ODWIEDZINY

W 1986 tym byłem zmuszony, tak, to właściwe słowo – zmuszony, do zaproszenia wujka Karola z żoną Grażynką. Matka mnie do tego zmusiła.

Wujek Karol jest jej jedynym bratem. Od dawna truł jej, że chciałby przed śmiercią zobaczyć swojego siostrzeńca. Wujkowi Karolowi daleko było do śmierci, ale od czasu wypadku jaki mu się przydarzył w pracy przekonany jest, że długo nie pożyje. Zaraz po wypadku wróżka powiedziała mu, że umrze po sześćdziesiątce. Właśnie skończył sześćdziesiąt lat.

Wujek Karol od czasu wypadku jest na rencie chorobowej. Grażynka też jest na rencie chorobowej z powodu głębokiej depresji w jaką wpadła, gdy jej miejsce pracy zostało zmodernizowane.

Wujek Karol poznał Grażynkę w 49 tym w fabryce, w której zaczął pracować po wyjściu z wojska.

Oboje siedzieli przy niewielkich prasach i wytwarzali guziki metalowe do wszelkiego rodzaju mundurów. Osiem godzin dziennie podkładali szczypczykami kawałek wykrojonej na innym stanowisku blaszki, potem naciskali dwie dźwignie znajdujące się po obydwóch stronach prasy. Dźwignie należało naciskać jednocześnie, lewą dźwignię lewą ręką a prawą dźwignię prawą ręką. Stempel uderzał w blaszkę i wierzchnia strona guzika była gotowa. Następnie należało zdjąć ją szczypczykami z tak zwanej poduszki i wrzucić do skrzynki stojącej po prawej stronie prasy. Potem sięgnąć nową blaszkę ze skrzyneczki podstawionej po lewej stronie prasy.

Konieczność naciskania dwóch dźwigni jednocześnie wymagała użycia obydwóch rąk. W ten sposób zapobiegano włożeniu przez pracownika ręki pod stempel.

Wujek Karol pracował tak na tych pamiętających lata dwudzieste maszynach do 84 go. Przez wszystkie te trzydzieści pięć lat irytowała go konieczność używania obydwóch rąk w celu uruchomienia uderzenia stempla.

W 83 cim nowy technolog zakładu, w którym wujostwo pracowało chciał wykazać się inicjatywą i unowocześnić produkcję. Szybko okazało się, że nie ma nawet co marzyć o kupnie nowych maszyn. Na to nie było potrzebnych dewiz. Ponieważ technolog chciał się jednak czymś wykazać zdecydował się na przemeblowanie zakładu. Była to jedna z tych decyzji, która miała pokazać, że coś się robi, a która w gruncie rzeczy nic nie zmieniała na lepsze, za to wprowadzała zamieszanie i likwidację utartych rutyn.

Dla wujka Karola i dla Grażynki zmiany oznaczały tylko tyle, że od tej pory blaszki będą podawane z prawej strony a gotowy półprodukt guzika ma być wrzucany do skrzynki stojącej po lewej stronie.

Wydajność wyraźnie spadła. Pracownicy byli zirytowani. Dla Grażynki zmiana ta była tak drastyczna, że nie mogła się w nowej organizacji znaleźć. Przez trzydzieści pięć lat brała blaszkę z lewej strony i odkładała na prawą stronę. Teraz miała robić odwrotnie. Popadła z tego powodu w depresję, która się szybko pogłębiła do tego stopnia, że pewnego dnia zabrało ją pogotowie z silnym rozstrojem nerwowym do szpitala psychiatrycznego. Spędziła tam dwa miesiące a potem przeszła na rentę chorobową.

Wujek Karol w tym czasie kombinował co by tu zrobić, aby powrócić do wydajności sprzed reorganizacji produkcji. Doszedł do wniosku, że gdyby do naciśnięcia obu dźwigni używał tylko jednej ręki, to drugą szybciej mógłby wymieniać blaszki pod stemplem.

W tajemnicy przed majstrem skonstruował za pomocą drutu i sznurków mechanizm umożliwiający użycie jednej ręki do naciśnięcia dźwigni. Już po pierwszej godzinie używania jego konstrukcji, kciukiem lewej ręki chciał poprawić krzywo leżącą blaszkę. Od tego momentu ma już tylko jednego kciuka. Tego przy prawej dłoni.

Wypadek ten spowodował, że wujek Karol załamał się psychicznie i też trafił do szpitala, który dopiero co opuściła Grażynka. Wszyscy znajomi i rodzina śmiali się z niego, że taki kawał byka jak on załamał się psychicznie po utracie paluszka. Wtedy on w zaufaniu tłumaczył, że wcale się nie załamał, tylko świrował, bo dosyć się napracował i chce przejść na rentę chorobową aby móc zacząć podróżować z Grażynką po świecie.

I osiągnął co chciał. To znaczy częściowo. Osiągnął rentę chorobową, a z podróżami po świecie nie wyszło. Głównie dlatego, że oboje nie mieli na nie specjalnie ochoty. Dopiero gdy ja z Jolką wyemigrowaliśmy do Szwecji, przypomniał sobie o tym, że miał kiedyś w planach rozpocząć podróżowanie po świecie, właśnie od Szwecji.

Długo męczył swoją siostrę, czyli moją matkę, aby wpłynęła na mnie i abym wysłał im zaproszenie. Długo się przed tym broniłem, głównie dlatego, że już jako dziecko czułem do wujka Karola niechęć. Nigdy nie dostałem od niego innego prezentu niż garść błyszczących guzików.

W końcu uległem namową matki. Przyczyniła się do tego Jolka. Stwierdziła, że jak ich zaprosimy i jak przyjadą na tydzień, to potem będziemy mieli spokój. Właśnie dzisiaj przypływają promem z Gdańska.

Czekając aż Jolka przyszykuje się na wyjazd po wujka Karola i Grażynkę siedziałem w fotelu i oddawałem się wspomnieniom o wujku. W pewnym momencie spojrzałem na zegarek

„Pospiesz się kochanie. Prom zaraz zawinie do portu a my jeszcze w domu”

„Zdążymy. Zanim przejdą przez kontrolę paszportową i celną minie godzina…”

Jolka grzebała się jak zawsze przed wyjazdem z domu. Aby dojechać do Nynäshamn muszę mieć przynajmniej półtorej godziny. Mogę pojechać nieco szybciej, ale jeżeli przekroczę dozwoloną prędkość o trzydzieści kilometrów na godzinę to Prawko odfrunie w siną dal na trzy miesiące. Plus mandat. Oczywiście jeżeli zatrzyma mnie policja. Na tej drodze kontrole prędkości nie zdarzają się często, ale przy moim szczęściu…

W końcu Jolka była gotowa. Dobrze, że zatankowałem poprzedniego dnia. Nie musiałem teraz tracić na to czasu. Jechałem szybko, ale nie przekraczałem dozwolonej prędkości o te magiczne trzydzieści na godzinę. W najgorszym razie zapłacę trzy tysiące. Mentalnie już się pożegnałem z tymi pieniędzmi.

Parę kilometrów przed Nynäshamn moje mentalne pożegnanie się z pieniędzmi ułatwiło pogodzenie się z ich utratą. Chłopcy radarowcy namierzyli mnie na krótkim odcinku ze zmniejszoną prędkością do siedemdziesięciu kilometrów na godzinę. Procedura wypisania mandatu trwała tylko kilka minut. Termin płatności do siedmiu dni.

Ruszyliśmy w dalszą drogę. Jolka milczała, ja bablałem jakieś przekleństwa pod nosem. Na szczęście ruch na drodze nie był zbyt intensywny i gdy zbliżaliśmy się do terminalu pasażerskiego w Nynäshamn widzieliśmy już z daleka prom przycumowany do nadbrzeża.

Poczciwy Rogalin miał właśnie podstawiane schody do wysoko umiejscowionego na boku kadłuba wyjścia dla pasażerów pieszych. Ci zmotoryzowani wyjadą przez furtę dziobową. Oczywiście gdy w końcu uda się ją otworzyć.

Dochodził stamtąd huk od walenia młotami w urządzenie otwierające furtę. Czekaliśmy kiedyś na tym promie w porcie niemal godzinę, zanim załodze udało się „naprawić” za pomocą młotów i łomów mechanizm furty.

„Nic się nie nauczyli. W dalszym ciągu nie naprawione” – zauważyła Jolka

„Co się dziwisz. To już wrak. Dawno powinien pójść na żyletki”

Podczas gdy tak sobie rozmawialiśmy, zaparkowaliśmy samochód i ruszyliśmy w stronę terminalu.

Pierwsi pasażerowie zaczęli schodzić po podstawionych schodach. Po chwili przystanęliśmy i poprzez siatkę ogrodzenia lustrowaliśmy pasażerów. Nie zauważyliśmy naszych gości.

Pasażerowie schodzili ze schodów bardzo wolno. Na schodkach prowadzących w dół ze statku co i rusz tworzył się zator. Starsi ludzie, a tych była zdecydowana większość wśród pasażerów, mieli poważne trudności z zejściem po schodach z ciężkimi walizami. Niektórzy wracali się na górę po część bagaży, których nie znieśli za pierwszym razem.

Staliśmy tak jakiś czas i w pewnym momencie zauważyłem wujka Karola. A właściwie usłyszałem. Mimo, że staliśmy w znacznej odległości od schodów, jego donośny bas był bardzo dobrze słyszany. Nie mogłem zrozumieć o czym rozmawiał z gościem w drzwiach statku, ale nie miałem wątpliwości, że był z czegoś niezadowolony. Swojego rozmówcę kilka krotnie pytał czy nie chciałby dostać w ryj.

Z jakiego powodu gościu miałby dostać w ryj nie mogłem zrozumieć, ponieważ towarzysząca Karolowi Grażynka skutecznie zagłuszała tą ciekawie rozwijającą się rozmowę. Towarzyszka rozmówcy Karola też przyczyniła się do zagłuszania.

W pewnym momencie przez poręcz schodów wyleciała jakaś walizka i po chwili jeszcze jedna. Jolka powiedziała, że widziała jak wujek Karol cisnął tą pierwszą walizkę na dół. Karol i jego rozmówca bardzo szybko zbiegli po schodach na dół, rozpychając brutalnie schodzących. Gdy już opuścili schody złączyli się w zapaśniczym uścisku. Otoczyli ich inni pasażerowie i nie mogliśmy nic więcej dojrzeć. Jedynie okrzyki bojowe obydwóch panów, typu „Kurwa” i „Skurwysyn” docierały do nas wyraźne.

Chciałem popatrzeć jak ich dysputa się zakończy, jednak nie było mi to dane

„Chodźmy stąd jak najszybciej, bo nas zauważą i dojdą do siatki. Nie chcę, żeby ktoś spostrzegł, że ich znamy”

„Jeszcze chwilę kochanie. Chcę zobaczyć jak to się skończy”

„Rób, jak chcesz. Ja stąd odchodzę”

Jolka stanowczym krokiem ruszyła w kierunku terminalu. Ponieważ doskonale wiem co oznacza Jolki „Rób, jak chcesz” ruszyłem posłusznie za nią.

W środku było dosyć tłoczno i gwarno. Zdecydowanie dominował język polski. Wiele osób tłoczyło się w pobliżu drzwi, w których powinni ukazać się pierwsi pasażerowie.

Minęło ze dwadzieścia minut zanim drzwi się otworzyły j wyszły z nich dwie zdenerwowane, starsze kobiety.

„Wszystko zabierają, jak gestapowcy!…” – oznajmiła tłumowi jedna z nich

„Co, wszystko?!” – ktoś zapytał

„Dwa litry wyborowej zabrał mi skurwysyn…”

Szmer grozy przeszedł przez tłum. Do kobiety podszedł jakiś młody mężczyzna. Przywitał się z nią, z tą drugą też

„Mamusia się uspokoi. Pisałem, żeby nie brać wódki…”

„Chciałam ci zrobić przyjemność, synku…”

Następne wychodzące osoby potwierdziły, że celnicy są bezlitośni i wszystko zabierają. To wszystko, to oczywiście były alkohole. Ta smutna wiadomość sprawiła, że przywitania nie były zbyt radosne.

Długo czekaliśmy na Karola i Grażynkę. Tłum oczekujących zmalał i chociaż nie zauważyłem nikogo znajomego to nie mogłem wykluczyć, że nikogo znajomego w tym tłumie nie było.

Mam taką wadę, czy raczej można to nazwać, taki rodzaj inwalidztwa, że bardzo trudno zapamiętuję ludzkie twarze. Ponieważ ze względu na Karola i jego dysputę z nieznajomym, nie chciałem, aby mnie ktoś z nim zauważył, to opóźnione jego wyjście bardzo mi pasowało.

Dosyć szybko zrobiło się wokół nas pusto. Jolka zaczęła się niepokoić

„Chyba już wszyscy wyszli. Ten gość, z którym wujek Karol miał zatarg też już wyszedł…”

„Nie zauważyłem…”

„Nie dziwię się. Ty nie poznajesz ludzi”

„Jego bym poznał”

„Gadanie…Założę się, że wujka Karola też nie poznasz”

„Przecież to ja zauważyłem go w drzwiach, tam na górze, jak schodził z promu”

„Poznałeś go po głosie…”

Gdy tak sobie rozmawialiśmy otworzyły się drzwi i ukazał się w nich wujek Karol

„O! Widzisz, właśnie wychodzi!” – krzyknąłem

„W mundurze…Przecież to nie on” – zauważyła Jolka

Faktycznie. Gościu miał na sobie mundur policjanta. Rozglądał się chwilę. Ponieważ oprócz nas w rogu hali stała tylko niewielka grupka osób zabierająca się do wyjścia, jego wzrok zatrzymał się na nas, a właściwie na mnie

„Kasimiz Kowalski?” – zagadał do mnie zniekształcając moje imię

„Tak. To ja”

„Chodź ze mną. Mamy problem z twoim krewnym”

Ruszyłem z Jolką w stronę drzwi

„Ty zaczekaj tutaj” – nakazał Jolce i zagrodził jej wejście swoim ciałem

„Ale my jesteśmy ra…”

Usłyszałem jeszcze zanim zatrzasnął jej drzwi przed nosem

„No!…Nareszcie Kaziu! Nie mogę się z draniami dogadać! Skandal! Żaden nie mówi po polsku! Zrozumiałem, że chcą ode mnie jakieś pieniądze!”

Przywitał mnie wzburzony wujek Karol zrywając się z krzesła. Zanim zdążyłem zareagować policjant, który mnie wezwał, odciągnął mnie na bok. Jego kolega kategorycznie nakazał wujkowi Karolowi usiąść na krześle przy Grażynce.

„Czy potwierdzasz, że ten tam, Karol Mazur to twój krewny?” – zapytał policjant

„Tak. Potwierdzam” – odparłem zrezygnowany

„Potwierdzasz, że zaprosiłeś go do siebie?”

„Tak! Tak… Co chcesz od niego?” – zapytałem

„Po pierwsze, pobił się z innym pasażerem przy wyjściu z promu, Ale pogodzili się zanim wezwaliśmy policję. Możemy o tym zapomnieć. Po drugie ma ze sobą nie zgłoszone do oclenia duże ilości alkoholu. Doszło do rękoczynów, kiedy celnicy chcieli mu to odebrać. Sporządzają doniesienie na policję dotyczące naruszenia nietykalności urzędnika państwowego na służbie.”

„Zabrali mi cztery litry spirytusu, złodzieje!” – usłyszałem wujka Karola

„Ile?!” – krzyknąłem w jego kierunku

„Osiem pół litrówek!…Zapomniałeś już, ile to jest cztery litry?!”

„Jezus, Maria! Cztery litry…Po cholerę to przywoziłeś”

Policjant chyba zrozumiał, że mówimy o litrach. Przerwał moją rozmowę z wujkiem

„Tak. Tak. Cztery litry. Powiedz mu, że nie możemy go wpuścić do Szwecji zanim nie zapłaci grzywny w wysokości czterech tysięcy koron”

„Ile?!”

Tym razem krzyknąłem w kierunku policjanta

„Cztery tysiące” – powtórzył

Roztrzęsiony ze zdenerwowania, wiedziałem już co mnie czeka. Zwróciłem się do wujka Karola

„Masz zapłacić natychmiast cztery tysiące koron albo wracacie zaraz tym samym promem do Polski”

„Wszyscy Święci!…Za co?” – wykrzyknęła z płaczem Grażynka

„Cztery tysiące koron – czy to dużo? Ile to będzie w dolarach? Mamy dwadzieścia trzy dolary…”

„Kurwa Mać!” – odpowiedziałem mu i zwróciłem się do policjanta – „On ma tylko dwadzieścia trzy dolary…”

„W takim razie ty za niego zapłać. Zobowiązałeś się w zaproszeniu pokryć wszystkie koszty związane z ich pobytem w Szwecji”

„Kurwa Mać!” – powtórzyłem

„Co mówisz?” – zaciekawił się

„Nic ważnego. To nie do ciebie”

Muszę przerwać na chwilę, aby ochłonąć. W dalszym ciągu bardzo się denerwuję, gdy sobie to zdarzenie przypominam.

W każdym razie minęło ze dwadzieścia minut w czasie których zobowiązałem się „dobrowolnie” do zapłacenia kary nałożonej na wujka Karola. Ponieważ mam obywatelstwo szwedzkie i mieszkam w Szwecji nie musiałem kary uiścić na miejscu. Płatne w ciągu siedmiu dni.

Gdy w końcu wyszliśmy do zniecierpliwionej Jolki, pierwsze co usłyszałem to wypowiedziane z wyrzutem

„Czemu tak długo was tam trzymali?”

„Cztery tysiące” – odpowiedziałem jej

„Co – cztery tysiące?”

„Cztery tysiące koron. Dodaj je do tych trzech co nam wypisali kwit jak tu jechaliśmy. Razem jesteśmy lżejsi o siedem tysięcy a to dopiero początek…”

Niepotrzebnie powiedziałem, że to dopiero początek. Kilka dni później okazało się, że jest dużo prawdy w starym powiedzeniu o wywoływaniu wilka z lasu.

„Nie złość się Kaziu. Zwrócę ci te pieniądze…”

Wujek Karol starał się mnie udobruchać

„Ciekawe z czego mu zwrócisz? Może z naszych głodowych rent chorobowych?”

Wtrąciła z przekąsem Grażynka.

„Coś wymyślę” – odpowiedział jej wujek i zmieniając temat zwrócił się do Jolki – „Myśmy się jeszcze nie przywitali! Niech cię wezmę w ramiona i wyściskam!”

Po czym zrobił to co zawsze przyjmowaliśmy ze wstrętem. Ucałował Jolkę w usta. Soczysta ślina wypłynęła na brodę Jolki. Wujek Karol zawsze całował na powitanie w usta ze ślinką.

W tym momencie pomyślałem sobie, że jednak to spotkanie wujka Karola na posterunku policji paszportowej miało też pozytywną dla mnie stronę. Nie musiałem się z nim całować na powitanie.

Po chwili w milczeniu szliśmy na parking do samochodu. Z satysfakcją obserwowałem, jak sapał taszcząc dwie duże walizy. Podczas gdy panie rozmawiały o czymś interesującym, niosłem niewielką walizkę Grażynki i udawałem, że nie widzę jak wujek Karol męczy się z walizami. Dobrze mu tak.

Gdy doszliśmy do samochodu, otworzyłem bagażnik, umieściłem w nim walizeczkę Grażynki i wymownie czekałem bez ruchu aż wujek Karol uniesie walizy nad wyjątkowo wysoki próg bagażnika w naszym Volvo 244.

„Kurwa! Nie dam rady. Pomóż mi” – zwrócił się do mnie czerwony z wysiłku stawiając walizy na asfalcie

„Ty nie dasz rady?!” – zapytałem z udawanym zdziwieniem – „Przecież podnosiłeś ciężary w klubie Resursa”

„To było kiedyś” – wysapał – „Teraz stoję nad grobem”

„Nie słuchaj go, Kaziu” – wtrąciła Grażynka – „Od czasu tego wypadku sprzed lat, tak pieprzy o śmierci…”

„Otwórz oczy, kobieto! Nie widzisz, że nadchodzi mój koniec?! Nie widzisz?…Tobie się oczy otworzą, jak mnie się zamkną!”

„Przestańcie już!” – przerwała im Jolka i zwróciła się do mnie – „Pomóż wujkowi z walizkami”

Podczas gdy to mówiła wujek Karol błyskawicznie usadowił się na przednim fotelu pasażera.

„Dobrze ci tak. Będziesz siedziała na tylnej kanapie” – pomyślałem z pewną satysfakcją o Jolce.

Tak chciałem posłuchać jak Grażynka kłuci się z wujkiem Karolem a Jolka im przerwała. Posiedzi za to z tyłu. Bardzo tego nie lubi.

„Długo będziemy jechać?” – zapytał wujek Karol – „Głodny jestem”

„Długo”

Odpowiedziałem i w tym samym momencie postanowiłem się nie spieszyć

„Jakieś półtorej godziny” – uściśliła Jolka – „Mam w domu przyszykowane jedzenie, tylko podgrzać i będziemy jedli”

„Co dobrego przyszykowałaś?” – zaciekawił się

„Typowo szwedzkie danie. Grochówka z musztardą i naleśniki ze śmietaną i dżemem…” „Grochówka i naleśniki…No, to się najemy” – mruknął pod nosem.

Jechaliśmy już dłuższy czas. Nie odzywałem się. Udawałem, że się skupiam na drodze. Panie z tyłu obmawiały właśnie jakąś wspólną znajomą a wujek Karol co i rusz próbował zająć mnie rozmową.

„Nie teraz, wujku, tu jest dużo zakrętów. Muszę uważać”

Po pewnym czasie odpuścił sobie i patrzał przed siebie zamyślony. Obserwowałem go kątem oka. Zauważyłem, że jest wyraźnie z czegoś zadowolony. Uśmiechał się pod nosem. Nie wytrzymałem i zapytałem

„Z czego się tak cieszysz”

„Nie wszystko zabrali” – odpowiedział zadowolony

„Co – nie wszystko?” – zapytałem

„Spirytus… Mam jeszcze litr w termosie. Będzie co pić wieczorem”

Nic nie odpowiedziałem, chociaż miałem chęć powiedzieć kilka zdań zawierających dużo niecenzuralnych słów.

W domu byliśmy po przeszło dwóch godzinach. Gdy wysiedliśmy z samochodu, Jolka zaprowadziła gości do domu. Wujek Karol potrzebował pilnie skorzystać z toalety. Ja zabrałem się za wprowadzanie samochodu do garażu

„Czemu się tak wlokłeś na drodze?” – usłyszałem Jolkę, gdy wysiadałem z auta

„Ostrożnie jechałem, bo nie chciałem już dzisiaj stracić więcej pieniędzy”

Jolka obdarowała mnie spojrzeniem, które nie pozostawiało wątpliwości co do tego, że jej nie przekonało moje wyjaśnienie.

„Wnieś ich bagaże na górę i nie znęcaj się nad nim” – powiedziała stanowczym głosem

„Siedem tysięcy przez niego…”

Przerwała mi takim spojrzeniem, że zdobyłem się tylko powiedzieć

„No, już dobrze. Dobrze kochanie…”

Pokój gościnny mamy na piętrze. Przez ścianę z naszą sypialnią. W przyszłości będzie to pokój dla dziecka. Stoją tam dwa osobne łóżka, które można dosunąć do siebie i wtedy tworzy się jedno podwójne. Zapytałem wujka Karola jak chcą mieć z tymi łóżkami.

„Osobno, zdecydowanie osobno” – odpowiedział.

Pomógł mi przesunąć jedno z nich bliżej okna. Gdy się z tym uporaliśmy zeszliśmy na dół do jadalni. Grażynka pomogła Jolce nakryć do stołu i tylko nas przy nim brakowało.

Jolka postawiła na stole wazę z grochówką i duży słoik z musztardą. Wyjaśniła nieco zdziwionym gościom, że u nas w Szwecji jest zwyczaj jadania grochówki w czwartki, a ponieważ akurat jest czwartek to mamy właśnie grochówkę a na drugie naleśniki ze śmietaną i dżemem z leśnych jeżyn z północy.

„Po cholerę ta musztarda?” – zdziwił się wujek Karol

„Tu się je grochówkę z musztardą. Do talerza grochówki wkłada się dużą, czubatą łyżkę musztardy” – wyjaśniała Jolka

„Na trzeźwo nie przejdzie mi przez gardło” – stwierdził wujek Karol i zwrócił się do Grażynki – „Gdzie postawiłaś termos ze spirytusem?”

„Tylko nie spirytus!” – wykrzyknąłem

„A czemuż to nie?”

„Mam alergię na tle spirytusu…”

„Od kiedy to?…Dawniej nie miałeś alergii na spirytus”

„Nie miałem, ale teraz czuję, że od kilku godzin słabo mi się robi, jak słyszę słowo spirytus.”

„Niedobrze, z taką alergią nie da się żyć” – zauważył

„Spokojnie” – odparłem – „Czuję, że nie jestem alergiczny na inne alkohole. Zaraz coś przyniosę…”

W barku miałem między innymi alkoholami butelkę wódki Absolut Peppar. Ostatnia nowość na półkach sklepów Systembolaget.

„Myślę, że to nam zastąpi spirytus i pomoże ci zjeść grochówkę z musztardą… Bardzo mocna pieprzówka”

Istotnie, wujek Karol zjadł dwa talerze grochówki z podwójną porcją musztardy. Paniom też pieprzówka smakowała, ale nie potrzebowały jej aż tyle, co wujek Karol potrzebował, aby zjeść grochówkę. W każdym razie butelka zero siedemdziesiąt pięć litra skończyła się zanim zjedliśmy naleśniki.

Następnego dnia obudziłem się około dziesiątej. Potworny łomot w głowie przypomniał mi o tym, że grochówka zawsze mi szkodziła. Jeszcze w piżamie zszedłem na dół do kuchni. Zastałem tam Jolkę i Grażynkę.

„Nieźle żeście się wczoraj ululali” – z wyrzutem zauważyła Jolka – „Mieliśmy jechać do miasta, ale w takim stanie to nie wiem czy jutro pojedziemy”

„Mówiłem tyle razy, abyś zapisała się na kursy Prawa Jazdy. Mogłabyś prowadzić…Gdzie jest wujek Karol?”

„Śpi jeszcze…Nie wstanie wcześniej niż przed pierwszą” – powiedziała Grażynka

Wykąpałem się pod prysznicem. Stałem pod nim dłużej niż było potrzeba. Łomot w głowie się zmniejszył, ale nie ustąpił. Jolka zawołała mnie na śniadanie, ale nie dobrze mi się zrobiło na myśl o jedzeniu. Podziękowałem i poszedłem do swojego pokoju.

Mój pokój znajdował się na dole, zaraz za kuchnią. Stała tam duża deska kreślarska i bardzo duże stare biurko kupione w sklepie ze starzyzną. Bardzo je lubię. Wszystko mi się na nim mieści.

Mam tam jeszcze dwie półki z książkami, moimi notatkami i obliczeniami potrzebnymi do projektów. W szafie z szufladami leżą moje rysunki i szkice.

Spojrzałem na rysunek rozpięty na desce, ale nie mogłem się na nim skupić. Usiadłem w fotelu za biurkiem. Zrzuciłem ręką część szpargałów na ziemię i położyłem głowę na skoroszycie z jakimiś obliczeniami. W tym momencie drzwi się otworzyły i do pokoju wpadła Jolka z Grażynką

„Co to był za łomot?…Nic ci się nie stało?” – zapytała przestraszona.

„Wszystko w porządku. Parę rzeczy spadło z biurka” – odpowiedziałem

„Popatrz, Grażynko, jaki on ma tu burdel. Nie pozwala mi tu wchodzić…” – zwróciła się Jolka do Grażynki, wychodząc z pokoju.

Jeszcze nie tak dawno temu, Jolka miała zwyczaj robić „porządek” w moim pokoju. Zawsze wszystko mi poprzestawiała na biurku. Nic nie mogłem znaleźć. Miarka się przebrała, kiedy wilgotną ścierką przetarła z rzekomego kurzu rysunek rozpięty na desce kreślarskiej. Pracowałem nad nim prawie dwa tygodnie. Po tym sprzątaniu musiałem wszystko rysować od nowa.

Od tamtego dnia doszliśmy do obopólnego porozumienia, że najlepiej jak Jolka będzie się trzymała z daleka od tego pokoju.

Około pierwszej usłyszałem głośny łomot. Tym razem nie był to łomot w mojej głowie. To wujek Karol spadł ze schodów. Podbiegliśmy do niego. Miał zamknięte oczy i się nie ruszał.

„Nic ci nie jest?” – zapytała Grażynka

„Wody…Wody od ogórków dajcie mi” – wyszeptał błagalnie teatralnym szeptem

„Nie mamy wody od ogórków” – oznajmiłem

Zerwał się na równe nogi

„Jak to? Nie macie wody po kiszonych ogórkach?… Przecież to musi być w apteczce w każdym szanującym się domu?”

Był naprawdę przerażony. Wyjaśniłem mu, że w Szwecji nie ma kiszonych ogórków takich jak w Polsce. Zdziwił się jak można żyć w kraju, w którym nie ma kiszonych ogórków.

Gdy wykąpał się i ubrał zapytał czy mi też zaszkodziła grochówka. Ucieszył się, gdy potwierdziłem, że też po niej chorowałem.

„O jak dobrze… Przez jakiś czas myślałem, że to po pieprzówce”

Po południu panie wyszły na spacer a ja z wujkiem Karolem leczyliśmy się jogurtem, którego zawsze mamy w domu pod dostatkiem

„Na bezrybiu i rak ryba ryba…” – stwierdził ze smutkiem

W sobotę też siedzieliśmy w domu. oglądaliśmy telewizję, ale nasi goście nic z niej nie rozumieli. Miałem kilka filmów nagranych na kasety WHS. Aparat wideo kupiliśmy kilka miesięcy temu i jeszcze bawiło nas nagrywanie filmów.

„A nie masz czegoś dla dorosłych?” – zapytał mnie szeptem.

Zrozumiałem o co mu chodzi, ale postanowiłem się trochę z nim podrażnić

„Te filmy co mamy w domu są dla dorosłych. To krwawe horrory, niedozwolone dla dzieci”

„Nie o takie mi chodzi…”

„A o jakie?”

„No, wiesz… takie z dziewczynkami…no, wiesz?”

„Nie wiem, o bajki?”

„Nie udawaj głupka! Takie z dupami… Pornusy”

„A! To trzeba tak było powiedzieć!”

W tym momencie wpadł mi do głowy diabelski pomysł. W jakiś sposób zrekompensuję sobie stratę pieniędzy. Na pewno się nie zwrócą, ale będę miał trochę uciechy.

W naszym miasteczku na każdym niemal rogu ulicy były wypożyczalnie kaset z filmami. Każdy szanujący się sklepik z gazetami i tytoniem miał kilka półek z kasetami do wypożyczania. Niemal połowę stanowiły filmy pornograficzne.

W jednym takim sklepiku pracowała w wakacje, szesnastoletnia córka naszych znajomych Polaków.

Zosia urodziła się w Szwecji, ale dobrze mówi po polsku. Postanowiłem pójść tam z wujkiem Karolem i wybrać kilka filmów.

Wieczorem, gdy się już trochę ochłodziło oznajmiliśmy naszym paniom, że idziemy się przewietrzyć i wypożyczymy po drodze jakieś filmy. Grażynka zażyczyła sobie obejrzeć „Przeminęło z wiatrem”. Zna ten film bardzo dobrze i nie będzie jej przeszkadzało, że nie ma tłumaczenia na polski.

Jolka nie miała żadnych życzeń. „Weźmiemy dla siebie jakieś męskie filmy, gdzie jest dużo strzelania i mordobicia” – oznajmiłem.

Wujek Karol, tak na dobrą sprawę nie chciał iść do wypożyczalni. Mówił, że nigdy tego nie robił, że podobno w Łodzi są już dwie z pornusami, znajomy mu to mówił i że jest to krępujące wchodzić do nich. Chciał abym sam wybrał coś odpowiedniego

„Najlepiej jak pójdziemy razem. Wybierzesz sobie co ci będzie odpowiadało” – przekonywałem go

Niechętnie się na to zgodził.

Gdy po kilkunastu minutach otwieraliśmy drzwi do sklepiku, w którym pracował Zosia, stanął w nich jak wryty i już chciał się cofnąć, ale go powstrzymałem

„Co się stało? Dlaczego nie wchodzisz? – zapytałem

„Tam jakaś młoda ekspedientka jest…”

„To co z tego?”

„Nie wypada chyba u niej wynajmować, to prawie dziecko”

„Nie rozumiem, dlaczego nie wypada. Skoro tu pracuje to…”

Wujek Karol przerwał mi próbując wypchnąć mnie na zewnątrz, aby móc wyjść. Na szczęście z tyłu czekali na wejście inni klienci. Ustąpił i szybko ukrył się za pólkami z zaciekawieniem oglądając kasety z filmami o kaczorze Donaldzie i myszce Miki.

Szybko znalazłem film „Przeminęło z wiatrem” i jakiś głupawy kryminał, na którego opakowaniu widniało kilka zakrwawionych trupów.

„Popatrz, bierzesz trzy filmy, a płacisz za dwa. Dzisiaj jest sobota, to nie musimy oddawać filmów jutro. Oddamy je w poniedziałek. Podejdź teraz do tej półki. Są na niej filmy które cię zainteresują”

„Daj spokój. Już mi odeszło…”

„Nie tak szybko, wujku. Skoro tu przyszliśmy to nie wyjdziemy z pustymi rękoma”

„Weź co chcesz. Poczekam na ciebie na ulicy”

„Nie. Nie. Wybierz sam, abyś potem nie mówił, że wybrałem jakieś gówno”

Złapał pierwszą z brzegu kasetę i ruszył w stronę drzwi. Przechodząc koło Zosi zatrzymałem go mówiąc, że musimy zapłacić. Stanął przy mnie wyraźnie spocony.

Gdy odezwałem się do żującej gumę Zosi po polsku, zaciekawienie na chwilę pokonało jego zażenowanie sytuacją

„Zosiu, to jest mój wujek. Chciałby obejrzeć jakiś ciekawy film erotyczny, czy ten co wybrał jest interesujący?”

„Nic nie wybierałem! Ten film mnie nie interesuje” – krzyknął spanikowany

„To może woli pan chłopców z chłopcami?” – zapytała obojętnym głosem Zosia nie przerywając żucia gumy – „Też mamy”

„Nie! Absolutnie nie z chłopcami!” – krzyknął jeszcze bardziej spanikowany, ocierając strugi potu spływające z głowy

„To w takim razie polecam ten”

Zosia podeszła do półki i sięgnęła po film „Głębokie gardło”

„Będzie się panu podobał. To mój faworyt”

To było dla niego za dużo. Prawie mnie przewracając wybiegł ze sklepu

„Co to za dziwak?” – zapytała zaskoczona Zosia

„Mój wujek Karol. Skromny, nieśmiały człowiek. Pierwszy raz był w sklepie z pornusami”

„Hi! Hi! Hi!…Ale będziesz miał ubaw wieczorem”

Zdenerwowany czekał na mnie pięćdziesiąt metrów dalej. Przez całą drogę robił mi wyrzuty, że się z niego nabijam, że specjalnie zaciągnąłem go do tego sklepu i tak dalej. Ale najlepsze było wieczorem.

Dochodziła godzina w pół do pierwszej  kiedy Grażynka ze znudzoną Jolką skończyły oglądać „Przeminęło z wiatrem” . Panie oznajmiły, że kładą się spać, a mu możemy sobie oglądać swój krwawy kryminał, byle tylko nie za głośno.

Oglądaliśmy go kilkanaście minut, dopóki panie na górze nie przestały się krzątać w łazience. Potem szybko zmieniliśmy kasetę.

Wujek oglądał film z wypiekami na twarzy. Obserwowałem go kątem oka. Przypominał dwunastolatka, który podgląda starszą siostrę przez dziurkę od klucza w drzwiach łazienki. Co jakiś czas odzywał się pod nosem

„Jezus, Maria! Jak tak można? Tfu! Ale świństwa!”

„Nie podoba ci się, wujku?…Może przerwiemy?…”

„Nie! Nie. Jak już wydałeś pieniądze to popatrzmy do końca”

Po paru minutach zapytał mnie

„Co on do niej mówi?”

„On mówi – Ach! Ach! Ach!”

„A ona co mówi?”

„Ona mówi – Och! Och! Och!…Teraz nic nie mówi, bo się zakrztusiła”

„Tyle to zrozumiałem, ale oni o czymś ze sobą rozmawiają, tego nie rozumiem”

„Ja też, wujku, nie rozumiem, po co oni w ogóle ze sobą rozmawiają. W tych filmach liczy się tylko akcja. Ostra akcja. Im mniej aktorzy mówią tym więcej energii zostanie im do, że tak powiem, innej działalności na planie filmu”

„No, tak. Masz rację”.

Około trzeciej położyliśmy się spać. Już zasypiałem, kiedy wybudził mnie jakiś szurgot dochodzący z pokoju gościnnego. Zacząłem nasłuchiwać. Po chwili doszedł do mnie stłumiony głos Grażynki

„Nie teraz, Karol. Nie teraz. Obudzisz ich”

Następnego dnia, w niedzielę, Jolka planowała, że pojedziemy do Sztokholmu. Po tej aferze ze spirytusem, za który muszę zapłacić, obiecałem sobie, że limit wydatków na gości został wyczerpany i że nigdzie nie będziemy jeździć tylko przesiedzimy ten tydzień do ich wyjazdu na dupie w domu. Jolka nie chciała o tym słyszeć.

„Nie po to wzięliśmy tydzień urlopu, aby siedzieć z nimi w domu. Nastawiłam się, że pojedziemy do Sztokholmu, więc pojedziemy i koniec dyskusji”

Wytargowałem tyle, że do Sztokholmu pojedziemy we wtorek. Teraz,  jeszcze boli mnie głowa po grochówce, a w poniedziałek obiecałem szefowi wpaść na godzinkę do pracy na zebranie naszego zespołu dotyczące planów nowego zadania.

Jolka, acz niechętnie, ale przyznała mi rację, że z bólem głowy po grochówce lepiej nie siadać za kierownicą.

Postanowiliśmy po śniadaniu przejść się z naszymi gośćmi po naszym miasteczku, pójść do portu rybackiego i kupić świeże ryby prosto z kutra. W niedzielę wybór nie będzie duży, ale zawsze kilka kutrów powraca z połowów.

Do śniadania zeszła tylko Grażynka

„Karol jeszcze śpi. Powiedział, że musi się wyspać i chce zostać cały dzień w łóżku”

„Nie ma mowy” – zareagowała Jolka – „Jest piękna pogoda. Chcemy wam pokazać jak u nas jest pięknie nad morzem. Pospacerujemy sobie, a potem będziemy fikać w knajpce w porcie”

„Nie mów mi o fikaniu…Nie wiem co w tego mojego knura w nocy wstąpiło…”

„To nie takie fikanie o jakim myślisz, Grażynko” – przerwałem jej – „Fika to po szwedzku spotkanie przy kawie. My tak sobie spolszczamy i mówimy, że będziemy fikać, to znaczy, że czas na kawę”

„A, to co innego. Idź w takim razie, Kaziu do niego. Może ci się uda wyciągnąć go z łóżka”

Pobiegłem na górę. Łóżko wujka Karola przysunięte było do łóżka Grażynki. To pewno szurgot przesuwanego łóżka słyszałem w nocy. Od tego miejsca, gdzie stało pod oknem, aż do środka pokoju na podłodze znajdowała się głęboka, bardzo widoczna rysa Pochyliłem się nad nią. Głęboka na jakieś trzy milimetry. Zakląłem szpetnie. Panele podłogowe do wymiany. Nawet nie miałem siły ze zdenerwowania ocenić, ile to będzie kosztowało

„Wstawaj!” – wrzasnąłem – „Zobacz co zrobiłeś!”

Obudził się momentalnie. Od razu zorientował się o co mi chodzi.

„A, bo taką do dupy podłogę masz. Nic nie można przesunąć, bo zaraz się uszkodzi”

„Po co żeś przesuwał to łóżko?!”

„Wiesz. Bo, jakby to powiedzieć, ciągło od okna…Przepraszam. Wypoleruję potem. Nic nie będzie widać”

„Gówno wypolerujesz. To nic nie pomoże. Trzeba ją zmienić w całym pokoju!” – stwierdziłem zdenerwowany

Podczas śniadania starałem się obliczyć, ile będzie kosztowała nowa podłoga, przynajmniej osiemnaście metrów kwadratowych. Nie mogłem się skupić. Nie doszedłem do żadnych wniosków.

Po śniadaniu  zaczeliśmy się szykować na spacer. Wujek Karol bronił się przed spacerem. Nie lubił spacerów, ale Grażynka postawiła sprawę na ostrzu noża

„Albo idziesz z nami na spacer, albo wiesz co cię czeka…”

„Dobra, już dobra. Źle się czuję, ale pójdę na ten spacer. Jak na nim padnę, to będziesz mnie miała na sumieniu…”

W czasie spaceru panie cały czas rozmawiały. Tym razem o kwiatkach. Ja i wujek Karol szliśmy w milczeniu. Cały czas zastanawiałem się co mogło czekać wujka Karola, gdyby nie chciał iść na spacer. Wyobrażałem sobie najgorsze rzeczy i to w jakiś dziwny sposób sprawiało mi radość.

Kilka minut później los okazał się dla mnie bardziej łaskawy i mogłem zobaczyć co takiego spotyka wujka Karola, gdy Grażynka jest naprawdę zdenerwowana.

Przechodziliśmy właśnie obok sklepiku, w którym pracuje Zosia. O tej porze dnia nie było w nim klientów. Panie szły przodem, my kilka kroków za nimi. Zosia siedziała na ławeczce przed drzwiami i jak zwykle z bezmyślnym wyrazem twarzy żuła gumę. Ożywiła się na nasz widok

„Dzień dobry” – zwróciła się do wujka Karola – „Wpadnij potem. Mam dla ciebie fajny film. Będzie ci się podobać, „Orgie w klasztorze”, dużo lepszy niż „Głębokie Gardło” co wczoraj wybrałeś”

„To nie ja wybrałem!” – krzyknął przerażony – „To on wybierał!”

No i się zaczęło. Grażynka może by i nie zwróciła uwagi na odzywkę Zosi, gdyby wujek Karol nie wydał głośnego okrzyku przerażenia

„Skąd znasz tą dziwkę?! O jakim głębokim gardle ona mówi?!”

„Kochanie, zaraz ci to wyjaśnię! To jakieś nieporozumienie…”

„Tylko nie dziwkę! Ja tu pracuję, a twój erotoman przyszedł wybierać filmy pornograficzne i chciał, aby mu doradzać!”

„Spokojnie, Grażynko. To córka naszych przyjaciół. Ona tu pracuje. Wszystko ci wyjaśnię…”

„Co tu jest do wyjaśniania!” – popłakała się – „Jesteś taki sam dobry jak on. Film kryminalny oglądał do rana, tak?… A później fikać chciał… Wracajmy do domu…Nie chcę już fikać” – zwróciła się do Jolki.

Jolka objęła ją ramieniem i ruszyły w stronę domu. Jednak zanim to zrobiły obdarzyła mnie takim spojrzeniem, że wiedziałem, że też mam przechlapane.

„Widzisz Zosiu, co narobiłaś”

„Nie podobał mi się dziad od początku” – powiedziała z uśmiechem

Wujek Karol tego nie słyszał. Szedł przed siebie apatyczny i zrezygnowany. W ostatniej chwili zatrzymałem go przed zejściem na jezdnię prosto pod nadjeżdżający samochód. Nie zauważył go.

W domu wujek Karol dowiedział się, że zaraz po przyjeździe do Łodzi spotkają się u adwokata. Grażynka stanowczo zażądała, aby przenieść go na noc do innego pokoju

„Uspokój się Grażynko, przecież nic się nie stało…” – zacząłem łagodnie

„Już powiedziałam…Albo go zabierzecie z pokoju, albo ja się wyniosę z tego domu. pójdę spać choćby na dworzec…”

„Tu nie ma dworca…”

„Nie ma dworca? To, gdzie ja się podzieję?” – zapytała z płaczem

„Przestań histeryzować!” – stanowczo zażądała Jolka – „Karol dzisiaj prześpi się na kanapie, tu na dole a jutro, na spokojnie pomyślimy co robić dalej”

Całą niedzielę diabli wzięli. Dąsali się na siebie do tego stopnia, że z trudem udało się nam ich namówić, aby zasiedli z nami do stołu. Po posiłku Grażynka zamknęła się na górze, a wujek Karol siedział apatyczny w fotelu na dole w salonie i patrzał się niewidzącym wzrokiem przez okno.

Będąc już w łóżku uzgodniłem z Jolką, że zabiorę ze sobą wujka Karola do pracy i będę go urabiał, aby ukajał się przed Grażynką i ją przeprosił. Jolka natomiast zajmie się ostro Grażynką jak tylko wyjdziemy z domu. Ma ją „zmiękczyć” tak, aby nie robiła fochów i przyjęła przeprosiny wujka Karola.

Rano zastałem go połamanego fizycznie (nasza kanapa w salonie nie nadaje się do spania) i załamanego psychicznie.

Byliśmy sami w kuchni. Panie jeszcze spały. Przygotowałem szybkie śniadanie, ale on nie miał ochoty na jedzenie. W samochodzie zacząłem namawiać go, aby przeprosił Grażynkę. Przekonywał mnie, że bardzo by chciał ją przeprosić, ale z doświadczenia wie, że najpierw muszą przejść ten cały cyrk z wizytą u adwokata. Dopiero po rozmowie z adwokatem udaje mu się ją udobruchać.

„Żebyś wiedział, ile mnie ten cholerny adwokat już kosztował…Za każdym razem podnosi stawkę”

„Dzisiaj musisz postarać się ładnie ją przeprosić. Kup piękne kwiaty, to zawsze działa, wiem coś o tym, przyszykuj sobie piękną mowę… Wiesz, powiedz, że już nie będziesz i takie tam…”

„Dobrze ci mówić, ale ja nie wiem za co mam ją przepraszać, do cholery!” – odpowiedział zdenerwowany

„To nie ważne za co masz ją przepraszać. Masz ładnie mówić. Porusz jej czułe miejsca. Chyba wiesz po tylu latach małżeństwa co ją wzrusza”

Dojechaliśmy do zakładu. Zaparkowałem na parkingu dla pracowników. Nie mogłem go wziąć do środka. Procedury wprowadzania gości są bardzo ostre i wymagają zgody naszych wojskowych zleceniodawców. Umówiłem się z nim za półtorej godziny w tym miejscu, gdzie się rozstajemy.

„Dwie przecznice stąd jest kwiaciarnia Pamiętaj kup najlepiej róże i żeby było dużo”

Gdy już zbliżałem się do portierni usłyszałem, że mnie woła

„Kaziu!”

„Co się stało?”

„Gdzie tu jest cmentarz?”

„Po cholerę ci cmentarz potrzebny?!” – zapytałem zirytowany

„Może tam znajdę ładne kwiaty…”

„Jezus, Maria!… Mało masz kłopotów?! Szarpanina z celnikami, przemyt spirytusu i wysoka grzywna, którą ja muszę zapłacić, a teraz chcesz ukraść kwiaty z cmentarza…”

„Przecież wiesz, że nie mam pieniędzy. Łatwo ci powiedzieć – kup kwiaty”

„Boże drogi! Ile ty mnie kosztujesz… Masz tu trzysta koron. Musi wystarczyć”

„Jak ja się tam dogadam?”

„To już twój problem, do cholery! Najlepiej na migi…Albo wiesz co? Trafisz stąd do sklepiku Zosi? Poproś, aby ci pomogła jako tłumacz. To uczynna dziewczyna. Na pewno ci nie odmówi”

„Ty jak już doradzisz to nie wiadomo, czy się śmiać, czy płakać”

Czekał na mnie, gdy wychodziłem z zakładu. Siedział na murku odgradzającym parking od ulicy. Obok niego leżała duża, a właściwie należałoby powiedzieć, olbrzymia wiązanka kwitów, składająca się głównie róż, ale nie tylko.

„Cholera! Jednak był na cmentarzu. Te trzysta koron nie starczyłoby na taką wiązankę” – pomyślałem wściekły

Szeroki uśmiech pojawił się na jego obliczu, gdy się do niego zbliżałem

„Jednak byłeś na cmentarzu” – wycedziłem przez zęby z trudem opanowując złość

„Nie. Skąd…Kupiłem w tej kwiaciarni, którą mi wskazałeś…”

„I co? Może powiesz, że te trzysta koron starczyło?”

„Zapłaciłem stówkę. Pani nie chciała więcej. Bardzo sympatyczna. Słuchała uważnie jak jej tłumaczyłem, że muszę mieć dużo kwiatów, aby przeprosić żonę”

„Jak jej to tłumaczyłeś?!”

„Po polsku. Tylko tak potrafię…”

„I ona też mówiła do ciebie po polsku?”

„Nie. Słowem się nie odezwała. Uśmiechała się cały czas… Przytuliła mnie, łzy mi otarła…”

„Łzy ci otarła?!”

„Tak. Popłakałem się jak do niej mówiłem…”

„Co jej mówiłeś?!”

„Właściwie to ja mówiłem do Grażynki. Taką mowę sobie ułożyłem. Wzruszyłem się. Tak mi się ta mowa spodobała…Ona też się wzruszyła”

„Ale dlaczego mówiłeś tą swoją mowę do kwiaciarki?!”

„A co miałem mówić?…Przećwiczyłem przy okazji”

„Niewiarygodne!…No niewiarygodne! Nie mogę uwierzyć, że potrafisz kogoś wzruszyć”

„Dużo rzeczy potrafię. Ty mnie jeszcze nie znasz”

Zastanawiałem się czy nie podjechać do tej kwiaciarni i nie dowiedzieć się jak on wyłudził te kwiaty, ale doszedłem do wniosku, że szkoda na to moich nerwów.

Wsiedliśmy do auta. Wujek Karol starał się sięgnąć ręką do kieszeni spodni, ale leżące na kolanach naręcze kwiatów, skutecznie mu to utrudniały

„Czemu się tak wiercisz?” – zapytałem

„Chcę wyjąć z kieszeni pieniądze”

„Jakie pieniądze?”

„Te twoje dwieście koron, które mi zostały”

„Położyłem już na nich krzyżyk. Zatrzymaj je sobie” – odpowiedziałem zrezygnowany

W drodze do domu zatrzymałem się obok skrzynki na listy. Musiałem wysłać do banku zlecenie zapłaty rachunków. Między innymi, mandat za prędkość i tą nieszczęsną grzywnę za wujka Karola.

Skrzynka na listy wisiała na ścianie baru Sibylli. Podczas gdy ja wrzucałem do niej kopertę z rachunkami, wujek Karol zauważył klientów baru zajadających gorące kiełbaski z musem ziemniaczanym, musztardą i keczupem. Poczuł głód. Przecież nie jadł śniadania. Oznajmił mi to, gdy wróciłem do auta

„Muszę sobie kupić taką kiełbaskę. Poczekaj chwilę”

Odłożył kwiaty na tylną kanapę i wysiadł, ale po chwili wrócił się z pytaniem

„Kupić ci też?”

„Nie, dziękuję, pospiesz się… Grażynka czeka”

Niemal pobiegł te kilka kroków do baru. Po chwili szybkim krokiem wracał do samochodu niosąc przed sobą papierową tackę z kiełbaską, musem ziemniaczanym i dużą ilością musztardy i keczupu. Lewą ręką otworzył drzwi tak niezdarnie, że cała zawartość tacki spadła na oparcie i siedzenie przedniego fotela.

Nasza piękna, jasno-beżowa, welurowa tapicerka…

Ech. Za bardzo się denerwuję, gdy sobie to przypominam. W każdym razie zdobyłem się tylko na żałosny jęk

„Jezus! Maria!”

W drodze do domu zatrzymałem się na stacji benzynowej OK. Kupiłem masę różnych środków chemicznych które ponoć fantastycznie czyszczą nawet bardzo zabrudzone tapicerki samochodowe.

Zatrzymałem samochód na podjeździe przed garażem. Wujek Karol od razu pobiegł do domu, ja za nim.

„Skąd on ma tyle kwiatów?” – zapytała zdziwiona Jolka

„Wyłudził. Potem ci opowiem…Gdzie on się podział?”

„Pobiegł na górę…”

Jolka coś jeszcze mówiła, ale ja już jej nie słuchałem. W pomieszczeniu przy kuchni, w której stoi pralka i kosze z rzeczami do prania, zacząłem szukać starych ręczników.

„Mogę wiedzieć czego tu szukasz?”

Jolka stała za mną w drzwiach. Po tonacji głosu zorientowałem się, że jest niezadowolona z moich poszukiwań

„Potrzebuję kilka starych ręczników. Będę czyścił ufajdaną keczupem tapicerkę w aucie…”

„Tyle razy cię prosiłam, żebyś nie jadł w aucie tych swoich obrzydliwych kiełbasek…”

„Kochanie. Przestań. To nie ja. To on to zrobił”

Dostałem trzy ręczniki. Gdy wychodziłem do samochodu doszły mnie podniecone głosy z pokoju gościnnego. Bardzo chciałem zostać w domu i posłuchać, ale świadomość tego, że zabrudzenia po keczupie i musztardzie należy usuwać, póki są świeże, wzięła górę.

Po dwudziestu minutach fotel pasażera był jak nowy, ale bardzo wilgotny. Przyjrzałem się z uznaniem rezultatom mojej pracy i wtedy zauważyłem, że fotel kierowcy i tylna kanapa w porównaniu z tym wyczyszczonym wyglądają na brudne. Ponieważ zostało mi sporo środków czyszczących wyczyściłem też fotel kierowcy i tylną kanapę. Zajęło mi to ponad godzinę.

Chciałem wstawić auto do garażu, ale tapicerka była tak mokra, że zrezygnowałem z tego

„Do rana wyschnie” – pomyślałem

Wszedłem do mieszkania w momencie, gdy Grażynka schodziła na dół

„Masz może jakieś wiadro?” – zwróciła się do Jolki – „Gdzieś te jego kwiaty trzeba wstawić”

Jolka poszła po wiadro. Zapytałem Grażynkę

„To jak? Wybaczyłaś mu?”

„Ach! Daj spokój. Co ja mam zrobić? Zawsze coś wymyśli…Zachciało się dziadowi na stare lata pornusy oglądać…”

„Grażynko! Kochanie ty moje” – wujek Karol właśnie schodził na dół – „Być w Szwecji, tej krainie rozpasania seksualnego i nie obejrzeć filmów erotycznych, to tak jakby być w Rzymie i nie widzieć Papieża”

„Ty mi tu Papieża nie mieszaj do twoich bezeceństw…Łóżko przesunąłeś pod okno?”

„Zaraz to zrobię, kochanie, tylko zabiorę pościel z kanapy”

Jolka właśnie przyniosła plastykowe wiadro i wszyscy troje poszli na górę.

Wszedłem do łazienki umyć ręce po chemikaliach do tapicerki. Mimo lecącej z kranu wody usłyszałem szurgot przesuwanego łóżka. Natychmiast oczami wyobraźni dojrzałem powstającą nową rysę na podłodze w pokoju gościnnym

„Jasna cholera!”

Zareagowałem, ale natychmiast się uspokoiłem. Jedna rysa mnie, czy więcej. Podłoga i tak jest do wymiany.

Następnego dnia, we wtorek, mieliśmy pojechać do Sztokholmu. Zaraz jak wstałem, sprawdziłem tapicerkę w aucie. Po zabrudzeniach nie było śladu, ale niestety, wszystko było na tyle mokre, że gdy usiadłem za kierownicą, to przemoczyłem spodnie na wylot. Przedobrzyłem z wodą przy czyszczeniu. Do tego wyraźny, drażniący nos, zapach środków czyszczących uniemożliwiał skorzystanie z auta. Zostawiłem auto z otwartymi wszystkimi drzwiami i udałem się na śniadanie.

Przy stole oznajmiłem, że wyjazd do Sztokholmu musimy przełożyć na jutro z powodu mokrej tapicerki, a dzisiaj pójdziemy sobie na spacer do portu rybackiego, tak jak mieliśmy to zrobić w niedzielę.

Po spacerze, panie zabrały się za przyrządzanie ryb kupionych w porcie, a ja zamknąłem się na godzinkę w swoim pokoju, uporządkować pewne obliczenia, o które prosił mnie szef. Gdy wyszedłem po godzinie z mojego pokoju, natknąłem się na Jolkę

„Dałeś mu ten przedłużacz, o który prosił?” – zapytała

„Jaki przedłużacz?” – zapytałem z niepokojem

„Wziął ode mnie suszarkę do włosów i powiedział, że potrzebuje przedłużacz. Powiedziałam, że znajdzie go w garażu, ale najlepiej niech się zwróci do ciebie” – odpowiedziała Jolka

„Moją suszarkę też wziął” – wtrąciła Grażynka – „Powiedział, że będzie suszyć samochód”

„Jezus! Maria!” – wykrzyknąłem – „Spali samochód i chałupę!”

Po czym spanikowany ruszyłem do drzwi. zderzyłem się w nich z wujkiem Karolem. Szeroki uśmiech na jego obliczu świadczył o tym, że jest z czegoś zadowolony. Zanim zdążyłem się odezwać oznajmił

„Auto rano będzie suche jak pieprz…”

Odepchnąłem go brutalnie i wybiegłem do samochodu.

Jedna suszarka przywiązana była do kierownicy sznurkami i dmuchała gorące powietrze na przednie fotele. Drugą umocował do zagłówka fotela kierowcy, tak, że dmuchała na tylną kanapę. Trzęsącymi się ze zdenerwowania rękoma zerwałem tą instalację

„Dlaczego to robisz?” – usłyszałem go za sobą – „Do rana wszystko…”

„Co do rana?” – przerwałem mu – „Do rana nie byłoby samochodu i domu!”

W środę okazało się, że samochód wysechł na tyle że mogliśmy nim wyjechać do Sztokholmu. Mieliśmy w planie pokazać im Star Miasto, potem Skansen i jak czasu i sił starczy pospacerować po Drottninggatan.

Niestety, gdy przejeżdżaliśmy koło Ikei, stanowczo zażyczyli sobie, aby najpierw zwiedzić ten sklep, o którym tyle słyszeli. Bardzo ich wszystko w nim zachwycało. Wujek Karol musiał położyć się na każdym niemal łóżku w ekspozycjach sklepu. To samo dotyczyło foteli i kanap. Grażynka zachwycała się firanami, poduszkami i pościelą. Wszystko brała do ręki i oceniała w ten sposób ich jakość.

W dziale łazienek największe wrażenie wywarły na nich umywalki, muszle klozetowe i bidety. Zwłaszcza te kolorowe. Grażynce podobały się te w kolorze mlecznej czekolady. Wujek Karol był bardziej sceptyczny. Preferował tradycyjny biały kolor. W pewnym momencie zauważyli bidet, umywalkę i sedes w kolorze czarnym

„Kto to kupi w takim kolorze?” – dziwiła się Grażynka – „Dla kogo to zrobiono?”

„Pewnie dla wdów. Jak niedługo zejdę z tego świata, to poproś Kazika niech ci kupi taki czarny bidet”

„A mnie się ten czarny komplet podoba” – zauważyła Jolka

„Ja tam wolę białe…No, ostatecznie zgodziłbym się na ten w kolorze zdrowego gówna, który się podoba Grażynce”

„Czy ty wszystko musisz obrzydzić?…Ten co mi się podoba jest czekoladowy”

I tak sobie rozmawiając spędziliśmy cztery godziny w Ikei. W międzyczasie zjedliśmy lekki lancz w restauracji na ostatnim piętrze. Na szczęście nasi goście nic nie kupili, więc nie musieliśmy stać w kolejkach do kas.

Z powodu braku czasu musieliśmy wykreślić z naszego ambitnego programu Skansen. Z Ikei pojechaliśmy tylko na Stare Miasto, a stamtąd spacerkiem prosto na Drottninggatan. Doszliśmy do Hötorget.

Wujkowi Karolowi najbardziej z całej wycieczki do Sztokholmu podobało się zwiedzanie Ikei, w szczególności bidet w kolorze czarnym. Musiałem mu obiecać, że sprezentuję taki Grażynce, gdy on zejdzie z tego świata. Nalegał, aby kupić od razu, to nie będę musiał przyjeżdżać do Ikei po bidet za kilka tygodni.

„Zapytaj się czy sprzedają tu trumny…Kupię dla ciebie od razu. Będziesz mógł w niej spać i czekać na śmierć” – zareagowała Grażynka – „On tak umiera od czasu tego wypadku z palcem” – wyjaśniła nam po raz jedenasty.

Weszliśmy też do sklepu przy Drottninggatan z dowcipnymi artykułami. Wujek Karol kupił w nim sztuczną psią kupkę „jak żywą” i gumową poduszkę, która wydaje dźwięk puszczania „bąka” gdy się na nią usiądzie. Cieszył się ze swoich zakupów jak dziecko

„Dziad dziecinnieje na stare lata” – skomentowała dyskretnie zakupy męża Grażynka.

Ona sama nic nie kupiła. Stwierdziła, że prawie wszystko co tu widziała można kupić dużo taniej w Łodzi, no może z wyjątkiem tego sedesu i umywalki w czekoladowym kolorze, który jej się tak bardzo podobał. Takich kolorowych w Polsce nie widziała.

W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się na kolację przy restauracji McDonad´s. Obydwoje bardzo chcieli zobaczyć czym tak bardzo zachwycali się ich znajomi, którzy byli za granicą i żywili się tylko w tych restauracjach.

Wujek Karol powiedział, że on już jest tak zmęczony, więc najlepiej jak byśmy coś kupili nie wysiadając z auta i zjedli w nim.

„Nie! Absolutnie nie w samochodzie!” – zareagowałem panicznie

Zjedliśmy po Big Mac’u w zestawie z frytkami i colą. Wujek Karol zażyczył sobie dwie porcje, bo jak twierdził, jedną bułką to on się nie naje.

Tej drugiej nie zjadł do końca, a frytek w ogóle nie ruszył.

W domu byliśmy późno wieczorem i od razu wszyscy położyli się spać. Będąc w łóżku mimo zmęczenia nie mogłem zasnąć. Jeszcze tylko jeden dzień z nimi. Po jutrze, w piątek zaraz po śniadaniu zawożę ich do Nynäshamn do promu.

Jolka musi zostać w domu. W piątek na trzynastą ma umówioną wizytę u lekarza. Wszystko wskazuje na to, że jest w ciąży. W końcu skończą się niedyskretne pytania krewnych i znajomych o to, kiedy sobie sprawimy dziecko.

Oczywiście, wujek Karol też nie omieszkał o to zapytać z typowym dla niego taktem

„Czemu się nie rozmnażacie?…Może nie wiesz, Kaziu jak się to robi?”

Mam błogą nadzieję, że przez ten czwartek nic złego mnie już z jego strony nie spotka.

Na ten ostatni dzień ich pobytu u nas, nic nie zaplanowaliśmy. Jolka chce zabrać Grażynkę do sklepów i kupić jej parę drobiazgów. Próbowałem ją od tego powstrzymać, przypominając, ile nas już kosztowali, ale ona się uparła, twierdząc, że te ekstra koszty, jakie ponieśliśmy, to nie wina Grażynki tylko jej męża. Jemu nic nie musimy kupować.

A więc, leżąc w łóżku i nie mogąc zasnąć zastanawiałem się co mnie może jutro spotkać. Doszedłem do wniosku, że chyba nic. Uspokojony tą myślą poczułem zbliżający się sen.

Zerwałem się z łóżka przerażony

„Co ci się stało?!” – zapytała obudzona Jolka

„Nic, kochanie…Koszmar mi się przyśnił. Na szczęście to tylko sen”

„Co takiego?”

„Śniło mi się, że ze względu na sztormy na Bałtyku, odwołano kursowanie promów i że oni muszą zostać u nas jeszcze kilka dni”

W czwartek zaraz po przebudzeniu włączyłem radio i szczególnie uważnie wysłuchałem prognozy pogody. Żadne sztormy na Bałtyku nie były zapowiadane.

Po śniadaniu Jolka zabrała Grażynkę do miasta. Zaproponowałem wujkowi Karolowi wspólny spacer do sklepiku, w którym pracuje Zosia po jakieś filmy. Nie chciał o tym nawet słuchać.

Powiedział, że ten ostatni dzień u nas chciałby spędzić zajmując się tym co bardzo lubi robić

„Co to takiego?” – zapytałem z niepokojem

„Lubię tak sobie poleżeć w leżaku i nic nie robić. Nic nie robić. Nic nie robić…A potem odpocząć trochę”

„Cały Karol. Cały on” – pomyślałem

Wystawiłem dwa leżaki do ogródka za domem i mimo, że miałem co robić, usiadłem obok niego. Tak na wszelki wypadek. Aby mieć go na oku.

Z tego miejsca w ogródku, w którym siedzieliśmy, widać podjazd do garażu i znajdującą się tam skrzynkę na listy. Dokładnie o dwunastej podjechał, jak zawsze, listonosz i wrzucił listy. Nie chciało mi się podnieść i podejść do skrzynki.

Zajęcie, które tak lubi wujek Karol, a które go tak męczy, że musi po nim odpoczywać, okazało się również męczące dla mnie. Jednakże taki głupi nawyk, który niektórzy nazywają poczuciem obowiązku, sprawił, że poszedłem zobaczyć co to za listy dzisiaj przyszły. Z pewnością tylko rachunki do zapłacenia.

Nie myliłem się. Cztery koperty. Rachunek za elektryczność, za radio i telewizję, za wizytę kominiarza którą mieliśmy w zeszłym miesiącu i za…

Ta czwarta koperta nie zawierała rachunku. Była zaadresowana do Karola Mazura czasowo zamieszkałego u Kazimierza Kowalskiego. Nadawcą były Władze Policyjne w Nynäshamn. Domyślałem się co zawiera. Natychmiast chciałem ją otworzyć. Powstrzymałem się jednak. Wróciłem na leżak obok wujka Karola i obojętnym głosem powiedziałem wręczając mu kopertę

„To do ciebie”

Spojrzał na mnie zdziwiony. Odebrał ode mnie kopertę. Chwilę ją oglądał. Rozerwał ją brutalnie i zaczął „czytać”. Po chwili zwrócił się do mnie

„Co to jest, do cholery?!…To nie po polsku…” – podał mi pismo

Przeczytałem z pewną satysfakcją i błyskawicznie postanowiłem go nastraszyć

„Policja wzywa cię na przesłuchanie w charakterze podejrzanego o pobicie urzędnika państwowego na służbie. Masz się stawić w przyszłym tygodniu w środę pod podanym niżej adresem…”

„Nikogo, kurwa, nie pobiłem!” – przerwał mi zdenerwowany

„Nie przerywaj. To jeszcze nie koniec… Dalej piszą, że nie wolno ci opuszczać Szwecji bez zezwolenia…”

„Skandal!” – przerwał mi znowu – „Nikogo nie pobiłem!”

„Przecież sam mówiłeś, że się szarpałeś z celnikiem o te butelki. Chwaliłeś się nam, że dałeś mu po łapach, jak ci wyjmował je z walizki…”

„No, tak! Dałem po łapach, ale nie pobiłem!”

„W świetle prawa liczy się to jako pobicie…Ale nie martw się. Na pewno sąd weźmie pod uwagę, że dałeś mu tylko po łapach i złagodzi wyrok”

„Jaki wyrok?!”

„Jak to – jaki wyrok? – Przecież staniesz przed sądem. Normalnie dostałbyś za to karę grzywny, ale ponieważ nie masz pieniędzy, to będziesz musiał to odsiedzieć”

„Jezus! Maria!…Co za kraj…To co ja mam teraz zrobić?” – niemal płakał

Chyba przesadziłem z tym straszeniem, zrobiło mi się go żal

„Wyjeżdżacie jutro, zaraz po południu. Proponuję abyś olał się no to wezwanie. W środę będziecie już od kilku dni w domu…”

„A jak mnie zatrzymają przy sprawdzaniu paszportów?”

„To Grażynka sama wróci do domu…No dobra. Żartuję. Myślę, że jest mało prawdopodobne, aby cię zatrzymali przy wsiadaniu na prom. No chyba, że znowu kogoś pobijesz”

Ostatnich moich słów już nie słyszał, ponieważ zanim je wypowiedziałem, zerwał się z leżaka i pobiegł do domu.

Po chwili z otwartego okna pokoju gościnnego zaczęły dochodzić jakieś hałasy poprzeplatane przekleństwami wujka Karola. Udałem się do domu zobaczyć co on tam wyprawia. Drzwi do pokoju gościnnegobyły otwarte na całą szerokość. Na łóżku leżały dwie otwarte walizy. Wujek Karol upychał w nich chaotycznie swoje i Grażynki rzeczy. Widać było, że nie umie je zapakować

„Jak jej się udaje wszystko zapakować?” – zapytał, gdy ujrzał mnie w drzwiach

„Poczekaj z tym pakowaniem. Powinny niedługo wrócić. Grażynka się tym zajmie”

„Nie mogę czekać. Musimy wynieść się od was jak tylko one wrócą”

„O czym ty mówisz?!”

„Przecież policja chyba wie, że jutro wyjeżdżamy. Mogą przyjść po mnie w każdej chwili”

„Uspokój się i nie histeryzuj! Myślisz, że policja tutaj nie ma co robić, tylko ganiać za jakimś drobnym awanturnikiem…”

„No! No! No, tylko nie drobnym. Sam mówiłeś, że pobicie to poważna sprawa”

Gdy tak próbowałem odwieść go od zamiaru natychmiastowego wyprowadzenia się, do domu wróciły panie

„Co tu się dzieje? Coś ty zrobił z naszymi rzeczami?” – zapytała nic nierozumiejąca Grażynka

„Kochanie, musimy gdzieś się ukryć do jutra. Policja mnie szuka”

„Za co?!”

„Później ci to wyjaśnię”

W drzwiach pojawiła się Jolka. Zrozumiałem, że to teraz ja mam poważny problem.

Jolka oczywiście chciała przeczytać pismo z policji. Nie mogłem jej tego odmówić. Oczywiście to co przeczytała daleko odbiegało od tego co przekazałem wujkowi Karolowi. Powiedziała mu, że Policja chce mieć na piśmie jego wersję wydarzeń z przystani promowej i że ma odpisać do środy.

Słuchał tego nic nie rozumiejąc. Zacząłem odkręcać niemal wszystko co mu powiedziałem. Stwierdziłem, że widocznie źle zrozumiałem ten język prawniczy jakim to pismo jest napisane.

Jako prosty inżynier nie jestem dobry w sformułowaniach prawniczych. Na szczęście Jolka pracuje Urzędzie Podatkowym i ma na co dzień to czynienia z takim językiem który zwykli ludzie nie rozumieją.

Wujek Karol był w rozterce. Nic z naszych sprzecznych tłumaczeń nie pojmował. W tle dochodziło do niego narzekanie Grażynki na rozgardiasz jaki narobił.

„Dajcie wy mi wszyscy święty spokój!” – wykrzyknął w pewnej chwili i uciekł do łazienki.

Niemal pół nocy Jolka robiła mi wymówki za straszenie wujka Karola. Rano jeszcze przed śniadaniem wujek Karol gotowy był do drogi. Kręcił się przy oknie w kuchni wychodzącym na ulicę. Co chwilę wyglądał przez nie, jakby kogoś oczekiwał

„Nie przyjadą po ciebie. Nie denerwuj się” – uspakajała go Jolka

„Wiem. Ja tak tylko…” – odpowiadał

Mimo, że mieliśmy jeszcze dużo czasu, nalegał, aby jak najszybciej wyjechać z domu

„Wiesz, lepiej poczekać tam, w porcie niż wpaść tam w ostatniej chwili”

„Jak wyjedziemy za dwie godziny to spokojnie zdążymy” – uspakajałem go

„Lepiej wyjechać wcześniej. Nigdy nie wiadomo czy coś się nie stanie po drodze. Auto się może zepsuć. Opona pęknie i trzeba będzie zmieniać koło. To zabiera czas” – tłumaczył

W końcu dopiął swego. Wyjechaliśmy dużo za wcześnie. W porcie byliśmy pierwsi do odprawy, która miała się zacząć dopiero za godzinę.

Chciałem się pożegnać i wrócić do domu. Stanowczo zaprotestował

„Zostań jeszcze. Może będziesz nam potrzebny” – prosił

„Dacie sobie radę sami”

„Zostań, Kaziu. Przecież widzisz, że on się zesra ze strachu” – poprosiła Grażynka

Zostałem.

Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Ponieważ byli pierwsi w kolejce do odprawy, gdy tylko otworzyły się drzwi do sali odpraw bardzo szybko się pożegnaliśmy. Wyściskałem się z Grażynką nieco dłużej, dzięki temu pożegnalny pocałunek ze ślinką jakim mnie obdarzył wujek Karol był wyjątkowo krótki.

Odprawa musiała być bardzo szybka i bezproblemowa. Po wyjściu z terminalu, w drodze na parking widziałem przez siatkę ogrodzenia jak wujek Karol, niemal biegiem gnał z dwiema ciężkimi walizami do schodów prowadzących na prom. Grażynka pozostała daleko w tyle.

Uspokojony i ucieszony tym, że wyjechali wróciłem do domu. „Już nic złego w najbliższym czasie mnie nie spotka” – cieszyłem się. Okazało się, że się mylę.

W domu przywitała mnie radosna Jolka. Już się nie dąsała za wczorajszy kawał jaki zrobiłem wujkowi Karolowi

„Mam dla ciebie dwie radosne nowiny” – powiedziała

„Jesteś w ciąży?!”

„Tak, czwarty miesiąc”

„A ta druga nowina?”

„Dzwoniłam do mamusi. Chce przyjechać na kilka miesięcy. Musimy jej wysłać zaproszenie…Cieszysz się?”

„Cieszę się” – odpowiedziałem zasmucony

„Widzę, że się jednak nie cieszysz. Przecież chcieliśmy to dziecko” – powiedziała płaczliwym głosem

„Kochanie z dziecka bardzo się cieszę. Tylko…”

„Co tylko? Może przyjazd mamusi cię nie cieszy?” – zapytała tym razem zaczepnym głosem

„Nie. Nie. Też się cieszę” – odpowiedziałem zrezygnowany – „Cieszę się jak cholera” – dodałem w duchu.

KONIEC

Leave a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *