Nareszcie Wolny Człowiek jestem!… Żadnych zobowiązań wobec żony, żadnych obowiązków związanych z domem. Nie muszę ciągle patrzeć na zegarek. Na przykład: obudziłem się o w pół do dziewiątej… Nie szkodzi. Nie muszę iść do pracy. Śnieg pada jak cholera… Niech pada. Nie muszę odśnieżyć przed domem. Latem nie muszę przycinać trawnika, ani martwić się tym, że znowu trzeba zrobić coś przy domu.
Co za wspaniałe uczucie być Wolnym Człowiekiem! Halina dostała dom i Firmę. Zostawiłem jej to wszystko, właściwie dobrowolnie, za zrzeczenie się praw do alimentów.
Syn i córka, są dorośli, już na swoim. Nie muszę się nimi przejmować. Oni od dawna nie przejmowali się mną.
Trochę żal mi firmy. Od niemal trzydziestu lat ją rozwijałem. Zaraz po studiach opatentowałem kilka recept na kleje dla budownictwa. Sprzedawały się bardzo dobrze. Cały czas szło do przodu. Dopiero od tego cholernego Sylwestra dwa lata temu, zaczęło być ciężko. Mietka robota. Zaczął się mścić. Ale to już dla mnie przeszłość.
Zaproponowałem nowej właścicielce, czyli Halinie, żeby mnie zostawiła w firmie jako dyrektora. Przekonywałem, że potrafię wyciągnąć firmę na prostą. Nie zgodziła się. Powiedziała, że sama rozmówi się z Mietkiem. Musiałem się wynieść z firmy natychmiast… Szkoda.
Z domu też musiałem się wynieść natychmiast. Właściwie to nie musiałem natychmiast. Chciałem tak. Pasowało mi wynieść się teraz, w końcu czerwca.
„Jestem Wolnym człowiekiem” – powtarzałem sobie – „Wolnym i z pieniędzmi”
Wystarczy na rozpoczęcie nowego życia. Skończyłem właśnie pięćdziesiąt pięć lat. Życie jest jeszcze przede mną i nie muszę spędzać go sam.
Wynoszę się do Łodzi. Kupiłem tam kilka lat temu mieszkanie dla syna. Studiował na tamtejszym Uniwersytecie. Nie chciał mieszkać w Domu Studenckim. Mogłem sobie na kupno mieszkania dla syna pozwolić, więc je kupiłem. Trzypokojowe, prawie w centrum.
Jego zapał do studiowania skończył się po roku. Wyniósł się do Warszawy. Pracuje jako sprzedawca samochodów znanej marki niemieckiej. Mieszkania nie sprzedałem. Wynająłem studentkom. Ostatnio mieszkały tam cztery dziewczyny. Ich umowa najmu kończy się z połową czerwca. Wtedy wszyscy wynajmujący wyjeżdżają zazwyczaj do domów rodzinnych.
Już wcześniej zawiadomiłem „moje studentki”, że nie odświeżam umowy najmu we wrześniu i że powinny zabrać z mieszkania wszystkie swoje rzeczy a po wakacjach poszukać sobie czegoś innego. Klucze powinny zostawić w skrzynce na listy.
Tak więc, teraz gdy jestem Wolnym Człowiekiem zamieszkam w Łodzi. To sto trzydzieści kilometrów od Częstochowy, sto trzydzieści kilometrów od Haliny. Mogłoby być więcej, ale musi wystarczyć.
Wynosząc się z domu zapakowałem wszystkie swoje rzeczy osobiste w dwie walizy. Trochę ważnych dla mnie dokumentów i książek miałem w dwóch kartonach. W trzecim kartonie miałem laptopa i płytki CD z dokumentacją, listą klientów i dostawców. Pozwoli mi to zacząć nowe życie. Zniosłem to wszystko do mojego Volvo kombi. Ułożyłem na tylnej kanapie i częściowo w bagażniku. Miejsce obok kierowcy zostawiłem wolne. Jeszcze raz sprawdziłem, czy wystarczy miejsca w bagażniku dla Paskudy. Zawsze ją tam mam, gdy wyjeżdżam z domu. Ma tam swoje posłanie i wiem, że dobrze się tam czuje.
Paskuda jest dużą suką klasy czterdziestu pary kilogramów. Rasy nie ustalonej. Niektórzy takie psy nazywają kundlami. Ja wolę określenie wielorasowiec. Jest bliższe prawdy. W Paskudzie widać było coś z owczarka alzackiego. Sierść na karku świadczyła o tym, że w jej rodzinie był też pudel. Cały korpus był nieco dłuższy niż u owczarków i gdy była w przysiadzie, przypominała dużego jamnika. Oczywiście, jeśli patrzyło się na nią od tyłu.
Patrząc od przodu widziało się wielki łeb z pyskiem zbliżonym wyglądem do pyska boksera, ze zwisającymi wargami i wystającymi, krzywymi zębami dolnej szczęki. Paskuda miała dwoje oczu różnego koloru. To lewe było niemal czarne, natomiast to prawe, nieco wyżej osadzone było jasno niebieskie jak u psów rasy husky. Kolor sierści też był ciekawy. Od jasnorudego łba i przednich łap, poprzez czarny jak u pudla grzbiet, do szarego zadu, ogona i tylnych łap.
Paskudę znalazłem ponad rok temu w lesie, kilka metrów od drogi. Wracałem późnym wieczorem do domu. Zatrzymałem samochód, aby się wysikać. Wszedłem kilka kroków w las, chociaż nie musiałem. Takie przyzwyczajenie.
Droga pusta, ciemno, na około żywej duszy brak, Mogłem sikać tuż przy samochodzie… Przeszedłem pobocze i wszedłem kilka kroków między drzewa. Takie przyzwyczajenie. Gdy już odchodziłem usłyszałem żałosne skomlenie. Dochodziło gdzieś z boku. Całkiem blisko mnie. Nic nie widziałem. Zaświeciłem telefonem. Dojrzałem bardzo wychudzonego psa, żebra widoczne, nie miał siły stać. Tylko łeb uniesiony był do góry w nienaturalny sposób. Miał zakrwawioną szyję. Na szyi miał pętlę z grubego drutu, raczej nie pętlę a obrożę. Drugi koniec drutu przywiązany był na wysokości ponad metr do drzewa.
Pies musiał długo się szarpać, aby się uwolnić. Stąd rana na szyi i kilka razy zawinięty drut dookoła drzewa. Gdy opadł z sił i położył się na ziemi, drut nie pozwolił na opadnięcie głowy. Podszedłem ostrożnie do niego. Bałem się, że mnie ugryzie. Był spokojny, skomlał prosząco.
Świecąc telefonem trzymanym w zębach odwiązałem drut z drzewa. Łeb psa opadł na ziemię. Po chwili podniósł się niezdarnie i położył się na moich stopach. Pogłaskałem go. Wtulił się w moje stopy jeszcze bardziej. Wyciągnąłem delikatnie stopy spod niego i ruszyłem w stronę auta. Podniósł się i ruszył za mną. Cały czas trzymałem w ręku drut.
Po chwili byliśmy przed samochodem, który zostawiłem z włączonymi światłami. Wtedy dopiero zauważyłem, że ten pies to suka. Bardzo chuda i co tu dużo mówić, raczej brzydka.
W samochodzie miałem napoczętą butelkę wody mineralnej. Na szczęście nie gazowanej. Nie miałem żadnego naczynia, aby w nie ją nalać. Nalewałem po trochu w dłoń. Suka wylizywała wodę zachłannie. Wypiła wszystko, chyba z pół litra.
Zostawiłem ją przed samochodem i poszedłem do bagażnika. W walizeczce z narzędziami znalazłem szczypce. Przeciąłem drut na jej szyi. Papierowym ręcznikiem starłem krew z sierści. Nie było tego dużo. Większość była zaschnięta.
Otworzyłem drzwi od strony pasażera. Zachęciłem ją, aby weszła do auta. Doszła do drzwi i oparła łapę na progu. Nie miała siły wejść. Pomogłem jej. Ułożyła się na podłodze przed fotelem.
Do domu w Częstochowie miałem jeszcze około piętnastu kilometrów. Po kilku minutach jazdy zatrzymałem się przy otwartej o tej porze stacji benzynowej. Nie mieli tam jedzenia dla psów. Poprosiłem o dwa hot dogi, tylko zimne.
W samochodzie pokruszyłem to przed nią na podłodze. Zjadła wszystko. Chciałem jechać dalej, ale zaczęła się kręcić i skomleć. Wypuściłem ją na zewnątrz. Kilka kroków od samochodu wysikała się a po chwili zwróciła niemal wszystko co zjadła. Spojrzała na mnie wyczekująco. Widać było, że nie wie co robić
„Wskakuj do środka!” – zawołałem, jednocześnie ręką wskazując otwarte drzwi.
Podeszła pomału merdając ogonem. Nie była pewna czy dobrze zrozumiała
„No! Na co czekasz?!”
Ruszyła raźniej do przodu. Spróbowała wskoczyć, ale znowu nie dała rady. Pomogłem jej.
W domu byliśmy po dwudziestej trzeciej. Poszedłem do kuchni. Suka za mną. W lodówce znalazłem trochę makaronu i zupy pomidorowej. Wmieszałem to w miseczce i postawiłem na podłodze. Podeszła nieufnie. Chwilę wąchała, po czym zaczęła ostrożnie jeść. Zjadła tylko połowę. Postawiłem obok drugą miseczkę z wodą. Napiła się trochę. Zaczęła się rozglądać po kuchni.
W przedpokoju w garderobie znalazłem koc. Położyłem go w kuchni pod oknem. Przywołałem ją. Podeszła pogłaskałem oglądając zastrupiałą ranę na szyi. Chyba nie jest tak źle jak myślałem. Przyjrzałem się jej trochę bliżej. Sierść wyglądała na czystą. W każdym razie nie zauważyłem pcheł. Była przeraźliwie wychudzona i brzydka. Może się to wydać dziwne i niezrozumiałe, ale w jej oczach, gdy tak patrzała na mnie z ufnością było coś ciepłego i serdecznego. Położyła się na kocu patrząc na mnie. Usiadłem przy niej na podłodze. Pieściłam ją chwilę po głowie i za uszami. Przymykała oczy i mruczała cicho, gdy to robiłem
„Muszę się umyć i iść do łóżka. Zostań tu. Jutro poznasz panią” – powiedziałem
Właśnie… Przypomniałem sobie Halinę. Ciekawe jak na nią zareaguje. Nie lubi psów. Odkąd nasza córka sprawiła dzieciom pieska to nie przyjeżdża do nas w odwiedziny, bo matka nie znosi psów, a oni nie mają go, gdzie zostawić. Przyjechali z nim ze dwa razy, ale matka histeryzowała, więc przestali przyjeżdżać.
Mam gdzieś jak Halina zareaguje. Ostatecznie to jest także mój dom. Już dawno przestałem przejmować się jej fochami.
Wstałem z podłogi z zamiarem pójścia do łazienki. Suka podniosła się z koca.
„Zostań tu. Jutro się zobaczymy”
Nie posłuchała. Poszła za mną do łazienki. Leżała cały czas pod drzwiami, gdy tam byłem. Potem poszła za mną do sypialni.
Halina spała już jak zwykle o tej porze. Ma bardzo mocny sen. Położyłem się do łózka obok niej. Nawet się nie poruszyła. Suce nakazałem położyć się na dywaniku po mojej stronie. Zrobiła to posłusznie mrucząc z zadowoleniem.
Zanim usnąłem zastanawiałem się jak ją nazwać. To, że zostanie u nas w domu było dla mnie oczywiste, a skoro zostanie musi mieć jakieś imię. Zastanawiając się nad pasującym do niej imieniem zasnąłem.
Obudził mnie potężny, paniczny krzyk przerażonej Haliny. Uniosłem się gwałtownie na łokciach. W świetle wpadającego przez okno wschodzącego słońca, dojrzałem Halinę stojącą w roku pokoju z kołdrą ściągniętą z łóżka. Trzymała ją zaciśniętymi dłońmi pod brodą i wydzierała się w niebogłosy.
Wyskakując z łóżka zauważyłem moją sukę siedzącą na łóżku w miejscu, w którym Halina zwykle miała stopy. Przechylając łeb raz na jedną stronę, raz na drugą, z zaciekawieniem przyglądała się Halinie.
„Uspokój się kochanie… To tylko piesek” – powiedziałem do żony próbując ją objąć.
„Piesek! Co za piesek?!… Zabierz to bydle z pokoju! Skąd ono się tu wzięło?!”
Nie dała się objąć. Odepchnęła mnie
„Nie bój się jej… To bardzo łagodna suczka. Nic ci nie zrobi”
„Zabierz ją stad natychmiast! Wyrzuć z domu!”
„Nie wyrzucę. Jest bardzo osłabiona” – byłem już wściekły na tą histeryczkę – „Poza tym ona mi się podoba. Zostanie u nas w domu”
„Nie zgadzam się! Wiesz, że nie lubię psów! I do tego takie paskudztwo!”
Wybiegła z kąta, w którym stała, przeskakując po poduszkach na łóżku z kołdrą wciąż trzymaną pod brodą. Trzasnęła drzwiami opuszczając sypialnię.
„Widzisz, co narobiłaś? Przestraszyłaś panią. Teraz nie będzie cię lubić” – powiedziałem do suki.
Nie schodząc z łóżka zbliżyła się do mnie. Usiadłem na łóżku. Położyła łeb na moich kolanach. Westchnęła, chyba z zadowoleniem.
Spojrzałem na zegarek. Było po w pół do piątej. Koniec spania. Czeka mnie teraz ciężka rozmowa z Haliną.
Poszedłem do kuchni, suka też. Tuż przy mojej lewej nodze. Halina zaparzała właśnie kawę
„Zrób dla mnie też”
„Sam sobie zrób. Nie jestem twoją służącą”
„Uspokój się. Musimy porozmawiać…”
„O czym chcesz rozmawiać?! O tej paskudzie?…” – Przerwała mi – „Powiedziałam już. Musisz pozbyć się jej jak najszybciej”
„Paskuda, mówisz. Dziękuję za pomysł na imię dla niej. Nie jest najpiękniejsza i Paskuda będzie pasować”
„Nie denerwuj mnie bardziej. Wyrzuć to bydlę z naszego domu!”
„Dobrze mówisz – „z naszego domu” – jest tak samo mój jak i twój. Paskuda tu zostanie i basta!”
„Albo ona, albo ja – wybieraj!”
„Radziłbym ci zastanowić się nad tym co powiedziałaś. Moja odpowiedź może cię zaskoczyć. Powtarzam, Paskuda zostaje w tym domu”
„To ja będę spała w jednym z pokojów po dzieciach, na górze”
„O!… I to jest pierwsza mądra rzecz, którą dzisiaj powiedziałaś” „Podły jesteś! Jeszcze tego pożałujesz!” – wykrzyknęła i zapłakana wybiegła z kuchni.
Nie układa nam się ze sobą od jakiś dwóch lat, to jest od czasu mojej wpadki na zabawie sylwestrowej w dwutysięcznym piętnastym.
Byliśmy na balu w pewnym domu wypoczynkowym na Mazurach. Większość uczestników tego balu miała wynajęte pokoje w tym ośrodku. My też.
Zaraz po wybiciu godziny dwunastej i przywitaniu Nowego Roku 2016 go, Halina źle się poczuła i poprosiła abyśmy poszli na górę do pokoju, bo ona ma już dość.
Odprowadziłem ją, ale szkoda mi było tej zabawy. Dopiero się rozkręcałem. Powiedziałem, że chciałbym się jeszcze trochę pobawić na dole, poza tym spotkałem tam kilka osób z którymi chciałbym ewentualnie nawiązać współpracę
„No to idź… Idź. Skoro wolisz być tam, niż zostać przy chorej żonie, to idź… Przecież cię nie trzymam”
Normalnie, to bym zareagował jak zawsze w podobnych sytuacjach reagowałem, to znaczy, zacisnąłbym zęby i został przy niej, ale tym razem postąpiłem inaczej
„Pobędę tam ze dwie godziny i wrócę do ciebie. Śpij słodko”
Pocałowałem na pożegnanie i wyszedłem. Halina była tak zaskoczona, że nie zdążyła powiedzieć ani słowa.
Na dole w restauracji chciałem koniecznie dokończyć rozmowę z panem Mietkiem. Jest Zastępcą Naczelnika w jednym z Urzędów Skarbowych naszego województwa.
Pan Mietek zasugerował mi, że ma duże wpływy w Ministerstwie Finansów i może łaskawiej patrzyć na moją firmę. Pomyślałem sobie – „Może tak, może nie” – Co mi szkodzi zaprzyjaźnić się z nim.
Niestety, pana Mietka nie było przy stoliku ani wśród tańczących par. Gdy tak się za nim rozglądałem, usłyszałem za sobą
„Szukasz Mietka?… Wypili za dużo z Jankiem. Schlali się jak świnie. Musieliśmy z Irenką odprowadzić ich na górę”
To pani Zosia, urocza żona pana Mietka wróciła do stolika. Nie byliśmy ze sobą na ty. Poznaliśmy się zaledwie kilka godzin wcześniej i tak na dobrą sprawę zamieniliśmy do tej pory ze sobą kilka grzecznościowych zdań, no, ale skoro ona pierwsza tak się do mnie zwróciła, to czemu nie.
„Napijesz się czegoś Zosiu?”
„Nalej mi trochę czerwonego wina i wyjdźmy na werandę. Duszno tu”
Na werandzie stało kilka osób palących papierosy. Weranda była bardzo duża, biegła niemal na około budynku. Nie była oświetlona. Jedynie światło z restauracji wpadające przez okna oświetlało niewielkie fragmenty tuż za oknami
„Zimno mi. Przytul mnie” – powiedziała odciągając mnie w najciemniejszy kąt werandy.
Zatrzymała się nagle. Rozchyliła moją niezapiętą marynarkę i przytulając się piersiami objęła mnie rękoma za plecami pod marynarką.
Zosia miała na sobie kreację balową, taką z odkrytymi ramionami i gołymi plecami. Poczułem, że nie ma na sobie stanika.
„Masz gorące piersi i zimne plecy Zosieńko” – zauważyłem
„Ogrzej mi plecy swoim ciałem”
Zosia odwróciła się do mnie tyłem wtulając swoje plecy po marynarkę.
Tak się jakoś stało, że moje dłonie dostały się przez obszerny dekolt na plecach do jej piersi. Nie protestowała. Pieściłem ją tak przez kilka minut. W pewnej chwili Zosia wyswobodziła się z moich ramion, ale tylko po to, aby ściągnąć majteczki
„Schowaj je do kieszeni. Nie mam co z nimi zrobić”
Po kilkunastu minutach bardzo namiętnych chwil, Zosia stwierdziła
„Idziemy do mnie do pokoju. Zimno tu i niewygodnie”
„No, ale tam jest Mietek…”
„Nie. On jest w pokoju z Jankiem. Irenka odprowadziła tam swojego moczymordę i ja swojego, a ponieważ panowie nie chcieli się ze sobą rozstać to Mietek tam został”
„A co z Irenką?”
„Bawi się z Zenkiem. Jak ją znam to nie skończy wcześniej jak nad ranem”
W drodze do pokoju kupiłem w bufecie butelkę mocnego wina. Pamiętam, że od razu wskoczyliśmy do łóżka i że to wino nie za bardzo nam smakowało, ale jak to ujęła Zosieńka – szkoda byłoby je nie wypić.
Rano obudził nas krzyk Haliny i trzaskanie drzwiami. Do pokoju wpadła masa ludzi. No, może nie taka masa, ale stanowczo za dużo. Zastali mnie i Zosię nagich w łóżku. Najbardziej krzykliwa była moja Halinka.
Pan Mietek, mąż Zosi najwyraźniej chciałby mi dać po gębie, ale ponieważ był raczej drobnej budowy, więc się wahał
„Podejdź do mnie i daj mi w ryj… Będziemy kwita” – zachęcałem go
„Zniszczę cię gnoju…” – wysyczał przez zęby i wybiegł z pokoju.
Skorzystała z tego Halinka i nie omieszkała dać mi kilka razy po twarzy.
W pokoju znalazła się także Irenka, Janek i Zenek. Irenka podała Zosi szlafrok i razem wybiegły na korytarz za Mietkiem. Po chwili podążyła za nimi Halinka.
„Ale wpadłeś chłopie” – zauważył Zenek
„Musisz ją jakoś udobruchać. Kup jej coś z biżuterii. To działa. Ja tak zawsze robię” – poradził Janek.
Pogodziliśmy się w krótce. Halinka mi wybaczyła, ale to już nie było to. Od tego czasu coś się popsuło między nami.
A potem przyprowadziłem psa do domu. Odniosłem wtedy wrażenie, że tak silna, emocjonalna reakcja Halinki na fakt przyprowadzenia psa do domu, była nie szczera. Wyraźnie przesadzona, tak jak by znalazła dobry powód, aby zaognić i tak napiętą sytuację między nami. Dzisiaj wiem, że się nie myliłem.
Pamiętam, doskonale ten poranek, kiedy Halinka pierwszy raz ujrzała Paskudę. Pamiętam, że byłem zdenerwowany po tym jak wybiegła z kuchni. Zrobiłem sobie wtedy kawę i śniadanie. Zwykle jem około siódmej, a na zegarze w kuchni zbliżało się dopiero w pół do szóstej.
Usiadłem do stołu. Poczułem delikatne szturchnięcie w lewą łydkę. Spojrzałem w dół. To Paskuda trącała mnie pyskiem. Zupełnie o niej zapomniałem. Przerwałem jeść. Nalałem jej świeżej wody do miski. Wylałem nie zjedzoną od wczoraj zupę. Nakruszyłem nieco chleba z wędliną i zalałem to odrobiną ciepłej wody. Zjadła wszystko.
„To teraz powinienem cię wyprowadzić na spacer, ale, cholera nie mam smyczy”
Słuchała co do niej mówię przekrzywiając łeb z jednej strony na drugą.
W garderobie znalazłem pasek od spodni, który wydawał mi się odpowiedni, aby użyć go jako obrożę. Drugi pasek, od teczki, w której noszę na ramieniu laptopa będzie służył za smycz.
Niestety, mój pomysł z obrożą nie wypalił. Przywołałem Paskudę do siebie. Przyszła ufna. Gdy tylko spróbowałem założyć pasek na szyję odskoczyła gwałtownie z żałosnym skomleniem.
Usiadła z dala ode mnie pod oknem, Trzęsła się i patrzała na mnie z widocznym przerażeniem w oczach. Odłożyłem pasek i podszedłem do niej. Położyła się na brzuchu starając się wcisnąć pysk pod stojącą obok szafkę. Trzęsła się bardzo, gdy zacząłem ją głaskać. Usiadłem obok na podłodze. Dopiero po dłuższej chwili głaskania i czułego mówienia do niej, zaczęła się uspakajać.
W pewnej chwili spojrzała na mnie. Uchwyciłem delikatnie obydwoma dłońmi jej pyszczek, pochyliłem się nad nią i przytuliłem do twarzy. Poczułem, jak przestała drżeć. Po chwili polizała mnie po policzku. Wstałem z podłogi
„Choć, pójdziemy do ogródka. Tam sobie pobiegasz”
Usiadłem przy stoliku w ogródku i rozmyślałem nad tym co się zdarzyło od tego cholernego Sylwestra przeszło dwa lata temu. To już się stało i nie odstanie. Trzeba pomyśleć o przyszłości. W każdym razie Paskuda zostanie w domu.
Potem zrobiłem jej miejsce w bagażniku mojego kombi i pojechaliśmy do firmy. Bałem się trochę, że jak luzem wyjdzie z auta to może odejść i nie reagować, jak ją zawołam. Nie miałem wyjścia, musiałem zaryzykować.
Wyskoczyła niezgrabnie z bagażnika i od razu ustawiła się przy nodze. Spojrzała na mnie z dołu. Miałem wrażenie, że czeka na to co robić dalej. Ruszyłem z parkingu w stronę wejścia do biura firmy. Poszła przy mnie bez słowa z mojej strony.
Przechodziłem przez magazyn. Chłopaki zauważywszy mnie i Paskudę zareagowali śmiechem i dyskretnymi docinkami
„Szefie! To pana piesek?!”
„Mój. Musicie się do niej przyzwyczaić. Będzie zawsze u mnie w gabinecie”
„Jak się nazywa?”
„Paskuda”
„Ha! Ha! Ha!… Bardzo pasujące imię!”
Przechodząc przez biuro Paskuda poszła przodem, tak jakby wiedziała, dokąd idziemy. Wystraszyła księgową Krysię
„O matko! Co to?!”
Pani Krysia mimo swoich dziewięćdziesięciu kilogramów wagi zgrabnie wskoczyła na biurko. Pozostałe dziewczyny ograniczyły się do pisków podszytych nieudawanym strachem. Paskuda przystanęła i pytająco spojrzała na mnie
„Drogie panie! Proszę się nie obawiać mojego pieska. To bardzo łagodna suczka. Od teraz będzie zawsze u mnie w gabinecie. Żonie się nie podoba, więc będzie zawsze ze mną”
„Nie dziwię się pańskiej żonie” – odparła pani Krysia – „Jak to to ma na imię?”
„To to ma na imię Paskuda…”
„Czemu dał jej pan tak brzydkie imię?” – włączyła się do rozmowy nasza sprzątaczka – „To śliczna sunia… No chodź do mnie śliczności moje!”
Paskuda natychmiast do niej podbiegła radośnie machając ogonem.
„Lubi panią” – zauważyłem
„Mnie wszystkie psy lubią”
„W takim razie mam dla pani zadanie… Proszę niech pani wejdzie do gabinetu”
Pani Henia, nasza sprzątaczka, zgrabna, szczupła kobieta około czterdziestki, podobno kiedyś pracowała jako Główna Księgowa w jakiejś dużej firmie, ale z powodu jakiś konfliktów straciła tam pracę i od tego czasu nikt nie chciał jej zatrudnić jako księgowej. Podobno jakieś niewyjaśnione historie wloką się za nią. Tak powiedziała mi nasza księgowa pani Krysia. To ona była również naszą personalną i prosiła mnie, aby przyjąć Henię do pracy, chociażby jako sprzątaczkę.
W gabinecie Henia usiadła na podłodze i bawiła się z Paskudą.
„Widzę, że dobrze się rozumiecie. Czy pomogłaby mi pani zaopiekować się Paskudą. Mam ją od wczoraj. Potrzebuję tutaj jakiejś miski na wodę i drugiej na jedzenie oraz…”
„Zajmę się tym” – przerwała mi – „Trzeba ją zaprowadzić do weterynarza. Niech obejrzy jej szyję. Tu po lewej stronie zaczyna się ta rana paprać”
Henia pokazała mi to miejsce na szyi Paskudy.
„Widzi pan tu, na grzbiecie?”
„Łupież?”
„Chyba nie. Raczej zagrzybienie. Trzeba z tym jak najszybciej do weterynarza”
„Nie znam żadnego tu w Częstochowie…”
„Mój starszy brat jest weterynarzem. Ma praktykę kilka ulic stąd”
„Mogłaby pani zadzwonić do niego i umówić mnie na wizytę”
„Oczywiście” Wyciągnęła komórkę. Po chwili rozmawiała z bratem.
„Stasiu! To ja, Henia. Pilna sprawa jest. Piękna suczka wymaga abyś natychmiast ją zobaczył”
Słuchała chwilę. Po czym stanowczo powiedziała
„Nie. Nie jutro… Zaraz…” – po chwili zakończyła – „Dobrze. Będziemy za godzinę”
Do gabinetu weterynarza wszedłem z Henią. To tylko dzięki niej Paskuda weszła z nami, mimo że nie była na smyczy
„Skąd masz takie cudo?” – zapytał weterynarz siostrę
„To suczka szefa” – Henia wskazała na mnie.
Przedstawiłem się i po krótce opowiedziałem, jak Paskuda znalazła się u mnie.
Pan Stasiu zbadał ją dokładnie. Ocenił, że musi mieć dwa lub najwyżej trzy lata. Zauważył, że ma wyłamane trzy zęby po lewej stronie. Najprawdopodobniej próbowała przegryźć nimi drut.
Paskuda dostała dwa zastrzyki i jakiś puder do posypywania na sierść. Potem przepisał jej lekarstwa
„Proszę, niech pan uważnie słuch jak jej to podawać…”
„Ja się tym zajmę. Szef ma dużo zajęć i może coś przeoczyć” – przerwała bratu Henia
„Będę wdzięczny, jeśli pani pomoże. Pies będzie codziennie ze mną w pracy”
W swojej przychodni Pan Stasio miał niewielki sklepik z artykułami dla zwierząt. Kupiłem rekomendowane przez niego suche jedzenie oraz odpowiednie szelki i smycz. Wolałbym kupić Paskudzie obrożę, ale wszelkie próby założenia takowej na jej szyi kończyły się niepowodzeniem.
Weterynarz powiedział, że nie muszę jej zdejmować szelek, przynajmniej na razie. Po powrocie do pracy pozwoliłem Heni wyprowadzić Paskudę na spacer. Wróciły po dwudziestu minutach. Henia miała ze sobą kupiony na spacerze kosz z legowiskiem dla Paskudy.
Chciałem jej oddać pieniądze za ten zakup, ale stanowczo zaprotestowała
„To prezent powitalny ode mnie dla suczki”
I tak stało się to rutyną. W domu tylko ja zajmowałem się psem. Ja ją wyprowadzałem na spacer przed wyjazdem do firmy. Potem po śniadaniu Paskuda wskakiwała do samochodu i wyjeżdżaliśmy do pracy.
Halinka pogodziła się z obecnością psa, ale zapowiedziała, że gdybym kiedykolwiek zostawił sukę w domu, to ona ani przez moment się nią nie zajmie.
Nie przejmowałem się tym. W pracy Paskuda leżała w moim gabinecie pod oknem. Miała tam swój kupiony przez Henię kosz z legowiskiem i obok miski z wodą i żarciem.
Henia wychodziła z nią dwa razy dziennie. Podawała jej przepisane przez brata lekarstwa i smarowała grzbiet jakąś miksturą.
Już po dwóch tygodniach wygląd paskudy się zmienił. To znaczy, nie wypiękniała. Nie. Chociaż Henia twierdziła coś przeciwnego i zawsze nazywała ją „Moje Śliczności” uparcie unikając używania imienia Paskuda.
Suka przybrała na wadze, ale nie utyła. Znikły zapadnięte boki z widocznymi pod skórą żebrami. Rana na szyi się zagoiła, zagrzybienie na karku zniknęło. Sierść nabrała połysku.
Paskuda w jakiś sposób stała się jakby wyższa, zaczęła poruszać się wyprostowana, pewna siebie. Zniknął ten przykucnięty, nieco wylękniony, niepewny sposób chodzenia jaki miała, gdy ją znalazłem.
Łeb miała zawsze podniesiony wysoko do góry. Oczy nabrały blasku i mniej było widać, że są krzywo osadzone. Pracownicy w firmie przyzwyczaili się do niej i nawet księgowa, pani Krysia czasami towarzyszyła Heni na spacerze z Paskudą.
Dwa miesiące później musiałem polecieć na kilka dni do Hiszpani, aby zadecydować o pewnym interesie. Zostawienie Paskudy w domu z Haliną oczywiście odpadało. Niezawodna pani Henia zgodziła się mieć ją przez ten czas u siebie. Nie było z tym problemu. Obie bardzo się lubiły.
Po powrocie z wyjazdu, Paskuda bardzo się ucieszyła moim widokiem, ale odniosłem wrażenie, że nie była wytęskniona. Pani Henia nie chciała się zgodzić abym pokrył koszty pobytu Paskudy pod jej opieką.
Chcąc wynagrodzić jej to w jakiś sposób zaprosiłem ją na kolację do restauracji w hotelu Mercure. Umówiliśmy się, że przywiozę wieczorem psa do jej mieszkania przy Racławickiej.
Przyjechałem około osiemnastej. Zostawiłem samochód przed domem. Paskuda jak tylko wyskoczyła z samochodu od razu bezbłędnie skierowała się do właściwej klatki schodowej.
Henia już na nas czekała. Muszę przyznać, że byłem zaskoczony jej widokiem. To była nie ta sama kobieta, która sprząta u mnie w biurze.
Ubrana w dyskretną szarą sukienkę dokładnie podkreślającą jej kształty zrobiła na mnie duże wrażenie
„Widzę, że przeraziłam szefa… Może włożę spodnie zamiast sukienki? Będzie tak jak zawsze”
„Nie! Broń Boże!… Gdybym mógł, to bym zakazał pani chodzić w spodniach!’ – wykrzyknąłem
„Proszę, niech pan siada. Moje Śliczności muszą dostać kolację zanim wyjdziemy”
„Oczywiście. Nie ma pośpiechu. Stolik mamy zamówiony na dziewiętnastą a do restauracji mamy niedaleko. Dojdziemy spacerkiem”
Podczas gdy Paskuda jadła Henia, zrobiła herbatę. Rozmawialiśmy trochę o pogodzie, czyli o niczym. Wyszliśmy po półgodzinie.
Henia wzięła mnie pod rękę. Po chwili się zreflektowała i zabrała rękę z powrotem
„O! przepraszam szefie, zrobiłam to nie pytając pana…”
„Ależ bardzo dobrze pani zrobiła pani Heniu. Proszę wziąć mnie pod rękę. Będzie mi bardzo przyjemnie… I jeszcze jedno. Proszę nie nazywaj mnie szefem. Mów mi po imieniu i pozwól, że ja też tak będę się do ciebie zwracał”
„Chętnie. Dobrze by było wypić brudzia, ale tu na ulicy niema czym” – zauważyła
„Nie szkodzi. Możemy sobie dać brudziowego całuska” – powiedziałem i objąłem Henię ramieniem całując ją w usta odrobinę dłużej niżby to wypadało – „Roman jestem”
„A ja Henia”
Po kilku minutach byliśmy w hotelowej restauracji. Spędziliśmy bardzo milo dwie godziny. Dowiedziałem się, że pani Henia jest od pięciu lat rozwódką.
Wyszła za mąż po studiach w wieku dwudziestu ośmiu lat. Nie. Dzieci nie mieli. Mąż nie chciał. Nie nalegała.
Miała dobrą pracę w firmie, gdzie mąż był głównym mechanikiem. Finansowo powodziło im się bardzo dobrze. Wybudowali dom za miastem. Dom był oczkiem w głowie męża. Wychuchany i wypielęgnowany. Zawsze dbał o to, aby w domu i na około było czysto jak w laboratorium.
Mieli dwa samochody. Mogli dojeżdżać do pracy razem, ale rzadko kończyli o tej samej godzinie, dlatego dojeżdżali do pracy osobno. Po jakimś czasie sprawiła sobie psa. Takiego ze schroniska.
„Mąż był przeciwny trzymaniu zwierząt w domu, bo brudzą. Ledwo tolerował mojego Szatana. Mogłam go mieć tylko w pokoju przy garażu. Zamówiłam u rzemieślnika taką wielką klatkę na zewnątrz za garażem. Było tam dla niego przejście z pokoju, w którym przebywał. Zabierałam go do domu, gdy mąż był jeszcze w pracy.
Pewnego dnia przyjechał do domu zaraz po mnie i zastał Szatana w kuchni. Zrobił mi straszną awanturę. Od tego momentu zaczęło się coś psuć między nami. Kilka tygodni później przyjechał do domu kilka godzin przede mną. Zabrał psa do lasu za miastem i tam go zostawił… Nie omieszkał pochwalić się tym. Szukałam Szatana cały wieczór i noc. Wróciłam następnego dnia około południa… Bez psa”
Henia popłakała się. Chciała już iść do domu. Zapłaciłem szybko rachunek i wyszliśmy na ulicę. Objąłem ją ramieniem. Przestała płakać. Szliśmy powoli, w milczeniu, w kierunku Racławickiej. W pewnym momencie zatrzymała się
„Muszę ci coś wyznać… Siedziałam ponad rok w więzieniu”
Nic nie odpowiedziałem. Ruszyliśmy dalej
„Nie interesuje cię to za co siedziałam?”
„Interesuje, ale czekam aż sama powiesz”
„Dostałam dwa lata za podpalenie domu… Wtedy, gdy wróciłam z poszukiwania Szatana, męża nie było w domu. Wzięłam prysznic, spakowałam trochę osobistych rzeczy i zaniosłam do samochodu. W garażu znalazłam kanister z benzyną. Rozlałam we wszystkich pokojach i podpaliłam. Ledwo uszłam z życiem… Nie uciekałam. Stałam po drugiej stronie drogi i napawałam się widokiem pożaru.
Ktoś zawiadomił strażaków. Gdy przyjechali, nie było już co ratować. Pojechałam do miasta. Wynajęłam pokój w hotelu. Wieczorem przyszła policja i mnie zabrali na przesłuchanie. Przyznałam się”
Doszliśmy do jej klatki schodowej. Po chwili przywitała nas Paskuda.
„Trzeba ją wyprowadzić. Zróbmy to razem” – zaproponowała.
Na spacerze Henia opowiedziała resztę historii. Po kilku tygodniach śledztwa skazano ją na dwa lata. W procesie cywilnym Sąd zasądził na rzecz męża duże odszkodowanie. Mąż jeszcze w czasie jej odsiadki wniósł sprawę o rozwód. Dostał go z orzeczeniem jej winy.
Po wyjściu z więzienia zamieszkała u rodziców. Nie mogła dostać stałej pracy. Pracowała trochę dorywczo. Dopiero znajoma, nasza księgowa, pani Krysia zaproponowała jej pracę sprzątaczki u nas.
Niemal wszystkie zarobione przez nią pieniądze zabiera komornik na poczet spłaty zasądzonego odszkodowania za spalony dom.
To mieszkanie ma po rodzicach. Zginęli dwa lata temu w wypadku samochodowym. Formalnie jest własnością brata a ona je od niego wynajmuje.
Było już po dwudziestej drugiej, gdy zbliżaliśmy się do zaparkowanego samochodu. Otworzyłem bagażnik, aby wpuścić do niego Paskudę
„Nie wejdziesz na górę?” – zapytała
„Wiesz, że jak wejdę, to nie prędko stamtąd wyjdę”
„Wiem…Chciałabym abyś dzisiaj został ze mną na noc”
Zamknąłem samochód i ruszyliśmy w stronę klatki schodowej. Paskuda bardzo się ucieszyła.
Kilka tygodni później, po powrocie z pracy, zastałem w domu na stole w kuchni dużą kopertę. Nie była wysłana pocztą. Nie było na niej żadnych napisów. Była dosyć gruba i nie zamknięta. Oczywiście zajrzałem do niej. Były w niej fotografie.
Wysypałem je na stół, wszystkie formatu A4. Na wszystkich byłem ja i Henia. Zrobione były w restauracji hotelowej, na ulicy, kiedy wracaliśmy przytuleni, w momencie, gdy się całowaliśmy, gdy wchodziliśmy do klatki schodowej w budynku wtórym mieszka Henia oraz kiedy z niego wychodzę z psem.
Było tych fotografii dwadzieścia jeden. Na każdej data i godzina z minutami, zanotowane przez aparat fotograficzny w chwili wykonywania zdjęcia. Na odwrocie ktoś ołówkiem opisał miejsca wykonania zdjęć.
Przyznam, że nie byłem zaskoczony. Nie. Nigdy nie zauważyłem, aby ktoś mnie z Henią fotografował, ale kiedy oglądałem te fotografie, uświadomiłem sobie, że w jakiś sposób spodziewałem się czegoś takiego.
Odczułem pewnego rodzaju ulgę. Obejrzałem fotografie, włożyłem z powrotem do koperty, zacząłem szykować jedzenie dla Paskudy. W tym momencie weszła do kuchni Halina. Rzuciła na stół drugą kopertę
„Przeczytaj dokładnie…” – powiedział i wyszła z kuchni.
Był to wniosek o rozwiązanie naszego małżeństwa sporządzony przez adwokata. W sumie kilkanaście stron i załączniki.
W czasie czytania uświadomiłem sobie potężne błędy które popełniłem w przeszłości, za które teraz będę musiał zapłacić.
Halinka z zawodu jest asystentką stomatologiczną. Poznałem ją w gabinecie u dentysty… No ale to już jest historia, w każdym razie po urodzeniu dzieci nie podjęła pracy. Formalnie została współwłaścicielką naszej firmy teoretycznie zajmowała się reklamą i marketingiem. Ma w firmie nawet swój pokój obok mojego i pojawia się tam raz, może dwa razy w miesiącu. Ci co mają swój biznes na pewno mnie rozumieją.
Teraz twierdzi, że nie może być wspólnikiem kogoś kto ją tak okropnie zawiódł. Domaga się połowy wartości Firmy i dużych alimentów w zamian za wycofanie się ze spółki ze mną.
Były to dla mnie warunki nie do przyjęcia. Zażądała też, abym się wyprowadził z domu należącego do jej rodziców.
O kupnie domu myśleliśmy z Haliną od początku naszego związku, ale dopiero gdy firma zaczęła rozkręcać się na dobre, byliśmy do tego gotowi.
Ponad dwadzieścia lat temu miałem pieniądze które nie zawsze były zdobyte legalnie. Krótko mówiąc zarobiłem je „piorąc” pieniądze należące do niezbyt uczciwych przedsiębiorców z mojego otoczenia. Wystawiałem między innymi faktury za niewykonaną pracę. Miałem za to niezły procent.
Oczywiście Halina wiedziała o tym i czynnie pomagała mi w tym procederze. To ona wpadła na pomysł, aby dom formalnie kupili jej rodzice.
Ojciec Haliny miał w tym czasie dobrze prosperujący zakład pantoflarski. Zgodził się kupić dom za nasze pieniądze i pozostać jego właścicielem tak długo, aż uznamy za bezpieczne przepisać dom na nas.
Firma rozwijała się prężnie i zaczęła być uważana za poważną i odpowiedzialną na rynku. Dochody się ustabilizowały i nie było powodu ryzykować dobre imię firmy dla nielegalnych dochodów które zresztą były coraz mniejsze.
Sprawę uregulowania spraw związanych z domem odkładaliśmy na później, aż w końcu o tym zapomnieliśmy.
Raz do roku, przy okazji składania deklaracji podatkowych przypominaliśmy sobie o tym, ale zawsze kwitowaliśmy to stwierdzeniem
„Trzeba będzie się tym wreszcie zająć”
Czytając warunki Haliny sformułowane we wniosku o rozwód uświadomiłem sobie, że dom wyślizgnął mi się z rąk.
Minęło właśnie kilka miesięcy od tego czasu. Jesteśmy po rozwodzie. Wszystko przebiegło sprawnie i spokojnie. Z początku chciałem walczyć o firmę i o dom. Adwokat, którego zaangażowałem do prowadzenia sprawy twierdził, że mam duże szanse utrzymać firmę i może również dom, ale sprawy mogą toczyć się bardzo długo.
Byłem na to psychicznie przygotowany, jednakże pod namową Heni zmieniłem zdanie.
Jeszcze przed rozprawą doprowadziłem do pewnego rodzaju ugody z Haliną. Zrzekłem się firmy. Halina w zamian zrzekła się alimentów. Odstąpiłem od walki o dom a ona zgodziła się nie rościć sobie praw do mieszkania w Łodzi.
Nasi adwokaci pięknie to wszystko ujęli w języku prawniczym i rozprawa rozwodowa była już tylko formalnością.
Tak więc teraz, wynosząc się z domu, gdy już zapakowałem wszystkie swoje rzeczy do mojego Volvo kombi i gdy Paskuda zajęła już miejsce w bagażniku ruszyłem po Henię. Zatrzymałem się jak zwykle pod domem. Zadzwoniłem na jej komórkę, że jestem na dole i czekam. Poprosiła mnie abym wszedł na górę i pomógł znieść bagaże.
Oczywiście musiałem pójść z Paskudą. Zawsze przed domem Heni domaga się wyjścia z auta i pędzi prosto do klatki schodowej. Tak samo tym razem.
Przywitanie Paskudy z Henią zabrało kilka minut. Dopiero potem przyszła moja kolej.
Henia miała spakowane dwie walizki i tobołek z pościelą. Stwierdziła, że nie wiadomo co zastaniemy w Łodzi, więc na wszelki wypadek woli wziąć swoją pościel.
Zanim opuściliśmy mieszkanie przyjechał Stasiu, brat Heni. Przywiózł nam, tak jak go prosiłem, paszport Paskudy w którym były wpisane wszystkie obowiązkowe szczepienia, które Paskuda dostała. Paszport ten zezwala na przewożenie zwierząt przez wszystkie granice wewnątrz Unii Europejskiej.
„Po co nam paszport dla suni?” – zapytała zdziwiona Henia
„W Łodzi opowiem ci po co on nam jest potrzebny i o tym tym jakie mam plany na wspólne życie” – odpowiedziałem
„Musimy mieć plany na wspólne życie?” – zapytała
„Mój plan jest taki, żeby nie mieć planów… W Łodzi ci go przedstawię”
„Nie rozumiem, ale ufam ci”
Henia przekazała bratu klucze od mieszkania. Stasiu obiecał zabrać do swojego domu kilka kartonów z rzeczami siostry, które mieliśmy odebrać przy okazji.
Jeżeli chodzi o meble to może zrobić z nimi co zechce. Mieszkanie jest jego, więc je wyremontuje i najprawdopodobniej wynajmie.
Jeśli chodzi o pościel to Henia miała rację. W Łodzi znaleźliśmy klucze do mieszkania, tak jak było umówione w skrzynce na listy. Miałem oczywiście swój komplet kluczy, ale chciałem, aby klucze którymi posługiwały się moje lokatorki wróciły do mnie.
Mieszkanie zastaliśmy nie posprzątane. Panował w nim zaduch połączony z nieprzyjemną wonią niewyrzuconych śmieci z kosza pod zlewozmywakiem.
W lodówce były resztki starych wędlin i żółtego sera. Na łóżkach i kanapie leżały poskładane poduszki i kołdry pozbawione powleczeń. Niby wszystko było czyste i w porządku, ale całość nie wzbudzała naszego zaufania.
Pierwsze co zrobiliśmy to pootwieraliśmy wszystkie okna i zabraliśmy się za sprzątanie. Pod wieczór byliśmy gotowi. Ponieważ nie mieliśmy nic do jedzenia, po spacerze z Paskudą wybraliśmy się do pobliskiej restauracji McDonalds, aby coś szybko zjeść.
Paskuda została sama w nowym dla niej mieszkaniu. Obawialiśmy się trochę, że będzie z tym kłopot, ale okazało się, że wszystko było w porządku.
W drodze powrotnej z restauracji kupiliśmy trochę jedzenia na następny dzień, na śniadanie. Następnego dnia przy śniadaniu zacząłem wtajemniczać Henię w mój Plan na wspólne życie.
„Po pierwsze, Heniu, żeby się dobrze czuć w tym mieszkaniu, należy je odświeżyć. Nie będziemy je remontować. Szkoda na to pieniędzy, ale nowe tapety, firanki, łóżko i jakieś duperele trzeba zmienić… Po drugie, będziemy dużo podróżować. Na początek po Europie, dlatego potrzebny nam paszport dla Paskudy. Ja mam paszport i jak wiem ty też masz…”
„To jednak bez planowania się nie obejdzie” – przerwała mi – „Zamawiać hotele, bilety, patrzenie na zegarek, aby zdążyć na czas… Będzie dużo planowania”
„Nic z tych rzeczy Heniu. Będziemy od tego niezależni”
„Jak to sobie wyobrażasz?”
„Daj mi czas na odpowiedź do jutra… Teraz podzielimy się zadaniami na dziś i na jutro. Proponuję abyś sporządziła listę niezbędnych zmian do zrobienia w mieszkaniu oraz niezbędnych zakupów do naszego gospodarstwa. Jutro z samego rana zawieziesz mnie na dworzec kolejowy, a potem pojedziesz na zakupy…”
„Gdzie się wybierasz?”
„Pociągiem do Katowic a potem autobusem do Bierunia. Bieruń leży między Tychami i Oświęcimiem…”
„Oczywiście mam się o nic więcej nie pytać” – odparła nieco zirytowana
„Kochanie, bardzo cię proszę. Szykuję dla ciebie niespodziankę. Wytrzymaj do jutra do wieczora”
„Dobrze. Do jutra do wieczora, ale jak jutro się nie dowiem o co chodzi to zobaczysz po raz pierwszy jak potrafię się wkurzyć!”
W Bieruniu jest firma, z którą ostatnio się kontaktowałem przez Internet. Jechałem tam właśnie dopełnić formalności związanych z zakupem, który jest ważnym elementem mojego planu „aby nie mieć planów”.
o wyjściu z pociągu w Katowicach okazało się, że autobus do Bierunia mam dopiero za trzy godziny. Postanowiłem pojechać tam taksówką. To niecałe trzydzieści kilometrów. Taksiarzowi powiedziałem krótko
„Do Braci Klaja”
O nic więcej nie pytał. Po pół godzinie zatrzymał się przed firmą „Świat Caravaningu Bracia Klaja” Byłem na miejscu.
Kamper, który zamówiłem był już przyszykowany. Nowiusieńki, prosto spod igły. Carado na Citroenie Jumper. W tyle duże podwójne łóżko, tak zwane „francuskie”. Zmieścimy się tam razem z Paskudą.
Przechodząc obok łóżka wchodzi się do łazienki za łóżkiem. Jest tam umywalka, toaleta i kabina prysznicowa.
Część kuchenna posiada kuchenkę trzypalnikową i dużą lodówkę z zamrażalnikiem. Fotel kierowcy i pasażera można obrócić przodem do dużego stołu tworząc przytulny salonik z czterema miejscami. Z wyposażenia kupiłem telewizor, markizę i mebelki turystyczne.
Sprzedawca poinstruował mnie jak obsłużyć wszystkie znajdujące się na pokładzie urządzenia, takie jak ogrzewanie, zasilanie gazowe, uzupełnianie wody i pozbywanie się ścieków. Wszystko to miałem opanowane, ale tylko teoretycznie. Jego instruktaż bardzo mi się przydał.
Po dopełnieniu wszystkich formalności związanych z zakupem mogłem wyruszyć w drogę do Łodzi.
Jechałem ostrożnie. Nigdy nie prowadziłem tak dużego auta. Co prawda ma ono masę całkowitą trzy i pół tony i moje Prawo Jazdy kategorii B jest wystarczające, ale gabaryty tego ponad siedem i pół metra długiego kampera wymagają pewnego przyzwyczajenia się do jego rozmiarów.
Dopiero teraz, prowadząc kampera zastanawiałem się czy Heni spodoba się mój sposób na nasze wspólne życie. Wcześniej nie przyjmowałem do siebie możliwości, że może jej to nie odpowiadać. Być może było to nie rozsądne z mojej strony. No ale co się martwić na zapas. Spojrzałem na zegarek. Jeszcze trochę więcej niż godzina i się o tym dowiem.
Około ósmej wieczorem zaparkowałem na parkingu przed domem. Zadzwoniłem z komórki do Heni
„Kochanie, weź Paskudę i zejdźcie na dół”
Czekałem na nie przy klatce schodowej. Po przywitaniu się, oczywiście najpierw z Paskudą, poszliśmy na parking. Wtedy Henia spostrzegła kampera
„Wiedziałam! Wiedziałam po coś tam pojechał!” – wykrzyknęła radośnie
„Skąd wiedziałaś?” – zapytałem szczerze zdziwiony
„Jak tylko pojechałeś, po powrocie do domu zapytałam wujka Google o Bieruń. Drogą mojej kobiecej dedukcji doszłam do wniosku, że nie pojechałeś do tamtejszych zakładów tworzyw sztucznych, ani do zakładów materiałów wybuchowych. Miejscową mleczarnię też wykluczyłam. Z możliwych celów pozostawały zabytkowe kościoły i firma Braci Klaja.
Ponieważ wiem, że architektura sakralna nie jest twoją pasją, pozostała tylko firma braci Klaja. W przekonaniu, że może chodzić o kamper utwierdziło mnie to, że pojechałeś pociągiem a nie jak zawsze samochodem. No i to twoje wcześniejsze gadanie, że nasze podróże nie musimy planować…”
„Zaskoczyłaś mnie… Jesteś Sherlock Holmes w spódnicy. To teraz powiedz co o tym myślisz. Mam go odwieść z powrotem, czy go zatrzymujemy?”
„Oczywiście, że go zatrzymujemy. Otwieraj drzwi. musimy zobaczyć, jak jest w środku”
Pierwsza do środka wskoczyła Paskuda. Pobiegła na łóżko. Materac pokryty ochronną folią plastykową i tak samo pokryta kanapa, nie odpowiadały jej. Pokręciła się chwilę i w końcu znalazła sobie miejsce na wykładzinie dywanowej pod stołem. Ułożyła się wygodnie i wyglądało na to, że będzie spała.
Henia w tym czasie oglądała wnętrze. Otwierała szafki, szuflady i lodówkę. Sprawdziła, jak się leży na łóżku
„Tą folię trzeba natychmiast zdjąć. Jutro kupię odpowiednią pościel i zacznę znosić z domu rzeczy potrzebne na wyjazd… Kiedy wyruszamy?”
„Spokojnie Heniu. Najpierw muszę go zarejestrować i przed wyjazdem znaleźć rzemieślnika, który odświeży mieszkanie podczas naszej nieobecności. Teraz chodźmy do domu, zastanowimy się, gdzie pojedziemy najpierw”
I tu pojawił się pierwszy problem. Paskuda nie chciała wyjść z kampera. Nie pomagały żadne sztuczki z naszej strony. Nawet jej ulubione przysmaki, które zawsze mamy w kieszeniach nie pomogły tym razem. Dopiero kiedy Henia zerwała kawałek folii ochronnej z łóżka i zaszeleściła nią nad głową Paskudy to ta się podniosła i z ociąganiem wyszła na zewnątrz. Bardzo nie lubi szelestu folii plastykowej.
W domu ustaliliśmy, że kierunek pierwszej podróży wybierzemy w dniu wyjazdu. Henia zadzwoniła do brata i zleciła mu zajęcie się naszym mieszkaniem. Zaproponowała, aby skontaktował się z tym samym rzemieślnikiem, który odświeżał jej mieszkanie w Częstochowie.
Stasiu zgodził się, pod warunkiem, że jego córka Ania będzie mogła zamieszkać u nas w czasie studiów, które rozpoczyna w Łodzi, w nowym roku akademickim. Odpowiadało nam to bardzo.
Ostatnie dni przed wyjazdem zauważyłem, że Henia jest coraz bardziej czymś zmartwiona.
„Widzę, że coś cię gryzie, Heniu”
„Nigdy o tym nie rozmawialiśmy, ale w końcu musimy. Z czego będziemy żyć podczas naszych podróży? Twoje oszczędności są już pewnie na wyczerpaniu…”
„Jeszcze trochę zostało, ale naprawdę niedużo. Zakładam nową firmę. Tym razem internetową. Będę mógł pracować z każdego miejsca, w którym jest Internet. W kamperze mamy już odpowiednią antenę i modem. Mam też dobry abonament. Drogi, ale dobrze działający w całej Europie. No i co najważniejsze mam klientów, którzy wiem, będą woleli kupować ode mnie, niż ze starej firmy”
„No dobrze. Tylko gdzie będziesz produkował te swoje kleje budowlane? W kamperze?”
„Nie Heniu. Chińczycy będą je dla mnie robić i wysyłać bezpośrednio do wskazanych odbiorców. Nawiązałem już współpracę z firmą w Szanghaju”
Dokładnie dziesięć dni po tej rozmowie, kiedy już wszystko było spakowane w kamperze, przed wyjściem z domu zapytałem
„To, gdzie jedziemy Heniu?”
Henia wyciągnęła z szafki pod zlewozmywakiem pustą butelkę po winie. Położyła ją na podłodze.
„Pamiętasz jak się dawniej na prywatkach kręciło butelką?… Tak. Oczywiście. Wiem, że w innym celu” – uprzedziła mnie – „My zakręcimy nią, aby wskazała kierunek podróży”
Zakręcona butelka zatrzymała się po chwili. Szyjka wskazywała w stronę szafy.
„Co to za kierunek?”
„Zaraz sprawdzę. Mam w telefonie kompas” – wyciągnąłem telefon i uruchomiłem aplikację kompasu – „Myślę, że wskazuje południowy zachód” – odparłem niepewnie
„To jedziemy w stronę Pragi w Czechach” – zadecydowała
Kilkanaście minut później wyjeżdżaliśmy z Łodzi rozpocząć nowe życie. Ja wolny człowiek, Paskuda i ona, kobieta, z którą spędzę resztę życia.
KONIEC