TRZY DNI Z ŻYCIA BIUROWEGO W PRL

Ten dzień, czwartek dziewiątego listopada siedemdziesiątego drugiego, zaczął się jak każdy inny dzień roboczy tygodnia. Tak jak zawsze dopiero na przystanku tramwajowym na Srebrzyńskiej przy Kasprzaka jestem dobudzony. Podchodzę do kiosku Ruchu, staję w kolejce. Przede mną kilkanaście osób. Rozglądam się czy nie nadjeżdża dziesiątka. Przejeżdżała przed chwilą w kierunku pętli na Srebrzyńskiej, powinna zaraz tu być. W końcu jestem przy okienku. W środku siedzi młoda dziewczyna. Nigdy jej tu wcześniej nie widziałem

„Głos Robotniczy poproszę”

Ze stosika gazet leżących przed nią, podaje mi jedną. Płacę pięć złotych i już mam odejść, ale nie mogę się powstrzymać, aby sobie nie zażartować. Zwracam się do niej jeszcze raz

„Pani mi da jeszcze jeden Głos Robotniczy. Jutro nie będę mieć okazji kupić”

„Jutro będzie nowy numer” – odpowiada poważnie

Wacha się podać mi gazetę. Czeka na moją odpowiedź

„To co z tego. Będą w nim te same bzdety” – odpowiadam

„Ale program telewizyjny będzie nowy” – odpowiada ze śmiechem facet stojący za mną

Nie zdążyłem mu odpowiedzieć. Nadjechała dziesiątka. Sam sięgnąłem po drugi egzemplarz gazety. Rzuciłem drugie pięć złotych i pobiegłem do tramwaju.

Po przesiadce wysiadam w końcu przy Dworcu Fabrycznym. Muszę się pospieszyć. Jest za pięć siódma. Ta nowa kadrówka, wredna małpa, zabiera listę obecności dokładnie o siódmej. To nic, że człowiek wpadnie do biura dwie minuty po. Trzeba iść do jej pokoju i się tłumaczyć. To, że tramwaj się spóźnił nie jest w jej oczach żadnym wytłumaczeniem.

W tym tygodniu już raz się spóźniłem, w poniedziałek, całe dziesięć minut. Darowała mi wtedy

„Pierwszy raz pan się spóźnił, panie Jarku, dlatego przymknę tym razem na to oko, ale tylko raz” – powiedziała z kokieteryjnym uśmiechem

Dzisiaj na pewno mi się nie upiecze. Puściłem się biegiem w stronę Armii Ludowej. Po trzech minutach przebiegam przez portiernię, potem przez dziedziniec i wpadam na klatkę schodową.

Nasze biuro znajduje się na drugim piętrze pofabrycznego budynku. Zziajany otwieram drzwi do biura. Zaraz za drzwiami stoi wysoki stolik, na którym powinien leżeć zeszyt A4 z listą obecności na aktualny dzień. Należy się podpisać przy swoim nazwisku. Tuż przed piętnastą kadrowa kładzie listę z powrotem na stoliku. Podpisujemy ją wychodząc z pracy o piętnastej…Nie! Źle mówię…Po piętnastej. Kadrówka stoi zawsze w drzwiach swojego pokoju i pilnuje, aby nikt nie podpisał się przed piętnastą jeden.

Tak więc zziajany otworzyłem drzwi do biura. Rzut oka na stolik. Listy nie ma. Patrzę w głąb korytarza. Widzę ją jak się zbliża do drzwi swojego pokoju. W ręku trzyma zeszyt z listą obecności u którego dynda przywiązany na sznurku długopis

„Pani Krysieńko kochana!” – krzyczę – „Jeszcze nie ma siódmej!”

Podbiegam do niej i podsuwam zegarek pod nos. Zatrzymała się. Podniosła rękę tak aby spojrzeć na swój zegarek. Zauważyłem, że ma szwajcarską Delbanę

„U mnie jest już po siódmej dwie” – odpowiedziała stanowczo i zrobiła krok w stronę drzwi.

„Ale mój zegarek jest radziecki…Poljot. Radziecki nie może się mylić. Jest lepszy od szwajcarskiego” – walnąłem wiedząc, że mam już przerąbane

Ku mojemu zdziwieniu zatrzymała się w pół kroku odwróciła się w moją stronę ze złośliwym uśmiechem

„Dowcipny pan jest. Proszę, niech pan podpisze, ale to naprawdę ostatni raz”

Aż mi się wierzyć nie chce. Z wrażenia nawet nie podziękowałem.

W naszym pokoju wszyscy już pracują. No, może przesadziłem z tą pracą. W każdym razie jak zwykle, wszyscy siedzą przy biurkach odwróceni plecami do swoich desek kreślarskich. Przed każdym rozłożona gazeta. Głos Robotniczy lub Dziennik Łódzki. Tylko przed Rysiem leży Trybuna Ludu. Rysiu jej nie lubi czytać. Woli Dziennik Łódzki. Rysiu jako jedyny z dziesięciu osób w naszym pokoju jest partyjny.

Pewnego razu z rana, przeszedł do niego w jakiejś sprawie sekretarz POP, czyli Podstawowej Organizacji Partyjnej w naszym Biurze. Rysiu, tak jak wszyscy przez pierwsze pół godziny z rana, czytał gazetę i popijał herbatę. Tak jest przyjęte i nikogo to nie dziwi. Sekretarza też nie. Zdziwiło go coś innego

„To wy towarzyszu, nie czytacie Trybuny Ludu?” – zapytał niby żartem

Rysiu bardzo się tym przejął. Od tego czasu zawsze kupuje Trybunę. Leży na jego biurku demonstracyjnie rozłożona przez cały dzień. Nie czyta jej. Pożycza od kogoś Dziennik Łódzki i idzie czytać w ubikacji.

Moja deska i biurko znajdują się w końcu naszego pokoju. Idąc na swoje miejsce mijam wszystkich z naszego zespołu. Przechodząc koło pani Jadzi, tej co kondony sprzedaje, podałem jedną z kupionych gazet.

Z tymi kondonami to było tak, że pewnego razu pokłóciła się z kolegą, z którym była na Ty. Nie miała racji i tak się wkurzyła, że wypowiedziała mu znajomość

„A, poza tym to ja jestem pani magister. Tak proszę się do mnie zwracać od dzisiaj!” – oznajmiła mu

„Pani magister to w aptece kondony sprzedaje” – odpowiedział jej

Od tego czasu zawsze za jej plecami mówiliśmy o niej: ta co kondony sprzedaje. Z początku się oburzała, ale w końcu się przyzwyczaiła.

Pani Jadzia niemal zawsze nie ma czasu kupić swojej gazety przed przyjściem do pracy. Czas z rana, który inni poświęcają na czytanie pani Jadzia przeznacza na malowanie się

„Dziękuję panie Jarku. U mnie w kiosku już nie było”

Pani Jadzia dopiero jak skończy się malować podejdzie do mojego biurka i zapłaci za gazetę.

Siadam przy biurku i rozkładam gazetę. Po chwili Julka, nasza kreślarka, przynosi mi herbatę. W tym tygodniu ona zajmuje się gotowaniem wody na herbatę. Tylko mi przynosi zaparzoną herbatę do biurka. Po niedzieli będzie moja kolej. Jak zaparzę to czasami zanoszę ją Julce.

Normalnie to każdy podchodzi do naszego kącika herbacianego i sam sobie serwuje. Koledzy z drugiego zespołu w naszym pokoju mają swój kącik i postępują podobnie.

Upiłem łyk herbaty i spojrzałem na ostatnią stronę gazety. Nic ciekawego w wiadomościach sportowych nie było. Odłożyłem gazetę i zamyśliłem się zapatrzony na pochyloną nad rysunkiem Julkę.

Julka kreśliła tuszem nasze rysunki wykonane ołówkiem. Tak jak inni kreślarze miała deskę kreślarską położoną niemal poziomo. Aby sięgnąć do górnej części rysunku, musi się niemal położyć na desce. Wtedy jej piersi… Ach! Co tu dużo mówić. Można patrzeć i patrzeć na nią jak kreśli te rysunki…

„Jak tam, panie Jarku? Skończy pan zestawienie tego krosna w tym tygodniu?” – przerwał mi szef zespołu inżynier Jakubowicz

„Tak. Oczywiście. Jutro dam Julce do tuszu”

Popsuł mi humor tym przypomnieniem. Robię rysunek tego zestawienia już drugi raz. Wszystko przez tą nową sprzątaczkę. Jest bardzo ambitna i przykłada się do pracy jak cholera.

W ubiegłym tygodniu rysunek był niemal całkiem skończony. Był jeszcze rozwieszony na desce. Następnego dnia chciałem go jeszcze raz sprawdzić przed oddaniem Julce do kreślenia. Niestety, nic z tego nie wyszło. Następnego dnia mój rysunek rozpięty na desce wyglądał jak zmięta szmata. Wszystko było zamazane.

Okazało się, że nowa sprzątaczka w zapale pracowitości przetarła nasze deski z kurzu mokrą szmatą. Tylko moja deska nie była przykryta ceratową zasłonką zamontowaną na górze deski.

Mieliśmy te zasłonki od jakiegoś roku. Przyszła taka dyrektywa z góry, żeby zasłaniać deski z rozwieszonymi rysunkami, gdy się idzie do domu. Ponoć miało to strzec naszych tajemnic zawodowych przed okiem ewentualnych szpiegów. Moje wrodzone lenistwo sprawiło, że dosyć szybko zaniechałem codziennego porannego zwijania zasłonki a po pracy jej rozwijania. Szef mnie kilkakrotnie upomniał abym to robił, ale widać było, że nie był całkiem przekonany do tych zabiegów. Dopiero jak rysunek został zniszczony przypomniało mu się

„Mówiłem!… Mówiłem wiele razy panu, aby zasłaniać tą cholerną deskę!… I co? Nie miałem racji?! Teraz musi pan robić wszystko od początku”

„Mówił mi pan, szefie, ale to nie Niemcy z NRFu zniszczyli rysunek, tylko…”

„Niech pan nie miesza w to Niemców. W przyszłym tygodniu musi to być gotowe”

No i jest prawie gotowe. Odwinąłem zasłonkę i zacząłem się przyglądać rysunkowi. Odtwarzanie tego co zrobiłem poprzednio poszło mi dosyć sprawnie. Dzisiaj, najdalej jutro w piątek do południa powinienem skończyć.

„Panowie! Czytaliście?! – wydarł się na cały pokój Tadzio, kolega konstruktor z sąsiedniego zespołu – „Dzisiaj w Warszawie pokazują nowy samochód. Będzie się nazywał Polski Fiat 126p. będzie produkowany na Żeraniu!”

Mimo, że miałem swoją gazetę podbiegłem do Tadzia. Stali już nad nim i nad jego rozłożonym Głosem Robotniczym inni koledzy, którzy mieli do niego bliżej.

No i zaczęła się dyskusja samochodziarzy teoretyków na temat opisanego dosyć pobieżnie samochodu. Tylko szef zespołu, w którym pracował Tadzio nie brał w niej udziału. On jeden w naszym pokoju był samochodziarzem. Miał samochód. Dokładniej, to miał Syrenę 102. Przysłuchiwał się naszej dyskusji z pewną wyższością osoby należącej do bądź co bądź elitarnego kręgu posiadaczy samochodów.

W naszym biurze liczącym około osiemdziesięciu osób aż dziewięć posiadało auta. Założyli nawet koło motoryzacyjne i raz, w ubiegłym roku, zorganizowali Rajd z Łodzi do Wieliczki. Chciałem się do nich zapisać, ale motocyklistów nie chcieli mieć u siebie.

Nie, to nie. Dogadałem się z czterema innymi od nas z pracy, którzy mieli motocykle i pojechaliśmy śladem „Rajdowców”.

Mieliśmy ubaw po pachy. Z sześciu załóg samochodowych biorących udział w rajdzie, do Krakowa dojechały dwie. Jedna IFA, P70, stary Moskwicz i przedwojenny Adler, rajdu nie dokończyły.

Tylko szef Tadzia, inżynier Kulmach oraz dyrektor Malinowski ze swoim Wartburgiem dojechali do Wieliczki. No i wszyscy my, motocykliści.

Dyrektor Malinowski był na rajdzie z panią Krysią, ze Zjednoczenia. W Wieliczce pożegnali się z nami i pojechali nocować do hotelu w Krakowie. Inżynier Kulmach z żoną i synem postanowili wyruszyć na noc do domu.

My, motocykliści dogadaliśmy się z jednym z okolicznych gospodarzy i rozbiliśmy namioty w jego obejściu za stodołą. Wesoło było tej nocy. Zrobiliśmy ognisko, piekliśmy kiełbaski. Było dużo piwa i gorzałki. Tylko mnie było trochę smętnie.

Jako jedyny przyjechałem sam. Julka, nasza kreślarka zgodziła się ze mną pojechać, ale dowiedziała się, że jedzie taka jedna co mieszka w jej bloku, więc zrezygnowała

„Nie chcę, żeby ludzie u nas w bloku gadali” – powiedziała

Wkurzyła mnie tym wtedy. Długo się do niej nie odzywałem, ale jakoś mi przeszło. Teraz nawet daje się czasem namówić do kawiarni, czy do kina, ale niestety, na nic więcej.

Raz ją wziąłem na motocykl, ale nie ujechaliśmy nawet dwóch przecznic w mieście. Okazało się, że Julka boi się jazdy motocyklem. Zupełnie jak moja… A! Nieważne. W każdym razie tak bardzo się wystraszyła jazdy motocyklem, że wracała do domu pieszo.

Gdybym miał samochód, pewnie by się nie bała jechać ze mną…

„Z opisu wynika, że to nie samochód, tylko jakieś gówno”

Donośny bas inżyniera Kulmacha wyrwał mnie z chwilowego zamyślenia.

„Trzeba to najpierw zobaczyć, żeby móc ocenić” – włączył się inżynier Jakubowicz

„Za piętnaście minut jest pociąg z Fabrycznego do Warszawy” – zauważył Jurek, kreślarz od inżyniera Kulmacha – „Zdążymy pojechać, zobaczyć i wrócić około trzeciej” – ocenił optymistycznie.

Szefowie błyskawicznie stwierdzili ze właściwie to w tej chwili nie mamy za dużo roboty i w zasadzie…

„No to jedziemy!” – krzyknąłem.

„A pana rysunek?” – zapytał szaf

Pomyślałem, że właściwie nie muszę go sprawdzać, tak jak zamierzałem. Przecież robiłem go drugi raz. Musi być dobry

„Julka może go już kreślić” – stwierdziłem – „Julka! Zdejmij mój rysunek z deski i zabierz się za niego!”

„Też chcę z wami jechać” – odarła zasmucona

Podszedłem do niej i szepnąłem jej do ucha

„Pojedziemy razem w sobotę po pracy do Warszawy. Obejrzymy samochodzik, przenocujemy w hotelu i wrócimy w niedzielę…Dobrze?”

„Dobrze, ale…”

„Co – ale?”

„Świntuch jesteś” – odpowiedziała po cichu z uśmiechem, a nawet powiedziałbym, że z radością

„Boże! Nareszcie się zdecydowała!” – ucieszyłem się – „Trzeba kuć żelazo, puki gorące!”

Zdążyliśmy na pociąg. Było nas razem osiem osób. Ja, inżynierowie Jakubowicz i Kulmach, pani Jadzia, Rysiu, Tadziu, Jurek i konstruktor od nich pan Stanisław.

Całą drogę do Warszawy rozmawialiśmy o Fiacie 126p, samochodach i ogólnie o różnych zagadnieniach dotyczących współczesnej motoryzacji światowej, ze szczególnym uwzględnieniem motoryzacji polskiej.

W Warszawie szybko dostaliśmy się tramwajem na Plac Defilad. Mina nam bardzo szybko z rzedła, gdy zobaczyliśmy już z daleka tłumy ciekawskich tłoczących się wokół czegoś co było dla nas nie widoczne.

Po trzech godzinach byliśmy przy aucie, Tylko pani Jadzia gdzieś się zapodziała. Panowie pilnujący samochód pozwalali ludziom stojącym w kolejce siadać na pół minuty za kierownicą. Inni w tym czasie oglądali z zewnątrz otwarty bagażnik i komorę silnika z tyłu. Ludzie dotykali karoserię, bujali samochodem sprawdzając resory i amortyzatory. Ci co mieli szczęście posiedzieć chwilę w aucie komentowali wygląd auta od środka i wygodę siedzenia w nim.

Pierwszym z naszej grupy, który się dostał do środka był pan Stanisław. Z racji swojego wzrostu nikczemnego, dostał się pod ramionami tych którzy stali bliżej auta.

No i zaczęło się. Pan Stanisław siedząc za kierownicą zaczął donośnym głosem krytykować ciasnotę autka. Że mało miejsca nad głową, że nie ma gdzie nóg trzymać i że się dusi z powodu braku powietrza. Rozbawił tym stojących w koło auta. Ktoś się odezwał ze śmiechem do swojego kolegi

„Popatrz Heniu. Takiemu kurduplowi jest ciasno w tym aucie, to ty ze swoimi stu osiemdziesięcioma centymetrami nawet nie próbuj…”

Gościu nie zdążył dokończyć. Pan Stanisław wyskoczył błyskawicznie z auta i zadzierając głowę do góry zwrócił się do niego

„Co?! Kurdupel? Tak?!”

Jednocześnie zamachnął się próbując uderzyć gościa. Nie udało mu się. Kolega gościa, Heniu, złapał pana Stanisława za uniesioną rękę

„Spierdalaj, mały i nie podskakuj!”

Ruszyliśmy na ratunek panu Stanisławowi. Udało nam się go odciągnąć na bok. Stałem przy nim i starałem się go uspokoić jakimiś słowami o tym, że nie warto się wdawać w zaczepki słowne. Jednocześnie dotarł do nas bas inżyniera Kulmacha rozmawiającego pojednawczo z nieznajomym panem Heniem

„Pan się nie denerwuje, wie pan jak to jest z kurdu…” – przerwał i poprawił się – „Chciałem powiedzieć z niskimi. Nie lubią wysokich, takich jak pan i ja. Taki kompleks mają…”

„Nie kompleks, tylko odległość ich serca od dupy jest dużo mniejsza niż u mnie, czy u pana i dlatego ich serce się w gównie macza cały czas, stąd taki charakter u nich” – włączył się ktoś z tłumu

Głośny rechot stojących najbliżej zagłuszył wściekłe wyzwiska pana Stanisława pod adresem wszystkich obecnych mężczyzn. Przy okazji wyraził się niekorzystnie o domniemanej profesji matek zgromadzonych mężczyzn.

Jeszcze raz spróbowałem powiedzieć do niego coś uspakajającego, ale odepchnął mnie i oddalił się znikając gdzieś w tłumie.

Po chwili wszyscy zebrani w koło samochodu zapomnieli o incydencie z panem Stanisławem. W końcu i mnie udało się usiąść za kierownicą Fiata. Ale zamiast podziwiać samochód, oczami wyobraźni widziałem koło siebie Julkę.

Musiałem mieć przy tym przymknięte oczy bo w pewnym momencie dotarło do mnie

„Panie! Nie śpij pan! To nie hotel. Inni też chcą wejść do środka”

Wyszedłem z autka. Jeszcze raz rzuciłem na nie okiem i zacząłem rozglądać się za kolegami. Stali z boku i rozmawiali o samochodzie. Okazało się, że już siedzieli w środku.

„To co? Teraz szybko na dworzec, panowie. Zdążymy jeszcze na ten o szóstej dwadzieścia” – zauważył Jurek

„Musimy chyba zaczekać na panią Jadzię i Stanisława” – powiedziałem nieśmiało

„Nie musimy. Dorośli są. Trafią do domu” – zadecydował mój szef

„Dobrze byłoby coś zjeść przed wyjazdem. Głodny jestem” – stwierdził Kulmach

Przyznaliśmy mu rację. Postanowiliśmy zjeść w barze na dworcu.

W drodze na dworzec rozmawialiśmy trochę o panu Stanisławie.

Inżynier Kulmach, jego szef, znał go od dawna. Razem pracowali w Wifamie zanim trafili do naszego Biura

„On jest bardzo uczulony na punkcie swojego wzrostu…”

„Raczej braku wzrostu” – zaśmiał się Tadzio

„No, właśnie” – kontynuował inżynier Kulmach – „Zauważyliście panowie, jakie on buty nosi?… Robione na zamówienie numer trzydzieści siedem, jak dla dzieci. Do tego obcas przynajmniej pięć centymetrów. I ta czapka ze sztucznego misia. Wysoka jest, a i tak w niej sięga mi ledwo do ramienia”

Zanim znaleźliśmy się w barze na dworcu, dowiedzieliśmy się jeszcze, że pan Stanisław ma wpisany w dowodzie wzrost sto czterdzieści siedem centymetrów, ale twierdzi, że to pomyłka i powinno być sto pięćdziesiąt.

Na dworcu okazało się, że tak jak przypuszczaliśmy, pociąg o szóstej dwadzieścia już odszedł. Nie zmartwiło nas to. Udaliśmy się do baru. Niestety nie było specjalnie dużo do wyboru.

Zamówiliśmy bigos z pieczywem i piwo. Inżynier Kulmach skrzywił się z niechęcią

„Tym się panowie, nie najecie. Jadłem tu nie tak dawno ten ich bigos. Sama śmierdząca kapusta. Ale mieli dobre śledzie w śmietanie. Grube, tłuściutkie…palce lizać”

Zamówił śledzia w śmietanie. Piwo też zamówił. Odebraliśmy nasze piwa i przeszliśmy do stolików. Zestawiliśmy dwa razem. Kutki i płaszcze powiesiliśmy na stojącym obok wieszaku. Nie upłynęło dużo czasu, gdy usłyszeliśmy

„Bigos i śledź! Proszę odebrać!”

„Ja przyniosę!” – oznajmiłem i podniosłem się od stołu

„Pomogę ci” – zadeklarował Tadzio

Przy bufecie stały już nasze bigosy na dwóch tackach. Na trzeciej stała porcja ze śledziem i pięć bułek zawiniętych w serwetki. Do śledzia nie było pieczywa

„Ale się zdziwi!” – zaśmiał się Tadzio na widok śledzia

Faktycznie. Porcja śledzia była bardzo mizerna. Mały płaski kawałek. Odrobina czegoś białego, co miało być śmietaną wyglądała jakby ktoś napluł na śledzia. Za to nasze porcje bigosu były bardzo pachnące i jakoś nadzwyczajnie duże.

Udało mi się wziąć dwie tacki na raz. Tadzio wziął tą ze śledziem. Gdy postawiliśmy je na stoliku inżynier Kulmach aż podskoczył, gdy zobaczył swojego śledzia. Wszyscy głośno się zaśmiali

„Tym się pan nie naje. Niech pan, kolego, zamówi bigos. Wygląda dobrze” – zachęcał go inżynier Jakubowicz

„Nie. Dlaczego. Ja wolę śledzia. Dla mnie wystarczy” – Kulmach próbował robić dobrą minę

Zaczęliśmy jeść w milczeniu. Bigos nie smakował mi specjalnie, jadłem lepszy, ale nie okazywałem niezadowolenia. Przeciwnie. Po chwili rzekłem, delektując się nim

„Pychota!…dawno nie jadłem czegoś tak wspaniałego”

„Faktycznie” – przyznał mi rację Tadzio – „Niebo w pysku”

Kulmach spojrzał na nas wrogo, ale nic nie powiedział. Szybko zjadł swojego śledzia, podczas gdy my mieliśmy jeszcze dużo na talerzach.

„No i jak?” – zapytał Jurek – „Smakował panu? Nie było za mało?”

„Smakował. Dobry był” – odpowiedział, ale tak jakoś bez przekonania – „Chyba zamówię sobie drugą porcję”

Odszedł do bufetu

„Nie mamy więcej. To był ostatni, może bigosik dla szanownego pana?” – dotarło do nas

Podziękował i wrócił do stolika

„Zamówił pan?” – zaciekawił się Tadzio

„Nie. Zrezygnowałem. Nie jest zdrowo obżerać się wieczorem”

„Ha! Ha! Ha! Pan się chyba nie obżarł” zauważył Jurek.

Nic nie odpowiedział. Spojrzał na zegarek

„Panowie! Czas iść na peron. Pociąg zaraz będzie” – przypomniał nam

Po paru minutach byliśmy na zatłoczonym peronie. Pociąg był właśnie podstawiany To był ostatni pociąg tego dnia do Łodzi Fabrycznej.

Przy wchodzeniu do wagonów pogubiliśmy się. Usiadłem na ostatnim wolnym miejscu dopiero w drugim wagonie. Nikogo z kolegów w tym wagonie nie było.

Gdy pociąg ruszył. Dosyć szybko poczułem znużenie, ale nie mogłem usnąć, mimo, że nigdy nie miałem z tym trudności w podróży. Tym razem Julka mi w tym przeszkadzała. To znaczy fantazjowałem o tym co mnie czekać będzie już w sobotę wieczorem, gdy zamelduję się z Julką w hotelu w Warszawie.

Podróż do Łodzi zleciała mi bardzo szybko i przyjemnie. Po wyjściu z pociągu odnalazłem wszystkich kolegów. Inżynier Jakubowicz stwierdził, że zajmie się panią Krysią, naszą kadrówką i postara się ją przekonać, że nasza niespodziewana podróż do stolicy była absolutnie konieczna

„Zauważyłem, że ma baba słabość do mnie” – dodał z uśmiechem

Pożegnaliśmy się i każdy poszedł w swoją stronę.

Następnego dnia, w piątek, przyszedłem do pracy już o w pół do siódmej. Portiernia była jeszcze zamknięta. Wystraszyłem zaspanego portiera

„Co się stało?!” – zapytał zaskoczony – „Szósta dopiero minęła”

„Kontrola z ministerstwa zaraz tu będzie. Obudź pan kolegę” – zażartowałem

„Jezusie Nazareński!…Józek! obudź się, do cholery!” – usłyszałem za sobą wychodząc na dziedziniec Biura.

Śmialiśmy się zawsze z tej portierni i tych portierów co w niej pracowali. Wcześniej nie było u nas portierni. Wchodziło się przez furtkę obok bramy i szło do klatki schodowej a potem schodami do Biura.

Portiernia została utworzona rok temu. Firma zatrudniła sześciu portierów pracujących po dwóch na trzy zmiany.

Nigdy się nie dowiedzieliśmy dlaczego na trzy zmiany. Pracujemy tylko od siódmej do piętnastej. Potem Biuro jest zamknięte. Dowiedzieliśmy się tylko, że przyszło nowe zarządzenie ze Zjednoczenia, aby skasować listy obecności i zainstalować zegary do odbijania kart, takich jak w fabrykach.

Zegary zgodnie z jakimiś przepisami powinny być na portierni.

„Jak nie macie portierni to ją należy utworzyć” – dowiedział się dyrektor Malinowski.

Należało jeszcze kupić dwa zegary do tych kart. Nikt nie wiedział, dlaczego dwa, ale to i tak nie miało znaczenia.

Aby kupić te zegary powinny być one umieszczone w planie na bieżącą pięciolatkę. Zjednoczenie tego nie zrobiło. Dopiero w przyszłej pięciolatce dostaniemy te zegary.

Ktoś ważny w Zjednoczeniu zauważył, że skoro mamy już portiernię i portierów, to powinni oni wpuszczać pracowników tylko po okazaniu przepustki ze zdjęciem zatrudnionego.

Od kilku miesięcy przepustki drukują się w jakiejś spółdzielni inwalidów. Pierwsze były gotowe niemal od razu po zamówieniu, ale trzeba było je wyrzucić na makulaturę, ponieważ w Zjednoczeniu stwierdzili, że druk przepustek nastąpił z ominięciem wymaganych procedur, to znaczy ich wzór nie był pokazany w Zjednoczeniu do zatwierdzenia.

Wzór tych co się drukują został zatwierdzony już po dwóch miesiącach.

W każdym razie do czasu wydrukowania przepustek portierzy mają stać przy wejściu i wpuszczać tylko osoby sobie znane.

Portierzy znaleźli jakiś przepis o tym że osobom nie znanym im osobiście muszą każdorazowo wypisywać przepustkę jednorazową. Przez pierwsze dwa dni zrobił się straszny burdel. Wszyscy stali w kolejce po przepustki. Ci ostatni w kolejce mieli godzinne spóźnienia.

Dyrektor Malinowski wściekł się i zagroził portierom, że posypią się kary regulaminowe, jeżeli okaże się, że oni nie znają pracowników Biura.

Następnego dnia po tej groźbie dyrektora portierzy znali bardzo dobrze wszystkich którzy weszli na portiernię. Za to po trzeciej, gdy wychodziliśmy do domu skrupulatnie sprawdzali nam teczki w poszukiwaniu ewentualnie skradzionego mienia biurowego.

Zrobił się straszny zator na portierni. Wszyscy zawsze spieszyli się po pracy do tramwajów i autobusów.

Po olbrzymiej awanturze stanęło na tym, że portierzy mają prawo sprawdzać nasze teczki wyrywkowo i tylko tym, którzy wydadzą im się podejrzani. Od tego czasu, gdy tylko nadarzała się okazja robiliśmy sobie z nich jaja.

Wybiegłem z portierni i po chwili wbiegałem po schodach na nasze piętro. Drzwi były zamknięte. Sprzątaczki zawsze sprzątały Biuro po piętnastej, zamykały drzwi na klucz i odwieszały go do szafki na klucze, wiszącej na pół piętrze.

Dlaczego szafka nie znajdowała się na portierni, tego nikt nie wiedział. Otworzyłem drzwi, podpisałem listę, którą kadrówka wykładała po piętnastej dnia poprzedniego i wszedłem do naszego pokoju.

Byłem oczywiście pierwszy. Na mojej desce nie było rysunku. Podszedłem do deski Julki. Mój rysunek był w trakcie kreślenia tuszem. Oceniłem, że Julka powinna go dzisiaj skończyć.

Poczułem, że mam ochotę na herbatę. Mimo, że to nie moja kolejka do zaparzania herbaty, to zdecydowałem się ją zrobić. Nie będę czekać, aż Julka ją zrobi.

Podczas gdy byłem zajęty w naszym kąciku herbacianym przyszli pozostali koledzy. Brakowało tylko pani Jadzi i Julki.

Kilka minut po siódmej zjawiły się obie jednocześnie. Wściekłe, bo kadrówka odnotowała ich spóźnienia. Chciałem podejść do Julki i powiedzieć jej coś miłego, ale zdecydowałem się poczekać z pół godziny. Niech się uspokoi.

Przejrzałem gazetę. Nic ciekawego nie znalazłem. Zauważyłem, że Julka zaczęła kreślić. Wyglądała na skupioną i uspokojoną.

„Julka! Jak tam mój rysunek?” – zapytałem specjalnie głośno, aby szef słyszał, no i aby mieć pretekst i do niej podejść.

Nie czekając na odpowiedź podszedłem do niej. Nachyliłem się nad nią tak abym mógł jej szepnąć do ucha jakieś miłe bzdety. Pocałowałem ją dyskretnie koło ucha. Mruknęła zadowolona

„Jaruś, kuj żelazo puki gorące!” – powiedziałem do siebie w duchu.

„Będziesz gotowa na jutro?” – zapytałem szeptem

„Będę”

„Weź jakąś torbę z ciuchami na zmianę. Wyjeżdżamy zaraz po pracy. Pociąg mamy o trzynastej dwadzieścia”

W soboty pracujemy tylko sześć godzin. Do trzynastej. Bardzo to wszystkim pasowało. Porozmawiałem jeszcze trochę o rysunku. Głośno, tak aby nie było wątpliwości, dlaczego podszedłem do Julki. Chciałem jej jeszcze coś powiedzieć, ale przerwał mi szef

„Panie Jarku. Proszę sprawdzić te obliczenia wytrzymałościowe statywu pod przędzarkę, co Pani Jadzia wyliczyła. Coś mi się w nich nie zgadza”

Odebrałem od niego zeszyt Jadzi z obliczeniami. Znowu ja muszę to robić, chociaż sprawdzanie obliczeń to jego obowiązek. Nigdy mu to nie wychodzi.

Inżynier zasrany po kilku tygodniowych kursach.

Gdy zaczynałem pracę w Biurze kilka lat temu, Pani Jadzia ostrzegła mnie w zaufaniu abym uważał na szefa, inżyniera Jakubowicza.

„To były UBek. Wywalili go z roboty i Partii po pięćdziesiątym szóstym. Wkręcił się na jakieś kursy inżynierskie dla takich jak on i teraz jest panem inżynierem, chociaż gówno umie”

Pani Jadzia miała rację. Wielokrotnie poprawiałem po nim błędy. Zwracałem mu dyskretnie na nie uwagę. Dzięki temu patrzył na mnie łaskawszym okiem.

Tylko Rysio miał u niego przechlapane. Bardzo Rysia nie lubi. Nie wiemy, dlaczego. Czyha na każde jego potknięcie. Do pracy Rysia nie potrafi się przyczepić. Rysiu jest dobrym, szybkim i dokładnym konstruktorem. Zna się na swojej pracy. Niestety, często wychodzi na miasto załatwiać jakieś swoje sprawy. Szefowi mówi, że idzie do Komitetu Miejskiego Partii. Udziela się tam w jakimś kole młodzieżowym.

Pewnego razu szef sprawdził to. Okazało się, że Rysia nigdy w Komitecie nie widzieli. Skończyło się na naganie i obcięciu premii kwartalnej.

Usiadłem przy biurku. Wyciągnąłem z szuflady suwak logarytmiczny, ołówek i kartkę papieru. Zanim zacząłem cokolwiek robić zjawił się przy mnie szef

„Zostaw pan ten suwak. Niech pan przyniesie z sekretariatu to liczydełko elektryczne. Nie po to wydaliśmy na to dewizy, żeby gniło w szafie”

„Kiedy suwakiem idzie mi szybciej…” – zapewniłem go

Spojrzał na mnie takim wzrokiem, że nie było sensu protestować

„Dobrze, szefie. Już idę”

Te cholerne elektryczne liczydło było wielkości dużej maszyny do pisania. Ciężkie jak cholera. Do tego trzeba przejść całą procedurę „wypożyczenia” go z sekretariatu. Jest tam trzymane w stalowej szafie biurowej.

Sekretarka, pani Helena prowadzi ścisłą ewidencję dotyczącą pobrania liczydełka. Trzeba się wpisać w specjalny zeszyt. Podać datę i godzinę pobrania. Uzasadnić potrzebę… Ten punkt jest najbardziej idiotyczny. Uzasadnić potrzebę korzystania z liczydełka. Na koniec podać przypuszczalną godzinę zwrotu liczydełka. Po przytaskaniu tej cholernej maszyny do biurka trzeba podłączyć ją do gniazdka z prądem.

Na początku bawiło nas jej używanie. Mieliśmy wrażenie, jakbyśmy pracowali na zachodzie. Maszyna była produkcji zachodnioniemieckiej. Biuro dostało ją ze Zjednoczenia w ramach unowocześniania pracy biurowej. Razem z tą maszyną dostaliśmy ołówki automatyczne, również niemieckie i fantastyczną temperówkę do zwykłych ołówków.

Z ołówków automatycznych musieliśmy szybko zrezygnować. Wkłady do nich się skończyły. Nasze polskie nie pasowały, a o zakupie niemieckich nie pomyślano. Wstawiono je do listy zakupów na następną pięciolatkę.

Za to temperówka bardzo się przydaję. Jest na korbelkę. Przykręca się temperówkę jak imadełko do biurka lub stołu. Odciąga się chwytak do ołówka. Mocuje się w nim ołówek i teraz wystarczy tylko pokręcić kilka razy korbelką i ołówek automatycznie posuwany jest w stronę walcowych ostrzy. Wióry gromadzą się w małym zasobniczku. Bardzo eleganckie cudo techniki zachodniej. Wszyscy sobie tą temperówkę pożyczamy do domu. Dzisiaj na przykład Rysiu powiedział, że pożycza sobie ją do jutra aby zatemperować dzieciom kredki.

Obliczenia pani Jadzi sprawdziłem. Były bez zarzutu. Oddałem szefowi grubo przed trzecią. Julka też skończyła rysunek przed trzecią. Był wykreślony jak zwykle bez zarzutu. Pozostało mi tylko wytrzeć gumką resztki ołówka. Oddałem go szefowi do sprawdzenia. Taka rutyna. Wiem, że nie sprawdzi. Posiedzi nad nim ze dwa dni. Podpisze w rubryce „sprawdził” i wyśle do wyświetlarni. Ale to już nie moja działka.

Zanim wyszliśmy z Biura porozmawiałem jeszcze chwilę z Julką. Z nią nigdy nic nie wiadomo. Chciałem upewnić się czy nie zmieniła decyzji o naszym wyjeździe do Warszawy. Nie zmieniła.

Było już kilka minut po trzeciej. gdy wychodziłem z nią i z Rysiem z pokoju. Sprzątaczka już zabierała się za sprzątanie. Zeszliśmy na dół i już na dziedzińcu zauważyliśmy zamieszanie i tłok przed portiernią.

Gdy weszliśmy na portiernię odbywała się tam rewizja wychodzących, prawie osobista.

Portierzy sprawdzali teczki i torebki. Żądali opróżnienia kieszeni kurtek i płaszczy. Pomagali im w tym dwaj nie znani mi cywile. Z boku stała nasza biurowa „święta trójca”,  to jest dyrektor, sekretarz POP i przewodnicząca Rady Zakładowej Związków Zawodowych.

Byliśmy ustawieni w kolejce. Przede mną stał Rysiu i Julka. Za nami jeszcze kilka osób z innych działów. Rysiu otworzył teczkę

„Co to jest?” – zapytał jeden z cywili wyciągając z Rysiowej teczki temperówkę.

„Temperówka” – odparł zgodnie z prawdą Rysiu

„Czy to jest wasza temperówka?”

„Nie. Biurowa…”

„Czyli kradziona…Tak?”

„Nie! Skąd! Pożyczam ją do jutra…”

„Pójdziecie z nami, obywatelu”

Złapali przerażonego Rysia za ramiona i ruszyli do drzwi. Rysiu, który do tej pory zachowywał się normalnie nagle bardzo pobladł. Zdał sobie sprawę, że został wprowadzony na minę. Nawet nie próbował się bronić. Był jak sparaliżowany.

„Chwileczkę panowie!” – odezwał się dyrektor.

Zatrzymali się. Dyrektor zwrócił się do Rysia

„Zwalniam pana w trypie dyscyplinarnym, ze skutkiem natychmiastowym. Proszę przyjść jutro po papiery” – potem zwrócił się do Przewodniczącej Związków Zawodowych – „Czy macie coś przeciwko, koleżanko?”

„Nie. Kradzież musi być przykładnie ukarana”

„Złoże wniosek do Komitetu Zakładowego o wydalenie was z Partii. Już możecie się czuć jak były członek PZPR” – krzyknął za wyprowadzanym Rysiem sekretarz POP.

„To co, panowie? Kończymy na dzisiaj” – zwrócił się dyrektor do portierów, gdy Rysiu został wyprowadzony – „Późno już. Ludzie spieszą się do tramwajów”

Nikt więcej nie został zrewidowany.

W sobotę też przyszedłem wcześniej. Miałem ze sobą torbę z rzeczami „na delegację”. Powiedziałem w domu, że muszę wyjechać niespodziewanie w podróż służbową do Kowar i że wrócę późno w nocy na niedzielę, albo w niedzielę w południe. Halinka jest przyzwyczajona, że wyjeżdżam w delegację. Zdarza się to raz lub dwa w miesiącu.

Tak więc miałem ze sobą torbę z rzeczami. Postawiłem ją za biurkiem tak, żeby się nie rzucała w oczy. Rozłożyłem na biurku gazetę, ale byłem za bardzo rozkojarzony i nic z tego co czytałem nie docierało do mnie. Myślałem tylko o Julce i czekającej nas przygodzie w Warszawie.

Po chwili zaczęli się schodzić koledzy z naszego pokoju. Minęła siódma, ale wciąż nie było Julki, inżynierów Kulmacha i Jakubowicza. Rysia też nie było.

Tym razem zamiast porannej prasówki, wszyscy zgromadzili się przy biurku pani Jadzi i komentowali wczorajszą wpadkę Rysia.

„Mam swoje podejrzenia co do tego kto nadał Rysia” – stwierdziła pani Jadzia

Tadzio nie chciał się z nią zgodzić

„E, tam zaraz nadał…Wpadł przez przypadek…”

„Nie ma przypadków” – przerwał mu Jurek – „Może tylko za jednym wyjątkiem. Jak się zesrasz w portki, to przypadek sprawi, że wyleci to lewą lub prawą nogawką”

Ogólny rechot rozległ się po całym pokoju

„No właśnie!” – zgodziła się pani Jadzia – „Wszyscy wiemy kto czyha na każde potknięcie Rysia…”

Nie skończyła. Do pokoju weszli Kulmach i Jakubowicz. Jeżdżą tym samym tramwajem i zazwyczaj przychodzą do pracy razem.

Sprawę Rysia musieli omawiać już po drodze. Jeszcze w drzwiach będący w nadzwyczaj dobrym humorze inżynier Jakubowicz mówił coś do inżyniera Kulmacha o tym, że nareszcie skończą się kradzieże w biurze.

Rozeszliśmy się do biurek. Przypiąłem na desce kalkę techniczną pod następny rysunek. Wyciągnąłem jakieś szkice i zacząłem je studiować, ale nie mogłem się skoncentrować.

W pewnym momencie wpadła do pokoju Julka. Widać było, że jest wściekła. Nie powiedziała Dzień dobry. Odwiesiła płaszcz na wieszaku i usiadła przy swojej desce. Nawet nie spojrzała w moją stronę, tak jak ma zwyczaj to robić

„Cholera jasna! Nie jest dobrze” – pomyślałem

Dotarło do mnie, że nie zauważyłem, aby miała ze sobą jakąś torbę podróżną.

„Podejść do niej teraz, czy później, jak się uspokoi?”

Takie i podobne myśli przelatywały mi przez głowę.

„Chyba gówno z wyjazdu” – przypuszczałem – „Pomyśl teraz Jaruś, jak w domu odkręcić odwołaną delegację”

A potem na zmianę inne myśli

„Może jednak niewłaściwie odbieram to jej zdenerwowanie. Może jednak nic straconego”

Nagle moje rozmyślania przerwał donośny głoś inżyniera Kulmacha

„No i jak?”

To Rysiu wszedł do pokoju z dużym, pustym kartonem. Usiadł przy swojej desce. Natychmiast wszyscy skupili się w koło niego. Wszyscy tylko nie nasz szef.

Rysio poinformował nas o tym co już wiedzieliśmy od wczoraj, a mianowicie, że został wywalony dyscyplinarnie. Może będzie miał sprawę o kradzież, ale to jeszcze nic pewnego. Teraz był w sekretariacie odebrać papiery. Zamierza spakować swoje rzeczy osobiste i iść do domu.

Posypały się pytania. Wykorzystałem okazję, aby stanąć bliżej Julki

„Nie masz bagażu. Chcesz jechać bez niczego?” – zapytałem, chociaż domyślałem się, niestety odpowiedzi

„Nigdzie nie jadę!” – odwarknęła

„Co się stało?”

„Nic. Po prostu teraz to nie ma sensu”

„Dlaczego nie ma sensu. Wczoraj miało sens a dzisiaj nie ma?”

„Ciotka przyjechała”

W pierwszej chwili nie zrozumiałem

„Co za ciotka?”

„Jezus! Jakiś ty tępy!…Ciotka!… jeszcze nie rozumiesz?”

Teraz dotarło do mnie… A mogło być tak pięknie.

Wróciłem bez słowa na swoje miejsce

„Zapraszam wszystkich po pierwszej, na pożegnalne piwo do Golonki!” – krzyknął Rysio wychodząc – „Chcę uczcić to, że nie muszę już pracować z kapusiem… Przyjdziecie?”

„Przyjdziemy!” – odpowiedzieliśmy chórem

Tylko inżynier Jakubowicz był akurat zajęty studiowaniem mojego rysunku i chyba nie usłyszał zaproszenia Rysia, bo nic nie odpowiedział.

Ucieszyłem się z tego, że sobie posiedzimy w sobotę po pracy nad piwkiem. Chociaż tą małą przyjemnością zakończę ten tydzień, który, liczyłem, miał zakończyć się tak pięknie.

KONIEC

Leave a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *