AUTOSTOP

Spotkali się, jak zwykle, w tym samym miejscu. Stara kamienica na łódzkich Bałutach miała na ostatnim piętrze wejście na strych. Wejście najczęściej było otwarte. Czasami, gdy ktoś z lokatorów wieszał na strychu pranie, zawieszał na drzwiach swoją kłódkę. Ale to nie stanowiło dla nich przeszkody. Już dawno zmanipulowali skobel przy drzwiach, tak że mimo wiszącej na nim kłódki, mogli go wyjąć z drzwi i w ten sposób dostać się do środka.

Wewnątrz w odległym kącie strychu zgromadzone były jakieś stare rupiecie, stara szafa bez drzwi, komoda z wyłamaną nogą i skrzynie na piach, służący przed laty do obrony przeciw pożarowej w czasie wojny. Za tymi rupieciami był całkiem przytulny kącik mogący pomieścić kilka osób w ten sposób, że były one niewidoczne dla osoby, która by nie spodziewanie weszła na strych

„Panowie, pozostało niewiele czasu. Ustalmy teraz co już jest załatwione, jaki sprzęt mamy już do dyspozycji i co jeszcze musimy załatwić. Przypominam, że planowany wyjazd to pierwszy sierpnia, poniedziałek”

Osobą wypowiadającą te słowa był Wojciech Duras, a panami uważnie je słuchającymi byli Jan Wójcik i Bernard Kotas. Z tym, że użycie przez Wojtka zwrotu – Panowie – w stosunku do Janka i Benka było co najmniej mylące.

Janek Wójcik, właśnie tydzień temu, trzydziestego czerwca, skończył trzynaście lat, a Bernard Kotas swoje trzynaste urodziny będzie obchodził trzeciego września. Wojtek Duras, drugiego marca ukończył piętnaście lat i z racji swojego poważnego, bądź co bądź wieku, uznawany był przez Janka i Benka za niekwestionowanego przywódcę ich niewielkiej grupy.

To on był najczęściej pomysłodawcą różnych zajęć (Nie zabaw. Zabawy są dobre dla pętaków) i wypraw rowerowych poza miasto lub na zapuszczony nieco cmentarz niemiecki przy ulicy Ogrodowej. Gdy się spotykali po szkole, zawsze zaczynał od słowa – Panowie. Tak samo było teraz

„Panowie, pozostało niewiele czasu. Ustalmy teraz co już jest załatwione, jaki sprzęt mamy już do dyspozycji i co jeszcze musimy załatwić. Przypominam, że planowany wyjazd to pierwszy sierpnia, poniedziałek”

„Mam już na książeczce trzysta osiemdziesiąt pięć złotych” – poinformował Janek – „Materac dmuchany, śpiwór też mam. W śwince glinianej, takiej skarbonce, powinno być ze sto złotych. Wystarczy, aby kupić kocherek w sklepie harcerskim i książeczkę w PTTK. Plecak pożyczę od kuzyna. To już załatwione. Tylko…”

„Co tylko?” – przerwał Adamowi Wojtek

„Tylko starzy chyba nie podpiszą mi zezwolenia na kupno tej książeczki… Ojciec powiedział, że nie ma mowy abym gdzieś sam się włóczył, a poza tym nie ma pieniędzy i nic mi nie da”

„Moi starzy też nie będą chcieli podpisać” – wtrącił Benek

„Coś wymyślimy” – stwierdził Wojtek

Wojtek wyciągnął z kieszeni dobrze już podniszczony notes i ołówek. Notes służy im od niemal roku. Założyli go zaraz po ubiegłych wakacjach. Byli nimi, tymi wakacjami, zawiedzeni jak zwykle. Żaden z nich nigdzie nie pojechał. Z różnych powodów.

Wojtek jest jedynakiem. Mieszka z mamą w jednopokojowym mieszkaniu, z kuchnią. Ojca nie znał. Matka pracuje jako prządka na trzy zmiany u Marchlewskiego. Ma jeszcze babkę, która mieszka gdzieś pod Łowiczem, ale z jakiś powodów odwiedza ich raz do roku na Święta Bożego Narodzenia. On z matką nigdy u niej nie był. W każdym razie Wojtek tego nie pamięta. W domu się nie przelewa. Matka narzeka, że Wojtek za szybko rośnie i ona nie nadąża kupować mu nowe ubrania i buty. Nie stać ją na to, aby wysłać go na wakacje. Te organizowane przez szkołę też kosztują. Dwa lata temu kupiła mu rower za pieniądze z zakładowej kasy zapomogowo-pożyczkowej. Jeszcze spłaca tą pożyczkę. Teraz Wojtek namówił ją, aby kupiła mu buty w Składnicy Harcerskiej. Wydała całe sto pięćdziesiąt złotych na byty które jej się nie podobały, ale syn innych nie chciał. Gdyby nie to, że i tak musiała mu jakieś kupić, to nigdy by się na nie zgodziła. Buty nazywają się „Zuch”, są ciężkie, z podeszwą wyglądającą jak opona do traktora. Wojtek był nimi zachwycony. A potem je prawie nie nosił. Mówił jej, że je oszczędza.

Wojtek chciał iść po podstawówce do technikum, ale mama powiedziała mu, że lepiej będzie jak pójdzie do zawodówki. Szybciej zacznie zarabiać pieniądze. Po wakacjach zacznie drugi rok w Zasadniczej Szkole Samochodowej. Właściwie to się nawet cieszy, że nie poszedł do technikum. W zawodówce zrobi Prawo Jazdy za darmo. Bardzo mu to odpowiada.

U Janka sytuacja jest podobna. Mieszka z rodzicami i starszą siostrą w dwupokojowym mieszkaniu z kuchnią w tej samej kamienicy co Wojtek, w sąsiedniej klatce schodowej. Ojciec od kilku lat nie pracuje. Jest inwalidą. Trzy lata temu, po pijanemu wjechał na rowerze pod tramwaj, tak nieszczęśliwie, że stracił prawe przedramię. Na szczęście rowerowi nic się nie stało i Janek mógł go odziedziczyć.

Ojciec ma bardzo małą rentę chorobową. Połowę odkłada na posag dla Julki, siostry Janka, a resztę przepija. Nie wiadomo, czy z żalu za utraconą ręką, czy z powodu niemożności bicia żony i dzieci. Cały dom właściwie utrzymuje matka. Pracuje jako salowa w pobliskim szpitalu na Drewnowskiej.

Julka skończyła dwadzieścia lat. Pracuje trochę u prywaciarza w pobliskiej piekarni. Połowę pieniędzy oddaje na dom. Resztę wydaje na ciuchy. Nie ma mowy, aby starczyło pieniędzy na wakacje dla Janka.

Niedawno namówił bakę i dziadka mieszkających w pobliżu, aby założyli mu książeczkę PKO. Bardzo się dziadkom spodobało, że Janek myśli o przyszłości i zaczyna oszczędzać. Dostał od nich książeczkę z wkładem trzystu złotowym.

Bernard Kotas nie wyjeżdżał na wakacje, bo nie chciał. Wcześniej mieszkał z rodzicami w Białymstoku. Dwa lata temu, w sześćdziesiątym czwartym, cała rodzina przeprowadziła się do Łodzi.

Nie poprawiło to sytuacji Benka. Tak jak w Białymstoku, tak samo w Łodzi dokuczano mu z powodu nazwiska. W szkole wszyscy je przekręcali wymawiając drugą literę nazwiska jako u. Nawet zdarzało się to regularnie panu Kwiatkowskiemu, nauczycielowi historii.

Kiedyś Benek poszedł na skargę na niego, do dyrektora szkoły, pana Ulmana

„Mniej pretensję do ojca. Po co zmienił nazwisko?” – usłyszał od niego

Dyrektor Ulman był starym przyjacielem ojca jeszcze z ZSRR. Razem pracowali do pięćdziesiątego szóstego. Potem ich drogi się rozeszły. To Ulman ściągnął ojca Benka z żoną i synem do Łodzi. Niestety, nic nie wypaliło z obiecanej pracy w szkolnictwie i ojciec Benka musiał szukać pracy gdzie indziej. Jest teraz głównym księgowym w spółdzielni inwalidów produkującej musztardę i keczup. Mama pracuje u pewnego dentysty jako pielęgniarka.

„Mniej pretensję do ojca. Po co zmienił nazwisko?”

To co usłyszał wtedy od dyrektora siedziało mu w głowie i nie dawało spokoju. Benek nie należał do tych, którzy reagują w zaskakujących ich sytuacjach bez zastanowienia. To co usłyszał zaskoczyło go. Nic nie wiedział o tym, że ojciec zmienił nazwisko. Oczywiście bardzo go to zainteresowało i bardzo chciał się dowiedzieć o co chodzi. Najprościej byłoby zapytać rodziców.

Tak też zamierzał zrobić, ale wcześniej chciał spróbować dowiedzieć się czegoś samemu. Doszedł do słusznego wniosku, że należy zacząć od dokumentów rodzinnych. Rodzice mieli dużą walizkę, w której trzymali jakieś papiery, stare fotografie i pamiątki rodzinne. Widział wiele razy jak czasem w niej coś szukali. Jako kilku letni chłopiec przyglądał się czasami jak wyciągali walizkę spod łóżka i jak ojciec otwierał ją takim małym filigranowym kluczykiem. Jednak nie było w niej nic co mogłoby go zainteresować. Tym razem sytuacja się zmieniła.

Benek, tak jak wiele innych dzieci nosił klucz od mieszkania na sznurku, na szyi. Często po szkole nie zastawał rodziców w domu i dzięki kluczowi na szyi nie musiał czekać na nich na podwórku. Gdy nadarzyła się taka okazja, postanowił dostać się do walizki z dokumentami. Wyciągnął ją spod łóżka i próbował się do niej dostać. Niestety, nie potrafił otworzyć zamka. Dłubał w nim śrubokrętem, uderzył kilka razy młotkiem, ale walizka pozostawała zamknięta. Gdy tak siedział nad nią i się zastanawiał, jak ją otworzyć, zaskoczyli go wchodzący do mieszkania rodzice. Matka z powodu swojego wybuchowego charakteru przeszła do kuchni bez słowa. Nie chciała się denerwować. Ojciec przyglądał się chwilę jak Benek pośpiesznie usiłował upchnąć walizkę pod łóżko

„Tam nie ma pieniędzy” – powiedział swoim spokojnym głosem, który nigdy nie wróżył nic dobrego

„Nie szukam pieniędzy” – odpowiedział Benek

„To co szukasz?”

„Dlaczego zmieniłeś nazwisko?!” – odpowiedział pytaniem na pytanie – „Przez to głupie, wstrętne nazwisko wszyscy mi dokuczają!”

„Chłopie!” – zaśmiał się ojciec – „Gdybyśmy nie zmienili nazwiska, wtedy by ci dopiero dokuczali… Wyjaśnię ci to kiedyś”

Tak więc nic się nie dowiedział. Zbliżały się wakacje sześćdziesiątego piątego i rodzice jak co roku będą chcieli wysłać go na kolonie szkolne. Zawsze się temu przeciwstawiał. Stronił od swoich rówieśników. Dokuczali mu nazywając go Benek Kutas.

Jak zdał do czwartej klasy, jeszcze w Białymstoku, dał się namówić na kolonie. Wyjechali pociągiem do Wałbrzycha do zamku Książ. Uciekł stamtąd po dwóch dniach. Milicja znalazła go na dworcu w Katowicach. Mama przyjechała po niego następnego dnia.

W Łodzi w szkole, siedział w jednej ławce z Jankiem Wójcikiem, takim nie wysokim grubaskiem. Bardzo się oboje polubili. Janek nigdy nie przekręcał jego nazwiska, a on nigdy nie dokuczał mu z powodu jego tuszy.

Mieszkali w pobliżu. Janek w starej kamienicy na Drewnowskiej przy Zachodniej, a Benek w nowo wybudowanych blokach na Lutomierskiej. Przechodził przez podwórka spotykać się z Jankiem na jego podwórku, na Drewnowskiej. Było tam ciekawiej niż przy bloku na Lutomierskiej.

Poznał tam Wojtka Durasa. Wojtek był kolegą Janka. Był od nich starszy o jakieś dwa lata. Janek i Wojtek mieli rowery, na których często jeździli daleko, aż za tory kolejowe na Żabieńcu. Benek też chciał z nimi jeździć, ale jego rower został w Białymstoku. Poprosił więc rodziców, aby zamiast wysyłać go na kolonie, kupili mu nowy rower

„Żaden problem, chłopie” – odpowiedział ojciec

Następnego dnia udali się do sklepu sportowego na Piotrkowską i ojciec kupił mu nowiutki, czechosłowacki, kolarski rower Eska Sport za dwa tysiące czterysta złotych. Dla rodziców Benka taki wydatek nie stanowił problemu. Od tej pory chłopcy praktycznie nie rozstawali się ze sobą.

Mniej więcej wtedy to, w maju ubiegłego roku Wojtek przez przypadek „odkrył” to miejsce, w którym teraz się spotkali. Wojtek z mamą mieszka na ostatnim piętrze w kamienicy przy Drewnowskiej. Obok drzwi do ich mieszkania znajdują się schody na strych. Któregoś majowego popołudnia w ubiegłym roku rozpętała się burza z solidną wichurą. Matka Wojtka próbowała zdrzemnąć się trochę przed pójściem na nocną zmianę do Marchlewskiego. Jednak przeciąg w korytarzu otworzył drzwi na strych, które strasznie trzaskały. Mama poprosiła Wojtka, aby poszedł je zamknąć. Wojtek poszedł na górę, ale zanim zamknął drzwi, w świetle błyskawicy zauważył coś co go zaciekawiło.

Był na strychu wcześniej kilka razy pomagając matce zanieść tam kosz z praniem do rozwieszenia na sznurach, ale nigdy się tam nie rozglądał. Tym razem spostrzegł w oddalonym kącie stare meble i jakieś rupiecie. Poszedł je obejrzeć. Od razu wpadł na pomysł, aby urządzić za nimi kącik dla siebie i chłopaków. Będzie w sam raz na wypadek niepogody takiej jak ta teraz. Po kilku dniach sprzątania w tajemnicy przed innymi, zrobiło się tam całkiem przytulnie.

Po wakacjach, w ubiegłym roku, to tam na tym strychu, Janek i Wojtek stwierdzili, że wakacje były jak zwykle do dupy. Jak zwykle nigdzie nie wyjechali, z bardzo prozaicznego powodu. Ich rodziny nie miały pieniędzy na takie fanaberie jak wysyłanie dzieci na kolonie.

Benek stwierdził, że on też nie wyjeżdża na kolonie, ale taktownie nie wspomniał, dlaczego. Chłopcy tym razem postanowili coś z tym zrobić. W następne wakacje muszą gdzieś pojechać.

„Panowie, pozostało niewiele czasu. Ustalmy teraz co już jest załatwione, jaki sprzęt mamy już do dyspozycji i co jeszcze musimy załatwić. Przypominam, że planowany wyjazd to pierwszy sierpnia, poniedziałek”

Wojtek dopisał w notesie, że Janek ma już trzysta osiemdziesiąt złotych na książeczce PKO i około stu złotych w gotówce. Przypomniał, aby przynieść tu do schowka na strychu latarki i trochę więcej konserw.

Benka część ekwipunku jest już na miejscu. Składała się z najważniejszego przedmiotu, to jest z nowiusieńkiego namiotu dwuosobowego „Warta” z przedsionkiem. Benek kupił go za swoje kieszonkowe w tajemnicy przed starymi. Tak samo materac i śpiwór.

Chłopcy widzieli ten namiot rozłożony w domu towarowym na ekspozycji i ocenili, że można się w nim wyspać we trzy osoby. Benek na książeczce miał ponad tysiąc złotych. Gotówka też będzie.

Wojtek i Janek tak byli zaszokowani bogactwem Benka, że nawet nie zapytali, ile tej gotówki będzie. Wojtek zapisał w notesie na stronie Benka – gotówka też będzie.

„Mam na książeczce wymagane dwieście złotych” – stwierdził Wojtek – „Za same butelki i makulaturę mam sto pięćdziesiąt trzy złote, gotówką. Może być więcej ze sprzedaży złomu, ale sam nie dam rady zataskać go na skup”

„Pomożemy ci” – zadeklarował Janek

„Fajnie, ale trzeba to najpierw wynieść z rozbieranego domu” – odpowiedział Wojtek

„Gdzie to jest?” zapytał Benek

„Za kinem Świt na Bałuckim Rynku. Tam jest taka rozwalona hala i leżą tam stare kaloryfery…”

„Może do kogoś należą?”

„Chyba nie. Leżą tam od dawna. Zebrałem stamtąd co się dało i co sam mogłem zataskać na skup, ale te kaloryfery są za ciężkie. Przykryłem je jakimiś rupieciami i…”

„Jak je zabierzemy? Na plecach?” – zaciekawił się Janek

„Nie na plecach. Pożyczę od Kuśmirka, tego co węgiel rozwozi, jego dwukołowy wózek. Już raz mi pożyczył. Trzeba mu tylko kupić piwo”

Uzgodnili, że jak tylko Wojtek się dogada z Kuśmirkiem to wybiorą się z nim po ten złom. Sprawdzili jeszcze raz, że w skrytce urządzonej w starej komodzie są ich materace i śpiwory, koc Wojtka i namiot Benka. Oprócz tego trzy noże harcerskie, nieduża siekierka i poniemiecka saperka. Było tam jeszcze kilkanaście puszek konserw, przeważnie Paprykarz Szczeciński i Mielonka turystyczna. Oprócz konserw mieli zgromadzone sześć paczek różnych makaronów i dwie paczki płatków owsianych. Z zadowoleniem stwierdzili, że powinno to starczyć na przynajmniej dwa tygodnie. Poza tym będą zbierać grzyby (Atlas grzybów jadalnych też już był w skrytce) a jak będzie trzeba to złapią jakąś kurę czy kaczkę. Ale tylko wtedy, gdy już ich głód naprawdę przyciśnie.

„A teraz, panowie, coś wam pokażę” – triumfalnie zapowiedział Wojtek – „Trata ta!”

Zabrzmiał jak fanfary i wyciągnął z kieszeni złożoną na cztery kartkę z zeszytu w kratkę.

„Proszę, czytajcie…”

Podsunął pod nos zaskoczonym chłopakom. Benek zaczął czytać na głos

„Oświadczam, że zezwalam synowi Duras Wojciechowi na zakup książeczki Autostop. Łódź, dnia 6 lipiec 1966r. Duras Marianna matka”

Pod spodem był podpis i numer Dowodu Osobistego Marianny Duras

„Dostałeś? Naprawdę?! Jak ją przekonałeś?!”

Posypały się pytania

„Powiedziałem, że jak mi nie pozwoli, to ucieknę z domu…”

„I to wystarczyło?”

„Nie. Musiałem się nagadać. Pytała się z kim jadę, czy będą dziewczyny i takie tam…”

„U mnie to nie przejdzie…” – powiedział zrezygnowany Benek

Chwilę siedzieli w milczeniu. Nagle Wojtek się zerwał

„Panowie! Mówiłem wam, że coś wymyślimy. Mam pomysła!… Musimy wszyscy razem pójść do waszych rodziców i porozmawiać z nimi. Musimy wypaść poważnie, tak aby uwierzyli, że nie jesteśmy już dzieciakami, tylko młodzieżą. Że chcemy nauczyć się być samodzielni i że Autostop to dobra szkoła samodzielności…”

„Łał!…Mówisz jak w radiu. Gdzie się tego nauczyłeś?” – zapytał Janek

„Przeczytałem gdzieś o Autostopie, W „Dookoła Świata” albo w „Świecie Młodych”, nie pamiętam…Tam piszą, że to szkoła samodzielności dla dorastającej młodzieży…”

„Wydajesz pieniądze na gazety? Przecież mieliśmy oszczędzać na wyjazd…” – zdziwił się Janek

„Nie wydaję pieniędzy na gazety” – Wojtek był zirytowany – „Zbieram makulaturę. Czasem coś mnie zaciekawi, więc czytam…”

„Dobrze by było dać coś takiego do przeczytania naszym starym” – zauważył Benek – „Jutro pójdę do Klubu Międzynarodowej Książki i Prasy na Narutowicza. Posiedzę tam trochę i jak znajdę coś o Autostopie, to kupię”

Stanęło na tym, że w domu przemyślą jak najlepiej przedstawić swoje argumenty rodzicom Janka i Benka. Wojtek przypomniał, że obiecali mu pomóc ze złomem. Może jutro będzie miał ten wózek od Kuśmirka. Po paru minutach się rozstali.

Trzy dni później Wojtek pożyczył wózek od Kuśmirka. Jego kasa zubożała o cztery złote i pięćdziesiąt groszy które musiał wydać na dwa Piwa Jasne Pełne. Przyciągnął wózek na podwórko za kamienicą, w której mieszkał i pobiegł do drugiej klatki schodowej po Janka. Zbiegli szybko na dół. Wojtek został przy wózku a Janek pognał przez podwórka na Lutomierską po Benka.

