CZĘŚĆ PIERWSZA
Święta Bożego Narodzenia 1979 go roku były dla Antoniego Czkacza pierwszymi świętami, które spędzał całkowicie samotnie. Żona wyjechała do siostry do Suwałk, on wolał zostać w domu i przygotowywać się do ważnego wydarzenia w jego życiu, które niebawem miało go spotkać.
Trochę mu smutno było, że również jego dorosłe dzieci nie są w te święta w domu. Syn Przemyk wyjechał na miesięczne zaproszenie do Szwecji jeszcze w marcu i do tej pory nie wrócił. Napisał, że będzie się starał zostać tam na stałe. Zaniepokoiło to go. Wszak to on załatwił mu ten wyjazd.
Od niedawna pokazywał się często w Komitecie Dzielnicowym Łódź-Bałuty i tam właśnie dowiedział się o tym zaproszeniu wysłanym przez VPK ze Szwecji, a konkretnie z Södertälje. Antoni nic nie wiedział o Szwecji ani tym bardziej o VPK. Ale jego kolega z dzieciństwa, towarzysz Janiak Zbigniew, który pracował w Sekretariacie Komitetu Dzielnicowego i który go o tej możliwości wyjazdu poinformował, wyjaśnił mu o co chodzi
„Wiesz, Antoś, przysłali nam to w zeszłym tygodniu z Centrali… Tu gdzieś jest pismo od towarzyszy z Warszawy” – Janiak zaczął szukać na biurku
„Nie musisz mi Zbychu pokazywać, nie znam szwedzkiego…”
„To po polsku…O! Mam! VPK…Zobacz, tu pisze co to znaczy, patrz: Vänsterpartiet Kommunisterna, to znaczy Lewicowa Partia Komunistyczna. Tak napisał ten towarzysz z Centrali. On pisze, żeby wysłać kogoś młodego co zna języki. Zadzwoniłem do niego. Chciałem, żeby podał więcej wytycznych i wiesz co on mi powiedział?”
„Nie wiem… Co ci powiedział?”
Janiak rozejrzał się ostrożnie po pokoju, jakby obawiając się, że ktoś może ich podsłuchiwać. Potem nachylając się w stronę Czkacza, ściszonym głosem powiedział
„W ubiegłym roku też dostali od nich ze Szwecji takie zaproszenie. Wiesz, za jakieś pieniądze co nasza Partia im wysyła. Na to zaproszenie pojechał syn jednego sekretarza z Centrali. Okazało się, że nie znał żadnego języka. Nawet rosyjskiego. Towarzysze szwedzcy załatwili mu jakiegoś tłumacza. Tłumacz nie opuszczał go na krok. Któregoś wieczoru poszedł z tym tłumaczem do knajpy. Schlał się i pobił jakiegoś gościa i kelnera” – przerwał, jakby zastanawiał się, czy nie za dużo powiedział – „Wiesz. Przyjechała policja. Zwinęli go. Nasi z Ambasady jakoś załagodzili sprawę. Zapłacili za szkody, ale Szwedzi i tak następnego dnia odstawili gnoja na prom do Gdańska. Tegoroczne zaproszenie nikt w Centrali, po tej hecy nie chce brać na swoje barki. Przysłali to do Komitetu Wojewódzkiego, do nas, do Łodzi. Tam też nikt nie chciał się tym zająć. W końcu wylądowało to u mnie”
„Przykra sprawa. Powinni staranniej wybierać ludzi na wyjazd za granicę…”
„No, właśnie!” – przerwał mu Janiak – „Jak tylko trafiło to na moje biurko, od razy pomyślałem o twoim chłopaku. Jest wykształcony, języki zna. Skończył przecież na uniwerku tą…Filozofię angielską…”
„Filologię angielską” – Poprawił go Czkacz
„A co to za różnica?”
„Nie wiem. Ale to gówno nie zawód. Tyle lat stracił na naukę i co z tego ma? Poszedłby do zawodówki po podstawówce i dzisiaj byłby frezerem tak jak ja. Od dawna by zarabiał i pomagał w domu, a tak to darmozjadem jest…Chce dalej nic nie robić, tylko badać coś na tym uniwersytecie”
„No! No! Antoni. Nie narzekaj. Syna masz wykształconego. Wstydu nam nie przyniesie jak go tam wyślemy”
„On nie należy do Partii”
„Ale ty należysz. Jesteś cenionym towarzyszem”
Siedział tak sobie już trzeci dzień sam w domu Antoni Czkacz i coraz bardziej żałował, że zgodził się na wyjazd Przemka do tej Szwecji. Czuł, że ta sprawa z pozostaniem syna za granicą może się źle skończyć.
Jutro, w drugi dzień świąt wróci żona od siostry z Suwałk. A córka powinna wrócić pojutrze. Na wspomnienie córki uśmiechnął się do siebie. Przynajmniej ona zdobędzie porządny zawód. Odpukał w spód stołu, przy którym siedział, aby nie zapeszyć.
Helenka zaczęła studiować medycynę. Będzie lekarzem. Jeszcze trochę czasu upłynie zanim to się stanie, ale wierzy, że do tego dojdzie. Uparta jest. Ma to po matce. Trochę go niepokoi ten kolega Helenki, Kuba. Razem chodzili do liceum i teraz razem poszli na medycynę. Przychodzi do nich ostatnio niemal codziennie. Uczą się razem do późna. Któregoś razu w rozmowie z żoną zauważył
„Słuchaj, Ziuta. Mam takie przeczucie, że te wspólne nauki Helenki i Kuby mogą przynieść nam wnuka i diabli wezmą jej studia”
„Wypluj te słowa Antoś. Ale masz rację. Porozmawiam z nimi”.
Przy najbliższej okazji, kiedy Helenka przyszła do domu z Kubą, a męża nie było w domu, Czkaczowa przeprowadziła z nimi poważną rozmowę. Dowiedziała się, że dzieci się kochają i że Kuba ma poważne zamiary wobec Helenki. Oboje zapewnili ją, że przecież studiują medycynę i wiedzą o co chodzi. Bardzo chcą ukończyć studia więc z dzieckiem i ślubem poczekają do czasu ich ukończenia.
Czkaczowa miała dwa powody, aby odetchnąć z ulgą. Po pierwsze dlatego, że postawa córki przekonała ją, że Helenka jest rozsądną dziewczyną, a po drugie, że dobrze, iż Antosia nie było przy tej rozmowie. Narwaniec jest, ma ostatnio problemy z sercem i lepiej, żeby się nie denerwował.
Czkacz dowiedział się o rozmowie wieczorem. Żona uspokoiła go, że nie ma najmniejszych powodów, aby się niepokoić o dzieci
„O dzieci?…Nie ma powodów, aby się niepokoić, mówisz… A to co ten nasz darmozjad zrobił, to uważasz nie powinno nas niepokoić?!”
„Uspokój się Antoś. Nie o Przemku mówię. Helenka i Kuba to rozsądne dzieci. Nie sprawią nam kłopotu. Zapewniam cię”
Teraz, siedząc samotnie w święta w domu nad stosem materiałów do przejrzenia pomyślał
„Oby miała rację, że nie będzie kłopotów z Helenką i tym jej Kubą”
Kilka dni przed świętami, powiedział im, że w tym roku nie urządzą Wigilii i nie pójdą jak co roku na Pasterkę, bo to mogłoby zaszkodzić jego karierze. Ziuta zrobiła mu awanturę.
Nigdy nie podobało jej się jego zaangażowanie w działalność partyjną. Tolerowała ją. Mieli z tego namacalne korzyści. Duże mieszkanie w blokach na Teofilowie, talon na Syrenkę, a nawet od czasu do czasu przynosił do domu rzeczy, których normalnie nie można było kupić. Ale od czasu jak na początku grudnia w Komitecie Dzielnicowym Partii wysunęli jego kandydaturę na Delegata na Ósmy Zjazd PZPR i jak jego kandydatura została zatwierdzona, nie tylko przestał chodzić do kościoła w niedzielę, ale też zabronił to żonie. Tego było dla niej za dużo. A teraz zabrania urządzić Wigilię i zabrania pójścia na Pasterkę.
„Nie! Tak być nie będzie!” – wkurzyła się
Ziuta po stanowczej wymianie zdań powiedziała, że skoro nie będzie świąt u nich w domu, to ona wyjeżdża na święta do siostry. Helenka szybko z tego skorzystała i powiedziała, że ona w takim razie pojedzie z całą paczką ze studiów do Szklarskiej Poręby i tam spędzą święta
„Nikt ci, tatku, nie będzie przeszkadzać studiować tych bzdur co masz na stole”
„Zamilcz smarkulo i nie wyśmiewaj się z tego!… To są tezy na Zjazd Partii. Twój ojciec i Partia dbają o to abyś mogła studiować, a ty taka niewdzięczna jesteś”
„Partia nam łaski nie robi. Daje nam studiować, aby potem płacąc nędznie, doić nas…”
„Zamilcz! Bo jeszcze ktoś usłyszy i będziesz miała kłopoty!” – przerwał jej
„Przestańcie już! Nic dobrego z waszych kłótni nie będzie. Faktycznie, Antoś, lepiej będzie, jak zostaniesz kilka dni sam w domu. będziesz miał spokój” – zadecydowała Czkaczowa.
Nie mógł się skupić nad czytaniem tych materiałów. Nie tylko dlatego, że ciągle w głowie miał syna, który nie chce wrócić do kraju, ale także dlatego, że za cholerę nie wchodziły mu te materiały na Zjazd, do głowy.
Te wszystkie broszurki, które miał przed sobą były jak dla niego zbyt skomplikowane i niezrozumiałe. Nie był przyzwyczajony do długiego czytania. Zwykle czytał po przyjściu do domu „Express Ilustrowany”. Głównie ostatnią stronę z wiadomościami sportowymi i program telewizyjny. Czasem zajrzał do „Przyjaciółki” którą kupowała żona, a z książek to najbardziej interesowały go wydawnictw z serii „Tygrysa”. Nieduże książeczki, wszystkie traktujące o Drugiej Wojnie Światowej. Łatwe w czytaniu i zrozumiałe.
Wrócił do swoich broszur. Często przerywał czytanie. Oddawał się wtedy marzeniom, które od niedawna zaczęły przybierać tak realny kształt.
Delegat na Ósmy Zjazd PZPR. Zjazd odbędzie się w połowie lutego w przyszłym roku. To ważne wydarzenie dla niego osobiście. Sekretarz na dzielnicy zapewnił go, że po powrocie ze Zjazdu ma zapewniony talon na Poloneza. Będzie się mógł pozbyć Syrenki.
Nikt tu w bloku, w którym mieszkają na Teofilowie, nie ma Poloneza. Co tam w bloku. W całej Łodzi widział może na ulicach ze trzy albo cztery. Polonez to nowość. Robią go od ubiegłego roku. I pomyśleć, że on, prosty frezer z bałuckich zakładów metalowych będzie już niedługo takim jeździł.
A po Zjeździe czeka go drugie duże wydarzenie. Jego nazwisko jest na liście wyborczej Frontu Jedności Narodu do Dzielnicowej Rady Narodowej Łódź-Bałuty. Wybory będą w drugiej połowie marca.
Jeżeli go wybiorą…Na pewno wybiorą, no bo jakby inaczej? Możliwe, że dostanie etat na Dzielnicy i nie będzie musiał już tyrać w fabryce. Piękna przyszłość go czeka.
Wszystko to zawdzięcza przystąpieniu do Partii. Późno do niej przystąpił i właściwie przypadkiem. Dopiero w 1968 mym.
W fabryce miał zatarg z dyrektorem Szulmachem, który chciał go wyrzucić z pracy za nieusprawiedliwione nieobecności. Czkacz dorabiał trochę u jednego prywaciarza. W domu było krucho z pieniędzmi. Dwoje dzieci i niepracująca żona. Po nocach dorabiał u tego prywaciarza przy produkcji siatki ogrodzeniowej. Czasem był tak zmęczony, że następnego dnia, albo się bardzo spóźniał do pracy, albo w ogóle nie przychodził. Dyrektor zagroził zwolnieniem, jeśli się te spóźnienia nie skończą.
Tak się szczęśliwie dla niego złożyło, że w tym samym czasie Związek Zawodowy urządził w fabryce zebranie, na którym miano omówić wpływające ostatnio skargi pracowników na dyrektora. Na zebraniu, Sekretarz POP, Podstawowej Organizacji Partyjnej, Bednarz Jan, jego dobry kolega, ostro zaatakował towarzysza dyrektora Szulmacha Leona, że coraz bardziej jest wrogi wobec załogi, że mnożą się skargi na niego, że jest niesprawiedliwy.
Ktoś inny podkreślił, że tu jest Polska i że jak mu się polscy robotnicy nie podobają to niech się wyniesie do Izraela. Dyrektor, który był obecny na zebraniu przerwał te wywody pytaniem
„Czy ja kogoś tutaj potraktowałem kiedyś niesprawiedliwie? Niech ta osoba wstanie i powie co ma mi do zarzucenia”
Nastała chwila ciszy. I wtedy Antoni Czkacz dojrzał swoją szansę na zachowanie pracy. Jak błyskawica przyszła mu do głowy myśl, aby się odezwać tak jak to widział w telewizji. Czuł, że to będzie właściwe
„Ja zostałem skrzywdzony!” – krzyknął podnosząc się z krzesła – „Dyrektor Szulmach chce mnie wyrzucić, bo się spóźniłem kilka razy…Może gdybym był Żydem, to nie byłoby sprawy…”
Przerwały mu gromkie oklaski. Klaskali przede wszystkim członkowie Partii. Inni pomału się do nich dołączali. Dyrektor chciał zabrać głos
„Towarzysze!… Towarzysze. Uspokójcie się. To nie prawda co mówi ten towarzysz…”
„Zamknij się!” – krzyknął ktoś z Sali Inni zaczęli gwizdać.
Sekretarz POP wstał i próbował uciszyć ludzi
„Mów dalej Antoni. Udzielam ci głosu” – zwrócił się do Czkacza
„Ja właściwie nie mam nic więcej do powiedzenia. Dodam tylko, że chciałbym abyśmy mieli dyrektora Polaka. Nie działaby się nam wtedy krzywda…”
Ogromne brawa zakończyły jego wystąpienie. Kilka dni później Leon Szulmach przestał być dyrektorem. Na pamiętnym zebraniu padły też inne zarzuty, o niegospodarności, przydziale mieszkań zakładowych dla znajomych spoza fabryki i wiele innych.
Dużo się zmieniło w życiu Antoniego Czkacza od tego zebrania. Na lepsze, oczywiście. Zaraz po zebraniu podszedł do niego sekretarz POP
„Przyjdź jutro do mojego gabinetu, Antoni. Chcielibyśmy mieć ciebie w szeregach Partii”
Niedługo potem uroczyście wręczono mu Legitymację Członkowską PZPR. Nikt więcej się go nie czepiał za spóźnienia i nieobecności. Zauważył, że majster nie pytał o powody jego częstych nieobecności. Raz tylko się zdarzyło, że zapytał o to jego zastępca
„Byłem na Naradzie w Komitecie Miejskim” – odpowiedział
Zauważył, że koledzy przerywali rozmowy, gdy się do nich zbliżał. Kłaniali mu się uprzejmie. Tłumaczył to sobie tym, że jako działacz na szczeblu Dzielnicy, cieszy się szacunkiem otoczenia.
I tylko czasami czuł wobec siebie jakiś jakby niesmak związany ze swoim wystąpieniem, ale szybko to uczucie minęło przykryte wiadomością o przydziale mieszkania. Wszystko to przypominało mu się teraz gdy zmęczony czytaniem broszur, odkładał je na chwile, próbując się odprężyć
„Ciekawe co teraz porabia Szulmach?” – pomyślał nagle – „Właściwie to gówno mnie to obchodzi” – odpowiedział sobie zły na pytanie, które nie wiedzieć czemu przyszło mu do głowy.
Wieczorem w drugim dniu świąt wróciła Ziuta. Dąsała się trochę na niego, ale nie długo. Zaraz następnego dnia po przyjściu z pracy, zastał w domu Helenkę, Kubę i jeszcze jedną parę młodych ludzi, którzy opowiadali Ziucie jak pięknie było w Szklarskiej Porębie. Przeprosił wszystkich, zjadł zupę w kuchni i poszedł do sypialni czytać nowe materiały które dzisiaj przyszły pocztą.
Wieczorem, przed spaniem, Ziuta zmusiła go, aby jej doradził, jakie dodatki ma wybrać do sukni na Bal Sylwestrowy. Czkacz dostał zaproszenie na ten Bal od samego Pierwszego Sekretarza Komitetu Miejskiego PZPR w Łodzi, towarzysza Bolesława Koperskiego. Był bardzo dumny z tego zaproszenia.
Normalnie to bardzo unikał doradzania żonie przy przymierzaniu ubrań. Po prostu nie znosi tego. Tym razem jednak, świadom tego, że powinni wypaść dobrze na tym balu, bez większych oporów zgodził się doradzać w wyborze dodatków do sukni, która już była kupiona.
Nie zdawał sobie sprawy, że może to być tak czasochłonne i męczące. Dopiero około trzeciej nad ranem zgasili światło w sypialni.
Bal Sylwestrowy udał się nadzwyczajnie. Sam towarzysz Koperski witał gości przy wejściu. Jego sekretarz stojący z boku przyjmował zaproszenia i potem podpowiadał mu nazwiska przybyłych.
Trochę trwało zanim mógł wyjaśnić towarzyszowi Koperskiemu kto to jest towarzysz Czkacz
„A! Tak. Pamiętam. Pamiętam” – odparł towarzysz Koperski
Uścisnął dłoń Czkacza i jego żony, po czym zaczął się witać z następną parą.
Zostali usadowieni przy długim stole wśród nie znanych mu towarzyszy. Kilka miejsc dalej siedział z małżonką sekretarz POP z jego fabryki oraz inni, których znał. Kiwnął do nich ręką i krzyknął coś na powitanie, ale chyba go nie zauważyli, mimo że patrzyli w jego stronę, bo nie odpowiedzieli na powitanie.
Zabawa znużyła go szybko, tańce męczyły. Nigdy zresztą nie były jego silną stroną. Podczas gdy Ziuta była bardzo często zapraszana do tańca i bawiła się bardzo dobrze on nie miał szczęścia, do pań które prosił do tańca.
Żadna mu nie odmówiła, ale też żadna nie zamieniła z nim w tańcu ani słowa. Ponure jakieś były.
W czasie jednej z przerw w tańcach, już po przywitaniu Nowego Roku 1980 go, udało mu się zbliżyć do sekretarza POP z fabryki
„Cześć Jasiu! Wspaniała zabawa, prawda?” – zagadał
„Tak, oczywiście” – odparł nieco roztargniony sekretarz – „Słuchajcie, towarzyszu Czkacz, odszukam towarzysza Szymańskiego z Komitetu Wojewódzkiego i zaraz do was podejdziemy”
Zdziwiło Czkacza, że Jasiu zwrócił się do niego tak oficjalnie i znikł zaraz. Wytłumaczył to sobie nadmiarem wypitego alkoholu. Wiedział, że Jasiu za kołnierz nie wylewa.
Wrócił do stołu. Żona została właśnie poproszona do kolejnego tańca. On miał już dosyć. Usiadł i zaczął grzebać widelcem w zimnym bigosie. Intrygowało go co też może chcieć od niego towarzysz z Komitetu Wojewódzkiego.
Nie minęło pół godziny i już wiedział. Jasiu podszedł do niego z nie znanym mu mężczyzną. Usiedli przy nim na wolnych krzesłach
„Pozwólcie towarzyszu Czkacz, że wam przedstawię. Towarzysz Szymański Zdzisław w Komitecie Wojewódzkim zajmuje się sprawami kadrowymi”
Panowie wymienili uścisk dłoni
„A to jest, Zdzisiu, towarzysz Czkacz Antoni, o którego pytałeś”
„Słuchajcie, towarzyszu Czkacz. Musimy się spotkać i poważnie porozmawiać. Dużo o was słyszałem. Co powiecie na spotkanie u mnie w gabinecie w Komitecie Wojewódzkim, zaraz po Trzech Królach… To jest chciałem powiedzieć zaraz po szóstym stycznia?” – oznajmił od razu towarzysz Szymański
„Oczywiście, że przyjdę, towarzyszu. Kiedy dokładnie?”
„Siódmego w poniedziałek. Jasiu wie, gdzie to jest. Przyjdźcie razem”
„Oczywiście…”
„No, a teraz bawmy się!” – zakończył Szymański i oddalił się
Czkacz chciał porozmawiać z Jankiem, ale ten go uprzedził
„Muszę iść do żony. Nie lubi, jak ją zostawiam samą”
Czkacz został sam. Miał dużo do myślenia. Skoro wzywa go kadrowiec z Komitetu Wojewódzkiego to szykuje się dla niego coś wielkiego. Właśnie wróciła do stołu Ziuta. Podniecony rozmową, opowiedział jej co go spotkało
„Napijmy się Ziuta. Czeka mnie duży awans. Czuję to”
Nalał do kieliszków stojącą na stole Wyborową
„Poczekajmy z tym toastem jak już będziesz miał ten awans w kieszeni” – odpowiedziała
„Ty nie potrafisz się cieszyć z moich sukcesów” – powiedział z wyrzutem.
Te kilka dni do siódmego były dla niego męczarnią. Nie mógł się na niczym skupić. Janka nie było w pracy. Miał urlop do Trzech Króli, które w wypadały w niedzielę. Próbował się dodzwonić do Janiaka, ale gdy sekretarka odebrała telefon i dowiedziała się kto dzwoni, odpowiedziała, że nie ma go w pracy i będzie po niedzieli.
W końcu przyszedł poniedziałek siódmego stycznia. Zjawił się w fabryce jeszcze przed siódmą. Gdy stemplował kartę w portierni, doszedł do niego stary Jakubiak, który tam pracował
„Panie Antoni. Mam tu kopertę dla pana”
Wręczył mu szarą kopertę z jego nazwiskiem. Czkacz obejrzał ją. Nie znalazł nadawcy
„Kto ją zostawił” – zapytał
„Nasz sekretarz, towarzysz Bednarz” – odpowiedział ze złośliwym uśmiechem portier
Idąc do szatni otworzył kopertę. W środku była kartka, na której ręcznie był napisany adres Komitetu Wojewódzkiego i numer pokoju, w którym urzęduje towarzysz Szymański. Pod spodem dopisane
„Będę tam czekać o dziesiątej” i podpis: Bednarz.
Te trzy godziny do dziesiątej, były chyba najdłuższymi w jego życiu. Nie mógł się ich doczekać. Przebrał się w ubranie robocze, doszedł do swojej obrabiarki. Zachowywał się jakby pierwszy raz ją widział. Brygadzista Zenek zaczął coś do niego mówić, ale szybko się zorientował, że Czkacz myślami jest gdzie indziej
„Co jest, Antoś?…Dobrze się czujesz?” – zapytał zaniepokojony
„Co?…Nie! Nic mi nie jest” – odpowiedział
„Taki jakiś niewyraźny jesteś…”
„Brzuch mi napieprza…Muszę do ubikacji”
Przesiedział w niej ponad godzinę. Zawsze dostawał rozwolnienia, gdy oczekiwał na coś ważnego. Tym razem było tak samo. W końcu wyszedł z toalety. Poszedł do kierownika. Oznajmił mu, że dzisiaj nie będzie w stanie pracować z powodu bólu brzucha, więc idzie do domu.
„Dobrze. Idź do lekarza. Niech ci wystawi zwolnienie chorobowe” – odparł kierownik
„Co będę lekarzowi zawracał dupę takim głupstwem. To tylko sraczka. Do jutra minie”
„Musisz mieć zwolnienie lekarskie. Takie mam teraz wytyczne”
Zdziwiło to trochę Czkacza. Pierwszy raz zażądano od niego zwolnienia lekarskiego. Jednak nie przejmował się tym długo. Jutro inaczej będą tu śpiewać.
W Komitecie Wojewódzkim był dziesięć minut przed dziesiątą. Bardzo korciło go, aby pójść tam wcześniej, ale zgadywał, że to nie wypada.
Miła towarzyszka w recepcji, do której skierował go portier przy drzwiach, zapytała go w jakiej sprawie tu przyszedł. Powiedział jej, a ona zadzwoniła gdzieś. Po chwili skierowała go na trzecie piętro do pokoju towarzysza Szymańskiego. Poleciła mu czekać w korytarzu, przed wejściem do pokoju.
„Towarzysz Szymański was wezwie”
Korytarz był pusty. Przed wskazanym pokojem stało kilka złączonych krzeseł, podobnych do kinowych. Usiadł na jednym z nich. Spojrzał na zegarek. Jeszcze pięć minut a Janek się spóźnia.
Nagle drzwi do pokoju się otworzyły. Miła panienka poprosiła go do środka. Wszedł a ona wskazała mu następne drzwi. Tam, za wielkim biurkiem oczekiwał na niego towarzysz Szymański. Przy stoliku obok siedział Janek i jeszcze jakiś starszy gość.
„Siadajcie tutaj, towarzyszu” – Szymański bez słowa powitania wskazał mu krzesło obok biurka.
Ani Janek, ani ten drugi nie odezwali się ani słowem.
„Towarzysz Kowalski przyjechał w waszej sprawie z Warszawy”
Nieznajomy kiwnął głową na powitanie
„Jest lepiej niż myślałem” – pomyślał Czkacz
„Musimy wyjaśnić kilka spraw” – zaczął Szymański, patrząc w leżące przed nim papiery.
Przewracał chwilę kilka stron, po czym zapytał
„Macie syna, prawda?”
„Tak, ale…”
„Nie przerywajcie mi…Partia dała mu możliwość wyjazdu do towarzyszy w Szwecji. Miał wrócić po miesiącu, a tymczasem on poprosił tam o azyl polityczny…”
„Jezus! Maria! Towarzysze to nie tak! Gówniarz zakochał się w jednej takie siksie i dlatego jeszcze nie wrócił. Ale on wróci” – Czkacz poczuł, że świat się wali
„To nie miłość go tam zatrzymała. Nasi szwedzcy towarzysze donoszą nam, że poprosił o azyl już po kilku dniach pobytu w Sztokholmie…”
„Nieprawda towarzysze! Pisał, że się zakochał, że wróci!”
„Zarzucacie nam kłamstwo, towarzyszu!”
„Ależ nie! Uchowaj Boże!…”
„Przestańcie z tym Bogiem i słuchajcie dalej”
Czkacz poczuł, że problemy z brzuchem wracają, ale nie tym się przejął, Spocił się, zaczął sapać. Żeby tylko dało się z tego wyjść. Złoży samokrytykę. Przecież nie mają mu nic więcej do zarzucenia. Za chwilę dowiedział się, jak bardzo się myli. Szymański dalej grzebał w papierach
„Macie również córkę, prawda?”
„Tak, ale…”
„Nie przerywajcie mi…Wiecie z kim ona się związała?”
Nie odzywał się nie chcąc przerywać Szymańskiemu
„Zadałem pytanie. Bądźcie łaskawi na nie odpowiedzieć” – upomniał go Szymański
„Ma chłopaka. Kuba, znaczy się, Jakub Wiśniewski. Kolega ze studiów”
„Wiśniewski, powiadacie. Rodzice tego Wiśniewskiego zaraz po wojnie nazywali się Natan i Lea Szmycha”
„Boże Przenajświętszy!…Żydzi!…Niewiedziałem…”
„To jeszcze nie koniec. Wasza córka przyłączyła się do wrogich Partii i Polsce działań. Razem z tym Wiśniewskim zostali kilkakrotnie wylegitymowani, gdy zastano ich na nielegalnych zebraniach w mieszkaniach członków KORu. Wiecie co to jest KOR?”
„Boże Przenajświętszy…”
„Przestańcie z tym Bogiem!” – odezwał się siedzący do tej pory bez słowa towarzysz Kowalski z Warszawy
„Przepraszam” – jęknął Czkacz
„Sami rozumiecie, że człowiekowi, który tak wychował dzieci nie możemy powierzyć reprezentowania nas na Zjeździe naszej Partii. W tej sytuacji cofamy waszą nominację na Delegata na Zjazd” – kontynuował Kowalski – „Wasze nazwisko na listach wyborczych FJN do Rad Narodowych, niestety pozostanie. Listy są już wydrukowane, ale zapewniam was, że nie zostaniecie wybranym”
„To wszystko. Możecie wyjść” – zakończył Szymański
„Chwileczkę!” – odezwał się sekretarz POP, Bednarz Jan – „Oddaj, Antoni, Legitymację Partyjną” – zwrócił się do Czkacza – „Mam nadzieję, że masz jeszcze na tyle honoru, że nie będziesz się od mojej decyzji odwoływał”
Czkacz nagle się uspokoił. Wyjął Legitymację i rzucając ją pod nogi Bednarza wyszedł bez słowa z pokoju.
Po wyjściu z budynku, zdecydowanym krokiem udał się do najbliższego sklepu spożywczego. Kupił pół litra wódki Żytniej. W najbliższej bramie zrobił to, czego nigdy w życiu nie robił. Niemal jednym duszkiem wypił całą zawartość butelki.
Nie był abstynentem, ale też nigdy się nie upijał. Tym razem wypita wódka zmogła go niemal natychmiast. Był przecież na czczo. Rano nie zjadł śniadania.
Teraz zdążył tylko wejść do klatki schodowej w bramie, w której pił. Pod schodami prowadzącymi na piętra była wnęka. Padł na posadzkę i niemal od razu zasnął.
Ziuta siedziała w kuchni przy stole i po raz któryś zaczęła od początku przeglądać „Przyjaciółkę”. Spojrzała na zegar kuchenny. Minęła dwudziesta trzecia, a Antosia jeszcze nie było
„Pewno dostał jakąś nominację i obija ją ze swoimi towarzyszami w knajpie” – pomyślała
Nie była tym zaniepokojona. Mąż nigdy się nie upijał. Pił okazjonalnie i umiarkowanie. Zawsze dziękowała Bogu, że dostała takiego chłopa co, można rzec, jest prawie nie pijący.
Drzwi do kuchni nagle się otworzyły. To Kuba przyszedł się pożegnać. Gdy Kuba wyszedł Helenka zapytała
„Ojca jeszcze nie ma?”
„Ano, nie ma. Pewno opija jakiś nowy sukces” – odparła matka
Nagle rozległ się dzwonek przy drzwiach. Ziuta podeszła je otworzyć. Oparty o futrynę stał kompletnie pijany Antoni. Popatrzył na nią mętnym wzrokiem i powiedział płaczliwym głosem
„Wypierdolili mnie z Partii”
Zrobił dwa kroki do przodu i jak długi runął na podłogę w przedpokoju.
Do końca tygodnia, praktycznie nie wychodził z łóżka. Nie golił się, bardzo się zaniedbał przychodził do kuchni tylko aby coś zjeść.
Zaraz następnego dnia, we wtorek, zrobił Ziucie awanturę. Całą winę za katastrofę jaka go spotkała zrzucił na nią. Źle wychowała dzieci. Inaczej by było, gdyby on zajmował się ich wychowaniem, ale on na to nie miał czasu. Musiał tyrać, aby im niczego nie brakowało.
Helenkę wyzwał od reakcjonistki i zabronił jej przyprowadzać tego syjonistę Kubę. Odparła mu, że skoro Kuba nie może do niej przychodzić to ona będzie się uczyć u niego w domu, a może się nawet tam przeprowadzi.
Po tej awanturze popadł w depresję. Nie odzywał się. Nie odpowiadał na zadawane ostrożnie przez Ziutę pytania.
W dalszym ciągu nie wiedziała co się stało. Domyślała się, że to pobyt Przemka za granicą przyczynił się do wyrzucenia męża z Partii. Żeby Helenka do tego też się przyczyniła nie chciała wierzyć.
Wiedziała, że Kuba jest żydowskiego pochodzenia. Jej to nie przeszkadzało. Martwiło ją tylko trochę, jak to będzie w przyszłości ze ślubem. Ale żeby to było powodem wyrzucenia męża z Partii? Nie. To musi chodzić o coś innego. Ale o co?
W niedzielę, trzynastego stycznia, Antoni Czkacz zebrał się w sobie. Wstał jeszcze przed siódmą. Ogolił się i wykąpał. Ubrał się odświętnie, czym wzbudził niepokój żony i córki. Zjadł z nimi śniadanie. Zaskoczone nie zadawały mu pytań
„Szykujcie się. Idziemy na dziesiątą do kościoła”
Po przyjściu do domu z kościoła, Ziuta zabrała się za obiad. Helenka już wcześniej uzgodniła z matką, że ona zje obiad u Kuby. Teraz oznajmiła głośno, tak żeby ojciec to słyszał
„Idę do Kuby! Nie czekajcie na mnie z obiadem!” – czekała na reakcję ojca – „Z kolacją też nie czekajcie!…Nie wiem, kiedy wrócę”
Nie doczekawszy się jego reakcji, zawiedziona, że nie udało jej się go sprowokować wyszła z domu.
Świadomie dążyła do awantury z ojcem. Chciała postawić sprawę jego stosunku do Kuby na ostrzu noża. Albo ojciec go zaakceptuje, albo ona się wyprowadza z domu. Dzisiaj nie dał się sprowokować. Musi wymyślić coś innego. Dobrze, że mama jest po jej stronie.
Po obiedzie zjedzonym z Ziutą w milczeniu, Czkacz zgromadził na stole w kuchni wszystkie broszury jakie dostał na temat Ósmego Zjazdu Partii. Potem pozbierał inne materiały jakie miał z odbytych w ciągu ostatnich lat kursów, na które wysyłała go Organizacja Partyjna z fabryki. Uzbierał się tego niezły stosik na stole
„Ziuta! Gdzie są twoje duże nożyczki krawieckie?”
„Po co ci one, Antoś?” – zapytała zaciekawiona
„Nie pytaj, tylko dawaj je natychmiast”
Nie pytała już więcej. Dała mu je i z ciekawością czekała zobaczyć po co mu one.
Antoni Czkacz za pomocą nożyczek żony rozpoczął definitywne zakończenie swojego członkostwa w PZPR. Do późnego wieczora ciął wszystko co zgromadził na stole w wąziutkie paseczki.
W poniedziałek udał się do pracy. W portierni zatrzymał go stary Jakubiak
„Panie Antoni! Ma pan najpierw udać się do kadr”
W dziale kadr dowiedział się, że zostaje zwolniony z pracy w trybie dyscyplinarnym. Jako powód podano notoryczne nieusprawiedliwione nieobecności. Nie zdziwił się i nie zaprotestował.
„Muszę oddać narzędzia i numerki do narzędziowni. Chcę też zabrać swoje rzeczy z szafki i z szatni”
Po godzinie wszystko było załatwione. Wyszedł nie pożegnawszy się z nikim.
Wieczorem Ziuta przeglądała w kuchni „Przyjaciółkę”. Było już dobrze po jedenastej a Antosia jeszcze nie było. Tym razem była bardzo zdenerwowana i zaniepokojona. Spodziewała się, że powtórzy się to co się stało po Trzech Królach. Do kuchni zajrzała Helenka
„Ojca jeszcze niema?…Kuba chciałby już iść do domu”
„Niech idzie. Nie wiem, kiedy ojciec przyjdzie”
„Nie. Kuba zostanie do jego przyjścia. Chcę, żeby ojciec go zobaczył”
„Wiesz, córuś, że to się skończy awanturą”
„Wiem i dlatego chcę, żeby ojciec go zobaczył. To z Kubą musi się wyjaśnić. Im prędzej tym lepiej”
W tej samej chwili usłyszały otwieranie drzwi w przedpokoju
„Jezus! Maria! Zaczyna się” – powiedziała z przerażeniem Ziuta i pobiegła do przedpokoju.
Antoś wyglądał na trzeźwego. I taki był.
„Co tak patrzysz na mnie przestraszona?” – zapytał rozbawiony jej widokiem
„Antoś. Czemu przyszedłeś tak późno. Stało się coś, czy co?”
„Nic szczególnego się nie stało. Wyrzucili mnie dyscyplinarnie z pracy i tyle”
„I tak lekko o tym mówisz. Co my teraz zrobimy?”
„Nie martw się. Coś wymyślę”
Z pokoju Helenki wyszedł Kuba
„To ja już pójdę do domu…Dobranoc państwu”
„Ucałuj mnie jeszcze na dobranoc”
Helenka demonstracyjnie rzuciła się na szyję nieco przestraszonemu Kubie
„Gdzie będziesz chodził po nocy. Pogoda paskudna śnieg z deszczem zacina. Zostań na noc” – zaproponował Czkacz
„Dziękuję, ale nie mogę. Mama czeka. Będzie się niepokoić”
„Bądź mężczyzną i zostań” – wysyczała Helenka Kubie w ucho
„Może innym razem”
„Jak chcesz. Jesteście z Helenką dorośli. Ja nie zamierzam wtrącać się w wasze życie, a ty, matka, co o tym sądzisz?”
„Ja już ich dawno pobłogosławiłam”
CZĘŚĆ DRUGA
Przemysław Czkacz wylądował na Arlandzie koło Sztokholmu około godziny trzynastej trzydzieści, w sobotę dwudziestego czwartego marca 1979 go roku. Samolot LOTu, którym przyleciał z Warszawy spóźnił się niemal godzinę. To przez dodatkowe sprawdzanie pasażerów, którzy już byli na pokładzie. Wszyscy musieli wyjść i poddać się kontroli osobistej i paszportowej jeszcze raz. Nie zauważył, żeby kogoś zatrzymano.
Z opóźnieniem wylecieli z Okęcia. Pierwszy raz leciał samolotem. Pierwszy raz otrzymał paszport. Przed dwoma laty, jeszcze jako student anglistyki starał się o paszport, aby wyjechać na wymianę studentów do Londynu, ale nie dostał paszportu. Wypełnił coś nie tak we wniosku o paszport i mu go odmówiono.
Tym razem dostał od ojca już wypełniony wniosek. Musiał go tylko podpisać. Przemyk nie był specjalnie zainteresowany Szwecją. Praktycznie nic o niej nie wiedział. Kiedyś rozmawiał z chłopakami z roku o Szwecji. Było to przy okazji powrotu z tego kraju ich kolegi, który był tam z wizytą u dziadka. Dziadek tego kolegi mieszkał w Szwecji od 1945 go. Był marynarzem, który po wojnie nie powrócił do Polski. Heniek, ten kolega, na pytanie jak tam jest odpowiedzia
ł „Całkiem do dupy. Taki sam socjalizm tam mają jak u nas, z tym, że na wyższym poziomie materialnym. No i w przeciwieństwie do nas, Polaków, Szwedzi wierzą w niego”
Wywołał tą wypowiedzią kupę śmiechu. Wszystkich rozbawiła naiwność Szwedów, którzy wierzą w Socjalizm. Zwłaszcza Marek najbardziej się śmiał.
„Nie ma się co śmiać. Gdybyś ty miał tutaj tak dobrze jak oni tam, to też byś wierzył” – odpowiedział Markowi Stasiek.
Stasiek był z nich wszystkich najbardziej oczytany. Okazało się, że wie dużo o Szwecji, chociaż nigdy tam nie był.
Marek za to uważał, że Heniek plecie bzdury o tej wierze Szwedów w Socjalizm
„Za cholerę nie mogę sobie tego wyobrazić. Rozejrzyjcie się dookoła. Czy my jesteśmy tak bardzo inni niż Szwedzi?…Na pewno nie” – odpowiedział sobie – „A czy znacie kogoś ze swojego otoczenia kto wierzy w Socjalizm? Bo ja nie”
„A ci wszyscy co należą do Partii?”
„To cynicy. Robią to dla kariery i dla pieniędzy. Bezpartyjny nie zajdzie nigdzie wysoko, nawet jak ma wykształcenie”
Wtedy Przemyk pomyślał, że to pasuje do ojca. Oczywiście nie podzielił się swoją myślą z kolegami.
Teraz lecąc samolotem wrócił myślami do ojca i jego przemiany w „prawdziwego” komunistę. Przecież on nawet nie wie co to jest Komunizm. Nie raz z siostrą wyprowadzali go z równowagi rozmawiając o tym jaki podły to system. Ile ludzi przez niego zginęło i o tym jak Związek Radziecki napadł z Hitlerem w 39 tym na Polskę.
To go wkurwiało najbardziej. Twierdził, że to nieprawda. Wie o tym dobrze. Przecież ma na półce prawie wszystkie książki o Drugiej Wojnie Światowej. Przeczytał je wszystkie i nic tam o rzekomej napaści Związku Radzieckiego Na Polskę nie ma.Podsuwał im wtedy te książeczki z serii „Tygrysa” pod nos i zachęcał do czytania.
Helenka, będąc w liceum, miała dojście do wydawnictw „Kultury Paryskiej” Przynosiła do domu do poczytania wiele książek. Jego, Przemka, najbardziej interesowały „Zeszyty Historyczne”.
Pamięta jeden taki numer, chyba numer czterdziesty z roku 77 go. Cały był poświęcony położeniu wojskowo-politycznemu Polski przedwojennej w stosunku do Sowietów. Bardzo go to zainteresowało. Był tam między innymi chronologicznie opisany przebieg Kampanii Wrześniowej na obydwóch frontach, Zachodnim, a od siedemnastego września na Wschodnim. Oczywiście, opisany był też poprzedzający wszystko pakt Ribbentrop – Mołotow.
W czasie jednego takiego drażnienia ojca, pewnej soboty, dali mu to do przeczytania. Czytał całą noc. Rano przy śniadaniu zrobił im awanturę za to, że przynoszą do domu wrogie, nieprawdziwe materiały. Nie chciał ich jednak oddać.
Helenka długo musiała się tłumaczyć kolegom za nieoddanie książki, którą pożyczyła.
Wylatując z Warszawy nie myślał o Szwecji jak o kraju, w którym chciałby się osiedlić. Nieraz rozważał o ucieczce z Polski na Zachód. Zna nawet dwie osoby którym się to udało. Taka jedna para ze szkoły. Śpiewali w jakimś chórze. Chór wyjechał na występy do Danii. Wróciła tylko połowa składu.
Niestety, on nie miał żadnej takiej możliwości, aby wyjechać. Szkoda, że ten wyjazd jest do Szwecji. Gdyby był do jakiegoś innego kraju na Zachodzie, nie wahałby się ani chwili przed poproszeniem o azyl. Ale do Szwecji, która jest co najmniej półsocjalistyczna? To tak jakby dostać się z deszczu pod rynnę. Nie, niema mowy o pozostaniu. Posiedzi sobie za darmo miesiąc i wróci do Polski. Jeszcze nadarzy się okazja, aby czmychnąć na Zachód.
Wylądował na Arlandzie koło Sztokholmu około godziny trzynastej trzydzieści. Szybko odebrał walizki. Celnicy nie zaglądali do nich. Kontrola paszportowa prawie żadna. Kontrolantka, młoda dziewczyna, uśmiechała się do niego. Prawie nie patrząc w paszport wbiła jakiś stempel i już wychodził na zewnątrz do dużej hali, gdzie stało mnóstwo ludzi oczekujących na tych co przylecieli.
Zaskoczył go ten tłum. Niemożliwe, aby wszyscy czekali na pasażerów z Warszawy. W tej samej chwili usłyszał komunikat, że pasażerowie samolotu z Londynu proszeni są do kontroli paszportowej
„No, tak. Przecież tu lądują samoloty co chwilę. Czekają tu nie tylko na tych z Warszawy. Jak ja poznam tych co mnie mają odebrać z lotniska?” – zastanawiał się.
Wcześniej o tym nie myślał. Ojciec zaprowadził go w Łodzi do jednego takiego, Zbychu ojciec do niego mówił, u którego pokwitował odbiór koron szwedzkich, różnych broszur dla towarzyszy i adres hotelu w Sztokholmie, w którym towarzysze szwedzcy zarezerwowali pokój.
Ten Zbychu, powiedział, że towarzysze szwedzcy go poznają i się nim zaopiekują. Jeszcze przez dwie godziny instruował go jak się ma w stosunku do nich zachowywać, co mówić jak się będą pytali o życie w Polsce, no i żeby absolutnie unikać alkoholu. Mimo, że to są towarzysze z bratniej partii, to należy się liczyć z tym, że mogą być wśród nich prowokatorzy.
Ostrzegł go też, żeby się nie dał nabrać na to co zobaczy. Musi być świadom tego, że te pełne towarów sklepy, mnogość samochodów i inne bogactwa, są niedostępne dla szwedzkiej klasy robotniczej, która tak jak wszędzie na Zachodzie, gnębiona jest przez kapitalistów i nie może sobie na te widoczne bogactwa pozwolić.
Stał teraz przed tłumem stojącym za barierką i wypatrującym wśród przybyłych, tych na których czekają. Zauważył, że niektórzy mają przed sobą kartki z wypisanymi nazwiskami. Na innych były wypisane, chyba nazwy firm. Domyślił się, że trzymają je ci co czekają na przedstawicieli tych firm.
Na jednej znalazł napisane coś co przypominało jego imię i nazwisko „Pzremisl Cekazc” Trzymała to dziewczyna, trochę młodsza od niego. Azjatka. Podszedł do niej i zagadał po angielsku
„Nazywam się Przemysław Czkacz. Przyleciałem z Polski. Wydaje mi się, że czekasz na mnie. Masz źle napisane nazwisko i imię”
„Przepraszam. Przez telefon mi dyktowali. Z Polski, z Lodz, tak?” – zapytała
Wyciągnął do niej rękę
„Tak. Z Łodzi. Mów do mnie Przemyk”
„Jak?… Pssimik, dobrze mówię? To takie trudne. Jestem Erika Lövgren”
Zdziwił się trochę. Azjatka ze szwedzkim nazwiskiem. Chyba zauważyła jego zdziwienie, ale nie zareagowała.
„Nie Pssimik, tylko Przemyk. No, ale dobra. Mów do mnie Robert. To moje drugie imię. Mam go po ojcu chrzestnym”
„Jesteś ochrzczony?”
„Tak. Jestem katolikiem”
„A mnie powiedzieli, że przyleci młody komunista” – zaśmiała się
„Mój ojciec jest komunistą. Ja mam wam tylko opowiedzieć o polskich komunistach”
„To tak jak z moim ojcem. Też jest komunistą. Mama niestety, też” – zasmuciła się
„Powiedziałaś – niestety…”
„Ach! Bo nie da się z nią rozmawiać…Ale o czym mu rozmawiamy. Jesteś na pewno głodny?”
„Mam pół walizki jedzenia z Polski”
„Po co to brałeś?” -zapytała zdziwiona – „U nas jest co jeść”
„Rodzice mi dali, żebym nie musiał wydawać pieniędzy na jedzenie”
„Dzisiaj nic nie wydasz. Zapraszam do restauracji”
„Nie chcę, żebyś wydawała pieniądze na obcego faceta”
„To nie moje pieniądze, tylko partii… Chodź do samochodu. Zawiozę cię do hotelu i tam zjemy w restauracji hotelowej”
Zaprowadziła go na parking przed terminalem. Wsiedli do auta przypominającego samochód Warszawa
„Czy to auto jest robione na radzieckiej licencji? Przypomina te robione u nas”
„Nie. To nasze, szwedzkie. Volvo pv544. Stare już jest. Z 63 go roku. Tata mi kupił abym miała czym dojeżdżać do szkoły”
„Z 63 go roku? Nie wygląda na szesnaście lat. Co robi twój tata, że mógł ci kupić takie auto?”
„Jest nauczycielem… Nie przeszkadzaj mi teraz. Muszę się skupić na prowadzeniu. Tu na E4 jest zawsze duży ruch. Zaraz zbliżymy się do Sztokholmu. Potem musimy przejechać przez całe miasto. Ten hotel, w którym będziesz mieszkał leży po drugiej stronie miasta, na wylocie w stronę Södetrtälje. Porozmawiamy w restauracji”
Jechali w milczeniu. Przyglądał jej się. Spodobał mu się jej profil i to skupienie z jakim prowadziła samochód.
Po prawie godzinie zbliżali się do celu
„Widzisz ten maszt z neonową wielką kierownicą na górze? To twój hotel”
„Widzę – Motell Bar Grill” – odczytał – „Wygląda na to, że szwedzki jest łatwy”
„Ha! Ha! Ha!… Pogadamy o tym potem”
Po chwili byli w recepcji. Po załatwieniu formalności meldunkowych przeszli do restauracji. Było sporo ludzi. Kelner odprowadził ich do stołu pod oknem. Po chwili przyniósł menu. Było tylko po szwedzku
„Nic nie rozumiem” – usiłował czytać
„Mówiłeś, że szwedzki jest łatwy” – odpowiedziała rozbawiona – „Pomogę ci wybrać”
„Zamów dla mnie to co dla siebie”
Podczas jedzenia opowiedziała mu co będą robić jutro. Przyjedzie po niego o dziewiątej. Zabierze go do dzielnicowej siedziby VPK. Tam pozna kilku działaczy. Nie tych najważniejszych, ale też ciekawych młodych ludzi. Będą się pytać o sytuację w Polsce. Może potrwać to ze dwie, trzy godziny. Potem zjedzą gdzieś wspólny lancz i to by było wszystko na jutro. Po południu będą chcieli pokazać mu Sztokholm.
Zapytała go czy pracuje, czy może jeszcze studiuje. Powiedział jej trochę o sobie. Zdziwiła się, gdy powiedział, że mieszka w trzypokojowym mieszkaniu z rodzicami i dorosłą siostrą
„A co mam robić?”
„Usamodzielnić się. Wynająć sobie mieszkanie. Ile masz lat?”
Zaśmiał się.
„Mam dwadzieścia sześć lat. Nie mogę się wyprowadzić, bo nie mam, gdzie. Na własne mieszkanie trzeba czekać dwadzieścia lat albo więcej…”
„Co ty opowiadasz?! Niemożliwe. Powiedz coś więcej o tym” – odparła z niedowierzaniem
W tym momencie wpadła mu do głowy taka myśl, żeby jutro, na tym spotkaniu z członkami Partii, zamiast tych bzdur, których polecił mu mówić ten znajomy ojca, Zbychu, powiedzieć, jak jest.
„Słuchaj. Chętnie wytłumaczę, jak wygląda sytuacja mieszkaniowa w Polsce. Opowiem też o innych sprawach gnębiących moich rodaków. Ale, żeby to zrozumieć potrzeba więcej czasu niż kilka minut. Zamierzam o tym powiedzieć na jutrzejszym zebraniu. wtedy się dowiesz więcej…”
„Nie dowiem się” – przerwała mu – „Nie będzie mnie na spotkaniu”
Zaskoczyła go tym stwierdzeniem. Tym razem on stwierdził, że nie rozumie
„Moim zadaniem było odebrać cię z lotniska. Nikt inny nie miał na to czasu. Ojciec mi to polecił w ostatniej chwili przed twoim przylotem. Dobrze, że twój samolot się spóźnił. Tylko dlatego zdążyłam. Jutro odwiozę cię na to spotkanie i moja rola się skończy. Nie jestem członkiem Partii więc na zebraniu mnie nie będzie”
Milczeli przez pewien czas. Przywołała kelnera. Poprosiła o rachunek. Zanim go przyniósł siedzieli bez słowa. Kelner wrócił po chwili. Zapłaciła i schowała rachunek. Wstali od stołu. Odprowadzał ją do drzwi
„Tak pięknie się zaczęło. Liczyłem na to, że zobaczę Sztokholm w towarzystwie przesympatycznej dziewczyny, a tu taka przykra wiadomość…”
„Na pewno będą tam jakieś dziewczyny, które chętnie oprowadzą po mieście przesympatycznego chłopaka” – odpowiedziała kładąc nacisk na przesympatycznego
„Nie chcę, żeby oprowadzały mnie „jakieś” dziewczyny”
Nic nie odpowiedziała. Odprowadził ją do auta. Podała mu rękę
„Jutro o dziewiątej. Nie zaśpij. Hej då”
Odebrał z recepcji bagaż i klucz od pokoju. Recepcjonista wytłumaczył mu jak ma do niego trafić.
Hotel Gyllane Ratten, Złota Kierownica, był typowym motelem w stylu amerykańskim. Pokoje mieszkalne znajdowały się w dwóch długich parterowych budynkach. Do pokojów wchodziło się bezpośrednio z zadaszonego chodnika, prowadzącego od recepcji. Przed każdym pokojem, tuż przy drzwiach znajdowało się miejsce parkingowe dla samochodu.
Przemyk odszukał pokój trzydzieści trzy. Wnętrze bardzo mu się podobało. Duże podwójne łóżko, telewizor, no i elegancka łazienka.
Naprzeciw łóżka stał stolik z telefonem, książką telefoniczną i ze stojakiem, w którym były koperty i papier listowy. Pod stolikiem znajdowała się niewielka lodówka. Otworzył ją. Były tam butelki z coca-colą i jakieś batoniki. Wyjął z walizki jedzenie, które dała mu na drogę matka. Zapach z trudem zdobytej przez nią kiełbasy myśliwskiej rozniósł się po pokoju. Mimo, że nie był głodny zjadł kawałek. Potem przełożył ubrania do szafy.
Spojrzał na zegarek. Wpół do szóstej. Młoda godzina. Włączył telewizor. Jakaś rozmowa dwóch gości. O czymś dyskutowali. Nic nie rozumiał. Przełączył na drugi, kanał. Program dla dzieci. Przełączył dalej i jeszcze dalej. Więcej kanałów nie było.
Zrezygnowany wyłączył telewizor. Przejrzał broszurki leżące na stoliku. Wszystkie traktowały o urokach Sztokholmu. Zwłaszcza jedna, taka o Starym Mieście bardzo mu się spodobała.
Odświeżył się nieco w łazience i udał się do recepcji. Dowiedział się jak dojechać do Starego Miasta. Dostał niewielką mapkę z centrum Sztokholmu obejmującą Stare Miasto. Recepcjonista zaznaczył mu ołówkiem, gdzie wysiąść z autobusu i co warto zobaczyć.
Wrócił tuż przed północą. Był oszołomiony. Jeśli Szwedzi mają Socjalizm tak jak mówił Heniek, ten kolega, który był z wizytą w Szwecji u dziadka, to on też chce mieć taki Socjalizm. Jakoś nie mógł sobie wyobrazić, aby system, który jest w Polsce mógł ewoluować w szwedzkim kierunku.
Najbardziej uderzyło go to, że do Świąt Wielkiej Nocy jest jeszcze ponad dwa tygodnie a miasto jest już pełne dekoracji wielkanocnych. Mimo nie najlepszej pogody i późnej pory, w centrum było pełno ludzi. Ocenił, że większość z nich to turyści. Sklepy otwarte do późna. Na Starym Mieście praktycznie tylko z pamiątkami.
Kupił trzy kartki pocztowe i znaczki. Jedną wyśle do domu. pozostałe dwie jeszcze nie wie do kogo. Nie mógł się oprzeć, aby nie wejść do kawiarni. Zobaczył jej wnętrze przez olbrzymie okno wystawowe. Siedzieli tam młodzi ludzie. Wielu z nich piło piwo. Nabrał wielkiej ochoty, aby się też napić.
Kosztowało to dużo pieniędzy. Zawahał się, gdy je zamawiał i usłyszał, ile musi zapłacić
„A, co tam! Raz się żyje” – zdecydował.
Siedział nad tym piwem ze czterdzieści minut. Przed wyjściem z lokalu poprosił w barze o długopis. Pocztówkę przedstawiającą główny deptak centrum, Drottniggatan, z otwartymi sklepami i towarami wystawionymi na ulicę, zaadresował do domu, do ojca.
Chwilę się zastanawiał, jak sformułować to co chce mu przekazać. Po chwili napisał
„Z kraju prawdziwego Socjalizmu pozdrowienia przesyła syn. Uściski dla Ciebie, Mamy i Siory. Przemyk”
W drodze do autobusu wrzucił kartkę do skrzynki pocztowej.
Po powrocie do hotelu długo nie mógł zasnąć. Różne myśli głębiły mu się w głowie. Co by było, gdyby chciał tu zostać? Szybko odrzucał tą myśl z bardzo prozaicznego powodu. Po prostu nie wiedział jak za to trzeba by się zabrać. A poza tym, był tu dopiero kilka godzin. Ten ojca znajomy partyjniak, Zbychu, chyba miał rację ostrzegając, aby nie dać się omamić powierzchniowemu blichtrowi miast Zachodu.
Obudził go klakson samochodu przed oknem. Poprzez firanki poznał Volvo Eriki. Spojrzał na zegarek. Dziesięć po dziewiątej.
Wyskoczył z łóżka, podbiegł do drzwi w piżamie. Otworzył je w tym samym momencie, gdy Erika naciskała dzwonek
„Za dziesięć minut będę gotowy!” – krzyknął i zatrzasnął jej drzwi przed nosem
Ruszył do łazienki. Zatrzymał się w pół kroku
„Baran!” – skarcił się
Wrócił do drzwi. Jeszcze od nich nie odeszła
„Wejdź do środka” – zaprosił
Zauważył, że się zawahała
„Nie bój się. Nic ci nie zrobię”
„Nie boję się, tylko…”
„Co, tylko?”
„Już nic. Pospiesz się”
Usiadła przy stoliku. Przemyk wyjął z szafy czystą koszulę. Złapał spodnie bieliznę i zamknął się w łazience.
Po kilku minutach, z mokrą jeszcze głową, gotowy był do wyjścia. Zanim wyszli chwycił jeszcze teczkę z materiałami propagandowymi które miał rozdać w Szwecji.
Przyjechali do jakiegoś lokalu na parterze zwykłego domu mieszkalnego. W środku pierwsze wrażenie jakie doznał to wystrój tego pomieszczenia. Przypominało polską, wiejską klubo-kawiarnię. Był raz w takiej na zabawie. Już nie pamięta z jakiej okazji.
Gdy weszli do sali, zebrani w niej ludzie ucichli. Przemyk jeszcze w wejściu chciał się pożegnać z Eriką. Wyciągnął do niej rękę
„Nie teraz. Pożegnamy się po twoim występie”
Zdziwił się. Miała go tylko przyprowadzić. Nie miał czasu zareagować. Przy mównicy stojącej na niewielkim podwyższeniu w roku sali, przy oknie, pojawił się młody mężczyzna
„Powitajmy naszego gościa z bratniej Partii w Socjalistycznej Polsce, kamrata o trudnym dla mnie do wypowiedzenia imieniu. Zapraszam was do mównicy!” – powiedział po angielsku
Musiał zostawić Erikę. Ten przy mównicy dawał mu znaki, aby podszedł do niego. Gdy podszedł przywitali się
„Jestem Lars Adolfsson, Przewodniczący koła VPK w dzielnicy Bredäng”
Odbierając mikrofon od Larsa, Przemyk postanowił nie wyprowadzać ich z błędu i nie przyznawać się, że nie jest ich kamratem.
Wcześniej obawiał się, że będzie miał tremę. Nigdy wcześniej nie zdarzyło mu się przemawiać z mównicy, ale teraz, gdy rozejrzał się po zebranych był zdeterminowany tym co chciał im powiedzieć.
Postawił teczkę na podłodze przy nogach. Poczekał aż umilkły powitalne brawa. Zanim się odezwał przebiegł wzrokiem po zebranych. Ocenił, że jest około trzydziestu osób. Erika usadowiła się z tyłu przy oknie. Kiwnęła do niego głową, gdy spojrzał w jej kierunku
„Nazywam się Przemysław Czkacz. Zdaję sobie sprawę, że jest to dla was trudne do wypowiedzenia…” – zaczął po rosyjsku
„Przepraszam, towarzyszu” – przerwał mu Adolfsson – „Czy możecie po angielsku?”
„Myślałem, że rosyjski…” – spojrzał po zebranych.
Milczał chwilę i po chwili zaczął po angielsku
„Nazywam się Przemysław Czkacz. Zdaję sobie sprawę, że jest to dla was trudne do wypowiedzenia i dlatego na początek proponuję abyście używali mojego drugiego imienia. Na drugie mam Robert… Mam dwadzieścia sześć lat. Skończyłem filologię angielską na uniwersytecie. Staram się o stypendium, aby móc uczyć się dalej i zrobić doktorat z literatury anglosaskiej. Dorabiam w szkole jako nauczyciel angielskiego. To tyle o mnie. Mam dla was materiały o Polsce jakie dostałem od Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Jest tego cała teczka”
Pochylił się, aby sięgnąć po stojącą na podłodze teczkę. Wyjął całą zawartość i położył na parapecie okna. Siedzący najbliżej okna wzięli po kilka broszur i rozdali innym. Niektórzy zaczęli je przeglądać.
„Z tych materiałów nie dowiecie się, jak żyją zwykli ludzie w Polsce. Przejrzałem je i muszę powiedzieć, że nie poznałem w nich mojego kraju…” – przerwał.
Zdał sobie sprawę, że następne słowa jakie padną z jego ust sprawią, że będzie miał kłopoty po powrocie do Łodzi. Spojrzał na zebranych. Wydawało mu się, że w napięciu czekają na to co ma do powiedzenia
„Jeśli chcecie wiedzieć, jak jest naprawdę, to postaram się, aby zaspokoić waszą ciekawość. Zadawajcie pytania…”
„Czy chcecie przez to powiedzieć, towarzyszu, że te materiały są kłamliwe?” – zapytał pewien młody chłopak.
„Przedstawiają Polskę wyidealizowaną. Taką jaką się pokazuje oficjalnym delegacjom przyjeżdżającym z zagranicy” – odpowiedział
„My też tak robimy. Wszyscy tak robią. Każdy chce wypaść jak najlepiej”
„To umówmy się, że pokażecie mi najgorsze strony życia w Szwecji. Chciałbym poznać, jak żyje szwedzka klasa robotnicza, jak mieszkają, ile czasu stoją w kolejkach po zakup żywności”
Dłuższą chwilę nikt się nie odezwał. Kilka osób nerwowo wymieniało między sobą jakieś uwagi, ale nic z tego nie rozumiał, ponieważ mówili po szwedzku. Już miał się odezwać i mówić dalej, ale usłyszał głos Eriki
„Powiedzcie nam towarzyszu, jak wy żyjecie, powiedzcie na przykład jak mieszkacie”
Opowiedział to co dzień wcześniej jej mówił. O tym, że mieszka z rodzicami i dorosłą siostrą w trzypokojowym mieszkaniu o powierzchni pięćdziesięciu czterech metrów kwadratowych, i że mogą się zaliczać do szczęśliwców, bo nie każdy ma tak dobre warunki mieszkaniowe jak oni. Że ojciec pracuje w fabryce jako frezer a matka na pół etatu jako woźna w szkole.
„Myślę, towarzyszu, że przedstawiacie swój kraj w ciemnych barwach” – przerwał mu ten co przywitał go na początku – „Byłem w Polsce rok temu z kilkoma towarzyszami na zaproszenie organizacji o nazwie ZMS. Pokazali nam nowo budowane osiedla w Warszawie. Widzieliśmy też polską wieś i szczęśliwych młodych rolników pracujących we wspólnych bogatych gospodarstwach. Nie widziałem ciasnoty takiej o jakiej opowiadacie. Nie widziałem kolejek po żywność”
„Czy byliście w domu u polskiej rodziny? Czy byliście w polskim sklepie kupić coś do zjedzenia?”
„Nie musiałem nic kupować. Nasi polscy gospodarze wszystko nam zapewnili”
„No, właśnie! Na pewno zapewnili tłumaczy. Niestety wśród moich rodaków języki obce nie są tak powszechne jak u was. Jestem tutaj wśród was, przedstawicieli klasy robotniczej…” – przerwał mu nieśmiały śmiech wśród zebranych – „I wszyscy doskonale znają angielski. W Polsce na takim spotkaniu z robotnikami musiałby być tłumacz”
„My nie jesteśmy pracownikami z fabryk” – odezwała się siedząca w pierwszym rzędzie kobieta
„Ja pracuję w fabryce!” – przerwał jej starszy mężczyzna
„Tak. My tutaj zebrani, członkowie VPK jesteśmy głównie pracownikami kultury i nauki. Ja jestem bibliotekarką, moja koleżanka” – wskazała dziewczynę po lewej – „Jest psychologiem szkolnym…”
Przemyk przerwał jej
„To znaczy, że wśród was, młodych komunistów jest tylko jeden robotnik?… Mnie przysłano tutaj abym spotkał się z Klasą Robotniczą” – zapytał z udawanym zdziwieniem
„Widzę towarzysze, że spotkanie z towarzyszem Robertem zmierza w niewłaściwym kierunku” – odezwał się towarzysz Lars Adolfsson – „Towarzysz Robert jest jeszcze zmęczony po podróży. Zakończymy na dzisiaj. Spotkamy się tutaj za dwa dni o tej samej porze”
Nie zaprotestował. Nie miał ochoty na dalszą rozmowę z nimi.
Nikt nie podszedł do niego. Nie podał mu ręki. Nie było mowy o wspólnym lanczu i zwiedzaniu miasta. Wszyscy nagle zaczęli się spieszyć. I tłoczyć się przy wyjściu. Przemyk zbliżył się do Eriki
„Miałaś mnie tylko przywieść. Dlaczego zostałaś?”
„Chciałam zobaczyć, jak sobie dasz radę” – odpowiedziała rozbawiona – „Za kim się tak rozglądasz?”
„Patrzę, gdzie są te sympatyczne dziewczyny, które, mówiłaś, pokażą mi Sztokholm”
„Jak chcesz to ja cię oprowadzę po mieście…”
„Przecież już wczoraj ci mówiłem, że bardzo tego chcę”
Zaprowadziła go do samochodu, który nie tak dawno zostawili na ulicy za rogiem
„Co chcesz zobaczyć w Sztokholmie?” – zapytała
„Jadąc tu z hotelu, widziałem budynek IKEA. Czytałem kiedyś w gazecie, że w Polsce robione są meble dla IKEI, że to sklep z meblami dla najbogatszych klientów. Chciałbym zobaczyć jak tam jest”
„OK. Pochodzimy po IKEI. Tam jest restauracja. Zjemy w niej lancz. IKEA sprzedaje meble dla zwykłych ludzi. Ci co mają dużo pieniędzy nie kupują tu mebli. W centrum są małe salony meblarskie, gdzie za podobne meble trzeba zapłacić nawet dziesięć razy więcej. Tam kupują bogaci snobi.”
Spędzili tam kilka godzin. Zwiedzili wszystkie piętra. Przemyk przyglądał się meblom i kupującym. Zauważył dużo młodych rodzin z małymi dziećmi. Spodobało mu się, że można wszystkiego dotknąć, usiąść na kanapach i nawet położyć się na łóżkach. Zjedli lancz. Pierwszy raz w życiu jadł łososia.
„Myślałem, że łososia podaje się tylko w drogich restauracjach”
„Skąd ty masz takie wyobrażenia o świecie” – zdziwiła się – „Że IKEA jest dla bogaczy, że łososia je się tylko w najdroższych restauracjach?”
„Pamiętam, że kiedyś, w szkole średniej na lekcji historii omawialiśmy życie chłopów w Europie w ubiegłych wiekach…”
„Chłopów, chcesz powiedzieć mężczyzn, tak?” – przerwała mu
„Nie. Tych co pracują na wsi. W polu, produkują żywność” – starał się jej wyjaśnić
„A! chodzi ci o rolników. Tych co posiadają ziemie i ją uprawiają, tak?”
„Nie. Chodzi mi o tych co pracują u posiadaczy ziemskich…O parobków”
Trochę czasu im zabrało zanim dogadali się, że Przemkowi chodzi o szwedzkich parobków. Erika wyjaśniła mu, że właściwie w Szwecji nigdy nie było parobków jako takich. Byli pracownicy, którzy najmowali się do prac u tych gospodarzy, którzy posiadali ziemię.
„Byli tacy co najmowali się do pracy, zazwyczaj na rok. Gospodarz płacił im w naturze. Dawał dach nad głową i wyżywienie. Nazywano ich statare…”
„O! Właśnie! Statare. Przypomniałaś mi to słowo. Otóż kiedyś w szkole uczyliśmy się o statare. Pamiętam, że w podręczniku historii czytaliśmy, że jak taki statare umawiał się z gospodarzem o zapłatę, to cieszył się, jak udało mu się wynegocjować, że łososia dostanie do jedzenia tylko w dni robocze. W święta i niedziele kategorycznie żądał coś innego… Śmialiśmy się z tego, bo u nas łosoś uchodzi za drogą i wykwintną rybę. Stąd moje zdziwienia widokiem łososia w IKEI”
Tak sobie rozmawiali o różnych rzeczach, które dziwiły jego w Szwecji a ją, gdy opowiadał o Polsce.
Pojechali do centrum. Głownie chodzili po ulicach korzystając z wyjątkowo dobrej pogody.
Erika zauważyła, że Przemyk jest czymś przygnębiony, jakby myślami był gdzie indziej. Kilka razy musiała zwrócić się do niego dwa razy, bo nie słuchał, co do niego mówiła.
„O czym myślisz? Nie słuchasz co do ciebie mówię” – zapytała w końcu
„Widzisz, chcę ci coś powiedzieć. Boję się, że mnie źle zrozumiesz…Nie wiem, jak zacząć”
„Nie bój się. Nic ci nie zrobię”
„Boję się, że mi odmówisz i nie będziesz chciała mnie znać”
„Tracę cierpliwość. Mów o co chodzi”
„Dobrze…Chcę poprosić o azyl w Szwecji. Nie wiem jak się za to zabrać. Do kogo się zwrócić. Pomożesz mi?”
Milczała chwilę jakby zawiedziona.
„Tylko to chciałeś mi powiedzieć?”
„Na razie tylko to”
„Dobrze. Jutro się tym zajmiemy”
Dosyć szybko zakończyli zwiedzanie miasta. Odwiozła go do hotelu. Gdy się żegnali powiedziała ciepło
„Bardzo się cieszę, że się na to zdecydowałeś”
CZĘŚĆ TRZECIA
Robert Antonsson wiercił się w łóżku jak nigdy dotąd. Kilka razy niechcący obudził Erikę
„Co ci jest? Czemu się tak wiercisz?”
„Przepraszam, kochanie…Jutrzejszy dzień nie daje mi spać”
„Wiesz, że muszę wstać o piątej, żeby zdążyć na samolot. Śpij już” – powiedziała z wyrzutem
Wstał z łóżka. Zabrał kołdrę i poduszkę
„Gdzie idziesz?” – zapytała
„Położę się na kanapie w pokoju małej”
„Nie obudź jej”
Tym się nie musiał przejmować. Mała, jak już usnęła to nie dała się obudzić, choćby przy niej strzelano.
Kładąc się na kanapie w jej pokoju, spojrzał na zegar. W pół do pierwszej. Jutro, w poniedziałek, trzeciego kwietnia, przylatuje jego matka. Sama, bez ojca. Ojciec w dalszym ciągu zdecydowanie odmawia odwiedzenia ich w Szwecji. Do Helenki do Rotterdamu też nie chce lecieć. Zawzięty jest.
„Zaraz. Ile to już lat minęło, jak zostałem w Szwecji?” – zaczął liczyć – „Poprosiłem o azyl w marcu 79 tym. Teraz jest kwiecień 95 ty, to znaczy szesnaście lat minęło a on wciąż nie może tego zapomnieć”
Robert nie mógł zrozumieć, tej zawziętości ojca.
„Przecież wszystko się dla niego dobrze skończyło. Wyrzucili go z Partii, pracę też stracił, można powiedzieć w odpowiednim momencie. Właściwie to uratowałem mu dupę” – zamyślił się – „Helenka też się do tego przyczyniła”
Leżał teraz na kanapie w pokoju Josefiny i zaczął wspominać pierwszy list jaki dostał od matki na początku Stanu Wojennego.
Zaraz jak poprosił o azyl, napisał do domu, że zostaje w Szwecji. Ojciec odpisał niemal natychmiast, jeszcze na adres hotelu, w którym mieszkał zanim się wprowadził do Eriki. Ojciec w bardzo ostrych słowach nakazywał mu natychmiast wracać do kraju. Odpisał zdecydowanie, że jego decyzja o pozostaniu w Szwecji jest nieodwołalna.
Po tym liście nie dostał już żadnego listu z domu. Pisał do nich przynajmniej raz w miesiącu. O tym, że poznał Erikę, że się do niej wprowadził, że dostał zezwolenie na tymczasowy pobyt w Szwecji, że chodzi na kursy językowe. Napisał, żeby się o niego nie martwili. Ma pieniądze z zasiłku socjalnego. Nieduże, ale wystarczają na życie. Wysłał zdjęcia Eriki, mieszkania i trochę wspólnych zrobionych przy różnych okazjach.
Pod koniec 81go zawiadomił ich, że zmienił imię i nazwisko. Żaden Szwed nie potrafi wymówić – Przemysław Czkacz, a on przecież składa podania o pracę i nie chce odstraszać przyszłego pracodawcy swoim imieniem. Teraz nazywa się Robert Antonsson.
Nie dostał żadnej odpowiedzi na te listy. Dopiero w lutym 82 dostał pierwszy list od matki. Koperta była ostemplowana przez cenzora, ale treść listu nie zawierała śladów ocenzurowania.
List bardzo nim wstrząsnął. Matka pisała, że Helenka i Kuba zostali wyrzuceni ze studiów jeszcze w październiku, a w styczniu, zaraz po Nowym Roku, aresztowali ich za roznoszenie ulotek.
Ojca internowali po trzynastym grudnia. Był na demonstracji, na Piotrkowskiej. Rzucał kamieniami w milicję. Złapali go.
„Coś podobnego” – pomyślał wtedy, jak czytał ten list – „Ojciec na demonstracji antyrządowej”.
Dopiero z tego listu, z jego dalszej części dowiedział się, że ojca wyrzucili przez niego z Partii i z pracy. Że przez dwa miesiące był bez pracy, że potem zatrudnił go na stałe ten prywaciarz, u którego wcześnie dorabiał robiąc siatki na ogrodzenia.
Matka pisała, że dopiero teraz, jak jest sama to może ten list napisać. Wcześniej ojciec nie pozwalał. Dalej matka pisała, żeby się o nią nie martwił. Ma pieniądze. To co ojciec oszczędzał, aby kupić tego Poloneza, co mu Partia obiecała, teraz się przydają na życie. Pozdrawiała na koniec jego i Erikę.
Odpisał zaraz. Wysłał paczkę z żywnością. Kawa, czekolady, mleko skondensowane, konserwy przyprawy i coś tam jeszcze. Miesiąc później, w marcu przyszedł drugi list. Matka dziękowała za paczkę. Ojca wypuścili z internowania.
Zmienił się bardzo. Milczkiem się zrobił. Nie ogląda telewizji. Siedzi przy stole i rozmyśla. Matka martwi się o niego. Pisze, że pracuje jako woźna w szkole. Ojciec po kilku dniach powrócił do pracy do tych siatek. Finansowo dają sobie radę.
Niestety nie mają kontaktu z Helenką. W maju ma być jej proces. Dowiedziała się o tym od Wiśniewskiej, matki Kuby. On też siedzi i też będzie miał proces. Razem z Helenką i jeszcze z kilkoma osobami za studiów.
Wiśniewska załatwi adwokata dla Kuby i Helenki. Dostała gryps od syna. Zażyczył sobie, aby mieć wspólnego adwokata. Matka się ucieszyła z tego adwokata. Sama nie wiedziałaby jak się za to zabrać. Potem się mają z Wiśniewską podzielić kosztami.
Na początku czerwca matka napisała, że Helenka dostała dwa lata więzienia za pisanie i rozpowszechnianie nielegalnych, szkalujących Polskę materiałów. Kuba dostał dwa lata i sześć miesięcy. Inni dostali od roku do trzech lat.
Po wyroku dostała zezwolenie na widzenie. Odwiedziła córkę w więzieniu na Kraszewskiego. Matka piszę, że Helenka jest zdrowa i w dobrym humorze. Ojciec nie chciał jej odwiedzić. Popadł w depresję. Chodzi do pracy, nie pije, ale do niej się prawie nie odzywa.
Pisali tak do siebie niemal co miesiąc. Robert wysyłał paczki, ona za nie dziękowała i zapewniała go, że są niepotrzebne, że nic im nie brakuje.
W lipcu 83 zakończył się w Polsce Stan Wojenny. Z tej okazji dwudziestego drugiego lipca ogłoszono amnestię. Więzienia opuścili więźniowie polityczni z wyrokami do trzech lat. Kilka dni później Helenka zjawiła się w domu. od razu pokłóciła się z ojcem. Po pierwszej nocy wyprowadziła się do Kuby.
Kuba mieszkał z matką w dużym, trzypokojowym mieszkaniu w blokach na Zachodniej przy Limanowskiego. Jego ojciec od dawna mieszka za granicą w Holandii.
Matka od czasu jak zamknęli Helenkę i Kubę zaprzyjaźniła się z Wiśniewską. Teraz jak Helenka się tam wprowadziła odwiedza ich często w tajemnicy przed ojcem.
Zaraz na początku 84 Helenka i Kuba pobrali się. Wzięli ślub cywilny. Przyjęcie było bardzo skromne. Tylko ich matki i świadkowie. Ojciec nie chciał nic o ślubie córki wiedzieć.
Dwa miesiące później wyjechali do Holandii, do Rotterdamu, do ojca Kuby. Tam dosyć szybko zmienili nazwisko na nazwisko ojca Kuby.
Jeszcze tego samego roku Robert z Eriką pojechali ich odwiedzić. Potem odwiedzali Jakuba i Helenę Szmycha regularnie w Holandii. Oni też przynajmniej raz w roku przyjeżdżali do Szwecji
Robert poczuł, że zaczyna zasypiać. Spojrzał jeszcze na zegarek. Dochodziła trzecia. Po chwili zasnął. Obudził się tylko na chwilę, gdy o piątej zajrzała do pokoju Erika. Upewniwszy się, że wszystko w porządku, poszła do garażu po swój samochód.
Roberta obudziła Josefina około jedenastej. Przyszła do niego na kanapę.
„Pappa, głodna jestem”
„Tak, kochanie zaraz zrobię dla nas śniadanie”
Mieli jeszcze dużo czasu. Babka Josefiny przylatuje na Arlandę o wpół do trzeciej. Z ich domku przy Kummelvägen w Södertälje do lotniska na Arlandzie jedzie się godzinę. Co prawda o tej porze dnia może być trochę korków na E4 w Sztokholmie, ale nie przejmował się tym. Wyjadą dużo wcześniej.
Obiecał małej, że pospacerują sobie po terminalu na lotnisku. Josefina lubi oglądać tam wystawy sklepów. Ma to po matce.
Zjedli śniadanie. Wszystko mieli przyszykowane przez Erikę. Zostawiła im też całą lodówkę wypełnioną przygotowanym jedzeniem. Wystarczy tylko podgrzać, gdy przyjadą z lotniska. Erika była nie pocieszona, że akurat teraz musiała jechać na tą konferencję do Oslo. Dobrze, że to tylko jeden dzień. Jutro, przed wieczorem będzie w domu. Wzięła swój samochód na lotnisko, aby Robert nie musiał po nią przyjeżdżać.
O pierwszej wyjechał z garażu ich dużym Volvem. Po kilku minutach jechali autostradą E4 w kierunku Sztokholmu. Mała siedziała na swojej podstawce na tylnej kanapie. Na uszach miała słuchawki i słuchała swoich ulubionych bajek z walkmana.
Ruch na drodze był spokojny. Robert znów zagłębił się we wspomnieniach. Pamięta, jak zawiadomił rodziców, a raczej tylko matkę, że spodziewają się dziecka
„Jak to synuś? Tak bez ślubu?” – odpisała zatroskana.
Odpisał jej, że tutaj to jest bardzo powszechne, żyć ze sobą bez ślubu. Szwedzi nazywają taki związek samboende, wspólne gospodarstwo domowe. W Szwecji osoby w takim związku są zrównane w prawach z osobami żyjącymi w związkach małżeńskich. Matce jednak się to nie podobało
„Co mam powiedzieć znajomym. Że żyjecie na kocią łapę? Przecież to nie po Bożemu” – pisała.
W końcu jakoś się z tym oswoiła. Przysłał jej zdjęcia małej zaraz po urodzeniu. Napisał, że ochrzcili ją w kościele i że dostała na imię Josefina.
„To jest imię po tobie mamo” – napisał jej.
Wie, że jej się to bardzo spodobało. Dziwiła się tylko w kolejnym liście, jak to możliwe, że mała ochrzczona została w kościele, skoro rodzice żyją bez ślubu.
Odpisał jej, jak to jest w Szwedzkim Kościele Ewangeliczno-Luterańskim. Kiedy zgłosili chęć ochrzczenia małej, nie było przeszkody w tym, że on jest katolikiem a Erika nigdy nie była ochrzczona.
Mała urodziła się w 89 tym, zaraz po obradach Okrągłego Stołu w Polsce. Wkrótce okazało się, że mogą wyjechać do Polski.
Z pierwszą wizytą pojechali dopiero w 91szym, gdy mała miała dwa latka. Pamięta tą podróż doskonale. Pojechał jako Robert Antonsson. Myślał, że będą kłopoty z wizą. W Konsulacie w Sztokholmie nie było z tym żadnego problemu. Urzędnik w okienku przyjął paszporty bez słowa. Zapłacili jakąś niewielką sumę. Po godzinie wszystko było załatwione
„W paszporcie pisze, że pan się urodził w Łodzi” – zauważył urzędnik oddając paszport
„Tak, zgadza się” – odparł Robert.
Był przyszykowany na dłuższą dyskusję, ale na tym się skończyło. Podróż promem z Nynäshamn do Gdańska trwała ponad osiemnaście godzin. Na promie przeważali sami Polacy. Wielu nie miało wykupionych kabin. Spali w każdym wolnym miejscu, na ławach, zestawionych krzesłach lub bezpośrednio na podłodze.
Ich ciasna dwuosobowa kabina wydawała się im luksusem. Mała spała z matką na dolnym łóżku. On nad nimi. W Gdańsku długo czekali na zjazd z promu. Ich samochód był tak ustawiony na pokładzie, że zjeżdżali jako jedni z ostatnich.
Potem jeszcze kolejka do odprawy paszportowej i celnej. Posuwali się w niej do przodu bardzo wolno. Zajęło to ze czterdzieści minut. Miało to też dobrą stronę. Zarówno ci co sprawdzali paszporty oraz celnicy byli już dobrze zmęczeni i tych ostatnich w kolejce odprawiali bardzo szybko.
Na Teofilów w Łodzi przyjechali około dwudziestej. Ich duże, dopiero co kupione, kremowe, trzyletnie Volvo 740 kombi zaparkowali przed blokiem rodziców. Zauważył, że mimo zapadającego zmierzchu wiele osób spoglądał ciekawie, gdy wysiadali z niego. Część podziwiała samochód, ale część, zwłaszcza starsze kobiety dokładnie przyglądały się egzotycznej urodzie Eriki i Josefiny.
Matka wyszła przed blok jak tylko zauważyła przez okno, że kierowca dużego samochodu szuka miejsca do zaparkowania. Domyśliła się, że to oni.
Witała się teraz z nimi głośno przed klatką schodową. Wzbudzali pewnego rodzaju sensację. Nie czuł się z tym dobrze. Szybko weszli do środka. Matka zajęła się wnuczką. Cały czas coś do niej mówiła. Mała nic z tego nie rozumiała. Była wystraszona. Nie chciała, aby babka prowadziła ją za rękę. Tuliła się do matki.
Wchodzili na trzecie piętro. Im bliżej mieszkania, tym bardzie Robert był napięty. Zaraz spotka ojca. Może być nieprzyjemnie.
Nic takiego się jednak nie stało. Przywitali się. Nawet były uściski. Ojciec zachowywał się bardzo poprawnie. Po przywitaniu, zasiedli do przygotowanego stołu. Z początku rozmowa się nie kleiła. Musiał wszystko tłumaczyć Erice z polskiego i rodzicom ze szwedzkiego, gdy Erika odpowiadała na zadawane pytania.
Pytali się jej o rodziców. Robert przypuszcza, że zadawali te pytania tylko po to, aby się z czymś do nie zwracać. Wiedzieli z listów od niego, że Erika jest adoptowana. Jej przybrani rodzice, w młodości, bardzo aktywni działacze komunistyczni adoptowali ją jako dwuletnią sierotę z Wietnamu.
Już jako dorosła, Erika doszła do wniosku, że była adoptowana chyba tylko dlatego, że była taka moda. Przybrana matka nie chciała mieć własnego dziecka, bo mogłoby jej przeszkodzić w robieniu kariery dziennikarskiej. Dowiedziała się tego później od ojca. Tylko on okazywał jej prawdziwe uczucia rodzicielskie. Matka zawsze podchodziła do niej chłodno.
Gdy poznała Roberta i się z nim związała, zerwali z nią. Mieli jej za złe, że wybrała sobie uciekiniera z Polski, który głośno nie ukrywał swojej antykomunistycznej postawy. Tylko ojciec, w tajemnicy przed matką spotykał się z nią i pomagał finansowo tak długo, póki nie ukończyła studiów na Wydziale Farmacji. Jego rodzice wiedzieli o tym wszystkim, ale mimo to pytali.
Po posiłku Erika przeprosiła wszystkich mówiąc, że musi się zająć małą i ułożyć ją do snu. Poszła z Josefiną do przygotowanego dla nich pokoju. Stała tam przyszykowana do spania wersalka i dziecięce, nowo nabyte łóżeczko. Matka pokazała im w łazience które ręczniki są dla nich, a Robert z ojcem udali się do samochodu po resztę bagaży. Dopiero potem, gdy po wykąpaniu małej Erika została z nią w pokoju, mógł sobie porozmawiać z rodzicami.
Zjechali z autostrady w stronę lotniska. Jeszcze kilka minut i będą na miejscu. Chciał zaparkować jak najbliżej terminalu piątego. W końcu mu się to udało.
Na tablicy przylotów znalazł lot z Warszawy. Nie miał opóźnienia. Za dwadzieścia minut powinien wylądować. Potem potrwa trochę zanim matka pojawi się w drzwiach do hali, w której czekają oczekujące osoby.
Przespacerował się trochę z mała po sklepach w terminalu, ale tylko tych najbliższych. Kupił jej książeczkę z obrazkami o Kaczorze Donaldzie i wrócili oczekiwać na przylot babki.
Wkrótce na tablicy przylotów pokazała się wiadomość, że samolot z Warszawy wylądował osiem minut przed planowanym czasem. Nie trwało długo, nim wśród wychodzących dojrzał matkę… I ku swojemu zaskoczeniu, podążającego za nią ojca.
Tego się nie spodziewał. Matka w zadzwoniła od Wiśniewskiej kilka dni temu i wyraźnie powiedziała, że ojciec nie przyjedzie. Teraz nagle przypomniał sobie, że mówiła wtedy także, że będzie uparcie nalegać, aby zmienił zdanie, ale chyba jej się to nie uda.
Jednak dopięła swego. Nie mógł się powstrzymać, aby nie zapytać
„Co się stało, tato, że przyleciałeś?”
„Matka w zeszłym roku zmusiła mnie abym wyrobił sobie paszport. Pomyślałem, co będzie leżał w domu odłogiem, więc przyleciałem” – odpowiedział z uśmiechem
„A gdzie Erika? Myślałam, że wszyscy po nas wyjedziecie” – matka była zdziwiona nieobecnością Eriki.
„Musiała niespodziewanie udać się w delegację. Wróci jutro pod wieczór”
Po chwili pakowali bagaże do samochodu. Ojciec usiadł obok niego. Matka i Josefina z tyłu. Gdy zbliżali się do Sztokholmu ojciec poprosił, a właściwie nakazał
„Jedź wolniej. Chcę zobaczyć miasto.”
„Z tej drogi dużo nie widać. Przyjedziemy jutro. Pokażę wam najciekawsze miejsca” – odpowiedział.
Ojciec chciał coś powiedzieć. Uprzedził go
„Dobrze. Już zwalniam”
Jechali ze dwadzieścia minut z prędkością sześćdziesięciu kilometrów na godzinę. Cały czas byli wyprzedzani przez zniecierpliwionych kierowców. W pewnym momencie Robert zauważył niebieskie migające światło w lusterku. Jednocześnie usłyszał włączoną na chwilę syrenę samochodu policyjnego. Zjechał na pobocze autostrady.
Gdy się zatrzymał podeszło do niego dwóch policjantów z samochodu, który zatrzymał się za nimi
„Dlaczego jedziesz tak wolno?” – zapytał jeden z nich.
„Nie spieszy mi się” – odpowiedział
Zdawał sobie sprawę, że ta odpowiedź nie spodoba się policjantom
„Dokumenty poproszę”
Podczas gdy jeden z nich przeglądał jego dokumenty, drugi szykował alkoholomierz. Pokazał mu, że rozpakowuje z foli plastykowy ustnik. Założył go na przyrząd i podsunął pod nos Robertowi
„Dmuchaj, aż powiem stop…Jeszcze. Jeszcze. Dobra, stop!”
Patrzył chwilę na wyświetlony wynik. Pokazał koledze.
„Sprawdź jeszcze raz” – dotarło do Roberta
Powtórzyli czynność jeszcze raz. Zdziwieni zwrócili się do niego
„Wygląda na to, że jesteś trzeźwy. To powiedz teraz dlaczego jedziesz tak wolno? Masz problem z autem?…Wezwiemy pomoc drogową…”
„Nie. Nie potrzeba. Po prostu, wiozę rodziców z lotniska. Prosili, aby jechać wolniej. Chcą zobaczyć nasz piękny Sztokholm”
„Dobra. Rozumiem. Jutro im pokażesz. Teraz jedź jak wszyscy. Nie hamuj ruchu. Stwarzasz zagrożenie”
Oddali dokumenty. Gdy ruszyli ojciec zapytał
„Co chcieli?”
„Sprawdzali czy nie jestem pijany”
„Czemu, synuś, podejrzewali cię o pijaństwo?” – zapytała zaniepokojona matka
Wyjaśnił im, że kierowcy, którzy jadą bardzo wolno i bardzo ostrożnie wydają się policji podejrzani. Policja zatrzymuje takich. Niemal zawsze są po alkoholu.
Dalszą drogę do domu jechali już w normalnym tempie. Gdy zajechali przed dom i wysiedli z samochodu, ojciec stwierdził z niesmakiem
„Drewniany. U nas się takie nie buduje. W starych drewniakach to jeszcze tylko biedota mieszka”
„Co ty Antoś gadasz! Piękny dom. Widziałeś przecież zdjęcia i podobał ci się”
„No tak. Ale jak się budowali, to mogli postawić murowany. Trwałyby był”
Robert nie chciał wdawać się w dyskusję na temat budownictwa. Stwierdził tylko
„Nie stać nas było na inny”
Weszli do środka. Josefina pobiegła do swojego pokoju. Robert od razu zaniósł ich walizki do pokoju gościnnego. Potem przeszli do kuchni. Zaczął wyciągać talerze i sztućce
„Pokaż nam najpierw dom” – poprosiła matka
Oprowadził ich po domu, wyszli na zewnątrz na tył domu
„Mała ta wasza działka” – zauważył ojciec
„Nam wystarcza. I tak nie mamy czasu, aby się nią porządnie zająć”
Wyszli przed dom. Robert skorzystał z okazji i schował auto do garażu. Ojciec zauważył, że garaż też jest mały. Zdziwił się, gdy Robert powiedział, że mieszczą się w nim dwa samochody obok siebie.
„Ale, żeby zrobić coś w nim, to raczej niema tu miejsca”
„Co miałbym w nim robić?”
„No, przy aucie. Zawsze jest coś do naprawienia. Przy naszej Syrence stale coś musiałem naprawiać”
„Tato. Nie mamy Syrenki”
Nie przekonał ojca. Zanim wrócili do domu, ojciec rozejrzał się po okolicy.
„Podobno mieszkacie w dużym mieście, a ja widzę, że to wiocha jest. Sklepów też nie ma”
„Nam się tu podoba. Mieszkaliśmy blisko centrum i już nie chcemy. Tu jest spokojnie i lepiej dla dziecka”
Weszli do domu. Wyciągnął z lodówki jedzenie. Matka pomogła mu podgrzać co potrzeba. Była trochę sceptyczna co do elektrycznego pieca
„Dużo musicie płacić za prąd. Gaz byłby lepszy”
Nie chciał się wdawać w dyskusję nad wyższością kuchni elektrycznej nad gazową. Skwitował uwagi matki stwierdzeniem
„Gaz jest niebezpieczny”
„Co prawda, to prawda, synuś. W zeszłym roku w bloku naprzeciwko wybuchł gaz w kuchni. Okna wyleciały, poparzyło kobitę. Do szpitala ją zabrali…”
Tak sobie rozmawiając spędzili czas przy jedzeniu do wieczora. Tylko Josefina się nudziła. Nie rozumiała o czym tata rozmawia z dziadkami.
Po ósmej babka pomogła usypiać małą. Usiadła przy niej przy łóżku i śpiewała kołysanki. Robert dobrze je pamiętał. Zawsze śpiewała je im, gdy byli mali. Mała usnęła bardzo szybko.
Posprzątali w kuchni. Robert włączył zmywarkę. Potem przeszli do dużego pokoju. Włączył telewizor. Wybrał jakiś program z amerykańskimi seriami. Matka zauważyła, że film, który akurat leciał widziała już. Patrzyła z zainteresowaniem chociaż nie było tłumaczenia na polski.
Ojciec po krótkiej chwili zaczął usypiać. Film się na szczęście zaraz skończył. Zaproponował, aby położyli się wcześniej spać. Zgodzili się na to chętnie. Łóżko w dużym pokoju jest podwójne, ale było zasłane dla jednej osoby. Wyciągnął z garderoby poduszkę i jeszcze jedną kołdrę. Matka pomogła mu pościelić. Po dziesiątej wszyscy byli już w łóżkach.
On niestety, znowu nie mógł zasnąć. Zaczął wspominać ich drugą podróż do Polski. Pojechali w 93 cim.
Obchodził tam swoje czterdzieste urodziny. Byli tylko rodzice i Wiśniewska. Przyniosła do pokazania zdjęcia od Kuby i Helenki. Rodzice też je mieli. Wiśniewska opowiadała, że dzieciom w Holandii powodzi się bardzo dobrze. Helenka kończy niedługo studia medyczne, a Kuba już samodzielnie szlifuje diamenty w warsztacie ojca.
Robert wiedział o tym wszystkim. Kilka miesięcy temu byli znowu u nich w Rotterdamie. Dowiedział się, że rozważają przeniesienie się do Ameryki do Brooklynu w Nowym Jorku. Prosili go, aby o tym nie mówił rodzicom. To jeszcze nic pewnego. Brooklyn to dzielnica o nie najlepszej sławie, ale zmienia się bardzo szybko na lepsze.
Pewien zaufany makler szuka dla nich odpowiedniego apartamentu. Helenka zamierza otworzyć tam praktykę okulistyczną, ale dopiero jak zdobędzie wszystkie potrzebne tam certyfikaty. Kuba chce wejść w spółkę z jednym znajomym ojca, który ma tam duży interes z diamentami.
Wiśniewska długo nie siedziała na tych urodzinach. Gdy wyszła ojciec zauważył
„Widziałeś, jakim Mercedesem jeździ twoja siostra?…A ty co? Ile lat ma to wasze Volvo? Czy nie czas je zmienić?”
„Nie widzę potrzeby, tato. Najpierw chcemy doprowadzić do końca budowę domu. nie chcemy się bardziej zadłużać niż to absolutnie konieczne…”
„A czy ty pamiętasz tego Karolka z sąsiedniej klatki?”
„Jakiego Karolka?”
„Karolka Jóźwiaka. Matka sama go wychowywała…”
„Daj spokój, Antoś. Karolek jest młodszy od Przemka o kilka lat. Nigdy się ze sobą nie bawili jak byli dziećmi, nie może go pamiętać” – wtrąciła matka
„Ten Karolek też mieszka w Szwecji. W Sztokholmie” – ciągnął ojciec – „Wyjechał zaraz po 89 tym. I wiesz co? Potrafił się urządzić. Butik ma w Sztokholmie. Sprzedaje rzeczy do wyposażenia mieszkań. Jakieś drogie meble, bibeloty, obrazy i takie tam”
„Skąd o tym wiesz, tato?”
„Jak to skąd? Jóźwiakowa chwali się nim przed wszystkimi w bloku. Poza tym oczy mam. Widzę jakimi samochodami przyjeżdża do matki. Same nówki. Za każdym razem innym, a przyjeżdża nie tak jak ty, raz na dwa lata. On jest u matki co trzy, cztery miesiące… Spytaj matki jak jest.”
„Daj spokój, Antoś. My też nie musimy się wstydzić naszych dzieci” – próbowała przerwać tą rozmowę matka
„No cóż, tato. My mamy tylko pięć tygodni urlopy w roku. Chcemy w tym czasie zobaczyć nie tylko Polskę. Nie możemy sobie pozwolić na przyjazd co trzy miesiące”
„Ale inni mogą, jak widać”
„Karolek, widać jest obrotniejszy niż ja” – zakończył Robert.
Ojciec zawsze potrafił sprawić, że czuł się po takich rozmowach przygnębiony, Wszystko co robił, z czego był dumny, ojciec potrafił pomniejszyć. Nigdy go nie pochwalił, za postępy w nauce w szkole – „Inni są lepsi” – zawsze tak twierdził.
Jeśli coś mu się udało i był z tego dumny, ojciec tego nie zauważał lub wyrażał się lekceważąco. Tak było, gdy dostał w liceum nagrodę za pierwsze miejsce w Olimpiadzie Międzyszkolnej za znajomość trzech obcych języków, angielskiego, niemieckiego i rosyjskiego. Tak było, gdy dostał się na studia na Filologię Angielską. Gdy przyszedł do domu uradowany tym, że się dostał na te studia, ojciec ostudził jego radość pytaniem
„Co ci dadzą te studia? Co to za zawód?”
Zwykle po takiej rozmowie jak ta o sukcesach Karolka nie mógł w nocy zasnąć. Leżał długo w łóżku i próbował dociec co takiego robi źle, że nie osiąga spektakularnych sukcesów jak inni. Czy to co do tej pory osiągnął, to dużo, czy mało?
Właśnie skończył czterdzieści lat. Ma rodzinę. Nikt im przy zakładaniu rodziny nie pomagał. Ani jego rodzice, ani rodzice Eriki. Z różnych powodów nie pomagali. Było, minęło.
Dali sobie radę. Oboje mają pracę. Erika po studiach farmaceutycznych dostała pracę w największej w Szwecji firmie farmaceutycznej Astra AB w Södertälje. Szybko awansowała. Kieruje teraz zespołem badawczym pracującym nad szczepionkami przeciwko chorobom tropikalnym.
Wyprowadzili się ze Sztokholmu do Södertälje. Aby miała blisko do pracy. On zaczął pracować w Scanii, fabryce ciężarówek. Przez kilka lat pracował jako monter na zmiany. Od niedawna pracuje w biurze sprzedaży.
Dostał się tam przypadkowo. Szef dowiedział się, że zna rosyjski. Potrzebowali bardzo pilnie tłumacza, który by dosłownie przez noc przetłumaczył na rosyjski kilka dokumentów do wysłania następnego dnia.
Te kilka dokumentów to ponad czterdzieści stron maszynopisu, dużo technicznych wyrażeń. Powiedział, że spróbuje. Zaczął o trzeciej po południu. Zadzwonił do Eriki, że zostaje na noc w biurze. Pracował całą noc. Skończył przed ósmą rano. Przekopiował na Pen Drive i zaniósł do kierownika Działu Handlowego.
Dowiedział się później, że nie mieli czasu sprawdzić. Po dwóch tygodniach został wezwany do tego samego kierownika. Zaproponowano mu pracę w Dziale Handlowym, w Sekcji Obsługi Klientów. Zaczął zarabiać więcej.
Wkrótce, w 89 tym urodziła im się córka. Wynajęli mieszkanie blisko centrum. Duże i ładne, ale źle się tam czuli. Zaczęli myśleć o kupnie domu. W czasie tej wizyty pochwalił się, że ten dom, co kupili, zwykły, z katalogu, co jest właśnie budowany to dostał na urodziny od Eriki. To dzięki jej wysokim zarobkom dostali tak korzystną pożyczkę w banku. Nie zaimponował tym ojcu.
W czasie tej wizyty byli u rodziców tylko dwa pierwsze dni. Potem pojechali „w Polskę”. Robert chciał pokazać Erice Warszawę, Kraków i Zakopane.
Skończyło się tylko na Warszawie. Dostał telefon od szefa. Przepraszał, że przerywa mu urlop. Powinien jak najszybciej wrócić do pracy. Mają dla niego intratną propozycję. Po krótkiej naradzie z Eriką zdecydowali, że on natychmiast, to jest najbliższym samolotem uda się do domu, a ona z Josefiną samochodem wróci promem, na który mają bilety, za osiem dni.
Coś przerwało mu wspomnienia, jakiś hałas. Wstał i poszedł do kuchni. Zastał ojca mocującego się z drzwiami zamrażalki.
„Nie mogę otworzyć tego gówna” – powiedział wściekły, gdy zobaczył syna
„Pedał. Pod drzwiami jest pedał. Trzeba go nadepnąć, to się otworzą… Dlaczego chcesz otworzyć zamrażarkę?”
„Nie mogę usnąć… Piwa muszę się napić”
„Piwo jest w lodówce. Te drzwi obok”
Gdy ojciec sięgał puszkę Robert poprosił
„Weź dla mnie też”
Wyciągnął z szafki dwie szklanki. Usiedli do stołu. Chwilę nalewali piwo do szklanek a potem popijali w ciszy. Pierwszy milczenie przerwał Robert
„Dlaczego nie możesz usnąć. Łóżko jest niewygodne, czy jest wam tam za duszno?”
„Nie. Nie to. Nie wiem, dlaczego nie mogę usnąć”
Wypił piwo do końca.
„Masz więcej piwa?”
Robert wstał i poszedł do spiżarni za kuchnią. Po chwili wrócił z sześciopakiem piwa.
„To wszystko co mam w domu. Jutro kupimy więcej”
Nalał ojcu z nowej puszki. Dopił swoje i też sobie nalał więcej. Pili w milczeniu. Zauważył, że ojciec chciałby coś powiedzieć. Zbierał się w sobie, ale najwyraźniej nie wiedział, jak zacząć
„Nic się stary nie zmienił. Zaraz zacznie” – pomyślał.
Nie chciał mu przeszkodzić, dlatego milczał i czekał aż ojciec zacznie
„Wszystko się w naszej rodzinie popierdoliło” – zaczął ojciec z pewnym żalem w głosie
„Dlaczego tak myślisz?” – zapytał
„Mam z matką dwoje dzieci i co? Na starość zostaliśmy sami. Ty mieszkasz w Szwecji, Helenka w Holandii. Czy to jest normalne?”
„Myślisz, że lepiej by było, gdybyśmy zostali w Polsce?”
„Nie wiem, czy lepiej. Na pewno bliżej”
„Dzisiaj odległość nie ma większego znaczenia. Oboje jesteście emerytami. Możecie przylecieć do nas, kiedy chcecie, zostać też u nas możecie jak długo chcecie…Ważne, że zdrowi jesteście… Że wszyscy jesteśmy zdrowi”
„To nie to samo Przemuś. To nie to samo…W Polsce moglibyśmy się spotykać z okazji świąt przy wspólnym stole z wami, z Helenką…”
Robert rozlał do szklanek kolejną puszkę piwa.
„Tato. To miała być niespodzianka, ale… W przyszłym tygodniu są Święta Wielkiej Nocy…”
„Żadna niespodzianka. Wiem o tym dobrze”
„Tak, oczywiście… Nie to mam na myśli… Helenka i Kuba przyjadą na Święta…”
„Co?!… Muszę obudzić matkę!”
„Nie! Nie budź jej! Jutro jej to powiesz”
„Masz rację” – przyznał niechętnie – „Jutro jej to powiem”
Zostali w kuchni jeszcze jakiś czas. Gdy ostatnia puszka piwa była wypita udali się do łazienek a potem do łóżek.
Robert nie był pewien czy ojciec dotrzyma słowa i nie obudzi matki. Gdy już usypiał dobiegły go jakieś głosy z ich pokoju. A może mu się tylko tak zdawało.
Obudził go spokojny głos matki dobiegający z kuchni. Zrozumiał, że mówi coś do małej. Spojrzał na zegarek. Dochodziła dziesiąta. Zerwał się z łóżka. Idąc do łazienki zajrzał do kuchni. Matka tłumaczyła Josefinie jak pożywna jest kaszka manna na mleku.
Mała siedziała z przerażoną miną nad pełnym, głębokim talerzem manny, żółtej od pływającego w niej masła. Widać było, że nic nie rozumie z tego co do niej mówi babcia i że absolutnie nie ma ochoty na mannę. Zobaczyła ojca w drzwiach
„Pappa, ja tego nie zjem! To jest straszne! Mówiłam babci, że chcę corn flakes miodowe z zimnym mlekiem” – podkreśliła wyraźnie, z zimnym mlekiem
„Dobrze, kochanie. Zaraz dostaniesz swoje płatki” – odpowiedział i zwrócił się do matki – „Ona nie znosi ciepłego mleka, a tym bardziej gorącego. Zjem tą mannę. Dawno nie jadłem przygotowanej przez ciebie”
„Chciałam jej dogodzić…”
„Rozumiem, mamo” – odpowiedział wyciągając karton zimnego mleka z lodówki. Nalał do miseczki wyciągniętej z szafki i postawił przed małą, razem z pudełkiem płatków kukurydzianych. Matka patrzyła na to z przerażeniem
„Co ty robisz?! Zimne, surowe mleko prosto z lodówki dajesz małemu dziecku! Rozchoruje się”
„Nic jej nie będzie” – odpowiedział i zabrał się za mannę – „Gdzie jest ojciec? Śpi jeszcze?”
„Głowa go boli. Ma kaca po tym wczorajszym piwie co żeście wychlali w nocy”
„Mówił ci o Helence?”
„Obudził mnie, jak przyszedł do łóżka. Był bardzo poruszony. Powiedział, że to niespodzianka i żebym nie mówiła ci, że już o tym wiem…Kiedy przyjeżdżają?”
„W wielki Piątek, czternastego”
Pół godziny później przyszedł do kuchni ojciec. Nie chciał śniadania. Wystarczyła mu kawa. Robert powiedział im, że pojadą teraz do IKEI. Muszą kupić kilka poduszek i dwie kołdry.
Wyjechali z domu około pierwszej. Ojciec rozweselił się nieco, gdy zbliżali się do celu i odczytał na tablicy przy autostradzie napis – Kungens Kurva.
„Co cię tak rozweseliło, tato?”
„Co to jest za kurwa, którą minęliśmy?”
„Królewska kurva…Ale to nie jest tak jak myślisz. Kurva to krzywa, zakręt. W 46 tym król Gustav V jechał tędy swoim Cadillakiem, kierowca nie opanował zawrotnej prędkości sześćdziesięciu pięciu kilometrów na godzinę i wjechał na zakręcie do rowu wypełnionego wodą. Jakieś dziennikarz zrobił zdjęcie. Ukazało się w gazetach następnego dnia i to miejsce ludzie zaczęli nazywać Królewskim Zakrętem. Teraz cały ten obszar nazywa się tak oficjalnie”
„Widzisz, Antoś. Ty sobie zawsze, wszystko głupio wytłumaczysz” – zauważyła matka
„Dobra! Dobra!…Nie gadaj tyle” – skwitował ojciec.
Po kilku minutach zjechali na prawą stronę z autostrady kierując się do IKEI
„Po lewej stronie autostrady jest dzielnica mieszkaniowa Skärholmen. Przyjedziemy tam w sobotę. Pokaże wam coś ciekawego. Mam zwyczaj przyjeżdżać tam w soboty. Lubię to miejsce”
„Po co czekać do soboty. Jak już tu jesteśmy, to możemy zobaczyć to po zakupach” – stwierdził ojciec
„Nie da rady. Tylko w sobotę można to zobaczyć”
„Co to takiego” – zapytała matka
„Tylko w soboty jest tam olbrzymi jarmark. Każdy może tam przyjść i handlować czym chce. Ludzie sprzedają najczęściej niepotrzebne rzeczy z domów, starzyznę. Nowe też można kupić. Ostatnio rozmawiałem po polsku z kobietami z Pabianic. Szwaczki. Przywożą w walizkach szyte przez siebie kiecki i je tam sprzedają”
„Sukienki, synuś, sukienki, nie kiecki. Zawsze cię uczyłam, jak masz poprawnie mówić. Nic nie zapamiętałeś” – poprawiła go matka
„Tak, oczywiście. Sukienki, mamo” – przyznał jej rację – „Po południu wraca Erika. Będzie mogła zająć się jutro Josefiną w domu. Pojedziemy sami do Sztokholmu. Pokażę wam ciekawe miejsca, a w sobotę przyjedziemy na Skärholmen”
W IKEI szybko znaleźli to co chcieli, a potem przez blisko cztery godziny chodzili po sklepie i oglądali meble. Ziuta Czkaczowa już po godzinie pobytu w sklepie zaczęła spoglądać na zegarek. Chciała jak najszybciej do domu, aby zdążyć przygotować coś do zjedzenia.
„Mamo, zjemy tutaj w restauracji”
„My zjemy, a Erika po powrocie nie będzie miał nic ciepłego”
„Erika zje coś, zanim przyjedzie do domu. Nie martw się o nią. Wieczorem zjemy wspólną kolację”
Josefina, w końcu poczuła się zmęczona i tylko dlatego przerwali zwiedzanie sklepu.
W domu byli po szóstej. Eriki Opel stał przed domem. Okazało się, że wróciła wcześniejszym samolotem.
Erika przywitała ich po polsku. Zaskoczyła ich znajomością języka. Co prawda, nie szło jej to zbyt poprawnie, ale mogli się z nią porozumiewać. Erika o wiele więcej rozumiała co się do niej mówiło niż mogła sama powiedzieć.
Od niemal roku chodzi dwa razy w tygodniu do ABF, Arbetarnas Bildningsförbund, na kursy polskiego. Po kolacji, na której wymęczyli Erikę rozmową po polsku, rozpakowali zrobione zakupy. Erika stwierdziła, że w zasadzie wszystko mają do spania dla Helenki i Kuby, ale że może im być za ciasno na kanapie w pokoiku na piętrze. Uzgodnili, że jutro kupią jeszcze składane łóżko dla gości. Oglądali dzisiaj takie, ale Robert nie zdecydował się je kupić.
Następnego dnia, w środę Erika została z Josefiną w domu. wzięła kilka dni wolnego. Do pracy pójdzie dopiero po Wielkiej Nocy. Robert też miał wolne.
Zaraz po śniadaniu, Robert z rodzicami pojechał do Sztokholmu. Korzystając z dobrej pogody zabrał ich najpierw do wieży telewizyjnej, Kaknästornet. Wykupił bilety i windą wjechali na górę na taras widokowy. W środku tygodnia nie było tak dużo zwiedzających. Dostęp do okien nie był utrudniony. Ponad godzinę objaśniał im co widać z okien.
Wypili kawę i zjedli jakieś ciastka. Potem zjechali na dół. Zapytał, czy chcieliby zwiedzić jakieś muzea. Nie mogli się zdecydować, czy mają na to ochotę, więc nie nalegał. Pojechali na Stare Miasto. Tam zaprowadził ich do maleńkiej restauracji
„Synuś, po co wydawać pieniądze na restauracje. W domu zjemy”
Matka uważała, że jest zbyt rozrzutny.
„Obiecuję, że dużo nie wydam. Kupię tylko po jednym ziemniaku na osobę”
Spojrzeli po sobie, nieco zdziwieni
„Co żeś wymyślił?” – zapytał podejrzliwie ojciec
„Zaraz zobaczycie”
Weszli do środka. Usadowił ich przy wolnym stoliku i podszedł do bufetu złożyć zamówienie. Nie upłynęło dużo czasu, kiedy sympatyczna panienka przyniosła im trzy talerze z zawiniętym czymś, w folię aluminiową. Obok tego czegoś leżało trochę sałatki z pomidorami. Pokazał im jak rozchylić folię.
W środku był jeden duży, wielkości pięści, ziemniak w łupinie, rozkrojony na krzyż i zalany czymś białym, z ziarenkami kawioru chyba i kawałkami krewetek. Zauważyli jeszcze koperek i posiekaną czerwoną cebulę. Powąchali ostrożnie. Uznali, że pachnie dobrze
„Co to jest?” zapytał ojciec.
„Pieczony ziemniak, z sosem który nie wiem, jak się nazywa po polsku. Tutaj nazywany jest skagenröra”
„Nieważne jak się nazywa. Smaczne to jest” – stwierdziła matka która pierwsza zabrała się za jedzenia.
Gdy zjedli ojciec skwitował posiłek
„Żartowniś z ciebie. Tylko jeden ziemniak. Nie przypuszczałem, że można się tym najeść”
Resztę czasu spędzili na Starym Mieście. Po kilku godzinach zauważył, że matka jest już bardzo zmęczona. Poszli najkrótszą drogą na parking do samochodu i powrócili do domu, zatrzymując się tylko na pół godziny przy IKEI, aby kupić łóżko.
Matka czekała na nich w aucie. W czwartek chciał ich zabrać do Skansenu, ale matka stanowczo odmówiła wyjazdu. Jest jeszcze zmęczona po wczorajszej wyprawie do Sztokholmu.
Ojciec, oczywiście powiedział, że nie jest zmęczony i jest gotowy do drogi, ale nie nalegał, gdy zdecydowali, że zostają w domu. Po południu, zauważył, że matka się czymś martwi
„Widzę, że coś cię gryzie, mamo. O co chodzi?”
„Wielkanoc za kilka dni. Trzeba by zacząć przygotowania. Jajek nakupić ciasta jakiegoś zrobić, sałatki warzywnej… Czasu na to nie jest za wiele. Helenka przyjedzie. Będzie dużo osób do wyżywienia.”
„Zdążymy. Erika nie zrobi sałatki, bo nie umie. Jak czujesz się na siłach zrobić, to jutro pojedziemy, tu niedaleko, do centrum. Kupimy co potrzeba i po niedzieli zrobisz co będziesz chciała. Erika będzie ci wdzięczna za pomoc”
Następnego dnia, od samego rana pogoda, jak to w kwietniu, bardzo się popsuła więc siedzieli w domu. W sobotę nie było lepiej. Robert zapewnił ich, że właściwie cały czas będą pod dachem.
Niechętnie, ale zgodzili się na wyjazd do Skärholmen, skoro tylko w sobotę można tam zobaczyć to na co ich namawiał syn.
Około dziesiątej wjechali do dużego parkingu pod dachem. Długo szukali wolnego miejsca. W końcu udało się zaparkować stosunkowo blisko schodów prowadzących w dół do najniższego poziomu.
Robert poinformował, że są na największym w Szwecji, a może i w całej Skandynawii pchlim targu. Faktycznie, tłok był bardzo duży przy wejściu. Gdy już weszli, rozluźniło się nieco. Matka zatrzymała się przy stoiskach z odzieżą.
Widziała w butikach na Starym Mieście ceny za damskie bluzki, spódnice i sukienki. Teraz zobaczyła podobne rzeczy, które tutaj kosztowały nawet jedną dziesiątą tego co trzeba by zapłacić tam.
Robert był gotów kupić jej kilka sztuk, gdyby się zdecydowała, ale ona zdecydowanie odmówiła, twierdząc, że jeszcze taniej kupi to samo na Bałuckim Rynku w Łodzi.
Ojca interesowały przede wszystkim narzędzia. Bardzo podobały mu się zestawy kluczy fajkowych i oczkowych w eleganckich walizeczkach. Poprosił syna, aby mu kupić takie
„No co ty, Antoś! Syna będziesz naciągał. Przecież to majątek kosztuje!” – zaprotestowała matka
„Tato, dostaniesz lepsze, szwedzkie. Mam dla ciebie w domu. Te tutaj to tania chińszczyzna. Kupiłem i się naciąłem. Gną się jak z makaronu”
Zobaczyli już prawie wszystko. Przechodzili właśnie koło ludzi sprzedających stare meble, telewizory, lampy. Na ścianach wisiały niechodzące zegary ścienne i obrazy różnego rodzaju. Nagle ojciec przystanął i krzyknął
„Karolek!…Co ty tu robisz?!”
Karolek stał odwrócony bokiem i pokazywał jakiejś parze starą bambusową serwantkę. Odwrócił się zaskoczony. Zauważył ojca i się speszył. Zostawił parę oglądającą mebel i podszedł do Czkacza
„Witam pana. To ja się pytam, co pan tu robi?”
„Jestem z żoną z wizytą u syna. Pamiętasz Przemyka?”
„Niestety, nie”
„No to Poznajcie się teraz”
Robert i Karolek podali sobie ręce.
Czkaczowa nie zauważyła spotkania. Stała kilka kroków dalej i z zainteresowaniem oglądała kolorową narzutę na łózko. Panowie chwilę stali w milczeniu.
„Zawsze chciałem zobaczyć twój butik w Sztokholmie, Karolku. Czy to tutaj, to twój interes?”
„Na razie tak…Ale…”
„Rozumiem. Rozumiem…”
Robert nie mógł powstrzymać wyrazu satysfakcji na twarzy. W jednej chwili zrozumiał co to za butik ma Karolek. Zbiera powyrzucane przez Szwedów stare meble i sprzedaje je w soboty na tym targu.
Jak większość z tych co tu sprzedają jest za pewne bezrobotnym. Może żyje na zasiłkach socjalnych
„To by się zgadzało” – pomyślał – „Ma czas przyjechać co trzy miesiące do matki. Te nowe za każdym razem samochody, muszą być z wypożyczalni. Skoro jest na zasiłku to nie może mieć samochodu. Kazaliby mu najpierw sprzedać i z tego żyć. Jak skończyłyby się pieniądze, dopiero wtedy mógłby się ubiegać o socjal”
Zauważył, że ojciec chyba zrozumiał co za butik posiada Karolek. Ojciec o czymś rozmawiał z Karolkiem, gdy podeszła do nich matka z upiornie brzydką narzutą.
Przywitała się z Karolkiem i zwróciła się do Roberta
„Synuś. Popatrz, jakie to piękne. Kup mi tą narzutę. Nic więcej nie będę chciała”
Robert spojrzał na przyczepioną kartkę z ceną. Była bardzo wysoka. Nie kupiłby tego szkaradztwa nawet za dziesiątą część tej ceny
„Oczywiście mamo” – spojrzał w kierunku sprzedającego – „Popatrz, pan tam ma tego więcej. Wybierz sobie jeszcze jedną”
„Mogę? Naprawdę?”
„Oczywiście. Przecież tutaj wszystko grosze kosztuje”
Płacąc za dwie narzuty bez najmniejszego targowania się, zaskoczył sprzedającego i zauważył zawistne spojrzenie Karolka.
„To możemy jechać do domu” – stwierdziła zadowolona matka
Pożegnali się z Karolkiem i skierowali się do wyjścia. Matka weszła jeszcze do toalety. Podczas gdy na nią czekali, ojciec stwierdził
„To co kupiłeś matce jest straszne. Normalnie nie zgodziłbym się, aby to kupować, ale wiesz co? Bardzo dobrze zrobiłeś. Cieszę się, że Karolek to widział. Drogie to było?”
„Jak cholera. Brzydkie, ale warte każdej korony”
CZĘŚĆ CZWARTA
Czternastego w Wielki Piątek wszystko już było przygotowane na przyjazd Helenki i Kuby. Czkaczowa zrobiła śledzi w oleju, sałatki warzywnej – wyszło jej ze trzy kilogramy. Zrobiła makowca i placka drożdżowego. Robert musiał specjalnie jechać do Sztokholmu, do małego sklepiku prowadzonego przez Polaków, aby kupić białą kiełbasę i suszone grzyby na zupę. Erika patrzyła na to z lekkim przerażeniem
„Kto to wszystko zje?” – zastanawiała się.
Przecież też zrobiła dużo w kuchni. Szczególnie dumna była z szynki opiekanej w musztardzie. Około trzeciej po południu usłyszeli klakson samochodu na podjeździe do domu
„Ciocia i wujek!” – krzyknęła Josefina
Nie myliła się. Wszyscy wyszli przed dom przywitać się z nimi. Ojciec był bardzo wzruszony. Rozstali się przecież przed laty nie pogodzeni.
Tym razem przed domem Roberta i Eriki rozgrywała się prawdziwa sielanka, którą można by zatytułować „Kochajmy się”. Tylko mała Josefina o której na chwilę zapomniano, stała z boku i nic z tego nie rozumiała.
Późno wieczorem uzgodniono, że w sobotę wszyscy, przed śniadaniem oczywiście, pojadą do kościoła poświęcić koszyczek z potrawami.
Erika za bardzo nie wiedziała o co chodzi. Rodzice byli ateistami i w dzieciństwie była tylko raz z nimi w kościele, w Paryżu. Zwiedzali Katedrę Notre-Dame.
Robert też nie był specjalnie religijny. Z jakiegoś powodu namówił ją, aby ochrzcić Josefinę. Wtedy to, byli pierwszy i ostatni raz razem w kościele.
Była teraz, co prawda, przyszykowana przez niego, że trzeba będzie z rodzicami pójść do kościoła. Nie miała nic przeciwko temu. Nie spodziewała się jednak, że będzie wokół tego tyle zachodu. A już zupełnie nie mogła zrozumieć, dlaczego muszą iść tam na czczo.
Rano okazało się, że w domu nie ma nic co by przypominało koszyczek odpowiedni do włożenia święconki. Niemal w ostatniej chwili Robert przypomniał sobie, że widział wiklinowy koszyczek u sąsiadki, gdy robiła coś w ogródku.
Podczas gdy w domu trwały gorączkowe przygotowania do wyjścia, udał się dyskretnie do sąsiadki. Jeszcze spała. Była dopiero przecież ósma godzina. Bardzo ją przepraszał za najście. Wyjaśnił, że potrzebuje pożyczyć koszyk, który widział u niej w ogrodzie.
„Po co ci on?”
Wyjaśniał jej po co, ale chyba nic do niej nie dotarło
„Przyjdź po południu. Poszukam go do tego czasu…”
„Muszę go mieć teraz!” – niemal krzyknął zdesperowany.
Zamknęła mu drzwi przed nosem, ale tylko na moment. Otworzyła z powrotem i podał klucze od garażu
„Chyba jest na półce po prawej stronie. Jak go znajdziesz to sobie weź, ale pamiętaj, że jesteś mi winien solidne wyjaśnienie, po co ci on”
Wrócił do domu triumfalnie wnosząc koszyk
„Za duży jest i brudny!” – stwierdziła matka
„Jest duży, bo rodzina jest duża. Idziemy z jednym wspólnym koszykiem… Zaraz go umyję”
Umył go pod prysznicem i wysuszył suszarką do włosów. Matka z Helenką zajęły się układaniem potraw.
Pojechali we dwa samochody. Erika z Josefiną i Helenką pojechała Mercedesem Kuby. Robert jechał z rodzicami.
Postanowił już wcześniej, że pojadą do Katedry Rzymsko-Katolickiej pod wezwaniem świętego Erika w Sztokholmie. Dowiedział się, że tam można poświęcić potrawy. Tak było i tym razem. Gdy przyjechali na miejsce Kuba powiedział
„Mam nadzieję, że po mojej wizycie w Katedrze, nie będą musieli jej wyświęcać”
Wszyscy się zaśmiali. Tylko Czkaczowej zrobiło się trochę smutno. Tak bardzo liczyła, że córka będzie miała ślub w kościele, jak Pan Bóg przykazał. Ma dla niej schowany swój welon od ślubu
„Może, jeszcze kiedyś…” – pomyślała z nadzieją.
Rodzice byli zdziwieni, że tylko kilkanaście osób miało ze sobą koszyczki. Dwie pary mówiące po niemiecku, cztery polskie rodziny których Robert nie znał. Reszta chyba z Gruzji.
Czkaczowa była zawiedziona, że nie mogła się wyspowiadać i przyjąć Komunii. Ani biskup, który celebrował mszę, ani kilku księży obecnych w kościele nie mówiło po polsku.
Po uroczystym śniadaniu mieli w planie wspólnie udać się na spacer po Södertälje. Niestety, pogoda znowu się popsuła. Zrobiło się zimno i zaczął padać deszcz. Usiedli w salonie. Helenka zaczęła wypytywać rodziców o zmiany w Polsce.
„Przyjedziesz, to sama zobaczysz co się zmieniło” – stwierdził ojciec
Helenka spojrzała na Kubę. Kiwnął do niej dyskretnie głową
„Właśnie, tato” – zwróciła się do ojca – „Niedługo przyjedziemy… I to na stałe…”
„Co?!” – krzyknął
Nie tylko on był zaskoczony. Robert również zaniemówił ze zdziwienia. Był pewien, że siostra będzie chciała powiadomić rodziców, o zamiarze przeniesienia się z Holandii do Ameryki.
Gryzła go myśl, że gdy o tym powie, to sprawi im przykrość. Z pewnością możliwości spotykania się bardzo się zmniejszą.
Podczas gdy siostra odpowiadała na pytania matki, nachylił się do Kuby i zapytał cicho
„Co z tą Ameryką?”
„Zmieniło się. Doszły mnie słuchy, że ten gościu w Nowym Jorku, wiesz, ten z którym miałem wejść w spółkę to raczej żartowniś. Nie jednego oszukał”
„A praktyka Helenki?”
„Otworzy w Warszawie…”
Ojciec im przerwał „Słyszałeś, synuś?… Kupili dom w Konstancinie. Otwierają interes w Warszawie. A ty. Kiedy wracasz do Polski?”
Chciał odpowiedzieć, ale Kuba go uprzedził
„To nie wiedzie, że on już tam jest jedną nogą?”
„Co?!” – znowu krzyknął ojciec
„Matko, Święta!…Mówcie, dzieci, o co chodzi. Same niespodzianki. Ja już się pogubiłam” – matka niemal się popłakała
„To nie tak…Zaraz jedną nogą w Polsce. Ja tylko…”
„Nie bądź taki skromny” – przerwał mu Kuba – „Szwagier robi karierę w firmie. Jest jakimś szefem do kontaktów handlowych w Polsce…”
„Co za kariera? Jakim szefem?…Mów szybko o co chodzi” – Czkacz zwrócił się do syna
„Ciebie to nie zainteresuje, tato. To nie butik z meblami…”
„Przestań!…Będziesz mi teraz stale przypominał tego łachudrę!”
„Co za łachudrę?” – zaciekawiła się Helenka
„Pamiętasz Karolka z podwórka, córuś?” – zapytała matka
„Pamiętam”
Podczas gdy Czkaczowa opowiadała córce o spotkaniu z Karolkiem w Sztokholmie. Robert opowiadał ojcu o swoim awansie.
„Scania, wiesz, fabryka, w której pracuję, ma w Polsce, w Słupsku, montownię ciężarówek. Od tego roku będziemy montować tam autobusy. Na razie prace na wdrożeniem produkcji idą niemrawo. Zrobiono mnie kierownikiem organizacyjnym. To taka czasowa funkcja. Mam tam zaprowadzić porządek”
„To znaczy przeprowadzacie się do Słupska?…Co z domem tutaj?”
„Nie przeprowadzamy się do Polski. Zostajemy w Szwecji. Erika ma tu dobrą pracę. Mała od przyszłego roku idzie do szkoły. Muszę tam wpadać często na kilka dni. To wszystko. Trudno mówić, że jestem tam jedną nogą”
Resztę dnia spędzili na rozmowach o czekających ich zmianach. Przerywali je tylko na spożycie kolejnych posiłków.
Robert wyjaśnił, że praca w Słupsku nie potrwa dłużej niż trzy, cztery miesiące. Potem zajmie się czymś innym. Ma być odpowiedzialny za kontakty z klientami firmy w Rosji i w krajach Byłego Związku Radzieckiego.
Będzie miał swoje biuro tu, w Szwecji, ale praca wymagać będzie częstych wyjazdów do lokalnych oddziałów sprzedaży firmy w tych krajach.
„Do Polski…Do Polski też będziesz przyjeżdżał?” – dopytywał ojciec
„Teraz, do Słupska tak, a potem nie wiem. Wszystko się może szybko zmienić”
Kuba opowiadał o domu w Konstancinie. Przyznał, że w ostatnim czasie byli trzy razy w Warszawie. Gdy dostali ofertę kupna tego domu pojechali go obejrzeć. Potem jeszcze raz, aby dopełnić wszystkich formalności związanych z kupnem. Zajęło im to trzy dni. Ostatni raz byli miesiąc temu. Wynajęli architekta, który ma przypilnować, aby firma remontowa zrobiła w domu zmiany jakie sobie zażyczyli. Matka miała im za złe, że jej nie odwiedzili w tym czasie.
„Chcieliśmy wam zrobić niespodziankę mamo i zaprosić jak już wszystko będzie gotowe. Kuby mama jeszcze o tym nic nie wie” – usprawiedliwiała się Helenka
Ojca interesowało skąd mają pieniądze na dom pod Warszawą. Przypomniał sobie, że widział w telewizji, że w Konstancinie mieszka sama śmietanka towarzyska z Warszawy. Działki i domy są tam bardzo drogie.
„Nie moglibyśmy sobie pozwolić na kupno domu w Konstancinie. Po prostu nie mamy potrzebnych pieniędzy. To samo dotyczy warsztatu w Warszawie. Ojciec dał na to pieniądze”
Kuba opowiedział, że ojciec jest ciężko chory na raka. Lekarze dają mu najwyżej rok życia.
„Ojciec postanowił, jak to sam określił – posprzątać po sobie. Wyjechał z Polski w 71 szym, jak były nagonki na Żydów i wywalili go z pracy w państwowej firmie „Jubiler”. Matka nie chciała wyjeżdżać. Jest stomatologiem. Pracowała w przychodni na Bałutach. Rozstali się pokłóceni. Zostałem z mamą. Miałem jedenaście lat” – opowiadał Kuba
Czkaczowa znała tą historię od Wiśniewskiej. Wiedziała od niej, że mąż, z którym nigdy nie rozwiodła się, ani razu do niej nie napisał. Pisał tylko od czasu do czasu do syna. Przysyłał też regularnie pieniądze dla niego. To pomogło jej przetrwać, gdy wyrzucili ją z Przychodni.
Dopiero po pół roku zaczęła pracować w szkole jako higienistka.
„Ojciec wyjechał do Rodezji. Tam dorobił się szybko na pośrednictwie w handlu diamentami. Dzięki znajomości rosyjskiego nie miał praktycznie konkurencji z nielegalnymi handlarzami ze wschodu. Niestety. Rodezja w siedemdziesiątych latach nie była politycznie stabilnym krajem. Ojciec przeniósł się do Holandii w 80 tym, tuż przed przejęciem władzy w Rodezji przez opozycyjnych czarnych polityków z Robertem Mugabe na czele i zmianą nazwy państwa na Zimbabwe. Szybko otworzył warsztat szlifowania diamentów, których dostawy sobie zapewnił. Jego brylanty dobrze się sprzedają. Nauczył mnie fachu i wielu, nazwijmy to, sztuczek, które sprawiają, że jestem konkurencyjny na rynku. Niestety zdrowie mu się bardzo pogorszyło. Przekazał mi firmę. Na stare lata ruszyło go sumienie. Ciągle wypytywał się o mamę. Nie zdecydował się jednak z nią skontaktować. Dał nam pieniądze na dom, pod warunkiem, że zamieszkamy w nim z matką. Mamy teraz z tym problem, bo nie wiemy czy będzie chciała zamieszkać z nami w tym domu” – wyjaśnił Kuba
„Nie będzie chciała” – odpowiedziała stanowczo Czkaczowa
„Skąd to wiesz, mamo?” – zapytała zdziwiona Helenka
„Rozmawiam z nią prawie co dzień. Ona dobrze wie co się dzieje u męża i wie, że chce kupić dom dla niej. Nie skojarzyłam, że to ten dom co wy kupujecie”
Zastanawiali się jeszcze jakiś czas skąd matka Kuby ma wiadomości o mężu, ale do niczego nie doszli.
W poniedziałek Wielkanocny zlali wodą Josefinę i siebie nawzajem. Wesoło było. Potem całe popołudnie zmieniali pościel na suchą. Gorzej było z materacami w łóżkach, ale w końcu je jakoś wysuszyli.
Pod wieczór Kuba oznajmił, że mają propozycję, jak to określił – nie do odrzucenia.
„Co takiego? Nowa niespodzianka, zgaduję” – ojciec zapytał podejrzliwie
„Zgadza się” – odrzekła Helenka – „Zabieramy was na tydzień do nas, a potem razem pojedziemy do Polski, zobaczyć, jak idą roboty w Konstancinie”
„To nie możliwe. Mamy bilety na powrót do domu…” – zauważyła matka
„No to co z tego?”
„Przepadną. Szkoda pieniędzy…”
„Jakoś to przeżyjemy” – stwierdził Kuba
„Nie mamy wizy do Holandii. Nie wpuszczą nas” – stwierdził ojciec
„Zostawcie to mnie. Ja się tym zajmę. Musicie tylko chcieć jechać z nami” – Kuba był stanowczy.
„Myślę, że to dobry pomysł” – włączyła się Erika – „Macie już za dużo bagaży, aby zabrać je samolotem. Klucze od Roberta ważą trzydzieści pare kilo. Te narzuty to cała jedna torba no i inne zakupy”
Po przemyśleniu propozycji stanęło na tym, że za dwa dni wyjadą z Kubą i Helenką do Holandii.
Zaraz następnego dnia z rana Kuba zabrał ich do ambasady holenderskiej w Sztokholmie po wizy. Po godzinie wszystko było załatwione.
CZĘŚĆ PIĄTA
Trzynastego listopada 96 go, na pogrzebie Natana Szmycha w Łodzi na cmentarzu na Dołach, nie było dużo ludzi.
Była jego żona Leokadia Wiśniewska, z którą spędził ostatni rok życia, jej przyjaciółka Ziuta Czkacz, matka synowej Leokadii. Był też mąż Ziuty, Antoni. Oczywiście nie mogło zabraknąć syna i żony zmarłego.
Ze Szwecji przyleciał na pogrzeb Robert Antonsson, syn Czkaczów. Niestety żona Roberta, Erika, musiała zostać w domu z chorą córką. Nic poważnego małej nie było. Jesienne przeziębienie, ale nie chcieli męczyć ją podróżą do Polski.
Pogrzeb miał świecki charakter. Zmarły wyraźnie nie życzył sobie być pochowany na cmentarzu żydowskim. Nie czuł się Żydem.
Urodził się w 35 tym w Łodzi. Razem z rodzicami został przesiedlony do Getta w końcu lutego 40 go roku. Rodzice wykorzystali fakt, że jeszcze przez dwa miesiące Getto nie było odizolowane od miasta i przeszmuglowali go do znajomej polskiej rodziny, u której przetrwał okupację. Rodziców nigdy nie odnalazł.
Żonę, Leokadię Wiśniewską poznał w czasie wizyty w przychodni dentystycznej w 58 mym. Pracowała jako początkująca dentystka. Zakochał się w niej, gdy wyrwał mu zdrowego zęba. Przerażona pomyłką bardzo przepraszała. Szarmancko obiecał, że nie złoży na nią skargi, jeśli się z nim umówi na pójście do kina.
Dopiero gdy na poważnie zaczęli mówić o popraniu się, powiedziała mu, że jest Żydówką. Nie wiedziała o tym, do czasu pójścia do Pierwszej Komunii Świętej.
Tuż przed uroczystością rodzice wyznali jej, że nie jest ich rodzoną córką. Dowiedziała się, że w czasie okupacji jej biologiczni rodzice, znajomi Wiśniewskich, tych przybranych rodziców, zostawili ją u nich i wynieśli się gdzieś na wschód.
Wiśniewscy mieszkali w Rzgowie. On był aptekarzem a matka nie pracowała zawodowo. Powiedzieli jej, że jest Żydówką i nazywa się Lea Rossman, ale oni załatwili u księdza w tamtejszej parafii, że została wpisana do ksiąg jako ich córka Leokadia Wiśniewska.
Bardzo ją kochali. Uważa, że miała szczęśliwe dzieciństwo. Posłali ją do akademii medycznej została dentystką. Nigdy nie próbowała odszukać swoich biologicznych rodziców.
Pobrali się 59 tym. W tym samym roku przyszedł na świat ich syn Jakub. Wtedy też zmienili nazwisko na nazwisko panieńskie żony. Natan przyjął imię Anatol. Żyło im się spokojnie i w miarę dostatnio. Nikt z ich otoczenia nie znał ich historii.
A potem przyszedł rok 69 ty i przypomniano im o ich pochodzeniu. Anatol został zwolniony, najpierw z kierowniczego stanowiska, a po roku całkiem z pracy. Zasugerowano mu wyjazd z Polski. Nie miał nic przeciwko temu. Niestety, żona nie zgadzała się na wyjazd. Twierdziła, że nie zrobiła nic, za co miałaby się udawać na banicję.
Wiśniewski poróżniony z żoną opuścił kraj sam. W Rodezji, do której wyjechał wrócił do swojego poprzedniego imienia i nazwiska. Ze względów biznesowych… Tak twierdził.
Teraz, na cmentarzu, gdy już ceremonia pogrzebowa była zakończona, Ziuta Czkaczowa jeszcze raz poczuła się dumna z tego, że się przyczyniła do pogodzenia Wiśniewskiej z mężem.
Przypomniała sobie jak w czasie niespodziewanej wizyty w domu córki i zięcia, w Rotterdamie ponad rok temu poznała Natana Szmycha. Był już poważnie chory i świadom tego, że niewiele życia mu pozostało.
Czkaczowie byli wtedy u dzieci tylko dziesięć dni. W tym czasie Ziuta rozmawiała z Natanem każdego dnia po kilka godzin. Nie, żeby miała w tym jakiś cel. Robiła to po prostu z nudów. Nie wyjeżdżała zwiedzać miasta.
Czuła się nie najlepiej. Pierwszy raz w życiu była poza domem tak długo. Nie była przyzwyczajona do tak intensywnego życia jakie od przyjazdu do syna jej zafundowano. Kiedy Antoś, Helenka i Kuba wyjeżdżali zaraz po śniadaniu na cały dzień na miasto, ona zostawała z Natanem w domu.
Opowiadała mu o Wiśniewskiej, jak żyje co robi, jakie ma problemy ze zdrowiem. Dopiero na dwa dni przed wyjazdem do Polski, zauważyła pewną zmianę w zachowaniu Natana. Przestał ją wypytywać o żonę. Był milczący i jakby nie słuchał tego co do niego mówiła.
Opowiadała mu właśnie o zamieszaniu jakie kilka miesięcy temu spowodowała zapowiadana wcześniej wymiana pieniędzy
„Tak. Wiem. Od pierwszego stycznia zrobili wam denominację” – zauważył
„De…Co? Zresztą nie ważne. Ta wymiana zrobiła dużo zamieszania. Ludzie nie wiedzą tak naprawdę, ile co kosztuje…” – kontynuowała
„Myśli pani, że będzie chciała ze mną rozmawiać?” – przerwał jej nagle pytaniem, które nie zrozumiała
„Co proszę?…O kim pan mówi?” – zapytała zaskoczona
„O Leokadii. Nie wyrzuci mnie za drzwi, jak mnie zobaczy?”
„Nie skąd!” – zapewniła go zaskoczona
Dopiero po chwili zdała sobie sprawę, że nie ma prawa wypowiadać się w imieniu Wiśniewskiej, co więcej, chyba raczej na pewno nie będzie chciała z nim rozmawiać.
Chciała dodać, że właściwie to nie można być tego tak całkiem pewnym. Było już jednak za późno, aby wycofywać się z danej odpowiedzi. Natan uprzedził ją stanowczym
„Jadę z wami do Polski!”
Szli w milczeniu w stronę wyjścia z cmentarza. Każdy zatopiony w swoich wspomnieniach o zmarłym. Czkaczowa przypomniała sobie podróż z Rotterdamu do domu.
Dzieciaki uparły się, żeby pojechać najpierw do Konstancina. Kuba twierdził, że będą na miejscu za trzynaście, może czternaście godzin. To jakieś tysiąc trzysta kilometrów.
Jednak, mimo że Kuby Mercedes jest bardzo wygodny i przestronny to jednak trzy osoby na tylnej kanapie nie mogą się czuć komfortowo w czasie tak długiej podróży. Ze względu na ojca i teściową Kuba musiał zmienić plany. Stanęło na tym, że przenocują gdzieś w połowie drogi.
Wyjechali w środę trzeciego maja przed południem. Zatrzymali się po drodze, aby coś zjeść i rozprostować nogi.
Wieczorem w Poczdamie znaleźli hotel przy autostradzie. Zjedli lekką kolacje i poszli do swoich pokoi. Następnego dnia wyruszyli w drogę zaraz po śniadaniu.
Około drugiej przekroczyli granicę we Frankfurcie nad Odrą. Nie mieli z tym żadnego problemu. Zaraz potem wymienili pieniądze na złotówki. Oglądali z zaciekawieniem nowe pieniądze. Czkacz zaczął im objaśniać, ile teraz za nie można kupić i ile by to kosztowało na stare pieniądze. Szybko w tym się pogubił.
Tylko Natan się nie przejmował pieniędzmi. Miał ze sobą sporą sumę dolarów i książeczkę czekową.
„Po co ci tyle pieniędzy. Jeszcze cię z nich okradną. Jedziemy tylko na tydzień” – zareagował przed wyjazdem Kuba
Natan wziął tylko jedną walizkę na drogę. Niemal w połowie wypełniona była lekarstwami.
W Warszawie zatrzymali się w hotelu Polonia. Mieli zarezerwowane dwa pokoje. Dokupili jeszcze jeden dla Natana. Zameldowali się, zostawili bagaże i poszli na miasto. Z architektem i szefem firmy remontowej umówieni byli w Konstancinie na jutro w południe.
Dom w Konstancinie był prawie gotowy. Poprzedni właściciele wybudowali go w latach sześćdziesiątych. Od tego czasu nic w nim nie było robione. Spadkobiercy nie mogli go sprzedać za pieniądze jakich oczekiwali. Dopiero Kuba i Helenka zauważyli w nim potencjał. Wymagało to jednak solidnej przebudowy. Kosztowało to więcej niż zakup domu.
Nie zawiedli się na remoncie. Wszystko zrobione było według ich życzeń. Pokoje dla matki znajdowały się na parterze z wyjściem na zalesioną działkę. Duży taras na piętrze, podparty dwoma filarami od zachodniej strony, wychodził na podjazd do drzwi.
Dom stał oddalony od ulicy o ponad pięćdziesiąt metrów. Podjazd zakończony był niewielkim klombem. Podjeżdżając samochodem, trzeba ominąć klomb i stanąć bokiem do drzwi. Wolnostojący garaż na dwa samochody był po lewej stronie podjazdu.
Dom był prawie gotowy. Trwały prace porządkowe. Jedynie dwie kuchnie, jedna mniejsza, dla matki i druga zdecydowanie większa otwarta na salon były kompletnie wyposażone we wszystko co potrzeba.
Cztery łazienki też były wykończone zgodnie z oczekiwaniami. Pozostało tylko kupić meble i się wprowadzić. Przyjemność kupowania mebli i wyposażenia domu zostawili dla siebie po przyjeździe do Polski na stałe.
Natan Szmycha zadowolony był z przebudowy domu. Wcześniej widział go tylko na zdjęciach. Z początku był trochę sceptyczny co do wyboru jaki dokonali Kuba i Helenka, ale teraz przyznał, że dom wygląda okazale.
Miał uwagi co do zalesionej działki. Uważał, że jest bardzo zaniedbana. Wydali dyspozycje architektowi, aby wynajął jakiegoś ogrodnika, który zrobi porządek na działce.
Jeszcze przez cztery dni byli w Warszawie. Kuba i Helenka wyjeżdżali do Konstancina wydać polecenia firmie ogrodniczej która znalazła się już następnego dnia, oraz uregulować płatności z firmą remontową. Końcowe rozliczenie z architektem uzgodnili zrobić w lipcu, kiedy to zamierzają przyjechać na stałe. Do tego czasu dom pozostanie pod jego opieką.
W środę dziesiątego maja opuścili hotel i udali się do Łodzi. Atmosfera w samochodzie była napięta. Milczeli przez całą drogę. Chociaż nikt o tym nie mówił, to jednak wszyscy zastanawiali się jak zareaguje Wiśniewska na widok męża.
W końcu około czwartej po południu zajechali przed dom na Zachodniej
„Poczekajcie w samochodzie. Odprowadzimy ojca do mamy i zaraz wracamy” – zwrócił się Kuba do teściów.
Nie protestowali. Gdy zniknęli im z oczu Czkacz zwrócił się do żony
„Zaraz wrócą wszyscy troje…”
„Wypluj te słowa, Antoś”
Mieszkanie Wiśniewskiej znajdowało się na pierwszym piętrze. Wszyscy troje wchodzili po schodach coraz wolniej, jak gdyby chcieli odsunąć w czasie awanturę, której się spodziewali. W końcu stanęli pod drzwiami z wizytówką – Leokadia Wiśniewska.
Kuba nacisnął dzwonek. Chwilę trwało zanim usłyszeli otwierany zamek. Drzwi otworzyły się i ujrzeli w niej matkę ubraną jakby oczekiwała gości. Chwilę patrzyli na siebie bez słowa. W końcu Kuba odezwał się pierwszy
„Dzień dobry, mamo. Odwieziemy tylko Czkaczy do domu i zaraz przyjedziemy się przywitać”
Nie dotarło do niej co powiedział. Patrzyła tylko na męża. Po chwili ciszy, ignorując Kubę i Helenkę rzekła stanowczo do męża
„Wchodź!”
„To my mamo, zaraz…”
Nie zdążył dokończyć. Jak tylko Natan przekroczył próg mieszkania zamknęła im drzwi przed nosem.
Zeszli do auta. Kuba z ulgą ruszył w stronę Teofilowa odwieść teściów. Zatrzymali się przed domem handlowym Teofil. Wysiedli wszyscy. Zrobili podstawowe zakupy, chleb, masło jakieś wędliny, ser i kawałek jakiegoś ciasta.
Potem podjechali pod dom. Pomogli im wnieść bagaże. Nie spieszyli się. Ziuta zaproponowała herbatę. Chętnie się na nią zgodzili. Zjedli ciasto i w końcu stwierdzili, że muszą jechać na Zachodnią.
Gdy wychodzili, matka pobłogosławiła ich znakiem Krzyża
„Boże, spraw, żeby to się dobrze skończyło”
Do drzwi na Zachodniej dzwonili dwa razy, zanim matka je otworzyła. Wyściskali ją przy drzwiach i w końcu przeszli do dużego pokoju
„A gdzie ojciec?” -zapytał zaniepokojony Kuba
„Nie ma go” – odparła niefrasobliwie matka
„Jak to, nie ma?!”
„Wyszedł do sklepu. Zaraz wróci”
W tym samym momencie usłyszeli otwierane drzwi w przedpokoju.
„Jestem już!” – usłyszeli – „Zobaczcie co kupiłem!” – wyciągnął z torby na zakupy butelkę wina – „Co jesteście tacy zdziwieni?…Musimy to uczcić”
„Co uczcić?” – zapytał Kuba
„Zostaję w Łodzi…”
„Jak to, zostajesz w Łodzi?! A mieszkanie w Rotterdamie, twoja choroba. Przecież wziąłeś lekarstwa tylko na kilka dni”
„Wy tam polikwidujecie moje sprawy… A lekarstwa…tu też są lekarze”
„Przecież nie jesteś tu zarejestrowany, nie przyjmą cię w przychodni!”
„Mam pieniądze. Będę się leczyć prywatnie”
„Jutro pójdę z ojcem do doktora Klimczaka. Przyjmuje teraz w spółdzielni na Piotrkowskiej” – oznajmiła matka
Podczas gdy zaszokowany decyzją ojca Kuba nie wiedział co powiedzieć Helenka zaproponowała
„Jedziemy do moich rodziców. Nie będziemy wam przeszkadzać. Macie na pewno dużo do pogadania. Przyjedziemy jutro po południu… Chodź Kuba! Na co czekasz?”
„Tak będzie najlepiej. Jutro pogadamy” – stwierdziła Wiśniewska
„Zaraz!” – zaprotestował ojciec – „Najpierw wypijemy po kieliszku za moją…” – spojrzał na żonę – „Za naszą decyzję”
Doszli wreszcie do bramy cmentarnej. Przez chwilę stali, jakby nie wiedzieli w którą stronę się udać. Czkacz pierwszy ruszył w stronę parkingu. Stał na nim tylko samochód Kuby.
„Dobrze byłoby coś zjeść” – zauważył Kuba
Jedźmy do nas” – zaproponowała Czkaczowa – „Znajdę coś do zjedzenia”
„Nie, mamo…Zjemy w restauracji” – zadecydował Robert – „Jedź, Kuba, do Grand Hotelu”
Gdy siedzieli już przy stole i czekali na zamówione potrawy Kuba zwrócił się do matki
„Nie mogę zrozumieć, dlaczego nie chcieliście przenieść się do nas, do Konstancina”
„On nie chciał. Bardzo chciał umrzeć w naszym mieszkaniu. Mówi, że skoro mieszkamy na cmentarzu, to on chce umrzeć na cmentarzu”
„O jakim cmentarzu mówisz?” – zdziwił się Kuba
„Nasz dom został wybudowany po wojnie na terenie starego cmentarza żydowskiego. Ojciec dowiedział się o tym z książki o Getcie. Kupił ją w antykwariacie. Jak miał jeszcze siłę to chodził niemal codziennie po Bałutach. Zwiedzał opisane w niej miejsca. Nic z tego czasu nie pamiętał. Dzieckiem był przecież wtedy”
„Bardzo dobrze się trzymał. Nie było po nim widać, że jest ciężko chory” – zauważyła Czkaczowa
„Tak. Bardzo pogorszyło się przed miesiącem. Karetka zabrała go do szpitala nieprzytomnego. Poczuł się trochę lepiej kilka dni przed śmiercią” – Wiśniewska zwróciła się do dzieci – „Cieszę się, że zdążył się z wami pożegnać”
„Czy teraz, zgodzisz się przenieść do nas, mamo?”
„Muszę to przemyśleć. Nie będę mogła się spotykać z Ziutą…”
„Jak to, nie będziesz mogła?!” – zaprotestował Czkacz – „Mamy teraz nowy samochód. Będziemy u ciebie w każdą niedzielę”
„Samochód!” – zaśmiała się Helenka – „Polonez Caro… W dalszym ciągu nie wiem, dlaczego nie chciałeś Opla Astry”
„Polonez mnie się podoba!”
Podczas gdy przy stole dyskutowano wszystkie za i przeciw ewentualnej przeprowadzki Wiśniewskiej do Konstancina, Czkacz pogrążył się we wspomnieniach sprzed siedemnastu laty.
Tak blisko był wtedy, wymarzonego Poloneza. Byłby jednym z pierwszych w Łodzi jeżdżących Polonezem
„Boże przenajświętszy!” – pomyślał – „Jak to się wszystko w życiu popierdoliło”
Zaraz się jednak zreflektował
„Chociaż właściwie, może to i lepiej, że tak to wszystko w życiu mi wyszło. Dzieci dobrze ustawione, chociaż mieszkają daleko od domu. Ja i stara, dzięki Bogu trzymamy się zdrowi…No i mam swojego wymarzonego Poloneza!”
Ta ostatnia myśl przeleciała mu przez głowę w jakiś zgorzkniały sposób.
Gdy tak siedział zamyślony Ziuta szturchnęła go w bok
„Antoś! Słyszałeś?”
„Co?”
„Leokadia się zdecydowała”
„Tak, a na co?”
„Jak to na co?! Przenosi się do dzieci”
CZĘŚĆ SZÓSTA
Święta Bożego Narodzenia 1998 go roku były dla Antoniego Czkacza drugimi świętami, które spędzał całkowicie samotnie.
Przypomniał sobie te pierwsze samotne święta, te z 79 go. Dziewiętnaście lat minęło, a on ciągle pamięta atmosferę tamtych świąt, pełną wyczekiwania w napięciu na ważne w jego życiu wydarzenie, które miało po nich nastąpić.
Potem wszystko się zawaliło. Dawno się z tym pogodził. Uważa nawet, że dobrze, że tak się stało jak się stało. Żal mu tylko tej atmosfery wyczekiwania na coś dobrego co ma się stać.
Właściwie to miał jeszcze jedne samotne święta, a raczej nie tyle samotne co bez bliskich. Te w 81 szym w więzieniu w Sieradzu, jak go internowali w Stanie Wojennym.
Nie był sam. Ale był bez rodziny. Było ich kilkunastu w dużej więziennej celi dla chorych. Osadzonych chorych musiano pośpiesznie gdzieś przenieść, aby zrobić miejsce dla internowanych.
Pamięta, że w szafkach przy łóżkach były jeszcze rzeczy poprzednich mieszkańców. Pamięta też, że jego nowi „towarzysze niedoli”, jak ich w myślach nazywał, pełni byli oczekiwania na coś lepszego, co miałby wkrótce nastąpić
„Cieszą się, idioci, na spodziewane zmiany, tak jak jeszcze niedawno ja się cieszyłem. I co? Gówno z tego będzie…spotka ich to samo co spotkało mnie” – myślał, gdy tak obserwował ich z boku.
Tylko on jeden w tym towarzystwie był markotny. Może dlatego, że był wśród nich przypadkowo.
Potem, aż do teraz wszystkie święta spędzał z Ziutą. Po wyjeździe Helenki, często spotykali się z Wiśniewską. Czasami wyjeżdżali do Ziuty siostry. Ale jakoś te więzi rodzinne się urwały.
Dopiero od kilku lat spotykają się w święta w większym gronie.
Pamięta pierwszy wyjazd do Szwecji. Na Wielkanoc. Do syna. Też był w podobnym napięciu i oczekiwaniu na coś dobrego jak wtedy, w 79 tym, z tą różnicą, że tym razem te pozytywne oczekiwania podszyte były niepewnością co do tego, jak zostanie przyjęty przez syna.
Wszystko przebiegło dobrze, lepiej niż się spodziewał. Potem dzieci spędzały święta z nimi w Łodzi. Ciasno było. Helenka z Kubą zatrzymywała się u teściowej a syn ze swoją, jak o Erice zawsze się wyrażał do ludzi, mieszkali u nich.
Dzieciaki nalegały, aby przyjęcia świąteczne robić w restauracjach, aby matka się nie męczyła przygotowywaniami, ale Ziuta się absolutnie nie chciała na to zgodzić. Pomagała jej zawsze Wiśniewska albo ona pomagała jej, jak na święta spotykali się na Zachodniej.
W 96 tym, po śmierci męża Wiśniewskiej i po jej przeprowadzce do Konstancina spędzali Święta Bożego Narodzenia tam właśnie.
Przyjechał syn z rodziną. Nareszcie mogli porozmawiać z wnuczką. Skończyła siedem lat. Okazał się, że zaczęła mówić po polsku. Syn nie chwalił się tym, że mała chodzi na kursy polskiego.
Rozmowa z dziadkami po polsku miała być jej prezentem gwiazdkowym dla nich. I to było właściwie jedyne co im się w tamte święta podobało.
Helenka nie odziedziczyła po matce zdolności kulinarnych, więc święta spędzili w jakiejś miejscowej, eleganckiej restauracji. Ale nie wspominają ich dobrze.
Boże Narodzenie w 97 mym spędzili na smutno.
Po pierwsze, dzieci ze Szwecji, zaraz na początku września, po powrocie z urlopu na Wyspach Kanaryjskich, zadzwonili na ich posiadany od niedawna telefon i odwołali swój przyjazd na święta.
Okazało się, że Erika jest w ciąży. Ma urodzić po Nowym Roku. Nie czuje się najlepiej więc wolą zostać w domu. Mają nadzieję, że rodzice przyjadą na Wielkanoc i zobaczą nowo narodzone dziecko.
Po drugie, spotkało ich coś, czego w najczarniejszych myślach by się nie spodziewali.
Na początku listopada Helenka odeszła od Kuby. Bez słowa ostrzeżenia. Bez pożegnania z rodzicami i teściową. Wiśniewska była akurat z wizytą u nich w Łodzi.
Przyjechała na Święto Zmarłych, na groby swoich przybranych rodziców. Groby są na cmentarzu w Rzgowie. Zawsze jechali tam razem. Potem chodzili po łódzkich cmentarzach. Odwiedzali groby krewnych Czkaczów. Wiśniewska zostawała zwykle na dzień lub dwa u nich.
Tak samo było i tym razem. Drugiego listopada zadzwonił Kuba i oznajmił im, że Helenka go rzuciła. W piątek, ostatniego dnia października razem odwieźli Wiśniewską na pociąg do Łodzi. Po jej odjeździe Helenka przypomniała sobie, że musi jeszcze wykonać trochę prac papierkowych w swoim gabinecie okulistycznym. Kuba ją tam zawiózł i wrócił do Konstancina. Helenka miała wrócić taksówką.
Kiedy do drugiej w nocy nie mógł się z nią połączyć wsiadł w samochód i pojechał pod gabinet. Wszystko było zamknięte. Już miał jechać na policję i zgłosić zaginięcie żony, kiedy dostał od niej telefon
„Gdzie jesteś, kochanie?!” – zdążył zapytać
„Nie szukaj mnie. Odchodzę od ciebie” – oznajmiła – „Nie pytaj, dlaczego. To nie twoja wina, wyjeżdżam z Hubertem z Polski”
„Co się stało?!…” – zdążył krzyknąć zanim przerwała rozmowę
Próbował przez kilkanaście minut się z nią połączyć, zanim zorientował się, że wyłączyła telefon.
Po tej wiadomości od Kuby, wsiedli w samochód i pojechali do Konstancina. To była pierwsza jazda Czkacza, podczas której łamał niemal wszystkie przepisy Prawa o Ruchu Drogowym. Ziuta ani razu nie upomniała go
„Jedź wolniej, Antoś”
Na miejscu zastali kompletnie załamanego Kubę. Powiedział im, że przejrzał garderobę Helenki. Dużo rzeczy brakuje. Zniknęła też jej biżuteria i sporo gotówki. Na szczęście na wspólnym koncie mają niewiele pieniędzy i jak na razie są nie ruszone.
Opowiedział im jeszcze raz o telefonie od niej. Więcej rozmów nie było
„Kto to jest ten Hubert?” – zapytała Wiśniewska
„Nie wiem. Znaliśmy tylko jednego Huberta… Na studiach. Kilka miesięcy temu wspomniała coś o jakimś Hubercie co przyleciał z Nowej Zelandii. Nie zwróciłem na to uwagi. Teraz sobie o tym przypomniałem”
Zostali jeszcze dwa dni w Konstancinie. Kuba próbował się coś dowiedzieć. Dowiedział się tylko, że Helenka sprzedała gabinet kilka tygodni wcześniej. Nowy właściciel za uzyskany spory upust ceny zobowiązał się siedzieć cicho do połowy listopada.
Czkaczowie wrócili do domu sami. Ziuta była kompletnie załamana. Po dwóch dniach jej mąż zadzwonił do Szwecji, aby powiadomić syna o całej sprawie.
„Tak. Wiem o tym tato od kilku tygodni. Helenka wydzwaniała do nas po kilka razy dziennie. Prosiła o radę…”
„To, czemuś nas o tym nie zawiadomił?!” – przerwał mu wściekle ojciec
„Prosiła, aby to zostało między nami…” Czkacz bez słowa przerwał rozmowę.
Boże Narodzenie spędzili z Wiśniewską na smutno.
Obie matki niemal całe święta płakały. On większość czasu spędził w kuchni gotując się z wściekłości.
Piątego marca 98 go zadzwonił telefon. odebrała go Ziuta. Siedział nad gazetą w kuchni. słyszał, jak żona rozmawia
„Cieszę się synuś”
„—-”
„Ile?…3750 i 52 centymetry… to duża dziewczynka”
„—-”
„Tak. Przekaże ojcu…Masz jakąś wiadomość od Helenki?”
„—-”
„Trudno. Pozdrów Erikę i Josefinkę”
W Wielki Czwartek dziewiątego kwietnia, miał odwieś Ziutę do Warszawy na samolot do Sztokholmu. On nie miał ochoty lecieć. Wiedział, że się nie opanuje i zepsuje im Wielkanoc.
Wstał o siódmej. Mieli pojechać zaraz po śniadaniu. Przyszykował wszystko zajrzał do sypialni. Jeszcze spała
„Wstawaj, matka. Nie mamy za dużo czasu”
Wrócił się do kuchni zdjąć gwiżdżący czajnik z kuchenki. Zaparzył herbatę. Spojrzał na zegarek
„Co sobie ona wyobraża, że będę jechał jak wariat?”
Poszedł do sypialni. Szarpnął energicznie za ramię. I wtedy zauważył, że Ziuta nie żyje. Na pogrzeb przyleciał syn ze Szwecji. Zamieszkał w hotelu. Spotkali się na cmentarzu.
Była Wiśniewska i Kuba. Przyjechała też siostra Ziuty z mężem z Suwałk. Po pogrzebie został sam. Pożegnał się ze wszystkimi na cmentarzu.
Nikt nie miał czasu na pójście do restauracji. Wszystkim się bardzo spieszyło.
Bardzo się zaniedbał po śmierci żony. Nie odbierał telefonów. Z nikim się nie widywał. Podziękował Kubie za zaproszenie do Konstancina. Obiecał przyjechać. Nie przyjechał.
We wrześniu dostał list od syna. Robert martwił się, że ojciec nie odbiera telefonów. Pisał, że z dziećmi wszystko w porządku, z nimi też. Dostał fantastyczną pracę. Będzie miał kluczową rolę organizacyjną przy stworzeniu fabryki autobusów Scanii w Petersburgu.
Podpisał kontrakt na trzy lata. Muszą się tam przenieść jeszcze w październiku. Swój dom w Södertälje już wynajęli na trzy lata. Erika jest na urlopie macierzyńskim, więc nie ma problemu, aby z nim wyjechać. Josefina ma już zapewnione miejsce w angielskiej szkole dla dzieci dyplomatów i innych pracowników z zagranicy.
Mają już wynajęte piękne duże mieszkanie w centrum Petersburga w dzielnicy zamieszkałej przez obcokrajowców.
Nie zamierzał odpisywać na ten list. Jednak w listopadzie zmienił zdanie. Zadzwonił na telefon podany w liście. Powiedział, że chciałby przyjechać do nich, do Petersburga. Robert się ucieszył. Powiedział mu co i jak ma załatwić, aby uzyskać rosyjską wizę wjazdową. Obiecał kupić bilet lotniczy.
Przez dwa następne dni doprowadzał się do porządku. Ogolił się zrobił pranie poszedł do fryzjera. W końcu zdecydował się pojechać do Konsulatu Rosji w Warszawie. Konsulat, dowiedział się mieści się w budynku Ambasady przy Belwederskiej.
Zaraz po wejściu do środka został skierowany do działu wizowego. Tam wziął numerek do urzędnika przyjmującego wnioski o wizę. Przed nim były trzy osoby. W poczekalni na stołach znajdowały się formularze wizowe i instrukcję mówiące jak należy je wypełnić.
Po pól godzinie miał wszystko wypełnione Tak jak mu mówił syn, miał ze sobą kilka fotografii paszportowych. Po następnej pół godzinie przy drzwiach urzędnika zapaliła się lampa z jego numerkiem.
Wszedł do środka. Od razu go poznał. Mimo minionych dwudziestu prawie lat dobrze pamiętał tą twarz. Siedzący przy biurku mężczyzna też go poznał. Przyglądał się mu chwilę po czym zapytał
„Słucham. W czym mogę pomóc?”
„Przyszedłem po wizę na wjazd do Rosji” – odpowiedział i położył na biurku wypisane wnioski i paszport.
Urzędnik wziął paszport do ręki i zaczął go przeglądać z ciekawością
„Towarzysz Czkacz wybiera się do Rosji. A w jakim celu?”
„Napisałem we wniosku. Jadę do syna”
„Czy to ten sam co nas ośmieszył i został w Szwecji?” – złowieszczym głosem zapytał Szymański Zdzisław, były sekretarz od spraw kadrowych byłego Komitetu Wojewódzkiego PZPR w Łodzi
„To było bardzo dawno temu. Dużo się od tego czasu zmieniło…” – odparł Czkacz, ale już wiedział, że jest niedobrze
„Nie tak dużo jak myślicie towarzyszu Czkacz…” – wysyczał Szymański
Teraz był już pewien, że sprawa się rypła
„Panie Czkacz… Bardzo proszę” – nachylił się nad biurkiem opierając się o nie, obydwiema rękoma – „Nie jestem twoim towarzyszem, czerwony sługusie”
Szymański zrobił się czerwony na twarzy. Był bliski wybuchu. Opanował się jednak, świadom tego, że wszystko co dzieje się w tym pokoju jest rejestrowane przez kamery i mikrofony.
Odetchnął głęboko i spokojnym głosem odezwał się do Czkacza
„Szanowny panie Czkacz. Każdy ma prawo złożyć u nas wniosek o wizę. Konsul rozpatrzy pana wniosek. Zapewniam pana jednak, że zrobię wszystko, aby pan tej wizy nie dostał…Po odbiór paszportu proszę zgłosić się za tydzień”
Wyszedł bardzo wzburzony. Był do tego stopnia zdenerwowany, że przez dłuższy czas nie mógł sobie przypomnieć, gdzie zostawił Poloneza. Gdy go w końcu odnalazł, gnał do domu z maksymalną prędkością jaką mógł z niego wydusić.
Dwa razy o mało nie spowodował wypadku. W domu, nie ściągając nawet kurtki i butów, od razu zadzwonił do syna. Powiedział mu, że nie przyjedzie, bo nie dostał wizy i że to jest przez niego, że już raz mu życie złamał zostając w Szwecji i że teraz to stare przewinienie znowu w niego uderzyło.
Jednym słowem pokłócili się. Na koniec rzucił do telefonu wściekłe – Wesołych Świąt! I przerwał połączenie.
Potem jakby wyszło z niego powietrze. Nie chciało mu się wstać od stołu. Przesiedział tak, niemal bez ruchu do czwartej nad ranem. Może siedziałby dłużej, ale stopy w niewygodnych nieco butach zaczęły go bardzo boleć. Spuchły bardzo. Ledwo ściągnął te buty. O mało się nie przewrócił próbując dojść do łóżka.
Położył się na kołdrze nie rozbierając się. Około jedenastej obudził go telefon. Ledwo do niego doszedł. Bolesny skurcz chwycił go w lewym podudziu.
Podniósł słuchawkę krzywiąc się z bólu
„Tato chciałem…”
„Odpierdol się ode mnie!” – przerwał brutalnie i rzucił słuchawkę.
Potem wyjął sznur telefonu z gniazdka.
Te kilkanaście dni do świąt przesiedział w domu. Dwa razy zszedł do sklepu kupić trochę chleba i coś do jedzenia. Kupił też trzy półlitrówki wódki, ale nie zdecydował się jej wypić
„Będzie na święta” – powiedział do siebie ironicznie.
W Wigilię wieczorem usiadł przy stole, otworzył butelkę wódki nalał do szklaneczki, wypił i przypomniał sobie Święta Bożego Narodzenia sprzed dziewiętnastu lat. Też spędzał je samotnie.
Potem wróciły wspomnienia przełomowych chwil w jego życiu, jakie po tamtych świętach go spotkały.
Otworzył drugą butelkę. Nagle zerwał się i pijackim krokiem doszedł do telefonu. Chwilę trwało zanim udało mu się wetknąć wtyczkę do gniazdka. Niemal natychmiast odezwał się dzwonek telefonu.
Dzwoniła Wiśniewska z życzeniami świątecznymi i z pretensjami, że nie można się było do niego dodzwonić. Potem składał mu życzenia Kuba.
„Panie Antoni, siedzi pan tam sam. Niech pan przyjedzie do nas. Razem spędzimy te święta”
„Kuba, jutro przyjadę. Obiecuję. Wypiłem okapeńkę i teraz nie mogę. Jutro przyjadę”
W pierwszy dzień Świąt obudził się około południa. Wykąpał się i ogolił… Ubrał się i chciał coś zjeść na śniadanie. Doszedł do lodówki. Ale ból głowy sprawił, że z obrzydzeniem pomyślał o jedzeniu.
„U nich zjem. Jak ją znam to przyszykowała kupę żarcia” – pomyślał
Pół godziny później jechał w stronę Strykowa. Na wysokości Rogów wyprzedzał sznur samochodów. Gdy już je wyprzedził wracał na prawą stronę drogi. „Złapał” pobocze. Zakręciło samochodem i uderzył bokiem, od strony kierowcy w przydrożne drzewo.
Polonez owinął się dookoła drzewa. silnik wyleciał z samochodu i przeleciał ze dwadzieścia metrów zatrzymując się w pobliskich krzakach.
Samochody które przed chwilą wyprzedzał zatrzymały się. Kierowcy podbiegli udzielić pomocy, ale natychmiast się cofnęli.
Jeden stanął z boku i zaczął wymiotować Drugi odsunął się z niesmakiem
„Nie ma co zbierać. Miazga”
„Jest tam ktoś jeszcze?”
„Chyba był sam. Trudno ocenić”
„Panie! Leciał jak wariat. Chyba ze sto pięćdziesiąt! Właśnie mówiłem żonie, że wariat zaraz się rozbije”
„Pewno się spieszył do rodziny na święta…Taka tragedia”
KONIEC