„Dostałeś list od ojca!”
Jolka oznajmiła mi na przywitanie przy drzwiach. Dostałem buziaka.
„Jak się czujesz, kochanie?” – zapytałem, ignorując wiadomość o liście.
Powiesiłem kurtkę w przedpokoju. Teraz była kolej na przywitanie się z Serdlem. Serdel do nasz jamnik. Zawsze stoi za swoją panią przy drzwiach jak przychodzę z pracy. Nigdy nie podchodzi do mnie pierwszy. Czeka aż Jolka się ze mną przywita. Dopiero wtedy jest jego kolej.
„Zosi jeszcze nie ma?” – Zapytałem
„Powinna przyjechać lada moment”
Nasza córka Zosia kończy niebawem osiemnaście lat. Od pewnego czasu studiuje na uniwersytecie. Prawie sto osiemdziesiąt kilometrów od domu. Mieszka w mieszkaniu studenckim. W piątki, tak jak dzisiaj, po zajęciach przyjeżdża do domu.
Była za kwadrans siódma. Siedliśmy do kolacji. W tym momencie wpadła Zosia z Danielem. Daniel to jej nowy chłopak. Razem studiują. Przywitali się, ale nie chcieli zostać na kolacji. Spieszyli się do kina. Gdy wyszli, Jolka zapytała
„Nie jesteś ciekaw co ojciec pisze?”
„Jutro przeczytam. Jestem zmęczony. Muszę jeszcze trochę popracować po kolacji”
„Tylko nie siedź jak wczoraj do drugiej. Pamiętaj o sercu…”
„Tak. Oczywiście, kochanie”
Po kolacji zabrałem się jeszcze raz, za kontrakt który miałem zawrzeć niebawem w Warszawie. Pracę zakończyłem tuż po północy. Poszedłem do kuchni po herbatę. Jolka jeszcze nie spała.
„Wyjdę z Serdlem i zaraz się kładę” – powiedziałem
„Nie musisz wychodzić. Zosia z Danielem wrócili godzinę temu i wyszli z nim”
Zrobiłem herbatę i wróciłem do mojego pokoju. Porządkowałem papiery na biurku i natknąłem się na ten list od ojca. Otworzyłem kopertę. W środku był ojca list i jeszcze jedna koperta z moim imieniem i nazwiskiem, bez adresu.
Kilka dni temu ojciec zdzwonił do mnie i powiedział, że przyniósł mu ją człowiek w mim wieku, podający się za mojego kolegę szkolnego. Mówił mu, że szukał mnie w Internecie i książce telefonicznej. Znalazł moje nazwisko, które jest chyba jedyne takie w Łodzi, więc zaryzykował, przyszedł do ojca, dowiedział się, że dobrze trafił a ponieważ ojciec nie chciał mu podać mojego adresu, poprosił o przesłanie tego listu do mnie. Dalej ojciec pisze, że u niego wszystko w porządku. Mimo swoich sześćdziesięciu ośmiu lat czuje się wyśmienicie. Jego młodsza o piętnaście lat żona Kasia dba o niego i dogadza mu we wszystkim.
Ojciec pobrał się z Katarzyną rok po śmierci mamy. Mama zginęła w 2002gim, w wypadku autobusowym w którym zginęło pięć osób, w tym mąż Katarzyny. Poznali się w czasie rozpraw sądowych dotyczących wypadku.
Otworzyłem drugą kopertę. List napisał mój kolega z klasy maturalnej naszego liceum w Łodzi, Zbyszek Biernach. Pisał, że podjął się zorganizować spotkanie maturzystów z naszej klasy. Odnalazł już czternaście osób z dwudziestu. Tyle nas, z naszej klasy przystąpiło do matury w 92gim. Chciałby, aby do spotkania doszło w lipcu, kiedy chyba wszyscy mogą wziąć urlopy i przyjechać do Łodzi.
On, Zbyszek, zarezerwował już salę w domu wczasowym Prząśniczka w Arturówku, w Łodzi na sobotę siódmego lipca. Kiedy będzie miał potwierdzenie, ile osób przybędzie, przedstawi propozycję menu. Musi je zamówić wcześniej, aby kuchnia mogła je przyszykować. Ponieważ zakłada, że będziemy się bawić do późna, załatwił już możliwość przenocowania na miejscu. Zakłada również ze każde z nas przyjdzie z osobą towarzyszącą dlatego skalkulował, że ta impreza będzie kosztowała tysiąc sto złotych od osoby, włącznie z noclegiem w dwuosobowym pokoju, lub siedemset złotych od osoby bez noclegu. Prosi, aby pieniądze przesłać na wskazane konto najpóźniej do pierwszego czerwca. Dalej były pozdrowienia i adres e-mailowy Zbyszka. Do listu była dołączona lista z nazwiskami tych których odszukał i prośba, aby powiadomić tych których na liście nie ma, oczywiście jeśli znamy adresy tych osób.
Przejrzałem listę, nie znalazłem na niej Janka Nowaka, którego widziałem ostatnio dwa razy przy dworcu autobusowym w naszym mieście. Janek chyba mnie nie poznał. Bardzo się spieszyłem. Skinąłem mu głową. Odpowiedział również skinięciem, ale miał bardzo pytający wyraz twarzy. Pomyślałem, że muszę go zapytać czy nie zechciałby pojechać na to spotkanie.
Następnego dnia, przy śniadaniu powiedziałem Jolce o listach.
„W lipcu zrobimy sobie wolne i pojedziemy na tydzień do Łodzi… Poznasz moich kumpli ze szkoły”
„Nie mam ochoty na takie imprezy. Zraziłam się na tej w Warszawie… Kiedy to było?… chyba cztery lata temu…”
„Nie cztery tylko trzy… w 2015tym. Teraz będzie inaczej. Teraz będzie kulturalne towarzystwo, absolwenci najlepszego łódzkiego liceum, a nie jak u ciebie, absolwenci Uniwersytetu Warszawskiego i do tego z polonistyki…”
„Proszę, przestań. Do dziś wstydzę się za nich. Było po prostu za dużo wódki”
„To nie tylko o wódkę chodzi. Pamiętasz, jak się cisnęli do nas ze swoimi pomysłami. Każdy z wódą i pyskiem gotowym do całowania… No i jak się obrażali, że nie chcemy z nimi wypić… Jak to? Przyjechaliśmy na spotkanie i nie pijemy?… To nie tylko wódka, to mentalność szpagatowej inteligencji…”
„Przestań. Mówiłam już, że się za nich wstydzę. Dlatego nie chcę więcej być na takich imprezach”
„Kochanie, zrobiliśmy błąd, gdy przedstawiliśmy się. Teraz zrobimy inaczej. Nie dojdzie do takiej sytuacji. Obiecuję ci.”
„Wolę jednak zostać w domu. Przecież nic się nie stanie, jak pojedziesz sam.”
„Zastanów się jeszcze. Jest dopiero kwiecień. Wyślę pieniądze za dwie osoby. To nie jest duża suma. Jak nie pojedziesz to najwyżej przepadną”
„Albo tata weźmie sobie żonę zastępczą…” – wtrąciła Zosia, która właśnie zeszła z Danielem na śniadanie.
„O! to nie jest głupi pomysł!… Może któraś z twoich koleżanek z roku pojechałaby ze mną?” – odparłem
„Musiałabym ją najpierw nauczyć parzyć ziółka dla ojca i prasować jego koszule…”
Wszyscy się zaśmiali, tylko Daniel, jak zwykle nie wiedział o co chodzi.
Kilka dni później znowu natknąłem się na Janka. Siedział jak poprzednio przed drzwiami do sklepiku z gazetami i papierosami. Przy nogach stał papierowy kubek po kawie. Zauważyłem na dnie kilka monet.
„Cześć Jasiu… Poznajesz mnie?” – zapytałem. Przyglądał mi się chwilę. Potem uśmiechnął się nieśmiało
„Teraz poznaję. Ty jesteś Leoś z naszej klasy w Łodzi…”
d dawna tu jesteś?”
W tym mieście od roku. Przedtem byłem w stolicy kilka lat, ale mnie przegnali…”
„Kto cię przegnał?”
„Cygany… Rumuny jebane”
„Jasiu, masz czas?” – głupie pytanie zadałem, na pewno ma masę czasu – „Chodź, pójdziemy coś zjeść”
„Ale ty płacisz…”
„Oczywiście. Ja zapraszam”
Poszliśmy do pobliskiej pizzerii. Janek wybrał dużą pizzę z wszystkimi dodatkami podwójnie. Ja zadowoliłem się niewielkim hamburgerem.
Dowiedziałem się, że Janek po burzliwym rozwodzie, stracił pracę w firmie teścia. Mieszkał krótko u matki. Nie mógł znaleźć pracy. W końcu matka go wygnała z domu. Tułał się po Łodzi, zbierał złom i makulaturę. W końcu został aresztowany, i skazany na dwa lata za, jak to powiedział, kogoś innego. Pomyłka sądowa – stwierdził.
Po odsiadce była żona przyczepiła się o alimenty. Dzieci nie mieli, ale sąd przyznał jej alimenty, ponieważ miała zaświadczenia lekarskie, że jest niezdolna do pracy. Znajomy, kierowca w dużej firmie przewozowej zabrał go do Berlina.
Janek mieszkał tam dwa lata. Mieszkał to za dużo powiedziane. Nocował w różnych miejscach. Najczęściej pod gołym niebem. Zimą na dworcach lub w ośrodkach prowadzonych przez różne organizacje charytatywne. Trochę pracował dorywczo na czarno, trochę, jak to określił – kombinował.
W Berlinie źle się czuł. Twierdził, że aby tam przetrwać trzeba się trzymać z rodakami. Ale on nie był przez nich akceptowany, ponieważ nie pije alkoholu. Wyjechał do Holandii, potem do Dani. Teraz znalazł się w naszym mieście.
„Jasiu, nie chciałbyś wrócić do Łodzi?”
„Po co?… Żeby mnie za dupę wzięli i zapudłowali za alimenty? A po za tym, za co? Mam tylko to co w tym pieprzonym kubku uzbieram. Ledwo starcza na żarcie…”
„Wrócisz do Łodzi, znasz języki, pamiętam, że byłeś z tego najlepszy, zaczniesz pracować, będziesz płacił alimenty i będziesz miał spokój”
„To nie takie proste”
„Pomogę ci jak będziesz chciał. Mam pewne kontakty w tamtejszych firmach. Masz Prawo Jazdy?”
„Mam, ale dawno nie jeździłem. Czemu miałbyś mi pomagać?”
„Bo jesteśmy kumplami z tej samej szkoły”
„Jacy kumple?… Ja na dnie a ty panisko całą gębą. Stać cię, aby takiemu dziadowi jak ja zafundować takie żarcie jak to…”
„Stać mnie na więcej, Jasiu. Pamiętasz Zbyszka Biernacha?”
„No. Taki wysoki, rudy z kręconymi włosami”
„Zgadza się. Dostałem list od niego. Organizuje spotkanie wszystkich z naszej klasy maturalnej. Pojadę na nie. Chciałbym abyś też na nim był…”
„Żartujesz chyba! Chcesz im pokazać jak nisko można upaść?!… Wystawić mnie na pośmiewisko?!… Dziękuję bardzo za pizzę. Niech zostanie tak jak jest. Trzymaj się”
Podniósł się i chciał odejść.
„Poczekaj chwilę! Źle mnie zrozumiałeś. Zaraz ci wytłumaczę o co mi chodzi. Siadaj i słuchaj”
Przez następną godzinę tłumaczyłam mu mój pomysł. Janek powoli się do niego zapałał. Zjadł jeszcze jedną pizzę. W końcu był zdecydowany jechać do Łodzi. Umówiliśmy się, jak tam się dostaniemy. Ja oczywiście finansuję podróż, nocleg na miejscu i płacę za Janka udział w imprezie.