Kilkanaście minut później byli w drodze na Bałucki Rynek. Wojtek miał przerzucony przez ramię szeroki pas, który zaczepiony był z przodu pod spodem wózka. Opierając ramiona na dwóch dyszlach służących kiedyś do sprzęgnięcia między nimi konia z wózkiem, z powodzeniem dawał radę ciągnąć pusty wózek. Wózek miał duże ponad metrowej średnicy koła z metalowymi obręczami. Takie same jak koła wielu chłopskich wozów przybywających na targ na Bałucki Rynek. Rozstaw kół idealnie pasował do rozstawu szyn torów tramwajowych, więc chłopcy wykorzystywali to, aby jechać po torach środkiem ulicy Zgierskiej.

Janek i Benek wspomagali go pchając wózek z tyłu i ostrzegali Wojtka przed zbliżającymi się tramwajami. Zjeżdżali wtedy z torów na bok i powracali na nie jak tylko tramwaj przejechał. Nielicznymi przejeżdżającymi samochodami nie przejmowali się.

Było po drugiej po południu, kiedy dotarli na miejsce za kinem Świt. W koło były jakieś stare komórki i gołębniki Zarzygany pijaczek spał na ławce ustawionej pod ocalałą ścianą rozebranej hali, starej fabryczki. Chrapał głośno, Przeszli obok niego nie budząc go. Kilka metrów dalej pod stosem strych desek i innych rupieci Wojtek miał ukryte cztery kaloryfery z rozebranej hali. Szybko wydobyli je na wierzch i z trudem umieścili na wózku. Już mieli odjeżdżać, kiedy Benek zauważył kilka metrów dalej wystającą spod gruzu dziwną rurę. Zaczął ją odgrzebywać. Okazało się, że jest to stara, żeliwna kolumna służąca zapewne kiedyś do podpierania sufitu w hali. Miała ponad trzy metry długości i średnicę ponad piętnaście centymetrów. Tak to ocenił Benek.

„Szkoda ją tu zostawić” – stwierdził

„Za duża jest na ten wózek” – ocenił Janek

„Spróbujmy ją jakoś umieścić” – upierał się Benek

Zajęło im to ponad pół godziny. Przednią i tylną burtę musieli zdjąć i położyć obok kaloryferów. Rura leżała skosem na wózku. Wystając nieco z przodu po lewej stronie, obok pleców ciągnącego wózek Wojtka. Większość rury wystawała z tyłu po prawej stronie. Sprawiało to, że wózek miał tendencję do wychylania się do tyłu. Wojtek musiał teraz nie tylko ciągnąć wózek, ale również naciskać oba dyszle w dół., tak aby utrzymać wózek w poziomie. Już po kilkudziesięciu metrach doszli do wniosku, że w ten sposób daleko nie zajadą.

Benek, który był niemal równy wzrostem z Wojtkiem zaproponował, aby obydwaj ciągli ten wózek. Przełożyli sobie pas w ten sposób, że mieli go pod pachami. Benek pod lewą pachą a Wojtek pod prawą. Obaj zmieścili się między dyszlami. Rurę, przesunęli jeszcze bardziej do tyłu. Teraz każdy z nich mógł dociskać w dół „swój” dyszel. Janek pchał wózek od tyłu i obserwował drogę.

Poruszali się teraz ulicą Limanowskiego w stronę Zachodniej. Szło im lepiej niż się tego spodziewali. Skręcili w lewo w Zachodnią. Nie mogli teraz korzystać z torów tramwajowych, biegnących środkiem na wydzielonym pasie między dwoma jezdniami ulicy. Duża, brukowa kostka jaką wyłożone były obje jezdnie Zachodniej bardzo utrudniała jazdę wózkiem. Musieli zatrzymywać się co kilkadziesiąt metrów i poprawiać rurę, która miała tendencję do przesuwania się do tyłu.

Było już po czwartej, gdy skręcili w prawo w Lutomierską. Do skupu mieli jeszcze ze czterysta metrów, gdy nagle usłyszeli za sobą donośny głos

„Co się stało chłopie, że za konia robisz?!”

To ojciec Benka właśnie wysiadł z tramwaju na rogu Zachodniej i Lutomierskiej i zauważył syna w dziwnym zaprzęgu. Doszedł do chłopców od tyłu i zadał to pytanie, które tak ich zaskoczyło.

Benek zatrzymał się tak gwałtownie, że będący z nim w zaprzęgu Wojtek niemal się przewrócił. Wojtek i Janek nie mieli do tej chwili okazji poznać ojca Benka, więc widać było przez chwilę, że nie wiedzą o co chodzi gościowi, który zagadał do jednego z nich

„Tato, to są moi koledzy. Pomagam im odwieść złom do skupu”

Na tyle zdobył się zaskoczony Benek

„Złom powiadasz…Wygląda mi to na kradzione materiały budowlane…”

„Nie! Nie! Proszę pana. To złom z rozbiórki. Zbieramy, aby mieć pieniądze na wyjazd…” – zareagował Wojtek

„Co za wyjazd?”

„Benek nie mówił?” – zdziwił się Wojtek – „Wybieramy się Autostopem zwiedzać Polskę”

„Pierwsze słyszę…”

„Chcieliśmy się spotkać z panem i mamą Benka, aby o tym pomówić. Wie pan, Autostop to szkoła samodzielności i…”

„Dobra!” – przerwał Wojtkowi ojciec Benka – „Ty mi tu na ulicy nie wyjeżdżaj z taką gadką. Nie mam teraz czasu” – spojrzał na zegarek – „O siódmej wieczorem, wszyscy trzej stawicie się u mnie w domu. Wymyci i z bardzo dobrym wyjaśnieniem o co chodzi z tym wyjazdem…A teraz niech konie zjeżdżają z tej ulicy i nie tamują ruchu”

Podczas gdy chłopcy ze zdwojoną energią ruszyli w stronę Skupu Surowców Wtórnych, stary Kotas stał jeszcze chwilę i patrzył za nimi

„Samodzielności chcą się uczyć” – mruknął pod nosem i ruszył w stronę domu

Przypomniało mu się jak on się uczył samodzielności. Nie dlatego, że chciał. Po prostu musiał. Nie miał innego wyjścia.

W 1941szym, we Lwowie, gdy Niemcy weszli do miasta, miał trzynaście lat, tak jak jego syn teraz. Już kilka godzin po wejściu wojsk do miasta zaczęły się pogromy. On, jego ojciec, matka i starsza siostra wraz z pozostałymi mieszkańcami ich ulicy zostali pognani przez ukraińskich i niemieckich żołnierzy z pododdziałów pułku Brandenburg, do pobliskiego lasu. Gdy się tam zbliżali, słyszeli krzyki ludzi i salwy karabinowych strzałów. Wtedy podjął szybką decyzję. Udało mu się skoczyć do rowu melioracyjnego. Nikt tego nie zauważył. Leżał w nim nieruchomo z twarzą wciśniętą w mokrą trawę kilka godzin. Strzały dochodzące z pobliskiego lasu trwały aż do zmierzchu.

Przeleżał w tym rowie nieruchomo do późnej nocy. Potem przez kilka dni wędrował samotnie na wschód. Żywił się tym co znalazł na polach i w lesie. Pewnej nocy, gdy tak wędrował przez las, złapał go sowiecki patrol. Kilka dni musiał tłumaczyć im jak się przedostał przez linię frontu. Nie wie do dzisiaj jak udało mu się to zrobić.

Stary Kotas wchodził już do klatki schodowej. Gdy wyciągał klucze od mieszkania zamruczał pod nosem

„Najgorzej będzie przekonać matkę, aby go puściła na ten Autostop…”.

Wszedł do środka. Przywitał się żoną

„Przyszykuj się kochanie, pójdziemy zjeść coś na mieście…”

Spojrzała na niego podejrzliwie. Życie nauczyło ją, że takie zaproszenie kryje za sobą jakąś poważną rozmowę, w rezultacie której niemal zawsze wychodzi przegrana

„Czemu zawdzięczam to zaproszenie?…Stało się coś?”

„Nie. Skąd, kochanie. Po prostu dawno nie byliśmy w restauracji…”

„Jak to – dawno. Przed wczoraj byliśmy z Nowakami…”

„Tak, masz rację, ale teraz będziemy sami. Zabieram cię do najlepszej w Łodzi. Idziemy do Malinowej”

Kotas ocenił, że ta rozmowa będzie trudna, więc należy się jej dobra, kosztowna oprawa. Halinka, jego żona jest cholerykiem. Łatwo wybucha, gdy jakaś jego propozycja jej nie odpowiada. Nie trafiają do niej wtedy żadne argumenty. Po prostu nie da się z nią wtedy rozmawiać. Na szczęście zauważył, że dzieje się tak, gdy są sami w zaciszu domowym. Obecność innych ludzi działa na nią jak cudowny katalizator. Jest wtedy miła, cicha i spokojna. Przyjmuje do siebie wszystkie jego argumenty. Rzadko zdarza się, że musi jej ustąpić. Robi to najczęściej w błahych sprawach i w zasadzie tylko dlatego aby nie czuła się całkiem przegrana.

Dlatego nauczony doświadczeniem zawsze, gdy chciał coś w domu przeforsować i spodziewał się z jej strony oporu, zabierał ją do restauracji na wystawną kolację i tam spokojnie przekonywał ją do swoich racji. Raz tylko taki numer mu się nie udał.

Ponad dwa lata temu w Białymstoku jak już wiedział, że wkrótce zostanie wyrzucony z pracy chciał wyprowadzić się do Łodzi. Jego przyjaciel Józef Ulman chciał go mieć u siebie w szkole, w której jest dyrektorem. Jednak Halinka zdecydowanie zaprotestowała przeciw pomysłowi opuszczenia Białegostoku. Żadne rozmowy w restauracjach nie zmieniły jej zdania. Dopiero trzy miesiące później, gdy ją wyrzucono z kierowniczego stanowiska w Wojewódzkiej Przychodni Zdrowia, zmieniła zdanie.

„Ciężko będzie ją przekonać. Jest tak bardzo nadopiekuńczą matką. Chłopak ma trzynaście lat a ona boi się wypuścić go samego do miasta…Jak ją przekonać, że czas, aby zaczął się usamodzielniać?” – trapił się Roman Kotas w drodze do restauracji

„Widzę, że coś cię gryzie” – zauważyła Halinka – „Powiedz o co chodzi, bo inaczej zaraz cholery dostanę”

„Ależ nie, kochanie. Wiesz, drobne kłopoty w pracy. Zamyśliłem się”

Na szczęście udało mu się zatrzymać przejeżdżającą taksówkę i nie musiał dalej się tłumaczyć z tego co go gryzie.

W międzyczasie Benek wrócił do domu. Rodziców nie było. Zostawili mu kartkę, że wrócą po siódmej. Benek umył się szybko i zmienił ubranie, potem zamknął się w swoim pokoju i zaczął studiować gazety i dwa tygodniki które kupił poprzedniego dnia w Klubie Międzynarodowej Prasy i Książki.

Były tam artykuły, w których zamieszczone były pozytywne opinie o Autostopie. Czerwonym ołówkiem podkreślał te miejsca, które chciał, aby rodzice nie przegapili.

Tuż przed siódmą przyszli Wojtek i Janek. Benek pokazał im podkreślone miejsca w gazetach. Chłopcy przeczytali je z uwagą. Byli bardzo podekscytowani czekającą ich rozmową z rodzicami Benka. On sam nie był dobrej myśli

„Ojciec to chyba by mnie puścił, ale mama na pewno się nie zgodzi. Tata mówi, że mama bardzo się boi, aby nie stała mi się krzywda”

„U mnie jest odwrotnie” – wtrącił Janek – „Z mamą już rozmawiałem. Zgodziłaby się na ten wyjazd, ale boi się ojca. On chce nas mieć w domu. Nie dlatego, że się o nas boi, tylko abyśmy mu usługiwali. Codziennie wysyła mnie po piwo. Po tym wypadku, w którym tramwaj obciął mu rękę, prawie nigdzie nie wychodzi”

Około w pół do ósmej przyszli rodzice Benka. Mieli ze sobą paczkę z ciastkami kupionymi w cukierni na Zgierskiej

„Zrobię wam herbaty do tych ciastek, a ty Roman posłuchaj co mają do powiedzenia” – powiedziała matka Benka i poszła do kuchni

„Przejdźmy do dużego pokoju” – nakazał chłopcom i wskazał im miejsca przy okrągłym stole stojącym na środku.

Usiadł na jednym z krzeseł naprzeciw nich i w milczeniu lustrował ich twarze. Oni, nieco wystraszeni czekali aż się odezwie. Ale to Benek pierwszy przerwał męczącą ich ciszę

„Poczytaj tato, to co podkreśliłem” – powiedział nieśmiało i podsunął mu gazetę otwartą na stronie z artykułem pod tytułem „Szkoła życia”.

Ojciec nie patrząc nawet na gazetę odłożył ją na bok i zaczął spokojnym głosem

„Zaczniemy od tego, że panowie powiedzą, dokąd chcą jechać tym Autostopem?” – powiedział, kładąc nacisk na słowo – panowie.

Spojrzeli po sobie zaskoczeni. Nie spodziewali się pytań. Pierwszy odezwał się Wojtek

„Autostop jest wspaniałym i tanim sposobem poznania piękna naszego kraju…”

„W Bieszczady! W Bieszczady chcemy jechać…” – przerwał mu Janek

„O!…To jest odpowiedź na moje pytanie…Kto z wami jedzie?”

„Nikt. Tylko my trzech…”

Do pokoju weszła mama Benka. Przyniosła Tacę z talerzykami i filiżanki. Wyszła z powrotem do kuchni i przyniosła drugą tacę z ciastkami, cukrem i dzbankiem herbaty.

„Proszę bardzo. Pożywcie się przed wyjazdem…” – zaprosiła

„Jeszcze nie wyjeżdżamy, proszę pani” – wyjaśnił Wojtek

„Nie? A to, dlaczego?” – zapytała z udawanym zdziwieniem

„Musimy mieć zezwolenie od rodziców. My właśnie przyszliśmy w tej sprawie. Wie pani, Autostop to prawdziwa szkoła życia dla…”

„Znów zaczynasz? – przerwał Wojtkowi stary Kotas

„Tato, chcemy abyście zrozumieli, że chcemy spróbować samodzielności. Nie jesteśmy już małymi dziećmi”

„Zrozum synku, że my jako rodzice boimy się, aby nic tobie się nie stało” – zaczęła matka – „Rodzice twoich kolegów też się o nich na pewno boją. Prawda chłopcy?”

„Tak. Ale my będziemy na siebie uważać. Chcemy spróbować być dorosłymi…” – zapewniał Janek

„Chcecie być dorosłymi i jak dorośli kupicie sobie wino, papierosy i może jeszcze jakieś głupie pomysły wpadną wam do głów…”

„Nie! Proszę pana” – przerwał wywód starego Kotasa Wojtek – „My nie pijemy i nie palimy…”

„Nie palicie, mówisz. Od czego masz takie żółte palce?”

Wojtek odruchowo schował ręce za plecy

„To…To od tego złomu. Jeszcze je nie domyłem” – wyjaśniał niepewnie

„Co za złom? Dlaczego ja nic o tym nie wiem?” – zaniepokoiła się matka Benka

„Zbieramy złom, butelki i makulaturę, aby mieć pieniądze na wyjazd. Moi rodzice nic mi nie dadzą, bo nie mają pieniędzy” – wyjaśnił Janek

„Moja mama też nie może mi dać” – wtrącił Wojtek

„Ja im trochę pomagam w tym zbieraniu” – dodał nieśmiało Benek

„Przecież ty synku nie musisz zbierać śmieci” – z rozpaczą w głosie powiedziała matka Benka

„Nie muszę, ale to są moi przyjaciele i im pomagam” – Benek powiedział do dobitnym głosem

„Daj spokój, kochanie…Złom to nie śmieci. Chłopcy wykazali się inicjatywą…”

Przez chwilę trwała cisza. Rodzice Bernarda byli trochę zmieszani.

„Dobra!” – przerwał ciszę ojciec Benka – „Masz chłopie, pozwolenie na ten wyjazd. Umawiamy się, że gdyby się coś stało natychmiast dzwonisz do domu. Waszych rodziców też powiadomię. Jeśli nic się nie stanie, to też zadzwoń od czasu do czasu”

Jeszcze przez pół godziny siedzieli z rodzicami Benka przy stole. Ojciec zapisał adresy i nazwiska chłopców. Obiecał skontaktować się z ich rodzicami. Chłopcy zapewnili, że od dawna są przyszykowani do wyjazdu, że chcą wyjechać pierwszego sierpnia i że planują wrócić po dwóch tygodniach. Ojciec sporządził potrzebne zezwolenie na piśmie i około dziewiątej chłopcy opuścili mieszkanie państwa Kotasów.

Dwa dni później Benek oznajmił rodzicom, że nic nie wyszło z planowanego wyjazdu

„No i dobrze synuś. Zostań w domu. Pojedziemy gdzieś razem z ojcem…” – matka się ucieszyła

„Zaraz! Zaraz!” – włączył się ojciec – Dlaczego nie jedziecie?”

„Ojciec Janka nie chce się zgodzić na jego wyjazd. Mama się zgodziła, ale boi się ojca i nie chce podpisać zgody…”

„To jedź tylko z Wojtkiem”

„Nie. Powiedzieliśmy sobie, że jedziemy razem albo wcale. Razem od roku przygotowywaliśmy wszystko…”

„Zaprowadź mnie do nich. Porozmawiam z ojcem Janka, może zmieni zdanie”

„Chyba nie zmieni. Jest uparty i zawsze pijany…”

„Idziemy. Porozmawiam z nim po męsku”

„Daj spokój Roman” – wtrąciła matka – „Jest okazja, aby Bernard nie wyjeżdżał w nieznane…”

„Zamilcz kobieto…Ta podróż jest bardzo ważna dla chłopców. Nauczą się solidarności, samodzielności i współdziałania. Trzeba im pomóc”

„Tak, ale myślę, że jak jest okazja, aby został w domu, to…”

„To już uzgodniliśmy, że Bernard wyjeżdża i nie wracajmy do tego” – przerwał jej i zwrócił się do syna – „Chodź chłopie. Idziemy”

Kilkanaście minut później dzwonili do mieszkania Wójcików

„Kogo tam niesie o dziewiątej wieczorem?!”

Usłyszeli za drzwiami męski zirytowany głos. Po chwili drzwi się otworzyły. Ujrzeli dosyć niechlujnie wyglądającego mężczyznę Który właśnie otwierał usta, aby coś powiedzieć. Ojciec Benka uprzedził go

„Dobry wieczór sąsiedzie. Jestem Roman Kotas. Mieszkam w pobliżu a to jest mój syn, kolega pańskiego chłopaka. Chciałbym z panem chwilę pogadać o naszych synach…”

„Co znowu zbroił mój gagatek?” – przerwał Kotasowi

„Uchowaj Boże. Nic nie zbroił. Ma pan mądrego i bardzo dojrzałego syna. Można go stawiać za przykład dla innych. Janek ma bardzo dobry wpływ na mojego Bernarda i na innych też…Czy musimy rozmawiać na korytarzu?”

„Proszę niech pan wejdzie. Sam jestem akurat. Żona z Jankiem wyszła do teściowej, a córka jest jeszcze w pracy. Proszę do stołu…”

Przeszli do pokoju. Na stole stały trzy puste butelki po piwie. Zabrał je do kuchni. Po chwili wrócił

„Niczym was nie poczęstuję. Nie wiem, gdzie żona trzyma herbatę i …”

„Ależ nie przyszliśmy na poczęstunek…Widzę, że nie ma pan ręki. Co się stało, jeśli mogę zapytać?”

„Tramwaj…Trzy lata temu wpadłem pod tramwaj”

„Jak pan sobie daje radę bez ręki?”

„Nie daję sobie rady. Straciłem pracę. Mam gównianą rentę…”

„No, tak, ale ja tu w innej sprawie. Nasi synowie wybierają się zwiedzać kraj Autostopem i …”

„Wiem” – przerwał mu – „Byli tu wczoraj. Próbowali mnie przekonać, Janek od dawna o tym marudzi. Nie ma mowy. Nigdzie nie pojedzie. Nie mamy na to pieniędzy…”

„Oni mają potrzebne pieniądze. Nic to pana nie będzie kosztowało”

„Mają pieniądze, ciekawe skąd?”

„Chłopcy są zaradni. Zbierają złom, makulaturę. Należy im się nagroda za zaradność”

„Jeśli przyszedł pan mnie namawiać abym go puścił to nadaremnie się pan fatygował. Janek nigdzie nie pojedzie”

„Gdzie pan pracował przed wypadkiem?” – zapytał Kotas po chwili milczenia

„A co to ma do rzeczy? Byłem murarzem. Wykwalifikowanym. Dyplomy mam…”

„Chce pan pracować czy siedzieć w domu z gównianą rentą?”

„Kto mnie przyjmie do roboty!”

„Ja pana przyjmę. Mam kierownicze stanowisko w Spółdzielni Inwalidów. Puści pan syna na Autostop i może pan zacząć u nas od pierwszego. Ma pan kawałek kartki? Zapiszę adres. Spotkamy się u mnie w biurze jutro o dziesiątej…No, jak umowa stoi czy woli pan gnić w domu?”

Ten poniedziałek, pierwszego sierpnia był przez nich długo wyczekiwany. W końcu nadszedł. Niestety, pogoda się popsuła. Jak na początek sierpnia zrobiło się zimno i często padał deszcz. Nie zraziło to jednak chłopaków.

Od tygodnia mieli wszystko zapięte na ostatni guzik. Ostatnią rzeczą jaką dołożyli do skrytki na strychu był kocher kupiony przez Janka. Mieli szczęście. Był to ostatni egzemplarz dostępny w Składnicy Harcerskiej.

Każdy z nich miał już swoją książeczkę Autostopu. Nie rozstawali się z nimi nawet na chwilę. Janek w nocy trzymał ją pod poduszką. Nie dlatego, aby się obawiał, że mu zginie. Po prostu chciał ją cały czas mieć przy sobie.

W niedzielę przed wyjazdem zabrali wszystkie rzeczy ze strychu. Podzielili sprawiedliwie, tak aby każdy miał mniej więcej tyle samo do noszenia. Jedynie namiot sprawiał pewien kłopot. Ważył piętnaście kilo i był niewygodny do noszenia. Postanowili, że będą go nieść we dwóch, między sobą i wymieniać się co jakiś czas, aby ten trzeci też go niósł.

Już wcześniej ustalili, że wezmą bardzo mało rzeczy osobistych. Doszli do wniosku, że w sierpniu, mimo złej pogody, nie muszą mieć dużo ciepłych ubrań. Po jednym swetrze wystarczy. Można wziąć jakąś lekką kurtkę, najlepiej taką która chroni od deszczu.

„Na wędrówce najważniejsze, to mieć dobre, odpowiednie buty” – powiedział im kiedyś Wojtek

Przyszedł raz na spotkanie w takich butach

„Te buty nazywają się Zuchy. Są odpowiednie do wyjazdu w Bieszczady. Postarajcie się, aby wam starzy takie kupili” – namawiał ich

Umówili się na przystanku tramwajowym na Zachodniej przy Lutomierskiej. Wojtek chciał, aby być tam już o ósmej, ale chłopcy ulegli rodzicom, którzy stwierdzili, że zanim wjadą muszą zjeść solidne śniadanie. Stanęło na tym, że spotkają się o dziesiątej. I tak się stało.

Na przystanku pierwszy był Benek. Był nieco zasapany. Oprócz solidnie wypchanego plecaka przytaskał namiot. Właściwie nie musiał go taskać. Matka bardzo chciała odprowadzić go do tramwaju

„Zaniosę ci ten wasz namiot” – kusiła go

Musiał bardzo się nagadać, aby przekonać ją, że musi iść sam, bo inaczej chłopaki będą się z niego śmiać. Chłopaki wkrótce nadeszli. Krótko potem nadjechała jedenastka. Dojechali nią do Placu Niepodległości i tam przesiedli się na tramwaj podmiejski linii czterdzieści dwa. Wysiedli na pierwszym przystanku za Rzgowem. Usiedli w rowie przy drodze. Wojtek wyciągnął notes i ołówek

„Panowie! Historyczna chwila…Pierwszy sierpnia, poniedziałek. Zaczynamy naszą przygodę. Trzeba to zapisać”

Zaczął notować w notesie

„Dodaj, że to rok tysiąc dziewięćset sześć dziesiąty szósty” – upomniał go Benek

„Godzinę też zapisz. Jest dziesięć po pierwszej” – zauważył Janek

Wojtek zapisał wszystko starannie. Właśnie chciał o coś zapytać, ale Janek go uprzedził

„Jedzie! Auto jedzie, jakieś duże!… To co? Łapiemy?”

„Łapiemy” – zdecydowali

Wyskoczyli na skraj drogi. Od strony Rzgowa zbliżała się jakaś rozklekotana ciężarówka. Zaczęli machać książeczkami Autostopu, trzymając je w taki sposób, aby kierowca zauważył czerwone koło na białym tle umieszczone na okładce.

Kierowca zwolnił, ale tylko po to, aby pokazać im nieładny gest zgiętą w łokciu ręką i przyspieszając pojechał dalej

„Ładnie się zaczyna” – powiedział Janek

„Nie ma się co łamać” – pocieszał Benek – „W tych gazetach, w których czytałem o Autostopie pisało, że zdarza się, że część kierowców się nie zatrzymuje”

Około szóstej wieczorem stwierdzili, że na tej drodze wszyscy kierowcy należą do tej części, która się nie zatrzymuje.

„Panowie, nie będziemy tu stać jak kołki w płocie. Ruszamy do przodu. Jeśli w ciągu godziny nikt się nie zatrzyma to rozpijemy obóz gdzieś z boku drogi między drzewami. Głodny jestem. Ugotujemy jedną z zupek turystycznych i położymy się spać. Zimno się robi”

Nikt nie zaprotestował. Ruszyli wzdłuż drogi i nawet nie próbowali zatrzymywać nieliczne przejeżdżające samochody.

Po półgodzinie zatrzymał się przy nich samochód Żuk. Wojtek podbiegł do drzwi od strony pasażera. W środku siedział młody kierowca i jakaś równie młoda kobieta

„Zabierze nas pan w Bieszczady?” – zapytał z nadzieją

 Kierowca i pasażerka zaśmiali się

„Jedziemy tylko do Przygłowia. To jest kawałek za Piotrkowem… Jak wam psuje to wskakujcie na pakę”

Nie trzeba było im to dwa razy powtarzać. Paka, czyli skrzynia ładunkowa Żuka, przykryta plandeką, była pusta. Wojtek usiadł na lewym nadkolu wystającym ponad podłogę, a Benek na prawym. Janek usiadł na namiocie opierając się plecami o ściankę oddzielającą pakę od szoferki.

„No i udało nam się zatrzymać jednego…” – radośnie stwierdził Wojtek

„To nie myśmy go zatrzymali. Sam stanął” – poprawił go Benek

„Nieważne! Na jedno wychodzi…Jedziemy, panowie!”

Radość z powodu tego, że wreszcie jadą sprawiła, że chwilowo zapomnieli o głodzie. Siedzieli dłuższą chwilę w milczeniu i z zadowoleniem obserwowali przez nie opuszczoną tylną część plandeki, uciekającą w dali drogę.

„Głodny jestem” – przerwał ciszę Janek

„Nie myśl o jedzeniu, to nie będziesz głodny” – upomniał go Wojtek – „Jak tylko wysiądziemy ugotujemy zupę i jak się pożywimy zbierzemy się za rozłożenie namiotu”

Przez Piotrków Trybunalski przyjechali około ósmej. I po dalszych kilkunastu minutach samochód skręcił w wąską polną drogę. Kierowca zatrzymał auto, wysiadł i podszedł do tyłu samochodu

„Zaraz będziemy na miejscu w PGRze. Dla was będzie lepiej jak wysiądziecie tutaj, bliżej głównej drogi. Niedaleko stąd rozwidla się na lewo do Radomia, a na prawo na Kielce. Rano dużo samochodów tędy jedzie”

Podczas gdy kierowca objaśniał Wojtkowi dalszą drogę, Benek rozglądał się za odpowiednim miejscem na nocleg. Stali na polnej drodze. Po jej obydwóch stronach pola porośnięte zbożem.

„Gdzie tu można rozbić namiot?” – zapytał Benek

„Najlepiej nad rzeczką. Jak pójdziecie w tamtą stronę” – wskazał im kierunek – „To dojdziecie do Luciąży. To mała rzeczka. Są tam fajne miejsca na biwak”

Chłopcy podziękowali i chcieli mu wręczyć wyrwane z książeczek kupony dla kierowców zabierających autostopowiczów, ale kierowca nie chciał ich wziąć

„Mnie to nie potrzebne, a wam się przyda w dalszej drodze” Pożegnali się i ruszyli we wskazanym kierunku.

Nad rzeczką znaleźli się o w pół do dziewiątej. Było już dobrze ciemno. Teren, który wybrali, był lekko spadzisty w stronę brzegu rzeczki i porośnięty wysoką trawą. Nad samą wodą rosły drzewa orzechowe. Od ścieżki, którą przyszli osłonięci byli gęstymi krzakami.

Mimo, że w planach mieli najpierw ugotowanie zupy turystycznej, a dopiero potem rozłożenie namiotu, to jednak dający się dotkliwie we znaki chłód wziął górę nad głodem i sprawił, że najpierw postanowili postawić namiot. Zabrali się za to, gdy zrobiło się już dosyć ciemno. Okazało się, że żaden z nich nigdy przedtem nie robił tego. W końcu po godzinie namiot został ustawiony. Miał wewnętrzną część podwieszoną pod częścią zewnętrzną. Część zewnętrzna była dłuższa od podwieszonego namiotu i tworzyła przed nim dosyć obszerny przedsionek. Podłogę części wewnętrznej przymocowali do ziemi tak zwanymi „śledziami”.

Przez chwilę dyskutowali, czy najpierw nadmuchać materace, czy gotować zupę. Stanęło na tym, że nadmuchają najpierw materace a potem ugotują zupę. Nie mieli pompki do pompowania materacy i każdy z nich swój materac nadmuchiwał ustami. Zajęło im to sporo czasu i tak wyczerpało, że zrezygnowali z gotowania zupy.

Otworzyli puszkę Paprykarza Szczecińskiego, wyłożyli go na aluminiowe talerze będące na wyposażeniu kochera. Do paprykarza każdy z nich zjadł dużą bułkę z „przedziałkiem”. Popijali to wszystko wodą z manierek.

„Zjadłbym coś jeszcze” – stwierdził Janek

„Jutro będziemy jedli. Teraz będziemy już spać” – zadecydował Wojtek

Poszli się umyć do rzeczki. W ciemności trudno było im znaleźć wygodne zejście do wody. Latarek nie chcieli używać, ponieważ zlatywały się do nich komary i inne owady. Zejścia do wody nie znaleźli, więc postanowili umyć się następnego dnia z rana. Pozostało im jeszcze zrobić siusiu i kupkę. Poszli w tym celu z saperką w krzaki. Wojtek i Benek wrócili szybko do namiotu i zaczęli upychać w nim materace. Po chwili usłyszeli jęk Janka.

„Co się stało?” – zaniepokoił się Wojtek

„Dupę sobie poparzyłem w pokrzywach” – niemal z płaczem oświadczył Janek

Dwuosobowy namiot jest za wąski, aby zmieściły się w nim trzy materace obok siebie. Chłopcom udało się jednak upchać je w ten sposób, że te skrajne wchodziły nieco na ściany boczne namiotu, deformując je bardzo i zsuwały się na ten w środku, wybrzuszając go nieco do góry. Doszli jednak do wniosku, że gdy się na nich położą, to wszystko się jakoś ułoży. Teraz pozostawało tylko rozebrać się i wejść do śpiworów. Jednak nasilający się chłód sprawił, iż rozbieranie się do spania ograniczyli do zdjęcia kurtek i butów. Długo nie mogli zasnąć. W środku leżał jęczący i wiercący się Janek. Po jego lewej stronie próbował usnąć Wojtek a po prawej, Benek. Wojtek ostatni raz poświecił latarką na zegarek o godzinie drugiej trzydzieści dwa. Benek i Janek już spali. On nie mógł usnąć z powodu zsuwania się na Janka. W końcu jego też zmorzył sen.

Rano pierwszy obudził się Benek. Czuł się połamany i zmarznięty. Okazało się, że w jego materacu nie ma powietrza. Jedynie ta część pod głową zachowała go w niewielkiej ilości. Pomyślał, że źle wsadził korki po nadmuchaniu materaca. Wygrzebał się ze śpiwora i zaczął oglądać materac. Zbudził przy tym pozostałych dwóch. Wojtka materac też był bez powietrza.

Jedynie Janek leżał na nadmuchanym materacu. W namiocie panował półmrok. Wojtek włączył latarkę. Stwierdził, że właśnie minęła szósta. Chłopcy zabrali się za oglądanie materacy i szukanie przyczyny ujścia powietrza.

Nie minęło dużo czasu, kiedy znaleźli powód awarii. Obydwa materace miały po trzy rozerwania od strony ścian namiotu. Spowodowane one były wystającymi z ziemi śledziami, którymi przymocowana była podłoga namiotu.

Kiedy upychali przed spaniem materace na ścianki namiotu, to położyli je na tych śledziach. W nocy, kiedy wiercili się przed spaniem śledzie przebiły zarówno ścianki namiotu jak i materace.

„No i dobrze!…Będziemy spać tylko w śpiworach. Nie będzie nam tak ciasno. Pod podłogę będziemy układać gałęzie z młodych drzewek…” – stwierdził Wojtek

Benek zauważył, że ścinanie gałązek z młodych drzewek jest chyba zakazane. Czytał o tym kiedyś.

„To leż na gołej ziemi. Dostaniesz odcisków na dupie i złapiesz wilka!” – odpowiedział Wojtek

„A ja nie muszę spać, ani na gołej ziemi, ani na gałęziach. Mój materac jest cały” – ucieszył się Janek

„Twój materac będziemy kłaść w poprzek tak aby mieć na nim głowy” – zadecydował Wojtek

„Dlaczego?” – zmartwił się Janek – „Przecież…”

„Tak będzie najlepiej i sprawiedliwie” – przerwał mu Wojtek – „To przez ciebie zrobiły się te dziury. Pół nocy wierciłeś się z dupą, aż cały namiot chodził w te i we w te”

„Nie martw się Jasiu. Będziemy za ciebie dmuchać twój materac. Będziesz spał w środku tak jak tej nocy. Będzie ci ciepło” – pocieszał Janka Benek.

Janek nic nie odpowiedział, ale widać było, że nie jest zadowolony z takiego rozwiązania. Jednak po chwili humor bardzo mu się poprawił, gdy Wojtek oznajmił, że teraz jest najwyższy czas na dobre śniadanie.

„Ale najpierw powinnyśmy się umyć” – stwierdził Benek

„Tak, oczywiście” – odpowiedzieli mu, ale tak jakoś bez przekonania

Wygrzebali z plecaków ręczniki i mydelniczki. Zanim poszli szukać dogodnego zejścia do wody poszli w krzaki zrobić siusiu.

Pierwszy przy wodzie był Benek. Podczas gdy szukał miejsca dogodnego do zejścia Janek i Wojtek przyglądali mu się z zaciekawieniem

„Tu jest dobrze!” – krzyknął do nich Benek – „Z tej strony można zeskoczyć na taki płaski brzeg przypominający plażę”

Ledwo skończył to mówić, gdy krawędź, na której stał obsunęła się i Benek jak długi runął do wody. Rzeczka w tym miejscu była bardzo płytka. Głębokość nie wynosiła nawet piętnastu centymetrów. Benek zerwał się natychmiast na równe nogi. Nic mu się nie stało. Był tylko całkowicie przemoczony. Trzęsąc się z zimna pognał do namiotu. Towarzyszył mu rechot kolegów.

Po chwili przestali się śmiać i stwierdzili, że w tej rzeczce nie można się umyć. Wrócili do namiotu.

Podczas gdy ciągle trzęsący się Benek wyciągał z plecaka suche ubranie na zmianę, oni postanowili przyszykować śniadanie. Wyciągnęli z kocherka kuchenkę na paliwo turystyczne w kostkach. Z pierwszej z posiadanych pięciu paczek paliwa wyjęli cztery kostki paliwa. Z tekstu na opakowaniu dowiedzieli się, że wystarczy to na zagotowanie jednego litra wody. Wodę mieli jeszcze w manierkach. Przelali ją do rondelka, postawili na kuchence i podpalili paliwo.

Niestety, pogoda była nieco wietrzna i ciągle gasiła im płomień. Przenieśli się z kuchenką do namiotu, do przedsionka. W środku Benek wycierał się ręcznikiem i mruczał pod nosem brzydkie słowa. Oni zaczęli się sprzeczać o to, którą zupkę ugotować.

Do wyboru mieli pomidorową z ryżem w torebce papierowej, taką samą ogórkową i rosół z drobiu z makaronem. W końcu zdecydowali się na pomidorową. Według instrukcji z opakowania należało wsypać zawartość torebki do trzech czwartych litra gotującej się wody i gotować około pięciu minut

„Ile to będzie trzy czwarte litra wody?” – zapytał Janek

„Nie mam pojęcia” – odparł Wojtek – „Może Benek wie?”

Benek wychylił głowę z namiotu, spojrzał do garnka i stwierdził, że chyba jest tam tyle wody, ile potrzeba

„Tu nie apteka. Trochę więcej lub mniej nie zrobi różnicy” – dodał

„Lepiej więcej. Głodny jestem” – zauważył Janek.

Benek w końcu się przebrał. Mokre rzeczy rozwiesił na namiocie w nadziei, że słabe słońce, które od czasu do czasu pokazywało się z za chmur, je wysuszy.

Przysiadł się do chłopców. Teraz wszyscy trzej siedzieli na ziemi w przedsionku w koło kuchenki i czekali na zagotowanie się wody. Po dwudziestu minutach, kiedy woda zaczęła się zagotowywać, wypaliło się paliwo. Szybko wyjęli następne kostki i zapałki. Krótko potem woda się zagotowała. Wsypali do niej zawartość torebki z pomidorową. Wojtek wymieszał ją łyżką. Poczuli zapach zupy, ale nie byli nim zachwyceni

„Panowie! Szykować talerze” – oznajmił

„Brudne są po paprykarzu. Zapomnieliśmy je wczoraj umyć” – stwierdził Benek

„No to biegnij do rzeczki i je umyj. Wiesz już jak się do niej schodzi” – zarządził Wojtek

Janek wybuchnął śmiechem.

„Bardzo śmieszne. Niech każdy wymyje swój talerz” – odparł nieco obrażony Benek.

Janek złapał jeden z talerzy, wyszedł przed namiot i zerwał garść trawy. Użył ją do wycierania talerza. Jednak zaschnięte resztki paprykarza nie chciały ustąpić. Pomogło dopiero gdy kilka razy solidnie splunął na talerz. Wojtek i Benek poszli w jego ślady.

Talerze były gotowe akurat na czas, gdy zupka zaczęła się solidnie pienić. Używając specjalnego uchwytu, Wojtek zaczął ją rozlewać do talerzy, uważając, aby w każdym było tyle samo. Zanim zabrali się za jedzenie, obwąchali talerze ze wszystkich stron, z wyraźnym niesmakiem. Zamieszali zupkę łyżkami. Była bardzo wodnista. Pływały w niej jakieś ciemne, twarde grudki.

„Pomidorowa mamy lepiej wygląda i pachnie” – stwierdził nieco zawiedziony Janek

„Tego nie da się jeść” – Benek z obrzydzeniem wypluł zupkę, którą właśnie spróbował – „Kto chce moją porcję?” – zapytał – „Wolę chodzić głodny, niż zjeść to gówno”

Ani Wojtek, ani ciągle głodny Janek nie skorzystali z oferty Benka. Wszyscy trzej niemal jednocześnie wylali zupkę przed namiot

„Ale przecież musimy coś zjeść!” – stwierdził z rozpaczą w głosie Janek

„Panowie! Otworzymy Mielonkę Turystyczną. Mamy jeszcze bułki” – zarządził Wojtek

„Jedna to za mało. Śniadanie to podstawa. Musimy się najeść” – argumentował Janek

Benek wyciągnął z plecaka dwie puszki i nożyk do otwierania konserw. Bułki były w plecaku Janka. Po chwili wszyscy w milczeniu zjadali swoje sprawiedliwie rozdzielone porcje.

„Przydałoby się ugotować herbaty. Zatkałem się tym jedzeniem na sucho” – stwierdził Janek

„Nie mamy już wody. Wszystka poszła na zupkę” – odpowiedział Wojtek

„Napij się z rzeczki. Nie jest zła. Próbowałem” – zwrócił się do Janka Benek.

Tylko Wojtek się zaśmiał.

Około godziny składali namiot. Trochę zastanawiali się czy zostawić przedziurawione materace, ale w końcu zdecydowali się je zabrać. Mieli nadzieję, że gdzieś może natrafią na sklep z rowerami i uda im się kupić łatki do reperowania przebitych dętek rowerowych. Około dziesiątej byli już na drodze. Tym razem nie czekali przy niej na samochody tylko szli przed siebie. Gdy słyszeli za sobą nadjeżdżający samochód to się zatrzymywali i machali książeczkami Autostopu.

Już po niecałych dwóch godzinach doszli do Sulejowa. Wkrótce znaleźli się na placu, na którym stały drogowskazy. Jeden wskazywał drogę do Radomia a drugi do Kielc. Usiedli na pobliskiej ławce. W książeczkach była mapa Polski, ale bardzo uproszczona. Wojtek miał swoją, większą i dokładniejszą. Wyciągnął ją i razem z Benkiem zaczął ją studiować. W tym czasie Janek rozglądał się po okolicy. W pewnym momencie krzyknął

„Bar! Bar Mleczny tam jest!” – wskazał ręką – „Możemy sobie kupić coś do picia. Na pewno mają kompot”

Po chwili wszyscy troje wchodzili do niemal pustego baru mlecznego. Byli bardzo spragnieni po tym śniadaniu na sucho. Chcieli kupić coś do picia. Janek marzył o kompocie, Wojtek chciał mleko a Benek zwykłą herbatę z cukrem. Jednak zaraz po wejściu do środka zmienili zdanie. Stało się to z powodu intensywnego, wspaniałego zapachu naleśników, dobywającego się z otwartej kuchni baru.

„Wezmę sobie do tego kompotu porcję naleśników” – oznajmił Janek

Nie skończyło się na jednej porcji. Zjadł dwie. Wojtek i Benek też sobie nie żałowali. Wyszli z baru najedzeni i rozleniwieni. Dopiero teraz odczuli ten dwugodzinny marsz z Przygłowia do Sulejowa.

„Właściwie, to moglibyśmy tu zostać. Przecież nigdzie nam się nie spieszy. Jutro z rana zjemy w tym barze śniadanie i pójdziemy dalej” – argumentował Janek, któremu żal było oddalać się od tego wspaniałego baru

„Dopiero pierwsza minęła. Idziemy dalej. Tu w mieście nie ma gdzie rozbić namiotu” – przekonywał Wojtek.

Ponownie wyciągnęli mapę. Stwierdzili, że najkrótsza droga w Bieszczady wiedzie przez Kielce. Właściwie to o tym dobrze wiedzieli, ale chcieli też zobaczyć Lublin i Zamość, dlatego zastanawiali się, czy nie wybrać drogę na Radom. Doszli jednak do wniosku, że pojadą tam w drodze powrotnej z Bieszczad, kierując się na Przemyśl, Lubaczów i Tomaszów Lubelski. Teraz muszą jak najszybciej dostać się na Pętlę Bieszczadzką. Tam mają nadzieję zarobić trochę pieniędzy w spółdzielni „Las” o której czytali w „Świecie Młodych”. Spółdzielnia ta zatrudnia w lecie młodzież szkolną do zbierania jagód i grzybów. Swoją siedzibę ma w Lesku.

Chłopcy przeszli przez Sulejów. I zaraz za miastem postanowili czekać na samochody. Naleśniki sprawiły, że nie mieli ochoty na marsz wzdłuż drogi. Około trzeciej, zatrzymali ciężarówkę. Kierowca zgodził się ich zabrać. Okazało się, że jedzie przez Kielce do Pinczowa.

„Jest tam bar mleczny?” – zapytał Janek

„Znajdzie się” – odpowiedział kierowca

Wgramolili się na pakę. Ciężarówka do połowy załadowana była workami, w których były jakieś stare, nieprzyjemnie cuchnące szmaty. Z początku ich zapach przeszkadzał im, ale po niedługim czasie przyzwyczaili się do niego. Ułożyli się wygodnie na workach. Zmęczenie po niezbyt udanej nocy oraz naleśniki sprawiły, że dosyć szybko zmorzył ich sen. Budzili się tylko na chwilę, gdy samochód wjeżdżał w jakieś werteby lub zatrzymywał się na skrzyżowaniach. Z czasem przestali na to reagować.

Głośny hałas otwieranej klapy ciężarówki sprawił, że zerwali się na równe nogi

„Chłopaki! Jesteśmy na miejscu. Wysiadać!” – krzyknął kierowca

Chwilę trwało zanim doszło do ich świadomości, gdzie się znajdują. Szybko jednak oprzytomnieli. Zabrali swoje plecaki i namiot i wyskoczyli z samochodu. Znajdowali się na podwórku jakiegoś gospodarstwa. Podziękowali kierowcy za jazdę. Wręczyli mu kupony z książeczek.

„Gdzie jest ten bar mleczny?” – zapytał Janek

„Jaki bar?” – zdziwił się kierowca

„Mówił pan, że w Pinczowie jest bar mleczny…”

„A, Tak. Trzy kilometry z powrotem w centrum” – odpowiedział kierowca

„Jutro tam pójdziemy. Teraz musimy poszukać miejsca na nocleg” – odparł Wojtek

„I nabrać wody do manierek” – dodał Benek

„Pójdziecie w tamtym kierunku. Niedaleko jest stary park nad zalewem. Tam możecie rozłożyć namiot” – wskazał kierowca kierunek

Po nabraniu wody do manierek ruszyli nad zalew. Byli nad nim już po dwudziestu minutach. Bardzo im się podobał. Niemal do samego brzegu dochodził piękny dębowy lasek. Pogoda zrobiła się ładniejsza i nawet słońce zaczęło pod wieczór przygrzewać.

Znaleźli miejsce między dębami, niemal nad samą wodą. Było tam łagodne, nie zarośnięte krzewami, zejście do samej wody. Mimo, że było jeszcze wcześnie, zaledwie szósta się zbliżała to w tym miejscu nie było żywej duszy. Chłopcy postanowili postawić namiot i wykąpać się zalewie. Tym razem poszło im znacznie lepiej z namiotem. Zapomnieli tylko o wyściełaniu gałęziami miejsca pod namiotem. Przypomnieli sobie o tym po kąpieli i kolacji, złożonej z paprykarza i kupionych po drodze bułek.

Gdy już po ciemku układali się do snu, byli tak zmęczeni, że nie chciało im się szukać odpowiednich gałęzi. Stwierdzili, że jedną noc prześpią się na twardym. Nadmuchali tyko tą dłuższą część Janka materaca. Część pod głowę została nienadmuchana. W ten sposób materac zmieścił się w poprzek namiotu. Po wejściu do swoich śpiworów ułożyli głowy na materacu. Było im bardzo wygodnie i nawet nie odczuwali niedogodności spania bez materaców. Usnęli bardzo szybko.

Benka obudziło bolesne uderzenie pod żebra. Wydarł się na Janka

„Musisz się tak wiercić?! Nie możesz spać spokojnie?!”

Zbudzony Janek nie wiedział o co chodzi

„Mnie też kopie cały czas” – odezwał się Wojtek przecierając oczy

W tej samej chwili Benek otrzymał potężne uderzenie w dolną część pleców i wpadł na Janka. W jednej chwili stało się dla nich jasne, że to nie on był winowajcą.

„Ktoś jest na zewnątrz i kopie w namiot” – dramatycznym szeptem powiedział Wojtek

Nasłuchiwali przez chwilę w milczeniu. Tylko Benek jęcząc rozcierał sobie plecy. Na zewnątrz wyraźnie słychać było, że ktoś chodzi w koło namiotu.

„Musi ich być kilku” – wyszeptał Wojtek

„Ratunku!!!” – wydarł się Janek

„Czego się drzesz?!!… Tu nie ma żywej duszy! Nikt nam nie przyjdzie z pomocą” – uciszał go Benek

Na zewnątrz zrobiło się cicho. Słyszeli jakby oddalające się kroki.

Wojtek poczuł się w obowiązku wyjść na zewnątrz. Ostrożnie wyszedł ze śpiwora. Z latarką w jednym ręku i siekierką w drugiej ręce, poprosił Benka, aby szybko otworzył zamek błyskawiczny którym zamknięty był namiot wewnętrzny. Gdy tylko Benek otworzył namiot, Wojtek błyskawicznie wyskoczył do przedsionka. Zapomniał, że też trzeba go otworzyć. W pędzie przewrócił dwa maszty stelaża podtrzymujące przedsionek, w rezultacie czego zewnętrzna część namiotu spadła na niego i zaraz po chwili podwieszona część wewnętrzna spadła na Benka i Janka. Wszyscy trzej w panice zaczęli się szamotać po omacku z namiotem. Wojtek próbował na ślepo zadawać ciosy siekierką, ale na szczęście tkanina namiotu skutecznie krępowała mu ruchy.

W pewnym momencie poczuł, że jednak uderzył w coś miękkiego. Przeraźliwy kwik niemal go sparaliżował. Przestraszył się, że może to któryś z kolegów otrzymał nie zamierzony cios. Jednocześnie zauważył, w świetle latarki, wyłaniający się z tkaniny namiotu nóż. Ktoś energicznym ruchem rozciął namiot. Tym kimś okazał się Janek.

Potem, gdy omawiali to wydarzenie, okazało się, że Janek nie mówiąc o tym kolegom spał ze swoim fińskim nożem. Po prostu bał się spać w namiocie, ale oczywiście się im do tego nie przyznawał. Teraz w tak dramatycznej sytuacji nóż pod ręką bardzo się przydał. Po chwili, wszyscy trzej wygramolili się z ruiny namiotu.

Podczas gdy Wojtek oświetlał latarką teren w koło namiotu zauważyli w jej świetle, tuż nad ziemią, kilka świecących się par oczu. Zmroziło ich to

„Położyli się na ziemi i się czają, aby nas zaatakować” – wyszeptał z trwogą Benek

„Ratunkuuu!!!” – wydarł się ponownie Janek

W tym samym momencie oczy rozbiegły się na boki i zniknęły między drzewami

„To dziki są! Dzikie świnie!” – wykrzyknął Wojtek – „Wystraszyły się twojego wrzasku i uciekły”

„Jesteś pewien, że to dziki?” – z nadzieją zapytał Janek

„Tak. Widziałem sylwetki…”

„Też widziałem. To zwierzęta…” – potwierdził Benek

Zrobiło im się nieco raźniej. Wojtek poświecił na zegarek. Czwarta trzydzieści osiem. Zaczęło się robić trochę jaśniej. Dopiero teraz poczuli chłód i dużą wilgoć w powietrzu. Wygrzebali z namiotu śpiwory i materac. Wojtek wszedł w śpiwór i położył się na ziemi opierając głowę o materac

„Będziesz spać. Nie boisz się?” – zapytał Janek

„Nie boję się” – odparł Wojtek, ale tak jakoś nie przekonywająco

„Ja tam teraz nie usnę” – stwierdził Janek

„Ja też nie” – dodał Benek

„Świetnie! Pilnujcie mnie” – ucieszył się Wojtek

Posiedzieli tak do szóstej. Zmarznięci obudzili Wojtka, wyciągnęli swoje rzeczy z namiotu i zabrali się za gotowanie herbaty.

Gdy się rozgrzali herbatą Gruzińską, zaczęli sprawdzać, czy namiot nadaje się do użytku. Okazało się, że nie jest tak źle jak myśleli. Tylko dwa maszty stelaża zostały trochę pokrzywione. Wyprostowali je jako tako i udało im się postawić namiot z powrotem. Zewnętrzna część tuż przy przedsionku miała prawie metrowe rozcięcie. Kilka linek było zerwanych, aluminiowe śledzie wyrwane i pokrzywione. Powiązali linki, śledzie wyprostowali siekierką. Pozbierali swoje porozrzucane rzeczy i stwierdzili, że muszą się trochę przespać. Wnieśli do środka materac i śpiwory.

Obudzili się po dwunastej. Byli wypoczęci. W namiocie panowało przyjemne ciepło

„Dobrze byłoby coś zjeść” – powiedział na dzień dobry Janek.

Wszyscy stwierdzili, że to dobry pomysł. Po złożeniu namiotu ruszyli w stronę miasta szukać baru mlecznego. Znaleźli go w pobliżu runku. Niestety nie podawano w nim naleśników. Zamówili trzy porcje leniwych z cukrem i cynamonem.

Po skończonym posiłku rozłożyli na stole mapę i zastanawiali się którą drogę wybrać, aby dostać się w stronę Tarnowa.

„Zjadłbym jeszcze jedną porcję” Janek był nie najedzony.

„Nie mamy za dużo pieniędzy. Musimy oszczędzać. Nie myśl tyle o żarciu to nie będziesz głodny” – upomniał go Wojtek i zagłębił się w czytanie mapy

„Trzeba iść na Busko Zdrój i stamtąd na Tarnów” – stwierdził po chwili zdecydowanie

„Krótsza droga jest przez Wiślice do Opatowca. Tam jest przeprawa przez Wisłę” – usłyszeli za sobą

Nie zauważyli, że od pewnego czasu obserwowani są przez dwie panie z kuchni. To właśnie jedna z nich pospieszyła z radą, gdy usłyszała, że chcą się dostać do Tarnowa

„Co im będziesz Jadźka, doradzała. Kawalerowie są dorośli i sami wiedzą jak się tam dostać. Prawda chłopcy?” – druga z kobiet puściła do nich oko

„Prawda, proszę pani, ale chętnie skorzystamy z dobrych rad” – odparł Benek

„Widzisz, jaki mądry chłopak. Wie, że należy słuchać rad starszych ludzi” – zwróciła się Jadźka do koleżanki

„Kawalerowie tak na pieszo wędrują?”

„Autostopem jeździmy. Zatrzymujemy samochody i kierowcy nas zabierają…”

„A nie lepiej to pekaesem?”

„Nie mamy pieniędzy na autobusy. Autostopem jest za darmo…” – powiedział Janek

Zaczęli zwijać mapę i podnieśli się od stołu. Powiedzieli „do widzenia” i skierowali się do drzwi

„Do widzenia, chłopcy. Smakowały wam leniwe?”

„Bardzo, ale było mało…” – wyrwał się Janek z odpowiedzią zanim Wojtek zdążył mu przerwać

„Poczekajcie chwilę, dostaniecie jeszcze po porcji”

Wrócili do stołu. Po kilku minutach panie podały im trzy porcje leniwych i kubki z kompotem. Porcje były znacznie większe niż te poprzednie. Benek sięgnął do kieszeni po pieniądze, ale kobieta go powstrzymała.

„To od nas na drogę, abyście głodni nie byli”

Po wyjściu z baru rozglądali się trochę, nie byli pewni w którą stronę iść. Pomogła im kobieta z baru. Wyszła do nich i wskazała, jak mają iść, aby trafić na drogę do Wiślicy.

Po piętnastu minutach wychodzili z Pińczowa wskazaną przez nią drogą. Po następnych piętnastu minutach droga zmieniła się z brukowanej kocimi łbami w stosunkowo wąską i bardzo piaszczystą. Głębokie koleiny po chłopskich wozach oraz ślady końskich kopyt nie ułatwiały marszu. Popołudniowe słońce zaczęło dawać się im we znaki.

Zatrzymali się na skraju jakiejś wsi. Rosnące przy drodze jabłonki dawały trochę cienia.

„Jeszcze nas nie minął żaden samochód” – zauważył Benek

Usiedli pod drzewem rosnącym po drugiej stronie rowu oddzielającego drogę od pola. Wojtek wyciągnął mapę. Niestety nie mogli na niej znaleźć drogi, na której się znaleźli

„Wróćmy się. Pójdziemy na Busko Zdrój” – zaproponował Janek

„Nigdy w życiu!… Zapytamy się we wsi ludzi jak się idzie do tej Wiślicy”

Wojtek zadecydował, aby iść do przodu. We wsi spotkali głośno bawiące się na drodze bosonogie dzieci, nieco młodsze od nich samych, które na ich widok zamilkły i przestały się bawić. Z zainteresowanie przyglądały się dziwnym przybyszom z plecakami.

„Co to za wieś?” – zapytał Wojtek.

Zanim dostali odpowiedź, Benek zwrócił szeptem uwagę Wojtkowi

„Nie mów – wieś. Zapytaj co to za miejscowość”

„Młodzawy” – odparł jeden z chłopaków

„Dojdzie się tędy do Wiślicy?”

„Gdzie?!”

„Do Wiślicy”

Dzieciaki były zdziwione i wzruszyły tylko ramionami, co należało zrozumieć, że pierwszy raz słyszą coś o jakiejś Wiślicy

„Jeżdżą tędy samochody?” – zapytał Benek

„Tak” – otrzymał dokładną odpowiedź

„Ale, czy często? Nie widzieliśmy tu żadnego…”

Dzieciaki znów spojrzały po sobie. Najstarszy z nich powiedział

„Przed niedzielą jechały tędy dwa…”

„Trzy jechały!” – poprawił go jakiś pętak z gilem pod nosem

„O co chodzi?” Usłyszeli za sobą.

Odwrócili się gwałtownie. Mężczyzna, który za nimi stał miał w ręku bat woźnicy. Przestraszyli się w pierwszej chwili, ale okazało się, że nie ma on wobec nich złych zamiarów.

„My tylko pytamy o drogę” – powiedział Wojtek – Chcemy się dostać do Wiślicy”

„To macie jeszcze spory kawałek do przejścia”

„Chcemy tam dojechać Autostopem” – wtrącił Janek

Mężczyzna zaśmiał się.

„Tu nie ma samochodów. Dopiero tam dalej na rozstaju dróg w Chrobrzu może coś złapiecie”

„Daleko do tego Chrobrza?”

„Będzie z dziesięć kilometrów…”

„O! Jezu!” – jęknął Janek

„Jak mi pomożecie to was podwiozę. Jadę tam na punkt skupu ze świniakiem”

„Pomożemy!” – krzyknęli radośnie

„Chodźcie ze mną”

Poszli z nim do pobliskiego gospodarstwa. Z tyłu, za domem, stał drabiniasty wóz z zaprzężonym chudym konikiem. Na wozie stała zbita z desek klatka z dużym, ledwo się w niej mieszczącym świniakiem. Za klatką było jeszcze trochę miejsca

„Wskakujcie na wóz” – nakazał mężczyzna

„Mieliśmy pomóc…” – odezwał się Benek

„Nie teraz”

Weszli na wóz. Usiedli na burtach wozu tuż za klatką z kwiczącym świniakiem. Plecaki położyli przy nogach. Po chwili wyjechali na drogę. Stojące na niej dzieciaki wykrzykiwały coś do nich, ale kwik świniaka skutecznie ich zagłuszał.

Poruszali się bardzo wolno. Koła z metalowymi obręczami zanurzały się głęboko w sypki piasek na drodze

„Ten koń ledwie dyszy… Daleko nie ujedziemy” – zauważył Benek

Już po półgodzinie jego słowa okazały się prorocze. Niewielkie piaszczyste wzniesienie sprawiło, że koń, mimo solidnego okładania go batem, nie dał rady zrobić ani kroku do przodu

„Wyskakiwać z wozu i pchać!” – nakazał mężczyzna zeskakując na ziemię.

We czterech pomagali koniowi pokonać pagórek. W ciągu czterdziestu minut pokonali pięćdziesiąt metrów drogi na szczyt wzniesienia. Byli fizycznie wykończeni. Na szczęście dalej droga opadała łagodnie w dół i nie była już taka piaszczysta.

Po minięciu niewielkiego lasku ukazało się im następne wzniesienie. Pchanie wozu znowu okazało się konieczne. Gdy pokonali tą przeszkodę to niemal ostatkiem sił zdołali wgramolić się na wóz.

„No, to już wiemy, dlaczego zabrał nas ze sobą” – wycharczał Benek

Droga zrobiła się kręta. Wiła się teraz między niewielkimi laskami i łąkami. Z niepokojem oczekiwali czy za każdym zbliżającym się zakrętem, nie pokaże się kolejne wzgórze. Wojtek spojrzał na zegarek. Zbliżała się szósta. Janek zauważył po lewej stronie między mijanymi drzewami jakąś wodę

„Tam jest jakieś jezioro!” – krzyknął ucieszony – „Proszę pana!…Co to za jezioro tam po lewej stronie?!”

„To nie jezioro. To rzeka…Nida”

Po tej odpowiedzi wszyscy trzej pomyśleli o tym samym.

„Panowie. Olejmy się na dalszą drogę. Prześpimy się nad rzeką…”

„Tak będzie najlepiej” – ucieszył się Benek – „Nie wyrobię więcej pchać tego wozu…”

„Proszę pana!…My wysiadamy tutaj!” – krzyknął Janek nie czekając na zgodę kolegów

„Chroberz jest za zakrętem…”

„Nam się tu podoba! Przenocujemy nad rzeką!”

Kilkanaście minut później rozstawiali namiot kilka metrów od brzegu rzeki. To była ich trzecia noc poza domem.

Rozstawienia namiotu przebiegło niemal rutynowo. To samo było z kolacją. Co prawda woleliby zjeść coś innego niż Paprykarz Szczeciński, ale ponieważ mieli tego jeszcze kilka puszek postanowili zjeść go jak najszybciej.

Obudzili się przed ósmą. Przyzwyczaili się już do niewygody spania w śpiworach bez materacy. Na śniadanie ugotowali sobie płatków owsianych na wodzie. Nawet im smakowały, może dlatego, że wsypali do nich dużo cukru, dokładnie wszystek jaki mieli. Inaczej nie dałoby się tego zjeść, stwierdzili zgodnie.

Tuż po dziesiątej znaleźli się na drodze i po pół godzinie weszli do Chrobrza. Janek był bardzo zawiedziony. Nie było tam baru mlecznego. Dowiedzieli się, że jest Gospoda Ludowa, ale była zamknięta. Otwierano ją dopiero po południu.

Przy ulicy, którą przechodzili znajdował się sklep Gminnej Spółdzielni „Samopomoc Chłopska”. Kupili w nim przybornik do łatania dętek rowerowych. W sklepie spożywczym obok uzupełnili zapas bułek i cukru. Z konserw był tylko Paprykarz Szczeciński, więc szybko wyszli ze sklepu.

Gdy zastanawiali się w którą stronę iść, zatrzymał się przed sklepem samochód Nysa. Młody kierowca wszedł do sklepu. Postanowili zaczekać na niego

„Jedzie pan może w stronę Bieszczad?” – zapytał go Benek, gdy ten tylko wyszedł ze sklepu

„Można tak powiedzieć. Jadę do Tarnowa” – odpowiedział

Zgodził się ich zabrać. W nysce leżało na podłodze kilkanaście opon samochodowych siedziało się im na nich bardzo wygodnie. Co prawda samochód nie był przeszklony, miał tylko okno w tylnych drzwiach i w rozsuwanych bocznych po prawej stronie. Miał też przeszkloną ściankę oddzielającą szoferkę od części bagażowej. To przez to okienko obserwowali drogę.

Po jakimś czasie samochód zatrzymał się przed stojącym ciągnikiem z przyczepą wyładowaną sianem. Kierowca wysiadł z samochodu i otworzył tylne drzwi.

„Musicie wysiąść. Zaraz będzie prom. Nie wolno przebywać w samochodach podczas przeprawy…”

„Jaki prom?” – zapytał Wojtek

„Prom na Wiśle. Jesteśmy w Opatowcu. Musimy przedostać się na drugą stronę”

Wyszli z samochodu. Przed nimi stał ciągnik z przyczepą a przed nim osobowa warszawa. Przed osobówką droga się kończyła zjazdem do rzeki zabezpieczonym łańcuchem za znakiem zakazu wjazdu.

Chłopcy rozglądali się ciekawie. Mnie więcej w połowie szerokości rzeki zauważyli prom, na którego otwartym pokładzie stały dwa samochody ciężarowe. Po kilkunastu minutach prom dobił do brzegu w tym miejscu, w którym kończyła się droga, na której stali.

Po opuszczonym z promu pomoście zjechały ciężarówki i dwa motocykle. Było też kilka pieszych osób. Teraz przyszła kolej na załadunek promu. Odbyło się to dosyć sprawnie. Weszli zaraz za nyską. Z pobliskiego budynku wyszło też kilkanaście osób. Okazało się, że jest tam poczekalnia dla pasażerów. Po kilku minutach prom odbił od brzegu.

Chłopców bardzo zaintrygowała stalowa lina, która po prawej stronie przewleczona była przez rolki na pokładzie

„Po co jest ta lina?” – zapytał Janek jednego z członków załogi

„Żeby nam nikt promu nie ukradł” – usłyszał odpowiedź i śmiech osób stojących obok

„Po co się głupio pytasz” – upomniał go Benek – „Gdyby nie było tej liny rozpiętej między brzegami, to prąd wody porwałby prom w dół rzeki”

„A ty skąd to wiesz?” – zapytał Wojtek

„Z książek…”

Dalsza podróż do Tarnowa nie zawierała żadnych niespodzianek Dosyć szybko znudziło im się obserwować drogę. Poukładali opony w ten sposób, że mogli wygodnie leżeć na nich. Jak tylko przyjęli wygodne pozycje, zmorzył ich sen.

Obudzili się, kiedy kierowca zatrzymał samochód i zatrąbił kilka razy. Przez okienko zauważyli, że stoją przed jakąś bramą, która po chwili została otwarta. Wjechali na podwórko warsztatu samochodowego.

„Czy to już Tarnów?” – zapytał Wojtek wysiadając

„Nie. Nie. To Niedomice…Tarnów jest niedaleko stąd.”

Zapytali, gdzie można rozbić obozowisko. Dowiedzieli się, że kawałek obok przepływa Dunajec.

Po godzinie byli na kamiennym brzegu rzeki. Nie było tam dębów, co bardzo ucieszyło Janka. Gwarantowało to w jego przekonaniu, że w nocy nie odwiedzą ich dziki.

Po rozłożeniu namiotu na żwirkowatym brzegu Dunajca, zabrali się za łatanie materacy. Dopiero gdy już były załatane zrobili kolację. Potem chcieli się wykąpać w rzece, ale kamieniste dno skutecznie zniechęcało do wejścia do wody, która zresztą była pieruńsko zimna. Ponieważ zrobiło się nagle bardzo chłodno i zaczął wiać porywisty zimny wiatr, szybko przenieśli się do namiotu. Weszli do śpiworów i ułożyli się na materacach.

Tym razem nie obawiali się ich przedziurawienia, ponieważ podłogę nie przymocowali śledziami do ziemi. Byli w dobrych humorach. Miało na to wpływ leżenie na materacach. Przez jakiś czas zabawiali się opowiadając sobie stare kawały, ale wzmagający się wiatr, sprawił, że zamilkli i oczekiwali aż stanie się coś niedobrego z namiotem. Nic takiego jednak się nie stało. Wiatr wkrótce się uspokoił. Za to zaczął padać deszcz, który wkrótce zamienił się w ulewę. Jednak namiot, ku ich zdziwieniu nie przeciekał. Uspokoiło to ich i wkrótce usnęli.

Rano obudzili się na materacach bez powietrza. Łatki, które przykleili wczoraj, puściły. W środku wszystko było wilgotne i zimne. Na zewnątrz padał intensywny deszcz.

Zwykle zwijali śpiwory i pakowali plecaki na zewnątrz. Tym razem robili to w środku, w ciasnocie. Benek pierwszy z wściekłością wyrzucił swój materac na zewnątrz.

„Do dupy z takim materacem!” – stwierdził wściekły

Wojtek zrobił to samo

„No i gut! Nie będziemy musieli sobie płuc wypluwać, aby je nadmuchać” – skomentował

Usiedli w przedsionku na plecakach i zabrali się za gotowanie owsianki. Niestety, zanim była gotowa skończyły im się kostki paliwowe. Szybko przeszukali plecaki w nadziei, że może mają ich więcej. Jednak nic nie znaleźli. Myśleli o rozpaleniu ogniska, ale żaden z nich nie miał ochoty wyjść na zewnątrz i poszukać drewna. Zresztą doszli do wniosku, że w taki deszcz nic suchego nie znajdą.

Niedogotowaną owsiankę wylali i otworzyli dwie ostatnie puszki Konserwy Turystycznej. Po śniadaniu czekali ze składaniem namiotu do czasu aż przestanie padać. Poddali się około czwartej po południu. Przemarznięci i głodni zdecydowali się zwinąć obozowisko nie czekając, aż przestanie padać.

Namiot wewnętrzny był tylko solidnie wilgotny, natomiast ten zewnętrzny był ociekający wodą i bardzo ciężki. Ledwo zmieścił się do pokrowca. Dokładnie dziesięć po piątej wyszli na drogę do Tarnowa. Byli całkowicie przemoczeni. Tuż przed miastem zatrzymał się przy nich samochód osobowy.

„Jakiś zachodni…” – zdążył zauważyć Wojtek

Szyba od strony pasażera się opuściła i starsza tęga, kobieta zwróciła się do nich z pytaniem

„Nie chcielibyście chłopcy zarobić pare złotych?”

„Chętnie! Ale najpierw chcielibyśmy się gdzieś wysuszyć…” – odpowiedział Wojtek

„I coś zjeść!” – dodał Janek

„U nas będziecie mogli wysuszyć ubrania w kotłowni. Ciepła zupa też się znajdzie” – zachęcała

„Co to za zarobek? Co mamy zrobić?” – zapytał Benek

„Ach! Nic wielkiego. Jak dla was pół godziny roboty… wsiadajcie do tyłu. A ty Kaziu” – zwróciła się do mężczyzny za kierownicą – „Schowaj ich plecaki do bagażnika”

W czasie jazdy, pan Kaziu mąż pani Helenki wyjaśnił im co to za praca ich czeka.

„Trzeba u nas wymienić piec do centralnego ogrzewania…”

„My się na tym nie znamy…” – przerwał mu Wojtek

„Nie! Nie. Piec wymienią fachowcy. Problem jest taki, że nowy piec mamy już przywieziony i stoi on w garażu i ja sam z Helenką nie damy rady znieść go do kotłowni w piwnicy, ale jak mi pomożecie to uporamy się z tym w try miga. To jak?…Pomożecie?”

„Pomożemy!”

Pan Kaziu z panią Helenką mieszkali za Tarnowem na skraju miasteczka Pilzno. Mieli tam jednopiętrowy murowany dom i jakiś warsztacik z garażem za domem.

Dom był podpiwniczony. Małe okienka piwnicy znajdywały się tuż nad ziemią. Pan Kazik wyjaśnił im, że kiedyś do piwnicy można było dostać się od zewnątrz, z podwórka, ale ze względu na to, że pani Helenka bardzo boi się włamań, kazali to wejście zamurować. No i teraz jest kłopot. Jedyne wejście do kotłowni w piwnicy jest od środka mieszkania z przedpokoju, bardzo wąskimi i stromymi schodami.

Do zniesienia pieca o wadze blisko stu pięćdziesięciu kilogramów potrzeba czterech mężczyzn. Po dwóch z każdej strony.

Niestety, dwóch dorosłych mężczyzn nie zmieści się obok siebie na tych schodach.

„Wy, chłopcy, macie drobniejszą budowę ciała, ale z pewnością jesteście równie silni co stare byki”

„Damy radę” – zapewnił Janek

„No, to świetnie!” – ucieszył się pan Kaziu

Tylko pani Helenka spojrzała tak jakoś z niepokojem na Janka.

„Węgiel. Jak węgiel pan tam wnosi?” – zaciekawił się Wojtek

„Nie węgiel, tylko koks. Nie wnoszę go. Wozacy, którzy koks przywożą, wrzucają go przez okienka od strony podwórka” – wyjaśnił

„Kaziu! Potem im wszystko wyjaśnisz. Zaprowadź ich teraz do kotłowni. Niech się przebiorą a mokre niech rozwieszą przy piecu. Zaraz odgrzeję krupnik. Starczy dla wszystkich!”

Weszli po niewielkich schodkach na ganek przed drzwiami wejściowymi. Pani Helenka wyciągnęła z torby pęk kluczy i po chwili znaleźli się w wąskim przedpokoju

„Mają telefon” – szeptem zwrócił się Benek do Wojtka wskazując czarny aparat stojący na stoliku pod lustrem.

„O czym tam szepczecie?” – zainteresował się pan Kaziu

„Nie. Nic takiego…Telefon zauważyłem”

„A, tak. Założyli nam w ubiegłym roku…Chodźcie za mną, tylko ostrożnie na tych schodach. Ciemno jest. Muszę wymienić żarówkę na mocniejszą”

Zaraz po prawej stronie były drzwi, za którymi od razu zaczynały się schody w dół do piwnicy. Znajdowały się one między dwiema ścianami, na których nie było poręczy. Głęboki półmrok jaki tam panował sprawiał, że odległość między ścianami wydawała się mniejsza, niż sześćdziesiąt centymetrów.

Dziesięć stopni niżej był niewielki podest i schody skręcał pod kątem prostym w lewo. Jeszcze osiem stopni i wychodziło się do obszernej piwnicy. Wszystko to zanotował sobie Benek w głowie. Jedynie on zwracał uwagę na takie rzeczy.

Już na schodach poczuli ciepło dochodzące z dołu. W piwnicy, w której się znaleźli było bardzo ciepło. Naprzeciwko schodów były drzwi, za którymi znajdowała się kotłownia. W rogu pomieszczenia metr od ścian stał żeliwny piec, od którego dosłownie buchało gorąco

„Palimy w nim, mimo, że to sierpień, ponieważ na górze w pokojach położone są nowe tynki i chcemy, aby dobrze przeschły” – wyjaśnił pan Kaziu – „Ten piec jest stary i uszkodzony, poza tym słabo wydajny, dlatego kupiliśmy ten nowy co jest w garażu”

Chłopcy rozglądali się ciekawie po kotłowni. Obok pieca część pomieszczenia pod oknem odgrodzona była niską ścianką z grubych desek, za którą znajdował się koks. W ściance były drzwiczki, przy których stała łopata do ładowania koksu do pieca.

W całym pomieszczeniu rozwieszone były sznury służące do suszenia wypranych rzeczy

„To wy sobie rozwieście to co mokre, przebierzcie się i przyjdźcie na górę, aby się posilić przed pracą”

Chłopcy rozwiesili namiot i śpiwory. Spocili się przy tym solidnie. Potem zmienili ubranie na suche i poszli na górę.

W obszernej kuchni na dużym stole stało już pięć głębokich talerzy. Gdy weszli do kuchni, pani Helenka zagnała ich do łazienki, aby umyli ręce. Chłopcy skierowali się w stronę schodów do piwnicy

„Gdzie wy idziecie? Łazienka jest po lewej stronie!” – krzyknęła za nimi

„Po ręczniki i mydło” – odpowiedział Benek

„Naszykowałam dla was wszystko w łazience!”

Wrócili umyci po dziesięciu minutach. Krupnik był już nalany do talerzy. Jedli w milczeniu. Janek pierwszy opróżnił swój talerz. Pani Helenka zaproponowała, aby sobie nabrał więcej z garnka stojącego na piecu. Nie musiała mu tego powtarzać dwa razy. Benek i Wojtek poszli w jego ślady.

Gospodarze zauważyli, że chłopcy jedzą teraz powoli, więc rozpoczęli z nimi rozmowę. Wypytywali o takie rzeczy jak ich wiek, jak tam w szkole i jak sobie radzą na tej wędrówce bez dorosłych, dokąd wędrują, oraz jak długo już wędrują.

„Wasi rodzice pewnie się martwią o was” – zauważyła pani Helenka

„No, właśnie. Obiecałem tacie zadzwonić z drogi, ale nie było okazji” – Benek przypomniał sobie o widzianym w przedpokoju telefonie – „Jak by pani pozwoliła zadzwonić, to ja zapłacę…”

„Nie musisz płacić tylko nie rozmawiaj za długo” – przerwała mu

Po posiłku pomogła zamówić rozmowę do Łodzi. Benek rozmawiał z ojcem krótko. Zapewnił, że jest z nimi wszystko w porządku, prosił pozdrowić mamę i rodziców kolegów.

„Jest już późno. Dziewiąta dochodzi” – zauważył pan Kaziu – „Bierzmy się za robotę! Pół godziny i po kłopocie!”

Poszli do garażu. Stał tam żeliwny piec pól metra na pól. Wysoki na jakieś metr dwadzieścia łącznie z krótkimi nóżkami. U góry w narożnikach znajdowały się uchwyty. Gospodarz zaproponował, aby go położyć na boku i dwóch chwyci za uchwyty a on z tym trzecim chwycą za nóżki pieca.

Przy ostrożnym kładzeniu pieca na boku chłopcom zrzedły miny. Nie spodziewali się, że jest on aż tak ciężki. Wojtek i Benek chwycili za uchwyty, każdy po swojej stronie. Plan był taki, że oni pójdą przodem a Janek z gospodarzem podnosząc piec za nóżki będą szli za nimi. Nie udało się im wyjść z garażu. Już po trzech krokach musieli przerwać noszenie.

Wojtek zauważył stojącą obok taczkę. Z trudem umieścili na niej piec. Droga z garażu do schodów przy wejściu do domu poszła teraz dosyć sprawnie.

Następne pół godziny wnosili piec, stopień po stopniu do domu. Pani Helenka rozłożyła w przedpokoju stare koce mające chronić podłogę przed zarysowaniami. Zdjęli z zawiasów drzwi do piwnicznych schodów. Kilkanaście minut ustalali plan dalszej pracy, odpoczęli przy tym troszkę.

Benek zaproponował, aby na schodach położyć deskę jaką widział w kotłowni i po nie za pomocą sznurów spuścić piec na dół. Pomysł się spodobał. Niestety w domu nie było odpowiednich sznurów.

Pan Kaziu znalazł długi kabel elektryczny. Uwiązał go do nóżek pieca. On i Janek mieli za pomocą kabla spuszczać piec po desce na dół. Benek i Wojtek mieli znajdować się na schodach przed piecem i opierając się o piec, w sposób kontrolowany pozwolić mu się zsunąć w dół po desce.

Po chwili przystąpili do realizacji planu. Wszystko szło dobrze do momentu, gdy panu Kaziowi podwinęła się noga na drugim stopniu schodów. Przewrócił się brzuchem na piec pociągając za sobą Janka. Wojtek i Benek nie dali rady powstrzymać gwałtownie zsuwającego się na nich pieca, pana Kazia i Janka.

W ostatniej chwili odskoczyli w bok na schody skręcające do piwnicy. Piec z dużą siłą uderzył w ścianę w miejscu, w którym przed chwilą stali, przecinając przewód elektryczny biegnący po ścianie do lampy. Na schodach zrobiło się ciemno.

„Jezu!!!…Moja głowa!” – pan Kaziu jęczał, ponieważ leżąc na piecu uderzył głową w ścianę.

Spod jego nóg wydobywał się stłumiony krzyk Janka

„Ratunku!…Duszę się!”

Nad tym wszystkim górował paniczny krzyk pani Helenki

„Boże miłosierny! Pozabijali się! Ludzie! Na pomoc!”

Wojtek nie stracił głowy. Przez otwarte drzwi do kotłowni wpadała słaba, czerwona poświata od otwartych drzwiczek popielnika w piecu. W jej blasku szybko odnalazł swój plecak i latarkę.

„Chodź ze mną” – zwrócił się do stojącego bez ruchu, wystraszonego Benka

Błyskawicznie weszli na piec i po leżącym na nim panu Kaziu przeszli na drugą stronę schodów. Podeptany przez nich Pan Kaziu jęknął jeszcze raz

„Jezu!!!” – a po chwili – „Kurwa!…Nie po plecach!”

„Nie wyrażaj się przy dzieciach!” – upomniała go żona

Przestała panikować, przekonawszy się, że jednak wszyscy żyją. Po chwili jednak dotarło do niej, że nie widzi Janka

„Gdzie jest ten mały?” – zaniepokoiła się, gdy w świetle latarki Wojtka nie doliczyła się wszystkich

W tej samej chwili usłyszeli stłumiony krzyk Janka

„Aaa!!!…Moje plecy!”

To pan Kaziu próbując się podnieść z pieca nastąpił na leżącego pod nogami Janka. Janek nie mógł się od razu podnieść, ponieważ prawą rękę i nogi skrępowane miał kablem, którym miał przytrzymywać zsuwający się piec.

Nigdy się nie wyjaśniło, jakim cudem tak bardzo zaplątał się w ten kabel.

Po kilku minutach wszyscy byli już w kuchni. Światła nie było tylko w przedpokoju i na schodach. W kuchni przy ostrym świetle wiszącej nad stołem lampy zaczęli oglądać swoje urazy.

Wojtek i Benek nie ucierpieli w wypadku. Byli tylko brudni. Ich ubrania były szare od tynku z rozbitej przez piec ściany.

Janek był poobijany. Miał niewielkie otarcie na czole, nad prawym okiem. Bolały go trochę plecy w tym miejscu, w którym nadepnął go pan Kaziu, do jest dokładnie tam, gdzie się Janka plecy kończą.

Najbardziej ucierpiał pan Kaziu. Całą twarz miał zalaną krwią. Pani Helenka, która przed emeryturą pracowała jako pielęgniarka, szybko opanowała sytuację. Błyskawicznie wydobyła z jednej z szafek opatrunki i po obmyciu twarzy męża sprawnie zabandażowała mu głowę.

„Będzie żyć” – stwierdziła

Potem kazała się rozebrać Jankowi. Zrobił to niechętnie. Dokładnie obejrzała to miejsce na zakończeniu jego pleców które jej mąż podeptał. Jeszcze zanim zaczęła je oglądać Janek zapewniał ją, że nic mu nie jest i tak naprawdę to mu się tylko wydawało, że został podeptany. Jego wyjaśnienia nie zrobiły na niej żadnego wrażenia. Mimo jego protestów obmacała mu plecy i dopiero kiedy nie stwierdziła żadnych złamań, pozwoliła mu się ubrać. Obmyła mu czoło i przykleiła zdecydowanie za duży plaster na zadrapaniu, nad okiem.

„Trzeba ten cholerny piec zabrać stamtąd” – powiedział po chwili obolałym głosem pan Kaziu

„Nie wyrażaj się przy dzieciach!” – upomniała go pani Helenka jeszcze raz

Pan Kaziu wstał z krzesła, jęknął i usiadł na nim ponownie

„Co ci jest?” – zapytała zaniepokojona żona

„Nic, ale…”

„Co – ale?”

„Ten mały, Janek…Wyrżnął mnie głową w…No, wiesz…”

„W co – No wiesz?”

„No, w jajka!” – odpowiedział zirytowany

I w ten sposób wyjaśniło się, dlaczego Janek spadając ze schodów i uderzając głową w spód pieca miał tylko na niej niewielkie zadrapanie. Po prostu walnął głową w tyłek pana Kazia. Głowa zsunęła się między nogi pana Kazia, powodując, że ten  teraz ma trudności ze wstawaniem z krzesła.

W końcu jakoś zebrał się w sobie i przekonał chłopców do dokończenia pracy.

Po godzinie udało im się bardzo ostrożnie, postawić piec w piwnicy.

„No i gotowe!…Jutro przyjdzie fachowiec i go podłączy”

„Chyba dzisiaj. Już jest po północy” – zauważył Wojtek spoglądając na zegarek

„O! Cholera…Tak późno” – zdziwił się pan Kaziu

„Co ty tam znowu cholerujesz?” – usłyszeli dobiegający z góry głos pani Helenki

„Trzeba będzie ich przenocować. Po dwunastej jest…”

„Wszystko już przygotowane w dużym pokoju” – odpowiedziała.

Benkowi i Jankowi, pani Helenka przyszykowała do spania duży tapczan. Wojtek miał spać na rozkładanym fotelu. Ale zanim pozwoliła im się położyć, zagnała ich do łazienki i przypilnowała, aby się wykąpali.

Kiedy się układali do snu, było po w pół do drugiej. Usnęli niemal natychmiast.

O ósmej rano pani Helenka próbowała ich obudzić. Po dwudziestu minutach wstał Wojtek i Benek. Janek obudził się dopiero gdy do jego nosa dotarł zapach smażonej jajecznicy.

Po śniadaniu chłopcy spakowali wysuszone rzeczy, podziękowali za gościnę i gotowi byli do wyjścia. Przy drzwiach zatrzymał ich pan Kaziu. Podziękował za pomoc i wręczył pięćdziesiąt złotych. Bardzo się ucieszyli z tych pieniędzy.

Przechodząc przez Pilzno zrobili zakupy w sklepie spożywczym. Udało im się kupić kiełbasę zwyczajną, bochenek chleba i cztery puszki Mielonki Turystycznej. Niestety nie było tam paliwa w kostkach do kocherka. Benek zaproponował kupić butelkę denaturatu. Tak też zrobili.

Potem kierując się wskazówkami udzielonymi przez pana Kazia odszukali drogę prowadzącą do Jasła. Bardzo szybko udało im się zatrzymać dużą ciężarówkę krytą plandeką. Ucieszyli się bardzo, gdy kierowca powiedział, że jedzie do Leska.

„Łał! Taki kawał drogi za jednym zamachem!” – ucieszył się Janek

„Wskakujcie na skrzynię!” – nakazał kierowca

Przerzucili przez burtę plecaki i namiot. Pierwszy zaczął wchodzić po zamontowanej drabince Janek. Zatrzymał się gwałtownie, gdy tylko jego głowa sięgnęła ponad burtę ciężarówki. Cofnął się szybko na dół

„Tam są dziewczyny” – powiedział szeptem

„To co z tego?!” – odpowiedział Benek

„Nic. Ale może poczekajmy na inne auto…”

„Nie ma mowy! W Lesku jest ta spółdzielnia, w której się może zatrudnimy…” – przypomniał Wojtek

„Tak, ale…”

„Żadne, ale! Wskakuj do środka”

Po chwili siedzieli już na podłodze oparci plecami o burtę. Naprzeciw nich siedziały dwie dziewczynki mniej więcej w ich wieku. Trochę dalej, oparty plecami o szoferkę drzemał jakiś mężczyzna. Nie zauważyli go w pierwszej chwili, wzrok mieli skupiony na dziewczynach, które zaczęły się chichotać o szeptać sobie coś do uszu.

„One są jednakowe” – szeptem powiedział Janek

„Co mówisz?!” – zapytał Wojtek

Ciężarówka jechała po kostce brukowej. Pusta skrzynia ładunkowa trzęsła i grzechotała niemiłosiernie. Hałas powodował, że trzeba było podnosić głos w czasie rozmowy

„One są jednakowe!” – tym razem Janek niemal krzyknął

Dziewczyny zaczęły się chichotać jeszcze bardziej

„To są bliźniaczki” – stwierdził Benek

Przez pewien czas siedzieli w milczeniu, które zaczęło ich krępować.

„Też jedziecie do Leska?” – zapytał w pewnym momencie Wojtek

Bliźniaczki spojrzały po sobie

„Nie. Do Warszawy…” – odpowiedziała jedna z nich

Wybuchnęły śmiechem

„Do Warszawy to nie w tą stro…”

Janek nie dokończył. Dostał kuksańca pod żebro od Benka

„Cicho głupolu! One się nabijają…”

„Bardzo dowcipne” – odpowiedział Wojtek i demonstracyjnie zaczął patrzeć na drogę

„Baśka się zawsze wygłupia” – zwróciła się ta druga do Wojtka – „Jedziemy do Leska…”

Wojtek nie odpowiedział. Widać było, że czuje się urażony. Benek wyciągnął mapę i zaczął ją studiować, podczas gdy Wojtek z zainteresowaniem oglądał uciekającą do tyłu drogę. Tylko Janek spoglądał nic nierozumiejącym wzrokiem raz na jednego, raz na drugiego. Mężczyzna oparty o szoferkę w dalszym ciągu drzemał. Dziewczyny przestały się chichotać.

W pewnym momencie jedna z nich, ta co stwierdziła, że Baśka zawsze się wygłupia szturchnęła Baśkę i coś jej powiedziała do ucha. Po chwili Baśka zwróciła się do Wojtka

„No, nie dąsaj się. Żartowałam”

„Nie dąsam się, tylko…”

„Same jedziecie Leska?” – przerwał mu Benek

„Z tatusiem jedziemy…nie widać?” – odpowiedziała Baśka

„Baśka!!!” – karcącym głosem odezwała się ta druga

„Co – Baśka?!”

„Ty zawsze musisz tak…”

„Przecież nas zaczepiają…”

„Nie zaczepiamy, tylko kulturalnie nawiązujemy rozmowę…” – zaczął Benek

„O lala!…Gdzie nauczyłeś się tak nawijać…”

„Baśka!!!…Przestań!”

„Dobrze! Już, dobrze!” – odpowiedział siostrze i zwróciła się do Benka – „Kaśka bardziej nadaje się do kulturalnej rozmowy”

Powiedziała to kładąc nacisk na słowo – kulturalnej.

Po chwili milczenia Kaśka zapytała

„Sami podróżujecie Autostopem?”

„Sami!…Nie widać?” – odpowiedział Wojtek

Zignorowała jego zaczepny ton

„My Też jedziemy Autostopem” – po chwili dodała nieco smutniejszym głosem – „Ale z tatusiem”

Chłopcy teraz dopiero spojrzeli na mężczyznę, nieco zaskoczeni, tak jakby go dopiero teraz zauważyli.

Mężczyzna otworzył oczy, przeciągnął się, spojrzał na nich i się odezwał

„No, dobra chłopaki. Moje córki, Basię i Kasię już znacie. Wypadałoby abyście się przedstawili”

Chłopcy szybko naprawili tą niezręczność i przedstawili się. Potem opowiedzieli, że jadą z Łodzi w Bieszczady i że w Lesku będą chcieli zatrudnić się w spółdzielni „Las” przy zbieraniu runa leśnego. Dowiedzieli się, że Basia i Kasia mieszkają w Częstochowie. Bardzo chciały same pojechać Autostopem, ale rodzice się nie zgodzili. Stanęło na tym, że jadą w Bieszczady z ojcem.

Niestety, nie nocują w namiocie, tylko w schroniskach. W podróży są już trzeci dzień. Tak sobie rozmawiając dojechali do Leska.

Była godzina osiemnasta, kiedy wysiedli z samochodu. Chłopcy stwierdzili, że będą spać w namiocie nad Sanem niedaleko mostu, przez który dopiero co przejeżdżali. Ponieważ jutro jest niedziela, więc zostaną nad rzeką do poniedziałku. I wtedy odszukają tą spółdzielnię „Las”.

One też chciałyby zostać w Lesku dłużej i nie ukrywały, że spanie w namiocie bardziej by im odpowiadało niż noclegi w schroniskach

„Niestety. Jesteśmy z tatusiem” – odrzekła na pożegnanie Kasia, tak, żeby tatuś tego nie słyszał.

„Może jutro uda nam się przyjść do was nad rzekę” – dodała Basia niespodziewanie ciepłym głosem.

Było już późno. Szybko wybrali miejsce nad samą rzeką, w pobliżu namiotu jakiejś rodziny z małym dzieckiem która przyjechała tam motocyklem z koszem. Kawałek dalej stały jeszcze trzy namioty z młodymi ludźmi.

Zdziwiło ich trochę, dlaczego to miejsce cieszy się powodzeniem turystów, ale nie zastanawiali się nad tym długo. Zanim ustawili namiot, Janek złapał saperkę i poszedł w stronę zarośli, aby, jak zwykle to robili wykopać dołek, nad którym będzie mógł się załatwić. Wtedy to zauważył za krzakami niewielki budyneczek, z którego wychodził mężczyzna z małym, płaczącym chłopcem

„Innej ubikacji tu nie ma. Nie chciałeś tu zrobić kupki, to będziesz robił do nocnika, jak mały dzidziuś” – mówił do chłopca zdenerwowany

Zaintrygowało to Janka. Zanim skorzystał z saperki postanowił sprawdzić co jest w budynku. Już przed wejściem, nos mu powiedział, że jest to ubikacja. Ucieszył się, że nie będzie musiał kopać w żwirowatym podłożu.

W środku było kilka kabin. Otworzył drzwi do jednej i stanął zaskoczony. Sprawdził drugą, potem trzecią. Nigdzie nie było muszli klozetowej, ale nad dziurą w posadzce, na ścianie, wisiała spłuczka klozetowa. Otworzył czwartą…

„Nie widzisz, że zajęte…”

Chłopak, dużo starszy od niego, który to powiedział kucał ze spuszczonymi spodniami

„Przepraszam” – wybąkał Janek

W tej samej chwili dotarło do niego jak należy korzystać z tych ubikacji. Po paru minutach przybiegł ucieszony do zajętych rozkładaniem namiotu kolegów

„Chłopaki!…Ale dziwne kible odkryłem”

„Jakie dziwne?”

„Kible bez kibli”

„Porąbało cię…Co za kible bez kibli?”

„Kucane! Trzeba robić do dziury w podłodze”

Wojtek nakazał Jankowi po napinać linki namiotu i udał się z Benkiem obejrzeć kible bez kibli.

Gdy wrócili mieli o czym mówić w czasie przygotowywania i jedzenia kolacji.

Ponieważ od śniadania u państwa Kazika i Helenki nic nie jedli, więc teraz otworzyli dwie puszki mielonki i do tego rozkroili pól bochenka chleba. Potem zadowoleni weszli do śpiworów i dyskutując o kiblach bez kibli starali się usnąć.

Jankowi udało się to dosyć szybko. Wojtkowi po zamknięciu oczu, obraz kibli powoli znikał, a w jego miejsce pojawił się obraz Baśki

„Jak myślisz?…Przyjdą jutro?” – przerwał mu delektowanie się obrazem Baśki, Benek

„Kto?!” – zapytał zirytowany Wojtek

„Bliźniaczki…”

„Mówiły, że przyjdą, to chyba przyjdą…”

Przyszły po drugiej. Chłopcy właśnie wyszli z rzeki. Kąpali się w zimnych wodach Sanu razem z wieloma plażowiczami, którzy już od przedpołudnia zaczęli schodzić się nad rzekę.

Zgłodnieli trochę i zamierzali zabrać się za ugotowanie posiłku. Kocherek był już ustawiony przed namiotem i właśnie trwała między nimi dyskusja co ugotować.

Mieli jeszcze trzy torebki pomidorowej z ryżem, dwie ogórkowe i trzy rosoły z drobiu z makaronem. Pomidorową zdecydowanie odrzucili. Mimo że minęło kilka dni gdy pierwszy raz próbowali ją ugotować, to na przypomnienie jej wstrętnego smaku robiło im się nie dobrze.

Właśnie zadecydowali, że tym razem będzie to rosół. Przekonał ich do tego Janek, który na opakowaniu ogórkowej nie mógł się doczytać, czy jest ona na mięsie. Natomiast na opakowaniu rosołu wyraźnie pisało, że jest on z drobiu

„Jakieś kawałki kury muszą w nim być” – stwierdził po przestudiowaniu opakowania

„Cześć chłopaki” – usłyszeli za sobą

„Cześć” – odpowiedzieli ucieszeni

W każdym razie Wojtek i Benek byli wyraźnie ucieszeni

„Co robicie?”

„Gotujemy obiad, zjecie z nami?”- zaprosił Benek

„Dziękujemy. Właśnie żeśmy zjadły, w barze na Rynku”

„To dobrze. Będzie więcej dla nas” – ucieszył się Janek

„Co gotujecie?” – zaciekawiła się Basia

Podeszła do Wojtka i zaczęła czytać opis zupki na opakowaniu które trzymał w ręku

„Tym się nie najecie. To jest sama woda” – stwierdziła

Wojtek nie odpowiedział, bo w jakiś dziwny sposób, w momencie, gdy poczuł bliskość Basi przy sobie, zupka całkowicie przestała go interesować.

„Jak to nie najemy się?” – zaniepokoił się Janek – „Przecież tam jest kura”

Basia odebrała nieruchomemu Wojtkowi torebkę z zupką i nią potrzęsła zwracając się do Janka

„Jest jeszcze żywa…Zobacz – rusza się”

Wszyscy się zaśmiali.

„Mamy makaron. Dołoży się i da się zjeść” – powiedział Benek

Odszukał w plecaku paczkę z makaronem. Razem z Kasią przeczytali jak należy go gotować

„Baśka! Ugotujemy im ten rosół” – zadecydowała Kasia

Po kilkunastu minutach rosół był gotowy. Janek pierwszy zaczął go jeść.

„Takie samo gówno jak ta pomidorówka” – stwierdził

„Co ty bredzisz!” – oburzył się Wojtek – „Mnie bardzo smakuje”

„Mnie też” – zapewnił Benek

„Możecie zjeść moją porcję. Idę do tego baru na Rynku” – oznajmił Janek

Nie zatrzymywali go. Jedli rosołek pomału i w skupieniu

„Co tak wolno jecie? Nie smakuje wam nasza kuchnia?” – zapytała ze śmiechem Basia

„Smakuje, tylko…”

„Co – tylko?”

„Bardzo syty jest” – stwierdził Benek – „Już się najadłem. Nie mogę więcej”

„Też mam dosyć” – dodał Wojtek

Resztę rosołku wylali w zarośla. Stwierdzili, że potem pozmywają naczynia. Kasia stanowczo zażądała aby zmyli je od razu.

Nie protestowali. Dziewczyny poszły z nimi nad brzeg rzeki i pomogły im w zmywaniu. Potem zaproponowały aby się przejść kawałek wzdłuż Sanu.

Bardzo im to odpowiadało, ponieważ żaden z nich nie miał pomysłu na to co dalej robić w ich towarzystwie.

Przechodząc przez kąpielisko szli wszyscy czworo obok siebie, dalej za kąpieliskiem zaczynała się asfaltowa ścieżka i nie było na niej miejsca dla czterech osób obok siebie. W jakiś naturalny sposób utworzyli pary. Wojtek szedł przodem z Basią, a Benek kilka kroków za nimi z Kasią.

Po kilku minutach odległość między parami się zwiększyła.

Około piątej pierwsi do namiotu wrócili Kasia z Benkiem.

Zastali w nim zadowolonego Janka. Dwadzieścia minut potem przyszli Wojtek i Basia.

Zaczęło się robić chłodno. Kąpielisko opustoszało. Zostali tylko mieszkańcy namiotów. Przy dwóch z nich młodzi ludzie rozpalili ognisko. Wojtek zaproponował aby też rozpalić własne. Szybko nazbierali suchych gałęzi w pobliskich krzakach i po półgodzinie mogli już usiąść przy ogniu.

„Mamy przecież zwyczajną!” – przypomniał sobie Wojtek – „Dawaj ją!” – zwrócił się do Janka

Janek niechętnie sięgnął do plecaka. Benek od razu zaczął przycinać patyki na które można by nadziać kiełbasę

„Co tej kiełbasy jest tak mało?” – zdziwił się Wojtek, gdy wreszcie Janek wygrzebał ją z plecaka

„Co – mało?…Tyle było” – zapewnił Janek

W każdym razie starczyło dla każdego po kawałku.

Dziewczyny spojrzały na zegarek i stwierdziły, że już muszą iść. Obiecały ojcu wrócić o siódmej a to już jest w pół do ósmej. Już miały odchodzić, ale Wojtek je zatrzymał. Wyciągnął notes w którym pisany był ich dziennik z podróży. Zapisał adres dziewczyn, a na wyrwanej kartce zapisał adresy swoje i kolegów.

Na koniec zaproponował, że może w przyszłe wakacje pojadą razem Autostopem, ale żeby się postarały jechać bez ojca. Obiecały, tak zrobić, będą miały przecież skończone siedemnaście lat.

Na pożegnanie uścisnęli sobie ręce. Gdy odeszły Janek stwierdził

„To teraz nie myjcie rąk po ich uściskach”

„Głupi jesteś” – stwierdził Wojtek – „Powiedz lepiej, gdzie jest ten bar. Głodny jestem, nie najadłem się tym rosołem”

„Kawałek stąd pod górkę, w Rynku, ale nie wiem, czy będzie jeszcze otwarty…”

Wojtek i Benek natychmiast pognali w stronę Rynku.

W poniedziałek, zaraz po śniadaniu, zwinęli obozowisko i ruszyli zdecydowanie w kierunku Rynku. Wczoraj wieczorem Wojtek i Benek odszukali bar który im wskazał Janek, ale niestety, był już zamknięty.

W nadziei, że może znajdą jeszcze jakiś otwarty w niedzielę sklep przeszli się po Rynku i najbliższej okolicy. Otwartego sklepu nie znaleźli ale natknęli się, w pobliżu Rynku, na siedzibę spółdzielni „Las”. Teraz w poniedziałek, nie musieli jej szukać i już o jedenastej wchodzili do biura.

Po godzinie już z niego wychodzili. Najpierw czekali pięćdziesiąt minut na kierowniczkę działu kadr. A potem dowiedzieli się, że aby ich zatrudnić do zbierania jagód, wymagane jest zezwolenie rodziców, opinia ze szkoły i badania lekarskie. Oczywiście nic z tych rzeczy nie mieli, wobec tego pani kierowniczka serdecznie ich zaprosiła jak tylko będą mieli wymagane dokumenty.

„Co zrobimy teraz?” – rzucił pytanie Benek po wyjściu z biura i spojrzał na Wojtka.

Zanim ten zdążył odpowiedzieć Janek rzucił propozycję

„Pójdźmy do baru zjeść coś…”

„O! Właśnie!…Dobry pomysł” – ucieszył się Wojtek

Nie musiał odpowiadać na pytanie Benka, przynajmniej na razie. Ruszyli w kierunku baru. Nie uszli nawet kilku kroków gdy usłyszeli za sobą

„Szukacie pracy, chłopcy?”

Pytanie zadał mężczyzna którego widzieli w poczekalni spółdzielni, gdy czekali na kierowniczkę

„Tak” – odpowiedział Wojtek – „Przydałoby się zarobić parę złotych”

„Mam coś dla was. Chodźcie ze mną…”

„Najpierw chcemy coś zjeść…” – włączył się Janek

„Słusznie” – odpowiedział mężczyzna – „Czeka nas jazda do Ustrzyk Dolnych. Tu za rogiem jest bar…”

„Właśnie idziemy do niego”

Po kilku minutach siedzieli już we czworo przy stoliku. Pan Zbyszek, tak się przedstawił, zamówił dla wszystkich leniwe z cukrem i cynamonem

„Na koszt firmy” – dodał z uśmiechem

W czasie jedzenia wyjaśnił im co to za praca. Otóż w Ustrzykach Dolnych, a właściwie, w okolicy ma zakład rzemieślniczy, z tym że teraz trudni się zbieraniem mchu dla Centrali Handlu Zagranicznego

„Po cholerę komu mech?” – zdziwił się Wojtek

„Nie używaj brzydkich słów, synu” – skarcił Wojtka

„Przepraszam…”

„To nie jest zwyczajny mech. Ten który będziecie zbierać to szary mech. Nazywa się Chrobotek Reniferowy. Niemiaszki bardzo dobrze za niego płacą. Używają go do dekoracji świątecznych. Zimą uszczelniają na wsiach podwójne okna watą przyozdobioną tym mchem…”

„Ile możemy zarobić?” – przerwał mu Benek

„Doświadczeni zbieracze w ciągu dniówki zbierają przynajmniej czterdzieści skrzynek, czasami więcej. Myślę, ze wy na początek zbierzecie ze dwadzieścia skrzynek na łebka. Zatrudnię was na tydzień i zapłacę po wykonanej pracy. Płacę po złotówce za skrzynkę i odciągam za noclegi w ogrzewanym budynku z wygodami. Możecie też u mnie kupić całodniowe wyżywienie… „

„Wyżywienie wolimy swoje” – stwierdzili

„Jeśli wolicie swoje, to wasza sprawa…To jak? Piszecie się na to?”

„Ale nie mamy, żadnych zezwoleń od rodziców, czy ze szkoły…”

„Mnie to niepotrzebne” – przerwał ze śmiechem Wojtkowi – „Ważne, abyście mieli chęci do pracy”

„Dobrze. Pasuje nam popracować przez tydzień. Potem chcemy trochę pozwiedzać Bieszczady”

Kilka minut później siedzieli w Nysce Pana Zbyszka i jechali w kierunku Ustrzyk Dolnych. Około trzeciej pan Zbyszek zatrzymał samochód w Ustrzykach przed niewielkim sklepem. Poradził im aby sobie kupili jedzenia na tydzień, bo potem nie będą mieli okazji kupować.

Kupili dwa duże bochenki chleba kilogram kiełbasy zwyczajnej i kilka puszek gulaszu węgierskiego oraz kilka puszek makreli w sosie pomidorowym. Nie kupili żadnych zupek w papierkach. Po ostatnich doświadczeniach z nimi, mieli do nich pewien uraz.

Po zrobieniu zakupów zaraz za Ustrzykami skręcili w wyboistą drogę leśną. Jechali nią około godziny. Droga skończyła się przed gospodarstwem znajdującym się na niewielkiej polanie. Stał tam długi, parterowy barak. Obok były jakieś szopy przypominające garaże. Wszędzie walały się niewielkie skrzyneczki uplecione z wikliny. Na środku stała studnia z żurawiem. Przed barakiem siedziało kilku mężczyzn w różnym wieku. Widać było, że sobie już popili.

Gdy wysiedli z Nyski, pan Zbyszek podszedł do mężczyzn

„Co to? Fajrant na dzisiaj?” – zapytał wyraźnie niezadowolony

„Fajrant, szefie. Emil ma imieniny dzisiaj…Trza było to uczcić, no nie?”

„Gdzie on jest?”

„Zmogło go trochę. Chyba leży koło wychodka”

„Mówiłem, że u mnie się nie chla, już ja z nim pogadam”

„Nikt tu nie chla, szefie. Obalilimy dwa litry na sześciu chłopa…Co to jest?”

„Dobra! Jutro o tym pogadamy. Przywiozłem wam trzech młodzieńców do pomocy. Będą spali w pokoju, tym po studentach…”

„Tam szyb nie ma w oknach…”

„Nie szkodzi. Ciepło jest” – stwierdził i zwrócił się do chłopców – „Chodźcie ze mną. Pokaże wam wasz pokój i resztę gospodarstwa”

Jeszcze przed wejściem do baraku. Wyciągnął pęk kluczy i otworzył jeden z garaży. Stały tam stosy skrzynek z mchem. Wszystko przyszykowane do transportu. Pokazał im jak powinna wyglądać skrzynka z mchem aby mógł za nią zapłacić zbierającemu.

Chłopaki przyjrzeli się skrzynkom dokładnie zważyli w ręku i pomacali kępki mchu. Pierwszy raz w życiu oglądali go z bliska. Przyznali, że widzieli taki mech wiele razy w lesie, ale nigdy nie oglądali go z bliska.

Potem pan Zbyszek pokazał im stojące za barakiem ubikacje, tak zwane Sławojki. Nie było to dla nich nic nowego. Podobne stały w podwórku na Drewnowskiej w posesji obok tej w której mieszkali Wojtek i Janek.

Obok żurawia studziennego, przed barakiem stało na drewnianych nogach, długie na trzy metry blaszane koryto służące do mycia się. Obok koryta nieco wyżej stała otwarta, blaszana beczka do której nalewało się wodę prosto z wiadra wiszącego na żurawiu. Wystarczyło tylko przekręcić żuraw tak aby wiszące na nim wiadro znalazło się nad beczką. Woda z beczki spływała rurą nad koryto. Rura zaopatrzona była w trzy krany które odkręcało się aby móc się umyć. Zużyta woda spływała na końcu koryta przez otwór w dnie prosto na ziemię

„Genialne w swojej prostocie” – zachwycił się Benek razem z kolegami

Chwilę potem ich zachwyt bardzo zbladł gdy zobaczyli pokój w którym mieli zamieszkać. Znajdował się on na końcu korytarza biegnącego przez cały barak. Znajdowały się tam cztery, zbite z surowych desek prycze z siennikami wypełnionymi sianem. Było to całe umeblowanie pokoju.

Naprzeciwko drzwi wejściowych, które się nie zamykały, z powodu wyrwanego zamka, znajdowało się okno z wybitymi szybami. Chłopcy może by się ucieszyli z takiego noclegu, bądź, co bądź pod dachem, gdyby nie fakt, że na jednej z prycz spał w wymiocinach młody mężczyzna. Okazało się, że jest to dzisiejszy solenizant Emil, który zmarzł leżąc za wychodkiem na wilgotnej ziemi, więc przeniósł się do baraku, z tym, że pomylił pokoje.

Pan Zbyszek energicznie obudził Emila i równie energicznie wyciągnął go za sobą na korytarz. Chłopcy usiedli na pryczach. Siedzieli bez słowa przez pewien czas

„Ciekawe, gdzie tu można przyrządzić posiłek?” – zainteresował się Janek

„Nie myśl ciągle o żarciu” – upomniał go Wojtek i dodał – „Ciekawe, ile zapłacimy za pokój”

„Policzymy się po tygodniu. Krzywdy wam nie zrobię” – powiedział wchodzący do pokoju pan Zbyszek

Nie był sam. Przyprowadził ze sobą ponurego draba z gęstą, czarną brodą.

„To jest Józek. Jutro, zaraz po siódmej pójdziecie z nim do lasu. On wam wyznaczy miejsce, w którym będziecie pracować i pokaże co i jak. Są pytania?”

„Gdzie tu się włącza światło?” – zapytał Janek, który od pewnego czasu szukał wzrokiem włącznika Pan Zbyszek i Józek zaśmiali się

„Nie zauważyłeś ze tu nie ma elektryczności?… Wszyscy kładą się spać, jak się robi ciemno i wstają o świcie”

„Jutro przyjdę po was o wpół do ósmej. Bądźcie gotowi do wyjścia” – dodał Józek i wyszedł z panem Zbyszkiem śmiejąc się. Po chwili zauważyli przez okno jak pan Zbyszek wsiadł do nyski i odjechał.

Atmosfera w pokoju zrobiła się bardzo smętna. Bez słowa wybrali prycze do spania. Rozłożyli na nich śpiwory. Cuchnący rzygowinami siennik na którym spał Emil wyrzucili przez okno na zewnątrz. Ponieważ przez otwory po wybitych szybach zaczęły wlatywać komary i inne insekty powiesili w oknie część namiotu.

W pokoju zrobiło się bardzo ciemno. Wojtek wyjął latarkę. Wzięli czajnik z kocherka. Benek już wcześniej nabrał wody do butelki. Teraz chcieli tylko zagotować ją na herbatę. Wyszli szukać kuchni. Kuchnia była dużym pomieszczeniem z długimi stołami na których stały lampy naftowe. Na środku stał żelazny piecyk, tak zwana koza. Rura kominowa od piecyka pociągnięta była do góry a potem poziomo to jednego z dwóch okien w którym brakowało jednej szyby. Przez ten otwór rura wychodziła na zewnątrz.

Niestety piecyk był zajęty przez dziwny kociołek nad którym była zwinięta w spiralę rurka.

„Czego?!” – wywarczał jeden z trzech znajdujących się w kuchni mężczyzn, gdy tylko weszli przez drzwi

„Wodę chcemy zagotować…”

„Jutro! Dzisiaj my gotujemy”

Wrócili do pokoju. Zagotowali wodę na kocherku ustawionym na podłodze. Zjedli trochę chleba i kiełbasy. Potem wyszli się myć na zewnątrz. Ponieważ zrobiło się chłodno i wilgotno, stwierdzili, że równie dobrze mogą się umyć jutro rano.

W pokoju po omacku weszli do śpiworów i bardzo szybko zasnęli mimo dochodzących do nich z kuchni odgłosów głośnej biesiady.

„No, co jest do cholery?!!…Wstawać!!!”

Krzyk Józka postawił ich na nogi. Wojtek, półprzytomny spojrzał na zegarek. Za piętnaście ósma. Zaspali.

„Zaraz będziemy gotowi. Umyjemy się, zjemy śniadanie i…”

„O czym bredzisz, chłopcze” – Józek przerwał Wojtkowi – „Za pięć minut jesteście na podwórku gotowi do drogi, albo wracacie do mamusi” – powiedział i wyszedł z pokoju mrucząc pod nosem coś o zasranych gówniarzach

Chłopaki w popłochu ubrali się i po chwili byli przy czekającym na nich Józku. Oczywiście nie było mowy o śniadaniu ani tym bardziej o myciu się. Na podwórku i w całym obejściu nikogo poza nimi nie było. Wszyscy już o świcie wybrali się do lasu. Dzięki temu nie było kolejki do ubikacji. Zdążyli jeszcze z niej skorzystać. Józek niecierpliwie czekał na nich przy koślawym, dwukołowym wózku.

„Ładować skrzynki na wózek i jazda za mną do lasu!” – zarządził

W koło w różnych miejscach podwórka leżały puste, wiklinowe skrzynki. Zabrało im kilka minut zebranie wystarczającej ilości

„Starczy” – zadecydował Józek gdy już załadowali w czterech warstwach czterdzieści osiem skrzynek

Ruszyli za Józkiem. Szli wąskimi ścieżkami około godziny, na zmianę ciągnąc wózek. Nie był ciężki, ale wąskie rowerowe koła nie ułatwiały jazdy po wystających korzeniach nierównej ścieżki.

Dotarli do niewielkiej polanki. Józek wyciągnął z kieszeni trzy składane, dziwnie zakrzywione noże. Podał je chłopcom i pokazał jak należy wycinać mech. Nie było go dużo w najbliższej okolicy ale ponoć jest go więcej w promieniu do dwustu metrów od polanki. Pomógł im ułożyć mech w pierwszej skrzynce

„Tak to ma wyglądać. Do wieczora powinniście zapełnić wszystkie skrzynki…”

„Do wieczora, a jeść…” – przerwał mu Janek

„Upolujcie sobie dziką świnie. Jest ich tu dużo” – zaśmiał się Józek – „Jak będziecie gotowi to wrócicie tą samą drogą do bazy” – dodał i udał się w drogę powrotną

Chłopcy stali chwilę bez ruchu.

„Najlepiej będzie, jak będziemy trzymać się blisko siebie” – zaproponował Janek

„To dużo nie nazbieramy” – zauważył Benek

„Ale będzie raźniej i się nie zgubimy” – upierał się przy swoim Janek

„Dobra!” – zadecydował Wojtek – „Idziemy razem ale tak żeby sobie nie przeszkadzać”

Wzięli po dwie skrzynki i weszli między drzewa starając się mieć siebie w zasięgu wzroku i głosu. Minęły trzy godziny i stwierdzili że muszą odpocząć. Wrócili na polankę. Jedynie Wojtek miał zapełnioną całą skrzynkę i trochę w drugiej. Benek i Janek byli bliscy zapełnienia pierwszej skrzynki. Postawili skrzynki obok siebie przy wózku i zaczęli robić sobie nawzajem krytyczne uwagi, co do sposobu ścinania mchu i umieszczania go w skrzynkach.

Benek zarzucił Wojtkowi, że za luźno układa mech w skrzynce, dlatego ma ją już zapełnioną i zaczął drugą.

„A ty Janek nie ścinasz mchu tylko go wyrywasz” – zauważył

„Mam w dupie ten mech…Głodny jestem!” – ze złością odpowiedział Janek

„Nie myśl ciągle o żarciu, to nie będziesz głodny” – upomniał go Benek

„Panowie!” – włączył się Wojtek – „Pierwsza dochodzi. Też mam dosyć. Uzbieramy jeszcze trochę i wracamy”

Około piątej zrobiło się szaro. Zanosiło się na deszcz. Mieli uzbieranych w sumie osiem skrzynek. Pocieszali się, ze to pierwszy dzień. Że jutro pójdzie im lepiej. Zostawili puste skrzynki na polanie i ruszyli w drogę powrotną.

Gdy wchodzili na podwórko zaczęło padać. Zauważyli nyskę pana Zbyszka. Musiał ich dostrzec przez okno w kuchni, po wyszedł do nich zanim doszli do drzwi

„Marnie wam poszło” – stwierdził na powitanie – „Prawie wszystko źle ścięte”

Przejrzał ich zbiory. Szybko poprzekładał część z różnych skrzynek do dwóch

„Te dwie mogę wziąć resztę wyrzućcie na kupę za wychodkiem…nawet nie zarobiliście za nocowanie”

„Jutro pójdzie nam lepiej” – zapewniał Wojtek, ale tak jakoś bez przekonania

„Musi pójść lepiej, bo jak nie to się pożegnamy, ale najpierw zapłacicie po dychu za noc” – powiedział i zabrał te dwie skrzynki w których był mech uznany przez niego za właściwie zebrany.

Chłopcy byli załamani. W pokoju padli na swoje prycze

„No to zarobiliśmy dzisiaj dwa złote” – stwierdził z ironią Janek

„Minus dziesięć za noc i jeszcze dziesięć za tą co będzie” – zauważył Benek

„Nie będzie” – odezwał się Wojtek – „To nie ma sensu. Odpoczniemy trochę a potem po cichu spieprzamy stąd…”

„Ale najpierw coś zjemy” – przerwał mu Janek

Dwie godziny później gotowi byli do wyjścia. Nie chcieli wychodzić przez jedyne drzwi z baraku. W otwartej kuchni, już od czasu odjazdu pana Zbyszka trwała jakaś biesiada

„Ciekawe kto obchodzi dzisiaj imieniny?” – zainteresował się Benek

„Nie ważne. Wyjdziemy przez okno. Ciemno jest, nikt nas nie zauważy” – stwierdził Wojtek

„Dobrze, że nie mają tu psów” – pocieszał się Janek

Otworzyli okno i wyszli przez nie ostrożnie. Na podwórku nikogo nie było. Przeszli przez nie, uważając aby nie przewrócić poustawianych pustych skrzynek.

Ruszyli pospiesznie tą drogą którą przywiózł ich pan Zbyszek. Innej, poza kilkoma ścieżkami prowadzącymi w różnych kierunkach do lasu, nie było.

Było bardzo ciemno. Jaśniejsze nieco niebo nad drogą wyznaczało kierunek. Wojtek poświecił latarką aby spojrzeć na zegarek

„Prawie dziewiąta jest. Dojdziemy do głównej drogi i postawimy w pobliżu namiot, a od rana łapiemy samochody” – zadecydował

Nikt nie protestował.

Po godzinie doszli do skrzyżowania. Nie wyglądało to na skrzyżowanie z główną drogą. Leśna droga, która krzyżowała się pod kątem prostym z tą po której szli, była tak samo wąska.

Przez pewien czas zastanawiali się czy jadąc Nyską z panem Zbyszkiem skręcali w lesie, czy jechali prosto. Doszli do wniosku, że jechali prosto. Poszli więc prosto. Po pół godzinie dalszego marszu przez las, droga skręcała ostro w lewo. Była bardziej zarośnięta i wyraźnie się zwężała.

Nagle oślepił ich potężny słup światła

„Stać!…Nie ruszać się!” – usłyszeli

Nie trzeba im było tego powtarzać. Zatrzymali się przerażeni.

„Ratunku!!!” – wydarł się Janek

„Nie drzyj ryja!” – upomniał go wyłaniający się z ciemności żołnierz z pistoletem maszynowym.

Chłopcy zasłaniali oczy przed ostrym światłem. Po chwili światło przygasło. Paliły się tylko światła pozycyjne wojskowego gazika. Ich wzrok powoli odzyskiwał zdolność widzenia. Spostrzegli samochód i trzech żołnierzy. Jeden z nich trzymał na smyczy potężnego psa.

„Co robicie w strefie przygranicznej?” – zapytał jeden z nich

„Autostopem jeździmy”

Odpowiedź Wojtka wywołała salwę śmiechu.

„I co podwieźli was pod samą granicę, tak? A teraz po nocy chcecie ją przekroczyć”

„Nie! Skąd. Zabłądziliśmy”

„Dokumenty jakieś są?”

„Są” – odparł Benek

„No to pokazać!”

Chłopcy zaczęli nerwowo szukać w plecakach. W końcu znaleźli swoje legitymacje szkolne Podali je żołnierzowi

„Muszę do toalety” – odezwał się płaczliwie Janek i wywołał znowu salwę śmiechu.

„Toaleta jest tam za rowem” – powiedział żołnierz

Gdy Janek oddalił się kilka kroków, żołnierz krzyknął za nim

„Tylko nie odchodź za daleko, bo spłoszysz dziki!”

Janek natychmiast się wrócił

„Już mi przeszło” – wyjaśnił

„Stachu!” – zwrócił się żołnierz do kolegi z psem – „Niech pies go obwącha, czy się nie posrał. Nie chcę prać posrańca do samochodu”

„Nie! Nie posrałem się!” – krzyknął Janek

Żołnierz, który był dowódcą patrolu zadecydował zabrać ich na posterunek. Usiedli na bocznych ławkach z tyłu gazika. Ten z psem usiadł obok nich. Plecaki i namiot położyli przy nogach. Pies usiadł na podłodze przy wystraszonym Janku. Patrzał mu prosto w oczy i po chwili położył łeb na Janka kolanach.

Po jakiejś godzinie jazdy po wyboistej drodze wjechali na oświetlone podwórze Posterunku Granicznego w Krościenku. Zostali zabrani do budynku. Pozwolono im skorzystać z toalety. Ich plecaki i namiot zostały w korytarzu. Przeszukano ich kieszenie i wprowadzono do pustego pokoju w którym stało pod ścianami kilka krzeseł. Żołnierz, który ich tam wprowadził wyszedł i starannie zamknął za sobą drzwi na klucz.

Chłopcy zaczęli uważnie oglądać pokój. Krzesła przymocowane były do podłogi śrubami. W ścianie naprzeciwko drzwi było małe zakratowane okienko.

„To jest cela więzienna” – wyszeptał Benek

„Boże! Mam już dosyć tego Autostopu! Chcę do domu” – zajęczał Janek

„Nie jęcz” – upomniał go Wojtek – „Panowie!…Musimy się zastanowić co możemy teraz zrobić…”

„Gówno możemy zrobić” – przerwał mu Benek

Wojtek nie odpowiedział. Zapadła cisza. Chłopcy pogrążyli się w swoich myślach.

Po godzinie drzwi się nagle otworzyły. Stanął w nich oficer w stopniu kapitana. W ręku trzymał legitymacje szkolne. Popatrzał na wystraszonych chłopców

„I co ja mam z wami zrobić?”

„Pan nas puści do domu!” – zaproponował Janek

„Chcemy dostać się do domu, do Łodzi… Jak najszybciej!” – zapewnił Wojtek

„Ja was puszczę teraz w nocy, a wy znowu prosto popędzicie do granicy. Wygląda na to, że zwialiście z domu”

„Pan zadzwoni do mojego tatusia. On potwierdzi, że jesteśmy tylko autostopowiczami” – powiedział Benek

Oficer odwrócił się do dwóch towarzyszących mu żołnierzy, stojących za drzwiami. Rozmawiał z nimi chwilę szeptem

„Daj mi telefon do ojca” – zwrócił się do Benka

Podczas gdy Benek notował numer na podanej kartce, oficer spojrzał na zegarek

„Jutro zadzwonię i podejmę decyzję co z wami robić. Resztę nocy spędzicie u nas. Dobranoc”

Gdy zamknęły się za nim drzwi, stali dłuższą chwilę bez ruchu.

„No, ładnie. Będziemy spać na betonowej podłodze w celi więziennej” – zdenerwował się Wojtek

„Głodny jestem” – Janek prawie płakał

Benek zaproponował, aby położyli się ciasno obok siebie na podłodze, to będzie im cieplej. Ułożyli się tak jak zawsze robili to w namiocie, Janek w środku Wojtek po jego lewej stronie a Benek po prawej. Gdy już leżeli chwilę, Benek zerwał się i zaczął szukać coś na ścianie przy drzwiach

„Co cię napadło?”

„Światło chcę zgasić, ale nie ma nigdzie wyłącznika”

Wrócił do chłopców. Zasypiali już, ale nie dane im było usnąć. Drzwi się otworzyły i jakiś inny żołnierz, którego wcześniej nie widzieli nakazał im

„Wychodzić!…Szybko!”

„Gdzie mamy iść?”

„Do celi”

„Przecież jesteśmy w celi…” – odpowiedział Janek przecierając zaspane oczy

„Wychodzić i nie marudzić!”

Szli przez długi korytarz. Na jego końcu były schody prowadzące w dół do piwnicy. Tym razem korytarz był krótszy. Po jego obydwóch stronach były po dwa solidne drzwi z dużymi zasuwami i zamkami na zewnątrz. Jedne z nich były otwarte na całą szerokość. Żołnierz gestem nakazał im wejść do środka i zamknął za nimi drzwi.

W celi znajdowały się dwa metalowe łóżka piętrowe z materacami, niewielkimi poduszkami i kocami. Na kocach leżały małe ręczniki.

Było coś jeszcze co bardzo ucieszyło Janka. Stół, a na nim Trzy metalowe miski z gorącą grochówką i po kilka kawałków chleba. Podczas gdy Janek bez chwili namysłu zabrał się za jedzenie, Wojtek z Benkiem rozglądali się po celi. Po lewej stronie, zaraz obok drzwi stała toaleta odgrodzona niską na metr ścianką. Obok była umywalka, a nad nią kran z wodą. Stół stał między łóżkami naprzeciwko drzwi. Nad stołem, wysoko pod sufitem było małe, zakratowane okienko. Przy stole stały cztery taborety.

Wojtek i Benek zabrali się za jedzenie w chwili, gdy Janek już kończył. Benek nie zjadł wszystkiego. Janek chętnie dokończył za niego. Umyli się i szybko położyli się do łóżek Wojtek wybrał górne

„Panowie, pierwsza minęła. Nie jest tak tragicznie jak myślałem…Dobranoc”

Nie odpowiedzieli mu. Tym razem bardzo słaba żarówka w drucianym kloszu pod sufitem nie przeszkadzała im i po chwili wszyscy spali.

Obudziło ich otwieranie drzwi. Żołnierz w białym fartuchu nałożonym niedbale na mundur przywiózł na małym wózku garnek z zupą mleczną i kilka kawałków chleba. Wojtek zeskoczył z łóżka, odebrał od niego garnek i chleb i postawił na stole. Drzwi zostały natychmiast zamknięte.

Wojtek zabrał się za zmywanie talerza po wczorajszej grochówce. Janek i Benek zrobili to samo. Jedli przez chwilę w milczeniu.

„Co z nami będzie?” – zapytał Janek

„Będziemy tu siedzieć do sprawy” – wyjaśnił mu Benek

„Do jakiej sprawy?!” – przeraził się Janek

„W sądzie. Skażą nas na śmierć za nielegalne przekroczenie granicy”

„Chcę do domu”

„Nie strasz go” – upomniał Benka Wojtek

„Żartowałem”

Tym razem od razu po śniadaniu umyli miski. Wojtek dla zabicia czasu umył także garnek. Usiedli na łóżkach i zgadywali co ich może spotkać.

Z początku Wojtek i Benek wyrażali nadzieję, że jeśli wyjdą, to będą, oczywiście, dalej kierować się na pętlę bieszczadzką, tak jak zamierzali, ale wyczuwało się, że ani Wojtek, ani Benek nie są całkiem przekonani co do tego aby kontynuować podróż. Po prostu żaden z nich nie chciał być tym pierwszym który powie za Jankiem, ze chce do domu. Natomiast Janek konsekwentnie domagał się powrotu do Łodzi.

W końcu przekonał ich argumentem, że to już dziesiąta noc poza domem, a obiecali wrócić po dwóch tygodniach.

„Powrót do Łodzi zabierze nam kilka dni. Jeśli chcemy dotrzymać słowa danego naszym starym, to musimy już wracać”

Dosyć szybko zgodzili się z jego argumentacją.

„No, tak. Przecież obiecaliśmy wrócić po dwóch tygodniach. Po prostu nie mamy wyjścia. Musimy po wyjściu stąd kierować się w stronę Łodzi” – stwierdził Wojtek

„Masz rację. Nie myślałem wcześniej o tym” – przyznał Benek

Janek wyraźnie się uspokoił i z przymkniętymi oczami oparł się zadowolony o ścianę.

Zbliżała się dwunasta, kiedy drzwi się otworzyły i stanął w nich kapitan, który obiecał podjąć decyzję co z nimi zrobić

„Który to Bernard Kotas?…Aha, to ty. Rozmawiałem z twoim ojcem… Dwa razy. Powiadomił już matkę Durasa…który to?” – rozejrzał się. Wojtek podniósł rękę – „Aha, to ty. I rodziców Wójcika. Macie natychmiast wracać do domu. Nie wiem jak on to zrobił, ale dostałem telefon od moich przełożonych aby was odwieść na dworzec kolejowy do Przemyśla i przypilnować abyście wsiedli do pociągu do Łodzi. Macie pieniądze na bilety?”

„Mamy, ale na książeczkach PKO”

„Wypłacicie na poczcie po drodze”

„To możemy już wyjść?” – zapytał ucieszony Janek

„Mam was najpierw nakarmić. Za pól godziny jest obiad, a potem kierowca zawiezie was na dworzec do Przemyśla i przypilnuje abyście odjechali. To wszystko. Mam nadzieję, że ode chciało wam się przekraczać nielegalnie granicę”

„Zabłądziliśmy, proszę pana…”

Gdy wyszedł nastrój w celi bardzo się zmienił. Janek na wszelki wypadek jeszcze raz umył miskę

„Mogliby dać tą grochówkę co wczoraj. Dobra była” – rozmarzył się

„Ty tylko o żarciu myślisz”

Nagle drzwi się otworzyły

„Wychodzić!”

„Mieliśmy dostać jedzenie” – upomniał się Janek

„Wychodzić, powiedziałem!”

Wyszli posłusznie. Tylko Janek pomarkotniał. Żołnierz zaprowadził ich na górę. Potem pokierował do wyjścia

„A nasze plecaki?”

„Potem odbierzecie”

Przeszli przez obszerny dziedziniec do drugiego budynku. Znajdowała się tam stołówka. Była prawie pusta. Kilku żołnierzy i jakiś cywil siedziało przy dwóch stolikach. Żołnierz zaprowadził ich do okienka, gdzie kucharki wydawały posiłki. Podał kobiecie w okienku trzy kupony

„Trzy obiady dla nich. Kapitan zarządził” – a potem zwracając się do chłopców – „Jak zjecie, wracajcie natychmiast do dyżurnego”

Zostali sami przy okienku. Kobieta wdała im po talerzu zupy pomidorowej

„Jak zjecie, przyjdźcie po drugie”

Na drugie były zrazy z ziemniakami i zasmażane buraczki. Po obiedzie, bardzo zadowoleni wrócili do dyżurnego. Czekał tam już na nich młody żołnierz. Zaprowadził ich do magazynu depozytów po plecaki i namiot. Podpisali odbiór rzeczy bez sprawdzania czy wszystko się zgadza. Po chwili wsiadali do wojskowego gazika. Ten sam młody żołnierz usiadł za kierownicą

„Najpierw na pocztę, proszę pana”

„Tak. Wiem” – odpowiedział i wrzucił pierwszy bieg.

Tym razem siedzieli wygodnie na tylnej kanapie gazika. Obok kierowcy zasiadł jakiś porucznik, ale wysiadł po kilkunastu kilometrach w miejscowości Wojtówka.

Po czterdziestu minutach dalszej drogi zatrzymali się przy poczcie w Barczy. Niestety była zamknięta. Dopiero w Krasiczynie mogli pobrać pieniądze. Stali w długiej kolejce do jedynego czynnego okienka.

Gdy przyjechali na dworzec w Przemyślu, to okazało się, że pociąg jadący przez Łódź odjechał kilkanaście minut temu. Następne połączenie z Łodzią było o dwudziestej pierwszej czterdzieści pięć z przesiadką na stacji Warszawa Zachodnia.

Żołnierz przypilnował aż kupią bilety. Stwierdził, że nie będzie czekać aż odjadą. Zaprowadził ich do poczekalni dworcowej, przykazał siedzieć i nie wychodzić na miasto po czy odjechał. Zbliżała się godzina siedemnasta. Chłopcy stwierdzili, że właściwie nic się nie stanie jak się trochę rozejrzą po okolicy. Przecież nikt nie będzie o tym wiedział. Wyszli przed dworzec

„To gdzie idziemy?” – zapytał Wojtek

„Najlepiej do centrum, na Rynek. Przy Rynku jest zawsze najciekawiej” – odpowiedział Benek

„No i na pewno będzie tam jakiś bar” – dodał Janek

Zapytali o drogę do Rynku. Po dwudziestu minutach już tam byli. Niestety nic ich tam nie zaciekawiło. Baru też nie znaleźli, tylko dwie eleganckie restauracje, jak dla nich stanowczo za drogie.

Janek zapytał przechodnia o bar mleczny. Dowiedział się, że jak pójdą ulicą Kościuszki w stronę rzeki to powinni się natknąć na bar. Co prawda ani Wojtkowi, ani Benkowi jeść się jeszcze nie chciało ale Jankowi udało się ich przekonać, że przecież będą jechać siedem godzin do Warszawy i nie wiadomo czy będzie okazja coś zjeść.

Niestety bar przy Kościuszki nie miał naleśników i był mało zachęcający aby zjeść w nim cokolwiek. Nawet Janek stwierdził, że w nim tak śmierdzi, że on nie mógłby nic przełknąć. Ruszyli dalej bez celu w stronę Sanu. Doszli do mostu wiodącego na drugą stronę rzeki. Zastanawiali się czy iść tam. Czuli się jednak zmęczeni. Po prawej stronie w oddali widzieli most kolejowy po którym przejeżdżał właśnie pociąg.

„Panowie! Chodźmy w stronę tamtego mostu. Potem wzdłuż torów dojdziemy do dworca. Tam coś zjemy” -zadecydował Wojtek

Szli wzdłuż szeroką nieuporządkowaną polną krętą drogą wysokie zarośla i trawy oddzielały ją od rzeki. Tylko w niektórych miejscach wyłaniał się kamienisty brzeg Sanu. Doszli do przyczółku mostu kolejowego. Przeszli pod mostem na drugą stronę torów. Zaraz za mostem teren był bardzo podmokły. Wrócili się i poszli w prawo wzdłuż nasypu wiodącego na most.

Oddalali się od rzeki szli teraz ścieżką między torami po lewej stronie, a ogródkami działkowymi po prawej. Doszli do osiedla domków jednorodzinnych. Tory zniknęły gdzieś po lewej stronie. W wąskich uliczkach między domkami nie widać było ludzi, za to niemal za każdym płotem ujadały wściekle psy.

Po pewnym czasie przyznali, że się zgubili i nie za bardzo wiedzą w którą stronę iść. Zaczęło się szybko robić ciemno. Zbliżała się dwudziesta pierwsza. W końcu napotkali starszą parę idącą śpiesznym krokiem w ich stronę. Zapytali o drogę na dworzec. Okazało się, że idą w złym kierunku. Starsi państwo wyjaśnili jak mają iść

„To niedaleko. Pół godziny, może czterdzieści minut stąd”

Wojtek spojrzał na zegarek i z przerażeniem stwierdził

„Panowie! Pociąg odjeżdża za dwadzieścia pięć minut… Biegiem na dworzec!”

Gdy wpadli zziajani na peron widzieli jeszcze ostatni wagon ich pociągu znikający w drugim końcu peronu.

„Nie jest dobrze” – stwierdził Benek

Poszli do kas biletowych dowiedzieć się kiedy odjeżdża następny pociąg do Warszawy. Okazało się, że dopiero następnego dnia, to jest w środę dziesiątego o godzinie dziesiątej pięć jest, ale pośpieszny.

Musieli dokupić do niego bilety z miejscówkami. Zostało im niewiele gotówki. Niestety, poczta dworcowa była już zamknięta. Pozostawało tylko poszukać miejsca do spania. Postanowili iść nad rzekę i tam rozbić obozowisko. Zanim się za to zabrali kupili sobie w barze dworcowym po porcji bigosu i po bułce. Nic innego nie było.

Zbliżała się w pół do jedenastej, gdy wyszli przed dworzec. Zaraz za drzwiami wpadli w niewielki tłumek młodzieży w ich wieku z plecakami na plecach. Zatrzymali się czekając aż oni przejdą, po czym ruszyli niespiesznie w tym samym kierunku

„Co się tak wleczecie?…Chcecie się zgubić?” – usłyszeli za sobą

„My? Nie…Idziemy nad rzekę” – odpowiedział zaskoczony Wojtek

„Ja ci dam – nad rzekę!…Schronisko jest zaraz za rogiem” – odpowiedział mężczyzna idący z kobietą

„To nie nasi…” – zwróciła się do mężczyzny

„Jak to – nie nasi?” – odpowiedział jej zdziwiony

W tym momencie Benek zorientował się, że muszą to być opiekunowie grupy, która właśnie przechodziła

„Jesteśmy autostopowiczami. Szukamy noclegu”

Od słowa do słowa wyjaśniło się o co chodzi. Chłopcy zostali wzięci za uczestników obozu wędrownego ze szkoły w Lublinie. Kobieta, nauczycielka z tej szkoły zaproponowała im, aby poszli z nimi. W schronisku na pewno znajdzie się dla nich miejsce.

Schronisko do którego niebawem doszli, okazało się być szkołą podstawową udzielającą w czasie wakacji noclegów dla wycieczek szkolnych i różnego rodzaju młodzieżowych grup wędrownych. Bez problemu dostali nocleg i nawet nie musieli za niego płacić. Kobieta, załatwiając formalności z zaspanym pracownikiem szkoły potwierdziła, że chłopcy należą do ich grupy.

Zaspany gość, który ich wpuścił do szkoły, był woźnym mieszkającym w mieszkaniu służbowym przy szkole. Wprowadził ich do środka. Pokoje klasowe na czas wakacji opróżnione zostały z ławek. Miejsca do spania były na podłodze. Kobieta zabrała ze sobą sześć dziewczynek, uczestniczek obozu wędrownego do klasy wskazanej przez woźnego i tam urządzały sobie spanie.

Potem woźny zaprowadził męską część obozu razem z Wojtkiem, Benkiem i Jankiem do innej klasie. Po chwili, chłopcy z obozu i nauczyciel zaczęli nadmuchiwać swoje materace

„A wy co? Czekacie, aż wam nadmucham materace?” – zapytał nauczyciel

„Nie mamy materacy. Popsuły się” – odpowiedział Wojtek

„Mój nie jest zepsu…” – Janek nie dokończył.

Dostał dyskretnego kuksańca od Benka i ciche upomnienie aby zamknął ryja.

„Chodźcie ze mną” – odezwał się woźny – „Będziecie spać w sali gimnastycznej…O ile pan wychowawca pozwoli”

„Pozwalam. Tu i tak jest za ciasno. Jedenastu chłopców i ja. To wystarczy”

W sali gimnastycznej zgromadzone były ławki szkolne i krzesła z klas przeznaczonych na noclegi. W jednym rogu, pod oknami leżał stos materacy gimnastycznych. Woźny pozwolił im zdjąć kilka z góry i na nich spać. Poinformował, gdzie są toalety i wyszedł.

Informacja o toaletach okazała się bardzo przydatna. W nocy wstawali kilka razy. Najprawdopodobniej bigos zjedzony w barze na dworcu nie był najświeższy.

Niewyspanych obudził nad ranem hałas przewracanych krzeseł. To nauczyciel grupy z Lublina wchodząc do sali gimnastycznej potrącił ustawione jedno na drugim krzesła, które pospadały na podłogę z hałasem.

Przyszedł ich poinformować, że wychodzą za godzinę i oni też powinni być gotowi do wyjścia

„Nie idziemy z wami” – zmęczonym z niewyspania głosem powiedział Wojtek – „Dopiero szósta jest. Chcemy jeszcze pospać”

„Razem przyszliśmy i razem wyjdziemy. Jeśli zostaniecie to będziecie musieli zapłacić za nocleg”

Ten argument przekonał ich, że lepiej będzie wyjść razem z grupą.

Po siódmej pożegnali się na ulicy z wędrowcami z Lublina i ruszyli w stronę dworca. Do odjazdu pociągu mieli dużo czasu. Na dworcu poczta była już otwarta. Wyciągnęli pieniądze z książeczek PKO i postanowili zjeść coś na śniadanie

„Tylko nie tu na dworcu” – stanowczo stwierdził Janek Zgodzili się z nim bez protestu. Przed dworcem dowiedzieli się od przechodniów gdzie jest najbliższy bar mleczny. Po kilkunastu minutach siedzieli nad talerzami naleśników z serem.

Po śniadaniu, mimo że do odjazdu pociągu było jeszcze prawie dwie godziny, wrócili na dworzec. Resztę czasu spędzili w poczekalni.

Odjechali punktualnie o dziesiątej pięć. Pociąg był prawie pusty. Siedzieli sami w przedziale drugiej klasy. Podróż do Warszawy trwała niecałe sześć godzin i już o piętnastej czterdzieści pięć wysiadali na dworcu Warszawa Zachodnia. Pociąg do Łodzi Fabrycznej mieli o godzinie siedemnastej trzydzieści.

„Zdążymy coś zjeść” – ucieszył się Janek – „Ale nie na dworcu”

Znaleźli w pobliżu jakiś bar. Nie był to bar mleczny, tylko raczej pijalnia piwa. Było tam ciemno od dymu papierosowego. Miedzy ciasno ustawionymi wysokimi stolikami stali sami mężczyźni i popijali piwo. Wszędzie unosił się zapach piwa i moczu

„Co za speluna” – wymamrotał krytycznie Benek – „Chodźmy stąd. Rzygać mi się chce”

„Nie mamy czasu szukać coś innego” – niepewnie stwierdził Wojtek – „Może mają coś do jedzenia”

Benek nie zdążył zaprotestować. Janek, który w międzyczasie doszedł do bufetu, Przekrzykiwał gwar znad stolików i wołał ich do siebie

„Gulasz mają…Węgierski. Już zamówiłem dla siebie!”

Zamówili również po porcji. Zapłacili. Barman wskazał im stolik niedaleko drzwi i kazał czekać.

Przy żadnym stoliku nie było krzeseł. Wszyscy spożywali swoje posiłki, najczęściej piwo i jajka na twardo z majonezem na stojąco. Stoliki były okrągłe i wysokie. Posiadały tylko jedną nogę i trzy jakby stopy przy podłodze. Ich stolik bardzo się chwiał. Postawili swoje plecaki i namiot na podłodze opierając je o nogę stolika. Przestał się chwiać. W milczeniu przyglądali się klienteli baru.

„Gulasz trzy razy!!!” – usłyszeli.

Zaczęli się przepychać w stronę bufetu. Janek potknął się o czyjąś nogę i wyłożył się jak długi. Najbliżsi goście baru wybuchli rubasznym śmiechem. Wojtek i Benek pomogli mu wstać. Nic mu się nie stało.

Po chwili odebrali swoje gulasze i ostrożnie wrócili do stolika. Postawili na nim talerze. Stolik zachwiał się niebezpiecznie. Wojtek schylił się aby poprawić plecaki

„Kurwa!… Gdzie są plecaki?!”

Zaczęli spoglądać pod sąsiednie stoliki. Mieli nie wypowiedzianą nadzieję, że po prostu wrócili od bufetu do nie swojego stolika. Gdy w popłochu zajrzeli pod niemal wszystkie stoliki, dotarła do nich prawda, którą tak bardzo od siebie oddalali.

Zostali okradzeni.

Próbowali rozmawiać z barmanem. Bez powodzenia. Wskazał im tabliczkę na przeciwległej ścianie

„Zakład nie odpowiada za rzeczy pozostawione na sali konsumpcyjnej”

Nikt z gości przy sąsiednich stolikach nic nie widział. Barman zgodził się aby zadzwonili z telefonu przy barze po milicję. Długo wyjaśniali dyżurnemu w telefonie o co chodzi. Podali swoje imiona i adresy. W końcu dowiedzieli się, że mają czekać. Zdecydowali się czekać przed barem. Nie chcieli wysłuchiwać prześmiewczych komentarzy o sobie.

Nie doczekawszy się milicji, dziesięć minut przed planowanym odjazdem pociągu do Łodzi, rzucili się biegiem w stronę dworca. Zdążyli wsiąść do pociągu tuż przed jego odjazdem. Na szczęście bilety i trochę drobnych mieli w kieszeniach. Legitymacje szkolne, książeczki PKO i Autostopu zostały w plecakach.

Usiedli na wolnych miejscach naprzeciwko siebie. Przez jakiś czas uspakajali oddech po biegu na dworzec

„W dupie mam takie wakacje!” – wybuchnął Janek – „Nic nam się nie udało. Bieszczad nie zobaczyliśmy, okradli nas ze wszystkiego i do tego nie zdążyliśmy zjeść gulaszu”

Nic mu nie odpowiedzieli. Po jakimś czasie przyszedł konduktor sprawdzać bilety. Zażądał od nich legitymacji szkolnych uprawniających do zniżki. Mieli przecież bilety opłacone z trzydziestoprocentową zniżką. Tłumaczyli mu, że zostali okradzeni. Nie trafiał do niego ten argument. Zagroził, że wysadzi ich w Koluszkach i odda w ręce milicji.

Wtedy Janek rzucił się na podłogę i zaczął głośno płakać, a właściwie trzeć się w niebogłosy

„Chcę do domu! Do mamy!!!”

„Panie, daj pan im spokój! Przecież ślepy by zauważył, że to dzieciaki w szkolnym wieku!” – zareagował któryś z przysłuchujących się pasażerów.

Inni również stanęli w obronie chłopców. Konduktor próbował argumentować, że takie są przepisy i paragrafy które należy przestrzegać

„W dupe se wsadź swoje paragrafy, biurokrato zasrany!”

Krzyknął ktoś wrogo z niewielkiego tłumu który zaczął się gromadzić w okól nich w wagonie. Atmosfera stawała się bardzo napięta i niekorzystna dla konduktora. Rozejrzał się po zebranych, spojrzał raz jeszcze na drącego się Janka

„A!…Pies was…” – krzyknął, machnął ręką i przeszedł do następnego wagonu.

„Nie drzyj się! Już go nie ma. Wstawaj” – zwrócił się Wojtek do Janka.

Pasażerowie wrócili na swoje miejsca.

Dalsza podróż do Łodzi przebiegała bez zakłóceń. Na Fabrycznym skierowali się na przystanek tramwajowy

„Zaraz, panowie!” – powstrzymał ich Wojtek – „Idziemy na pieszo. Za dwadzieścia minut będziemy w domu”

„Dlaczego, na pieszo?”

„Zaczynamy oszczędzać na przyszłoroczny Autostop…”

„Nie masz dosyć?” – przerwał mu zdziwiony Janek

„Nie. Uważam, że nie było najgorzej…”

Przerwał mu śmiech Janka. Wojtek się nim nie przejął. Ruszyli w stronę Piotrkowskiej.

„Dużo się nauczyliśmy. Zrobiliśmy trochę błędów. W przyszłym roku musimy ich uniknąć, a przygotowania zacząć robić od jutra” – argumentował Wojtek

„Też tak uważam” – stwierdził Benek – „Prawdziwi mężczyźni nie poddają się tak łatwo”

Janek nie chciał uchodzić za nie prawdziwego mężczyznę i przestał protestować przeciwko planowaniu przyszłorocznej wyprawy Autostopowej.

Rozmowa o tym jak będą zarabiać na przyszłe wakacje, zajęła im całą drogę do domu. Gdy już byli na Drewnowskiej i weszli na swoje podwórko Wojtek dodał

„W przyszłym roku zabierzemy ze sobą bliźniaczki z Częstochowy”

„Oszalałeś!” – krzyknął zaskoczony Janek – „Po co nam one?!”

„Jakiś ty głupi!” – przerwał mu Benek – „Jak to po co?…Będą nam gotowały”

„Chyba, że tak” – zgodził się niepewnie Janek

„Panowie! Teraz się pożegnamy, a jutro po południu, pierwsza narada na strychu”

Po chwili Janek i Wojtek wchodzili do swoich klatek schodowych a Benek kierował się na następne podwórko aby wyjść koło swojego bloku na Lutomierskiej.

KONIEC

Leave a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *