1
„Nie. Nie mogę o tym powiedzieć komukolwiek… Wezmą mnie, kurwa, za świra” – zdecydował Kowalski.
Nie mógł się uspokoić. Ujechał z dziesięć minut od tego miejsca i wyjechał na ruchliwą drogę krajową. Zatrzymał samochód na wąskim poboczu. Włożył rękę do kieszeni marynarki. „To” wciąż tam było. Był tak roztrzęsiony, że bał się dalej jechać.
Jako doświadczony kierowca zdawał sobie sprawę, że w takim stanie może w każdej chwili spowodować wypadek. Włączył światła awaryjne. Pochylił nieco oparcie fotela. Przymknął oczy i próbował analizować wydarzenia ostatniej godziny.
Nic z tego nie rozumiał. To co go spotkało było tak niezrozumiałe. Jego analityczny rozum, przyzwyczajony do logicznego myślenia, po prostu nie przyjmował do wiadomości, że to co go spotkało wydarzyło się naprawdę. Jeszcze raz sprawdził kieszeń. Bał się wyciągnąć „To” na zewnątrz. Wiedział, że to nie halucynacje ani sen. I to go najbardziej niepokoiło, a właściwie przerażało. Zaczął ogarniać go strach.
„Zaraz zwariuję… Zaraz, kurwa, zwariuję!”
W głowie miał totalny chaos. Nie mógł zebrać myśli. Straszliwe przerażenie i strach spowodowało, że cały świat zaczął mu się walić.
„Jeśli to wszystko jest prawdą…” – nie dokończył myśli
„Panie kierowco!… Obudź się pan! Tu nie wolno się zatrzymywać”
Nieznajomy głos i jednoczesne pukanie w szybę przerwało mu tą straszną myśl.
„Nie!” – krzyknął, zasłaniając jednocześnie głowę ramieniem
„Panie! Opuść pan szybę”
Kowalski spojrzał ostrożnie z pod ramienia. Chwilę trwało zanim się zorientował, że to umundurowany policjant stoi przy samochodzie
„No opuść pan te szybę”
Ostrożnie, jakby z wahaniem, odciągnął dźwigienkę elektrycznego opuszczania szyby.
„Dobrze się pan czuje? Co panu jest?”
„Co? Ja? Tak. Nic mi nie jest, tylko… Źle się poczułem” – odpowiedział po chwili
„Pił pan alkohol? Czy może brał pan jakieś prochy?”
„Nie. Nic nie piłem. Muszę wziąć coś na uspokojenie…”
Skierował gwałtownie rękę w kierunku schowka przed fotelem pasażera.
Żona ma tam zawsze tabletki Positivum. Bardzo się boi z nim jeździć. Zażywa je zawsze przed dłuższą podróżą. Mówi, że bez nich nie mogłaby spokojnie znieść podróży z nim.
„Zaraz! Zaraz! Ręce na kierownicę!”
Policjant zaczął nerwowo dobywać pistolet. Kowalski zauważył to. Posłusznie położył trzęsące się dłonie na kierownicy.
„Dokumenty proszę… Tylko spokojnie i powoli”
„Mam w kurtce, w bagażniku”
Policjant odsunął się na dwa kroki i trzymając rękę na otwartej kaburze pistoletu nakazał
„Wysiadać! Tylko ostrożnie”
Kowalski niezgrabnie wygramolił się z samochodu. Poczuł zawrót głowy. Zachwiał się. Tracąc równowagę oparł się o otwarte drzwi
„Nie wiem co mi jest. Źle się czuję”
Policjant krzyknął w stronę stojącego z tyłu radiowozu
„Józek! Wezwij karetkę! Gościu blady jak papier. Zaraz zemdleje”
Potem nieco łagodniej do Kowalskiego
„Niech pan siada. Tylko proszę się nie ruszać”
Po chwili doszedł do nich ten z radiowozu
„Otwórz bagażnik. Tam w kurtce są jego dokumenty”
Po chwili obaj pochylali się na dokumentami wydobytymi z portfela znalezionego w kurtce
„Nazwisko” – zażądał policjant
„Kowalski. Jan Kowalski”
„Gdzie pan mieszka?”
„W Łodzi na…”
Nie dokończył. Właśnie usłyszeli sygnał zbliżającej się karetki. Spojrzeli w tamtym kierunku. Po chwili karetka zatrzymała się. Wysiadła z niej młoda lekarka i sanitariusz.
„Może pan wstać?” – zapytała
„Spróbuję”
Pomogli mu przejść do karetki. Chcieli, aby zdjął marynarkę. Zrobił to po chwili z ociąganiem. Potem w czasie badania kurczowo trzymał ją przy sobie. Lekarka wysłuchała serce. Zajrzała do oczu. zrobiła mu EKG
„Pan jest w silnym stresie. Czy coś się wydarzyło?”
„Nie. Nic. Mam nerwową pracę”
Kowalski zaczął dochodzić do siebie. Chciał jak najszybciej wyrwać się z tej sytuacji.
„Już mi lepiej. Proszę mi dać coś na uspokojenie. Jestem trochę zdenerwowany. Wie pani, nerwowa praca…”
„Czym się pan zajmuje?”
„Jestem inżynierem. Kierownikiem działu konstrukcyjnego w Biurze Projektowania Przemysłu Metalowego”
W tym momencie kierowca karetki otworzył drzwi i krzyknął do lekarki
„Jest duży wypadek dwadzieścia kilometrów stąd. Chcą abyśmy tam pojechali. Co mam im powiedzieć?”
„Zaraz tam będziemy!” – odkrzyknęła.
Z torby wyjęła jakieś lekarstwo. Podała Kowalskiemu dwie tabletki
„Proszę to połknąć. A jutro do lekarza do przychodni”
Pobiegła do karetki. Po chwili odjechali na sygnale. Policjanci też dostali wezwanie.
„Ma pan szczęście. Musimy jechać do wezwania. Jak pan odpocznie proszę stąd odjechać. Tu nie wolno się zatrzymywać”
Kowalski popił tabletki wodą mineralną którą zawsze ma w samochodzie. Właściwie to czuł się już całkiem dobrze. Strach i przerażenie nie opuściło go jednak, ale już nie paraliżowało jego umysłu. Włożył marynarkę. Sprawdził kieszeń. Zaklął, gdy namacał „To”.
„Jak najszybciej do domu. do niczego tutaj nie dojdę” – pomyślał włączając silnik.
Do domu miał jeszcze spory kawałek. Aby nie myśleć o tym co go wcześniej spotkało, zaczął analizować spotkanie z policjantami i lekarką.
„Co ja im powiedziałem?… Aha! Że mieszkam w Łodzi i że pracuję w biurze… Nie. To nie im mówiłem. To powiedziałem tej młodej lekarce. Że pracuję w Biurze Projektowania Przemysłu Metalowego” – przypomniał sobie.
Uśmiechnął się w duchu
„Co za idiotyczna przykrywka. Mogliby wymyśleć coś lepszego. Wszyscy w pracy są tego samego zdania – Biuro Projektowania – w pewnym sensie tak. Ale nie zupełnie” – znowu się uśmiechnął w duchu.
Przypomniał sobie jak go zwerbowali do tej pracy.
„Kiedy to było?… Tak. Szesnaście lat temu. Na imprezie w firmie z okazji moich czterdziestych urodzin. Był na tej imprezie taki jeden… Jak on się nazywał?… Nie pamiętam. Nie ważne. Skontaktował mnie z Malinowskim”
Przerwał rozmyślania. Pojechał źle na skrzyżowaniu. Musi teraz poszukać odpowiedniego miejsca, aby zawrócić.
„Źle ze mną. Skup się Jasiu na prowadzeniu, bo to się może skończyć wypadkiem” – skarcił się.
Dwa kilometry dalej zawrócił. „Wpadłem jak śliwka w kompot. Firma dawała stały, może nie tak duży, ale pewien, dochód. Gdybym jej nie sprzedał, miałbym święty spokój. Mógłbym się zajmować spokojnie moim hobby… Dobrze mnie podeszli… Nie miałem wyjścia. Potem połaskotali moją próżność. Jak to powiedzieli wtedy? – Panie inżynierze to co pan robi u siebie w firmie przyda się Ojczyźnie, co ja mówię, Ludzkość panu będzie dziękować. Dzieci się będą o panu uczyć w szkołach – Dałem się na to złapać jak mucha na lep… Zresztą, nie miałem wyjścia”
Robił sobie teraz wyrzuty, ale wiedział, że wtedy, szesnaście lat temu, bardzo mu się to spodobało. Praktycznie nieograniczone fundusze. Wspaniałe warunki techniczne. Własne laboratorium. Posłuszni współpracownicy. No i pieniądze. Nigdy w życiu nie doszedł by do takich miesięcznych zarobków jakie wtedy od razu dostał. I tylko te trzy warunki.
Po pierwsze, nie może już nigdy w życiu zmienić pracodawcy. Praca co najmniej do siedemdziesiątego piątego roku życia, jeśli zdrowie pozwoli. I drugi warunek, totalna tajemnica, z której nigdy nie zostanie zwolniony. Praca w warunkach niemalże konspiracyjnych. Nawet żona nie może wiedzieć, gdzie pracuje i czym się zajmuje. To w tym celu stworzono „przykrywkę” pod nazwą Biuro Projektowania Przemysłu Metalowego. No i trzeci warunek – musi natychmiast skończyć ze swoim dotychczasowym hobby.
2
Biuro znajduje się w centrum Łodzi, w starym pofabrycznym budynku. Jak w większości podobnych pofabrycznych budynkach, działają tam z mniejszym lub większym powodzeniem różne firmy. Jedne mniej poważne, inne prężnie się rozwijające. Oni zajmują ostatnie czwarte piętro o powierzchni ponad czterystu metrów kwadratowych.
Biuro podzielone jest na sześć sektorów. Mają własną windę, do której wchodzi się przez niewielką, znajdującą się na parterze, należącą tylko do nich portiernię. Jest też wyjście na wspólną z innymi firmami klatkę schodową. Można to wyjście użyć tylko w nadzwyczajnych okolicznościach, na przykład w czasie ewentualnego pożaru.
W portierni oprócz dobrze, acz dyskretnie uzbrojonego portiera, urzęduje przemiła recepcjonistka. Przyjmuje pocztę i inne dostawy dla Biura. Ma również za zadanie przyjmować petentów o ile takowi by się pojawili. Ci którzy są w biurze zatrudnieni przechodzą przez specjalną śluzę, podobną do tych na lotniskach, otwieraną przepustką. Drzwi windy otwierają zmienianym co kilka minut kodem. Kod jest dostępny na ich telefonach komórkowych i ukazuje się dopiero po przekroczeniu śluzy.
Tylko nieliczni zatrudnieni mają prawo wprowadzać osoby niezatrudnione. Wymaga to spełnienia pewnych procedur i zabiera zwykle około dwóch dni. Nie ma możliwości spontanicznego zapraszania osób z zewnątrz.
Po wyjściu z windy na czwartym piętrze, pracownicy Biura udają się do swoich sektorów. Aby przejść z jednego sektora do drugiego trzeba mieć każdorazowo zezwolenie od szefa. Kowalski jako szef sektora „Modelarstwo”, podobnie jak szefowie pozostałych pięciu sektorów ma nieograniczony dostęp do wszystkich pomieszczeń w Biurze.
3
Dojechał w końcu do domu. Żony nie było. Wyjechała poprzedniego dnia do chorej siostry do Gdańska. Dlatego zdecydował się na ten cholerny eksperyment właśnie w czasie jej nieobecności. Myślał, że zabierze mu to ze dwa dni. Jej wyjazd bardzo mu pasował.
Wyjechał do ich domku letniskowym w okolicach Uniejowa. Tam miał już wszystko przygotowane. Wszystko poszło tak jak sobie to wyobrażał. Nie wiedział tylko że zajmie mu to dużo mniej czasu niż myślał i że będzie musiał zatrzeć po sobie wszystkie ślady.
Uznał, że pożar będzie najlepszym rozwiązaniem. Nie przypuszczał, że domek tak szybko zajmie się ogniem. Ledwo uszedł z życiem. Ich domek letniskowy diabli wzięli. Ale to najmniejsze zmartwienie. Oczywiście nie przyzna się, że tam był i że to jego wina. Nie. Pożar wzniecili najprawdopodobniej bezdomni. Tak powie Halince, gdy wróci od siostry.
Na szczęście nikt go tam nie widział. Miał taką nadzieję. O tej porze roku, pod koniec października, sąsiednie domki są niezamieszkałe. Tylko ci policjanci na drodze i ta lekarka, trochę go niepokoili. Chyba jednak nic nie notowali. Miał dużo szczęścia, że wezwano ich do jakiegoś wypadku w pobliżu.
Rozebrał się. Szybko się wziął prysznic. Zanim w szlafroku usiadł w swoim ulubionym fotelu, z wiszącej na krześle marynarki wyciągnął „To”. Nie wiedział, jak to nazwać. „To” przypomina wielkością niewielką książkę, grubości trzech centymetrów. Wyglądem przypomina kawałek metalu podobnego do aluminium, ale zdecydowanie lżejszego. Kowalski wie jednak, że „To” zdecydowanie nie jest kawałkiem aluminium.
Odłożył „To” na stolik przy fotelu. Miał ogromną ochotę nalać sobie dużą szklankę whisky. Podszedł do szafki, w której za oszklonymi drzwiczkami stały butelki, kieliszki i szklaneczki. Powstrzymał się w ostatniej chwili. Zawrócił i udał się do kuchni. Wyciągnął z lodówki butelkę piwa, zastanowił się chwilę, sięgnął po drugą. Z dwiema butelkami i ulubioną szklanką wrócił, na fotel. Usiadł wygodnie
„Cholera!… Źle ze mną. Weź się w garść, Jasiu” – powiedział do siebie niezadowolony.
Zapomniał otwieracza do butelek. Nigdy mu się to nie zdarzało. Wracając z kuchni, z otwieraczem, jeszcze raz zatrzymał się przy szafce z alkoholami
„Właściwie, to od kiedy nie piję?” – zastanowił się.
Wrócił na fotel. Otworzył piwo, nalał do szklanki. Wziął pierwszy łyk.
„No, tak od trzydziestego roku życia. Od tego wypadku” – odpowiedział sobie na pytanie, dlaczego nie pije.
Na wspomnienie wypadku, uśmiechnął się
„Bolało, ale się opłacało. Tak łatwo przyszły te duże pieniądze…” – przypomniał sobie wygraną w totolotka. Jedną z największych w historii tej gry w Polsce.
Rozparł się wygodnie w fotelu, przymknął oczy i wrócił myślami do tego czasu. W jakiś sposób czuł, że aby zrozumieć to co go dzisiaj spotkało, musi zacząć od tego „wypadku”, a raczej zdarzenia, które go spotkało w 87 mym, zaraz po trzydziestych urodzinach, pod koniec września, a właściwie zaczęło się to jeszcze wcześniej. Tak. Zaczęło się to od dnia, w którym poznał Hansa.
4
Ten wypadek zdarzył się jak pracował u ojca w firmie. Wtedy to powtórzył dokładnie eksperyment Hansa.
Pracował u ojca już od roku, to jest od czasu, gdy został wypuszczony w ramach amnestii z 17 go lipca 1986 go. Właściwie to jego ta amnestia nie obejmowała, skazany był przecież za sabotaż. Dopiero później, po tym jak generał Kiszczak zwrócił się do Prokuratury Generalnej o wypuszczenie wszystkich osób skazanych za działalność polityczną, wypuszczono go z ostatnimi więźniami politycznymi, we wrześniu 86 go, akurat na jego dwudzieste dziewiąte urodziny.
Na początku stycznia 82 go, dostał dziesięć lat. Siedział w Barczewie na osławionym, specjalnym, oddziale czternastym, razem z kryminalistami skazanymi na długoletnie kary pozbawienia wolności.
Kilka cel dalej siedział skazany na karę śmierci Gauleiter Prus Wschodnich Erich Koch. Oczekiwał na wykonanie wyroku od maja 59 go. Tam Kowalski spotkał Hansa. Dzięki temu, że dobrze znał niemiecki udało mu się do niego zbliżyć.
Hans Bielicky, mimo że siedział od 48 go z Polakami, nie mówił po polsku, albo, jak podejrzewał Kowalski, nie chciał się do tego przyznać. W 83 cim, gdy się poznali Hans skończył siedemdziesiątkę. Nie wyglądał na tyle. Dogadali się, że obaj są fizykami.
Hans do wybuchu wojny ze Związkiem Radzieckim, pracował naukowo na Uniwersytecie Ruprechta i Karola w Heidelbergu. Miał tytuł doktora fizyki stosowanej i matematyki. Był o krok od tytułu profesora.
Kowalski nie miał nawet tytułu magistra. Aresztowano go, gdy był na ostatnim roku fizyki Politechniki Łódzkiej. Kowalski opowiadał Hansowi o swoich studiach i o swoim „wynalazku” którym sabotażował w Stanie Wojennym łączność radiową milicji i jak się „wcinał” w pasma radiowe z programami Solidarności.
Opowiadał Hansowi o współczesnej wiedzy z zakresu fizyki i nie tylko o tym. Hans ożywił się słuchając dosyć szczegółowego opisu lądowania ludzi na Księżycu w 69 tym.
„Mieliśmy kiedyś takiego który już dawno mógł wysłać ludzi na Księżyc. Genialny inżynier i naukowiec. Wernher von Braun…”
„To on właśnie po wojnie skonstruował rakietę amerykanom, którą wysłano ludzi na Księżyc”
„Nie dziwi mnie to. Spotkałem go raz, w styczniu 43 go. Proponowaliśmy mu elektroniczne programowanie sterujące jego pociskami V1. Nie był tym zainteresowany. Nie miał zaufania do elektroniki. Wolał mechaniczne żyroskopy. Tyle pracy włożyliśmy w te sterowniki. Mój szef po rozmowie z von Braunem udał się do Hitlera, ale nic nie wskórał”
Hans słuchał uważnie, innych relacji Kowalskiego o wykładach z fizyki na Politechnice Łódzkiej. Zadawał pytania, tak jakby chciał zbadać, czy ma do czynienia z prawdziwym fizykiem, czy z kimś podstawionym, kto miałby od niego wyciągnąć informację o tym nad czym pracował w czasie wojny w tajnym niemieckim ośrodku naukowym Schlesiche Werkstätten Dr Fürstenau und Co. GmbH w Opactwie Cystersów w Leubus, dzisiaj znanym jako Lubiąż.
Kowalski dowiedział się, że Hans, po przejściu frontu, pozostał w okolicy Lubiąża. Ukrywał się u pewnej Polki, Marii, która pracowała w Lubiążu jako pielęgniarka w domu doktora Millera. Tam poznała Hansa w czasie robienia mu opatrunków po poparzeniach jakich nabawił się przy eksperymentowaniu w laboratorium.
W 48 tym doktora Millera z rodziną wysiedlono do Niemiec. Chciał, aby ona też z nimi wyjechała. Była taka możliwość, ale ona nie chciała. Ukrywała już wtedy u siebie Hansa, z którym miała romans.
Niestety, zastała kiedyś Hansa w intymnej sytuacji ze swoją młodszą siostrą, która przyjechała z niespodziewaną wizytą w czasie jej nieobecności. Jeszcze tego samego dnia wydała go w ręce polskich władz wojskowych, które właśnie objęły Lubiąż od wojsk sowieckich.
Powiedziała im, że to właśnie Hans wysadził w powietrze wejście do lochów Opactwa Cystersów. Sowieci mieli w Opactwie szpital. W czasie wybuchu zginęło dwóch wartowników. Hans nie miał z tym nic wspólnego. Zamachu dokonał działający w pobliżu oddział Werwolfu.
W czasie krótkiego śledztwa wyszło na jaw, że Hans w czasie wojny pracował w tych lochach, więc doskonale musiał się orientować w geografii opactwa. Śledczy dowiedzieli się też, że pracował nad jakimiś tajnymi projektami dotyczącymi budowy radarów i tranzystorów.
Dowiedzieli się, że jest naukowcem. Chcieli od niego wyciągnąć wszystko na temat tego nad czym pracował w czasie wojny. Mimo bicia i wielogodzinnych przesłuchań nic od niego się nie dowiedzieli. Trzymał się cały czas swojej linii obrony. Mówił, że był pracownikiem Telefunken.
Firma ta miała w Opactwie w Lubiążu duże laboratorium, w którym on, Hans, z wieloma innymi pracował nad tranzystorami. Jednak śledczy nie wierzyli w to, że pracowano tam tylko nad tranzystorami.
Za ten zamach, którego nie dokonał i za przynależność do SS został skazany w Polsce, we wrześniu 49 go na karę śmierci.
Wykonanie wyroku ciągle odkładano, obiecując mu w zamian za ujawnienie nad czym pracował, nadzwyczajne złagodzenie kary, a w ostatnich latach, obiecano nawet wypuszczenie na wolność. Formalnie zamieniono mu karę śmierci na dożywocie.
Od kilku lat Hans nie był przesłuchiwany. Doszedł do wniosku, że przesłuchującym go śledczym w śród których byli naukowcy, przestało zależeć na jego wiedzy. O tym, że wśród przesłuchujących byli naukowcy, domyślał się z charakteru zadawanych pytań, i sposobu ich zadawania.
W 83 cim Hans skończył siedemdziesiąt lat, ale wyglądał na dużo mniej. Wiedział, że choruje. Lekarz więzienny nie stwierdził żadnej choroby, jednak Hans czuł, że słabnie z dnia na dzień.
5
Wtedy poznał Kowalskiego. Wkrótce zawiązała się między nimi pewnego rodzaju przyjaźń, czy raczej stosunek jaki istnieje między ojcem i dorosłym synem, którzy posiadają te same zainteresowania.
Hans opowiadał o swojej pracy i swoich badaniach. Kowalski słuchał uważnie. Z naturalnych powodów nie mógł robić wielu notatek. Ale wszystko dokładnie zapamiętywał. Hans miał doświadczenie dobrego wykładowcy i pedagoga, a Kowalski autentycznie chłonął przekazywaną mu wiedzę.
„Moim mentorem na uniwersytecie w Heidelbergu Był profesor Walther Bothe” – stwierdził zaraz na początku ich znajomości Hans
„Czy to ten Bothe który razem z Geigerem stworzył metodę koincydencji i zajmował się zjawiskiem Comptona?” – zapytał Kowalski
„Tak. Ten sam. Od 32 go był dyrektorem Instytutu Fizyki w Heidelbergu. Był moim szefem. W czasie wojny był szefem laboratorium w Leubus, czy jak to, mówisz, teraz się nazywa?… Aha. W Lubiążu. Byłem jego zastępcą”
„Walther Bothe w 54 tym dostał Nagrodę Nobla z fizyki za metodę koincydencji…”
„Coś podobnego!” – Hans się oburzył – „Ta metoda to nic nowego! Ja go na nią naprowadziłem i wskazałem mu jak ją unowocześnić! Mnie się ta nagroda należy!… Napiszę do niego…”
„Zmarł w 57 mym”
Milczeli chwilę. Kowalski chciał w jakiś sposób odciągnąć jego myśli od Walthera Bothe. Zapytał więc
„A co z pańską rodziną, profesorze?” – zawsze się do niego tak zwracał.
„Nie mam rodziny. Nigdy jej nie założyłem. Miałem kiedyś narzeczoną, ale… Rodzice zginęli podczas bombardowania Drezna. Brat dostał się do niewoli pod Stalingradem. Po 56 tym pozwolono mi napisać do Międzynarodowego Czerwonego Krzyża. Odpisali, że brat zmarł w 50 tym w Rosji. Miałem jeszcze ciotkę i kuzynów, ale nigdy ich nie odszukano. Chyba nie żyją” – chwilę milczał, aby po chwili dodać – „Wygląda na to, że jedyną bliską mi osobą jesteś ty”
„Do dla mnie ogromny zaszczyt, profesorze”
„Słuchaj. Chcę ci przekazać pewną tajemnicę. Możliwe, że to do niczego się nie przyda, ale muszę przed śmiercią o tym komuś opowiedzieć…”
„Przed śmiercią? Nie wygląda pan na umierającego…”
„Może nie wyglądam, ale od dawna znam datę swojej śmierci…”
„Niemożliwe! Nikt nie wie, kiedy umrze”
„Ja wiem. Po tym co chcę ci wyjawić, zrozumiesz to. Muszę jeszcze przemyśleć kilka spraw. Wrócimy do tej rozmowy za kilka dni”
6
Kowalski podniósł się z fotela. Udał się do kuchni. Sięgnął dwie następne butelki piwa. Wrócił na fotel.
„Po cholerę zacząłem się z nim zadawać, tam w tym więzieniu?” – zadał sobie pytanie, na które znał odpowiedź – „Imponowało mi. Przyjaźń z tak wybitnym naukowcem… Cholera, po co mi to było!”
Wypił piwo prosto z butelki. Sięgnął po następną.
„To już czwarta. Przyhamuj Jasiu z tym piciem”
Wypił tą czwartą i zaczął tłumaczyć się sam przed sobą ze znajomości z Hansem, z tego, że jej nie przerwał, a wręcz przeciwnie pielęgnował ją do końca życia Hansa
„Nie pieprz Jasiu, że tak żałujesz, że go poznałeś” – skarcił się za poprzednie myśli – „Tą wiedzę, którą przekazał mi przez te niecałe trzy lata nigdy bym nie pozyskał na żadnej uczelni. No i te dokumenty, znalezione dzięki niemu w Lubiążu…”
Przymknął oczy i wrócił myślami do ostatniej rozmowy z Hansem
7
„Słuchaj Janku. Dzisiaj jest czwartek, dziesiąty lipca 1986 go roku. Umrę w niedzielę trzynastego lipca…”
„Co też pan mówi profesorze?! Nie wygląda pan na umierającego…”
„Nie przerywaj mi. Mamy mało czasu. Mówiłem ci już, że znam datę własnej śmierci. Wiem również jak umrę. Wiesz co to jest SHC?”
„Nie mam pojęcia”
„To z angielskiego: Spontaneous human combustion, samospalenie. Nazywane również samozapłonem. Moje ciało w ciągu kilkunastu sekund spłonie doszczętnie. Zostanie tylko trochę popiołu”
„Jak to możliwe?”
„Wysłuchaj mnie do końca i wszystko zrozumiesz”
Usiedli, jak zwykle, zaraz po śniadaniu na łóżku Hansa. Dwóch pozostałych mieszkańców celi siedziało przy stoliku i jak zawsze grali w karty. Nie znali niemieckiego, więc Hans i Kowalski mogli swobodnie rozmawiać.
Kowalski miał to „szczęście” że jako skazany za sabotaż, ale nieformalnie traktowany jako niepewny politycznie i mogący mieć zły wpływ na innych osadzonych, umieszczony był w celi z Hansem, Niemcem, skazanym na dożywocie, oraz z dwoma kryminalnymi skazanymi za zabójstwa.
Jeden na piętnaście lat, za zabójstwo żony z powodu jej domniemanej niewierności, a drugi za zabójstwo kilkunastoletniej córki, która rzekomo źle się prowadziła. Byli to mężczyźni w średnim wieku, spokojni, niegrypsujący, pogodzeni ze swoim losem. Obydwaj pochodzili ze wsi z okolic Lublina. Ponieważ posiadali niepełne wykształcenie podstawowe, nie potrafili znaleźć wspólnego języka z Kowalskim a już zupełnie nie mogli porozumieć się z Hansem.
Przez te prawie cztery lata wspólnie spędzone w celi nie było między nimi żadnych konfliktów. Hans nachylił się ku Kowalskiemu i jak zwykle niemal szeptem zaczął opowiadać
„Jak się z pewnością domyślasz pracowaliśmy w Leubus nie tylko nad tranzystorami. Jeszcze przed wojną pracowałem z moim szefem, Waltherem Bothę, nad zjawiskiem Comptona… Wyjaśniłem ci wcześniej na czym to polega…”
„Tak, panie profesorze, znałem to już z pierwszego roku na politechnice”
„Ale jestem pewien, że nie wiesz do czego doszliśmy całkiem przypadkowo, badając to zjawisko”
Przerwał na dłuższą chwilę. Mimo że wcześniej ułożył sobie w głowie cały plan rozmowy z Kowalskim, to nie był do końca przekonany czy będzie dobrze zrozumiany
„Pamiętasz, jak ci opowiadałem o naszej pracy nad elektronicznymi sterownikami do latających bomb von Brauna?”
„Tak. Dobrze to pamiętam”
„Pracowaliśmy bardzo intensywnie. Nie wychodziliśmy z naszych laboratoriów przez kilka dni. Spaliśmy po dwie, trzy godziny na polowych leżankach, wśród pracujących kolegów. Jeden z nich spał kilka metrów od mojego stanowiska doświadczalnego, na którym, po raz któryś z rzędu próbowałem rozproszyć promieniowanie rentgenowskie na swobodnych elektronach, tak aby nastąpiło zwiększenie długości fali promieniowania…”
„Tak. Rozumiem. Typowe zjawisko Comptona” – przerwał mu Kowalski
„Nie przerywaj mi” – skarcił go Hans – „Chodziło o uzyskanie konkretnej długości uzyskanej fali. To nie było wtedy takie proste… O czym to ja mówiłem, jak mi przerwałeś?… Aha! Podczas gdy regulowałem przepływ elektronów śpiący kolega zaczął przez sen krzyczeć coś w niezrozumiałym języku. Zarówno ja jak i Bothe który stał przy mnie, oraz inni obecni zwrócili się w jego kierunku. Śpiący leżał nieruchomo. Widać było poruszające się pod zamkniętymi powiekami gałki oczne. Wykrzykiwał, a raczej wypowiadał głośno i wyraźnie jakieś komendy w nieznanym języku. Najwyraźniej coś śnił. Bothe postanowił go obudzić. Podszedł do niego i spróbował poruszyć jego ramię. Śpiący przestał wykrzykiwać. Jego gałki oczne przestały się poruszać. Bothe stwierdził, że poruszając go czuł, że mięśnie jego ramienia są bardzo napięte i niesłychanie twarde.
Śpiący nie dawał się obudzić. Po kilku minutach jeden z nas wyraził przypuszczenie, że nasz śpiący kolega zmarł. Ktoś zadzwonił po dyżurnego lekarza, który przybył dosyć szybko. Po kilkunastominutowym badaniu stwierdził zgon.
Jak wiesz, wszyscy naukowcy pracujący nad tajnymi projektami dla wojska, musieli być członkami NSDAP i z reguły należeć do SS. Tak było też z nami. W wypadku śmierci na stanowisku pracy, wewnętrzne procedury przewidywały konieczność wezwania specjalnej jednostki SS która zajmowała się ustalaniem przyczyn śmierci i zlecała ewentualną sekcję zwłok. Oni też zajmowali się ciałem i pogrzebem.
W oczekiwaniu na przybycie tej jednostki, zmarły pozostał na leżance a nas zagnał Bothe do pracy. Terminy nas goniły. Nikt z nas nie zauważył, kiedy nasz zmarły kolega zniknął z leżanki. Dopiero gdy przybyli esesmani zapytali się, gdzie jest ciało zorientowaliśmy się, że ono zniknęło… Nie na długo jednak.
Nasz „zmarły” kolega znalazł się w toalecie. Żywy, ale bardzo zmęczony wymiotowaniem. Wyglądał jak by był po wielkim pijaństwie”
„Niesłychane… Co mu było?”
„Zaraz się dowiesz. Możesz sobie wyobrazić nasze zdziwienie graniczące z przerażeniem. Jedna z naszych koleżanek zemdlała. Wezwano do niej lekarza, tego samego który stwierdził zgon. Prawie zemdlał, gdy ujrzał „denata” żywego. Ale najdziwniejsze było to co nam „denat” opowiedział. Kategorycznie domagał się rozmowy w cztery oczy z Waltherem Bothe. Mój szef się na to nie godził. Chciał mieć ze sobą świadka tej rozmowy. Stanęło na tym, że będę przy niej obecny. Rozmowa toczyła się w gabinecie szefa”
„Czy ten „zmarły” był naukowcem?”
„Nie. Był zwykłym laborantem. Nawet nie pamiętam, jak się nazywał. Zaraz następnego dnia zabrano go do szpitala. Okazało się ze miał dosyć rozległe poparzenia na piersiach”
„Od czego?”
„Wtedy tego nie wiedzieliśmy. Dojdę do tego. Teraz opowiem ci co nam powiedział. Otóż stwierdził, że został przeniesiony do innego świata. Próbowaliśmy mu wytłumaczyć, że miał marzenia senne, gdy spał. On jednak upierał się, że to nie był sen. Opowiadał o ludziach, których spotkał. Byli wyżsi od nas z dużo większymi głowami. Wszyscy byli dziwnie, jak to określił, ubrani. Zabrali go z ulicy w wielkim, nie znanym mu mieście. Coś do niego mówili, ale on ich nie rozumiał. Dopiero jak mu założyli czapkę na głowę zaczął ich rozumieć i mógł odpowiadać na zadawane pytania”
„Panie profesorze, czy on znał jakiś inny język po za niemieckim?”
„O to zapytaliśmy go na samym początku rozmowy. Twierdził, że nie zna żadnego języka obcego…”
„Dziwne. Ale co to ma wspólnego z pańskimi badaniami?”
„Oczywiście, nie wiązaliśmy tego z badaniami. On został zabrany, tak jak mówiłem, następnego dnia do szpitala, a my wróciliśmy do swoich zajęć. Kilka dni później dowiedzieliśmy się, że zmarł. Tym razem definitywnie.
Jakiś czas po tym, historia powtórzyła się. Tym razem dotyczyło to mnie. Już usypiałem na tej samej leżance, na którym leżał poprzednio nasz zmarły kolega. Walther Bothe i jego drugi asystent doktor Emil Fride uparcie powtarzali eksperyment z uzyskiwaniem fal o konkretnej interesującej nas długości, pochodzących z rozszczepienia promieni rentgenowskich. W pewnym momencie udało im się ustabilizować na kilkanaście milisekund długość fali. Zachwycony Bothe odwrócił się w moją stronę, aby mnie obudzić. Jakież było jego zdziwienie, gdy ujrzał na moim ubranym ciele, wędrującą iskrę, wolno przesuwającą się od strony głowy w dół mojego leżącego ciała. Iskra znikła na wysokości piersi.
Bothe w pierwszej chwili chciał mnie obudzić, ale przypomniał sobie jak to się skończyło poprzednio. W tym czasie Emil wezwał pozostałych kolegów. Wszyscy obserwowali co się ze mną dzieje. Mówiłem przez sen. Mówiłem po polsku i częściowo po niemiecku. To była rozmowa z kimś dla nich niewidocznym. W tej rozmowie odpowiadałem na zadawane mi pytania…”
„Pan, profesorze twierdzi, że nie zna polskiego”
„To nie prawda. To z mojej strony takie kłamstwo, które miało mi zapewnić spokój w więzieniu. Nie chcę wdawać się w więzienne dyskusje. Moja matka pochodziła ze wsi w pobliżu Gleiwitz, czyli Gliwic, Nigdy nie nauczyła się mówić poprawnie po niemiecku. Jako dziecko byłem tam co roku na wakacjach u dziadków… Ale wracając do wydarzenia w laboratorium. Kiedy wyłączyli aparaturę, aby skupić się na ratowaniu mojej osoby, obudziłem się. Miałem rozległe poparzenia piersi. Co ciekawe, moje ubranie nie nosiło śladów zniszczenia ani tym bardziej działania ognia lub wysokiej temperatury. Poparzenia były rozległe, ale powierzchowne. Wylizałem się z nich po kilku dniach”
Hans przerwał opowiadać. Kowalski spostrzegł ze był zdenerwowany. Pierwszy raz zauważył na jego twarzy strach. Hansowi trzęsły się ręce. Usiłował to ukryć, ale mu się to nie udawało.
„Panie profesorze, co panu jest? Czy wezwać pomoc? Może wezmą pana do lekarza?”
„Nie. Nie trzeba. Zaraz mi przejdzie…Wiesz. Byłem przeniesiony w czasie. Zeznawałem przed sądem na własnym procesie we Wrocławiu”
„To był sen. Prawda?”
„Nie! To nie był sen. Ja tam byłem. Kilka lat po tym zdarzeniu ten proces odbył się. Dokładnie, że wszystkimi szczegółami, tak jak wtedy, gdy w laboratorium w 43 cim, przeniosłem się do przyszłości”
„Co było dalej?”
„Opowiedziałem wszystko szefowi na osobności. Jako świadek był przy tym Emil Fride. Bothe prosił, a właściwie nakazał mi, aby o tym nikomu nie mówić. Wtedy to właśnie połączyliśmy to wcześniejsze wydarzenie z moim. Bothe postanowił wykorzystać swoją metodę koincydencji.
Wiesz, właściwie ta metoda nie była jego dziełem. Pomogłem mu ją udoskonalić. To tak naprawdę doszedł do niej wiedeński biolog Paul Kammerer. W 1919 tym opisał tą metodę w swojej książce Das Gesetz der Serie, Prawo serii. Później Wolfgang Pauli określił koincydencję jako widzialne ślady niedających się znaleźć zasad.
Potem Pauli razem z Gustavem Jungiem doszli do wniosku, że koincydencje są manifestacją trudno zrozumiałej dla nas uniwersalnej zasady, która działa całkowicie niezależnie od znanych nam praw fizyki. Jeszcze później niektórzy badacze wysnuli wniosek, że telepatia i prekognicja jak i koincydencje są jakoby manifestacjami tej samej tajemniczej siły, która dąży do tego, żeby chaotycznemu życiu nadać własny porządek. Poszliśmy tym śladem. Zwłaszcza bardzo zainteresowała nas prekognicja…”
„Co to jest Prekognicja? Nie spotkałem się z tym nigdy”
„Nie dziwi mnie to. Nie wiem jak teraz, ale za moich czasów żaden człowiek nauki nie chciał z tym mieć nic wspólnego. Określenie pochodzi z łaciny. Præcognoscere znaczy wiedzieć wcześniej. Używane w parapsychologii…Teraz rozumiesz, dlaczego naukowcy trzymają się od tego z daleka. Określenie to jako zjawisko paranormalne oznacza wiedzę o zdarzeniach w przyszłości, której nie można wywieść z bieżącego stanu wiedzy, co odróżnia je od przewidywania czy prognozowania”
Hans milczał chwilę. Kowalski zauważył, że głos mu się zmienił. Zaczął ciężko oddychać. Mówienie wyraźnie go męczyło.
„Może przerwiemy? Powinien pan odpocząć”
„Nie. Nie ma na to czasu. Dam radę dokończyć… Wspomniałem wcześniej, że Bothe postanowił wykorzystać metodę koincydencji. Jak wiesz był on nie tylko wybitnym fizykiem, ale także matematykiem. Do badań dokonywanych tą metodą stosuje się rachunek prawdopodobieństwa. Po kilkudniowych obliczeniach doszliśmy do wniosku, że należy się tym poważnie zająć. Zdawaliśmy sobie sprawę, że taka decyzja ośmieszy nas w wśród innych.
Na badania potrzebne były pieniądze. Wiedzieliśmy, że Albert Speer, Minister Uzbrojenia i Produkcji Wojennej Rzeszy nigdy nie przyzna na ten cel nawet jednej marki. Ale mieliśmy przyznane naprawdę duże pieniądze na badania dotyczące sterowników elektronicznych do bomb latających i na opracowanie hełmofonu do sterowania urządzeń znajdujących się w samolotach za pomocą myśli, co było wtedy nowością.
Używając tego hełmofonu w połączeniu z aparaturą celowniczą samolotu, można byłoby celować ogniem karabinów maszynowych za pomocą patrzenia na cel. Mówiłem ci kiedyś jak to działa”
„Tak. Doskonale to pamiętam. Fascynujące”
„Tak więc Bothe postanowił finansować nasze badania nad przenoszeniem się w czasie, tymi pieniędzmi”
„To było z pewnością nielegalne…”
„Tak. Gdyby wyszło to na jaw stanęlibyśmy przed Sądem Wojennym. Dlatego wtajemniczone były tylko trzy osoby. Bothe, ja i Emil Fride. Domyślaliśmy się, że to co mnie spotkało ma powiązanie z naszym badaniem zjawiska Comptona.”
Hans znowu przerwał. Wyraźnie zmienił się na twarzy. Mówił z trudem. Pocił się. Tym razem Kowalski nie proponował wezwania pomocy. Wiedział, że Hans na to się nie zgodzi no i bardzo chciał, aby zdążył powiedzieć jak najwięcej zanim stanie się z nim coś złego. Miał jakąś nieuświadomioną dokładnie pewność, że to są ostatnie godziny życia Hansa.
„Będę się streszczał. Jest ze mną gorzej niż się spodziewałem… Po kilku tygodniach mieliśmy skonstruowaną nieco delikatniejszą aparaturę niż ta używana do wcześniejszych eksperymentów. Przerobiliśmy jeden z hełmofonów. Wstawiliśmy nowe elektrody i połączyliśmy to z naszą aparaturą. Teraz potrzebny był ktoś kto by poddał się eksperymentowi. Oczywiście, to ja się na to zdecydowałem.
Nic się nie działo, kiedy leżałem na leżance. Nie wiedzieliśmy, dlaczego. Wtedy Emil wyraził przypuszczenie, że powinienem zapaść w sen. Zgodziliśmy się z tym, ale oczywiście nie udawało mi się usnąć tak na zawołanie. Nie mieliśmy środków usypiających i nie chcieliśmy w tej sprawie zwracać się do naszego lekarza. Bothe postanowił upić mnie alkoholem. Zadziałało. Po wyregulowaniu aparatury przeniosłem się dwa lata do przodu. Byłem świadkiem przejścia frontu przez Leubus. Poznałem Marię. Pielęgniarkę doktora Millera, który leczył moje poparzenia… Aha nigdy nie doszliśmy do tego, dlaczego po przebudzeniu mam poparzone piersi.” – Hans przerwał na chwilę. Uśmiechnął się. – „He. He. Przyzwyczaiłem się w końcu do tych poparzeń. Przenosiłem się w czasie wielokrotnie. Byłem przy tym jak umierałem… Tak. To będzie tutaj. W tym więzieniu. Za trzy dni. Trzynastego”
„Wezwę lekarza!”
„Nie. Nie teraz. Nie pozwalam. Powiem, kiedy go wezwać. Wezmą mnie do celi szpitalnej i tam umrę za trzy dni, po prostu spłonę. Teraz słuchaj dalej. Wyjawię ci to co jest najważniejsze…”
„To nie ma znaczenia. Chcę pana ratować”
„To ma olbrzymie znaczenie. Mnie już nic nie pomoże”
Dwaj współwięźniowie przestali grać w karty. Zauważyli, że z Hansem dzieje się coś niedobrego. Jeden z nich zapytał
„Co mu jest? Stary źle wygląda”
„Nic mu nie jest. Poczuł się trochę niewyraźnie. Zaraz mu przejdzie” – odpowiedział Kowalski.
„To pewnie po tym wczorajszym żarciu. Mnie też boli brzuch i głowa” – stwierdził ten co pytał i powrócił do kart.
„Słuchaj, Janku. O wszystkim opowiadałem szefowi i Emilowi. Wiedzieli, kiedy uciekną przed przyjściem Rosjan. Powiedziałem im, że kilka dni przed przybyciem Rosjan ewakuują się wszyscy do Berlina. I tak się stało dwa lata później. Wyjechali służbowo do Berlina zabierając ze sobą połowę dokumentacji technicznej sterowników do bomb i część tej dotyczącej hełmofonu do sterowania myślami. Dokumentację naszego eksperymentu, aparat i nasz hełmofon zostawili mi z poleceniem ukrycia wszystkiego. Fakt, że nie zabrali wszystkiego do Berlina wynikał z obawy, aby w razie dostania się w ręce wroga, nie dostała się w raz z nimi całość naszego dorobku naukowego z Leubus.
Wierzyli, że wrócą kiedyś tam i będą kontynuować swoją pracę i nasz eksperyment. Nie chcieli przyjąć do wiadomości, że to się już nigdy nie stanie, przynajmniej w najbliższej przyszłości. Przekonałem się, że tak do końca nie wierzyli w to co im przekazywałem”
„Jak daleko w przyszłość przenosił się pan, profesorze?”
„Nie wiem. Problem polegał na tym, że nie mogliśmy określić, w celować się, w konkretną datę. Wszystko było raczej przypadkowe. Zauważyłem, że gdy przy usypianiu myślałem o jakimś zdarzeniu, które wydarzy się w przyszłości, jak na przykład o mojej śmierci, to „celność” przenoszenia była bardzo duża. Niestety przy zasypianiu byłem zawsze tak pijany, że nie za bardzo wiedziałem co chcę zobaczyć”
„A jak długo pan tam pozostawał?”
„Zazwyczaj kilka godzin, czasami krócej…”
„Czy te miejsca w których się pan odnajdywał, profesorze, mógł pan opuszczać, mam na myśli czy mógł pan na przykład wędrować, pojechać gdzieś?”
„Nie wiem. Nie miałem na to czasu. Czasem czekali na mnie jacyś ludzie, którzy zadawali pytania. Byli przyjaźnie nastawieni. Czasem, tak jak na moim procesie, po prostu brałem udział w tym co się działo…”
Milczeli jakiś czas. Hans potrzebował odpocząć. Uspokoić oddech.
„Gdzie pan ukrył dokumentację, profesorze?”
Kowalski zauważył, że musi iść z pytaniami brutalnie do przodu. Hans wyglądał bardzo źle.
„Podaj mi papier i ołówek. Zrobię szkic póki jeszcze widzę na oczy. Wzrok mi się gwałtownie pogarsza”
Kowalski szybko wydobył ze swojego stolika zeszyt i ołówek. Hans rysował coś przez kilka minut
„Za kościołem Świętego Walentego jest cmentarz. W jego starej części musisz odnaleźć grób pastora Ernsta Schneidera zmarłego w 1924 tym. Tu masz zaznaczony jego grób i położenie w stosunku do kościoła. A tutaj, dwanaście metrów od grobu Schneidera stała niewielka kapliczka rodziny Adolfa Frydrycha. Kapliczka jest zniszczona, ale pod fundamentami, z obramowaniem wielkości mniej więcej pięć na dziesięć metrów, znajduje się krypta a w niej osiem trumien. Cztery na dole i cztery na półkach nad tymi dolnymi.
Do krypty wchodzi się schodami znajdującymi się pośrodku krótszego boku fundamentów. Odsuniesz leżącą tam przykrywę betonową. Cała krypta przykryta jest takimi płytami. Nie są ciężkie. Dasz radę. Górna trumna po prawej stronie od wejścia należy do zmarłej córki Adolfa, Anny. Nie ma w niej ciała. Znajdziesz tam dwie walizki. W jednej z nich jest dokumentacja, nasze wyliczenia i szkice. W drugiej nasza aparatura, a raczej komponenty potrzebne do jej zmontowania. Znajdziesz w niej też zegarek kieszonkowy. Już nie działa. Dostałem go kiedyś od pewnej dziewczyny, która z nami pracowała. Noś go zawsze przy sobie. Kiedyś ci się przyda… Ta aparatura… Przypuszczam, że po tylu latach nie nadaje się do użytku. Odtworzenie tej aparatury nie sprawi ci trudności”
„Skąd to przypuszczenie, profesorze, że zechcę to odtworzyć?”
„To nie przypuszczenie. Ja wiem, że to zrobisz”
„Ale ja…”
„Nie mów już nic do mnie. Przestaję słyszeć. Odejdź teraz ode mnie. Wezwij pomoc. Już się nie zobaczymy na tym świecie”
Hans mówił bardzo niewyraźnie. Kowalski pochylił się nad nim, aby zrozumieć jego ostatnie słowa, ale słyszał tylko bełkot.
Podbiegł do drzwi celi i zaczął walić w nie pięścią. Po kilku minutach ujrzał w wzierniku w drzwiach oko oddziałowego
„Czego?!” – dobiegło z za drzwi
„Hans Bielicky stracił przytomność! Chyba umiera! Trzeba go wziąć do lekarza!”
„Zaraz…”
Gdy po dziesięciu minutach przenoszono go na nosze, Hans odzyskał na chwilę przytomność. Odszukał wzrokiem Kowalskiego i z wysiłkiem powiedział
„Celuj na 25 ty października 2013 go. To będą moje setne urodziny. Zapraszam cię na nie…”
„Skoro pan umrze teraz, to nie będzie pana w przyszłości…”
„Będę. Teraz tego nie zrozumiesz, ale będę. Wiem, że się spotkamy”
8
Zmarł w niedzielę trzynastego lipca, nie odzyskując przytomności, którą stracił zaraz za drzwiami celi, w której spędził ostatnie lata.
W południe, tego dnia, z piersi leżącego w izbie chorych Hansa wydobył się błękitny płomień, podobny do płomienia kuchenki gazowej. Dwaj chorzy więźniowie przebywający na sąsiednich łóżkach zeznali potem w śledztwie, że ogień błyskawicznie ogarnął całe ciało, które spłonęło w niespełna pół minuty.
Najdziwniejsze było to, że poza ciałem Hansa nic więcej nie zostało objęte ogniem. Pościel w łóżku, na którym leżał, nie nosiła śladów spalenia. Była tylko zabrudzona popiołem.
Przeprowadzone śledztwo nie wykazało, aby do spalenia zwłok doszło w wyniku działania osób trzecich.
9
Kowalski podszedł do lodówki. Wyciągnął ostatnią butelkę piwa. Wrócił na fotel. Rozchylił szlafrok na piersiach, rękę przesunął ostrożnie po bliźnie. Miał ją od tego czasu jak pierwszy raz podłączył się do aparatu znalezionego w Lubiążu.
Z pewną satysfakcją stwierdził, że w dzisiejszym zdarzeniu nie uległ poparzeniom. Zastanawiał się, dlaczego. Przecież w zasadzie nic nie zmienił w postępowaniu przygotowawczym,
„Czyżby znaczenie miała odpowiednia faza snu?” – zastanawiał się.
Wypił ostatnią butelkę piwa. Przez chwilę siedział nieruchomo z zamkniętymi oczami. Potem nagle zerwał się i poszedł do kuchni do lodówki. Zaklął, nie znajdując w niej więcej piwa. Wrócił na fotel
„Przecież mogłem z tym skończyć zaraz po wyjściu z więzienia. Tak naprawdę nie brałem tego wszystkiego co Hans opowiadał o przenoszeniu się w czasie, na poważnie. Ot, takie tam bajdurzenie starego człowieka. W więzieniu pomagało zabić czas. Jestem przecież naukowcem i wiem co z jego relacji ma wartość. Dużo, nawet bardzo dużo od niego się nauczyłem, ale te bajdurzenia o przenoszeniu się w czasie… Nie, przecież Walther Bothe przeżył wojnę. Nobla dostał. Świat by wiedział coś nad czym pracował w Lubiążu”
Przerwał to rozmyślanie. Zdawał sobie sprawę, że wypił za dużo piwa. W momencie, gdy wspomniał Walthera Bothe, przypomniał sobie co go tak naprawdę skłoniło, aby jednak iść śladem wskazanym przez Hansa.
10
Po wyjściu na wolność wrócił do willi rodziców przy Łagiewnickiej w Łodzi. Jego pokój czekał na niego w niezmienionym stanie. Matka regularnie go sprzątała nie zmieniając nic na jego biurku i na półkach. Zastał pokój w takim samym stanie w jakim opuścił go w dniu, w którym przyszli go aresztować.
Za garażem, w pokoju który był jego warsztacikiem i w którym spędzał kiedyś dużo czasu budując modele samolotów, też się nic nie zmieniło. Dziwnym trafem Służba Bezpieczeństwa nie zrobiła wtedy przeszukania mieszkania. Tłumaczył to później sobie olbrzymim bałaganem jaki na początku Stanu Wojennego był w milicji i wojsku.
Zaraz po wyjściu z więzienia ojciec zaproponował mu pracę w swoim zakładzie naprawy sprzętu gospodarstwa domowego i radiowo-telewizyjnego. Chętnie przyjął tą pracę. Wiedział, że ze swoją więzienną przeszłością będzie mu trudno znaleźć coś innego.
Poprosił ojca o pewną zwłokę w rozpoczęciu pracy. Motywował to tym, że chce odpocząć trochę po odsiadce. Ojciec chętnie się na to zgodził. Uzgodnili, że rozpocznie pracę w warsztacie od listopada. Kowalski miał dla siebie cały październik.
Pierwszy tydzień spędził w bibliotece na wyszukiwaniu wszystkiego o Waltherze Bothe. Chciał wiedzieć wszystko o tym co robił po 45 tym. Nie dawało mu spokoju pytanie, dlaczego Bothe nic i nigdzie nie wspomina o pracy w Lubiążu. O tym co tam robił.
Wysłał list do Uczelni w Heidelbergu z prośbą o wszelkie możliwe informacje na jego temat. Motywował to, pisaniem pracy naukowej o jego życiu i dokonaniach. Taki sam list wysłał do Szwedzkiej Akademii Nauk do Komitetu Nagrody Nobla, dołączając prośbę o szczegółowe uzasadnienie w sprawie przyznanej mu Nagrody w 57 mym.
Napisał też do Międzynarodowego Czerwonego Krzyża w Genewie, z prośbą o pomoc w poszukiwaniu Emila Fride. Najszybciej dostał odpowiedź z Genewy. Emil Fride w 45 tym w Berlinie dostał się do niewoli sowieckiej i ślad po nim się urwał. Ta wiadomość zaniepokoiła go w jakiś niewytłumaczony sposób.
Odpowiedzi w sprawie Walthera Bothe przyszły nieco później. Nic nowego się z nich nie dowiedział.
Wszystko to sprawiło, że pod koniec października pożyczył od ojca Syrenkę. Załadował do niej trochę narzędzi znajdujących się w garażu, łom, szpadel, podnośnik, trochę mocnych lin, śpiwór i mocną latarkę ze świeżymi bateriami. Rodzicom powiedział, że jedzie na kilka dni w góry i udał się do Lubiąża.
11
Kiedy już tam dojechał, postanowił poznać trochę geografię miasta. Hans mu dużo o nim opowiadał. Przede wszystkim o budynkach byłego Opactwa. Od tego czasu na pewno dużo się zmieniło.
W bibliotece w Łodzi znalazł trochę informacji o Lubiążu, ale to mu nie wystarczało. Pojeździł trochę po mieście. Dosyć szybko znalazł kościół pod wezwaniem Świętego Walentego. Zaparkował w pobliżu. Było już po szóstej wieczorem i zrobiło się ciemno.
Znalazł cmentarz w pobliżu, ale nie zdecydował się tam wejść bez rozpoznania terenu. Nie. Nie bał się duchów. Po prostu było ciemno. Aby odszukać nagrobek pastora Ernsta Schneidera musiałby użyć latarki a to mogłoby zwrócić czyjąś uwagę. Postanowił wrócić tam za dnia.
Teraz trzeba znaleźć nocleg. Nie chciał udać się do hotelu. Był zdecydowany przenocować w samochodzie, miał ze sobą śpiwór, ale temperatura pod koniec października spadała w nocy do zera. Nie za bardzo miał ochotę marznąć w samochodzie.
Miał szczęście. W pobliżu kościoła przed niewielkim domkiem znalazł ręcznie napisany szyldzik „Zimmer”. Zatrzymał samochód w zatoczce na ulicy. Szybko dogadał się z właścicielką domku. Starsza, niewielkiego wzrost kobieta, wdowa, dorabiała sobie wynajmując wolne pokoje. Mieszkała sama, dzieci się wyprowadziły. Mogła wynajmować trzy pokoje. Sama mieszkała w jednym niewielkim przy kuchni.
Tego dnia był jej jedynym gościem. Jakieś dwie godziny po nim przyjechała para emerytów z Lipska.
Poznał ich w dużym pokoju, który służył jako salonik. Kowalski przyszedł tam oglądać Dziennik Telewizyjny, podczas gdy oni stali skupieni przy szafce z książkami.
Stały tam stare wydania niemieckich romansów i przedwojenne albumy miast takich jak dzisiejszy Wrocław, Wałbrzych i Jelenia Góra. Kowalski przedstawił się. Państwo Johan i Gertruda Schelke przyjechali szukać śladów po rodzicach pana Johana. Rodzina jego żony Gertrudy pochodziła z Lipska, w którym obecnie mieszkają, więc ona tu nikogo nie szuka, ale przyjechała towarzyszyć mężowi.
Następnego dnia, a był to czwartek 23 go października obudził się około dziewiątej. Gdy wrócił z łazienki na stoliku w pokoju stała tacka ze śniadaniem, dwie świeże bułki z masłem, trzy jajka na miękko i duża filiżanka gorącej kawy z mlekiem.
Po śniadaniu powiedział starszej pani, że chciałby zostać do poniedziałku. Zapłacił z góry i udał się na spacer. Po kilku minutach był na cmentarzu. Trochę czasu zajęło mu odszukanie nagrobka pastora. Był on w starszej części cmentarza, tej zaniedbanej i zarośniętej krzakami i wysokimi drzewami, które były samosiejkami. Wszystko obrośnięte pnącym się wysoko po pniach bluszczem i zasypane jesiennymi liśćmi.
Rozejrzał się. Był tam sam. W oddali widział kilka osób krzątających się przy grobach, na jego szczęście było to w tej części cmentarza która była aktualnie używana do pochówków. Za trochę więcej niż tydzień będzie Dzień Wszystkich Świętych.
Ta część cmentarza, która go interesowała była pusta. Zaczął poszukiwać resztek kaplicy rodziny Adolfa Frydrycha. Mimo że szkic Hansa znał na pamięć, nie mógł jej znaleźć.
„Czyżby Hans się pomylił?” – zastanawiał się.
Obszedł wszystko w promieniu dwunastu metrów od grobu pastora. Wszystko tam było dokładnie zarośnięte. Nie był przygotowany na oczyszczanie nagrobków z chwastów, liści i z tego cholernego, gęstego bluszczu. Potykał się o resztki ukrytych pod spodem nagrobków.
Na niektórych można było odczytać niemieckie nazwiska i zawody pochowanych tam osób. Po datach ich śmierci zauważył, że nie było tam grobów nowszych, niż te pochodzące z wczesnych lat czterdziestych.
Powiększył nieco promień poszukiwań, gołymi rękoma zaczął zrywać chwasty, odmiatać liście i bluszcz tam, gdzie ocenił powinny znajdować się resztki fundamentu kapliczki. Po dwudziestu minutach zrywania bluszczu znalazł narożnik obmurowania.
„To musi być to” – pomyślał.
Pracując zawzięcie przy zrywaniu bluszczu nie zauważył, że od pewnego czasu jest obserwowany przez Johana i Gertrudę Schelke. Spojrzał speszony w ich kierunku
„Czego pan tak zawzięcie szuka w tych chwastach, Herr Kowalski?” – z dobrotliwym uśmiechem zapytał Johan Schelke.
Kowalski przeklął w duchu, że był taki nieostrożny i nie zauważył, jak się zbliżali. Teraz musi bardzo szybko coś wymyśleć.
„Witam… Ja, właśnie szukam grobu matki mojego przyjaciela… On sam nie może przyjechać… Prosił mnie o to…” – Kowalski usilnie starał się wymyśleć coś sensownego
„Jak nazywała się matka pańskiego przyjaciela. Znamy trochę ten cmentarz. Może moglibyśmy pomóc?”
„Och, nie chciałbym państwa fatygować. Rozumiem, że pan, Herr Schelke zajęty jest poszukiwaniem grobów swoich bliskich…”
„To wie pan co, połączmy nasze siły i szukajmy razem… To jak nazywała się matka pana przyjaciela?”
„Erika… Erika Moltke” – wymyślił szybko – „Dobrze. Szukajmy razem” – odparł zrezygnowany Kowalski – „A czyjego grobu państwo szukają?”
„Mojej matki. Była córką pastora Ernsta Schneidera, którego grób jest tam kilka metrów za panem… wydaje mi się ze została pochowana gdzieś tu w pobliżu, może widział pan jej nagrobek… Hilda Schelke, urodzona 1896 tym zmarła w 1944 tym”
„Skoro nie wie pan, gdzie została pochowana, to zgaduję, że nie było pana na pogrzebie matki?”
„Byłem w wojsku. Cały czas w Norwegii”
„Może tam zaczniemy?” – Kowalski wskazał kierunek. Zajął ich rozmową o urokach tego cmentarza i okolicy. Starał się tak manewrować poszukiwaniami, aby odwieść ich od miejsca, w którym znalazł fundament interesującej go kapliczki. Oni jednak uparcie, niby niechcący, kierowali się w swoich poszukiwaniach w stronę miejsca, od którego on ich odciągał.
Po kilku godzinach bezowocnych poszukiwań pani Gertruda poczuła się zmęczona i stanowczo zażądała powrotu na kwaterę. Kowalski stwierdził, że to dobra myśl i że on też ma na dzisiaj dosyć.
Było już około pierwszej, gdy wspólnie wrócili do domu wdowy. Kowalski szybko się umył we wspólnej łazience, potem się przebrał i wychodząc z pokoju, spotkawszy Johana Schelke idącego do łazienki, zamienił z nim kilka słów informując przy okazji, że idzie na miasto coś zjeść i że wróci bardzo późno, bo jedzie na kilka godzin do znajomych mieszkających w Legnicy
„W Legnicy?… Gdzie to jest?” – zapytał Schelke
„Dawniejsze Liegnitz, powinien pan znać…”
„A! Liegnitz!… Tak, oczywiście. Przyjemnej podróży”
„Dziękuję”
Kowalski był już przy drzwiach, gdy Schelke zwrócił się do niego z zapytaniem
„Pomoże nam pan jutro w dalszych poszukiwaniach, Herr Kowalski?”
„Chętnie. Spotkamy się po śniadaniu”
12
Wsiadł w samochód i pojechał w kierunku centrum. Zaparkował na Rynku. Zjadł coś w restauracji w pobliżu. Potem przespacerował się po okolicach Rynku. Spojrzał na zegarek. Do szóstej wieczorem, kiedy to zaczyna się robić ciemno było jeszcze trochę czasu.
Wsiadł w samochód i postanowił przeczekać ten czas w okolicy muru cmentarnego. Wiedział już w którym miejscu przejdzie przez ten mur na drugą stronę. Brakuje tam oświetlenia ulicznego. Najbliższe zabudowania oddalone są o jakieś sto metrów. Nie ma tam prawie wcale ruchu pieszych. Za murem są gęste krzaki i stara część cmentarza. Do fundamentu kapliczki będzie jakieś czterdzieści, może trochę więcej metrów.
Było już dwadzieścia po szóstej, gdy sięgał z bagażnika Syrenki, latarkę, łom, sznur i parę rękawic roboczych. Miał też przy sobie swój stary nóż harcerski który dawniej, w szkolnych latach zawsze brał ze sobą wyjeżdżając na biwak.
Przejście przez mur i dojście do fundamentu nie sprawiło mu kłopotu. Nie spotkał nikogo po drodze. Nie musiał nawet używać latarki. W nowszej części cmentarza świeciło już sporo zapalonych zniczy. Poświata od nich, przebijająca się przez gałęzie drzew wystarczająco rozjaśniała teren przy fundamencie.
Zabrał się energicznie za zrywanie bluszczu. Poszło mu to szybciej niż się spodziewał. Jedna z odkrytych płyt była wyraźnie jaśniejsza. Nożem oczyścił szczeliny między tą płytą i sąsiednimi. Jedna ze szczelin była nieco szersza, tak na oko około dwóch centymetrów.
Wsadził w nią łom i spróbował ruszyć. Spodziewał się, że może sprawić mu to kłopot. Tymczasem płyta poruszyła się dosyć łatwo. Rozejrzał się dookoła. Nie zauważył nic podejrzanego. Po omacku odłamał kawałek gałęzi z niewielkiej samosiejki rosnącej obok. Trochę przestraszył się dźwięku łamanej gałęzi. Wydawał mu się głośny jak wystrzał. Rozejrzał się ponownie. Nic się nie działo. Podszedł do płyty. Ponownie wbił łom w szczelinę i używając go jak dźwigni uniósł tą stronę płyty. Zauważył, że była gruba na jakieś pięć centymetrów. Przyciskając łom jedną ręką w dół, drugą ręką wsunął pod uniesioną płytę, ułamaną przed chwilą gałąź. Teraz mógł odłożyć łom.
Uklęknął na ziemi i zaświecił pod płytę. Ostre światło latarki oślepiło na chwilę jego przyzwyczajony do mroku wzrok. Jednak nie na długo. Pochylił głowę, prawie kładąc ją na ziemi. Zajrzał do grobowca. Dopiero po chwili, manewrując latarką spostrzegł kontury czterech górnych trumien.
Było dokładnie tak jak opisał to Hans. Nie było tylko schodów. Ocenił głębokość. Nie powinno mu to sprawić kłopotu, aby zejść tam na dół i aby wyjść z grobowca. Podniósł się. Znowu dokładnie się rozejrzał. Podszedł do drzewka rosnącego dwa kroki za uchyloną szczeliną. Uwiązał do pnia linę tuż nad ziemią. Dociągnął ją do szczeliny i tam spuścił resztę liny. Ucieszył się, że był przewidujący i wziął ten większy zwój liny z garażu. Było tego dwanaście metrów. Potem uniósł płytę, tak że mógł ją przesunąć na bok. Usiadł na krawędzi, spuszczając nogi do środka. Poświecił latarką. Zauważył, że było tam dosyć czysto i sucho. Zastanawiał się, gdzie podziewa się woda deszczowa która z pewnością się tam dostaje. Po chwili skarcił się za niepotrzebne zawracanie sobie głowy deszczówką.
„Nie po to tu przyszedłem, żeby podziwiać sztukę budowania grobowców. Zabieraj się Jasiu za robotę” – powiedział sam do siebie.
Zaczął zsuwać się ostrożnie w dół. Znalazł oparcie dla lewej stopy. Po chwili był już na dole. Spojrzał do góry. Krawędź, na której przed chwilą siedział rysowała się na tle nieco jaśniejszego nieba około pół metra nad jego głową.
W świetle latarki zlustrował trumny. Te stojące na półce miał na wysokości piersi. De stojące na dole nie interesowały go.
„To ta pierwsza po prawej” – pamiętał co mówił Hans.
Zaczął ją dokładnie oglądać. Teraz dotarło do niego, że wieko trumny może być zabite gwoździami. Zaklął. Łom zostawił na górze. Przez moment zastanawiał się czy nie wrócić po niego. Zdecydował spróbować najpierw podważyć je nożem. Uniosło się, a więc nie jest umocowane na stałe.
Wszedł ostrożnie na betonową półkę i stanął okrakiem nad trumną. Uniósł wieko i przesuwając się do tyłu nad drugą trumną odciągnął wieko na jakiś metr. Wyjął z kieszeni latarkę i zaświecił. Wtedy zauważył, że w trumnie leżą zwłoki mężczyzny. Twarz była zasuszona, ubranie zbutwiałe. Począł zapach stęchlizny.
„Czyżby Hans sobie ze mnie zażartował?” – pomyślał – „A może tylko się pomylił”
Poświecił jeszcze raz latarką dookoła. Dopiero teraz zauważył betonowe schodki prowadzące do góry po przeciwnej stronie krypty. Zrozumiał, że dostał się do środka od niewłaściwej strony.
„W takim razie trumna Anny to ta co stoi po lewej stronie” – zgadł.
Zasunął wieko na swoje miejsce i przeniósł się na półkę po przeciwnej stronie. Otworzył trumnę w taki sam sposób jak tą poprzednią. Tym razem zamiast ciała zobaczył dwie stare, skórzane walizy. Wyciągnął je ostrożnie. Zanim zastawił je na dno grobowca, obejrzał je z zewnątrz. Były w dobrym stanie. Tylko metalowe okucia były zardzewiałe.
Uchwyt jednej z nich, solidny, zszyty z grubych kawałków skóry przymocowany był do walizy za pomocą zardzewiałych w tej chwili metalowych prostokątnych obręczy. Przy wyciąganiu walizy z trumny jedna z obręczy pękła. Waliza wymknęła mu się z ręki i spadła na półkę. Usłyszał brzęk tłuczonego szkła. Przez chwilę obserwował czy coś nie cieknie. lub nie ulatnia się z walizy. Potem zaczął przemyśliwać jak wydobyć je z grobowca, ale najpierw zasunął wieko trumny.
Pierwszą walizę uwiązał do zwisającej liny tak aby jeszcze trzy metry liny pozostawały do uwiązania tej drugiej. Tą drugą, z oderwanym uchwytem obwiązał w koło.
Teraz zaczął ostrożnie wchodzić na półkę w tym samym miejscu, w którym się zsuwał do grobowca. Ostrożnie wysunął głowę ponad krawędź fundamentu. Rozejrzał się dookoła. Nie zauważył nic niepokojącego. Następnie podciągnął się i opierając stopę, na trumnie którą najpierw otworzył, zgrabnie wydostał się na zewnątrz.
Przez kilka chwil pozostał nieruchomy w przykucniętej postawie. Nasłuchiwał. Potem jeszcze raz omiótł wzrokiem całą okolicę. Uspokojony stanął nad otworem i zaczął wyciągać linę. Poczuł ciężar pierwszej walizy. Gdy zbliżała się do krawędzi, poczuł również ciężar tej drugiej, uwiązanej poniżej tej pierwszej.
„Cholera! Zaczepiła się o coś” – zaklął.
Brakowało jeszcze jakieś piętnaście centymetrów, aby mógł dosięgnąć uchwytu walizy. Zaczął przesuwać się tak aby odsunąć linę od krawędzi otworu. Udało się. Z trudem zdołał chwycić jedną ręką uchwyt walizy, podczas gdy drugą cały czas utrzymywał cały wiszący na linie ciężar.
Gdy pierwszą walizę miał na zewnątrz mógł chwycić linę poniżej niej. Wyciągnięcie tej drugiej poszło łatwiej. Ukrył walizy w krzakach, w pobliży muru cmentarnego tam, gdzie przechodził przez niego.
Po drugiej stronie stała Syrenka. Miał wielką ochotę przenieść walizy na stronę ulicy, wsadzić do samochodu i odjechać jak najszybciej. Powstrzymał się jednak od tego. Wrócił zasunąć płytę na swoje miejsce, zabrać łom i linę. Przeniósł to w pobliże waliz. Wrócił się jeszcze raz usunąć ślady. Nagarnął na fundament leżące liście i pozrywane wcześniej chwasty. Zdawał sobie sprawę, że nie jest to doskonałe maskowanie jego obecności tam, ale uważał, że lepsze to niż gdyby nic nie zrobił.
Przeniesienie waliz, liny i łomu do samochodu poszło dosyć łatwo. Dopiero siadając za kierownicą poczuł zmęczenie. Zauważył, że ma szybki oddech i że drżą mu ręce. Ledwo trafił kluczykiem do stacyjki. Spojrzał na zegarek. Dochodziła dziewiąta. Zdziwił się. Wydawało mu się, że był tam najwyżej dwadzieścia minut.
„Co teraz, Jasiu, co teraz?” – zastanawiał się głośno – „Tylko spokojnie… Muszę wrócić na kwaterę. Jest jeszcze za wcześnie. Mówiłem wszystkim, że wrócę późno. Na pewno jeszcze nie śpią. W takim stanie, utytłany ziemią i w brudnym ubraniu nie mogę się tam pokazać”
Postanowił pojechać na jakąś stację benzynową i doprowadzić się do porządku. Powie, że mu nawaliło auto i że je naprawiał po drodze.
Teraz musi odjechać stąd jak najdalej. Miał szczęście, że go nikt tu nie widział, ale nie należy kusić losu.
Kilka kilometrów dalej znalazł stację CPN-u. Umył się w toalecie. Oczyścił, ile się dało ubranie. Przy okazji zatankował Syrenkę. Potem zaparkował auto na leżącym opodal parkingu. Jedna z waliz ledwo zmieściła się w bagażniku. Drugą położył na śpiworze, na tylnej kanapie, lina i łom znalazły miejsce na podłodze.
W samochodzie miał jeszcze gruby koc. Przykrył się nim i spróbował zdrzemnąć się kilka godzin. Mimo koca zaczął odczuwać dotkliwy chłód.
Zaraz po północy postanowił wrócić na kwaterę. Zanim ruszył, dokładnie przykrył kocem leżącą na kanapie walizę.
W domu zastał drzwi wejściowe otwarte. Wyglądało na to, że wszyscy już spali. W pokoju szybko spakował brudne ubranie i przyszykował sobie czyste na rano. Ustawił stojący w pokoju budzik na siódmą.
Rano szybko spakował swoje rzeczy. W kuchni spotkał właścicielkę domku. Powiedział jej, że musi wcześniej wyjechać do domu, ale ona nie musi mu oddawać nadpłaconych pieniędzy.
Kobieta się ucieszyła i obiecała zrobić królewskie śniadanie oraz wałówkę na drogę. Po półgodzinie zaserwowała mu w saloniku jajecznicę z pięciu jaj na boczku, dwie świeże bułki i kawę z mlekiem.
Gdy kończył jeść do pokoju przyszli państwo Schelke. Przywitali się. Kowalski oznajmił im, że przykro mu, ale nie może towarzyszyć im na cmentarz, ponieważ musi natychmiast wracać do domu. Im też było przykro z tego powodu.
W Łodzi był po południu. Wprowadził samochód do garażu i przez wewnętrzne drzwi przeniósł walizy do swojego warsztaciku. Wiedział, że tam będą bezpieczne. Ani ojciec a tym bardziej matka nigdy tam nie zaglądali.
13
Następne miesiące zajęło mu studiowanie notatek i opisów doświadczeń robionych przez zespół Walthera Bothe, znajdujące się w pierwszej walizie. Na szczęście wszystko było dokładnie notowane w chronologicznym porządku. Obliczenia były zapisywane w osobnych brulionach. Szkice i schematy aparatu też miały odnośniki do zapisów i protokołów. Tam też znajdowały się odnośniki do obliczeń i szkiców.
Pewne zwroty i specyficzne skróty myślowe jakie używali Bothe, Hans i Emil, sprawiały mu na początku pewne trudności, jednak dosyć szybko się w nich połapał. Znalazł tam też dokumentację i opis aparatury do sterowania myślami, ogniem karabinów maszynowych w samolotach. Bardzo go to zainteresowało, ale postanowił zająć się tym później.
Jeśli chodzi o zawartość drugie walizy, to było trochę gorzej. Po za dwoma hełmofonami, jednym do sterowania myślami i drugim do przenoszenia się w przyszłość, była tam lampa rentgenowska i zdemontowane urządzenie, za pomocą którego Hans i jego koledzy rozpraszali promienie X, aby uzyskać pożądaną, wydłużoną falę promieniowania. Był tam też zegarek, o którym mówił Hans. W czasie upadku walizy w grobowcu, potłukły się trzy lampy elektronowe. Kowalski wiedział jakie to są lampy, ale niestety nie mógł ich nigdzie kupić. Musiał przekonstruować urządzenie tak aby mógł zastosować dostępne, współczesne mu komponenty.
Praca u ojca w warsztacie sprawiła ze miał dostęp do potrzebnych materiałów. Oczywiście nikogo nie wtajemniczył w to co robi w swoim pokoiku za garażem. Spędzał tam dużo czasu po pracy.
Rodzice najpierw się cieszyli, że syn spędza czas w domu i nie sprawia im kłopotu. Jednak z czasem, najpierw matka a potem ojciec zaczęli wspominać coś przy różnych okazjach o tym, że chyba już czas, aby założył rodzinę. Zbliża się przecież do trzydziestki. On odpowiadał im jak zawsze, że ma na to jeszcze czas, a po za tym nie spotkał jeszcze odpowiedniej dziewczyny.
Zmieniło się to jednak dosyć szybko.
14
W kwietniu 87 go, kiedy był sam w warsztacie ojca, przyszła klientka zamówić naprawę zepsutego telewizora. Prosiła o wizytę w domu. telewizor jest ciężki i ani ona ani córka nie dadzą rady przytaskać go do warsztatu. Takie wizyty i naprawy sprzętu w domu klienta nie należały do rzadkości.
Kowalski umówił się, że przyjdzie następnego dnia przed południem. Kiedy tam przyszedł, zastał tylko córkę klientki, śliczną dziewczynę, która zrobiła na nim piorunujące wrażenie.
Telewizor naprawił w kilka minut. Była to jakaś błahostka, ale zwlekał z zakończeniem „naprawy”. Dziewczyna, dowiedział się, ma na imię Halina, jest asystentką w prywatnym gabinecie dentystycznym. Dowiedział się też, że mieszka tu z matką. Ojciec zmarł dwa lata temu, a jej starsza siostra wyszła za mąż za oficera marynarki handlowej i przeniosła się do Gdańska.
Podczas gdy on symulował naprawę, ona poczęstowała go kawą i plackiem drożdżowym własnoręcznie upieczonym, jak z dumą podkreśliła. On oczywiście zachwycił się plackiem i zjadł go naprawdę dużo, po cichu mając nadzieję, że chyba po nim nie będzie bardzo chorował. Nie znosił ciasta z zakalcem.
Kiedy Halina zaczęła się niepokoić, że tak poważna naprawa telewizora, będzie dużo kosztować, uspokoił ją, że wcale nie, że ma dla niej specjalną cenę i w końcu, po blisko trzech godzinach zakończył „naprawę”.
Podał jej śmiesznie niską cenę za usługę. Halinka się bardzo ucieszyła i z wdzięczności zaprosiła go wieczorem do kawiarni.
Spotykali się niemal codziennie. W lipcu pobrali się. Halinka wprowadziła się do willi rodziców Janka. Willa była duża. Rodzice ucieszyli się, że syn wreszcie znalazł sobie żonę i odstąpili im całe piętro, to jest dwa pokoje z łazienką i niewielką kuchnią urządzoną naprędce w garderobie. Sami pozostawili sobie parter willi.
Ze zrozumiałych powodów praca nad aparaturą w pokoiku za garażem uległa znacznemu spowolnieniu. Jednak już po miesiącu Kowalski wznowił przesiadywanie nad swoim hobby, jak to wyjaśnił żonie. Nie spędzał tam tak dużo czasu jak poprzednio, ale dzięki temu, że Halinka była wyrozumiałą żoną, prace postępowały naprzód.
15
We wrześniu 87 go wszystko było gotowe do przeprowadzenia eksperymentu. W pokoiku za garażem miał swoje turystyczny ekwipunek z czasów studenckich. Wśród nich było składane łóżko turystyczne.
Zdążył przyzwyczaić Halinkę, że czasami w soboty pracuje nad swoimi samolocikami do rana. Nie miała nic przeciwko temu. Uważała, że lepsze to niż wędkowanie.
Mąż jej przyjaciółki był zapalonym wędkarzem i od wiosny do późnej jesieni, niemal co tydzień wyjeżdżał w sobotę i niedzielę na ryby. Obecnie są już po rozwodzie.
W sobotę, z dziewiętnastego na dwudziestego września, tuż przed północą, upewniwszy się, że Halinka już śpi, rozstawił w swoim warsztaciku łóżko polowe, Po wypiciu niemal pół litra Wyborowej założył hełmofon i uruchomił aparaturę.
Zaczął intensywnie myśleć o następnej niedzieli to jest o 27 mym września, kiedy to przypadają jego trzydzieste urodziny. Miał pewien plan. Gdyby się spełnił zostałby bogatym człowiekiem.
No i plan się powiódł. Zasnął po wódce bardzo szybko. Zawsze mu się to zdarzało na różnego rodzaju imprezach rodzinnych. Przeniósł się tak jak chciał do niedzieli 27 go. Znajdował się z żoną u siebie na górze i spożywali kolację, czekając jak zwykle na komunikat o wynikach losowania totolotka. Po chwili usłyszał wylosowane cyfry. Zdawał sobie doskonale sprawę, że jest w przyszłości. Nie miał wpływu na to jak się zachowuje i co robi, ale był świadom sytuacji. Usilnie starał się zapamiętać usłyszane liczby. Powtarzał je cały czas w myślach.
Po pewnym czasie, nagle stracił przytomność. Tak to odczuł. Znacznie później powiązał to z początkiem fazy powracania do teraźniejszości. Nagle obudził się. Czuł ból głowy i piekący ból skóry na piersiach. Podniósł się z łóżka tak gwałtownie, że zerwał przewody łączące hełmofon z aparaturą. Złapał leżący na stole ołówek i zapisał liczby, które doskonale pamiętał.
Dopiero teraz spojrzał na zegarek, który leżał na stole. dochodziła czwarta nad ranem. Tak więc przebywał w przyszłości prawie cztery godziny. Po chwili ból na piersiach przypomniał o sobie. Ostrożnie rozpiął koszulę. Tuż nad sutkami widniał szeroki na jakieś pięć centymetrów pas poparzenia zaczynający się pod jedną pachą i znikający pod drugą. Dotknął to miejsce. Zasyczał z bólu. Poczuł złość na siebie, że nie przyszykował sobie żadnego opatrunku
„Powinieneś o tym pomyśleć, Baranie. Hans cały czas mówił o oparzeniach” – skarcił siebie.
Szybko schował aparaturę tak jak to zwykle robił. Na stół wrócił niedokończony model bombowca Lancastera. Wyciągnął też małą gazową lutownicę. Wszystko to na wypadek, gdyby Halinka chciała zobaczyć miejsce „wypadku”. Musi ją przecież teraz obudzić, aby go opatrzyła. On nawet nie wie, gdzie w domu jest jakaś apteczka.
Halinka poczuła od niego alkohol i doszła do wniosku, że on po prostu usnął po pijanemu z lutownicą w ręku, stąd te poparzenia.
Nie wyprowadzał ją z błędu. Pokornie przyznał, że ma rację i obiecał, że się to już nie powtórzy.
Zaraz po niedzieli wysłał kupon totolotka z poznanymi numerami. W niedzielę, 27 go wieczorem wszystko odbyło się dokładnie tak jak to już wcześniej przeżył, z tą różnicą, że nie musiał zapamiętywać podanych liczb, tylko zapisywał je na marginesie leżącego na stole tygodnika
„To są numery które zakreśliłem na kuponie!” – wykrzyknął do Halinki
„Skąd ta pewność? Przecież nie sprawdzałeś jeszcze kuponu” – zauważyła
„Mam dobrą pamięć do cyfr”
„Tak? Od kiedy? …O urodzinach mamusi zapomniałeś, mimo że dwa razy przypominałam ci datę”
„Ach! To co innego!” – żachnął się.
16
W ten sposób stali się naprawdę bogatymi ludźmi. Wszyscy, to znaczy oni, jego rodzice i matka Halinki mieli dużo wspaniałych pomysłów na to co zrobić z takimi dużymi pieniędzmi. W końcu zgodzili się na to, że powinni sobie kupić dom, że już o samochodzie nie wspominając.
Kowalski nie był tym zachwycony. Nigdy nie lubił prac w koło domu, tego ciągłego grzebania w ziemi w ogródku. Szczególnie to grzebanie w ogródku po wizycie na cmentarzu w Lubiążu jakoś jeszcze bardziej mu obrzydło.
Udało mu się przekonać Halinkę, że dom może być pewnym kłopotem, gdy zechcą dużo czasu poświęcić podróżom. Ktoś musiałby go pilnować. Obiecał Halince, że może nawet wybiorą się w podróż dookoła świata. Kupiła to. Mimo pewnej niechęci ze strony rodziny stanęło na tym, że kupią duże, możliwie luksusowe mieszkanie i będą dużo podróżować.
Aby zaspokoić tęsknotę Halinki za domem z ogrodem, postanowili kupić domek letniskowy gdzieś za miastem.
Realizacja tych planów, to jest kupno mieszkania o powierzchni 100 tu metrów w przedwojennej kamienicy na Narutowicza, mebli i całego wyposażenia, oraz kupno nowego Fiata Mirafiori sprawiło, że ta duża suma zaczęła dosyć szybko topnieć.
Należy pamiętać ze był to czas zaczynającej się w Polsce inflacji. Wszystkiego brakowało.
Zarówno mieszkanie jak i samochód oraz znaczna część wyposażenia mieszkania kupiona była za dolary które kupowali u cinkciarzy. Inne rzeczy kupowane za złotówki, nie rzadko dostępne były tylko dzięki łapówkom.
Już pod koniec marca 1988 go, Kowalski uświadomił sobie, że pieniądze się kończą. Do tego wszystkiego ojciec zaczął niedomagać. Nalegał na niego, aby przejął firmę. To by mu nawet pasowało. Ale firma znajdowała się w za małym lokalu, który nie pozwalał na jej rozwój. Trzeba by ją przenieść gdzie indziej a to kosztuje. Chodzi nie tylko o koszty nowego lokalu i przeprowadzki, ale przede wszystkim o utratę starych klientów.
Jednak wkrótce stan zdrowia ojca tak się pogorszył, że Kowalski zmuszony został do przejęcia firmy.
Aby zrealizować plany potrzebował jeszcze raz „wygrać” w totolotka. Od tamtego pamiętnego czasu, gdy przeniósł się pierwszy raz w przyszłość, nie spędził w swoim warsztaciku ani godziny. Zaniechał dalszych prac nad aparatem Hansa, nie miał na to czasu, a tak właściwie, to stracił zainteresowanie tą sprawą. Był przekonany, że jak będzie potrzebował to potrafi przenieść się, aby zdobyć pieniądze. Nie miał żadnych ambicji, aby wykorzystać tą umiejętność do „wyższych celów”.
Potrzeba nowych pieniędzy sprawiła, że zdecydował się wyruszyć w przyszłość po nową wygraną w totolotka. Przekonał Halinkę ze musi spędzić dwa, lub trzy dni z ojcem, a ojcu z kolei powiedział, że chce zrobić porządek w pokoju za garażem, zanim się z niego wyniesie.
W połowie kwietnia, tydzień po Świętach Wielkiej Nocy powtórzył wszystko dokładnie jak za pierwszym razem, z tą różnicą, że przyszykował sobie opatrunki i środki łagodzące oparzenia.
Tydzień później miał główną wygraną. Tym razem napisano o nim jaki to on szczęściarz w niemal wszystkich gazetach krajowych. Na szczęście nie wymieniając jego nazwiska.
Gdy kilka tygodni później znowu wygrał, dyrekcja gier liczbowych nie podała o tym komunikatu do gazet, ale zgłosiła ten przypadek organom ścigania, podejrzewając jakieś machlojki.
Wstrzymano wypłatę ostatniej wygranej do czasu zakończenia badania tej sprawy. W końcu we wrześniu wypłacono mu wygraną. Kowalski zrozumiał jednak, że to, jak sam to nazwał „źródełko” już nie może być wykorzystywane. Przynajmniej w najbliższym czasie.
Za uzyskane w ten sposób pieniądze kupił duży lokal w nowo wybudowanym pawilonie handlowym na łódzkim Widzewie Wschód.
Nowi klienci dopisali. Zatrudnił dwóch techników, a sam zajął się tylko i wyłącznie swoim hobby, to jest budową latających modeli samolotów. W firmie urządził sobie, w osobnym pomieszczeniu swój osobisty warsztat. Tylko on miał do niego dostęp.
Ze zbudowanymi przez siebie modelami jeździł na zawody i pokazy. Modele sterowane były stosunkowo prostą, wielokanałową aparaturą radiową. W zawieszonym na szyi nadajniku znajdowały się zwykle dwa joysticki i inne przełączniki którymi manipulując sterował lotem modeli.
Pewnego razu na zawodach w maju 89 go w Pradze któryś z zawodników miał aparaturę pracującą na zbliżonych częstotliwościach. Skończyło się to tym, że Kowalski stracił kontrolę nad swoim najpiękniejszym modelem samolotu pasażerskiego Caravelle, który uległ doszczętnemu rozbiciu.
Wracając z Pragi do Łodzi cały czas rozmyślał nad tym co zrobić, aby w przyszłości uniknąć podobnego wypadku.
I wtedy przypomniał sobie o hełmofonie służącym do sterowania myślami ogniem karabinów w samolotach.
„Przecież to można zastosować do sterowania modelem samolotu! Wystarczy wodzić za nim wzrokiem! Muszę się tym zająć” – zdecydował.
17
Jak postanowił tak zrobił. Powyciągał wszystkie notatki na temat sterowania myślami jakie znajdowały się w znalezionych w Lubiążu walizach. Wcześniej nie zajmował się nimi. Przejrzał je tylko pobieżnie i skupił się na przenoszeniu się w przyszłość. Teraz dokładnie je posegregował i strona po stronie przestudiował. Zajęło mu to niemal dwa lata.
Sytuacja w Polsce, po upadku komunizmu, zmieniła się na tyle, że mógł wyjechać do zjednoczonych właśnie, w październiku 1990 go Niemiec. Miał nadzieję znaleźć coś w bibliotekach uczelnianych w Berlinie i przede wszystkim Heidelbergu.
Do Berlina przyleciał na początku lutego 91 go. Wynajął samochód i pojechał śladem Walthera Bothe. Nie znalazł nic na interesujący go temat. Gdy był już zdecydowany wracać do domu, wpadł na pomysł, aby odwiedzić siedzibę firmy Telefunken. Zapytał o działalność firmy w Leubus w czasie wojny.
Pozwolono mu zajrzeć do archiwum. Tam znalazł pełną listę osób, które pracowały w czasie wojny w tej firmie w Lubiążu. Były tam imiona i nazwiska, pełnione funkcje oraz daty urodzin i ich śmierci. Przy wielu nazwiskach były podane adresy ostatniego zamieszkania. W śród nich była osobista maszynistka profesora Walthera Bothe, Greta Wolf. Nie było daty jej śmierci, więc Kowalski wysnuł przypuszczenie, że pani Greta, urodzona w 1913 tym roku najprawdopodobniej żyje.
W notatce o niej znalazł informację, że pracowała do 68 go roku życia w firmie, a potem w Ministerstwie spraw Zagranicznych. Po przejściu na emeryturę w 1973 cim wyprowadziła się do miasteczka Husum leżącego w najbardziej wysuniętym na północno-zachód dystrykcie kraju związkowego Schleswig-Holstein. Husum należy do dystryktu Nordfriesland.
Miał dziwne przekonanie, że trafił na ważny trop. Pełen nadziei udał się na pocztę i zaczął wertować książkę telefoniczną tego dystryktu. Dosyć szybko odnalazł w niej Gretę Wolf. Z bijącym sercem zatelefonował do niej. Przedstawił się i powiedział, że chciałby z nią porozmawiać o profesorze Bothe o którym pisze książkę.
Greta Wolf nie była chętna rozmawiać z nim. Odsyłała go do uczelni w Heidelbergu i do w Physikalisch-Technische Reichsanstalt w Berlinie, gdzie Bothe pracował po wojnie. Powiedziała, że tam znajdzie wszystko co potrzebuje do książki. Już odkładała słuchawkę, gdy Kowalski krzyknął do słuchawki
„Mam pozdrowienia od Hansa Bielicky!”
Zamarł w oczekiwaniu na charakterystyczny dźwięk odkładanej słuchawki. Po chwili ciszy usłyszał głos kobiety, cichy i spokojny. Wyczuł, że wzbudził jej zainteresowanie
„Znał pan Hansa?”
„Tak. Spędziłem z nim razem trzy lata w polskim więzieniu. Byłem przy jego śmierci…”
Usłyszał cichy szloch w słuchawce
„Jak to możliwe? Przecież został skazany na karę śmierci we wrześniu 49 go. Ci z Czerwonego Krzyża powiedzieli mi, że wyrok został wykonany”
„Nigdy nie został wykonany. Hans zmarł w łóżku szpitalnym w lipcu 86 go. Wybuchł tam jakiś pożar”
„Dlaczego miałabym panu wierzyć”
„Mam coś, co dostałem od niego i co pani na pewno rozpozna”
„Co takiego?”
„Zegarek”
Chwila milczenia. Tak długa, że Kowalski po chwili zapytał
„Halo! Jest pani tam?!”
„Tak. Czy może pan przyjechać do mnie do Husum? Ja już nie wychodzę z domu…”
„Kiedy mam przyjechać?”
„Jak najszybciej. Mieszkam w dzielnicy Rosendal przy Matzweg numer…” – Przerwał jej
„Znam adres. Będę u pani jutro przed południem”
„Czekam na pana…”
Spojrzał na zegarek. Dochodziła siedemnasta. Z tej samej poczty zadzwonił do domu. oznajmił Halince, że wróci za trzy dni. Nie była zadowolona, ale nie robiła mu wymówek. Przypomniała mu tylko że to już poniedziałek jedenasty marca i że ma nadzieję, że wróci na czas, aby pomóc jej w zakupach przed Świętami Wielkiej Nocy.
Po rozmowie z żoną Kowalski udał się do hotelu. Przejrzał atlas samochodowy i ocenił, że na przejechanie drogi z Berlina do Husum, długości około czterystu czterdziestu kilometrów potrzebuje jakieś pięć do sześciu godzin.
Postanowił przespać się trochę i wyruszyć około piątej rano. Załatwił co trzeba w recepcji, aby jutro nie tracić na to czasu. Położył się wcześnie, ale nie mógł zasnąć. Czuł, że rozmowa z Gretą Wolf będzie przełomowa w jego pracy nad urządzeniem do sterowania za pomocą myśli.
W myślach układał sobie plan rozmowy. Tak na dobrą sprawę nie wiedział właściwie czego po tej rozmowie może się spodziewać. W końcu postanowił, że najlepiej będzie jak powie jej całą prawdę. Przeprosi ją za to, że wprowadził ją w błąd mówiąc o pisaniu książki o profesorze Bothe. Powie jej, że ostatnim życzenie Hansa było, aby on, Kowalski, dokończył jego prace nad urządzeniami, nad którymi Hans pracował.
„Tak będzie najlepiej” – pomyślał i dopiero teraz usnął.
18
Domek Grety Wolf odnalazł stosunkowo szybko. Zapukał do drzwi tuż przed jedenastą. Otworzyła niemal natychmiast. Stała przed nim wysoka, wyprostowana, siwa kobieta. Mimo swoich lat, widać było, że musiała być piękną dziewczyną. Przedstawił się i oczekiwał, że zostanie wpuszczony do środka
„Pan coś dla mnie ma, prawda?”
„Ach, tak. Oczywiście”
Wyjął z kieszeni kurtki zegarek. Podał jej. Przyglądała mu się chwilę. Potem sięgnęła do kieszeni fartucha, który miała na sobie i wyciągnęła taki sam zegarek. Rozpłakała się. Po chwili się opanowała. Poprosiła Kowalskiego do środka. Usiedli w kuchni przy stole
„Są tylko dwa takie zegarki na świecie. Zrobił je mój ojciec. Był zegarmistrzem… Ten co pan przyniósł, dałam Hansowi w dniu naszych zaręczyn w maju 43 go. Razem pracowaliśmy w Telefunken. Ja byłam maszynistką, właściwie sekretarką profesora Bothe, a Hans był jego asystentem… Pan rozumie. Taka biurowa miłość. To były ciężkie czasy. Wojna. Zwlekaliśmy ze ślubem do czasu po wojnie. Niestety, los nas rozdzielił. Musiałam wyjechać z profesorem do Berlina, tuż przed wkroczeniem Rosjan. Hans zastał w Leubus.”
Przerwała swój wywód. Wyglądała na zażenowaną.
„Pan pewno głodny? Domyślam się, że przyjechał pan prosto z Berlina. Przyszykuję panu śniadanie”
„Proszę się nie fatygować. Nie chciałbym zabrać pani dużo czasu. Mam tylko trochę pytań”
„To żadna fatyga. A po za tym to ja panu zabiorę sporo czasu. Nie wypuszczę pana stąd puki się nie dowiem wszystkiego o Hansie. Przez ten czas co będę przyszykowywała śniadanie, proszę opowiedzieć o sobie. Dlaczego siedział pan w więzieniu i jak poznał pan Hansa?”
Kowalski opowiedział za co został skazany i jak się zaprzyjaźnił z Hansem.
Greta Wolf dowiedziała się, że on też jest fizykiem i że w więziennej celi razem z Hansem dużo rozmawiali o tym nad czym pracowano w laboratoriach w Lubiążu. Powiedział, że ostatnią wolą Hansa było to, aby on, Kowalski, dokończył to nad czym pracował Hans i profesor Bothe.
Kiedy opowiedział jej ze szczegółami jak odbyła się ewakuacja Walthera Bothe z ekipą do Berlina i jak Hans został na miejscu z rozkazem ukrycia pozostawionych materiałów, to spostrzegł, że przekonał ją co do swojej znajomości z Hansem.
„Czy pan odnalazł materiały ukryte przez Hansa?”
„Tak. Hans dokładnie opisał mi, gdzie mam ich szukać. To były dwie spore walizy. W jednej z nich był zegarek który pani przekazałem. Hans powiedział, że dostał go od dziewczyny, z którą pracował. Nie mówił mi o waszym związku. Powiedział tylko że ten zegarek jest bardzo ważny dla niego i żebym o niego dbał”
„Jak to się stało, że Hans dostał się w ręce Polaków?”
Kowalski opowiedział wszystko o dalszych losach Hansa po przejściu frontu. Pominął jednak wątek jego znajomości z Marią, pielęgniarką doktora Millera. Uważał, że tak będzie lepiej.
19
Śniadanie przyszykowane przez Gretę Wolf zostało już dawno zjedzone. Około siedemnastej zjedli wspólnie, przyszykowany przez nią naprędce prosty obiad. Po obiedzie, kiedy przenieśli się do pokoju na kawę, pani Greta zaczęła opowiadać.
„Kiedy przyjechaliśmy do Berlina z Leubus, nikt nie chciał się nami zająć. W Berlinie panował już chaos. Bothe nie mógł znaleźć ludzi, którzy zlecili nam naszą pracę. Tuż przed upadkiem miasta rozwiązał nasz zespól. Każdy miał ratować się na własną rękę. Mnie polecił zostać przy sobie. Razem mieliśmy ukryć przywiezione dokumenty. Były w dwóch walizach.
Miasto było w gruzach. Miałam w Berlinie krewnych mieszkających przy Händelallee niedaleko Tiergarten. Ich domek był zbombardowany, ale zachowała się część parteru i piwnice. Mieszkali w piwnicy. Tam pozwolili nam ukryć walizy.
Po upadku Rzeszy wróciłam do domu moich rodziców tu, do Husum. Mieszkałam z nimi dwa lata. Potem dowiedziałam się od znajomych, że profesor Bothe jest w Heidelbergu i że zaczyna ponownie pracować na uczelni. Napisałam do niego. Odpisał bardzo szybko. Pytał, czy mam kontakt z krewnymi w Berlinie i czy mogłabym tam pojechać. Ta część Berlina znalazła się pod okupacją brytyjską, ale przyjazd z Husum do Berlina nie był dla mnie możliwy. Tak mu odpisałam.
Bothe zaproponował mi pracę u siebie w Heidelbergu. Ponieważ nie miałam pracy, chętnie ją przyjęłam. Załatwił mi mieszkanko w okolicy uczelni. Mieszkałam tam do przejścia na emeryturę.
Jak tylko pojawiły się pierwsze loty do Berlina Zachodniego poleciałam z nim jako jego sekretarka. Po załatwieniu spraw urzędowych udaliśmy się do domu moich krewnych. Nie było po nim śladu. Bothe był niepocieszony.
Bothe z czasem dostał pracę w Berlinie. Jeździłam do niego raz w tygodniu. Tylko do mnie miał zaufanie i tylko ja przepisywałam na jego polecenie najtajniejsze dokumenty. Miałam na to specjalne zezwolenie od władz wojskowych.
Pracowałam z nim do jego śmierci w lutym 57 go w Heidelbergu, do którego powrócił po otrzymaniu Nagrody Nobla.
Byłam przy nim, gdy umierał. Chciał ze mną porozmawiać w cztery oczy. Wyprosił rodzinę z pokoju. Jego ostatnim życzeniem było abym dołączyła jego notatki robione po wojnie dotyczące eksperymentów z Leubus do dokumentów ukrytych w Berlinie.
„Wiem, że ty wiesz, gdzie one się znajdują… Nie zaprzeczaj! Przekaż to komuś kto będzie mógł nasze prace dokończyć”
Greta Wolf milczała dłuższą chwilę. Kowalski nie przeszkadzał jej w tym. Czekał aż sama zacznie mówić dalej.
„To były ostatnie jego słowa wypowiedziane do mnie. Poprosił o ponowne wpuszczenie rodziny do pokoju. Byłam zaszokowana. Nie mam pojęcia skąd on to wiedział.
Tak, To ja ukryłam walizy, które przywieźliśmy do Berlina. Po wojnie doszłam do wniosku, że to co robiliśmy nie było dobre, że w tych walizach kryje się dużo zła mogącego przyczynić się do następnej wielkiej katastrofy wojennej. Dlatego nigdy nie przyznałam się przed nim, że je wywiozłam z Berlina.
Notatki, o których istnieniu powiedział mi na łożu śmierci znajdowały się w przechowalni bagażu na dworcu kolejowym. Kwit upoważniający do odbioru bagażu znalazłam w jego fartuchu roboczym w laboratorium uczelni.
Odebrałam ten bagaż. Była to duża torba turystyczna. Bardzo ciężka. Same zeszyty zapisane jego pismem ręcznym. Zeszyty były ponumerowane.
W pierwszym zwracał się do mnie. Tłumaczył, że od pewnego czasu wie, że jestem pacyfistką i że to ja zabrałam walizy z Berlina i ukryłam u rodziców. Napisał, że on teraz też zmienił pogląd na to co robił w czasie wojny.
Nie. Nie nazwał się pacyfistą. Dalej pisał, że te dokumenty które ja posiadam i te notatki, które on mi teraz przekazuje mogą mieć znaczenie militarne, ale również mogą się przyczynić do zrobienia dużo dobrego dla ludzkości w czasie pokoju. Tak. Napisał górnolotnie – dla ludzkości.
On nigdy nie używał takich zwrotów, gdy mówił o swojej pracy. Nawet gdy dostał tą nagrodę w Sztokholmie to w wywiadach przez niego udzielonych, raczej mówił o swojej pracy bardzo skromnie. Bothe napisał, że w zasadzie wszystkie wynalazki i odkrycia mogą być wykorzystywane w złych, jak i dobrych zamiarach. To co on zaczął robić w czasie wojny miało służyć do celowania z karabinów w ludzi siedzących w samolotach, ale również może służyć ludziom pokrzywdzonym przez wojnę, na przykład do posługiwania się protezami rąk za pomocą myśli. Muszę ci wyznać” – Greta Wolf zaczęła zwracać się do Kowalskiego przez Ty – „Że przekonał mnie. Pisał, że na pewno znajdzie się ktoś kto będzie mógł to wszystko wykorzystać z pożytkiem dla ludzkości i że mam czekać aż taka osoba się pojawi.
Nakazał mi. Tak to sformułował – „Nakazuję ci”. Tak więc nakazał mi wszystko tej osobie przekazać. Czuję, że tą osobą jesteś ty”
Spojrzała na Kowalskiego. Teraz on był zaszokowany. Przed przyjściem tutaj czuł, że ta wizyta może mu dużo dać, ale nie spodziewał się, że przybierze aż taki obrót.
„Muszę pani wyznać, że nie do końca byłem wobec pani szczery. Otóż nie piszę książki o profesorze Bothe. Po odnalezieniu dokumentów które wskazał mi Hans, zacząłem nad nimi pracować według wskazówek udzielonych mi przez Hansa. Buduję urządzenie według odnalezionej dokumentacji, ale jest ona niekompletna. Nie wszystko mi wychodzi. Dlatego postanowiłem pójść śladami profesora Bothe. Przyjechałem przejrzeć archiwa i biblioteki w miejscach w których pracował po wojnie. Nie znalazłem nic co by mnie naprowadziło na właściwy ślad. Pomyślałem, że może odnajdę jeszcze żyjących ludzi, którzy z nim pracowali w czasie wojny. Trafiłem na panią… Mam ogromną nadzieję, że pozwoli mi pani zapoznać się z dokumentami które są w pani posiadaniu”
„Te dokumenty już są twoją własnością. Jest tylko jeden problem. Mogą być trudności w przewiezieniu ich do Polski”
„Nie pomyślałem o tym…”
„To są dwie duże stare walizy i duża torba turystyczna wypełnione dokumentami. Pomogę ci je przewieść, ale o tym porozmawiamy jutro. Jest już późno i czuję się zmęczona…”
„Przepraszam. Zasiedziałem się. Zbliża się dwudziesta. Muszę poszukać hotelu…”
„Nie musisz szukać. U mnie przenocujesz. Mieszkam sama. Na górze jest pokój gościnny. Zaraz go przyszykuję”
„Nie chciałbym sprawiać kłopotu…”
„To żaden kłopot”
20
Następnego dnia, a była to środa trzynastego marca Greta Wolf oznajmiła mu, przy śniadaniu, że przewiezie go z dokumentami do Polski.
„Widzisz, ja już w zasadzie nigdzie nie wyjeżdżam. Zdrowie mi na to nie pozwala. To będzie moja ostatnia wyprawa zagraniczna…”
„Mam wyrzuty sumienia, że przeze mnie naraża pani zdrowie na niewygody podróży…”
„Robię to dla Hansa i dla Walthera. Teraz słuchaj, jak to zrobimy. W garażu stoi mój stary Mercedes. Nie używałam go od blisko roku. Musisz go obejrzeć i sprawdzić, czy nadaje się do użytku. Dasz sobie z tym radę?”
„Myślę, że tak”
„Mam paszport dyplomatyczny. Nie pracuję już, ale czasem wyjeżdżam na bliski Wschód jako ekspert Ministerstwa”
„Czym się pani zajmowała?”
„Pomocą humanitarną dla Palestyńczyków, ale nie o to teraz chodzi. Przewiozę cię do Polski, to znaczy pojedziesz jako mój kierowca. Potem mnie odwieziesz, sama nie dam rady jechać tyle godzin. Zgadzasz się?”
„Tak. Oczywiście. Kiedy ruszamy?”
„Wieczorem. A teraz, zaraz po śniadaniu zabieramy się do pracy”
Zaprowadziła go do znajdującego się w piwnicy garażu. Kowalski obejrzał samochód. Zastartował. Wszystko działało, jak należy.
Poleciła mu wyjechać na zewnątrz. W miejscu, w którym stał Mercedes w garażu, był typowy kanał służący do naprawy samochodu od spodu. Był przykryty drewnianymi pokrywami. Po zdjęciu pokryw zeszli oboje na dół. Pod jedną ze ścian kanału znajdowała się wąska półka, na której stały zakurzone puszki po olejach i smarach. Było tam mnóstwo innych rupieci, zabrudzone smarami szmaty, stare pordzewiałe narzędzia i pudełka z śrubkami.
Za półką znajdowała się spora wnęka, w której Greta Wolf ukryła walizy i torbę z dokumentami. Wyciągnęli to wszystko na górę. Przykryli kanał i starannie zamknęli garaż. Wewnętrznymi drzwiami udali się do mieszkania. Byli porządnie pobrudzeni. Po umyciu się i przebraniu, Greta Wolf poleciła mu pojechać Mercedesem na stację benzynową, zatankować do pełna i umyć auto w myjni. Auto z wypożyczalni w Berlinie, którym przyjechał do Husum, wstawił do garażu.
Około piętnastej gotowi byli do drogi. Walizy z dokumentami zmieściły się w pojemnym bagażniku samochodu. Dwie nieduże walizki Grety też znalazły tam miejsce. Duża torba podróżna Kowalskiego znalazła się na tylnej kanapie.
Kowalski jeszcze wcześniej sprawdził w atlasie samochodowym jak jechać i ile kilometrów jest z Husum do Łodzi. Wyszło mu, że muszą przejechać ponad dziewięćset kilometrów. Sam na pewno przejechałby ten odcinek w ciągu jedenastu, może dwunastu godzin, ale ze starszą panią będą musieli przenocować gdzieś po drodze. To był dla niego w tej chwili najmniejszy problem.
Ważniejsze było, jak wytłumaczyć przyjazd Grety Wolf do Łodzi, Halince.
Jechali w kierunku Hamburga. Zatrzymali się, żeby coś zjeść w przydrożnej restauracji. Około dwudziestej wjechali na przedmieścia Berlina. Greta Wolf była porządnie zmęczona. Zaproponowała, aby zboczyć nieco z drogi podjechać do Oranenburga. Jest tam mały Hotelik, który zna z poprzednich swoich pobytów w Berlinie.
Zostali tam na noc. Do Łodzi została niemal połowa drogi. Po kolacji Kowalski zadzwonił ze swojego pokoju do domu.
Długo przekonywał Halinkę, aby przyjęła Gretę w domu i pozwoliła jej odpocząć po podróży ze dwa dni.
Po kilkukrotnym zapewnieniu, że Greta Wolf jest starszą damą zbliżającą się osiemdziesiątki, i obietnicy spędzenia Świąt Wielkiej Nocy w Berlinie, Halinka zgodziła się.
Co do bagażu, to oznajmił jej, że nie chce o tym mówić przez telefon, ale że to jest dla niego niesłychanie ważne i że może przynieść mu to sławę, no i oczywiście pieniądze.
Jeśli chodzi o sławę męża to nie był to przekonujący Halinkę argument. Natomiast spodziewane pieniądze zrobiły swoje. Halinka oznajmiła, że przyszykuje na jutro królewskie przyjęcie dla starszej damy, ale jeżeli okaże się, że ona nie jest taka stara to…
21
Czternastego w czwartek, zaraz po śniadaniu wyruszyli w dalszą drogę. Około jedenastej przekroczyli granicę w Świecku. Paszport Grety Wolf zrobił swoje. Nie mieli żadnego problemu z przejazdem na polską stronę.
W Poznaniu zatrzymali się, aby coś zjeść i już około dziewiętnastej byli na Dąbrowie koło firmy. Była już zamknięta. Kowalski szybko przeniósł bagaże do swojego warsztaciku na tyłach firmy. Po czym pojechali do domu na Narutowicza.
Zauważył jak z twarzy Halinki zniknęło napięcie, gdy ujrzała Gretę. Siedzieli przy suto zastawionym stole prawie do dziesiątej. Ponieważ Halinka słabo zna niemiecki, musiał niemal wszystko tłumaczyć. Zmęczyło go to bardzo, do tego przejechane kilometry też zrobiły swoje. Z ulgą zauważył, że Greta też ma już dosyć. Halinka już wcześniej przyszykowała jeden z pokojów dla Grety. Około północy wszyscy już spali.
Przy śniadaniu zaproponowali Grecie, aby została do niedzieli. Chętnie zgodziła się na to. Przez te kilka dni pokazali jej Łódź i Warszawę.
W poniedziałek osiemnastego wyjechali wszyscy troje odwieść Gretę Wolf Do Husum. Nie jechali najkrótszą drogą. Greta zażyczyła sobie zobaczyć Lubiąż. Zdążyli zwiedzić Opactwo Cystersów, ale tylko z zewnątrz. W środku odbywał się remont całości. Kładziono też nowy dach.
Greta nie mogła zlokalizować miejsca, w którym znajdowało się ich laboratorium ani gdzie była część mieszkalna. Zajęło jej to sporo czasu, aby wskazać te miejsca. Nie poganiali jej. W końcu wskazała miejsca blisko zejścia do części podziemnej, ale do końca nie była pewna czy wskazała właściwe miejsce. Uświadomiła sobie, że pamięć ją zawodzi. Wprawiło ją to w smutek. Straciła ochotę na dalsze zwiedzanie Lubiąża.
Znaleźli hotel i zatrzymali się tam na noc. Rano, przed wyruszeniem w dalszą drogę podjechali na cmentarz. Kowalski chciał jej pokazać miejsce, w którym Hans ukrył dokumenty. Teraz w marcu cmentarz wyglądał inaczej niż wtedy na jesieni, kiedy był tu ostatnio. Też zajęło mu to trochę czasu zanim znalazł resztki fundamentu. Fakt, że miał z tym trudności pocieszył Gretę, że nie tylko ona ma problemy z pamięcią.
Około południa wyruszyli w dalszą drogę. Przez Lubin i Zieloną Górę dojechali do Świecia. Tym razem była spora kolejka na przejściu granicznym. Czekali prawie dwie godziny. Robiło się już późno. Dojechali do tego samego hotelu w Oranienburgu, w którym nocowali w drodze do Łodzi.
Po śniadaniu dwudziestego od razu wyjechali w dalszą drogę. W Domu u Grety byli wieczorem. Kowalski wcześniej umówił się z żoną, że tylko wyciągnie samochód, który zostawił u Grety, wstawi do garażu Mercedesa i pojadą do hotelu, aby nie męczyć starszej pani swoją obecnością.
Okazało się na miejscu, że Greta nie chciała o tym słyszeć. Mają u niej zostać przynajmniej te trzy dni do niedzieli dwudziestego czwartego. Ma tylko prośbę, aby Halinka pomogła jej trochę w kuchni, a on zrobił zakupy.
I tak się stało. Było bardzo miło. Halinka zaprzyjaźniła się z Gretą. Jej niemiecki uległ poprawie, dogadywały się bez jego pomocy. Tylko Kowalski był coraz bardziej markotny. Niecierpliwił się. Chciał jak najszybciej do domu. Nie mógł się doczekać, aby wreszcie zacząć studiować zawartość waliz, a tu jeszcze te święta.
Najchętniej wracałby do domu od razu od Grety. Nie mógł tego jednak zrobić. Obiecał Halince spędzić je z nią w Berlinie. W końcu w niedzielę dwudziestego czwartego pożegnali Gretę. Kowalski obiecał informować ją o postępie prac nad otrzymanymi materiałami. Halinka zaprosiła ją do ponownego odwiedzenia Łodzi.
22
Po południu wyruszyli do Berlina. Tym razem zatrzymali się w hotelu bliżej centrum. Już wcześniej Kowalski od czasu do czasu głośno się zastanawiał jak tam jest ze zdrowiem mamusi Halinki. Przypomniał jej, że nie wyjechała do Gdańska do Jadzi, siostry Halinki, bo źle się czuła.
W końcu ta jego niespodziewana troska o zdrowie mamusi sprawiła, że Halinka zaczęła się zastanawiać czy nie wrócić na Wielkanoc do domu.
„Przecież tak bardzo chciałaś, kochanie, spędzić te święta tu, w Berlinie…”
„Tak. Ale dobro i zdrowie mamusi są dla mnie ważniejsze”
„Nic jej nie będzie, jak zostaniemy tu na święta. Przecież to tylko trochę więcej jak tydzień i zaraz na początku kwietnia będziemy w domu”
Takie wypowiedzi były dużym ryzykiem z jego strony. Mogło przecież się zdarzyć, że Halinka się z nim zgodzi i zostaną w Berlinie.
Jednak na dzień przed Wielkim Czwartkiem, w środę dwudziestego siódmego Halinka stanowczo zażądała
„Zamów natychmiast bilety na lot do Warszawy. Martwię się o mamusię”
Tym razem już nie szarżował i nie próbował jej odwodzić od tego zamiaru
„Jak sobie życzysz, kochanie” – stwierdził i zszedł do recepcji poprosić o zamówienie biletów na samolot.
23
Odlecieli dopiero w Wielki Piątek. Po przyjeździe z Warszawy na dworzec Łódź Fabryczna, udali się najpierw do mieszkania mamusi. Zdziwiona była ich troską o jej zdrowie. Zapewniła, że czuje się wyśmienicie i że mogli zostać w Niemczech dłużej. Ona nie przyszykowała za dużo na święta, ale oczywiście te kilka jajek i Święconka zawsze się dla nich znajdzie.
„To ty, Halinko zostań z mamusią. Pojadę do domu zawieść nasze bagaże i wpadnę do firmy. Dawno mnie tam nie było”
„Przecież firma już jest zamknięta”
„Mam klucze. Sprawdzę trochę papierów i przyjadę po ciebie”
Nie lepiej było by gdyby on przyjechał po ciebie jutro. My sobie pogadamy spokojnie, opowiesz, jak było w Niemczech, a jutro w sobotę, pójdziemy wszyscy troje do kościoła” – zaproponowała mamusia
„Jasiu, nie będzie ci smutno jak zostanę na noc u mamusi?”
„Będzie, ale myślę, że jakoś to przeżyję”
Pojechał najpierw do firmy. Siedział tam nad rozpakowanymi dokumentami do czwartej nad ranem. Wtedy to zdecydował się na powrót do domu. Dopiero po godzinie udało mu się złapać taksówkę. Załadował do niej swoje i Halinki bagaże oraz kilka brulionów Walthera Bothe.
W domu wziął prysznic i położył się spać, ale nie mógł zasnąć. Wstał i w kuchni nad filiżanką kawy zaczął dokładnie czytać pierwszy brulion.
Z lektury wyrwał go budzik, który przed położeniem się do łóżka nastawił na ósmą. Szybko ubrał się i pojechał do teściowej. Zauważyły, że jest nie wyspany. Powiedział, że się źle czuje. Pozwoliły mu zostać w domu.
Jak tylko wyszły do kościoła, położył się na kanapie i zaraz usnął.
24
Po świętach zabrał się ostro do pracy. To znaczy całe dni, do późnego wieczora spędzał w swoim warsztaciku na zapleczu firmy. Firmą się nie interesował. Prowadził ją zaufany pracownik, pan Zdzichu, któremu obiecał sprzedać firmę w przyszłości.
Firma nie szła za dobrze. Nie leżało to w interesie pana Zdzicha. Liczył na to, że zaniedbaną firmę będzie mógł odkupić za stosunkowo niską cenę.
Zaniedbanie firmy przez Kowalskiego, sprawiło, że jego dochody znacznie się zmniejszyły. Oszczędności z „wygranych” pieniędzy gwałtownie topniały, zwłaszcza że wydawał teraz sporo na zakup drogich komponentów do budowanego urządzenia.
Po kilkunastu miesiącach nieudanych prób i spaleniu kilku prototypów stanął na skraju bankructwa. Sytuacja w domu uległa pogorszeniu. Zaczęły się sprzeczki z Halinką na tle braku pieniędzy. Uważała, że za dużo wydaje na swoje hobby i że zaniedbuje dom.
Zdecydował, że trzeba sięgnąć po wypróbowany sposób zdobycia pieniędzy. Ale tym razem postanowił zrobić to za granicą. Wyczytał gdzieś, że można dużo wygrać w austriackim Lotto 6 aus 45.
W kwietniu 93 go zapakował urządzenie do przenoszenia się w przyszłość do samochodu i wyjechał do Wiednia. Tam w niewielkim, dosyć podłym hoteliku, w nocy z wtorku dwudziestego na środę dwudziestego pierwszego kwietnia przeniósł się na poniedziałek dwudziestego szóstego.
I w ten wypróbowany już w Polsce sposób stał się znowu milionerem. Trochę czasu zajęło odebranie wygranej. Był cudzoziemcem i procedury austriackiego Lotto oraz Urzędu Finansowego wymagały pewnych dosyć czasochłonnych postępowań sprawdzających. W końcu wszystko szczęśliwie się zakończyło i po zapłaceniu podatku z pieniędzmi na swoim koncie dewizowym wrócił do Łodzi.
Halinka przestała się na niego dąsać, a on mógł dalej zająć się swoim „hobby”.
25
Rok później, w kwietniu 94 go, wyjechał w ustronne miejsce za miastem i wypróbował pierwszy model latający sterowany myślami. Nie chciał używać oryginalnego hełmofonu. Był on stary, częściowo zbutwiały i wyglądał zbyt militarnie.
Zamówił w zakładzie kapeluszniczym czapkę, tak zwaną pilotkę. Tam umieścił elektrody i część nadajnika. Głupio w niej wyglądał, ale się tym nie przejmował. Przynajmniej na razie. Ważne dla niego było, aby to funkcjonowało.
Na pustej łące ustawił model polskiego przedwojennego bombowca „Łoś”. Znajdował się tam klasyczny zespół sterowników. Różnica polegała na całkiem nowym odbiorniku, przystosowanym do odbioru wzmocnionego sygnału z jego czapki.
W zwykły dla modelarza sposób odpalił dwa silniczki modelu, potem stanął z boku i tak jak to wielokrotnie z powodzeniem robił w warsztacie w myślach „wydawał komendy”. Zwiększył obroty silniczków i po kilku metrach niezgrabnego toczenia się samolociku po łące, poderwał go myślami do góry. Na wysokości kilku metrów nakazał mu zwrot w lewo. Model posłusznie zaczął wykonywać polecony manewr.
Kowalski był tak zauroczony i prawdę mówiąc, zaskoczony powodzeniem, że w pewnej chwili zaczął sobie wyobrażać jaki sukces odniesie z tym urządzeniem na zbliżających się pokazach modelarskich.
Gdy o tym zamarzył, stracił kontakt z modelem. Zauważył, że podąża on w niewłaściwym kierunku. Wpadł w panikę i zaczął usilnie wydawać komendy nawzajem się wykluczające. Samolocik nie reagował i po kilku sekundach rozbił się o pobliskie drzewa.
Do domu wracał z mieszanymi uczuciami. Z jednej strony ogromnie się cieszył, że to wszystko działa, z drugiej strony, żal mu było tego modelu. Włożył w niego dużo pracy. Miał go już kilka lat. Wszystkim się bardzo podobał. Dostał nawet wyróżnienie na wystawie w Budapeszcie. Robił sobie wyrzuty, że to właśnie do niego wstawił tą nową aparaturę sterowniczą. Ma przecież kilka innych modeli, których nie byłoby mu tak żal, gdyby się rozbiły.
„No, cóż. Nie ma się co dalej nad tym rozwodzić. Zastanów się lepiej Jasiu, co poszło nie tak” – pomyślał.
Doszedł do wniosku, że nie może się dekoncentrować. Myśli muszą być cały czas skoncentrowane na sterowaniu.
Kilka tygodni później powtórzył lot na innym modelu. Samolocik latał już kilka minut i wszystko szło bardzo dobrze. Był tak skupiony na sterowaniu, że nie zauważył gościa, który pojawił się u jego boku
„Panie! Wspaniała zabawka! Jak pan to robi, że on tak posłusznie lata?” – z zachwytem zapytał gość.
„Co?!… Nie przeszkadzaj pan!”
Kowalski przez moment tylko spojrzał na intruza. To wystarczyło. Stracił kontakt z samolotem, który zaczął obniżać lot i oddalać się w kierunku niewielkiego pagórka, o który zawadził.
Pies, którego nieznajomy miał ze sobą na spacerze, rzucił się pędem w tamtą stronę
„Kubuś! Do nogi!… Kubuś!… Nie słucha bydle!”
Zanim obydwaj do niego podbiegli, Kubuś z wściekłością rozszarpał model a potem merdając ogonem podał swojemu panu oderwane skrzydło.
Kowalski wyjął z wraku odbiornik, silniczek i siłowniki. Resztę zostawił na pagórku
„Niech pana pies nażre się resztą”
W drodze do domu doszedł do wniosku, że nie wystarczy konsekwentnie koncentrować się na sterowaniu. Zawsze może się wydarzyć coś co odwróci uwagę od sterowania. Należy zrobić coś co sprawi, aby po iluś tam sekundach od utraty kontaktu można było by „przechwycić” model i kontynuować sterowanie.
Pod koniec roku 94 go miał już wszystko opanowane. Mógł na niemal pół minuty oderwać wzrok i myśli od samolociku.
Przy czapce po prawej stronie zamontował nawet przycisk, którym awaryjnie mógł sprowadzić model do lądowania w miejscu, w którym on wystartował. Wypróbował wszystko z powodzeniem kilkanaście razy.
Ponieważ próby odbywały się zimą, na śniegu, używał do tego celu model samolotu „Wilga” na płozach.
26
Pierwsze miesiące 95 go roku poświęcił na dopracowanie wszystkich szczegółów. Zbudował kilka odbiorników które z powodzeniem mógł umieścić w różnych modelach. Tylko jednego problemu nie mógł rozwiązać. Ta cholerna czapka pilotka, w której wyglądał idiotycznie sprawiała, że nie do końca czuł się komfortowo na myśl, że pojawi się w niej wśród ludzi. Już sobie wyobrażał, jak koledzy będą się z niego śmiali
„O! Popatrzcie! Prawdziwy pilot modeli musi mieć pilotkę na głowie!” – wyobrażał sobie złośliwe komentarze
„Nie szkodzi. Zbaranieją jak zobaczą do czego służy” – uspakajał się.
Tak jak przypuszczał, wzbudził ogromne zainteresowanie wśród braci modelarzy. Proponowano mu naprawdę duże pieniądze za umożliwienie skopiowania urządzenia. Konsekwentnie odmawiał. Kilku dziennikarzy z pism o tematyce modelarskiej zrobiło z nim wywiady, zadawali podchwytliwe pytania, a on unikał konkretnych odpowiedzi.
W końcu stał się osobą nielubianą w towarzystwie modelarzy. Raz nawet próbowano go okraść w hotelu w Pradze, gdzie był na corocznych pokazach. Na szczęście, zawsze wyjmował odbiorniki z modeli i razem z pilotką zawsze miał je przy sobie.
Wszystko to sprawiło, że w ciągu kilkunastu miesięcy, zniechęcił się do modelarstwa. Coraz rzadziej pojawiał się na zawodach i pokazach. Ostatni raz pokazał swój model sterowany myślami w Warszawie w maju 97 go.
27
„Tak. To było szesnaście lat temu. Na imprezie w firmie z okazji moich czterdziestych urodzin. Był na tej imprezie taki jeden…Skontaktował mnie z Malinowskim… Cholera jak mi się pić chce!”
Kowalski przerwał wspominać. Wstał z fotela i chciał iść po piwo do kuchni. Przypomniał sobie, że wypił już ostatnie. Zaklął.
„Nie chcę, ale muszę się napić”
Doszedł do szafki z alkoholami. Nalał sobie pełną szklankę whisky. Wrócił na fotel
„Tak. To ten… Jak mu tam? Skontaktował mnie z Malinowskim. Bardzo nalegał abym się z nim spotkał. Powiedział, że nie będę żałować”
Kowalski wypił pierwszy łyk whisky. Zatrzęsło nim. Chwilę delektował się smakiem dawno niepitego alkoholu. Przymknął oczy i dalej oddał się wspomnieniom.
Na to spotkanie z Malinowskim poszedł raczej z ciekawości. Umówili się w restauracji w Grand Hotelu. Po wymienieniu kilku uprzejmości, Malinowski od razu przeszedł do rzeczy. Jego pierwsze słowa sprawiły ze Kowalski poczuł przerażenie.
Malinowski poinformował go, że jego zadaniem jest zwerbowanie go do pracy na rzecz obronności kraju i że tak na dobrą sprawę to słowo zwerbowanie jest niewłaściwe. Chodzi dokładnie o to, że on jego, Kowalskiego, informuje, że od teraz pracuje już dla Państwa.
Oczywiście, teoretycznie może odmówić współpracy, ale zanim cokolwiek powie, chce mu coś pokazać. Otworzył teczkę i wyjął z niej gruby plik formatu A4. Podał go zaskoczonemu Kowalskiemu, który od razu rozpoznał kopie dokumentów Hansa, Dalej były fotografie przedstawiające go wychodzącego z grobowca w Lubiążu. Były też zdjęcia przedstawiające go razem z Gretą Wolf na tle jej Mercedesa przed jej domem.
Kowalski był niemal sparaliżowany. Malinowski delikatnie wyjął plik z rąk Kowalskiego
„Oczywiście, To jest drobny fragmencik tego co mamy o panu. Sam pan rozumie, że niemożliwe jest, abym przytaskał tutaj zawartość dwóch pokojów z naszego archiwum. Mamy skopiowane wszystkie dokumenty z Lubiąża i te które otrzymał pan od Grety Wolf. Mamy też zeznania, które Emil Fride składał naszym przyjaciołom, wie pan… Przyjaciołom ze słusznie minionego okresu. Niestety nie byli oni zbyt delikatni wobec niego i biedny Emil zakończył życie w domu wariatów.
Radzieccy nie zorientowali się jakie kolosalne znaczenie mają jego zeznania. Uważali go za psychicznie chorego. Zeznania zostały w archiwum a on, tak jak mówiłem w szpitalu dla obłąkanych.
Po latach zdobyliśmy jego zeznania. Nie będę panu mówił jak, bo to już inna bajka. W każdym razie, teraz pracujemy dla wolnej Polski.
Od kilku lat nasi naukowcy pracują nad tymi materiałami. Niestety, są daleko w tyle za panem. Obserwujemy pana prace z modelami samolocików od dawna. Wszystkim bardzo pan zaimponował. Powiem krótko. Ta rozmowa odbywa się z polecenia najwyższych władz państwowych. O szczegółach pańskiego zatrudnienia będzie pan rozmawiał z szefem firmy, w której od dziś, podkreślam, od dziś pan pracuje… Aha! Mam obowiązek dodać, że w sprawie pańskich wygranych w Lotto, zarówno w Polsce jak i w Austrii postanowiliśmy nie wszczynać żadnego postępowania… To jak? Dogadaliśmy się?”
Kowalski nie odpowiedział. Siedział nieruchomo wpatrzony w podłogę.
„Halo! Panie Janku!… Zrozumiał pan co mówiłem?”
„Co?!… Tak. Tak, zrozumiałem. Co mam teraz zrobić? Podpisać coś, czy…”
„U nas nic pan nie musi podpisywać. Wystarczy, że pan wyrazi zgodę na przyjęcie proponowanej pracy… To co? Bierze pan tą pracę?”
„Tak, Biorę”
„Doskonale. Tu ma pan adres, pod który się pan zgłosi jutro przed południem. Sympatyczna pani w recepcji będzie wiedziała, gdzie pana skierować” – podał Kowalskiemu kartkę z adresem – „Ja się z panem żegnam. Wszystko wskazuje, że się więcej nie zobaczymy”
28
Następnego dnia, w starym kompleksie budynków pofabrycznych znalazł Biuro Projektowania Przemysłu Metalowego.
Tak jak mówił Malinowski, recepcjonistka zatelefonowała do kogoś. Po kilku minutach zjechał windą młody mężczyzna i zabrał go na górę. Zapukał do drzwi z wywieszką Dyrektor. Wprowadził Kowalskiego do środka i wyszedł.
W środku na jego widok podniosło się trzech starszych panów. Przedstawili się mu po kolei, serdecznie ściskając rękę. Jeden z nich, dyrektor firmy zaprosił wszystkich do pokoiku obok. Stał tam stół do obrad i kilkanaście krzeseł w koło niego.
To wtedy usłyszał to co go tak połaskotało
„Panie inżynierze to co pan robi u siebie w firmie przyda się Ojczyźnie, co ja mówię, Ludzkość panu będzie dziękować. Dzieci się będą o panu uczyć w szkołach”.
Potem przedstawili mu warunki pracy i płacy. Dostał miesiąc na pozbycie się firmy. Pracownica sekretariatu przyszykowała umowę o pracę. Warunki finansowe były tak fantastyczne, że trudno mu było uwierzyć, że to prawda. Na ich tle pozostałe warunki, te o tajemnicy, rezygnacji z hobby czy faktu, że jest zatrudniony „na dożywocie” nie miały dla niego znaczenia. Jedynie żądanie przeniesienia wszystkich materiałów i urządzeń, które skonstruował do Biura Dokumentacji Przemysłu Metalowego, trochę go zabolało.
Od tej chwili wszystko przeszło na własność Biura. Po miesiącu, po sprzedaniu firmy panu Zdzichowi i po przewiezieniu wszystkiego przez specjalnie podstawiony i dyskretnie chroniony transport, przystąpił do pracy.
Od razy został szefem sektora o nazwie „Modelarstwo”. Już pierwszego dnia dowiedział się ze jego sektor dostał tą nazwę na jego cześć.
„Pan rozumie, panie inżynierze, że nie będzie się pan zajmował modelarstwem. To taki żarcik z naszej strony”
Jego pierwszym zadaniem było sporządzenie kompletnej dokumentacji technicznej stworzonych przez niego aparatów. Gdy je budował u siebie w warsztacie na zapleczu firmy, nie sporządzał żadnej dokumentacji. Robił pewne szkice, obliczenia i notatki, ale w sposób dosyć wyrywkowy i raczej niechlujny, zrozumiały tylko dla niego. Teraz musiał odtworzyć to wszystko według obowiązujących zasad konstrukcyjno-technologicznych.
Robił to wspólnie ze swoimi pięcioma pracownikami należącymi do jego ekipy. Sprawdzianem należycie wykonanej dokumentacji było wykonanie przez nich, samodzielnie, bez jego udziału kopii aparatów sterowanych myślami.
Po kilku miesiącach, ten etap prac został wykonany z powodzeniem. Ta doświadczalna aparatura uruchamiała na żądanie konkretne siłowniki. Można było ją umieścić w różnych urządzeniach i maszynach. Nie tylko w modelach samolotów.
Okazało się, co nie było żadnym zaskoczeniem dla Kowalskiego, że zleceniodawcy tych prac mają za cel umieszczenie jej w nowych systemach uzbrojenia, niekoniecznie służących wyłącznie obronie kraju.
Pamiętał dokładnie o liście, a właściwie testamencie profesora Walthera Bothe zostawionego Grecie Wolf. Te wynalazki nad którymi Bothe ze swoją ekipą rozpoczął prace w czasie wojny, powinny służyć pokojowym celom. Ale teraz w Łodzi w tych wspaniałych warunkach jakie tu ma stworzone, nie przeszkadza mu, że jego prace służą potrzebą militarnym.
Jednym z zadań nad którymi pracował kilka lat było sterowanie myślami poszczególnych żołnierzy. Ich odbiorniki wbudowane były w hełmy, sterowały one za pomocą odpowiednio rozmieszczonych elektrod wolą osoby, która miała na głowie taki hełm. Przerażało go to. Próby wykazały, że żołnierze wyposażeni w te hełmy wykonują bezkrytycznie wszystkie zadania, a ich naturalny instynkt samozachowawczy zostaje całkowicie wyeliminowany.
Procedury w Biurze były takie, że gdy jego sektor opracował działający prototyp, to wszystko przekazywane było do innych sektorów, które przygotowywały dokumentację produkcyjną, a Sektor Modelarski otrzymywał nowe zadanie.
W roku 2011 tym takim nowym zadaniem było opracowanie sposobów sterowania poczynaniami osób nieposiadających ich hełmów na głowach. Chodziło o możliwość manipulowania żołnierzami potencjalnego wroga. Po roku poczyniono pewne próby z nadawaniem bardzo wzmocnionego sygnału z nadajnika osoby sterującej. Odbyło się to na poligonie Wyższej Szkoły Policji w Szczytnie.
Próba skończyła się niepowodzeniem. Studenci szkoły, biorący w niej udział zostali sparaliżowani na dłuższy czas. U niektórych stwierdzono nieodwracalne zmiany w mózgach. Kowalski liczył się z tym, że po takim obrocie sprawy, jego kariera ulegnie co najmniej przyhamowaniu.
Bardzo się mylił. Zleceniodawcy uznali tą zakończoną niepowodzeniem próbę za duży sukces. Otworzyło się nowe pole do jego wykorzystywania. Ministerstwo Spraw Wewnętrznych chciałoby mieć takie urządzenia do neutralizowania niepożądanych demonstracji.
Sektor Modelarski dostał zadanie skoncentrowania się na tym temacie. Od tej chwili Kowalski zdecydowanie zmienił nastawienie do swojej pracy i pracy całego Biura.
Przez cały rok 2012 ty w sposób stanowczy, acz dyskretny począł opóźniać pracę i kierować ją na fałszywe tory. Jednocześnie zastanawiał się jak odtworzyć urządzenie do przenoszenia się w przyszłość.
Jego stare urządzenie przykazał na początku swojej pracy do dyspozycji Biura. Nie miał teraz do niego dostępu, a bardzo by mu się przydało do realizacji planu, który zaczął w jego głowie przybierać realny kształt, no i do spotkania z Hansem. Wkrótce przecież, dwudziestego piątego października 2013 tego, będzie setna rocznica jego urodzin.
Pamiętając o rozmowie z Malinowskim, zdawał sobie sprawę, że wszelkie jego poczynania mogą być w jakiś sposób kontrolowane. Postanowił w sposób bardzo ostrożny zbudować nowe urządzenie. Nie było problemu z dokumentacją. Znał ją prawie na pamięć. Sprawę części i komponentów też rozwiązał.
Jego stary i schorowany ojciec nie miał siły posprzątać garażu i pokoju za garażem. Znalazł tam sporo potrzebnych komponentów, ale nie wszystkie. Odwiedził kilka razy pana Zdzicha, obecnego właściciela jego starej firmy. Zaprosił go kilka razy na wódkę i mimo że sam nie pił, to udało mu się skłonić go do zakupu, w dyskretny sposób, reszty potrzebnych komponentów.
Pan Zdzichu policzył sobie za tą dyskretną usługę bardzo dużo, ale Kowalskiego było na to stać.
Kilka miesięcy zabrało mu dyskretne przewożenie i montaż urządzenia w ich domku letniskowym w okolicach Uniejowa. Wyjeżdżał tam tylko w weekendy, zawsze z żoną. Halinka dziwiła się trochę, że on polubił ostatnio tak bardzo wyjazdy do ich domku. Wcześniej robił to raczej niechętnie.
Za pracę zabierał się dopiero wieczorem, gdy zasnęła. Miała bardzo dobry sen. Cieszyła się, że tam, w lesie śpi jej się tak dobrze. Nie wiedziała, że mąż zadbał o jej sen za pomocą środków farmakologicznych.
Nowy aparat gotowy był na początku października 2013 go. Nie miał możliwości wypróbowania go, ale był przekonany, że wszystko zadziała tak jak trzeba.
W czwartek, dwudziestego czwartego października zwolnił się wcześnie z Biura. Poprosił sekretarkę, aby powiadomiła szefa, że jutro nie przyjdzie do pracy. Pojechał najpierw do domu. Przyszykował sobie trochę jedzenia na drogę i pod wieczór wyruszył w stronę Uniejowa.
Na miejscu był po dwudziestej. Zrobił sobie kolację a potem zabrał się za rozwiązywanie Sudoku. Gdy go to zmęczyło wyciągnął jakiś kryminał do czytania. Nie kład się spać chciał być zmęczony tak aby rano nie musiał usypiać się alkoholem.
Około ósmej, następnego dnia wyciągnął aparat za skrytki. Dopełnił wszystkich niezbędnych czynności, aby rozpocząć przenoszenie się do przyszłości. Położył się na polowym łóżku, które ustawił na środku pokoju. Niemal natychmiast zaczęła ogarniać go senność. Usilnie zaczął myśleć o Hansie i jego setnych urodzinach. Po kilku minutach zapadł w sen.
29
Teraz, w mieszkaniu, po wypiciu kilku piw i szklaneczki whisky czuł przyjemny szum w głowie. Kowalski przerwał wspominki, wzdrygnął się na myśl o tym co się dowiedział od Hansa. Spojrzał na zegarek
„To było niespełna dwanaście godzin temu… Co robić?”
Na samą myśl o tym wpadł w panikę jak wtedy, gdy się wybudził. Sięgnął po szklankę z whisky
„Cholera!… Pusta”
Podszedł do szafki nalać sobie więcej. Poczuł, że jest dobrze pijany. Mimo to zachował pewną jasność umysłu.
„Przecież nie mogę o tym nikomu powiedzieć. Zamkną mnie do Czubków… Co robić, kurwa mać?!”
Wracając na fotel, zatoczył się i potrącił stojący obok stolik. „To” spadło na podłogę. Zamarł w bez ruchu. Leżący na podłodze gruby dywan złagodził upadek. Nie na tyle jednak, aby „To” nie odczuło tego.
Kowalski usłyszał dziwny dźwięk i po chwili „To” zalśniło mocnym, żółtym światłem, którego intensywność zaczęła tak gwałtownie rosnąć, że nawet przez zamknięte oczy odczuwał ból, jak gdyby patrzył prosto w słońce. Próbował zasłonić zamknięte oczy dłońmi, ale niewiele to dało.
„Zaczęło się” – pomyślał.
Zdziwił się, że nie towarzyszył temu wzrost temperatury. Przecież Hans wyraźnie powiedział, że temperatura gwałtownie wzrośnie i że… Nie. Nie chciał nawet o tym myśleć.
Ten dziwny dźwięk zaczął powoli zanikać. Ostrożnie otworzył oczy. Nic nie widział. Był oślepiony, ale zorientował się, że to jaskrawe światło, towarzyszące temu niechcący wywołanemu zjawisku zanikło. Sporo czasu upłynęło zanim powoli zaczął odróżniać kontury mebli w pokoju
„Chwała Bogu, nie straciłem wzroku” – ucieszył się.
Minęła jeszcze godzina, zanim wzrok wrócił całkowicie. „To” leżało na dywanie. Bał się tego ruszyć. W końcu przemógł się, podniósł „To” i odłożył na stolik. Nie było gorące, jak się spodziewał. Miało temperaturę otoczenia.
„Nie pij, Jasiu, więcej, bo to się skończy zanim twoja misja się zacznie” – powiedział do siebie.
Poszedł do łazienki. Długo trzymał głowę pod prysznicem z zimną wodą. Potem poszedł do sypialni. W łóżku, zanim usnął, powtórzył sobie co ma jutro zrobić. Gdy już zasypiał, przypomniał sobie, że miał zadzwonić do Halinki. Usiadł na łóżku, aby sięgnąć telefon
„Przecież to teraz nie ma najmniejszego sensu” – pomyślał i z powrotem ułożył się do snu.
Usnął niemal natychmiast. Obudził się sam, jak zwykle, bez pomocy budzika, o wpół do siódmej. Poszedł do łazienki. Chciał się ogolić. Sięgnął po krem do golenia. Odłożył go z powrotem
„Po co się golić… To nie ma już znaczenia”
Szybko ubrał się byle jak, włożył wczorajszą, nieświeżą koszulę. Do kieszeni marynarki ostrożnie schował „To”.
Wychodząc z mieszkania nie znalazł klucza od drzwi. Chwilę się zawahał, czy nie wrócić i go poszukać. Żachnął się tylko
„Po co?”
Nie zamykając drzwi na klucz wybiegł na ulicę. Samochód miał zaparkowany przy krawężniku. Zarówno za nim jak i przednim stały ciasno zaparkowane samochody sąsiadów. Zwykle stara się ostrożnie wyjechać, aby nie zaczepić o nie. Tym razem ruszył gwałtownie zawadzając brutalnie o ten stojący przed nim. Posypało się szkło z potłuczonych świateł
„Mam to gdzieś!” – powiedział do siebie z pewnym zadowoleniem.
Po kilkunastu minutach był przed Biurem. Niestety wejście do recepcji było zamknięte. Nie wiedział, dlaczego. Po chwili zorientował się, że w koło jest cicho i nie widać żywej duszy. Dopiero teraz dotarło do niego, że to sobota.
Zarówno Biuro, jak i mieszczące się tam firmy było zamknięte. Pokrzyżowało to jego plany. Musi czekać do poniedziałku, a czas nagli. Nie miał wyjścia. Wrócił do domu. na ulicy sąsiad oglądał uszkodzony samochód.
„Widziałem z okna, jak pan w niego uderzył!… Jak można być tak nieostrożnym?” – odezwał się do niego
„Pocałuj mnie pan… Wiesz, gdzie?!” – odpowiedział mu niegrzecznie.
Nie czekał na odpowiedź zaskoczonego sąsiada. Pobiegł schodami na górę do mieszkania. W ubraniu i butach położył się na niezasłanym po nocy łóżku.
„Poczekam tu do poniedziałku… Inaczej nie wytrzymam i zwariuję… Zasnąć. Jak najszybciej zasnąć i spać do poniedziałku” – pomyślał spanikowany.
Leżał na wznak. Wpadł w jakiś dziwny stan otępienia. Nie mógł się ruszyć.
Zauważył, że do łózka podszedł profesor Walther Bothe.
„Dlaczego pan tu przyszedł, profesorze?” – zapytał po niemiecku
„Hans prosił mnie abym do pana przyszedł. On też tu zaraz przyjdzie”
„Obiecałem, że to zrobię, ale muszę czekać do poniedziałku… Rozpieprzę to wszystko…”
„Miał pan nie brać do ust alkoholu. O mało nie spowodował pan wypadku. Dobrze, że byłem w pobliżu i udało mi się powstrzymać reakcję”
„To się już nie powtórzy. w poniedziałek zrobię wszystko zgodnie z instrukcją…”
„Wierzymy ci” – odezwał się Hans, który pojawił się u boku profesora Bothe – „Ale to co od nas otrzymałeś uległo uszkodzeniu”
„Tak mi przykro”
„Nie przejmuj się. Wymienimy to na nowe. Gdzie to masz?”
„W kieszeni, tu, w marynarce na sobie… Nie mogę się ruszyć, aby to wyjąć”
„Ja to wyjmę” – powiedział Hans pochylając się nad nim i wyciągnął „To” z jego marynarki.
„W kuchni na stole leży nowe” – powiedział Bothe
„Co to za kobieta co stoi za wami? Dlaczego ona na mnie krzyczy?”
„Musimy już iść” – powiedział Hans ignorując jego pytanie
„Co pani tu robi w moim mieszkaniu?” – zwrócił się do kobiety zaraz jak Hans i Bothę wyszli z sypialni
„Jasiu! Co ci jest?” – Halinka podeszła do niego – „Piłeś?… Przecież wiesz, że lekarze ci zabronili…”
„To panią nie powinno obchodzić. Kim pani jest?”
„Jasiu, nie denerwuj się. Nie poznajesz mnie? To ja, Halinka, twoja żona. Wróciłam z Gdańska. Śpij teraz. Jak się wyśpisz to sobie spokojnie porozmawiamy, a teraz pomogę ci się rozebrać…”
Ściągnęła mu buty. Potem chciała, aby się trochę uniósł, aby móc ściągnąć z niego marynarkę. Uczynił to posłusznie.
Gdy zaczęła rozpinać mu pasek u spodni, odepchnął ją gwałtownie. Upadła na podłogę.
„Ja mam żonę! Co pani sobie wyobraża?!”
„Zgłupiałeś do reszty, kretynie!… Pogadamy, jak wytrzeźwiejesz!” – powiedziała ze złością podnosząc się z podłogi.
Wyszła z sypialni. Kowalski położył się z powrotem na wznak. Poczuł chłód. Naciągnął na siebie kołdrę. Zaczął analizować to co go teraz spotkało.
„Ta baba twierdzi, że jest Halinką… Żebym mógł sobie przypomnieć jak Halinka naprawdę wygląda. Cholera. To nie jest teraz takie ważne”
Leżał chwilę bez ruchu. Nie mógł skupić myśli.
„Hans i Bothe… Czy oni tu byli, czy śnili mi się?”
Nagle zerwał się z łóżka, podbiegł do krzesła, na którym ta baba podająca się za Halinkę powiesiła jego marynarkę. Nerwowo przeszukał kieszenie. Zatrzymał się nagle w bezruchu, aby po chwili szybkim krokiem ruszyć do kuchni. Na stole leżało „To”. Odetchnął z ulgą.
„To jednak nie był sen”
Wziął „To” do ręki. Było nieco większe i cięższe. Też przypominało kawałek aluminium
„Nowy model” – pomyślał i odłożył „To” na stół.
Wrócił do sypialni.
„Teraz śpij, Jasiu, do poniedziałku” – powiedział do siebie i niemal natychmiast zasnął.
30
Ktoś go delikatnie szarpał za ramię. Otworzył gwałtownie oczy. Jakiś mężczyzna w białym fartuchu pochylał się nad nim. Za nim stała, zapłakana, Halinka. W niczym nie przypominała tej baby co się poprzednio za Halinkę podawała.
Mężczyzna w białym fartuchu, stetoskopem osłuchiwał mu piersi.
„Chyba lekarz” – pomyślał – „Co on tu robi?”
Chciał się podnieść.
„Proszę się nie ruszać. Wszystko będzie dobrze” – zapewnił go lekarz.
Kowalski w tym momencie poczuł smród wydobywający się z pod kołdry
„Co się stało?” – zapytał
„Przyjechałam późno wieczorem w piątek. Spałeś już. Śpisz od tego czasu bez przerwy. Robisz pod siebie. Nie mogłam cię obudzić. Krzyczysz przez sen…”
„Co to za dzień? Która godzina?” – zapytał wystraszony
„Niech pan się nie rusza!… Niedziela, wieczór, jeśli musi pan wiedzieć” – zareagował lekarz – „Zabieram pana do szpitala…”
„Mowy nie ma. W poniedziałek muszę być w pracy”
„Mowy nie ma” – powtórzył lekarz – „Jeśli w poniedziałek, to najwcześniej za miesiąc”
„Panie! Nie jestem ubezwłasnowolniony! Ja decyduję czy chcę do szpitala, czy nie!”
„Jasiu, to dla twojego dobra…”
„Jak pacjent nie wyraża zgody na przewiezienie do szpitala, to ja go do tego nie mogę zmusić” – zwrócił się lekarz do Halinki, a potem do Kowalskiego – „Ostrzegam pana. Ma pan bardzo wysokie ciśnienie, migotanie przedsionków, nierówny oddech i wysoką temperaturę…”
„Nic mi nie jest…”
„W takim razie podpisze pan oświadczenie, że odmówił pan zabrania do szpitala”
„Dobrze”
Po wyjściu lekarza pogotowia, wstał, aby iść do łazienki. Przeraził go widok łóżka. Stał pod prysznicem chyba z godzinę. Z za drzwi słyszał narzekanie, a właściwie lament żony. Nie mógł zrozumieć, czy chodzi jej o niego czy o pościel.
W końcu zawinął się w szlafrok i poszedł do kuchni. Czuł, że głowa boli go coraz bardziej. Spojrzał na stół
„Gdzie to jest?!” – krzyknął przerażony do lamentującej Halinki
„Co?”
„To co leżało na stole…”
„Wyrzuciłam. Nie chcę mieć w kuchni żadnych brudów…”
„Zamorduję, jak się to zaraz nie znajdzie!”
Krzyknął jej w twarz, jednocześnie chwytając za gardło. Po chwili zauważył, że zaczęła się dusić. Zwolnił uścisk. Podczas gdy ona z trudem łapiąc oddech dochodziła do siebie, on z przerażeniem pomyślał
„Boże! Przecież mogłem ją zabić… Co się ze mną dzieje?”
„Co się z tobą dzieje, Jasiu? Nigdy taki nie byłeś… Boję się ciebie…”
„Gdzie to jest? Mów kobieto”
„Zaraz to dostaniesz”
Trzymając się za obolałe gardło sięgnęła do kubła na śmieci pod zlewozmywakiem. Po chwili wyciągnęła „To”. Niemal wyrwał jej to z ręki.
Z przerażeniem patrzyła jak z obłędnym zadowoleniem przycisnął przedmiot do piersi.
„Co to jest, Jasiu? Dlaczego ci tak bardzo na tym zależy?”
„Nie twoja sprawa” – warknął – „Zostaw mnie teraz samego”
Spojrzał przy tym na nią takim wzrokiem, że przeszły ją ciarki. Kiedy wyszedł z kuchni szybko złapała torebkę i opuściła mieszkanie. On tym czasem położył się do prześcielonego przez Halinkę łóżka. Położył „To” na nocnym stoliku obok. Po kilku minutach zerwał się i sprawdził czy wciąż tam leży. Uznał, że bezpieczniej będzie jak włoży to pod poduszkę. Dopiero wtedy usnął.
31
Rano, po przebudzeniu, nie mógł dojść do siebie. Straszny ból głowy rozsadzał mu czaszkę. Miał ochotę się napić czegoś mocniejszego. Zaciął się kilka razy przy goleniu. Ręce mu drżały
„No, muszę się napić. Nie chcę, ale muszę”
Wypił szklaneczkę whisky na czczo. Poczuł się o wiele lepiej. Ubrał się szybko. Zapakował „To” w papier, tak jak pakuje się książki i schował do kieszeni. Zapominając o śniadaniu wyszedł z domu. Nie znalazł samochodu. Chwilę szukał go wzdłuż ulicy. W końcu zdecydował się na taksówkę.
Wchodząc do Biura spotkał w recepcji, przy śluzie prowadzącej do windy, dyrektora. Razem pojechali na górę. W windzie Kowalski zachwiał się i był bliski upadku. W ostatniej chwili podtrzymał go dyrektor
„Panie kolego, proszę zaraz do mnie przyjść” – nakazał Kowalskiemu, gdy wysiadali z windy.
„Oczywiście. Zaraz przyjdę, tylko się przyszykuję… Mam coś dla pana… Dla wszystkich, kurwa!” – odpowiedział bełkocąc.
Wchodząc do swojego pokoju rzucił sekretarce
„Nie ma mnie dla nikogo!”
Zamknął za sobą drzwi na zamek. Usiadł ciężko w fotelu za biurkiem. Chciało mu się wymiotować. Zrobił to do kosza na papiery. Otarł usta rękawem.
„No, co się pan tak patrzy, profesorze? Napiłem się. Nie mogłem się powstrzymać. Przecież to już koniec. To już nie ma znaczenia czy wypiłem, czy nie” – zwrócił się do Hansa.
Ktoś nacisnął klamkę drzwi do jego pokoju próbując wejść
„Proszę natychmiast otworzyć!” – usłyszał dyrektora
„Jestem zajęty! Rozmawiam z wielkim uczonym! Zaraz do was wyjdziemy! Czekamy jeszcze na profesora Walthera Bothe!”
„On nie przyjdzie. Zrywamy z tobą. Załatwimy sprawę w inny sposób” – usłyszał od Hansa, który zaczął znikać
„Zaraz! Chwileczkę! Tak nie można! Nie może pan tak po prostu odejść! Obiecałem zrobić to i dotrzymam słowa!”
Pukanie do drzwi zamieniło się w nerwowy łomot.
„Pan otworzy, panie inżynierze! Zrobiłam panu kawkę” – usłyszał sekretarkę
„Odsunąć się od drzwi! Wychodzę! Mam bombę!”
Otworzył gwałtownie drzwi i trzymając „To” przed sobą wyszedł z pokoju. Kilka osób będących przed drzwiami cofnęło się o krok. Sekretarka z panicznym krzykiem uciekła w stronę windy.
„Spokojnie, panie kolego, spokojnie. Rozumiem. Jest pan przemęczony pracą. Musi pan odpocząć. Rozumiem. To się da załatwić. Tylko spokojnie…” – zapewniał go wystraszony dyrektor
„Jestem, kurwa, spokojny!… Zrozumiano?!”
„Tak. Tak. Oczywiście. Jest pan spokojny…”
„Milczeć! Teraz ja będę mówić! Powiem, dlaczego to robię…”
„Tak. Oczywiście, panie kolego… Tylko spokojnie”
Trzymając cały czas „To” przed sobą usiadł na krześle sekretarki. Poczuł zawrót głowy
„Gdzie jest ta kawa?” – zapytał spokojnie
„Zaraz panu przyniosę, szefie!” – odparł jego młody współpracownik i wybiegł z pokoju.
Chwilę trwało milczenie. Wszyscy obecni w pokoju bez ruchu stali wpatrzeni w niewielki pakunek trzymany przez Kowalskiego. Jeden z mężczyzn stojący najbliżej drzwi zaczął powoli cofać się w ich stronę
„Gdzie!!!… Nie ruszać się! Wszyscy zostają!”
„Tak. Tak, Oczywiście, panie kolego… Tylko spokojnie”
„Jestem spokojny. Dawno nie byłem tak spokojny i odprężony jak teraz. Od szesnastu lat pracując tu, wykonywałem wszystkie zadania, nie zastanawiając się na konsekwencjami tej pracy. Słyszałem, że to dla dobra Ojczyzny, że musimy być przygotowani na obronę i tak dalej…” – przerwał, spojrzał po zebranych – „Niedobrze mi… Gdzie ta kawa?!” – krzyknął
„Zaraz będzie, panie kolego… Tylko spokojnie” – zapewnił go dyrektor, po czym krzyknął w stronę drzwi – „No, gdzie jest ta kawa, do cholery!”
„Już niosę, panie dyrektorze”
W drzwiach pojawił się ten sam młody mężczyzna, który wcześniej zobowiązał się przynieść kawę. Trzymał przed sobą tacę z filiżanką kawy, cukier i talerzyk z ciasteczkami. Drżącymi rękoma postawił to wszystko przed Kowalskim.
„Na czym, to ja przerwałem?… Aha! Zacząłem wątpić w słuszność całej tej pracy, gdy dowiedziałem się, że będzie to wszystko co tu tworzę wykorzystywane także przeciwko nam samym. Że policja może to użyć przeciwko demonstrantom…”
„Nie. Nie, panie kolego. Nie damy im dostępu do pana wynalazku…” – przerwał mu dyrektor
„Milczeć! Jeszcze nie skończyłem!…Postanowiłem porozmawiać z tymi którzy nakierowali mnie na moje wynalazki, to jest z wybitnym uczonym, moim przyjacielem, z którym siedziałem w więzieniu, Hansem Bielickym i jego szefem profesorem Waltherem Bothe…”
Ktoś zachichotał. Kowalski spojrzał na niego z naganą w oczach
„Panowie. Panowie, dajmy koledze skończyć spokojnie…” – upomniał dyrektor
„Wiem, że nie wszyscy są przekonani do tego, że umiem przemieszczać się w przyszłość. Dzisiaj niedowiarkowie przekonają się, że jest to możliwe… Ale po kolei. Zarówno mój przyjaciel jak i profesor Bothe, wyrazili swoją dezaprobatę do tego co robię. Oni teraz są zagorzałymi przeciwnikami zbrojeń. Są pacyfistami…”
Znowu ktoś się zaśmiał. Tym razem Kowalski zignorował to
„Dając mi możliwość dokończenia swojego dzieła mieli nadzieję, że wykorzystane to będzie dla dobra ludzkości, a nie do zabijania. Bothe marzył o tym, aby na przykład móc myślami sterować protezami rąk…”
„Zrobimy to, Zrobimy panie kolego, tylko…”
„Nie skończyłem… Spotkałem się z nimi w piątek, na setnych urodzinach Hansa” – spojrzał po zebranych, jak gdyby spodziewał się śmiechów – „Powiedzieli mi, że muszę zniszczyć to wszystko co stworzyłem. Dali mi ten oto przedmiot. To, wierzcie mi, zamieni Ziemią w kulę ognia…”
„Panie kolego, spokojnie… Dogadajmy się…”
„Za późno. Czas kończyć!”
Kowalski cisnął pakunek pod nogi dyrektora. Ktoś padł na podłogę zakrywając głowę rękoma. Wszyscy inni zamarli w bezruchu. Przez chwilę nic się nie działo. Zdziwienie Kowalskiego zmieniło jego wyraz twarzy w znak zapytania. Najbliżej niego stojący mężczyzna rzucił się na niego z pięściami
„Zabiję skurwysyna za takie żarty!”
Upadli na podłogę. Dwóch innych pomogło przytrzymać go i skrępowali mu ręce.
„Panowie! Ostrożnie! To może wybuchnąć. Tylko spokojnie!” – wykrzykiwał dyrektor.
Po kilku minutach zjawili się zawiadomieni przez kogoś antyterroryści. Założyli poturbowanemu Kowalskiemu kajdanki. Nie pozwolili ruszać wciąż leżącego na podłodze pakunku. Przeszukali jego ubranie a potem jego pokój. Nie znaleźli nic co by ich zainteresowało.
Pojawił się też zespół karetki pogotowia która od pewnego czasu czekała przed Biurem. Ponieważ poturbowany Kowalski krwawił z nosa i ust, pozwolono lekarzowi pogotowia go zbadać.
Kowalski był apatyczny, nie reagował na to co się do niego mówi, tracił chwilami przytomność. Lekarz zdecydował zabrać go do szpitala. Dowódca antyterrorystów zgodził się na to i wyznaczył dwóch ze swoich ludzi do pilnowania go w szpitalu.
Po odjeździe karetki zabezpieczono pomieszczenie Biura. Wszystkich ewakuowano. Także pracowników innych firm znajdujących się w budynku.
Przybyli saperzy dosyć szybko zorientowali się, że pakunek leżący na podłodze to tylko nieszkodliwy kawałek grubej blachy aluminiowej zapakowanej w papier.
Po niecałej godzinie od zajścia wszystko wróciło do normy.
32
W Biurze pojawili się śledczy i prokurator. Wszczęto normalne w takiej sytuacji postępowanie. W czasie rozmowy z dyrektorem, prokurator dowiedział się, że Kowalski jest, bardzo cenionym pracownikiem
„To nadzwyczajnie uzdolniony człowiek. Właściwie cała egzystencja naszej firmy opiera się na realizacji jego pomysłów. Udało nam się zatrudnić go, gdy dowiedzieliśmy się, że on, sam jeden, opracował i wykonał urządzenie, nad którym tu, pracowaliśmy bez powodzenia kilka lat. Zresztą nie tylko w Polsce nad tym pracowano…”
„Co to za urządzenie?”
„Przykro mi, ale nie mogę o tym mówić bez zezwolenia moich zwierzchników. Jesteśmy jednostką o specjalnym statusie tajności…”
„Dobrze. Wrócimy do tego później. Co jeszcze może pan powiedzieć o… Jak on się nazywa?”
„Inżynier Jan Kowalski. Właściwie nie jest inżynierem. Nigdy nie ukończył studiów, ale wymieniłbym chętnie kilkunastu moich prawdziwych inżynierów na dwóch takich jak on”
„Jaki on jest w stosunkach międzyludzkich? Nie sprawiał wam tu kłopotów?”
„Wie pan. On jest typowym, jak się to teraz mówi, pracoholikiem. Potrafi siedzieć przy pracy do późnych godzin nocnych. Żąda tego samego od swoich podwładnych. Nie wszyscy się z tym godzą. Ale wyniki ma fantastyczne, dlatego wolno mu więcej niż innym. Ma swoje dziwactwa. Czasem, gdy ktoś zapyta, dlaczego coś należy zrobić tak, a nie inaczej odpowiada, że nauczył się tego od zmarłych profesorów, których odwiedza w przyszłości, czy w zaświatach. My to traktowaliśmy zawsze za taki wymijający żart z jego strony, którym przykrywał niechęć dzielenia się swoją wiedzą… O! dzisiaj jak się zamknął w pokoju słyszeliśmy, że rozmawiał z kimś po niemiecku, z jakimś profesorem…”
„Telefonował gdzieś?”
„Nie. Stąd nigdzie się nie zadzwoni z komórki. Pomieszczenia są zabezpieczone przed podsłuchem i przed wyciekiem informacji na zewnątrz…”
„To z kim rozmawiał?”
„Myślę, że majaczył w pijanym widzie. Pierwszy raz przyszedł do pracy pod wpływem alkoholu. Ostatnio coś mu się nie udawało. Siedział tu przez ostatnie dni, od ósmej rano, do późna w nocy. Myślę, że to załamanie nerwowe z przepracowania”
„Zobaczymy, co powiedzą lekarze. Dziękuję panu za rozmowę. Oczywiście, wezwiemy pana i innych świadków na formalne przesłuchanie. Teraz pojadę do szpitala. Może dowiem się coś więcej”
W szpitalu spotkał się z ordynatorem oddziału, na którym leżał Kowalski. Dowiedział się, że jest on nieprzytomny i właściwie jest podejrzenie śmierci klinicznej
„Wie pan” – ordynator zwrócił się do prokuratora – „Na dobrą sprawę nie wiemy co mu jest. Bardzo dziwny przypadek. Niby wszystkie czynności życiowe przebiegają prawidłowo, żadnych odchyleń od normy. Bardzo zdrowy człowiek, a nie mamy z nim kontaktu. Zaraz po przywiezieniu zesztywniał. Wszystkie mięśnie ma bardzo napięte. Jedynie gałki oczne pod powiekami poruszają się nerwowo jak we śnie”
„Czy mógłbym go zobaczyć?… Wiem! Wiem, nie da się go przesłuchać. Chciałbym tylko go zobaczyć”
„Tak oczywiście. Ale tylko przez okno w drzwiach. Tam pilnuje go dwóch takich, chyba z policji. Chodźmy tam”
Przed drzwiami separatki, w której leżał Kowalski stał tłumek poruszonych pielęgniarek i lekarzy. Gdy doszli bliżej usłyszeli jak jeden z pilnujących antyterrorystów zapewniał zabranych drżącym z przejęcia głosem
„Nikt tu nie wchodził. Przysięgam! On po prostu zaczął się palić! Zauważyłem błysk światła przez okno w drzwiach. Z jego piersi buchnął ogień! Wpadłem tam, ale nic nie mogłem zrobić. Tylko popiół z niego został… Przysięgam. Nie wiem, jak to się stało…”
KONIEC