„Jasiu, gdzie teraz mieszkasz?” – zapytałem
„Tu niedaleko jest taka rudera przygotowana do rozbiórki. Śpię tam w piwnicy”
„Będę tu po pracy około osiemnastej. Czekaj tu na mnie. Będę miał coś dla ciebie. Masz tu trochę pieniędzy. Ogarnij się i czekaj tu na mnie”
„Jesteś pewien, że chcesz to zrobić. Przecież będzie cię to kosztować kupę kasy, no i nasi kumple ze szkoły nie będą cię kochać…”
„W dupie to mam czy mnie będą kochać. W szkole byłem dla nich nikim. Dziewczyny z naszej klasy nawet rozmawiać ze mną nie chciały…”
Pożegnałem się z Jaśkiem i udałem się do firmy. Nie miałem dzisiaj dużo do zrobienia. Zamknąłem się w swoim pokoju. Sekretarce przykazałem, że nie ma mnie dla nikogo i żeby nie łączyła telefonów. Jak będzie coś pilnego to zadzwonią na komórkę.
Moi współpracownicy znali numer na moją komórkę i wiedzieli, że mogą na nią zadzwonić o każdej porze dnia i nocy pod warunkiem, że to jest naprawdę coś bardzo ważnego.
Rozparłem się w fotelu i zacząłem wspominać czasy szkolne. Im bardziej sobie je przypominałem, tym bardziej utwierdzałem się w przekonaniu, że to co zamierzam zrobić sprawi mi przyjemność. Jest to na pewno nie po chrześcijańsku, ale mam to gdzieś. To będzie taki trochę dowcipny rewanż za to jak byłem traktowany w szkole.
Moi rodzice posłali mnie do najlepszego liceum w Łodzi. To był rok 87my. Było im bardzo ciężko. Ojciec, od wyjścia z więzienia, na mocy amnestii z września 86go, nie miał pracy. Siedział za próbę obalenia Ustroju PRL. Matka pracowała w sklepie spożywczym jako sprzedawca. Tylko dzięki temu w domu było co jeść.
Mieszkaliśmy na Kozinach, na Lorentza, w dwupokojowym mieszkaniu. Ojciec dostał je w na początku lat siedemdziesiątych jako Przodownik Pracy Socjalistycznej. Zajął pierwsze miejsce we Współzawodnictwie Pracy Socjalistycznej. Złożył dużo wniosków racjonalizatorskich dotyczących naprawy parowozów w Zakładach Kolejowych w których pracował jako mechanik.
W budynku, w którym „dostali” mieszkanie, mieszkali tylko ludzie „na stanowiskach”. Na moich starych patrzyli zawsze z góry. Rodzice nigdy nie mieli bliższych kontaktów z sąsiadami.
Zaraz po wprowadzeniu się tam, przyszedłem na świat. Było to we wrześniu 72go. Kiedy jako mały brzdąc byłem przez matkę przyprowadzany do piaskownicy przed domem, to zdarzało się, że inne matki zabierały swoje pociechy i odchodziły gdzie indziej.
Z przedszkola na Wapiennej mam tylko dobre wspomnienia. Tak samo ze szkoły podstawowej. Chodziłem do tej na rogu Lorentza i Wapiennej.
Ambicją moich rodziców było abym do czegoś doszedł. Abym miał lepiej niż oni. Uczyłem się bardzo dobrze. Nie miałem kłopotów z dostaniem się do tego liceum co sobie wymarzyli moi starzy.
To były ostatnie lata PRLu. W naszym liceum byli prawie wyłącznie uczniowie, z rodzin lekarzy, prawników i dyrektorów różnych instytucji. Były też dzieci tak zwanych prywaciarzy i badylarzy. Wszyscy oni mieli zawsze najmodniejsze ciuchy, buty i modne wtedy gadżety jak radiomagnetofony, drogie aparaty fotograficzne i rowery. W ich otoczeniu liczyły się pieniądze. Tylko pieniędzmi można było im zaimponować. No i dziewczyny… To osobny rozdział. W naszej klasie było nas dwadzieścia osób w tym siedem dziewcząt. Należały do grupy. Tworzyli dosyć hermetyczne towarzystwo.
Ja do tego grona nie mogłem się przebić. Byłem zaledwie tolerowany, chyba tylko dlatego że pisałem czasem za niektórych prace domowe…Nie za darmo. Pozwalałem też ściągać ode mnie na klasówkach. Nie miałem pieniędzy, więc nie mogłem im zaimponować. Nie byłem zapraszany na urządzane przez nich domówki. Nie spotykaliśmy się po szkole na mieście.
W drugiej licealnej miałem wypadek na gimnastyce. Złamałem nogę. Została źle złożona. Od tego czasu moja lewa noga jest o około trzech centymetrów krótsza. Gdy byłem w szpitalu przez kilka miesięcy, nikt z klasy mnie nie odwiedził. Tylko Janek, syn nauczycielki z sąsiedniego domu, przychodził dwa razy w tygodniu z książkami szkolnymi i odnosił do szkoły moje zaszyty z pracami domowymi.
Na wycieczkach urządzanych przez szkołę pito dużo alkoholu. Moi koledzy licytowali się w przynoszeniu najdroższych alkoholi. Zdarzało się, że upijali nim nauczycieli. Wielu nauczycieli, którzy w Polsce zawsze cienko przędli, patrzało na nich z cichą pogardą. Byli jednak tacy którzy korzystali z majętności uczniów. Udzielali dobrze płatnych korepetycji. Ci których było na nie stać nie musieli się wysilać z nauką. Zawsze mieli wszystko zaliczone na piątkę.
Moja sytuacja zmieniła się bardzo radykalnie po maturze. Maturę zrobiłem w 91szym, w nowej, polskiej rzeczywistości. Od prawie dwóch lat, ludzie uczyli się żyć w Kapitalizmie. Nie wszystkim to się udawało. Moim rodzicom udało się utrzymać na powierzchni. Nie musiałem pomagać im finansowo. Mogłem uczyć się dalej. Bardzo tego chcieli.
Dostałem się bez trudu na Uniwersytet, na ekonomię, ale po pól roku zrezygnowałem. Nie dlatego że nie dawałem sobie rady, tylko dlatego że zauważyłem, że nie tędy droga, aby coś w życiu osiągnąć. To „coś”, uważałem, to pieniądze. Pieniądze, których mi tak zawsze brakowało. Pieniądze, których zazdrościłem moim kolegom ze szkoły. Pieniądze, dzięki którym zdobędę szacunek i uznanie wśród ludzi.
Mieszkałem z rodzicami w ich mieszkaniu. Ojciec od 89go pracował w nowopowstałej firmie transportowej jako szef warsztatu. Firma należała do jego kumpel z więzienia. Inny jego kolega, też z więzienia, którego spotkałem na przyjęciu urodzinowym ojca, prawnik, z ekonomicznym wykształceniem, założył firmę windykacyjną w Warszawie. Zaproponował mi pracę i mieszkanie. Dostałem dobre warunki finansowe. Bez wahania się na nie zgodziłem.
Wyniosłem się do Warszawy. Zostałem jego Prawą Ręką, czymś w rodzaju sekretarza. Pan Zdzisław, tak miał na imię, w ciągu niecałego roku, wprowadził mnie w ekonomię zarządzania firmą lepiej niż gdybym studiował to kilka lat.
Dużo się przy nim nauczyłem. Jeszcze więcej nauczyłem się, obserwując i analizując błędy tych wszystkich zadłużonych po uszy nieszczęśników, z którymi się zetknąłem podczas pracy jako asystent windykatora.
W Warszawie poznałem Jolkę. Studiowała polonistykę na Uniwersytecie. Dostała dyplom w 94tym. Na wiosnę 95go wyjechaliśmy z Polski na wakacje zbierać jagody na północy Skandynawii.
Matka Jolki jest emerytowaną nauczycielką. Chciała, aby córka poszła w jej ślady, ale szybko pożałowała, że jej tak poradziła. Ojciec opuścił rodzinę i wyjechał w nieznane. Miała wtedy dziesięć lat.
Jolka na szczęście wcześnie się zorientowała, że trzeba stawiać na języki obce i rozglądać się za wyjazdem z kraju. Równolegle z polonistyką uczyła się ostro angielskiego i niemieckiego…
Sygnał komórki wyrwał mnie ze wspomnień. Jolka dzwoniła, aby zawiadomić mnie, że jest kłopot. Serdel dostał się na działkę najbliższych sąsiadów i zagryzł im jednego z kotów. Sąsiad zawiadomił policję.
To już drugi kot zagryziony przez Serdla w ciągu roku. Poprzedniego zagryzł u sąsiada po drugiej stronie ulicy. Udobruchałem sąsiada oferując pieniądze wystarczające na zakup całej kociej farmy.
„Trudno, kochanie. Zapłacimy mandat. Sąsiadowi powiedz, że skoro zawiadomił policję to może liczyć tylko na odszkodowanie z naszego ubezpieczenia od odpowiedzialności cywilnej. Od nas nie dostanie ani grosza”
„Nie będzie zadowolony… wie, ile daliśmy za tamtego kota”
„Porozmawiam z nim jak wrócę. Teraz mam trochę pracy”
Po rozmowie z Jolką nie wróciłem już do wspomnień. Zadzwoniłem do znajomego, który miał magazyn rusztowań budowlanych. Wiem, że ma tam barakowozy które wypożycza na budowy. W jednym z nich ma stróżówkę, w której kiedyś miał kogoś, kto mu pilnował magazyn. Teraz jest to nie opłacalne, aby płacić za pilnowanie, ale może zgodzi się, aby Janek zamieszkał tam do lipca. Tak jak przypuszczałem zgodził się pod warunkiem, że ręczę za Janka.
O osiemnastej podjechałem pod pizzerię. Janek kończył jeść pizzę. Najpierw podjechaliśmy do budynku, w piwnicy którego miał swoje rzeczy. Nie było tego dużo. Kilka toreb foliowych i jakaś kurtka zimowa. Chciał stamtąd zabrać jeszcze stary materac z gąbki, ale go od tego odwiodłem.
Barakowóz u mojego kumpla w porównaniu z piwnicą był pałacem. Janek był zadowolony. Mój kumpel też. Pokazał Jankowi, gdzie jest łazienka z ubikacją. Dał od niej klucz. Na koniec dałem Jankowi firmową komórkę z zaprogramowanym moim numerem. Obiecałem zdzwonić i umówić się z nim w przyszłym tygodniu.
W domu, przy kolacji opowiedziałem Jolce o Janku oraz wtajemniczyłem ją w mój plan.
„Leoś, świnia jesteś… Ale podoba mi się twój plan” – zareagowała z e śmiechem
„Uśmiejemy się na miejscu… Zobaczysz”
„Nie, Leon. Nie pojadę z tobą… Wierz mi, będę się źle czuła”
„Do lipca jest jeszcze trochę czasu… Zastanów się. A teraz powiedz, jak zakończyła się afera kryminalna z udziałem naszego Serdla?”
W połowie czerwca musiałem na kilka dni wpaść do Warszawy. Byłem tam z kilkoma współpracownikami. Pracowaliśmy od świtu do późnego wieczoru, ale dopięliśmy swego. Miałem podpisany wieloletni kontrakt dla mojej firmy. Potem, ostatniego dnia byliśmy zaproszeni przez kontrahenta na przyjęcie do hotelu Marriott. Przyjęcie trwało do rana. Byłem zbyt zmęczony, aby wpaść do ojca do Łodzi.
W Łodzi zjawiłem się na początku lipca. Przyjechałem tylko z Jankiem. Jolka została w domu. Wziąłem jej białego Mercedesa AMG GT. Mój samochód zostawiłem w domu. uważałem, że Jolki, będzie pasował lepiej do takiego playboya jakim stał się Janek.
Zainwestowałem w niego. Zainwestowałem to może za dużo powiedziane. Kupiłem mu nowe bardzo drogie ubrania i buty. Dokładnie z nim obgadałem, jak ma się zachowywać. Byłem z nim kilka razy w drogich knajpach. Janek doskonale wczuł się w rolę. Przeistoczył się w przystojnego faceta, który do tego wspaniale tańczy. Widziałem jak kobiety na niego spoglądały.
Zazdrościłem mu tego. Ja ze swoją krótszą nogą, nawet w porządnym ubraniu, przypominam wyglądem Kiepskiego z popularnego serialu telewizyjnego.
Zatrzymaliśmy się w hotelu Campanile. Mieliśmy pokoje na tym samym piętrze. Janek zameldował się na swój stary Dowód Osobisty. Ja pod moim nowym nazwiskiem. Zaraz po zameldowaniu obgadaliśmy w moim pokoju ostatnie ustalenia. Do imprezy było jeszcze sześć dni.
„Jasiu, od tej chwili nie przebywamy razem. Do spotkania w Prząśniczce rób co chcesz. Auto jest do twojej dyspozycji. Pokazuj się w nim. Może cię ktoś zauważy. Wiesz co mówić. Pamiętaj impreza zaczyna się o osiemnastej. Przyjedź tam spóźniony piętnaście, dwadzieścia minut. Dobrze by było jak by cię widzieli, jak zajeżdżasz. Tam w zasadzie nie można podjeżdżać pod samą knajpę, ale olej się na to… Nie obawiaj się o mandat czy jakieś zatargi ze strażnikami… Ja teraz pojadę odwiedzić ojca”
„Może cię podwieźć?”
„Nie. Wezmę taksówkę”
„Leon, mam wyrzuty sumienia. Wpakowałeś we mnie kupę kasy. Wiesz, że nigdy ci tego nie będę mógł oddać… Co z tego będziesz miał?”
„Satysfakcję Jasiu. Satysfakcję”
„Satysfakcję, mówisz… Na satysfakcję wydać tyle forsy…”
„Stać mnie na to… Nie wracajmy już do tego. Już żeśmy to obgadali.”
Zadzwoniłem do ojca. Umówiłem się na wieczór. Na Lorentza przyjechałem około siódmej. W domu był ojciec, Katarzyna i jej córka Joanna.
Znam Joannę od czasu, gdy byłem z Jolką u ojca na jego ślubie z Katarzyną. Joanna mimo swoich trzydziestu lat miała za sobą kilka nie udanych związków. Obecnie od dwóch lat jest nieszczęśliwie zakochana w żonatym koledze z biura.
Mieszka niedaleko, więc niemal co dziennie po pracy wpada do matki i wypłakuje swoje miłosne kłopoty. Ojciec też bierze w tym udział. Oboje z Katarzyną próbują ją pocieszać i udzielać rad. Ojciec zawsze później dzwoni do mnie i składa z tego dokładną relację. Nic mnie to nie interesuje, ale pozwalam mu się wygadać. Wiem, że te rozmowy ze mną są dla niego jakąś formą terapii.
Zjedliśmy kolację. Przy kolacji Joanna powiedziała mi, że wie od Jolki o tym, że jestem w Łodzi. Zapytała mnie kto to jest ten przystojniak, z którym przyjechałem?
„Jaki przystojniak, Joasiu?” – zapytałem
„Jolka mi mówiła, że przyjechałeś z nim na spotkanie z kolegami szkolnymi… Podobno to kawaler”
„Rozwodnik, Joasiu… w moim wieku. Chyba za stary dla ciebie”
„Co za stary?… Ile ty masz lat?… O ile pamiętam to czterdzieści sześć. Dość mam dupków w moim wieku. Może warto spróbować z kimś starszym?”
„Zawsze ci mówiłam, córuś, poszukaj sobie kogoś starszego, statecznego. Zobacz, jak nam jest dobrze razem” – wtrąciła jej matka.
W tym momencie wpadł mi do głowy pomysł, aby skontaktować Joannę z Jankiem. Niech ma chłop trochę uciechy. Od razu sam siebie skarciłem w myślach za jeszcze jeden niechrześcijański pomysł. Myślę jednak, że Jolce by się spodobał.
„Jak chcesz Joasiu, to zaaranżuję przypadkowe spotkanie z tobą i Jankiem”
„Bardzo dobry pomysł” – Przytaknęli niemal jednocześnie ojciec i Katarzyna.
„Jak sobie to wyobrażasz?” – zapytała Joanna
„Wiesz, gdzie jest kawiarnia Grand Coffe?” – zapytałem
„Wiem, na Piotrkowskiej, w Grand Hotelu”
„Możesz być tam jutro o piątej?… Będę tam z Jankiem. Spotkamy się niby przypadkiem”
„OK”
Krótko potem pożegnałem towarzystwo i wróciłem do hotelu. Zadzwoniłem na komórkę Janka. Opowiedziałem mu o Joannie. Ku mojemu zaskoczeniu nie był zachwycony pomysłem
„Chcesz Leon abym oszukiwał jakąś kobietę, której nawet nie znam?”
„Zaraz – oszukiwał… Nie musisz jej oszukiwać. Umów się z nią na to spotkanie w Prząśniczce, zabawicie się razem. Oboje będziecie zadowoleni i to wszystko”
„Nie wiem czy to uczciwe wobec niej?”
„Uczciwe. Uczciwe… Nie musisz jej zaraz obiecywać ślubu… Po za tym to bardzo przystojna kobieta”
„Jeszcze się nic nie zaczęło, a już męczy mnie udawanie kogoś kim nie jestem”
„Wytrzymaj Jasiu, jeszcze klika dni. Jutro do południa spotykam się z gościem, który możliwe, że cię zatrudni tu w Łodzi”
„Jak się dowie wszystkiego o mnie to mnie nie zatrudni…”
„On już wie wszystko. Opowiedziałem mu o tobie. Teraz dużo zależy od ciebie jak wypadniesz na spotkaniu z nim”
Janek chwilę milczał
„To, gdzie mamy spotkać tą Joannę?”
Edek ma firmę, w której wytwarza kartonowe opakowania dla producentów eksportujących swoje wyroby. Często ci którzy zlecają mu robotę chcą również, aby drukował na przykład instrukcje obsługi do ich produktów. Niestety rzadko mają je przetłumaczone poprawnie na angielski.
Zapewniłem go, że Janek doskonale zna angielski i niemiecki w mowie i piśmie. Oczywiście opowiedziałem mu o kłopotach Janka. Chciał go spotkać od razu.
Z biura Edka zadzwoniłem do Janka. Wyjaśniłem, gdzie ma zaraz przyjechać. Obiecał być w ciągu kwadransa. Jakież było zdziwienie Edka, gdy Janek zajechał Jolki białym Mercedesem
„Rzucam w pizdu firmę… Od jutra też chcę być żebrakiem” – rzekł do Janka na przywitanie
„To nie moje, Leon dał mi pojeździć” – odpowiedział Janek przepraszająco
„A jednak szata zdobi człowieka” – zauważyłem.
Po rozmowie, przy której byłem obecny, praca była załatwiona od piętnastego lipca. Edek obiecał zapytać o możliwości wynajęcia pokoju u znajomego samotnego emeryta. Na koniec poprosiłem Edka, aby zadzwonił do mnie pod byle pozorem zaraz po wpół do szóstej.
W kawiarni byliśmy z Jankiem kwadrans przed piątą. Dziesięć po piątej weszła Joanna. Rozglądała się do okoła, chociaż spostrzegłem, że zauważyła nas od razu po wejściu.
Po chwili, „zauważyła” nas.
„O, cześć Leon. Miała tu być koleżanka, ale jej nie widzę… spóźnia się jak zawsze”
„Siadaj Joasiu, poczekaj przy naszym stoliku… Pozwól, że ci przedstawię przyjaciela ze szkolnych lat… Jan Nowak”
„Joanna Binkowska…”
Podała mu rękę, którą Janek przytrzymał odrobinę dłużej niż to jest przyjęte. Nie trzeba było być bystrym obserwatorem, aby zauważyć, że oboje wywarli na sobie dobre wrażenie. Janek od razu zaproponował kawę i wino. Przeprosił, że on nie wypije z nią wina, ale jest samochodem.
Potem była rozmowa o niczym a jeszcze kilka minut później zadzwonił Edek. Po krótkiej rozmowie z Edkiem było mi bardzo przykro, że jestem zmuszony ich opuścić, ale mam nadzieję, że mnie rozumieją – interesy wzywają.
Przez następne dni, aż do soboty, siódmego, nie widziałem się z Jankiem ani z nim nie rozmawiałem. W sobotę przed imprezą przebrałem się w swój stary, szary garnitur, który Jolka nie zdążyła wyrzucić, do tego zniszczone byty i niemodna koszula z lekko przetartymi mankietami. Chwilę przeglądałem się w lustrze. Byłem zadowolony z wyglądu. Czegoś mi jeszcze brakowało. No tak. Potrzebuję taniej wody kolońskiej. Kupię po drodze.
Do osiemnastej było jeszcze prawie dwie godziny. Wyszedłem z hotelu i udałem się w stronę Piotrkowskiej. Szedłem spacerkiem w stronę Placu Wolności. W Żabce kupiłem najtańszą wodę kolońską. W pobliskiej bramie skropiłem się nią solidnie. Resztę wyrzuciłem. Na rogu Zielonej i Kościuszki wsiadłem w taksówkę.
Przy Prząśniczce byłem niemal punktualnie o szóstej. Przed wejściem stało kilka osób. Palili papierosy. Wszyscy ubrani jak na przyjęcie weselne. Poznałem Benka Musiała, Janusza Ciecha i bliźniaków Jarka i Leszka Kubickich.
Były tam jeszcze dwie panie, ale nie znałem je. Podszedłem do nich Przywitałem się z nimi. Podaliśmy sobie ręce. Wymieniłem ich imiona, ale oni chyba mnie nie skojarzyli. W tym momencie nadjechało Volvo i wysiadł z niego Andrzej Snopek w towarzystwie młodej kobiety. Panowie przeprosili mnie i podbiegli do Andrzeja przywitać się.
Wszedłem do środka. Zaraz za drzwiami przy stoliku siedział organizator spotkania, Zbyszek Biernach. Miał przed sobą listę gości i odhaczał na niej tych którzy przyszli. Podszedłem do niego
„Witaj Zbyszku, poznajesz mnie?” – zapytałem.
Podniósł się od stołu, podaliśmy sobie ręce
„Oczywiście, poznaję, poznaję, a jakże ty jesteś, ten… No! Ty jesteś Lech Dądrzewiczowicz!… Zgadza się?”
„Prawie, Zbysiu… Nie Lech tylko Leon”
„No! Oczywiście! Przecież mam tu zapisane” – spojrzał na swoją listę – „A gdzie twoja towarzyszka? Wpłaciłeś za dwie osoby”
„Sam przyjechałem. Jest chora i musiała zostać w domu”
„Oj, to przykra sprawa” – ocenił mnie wzrokiem – „Wiesz, że nie będę ci mógł zwrócić pieniędzy które za nią wpłaciłeś?”
„Szkoda. Przydały by się”
„Niestety. Nie mogę. Wszystko już wydane. Słuchaj, zamierzam zacząć za jakieś czterdzieści minut od przedstawienia wszystkich w kolejności alfabetycznej, tak jak w szkole, z tym, że przy każdej osobie wymienię również osobę towarzyszącą…”
„No to przy mnie nie musisz…”
„Tak. Oczywiście. Chcę podać obecny zawód uczestnika i miejsce zamieszkania. Mamy tu kilka osób, a dokładnie cztery, które przyjechały z zagranicy. Co podać przy prezentacji twojej osoby?”
„Napisz zawód – handlarz złomem. Mieszkam w Nowym Targu”
Spojrzał na mnie, taksującym wzrokiem jeszcze raz. Widocznie nie ocenił mnie zbyt wysoko, bo zaraz zapytał
„Mam na pewno przedstawić cię jako handlarza złomem? Można nie podawać zawodu. To nie obowiązkowe”
„Nie. Dlaczego miałbyś pominąć mój zawód. Praca jak każda inna…”
„Jak chcesz…”
Przerwaliśmy rozmowę. Do stolika podszedł Andrzej Snopek z towarzyszką. Odsunąłem się. Przy sąsiednim stoliku kelnerka serwowała powitalne drinki. Poprosiłem o coś bezalkoholowego. Stanąłem z boku. Słyszałem, jak Andrzej przedstawił narzeczoną Mariolę i podał zawód – kupiec. Mieszkaniec Rzgowa.
Wyszedłem na zewnątrz. Lada moment powinien przyjechać Janek. Nadjechał po kilku minutach, ale nie Mercedesem tylko Skodą Fabią. Zaparkował obok kilku stojących samochodów. To on prowadził auto.
Przyjechał z Joanną. Wyglądali bardzo elegancko. Ci co stali na zewnątrz przerwali rozmowy. Panowie z nieukrywanym zainteresowaniem przyglądali się Joannie. Panie wpatrzone były w Janka. Przywitał się z wszystkimi, przedstawiał Joannę.
Wszedłem pośpiesznie do środka i stanąłem tak aby widzieć stolik Zbyszka. Po chwili Janek przywitał się serdecznie ze Zbyszkiem. Przedstawił Joannę. Na pytanie o zawód odpowiedział głośno – żebrak. Wywołał tym śmiech stojących w pobliżu.
„Mam tak cię przedstawić?” – zapytał Zbyszek
„Tak, oczywiście. Jeśli chodzi o zamieszkanie to podaj, że od dzisiaj mieszkaniec Łodzi”
„Janku, ty masz zapłacone tylko za jedną osobę…”
Zbyszek sprawdził w swoim zeszycie
„Tak. Wiem o tym. Zmieniło się i przybyłem z Joanną. Ile mam dopłacić?”
„Masz zapłacone za nocleg też… Jeśli Joanna zostaje na noc to razem tysiąc sto złotych… Ale tylko gotówką”
„Nie ma sprawy” – Odparł Jasiu i wyciągnął plik banknotów.
Po kilku minutach Joanna oddaliła się przypudrować nosek. Doszedłem do Janka
„Co się stało? Gdzie Mercedes?”
„Na parkingu przy hotelu. Nic mu nie jest. Kluczyki zostawiłem w recepcji”
„Dlaczego nim nie przyjechałeś tak jak się umówiliśmy?”
„Joasia nie chciała nim przyjechać. Ta Skoda to jej auto. Powiedziała, że nie chce abym udawał kogoś kim nie jestem. Wie o mnie wszystko.”
„Wszystko?!”
„Tak. Wszystko. Od jutra wprowadzam się do niej”
Chciałem jeszcze porozmawiać, ale właśnie podeszła Joanna. Byłem przekonany, że będzie miała do mnie pretensje za to, że wykorzystuję trudną sytuację Janka do swoich celów. Jednak myliłem się Uścisnęła mnie na powitanie
„Cieszę się, że dzięki tobie poznałam Janka. Jest wspaniałym mężczyzną…”
„Ja też się cieszę, że ty się cieszysz. Mam nadzieję, że Janek też się cieszy”
Trochę niezgrabnie wyszło z tym cieszeniem się, w mojej odpowiedzi. Nie zwrócili uwagi na lekką ironię w niej zawartą.
„Słuchaj Leon, od teraz Janek jest pod moją opieką. Dziękuję ci za wszystko co dla niego zrobiłeś. Nie wiem jak mam… Właściwie, nie wiem, jak mamy się tobie odwdzięczyć. Nie możemy ci teraz oddać wszystkich pieniędzy które w niego włożyłeś, ale postaramy się je spłacić. Nie chcę, aby Janek zostawiał za sobą więcej długów…”
Przerwałem jej.
„Janek nie ma wobec mnie żadnych długów. Potraktujcie mój wkład pieniężny jako prezent dla was obojga z okazji waszego poznania się… Mam prośbę. Nie mów nikomu jak się teraz nazywam, co robię i gdzie mieszkam. Chcę…”
Przerwała mi
„Tak. Wiem Janek mi powiedział co planujesz” – zaśmiała się – „Świnia jesteś Leoś… Ale to może być zabawne”
„Już to słyszałem, że jestem świnia. Cieszę się, że ci się podoba mój pomysł”
Dalszą rozmowę przerwał nam donośny głos Zbyszka dochodzący z głośników.
„Uwaga! Kochani! Witam wszystkich którzy zjawili się na spotkaniu byłych uczniów i uczennic naszej klasy maturalnej czwartej B.
Na początku kilka informacji porządkowych. Po pierwsze, proponuję abyśmy wszyscy zwracali się do siebie po imieniu. Żadnych pań ani panów. Zgadzacie się?!”
Gromkie „Tak!!!” zatwierdziło propozycję Zbyszka
„Po drugie, jak z pewnością zauważyliście, ustawiłem na stolikach wizytówki z naszymi nazwiskami. Proponuję abyśmy tak usiedli, potem oczywiście możecie się zamieniać miejscami tak jak będziecie chcieli.
Po trzecie. Nie mogłem się z wami dogadać co do menu, więc zarządziłem bufet, tak zwany szwedzki stół. Stoją na nim potrawy, talerze i tak dalej. Każdy podchodzi, ile razy zechce i nakłada sobie co chce. Na każdym stole, przeznaczonym dla dwóch par, stoi pół litra Wyborowej. Drinki powitalne podają panie kelnerki. Więcej alkoholu należy sobie zamówić. I to by było wszystko.
Zapraszam do stołów! Orkiestra! Grać!”
Bufet zastawiony potrawami stół stał wzdłuż okien. Dziesięć stołów ustawione było w półkole otaczające parkiet przeznaczony do tańców. Za parkietem, na niewielkim podwyższeniu siedziała „orkiestra” składająca się z perkusisty, gitarzysty, saksofonisty i akordeonisty. Stał tam jeszcze jakiś elektroniczny instrument klawiszowy. Nieco bardziej w głębi stał stolik dla orkiestry.
Orkiestra zaczęła grać jakiś utwór, który nie mogłem zidentyfikować. Okazało się, że mają jeszcze solistkę. Długowłose dziewczę w wieku około dwudziestu lat zaczęło śpiewać coś co miało bezsensowne słowa.
Najwięcej sensu dopatrzyłem się w refrenie, który brzmiał tak, cytuję z pamięci
„La, la la la la Ech!”.
No dobrze. Przyznaję, że się czepiam. Po prostu przyzwyczajony jestem do trochę innych standardów.
Swoje imię znalazłem na stole stojącym po prawej stronie. Była tam jeszcze wizytówka Jolki i jednego z bliźniaków, Leszka Kubickiego z małżonką Grażyną. Zespół przestał grać, wszyscy goście usadowili się na swoich miejscach.
