Jest piątek siedemnasty czerwca tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego ósmego roku. Zbliża się dwudziesta druga. Dojechaliśmy do Trelleborgu. Najbliższy prom do Sassnitz jest o drugiej w nocy. Nie kupiłem na niego biletów, bo nie wiedziałem, ile czasu nam zajmie pakowanie samochodu i przyczepy, oraz sama jazda z Nyköping do Trelleborgu.
Z pracy wróciłem nieco wcześnie, bo już po pierwszej. Helena miała urlop już od wczoraj. Tak więc pozostawało tylko podczepić przyczepę, zapakować samochód, wsadzić dzieciaki i żonę i od razu w drogę. Ale okazało się, że to teoria. Co prawda przyczepa była spakowana już od kilku dni, ale w ostatniej chwili trzeba było coś dołożyć i z czegoś zrezygnować. Dobrze, że nie kupiłem wcześniej biletów na prom. Bilety można kupić na miejscu w kasie terminalu portowego. Liczyliśmy na to, że przenocujemy w pobliżu portu i odpłyniemy promem, który wypływa o godzinie siódmej trzydzieści pięć następnego dnia.
Jazda z przyczepą kampingową była męcząca. Chociaż mamy ją od roku to nie jestem jeszcze przyzwyczajony do jazdy trwającej niemal osiem godzin. Na miejscu w Trelleborgu, w pobliżu portu jest niewielki placyk, na którym zatrzymują się na nocowanie w samochodach lub, tak jak my w przyczepach, ci którzy wybierają się promami na drugą stronę Bałtyku. Placyk jest nieoświetlony, Nic na nim nie ma. Właściwie to jakaś dzika łąka. Dobrze, że pół godziny wcześniej zatrzymaliśmy się przy stacji benzynowej skorzystać z toalety. Nasza przyczepa jest stara. Rocznik tysiąc dziewięćset siedemdziesiąty dziewiąty. To mała Adria 390. Z wygód posiada tylko zimną wodę i ogrzewanie.
Odczepiłem przyczepę od samochodu. Podparłem na nóżkach. W środku opuściłem na dół stół, tak aby między kanapami utworzyć łóżko. Śpię na nim z Heleną i Magdą między nami. Marcin śpi osobno w przodzie przyczepy na miejscu utworzonym z dwóch pojedynczych siedzeń i opuszczonego między nimi stolika. Teraz Helena musi to wszystko pościelić. Magda, nasza czteroletnia córka była bardzo marudna. O tej porze zawsze już jest w łóżku. Podczas gdy Helena układa puzzla z poduszek, tworząc wygodne materace do spania, ja z Marcinem staramy się zabawić marudną Magdę. Około jedenastej można ją położyć spać. Poradziłem Helenie i Marcinowi, aby nie wkładali na noc piżam tylko miękkie dresy. To tak na wszelki wypadek, gdyby trzeba się było szybko zwijać.
Podczas gdy oni szykowali się do spania pojechałem do portu kupić bilety na jutrzejszy prom o siódmej trzydzieści pięć. Mimo późnej pory przed kasami była spora kolejka. Gdy byłem już przy okienku dowiedziałem się, że na prom o siódmej trzydzieści pięć nie ma już biletów dla samochodów z przyczepami. Jest jeszcze możliwość upchać gdzieś kilka samochodów osobowych. To mnie oczywiście nie interesowało. Panienka w kasie oznajmiła, że ma jeszcze bilety na prom wieczorny następnego dnia. Nie miałem wyjścia. Zdecydowałem się je kupić
„Chwileczkę. Jeszcze coś sprawdzę…” – uprzedziła mnie kasjerka – „Jest jeszcze miejsce na ten co odpływa o drugiej, za czterdzieści minut zamykają wjazd na prom…”
„Biorę!” – odkrzyknąłem
Szybko załatwiłem formalności, zapłaciłem i biegiem wróciłem do samochodu. Po pięciu minutach jazdy byłem przy przyczepie
„Wstawać! Odjeżdżamy do portu!”
Helena spojrzała na mnie zaspana nic nie rozumiejącym wzrokiem. Marcin odwrócił się na drugi bok a Magda się nie poruszyła. Zrozumiałem, że aby dotarło do nich o co mi chodzi potrzeba czasu, którego nie mieliśmy
„Dobra! Nie wstawajcie z łóżek. Podczepiam przyczepę i jedziemy do portu!”
Podniesienie nóżek podpierających przyczepę i jej podpięcie do auta zabrało mi kilka minut. Potem szybko do portu. Miałem nadzieję, że Helenie nie przyjdzie do głowy wychodzenie z przyczepy w czasie jazdy. Przed bramką, którą się wjeżdżało do odprawy na nasz prom nie było już samochodów. Kiedy się do niej zbliżałem pracownik portowy zaczął opuszczać szlaban. Mocno nacisnąłem na klakson. Spojrzał w moją stronę. Zaczął z powrotem podnosić szlaban. Gdy tylko przejechałem zobaczyłem w lusterku, że go opuścił na dobre.
Zatrzymałem się jako ostatni w kolejce do odprawy paszportowej. Wysiadłem z auta i podbiegłem do przyczepy. Przerażona Helena była już dobudzona. Magda płakała. Tylko Marcin spał nie poruszony jazdą. Z trudem go dobudziliśmy.
„Szybko do samochodu, synuś! Zaraz mamy odprawę. Musicie pokazać buziaczki kontrolerom paszportowym”
Dobrze, że mieli dresy na sobie. Gdy tylko usadowiliśmy się w samochodzie przyszła nasza kolej. Podałem paszporty przez okno. Gościu w budce nawet nie spojrzał w stronę samochodu. Podstemplował paszporty i kazał jechać na odpowiedni pas prowadzący na wjazd na prom.
Staliśmy w sześciu rzędach obok siebie. Pracownicy z obsługi portowej według nie znanego mi klucza wpuszczali po kilka samochodów raz z jednego rzędu, po chwili kilka z innego. Część samochodów już wjechała. Dopiero czekając na wjazd poczułem, jak opuszcza mnie olbrzymie napięcie, czy jak kto woli stres wywołany tym niespodziewanym pośpiechem jaki towarzyszył mi od chwili podjęcia decyzji o kupieniu biletów na ten prom o drugiej.
Podczas gdy siedzący obok mnie Marcin zasnął, a Helena na tylnej kanapie rozmawiała z całkiem rozbudzoną Magdą, zacząłem się przyglądać stojącym obok samochodom. Na kilku z nich zauważyłem na dachu tak popularne od nie dawna bagażniki skrzyniowe, takie stworzone z przeznaczeniem na narty. Oczywiście nie tylko narty ludzie nimi przewożą. Teraz latem mieści się tam dużo wakacyjnego bagażu. Zazdrościłem im. Nasza Toyota Tercel 4WD nie jest dużym autem. Aby spakować do niej rodzinę i bagaż należy się dobrze nagimnastykować. Na szczęście w przyczepie dużo się zmieściło, ale i tak z wielu rzeczy trzeba było zrezygnować.
Marzyłem o kupnie takiego bagażnika. Niestety, ceny wahały się od sześciu tysięcy koron wzwyż do nawet dwunastu tysięcy. Nie za bardzo mogliśmy sobie na taki wydatek pozwolić. Wojtek, kolega z którym pracuję powiedział mi, że widział takie bagażniki w Polsce. Nie pamiętał, ile kosztują, ale odniósł takie wrażenie, że w porównaniu z cenami szwedzkimi były dużo tańsze.
Miałem ze sobą w portfelu zdjęcie samochodu z takim bagażnikiem zrobione gdzieś na ulicy. Chciałem pokazać znajomemu z którym kiedyś pracowałem w Łodzi i z którym mam stały kontakt, o jaki bagażnik mi chodzi. Wyjaśniałem mu to przez telefon, ale niestety nie kumał o co chodzi. Miałem nadzieję, że się rozejrzy trochę po mieście przed naszym przyjazdem i może kupi jak będzie okazja. Dałbym mu nawet trochę zarobić. Ale nic z tego nie wyszło.
Gdy tak rozmyślałem o bagażniku, Helena zwróciła mi uwagę, że już nas wzywają do wjazdu na prom. Ruszyłem we wskazanym kierunku. Wjechaliśmy po rampie na najwyższy pokład samochodowy. Był to pokład pół otwarty. Duża jego część miała tylko ściany boczne, Nad nami było niebo. Pracownik pokładowy pokierował mnie do samego zjazdu z pokładu. Nie było tam żadnej bramy, tylko luźno zwisający łańcuch, przed którym kazał mi się zatrzymać. Upomniał mnie o zaciągnięciu hamulca ręcznego i zostawienia samochodu na biegu. Za łańcuchem było ze dwadzieścia metrów wyjazdu z promu zakończonego ruchomą poręczą. Za poręczą prom się kończył.
Jest już po drugiej. Jesteśmy opóźnieni z wyjazdem. Wysiedliśmy z samochodu. Zastanawiam się czy iść na pokład dla pasażerów, czy może, zostać w przyczepie. Niby nie wolno przebywać w czasie rejsu w samochodach, ale nikt się tym specjalnie nie przejmuje, zwłaszcza na krótkich czasowo trasach. Nasz czterogodzinny rejs do takich się zaliczał.
Na naszym pokładzie oprócz nas stało kilka innych zestawów z przyczepami kampingowymi. Zauważyłem, że do kilku z nich przesiedali się ludzie z samochodów. Postanowiliśmy też tak zrobić. Zresztą o tej porze nie ma co robić na pokładzie dla pasażerów. Jeść nic nie będziemy, po wizy tranzytowe tym razem nie musimy iść. Zadbałem o nie w ten sposób, że wysłałem odpowiednio wcześnie nasze paszporty do ambasady NRD. Po kilku dniach dostałem je z powrotem z wizami i rachunkiem do zapłacenia.
Tak więc przenieśliśmy Magdę, która właśnie usnęła do przyczepy. Już w przyczepie zaczęliśmy się układać do snu. Prom ruszył. Dosyć szybko opuściliśmy port. Niestety, morze było dosyć wzburzone i zaczęło porządnie bujać. Marcinowi to nie przeszkadzało. Usnął od razu. Helena też była bliska zaśnięciu. Tylko ja z tą moją cholerną wyobraźnią zacząłem się niepokoić. Odniosłem takie wrażenie, że przy każdym większym bujnięciu samochód z przyczepą przesuwa się w stronę łańcucha
„Jak tak dalej pójdzie, to zsuniemy się do morza” – pomyślałem
Byłem porządnie wystraszony. Nie chciałem niepokoić żony, ale czułem, że muszę zareagować
„Kochanie. Nie mogę spać. Potrzebuję trochę świeżego powietrza. Posiedzę w samochodzie. Odkręcę szybę, może tam zasnę”
„Rób co chcesz, tylko daj nam spać” – usłyszałem
Zanim wszedłem do auta rozejrzałem się w koło, czy nie ma jakiś klocków które można by podłożyć pod koła. W rogu pod ścianą leżały solidne łańcuchy służące do zakotwiczania aut w specjalnych zaczepach znajdujących się w podłodze pokładu.
„Czemu, do cholery, nie zabezpieczyli samochodów tymi łańcuchami?” – pomyślałem zdenerwowany
W tym momencie zauważyłem pracownika pokładowego który odkręcał jakieś zawory znajdujące się na ścianie w pobliżu. Zapytałem go o to
„Nie ma potrzeby. Morze jest dzisiaj spokojne” – zapewnił mnie
Przez moment chciałem pobiec gdzieś i interweniować, ale zauważyłem, że jeszcze sporo ludzi kręci się między samochodami. Nie wyglądali na zaniepokojonych wzburzonym morzem
„Co się będę wygłupiał. Jeszcze mnie wyśmieją. Może jestem przewrażliwiony” – pomyślałem i zrezygnowałem z interwencji
Będę siedzieć w aucie i obserwować czy się nie przesuwamy. Przez pierwsze pół godziny siedziałem spięty. Co jakiś czas wychodziłem z auta i sprawdzałem, czy stoimy w miejscu. Gdybyśmy się przesuwali, to zahamowane koła zostawiłyby ślad na blaszanym pokładzie. Nic takiego nie zauważyłem. Potem uspokoiłem się na tyle, że usnąłem.
„Otwórz drzwi!” – usłyszałem Marcina
Stał przy samochodzie i szarpał klamkę. Obudził mnie. Helena z Magdą stały przy drugich drzwiach. Wpuściłem ich do środka. Wyszedłem zamknąć drzwi od przyczepy. Gdy wracałem do auta pracownik pokładowy dawał właśnie mi znaki, abym wyjeżdżał.
Odprawa paszportowa i celna przebiegły znacznie sprawniej i szybciej niż było to w czasie naszej poprzedniej jazdy przez Sassnitz. Celnicy weszli do przyczepy, ale się tylko rozejrzeli. Pytali o telefony komórkowe. Miałem już wtedy służbowy, ale zostawiłem go w pracy. I dobrze zrobiłem. Dowiedziałem się później, że ci nieliczni, którzy wjeżdżali do NRD z telefonami, musieli zostawić je w depozycie do czasu wyjazdu z NRD. W ten sposób zmuszeni niejako byli do wyjazdu przez to samo przejście graniczne którym wjeżdżali.
Było około siódmej rano, kiedy rozpoczęliśmy jazdę w stronę przejścia granicznego w Kołbaskowie. Według mapy mieliśmy do pokonania około dwustu pięćdziesięciu kilometrów. Nauczeni poprzednią jazdą tą trasą, nie liczyliśmy na możliwość zjedzenia śniadania gdzieś w przydrożnej restauracji lub gospodzie. Mieliśmy sporo jedzenia w przyczepie w lodówce. Chcieliśmy zatrzymać się zaraz po wyjeździe z Sassnitz, ale było to nie możliwe. Wszędzie zakazy zatrzymywania się.
Wyspa Rügen na której się znajdowaliśmy jest bardzo ważnym militarnym terenem. Stacjonuje tu dużo wojsk sowieckich. Nazywana jest największym lotniskowcem na Bałtyku. Dlatego przejazd przez nią jest możliwy tylko jedyną drogą tranzytową i to bez zatrzymywania się. Od portu w Sassnitz do zjazdu z wyspy mostem do leżącego na stałym lądzie miasta Stralsund odległość wynosi około sześćdziesięciu kilometrów.
Przejechaliśmy tą drogę w ciągu godziny i piętnastu minut. Zła nawierzchnia z kostki bazaltowej nie pozwalała mi na szybszą jazdę. Miałem wrażenie, że przyczepa zsuwa się z drogi na prawo w stronę przydrożnych drzew rosnących między drogą a rowem. Przyczyniał się do tego profil drogi, który był wyższy na środku i opadał w widoczny sposób ku jej brzegom.
Po zjechaniu z mostu łączącego wyspę z lądem stałym, przejeżdżając przez miasto zatrzymaliśmy się na niewielkim parkingu przy wjeździe na cmentarz. Przeszliśmy do przyczepy. Helena zrobiła śniadanie. Magda dostała swoje ulubione płatki kukurydziane na zimnym mleku. Marcin i my zjedliśmy kanapki z wędliną popijając gorącą herbatą. Po posiłku i po zmyciu naczyń ruszyliśmy w dalszą drogę.
Było dwadzieścia po dziewiątej. Pogodę mieliśmy piękną. Jechaliśmy dosyć wolno, nie spieszyło nam się. Z ciekawością rozglądaliśmy się po okolicy. Pierwszy raz przejeżdżaliśmy tą drogę kilka lat temu w lutową noc. Nic ciekawego wtedy nie widzieliśmy. Teraz w ciągu dnia, w słoneczne przedpołudnie wszystko sprawiało przygnębiające wrażenie. Gdyby nie współczesne napisy na nielicznych reklamach i „nowoczesne” samochody, takie jak trabanty i wartburgi oraz bardzo nieliczni przechodnie ubrani współcześnie, można by pomyśleć, że przejeżdżamy przez Niemcy z lat trzydziestych. Przejeżdżając przez wsie i mniejsze miejscowości widzieliśmy w zwartej zabudowie wzdłuż ulic szczerby po spalonych budynkach. Gruzów nie było, ale zarośnięte chwastami puste działki kazały się domyślać, że stały tam kiedyś budynki. Te stojące najbliżej tych działek nosiły widoczne ślady mniej lub bardziej udanych napraw po bombardowaniach. Na wielu elewacjach budynków były nie usunięte dziury po kulach karabinowych. Jedynie przejeżdżając przez większe miasteczka, takie jak Greifswald, Anklam i Schmölln widzieliśmy ruch na ulicach. Ludzie wchodzili do sklepów, spieszyli się gdzieś. Śladów po wojnie też było znacznie mniej.
W Schmölln wjechaliśmy na autostradę prowadzącą z Berlina w kierunku Szczecina. Wybudowana w latach trzydziestych, nie była od tego czasu unowocześniana. Odgłos monotonnego hałasu dobiegającego spod opon samochodu, w czasie jazdy po betonowej nawierzchni poprzedzielanej regularnie szczelinami dylatacyjnymi sprawiał wrażenie stukotu kół wagonów kolejowych na starych torach.
Po jakimś czasie zaczął mnie ten odgłos niepokoić, ale nie mogłem sobie uprzytomnić, dlaczego. Wiedziałem, a raczej czułem, że to nie jest pożądane zjawisko.
Jadąc w ten sposób dojechaliśmy do przejścia granicznego Pomellen – Kołbaskowo. Przed nami tylko dwa samochody osobowe z zachodnio berlińską rejestracją. Stajemy za nimi. Odruchowo patrzę na zegarek. Jest prawie w pół do dwunastej. Po chwili zjawia się przy nas umundurowany strażnik niemieckiej kontroli. Nakazuje zjechać nam do stojącej nieco z boku szopy. Okazuje się, że jest ona przelotowa i służy do kontroli większych pojazdów.
Podczas gdy oddawałem nasze paszporty do kontroli kilku celników nakazał nam wyjść z samochodu. Zajrzeli do środka, położyli oparcie tylnej kanapy. Nie znaleźli nikogo. Psychicznie byliśmy przygotowani na taką samą kontrolę jak kilka lat temu, ale tym razem nic więcej w samochodzie nie sprawdzali.
Podczas gdy staliśmy grzecznie obok, przyglądając się ich poczynaniom, dwóch z nich zbliżyło się do przyczepy. Szarpnęli za klamkę drzwi. Ponieważ były zamknięte, przywołali mnie i nakazali je otworzyć. Zrobiłem to i gdy je otworzyłem wiedziałem już co mnie tak niepokoiło na tej betonowej autostradzie. Wszystkie rzeczy, które mieliśmy w górnych szafkach leżały w nieładzie na podłodze. Jedna z szafek zerwała się i wisiała skośnie na jednym zaczepie. Lodówka była otwarta. Część naszego pożywienia leżała wśród naszych ubrań. Stałem przez chwilę bez ruchu. Jeden z celników nakazał mi najpierw zrobić porządek, tylko szybko, bo inni czekają. Rozejrzałem się. Brama do szopy była otwarta Nie zauważyłem za nami tych innych, którzy by czekali. Nie wdając się z nim w dyskusję przywołałem Helenę. Marcin zajął się Magdą a my zabraliśmy się za robienie porządku.
Po piętnastu minutach byliśmy gotowi. Nawet udało mi się zawiesić półkę. Jeden z celników cały czas nas obserwował. Gdy wyszliśmy z przyczepy przywołał jeszcze jednego i zaczęli kontrolować nasze szafki. Zajrzeli oczywiście do wszystkich schowków pod kanapami, a potem powyjmowali wszystkie dopiero co włożone przez nas rzeczy, z górnych szafek, szukając tam czegoś. Kulturalnie nie rzucali nic na podłogę tylko układali na kanapach. Po następnych dziesięciu minutach pozwolili nam wszystko z powrotem włożyć do szafek. Dostaliśmy z powrotem paszporty i mogliśmy przejechać na drugą stronę granicy.
Jakieś dwieście metrów dalej czekała nas odprawa po polskiej stronie. Tym razem nie było żadnej kontroli pojazdów. Za to musieliśmy złożyć deklaracje celne. Chodziło głównie o to na jak długo przyjeżdżamy do Polski i gdzie będziemy przebywać. Zadeklarowaliśmy pobyt dwutygodniowy. W związku z tym musieliśmy wymienić obowiązkowo po sto koron od dorosłej osoby za dzień pobytu w Polsce, na złotówki po oficjalnym, śmiesznym kursie. Dzieci tylko połowę tej sumy dziennie. Kupiłem też kupony na benzynę. Obowiązkowe minimum to sześćdziesiąt litrów. Tyle miesięcznie mogli kupić polscy kierowcy na kartki. Kosztowało nas to ponad pięć tysięcy koron. Byliśmy na to przygotowani.
Oprócz tych pieniędzy przeznaczonych do wydania na granicy mieliśmy tysiąc dwieście dolarów amerykańskich w gotówce. Wiedziałem, że sprzedając je na czarno po sześćset złotych za dolara, będziemy mieli do dyspozycji, na dwa tygodnie siedemset dwadzieścia tysięcy złotych. Wiedziałem również, że dobra pensja w tym czasie w Polsce wynosiła około sześćdziesięciu tysięcy złotych miesięcznie.
„Popatrz, kochanie” – zwróciłem się do Heleny – „Na dolary wydaliśmy około siedem i pół tysiąca koron, dolicz do tego te ponad pięć tysięcy koron co przed chwilą wydaliśmy, to razem, nie licząc kosztów podróży wydaliśmy około trzynastu tysięcy koron. To jest mniej niż jedna moja pensja brutto a tutaj w Polsce będziemy przez te dwa tygodnie prawie milionerami”
Helena zaśmiała się tylko
„No i co za te setki tysięcy złotych chcesz tutaj kupić?”
„Nie wiem. Może pójdę z Marcinem na dziewczynki. Skończył przecież szesnaście lat…” – Helena chciała mi przerwać, więc szybko dodałem – „Oczywiście w celach pedagogicznych, aby go przyszykować do życia”
„Jezu! Jakiś ty głupi!…Przy dziecku tak sobie żartować” – po chwili zwróciła się do Marcina – „Nie słuchaj ojca synku. To takie głupie żarty”
„Wiem mamo, że tatuś żartuje” – odpowiedział jej Marcin, ale w taki jakiś smutny sposób.
Po załatwieniu tych wszystkich rzeczy na granicy, które zabrały nam prawie dwie godziny, mogliśmy ruszyć w stronę Łodzi. Już kilkaset metrów dalej zauważyłem stojących przy drodze gości, którzy na widok samochodu z zagraniczną rejestracją dyskretnie dawali znaki aby się zatrzymać. Nawet Marcin wiedział o co chodzi
„Tatuś. Cinkciarze stoję. Może wymienisz pieniądze?”
„Nie tu, Marcinku. Przy granicy jest słaby kurs. Wymienimy dalej”
Za Kołbaskowem jechaliśmy w dalszym ciągu tą samą poniemiecką autostradą. Po stronie polskiej jej stan techniczny był fatalny. Leje po bombach zalane były niechlujnie asfaltem. Zaraz za granicą jeden jej pas, ten w kierunku Berlina wyłączony był z ruchu. Widoczne tam leje po bombach były nie zasypane, mosty nad Odrą zerwane. Most na tym paśmie, którym jechaliśmy bardzo niedbale połatany. Marcin pytał mnie czy to są dekoracje do filmu o wojnie
„Nie, synuś. Po prostu nie było tu długo gospodarza. Przesiedleni tu ludzie z centralnej i wschodniej Polski bardzo długo uważali, że są tu tymczasowo, że te tereny wrócą do Niemiec, więc po co się wysilać i porządkować. Niech zrobią to Niemcy, kiedy to do nich wróci”
Marcin nic z moich wyjaśnień nie rozumiał. W szwedzkiej szkole nic go na ten temat nie uczono.
Po przejechaniu Odry nie wjechaliśmy do Kołbaskowa tylko kawałek dalej skręciliśmy w prawo, na południe w stronę Pyrzyc, Gorzowa Wielkopolskiego i Poznania.
W Szwecji dawno zjedlibyśmy już lunch. Jak na razie nie mieliśmy okazji to zrobić, ale pomalutku zaczął zbliżać się czas na jakiś większy posiłek. Po drodze nie zauważyliśmy żadnych restauracji, barów czy gospód przy których warto by stanąć i się pożywić. Z głównej drogi nie chcieliśmy zjeżdżać, po pierwsze dlatego, że z przyczepą w małych miejscowościach jest niewygodnie manewrować, po drugie, dlatego, że nie chcieliśmy tracić czasu na zbaczanie z drogi, no i po trzecie dlatego, że nie mieliśmy gwarancji, że znajdziemy tam restaurację, w której będzie można coś przyzwoitego zjeść.
Około czternastej trzydzieści wjechaliśmy do Pyrzyc. Helena stanowczo zażądała, aby się gdzieś zatrzymać. Zjechałem w poczną uliczkę, która, wydawało mi się prowadzi do parku. Dojechaliśmy po trzystu metrach do jakiegoś małego stadionu, a raczej boiska piłkarskiego z niewielkimi trybunami, otoczonego siatką.
Przed bramą był niewielki polny parking i pusty plac zabaw dla dzieci. Najbliższe domy kilkadziesiąt metrów dalej. W pobliżu jakaś staruszka z psem na spacerze, poza nią żywej duszy nie widziałem. Zaparkowałem nieco na uboczu. Nie odczepiłem przyczepy od samochodu. Podstawiłem tylko, jak zawsze pod przyczepą zbiornik na szarą wodę. Zawsze w czasie przyszykowywania posiłków i potem w czasie zmywania naczyń zgromadzi się w nim sporo brudnej wody.
„Zrobię obiad, zjemy i możemy jechać dalej” – zarządziła Helena.
Podczas gdy ona zabrała się za obiad, wyszedłem z Marcinem i Magdą rozejrzeć się po okolicy. Nic ciekawego nie zauważyliśmy, ale, jakby to powiedzieć, poczułem, że dobrze byłoby znaleźć jakąś stację benzynową. Nie to, żebym nagle chciał kupić paliwo, ale na stacjach benzynowych zwykle są toalety. Niestety w najbliższej okolicy takowych stacji benzynowych nie było. Zaczęła ogarniać mnie panika. Marcina też. W pewnej chwili na parterze niewielkiego domku jednorodzinnego zauważyłem maleńką kwiaciarnię. W odruchu desperacji wszedłem do niej. Nikogo w niej nie było
„Halo!…Jest tu kto?!”
Gdy wykrzyknąłem to pytanie po raz trzeci, spoza wiszącej zasłonki wyszła starsza kobieta i na powitanie zdała pytanie
„No i czego się drze?!”
„Nie jest dobrze” – pomyślałem – „Pertraktacje będą ciężkie i kosztowne”
Podczas gdy ona oczekiwała na moją odpowiedź, usilnie zastanawiałem się nad tym jaką linię pertraktacji wybrać
„No, o co chodzi?” -zapytała
Sięgnąłem do kieszeni po portfelik z pieniędzmi. Wyciągnąłem jeden banknot tysiąc złotowy i pokazując jej przed nosem powiedziałem
„Kupię kwiaty za wszystko, ale pod jednym warunkiem…” – przerwałem, bo do kwiaciarni wszedł Marcin z Magdą – „Kupię kwiaty za wszystko” – powtórzyłem
„Tato…Po co nam kwiaty?” – przerwał mi Marcin
„Zamilcz” – wycedziłem przez zaciśnięte zęby
Kobieta milczała i coraz bardziej zdziwiona patrzała raz na mnie raz na Marcina
„No właśnie po co panu tyle kwiatów?” – zapytała
Coraz bardziej zdesperowany odpowiedziałem jej
„Bo potrzebuję natychmiast iść do ubikacji”
Odsunęła się na bok wskazując na zaplecze
„Drugie drzwi na lewo”
Gdy już wyszliśmy z tej kwiaciarni, Marcin powiedział, że miałem taki wzrok, jak z nią rozmawiałem, że on się bał abym nie zrobił jej jakiejś krzywdy. Ona też musiała się mnie solidnie wystraszyć, bo dalsze pertraktacje okazały się zbyteczne.
Zapłaciłem jej w sumie dwa tysiące, chociaż nic nie chciała wziąć. Powiedziałem, że w tym jest też opłata, za żonę która tu niebawem przyjdzie
„To jakie te kwiaty mają być?” – zapytała, gdy wychodziliśmy
„Najładniejsze jakie pani ma. Te kwiaty są dla pani. To moje podziękowanie za użyczenie toalety”
Po kilku minutach byliśmy w przyczepie. Helena właśnie nakrywała do stołu. Dzieciaki bardzo się ucieszyły, gdy tylko poczuły zapach ich ulubionego dania. Spaghetti i köttfärssås, czyli makaron i sos z mielonego mięsa. Zawsze zjedzą. Oczywiście gdy dostaną do tego dużo keczupu.
Po jedzeniu, tak jak przewidywałem Helena zadała pytanie
„Jest tu gdzieś w pobliżu jakaś toaleta?”
Podczas gdy Marcin z Magdą odprowadzili matkę do kwiaciarni, podgrzałem nieco ciepłej wody i zmyłem naczynia. Tak jak zawsze po tych czynnościach spojrzałem na wskaźnik wody. Wskazywał, że mamy jeszcze dwadzieścia procent z pojemności czterdziestu pięciu litrów jakie mieści nasz zbiornik czystej wody. Czas go napełnić. Muszę znaleźć jakieś źródło pitnej wody.
Zwykle napełniamy go na kampingach lub na stacjach benzynowych. Zobaczymy, jak będzie teraz. Właśnie nadeszła Helena z dzieciakami. Czas jechać dalej. Postój na posiłek zabrał nam niemal półtorej godziny. Zbliżała się szesnasta. Wylałem szarą wodę do kratki ściekowej znajdującej się przy krawężniku kilka metrów za nami. Zakręciłem butlę z gazem i w drogę.
Do Łodzi dzisiaj nie dojedziemy. To znaczy teoretycznie jest to możliwe, ale nie chcę katować rodziny długą, stosunkowo wolną jazdą w ciasnym samochodzie. Nasza rodzina, do której jedziemy wie, że przyjedziemy jutro. Teraz chodzi o to, aby pojechać jak najbliżej celu podróży. Przespać się i w miarę wypoczęci zjawić się w Łodzi.
Przed Gorzowem Wielkopolskim zatrzymaliśmy się na stacji CPN. Z kuponami na benzynę podszedłem do okienka
„Tylko trzydzieści litrów mogę panu sprzedać” – usłyszałem od gościa w okienku
„Trudno. Niech będzie trzydzieści” – odpowiedziałem
„Jasiu!…Zatankuj panu trzydzieści litrów!” – krzyknął do gościa stojącego przy okienku i przysłuchującego się rozmowie, a potem zwrócił się do mnie – „Zapłaci pan po tankowaniu”
Podszedłem z Jasiem do samochodu. Podczas gdy otwierałem wlew paliwa Jasiu szeptem zwrócił się do mnie
„Daj pan pięć dolarów i wleję pod korek”
Widząc moją pytającą minę dodał
„Jemu” – wskazał głową w stronę okienka – „Nie musi pan już nic płacić”
W ten sposób miałem zatankowany samochód pod korek, prawie pięćdziesiąt litrów. Gdy już miałem odjeżdżać gość zwany Jasiem zapytał czy nie mam dolarów albo marek zachodnioniemieckich do wymiany. Miałem. Jasiu zaprosił mnie do swojego szefa do biura. Wymieniłem sto dolarów. W ten sposób miałem pierwszą dobrą polską pensję, sześćdziesiąt tysięcy złotych.
Na zewnątrz był też kran z wodą, ale wąż, który wożę w przyczepie nie pasował więc musiałem wodę nosić cztery razy w dziesięciolitrowej konewce, Którą też przezornie mam w bagażniku.
Potem w czasie całego pobytu w Polsce tankowałem jeszcze kilka razy, zawsze za pięć dolarów. W równie podobny sposób, chociaż nie zawsze na stacjach benzynowych wymieniałem po sto dolarów.
Tylko raz musiałem wyciągnąć kupony kupione na granicy i kupić dokładnie trzydzieści litrów. Gdy zapytałem dyskretnie pracownika, który obsługiwał pompę, dlaczego nie mogę zapłacić dolarami odpowiedział
„Nie panie!…Nie dzisiaj. Szef ma od rana kontrolę. Przyjedź pan jutro”
Po wyjeździe ze stacji benzynowej, kilkaset metrów dalej był jakby nieduży rynek, przy którym znajdowało się kilka sklepów. Postanowiliśmy zrobić trochę zakupów, przede wszystkim pieczywo i może jakieś owoce. Zakupy się udały. Chleb był co prawda nie pierwszej świeżości, ale do zaakceptowania. Kupiliśmy również masło roślinne do chleba, ser żółty, podobno gouda i kilogram jabłek. W kiosku „Ruchu” kupiłem kilka gazet i tygodników. Właściwie nie wiem po co. Taki odruch.
Gdy odjeżdżaliśmy Magda zrobiła się marudna. Wyraźna oznaka tego, że czas szukać miejsca na zatrzymanie się na noc. Miałem ze sobą turystyczną mapę Polski pożyczoną od Wojtka. Kupił ją w ubiegłym roku w Polsce. Były na niej zaznaczone między innymi pola namiotowe i kempingi. Wojtek polecił mi ośrodek PTTK w Międzychodzie. Nie leży to specjalnie po drodze do Łodzi, ale pasowało mi, aby tam zjechać i przenocować.
Na miejscu w Międzychodzie byliśmy około dwudziestej. Ośrodek PTTK znajdował się tuż przy stadionie w niewielkiej odległości od Jeziora Miejskiego. Mimo, że jest połowa czerwca to ośrodek nie był przygotowany na przyjmowanie gości. Dozorca nie chciał nas wpuścić na teren.
„Panie, sobota jest. Wszystko zamknięte do poniedziałku” – oznajmił
„Chcemy tylko przenocować w przyczepie. Pan nas wpuści, ja zostawię panu pieniądze, a pan zapłaci za nas w poniedziałek. Tu ma pan pięć tysięcy. Jutro przed południem się wyniesiemy”
Przekonałem go. Pozwolił nam stanąć między domkami kampingowymi. Podłączyliśmy się do prądu. Otworzył drzwi do wspólnych łazienek i toalet.
Zjedliśmy kolację i wybraliśmy się na spacer nad jezioro. Ponieważ Magda znowu zrobiła się marudna wróciliśmy do przyczepy. Około dwudziestej drugiej byliśmy już w łózkach. Mimo zmęczenia podróżą nie chciało nam się spać. Jedynie Magda usnęła od razu. Marcin wyciągnął swoją grę elektroniczną i zaczął układać Tetrisa. Monotonne pykanie tej gry, sprawiło, że nie mogłem się skoncentrować na czytaniu kupionych gazet. Jednak po chwili ucichło. Marcin zasnął i wypuścił z rąk zabawkę. Ponieważ Helena też już spała, więc wyłączyłem światło. Po kilku minutach zmorzył mnie sen.
Obudziła mnie Magda. Jak zwykle, nad ranem zaczęła wierzgać. Szybko wstałem i jeszcze szybciej założyłem spodnie i koszulę. Złapałem rozbudzoną już córkę, ręczniki, mydelniczkę i pobiegłem z nią do toalety.
Po piętnastu minutach byliśmy z powrotem. Wtedy dopiero spojrzałem na zegarek. Ósma piętnaście. Dała nam pospać do ósmej. Aż mi się wierzyć nie chciało.
Podczas gdy byłem z Magdą w łazience, Helena zdążyła sprzątnąć pościel, podnieść stół i wstawić wodę na herbatę. Tylko Marcin spał jak zawsze, gdy nie musi iść do szkoły. Wstanie niemal nieprzytomny, gdy śniadanie będzie na stole.
Po wszystkich rutynowych czynnościach, uzupełnieniu wody, dobudzeniu Marcina, zjedzeniu śniadania i posprzątaniu przyczepy byliśmy gotowi do wyjazdu. Niestety nie mogliśmy wyjechać od razu, ponieważ brama od Ośrodka zamknięta była na solidną kłódkę. Dozorca, który nas wpuścił na teren zamknął ją za nami zostawiając tylko otwartą furtkę, przez którą mogliśmy poprzedniego wieczoru wyjść na spacer.
Prawie czterdzieści minut szukałem go z Marcinem po całym opustoszałym w niedzielę Ośrodku. Pamiętałem, że gdy mu dawałem pieniądze mówił, iż ma tu pokój służbowy na parterze i gdybym czegoś potrzebował to w każdej chwili mogę do niego przyjść. Niestety, nie zwróciłem uwagi na to, gdzie jest ten pokój służbowy.
Straciłem nadzieję na szybki wyjazd z Ośrodka i zacząłem oswajać się z myślą o tym, że przyjdzie nam spędzić całą niedzielę czekając aż nas w końcu ktoś wypuści w poniedziałek. Ale Marcin nie poddawał się i szukał go nadal.
Znalazł go śpiącego na stosie pustych worków po cemencie leżących za barakowozem robotników remontujących domki Ośrodka. Okazało się, że pieniądze które ode mnie otrzymał w dużej części wydał na libację z dwoma kumplami leżącymi w pobliżu. W każdym razie nie można było się z nim dogadać. Musiałem wziąć sprawę w swoje ręce, to znaczy mimo jego niezdarnych protestów obszukałem kieszenie jego spodni w nadziei znalezienia kluczy od bramy. Ku mojemu miłemu zaskoczeniu odnalazłem je już w pierwszej kieszeni. Gdy tylko je od niego wziąłem upadł z powrotem na worki i niemal natychmiast zasnął.
Międzychód opuszczaliśmy około jedenastej. Mimo opóźnionego wyjazdu i związanych z tym niepokojów byliśmy wypoczęci i w dobrych humorach. Zostało nam do przejechania jakieś trzysta pięćdziesiąt kilometrów. Jadąc przepisowe siedemdziesiąt na godzinę i nie zatrzymując się nigdzie powinnyśmy być na miejscu najpóźniej o siedemnastej.
Jazda przebiegła bezproblemowo. Nigdzie po drodze się nie zatrzymywaliśmy, jedynie za Poznaniem na stacji benzynowej, aby skorzystać z toalet. Przy okazji zatankowałem samochód, chociaż według mojej oceny starczyłoby paliwa do Łodzi.
Tak jak przewidywałem na Koziny w Łodzi wjeżdżaliśmy przed siedemnastą. I tak jak ostatnio, tak i tym razem wjechaliśmy od strony Drewnowskiej, Odolanowską w Pietrusińskiego i zaraz przy chodniku zatrzymaliśmy się naprzeciw wjazdu na skład z węglem.
Przed blokiem jak zwykle siedzieli starsi mieszkańcy na ustawionych pod drzewami ławkach. Poznałem kilku z nich. Przerwali rozmowy na nasz widok. Samochód z przyczepą kempingową nie jest tutaj codziennym widokiem. Przywitałem się z nimi. I spojrzałem do góry. Mama siedziała w oknie i machała do nas ręką. Helena z dzieciakami wchodziła już do klatki schodowej. Słyszałem jeszcze jak Magda pytała się Heleny, czy u babci będzie bigos.
Sprawdziłem czy zostawiłem wystarczająco miejsca dla innych samochodów, gdyby takie przejeżdżały obok. Na wszelki wypadek, cofnąłem kilkanaście metrów, po czym wróciłem na poprzednie miejsce wjeżdżając kołami prawej strony na krawężnik. Teraz nawet ciężarówka przejedzie obok bez problemów.
Po chwili wbiegałem po schodach na górę przywitać się z mamą. Już po otwarciu drzwi poczułem zapach maminego bigosu.
W Łodzi u mamy na Pietrusińskiego mieszkaliśmy cztery dni. To znaczy Helena i dzieciaki tam spały. Dla mnie też było miejsce i pierwszą noc tam spędziłem, ale potem musiałem spać w przyczepie. Nie było to spowodowane jakimś konfliktem rodzinnym, tylko z powodu dosyć prozaicznego.
W niedzielę siedzieliśmy przy stole do drugiej w nocy. Za to w poniedziałek obudził nas wściekły dźwięk klaksonu. Wyjrzałem przez okno. To kierowca ciężarówki załadowanej węglem nie mógł wyjechać ze składu z opałem.
Moja przyczepa stała dokładnie naprzeciw wyjazdu. Gdy ją tam ustawiałem nie było zaparkowanych innych pojazdów w pobliżu i oceniłem, że nie powinna przeszkadzać. Teraz stały po przeciwnej stronie cztery auta i kierowca ciężarówki faktycznie miał utrudniony wyjazd.
Szybko się ubrałem i zbiegłem na dół. Nie odpowiadając na przekleństwa kierowcy ciężarówki odjechałem z przyczepą w kierunku Długosza, mając nadzieję znaleźć odpowiednie miejsce do zaparkowania. Takie miejsce znalazłem dopiero na Hibnera przy Srebrzyńskiej.
Po zaparkowaniu i powrocie do mamy zdecydowaliśmy, że przyczepę na te kilka dni zostawię na strzeżonym parkingu lub kempingu.
Łatwo było to powiedzieć. Nikt z nas ani nie wiedział, gdzie w Łodzi jest jakiś parking strzeżony lub kemping. Matka poszła porozmawiać o tym do sąsiada, który podobno wszystko wie. Obiecał się dowiedzieć.
Przyszedł po trzech godzinach. Był na kilku parkingach strzeżonych, ale przyczepy kempingowej na cztery dni tam nie chcieli. Dowiedział się o dwóch kempingach, jednym przy Stawach Jana w przeciwległym krańcu Łodzi oraz o drugim, leżącym nieco bliżej, przy drodze wylotowej w kierunku Warszawy, Na Rogach.
Udałem się do tego bliższego. Miejsca było dużo ani jednego turysty kilka zaparkowanych tirów. W recepcji w pobliskim motelu należało załatwić formalności. Zapłaciłem za cztery noce i powiedziałem, że przyjadę po przyczepę w piątek w południe
„Czyś pan oszalał?!…Chce pan tu zostawić przyczepę bez opieki?”
Recepcjonista był szczerze zdziwiony. Ja jeszcze bardziej.
„Jak to – bez opieki? Przecież zostawiam ją na kempingu. Płacę za to, aby była bezpieczna”
„W ciągu dnia mamy oko na to co się tu dzieje, ale w nocy to…Panie, kto by tu upilnował. Ci którzy tu przyjeżdżają to śpią w swoich przyczepach…”
W ten oto sposób zostałem niejako zmuszony do nocowania w przyczepie. Wstawałem wcześnie rano, jechałem na Pietrusińskiego, tam jadłem śniadanie, przebywałem z matką i rodziną do wieczora. Wieczorem po kolacji, myłem się i jechałem spać do przyczepy.
Pobyt w Łodzi okazał się bardzo męczący. Niejako „obowiązkowe” wizyty u krewnych i znajomych, aczkolwiek bardzo sympatyczne, bardzo się przedłużały. Byliśmy przyjmowani bardzo gościnnie. Ogrom przyszykowanego jedzenia sprawiał, że bardzo przytyliśmy przez te kilka dni. Niemal wszędzie był przyszykowany bigos. Wieść o tym, że Magda go uwielbia rozeszła się wśród goszczących nas ludzi bardzo szybko i każdy chciał jej dogodzić.
W skromnym czasie jaki mieliśmy między spożywaniem posiłków chodziliśmy po sklepach. Helena z Magdą i krewnymi po sklepach z ciuchami a ja zaproponowałem Marcinowi, aby mi towarzyszył w odwiedzaniu „męskich” sklepów, to jest motoryzacyjnych.
Helena wyglądała na zaniepokojoną, gdy zaproponowałem to Marcinowi. Mówiła coś o tym, że chciałaby mu kupić trochę ubrań, ale nie protestowała, gdy stanowczo stwierdził, że ma wystarczająco dużo ubrań i więcej nie potrzebuje.
Helena wie o tym dobrze, że Marcin tak samo jak ja nie znosi sklepów z ciuchami, przymierzalni i straconego tam czasu.
Zwiedzałem z Marcinem sklepy motoryzacyjne, te małe prywatne i te duże państwowe prowadzone pod szyldem „Polmozbyt”. Chciałem kupić ten bagażnik dachowy który miał być tańszy w Polsce niż w Szwecji. Wszędzie pokazywałem zdjęcie takiego bagażnika, które zrobiłem w Szwecji, ale wielu sprzedawców pierwszy raz coś takiego widziało. Tylko kilku przypomniało sobie, że widzieli takie bagażniki na samochodach, ale oni takich w swoich sklepach „nie prowadzą”. Potem spotykaliśmy się późnym wieczorem na Pietrusińskiego. Po kolacji jechałem spać w przyczepie.
W piątek rano, po przebudzeniu, zaczepiłem przyczepę na hak i podjechałem na Pietrusińskiego. Po śniadaniu i pożegnaniu się z mamą, tak jak wcześniej planowaliśmy wyruszyliśmy „w Polskę”.
Od tego momentu zaczęliśmy typowo turystyczną część naszej podróży do Polski. Skierowaliśmy się w stronę Lublina. Mieliśmy do przejechania około trzystu kilometrów. Jechaliśmy spokojnie, zatrzymując się na krótko w Radomiu i Puławach. W niewielkiej gospodzie przy drodze zjedliśmy obiad.
W Lublinie byliśmy około dwudziestej pierwszej. Zatrzymaliśmy się na prywatnym polu namiotowym u pewnego rolnika na obrzeżu miasta. Zostaliśmy tam przez sobotę i niedzielę. W sobotę chodziliśmy po mieście, raczej w celach handlowych, za to w niedzielę zwiedzaliśmy zabytki miasta. Dodam tylko, że również w Lublinie w sklepach motoryzacyjnych nie znano skrzyniowych bagażników na samochody.
W poniedziałek dwudziestego siódmego już w południe byliśmy w Zamościu. Niewielki kemping znaleźliśmy stosunkowo blisko centrum. Zwiedzanie miasta zakończyliśmy wieczorem i postanowiliśmy nazajutrz pojechać dalej.
W planach mieliśmy jazdę na Pętlę Bieszczadzką zaczynając od Leska do Ustrzyk Dolnych, potem przez Czarną i Lutowiska do Ustrzyk Górnych. Stamtąd wracać przez Wetlinę, Cisnę, Komańczę i Bukowsko do Sanoka a później prosto do domu. To znaczy na wybrzeże do którejś z przepraw promowych do Szwecji. Biletów na powrót nie mieliśmy wykupionych, ponieważ wcześniej nie potrafiliśmy dokładnie określić, kiedy będziemy wracać. Co prawda, na granicy w Kołbaskowie zadeklarowaliśmy, że nasz pobyt w Polsce wyniesie tylko dwa tygodnie, ale liczyliśmy się z tym, że potrwa dłużej.
W każdym razie wyjechaliśmy z Zamościa z myślą dojechania na nocleg do Przemyśla. Zatrzymaliśmy się tylko na dwie godziny w Tomaszowie Lubelskim i potem na obiad w Lubaczowie.
Droga była w okropnym stanie. Jechaliśmy bardzo wolno. Przejechanie tych stu sześćdziesięciu kilometrów z Zamościa do Przemyśla, łącznie z postojami zajęło nam ponad sześć godzin.
Około dwudziestej pierwszej w pobliżu Twierdzy Przemyśl znaleźliśmy pole namiotowe. Z powodu fatalnej nawierzchni drogi od Bełżca zaraz za Tomaszowem Lubelskim, aż do samego Przemyśla byłem wykończony. Wszystkie czynności przy ustawianiu przyczepy wykonywał Marcin.
Początkowo planowaliśmy tylko przenocować w Przemyślu i przed wyjazdem z miasta połazić trochę po nim. Ale doszedłem do wniosku ze potrzebuję trochę odpocząć. Zostaliśmy tam na dwie noce. Okazało się to dobrym pomysłem. Mieliśmy cały następny dzień, to jest środę dwudziestego dziewiątego na spokojne zwiedzanie Przemyśla. Bardzo nam się spodobało to miasto i szkoda by było gdybyśmy poświęcili mu mniej czasu. W każdym razie stwierdziliśmy, że jeden dzień to również stanowczo za mało. Na pewno wrócimy tu kiedyś na dłużej.
W czwartek po śniadaniu wyjechaliśmy do Leska. Do przejechania mieliśmy niecałe osiemdziesiąt kilometrów. Skierowałem się na znany nam dobrze kemping nad samym Sanem tuż przy moście nad rzeką. Około dwunastej byliśmy przy wjeździe na kamping. I wtedy doznaliśmy pierwszego szoku
„To niemożliwe! To nie ten sam kemping…Niemożliwe, aby się tak zmienił przez kilka lat” – zdziwiła się Helena – „Musiałeś się pomylić i przyjechaliśmy w inne miejsce”
„Nie, kochanie. To jest ten sam kemping. Pamiętasz? Z mostu dwieście metrów i w prawo. Nad samą rzeką. Zresztą w Lesku jest tylko ten jeden” – odpowiedziałem jej, ale tak jakoś bez przekonania.
To znaczy, na sto procent wiedziałem, że przyjechałem na ten sam kemping, na którym spędziliśmy ponad tydzień w osiemdziesiątym pierwszym, latem.
To były nasze ostatnie wakacje przed Stanem Wojennym. Pojechaliśmy wtedy naszym stareńkim Fiatem 600 na Pętle Bieszczadzką. Tak nam się spodobało w Lesku, że spędziliśmy na tym kempingu ponad tydzień.
Tutaj jest też basen na powietrzu, nad samym Sanem. Dla gości z kempingu wstęp był bezpłatny. Nasz Marcin, który wtedy miał dziewięć lat nauczył się na nim pływać. Ten nasz przyjazd tutaj podyktowany jest chęcią przejechania tej samej trasy teraz w bardziej komfortowych warunkach, z przyczepą kempingową a nie z namiotem jak wtedy.
Przez te siedem lat od naszego pobytu tutaj, kemping mocno podupadł. Musiało solidnie padać przed naszym przyjazdem, bo cały teren był rozjeżdżonym gliniastym polem bez kawałka trawnika. Dziko rosnące krzewy i drzewa z połamanymi, leżącymi pod nimi konarami, oraz walące się wszędzie śmieci świadczyły o kolosalnym zaniedbaniu.
Wśród tego błota stało kilkadziesiąt brudnych namiotów ustawionych w nieładzie. Były też trzy przyczepki „Niewiadówki” Jedna chyba opuszczona, wyłamane drzwi leżały obok. Wśród tych namiotów pełno młodych ludzi wyraźnie pijanych. Przed niektórymi namiotami odbywały się libacje. W niektórych miejscach na wyciągniętych z namiotów materacach leżących bezpośrednio w błocie spali jacyś ludzie.
Gdy wjeżdżałem na teren, gość w recepcji, nieco zdziwiony naszym przybyciem, powiedział mi, że mogę sobie wybrać miejsce, gdzie chcę a potem przyjść i zapłacić. Więc wsiadłem do samochodu, przejechałem ostrożnie obok rozstawionych namiotów i skierowałem się w koniec kempingu, w pobliże basenu.
Po chwili byliśmy tam. Błota było tu trochę mniej. Znalazłem nawet miejsce w pobliżu słupka z przyłączem do prądu. Na szczęście teren zasłonięty był gęstymi krzewami od tych turystów w namiotach. Stał tam nawet dosyć duży kamper z warszawską rejestracją.
Marcin pomagał mi ustawić i podeprzeć przyczepę, a Helena z Magdą poszła do leżącego niedaleko obozowiska namiotowego budyneczku z łazienkami i toaletami.
Wyciągnąłem przewód elektryczny i podłączyłem go do przyczepy. Drugi koniec poleciłem Marcinowi podłączyć do gniazdka przy słupku. Odkręciłem gaz przy butli. W przyczepie przełączyłem zasilanie lodówki na prąd z sieci. Prądu nie było. Wychyliłem się przez drzwi i krzyknąłem do Marcina
„Sprawdź, czy dobrze podłączyłeś!”
Podczas gdy on gmerał przy słupku, z kampera wychylił się mężczyzna w wieku około pięćdziesięciu lat
„Widzę, że auto na obcej rejestracji a panowie mówią po polsku. Pan pozwoli, że się przedstawię – Kowalczyk jestem, Józef”
Po wymianie uprzejmości pan Józef powiedział patrząc na poczynania Marcina
„Niech się chłopak nie trudzi. Nie ma prądu na całym kempingu. Myśmy przyjechali wczoraj wieczorem. Interweniowałem w recepcji, ale nic nie wskórałem. Coś im się tutaj spaliło. Dopiero jutro mają przyjechać fachowcy”
Od słowa do słowa wypiłem z panem Józefem po piwku, które on postawił, potem ja wyciągnąłem dwa piwa z lodówki. Marcin wystawił nam stolik i foteliki i powiedział, że idzie sprawdzić czy w basenie jest czysta woda.
Dowiedziałem się od pana Józefa, że byli na Pętli Bieszczadzkiej i teraz są w drodze do domu. Odpowiedziałem, że wybieramy się tam właśnie szlakiem wspomnień po wakacjach sprzed kilku lat
„To się pan bardzo zawiedzie” – odparł – „Ja z Grażynką, moją żoną jeździmy w Bieszczady od lat. Poznaliśmy się na obozie harcerskim w Wetlinie w sześćdziesiątym roku. Taki sentyment nas tu ciągnie. Panie, ale to już nie te Bieszczady co dawniej. A w ostatnich latach wszystko zmieniło się gwałtownie na gorsze. Nic nie można kupić. Nie ma gdzie zjeść. Żadnej bazy turystycznej…”
Nadejście Heleny przerwało jego wywód. W czasie, gdy przedstawiałem żonę, z kampera wysiadła pani Grażynka, żona pana Józefa. Po chwili zasiedliśmy na wyciągniętych fotelikach i zanim pan Józef zaczął kontynuować swoje wywody na temat zmian jakie zaszły w Bieszczadach, Helena poinformowała nas w jakim skandalicznym stanie są tutejsze sanitariaty
„Tam wejść nie można. Trzeba mieć kalosze. Ale nawet gdybym je miała to też bym tam nie wchodziła. Smród potworny już na kilkanaście metrów od wejścia. Zajrzałam z ciekawości przez wyrwane z zawiasów drzwi. Rozbite umywalki, śmieci i bród. Córka wołała siusiu, musiała załatwić się w na zewnątrz w krzakach. Poszłam do recepcji z żądaniem natychmiastowego posprzątania. Nic nie wskórałam. Tych dwoje co tam pracuje stwierdziło, że nie mają ludzi do sprzątania. Nikt nie chce tu pracować. Nie dziwię się ludziom…”
„Jak to dobrze, że my nie musimy z tych sanitariatów korzystać” – przerwała Helenie pani Grażynka – „Mamy w kamperze własną łazienkę z toaletą…”
„My, niestety jesteśmy zdani na to co znajduje się na kempingach” – kontynuowała Helena – „Na szczęście miałam ze sobą pieniądze, które otworzyły mi drzwi do toalety w recepcji przeznaczonej tylko dla personelu…”
„Do dupy z takim kempingiem” – przerwał jej Marcin
„Synuś! Licz się ze słowami” – upomniałem go – „Co cię tak wzburzyło?”
„A bo nie ma już basenu…”
„Nie zaczyna się zdania od – A bo” – upomniała go matka
„Jak to nie ma? Przecież widzę, że jest” – wskazałem na widoczną wieżę z trampoliną stojącą nad basenem
„To ruina. Wody w basenie nie ma. Jedna ściana się zawaliła. W środku na dnie leży pełno gruzu i śmieci” – poinformował nas Marcin
Rozmawialiśmy z państwem Kowalczykami jeszcze ze dwie godziny. Potem Pan Józef stwierdził, że około czwartej po południu to on zawsze musi sobie z godzinkę podrzemać, więc się pożegnaliśmy i postanowiliśmy pójść do miasta zjeść coś.
Z kempingu prowadziła parkowa ścieżka prosto do centrum Leska. Szło się cały czas pod górę po niezliczonej ilości schodów. Gdy się je pokonało było się już blisko Rynku. Pamiętaliśmy o przyjemnej niewielkiej restauracyjce, w której, mimo kryzysu z początku lat osiemdziesiątych dawało się całkiem dobrze zjeść.
Po chwili, zdyszani wchodzeniem po schodach stanęliśmy przed wejściem do owej restauracji. I tu doznaliśmy drugiego szoku. Restauracja „Oaza” była teraz śmierdzącą starym bigosem i piwem speluną. Mimo złego pierwszego wrażenia jakie na nas wywarł jej widok weszliśmy do środka w nadziei, że może jednak da się w niej coś zjeść. Bardzo szybko wyszliśmy z powrotem.
Chodziliśmy jeszcze ponad godzinę po Lesku szukając jakiegoś miejsca, gdzie można by coś zjeść. Nic więcej nie znaleźliśmy. Dwa bary mleczne były zamknięte chyba od dawna a w jeszcze jednej restauracji w pobliżu rynku był remont.
Kupiliśmy trochę pieczywa w mijanym sklepie, makaron, twaróg i śmietanę. Wróciliśmy do przyczepy. Podczas gdy Helena szykowała makaron z twarogiem, cukrem, cynamonem i śmietaną, zadecydowaliśmy co robić dalej. Postanowiliśmy, że rezygnujemy z jazdy w Bieszczady. Pojedziemy za to do Wieliczki, Krakowa i Zakopanego. Byliśmy tam w tedy w osiemdziesiątym pierwszym w drodze powrotnej z Bieszczad do Łodzi. Z powodu dłuższego pobytu w Lesku nie starczyło nam wtedy czasu na Kraków i Zakopane, ale Wieliczki nie odpuściliśmy.
Bardzo nam się spodobał kemping w Wieliczce tuż przy samej Kopalni Soli. W zasadzie był przeznaczony tylko dla dewizowych turystów. Płaciło się za niego jak w Pewexie, tylko walutą wymienialną.
Wtedy, latem w osiemdziesiątym pierwszym praktycznie nie było w Polsce turystów zagranicznych. Kemping w Wieliczce był otwarty, ale pusty. Gdy tam przyjechaliśmy widzieliśmy przez siatkę ogrodzeniową tylko jeden kamper z francuską rejestracją. To właśnie w recepcji dowiedzieliśmy się, że jest to miejsce tylko dla zagraniczniaków. Gdy już odchodziłem zawiedziony, gość z recepcji krzyknął za mną
„Poczekaj pan!” – odwróciłem się – „A na długo chcecie się tu zatrzymać?”
„Na jedną noc. Do jutra”
„Dobra! W drodze wyjątku wpuszczę was”
„Ale ja nie mam dolarów”
„Nie szkodzi. Dogadamy się”
No i się dogadaliśmy. Kemping oczarował nas. Równo przycięta trawa na całym obszarze. Czyściuteńko. Parcele ogrodzone równo przyciętym żywopłotem. Na każdej parceli przyłącze z prądem, akurat nam wtedy nie potrzebne, ale bardzo nam to wszystko zaimponowało.
Budynek z sanitariatami zrobił na nas największe wrażenie. Cały wyłożony w środku jasnymi kafelkami. Piękne umywalki, w kabinach prysznicowych armatura z Pewexu. W toaletach to samo. Z niewidocznych głośników słychać było dyskretną muzykę. I to wszystko tylko dla nas i samotnej młodej pary z francuskiego kampera. Aż nam się nie chciało stamtąd wyjść i zwiedzać Kopalnię Soli. Kopalnię jednak zwiedziliśmy, Marcin nam nie odpuścił, ale resztę czasu spędziliśmy na kempingu.
Po posiłku sporządzonym przez Helenę, zamknęliśmy przyczepę i wybraliśmy się na spacer wzdłuż kamienistego brzegu Sanu. Przeszliśmy jakiś kilometr, ale musieliśmy przerwać wędrówkę, ponieważ Magda się przewróciła na tych kamieniach i podejrzewaliśmy, że sobie skręciła stopę. Na szczęście okazało się, że sobie tylko boleśnie stłukła. Przyniosłem ją na rękach do przyczepy. Umyliśmy się w recepcji. Para która tam pracowała była bardzo zadowolona z naszej wizyty w ich łazience. Mieli z tego spory niespodziewany zarobek. Powiedzieli nam, że możemy tam przyjść nawet w środku nocy. Bardzo było im przykro, gdy ich poinformowałem, że wyjeżdżamy z Leska z samego rana zaraz po śniadaniu.
Położyliśmy się spać dosyć wcześnie. Mimo, że staliśmy w pewnym oddaleniu od wesołego obozowiska młodzieży w namiotach, oddzieleni od nich gęstymi zaroślami, to i tak dochodziły do nas odgłosy hucznej imprezy trwającej do samego rana.
Może to zabrzmi dziwnie, ale rano obudziła mnie przejmująca cisza. Spojrzałem na zegarek. Piętnaście po siódmej. Żona i dzieciaki spali w najlepsze. Wyszedłem po cichu z przyczepy. Chwilę się namyślałem, czy iść się wysikać do recepcji. Byłem tylko w piżamie. Nie chciało mi się wracać do przyczepy i wkładać spodni. Wysikałem się za gęstymi krzewami stojącymi między nami a resztą kempingu. Potem ciekawość sprawiła, że poszedłem w stronę dziwnie cichego obozowiska namiotowców.
Widok jaki ujrzałem przypominał pobojowisko po bitwie. W wielu miejscach w ogromnym nieładzie, niekiedy bezpośrednio w błocie leżały ciała nocnych imprezowiczów. Oczywiście, określenie „ciała” jest nie na miejscu. Byli to jak najbardziej żywi ludzie, prawie wyłącznie mężczyźni w stanie wskazującym na spożycie, jak by to określili milicjanci w PRLu.
Wróciłem do przyczepy. Korzystając z tego, że domownicy jeszcze spali, położyłem się ostrożnie i usnąłem.
Magda obudziła nas około dziewiątej. Po szybkim śniadaniu i pożegnaniu się z sympatycznymi państwem Kowalczykami dobrze przed dwunastą wyjechaliśmy z Leska. Do Wieliczki mieliśmy około dwustu dwudziestu kilometrów. Cieszyliśmy się na myśl, że spędzimy kilka dni na tym kempingu, do którego tęskniliśmy od momentu powzięcia decyzji, aby zamiast na Pętlę Bieszczadzką skierować się do Wieliczki.
Niemal punktualnie o szesnastej w piątek, stanęliśmy przed bramą kempingu w Wieliczce. I tu doznaliśmy trzeciego największego w tej podróży szoku.
Zarówno zamknięta na olbrzymią kłódkę brama, jak i cały teren za nią zarośnięty był metrowej wysokości starą trawą. Stojący zaraz za bramą po lewej stronie budynek recepcji był zdewastowany. Wszystkie okna powybijane. Widoczne z daleka parcele, które były w czasie naszej ostatniej wizyty oddzielone od siebie równo przyciętym niewysokim żywopłotem, zarośnięte były teraz chwastami, a żywopłot nie przycinany zdziczał. Tylko stojący w oddali budynek z sanitariatami wyglądał na zachowany w całości.
Po dłuższej chwili, gdy ochłonęliśmy z szoku pojechaliśmy na parking przed kopalnią soli. Zdążyliśmy się załapać na ostatnie tego dnia wejście do kopalni. Pani w kasie z początku nie chciała sprzedać biletów, ponieważ było za mało chętnych, tylko my i jeszcze ze trzy rodziny. Powiedziałem, że przyjechaliśmy specjalnie ze Szwecji, aby pokazać dzieciakom kopalnię. Wtedy sprzedała nam bilety.
Okazało się, że bez naszej wiedzy sprzedała nam bilety z przewodnikiem mówiącym po szwedzku. Na tą grupę, bo łącznie z przewodnikiem stanowiliśmy grupę, załapali się również ci którym przed chwilą pani w kasie odmówiła sprzedania biletów.
Przewodnik, młody chłopak, student z uniwersytetu w Krakowie zrobił na tych polskich rodzinach, które się z nami zabrały na zwiedzanie kopalni, olbrzymie wrażenie znajomością języka szwedzkiego. Na nas też jego szwedzki zrobił wrażenie. Marcin się zastanawiał, czy istnieje jeszcze jakaś inna Szwecja, w której mówią językiem podobnym do tego jakim się posługujemy w naszej Szwecji. Bardzo trudno nam było zrozumieć szwedzki tego przewodnika.
Po dziesięciu minutach poprosiłem go, aby mówił po polsku, oczywiście tylko i wyłącznie w trosce o to, aby wszyscy w grupie wiedzieli o co chodzi. Zgodził się na to bez protestu.
Dalsze zwiedzanie kopalni przebiegło w zdecydowanie lepszej atmosferze. Na koniec, gdy już wyjechaliśmy na górę wdałem się w krótką rozmowę z przewodnikiem. Wspomniałem o tym, że zawiedliśmy się dzisiaj na widok kempingu, na którym zamierzaliśmy się zatrzymać. Spytałem, czy wie może o jakimś innym w pobliżu. Niestety, żadnego innego kempingu w pobliżu nie znał, ale polecił nam gospodarstwo agroturystyczne swojego wujka kilka kilometrów za Wieliczką w stronę Krakowa. Zanotowałem adres.
„Pan powie, że Zdzichu pana poleca. Wujek będzie wiedział o kogo chodzi”
U wujka pana Zdzicha zjawiliśmy się po dwudziestej. Ku naszemu zaskoczeniu zastaliśmy tam bardzo dobre warunki. Gospodarz co prawda nastawiony był na wynajmowanie kwater, ale miał również kilkanaście miejsc za domem przeznaczonych pod namioty, na których z braku turystów mogliśmy ustawić przyczepę.
Pożyczył nam przedłużacz, dzięki czemu mogliśmy podłączyć się do prądu. Nasz kabel był za krótki.
Obszerny garaż w piwnicy domy przerobiony był na łazienki i toalety. Wszędzie było często i schludnie. Okazało się, że żona gospodarza oferowała gościom śniadania i obiady, jeśli takowe się wcześniej zamówiło. Skorzystaliśmy z tego i zamówiliśmy śniadanie na następny dzień.
Mieliśmy zamiar przenocować tylko i po śniadaniu wyjechać do Krakowa, Jednakże następnego dnia przy naprawdę suto zastawionym stole śniadaniowym zmieniliśmy zdanie i postanowiliśmy zostać do końca tygodnia, czyli zostać na sobotę i niedzielę. Do Krakowa jest stąd niewielki kawałek, więc będziemy wyjeżdżać tam samochodem teraz w sobotę i następnego dnia w niedzielę. Wyjedziemy stąd dopiero w poniedziałek. Po śniadaniu rzecz jasna.
Tak też zrobiliśmy. Po śniadaniu, zamówiliśmy u gospodyni kolację na dwudziestą i wyjechaliśmy zwiedzać Kraków. Było bardzo przyjemnie. Wróciliśmy zmęczeni około dwudziestej pierwszej. Czekała na nas dobra kolacja. Gulasz z warzywami, zawijany w placki ziemniaczane.
Przezornie kupiłem w Krakowie kilka butelek „Żywca”. Zjedliśmy i wypiliśmy piwo z gospodarzami. Przy stole narzekali bardzo na to, że w tym roku nie ma turystów i sezon letni zapowiada się na bardzo nieudany.
W niedzielę powtórzyliśmy wszystko to co robiliśmy w sobotę, z tym tylko, że kupiłem więcej piwa.
W poniedziałek czwartego lipca wyjechaliśmy do Zakopanego. Zaraz za Krakowem na Zakopiance ugrzęźliśmy w korku. Zdziwiłem się, bo przecież szczyt podróży był chyba pierwszego lipca, w piątek. Zawsze wtedy zaczynały się turnusy wczasowe, a teraz w poniedziałek czwartego powinno być już luźniej na drogach.
Jechaliśmy z przerwami. Staliśmy w korku po kilkanaście minut. Potem wolna jazda z prędkością trzydziestu kilometrów na godzinę przez kilkanaście minut i znowu wymuszony postój. Dowlekliśmy się w ten sposób do Poronina.
Zjechałem na stację benzynową. Nie tyle z potrzeby zatankowania, ile w nadziei na przeczekanie natężenia ruchu. Dochodziła piętnasta a ja już byłem solidnie zmęczony. Helena i dzieciaki też już miały dosyć. Na stacji zapytałem się pracownika czy on może powiedzieć, kiedy się można spodziewać przerzedzenia ruchu
„Późno wieczorem. Jest tak już od wczoraj. Cepry ze stolicy myślały, że na początku miesiąca będzie największy ruch i poczekały do poniedziałku, a tu masz babo…”
Zapytałem też który kemping poleciłby w Zakopanem
„Żaden. Tam już jest tłok. Szwagier mówił, że nazjeżdżało się młodych i balują już od piątku…”
Od razu stanął mi przed oczami widok pola z namiotami w Lesku. Zniechęciło mnie to do zwiedzania Zakopanego. Poszedłem do samochodu skonsultować sprawę dalszej podróży z rodziną. Helena po wysłuchaniu moich wątpliwości co do sensu dalszej jazdy do Zakopanego, zaczęła się wahać, natomiast Marcin stanowczo był za Zakopanem
„Obiecaliście mi jazdę kolejką linową na Kasprowy. Już raz mi to przeszło koło nosa. Teraz musimy tam dojechać. Jesteśmy już tak blisko…”
„Tam jest teraz masa turystów. Do kolejki trzeba będzie stać kilka godzin…”
„Nie szkodzi! Mogę stać. Wy nie musicie. Sam pojadę na górę”
Żadne argumenty przeciw dalszej jeździe do Zakopanego do niego nie trafiały. W końcu Helena stwierdziła
„Chłopak ma rację. Nie wiadomo, kiedy przyjedziemy tu następnym razem. Jakoś się tam dowleczemy”
Musiałem ustąpić. Prawdę mówiąc też było mi żal odpuścić także tym razem Zakopane. Wpadłem na pewien pomysł
„Poczekajcie jeszcze chwilę. Zaraz przyjdę…”
Poszedłem jeszcze raz na stację benzynową. Zapytałem gościa, z którym rozmawiałem wcześnie czy nie zna jakiegoś kempingu, lub pola namiotowego w pobliżu
„Tu zaraz, ze dwa kilometry za Poroninem, po prawej stronie jest pole namiotowe -Za Torem- się nazywa”
Podziękowałem i pobiegłem do auta. Nie musiałem długo przekonywać o zaletach zatrzymania się przed Zakopanem. Do centrum miasta będzie nie więcej jak sześć, może osiem kilometrów. Obiecałem Marcinowi, że zostaniemy tu kilka dni i że na pewno pojedziemy kolejką na Kasprowy.
Pół godziny później ustawialiśmy się na polu kempingowym. Mieliśmy podłączenie do prądu i dosyć blisko do rzeczki, czy raczej strumienia o nazwie Zakopianka. Ogólnie miejsce bardzo przyjemne i co ważne wyglądające na spokojne. Kilka namiotów i kilka przyczep. Dwie na zagranicznych numerach. Trochę obawiałem się tych namiotów, ale okazało się, że biwakują w nich rodziny z dziećmi.
Tego dnia już nigdzie nie wyjeżdżaliśmy. Korzystając z pięknej pogody zwiedzaliśmy okolicę. Po drugiej stronie drogi do Zakopanego widzieliśmy Wierchporoniec. Pamiętałem z mapy, że zaraz za nim jest granica z Czechosłowacją. Dowiedziałem się, że można podjechać samochodem do schroniska Głodówka. Jest stamtąd łatwa trasa wędrowna na szczyt dla rodzin z dziećmi. Obiecaliśmy sobie tam wejść.
Następnego dnia pojechaliśmy do centrum Zakopanego. Zostawiliśmy samochód na parkingu w centrum przy Krupówkach. Magda pierwszy raz w życiu widziała konną dorożkę. Musieliśmy taką się przejechać. I był to dobry pomysł. Zapłaciliśmy sporo pieniędzy, ale jeździliśmy prawie dwie godziny i co ważniejsze, góral powożący dorożkę zobowiązał się za opłatą w dolarach załatwić bilety na kolejkę na Kasprowy, ale dopiero następnego dnia. No i załatwił.
W środę, zaraz po śniadaniu pojechaliśmy pod kolejkę linową. Byliśmy tam z nim umówieni na jedenastą. Kolejka chętnych na wjazd na Kasprowy była już bardzo długa. Miałem wątpliwości czy uda nam się tam wjechać. Byłem też psychicznie przygotowany na to, że dwadzieścia dolarów zadatku jakie dałem góralowi zostało wyrzucone w błoto.
Przyszedł punktualnie o jedenastej. Miał bilety. Powiedział, żeby iść z nim.
Zaprowadził nas pod boczne drzwi stacji kolejki. Na drzwiach duży napis głosił, że jest to wejście tylko dla pracowników. Zadzwonił do drzwi. Minęło kilka minut zanim ktoś je otworzył. Staliśmy z boku podczas gdy on rozmawiał szeptem z kimś dla nas niewidocznym. Po chwili kiwnął na nas ręką
„Możecie wchodzić”
Dałem mu obiecane następne dwadzieścia dolarów. Zniknął bez słowa pożegnania.
Za drzwiami młoda dziewczyna poprowadziła nas schodami i jakimś korytarzem na górę pod sam peron kolejki. Wagonik jeszcze nie nadjechał. Staliśmy za oszklonymi drzwiami.
Po kilku minutach nadjechał wagonik pełen turystów wracających z Kasprowego. Zanim otworzono drzwi wagonika, dziewczyna nakazała nam wyjść na peron i stanąć po lewej stronie. Drzwi wagonika zostały otwarte i wysiadający zostali skierowani do korytarza, który przed chwilą opuściliśmy. Dziewczyna powiedziała do pracownika stojącego przy drzwiach kolejki
„Goście kierownika”
I odeszła. Gdy byliśmy już w wagoniku, otworzyły się jeszcze jedne drzwi i na peron zaczęli wchodzić ludzie z kolejki do kolejki.
Po chwili jechaliśmy na Kasprowy. Dzieciakom jazda bardzo się podobała. Marcin był zachwycony, a Magda po prostu zaniemówiła. Nasze obawy co do tego, że będzie się bać i może się rozpłakać, okazały się bezpodstawne.
Niestety na samej górze nie zobaczyliśmy zbyt dużo. Szczyt Kasprowego spowity był w gęstej mgle. Pokręciliśmy się tam trochę przy stacji, wypiliśmy oferowaną śmietanę, zjedliśmy oscypki i postanowiliśmy wracać.
Przyczyniło się do tego to, że Helena bardzo źle się poczuła. Już pierwszy raz, gdy byłem z nią na Kasprowym zaraz po ślubie, również źle się czuła. Wtedy myśleliśmy, że to z innego powodu. Teraz przekonałem się, że moja żona jest raczej turystką nizinną.
Po wyjściu z kolejki na dole w Zakopanem te przykre dolegliwości ustąpiły. Resztę dnia spędziliśmy spacerując po Krupówkach. Postanowiliśmy jutro wyjechać w stronę Łodzi, pożegnać się z matką i krewnymi i pojechać w stronę Szwecji. Nasze plany pokrzyżowane zostały, … No, może nie tyle pokrzyżowane co nieco zmienione pewnym wydarzeniem.
Wyjeżdżając z Zakopanego w stronę kempingu zauważyłem przed sobą niewielką półciężarówkę, z której wystawała z tyłu piękna biała skrzynia bagażnika na samochód. Dokładnie taka o jakiej kupnie marzyłem. Puściłem się w pościg za tym samochodem. Z powodu stosunkowo dużego ruchu nie mogłem go wyprzedzić i zatrzymać. Minęliśmy Poronin i dopiero po dwudziestu pięciu kilometrach przy wjeździe do Nowego Targu, gdy zatrzymał się przed sklepem, mogłem podbiec do wysiadającego kierowcy
„Przepraszam pana. Mam pytanie” – zagaiłem rozmowę – „Widzę, że kupił pan bagażnik na samochód. Od dawna staram się taki kupić. Zwiedziłem masę sklepów motoryzacyjnych w kraju i nigdzie o takich bagażnikach nie słyszeli. Gdzie pan to kupił?”
„Źle pan szukał. Jest ich pełno w sklepach ze sprzętem turystycznym…Co panu jest?” – gość przerwał widząc moją reakcję.
Złapałem się za głowę i niemal przysiadłem.
„Panie! Nigdy bym na to nie wpadł, że bagażniki samochodowe należy szukać w sklepie turystycznym!…Co za logika! Odzwyczaiłem się od takiego myślenia…”
„Pan nie tutejszy, prawda?” – przerwał mi
„Tak. Nie tutejszy. Dawno mnie w Polsce nie było. Gdzie pan to kupił?”
„W Bielsku Białej. W centrum, w Domu Towarowym. Na pierwszym piętrze jest tam dział ze sprzętem turystycznym…Wie pan, namioty materace dmuchane, rowery i takie tam”
Podziękowałem za informację. Wróciłem do auta. Podzieliłem się tym co się dowiedziałem. Marcin nie mógł powstrzymać śmiechu. Śmiał się później na samą myśl o tym jak będzie opowiadał to chłopakom w szkole.
Helenie było mniej wesoło, bo słusznie się domyślała, że czeka nas teraz jazda do Bielska Białej. Chciałem tam jechać od razu, ale mnie powstrzymała wskazując na zegarek
„Za piętnaście szósta jest. Nie ma mowy abyśmy tam zdążyli, nawet gdybyś jechał jak wariat. Jutro tam pojedziemy”
Niechętnie przyznałem jej rację. Wróciliśmy na kemping do Poronina. Wieczorem długo nie mogłem usnąć. Miałem do rozstrzygnięcia dylemat. Zwijać się z przyczepą i jechać do Bielska Białej, kupić bagażnik i stamtąd jechać do Łodzi, czy zostawić przyczepę i pojechać tylko samochodem a potem wrócić do Poronina. W końcu zdecydowałem zostawić przyczepę na kempingu. Pojadę tylko samochodem. Będzie szybciej.
Rano przekonywałem Helenę, aby została z dzieciakami, odpocznie sobie, nie będzie się denerwować, jak pojadę trochę szybciej
„Nie będę się denerwować?!…Będziesz jechać jak wariat po ten wymarzony bagażnik! Oczywiście że zostaję z sierotkami…”
„Z jakimi sierotkami?!”
„Z jakimi?! Z naszymi dziećmi. Mam złe przeczucia. Wiem, jak jeździsz!”
„Uspokój się kobieto!…Nie zamierzam szarżować na drodze…”
„To czemu mówisz abym została, że jak pojedziesz szybciej to się będę denerwować?”
„Pojadę tylko nieco szybciej. Uroczyście obiecuję. Sama wiesz, że bez przyczepy jest szybciej…”
„Mamo, pojadę z tatą” – przerwał nam Marcin – „Przypilnuję, aby jechał zgodnie z przepisami”
W końcu stanęło na tym, że Marcin pojedzie ze mną. Zanim wyjechaliśmy jeszcze raz musiałem przyrzec, że będę jechać rozsądnie.
Na drodze do Bielska Białej bardzo trudno było mi dotrzymywać słowa danego żonie, ale Marcin skutecznie mnie hamował. Jeszcze raz przekonałem się o tym, że ma charakter matki. Cały czas bąkał coś o możliwym mandacie za zbyt szybką jazdę. Odpowiadałem mu tak jak kierowcy mają w zwyczaju mówić w Szwecji, że jadę z dozwoloną prędkością plus WAT. Nie był przekonany do tego żartu i cały czas krakał
„Zobaczysz, że zaraz nas zatrzymają i zapłacisz”
No i wykrakał. Tuż przed wjazdem do Bielska Białej dogonił nas samochód milicyjny z niebieskimi światłami na dachu. Oczywiście zatrzymali nas. Jestem do dziś przekonany, że to nie z powodu niewielkiego przekroczenia prędkości o trzydzieści na godzinę w terenie zabudowanym, tylko dlatego, że zauważyli białe tablice rejestracyjne naszego auta, więc postanowili wydoić nieco cudzoziemca.
Postąpiłem po polsku. Na zaproponowane przez pana milicjanta pięć tysięcy złotych mandatu, odpowiedziałem kontrpropozycją zapłaty dwóch tysięcy, ale za to pan milicjant nie będzie musiał trudzić się wypisywaniem kwitu.
Stanęło na trzech tysiącach. W zamian dostałem ustną instrukcję jak dojechać do tego Domu Towarowego w centrum, na którym mi zależało. Byliśmy tam po kilkunastu minutach.
Zaparkowaliśmy przy chodniku naprzeciw wejścia i biegiem na pierwsze piętro. To znaczy ja pobiegłem biegiem. Marcin stwierdził, że jemu się nie pali i doszedł do mnie, gdy czekałem na rozmowę ze sprzedawcą, który akurat kończył jeść bułkę z wędliną, miał pełne usta i nie mógł mówić.
Podczas gdy on przeżuwał ostatnie kęsy bułki ja cieszyłem wzrok opartą o półki skrzynią bagażnika. Sprzedawca skończył przeżuwać i stanął naprzeciw mnie oczekując na pytanie z mojej strony. Ala ja nie pytając stwierdziłem wskazując ręką bagażnik
„Biorę to!”
Gość spojrzał zdziwiony na mnie, taksując mnie wzrokiem
„Pan wie, ile to kosztuje?”
Przykro mi się zrobiło. To już nie pierwszy raz krytycznie oceniany jest nasz szwedzki sposób ubierania się. Fakt. Nie wyglądamy jak paniska, ale żebraków chyba nie przypominamy
„Nie wiem, ale biorę to!”
„Dziewięćdziesiąt tysięcy złotych”
Miałem tyle, a nawet więcej w portfeliku w kieszeni, ale zdecydowałem się sięgnąć do zapinanej kieszeni w koszuli pod swetrem. Wyciągnąłem naprawdę potężny rulon tysiąc złotówek związanych gumką aptekarską. Widok zmiany nastawienia do mnie sprzedawcy był bezcenny i bardzo mnie usatysfakcjonował.
Podczas gdy gość podskoczył po bagażnik, aby go położyć na pustej ladzie, Marcin ze zgorszeniem szepnął
„Musisz się tak wygłupiać?”
„Synuś, odrobina przyjemności mi się należy”
Sprzedawca zademonstrował nam jak otwierać bagażnik i jak go zamykać. Bagażnik miał zawias na przedniej krawędzi. Po otwarciu pokrywa podtrzymywana była na dwóch sprężynach gazowych. Wszystko działało. Instrukcja obsługi i konserwacji była w kilku językach, między innymi po szwedzku. Zapłaciłem. Dostałem kwit
„To teraz niech mi pan da pałąki do mocowania bagażnika na aucie”
„Jakie pałąki?” – zapytał zdziwiony
„No, przecież, to trzeba przymocować do auta”
„A, nie, nie. Pałąki nie są na wyposażeniu”
Z niedowierzaniem zajrzałem w instrukcję. Faktycznie produkt sprzedawany jest bez mocowań, ponieważ każdy samochód wymaga innego mocowania
„Trudno. Niech mi pan sprzeda pałąki na samochód z rynienkami przy dachu”
„My nie prowadzimy sprzedaży akcesoriów samochodowych. Musi pan pytać w sklepach motoryzacyjnych”
Musiałem mieć bardzo głupią minę, bo Marcin wybuchnął śmiechem. Sprzedawca patrzał z pewnym niepokojem, raz na niego, raz na mnie. Gdy Marcin się po chwili uspokoił rzekł do mnie
„Tatuś. W Polsce jesteś. Przestań myśleć logicznie”
Znieśliśmy bagażnik do samochodu. Położyliśmy go obok auta i zaczęliśmy się zastanawiać co robić dalej. Nie znam Bielska Białej, nie mam pojęcia, gdzie są tu sklepy motoryzacyjne. Pewnie tak jak w innych miastach w Polsce, Jeden duży, państwowy Polmozbytu, jeśli jest i kilka lub kilkanaście małych prywatnych sprzedających jakieś akcesoria, niecertyfikowane części samochodowe i kupę gadżetów do samochodów. Wiem z autopsji, że można kupić w nich zwykłe bagażniki na dach auta, których dużo widziałem na samochodach podczas tej podróży. Tylko jak szybko znaleźć te sklepy w obcym mi mieście?
Uzgodniłem z Marcinem, że zostanie przy samochodzie z naszym nowym nabytkiem a ja wezmę taksówkę i poproszę taksiarza, aby zawiózł mnie do najbliższego sklepu.
Dobry pomysł…Tak mi się wydawało. Okazało się, że w całym mieście nie ma zwykłych bagażników. W jednym sklepie był taki bagażnik jaki by mi się przydał. Leżał na wystawie. Cena pięć tysięcy dziewięćset złotych. Niestety sklep był zamknięty. Na drzwiach napis „Remanent”. Zaglądałem do środka przez okna w nadziei, że kogoś tam dojrzę i że można pędzie pertraktować o sprzedanie bagażnika. Niestety. Śladu żywego ducha w sklepie nie zauważyłem.
Taksiarz zawiózł mnie też do warsztatu, w którym mogą zrobić taki bagażnik lub potrzebne mi pałąki. Bingo! Mogą zrobić. Odbiór za tydzień.
Wróciłem do Marcina po przeszło godzinie. Z pustymi rękoma. Czułem, że jestem bliski paniki. Nie mam, jak zamocować wymarzonego zakupu. Nie wiem, gdzie mógłbym jeszcze pojechać szukać potrzebnych mi pałąków, czy zwykłego bagażnika, no i czas leci. Helena na pewno bardzo się denerwuje, że nas tak długo niema.
„Co robić do cholery?” – zastanawiałem się w duchu, lekko spanikowany
„Tatuś, połóżmy go na dachu i przywiążmy sznurkiem…” – zaproponował Marcin
„Jak na dachu?”
„Zwyczajnie. Bezpośrednio. Na kocyku Magdy. Sznurek pociągniemy przez otwarte drzwi…”
„Nie mamy sznurka…”
Nie dokończyłem. Pobiegłem szybko do Domu Towarowego kupić sznurek. Jednocześnie naszły mnie czarne myśli. Z moim szczęściem nie będą mieli sznurka. Może nawet w całym Bielsku Białej nie będzie sznurka.
Na szczęście nie było tak źle. Na dziale z artykułami gospodarstwa domowego kupiłem dwa pęczki po dziesięć metrów sznurka do suszenia bielizny. Teraz pozostawało tylko przywiązać skrzynię do auta i w drogę do Poronina. Tam będę się martwił co zrobić dalej.
Okazało się, że łatwo powiedzieć, przywiązać do auta. Nasza Toyota ma dach, którego płaska część zaczyna się jakieś dziesięć centymetrów nad górną krawędzią drzwi. Ułożenie skrzyni na kocu na dachu i obwiązaniu ją kilkukrotnie sznurkami poprzez otwarte drzwi zajęło nam kilka minut. Co prawda sznurek przeciągnięty przez przednie drzwi od strony kierowcy i pasażera miałem przed samą twarzą na wysokości nosa, ale kto by się przejmował taką drobnostką. Problem pojawił się, gdy chcieliśmy zamknąć drzwi. Za cholerę nie mogliśmy przytrzasnąć sznurka drzwiami.
Po kilkunastu minutach nieudanych prób zmieniliśmy koncepcję mocowania skrzyni na dachu. Najpierw zamknęliśmy tylne drzwi zostawiając otwarte nieco okna. W ten sposób owinęliśmy skrzynię pierwszym sznurkiem. Potem usiadłem za kierownicą. Drzwi zostały zamknięte a okna otworzone. W sposób jak poprzednio, owinęliśmy sznurkiem skrzynię. Potem podciągnąłem szyby aż do sznurka zostawiając niewielką szczelinę. Byłem zadowolony z tego rozwiązania, chociaż niezupełnie.
Marcin wiążąc sznurek pozostał na zewnątrz auta. Otworzyłem okno w przednich drzwiach od strony pasażera i pierwszy raz w życiu ucieszyłem się, że nas syn zawsze wygląda jak niedożywiony. Dzięki temu dosyć szybko znalazł się w środku. Teraz mogliśmy wyruszyć w drogę powrotną.
Jechaliśmy stosunkowo wolno. Przód skrzyni widzieliśmy przez przednią szybę. Niepokoiło mnie, że skrzynia przesuwała się czasami bardziej na jedną stronę, a czasami na drugą. Wtedy otwieraliśmy okno i staraliśmy się ręką wypchnąć ją bardziej na środek.
Modliłem się w duchu, aby nie było potrzeby wysiadania z auta. Kilka kilometrów przed Poroninem poczułem, że jednak taka potrzeba zaistniała. Mój pęcherz przypomniał mi o tym. Na szczęście ostatnią, nazwijmy to, siłą woli, udało mi się dojechać do kempingu. Wjeżdżając na niego wysyczałem przez zaciśnięte z wysiłku zęby do Marcina
„Nóż. Szybko wyciągnij nóż ze schowka i przecinaj te cholerne sznurki!”
„Po co je przecinać. Mamie się przydadzą. Zaraz je odsupłam”
„Przecinaj je, do cholery, bo nie ręczę za siebie!”
Musiałem mieć coś takiego w oczach, bo Marcin bez słowa błyskawicznie je przeciął. Na szczęście zatrzymałem się kilka kroków od toalet.
Jeszcze tego samego wieczoru gimnastykowałem się z Marcinem, aby umieścić skrzynię w przyczepie. Miałem nadzieję, że w ten sposób dowiozę ją do domu. Na noc będziemy ją wyciągać i przechowywać pod przyczepą. Niestety, w żaden sposób nie udało nam się wstawić jej do środka.
Gdyby przyczepa miała otwierane okna na przedzie i na tyle, nie byłoby żadnego problemu. Niestety tak nie było. Okna boczne były za małe, a przez drzwi nie można było z nią skręcić do środka.
Trudno. Skrzynia wylądowała pod przyczepą. Zostajemy jeszcze jedną noc w Poroninie. Jutro zrobię objazd okolicy i może kupię coś odpowiedniego.
Po kolacji wyszedłem przed przyczepę i jeszcze raz zastanawiałem się nad jakimś awaryjnym sposobem zamocowania tego cholernego bagażnika, którego zaczynałem mieć dość.
W pewnym momencie zauważyłem wjeżdżający na kamping samochód. Duży fiat 125p. na dachu miał bagażnik a na nim jakieś pakunki. Chyba namiot, pod nim widoczny stolik i krzesła turystyczne.
Samochód zatrzymał się nieopodal. Wysiadła z niego para w średnim wieku i chłopiec dwunasto- może trzynastoletni. Zdjęli bagaż z dachu. Zaczęli rozkładać namiot, a mnie wpadł do głowy pewien desperacki pomysł.
Gościowi rozkładanie namiotu szło dosyć niemrawo. Zaoferowałem pomoc. Poszło nam dosyć sprawnie. Rozmawialiśmy trochę o uroku tego miejsca i uroków kempingowania ogólnie. Gdy już zrobiło się całkiem przyjemnie zaproponowałem
„Ma pan piękny bagażnik na aucie. Kupię go od pana…Dobrze zapłacę”
„Panie, no co pan? Potrzebuję go”
„Widzi pan? Tam pod przyczepą mam kupiony skrzyniowy bagażnik, ale nie mam, jak go zamocować. Podobno w Zakopanem są takie bagażniki jak pana, ale nie mam czasu tam jechać” – improwizowałem – „Musimy wyjechać stąd jutro przed południem, aby zdążyć na prom do Szwecji. Inaczej przepadną nam bilety”
Nawet niespecjalnie długo musiałem go przekonywać. Zaczął się łamać, gdy zaoferowałem dziesięć tysięcy. Niestety, wyjrzała wtedy z namiotu jego żona, która widocznie słyszała naszą rozmowę
„Gienek! Zgódź się jak pan da piętnaście tysięcy!”
Dałem. Potem wyciągnąłem Marcina z przyczepy i zaczęliśmy montować kupiony od gościa bagażnik na dachu naszej toyoty. W zasadzie potrzebne były nam tylko dwa pałąki od tego bagażnika. Z pozostałych części udało nam się odzyskać kilka śrub z zaczepami, które niemal idealnie pasowały do otworów na spodzie skrzyni.
Po dwóch godzinach, około dwudziestej trzeciej skrzynia była zamocowana. Umyłam się i nareszcie odprężony mogłam się położyć spać.
Zanim usnąłem musiałem wysłuchać Heleny. Dowiedziałem się, ile nerwów straciła czekając na nasz powrót z Bielska Białej. Potem poddała w wątpliwość czy kupno tego bagażnika miało jakiś sens. Wyjaśniłem jej, że przeliczając cenę na korony to wychodzi głupie dziewięćset dwadzieścia koron
„Tylko tyle! A nie, przynajmniej sześć tysięcy jakie musiałbym zapłacić w domu”
„A te inne wydatki, den drugi bagażnik od tego gościa tutaj, mandat za szybką jazdę…”
„Nie jechałem za szybko” – przerwałem jej – „Wyłudzili ode mnie, bo mamy zagraniczne numery”
„Tak. Akurat. Wiem, jak jeździsz, jak mnie nie ma przy tobie…”
„Oj tam! Oj tam!… I tak wychodzi bardzo tanio…”
„Tak. Tanio…A moje nerwy to nie liczysz, ile mnie to kosztowało?”
„Kochanie. Śpijmy już” – chciałem zakończyć tą rozmowę – „Jutro czeka nas długa droga”
Wysłuchałem jeszcze kilku wyrzutów z jej strony, na które już nie odpowiadałem. W końcu wyładowała się i usnęła. Ja też.
Zaraz po śniadaniu wyruszyliśmy w stronę Łodzi. Jechałem bardzo spokojnie, chyba nawet zbyt spokojnie, bo w pewnym momencie usłyszałem
„Co tak się wleczesz dzisiaj?”
„Kochanie, nie chcę, aby pęd powietrza zerwał nam z dachu bagażnik”
Marcin się zaśmiał
„Tatuś go przykręcał i nie ma zaufania do swojej roboty…”
„Pomagałeś mi, dlatego nie jestem pewny czy wszystko jest w porządku”
„Przestańcie już! Jedź trochę szybciej, abyśmy zdążyli przed wieczorem”
W Łodzi byliśmy po dwudziestej. Zatrzymałem się tam gdzie przedtem na Pietrusińskiego. Tym razem nie naprzeciwko wjazdu na skład węgla, tylko kilkadziesiąt metrów dalej. Nie zamierzałem tym razem odstawiać przyczepy na kemping Na Rogach. Będziemy tu stali tylko dwie noce. W niedzielę dziesiątego lipca wyjedziemy z Łodzi.
Tę noc spędziłem u mamy w mieszkaniu razem z Heleną i dziećmi. Mama chciała abyśmy zostali kilka dni, ale po pierwsze, byliśmy już zmęczeni tą podróżą, no i po drugie, czekały na nas obowiązki w Szwecji.
Następnego dnia, w sobotę, przy śniadaniu, uzgodniliśmy, że tym razem nie wracamy przez NRD tylko kupimy bilety na prom z Gdańska do Nynäshamn. Podróż trwa osiemnaście godzin. Połączenie to jest znacznie droższe niż to z Sassnitz do Trelleborgu, ale za to zaoszczędzimy sporo czasu i pieniędzy na paliwie. Z portu w Nynäshamn do domu mamy tylko około sto dwadziestu kilometrów. Wiedziałem, że prom z Gdańska odpływa zawsze w niedziele. Zmieniały się tylko godziny wychodzenia z portu, ale zawsze było to po południu. Pozostawało tylko kupić bilet, oczywiście, jeżeli uda się go kupić.
Zaraz po śniadaniu postanowiliśmy pójść spacerkiem do centrum i w Orbisie na Piotrkowskiej kupić bilety na prom. Niestety, Magda znudziła się szybko spacerem i na rogu Ogrodowej i Cmentarnej wsiedliśmy do tramwaju. Magdzie tak bardzo spodobała się jazda tramwajem, że nie chciała z niego wysiąść, więc Helena postanowiła pojeździć z nią tramwajem tak długo dopóki mała się nie znudzi.
Marcin zdecydował się mi towarzyszyć. Mieliśmy się spotkać po maksymalnie trzech godzinach w domu na Pietrusińskiego.
Z kupnem biletów na prom nie było problemu. Sezon urlopowy dopiero się zaczynał. Prom Pomerania odpływał w niedzielę, o szesnastej dziesięć. Na odprawę należy się stawić minimum półtorej godziny przed wypłynięciem promu z portu. Oznaczało to że musimy być jutro w Gdańsku, w porcie najpóźniej o czternastej czterdzieści.
Po powrocie do domu zastałem już w nim żonę. Przedstawiłem jej jak się sprawy mają. Ponieważ nie lubię się stresować i jechać bez marginesu czasowego, wyjazd od mamy w niedzielę po śniadaniu był nieaktualny. Jazda z przyczepą jest powolna. Dozwolona prędkość maksymalna to siedemdziesiąt kilometrów na godzinę. Teoretycznie czasu by wystarczyło, aby przejechać te trzysta pięćdziesiąt kilometrów do Gdańska. Z praktyki wiem, że z jazdą różnie bywa. Zdecydowaliśmy się na wyjazd z Łodzi na noc.
Zjedliśmy wcześniejszą kolację, potem około siódmej wieczorem pożegnaliśmy się z mamą i wyruszyliśmy w stronę Gdańska. Magda na szczęście szybko usnęła i mogliśmy jechać dłuższy czas bez zatrzymywania się. Przewidywałem, że jadąc przepisowe siedemdziesiąt kilometrów na godzinę powinienem być w Gdańsku około pierwszej w nocy.
Tak się jednak nie stało. Do Gdańska wjeżdżaliśmy niemal punktualnie o trzeciej. Najpierw roboty drogowe prowadzone nocą we Włocławku spowodowały długie oczekiwanie na przejazd. Potem ponad godzinę staliśmy na drodze między Piasecznem a Gniewem. Zatrzymał nas tam wypadek. Duża ciężarówka leżała przewrócona w poprzek drogi. Milicja wstrzymała ruch. Podobno jakieś niebezpieczne materiały wysypały się na jezdnię.
W każdym razie później gdy już wjechaliśmy do Gdańska zatrzymaliśmy się przy pierwszej napotkanej stacji benzynowej. Była zamknięta, ale w środku był pracownik który wychodził obsługiwać dystrybutory i pobierał opłatę.
Zatankowałem samochód tańszym polskim paliwem. Zapytałem czy mogę zostać do rana na parkingu obok. Nie chciał się zgodzić. Mówił coś, o tym, że rano przyjeżdżają ciężarówki i mogę im przeszkadzać. Wypróbowanym sposobem przekonałem go, że nie będę przeszkadzał. Moje zdolności przekonywania ludzi jeszcze się nie wyczerpały i uzyskaliśmy zgodę na korzystanie ze służbowej toalety. Na stacji nie było toalet dla klientów.
Przenieśliśmy ciągle śpiącą Magdę do przyczepy i po zwykłych czynnościach związanych z szykowaniem się do spania mogłem wyłączyć światło w przyczepie przed czwartą. Ponieważ za oknami było już bardzo jasno, nic to wyłączenie światła nie dało. Musiałem opuścić wszystkie zasłonki.
Obudził mnie głośny warkot silnika spalinowego. Zbliżała się siódma. Odchyliłem zasłonkę, kilka metrów od nas zatrzymała się ciężarówka chłodnia z dużym agregatem chłodzącym zamontowanym na dachu szoferki. To ten agregat napędzany silnikiem powodował hałas który mnie obudził. Na szczęście tylko mnie.
Ciężarówka odjechała po dwudziestu minutach, ale nie mogłem już usnąć. Po ósmej obudziła się Magda i po chwili Helena. Tylko Marcin spał nie poruszony ruchem jaki powstał w przyczepie.
Obudziliśmy go gdy już pościel była schowana do bagażnika na dachu (miejsce pod kanapami zajęte było przez kupiony alkohol i piwo), stół podniesiony i śniadanie zrobione.
Byłem w dobrym humorze bo decyzja o wczorajszym wyjeździe z Łodzi okazała się trafna. Do przystani promowej mieliśmy kilka kilometrów i bardzo dużo czasu.
Ze stacji benzynowej wyjechaliśmy około jedenastej. Po półgodzinie byliśmy przed bramkami do odprawy paszportowej i celnej. Przed nami stało kilka samochodów osobowych. Samochody ciężarowe miały osobną kolejkę. Odprawa się jeszcze nie zaczęła. Mieliśmy dużo czasu i nic do robienia.
Okazało się to nieprawdą. Już po kilkunastu minutach mieliśmy zajęcie. Szukanie toalety dla Magdy. Przypuszczam, że sytuacja nie była tak bardzo paląca. Mała po prostu zaczęła się nudzić. Wiemy z doświadczenia, że często tak reaguje, ale nigdy nie wiadomo jak jest naprawdę.
Wysłaliśmy Marcina aby rozejrzał się po okolicy za jakąś toaletą. Z niezrozumiałych dla nas względów gospodarze portu i terenów przyległych byli bardzo oszczędni w umieszczaniu informacji tak ważnych dla podróżnych jak te wskazujące kierunki do publicznych toalet.
Podczas gdy Marcin obarczony przez nas tym poważnym, nie cierpiącym zwłoki zadaniem opuścił samochód, Helena zabawiała córkę starając się za wszelką cenę odwieść jej myśli od konieczności zrobienia kupki właśnie teraz. Ja usilnie starałem się znaleźć jakieś rozwiązanie zastępcze.
W koło nas nie było żadnych krzaczków, zakamarków czy czegoś podobnego, gdzie Magda mogłaby załatwić swoją potrzebę. Wszędzie tylko wybetonowana duża przestrzeń na której stały samochody ze znudzonymi ludźmi w środku, reagującymi ciekawie na każdy ruch w koło nich. Na szczęście po kilkunastu minutach pojawił się Marcin. Toalety są w budynku terminalu, zaraz przy kasach. To tylko jakieś trzysta metrów od nas. Odprowadził tam Helenę i Magdę. Długo nie wracali. Przynajmniej tak mi się wydawało. Gdy w końcu wrócili, bez słowa wyjaśnień pognałem w kierunku terminalu.
Po moim powrocie czuliśmy się odprężeni i nie straszno nam było czekać na odprawę paszportową. Czekanie umilaliśmy sobie wstępnym podsumowaniem naszego pobytu w Polsce. Szybko doszliśmy do wniosku, że przed następnym wyjazdem zagranicznym musimy zmienić przyczepę na tak która koniecznie musi mieć łazienkę i toaletę na pokładzie. Zaoszczędzi nam to stresu jak ten ostatni tu w porcie.
Dalsze rozważania przerwał ruch na przedzie kolejki. Zaczęto odprawiać samochody. Wkrótce przyszła na nas kolej. Odprawę paszportową przeszliśmy bez problemu. Nikt się nie czepiał faktu, że byliśmy w Polsce dłużej niż deklarowane dwa tygodnie. Zaraz za odprawą paszportową zatrzymali nas celnicy. Wysiadłem z auta, podczas gdy oni zaglądali przez okna samochodu do środka. Poszedłem do przyczepy i otwierając drzwi gestem zaprosiłem ich do środka
„Dobra, dobra. Niech pan otworzy tą trumienkę na dachu”
Zrobiłem to posłusznie. Jeden z celników, taki wyższy, obmacał tylko leżącą tam pościel i pozwolił mi zamknąć bagażnik. Odprawę celną mieliśmy za sobą. Czekała nas teraz ta o wiele trudniejsza odprawa celna, po drugiej stronie Bałtyku. Ale to dopiero za kilkanaście godzin.
Po piętnastej trzydzieści zaczęto wpuszczać na pokład promu Pomerania. Wszystko poszło sprawnie. Tym razem nie można było zostać na pokładzie samochodowym, zresztą nawet nie braliśmy tego pod uwagę. Na tak długi rejs, osiemnastogodzinny mieliśmy wykupioną kabinę czteroosobową z oknem.
Można było nie wykupywać kabiny i wiem, że dużo ludzi, zwłaszcza młodych spało w fotelach w kawiarni pokładowej i w innych miejscach gdzie takie fotele się znajdowały. Niektórzy spali bezpośrednio na podłodze w kątach korytarzy.
Nasza kabina miała oczywiście łazienkę z prysznicem i toaletą. Dalej, w stronę okna znajdowały się dwa wygodne łóżka na dole i opuszczane dwa nad nimi. Oczywiście Marcin od razu oznajmił, że będzie spał na górze. Magda nie mogła być gorsza od niego i też chciała spać na górze na co nie mogliśmy się zgodzić. Magda wierzga nogami nad ranem i prawdopodobieństwo, że spadnie z łóżka jest bardzo duże.
Niestety, żadne nasze argumenty przeciwko jej spaniu na górze do niej nie trafiały. Użyła swojego najmocniejszego kontrargumentu w postaci głośnego płaczu z próbami rzucania się na podłogę
„Dobrze! Dobrze już!…Będziesz spała na górze ale dopiero jak wrócimy z restauracji i jak oczywiście zjesz ładnie całą kolację!”
Obiecała zjeść i słowa dotrzymała. Poganiała nas abyśmy szybko jedli bo ona jest bardzo śpiąca.
Prom właśnie ruszył. Zanim wróciliśmy do kabiny udało nam się ją przewietrzyć trochę na otwartym pokładzie. Zostaliśmy na nim tak długo aż wypłynęliśmy z portu. Chcieliśmy ją przetrzymać po za kabiną jak najdłużej, przynajmniej do czasu aż zostawimy za sobą półwysep Helski ale nie daliśmy rady.
W kabinie sama szybko się przebrała w piżamkę, umyła nawet zęby bez przypominania i zaraz sama próbowała dostawić drabinkę do łóżka. Pomogłem jej. Ze zwinnością małej małpki momentalnie była na górze. Zanim usnęła, cieszyła się że tam może spać. Trwało to około godziny. Stałem w tym czasie między łóżkami i pilnowałem aby nie spadła. Gdy już się upewniliśmy, że dobrze śpi, ostrożnie przełożyliśmy ją do łózka na dole. Udało się. Przespała na nim całą noc.
Obudził nas rano komunikat nadany przez głośnik zapraszający na śniadanie. Była godzina siódma. Po ósmej byliśmy w restauracji. Był oczywiście tak zwany szwedzki stół, czyli bufet przy którym można było sobie nałożyć na talerz co się chciało i ile się chciało.
Gdy kończyliśmy jeść nadano komunikat że przypłyniemy do Gdańska o dziesiątej i że pokład samochodowy otwarty będzie dziesięć minut przed dziesiątą. Wróciliśmy do kabiny spakować nasze rzeczy.
Na dół, na pokład samochodowy zeszliśmy akurat w momencie otwierania drzwi. Dosyć szybko zjechaliśmy z promu. Po kilkuminutowej jeździe przejechaliśmy przez bramki kontroli paszportowej. Nikt nas nie zatrzymał. Kawałek dalej stali celnicy. W ręku trzymali jakieś notesy. Zerkali w nie a potem na numery rejestracyjne wolno przejeżdżających samochodów. Niektórym kierowcom nakazywali zjechać na bok
„No, to teraz nas oszpecą” – pomyślałem – „Zabiorą alkohol, piwa też nie oszczędzą”
„Nie trzeba było tyle tej wódy kupować…” – odezwała się Helena
„Czyta w moich myślach” – pomyślałem z niepokojem
Jednak mieliśmy szczęście. Przepuścili nas. Wyjechaliśmy szybko na drogę w kierunku Sztokholmu. Po dziesięciu kilometrach skręt w lewo w stronę Södertälje. Tam jeszcze raz w lewo na E4 i po półtorej godziny byliśmy w domu.
Tak zakończyliśmy nasz urlop z przyczepą kempingową w Polsce. Moje ciche marzenie o kupnie bagażnika szczęśliwie się ziściło. Helena i dzieciaki też byli zadowoleni. Jedynie czego się nie spodziewaliśmy to tego, ze Magdzie przejdzie ochota na bigos. Podczas pobytu w Łodzi jadła bigos przynajmniej raz dziennie. Gdy wysiadaliśmy z auta przed domem zapytała
„Mamusiu, ale dzisiaj nie muszę jeść bigos, prawda?”
KONIEC