PODRÓŻ DO POLSKI
(Opowiadanie niezmyślone)

Ósmego tygodnia roku tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego szóstego mogliśmy pierwszy raz od czterech lat wybrać się do Polski. Ósmy tydzień jest tradycyjnie tygodniem ferii zimowych dla młodzieży szkolnej w Szwecji, wypada w połowie lutego.

Nasz czternastoletni syn nie musiał brać zwolnienia z zajęć szkolnych, aby z nami pojechać. Na to, że wybraliśmy ten termin wpłynęły także inne czynniki. Kilka miesięcy wcześniej dostaliśmy szwedzkie obywatelstwo. Od tego momentu posiadaliśmy zarówno polskie jak i świeżo nabyte szwedzkie. To podwójne obywatelstwo nie przeszkadzało nam…Do czasu.

Co prawda z chwilą otrzymania szwedzkiego, dostaliśmy również informację, że w razie wyjazdu do kraju pochodzenia, czyli do Polski, nie będziemy podlegać ochronie prawnej Królestwa Szwecji, ponieważ strona polska nie uzna naszego nowego obywatelstwa tak długo, dopóki będziemy obywatelami Polski. Próba wjazdu do Polski ze szwedzkim paszportem, będzie traktowana jako nielegalna, a posiadanie przez obywatela polskiego paszportu innego państwa jest przestępstwem i podlega karze.

Nie to jednak przesądziło o tym, że postanowiliśmy zrezygnować z obywatelstw polskiego. Wystosowałem do Konsulatu PRL u w Sztokholmie pismo, w którym informowałem, że ze względu na uzyskanie obywatelstwa szwedzkiego, ja, moja żona i syn zrzekamy się obywatelstwa polskiego. Wysłałem to listem poleconym i uważałem sprawę za zamkniętą.

Kilka dni później dowiedziałem się jak bardzo się mylę. W liście podpisanym przez Konsula PRLu, poinformowano mnie uprzejmie, że polskie prawo nie przewiduje czegoś takiego, jak zrzeczenie się obywatelstwa. Należy złożyć wniosek z prośbą o zwolnienie z obywatelstwa, w celu umożliwienia starania się o inne. W naszym przypadku, informował dalej Konsul, każdy z członków rodziny składa osobno taką prośbę. Za nieletnie dzieci prośba podpisana musi być przez obojga rodziców. Dowiedziałem się również, że nawet nasza córka, poczęta i urodzona w Szwecji musi „prosić” o zwolnienie jej z polskiego obywatelstwa. Skąd Konsulat wiedział o naszej córce, pozostało dla nas tajemnicą.

Ale co to miało za znaczenie, kiedy władze PRLu wspaniałomyślnie zapewniały, że każdy członek rodziny dostanie swój dokument zaświadczający o zwolnieniu z obywatelstwa, jeśli o to wystąpi. Taki dokument, pisano dalej, Konsulat wydaje bezpłatnie. Brzmiało to zachęcająco. Wypełniliśmy załączone blankiety z wnioskiem, podpisaliśmy za dzieci i wysłaliśmy do Konsulatu.

Po kilku dniach przysłano je z powrotem z informacją, iż złożenie takiego wniosku wymaga uiszczenia opłaty skarbowej za pomocą znaczków skarbowych w wysokości, o ile dobrze pamiętam, około dziesięciu tysięcy koron szwedzkich od każdego członka rodziny. Dla porównania podam, że nasza prawie nowa Toyota kosztowała niemal tyle samo co ta opłata za naszą rodzinę.

Przypadkowo dowiedziałem się, że mój przyjaciel, który z takiego samego powodu co ja, znalazł się w Oslo, dostał z rodziną obywatelstwo norweskie, nie złożył „prośby” o zwolnienie z polskiego i pojechał z rodziną do Polski na swoich polskich paszportach.

Wszystko było dobrze do czasu, gdy znaleźli się w Świnoujściu i chcieli wejść na prom do domu. Nie stawiano im przeszkód, ale ich niespełna siedemnastoletni syn został na granicy zatrzymany. Dowiedzieli się, że jego wyjazd z polski jest niemożliwy, ponieważ wkrótce czeka go odbycie zasadniczej służby wojskowej i zachodzi podejrzenie, że wyjazd z kraju może być próbą uchylenia się od takowej służby.

Po przeszło trzech miesiącach tak zwanej cichej dyplomacji, władze norweskie uzyskały dla niego pozwolenie na wyjazd do Norwegii. Były to oczywiście, szykany. Pewna forma ukarania jego ojca za opozycyjną działalność w Polsce.

Nie wiem, czy nie spotkałoby to samo naszego syna. Dlatego zdecydowaliśmy się na złożenie wniosków z „prośbą” o zwolnienie z obywatelstwa. Uzyskaliśmy je w styczniu osiemdziesiątego szóstego. Mogliśmy jechać do Polski jako Szwedzi.

Po tych czterech latach w Szwecji nasza sytuacja ustabilizowała się. Może dlatego, że w przeciwieństwie do uchodźców z Chile, którzy przybyli do Szwecji tuż przed nami, założyliśmy z góry, że do komunistycznej Polski już na stałe nie powrócimy. Oni natomiast żyli cały czas „na walizkach”. Czekali tylko na upadek Pinocheta i powrót do kraju. Nie mieli motywacji do tego, aby się asymilować w Szwecji.

Myśmy postanowili asymilować się jak najszybciej, Mówiąc my mam na myśli nie tylko naszą rodzinę, ale większość naszych rodaków, którzy przybyli do Szwecji z tych samych powodów co my. Na pewno ułatwił nam to fakt, że nasze fizjonomie i ogólny wygląd nie różni się specjalnie od wyglądu przeciętnych Szwedów. Chilijczycy nie mieli tak łatwo.

Po ośmiu miesiącach od przybycia do Szwecji dostałem stałą pracę w hucie SSAB, czyli Svensk Stål Aktiebolag. Po polsku: Szwedzka Stal Spółka Akcyjna.

Jedna z hut tej spółki znajduje się w Oxelösund, małej miejscowości na wschodnim wybrzeżu, w której wylądowaliśmy po przybyciu z Polski. Zacząłem pracować w niej jako pierwszy reperator, czyli ślusarz.

Żona dostała pracę jeszcze wcześniej. Jako dyplomowana nauczycielka wychowania przedszkolnego, została nauczycielką w przedszkolu, czy jak kto woli, przedszkolanką w przedszkolu, w którym było dużo dzieci, naszych przybyłych z nami rodaków. Została zatrudniona jako pomoc językowa dla tych dzieci. Pracowała tam do chwili narodzin naszej córki.

Po urlopie macierzyńskim nie chciała wracać do przedszkola. Cholera ją brała z powodu totalnego braku jakiejkolwiek dyscypliny. Dzieciom absolutnie wszystko jest wolno robić, z wyjątkiem upuszczania krwi innym dzieciom…No, może przesadzam trochę, ale na pewno nie dużo.

Helena zaczęła pracować w fabryce na taśmie. Szybko stała się działaczką związkową. Maleńką, ale zawsze. Potrafiła walczyć o to do czego była przekonana. W przeciwieństwie do Szwedów nie boi się konfliktów. Jako związkowiec potrafiła dużo załatwić dla innych.

Moja praca „na podłodze” jak się to tu mówi, czyli na warsztacie, trwała niecałe dwa lata. W zakładowej gazetce wyczytałem, że do działu konstrukcyjnego, poszukiwany jest konstruktor mechanik z wieloletnim doświadczeniem w konstruowaniu urządzeń i maszyn hutniczych.

W Polsce pracowałem głównie jako konstruktor maszyn dla przemysłu włókienniczego, miałem też kilku letnie doświadczenie z pracy w odlewni. Udało mi się przekonać mojego przyszłego szefa, że w zasadzie maszyny włókiennicze nie różnią się tak bardzo od maszyn hutniczych. To nie żart. Od strony konstrukcyjnej ich olbrzymia różnorodność nie różni się od różnorodności maszyn hutniczych, co sprawia że konstruktor bardzo szybko potrafi przystosować swoje myślenie i pracę do nowej branży.

Ponieważ mój przyszły szef miał nóż na gardle, z powodów wleczących się projektów, przyjął mnie na ośmiomiesięczny okres próbny. Miałem bardzo dobrą sytuację. Formalnie zostałem „wypożyczony” z warsztatu. Gdybym się nie sprawdził jako konstruktor, mogłem wrócić na warsztat.

Sprawdziłem się i przepracowałem na różnych stanowiskach związanych z konstruowaniem ponad trzydzieści jeden lat.

Tuż przed uzyskaniem szwedzkiego obywatelstwa. Szef oznajmił nam, że Zarząd Huty zadecydował, iż najbliższy Remont Główny Wielkiego Pieca nr. 4, od strony inżynieryjno-konstrukcyjnej wykonamy własnymi siłami, bez udziału konsultantów z zewnątrz. Dostaliśmy na to duże pieniądze. Mój szef został Głównym Projektantem, mnie przydzielił stronę mechaniczną oraz chłodzenie pieca.

Zanim przydzielił nam zadania chciał wiedzieć, czy zgadzamy się na pracę latem, czyli w okresie tradycyjnie urlopowym. Każdy kto ma w rodzinie dzieci ma prawo wymagać przyznania mu urlopu latem.

Zdążyłem się już nauczyć, że nie zawsze opłaca się domagać tego do czego ma się prawo. Lepiej być bardziej elastycznym i dochodzić do porozumienia. Tak było i tym razem. Obiecałem szefowi, że nie ma problemu, będę pracować latem.

W przeciwieństwie, do zwyczajów które znałem z Polski, wystarczyła umowa między nami „na gębę”. Gdybym ją złamał i mimo wszystko zażądał urlopu latem, to nikt by mi nie powiedział złamanego słowa. Dostałbym ten urlop, ale już na długo lub na zawsze mógłbym zapomnieć o interesujących zadaniach w przyszłości.

Prace przy projektowaniu ruszyły ostro z kopyta. Pracowaliśmy nie rzadko po dwanaście godzin lub dłużej. Każdego ranka składaliśmy raporty z postępu prac. Któregoś razu przyniosłem ze sobą pismo jakie dostałem z od urzędu odpowiedzialnego za nabór poborowych do odbycia służby wojskowej.

Informowano mnie o tym, że jako obywatel Królestwa Szwecji podlegam obowiązkowi odbycia zasadniczej służby wojskowej. W piśmie poinformowano mnie, że taki obowiązek ciąży na każdym kto nie ukończył czterdziestego roku życia. Jednocześnie wyrażono przypuszczenie, że jako trzydziestosiedmiolatek mogę nie czuć się komfortowo wśród dużo młodszych poborowych, dlatego proponują mi abym złożył podanie o umożliwienie zamiany tego obowiązku na odsłużenie go w dobrowolnych organizacjach paramilitarnych.

Do pisma dołączony był stosowny blankiet i koperta. Należało tylko postawić krzyżyki w odpowiednich miejscach, podpisać i wysłać. Jako załącznik znalazłem dwustronicową listę wspomnianych organizacji, takich jak na przykład: łącznościowcy, kluby właścicieli koni wyścigowych, kluby samochodziarzy, motocyklistów, Różnego rodzaju zespoły sanitarne, radioamatorzy, przewodnicy górscy i turystyczni, służby porządkowe i kierujące ruchem drogowym oraz wiele innych. Niektóre nawet groźnie brzmiące. Deklaracja chęci przynależenia do którejś z nich wiązała się z koniecznością odbycia stosownych szkoleń. Najczęściej wieczorowych. Należało zakreślić swój pierwszy wybór i dwa rezerwowe.

Gdy rano, jak zawsze, szef „wyspowiadał” mnie z tego co już zrobiłem stwierdził

„Doskonale. Teraz przyszykujesz zmiany w…”

„Chwileczkę Örjan” – przerwałem mu – „Chyba będziesz musiał przydzielić moje zadania komuś innemu”

Spojrzał na mnie zaskoczony z wyraźnym niepokojem w oczach

„Muszę odbyć służbę wojskową…”

„Co?!” – przerwał mi przerażony

„Popatrz na to” – podałem mu pismo

Wyrwał mi je z ręki. Zaczął zachłannie czytać. Po chwili jeszcze raz przeczytał

„Na szczęście nie musisz. Podpisz tylko i będziesz miał spokój” – powiedział odprężony

„Wiem, że nie muszę…Ale to przecież nie wypada. Szwecja dała mi azyl, a ja miałbym odmówić bronienia jej w razie potrzeby…Nie. Nie mogę tak postąpić…”

„Co ty pieprzysz?!” – przerwał mi – „Masz ważniejsze sprawy do zrobienia…Podpisuj… Teraz. Ja to wyślę”

„Wiesz, nie wiem, czy wypada?”

Inni w grupie już się zorientowali, że się z niego nabijam i zaczęli rechotać. On też się zorientował

„Dobra, dobra. Udało ci się mnie nastraszyć, zawału mogłem dostać. Jednak chcę abyś to przy mnie wypełnił i podpisał” – powiedział

„Nie wiem, co wybrać z tej listy” – odpowiedziałem niezdecydowany

„Wybierz to, to i to” – wskazał mi trzy pozycje

„Tam nie będą mnie chcieli. Trzeba mieć przygotowanie i pewne predyspozycje…”

„Znam cię i wiem, że masz potrzebne predyspozycje… Wstawię się za tobą. Przyjmą cię na szkolenia. Dasz radę”

W ten sposób „wywinąłem” się od wojska.

W „nagrodę” za pójście mu na rękę mogłem w lutym wziąć tydzień urlopu i pojechać do Polski.

Przez cały styczeń i tą część lutego do naszego wyjazdu, pogoda w środkowej Szwecji była łagodna i w zasadzie bez śnieżna. Mieliśmy przeprawić się na drugą stronę Bałtyku promem z Trelleborgu do Sassnitz na wyspie Rügen w NRD.

Dlaczego przez NRD? Mieliśmy przecież bliżej do Nynäshamn a stamtąd „tylko” osiemnaście godzin promem do Gdańska lub jechać dalej do Ystad i promem do Świnoujścia. Ominęłaby nas w ten sposób przyjemność jazdy przez NRD.

Powód naszego wyboru był bardzo prozaiczny. Pieniądze. Po tych wszystkich opłatach skarbowych wpłaconych do Konsulatu PRLu. mieliśmy bardzo mało pieniędzy na wymarzoną podróż. Co prawda wydatek na paliwo do samochodu zwiększył się bardzo, ale po przeliczeniu wszystkich ewentualnych kosztów alternatywnych dróg podróży, ta przez NRD wypadła najtaniej.

Mieszkaliśmy wtedy w Nyköping. Odległość z Nyköping do Trelleborgu wynosi niemal 550 km. Prom odpływał o godzinie dwudziestej drugiej w piątek. Normalnie spokojna jazda zajmuje jakieś siedem godzin. Ponieważ jechaliśmy z synem i dwuletnią wtedy córką, wyjechaliśmy z domu ze sporym marginesem czasowym, bo już o trzynastej. Skończyłem tego dnia pracę w południe. Samochód był już spakowany poprzedniego dnia.

Zaraz po wyjeździe z domu rozpętała się zamieć śnieżna, ograniczająca widoczność chwilami do mniej niż stu metrów. Taka pogoda towarzyszyła nam całą drogę do promu. Do przystani promowej przyjechałem w ostatniej chwili przed odpłynięciem promu. W tym czasie Helena nie posiadała Prawa Jazdy, więc całą tą drogę prowadziłem sam.

Ponieważ wjeżdżaliśmy jako jedni z ostatnich, obsługa skierowała nas na pokład kolejowy. Musiałem zaparkować samochód tuż za wagonem kolejowym w taki sposób, że zderzak wagonu, tak zwany bufor znajdował się nad maską auta, tuż przed szybą. Do tego bezpośrednio pod autem znajdowała się maszynownia promu.

Po wjeździe na prom poczułem, że jestem totalnie wykończony. Na wypoczynek miałem cztery godziny. Tyle trwa przeprawa do Sassnitz. Na tak krótką podróż nie wykupiliśmy kabiny pasażerskiej. Uzgodniłem z żoną, że zostanę w aucie i się zdrzemnę. Ona za to weźmie dzieci i nasze paszporty i uda się do recepcji po wstemplowanie przez urzędników NRD wizy tranzytowej.

W chwili odpłynięcia promu, hałas silników pod podłogą bardzo się nasilił. Opuściłem oparcie fotela i mimo hałasu poczułem, że zasypiam. Jednak, gdy prom wypłynął poza falochrony portu zaczęło nim mocno bujać.

Jestem do pewnych granic odporny na chorobę morską i to bujanie nie przeszkadzało mi. Coś innego wpłynęło na to, że nie mogłem przez długi czas zamknąć oczu. Kiwanie się wagonu kolejowego, było tego przyczyną.

Miałem wrażenie, że jego bufor lada moment rozbije szybę auta. Cofnąć samochodu nie mogłem. Za mną, niemal zderzak w zderzak zaparkowany był inny samochód. Myślę, że w końcu usnąłem około dwunastej. Pamiętam, że zanim usnąłem spojrzałem na zegarek. Było za kwadrans północ.

Obudziło mnie pukanie w szybę drzwi

„Nie wolno przebywać na pokładzie samochodowym w czasie podróży!” – upomniał mnie pracownik pokładowy promu

Przyznałem mu rację. Wyjaśniłem, że jestem bardzo zmęczony i chcę się przespać. Swoje wyjaśnienie poparłem banknotem dwudziestokoronowym. Myślę, że mój senny, zmęczony wygląd sprawił, iż nie czepiał się mnie więcej.

Nasza podróż odbywała się na długo przed tragiczną katastrofą promu Estonia, po której to katastrofie bardzo zaostrzono rygory dotyczące przestrzegania zakazu przebywania w samochodach. Do tego czasu obowiązywały one też oczywiście, ale na ich nieprzestrzeganie patrzono przez palce.

Następne pukanie w szybę obudziło mnie pół godziny później. Tym razem była to Helena z dziećmi. Dosyć zdenerwowana oznajmiła

„Dwie godziny stałam z dziećmi w kolejce po te cholerne wizy i w końcu je wstemplowali. Ale tylko w nasze paszporty. Ty musisz udać się tam osobiście”

„Kurwa Mać” – zareagowałem szeptem ze względu na dzieci

„Zgadzam się z tobą, ale nie masz wyjścia. Zostaję z dziećmi w samochodzie. Magda już jest nie przytomna i leci mi przez ręce. Marcinowi też dużo nie brakuje…No, idź już. Tam jest kolejka. Powodzenia” – odpowiedziała.

Odebrałem od niej paszport i udałem się po wizę.

Stając w kolejce jako ostatni, zdecydowałem, że po zjeździe z promu zatrzymam się na jakimś parkingu i zdrzemnę się z godzinkę. Czekając na dojście do okienka wypełniłem leżące obok na półce blankiety deklaracji celnych. Były dosyć skomplikowane, ale na szczęście w kilku językach, między innymi po szwedzku.

Prom cumował już w porcie w Sassnitz, kiedy odchodziłem od okienka, w którym dosyć ponurzy urzędnicy z NRD wstemplowywali wizy tranzytowe w szwedzkie i norweskie paszporty turystów udających się na narty do austriackich kurortów.

Miałem już wizę i karteczkę z informacją, którą trasą tranzytową mam jechać do Przejścia Granicznego w Kołbaskowie i że absolutnie nie wolno oddalać się z tej trasy, oraz że na granicy muszę być najpóźniej o godzinie siódmej rano. Pod spodem były odnośniki do całej masy przepisów prawnych Niemieckiej Republiki Demokratycznej.

Do samochodu wróciłem, kiedy był już czas opuścić prom. Zjeżdżaliśmy tyłem przez ten sam wjazd, na rufie którym dostaliśmy się na statek.

Na zewnątrz padał spokojnie, dużymi płatkami śnieg. Zaskoczyło mnie bardzo słabe oświetlenie portu. Miałem jeszcze w pamięci obraz portu po szwedzkiej stronie. Różnica była kolosalna. Ale nie tylko oświetlenie różniło te dwa porty.

W Sassnitz po zjeździe z promu jechało się krętą drogą, częściowo wykutą w skale do kontroli paszportowej odległej o kilkaset metrów. Po lewej stronie, mimo słabego oświetlenia widać było stare kamienice. Niektóre stały tyłem do drogi i nie posiadały okien. Te które stały przodem miały okna zamurowane w dosyć niedbały sposób. Zatrzymałem się nawet na chwilę, aby wyjaśnić Marcinowi ten enerdowski fenomen, ale natychmiast wyłonił się z ciemności żołnierz z pistoletem maszynowym i silną latarką

„Reisepass bitte” – usłyszałem

Podałem paszporty. Przekartkował je, zaświecił latarką po naszych twarzach. Magda się rozpłakała

„Schnell raus!” – odpowiedział ostro oddając paszporty.

Muszę przyznać, że byłem mimo nieco ostrego języka dosyć pozytywnie zaskoczony. Ostrzegano mnie, że kontrola paszportowa w NRD jest dosyć skomplikowana i męcząca a tu poszło tak szybko.

Ujechaliśmy może z pięćdziesiąt metrów do następnego zakrętu i zaraz za nim zatrzymała nas stojąca kolejka samochodów jadących przed nami.

Tym razem dwóch żołnierzy z pistoletami maszynowymi i latarkami sprawdzało paszporty podróżujących. Gdy jeden z nich zbliżył się do nas spróbowałem mu moim szkolnym niemieckim wyjaśnić, że już przeszliśmy kontrolę paszportową. Zauważyłem, że się uśmiechnął na chwilę a po chwili wyuczonym, władczym głosem odezwał się

„Reisepass bitte”

Momentalnie zdałem sobie sprawę, że nie ma sensu dyskutować. Pozytywny wizerunek enerdowskiej kontroli paszportowej jaki przez kilka minut miałem, prysnął jak bańka mydlana. Czekała nas jeszcze jedna taka kontrola. Dopiero po niej podjechaliśmy do nieco lepiej oświetlonego budynku, a właściwie kiosku.

Marcin siedzący obok mnie podał do okienka w kiosku nasze paszporty. Przez oszklony kiosk widzieliśmy jak umundurowany urzędnik przegląda nasze paszporty, notuje coś w nich i chyba kopiuje.

Nie widzieliśmy biurka, za którym siedział, ale wyraźnie było widać, że odwraca otwarte paszporty okładką do góry i kładzie na coś co było dla nas niewidoczne. Czekał chwilę a potem robił to samo z pozostałymi paszportami. Gdy już się z tym uporał odnotował coś na boku a potem nachylając się do okienka powiedział

„Schnell raus”

Zaskoczony, nie odjeżdżałem czekając aż nam zwróci paszporty

„Schnell, schnell raus!” – usłyszałem ponownie

Już zamierzałem wdać się w jakąś dyskusję, ale Marcin zwrócił się do mnie

„Tato, zobacz! Od tego kiosku idzie jakiś kanał do tego tam dalej. To może być taśmociąg”

Miał rację. Dwadzieścia metrów dalej stał podobny kiosk a przed nim żołnierz z pistoletem maszynowym dający nam znaki, aby do nich podjechać.

Okazało się, że nasze paszporty już tam są. Jeszcze chwilę zabrało wstemplowywanie nowych pieczęci i kontrolę paszportową mieliśmy za sobą.

Ale nie celną.

Kawałek dalej, pod wiatą pasażerowie samochodu jadącego przed nami pakowali z powrotem do auta walizki i narty. Gdy już się z tym uporali przyszła kolej na nas.

Musieliśmy wysiąść z samochodu. Magda ponownie się obudziła i rozpłakała. Widziałem jak wściekła jest Helena i jakie mogące zabić spojrzenia rzuca na celników. Nie zrobiły one jednak na nich żadnego wrażenia.

Po przekazaniu im wypisanych jeszcze na promie deklaracji celnych i ustnym zapewnieniu, że nie wwozimy broni, materiałów wybuchowych ani żadnych wydawnictw z państw ościennych nakazali nam wyładować bagaże. Zadowolili się otwarciem tylko jednej torby podróżnej. Ich uwagę przykuło opakowanie samochodziku zabawki sterowanego radiem.

Był to prezencik dla synka znajomych, których zamierzaliśmy odwiedzić w Polsce. Dowiedzieliśmy się, że do NRD nie wolno wwozić radiowej aparatury nadawczej. Niestety, zabawkę musieliśmy oddać do depozytu. Dostaliśmy stosowne pokwitowanie i pouczenie, że będziemy mogli ją odebrać w drodze powrotnej do Szwecji.

Było dobrze po trzeciej w nocy, gdy wyjeżdżaliśmy z Sassnitz na drogę prowadzącą do Stralsund które leży już na stałym lądzie. Jechać tą drogą to tak jakby przenieść się wlata trzydzieste dwudziestego wieku.

Jest połowa lutego. Noc. Temperatura na pewno kilka stopni poniżej zera. Pogoda bezwietrzna i spokojnie padający śnieg. Pada chyba od niedawna. W świetle reflektorów widać, że praktycznie nie ma go na powierzchni drogi, ale jedzie się bardzo ciężko. Droga jest kręta i dużymi odcinkami wiedzie przez las, nie ma pobocza. Tuż przy jej brzegach rosną drzewa o pniach mających średnicę około metra. Chyba dęby.

Profil drogi jest wyraźnie łukowaty, to znaczy na środku wysoki i opadający na obydwie strony w kierunku rosnących tam właśnie drzew. Nawierzchnia zrobiona z kostki bazaltowej. Ulubiony budulec niemieckich drogowców używany w latach trzydziestych. Zimą jedzie się po niej bardzo ciężko. Trzeba trzymać się środka drogi.

Mimo prędkości w okolicach sześćdziesięciu kilometrów na godzinę czuję wyraźnie, że samochód ma tendencję do zsuwania się z drogi. Cały czas muszę aktywnie temu przeciwdziałać. Jestem w ciągłym napięciu. Przestało mi się chcieć spać. Wiem, że to niebezpieczne złudzenie, ale nie ma gdzie się zatrzymać. Co kilka kilometrów zakazy zatrzymywania się. Nawet jakbym chciał je złamać, to po prostu fizycznie nie ma miejsca na zatrzymanie się.

Ruch drogowy praktycznie nie istnieje. Jesteśmy sami na drodze. Dziwi mnie to, bo przecież samochody które z nami zjechały z promu muszą jechać tą drogą. Innej w stronę lądu stałego niema. Wywnioskowałem, że cała ta kolumna rozciągnęła się bardzo i jedzie z taką samą prędkością co ja.

Z przeciwka tylko raz nadjechał jeden samochód. Miał bardzo słabe światła. Jechał, tak jak ja środkiem. Myślałem, że kiedy się zbliżymy do siebie to każdy z nas zjedzie bardziej na swoją prawą stronę.

Zrobiłem to, ale kierowca z przeciwka nie zmienił kierunku. Jechał w dalszym ciągu środkiem. W ostatniej chwili zjechałem jeszcze bardziej na prawo zjeżdżając z kostki między drzewa. Samochód niebezpiecznie pochylił się na prawą stronę. Zatrzymałem się spocony. W czasie mijania zauważyłem, że była to bardzo duża ciężarówka wysoko zawieszona. Jej koła były szerokie i wysokie prawie tak jak nasze auto

„Co się stało? Dlaczego stoimy?” – zapytała właśnie zbudzona Helena

„Nic się nie stało. Zjechałem na bok, żeby przepuścić wariata jadącego z przeciwka”

Nic nie odpowiedziała. Dzieciaki spały. Wrzuciłem jedynkę, aby wydostać się na drogę. Mimo napędu na cztery koła nie dałem rady. Koła buksowały, samochód ustawiał się bokiem do drogi, bardzo pochylony do tyłu. Okazało się, że był tam niewielki, niewidoczny rów. Obudziłem Marcina

„Pomóż wypchnąć samochód” – poprosiłem

Starał się bardzo, ale nie dał rady. Do pomocy dołączyła Helena. Też nie pomogło. Zacząłem instruować Marcina co ma robić, jak zasiądzie za kierownicą. Wydawało mi się, że dam radę wypchnąć auto na drogę.

Na szczęście od strony Sassnitz nadjechał samochód. Zatrzymał się przy nas. Zauważyłem przypięte narty na dachu. Wysiadło z niego czterech młodych mężczyzn. Szwedzi. Zaoferowali pomoc.

Po chwili auto było na drodze. Podziękowałem, odjechali. Wszyscy troje byliśmy ufajdani śniegiem. Zanim weszliśmy do auta zaczęliśmy się z niego otrzepywać. W między czasie zatrzymały się jeszcze trzy samochody, dwa ze Szwedami, jeden z Norwegami. Wszyscy pytali się czy nikomu nic się nie stało i oferowali pomoc. Uspakajaliśmy ich, mówiąc, że wszystko jest OK.

Po kilkunastu minutach pojechaliśmy dalej. Nie minęło dwadzieścia minut, kiedy natknęliśmy się na stojące przed nami samochody, te które nie tak dawno nas mijały. Przed nimi, w świetle reflektorów widzieliśmy wyciąganie spomiędzy drzew, dużej, częściowo rozbitej ciężarówki przez dwie takie same.

Wyszedłem z auta, aby się przyjrzeć. Kierowcy z samochodów przede mną też to zrobili. Niemal natychmiast pojawili się przy nas żołnierze z automatami i po rosyjsku zażądali abyśmy wrócili do samochodów, po czym przy każdym samochodzie pozostał jeden przez cały czas operacji wyciągania ciężarówki na drogę.

Trwało do ponad pół godziny. Zauważyłem, że te ciężarówki wyglądają tak jak ta która mnie zmusiła do zjazdu z drogi. Były na nich rosyjskie napisy. Marcin zapytał mnie

„Dlaczego są tu ruscy żołnierze?”

„Widzisz, synuś. Wyspa Rügen na której się teraz znajdujemy, jest nazywana największym sowieckim lotniskowcem na Bałtyku. Oni są tu po to, aby przynieść nam, to jest, mieszkańcom Zachodniej Europy wyzwolenie od kapitalizmu”

Zanim Marcin zdążył się odezwać zareagowała Helena

„Co ty za głupoty pieprzysz dziecku?! Takich bzdur to on się dosyć nasłucha w szwedzkiej szkole od swoich czerwonych nauczycieli. Wyjaśnij mu wszystko jak trzeba. Niech wie o co chodzi”

Miała rację. Jak pracowała w przedszkolu bardzo oburzyło ją, kiedy pewnego dnia w kwietniu, dokładnie dwudziestego drugiego kwietnia osiemdziesiątego trzeciego, panie nauczycielki urządziły dzieciom obchody sto trzynastej rocznicy urodzin wielkiego, jak to podkreślały, człowieka, Vladimira Lenina.

Ostro zaprotestowała przeciwko temu. Jej koleżanki były autentycznie zaskoczone jej reakcją. Nie rozumiały, jak można mieć coś przeciwko Leninowi.

Potem dowiedziała się, że za plecami zaczęto nazywać ją faszystką.

Wziąłem sobie słowa żony do serca i przez resztę drogi do Stralsund udzieliłem Marcinowi lekcji historii najnowszej.

Było już dobrze po czwartej jak opuszczaliśmy Stralsund kierując się w stronę Greifswald. Do Kołbaskowa miałem jeszcze około dwustu kilometrów. Wiedziałem, że do siódmej nie dojedziemy tam.

Czułem się potwornie zmęczony. Droga zrobiła się o wiele lepsza, ale za to zaczęła się zamieć śnieżna. Jadąc przez las zauważyłem znak drogowy informujący o parkingu za dwa kilometry. Postanowiłem zatrzymać się tam i w końcu zdrzemnąć się z godzinkę. Szybko tam dojechaliśmy.

Zanim wyłączyłem silnik, spojrzałem na zegarek. Za dwadzieścia piąta. Wyszedłem się wysikać. Po powrocie do auta zamknąłem zamki drzwi od wewnątrz aby nikt nie mógł je otworzyć od zewnątrz. Nie mogłem pochylić oparcia fotelu, ale nie przeszkodziło mi to w natychmiastowym zaśnięciu.

Łomotanie w dach samochodu sprawiło, że natychmiast szeroko otworzyłem oczy i w tej samej chwili zostałem skutecznie oślepiony światłem latarek skierowanych w twarz. Ktoś mocno szarpał klamki drzwi. samochód się rozkołysał. Magda się obudziła i zaczęła głośno płakać.

W pierwszej chwili pomyślałem, że to napad. Chwilę trwało zanim się zorientowałem, że to Policja Ludowa NRD próbuje nas obudzić, co im się nadzwyczaj szybko udało.

Otworzyłem drzwi. zauważyłem stojący obok policyjny Wartburg. Zanim zdążyłem cokolwiek powiedzieć usłyszałem

„Raus!.. Kein Camping hier!”

„OK! Warten Sie bitte eine Minute”

„Keine Minute!… Schnell raus!”

Nie było sensu dyskutować. Z ociąganiem zaczęliśmy szykować się do odjazdu. Spojrzałem na zegarek. Właśnie minęła piąta. Spałem dwadzieścia minut. Policjanci wrócili do samochodu. Włączyłem silnik, zacząłem regulować położenie fotela. Miałem nadzieję, że odjadą. Nic z tego. Czekali aż ruszymy Jechali za nami kilka kilometrów. Nie zauważyłem, kiedy zniknęli.

Całe to zdarzenie sprawiło, że się rozbudziłem. W Greifswald zauważyłem otwartą stację benzynową. Miałem wystarczająco paliwa, aby dojechać do Polski, ale chciałem wyprostować nogi. Helena poszła z Magdą do toalety. Ja z Marcinem udałem się kupić coś słodkiego.

Dużego wyboru nie było. Marcin wybrał jakieś batoniki, ja dwie butelki wody mineralnej i kilka paczuszek herbatników. Chciałem zapłacić kartą. Nic z tego. Tylko gotówką można.

Nie mieliśmy enerdowskich marek. Nie przewidziałem konieczności ich posiadania. Mieliśmy ze sobą korony szwedzkie i dolary.

Sprzedający, młody chłopak, był sam za ladą. Nie chciał ani koron, ani dolarów. Trudno. Położyliśmy przed nim na ladzie to co zamierzaliśmy kupić. Skierowaliśmy się do wyjścia. Zatrzymał nas gestem. Rozejrzał się w koło bojaźliwie. Na ladzie palcem nakreślił trójkę i symbol dolara. Dałem mu banknot pięciodolarowy. Szybko go schował ciągle rozglądając się na około.

Dalsza droga przebiegała bezproblemowo. Szybko minęliśmy Anklam. Na drodze pojawiły się pierwsze samochody. W małych miejscowościach na przystankach autobusowych zaczęli się gromadzić ludzie.

Minęła siódma, kiedy zbliżaliśmy się do Prenzlau. Zostało jeszcze mniej niż pięćdziesiąt kilometrów. Zrobiło się już całkiem jasno. Śnieg przestał padać.

„Ciekawe czy ktoś się przyczepi, że przyjeżdżamy po wyznaczonym czasie?” – zastanawiałem się.

Nikt się nie czepiał. Na granicy czekała nas kolejka. Nie duża. Kilkanaście samochodów. Nic się nie działo. Dopiero przed dziewiątą Niemcy zaczęli odprawę. Dla nas było to coś nowego.

Gdy przyszła nasza kolej musieliśmy wyjść z samochodu. Otworzono tylko największą torbę. Pogranicznik nie znalazł w niej ukrytego człowieka. Nic innego w tej torbie go nie interesowało. Sprawdził dokładnie bagażnik. Potem długim, sztywnym szpikulcem zaczął przebijać siedzisko tylnej kanapy

„Dobrze, że nie mamy skórzanej tapicerki” – zauważyła Helena – „Zniszczyłby ją, łobuz”

Drugi z pograniczników nakazał otworzyć wlew paliwa. Wsadził w niego długi, pręt z elastycznego, giętkiego plastyku, chyba ponad metr udało mu się wepchnąć. Poruszał nim chwilę, wyjął go i gestem nakazał zamknąć wlew.

Usłyszałem chichot Marcina. Spojrzałem w jego kierunku. Rozbawił go widok sporego lustra na dwóch maleńkich kółkach, z długim uchwytem. Przy kółkach umocowane były dwie latarki skierowane do góry. Lustro zamocowane było w ten sposób, że znajdowało się tuż nad asfaltem.

Operator tego pojazdu wprowadził go pod nasz samochód. Przyciskiem na uchwycie włączył latarki, które oświetliły spód samochodu. W lustrze, bez nachylania się można było dostrzec, że nikt nie próbuje opuścić tych lepszych Niemiec wisząc pod samochodem.

„Widzisz, Marcinku, potrzeba matką wynalazków. Ucz się… Piękny przyrząd”

Powiedziałem to do syna po polsku. Operator tego wózka spojrzał na nas zażenowany. Chyba znał polski.

Dalej poszło już łatwiej. Po polskiej stronie należało wypełnić deklarację celną, a w niej wypisać wwożone przedmioty wartościowe takie jak aparaty fotograficzne, kawior (?) pieniądze w walutach obcych i biżuterię

„Nie ta którą ma się na sobie” – uspokoił żonę celnik

W mój paszport wpisał, że wjeżdżam do Polski, samochodem marki Toyota, model Tercel 4WD. Pouczył mnie, że muszę tym samym samochodem opuścić Polskę.

Dostałem ulotkę z informacją, ile dolarów muszę wymienić na złotówki w urzędzie obok, licząc po minimalnej ilości na osobę i każdy dzień pobytu. W tym samym urzędzie nabyłem kupony na paliwo, również licząc ilość litrów na dzień pobytu. I to było wszystko.

Około dziesiątej, głodni i nie wyspani ruszyliśmy w stronę Gorzowa Wielkopolskiego. Nie udało nam się kupić nic co by się nadawało do zjedzenia. Wszystkie mijane punkty „zbiorowego żywienia” były pozamykane. Chyba ze względu na wczesną porę.

W mijanych, nielicznych wiejskich sklepikach można było kupić tylko Paprykarz Szczeciński. Raz mieliśmy możliwość kupienia kawałka wędzonej w papryce słoniny. Bardzo lubię taką słoninę i już miałem ją kupić, ale zauważyłem, że muchy też ją bardzo lubią. Zrezygnowałem z kupna. Co będę odbierał stworzeniom ostatni kawałek pożywienia.

Głodni jechaliśmy dalej. Dzieci zajadały się enerdowskimi batonikami i herbatnikami. Ja z Heleną pocieszaliśmy się, że może w większym mieście znajdzie się jakaś otwarta restauracja.

Na pociechę mieliśmy również piękną pogodę, która przywitała nas po wjeździe do Polski. Bardzo słonecznie. Śnieg przestał padać. Bezwietrznie. Temperatura według termometru w samochodzie minus trzy stopnie.

Zaraz po przekroczeniu granicy, jadąc przez zabudowane tereny wiejskie doszedł do naszych nosów znajomy zapach. To zapach dymu unoszącego się z kominów mijanych domostw. Bardzo charakterystyczny zapach palenisk opalanych węglem kamiennym.

W Szwecji tego niema. Stare domy nigdy nie były i nie są opalane węglem. W tym czasie, kiedy przybyliśmy do Szwecji, prawie wszystkie stare domy ogrzewane były olejem opałowym. Piękne piece kaflowe są najczęściej zachowane i od czasu do czasu opala się je drewnem. Czystym, często dobrze wysuszonym drewnem. Nie tak jak w Polsce, gdzie spotkałem się z opalaniem takich pieców starymi deskami podłogowymi, jakimiś zaoliwionymi resztkami palet, czy, o! zgrozo! Starymi podkładami kolejowymi, nasączonymi różnymi rakotwórczymi smołami.

Zapach dymu wydobywającego się z kominów opalanych czystym drewnem różni się bardzo od zapachu dymu pochodzącego od węgla Muszę przyznać, że ten dym węgielny w jakiś sposób nas rozczulił. Nawet Marcin sobie go przypomniał.

„A co lukta?” – zapytała mieszanym polsko-szwedzkim językiem nasza córka.

Kręciła przy tym z niesmakiem głową i zasłaniała rączką nos. Słowo „lukta” można tłumaczyć jako pachnie, lub pachnie nieprzyjemnie. W zależności od kontekstu.

Nie mieliśmy wątpliwości, że zapach dymu z palenisk węglowych jej nie odpowiadał. Helena tłumaczyła jej, że to od węgla, ale mała nie wiedziała co to jest. Stanęło na tym, że pokażemy jej jak węgiel wygląda i że nawet dostanie kawałek do zabawy.

O tej porze dnia ruch samochodowy był już znaczny. Można było jechać szybciej, nawet przekraczając na niektórych odcinkach nieznacznie dozwoloną prędkość. Niestety, byłem skutecznie hamowany przez jadących z przeciwka kierowców.

Migali światłami ostrzegając mnie przed radarową kontrolą prędkości. Zwalniałem wtedy i ku mojemu zdziwieniu ani razu takowej kontroli nie zauważyłem. W końcu zaczęło mnie to irytować i zastanawiać

„Może chodzi im o coś innego?”

Taka myśl zaczęła chodzić mi po głowie. Wkrótce się potwierdziła. Ale zanim się dowiedziałem jaki jest powód mrugania do mnie światłami, wjechałem na stację benzynową, aby zatankować samochód.

Na tablicy z cenami szukałem znanego mi ze Szwecji symbolu benzyny bezołowiowej. Zaniepokojony zauważyłem, że nie ma go na tablicy. Niedobrze.

Przed podróżą mówiono mi, że w Polsce nie na wszystkich stacjach jest dostępna taka benzyna. W osiemdziesiątym szóstym była to jeszcze nowość i stosunkowo niedużo samochodów jeżdżących po Polsce wymagało takiego paliwa.

Wszedłem do sklepiku i podszedłem do sprzedawcy zapytać się, gdzie jest najbliższa stacja benzynowa sprzedająca benzynę bezołowiową

„Ślepy pan, czy co?” – uprzejmie zapytał sprzedawca – „U nas pan kupi”

Zaskoczony zapytałem z którego dystrybutora mam nalewać. Sprzedawca spojrzał na mnie podejrzliwie

„No, co pan. Pierwszy raz pan tankuje?”

„W Polsce, pierwszy” – odpowiedziałem

Chyba dotarło do niego, że jestem z zagranicy, bo po chwili namysłu odpowiedział

„Z tego z przekreślonym Pb”

W tym momencie dotarło do mnie, że widziałem takie oznaczenie na tablicy przed stacją.

„Kurczę. Powinienem odpocząć.”

Zmęczenie sprawiło, że nie skojarzyłem przekreślonego symbolu ołowiu z benzyną bezołowiową. Po zatankowaniu i zapłaceniu wsiadłem do samochodu i włączyłem silnik. Już ruszałem, kiedy podbiegł do mnie gość z samochodu stojącego naprzeciwko

„Panie! Światła ma pan włączone!” – zwrócił mi uwagę

„No, tak” – dotarło nagle do mnie – „To o to im chodziło, jak mrugali światłami…Przecież w Polsce niema obowiązku jazdy w dzień na światłach. Uczynni kierowcy próbowali zwrócić mi uwagę na niepotrzebnie włączone światła”

Podziękowałem za zwrócenie uwagi i spróbowałem poszukać wyłącznika świateł. Nie mogłem go znaleźć.

Ten samochód miałem od niedawna. Nigdy nie potrzebowałem wyłączać świateł w dzień. W Szwecji od dawna jest obowiązek jazdy całą dobę na światłach. Sprzedawane tam samochody wyposażone są w automatykę włączającą światła przy starcie silnika. W niektórych można w prosty sposób wyłączyć tą automatykę, w innych jest to bardziej skomplikowane. Tak było właśnie w moim.

Nie udało mi się wyłączyć świateł. Dopiero kilka dni później całkiem przypadkowo znalazłem odpowiedni przycisk pod kierownicą. W każdym razie wiedziałem już, dlaczego kierowcy do mnie mrugają. Przestałem się tym przejmować.

Kilka kilometrów za stacją benzynową zatrzymaliśmy się na całkiem przytulnym leśnym parkingu. Postanowiliśmy przespać się trochę. Niestety, nie było nam to dane. Nikt nas stamtąd nie przeganiał. Po prostu nie mogliśmy zasnąć. Nie mieliśmy ochoty na spanie. Najmniej ochoty miała Magda. Bardzo się ożywiła i nudziła. Dawała temu wyraz powtarzając znużonym płaczliwym głosem pytanie

„När kommer vi framme?” – „Kiedy przyjedziemy na miejsce?”

Helena siedząca z nią na tylnej kanapie próbowała ją zabawiać. Ruszyliśmy w dalszą drogę.

Wkrótce wjechaliśmy do Gorzowa Wielkopolskiego. Przejeżdżając przez miasto zauważyliśmy otwarty Bar Mleczny. Marcin się ucieszył, bo przypomniał sobie leniwe z serem które zawsze mu smakowały.

Nie było problemu z zaparkowaniem auta tak aby mieć je na oku. Po chwili wszyscy czworo wchodziliśmy po wysokich schodach do korytarza starej kamienicy, w której znajdował się ten Bar.

Wejście do niego było z tego korytarza na prawo. Wchodząc do korytarza nasze nosy powiedziały nam, że wejście na lewo prowadzi do publicznej toalety.

Bar był dopiero co otwarty i nie było w nim klientów. Panie w okienku spojrzały na nas nieco zdziwione i zanim zdążyliśmy cokolwiek powiedzieć dowiedzieliśmy się, że nic nie ma do jedzenia. Będzie coś dopiero za godzinę.

Helena poprosiła, że może znalazłoby się coś dla dzieci. Jeszcze dzisiaj nic nie jadły. Może panie zrobiłyby jakąś jajecznicę lub omlet. Kusiła pieniędzmi, mówiąc, że dobrze zapłacimy. Nic z tego. Jajka są wyliczone i muszą starczyć do zaplanowanych na dzisiaj porcji.

Ale na szczęście jest jeszcze trochę zupy szczawiowej od wczoraj i są wczorajsze bułki. Dzisiejszych jeszcze nie dowieźli.

„Dobrze. Niech będzie ta zupa, cztery porcje i bułki”

Podczas gdy podgrzewała się wczorajsza zupa, niemiecka woda mineralna pognała mnie i Marcina do toalety. Po przejściu na drugą stronę korytarza pchnąłem drzwi z napisem „toaleta”. Mało brakował a dostałbym nimi po głowie. Wisiały na jednym zawiasie i gdy je pchnąłem pochyliły się w moją stronę. Tylko refleksowi Marcina, który je przytrzymał zawdzięczam, że na mnie nie spadły.

Po uporaniu się z drzwiami, i krótkiej chwili potrzebnej na przyzwyczajenie wzroku do panujących tam ciemności rozjaśnionych nieco, wiszącą wysoko pod sufitem żarówką o mocy, zgaduję, nie większej niż piętnaście Watt i do tego tak upstrzoną przez muchy, że jej dolna część była nieprzepuszczająca światła, ujrzeliśmy ciekawy widok.

Podłoga zalana była w całości cieczą. Bardzo chciałem wierzyć, że to woda, ale nos mówił mi coś innego. W cieczy tej leżało kilka cegieł. Były prawie całkowicie zanurzone.

Pomieszczenie to było wąskie i długie. Po jednej stronie były kabiny a naprzeciw nich tak zwane szczalniki, czyli używając języka bardziej literackiego pisuary. Jakoś jednak w tym wypadku miałem opory w użyciu języka literackiego.

Cegły na podłodze były tak ułożone, że można było po nich dojść do tych pisuarów. Marcin stanął przy pierwszym z brzegu, ja przy następnym.

Gdy z dosłownie, zapartym tchem robiliśmy swoje, ogarnąłem wzrokiem pomieszczenie toalety.

Ściany musiały być malowane jeszcze za Niemców. Piękna brązowa farba bardzo korespondowała do przeznaczenia tego pomieszczenia. Farba łuszczyła się wielkimi płatami i tworzyła ciekawą strukturę przestrzenną na ścianie. Sufit, też się łuszczył i był troszkę tylko jaśniejszy od ścian.

Nie zdążyłem ocenić walorów estetycznych kabin, ponieważ napawanie się widokiem aranżacji tego pomieszczenia przerwał mi histeryczny śmiech Marcina.

Otóż, zauważył on, że, nazwijmy to jednak poprawnie, pisuar, przy którym stoję nie miał rury która łączyłaby go z otworem kanalizacyjnym znajdującym się w ścianie. Wszystko co z niego wypływało, w zawirowany sposób rozpryskiwało się pod pisuarem w ten sposób, że znaczna część z tego spryskiwała moje jasne spodnie.

Przypuszczam, że moje zafascynowanie tym lokalem sprawiło, że nie czułem ochlapywania nóg. Po wyrażeniu mojej opinii na temat tego co mnie spotkało, za pomocą kilkunastu słów powszechnie uważanych za niecenzuralne wróciliśmy do baru.

Gdy wchodziłem, Helena spojrzała na mnie. Zauważyłem w jej oczach coś jakby rozpacz. Pomyślałem, że przesadza. Ostatecznie zachlapane spodnie to nie tragedia. Zmienię je przy najbliższej okazji jak wyjedziemy z miasta.

Szybko dowiedziałem się, że nie spodnie były powodem jej zmartwienia. Zamówiona zupa szczawiowa nie nadawała się do jedzenia. Miała wygląd i strukturę wody, w której wykręcano ścierkę po umyciu podłogi.

W każdym talerzu tej zupki pływało jedna czwarta jajka na twardo o dosyć podejrzanym kolorze.

Marcin, który dopiero co przestał się śmiać, znowu wybuchnął śmiechem

„Nie dam tego dzieciom” – stwierdziła Helena.

Chciałem spróbować. Ostatecznie wygląd nie świadczy jeszcze o smaku

„Nie jedz tego!…Kto nas dowiezie do domu?!”

Chciałem zażądać zwrotu pieniędzy, ale Helena mnie powstrzymała

„Daj spokój. Grosze to kosztowało. Szkoda nerwów”

Wróciliśmy do auta. Zabraliśmy tylko te suche bułki. Przez resztę drogi do Łodzi Magda mozolnie żuła jedną z nich. Jedyną dobrą stroną naszej wizyty w tym barze było to, że Magda zajęta życiem bułki przestała marudzić i po jakimś czasie zmęczona usnęła.

Dalsza droga do Łodzi przebiegła bez zakłuceń. Na Kozinach, na ulicy Pietrusińskiego 38, u mojej mamy, znaleźliśmy się wczesnym wieczorem.

Byliśmy zmęczeni, brudni i głodni. Czakała nas tam prawdziwa uczta. Po jedzeniu byliśmy jeszcze bardziej zmęczeni.

Wykąpaliśmy się i mimo, że mieliśmy zaplanowane na ten wieczór odwiedzić jeszcze parę osób, zrezygnowaliśmy z tego.

Z odwiedzaniem krewnych i przyjaciół to nam totalnie nie wyszło. Przed wyjazdem zaplanowaliśmy sobie kogo i kiedy odwiedzimy. Mieliśmy nadzieję posiedzieć sobie u odwiedzanych po max dwie godziny i jechać do następnych.

Zawiadomiliśmy ich listownie którego dnia i o której godzinie przybędziemy. Zostawiliśmy sobie po godzinie rezerwy między wizytami, tak na wszelki wypadek.

Całe to nasze planowanie okazało się totalną klęską. Następnego dnia, już u pierwszej rodziny utknęliśmy do wieczora.

Zastaliśmy bogato zastawiony stół, gospodarzy, ich dzieci z rodzinami i jakiś znajomych. Nie sposób było wyjśc po dwóch godzinach. Ledwo wymigałem się od picia alkocholu

„Ze mną się nie napijesz?!”

„Nie mogę, jestem samochodem”

„A co to ma do rzeczy?”

Tego dnia odwiedziliśmy tylko trzy rodziny mimo, że zaczęliśmy tuż przed południem. W następnych dniach nie było lepiej.

Nasza wizyta w Łodzi zbliżała się ku końcowi. Nie mieliśmy nic czasu dla siebie. Piękne plany na spacer po mieście, pokazanie Marcinowi Muzeum Sztuki i pójście może do teatru wzięły w łeb.

Nic nam się nie udało zrealizować. No, może z wyjątkiem obiecanego węgla dla Magdy. Dostała go już następnego dnia wieczorem i potem każdego dnia, aż do wyjazdu do Szwecji.

Co prawda nie dostała go w kawałku do zabawy, tylko taki kupiony w aptece do przeciwdziałania problemom żołątkowo-brzusznym.

Potwierdziła się stara prawda, że takie małe dziecko nie powinno zajadać się bigosem. Właściwie, wiedzieliśmy o tym, ale nie sposób było jej go odmówić.

U każdego kogo odwiedzaliśmy był bigos. Magda bardzo szybko nauczyła się słowa bigos i jak tylko doszedł do niej zapach bigosu bardzo stanowczo się go domagała.

Miłość do bigosu pozostał jej do dzisiaj, ale na szczęście nigdy więcej nie powtórzyły się problemy trawienne.

Wyjazd do domu nastąpił zgodnie z planem i bez sytuacji które by nas zaskoczyły. Na drogę dostaliśmy duże zapasy jedzenia, tak że nie musieliśmy korzystać z żadnych punktów „zbiorowego żywienia” ani wczasie przejazdu przez Polskę, ani przez NRD.

Przekraczanie granic też nas nie zaskoczyło. Wszystko odbyło się tak jak poprzednio z tym, że poszukiwanie ludzi ukrytych w zbiorniku na paliwo, pod samochodem lub w kanapie odbywało się przed wjazdem na prom.

W Sassnitz przypomnieliśmy sobie o samochodziku zabawce który musieliśmy zostawić w depozycie. Dowiedzieliśmy się, że musimy napisać podanie o zwrot depozytu, ale nie otrzymamy go teraz ponieważ magazyn depozytów czynny jest tylko do południa. No i oczywiście należy zapłacić za przechowywanie depozytu.

Opłata ta jak się dowiedzieliśmy kilkukrotnie przekraczała wartość zabawki. Nie muszę mówić, że nie zdecydowaliśmy się odbierać depozytu.

Już na promie poczuliśmy się jak w domu. Marcin ucieszył się, że nareszcie może zjeść szwedzkie jedzenie, Magda chciałą bigos. Helena obiecała jej zrobić jak tylko zajedziemy do domu. Nie bała się składać dziecku takiej obietnicy. Mieliśmy ze sobą roczny zapas węgla.

Reszta drogi przebiegła bezproblemowo. W domu czekała na nas teściowa i nasz pies którym się opiekowała podczas naszej nieobecności.

Następnego dnia czekała na nas praca. Życie zaczęło toczyć się swoim normalnym biegiem.

Kilka wieczorów po powrocie poświęciliśmy na analizowanie naszej podrózy. Stwierdziliśmy, że popełniliśmy kilka błędów, których popełnienia w przyszłości musimy unikać.

Po pierwsze nie jechać przez NRD, mimo że jest to tańsza droga. Po drugie, nie obiecywać, ludziom że do nich wpadniemy z wizytą i po trzecie, nie dawać Magdzie bigosu.

Przyszłość pokazała, że to ostatnie postanowienie jest niemożliwe do wykonania.

KONIEC

Leave a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *