KOLEKCJONER

Waldek Szymczak wyszedł z mieszkania Kazimierczaka po dziesiątej wieczorem. Wychodził ostrożnie. Delikatnie zamknął za sobą drzwi i przez chwilę stał nieruchomo na klatce schodowej.

Była cisza, tylko zza drzwi sąsiedniego mieszkania słychać było przytłumione dialogi filmu z telewizora. Poznał je. Przed chwilą oglądał ten film z Kazimierczakiem.

Zaczął pomału schodzić po schodach. Zejście z trzeciego piętra wydawało mu się niesłychanie długie. Dopiero przed blokiem odetchnął z ulgą. Nie spotkał nikogo na schodach. Ruszył raźno w stronę przystanku tramwajowego. Pod pachą trzymał pokaźnych rozmiarów album ze znaczkami pocztowymi. Na ramieniu torbę z książkami szkolnymi.

Gdy zobaczył te znaczki u Kazimierczaka był nimi oczarowany. Wydawało mu się, że są bardzo cenne. Chłopaki w szkole będą mu zazdrościć, gdy im je pokaże. Po chwili zreflektował się

„Nie. Nie mogę im pokazać. Nikomu nie mogę je pokazać… Przynajmniej na razie. Szkoda. Nikt nie będzie wiedział co posiadam… Trudno”

Doszedł do przystanku. Właśnie nadjechała ósemka. Usiadł na jednym z wolnych miejsc. Korciło go, aby wyjąć album z kartonowego etui i popatrzyć na znaczki. W domu nie będzie miał okazji tego zrobić. No właśnie. Jak to wnieść do domu, aby starzy tego nie zauważyli? Do torby z książkami się nie zmieści. Za dużo książek zabrał dzisiaj do szkoły. Będą darli mordy, że wraca tak późno do domu. Ale co tam. Sami go wysłali na te korepetycje z matmy do Kazimierczaka, to niech wiedzą, że to zabiera czas.

Wysiadł z tramwaju na Gdańskiej przy Obrońców Stalingradu. Jeszcze pięć minut i będzie w domu. Przeszedł przez słabo oświetloną bramę. Ich mieszkanie jest w podwórku, w lewej oficynie na ostatnim, trzecim piętrze. Jeszcze wyżej prowadzą drewniane schody na strych. Strych jest zawsze otwarty. Chyba, że ktoś właśnie suszy pranie, to zakłada wtedy własną kłódkę na drzwi.

Jeszcze nie tak dawno temu, gdy był młodszy, bawił się tam z chłopakami z podwórka, gdy była niepogoda. W mieszkaniu było zawsze ciasno. Mają dwa niewielkie, przejściowe pokoje i kuchnię. Bez łazienki. W rogu kuchni za zasłonką mają kącik, w którym się myją. Dobrze, że chociaż jest woda. Tylko zimna, ale zawsze to coś.

W sąsiedniej oficynie wodę mają na korytarzu, a ubikacje w piwnicy. Ich ubikacja jest na korytarzu, na pół piętrze. Nie jest źle. Inni mają gorzej. On dzieli pokój z Józiem, młodszym bratem. Ich pokój jest bardzo mały.

Właściwie to mieszkanie jest jednopokojowe. Dzięki temu, że są w nim dwa okna, to ojciec sam postawił ściankę działową i wygospodarował w ten sposób ten mały pokoik dla dzieciaków. Rodzice śpią na wersalce w tym większym pokoju, w którym w ciągu dnia wszyscy przebywają.

Zatrzymał się przed drzwiami. Torbę z książkami postawił przy progu. Potem tak jak widział to w kinie, ostrożnie stawiając stopy na drewnianych stopniach schodów, tuż przy ścianie, aby uniknąć skrzypienia desek, wszedł na strych. Włączył światło. W prawym kącie, przy wejściu na dach znajdował się stosik rupieci. Jakieś wiklinowe szafki, połamane krzesła i skrzynia z niemieckimi napisami. Ojciec mu kiedyś powiedział, że to jeszcze w czasie okupacji Niemcy zarządzili, aby na strychach były skrzynie z piachem, na wypadek, gdyby dachy zapaliły się po bombardowaniach. I tak już zostało. Bombardowań w Łodzi nie było, przynajmniej nie tutaj, gdzie mieszkają, a po wojnie nikomu nie chciało się tych skrzyń wynosić ze strychów. Ktoś tylko zaopiekował się łopatami i bosakami. Na ścianie nad skrzynią z piachem były jeszcze dobrze widoczne, namalowane kontury łopat i bosaków. Tam Niemcy przewidzieli dla tych przedmiotów miejsce.

Album ze znaczkami schował do szuflady bambusowej etażerki na trzech wysokich nogach. Czwarta była wyłamana i dlatego etażerka wylądowała na strychu. Stała tam od bardzo dawna. Nikt się nią nie interesował, więc jest raczej pewne, że nikt w najbliższym czasie do niej nie będzie zaglądał. Teraz jest sobota, ale zaraz w poniedziałek, jak stary pójdzie do pracy a matka zabierze Józia do przedszkola, to on przeniesie album do domu i schowa go w wśród innych „skarbów”, w swojej zamykanej walizce, którą trzyma pod łóżkiem. Po chwili był pod drzwiami mieszkania. Jak zwykle nie były zamknięte. Od razu usłyszał ojca

„Nie wiesz o której się wraca?!”

„Przedłużyło się. W przyszłym tygodniu Kazimierczak nie będzie miał czasu, więc dzisiaj siedzieliśmy dłużej…”

Ojciec o nic więcej nie pytał. Siedział przy stole i gapił się w telewizor. Przysłuchiwał się jak jacyś goście rozmawiali o konieczności zwiększenia wydobycia węgla. Matka, nie przerywając ścielenia wersalki przypomniała mu

„W kuchni masz kanapki. Woda jest jeszcze ciepła. Zrób sobie herbaty… Jak zjesz, to kładź się szybko. Chcemy nareszcie się położyć…. Acha! Zachowuj się cicho! Nie obudź Józia”.

Długo nie mógł zasnąć. Leżąc w łóżku rozpamiętywał to co się dzisiaj stało. Z nauczycielem matematyki Kazimierczakiem umówiony był po lekcjach w szkole o dziewiętnastej. To za sprawą matki miał u niego te korepetycje. Kazimierczak powiedział jej na wywiadówce, że jak syn się nie poprawi z matematyki, to raczej o maturze nie ma co marzyć. Zasugerował jej, że raczej czarno to widzi, no ale gdyby Waldek wziął kilkanaście godzin korepetycji…

„Kogo pan poleca?” – przerwała mu matka

„No, wie pani…wiem najlepiej jakie braki ma Waldek i w czym trzeba mu pomóc”.

W ten sposób był już dwa razy na dwugodzinnych korepetycjach. Właściwie to one nic mu nowego nie dały. Czuł, że zna ten materiał, który teraz wałkował z Kazimierczakiem, ale skoro ma to pomóc dojść do matury, to trudno. Przemęczy to jakoś.

Dzisiaj korepetycje potoczyły się jednak inaczej. W szkole na Kopcińskiego był punktualnie o dziewiętnastej. Kazimierczak czekał na niego przed wejściem

„Mam pilną sprawę do załatwienia na mieście. Pojedziesz ze mną. To potrwa chwilkę. Potem pojedziemy do mnie na Karolew. Tam sobie posiedzimy” – powiedział na powitanie.

Wsiedli do jego Syrenki. Szybko znaleźli się na Tuwima. Już po chwili skręcili w Kilińskiego. Kazimierczak zatrzymał samochód przy niepozornej starej kamienicy

„Tu na górze jest coś jakby restauracja… Klub raczej. Nie wszyscy o tym wiedzą. Jak chcesz to czekaj na mnie w samochodzie, ale proponuję abyś wszedł ze mną na górę. Możesz poznać ciekawych ludzi”

„Mogę wejść. Dlaczego nie” – odpowiedział

Po chwili weszli do dużego mieszkania na pierwszym piętrze. Od razu znaleźli się w dużym pokoju, w którym panował półmrok. Stał tam, dyskretnie oświetlony kolorowymi lampkami, mebel przypominający bar. Widział taki na amerykańskich filmach. Za barkiem była oświetlona lustrzana półka z butelkami. Barek miał coś jakby daszek, pod którym wisiały kieliszki. Za barkiem stał facet, który na ich widok zwrócił się do Kazimierczaka

„Halo! Leon. Kogo żeś nam tu przyprowadził?”

„To mój nowy przyjaciel, Waldek. Daj mu coś dobrego do picia na mój rachunek”

„A ma on ukończone osiemnaście lat?”

„Nie pieprz głupot, Zdzisiu… Małolata bym nie przyprowadził”

Waldek dostał pół szklanki czegoś w kolorze zielonym. Kazimierczak zaprowadził go do jednej z czterech kanap stojących w pokoju przy niewielkich stolikach

„Usiądź sobie tutaj i czekaj na mnie. Muszę odebrać pieniądze od Kulawego Ryśka, tego tam co rozmawia z Grubasem. Jest mi winien duże pieniądze. Kilkanaście tysięcy. To mój sąsiad z góry, ale nigdy niema go w domu. jak odda chociaż część dzisiaj, to będziemy mogli się zabawić. Wrócę za dziesięć minut” – powiedział Kazimierczak i podszedł do kulawego Ryśka i Grubasa.

Grubas odszedł zaraz do drugiego pokoju. Waldek zaczął rozglądać się w koło. Dopiero teraz dotarła do niego cicha muzyka.

„Chyba jakiś blues” – zauważył

W pokoju panował półmrok. Było w nim oprócz niego kilku mężczyzn, ale nikt nie zwracał na niego uwagi. Wszyscy zajęci byli jakimiś rozmowami. Nic do niego nie docierało.

Na sąsiedniej kanapie jakiś starszy, elegancko ubrany gość obejmował ramieniem chłopaka, który wyglądał na najwyżej piętnaście lat. Szeptał mu coś do ucha. Chłopak od czasu do czasu wybuchał cichym, nerwowym śmiechem.

Waldek pierwszy raz był w takiej restauracji. W ogóle to w swoim życiu był już obeznany z przebywaniem w lokalach. Prawie co roku jeździł z rodzicami na wczasy z fabryki, w której ojciec pracował. Wtedy, trzy razy dziennie jedli posiłki w stołówce, ale mama zawsze kazała im się zachowywać tak, jakby byli w eleganckiej restauracji.

„To znaczy, jak mam się zachowywać?” – pytał wtedy

„Gapisz się zawsze na te amerykańskie filmy w telewizji, to powinieneś wiedzieć” – odpowiadała

Teraz na tej kanapie, Waldek spróbował przyjąć swobodną pozę. Niby od niechcenia zaczął powoli sączyć to coś zielone, co dostał od tego Zdzisia co stoi za barkiem

„Co za gówno!” – pomyślał – „Tego się nie da pić”

Na szczęście nie musiał wypić tego do końca. Usłyszał nad sobą Kazimierczaka

„Wypiłeś już?”

Tak go to zaskoczyło, że resztę wylał na koszulę i spodnie.

„Przepraszam. Przestraszył mnie pan. Zamyśliłem się i nie zauważyłem, kiedy pan wrócił”

„Nic się nie stało. W domu mam pralkę. Szybko się wypierze i wysuszy w piekarniku…” – wyjaśnił

„W piekarniku?” – zapytał zdziwiony

„Tak. Zawsze tak robię, jak coś wypiorę i potrzebuję szybko wysuszyć. Wieszam na oparciu krzesła i stawiam przy otwartych drzwiczkach piekarnika… Wstawaj jedziemy do mnie”

„Mieliśmy się zabawić”

„Nic z tego. Nie oddał mi pieniędzy. Może w przyszłym tygodniu”

Waldek zaczął wiercić się nerwowo w łóżku. Jakoś nie miał ochoty, aby dalej rozmyślać o tym co potem nastąpiło w domu Kazimierczaka.

Szybko przypomniał sobie jak nauczyciel pomógł mu się rozebrać do naga. Stwierdził, że jak już robią pranie, to równie dobrze można wyprać skarpetki i bieliznę, a skoro potem Waldek będzie wkładał czyste ubranie, to dobrze będzie jak się przedtem wykąpie. Zagnał go do wanny. W łazience stała pralka, do której włożył ubranie Waldka. Stwierdził, że jest w niej jeszcze dużo miejsca i nieekonomicznie jest ją używać nie zapełnioną nawet w jednej trzeciej

„Właściwie to mogę przy okazji wyprać swoje ciuchy” – stwierdził

Szybko rozebrał się do naga. Wrzucił do pralki wszystko, poza spodniami. Uruchomił ją i wszedł do wanny, sadowiąc się za Waldkiem.

Wyskoczył gwałtownie z łózka i nie wkładając pantofli przebiegł przez pokój rodziców

„Co tak pędzisz?! Sraczka cię dopadła, czy co?” – usłyszał ojca

„Nie!… Muszę się wyrzygać!” – zdążył odkrzyknąć wybiegając na korytarz.

Po kilkunastu minutach wrócił po cichu do domu. nalał zimnej wody do miednicy i zaczął się dokładnie myć.

„Dobrze się czujesz, synuś?” – usłyszał matkę za zasłonką.

„Tak. Już mi dobrze”

„Mówiłam ci tyle razy, nie żryj tych wstrętnych zapiekanek na mieście, no, ale ty wiesz swoje, to teraz masz”

„Masz rację mamo. Już je nie będę kupować”

„Zawsze tak mówisz… Kładzie spać”

„Za chwilę mamo”

Kilka minut później był w łóżku. Czuł się o wiele lepiej. Świadomość tego, że Kazimierczak nie będzie go już więcej gnębił na lekcjach, sprawiła, że poczuł zbliżającą się senność. Przypomniał sobie jeszcze album ze znaczkami. Przymknął oczy i napawając się w myślach ich widokiem usnął.

Następnego dnia, jak zawsze w niedzielę, zaraz po śniadaniu poszli całą rodziną, na dziesiątą do Kościoła Świętego Józefa na Ogrodową. Po mszy, spacerkiem udali się na niedzielny obiad do babci Zosi na Wschodnią. Zjedli rosół i mielone na drugie. Po deserze babcia zaproponowała, jak zwykle, aby pojechać na spacer do Julianowa. Nie miał na to ochoty. Wykręcił się nawałem nauki przed zbliżającą się maturą. Pozwolili mu wrócić do domu.

Gdy już się znalazł w swojej klatce schodowej, skorzystał z okazji i najpierw pobiegł na strych. Album ze znaczkami leżał tam, gdzie go zostawił. W swoim pokoju niemal trzy godziny oglądał wszystkie znaczki. Policzył je dokładnie. Było ich trzysta dwadzieścia osiem. Kilka się powtarzało. Będą na wymianę. Może Gruby Wojtek da się w końcu namówić i odstąpi mu tą serię z Watykanu, która tak mu się podoba.

W poniedziałek, w szkole, pierwsza lekcja miała być z Kazimierczakiem. Kilku chłopców nerwowo odpisywało rozwiązania zadań domowych od klasowych kujonów. Normalnie też by to robił, ale wiedział, że teraz nie musi. Dawno było już po dzwonku, a nauczyciel jeszcze się nie pojawił. Nikt się tym nie martwił.

Podczas gdy uczniowie klasy piątej B Technikum Mechanicznego na Kopcińskiego, czekali na swojego nauczyciela matematyki, w jego mieszkaniu przy Bratysławskiej na Karolewie, młody porucznik Wójcik, z Wydziału Dochodzeniowego Komendy Miejskiej Milicji Obywatelskiej pochylał się nad ciałem.

Kazimierczak leżał na wznak w otwartych drzwiach łazienki. Miał na sobie różowy szlafrok zawiązany w pasie takim samym różowym paskiem. Szlafrok był szeroko rozchylony na piersiach. Porucznik Wójcik po raz kolejny przyglądał się niewielkiej ranie na piersi Kazimierczaka. Nawet nie dużo krwi było w pod zwłokami

„Zróbcie jeszcze z tej strony” – zwrócił się do sierżant Wysockiej.

Sierżant Renata Wysocka, lat pięćdziesiąt dwa, jest doświadczonym fotografem kryminalnym z wieloletnią praktyką w tym zawodzie i nie lubi specjalnie jak jakiś gołowąs wtrąca się do tego z której strony ma fotografować zwłoki. Robi to od wielu lat, a on, chyba pierwszy raz widzi zabitego

„Tak jest! Szefie” – odpowiedziała z przesadą kładąc nacisk na „szefie”.

Wójcik nie zwrócił na to uwagi.

„Obywatelu poruczniku. Przyjechali po ciało. Wpuścić ich?” – zapytał jeden z milicjantów

„Tak, oczywiście. Niech go zabierają”

Podczas, gdy ciało Kazimierczaka było kładzione na nosze, Renata Wysocka, która akurat obok pakowała swój sprzęt, krzyknęła

„Chwileczkę! Zostawcie go!”

Pochyliła się nad ciałem i poprawiła zwisającą głowę nieboszczyka przyglądając się jej uważnie

„Co jest sierżancie, Dlaczego im przerywacie?” – zapytał Wójcik

„Spójrz tu” – zwróciła się per ty do Wójcika – „Ktoś mu wyciął język”

Trzy dni później u szefa Wydziału Dochodzeniowego majora Stasiaka, porucznik Wójciki jego ekipa składał meldunek z postępów śledztwa w sprawie zabójstwa Leona Kazimierczaka.

„Obywatelu majorze, sekcja wykazała, że Kazimierczak stracił życie w wyniku zabójstwa…” – zaczął Wójcik

„O! To coś nowego. Znaczy się, wykluczamy samobójstwo? Prawda?” – przerwał mu major

Ktoś z obecnych zarechotał. Wójcik milczał chwilę. Rozejrzał się dookoła. Zdawał sobie sprawę, że jest nielubiany, tylko nie wiedział, dlaczego. Przecież postępuje ze wszystkim regulaminowo… Od „A” do „Z”. Nawet prywatnie zwraca się do kolegów per „Wy”. Ale liczy, że to się zmieni. Teraz, przełknął ślinę i złośliwość szefa puścił mimo uszu

„Sekcja wykazała” – kontynuował – „Że śmierć nastąpiła w nocy z soboty na niedzielę między godziną dwudziestą a ósmą rano. Denat został zabity jednym uderzeniem, zadanym ostrym, długim przedmiotem, który przeszył serce i wyszedł na wylot pod lewą łopatką na plecach. Według opinii biegłego, który oglądał ciało na miejscu zbrodni, rana wygląda na zadaną szpadą. Jednak lekarz, który przeprowadził sekcję zwłok wykluczył szpadę. Otwór na piersi zabitego ma kształt dużej litery T z niewielkim garbem nad daszkiem litery. Wysokość tej litery to piętnaście milimetrów. Szerokość daszka litery wynosi około dwunastu i pół milimetra. Otwór na plecach jest niemal okrągły o średnicy około sześciu milimetrów. Według doktora, który robił sekcję, znane mu szpady posiadają przekrój regularny najczęściej kwadratowy, przypominający literę X lub trójkątny… Osobiście stawiam jednak na szpadę”

„To mógł być bagnet” – zauważyła sierżant Wysocka.

„Nie znam takich długich bagnetów, które by przebiły ciało dorosłego mężczyzny na wylot” – z wyższością w głosie przerwał jej Wójcik.

„Nasza koleżanka może mieć rację. Gdyby pan bardziej przyłożył się na zajęciach z historii wojskowości a nie tylko tych ideologicznych…”

„Towarzyszu majorze!…”

„Proszę nie podnosić głosu i mi nie przerywać!” – major dosyć ostro zwrócił się do Wójcika – „Wiedziałby pan, że w trzydziestym dziewiątym w przededniu wybuchu wojny, Armia Polska posiadała w magazynach ponad trzysta tysięcy francuskich karabinów LEBEL MLE wzór, o ile pamiętam 1886. Karabiny takie były wyposażone w bagnet o długiej głowni… ponad półmetrowej. O ile pamiętam przekrój głowni może odpowiadać otworowi na klatce piersiowej zabitego. Proszę odwiedzić muzeum Wojska Polskiego. Znajdzie pan tam taki bagnet. Proszę dalej… co z tym językiem?” – major zakończył swój wywód

„Według biegłego, język został obcięty bardzo ostrym narzędziem, najprawdopodobniej brzytwą. Sprawca zrobił to około pól godziny po śmierci denata”

„Jakieś ślady walki, ślady włamania lub coś takiego?”

„Nic z tych rzeczy. Wygląda na to, że zabity znał mordercę. Musiał go sam wpuścić do mieszkania. Został zabity z zaskoczenia. Znaleźliśmy odciski palców zabitego i kilku innych osób. Nie posiadamy ich w naszej kartotece”

„Co wiemy o denacie?”

„Leon Kazimierczak, lat pięćdziesiąt pięć. Wykształcenie wyższe techniczne. Pracował jako nauczyciel. Ostatnio w Technikum Mechanicznym w Łodzi. Samotny. Homoseksualista. Nie karany. Ciało znalazła jego siostra w poniedziałek rano. Siostra, Barbara Kozioł, mieszka w pobliżu. Przyszła do niego pożyczyć suszarkę do włosów, bo jej się popsuła. Dzwoniła dłuższy czas do drzwi, ale nikt nie otwierał. W końcu nacisnęła klamkę. Drzwi nie były zamknięte. Weszła do środka i znalazła brata na podłodze. Z mieszkania sąsiadów zawiadomiła milicję”

„Czy coś zginęło z mieszkania?”

„Myślę, że motyw rabunkowy można wykluczyć. W marynarce zmarłego znaleźliśmy portfel ze znaczną sumą pieniędzy. W przedpokoju na stoliku leżały kluczyki od samochodu. Samochód nie ruszony stał na parkingu przed domem. Na stoliku przy łóżku leżał złoty zegarek Longines oraz jego biżuteria…”

„Biżuteria?”

„Tak. Biżuteria. Dwa złote sygnety i trzy dosyć ciężkie złote łańcuszki na szyję. W szufladzie było więcej złotych drobiazgów. Siostra zmarłego nie stwierdziła, żeby coś wartościowego zginęło z mieszkania…”

„A nie wartościowe rzeczy?”

„Siostra stwierdziła, że brakuje jednego albumu ze znaczkami, ale powiedziała, że nie posiadały one dużej wartości. Zniknęła też ze ściany w dużym pokoju jedna z piętnastu gablotek z motylami, też bez jakiejś dużej wartości. Pozostałe wiszą na swoim miejscu”

„Nie oceniałbym tak lekko wartości tych motyli. Nic nie wiem o motylach, ale przypuszczam, że dla zbieraczy mogą one mieć dużą wartość. Znane są przypadki zabójstw dla jednego znaczka pocztowego czy innych rzeczy kolekcjonerskich. Proszę skontaktować się z jakimś ekspertem od motyli. Niech oceni te pozostałe w mieszkaniu Kazimierczaka… Co jeszcze pan się dowiedział, kolego?”

„Sąsiedzi nic nie zauważyli i nic podejrzanego nie słyszeli. Nigdy się na niego nie skarżono. Dzielnicowy, też nic o nim nie potrafi powiedzieć. W szkole, w której pracował, kilka lat temu była skarga rodziców chłopca, do którego Kazimierczak dobierał się na wycieczce. Sprawę wyciszono. Rodzice przenieśli chłopaka do innej szkoły”

„Proszę przesłuchać tych ludzi”

„Chciałem to zrobić, ale od siedemdziesiątego trzeciego nie ma ich w kraju”

„Co więcej?”

„Wypytywaliśmy w środowisku homoseksualistów. W jednej ze znanych nam melin, tej na Kilińskiego, zaraz przy Tuwima, widziano w sobotę wieczorem Kazimierczaka z młodym chłopakiem. Wpadł tam na chwilę, porozmawiać ze znajomym. Chłopak był tam pierwszy raz. Tak twierdzi barman Zdzisław Piątkiewicz. Pracuje dla nas. Można na niego liczyć. Dał nam rysopis chłopaka. Kazimierczak zwracał się do niego Waldek. Potem rozmawiał z jednym ze stałych bywalców. Barman wie tylko że ma on na imię Rysiek. Ma sztywną lewą nogę. Podpiera się laską. Kazimierczak pytał się o jakieś pieniądze, a Rysiek domagał się zwrotu pająków. Nasz informator nie jest pewien, czy dobrze słyszał, wydaje mu się, że mówili o jakiś pająkach.”

„Może w tej ramce co zniknęła z mieszkania były pająki a nie motyle? Czytałam gdzieś, że kolekcjonerzy motyli zbierają też inne insekty… Brry! Co za zboczone hobby!…Nie znoszę pająków!” – zauważyła ze zgorszeniem Wysocka.

„Słuszna uwaga. Poruczniku musicie jak najszybciej odnaleźć tego Ryśka i Waldka. Nie pytam o narzędzie zbrodni, bo rozumiem, że go nie znaleźliście na miejscu przestępstwa, tak samo jak ten cholerny język denata. Zabierajcie się za robotę. Spotykamy się ponownie tutaj w poniedziałek o piętnastej. To wszystko na dzisiaj”

Była ostatnia sobota października. Pogoda była wspaniała. Chłopcy z technikum, przynajmniej niektórzy, byli w dobrych nastrojach. Od początku tygodnia nie mieli matmy.

W środę dowiedzieli się, że ich nauczyciel matematyki zmarł nagle i zostanie wkrótce zastąpiony innym. Jak na razie lekcje matematyki są zawieszone. O pogrzebie uczniowie zostaną powiadomieni jak tylko znana będzie data i miejsce pochówku.

Drugi nauczyciel matematyki w szkole, a właściwie nauczycielka, pani Lewandowska jest właśnie na chorobowym i przyjdzie dopiero w przyszłym tygodniu.

Waldek nie wytrzymał i postanowił pokazać chłopakom swoje nowe znaczki. Uznał za stosowne nie wspominać o swoim pobycie u Kazimierczaka ani o tym skąd ma takie fajne znaczki. Powiedział, że dostał od krewnego na osiemnaste urodziny. Teraz w końcu udało mu się namówić Grubego Wojtka na zamianę dwóch trójwymiarowych znaczków z Monaco za tą serię z Watykanu o której od dawna marzył. Gruby Wojtek powiedział, że od czasu jak mu ktoś w szkole podpieprzył album ze znaczkami z przedwojennej Estonii, to ojciec nie pozwala mu wynosić albumów z domu. Dlatego zaprosił Waldka i jeszcze dwóch takich filatelistów z klasy, Marka i Andrzeja do siebie do domu.

Wszyscy czterej urwali się z ostatnich lekcji i zaraz po pierwszej pojechali tramwajem na Żubardź. Gruby Wojtek mieszka z rodzicami w dwupokojowym mieszkaniu w blokach przy Kasprzaka. Niestety, nie mogli sobie posiedzieć w mieszkaniu, ponieważ matka Wojtka miała dwie klientki, które przyszły przymierzać szyte przez nią kiecki. Zgodziła się jednak, aby Wojtek wziął klucze od altanki, którą mają na terenie pobliskich ogródków działkowych przy Drewnowskiej w pobliżu torów kolejowych. Nawet im to bardziej odpowiadało. Nie będą musieli w ukryciu przed matką Wojtka wypijać to Wino Owocowe Białe które wcześniej kupili.

W drodze na działkę w pobliskim sklepiku kupili jeszcze jedno wino, a gdy wyszli ze sklepu przeliczyli pieniądze i okazało się, że mają jeszcze dziewiętnaście złotych, akurat na jeszcze jedną butelkę.

Wrócili się ją dokupić, no bo po co potem się wracać do sklepu.

W altance dosyć szybko doszli do porozumienia, jeśli chodzi o wymianę znaczków. Przyczyniło się do tego z pewnością nagłe pragnienie jakie poczuli po wyjściu z domu od Grubego Wojtka. Chcieli je jak najszybciej ugasić kupionym winem.

W czasie gaszenia pragnienia poczuli głód. Zaspokoili go znalezioną w altance napoczętą paczką herbatników. Podzielili je sprawiedliwie między siebie. Każdy dostał trzy herbatniczki. Ten skromny raczej posiłek sprawił, że zmarkotnieli nieco. Rozmowa się nie kleiła. O znaczkach zapomnieli.

Wojtek spojrzał na zegarek. Przeraził się nieco. Właśnie minęła szesnasta i ojciec pewno jest już w domu. Tylko patrzeć jak tu przyjdzie. Zawsze w soboty po pracy tu zagląda. Chłopcy zabrali swoje rzeczy i puste butelki i udali się w stronę wyjścia z ogródków.

Wszyscy szli niepewnym krokiem, z tym, że Waldek dużo bardziej niepewnym niż pozostali. Chyba dlatego, że nie zjadł swoich trzech herbatniczków. Odstąpił je Grubemu Wojtkowi za jego szklaneczkę wina. Waldek po prostu nie znosił herbatników.

Przy wyjściu z ogródków rozstali się. Każdy poszedł w swoją stronę, tylko Waldek wrócił się, aby znaleźć jakieś bardziej ustronne miejsce, żeby się wysikać.

Obudził go łomot niedomkniętych drzwi szarpanych wiatrem. Taki sam łomot miał w głowie, która, czuł, zaraz od tego pęknie. I do tego trzęsło go zimno.

Było ciemno. Tylko słabe światło pobliskiej latarni wpadało przez okno. Chciał sprawdzić godzinę, ale stwierdził, że nie ma zegarka. Rozejrzał się za kurtką. Też jej nie było. zaniepokoiło go to. Zaczął oglądać miejsce, w którym się obudził. Nie była to altana, w której wcześniej biesiadowali. Za cholerę nie mógł sobie przypomnieć jak tu się znalazł. Pamiętał tylko, że pożegnał się z chłopakami i wrócił się wysikać.

Przed drzwiami znalazł swoją torbę z książkami. Szybko sprawdził zawartość. Nie znalazł znaczków. Obszedł altanę w koło z nadzieją, że może gdzieś leżą w pobliżu. Potem zajrzał do altany. Nic nie znalazł

„Kurwa” – zaklął – „Ukradli! Pies jebał kurtkę i tego starego Poljota, ale znaczki!… Taka strata”

Zrezygnowany udał się w stronę przystanku autobusowego. Ten dzień na pewno nie był jego dniem. W autobusie kanar zażądał biletu do kontroli. Oczywiście, migawka na wszystkie linie była w kurtce. Legitymacja szkolna też.

Wysiedli z autobusu. Kanar przywołał przez radiotelefon milicję. Nie mógł się wylegitymować, ale w końcu udało mu się przekonać milicjanta, że nazywa się Waldemar Szymczak i że został okradziony z kurtki, w której miał bilet i legitymację. Na szczęście jego torba była od środka oznaczona jego nazwiskiem i adresem zamieszkania. To wystarczyło. Milicjant spisał go i powiedział, że kieruje sprawę do Kolegium i że zawiadomi szkołę o jego zachowaniu w stanie wskazującym na spożycie alkoholu. Upomniał go, aby jak najszybciej wyrobił sobie Dowód Osobisty. Kanar też go spisał i wystawił mandat na dwieście złotych.

Wrócił do domu około dwunastej. No i tak jak się spodziewał czekało go ciężkie zakończenie dnia.

W poniedziałek, o piętnastej miało rozpocząć się spotkanie w pokoju majora Stasiaka na temat postępów w śledztwie dotyczącym zabójstwa Kazimierczaka. Było już dwadzieścia po trzeciej a majora jeszcze nie było. brakowało też sierżant Wysockiej. Przyszli oboje tuż przed czwartą. Stasiak zaczął bez wstępu

„Dzisiaj z rana było powiadomienie o znalezieniu zwłok na terenie ogródków działkowych przy Drewnowskiej. Pojechał tam kapitan Ryś ze swoją ekipą. Towarzyszyła im nasza fotograf sierżant Wysocka. To ona zauważyła podobieństwo tego przypadku do sprawy Kazimierczaka. Próbowała się z wami skontaktować poruczniku Wójcik, ale jej się to nie udało. Zadzwoniła do mnie. Przekonała mnie abym przyjechał na miejsce zdarzenia” – przerwał na chwilę – „Nie widzę tu kapitana Rysia…”

„Czaka w laboratorium fotograficznym, aż wywołają zdjęcia” – wyjaśnił jeden z obecnych

„Dobrze. W takim razie oddaję głos sierżant Wysockiej”

„Na miejscu byliśmy po dziesiątej. Przed jedną z altanek leżały skulone zwłoki mężczyzny o nieustalonej jeszcze tożsamości. Wiek na wygląd czterdzieści pięć, pięćdziesiąt lat. Zaniedbany. O zwłokach zawiadomiło nas małżeństwo, Janina i Stanisław Butrymowie. W sobotę, około dziewiętnastej przyszli do swojej altanki. Dochodząc do niej zauważyli śpiącego w pobliżu człowieka. Myśleli, że to jeden z tamtejszych pijaczków, którzy często zachodzą do ogródków przespać się. Zwykle w nocy budzą się z zimna i wynoszą się do domów. Butrymowie, spędzili na działce niedzielę, dopiero dzisiaj wychodząc do domu, zauważyli, że ten śpiący pijaczek leży w tym samym miejscu i w tej samej pozycji. Podeszli do niego, aby się mu przyjrzeć bliżej. Zauważyli w ubraniu na plecach dziurę po kuli otoczoną plamą krwi. Leżał twarzą do ziemi. Stwierdzili, że nie żyje. Z pobliskiego sklepu zadzwonili na milicję z informacją o tym, że znaleźli zastrzelonego mężczyznę.” – przerwała.

Do pokoju wszedł kapitan Ryś. Miał ze sobą dużą kopertę ze zdjęciami. Przeprosił za spóźnienie. Wyłożył zdjęcia na stół i chciał je omówić

„Pozwólmy sierżant Wysockiej dokończyć” – zdecydował major

„Dziękuję… Po przybyciu na miejsce zabezpieczyliśmy teren. Przybyły z nami lekarz, doktor Małecki, wyraził przypuszczenie graniczące z pewnością, że ofiara nie została zastrzelona, tylko zabita wąskim ostrym przedmiotem. Świadczył o tym kształt otworu na piersi ofiary. Gdy pochyliłam się nad nim, aby zrobić zdjęcie rany z bliska uświadomiłam sobie, że kilka dni temu widziałam dokładnie taką samą ranę na ciele Kazimierczaka, którego sprawę prowadzi porucznik Wójcik. Coś mnie tknęło i poprosiłam doktora Małeckiego, aby zajrzał w usta ofiary. Tak jak przypuszczałam zabity miał wycięty język… Proponuję, aby o reszcie opowiedział kapitan Ryś”

„Sierżant Wysocka poinformowała mnie o przypadku sprzed kilku dni i że dochodzenie prowadzi porucznik Wójcik. Przez całe przedpołudnie próbowałem się z nim skontaktować, ale nie udało mi się…”

„Byłem w Komitecie Wojewódzkim Partii na szkoleniu” – uznał za stosowne wyjaśnić Wójcik

„Porozmawiamy o tym później” – stwierdził major – „Proszę, niech pan mówi dalej, kapitanie”

„Doktor Małecki stwierdził wstępnie, że ofiara nie żyje od przynajmniej czterdziestu godzin. Więcej będzie mógł powiedzieć po sekcji. W każdym razie wynika z tego, że ofiara została zabita w sobotę pod wieczór”

„Jak to się stało, że nie został znaleziony wcześniej?”

„Miejsce, w którym go znaleziono, leży niemal w samym końcu ogródków. Są tam działki zaniedbane, część z nich jest opuszczona. Poza tym ofiara leżała w wysokich chwastach i była widoczna tylko z jednej strony, z mało uczęszczanej ścieżki…”

„Co jeszcze wiemy?”

„Przeszukaliśmy najbliższe otoczenie. Same śmieci, puste butelki po alkoholu, puszki po konserwach. Wygląda na ulubione miejsce libacji pijackich. W pobliżu znaleźliśmy legitymację szkolną i bilet komunikacji miejskiej, tak zwaną migawkę. Zarówno legitymacja jak i migawka wystawione są na ucznia Technikum Mechanicznego w Łodzi, Waldemara Szymczaka”

„Waldemar?… Czy to nie takie imię miał chłopak towarzyszący Kazimierczakowi w melinie? O ile pamiętam to wy poruczniku mówiliście, że barman wspomniał coś o jakimś Waldku?”

„Tak jest. Zgadza się…”

„Co to za szkoła?” – major zwrócił się do kapitana

„Technikum Mechaniczne. To przy Kopcińskiego…”

„Czy to ta sama szkoła, w której uczył Kazimierczak?” – przerwał mu major

„Tak”

„Wygląda na to, że obydwa morderstwa są ze sobą powiązane. Co pan ustalił w sprawie Kazimierczaka, poruczniku?”

„Szukamy w środowisku homoseksualistów tego Ryśka ze sztywną nogą z którym rozmawiał przed śmiercią Kazimierczak. Na razie bezskutecznie. Pokazałem entomologowi z Uniwersytetu Łódzkiego motyle z mieszkania Kazimierczaka. Stwierdził, że to nie motyle, tylko ważki i że są to dosyć rzadkie okazy. Wyraził przypuszczenie, że gablotki z tymi ważkami, muszą być częścią większej kolekcji. Zapytałem też o pająki…”

„O pająki? Czemu?”

„Według barmana z meliny, Kazimierczak rozmawiał z tym tajemniczym Ryśkiem o pająkach…”

„No, tak. Przypominam sobie”

„Ten ekspert od robaków stwierdził, że zbieracze często konfigurują swoje kolekcje tematycznie, na przykład według miejsca występowania okazów. W przypadku motyli… Przepraszam, ważek Kazimierczaka, pochodzą one ze wschodniej Australii. Wymieniał nazwy tych ważek, zresztą są one zanotowane w gablotkach pod każdym okazem. Niestety po łacinie. Nic mi to nie mówi. Dostaniemy wypowiedź tego eksperta na piśmie”

„Co z tym językiem?”

„Wycięcie języka ofiary jest niezrozumiałe. Nic więcej nie ustaliłem”

„Ponieważ obydwie sprawy wyglądają na powiązane, to poprowadzi je kapitan Ryś. Proszę, poruczniku przekazać wszystko o Kazimierczaku kapitanowi. Jesteście też przydzieleni do zespołu kapitana Rysia do pomocy. Jeżeli chodzi o tego chłopaka, właściciela legitymacji, należy go niezwłocznie przesłuchać”

„Już wysłałem funkcjonariuszy, aby go sprowadzić na Komendę” – poinformował Kapitan Ryś „To wszystko na dzisiaj” – zakończył major.

Było po jedenastej, kiedy do klasy wszedł dyrektor szkoły. Zwrócił się do nauczycielki matematyki, pani Lewandowskiej

„Przepraszam, koleżanko. Muszę porwać pani, jednego z uczniów. Ktoś czeka na niego w moim pokoju”

„Proszę bardzo, niech pan porywa, panie dyrektorze”

„Szymczak. Choć ze mną”

Już na korytarzu Waldek zapytał

„O co chodzi panie dyrektorze?”

„Nie wiem. Musiałeś coś nabroić, skoro milicja po ciebie przyjechała”

Po chwili byli pod drzwiami pokoju dyrektora

„Muszę do toalety…”

„Tylko szybko. Czekają na ciebie”

Waldek wrócił się w stronę toalet, a dyrektor wszedł do swojego pokoju.

Tuż przy toaletach były jedne ze schodów prowadzące na parter do wyjścia ze szkoły. Waldek obejrzał się za siebie. Zauważył, jak drzwi zamykają się za dyrektorem. Szybko zbiegł po schodach. Po chwilowym biegu, był już na przystanku tramwajowym pod Zakładami Monopolu Spirytusowego. Akurat odjeżdżała trzynastka. Zdążył wskoczyć do ruszającego tramwaju. Czuł jak serce mu mocno bije. Nie dlatego, że przebiegł te dwieście metrów do tramwaju. Nie. Był w dobrej formie. Wysiłek fizyczny nigdy nie sprawiał mu problemu. Zdał sobie sprawę, że to ze strachu. Milicja przyszła po niego przez te cholerne znaczki Kazimierczaka.

„Co robić?” – zastanawiał się spanikowany

Do domu nie ma po co wracać. Ci milicjanci ze szkoły na pewno już tam jadą. Zresztą i tak zamierzał wynieść się od starych, po tej awanturze, co mu ojciec zrobił, gdy wrócił z działki od Grubego Wojtka.

Nie wiedział jeszcze, gdzie się wynieść, ale jedno był pewien. Nie pozwoli więcej, aby ojciec podnosił na niego rękę. Wysiadł z tramwaju przy Piotrkowskiej. Zapytał kogoś o godzinę. Właśnie minęła dwunasta.

Szedł wolno w stronę Placu Wolności. Był już spokojniejszy. Plan, który zaczął układać sobie w głowie zaczął być coraz bardziej przekonywający. Gdy z Placu Wolności skierował się w Nowotki, a potem we Wschodnią był już całkiem spokojny i zdecydowany jak postąpić. Kilka minut później stał pod drzwiami babci Zosi. Zanim w nie zapukał, zawahał się chwilę

„Milicja tu też przyjedzie mnie szukać, ale chyba nie tak szybko. Zjem coś u babki i się wyniosę. Może da się namówić i pożyczy mi trochę pieniędzy. Ma ich przecież sporo”

Po wyjściu od babci udał się w stronę Kilińskiego. Miał jeszcze dużo czasu. Przypuszczał, że w tym klubie, do którego zaprowadził go Kazimierczak ludzie zaczną schodzić się pod wieczór. Przeszedł na drugą stronę ulicy i zaczął chodzić wzdłuż chodnika w jedną i drugą stronę, jednocześnie obserwując wejście do bramy. Zaczęło się już robić dobrze ciemno. Znowu zapytał o godzinę. Było po dziewiętnastej.

Nie miał problemu z wejściem do środka. Panował tam półmrok jak poprzednio. Powoli doszedł do baru. Barman poznał go

„Co ci podać Walduś?”

„To zielone gówno co piłem ostatnio” – odpowiedział siląc się na swobodny ton głosu

Zdzisiu nalał mu pół szklaneczki. Waldek, jak gdyby od niechcenia rzucił na bufet banknot stuzłotowy.

„Szukam Kulawego Ryśka…”

„Dawno go tu nie było” – odpowiedział Zdzichu

„Szkoda. Miał oddać pieniądze które był winny Leonowi” – odpowiedział nieco zawiedziony Waldek

„Pieniądze? Może ja ci pomogę, chłopcze?” – usłyszał za sobą

Odwrócił się gwałtownie. Poznał go. Stał za nim ten sam starszy elegancki gość, który wtedy siedział z tym młodym chłopakiem. Zanim Waldek zdążył coś odpowiedzieć gość zaproponował

„Nie pij tego gówna…Zapraszam na coś lepszego” – a potem zwrócił się do barmana – „Zdzisiu! Dwa razy Jasia Wędrowniczka, tego czerwonego”

Wziął Waldka po rękę i wskazał na jedną z kanap

„Usiądźmy tam”

Zdzisiu szybko podał im zamówioną whisky, a potem szybko i dyskretnie zadzwonił na numer kontaktowy do prowadzącego go oficera milicji.

„To smutne, co wydarzyło się Leonowi” – zaczął starszy pan

„No, cóż. Zdarza się, że ludzie umierają nagle” – odpowiedział Waldek

„Że umierają to się zdarza co dziennie, ale nie morderstwa”

Waldek spojrzał pytająco. Łyknął ze szklaneczki. Skrzywił się, mimo że bardzo tego nie chciał pokazać

„W szkole powiedzieli nam, że zmarł nagle. Wie pan coś więcej o jego śmierci?” – zapytał

„Po pierwsze mówmy sobie po imieniu” – wyciągnął rękę do Waldka – „Jestem Janusz. A po drugie, tak. Został zamordowany. W sobotę, tydzień temu. Ktoś go zadźgał bagnetem”

„Skąd pan… Skąd to wiesz?”

„Jestem dziennikarzem. Mam kontakty w milicji. Dowiaduję się od nich o ciekawych zdarzeniach i wykorzystuję to w moich felietonach i opowiadaniach kryminalnych. Piszę też trochę pod pseudonimem… Opowiedz mi trochę o sobie?” – zaśmiał się – „Widzisz, dzięki swoim zdolnościom detektywistycznym, wiem już, że masz na imię Waldek i że chodzisz do szkoły, w której uczył Leon”

Waldek też się zaśmiał, ale tak jakoś nie szczerze. W jednej chwili uświadomił sobie, że to nie z powodu znaczków milicja szukała go w szkole. Dotarło do niego, że tutaj też mogą przyjść. Widział przecież dużo filmów kryminalnych i wie, że policja zawsze sprawdza z kim ofiara spotykała się przed morderstwem i gdzie przebywała. Poczuł się nieswojo.

„Trzeba stąd wynieść się jak najszybciej” – pomyślał

Stary dziadyga szeptał mu coś do ucha, ale nic do niego nie docierało

„Przepraszam. O co pytałeś? Zamyśliłem się”

„Pytałem, czego się boisz? Widzę, że jesteś czymś zdenerwowany”

„Nie, ale nie podoba mi się tutaj”

„Nie ma problemu. Zmienimy lokal. Pójdziemy gdzieś do jakiejś miłej knajpki i tam mi opowiesz o sobie”

„Nie chcę pokazywać się na mieście. Uciekłem z domu. Starzy mnie wkurwili”

Milczeli chwilę. Janusz przeprosił go na chwilę. Podszedł do barmana. Uregulował rachunek i wrócił do Waldka

„Wstawaj. Pojedziemy w takie miejsce, gdzie jest spokój”

Po chwili byli na ulicy. Przeszli około stu metrów. Janusz podszedł do zaparkowanej, jasno zielonej Simki Talbot. Gdy otwierał drzwi samochodu, zauważył zaskoczoną minę Waldka

„Podoba ci się?” – zapytał

„No…” – Waldek tylko na tyle się zdobył.

Było to „no” powiedziane z podziwem i uznaniem. Janusz od środka otworzył drzwi od strony pasażera

„Wskakuj. Na co czekasz”

Ruszyli. Janusz zawrócił i skierował się na północ. Waldek zwrócił uwagę, że przed budynkiem, z której dopiero co wychodzili zatrzymał się duży Fiat. Trzej mężczyźni, którzy z niego wyszli, szybko znikli w bramie.

Jednym z tych trzech był porucznik Wójcik. W cywilnym ubraniu wyglądał na niewiele starszego od Waldka. Dwóch pozostałych wyglądało na typowych tajniaków. Barczyste draby, o głowę wyżsi od Wójcika, z twarzami bez wyrazu.

Na górze, jeden z nich został na korytarzu, a drugi wszedł z porucznikiem Wójcikiem do środka. Podeszli do baru. Wójcik wyciągnął powiększoną fotografię z legitymacji Waldka

„Czy to ten?” – zwrócił się do barmana

„Tak. To ten”

„Gdzie on jest?”

„Wyszedł z takim jednym kilka minut temu…”

„Z jakim jednym, Zdzisiu?… Chyba nie chcesz abyśmy się pogniewali?”

Porucznik Wójcik lubił amerykańskie filmy i pamiętał, że w ten sposób dzielni amerykańscy gliniarze zwracają się w podobnych sytuacjach do barmanów.

Zdzisiu przez moment kalkulował czyj gniew zaszkodzi mu bardziej, dobrego klienta, który nie szczędził mu napiwków, czy tego milicyjnego chłystka. Musiał szybko się zdecydować

„Wyszedł z takim jednym dziennikarzem. Janusz ma na imię…”

„A nazwisko?”

„Lenartowicz”

„Gdzie on mieszka?”

„Nie wiem nic więcej… Jak Boga kocham… chyba gdzieś na Widzewie”

Z samochodu porucznik Wójcik połączył się z centralą i zażądał adresu zamieszkania niejakiego Janusza Lenartowicza, dziennikarza, zamieszkałego prawdopodobnie na Widzewie. Sprawa bardzo pilna.

A tymczasem Waldek rozglądał się ciekawie po samochodzie Janusza. Nigdy nie jechał tak nowoczesnym, pachnącym nowością, aucie. Tak naprawdę to bardzo rzadko jechał osobówkami. Tylko w wyjątkowych wypadkach rodzice decydowali się jechać taksówką. Zwykle były to stare, rozklekotane i śmierdzące w środku Warszawy. Z tylnej kanapy, na której zwykle siedział z Józiem i matką niewiele było widać. Poza tym nikt z rodziny czy znajomych rodziców nie posiadał auta.

W kamienicy, w której mieszkali tylko stary Krakowiak miał poniemieckie DKW. Stało pod trzepakiem. Stale w nim grzebał. Waldek przypomniał sobie teraz, że razem z chłopakami śmiali się z tego samochodu i skrót nazwy tłumaczyli sobie Dykta Klej i Woda.

Raz Krakowiak zabrał go i takiego Gienka z podwórka, tym samochodem na swoją działkę w Nowosolnej. Chciał, aby mu pomogli zrobić na niej porządek. Waldek siedział wtedy pierwszy raz z przodu przy kierowcy.

Teraz oczarowany podziwiał deskę rozdzielczą z nowoczesnym, podświetlonym wskaźnikiem szybkości i całą masą innych wskaźników i światełek. Na środku było radio. U Krakowiaka nie było takich wspaniałości.

Drugi samochód, w którym siedział z przodu to była Syrenka Kazimierczaka. Nie zrobiła na nim wrażenia. Na wspomnienie Kazimierczaka pomarkotniał. Nagle stracił zainteresowanie samochodem

„Dokąd jedziemy?” – zapytał

„Najpierw coś zjemy, a potem zobaczymy”

Jechali teraz w milczeniu. Waldek poczuł się bardzo zmęczony i zrezygnowany. Wiedział co go czeka

„Przecież wiedziałeś po co poszedłeś do tej speluny na Kilińskiego, kretynie” – wyrzucał sobie w myślach – „Zresztą, to jest najlepsze rozwiązanie w mojej sytuacji” – usprawiedliwił się.

Zanim się zorientował zatrzymali się przed restauracją „Golonka” przy Wschodniej. Weszli do środka. Z trudem znaleźli miejsce przy stoliku, przy którym siedziało już dwóch pijaczków, którzy nie zwrócili na nich uwagi.

Janusz zamówił dwie golonki z grochem purée i dwa duże piwa

„Nie boisz się jechać po pijanemu? Piłeś już u Zdzicha”

„Nie jestem pijany, a poza tym milicja nic mi nie zrobi. Znają mnie”

W restauracji było tak głośno, że nie dało się rozmawiać. Szybko uwinęli się z jedzenie i po chwili jechali dalej.

„Dokąd teraz?”

„Do Rosanowa. Mam tam niewielki domek. Możesz zamieszkać w nim przez jakiś czas”

Po pięćdziesięciu minutach byli na miejscu. Domek na leśnej działce był naprawdę niewielki. Nieduża kuchnia z kącikiem do mycia. Ubikacja na zewnątrz, za domem. Przed domem studnia.

Przeszli przez kuchnię do jedynego pokoju. Na samym środku, pod ścianą, naprzeciwko drzwi stało olbrzymie łózko. Obok przeszklona szafka z mnóstwem butelek z zagranicznymi alkoholami

„Rozbierz się i wskakuj do łóżka. Przyniosę świeżej wody ze studni i napalę w piecu. Zaraz przyjdę do ciebie” – powiedział Janusz i wyszedł z wiadrami do studni

„No, to tak jak się spodziewałem” – pomyślał Waldek – „Ale tym razem znaczkami się nie zadowolę. Dziad ma pieniądze i postaram się go wydoić”.

„Nie denerwujcie się, panowie. On zaraz tu przyjdzie. Jest w toalecie”

Dyrektor szkoły uspakajał milicjantów czekających na Waldka. Siedzieli w milczeniu. Dyrektor zastanawiał się co też tych dwóch tajniaków może chcieć od jego ucznia. Nie powiedzieli, dlaczego chcą z nim rozmawiać. Przedstawili się i kategorycznie zażądali przyprowadzenia go do pokoju. Po dziesięciu minutach jeden z nich odezwał się

„To nie ma sensu tak czekać. Idę po niego” – powiedział zdenerwowany i ruszył do drzwi.

Dyrektor chciał zaprotestować. Uniósł się nawet z krzesła, ale zaraz opadł na nie z powrotem. Uzmysłowił sobie, że chyba jednak dał się oszukać chłopakowi. Drzwi się otworzyły

„Nie ma gnoja! Będzie pan odpowiadał za ułatwienie ucieczki podejrzanemu!” – zwrócił się do dyrektora.

Tajniak zdawał sobie sprawę, że to także ich wina. Nie powinni zlecać dostarczenie chłopaka dyrektorowi. Powinni mu towarzyszyć do klasy. Kapitan Ryś nie omieszka ich opieprzyć.

„Nie wiedziałem, że on jest o coś podejrzany. Mówiliście, że chcecie tylko z nim porozmawiać” – bronił się dyrektor

„Dobra!… Dawaj pan szybko adres zamieszkania gnoja”

Kilkanaście minut później zatrzymali się przed posesją, w której mieszkał Waldek. W bramie, na liście lokatorów znaleźli nazwisko Szymczak, Stefan i Julia. Lewa oficyna trzecie piętro mieszkanie numer dwadzieścia dwa.

Dobijali się dłuższą chwilę, aż zareagowała sąsiadka z przeciwka

„A panowie to co? Nie widać, że nie ma ich w domu? W pracy są”

„Kiedy wracają?”

„A po co to panom wiedzieć?”

„Jesteśmy z milicji” – odpowiedział jeden z nich i machnął kobiecie przed oczyma legitymacją

„Jezus! Maria!… Stało się coś?”

„Nic się nie stało, ale może zaraz się coś stać jak pani nie odpowie, kiedy wracają z pracy”

„Ja tam nic nie wiem. Sąsiadów nie podglądam. Pracują jak wszyscy. Wrócą po czwartej”

Zeszli do samochodu. Przez radio złożyli meldunek kapitanowi Rysiowi. Tak jak się spodziewali, nie był zadowolony. Nakazał im czekać na rodziców chłopaka. Wyraził przypuszczenie, że nie zjawi się on dzisiaj w domu. Mają się dowiedzieć, czy Szymczaki mają jakiś krewnych, do których chłopak mógłby się udać.

Ustawili samochód tak aby widzieć czy wchodzący do bramy, przechodząc przez nią udają się w podwórku na lewo czy na prawo. Tuż po czwartej zauważyli kobietę z dzieckiem udającą się do lewej oficyny. Udali się za nią.

Matka Waldka wróciła z pracy z pobliskich zakładów Marchlewskiego. Po drodze odebrała z przedszkola Józia. Zapukali do drzwi, gdy tylko weszła do mieszkania. Zdenerwowała się, bo Waldka jeszcze nie było. Zwykle o tej porze wstawiał zupę, którą ona przyszykowywała poprzedniego dnia wieczorem. Mąż przyjdzie lada moment głodny a obiad jeszcze w lesie.

Milicjanci powiedzieli jej, że potrzebują przesłuchać Waldka jako świadka bijatyki w szkole. Odpowiedziała, że nie wie, gdzie on jest. Powinien już być w domu.

„Może syn jest gdzieś u rodziny albo u krewnych?” – zapytali

Pomyślała od razu o teściowej. Waldek tylko tam mógł pójść. Zwłaszcza teraz po tej awanturze z ojcem. Zdarzyło się to już kilka razy wcześniej. Już miała to im powiedzieć, ale coś ją tknęło, aby nic o babce Zosi ze Wschodniej nie mówić

„Nie mamy rodziny ani krewnych w Łodzi. Nasi najbliżsi mieszkają pod Suwałkami”

Milicjanci doszli do wniosku, że nic więcej się nie dowiedzą. Przed wyjściem poinformowali ją standardowo, że jak syn się zjawi to ma ich natychmiast zawiadomić. Zostawili telefon na Komendę.

Pół godziny po ich wyjściu wrócił z pracy mąż. Po krótkiej rozmowie ustalili, że najlepiej będzie, jak on pójdzie od razu do matki i uprzedzi ją, że gdyby się pojawił Waldek, to ma go natychmiast odesłać do domu.

Droga do matki zabrała ojcu Waldka dwadzieścia minut. Gdy wchodził do klatki schodowej na Wschodniej był już porządnie wściekły na syna. To przez niego był głodny. Nie jadł nic od drugiego śniadania w fabryce.

Naciskał dzwonek kilka razy. Czekał niecierpliwie. Był przyzwyczajony do tego, że matka potrzebowała trochę czasu, aby się doczłapać do drzwi, ale tym razem trwało to za długo. Sięgnął po klucze. Miał wśród nich klucz do mieszkania matki. Po chwili znalazł matkę na podłodze przy łóżku. Pod rozbitą głową była niewielka kałuża krwi.

Studzienna woda, którą wczoraj wieczorem przyniósł Janusz, była cholernie zimna. Jednak Waldkowi to nie przeszkadzało. Przeciwnie, otrzeźwiał, gdy tylko wszedł do małej blaszanej wanienki, takiej dla niemowlaków. Stał w niej chwilę, dopóki poczuł, że stopy przestały drętwieć z zimna. Ze stojącego obok wiadra nabrał kubkiem wody i powoli nalał sobie na głowę. Gdy woda zaczęła spływać po plecach, na chwilę zaparło mu dech. Powtórzył tą czynność jeszcze dwa razy. Potem zdecydowanie sięgnął po gąbkę i mydło. Mył się dokładnie przez kilkanaście minut. Zakończył, wylewając na siebie resztę wody z wiadra. Sporo wody przylało się z wanienki na podłogę. Nie przejmował się tym. Wytarł się dokładnie.

W stojącej w kącie pokoju szafie znalazł ubrania Janusza. Szukał czystej bielizny. Znalazł skarpetki i krótkie kalesony. Już miał je włożyć na siebie, ale powstrzymał się. Z obrzydzeniem rzucił je na podłogę. Założył tylko skarpetki.

Przyjrzał resztę garderoby Janusza. Wybrał dla siebie koszulę i granatowy sweter z jakimś emblematem na piersi. Nie wiedział co to jest, ale podobał mu się.

Marynarki były niestety za obszerne. Zabrał sobie jeszcze jeden sweter i kilka bluzek. Na dnie szafy znalazł obszerną torbę turystyczną. Swoją, z książkami zostawił wczoraj w szkole, gdy musiał z niej uciekać. Ta tutaj jest lepsza.

Założył swoje majtki, spodnie i jedną z koszul Janusza. Na to ten granatowy sweter z emblematem i swoją starą kurtkę. Resztę zapakował do torby.

Rozejrzał się po mieszkaniu. Spojrzał na leżącego przy łóżku, twarzą do podłogi Janusza. Przeszedł nad nim ostrożnie do stolika nocnego. W szufladzie znalazł dwa złote zegarki i trochę złotych drobiazgów.

Jeden z zegarków, taki ciężki z grubą bransoletą, założył sobie na rękę. Na szyi zawiesił najgrubszy ze znalezionych w szufladzie łańcuszków.

Z kieszeni marynarki Janusza wiszącej na krześle wyjął portfel. Przeliczył pieniądze. Było ich więcej niż się spodziewał. Jeszcze jeden portfel znalazł w kuchni w szafce z talerzami. Były w niej dolary i marki zachodnioniemieckie. Nie mógł znaleźć kluczyków od samochodu. W końcu znalazł je na stoliku przy butelkach i kieliszkach.

Skrzywił się, gdy spojrzał na puste butelki. Starał się nie pić dużo i w zasadzie mu się to udało. Janusz też się ociągał z piciem na początku. Potem się rozochocił i wypił więcej. Nie miał siły protestować, gdy w czasie baraszkowania Waldek usiadł mu na piersiach i siłą wlewał mu do gardła całą butelkę jakiejś mocnej wódki.

Waldek przypomniał sobie teraz jak Janusz się dusił tą wódką, ale pił. Wypił wszystko i prawie natychmiast zasnął.

Wyszedł przed dom. Było pusto i cicho. Spojrzał na zegarek. Nie był nakręcony, ten drugi też nie. Wrócił się do domu. ostrożnie zdjął Januszowi z ręki zegarek. Przyjrzał się mu. Rolex. Nic mu to nie mówiło. Ważne, że chodził. Wskazywał dwadzieścia pięć po jedenastej.

Zmienił zegarki. Założył sobie tego Rolexa a ten z ręki wrzucił do torby. Chciał jeszcze ściągnąć mu z palca duży, złoty sygnet, ale nie dał rady. Paluch Janusza był spuchnięty. Znowu wyszedł przed dom. Rozejrzał się raz jeszcze. Żywej duszy wokoło nie było.

Domek Janusza stał w ślepej uliczce oddalony od innych domków. Torbę wrzucił na tylną kanapę Simki. Usiadł za kierownicą.

Nigdy nie prowadził samochodu. Na osiemnaste urodziny, które niedawno obchodził, dostał od starych pieniądze na prawo jazdy, z zastrzeżeniem, że na kurs może się zapisać, jak zda maturę. Teraz uświadomił sobie, że to już nie aktualne.

Nie ważne. Da sobie radę z tym samochodem bez prawa jazdy. Widział wczoraj jak Janusz prowadził. Obserwował go jak przekładał biegi, z resztą tutaj na gałce wajchy od biegów jest widoczny schemat jak należy je zmieniać.

Spróbował wrzucić jedynkę. Wajcha nie chciała się ruszyć.

„Czyżby trzeba użyć więcej siły?” – pomyślał – „Janusz robił to bez wysiłku”

Zastanawiał się chwilę co robi nie tak jak trzeba.

„Sprzęgło, idioto! Sprzęgło wcisnąć trzeba!” – przypomniał sobie

Przećwiczył zmianę biegów przy wciśniętym sprzęgle

„No i o to chodzi” – pomyślał z zadowoleniem.

Przekręcił kluczyk. Wrzucił wsteczny bieg i wycofał samochód z podjazdu.

A potem poszło już tylko lepiej. Sam był zdziwiony, że tak łatwo mu się prowadzi. Zachęcony tym sukcesem nabrał pewności siebie. Gdy skręcał z uliczki, na której znajdował się dom Janusza, ledwo uniknął zderzenia z dużym Fiatem który właśnie skręcał w tą uliczkę.

Nie minęło dużo czasu jak skręcił na główną drogę w stronę Ozorkowa. Miał wyraźny plan co robić dalej. Dojedzie tym autem na wybrzeże, a potem dostanie się na jakiś statek i w ten sposób opuści Polskę. Musi się udać. Słyszał od chłopaków, że to nie problem przemycić się w nocy na statek. Ukrywać się tam i potem opuścić go po kryjomu w jakimś porcie za granicą. Musi tylko kupić sobie zapas żywności na drogę, ale to nie problem, ma pieniądze.

Gdy tak sobie rozpatrywał ten plan zaskoczyła go nadjeżdżająca z przeciwka ciężarówka. Zjechał zbyt gwałtownie na prawo i stoczył się do rowu. Nic mu się nie stało, ale samochód leżał na boku. Zdał sobie sprawę, że dalej nie pojedzie.

Wygramolił się z samochodu, wyciągnął torbę i wyszedł na drogę. Na szczęście nikt nie widział wypadku. Ruch był znikomy. Auto w rowie było z drogi prawie nie widoczne. Waldek przeszedł na drugą stronę drogi i poszedł wzdłuż torów tramwajowych w stronę Ozorkowa.

Po około kilometrze doszedł do przystanku. Po jakimś czasie nadjechał tramwaj od strony Ozorkowa. Nie wsiadł do niego. Czekał czterdzieści minut na ten do Ozorkowa. Gdy nadjechał, wsiadł do niego. Wykupił bilet u konduktora i usiadł na wolnym miejscu

„Nic się nie stało. Nic nie powstrzyma moich planów. W Ozorkowie na pewno złapię okazję i dojadę na wybrzeże” – zdecydował

Po wyjściu z tramwaju wyszedł na drogę łapać okazję. Nawet nie czekał długo. Zatrzymała się jakaś rozklekotana Nyska.

„Dojadę do Gdańska z panem?” – zapytał

„Tylko do Ciechocinka, tam sobie coś złapiesz”

Waldek zawahał się. Nie to, że mu nie pasowało, ale w tym momencie zwątpił czy to dobry pomysł jechać okazją

„Wsiadasz, czy nie? Nie mam czasu tu stać” – ponaglał kierowca

„Nie. Dziękuję”

Kierowca odjechał bez słowa.

Waldek skierował się na przystanek tramwajowy. Zdążył wsiąść w ten sam tramwaj, którym przyjechał. Wykupił bilet do Zgierza. W Zgierzu zapytał się o drogę na dworzec kolejowy. W kasie biletowej dowiedział się, że pociąg osobowy do Gdańska będzie za trzy godziny. Poprosił o bilet drugiej klasy

„Albo nie! Niech pani da pierwszą klasę” – zmienił decyzję.

„Co będę dziada strugał. Stać mnie na pierwszą klasę” – pomyślał

Wyszedł na peron. Do odjazdu miał jeszcze sporo czasu. Pociąg z Łodzi do Gdyni jeszcze nie przyjechał. Przeszedł się kilka razy po peronie, zajrzał do poczekalni, odwiedził toaletę i zaczął się nudzić.

W pewnej chwili dotarło do niego, że jest głodny. Jak tylko sobie to uświadomił, poczuł, że jest bardzo głodny.

Wyszedł z dworca szukając jakiegoś baru mlecznego w którym mógłby się posilić. Stare nawyki nie pozwoliły mu na taką rozrzutność, aby zjeść coś w restauracji.

Kilka przecznic od dworca znalazł Bar Mleczny. W ciasnym okienku zamówił leniwe i kompot jabłkowy. Usiadł przy stoliku nakrytym wypłowiałą ceratą. Rozejrzał się. W barze było kilka osób. Kobieta przy sąsiednim stoliku jadła zupę pomidorową. Znajomy zapach zupy sprawił, że zwątpił czy dobrze zrobił zamawiając pierogi zamiast takiej zupy

„Komu leniwe!”

Gromki okrzyk potężnej kobiety w okienku wyrwał go z zamyślenia. Odebrał swoją porcję.

„Mało tych pierogów. Nie najem się” – pomyślał smutno

Zjadł błyskawicznie. Doszedł do okienka zamówić pomidorówkę. Tym razem zamówienia odbierała młoda dziewczyna, jakaś praktykantka chyba

„Nie ma już pomidorowej, ale jest jeszcze ogórkowa… Dobra jest” – zachęcała go z uśmiechem

„Nie lubię ogórkowej. Niech będą leniwe jeszcze raz i kompot”

Ledwo usiadł przy stoliku, gdy usłyszał tą samą dziewczynę

„Proszę pana! Leniwe gotowe”

Tym razem porcja była dwa razy tak duża jak ta poprzednia. Podziękował i nie mógł się powstrzymać, aby nie odpowiedzieć uśmiechem na ciepły uśmiech dziewczyny.

Najedzony wyszedł na miasto. Pokręcił się trochę po okolicznych uliczkach i stwierdziwszy, że do pociągu ma jeszcze pół godziny, wrócił na dworzec. Zaraz po wejściu na peron podeszło do niego dwóch gości. Jeden z nich ustawił się za nim. Ten przed nim zapytał

„Waldemar Szymczak, tak?”

„Tak, ale…”

„Proszę z nami”

Dzień wcześniej, w poniedziałek, kiedy Waldek i Janusz odjeżdżali spod meliny na Kilińskiego, porucznik Wójcik dowiedział się od barmana, że Janusz Lenartowicz mieszka na Widzewie. Przez radiotelefon otrzymał dokładny adres i wiadomość, że Lenartowicz posiada również dom w Rosanowie pod Łodzią.

Kapitan Ryś polecił mu niezwłocznie udać się na Widzew. Po przyjechaniu na miejsce nie zastali Lenartowicza. Ustawili samochód pod klatką schodową i czekali. Około dwudziestej trzeciej kierowca zwrócił się do porucznika Wójcika

„To co, panie poruczniku, może pojedziemy do Rosanowa, czy czekamy tu do rana?”

„Rosanów nie zając. Może poczekać. Jutro tam pojedziemy…wracamy na Komendę” – zadecydował Wójcik.

Rano porucznik Wójcik spotkał się z kapitanem Rysiem i poinformował go o tym co zdziałał poprzedniego dnia, czyli, że czekał na Janusza Lenartowicza pod domem na Widzewie do dwudziestej trzeciej i że zamierza pojechać przed południem do Rosanowa.

„Dlaczego wczoraj tego nie zrobiliście, poruczniku?!”

„Nie otrzymałem takiego polecenia”

„No, to teraz je otrzymujecie! Proszę natychmiast tam jechać!”

Porucznik Wójcik przez całą drogę do Rosanowa siedział wzburzony. Nie podobał mu się ton głosu kapitana Rysia, gdy się do niego zwracał. Będzie o tym musiał wspomnieć towarzyszowi Kaczmarkowi w Komitecie.

Byli już w Rosanowie. Wąskimi, leśnymi uliczkami zbliżali się pod wskazany adres

„Jak jedziesz!” – krzyknął Wójcik – „Chcesz nas pozabijać?!”

„To nie moją wina, poruczniku. Ten idiota wyskoczył na tym skrzyżowaniu jak wariat. Gdybym nie zjechał w te rabatki przy chodniku to by w nas przypierdolił…”

Zanim się Wójcik uspokoił stanęli przed domem Lenartowicza. Brama na posesję była otwarta. Weszli na podwórko. Podeszli do drzwi. Wójcik nacisnął dzwonek. Powtórzył to kilka razy. Nikt nie otwierał drzwi. Wójcik zdecydował się nacisnąć klamkę. Drzwi nie były zamknięte. Weszli do kuchni. Przez uchylone drzwi do pokoju zauważyli leżącego na podłodze przy łóżku, nagiego mężczyznę.

„Cholera! Jeszcze jeden. Zawiadomcie dyżurnego. Niech przyślą natychmiast ekipę” – zwrócił się do kierowcy

„Tak jest!”

Kierowca wyszedł do radiowozu. Porucznik Wójcik podszedł do leżącego i nachylił się nad nim. Poczuł mocną woń alkoholu i rzygowin. W tym momencie Janusz uniósł głowę i coś wymamrotał.

Wójcik odskoczył gwałtownie przewracając stolik z pustymi butelkami. Hałas przewracanych butelek i stolika sprawił, że Janusz na chwilę oprzytomniał

„Co ty tu, kurwa robisz?!” – zwrócił się zaczepnie do przerażonego Wójcika

Przerażenie porucznika Wójcika wynikało raczej nie z tego, że domniemane zwłoki okazały się zapitym i zarzyganym gościem, ale dlatego, że uświadomił sobie jak bardzo się zbłaźnił żądając przyjazdu ekipy dochodzeniowej do pijanego gościa

„Trzeba to szybko odszczekać” – pomyślał

Wybiegł przed dom. Kierowca wracał właśnie od samochodu

„Są już w drodze, panie poruczniku”

„Kurwa! Odwołaj ich. Natychmiast!”

„Jak, odwołaj?…”

„Niech dyżurny wróci ich z drogi. To pomyłka. Denat żyję”

Podczas gdy Wójcik wściekły, wyobrażał sobie, jak się będą z niego śmiać na Komendzie, że nie potrafi odróżnić nieboszczyka od pijanego, drugi z towarzyszących mu milicjantów podawał Januszowi znaleziony na podłodze mokry ręcznik, aby mógł sobie otrzeć twarz z wymiocin, w których leżał.

Janusz włożył na siebie żółty, frotowy szlafrok. Wiedział już, że ma do czynienia z milicjantami. Rozejrzał się. Nie zauważył Waldka. Przypomniał sobie wczorajszy wieczór. chciał sprawdzić godzinę. Nie miał zegarka. Coś go tknęło. Podszedł do stolika nocnego zajrzał do szuflady

„Skurwysyn okradł mnie”

„Co za skurwysyn?” – zapytał Wójcik, który właśnie wszedł do pokoju

„Taki jeden… Nie ważne”

„Ważne. Jak się on nazywa i gdzie jest teraz?… Ale najpierw poproszę wasze dokumenty”

Janusz chwiejnym krokiem podszedł do marynarki wiszącej na krześle. Nie znalazł w niej portfelu z dokumentami.

Chciał coś powiedzieć, ale poczuł nagle, że znowu zbiera mu się na wymioty. Gwałtownie odsunął wchodzącego do pokoju kierowcę i wybiegł przed dom. Dłuższą chwilę pochylał się pod ścianą nad rabatkami z kwiatkami. Gdy sobie ulżył otarł usta rękawem szlafroka. Rozejrzał się. Zauważył brak Simki. Wrócił do mieszkania

„Panowie! Samochód też mi zapierdolił!”

„Jaki samochód?”

„Simka Talbot, jasnozielona…”

„Ten wariat co by na nas wjechał miał zieloną Simkę, panie poruczniku!” – zauważył kierowca

Wójcik zignorował go.

„Jeszcze raz” – Wójcik zwrócił się do Janusza – „Nazwisko tego co was okradł i co on tu robił?”

„Niech pan nie udaje głupiego! Co on tu robił?… Gówno to pana obchodzi! Nie znam jego nazwiska. Na imię ma Waldek”

„Tak się składa, że ja znam jego nazwisko. Waldemar Szymczak jest uczniem. Czynności seksualne z nieletnimi są karalne. Proszę się ubrać. Pojedziecie z nami”

Podczas gdy Janusz Lenartowicz doprowadzał się do porządku porucznik Wójcik rozmawiał z kapitanem Rysiem przez radiotelefon.

Kapitan Ryś zarządził natychmiastowe poszukiwanie podejrzanego Waldemara Szymczaka na terenie województwa łódzkiego ze szczególnym uwzględnieniem miasta Zgierza i Ozorkowa. Dokładny rysopis poszukiwanego i jego zdjęcie zostało rozesłane do wszystkich posterunków milicji na tym terenie.

Kilka godzin później jeden z patroli milicyjnych w Zgierzu pokazywał zdjęcie Waldka pracownicom Baru Mlecznego

„Tak był tu taki. Leniwe zamawiał. Wyszedł pół godziny temu” – odpowiedziała kobieta, ta co przyjmowała pierwsze zamówienie Waldka.

Po wyjściu milicjantów młoda praktykantka z baru poprosiła o pozwolenie wyjścia po lekarstwa do apteki.

Jednak zamiast do apteki udała się natychmiast w kierunku dworca. Słusznie przypuszczała, że ten młody chłopak z dużą torbą turystyczną może się tam znajdować. Spodobał się jej. Musi go ostrzec, że milicja pyta o niego.

Gdy już była przed dworcem zauważyła go. Miał kajdanki na rękach i był prowadzony przez jakiegoś cywila do samochodu. Drugi cywil szedł dwa kroki za nimi i niósł torbę chłopaka.

Dziewczynie zrobiło się smutno. Otarła łzę w oku która się tam mimowolnie pokazał i zawróciła w stronę baru.

Dziesięć dni później, na początku listopada, w czwartek, na spotkaniu u Majora Stasiaka, porucznik Wójcik czuł się niemalże wspaniale.

Kilka dni nie było go w pracy z powodu szkoleń w Komitecie Partii. A teraz taka miła niespodzianka. Przed wejściem do pokoju majora pochwalił go kapitan Ryś

„Gratuluję poruczniku. Gdyby nie wasza szybka akcja w Rosanowie sprawca nigdy nie zostałby schwytany”

Kapitan Ryś powiedział to z lekką drwiną, ale porucznik Wójcik nie zauważył tego. Siedzą teraz w pokoju majora przy długim stole narad. Jest cała ekipa kapitana. Jest też fotograf, sierżant Renata Wysocka. Czekają tylko na majora.

Przywitał się z nimi, jak zwykle zaprosił do stołu i przeprosił, że musi na chwilę wyjść. Wrócił po piętnastu minutach

„Rozmawiałem przed chwilą z prokuratorem na temat naszych planów dotyczących Ryszarda Króla. Jak niektórzy z was już wiedzą Ryszard Król jest tym tajemniczym Kulawym Ryśkiem, z którym przed śmiercią Kazimierczak rozmawiał o pająkach” – major przerwał

„Co do diabła ze sprawą mają teraz pająki? Stary powinien nam podziękować i zamknąć sprawę” -zastanawiał się porucznik Wójcik.

„To sierżant Wysocka go odnalazła. Zaczęła na własną rękę szukać w łódzkim środowisku kolekcjonerów motyli. Najlepiej niech ona sama wam o tym opowie, ale zanim zacznie, informuję, tych którzy jeszcze tego nie wiedzą, że zatrzymaliśmy Waldemara Szymczaka podejrzanego o zabójstwo Kazimierczaka i mężczyzny o nieustalonej jeszcze tożsamości.

Szymczak okradł też znanego w łódzkich kręgach homoseksualistów dziennikarza Janusza Lenartowicza. Lenartowicz został zatrzymany przez porucznika Wójcika z powodu czynów seksualnych z nieletnim.

Niestety nasz kolega nie miał racji. Szymczak od niedawna jest pełnoletni. Prokurator nie widział podstaw do wydania nakazu aresztowania dziennikarza. Lenartowicz po wyjściu od nas skontaktował się z adwokatem i zmienił swoje zeznania. Nie twierdzi już, że został okradziony. Zlecił też temu adwokatowi, aby był również pełnomocnikiem Szymczaka.

Po rozmowie z adwokatem, Szymczak nie przyznaje się do kradzieży. Twierdzi, że znalezione przy nim rzeczy dostał od Lenartowicza a samochodem chciał się tylko przejechać. W tej sytuacji nie możemy przedstawić chłopakowi zarzutów dokonania kradzieży, ponieważ nie ma poszkodowanego. Jedynie zarzut prowadzenia pojazdu mechanicznego bez koniecznych uprawnień wchodzi w rachubę. Szymczak nie przyznaje się do zabójstw. Twierdzi, że u Kazimierczaka był na korepetycjach, a na działkach był z kolegami. Pili alkohol, upił się i nic nie pamięta. Obudził się i stwierdził, że jest okradziony.

Koledzy potwierdzili libację na działkach. Jazdę bez biletu autobusem i interwencję kontrolera potwierdził wezwany milicjant. Nie zauważył nic szczególnego w zachowaniu Szymczaka. Złożył doniesienie na kolegium…Nie muszę dodawać, że nie posiadamy narzędzia zbrodni, ani właściwie żadnych motywów. Wycięte języki ofiar są dla nas zagadką. W żaden sposób nie możemy powiązać ich z podejrzanym…Aha! Jeszcze jedno. Tydzień temu, w poniedziałek, to jest, tego dnia, kiedy Waldemar Szymczak uciekł sprzed nosa naszym ludziom czekającym na niego w szkole, znaleziono martwą Zofię Szymczak, lat siedemdziesiąt. Zofia Szymczak była babką Waldemara Szymczaka. Znalazł ją w jej mieszkaniu jej syn Stefan, ojciec Waldemara. Przyszedł do niej szukać syna. Starsza pani leżała przy łóżku z rozbitą głową.

Z początku nie wiązano tego zdarzenia z naszymi sprawami. Całkiem przypadkiem został o tym powiadomiony kapitan Ryś. Po tym, kiedy porucznik Wójcik zameldował nam o zabójstwie Lenartowicza…” – major przerwał na chwilę, czekając aż szmer rozbawienia ucichnie – „Po tym, kiedy porucznik Wójcik zameldował nam o zabójstwie Lenartowicza, ogłosiliśmy poszukiwanie Szymczaka. Przyczyniło się do tego również podejrzenie zabójstwa babki. Jednakże już po zatrzymaniu chłopaka dowiedzieliśmy się, że sekcja zwłok nieboszczki wykazała, że zmarła ona na skutek rozległego wylewu do mózgu. Rozbita głowa była skutkiem upadku kobiety i uderzenia głową o kant stolika nocnego… Teraz oddaję głos sierżant Wysockiej”

„Wszyscy wiedzą, że brzydzę się pająków. To taka moja fobia, teraz wiem, że to arachnofobia. Nie mogę sobie z nią poradzić, a raczej nie mogłam.

Koledzy nie raz robili mi głupie kawały z pająkami. Postanowiłam coś z tym zrobić. Kiedy pierwszy raz spotkaliśmy się tutaj w sprawie zabójstwa Kazimierczaka, wyraziłam przypuszczenie, że brakująca ramka z motylami…”

„Z ważkami!” – poprawił ją Wójcik

„Słusznie. Z ważkami… Wyraziłam przypuszczenie, że ta ramka mogła zawierać pająki. Według zeznań barmana z meliny, o pająkach Kazimierczak rozmawiał z Kulawym Ryśkiem… Te pająki nie dawały mi spokoju. Raczej dla własnego dobra niż z potrzeb śledztwa zaczęłam zapoznawać się z tematem. Przesiedziałam kilka godzin w Bibliotece Uniwersyteckiej. Przeczytałam dużo o pająkach, motylach i o ważkach też, poruczniku Wójcik” – podkreśliła zwracając się do niego – „Spotkałam się z prezesem Polskiego Towarzystwa Entomologicznego. Poprosiłam go, aby pomógł mi skontaktować się ze zbieraczami ważek i pająków. W sprawie ważek skierował mnie do Sekcji Odontologicznej…”

„Streszczajcie się koleżanko” – przerwał jej major

„Tak jest. Jeśli chodzi o pająki to dowiedziałam się, że jest w Towarzystwie niewielka sekcja Arachnologiczna. Są w niej przede wszystkim naukowcy. Zajmują się oni na poważnie pająkami. Dostałam numer telefonu do profesora Dutkiewicza, szefa tej Sekcji. Mimo, że nie miałam zezwolenia przełożonych i działałam na własną rękę, przedstawiłam się jako milicjantka biorąca udział w dochodzeniu dotyczącym morderstwa…”

„Bardzo naganne z waszej strony, sierżancie” – wtrącił porucznik Wójcik

„Proszę nie przerywać!” – skarcił go major – „Proszę mówić dalej, koleżanko”

„Profesor zaprosił mnie do siebie do Poznania. Tam, w siedzibie Sekcji, dowiedziałam się o jej członkach. Nie jest ich wielu w Polsce. Wszyscy się znają. Dowiedziałam się też, że jest wielu niezrzeszonych amatorów pająków. Profesor rekomendował mi abym nimi się zainteresowała, jeśli chodzi mi o handel pająkami. Oni w Sekcji nie zajmują się handlem. Wymieniają między sobą różne okazy, ale w sposób kontrolowany i zgodny z regulaminem Sekcji.

Zapytałam go czy zna jakiś handlarzy spoza Sekcji. Nie był chętny odpowiedzieć na to pytanie. Zachęciłam go mówiąc, że poszukujemy jednego który znajduję się najprawdopodobniej na terenie Łodzi. Dosyć okólnie wspomniałam o Kulawym Ryśku. Zauważyłam, że zdenerwował się.

„Pan coś o nim wie, Profesorze, Prawda?” – przycisnęłam go

Pobladł. Chwilę nic nie mówił. Sięgnął po papierosa. Zaciągnął się

„Kilka lat temu mieliśmy duży skandal w naszej Sekcji” – zaczął po namyśle – „Jeden z naszych członków postąpił bardzo nieetycznie w czasie wyprawy, w Australii.

Trzech od nas pojechało do Nowej Południowej Walii w pobliżu miasta Newcastle. Nocowali w namiocie. W jakiś niewytłumaczony sposób, nad ranem, dostał się do namiotu pająk wielkości męskiej dłoni” – przerwał na chwilę – „Wie pani jak pająk zabija?”

Odpowiedziałam mu, że oczywiście nie mam o tym pojęcia

„Dwiema przednimi nogami uderza i poprzez szczękoczułki wpuszcza jad w ofiarę. Jad pająków spotykanych u nas jest nieszkodliwy dla ludzi, ale są pająki występujące na przykład w Ameryce południowej czy w Australii właśnie, których jad jest bardzo groźny dla człowieka. Oczywiście rzadko zdarza się, żeby ten jad zabił człowieka. Może zabić dziecko lub schorowanego starca. Wystarcza jednak do natychmiastowej śmierci niewielkich zwierząt jak myszy czy mniejsze króliki.

Na zdrowego, dorosłego człowieka jad niektórych pająków działa znieczulająco. Po znieczuleniu ofiary, pająk natychmiast zaczyna ją pożerać… Niech się pani nie śmieje. Oczywiście, że pająk nie zeżre człowieka. Zrobi za to dużą ranę, przez którą dostaje się jego ślina powodująca gnicie i rozpuszczanie tkanki miękkiej. Takie rany trudno się leczą i doprowadzają do poważnych powikłań… Ale wracając do naszych podróżników. Ten pająk, który znalazł się w namiocie to był Big Boy Atrax Robustus znany pod nazwą Sydney Funnel-Web.

Jeden z uczestników wyprawy – już nie należy do naszego grona – zauważył, że pająk chodzi po śpiącym koledze. Zbliżył się do jego ucha. Znieczulił je i w ciągu kilku minut zjadł je niemal całe. Ten człowiek nie zrobił nic, aby zapobiec temu wypadkowi. Przeciwnie. Z zimną krwią przyglądał się i zdążył nawet zrobić kilka zdjęć. Obudził niechcący tego trzeciego uczestnika wyprawy. Gdy tamten zorientował się co się dzieje wywiązała się między nimi bójka. Obudził się również ten pogryziony. W czasie szamotaniny pająk ukąsił w lewą nogę, pod kolanem sprawcę tego zdarzenia”

Dowiedziałam się, że ten ugryziony pod kolanem to niejaki Ryszard Król, docent entomologii na uniwersytecie w Poznaniu. Po tym zdarzeniu stracił pracę na Uniwersytecie i za nieetyczne zachowanie został wydalony z Polskiego Towarzystwa Entomologicznego. Od tamtego czasu po wyjściu ze szpitala kuleje na lewą nogę”

„Co się stało z tym co stracił ucho?” – zapytał ktoś

„Przyznaję, że przestał mnie interesować ten wypadek, gdy uświadomiłam sobie, że docent Ryszard Król jest poszukiwanym przez nas Kulawym Ryśkiem. Profesor Dutkiewicz powiedział również, że dotarło do niego, iż Król przeniósł się do Łodzi i że handluje pająkami, zarówno żywymi jak i spreparowanymi. Na koniec mam coś jeszcze” – Renata Wysocka zrobiła dramatyczną pauzę – „Kulawy Rysiek jest sąsiadem Kazimierczaka. Mieszka dokładnie nad jego mieszkaniem… To nie wszystko. Był z nim w homoseksualnym związku” – zakończyła Wysocka.

Kilka z obecnych osób zaczęło wymieniać między sobą uwagi na temat tego co usłyszeli

„Proszę o ciszę. Jeszcze nie skończyliśmy” – upomniał zebranych major – „Wysłaliśmy wezwanie do Króla, aby się u nas stawił w celu złożenia zeznań w charakterze świadka. Wczoraj przesłuchiwał go Kapitan Ryś. Kapitanie, proszę opowiedzieć co od niego się dowiedzieliście”

„Powiedziałem mu, że powodem wezwania go na Komendę jest prowadzone przez nas dochodzenie w sprawie śmierci Kazimierczaka i że wiemy o tym, że był on ostatnią osobą, z którą zmarły rozmawiał przed śmiercią i że odbyło się to w nielegalnym barze przy Kilińskiego. Nie zaprzeczył. Na pytanie, o czym rozmawiali, stwierdził, że Kazimierczak, z którym mieszkał po sąsiedzku, był mu winien pieniądze, około dwóch tysięcy złotych. Nic nie wspomniał o pająkach. Nie pytałem się o nie.

Nic więcej się od niego nie dowiedziałem. Był bardzo małomówny. Nic nie powiedział od siebie. Na pytania odpowiadał krótko i ogólnikowo. Nic więcej nie udało mi się od niego wyciągnąć” – zakończył

Major Stasiak ponownie zabrał głos

„Wiemy, że kłamie. Według zeznań Waldemara Szymczaka, Kazimierczak pojechał z nim do meliny, aby spotkać Kulawego Ryśka i odebrać od niego dług. Niestety nie możemy na tym etapie śledztwa powiedzieć mu o tym. Wczoraj po jego wyjściu od nas zdecydowałem razem z kapitanem Rysiem przeprowadzić pewną prowokację. Ze szczegółami prowokacji zapoznaliśmy sierżant Wysocką, która będzie odgrywać w tym główną rolę. Przed naszym spotkaniem tutaj zawiadomiłem o tym prokuratora i uzyskałem jego akceptację.

Prowokacja będzie polegać na tym, że sierżant Wysocka zbliży się towarzysko do Ryszarda Króla jako miłośniczka i kolekcjonerka pająków. Będzie chciała od niego kupić kilka okazów. Dzięki swoim odkrytym od niedawna zainteresowaniom tymi owadami…”

„Pająki to nie owady, majorze” – przerwała Wysocka

„Nie owady?…Mniejsza z tym. Dzięki swoim nowym zainteresowaniom sierżant Wysocka zdobyła wystarczającą wiedzę, aby podjąć z Królem dialog o pająkach”

„Dlaczego tak bardzo interesuje nas ten Król. Mamy przecież sprawcę zabójstw i wydaje mi się, że możemy zamknąć sprawę” – zauważył porucznik Wójcik

„Dlatego, poruczniku, że ani ja, ani kapitan Ryś nie wierzymy w to, że to Szymczak jest zabójcą”

Lenartowicz został zatrzymany na czterdzieści osiem godzin. Ten młody porucznik co go zatrzymał twierdzi, że Waldek jest nieletni i że ma szesnaście lat.

Przez te dwa dni w celi na Komendzie nic się nie działo. Nie był przesłuchiwany. Chciał się skontaktować ze swoim znajomym adwokatem mecenasem Goldmanem, ale porucznik powiedział mu, że będzie to możliwe dopiero wtedy, gdy prokurator wyda nakaz aresztowania.

Lenartowicz zaczął się bać. Słyszał od znajomych, że kary za czyny seksualne, zwłaszcza o charakterze homoseksualnym są surowo karane. Gdy tak coraz bardziej pogrążał się w czarnych myślach, został bez słowa wyjaśnienia zwolniony. Udał się natychmiast do Goldmana.

„Nie jest dobrze, Janusz. Jeśli chłopak ma szesnaście lat to sobie posiedzisz…”

„Wiem o tym, kurwa i dlatego przyszedłem do ciebie!”

„No i dobrze zrobiłeś. Coś wymyślimy”

Wymyślili tak, że Goldman zostaje pełnomocnikiem Janusza i Waldka. Ma natychmiast zająć się najpierw obroną chłopaka. Gdy dostanie pozwolenie od prokuratora na rozmowę ze swoim klientem, to jest z Waldkiem, to ma go nakłonić do zaprzeczania jakoby między Waldkiem i Januszem doszło do jakichkolwiek stosunków seksualnych. W zamian za to Janusz zmieni zeznania i odwoła doniesienie o kradzieży.

Od prokuratora Goldman dowiedział się, że Waldemar Szymczak podejrzany jest o podwójne morderstwo. W czasie rozmowy nie padło ani jedno słowo o stosunkach seksualnych z nieletnim. Goldman wziął to za dobrą monetę i nie poruszał tego tematu.

Prokurator ze swojej strony był przekonany, że ma do czynienia z adwokatem, który będzie bronił chłopaka przed zarzutami dotyczącymi morderstwa.

W czasie rozmowy z Waldkiem Goldman przekazał mu wszystko co polecił mu Lenartowicz. Waldek zgodził się na tą linie obrony, głownie dlatego, że nie to było jego największym zmartwieniem

„A co z tymi morderstwami, które mi wmawiają?” – zapytał zaniepokojony, gdy Goldman nareszcie dał mu dojść do głosu

„A…Morderstwa. Do niczego się nie przyznawaj. Odmawiaj udzielania odpowiedzi. Wszystko się wyjaśni”

Kilka dni później Lenartowicz został wezwany do złożenia zeznań jako poszkodowany, w sprawie kradzieży. Udał się na Komendę bez adwokata, który akurat musiał być w Sądzie. Lenartowicz odwołał swoje zeznania jakoby został okradziony przez swojego znajomego Waldemara Szymczaka.

„Byłem bardzo pijany, gdy przyjechała do mnie milicja i zapomniałem, że podarowałem te rzeczy Szymczakowi”

„A samochód?”

„Błahostka. Chłopak na pewno chciał się przejechać. Nie ma o czym mówić”

Dopiero gdy podpisywał protokół przesłuchania zauważył przy nazwisku Szymczaka „lat osiemnaście” Zwrócił uwagę kapitanowi Rysiowi, który go przesłuchiwał, że tu jest błąd, powinno być lat szesnaście.

„Nie ma błędu. On ma skończone osiemnaście”

Lenartowicz poczuł, że jest bliski zawału. Ostatnim wysiłkiem woli nie dał poznać po sobie jak bardzo jest na siebie i na tego kretyna Goldmana wkurwiony. Natychmiast chciał odwołać wszystko co przed chwilą powiedział do protokołu. Powstrzymał się jednak od tego.

„Goldman musi to odkręcić, za to mu płacę” – zdecydował

Rozmowa z adwokatem nie należała do najprzyjemniejszych. Goldman stanowczo odradzał mu ponowną zmianę zeznań.

„Zaplątałeś się w tą historię z chłopakiem okrutnie. Musisz zacisnąć zęby i przyjąć to jak mężczyzna”

„Ja się zaplątałem?! Ty mi doradziłeś to wszystko!”

„No, właśnie. Ja doradzam, ty podejmujesz decyzję”

W połowie listopada Renata Wysocka, tym razem z odpowiednim dokumentem od swoich zwierzchników, ponownie skontaktowała się z profesorem Dutkiewiczem z Poznania.

Była upoważniona, aby zapoznać profesora z planami milicji wobec Ryszarda Króla. Nie musiała go do tych planów przekonywać. Odniósł się do nich niemal entuzjastycznie.

Znacznie później Renata Wysocka dowiedziała się, że to on był tym trzecim uczestnikiem wyprawy do Australii.

Profesor wypożyczył jej kilkanaście ramek z motylami i ważkami oraz dwie ramki z pająkami zebranymi w Wenezueli.

Omówił z nią dokładnie niemal każdy egzemplarz, podając również ich orientacyjną cenę rynkową. Wszystkie były bardzo cenne i niemal niedostępne na Polskim rynku. Żal mu się było z nimi rozstawać. Wysocka zapewniła go, że postara się, aby wszystkie do niego wróciły.

Kilka dni po wizycie u profesora w Poznaniu, w ostatnią sobotę listopada, od ósmej rano, Renata Wysocka pojawiła się na Bałuckim Rynku w Łodzi. Kręciła się w tej części targowiska w której zwyczajowo zbierają się i handlują miłośnicy rybek do akwariów, papug, szczurów hodowlanych, żółwi i innych zwierząt. Można tam było również kupić paszę dla tych zwierząt jak i wszelkiego rodzaju wyposażenie potrzebne dla hodowców tej menażerii.

Wysocka miała ze sobą torbę z kilkoma ramkami ważek. W ręku trzymała dwie ramki. Przebywała tam do godziny pierwszej. Kilka osób zainteresowało się jej kolekcją, głownie młodzi ludzie. Pytali, ile kosztują te motyle. Podawała wysokie, zaporowe ceny

„Zwariowała baba…” – słyszała, gdy odchodzili zawiedzeni.

Króla nie zauważyła. Po drugiej wróciła na Komendę. Dowiedziała się, że jeden z towarzyszących jej tajniaków widział Króla jak ją obserwował z pewnej odległości.

Tydzień później Ryszard Król podszedł do nie około pierwszej, gdy już zamierzała odejść z targu. Nie zapytał o cenę tak jak inni.

„Skąd pani ma te okazy?” – zapytał

„Ojciec prosił mnie, aby je sprzedać. Potrzebuje pieniądze na drogie lekarstwa. Jest ciężko chory”

„Pani wie, ile one są warte?”

„Wiem, ile ojciec chce za nie”

„Kupiłbym je, ale chciałbym je najpierw dokładnie obejrzeć. Tu nie ma na to warunków”

„Co tu jest do oglądania. Jak pan jest zainteresowany to mam tego więcej w torbie”

„Droga pani. Muszę je obejrzeć pod lupą przy dobrym oświetleniu. Porównać z opisami w katalogach, pomierzyć je. Mogę to zrobić tylko w domu. Zapraszam panią do siebie”

„Nie będę nigdzie jechać. Jak pan nie chce kupić to ja tu mam chętnych którzy je wezmą bez oglądania pod lupą”

„Szkoda. Tutaj dostanie pani za nie grosze. Ja zapłacę dużo więcej, ale u siebie w domu. Wie pani co? Zostawię pani adres. Jak się pani namyśli to proszę przyjechać do mnie na Karolew wieczorem”

Wyciągnął notes i długopis. Zapisał adres na wyrwanej kartce i podał Wysockiej.

„Za tydzień wyjeżdżam na kilka dni z Łodzi, ale dziś wieczorem lub jutro może pani przyjść, gdyby się pani namyśliła. Pani pokaże szybko co jeszcze pani ma w tej torbie”

Wysocka otworzyła torbę tak aby Król zauważył leżące na wierzchu ramki z pająkami, po czym szybko odsunęła je na bok pokazując tylko motyle i ważki.

Król złapał przynętę. Zauważył pająki

„Zaraz! Zaraz. Co tam pani chowa pod spód”

„To nie na sprzedaż. Kupiłam dzisiaj dla siebie”

„Kolekcjonuje pani pajęczaki?… Mam ich w domu od cholery i trochę. Żywe też trzymam w terrarium…”

„Naprawdę?” – zapytała z zaciekawieniem

„Oczywiście. Jak pani przyjdzie do mnie to może się na coś zamienimy”

„No wie pan… Kusiciel z pana. Kocham pająki”

„To zapraszam do siebie”

„Dzisiaj nie mogę. Chory ojciec czeka na mnie, ale po niedzieli chętnie, na przykład w czwartek”

„No to jesteśmy umówieni. Osiemnasta w czwartek, pasuje pani?”

„Będę punktualnie”

Około ósmej rano w niedzielę, obudził ją telefon.

„Za parę minut przyjedzie po ciebie samochód. Szykuj się szybko. Mamy zabójstwo”

Kapitan Ryś wyrwał tym telefonem Renatę Wysocką z łóżka. Miała nadzieję pospać jaszcze trochę. Uzgodnili przecież jeszcze wczoraj, gdy wróciła z Rynku Bałuckiego, że do czasu wizyty u Kulawego Ryska w czwartek ma się w domu przygotowywać na rozmowę o motylach i pająkach. A teraz ją wzywa do jakiegoś morderstwa, tak jakby nie mieli więcej fotografów.

„Nie możesz wezwać kogoś innego?”

„Nie. To jest nasz przypadek. Zainteresuje cię”

Wstała nie budząc męża. Wstawiła kawę. Szybko ubrała się. Gdy kończyła pić kawę wyjrzała przez okno. Znajomy samochód już czekał. Weszła jeszcze na chwilę do sypialni. Obudziła męża

„Wzywają mnie do pracy, zrób sobie śniadanie”

„Miałaś siedzieć w domu do czwartku…”

„Zmieniło się…Pa”

„Dokąd jedziemy, Kaziu?” – zapytała kierowcę

„Do jakiejś pedalskiej meliny na Kilińskiego”

Po kilkunastu minutach zatrzymali się przed bramą. Stały tam już trzy milicyjne samochody. Wejścia do bramy pilnowali dwaj mundurowi. Gdy tylko wysiadła z samochodu zjawił się kapitan Ryś

„O w pół do siódmej mieszkaniec tej kamienicy wyprowadzał psa. Pies zaciągnął go do wnęki pod schodami. Tam go znalazł”

„Kogo, mów jaśniej. Śpię jeszcze”

„Zaraz się obudzisz, jak go zobaczysz. To niejaki Zdzisław Piątkiewicz, barman z meliny na pierwszym piętrze. Jest zadźgany i ma wycięty język”

Waldek został wywołany z celi. Milicjant zabrał go do magazynu depozytów. Wydano mu pasek od spodni i sznurówki od butów. Ku jemu zdziwieniu otrzymał torbę z rzeczami zabranymi od Janusza. Nawet zegarki mu oddano oraz gotówkę. Był tak zaszokowany, że jej nie przeliczył, mimo że wydający upomniał go o tym. Podpisał kwit potwierdzający odbiór depozytu.

Milicjant zaprowadził go na drugie piętro. Kazał mu czekać przed drzwiami. Zapukał i wszedł do środka. Po chwili wyszedł

„Wchodźcie” – nakazał Waldkowi

W pokoju, przy biurku, pod oknem siedział młody porucznik milicji zajęty pisaniem. Po jakiś dwóch minutach przerwał pisanie i podniósł wzrok na Waldka. Porucznik Wójcik przyjął władczą minę i wyuczonym, również władczym głosem oznajmił

„Na razie jesteście zwolnieni z zarzutu morderstwa, ale będziecie odpowiadać za jazdę samochodem bez uprawnień. Nie wolno wam opuszczać miasta i musicie się stawiać do nas na wezwanie. Tu jest przepustka. Pokażecie ją na dole… To wszystko”

W domu matka przywitała go szlochem i załamywaniem rąk

„Wiedziałam, że cię wypuszczą. Modliłam się o to do Boga. Powiedz synuś o co chodzi? Co ty nam narobiłeś?”

„Nic nie narobiłem, mamo. To pomyłka”

„Tak. Pomyłka” – wściekłym głosem włączył się ojciec nie przerywając gapić się w telewizor – „Przez pomyłkę nie wsadzają do pierdla”

„Daj mu spokój, Stefan. Nie widzisz, jak on wygląda. Niech się umyje i odpocznie”

Potem zwróciła się do Waldka

„Zjesz zupy, synuś? Dobra jest, pomidorowa”

„Nie teraz mamo, umyję się teraz. Zjem jak przyjdę”

„Gdzie będziesz teraz wychodził?”

„Daj mu spokój, Julka! Dorosły jest. Niech robi co chce” – wtrącił ojciec wściekle

Waldek umył się. Przebrał się w czyste rzeczy i schował torbę pod łóżko. Do kieszeni spodni schował tylko pieniądze

„Skąd masz tyle pieniędzy?” – zapytał Józio, który cały czas go obserwował

„Wygrałem, Masz tu stówę. Schowaj sobie do skarbonki”

Po wyjściu z domu przeszedł podwórko i bramę. Zatrzymał się na ulicy zastanawiając się co najpierw zrobić.

Punktualnie o osiemnastej w czwartek Wysocka wysiadła z taksówki przed znanym już jej blokiem na Karolewie. Rozejrzała się. Po drugiej stronie ulicy stał znany jej samochód.

„Wszystko w porządku” – pomyślała

Ryszard Król mieszka na ostatnim, czwartym piętrze. Przechodząc obok mieszkania Kazimierczaka na trzecim piętrze, zauważyła, że na drzwiach w dalszym ciągu są plomby założone przez milicję.

Król otworzył drzwi jak tylko nacisnęła dzwonek. Pomógł jej ściągnąć płaszcz. Chciała zdjąć buty, ale zaprotestował. Zaprosił do pokoju.

Na ścianach od sufitu aż do stojących pod ścianami oszklonych stolików, wisiały gablotki z motylami, ważkami i pająkami. Pod oszklonymi blatami stolików znajdowały się największe okazy, wielkości większej od dużej męskiej dłoni. Pod oknem stało duże biurko z krzesłem. Solidna lampa biurowa oświetlała masę różnych kuwet i słoiczków oraz drobnych nieznanych Wysockiej narzędzi.

„Musi przy tym biurku spędzać najwięcej czasu” – pomyślała

Ogarnęła wzrokiem cały pokój dookoła. Na ścianie, w której były drzwi przez które weszła z przedpokoju znalazła coś co ją zaskoczyło. Z trudem ukryła, że ją to zainteresowało. Tylu bagnetów w jednym miejscu nie widziała nawet w muzeum.

„Przepraszam za bałagan. Mieszkam sam. Nikt do mnie nie przychodzi…Co pani woli? Kawa czy herbata?”

„Dziękuję. Niech się pan nie trudzi. Dopiero co jadłam. Proszę tu są motyle. Niech pan sobie je obejrzy, a ja przez ten czas obejrzę pańskie pająki, jeśli pan pozwoli”

„Oczywiście. Najciekawsze są w tym pokoju trochę mam jeszcze w przedpokoju, ale tamte są bardzo pospolite… Jeśli będzie pani miała pytania, to proszę mi przerwać. Ja sobie usiądę i przyjrzę się pani okazom”

W milczeniu zaczęła oglądać zgromadzone w pokoju eksponaty. Ryszard Król, również w milczeniu oglądał przez szkło powiększające eksponaty przyniesione przez Wysocką.

Po jakiejś godzinie zwrócił się do niej

„Obawiam się, że nie mogę pani zapłacić za nie tyle ile są warte. W każdym razie nie teraz. Pewni ludzie są mi winni pieniądze. Może za dwa tygodnie spotkamy się jeszcze raz, o ile pani ich nie sprzeda do tego czasu”

Wysocka stała akurat przy ścianie z bagnetami

„Oczywiście! Mogę poczekać” – odparła zaskoczona – „Widzę, że zbiera pan noże”

„To bagnety, nie noże. Mam to po moim zmarłym ojcu. Nie zdążyłem pozbyć się tego”

„Mówił pan, że ma pan też żywe pająki” – zmieniła temat – „Gdzie one są? W drugim pokoju, prawda?” – skierowała się do przedpokoju

„Nie! Tam ich niema. W sypialni nie trzymam terrariów. To niezdrowe”

„Szkoda. Tak liczyłam, że je zobaczę. Może bym nawet kupiła coś od pana”

„Trzymam je na działce. Jest już co prawda późno, ale jeśli pani chce to możemy tam zaraz pojechać, jeśli pani zapłaci za taksówkę”

„Dobrze jedźmy od razu”

Kilka minut później wyszli z klatki schodowej. Wysocka przystanęła i zaczęła się rozglądać. Szukała wzrokiem znajomego samochodu z kolegami z Komendy.

Gdyby nie wyszła po dwóch godzinach, mieli wejść do mieszkania Króla jako pracownicy gazowni, pod pozorem natychmiastowej potrzeby sprawdzenia instalacji gazowej, z powodu wycieku gazu w bloku.

„Chyba musieli przeparkować auto” – pomyślała

„Czeka pani na kogoś?” – zapytał Król

„Nie. Rozglądam się za taksówką…”

„Postój jest kawałek za rogiem”

Przeszli ten kawałek w milczeniu. Wybrali pierwszą z trzech wolnych taksówek. Król usiadł na tylnej kanapie przepraszając, że musi mieć więcej miejsca na sztywną nogę. Wysocka usiadła przy kierowcy

„Dokąd jedziemy?” – zapytał taksiarz

„Ogródki działkowe przy Drewnowskiej. Wejście przy torach kolejowych” – odpowiedział Król

W tym momencie Wysocka zaczęła się naprawdę bać. Jeszcze wczoraj, zastanawiali się na naradzie u majora, czy warto zajmować się Kulawym Ryśkiem. To ona nalegała, żeby wyjaśnić sprawę tych pająków do końca.

Ktoś nawet zażartował, że przegięła w drugą stronę i teraz zakochała się w tym świństwie. Zgodzili się, aby poszła do Króla, bo właściwie nie mieli nic na czym mogliby się skoncentrować.

Morderstwo barmana z meliny sprawiło, że definitywnie wykreślili Waldka z listy podejrzanych. Tylko porucznik Wójcik oponował przeciwko temu, argumentując, że fakt zabicia barmana w taki sam sposób jak tych dwóch wcześniej nie przesądza automatycznie o tym, że Szymczak jest niewinny. Major w duchu przyznał mu rację, ale ponieważ bardzo nie lubił Wójcika, wnioskował do prokuratora o zwolnienie Szymczaka z aresztu. Wysocka przypomniała sobie, że słyszała, iż chłopak opuścił areszt kilka godzin temu.

Zatrzymali się przed wejściem do ogródków. Podczas gdy Ryszard Król gramolił się taksówki zapłaciła za kurs. Wysiadła i podążyła za Królem, który zatrzymał się przy furtce i starał się w panującym półmroku trafić kluczem do zamka. Wysocka poważnie przestraszona rozejrzała się dookoła. Żywej duszy nie zauważyła. Ciemności na około słabo oświetlały nieliczne latarnie. Weszli na teren ogródków. Król wyciągnął latarkę. Udali się w głąb rozległego terenu porośniętego krzewami i drzewkami owocowymi. W mroku majaczyły sylwetki altanek.

„Jeszcze kilka kroków i będziemy na miejscu. Spodoba się pani”

Gdy znikali w furtce do ogródków, w pobliżu wejścia zatrzymała się druga taksówka.

Waldek po wyjściu z domu przeszedł podwórko i bramę. Zatrzymał się na ulicy zastanawiając się co najpierw zrobić. Zamyślił się. Przypomniał sobie co powiedział ten milicjant co go zwolnił z aresztu

„Na razie jesteście zwolnieni z zarzutu morderstwa” – tak mu powiedział – Na razie. To znaczy, że jeszcze sprawa jest nieskończona.

Waldek doszedł już wcześniej do wniosku, że musi sam wyjaśnić, dlaczego milicja sądzi, że to on zamordował Kazimierczaka i jeszcze jednego na działkach. Przecież nie ukrywał, że był u Kazimierczaka na korepetycji, a wcześniej w tym klubie na Kilińskiego. Nie przyznał się do tego co zaszło między nimi. Zapytali o znaczki. Nie wie skąd o nich wiedzieli. Nieważne. Powiedział, że Kazimierczak pokazał mu je, bo wiedział, że kolekcjonuje znaczki. Rozmawiali o tym kiedyś w szkole na lekcji. Spodobały mu się bardzo. Kazimierczak zauważył to

„Podobają ci się?” -zapytał

„Są wspaniałe!” – odpowiedział z zachwytem

„Są twoje”

Nie wie, czy uwierzyli, że tak było. zapytali tylko gdzie je schował. Odpowiedział, że zginęły na działce jak usnął. Okradli go nie tylko ze znaczków, kurtka i zegarek też zginęła.

Znaleźli tego kanara, który zatrzymał go w autobusie. Ten milicjant co go wtedy spisał też się znalazł. Byli na Komendzie i rozpoznali go.

Chłopaki też pewno byli przesłuchiwani. Więcej na ten temat z nim nie rozmawiali. Chcieli tylko wiedzieć, dlaczego zabił tego pijaka na działkach

„O jakiego, kurwa, pijaka im chodziło?!” – zastanawiał się

Co prawda film mu się wtedy urwał, ale nie pamięta, żeby wcześniej, gdy pił z chłopakami był tam jeszcze ktoś. A potem, gdy się obudził i znalazł torbę i książki poszedł prosto do autobusu. Musi to wyjaśnić.

Ale najpierw musi porozmawiać z Kulawym Ryśkiem. Kazimierczak mówił, że to jego sąsiad i że jest mu winien duże pieniądze.

„Tak muszę z nim porozmawiać. Poznam go jak go zobaczę. Pojadę najpierw na Karolew pod blok Kazimierczaka. Będę tam czekał na tego Ryśka tak długo aż go spotkam. Kiedyś przecież musi wyjść z mieszkania lub do niego przyjść” – zdecydował.

Energicznym krokiem ruszył spod bramy w kierunku przystanku tramwajowego. Prawie od razu nadjechała ósemka. W tramwaju jeszcze raz powrócił myślami do przesłuchań.

Nie mógł pojąć jak łatwo się wywinął z tej historii z Januszem. Po wizycie tego adwokata tak łatwo uwierzyli, że te wszystkie rzeczy, zegarki, łańcuszki i ubrania dostał od Janusza. Że po pijanemu zalecał się do niego i próbował go w ten sposób przekupić. We wszystko uwierzyli. Tylko ten samochód niepotrzebnie wziął. Teraz będą przez to kłopoty.

„Boże! Żeby tylko na tym się to skończyło. Żeby mnie nie wrobili w te morderstwa” -pomyślał

Dojechał na miejsce spojrzał na zegarek Janusza. Dochodziła piąta. Po kilku minutach był pod klatką schodową prowadzącą do mieszkania Kazimierczaka. Wszedł do środka. Na liście lokatorów znalazł Leona Kazimierczaka. Wśród innych nieznanych mu nazwisk znalazł dwóch Ryszardów. Jeden nazywał się Król a drugi Domański. Ryszard i Anna Domańscy. Chyba małżeństwo.

„To musi być ten Król. Wygląda na to, że mieszka sam. Jakżeby inaczej, skoro jest bywalcem tego klubu to musi być pedałem” – pomyślał i zaraz się skarcił – „A ty, baranie to co? Też jesteś peda…” – nie dokończył, poprawił się – „homoseksualistą”

Wyszedł przed klatkę. Zaczął spacerować wzdłuż chodnika kilkanaście metrów w jedną stronę kilkanaście w drugą. Nic specjalnego się nie działo jakieś kobiety z dziećmi weszły do klatki, potem jakiś starszy gość wyszedł z jamnikiem.

Kwadrans później po drugiej stronie tej osiedlowej uliczki zatrzymał się samochód. Moskwicz. Siedziało w nim dwóch facetów. Nie wychodzili.

Przyglądał im się z nudów. Tuż przed szóstą zatrzymała się taksówka. Wysiadła z niej kobieta z dużą torbą turystyczną. Widział wyraźnie, że dyskretnie kiwnęła ręką do tych dwóch w Moskwiczu. Chyba jej odpowiedzieli. Kobieta, wyglądała na starszą, weszła do „jego” klatki schodowej.

Potem nic się nie działo. Zrobiło mu się zimno. Zaczął wątpić czy dobrze robi. Może powinien zapukać pod jakimś pozorem do tego Króla i wtedy nie musiałby marznąć na ulicy.

Gdy tak się zastanawiał, czy tak nie zrobić, spostrzegł, że Moskwicz zniknął. Musiał przed chwilą odjechać. Waldek rozglądał się chwilę, po czym zdecydował się wejść i zapukać do tego Ryszarda Króla.

Ruszył w stronę klatki. W tej samej chwili zauważył Kulawego Ryśka i tą kobietę co przyjechała taksówką, wychodzących z budynku. Kobieta rozglądała się chwilę. Rozmawiali o czymś. Nie zauważyli go. Przeszli koło niego.

Waldek ruszył za nimi. Zaraz za rokiem wsiedli do taksówki. Nie zastanawiał się. Jak tylko odjechali wsiadł do drugiej i kazał kierowcy ostrożnie jechać za tą co odjechała.

„Bawimy się w detektywa, co?” – zapytał taksówkarz

Waldek wyciągnął dwa banknoty stu złotowe i położył na kolanach taksiarza. Nie usłyszał już od niego ani słowa.

Po kilkunastu minutach zauważyli, że poprzedzająca ich taksówka zatrzymała się przy ogródkach działkowych. Widział jak Kulawy Rysiek i tajemnicza kobieta wchodzą na teren ogródków

„Ile jestem panu winien?” – zapytał

„Nic. Wystarczy to co pan dał. Niech pan uważa na siebie. Mój syn był w pana wieku. Też się bawił w detektywa. Zabili go”

Kilka minut Przed wyjściem Wysockiej i Króla z domu, porucznik Wójcik odwołał tych dwóch w Moskwiczu z asystowania Wysockiej.

Kapitan Ryś zlecił mu to zadanie, to znaczy asystowanie sierżant Wysockiej w czasie wykonywania przez nią, zaplanowanej prowokacji. Nie był z tego zadowolony. Wszyscy poszli już do domu, a on musi siedzieć na komendzie i czekać na meldunek radiowy od tych w Moskwiczu.

Nudził się i w miarę upływu czasu czuł się coraz bardziej zgorzkniały. Nie pasuje mu ta praca. Źle go traktują. Musi porozmawiać z towarzyszem Kaczmarkiem z Komitetu Wojewódzkiego Partii. Kaczmarek wspomniał mu kiedyś, że potrzebują ludzi do ochrony Komitetu i ochrony towarzyszy wyjeżdżających w teren. Teraz jest przekonany, że taka praca bardziej by mu odpowiadała.

Jak tak rozmyślał nad swoim losem, doszedł do wniosku, że czas na zmianę pracy właśnie nadszedł

„W dupie mam to tutaj!” – powiedział do siebie

Podszedł do radiotelefonu. Połączył się z Moskwiczem

„No, jak tam? Dzieje się coś?” – zapytał

„Nic się nie dzieje, obywatelu poruczniku” – usłyszał

„Kończymy na dziś. Wracajcie na komendę”

„Jak to, obywatelu poruczniku? Sierżant Wysocka jeszcze nie wyszła. Minęła dopiero godzina i dwadzieścia minut… Mieliśmy czekać aż wyjdzie”

„Zmieniam rozkaz. Wracajcie natychmiast”

„Tak jest, obywatelu poruczniku”

Weszli na teren ogródków. Król wyciągnął latarkę. Udali się w głąb rozległego terenu porośniętego krzewami i drzewkami owocowymi. Wysocka starała zorientować się w którym miejscu się znajdują.

„Przecież byłam tutaj nie tak dawno” – starała sobie przypomnieć – „No, tak. Ale podjechaliśmy wtedy do wejścia od strony Kasprzaka”

„Jesteśmy na miejscu” – przerwał jej rozmyślania Król Wskazał na altanę oddaloną kilkanaście metrów od ścieżki, po której szli.

Podeszli pod oszklone do połowy drzwi. Król chwilę szukał właściwego klucza. Po chwili je otworzył, zaraz za drzwiami wymacał włącznik światła, cofnął się i przepuścił Wysocką przodem.

„Gdzie ma pan te paj…”

Nie dokończyła. Potężny cios w tył głowy powalił ją na podłogę. Na chwilę straciła przytomność. Gdy ją odzyskała spróbowała odwrócić się na plecy. Otrzymała kopniaka w twarz.

„Nie ruszaj się suko bez pozwolenia” – usłyszała syczący głos Króla – „Myślałaś, że masz do czynienia z idiotą, tak? Ciężko chory tatuś prosił cię sprzedać kolekcję motyli. Tak się składa, że ja znam dobrze te motyle które przyniosłaś. Kilka z nich sam złapałem w Australii. Przyznaj się skąd je masz?”

„Od ojca…”

Nowy kopniak w głowę sprawił, że się odwróciła na plecy

„Nie łżyj, suko!… Mogłaś je dostać tylko od tego starego ramola z Poznania, Dutkiewicza. Jak go znam nikomu by ich nie oddał dobrowolnie, no ale jakby milicja ładnie poprosiła…”

„Zabiłeś Kazimierczaka” – przerwała mu starając się wstać

Stanął nad nią okrakiem. Błyskawicznie ściągnął dolną część laski ukazując ukryte w niej ostrze. Przyłożył jej do gardła. Poczuła ból ukłucia. Jednocześnie pomyślała

„Laska szpada… Jak na przygodowych filmach dla młodzieży… Nie to chyba jest ten bagnet, którym zabijał”

Król patrzył jej wściekle w oczy. Chciała otrzeć krew płynącą z nosa. Uniosła rękę. Błyskawicznie przycisnął ją nogą

„Nie ruszaj się” – warknął

„Chcę otrzeć twarz”

„Nie musisz. Umyją cię do trumny”

„Dlaczego go zabiłeś?” – zapytała.

Nie zależało jej na jego odpowiedzi. Rozpaczliwie próbowała wygrać trochę czasu. Nie mogła sobie przypomnieć nic ze szkoleń samoobrony, co mogłoby się teraz przydać. Zresztą to było tak dawno, gdy ostatni raz ćwiczyła na sali gimnastycznej

„Po co ci to wiedzieć, dlaczego go zabiłem? Na tamtym świecie nie będziesz miała z tego pożytku”

„Umrę spokojniejsza, gdy się dowiem”

Zaśmiał się

„Chyba, że tak…. Skurwysyn myślał, że mnie może rzucić, ot tak, jak jakąś szmatę na śmietnik. Wyrzucił moje rzeczy z mieszkania, a potem demonstracyjnie przyprowadzał sobie gówniarzy do domu. chciał żebym to widział. Ale miarka się przebrała jak zażądał pieniędzy za upominki, które mi dawał i za wspólne podróże” – przerwał.

Był bardzo wzburzony. Niemal szlochał. Próbowała to wykorzystać. Chciała odsunąć ręką ostrze bagnetu

„Nie ruszaj się!”

Mocniej przycisnął bagnet do szyi. Poczuła, że ją skaleczył

„Jeszcze nie skończyłem… Wtedy, w sobotę, przyprowadził, do tej speluny na Kilińskiego jakiegoś gówniarza… wiedział, że tam będę. Podszedł do mnie niby porozmawiać o pająkach które mu obiecałem, a po chwili powiedział – Zobacz jaki piękny chłopak będzie mnie dzisiaj zabawiał – poczułem jak by mi dał w twarz.

Wieczorem po przyjściu do domu widziałem światło w jego oknach. Potem widziałem przez okno jak ten chłopak wyszedł z budynku… Poszedłem do niego. Wpuścił mnie, był nagi. Poszedł do łazienki po szlafrok – jak ci się on podobał? – zapytał. Nie odpowiedziałem, tylko od razu go pchnąłem w serce… Jaki piękny widok to był, gdy umierał” – rozmarzył się.

„Język. Dlaczego mu wyciąłeś język?” – zapytała

„Język?… To taki żarcik. Wiedziałem, że milicja będzie szukać motywów. To z tym językiem miało wam utrudniać postępowanie… Dobre, co?”

„Dlaczego zabiłeś tego drugiego na działce?”

„Sam się prosił. Byłem tu przypadkiem. Pijanica podszedł do mnie i zaoferował kupno znaczków. Pokazał mi album. Nie wiem skąd go miał. Poznałem od razu, to moje znaczki. Dałem je kiedyś Leonowi w prezencie. Wtedy, gdy go zabiłem zabrałem resztę swoich rzeczy, jedną gablotkę z pająkami, ważki zostawiłem. Nie miałem, jak je zabrać. Szukałem tego albumu ze znaczkami, ale go nie znalazłem.

Chciałem kupić te znaczki od pijaczka, ale nie miałem ze sobą pieniędzy, tylko trochę drobnych. Pijaczek chciał zapłaty natychmiast…Więc ją dostał. He, He,” – zarechotał – „No, dobra. My tu gadu, gadu a czas leci. Pomódl się, jeśli jesteś wierząca i żegnamy się”

„Poczekaj chwilę” – w panice szukała sposobu przedłużenia rozmowy, chociaż nie wiedziała, czy to ma jakiś sens – „A ten barman, Zdzisław z Kilińskiego… Co on ci zrobił?”

„Próbował szantażować mnie gnój. Mnie nikt i nic nie przestraszy. Wystarczy? Czy jeszcze o coś chcesz zapytać?”

Waldek doszedł do furtki. Nie była zamknięta. Wszedł na teren ogródków. Jedyna ścieżka od furtki prowadziła w głąb działek. Im dalej od furtki tym ciemniej. Przy wejściu było jeszcze jako tako widno od latarni ulicznych. Tu w głębi widział tylko kontury drzew i altanek na tle nieco jaśniejszego nieba.

Po pewnym czasie posuwania się do przodu, niemal po omacku zauważył słabe światełko między krzewami. Poszedł w tamtym kierunku. Przewrócił się zaczepiając nogą o jakieś druty podtrzymujące krzewy.

Doszedł do oświetlonej altanki. Przez brudne szyby w oszklonych drzwiach zauważył sylwetkę mężczyzny pochylającego się na czymś. Doszedł do niego podniesiony głos jakiejś rozmowy. Nic nie mógł zrozumieć.

Ostrożnie podszedł do samych drzwi. Poznał kobietę, która towarzyszyła Kulawemu Ryśkowi. Leżała na wznak na podłodze. Miała zakrwawioną twarz. Kulawy Rysiek trzymał w ręku szpadę i właśnie uniósł ją znad jej twarzy i oparł na piersi. Coś do niej mówił. Kobieta krzyknęła

„Ratunku!!!”

Jej głośny, paniczny krzyk sprawił, że odskoczył od drzwi. Ale tylko na chwilę.

Z odległości dwóch kroków rzucił się na drzwi. Brzęk tłuczonych szyb i łamanych desek zlał się z krzykiem Wysockiej.

Waldek upadł na podłogę przewracając stojącego tyłem do niego Króla. Podnieśli się obaj jednocześnie. Wysocka przeturlała się na bok. Zaskoczony Król zdziwiony spojrzał na Waldka, który wyciągał sobie kawałek szyby z prawego ramienia.

Król ocknął się pierwszy. Uderzył z całej siły bagnetem celując w pierś Waldka. Waldek spróbował zrobić unik. Uchylił się nieco na bok. Poczuł jak metal uderzył w zebra i jak je łamał.

Upadł na wznak łamiąc jakiś stolik i krzesła. Kulawy Rysiek upadł na niego. Waldek złapał lewą ręką za to co wziął za szpadę. Gdy poczuł w ręku uchwyt laski, w jakiś irracjonalny sposób pomyślał

„Parasol to, czy co?”

Z całej siły trzymał w ręku przedmiot, który Kulawy Rysiek wbił mu pod żebra.

Adrenalina zrobiła swoje. Nie czuł bólu.

„Puszczaj!” – warknął Rysiek nie mogąc wyrwać bagnetu

Szarpali się tak na leżąco jeszcze przez chwilę. Waldek czuł, że słabnie. W pewnym momencie Kulawy Rysiek upadł na niego bezwładnie. Waldek próbował wydostać się spod niego, ale czuł, że traci siły. Pociemniało mu w oczach.

„Masz rację, synuś…Trzeba mu pomóc” – powiedział to po cichu

W taksówce nikogo nie było. Przed chwilą wysadził tego młodego chłopak, który tak bardzo mu przypominał zamordowanego syna.

Zawrócił samochód i po chwili zatrzymał się przy furtce, w której zniknął mu z oczu wieziony przed chwilą pasażer.

Spod siedzenia wyciągnął coś, co jest najlepszym przyjacielem taksówkarza. Ciężki klucz francuski. Zamknął samochód, westchnął ciężko i ruszył w stronę furtki.

Po chwili był przed oświetloną altaną. Słyszał wyraźnie hałas szamotaniny, przewracane meble i histeryczny, kobiecy płacz. Zniszczone drzwi do altany wisiały na jednym zawiasie. Na podłodze leżeli dwaj szamotający się ze sobą mężczyźni. Jeden z nich trzymał wbity w pierś tego drugiego jakiś przedmiot. Ten drugi, leżący pod nim, charczał. Rozpoznał w nim chłopaka, którego tu przywiózł

„Już idę, synuś!”

Z tymi słowami na ustach, z całej siły uderzył francuzem w głowę tego który był na wierzchu. Słyszał wyraźnie trzask łamanych kości czaszki. Chciał uderzyć jeszcze raz. Usłyszał wyraźnie

„Wystarczy, tato”

Ciało napastnika upadło bezwładnie na chłopaka. Obaj leżeli bez ruchu.

Kobieta nagle przestała płakać. Miała zakrwawioną twarz. Biały golfowy sweter zakrwawiony był pod szyją. Zerwała się z podłogi. Przyklękła przy leżących. Odsunęła bezwładne ciało Króla na bok. Waldek zajęczał cicho.

„Żyje” – stwierdziła – „Trzeba natomiast ściągnąć pomoc”

„Mam samochód przed wejściem, znajdę jakiś telefon w pobliżu i ściągnę pogotowie” – odwrócił się i chciał wyjść

„Proszę zaczekać!”

Na kawałku jakiegoś kartonowego opakowania znalezionego na podłodze, palcem umoczonym we własnej krwi napisała numer telefonu

„Pan zadzwoni pod ten numer i powie, że sierżant Wysocka potrzebuje pomocy… Wysocka to ja”

Waldek czuł się już całkiem dobrze. Rana goiła się bez komplikacji, tylko złamane żebra przypominały o sobie, gdy próbował usiąść na szpitalnym łóżku.

Był zmęczony. Właśnie wyszli od niego rodzice z Józiem. Sięgnął po książkę, którą mu przynieśli. „Przygody dobrego wojaka Szwejka” Jarosława Haska. Od dawna chciał ją przeczytać. Jednak nie dane było mu zacząć lekturę.

Drzwi do separatki, w której leżał otworzyły się i pielęgniarka wprowadziła majora Stasiaka z kapitanem Rysiem. Po przywitaniu się i standardowym zapytaniu o samopoczucie pierwszy odezwał się major

„Uratował pan życie naszej koleżance. Gdyby nie pana interwencja nie byłoby jej wśród żywych…”

„Jak ona się czuje?” – przerwał mu Waldek

„Dobrze. Nic jej nie będzie. Jest teraz na zwolnieniu lekarskim”

„Kulawy Rysiek nie żyje, prawda?”

„Żyje, ale jest w bardzo ciężkim stanie. Wczoraj robili mu kolejną operację czaszki. Jeśli się z tego wyliże, będzie odpowiadał za trzy zabójstwa i dwa usiłowania” – stwierdził major

„Jest jeszcze jedna sprawa” – zaczął kapitan Ryś – „Fanty które pan rzekomo dostał od Lenartowicza…”

„Fanty?”

„No, przedmioty, my to tak nazywamy…powinien mu pan zwrócić. Wiemy, że to nie podarunek. Rozumiemy się?”

„Tak, oczywiście. Zrobię to po wyjściu ze szpitala, chociaż nie mam ochoty spotkać się z tą mendą”

Rozmawiali jeszcze chwilę o szkole, jego zainteresowaniach i tak ogólnie, aby zająć czymś te dwadzieścia minut jakie mieli na tą wizytę przeznaczone.

Pożegnali się i już wychodząc z pokoju major odwrócił się w drzwiach

„Jeszcze jedno…ta sprawa z tym samochodem Lenartowicza… Myślę, że zapomnimy o niej”.

KONIEC

Leave a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *