Szwedów. Ponieważ prom już odpłynął otworzono, z pewnością, jak zwykle po odpłynięciu sklep bezcłowy. Zszedłem z łóżka z zamiarem odwiedzenia go
„Gdzie pan idzie?” – zapytał mój sąsiad z górnego łóżka z lekko paniką w głosie
„Przejść się. Zajrzę do sklepu a potem do baru. Dla mnie za wcześnie aby położyć się spać”
„To tak można?”
„Co można?”
„No, wyjść z kabiny?”
„Można. Polecam panu wyjść na otwarty pokład i podziwiać wyjście z portu”
„E! chyba tu zostanę”
W sklepie nic ciekawego nie było. Jeść mi się nie chciało. Poszedłem do kawiarni na przedzie pokładu. Była prawie pusta. Tylko przy dwóch stolikach siedziały jakieś pary. Zamówiłem piwo. Usiadłem przy stoliku stojącym przy oknie wychodzącym na dziób statku.
Przesiedziałem tam do dwudziestej drugiej, wypijając jeszcze dwa piwa. Wróciłem do kabiny. Szwedzi już spali. Mój sąsiad z góry leżał na kołdrze w ubraniu, ale marynarkę już ściągnął. Bez słowa przebrałem się w piżamę i poszedłem do łazienki.
Gdy wróciłem z niej, mój rodak już spał zawinięty w kołdrę. Pomyślałem, że uspokoił się dopiero jak przyszedłem do kabiny.
Rano obudził nas głos z głośnika zapraszający na śniadanie i informujący o godzinie przypłynięcia do portu. Jeden ze Szwedów zapytał mnie czy chcę się pierwszy wziąć prysznic. Odpowiedziałem, że poczekam i zrobię to po nich.
„Co on robi? Dlaczego się rozebrał do naga?” – usłyszałem po polsku
„Będzie się kąpał”
„Tu, na statku?”
„Nie widział pan prysznica za toaletą. Jest po to aby się wykąpać”
„Przecież można się wykąpać w domu przed wyjazdem”
„Można w domu” – odparłem zrezygnowany uznając dalszą dyskusję na ten temat za bezsensowną
Po kilkunastu minutach obydwaj Szwedzi byli wykąpani.
„To teraz pan, czy ja?” – zapytałem
„Co?” – odparł zaskoczony – „Nie! Nie. Wykąpię się jak wrócę do domu”
Pół godziny potem poszedłem zjeść śniadanie.
Po śniadaniu poszedłem do tej samej kawiarni w której byłem wczoraj wieczorem. Tym razem było w niej sporo ludzi. Mimo tego znalazłem miejsce przy tym samym stoliku co wczoraj.
Zamówiłem kawę i postanowiłem posiedzieć tu do czasu przyjazdu do portu. Wypiłem jeszcze ze trzy kawy, zjadłem do tego jakieś ciastko i oddałem się przyjemnemu nic nie robieniu. Jutro czeka mnie praca. Ciekawe jak tam poszło z usuwaniem awarii. Powinna być już usunięta. Jak wyjeżdżałem zostało tylko kilkanaście godzin rutynowej pracy.
Myślami na przemian wracałem do pogrzebu Mietka. Wygląda na to, że wdowa po nim długo nie będzie sama. Przed wyjazdem na pogrzeb w rozmowie telefonicznej bardzo się tego obawiała.
Zrobiłem też krótkie podsumowanie tej niespodziewanej podróży do Polski. Doszedłem do wniosku, że miała ona też pozytywne strony. Widziałem się z mamą i nareszcie przywożę książki do domu.
Moje rozmyślania przerwał ruch za moimi plecami. Obejrzałem się. Ludzie przysuwali stoliki i krzesła bliżej okien, za którymi ukazał się wjazd do portu w Oxelösund i widok na nasze dwa Wielkie Piece w hucie.
Bardzo szybko minął mi ten czas na rozmyślaniu przy kawie. Oceniłem, że statek zacumuje za godzinę. Spojrzałem na zegarek. Zgadza się z zapowiedzią z głośnika.
Posiedzę jeszcze trochę. Tym razem obserwowałem ludzi w koło mnie. Niektórzy panowie zaczęli komentować widok huty. Choć nie mieli o niej zielonego pojęcia, wyjaśniali swoim towarzyszką podróży co to za fabryka i co w niej robią.
Jeden z panów upierał się, że to jest elektrownia atomowa
„Czytałem, że Szwedzi mają to gdzieś dwa reaktory. To, tam wygląda mi na reaktory” – wskazał ręką w kierunku Wielkich Pieców
„Mój Boże! To tu niebezpiecznie jest!” – wystraszyła się jego towarzyszka
„Nie lękaj się kochanie. Jestem przy tobie”
Przez dłuższą chwilę zastanawiałem się jak w widoku Wielkich Pieców można dopatrzeć się reaktorów elektrowni atomowych i mimo dobrej woli nie udało mi się tego zrozumieć.
Wróciłem do kabiny. Była już pusta. Zabrałem torbę i zszedłem na pokład samochodowy. Był już otwarty. Zjazd z promu poszedł sprawnie. Odprawy nie było, za to tuż za wyjazdem z portu stał „komitet powitalny” w osobach naszych dzielnych policjantów z Oxelösund.
Zatrzymywali wyrywkowo samochody i kontrolowali trzeźwość kierowców. Tak się jakoś składało, ze niemal zawsze zatrzymywali auta z czarnymi blachami rejestracyjnymi. Podjechałem wolno do potężnego grubasa. Szefa naszych policjantów. Odkręciłem szybę
„Część Lasse. Będziesz mnie sprawdzał?” – zapytałem
Spojrzał na mnie. Poznał mnie. Roześmiał się
„Cześć! Spadaj i nie przeszkadzaj”
Dwadzieścia minut potem byłem w domu i witałem się z żoną. Musiałem oczywiście wszystko opowiedzieć. To że Józio znalazł się tak szybko przy boku Krysi, zupełnie jej nie zaskoczyło.
Po kolacji zabrałem się za rozpakowywanie auta. Gdy już to zrobiłem Helena zapytała
„A, gdzie jest kasza gryczana?”
„Zapomniałem kupić…”
Myślałem, że będę musiał wysłuchać wymówek. Tak jednak się nie stało. Spotkało mnie coś, co mnie bardzo zaniepokoiło.
Przed spaniem, gdy już byłem w łóżku Helena podeszła do mnie z kieliszkiem czegoś ciemnego
„Wypij to” – rzekła stanowczo
„Co to jest?!” – zapytałem przestraszony
„To ci pomoże…”
„Nie potrzebuję niczego, aby mi pomagało!” – przerwałem jej
„Na pamięć ci pomoże, głuptasie…To Geriavit….Może następnym razem będziesz pamiętał o kaszy…”
KONIEC