Zauważyłem ze przy wielu stolikach są wolne miejsca. Zbyszek podszedł do mikrofonu
„Uwaga! Kochani! A teraz odczytam listę obecności. Odczytana osoba wstaje i się wszystkim kłania… Zaczynamy!… Pierwszy na liście według alfabetu jestem ja – Zbigniew Biernach, jestem tu sam, ponieważ od czterech lat jestem wolnym człowiekiem… Jestem rozwodnikiem”
Śmiech panów przerwał jego wypowiedź. Panie raczej nie doceniły dowcipu. Zbyszek po chwili mówił dalej
„Mieszkam w Łodzi. Trudnię się pośrednictwem w handlu mieszkaniami. Polecam swoje usługi”
„Tylko bez reklam!” – Krzyknął ktoś od stołu. Sala się zaśmiała.
„Dobrze już, dobrze. Bez reklam… Drugi na liście jest Janusz Ciech z małżonką Elżbietą. Podnieś się Janusz. Janusz jest lekarzem pediatrą” – przez salę przeszło mruknięte z uznaniem Oooo! – „Mieszka we Wrocławiu… Trzeci na liście jest Leon Dądrzewiczowicz. Przybył sam. Żona zaniemogła i została w domu. Leon handluje złomu…” – cichy śmiech towarzyszył mi, gdy się podniosłem i ukłoniłem – „Leon mieszka w Nowym Targu… Czwarty, Grzegorz Dopierała zadeklarował przyjazd z małżonką, ale się wycofał. Piąta jest Maria Dylik z mężem Jakubem. Obecnie Wojciechowska-Bednarz. Marysia jest nauczycielką w szkole w Poznaniu. Tam też mieszka. Szósta jest Zofia Kowalczyk. Zosia przyjechała sama. Ma sklep ogrodniczy w Zgierzu i tam mieszka. Siódmy jest Jarosław Kubicki z żoną Haliną… Nie pomylcie go z jego bratem Leszkiem, który też tu jest. Jarek jest adwokatem. Mieszka w Łodzi… No i ósmy na liście, jego brat Leszek Kubicki z żoną Grażyną. Leszek jest dziennikarzem, pisze o handlu zagranicznym… Na pewno widzieliście go nie raz w dzienniku telewizyjnym. Mieszka w Warszawie.
Dziewiąty, Adam Losek zgłosił udział w spotkaniu, wpłacił pieniądze… Niestety przedwczoraj dostałem maila od jego żony, że Adam zginął w wypadku samochodowym tydzień temu… Uczcijmy Adama minutą ciszy”
Przez chwilę słychać było szum odsuwanych krzeseł. Gdzieś zboku usłyszałem cichy, krótki kobiecy szloch. Po chwili Zbyszek dał znać i wszyscy usiedli. Jeszcze przez chwilę słychać było szmer rozmów. Przy moim stole Leszek mówił żonie, że przez jakiś czas siedział w jednej ławce z Adamem.
„Halo! Proszę o ciszę!… Dziesiąta jest Mariola Mnich z mężem Edwardem. Mariola obecnie nosi nazwisko Dera. Razem z mężem są stomatologami. Mają gabinet w Kutnie i tam mieszkają… Jedenasty jest Bernard Musiał z żoną Sarą… Benek przyjechał do nas z Hajfy w Izraelu. Pracuje jako policjant…”
„W policji drogowej!” – Benek uzupełnił informację podaną przez Zbyszka
„Benek! Czy ta policja drogowa nie nazywa się Mosad?!” – Krzyknął od stolika Jarek Kubicki.
Wszyscy się zaśmiali.
„Akurat w drogówce nie znam nikogo z Mosadu, ale musicie wiedzieć, że jak u nas zapytacie, ile ludzi w Izraelu pracuje dla Mosadu? To dostaniecie odpowiedź, że co drugi… Nie wierzcie tym informacjom… U nas każdy pracuje dla Mosadu… Oczywiście po za tymi z Drogówki”
Gromki śmiech uniemożliwiał czytanie listy. Dopiero po dłuższej chwili Zbyszek doszedł do głosu
„Dwunasty jest Jan Nowak ze swoją towarzyszką Joanną… Janek podał, że jest… Słuchajcie!… Mówi, że jest żebrakiem!” – znowu śmiech.
Ktoś krzyknął
Ktoś inny zapytał
„A czy piękna pani Joanna też jest żebraczką?”
„Uzgodniliśmy, że nie używamy zwrotów pani i pan… możecie później zapytać Joannę czy jest żebraczką. Dodam jeszcze, że Janek jest z Łodzi…Trzynasty jest Edward Nowicki. Przyjechał do nas z Paryża ze swoim przyjacielem i wspólnikiem Hubertem. Prowadzą tam dom mody damskiej…”
Słuchać było ciche chichoty. Wszyscy dłużej przyglądali się Edkowi i Hubertowi.
„Czternasty to Marian Olejniczak. Miał przyjechać z Konina, ale się jeszcze nie zjawił. Może jeszcze przyjedzie. Piętnasta to nasza koleżanka Janina Owicka. Przyjechała sama z Hamburga. Prowadzi tam agencję pośrednictwa pracy dla Polek” – śmiech na sali – „Przepraszam… Dla Polek i Polaków… Szesnasta jest Grażyna Palczyńska, w dalszym ciągu panienka, jak sama o sobie mówi. Grażynka jest pisarką. Pisze książki dla dzieci. Mieszka w Łodzi. Siedemnasty jest Zygmunt Pudelczak. Zygmunt jest księdzem i jak się domyślacie przybył do nas bez towarzystwa. Mieszka przy parafii w Mrągowie. Osiemnasty jest Andrzej Snopek ze swoją młodą narzeczoną Mariolą. Andrzej jest kupcem ze Rzgowa.
Dziewiętnasta osoba to Beata Szczepnicka z mężem Paulem Gallim z Mediolanu. Gdyby ktoś nie wiedział, gdzie leży Mediolan to informuję, że we Włoszech” – Zbyszek zdobył się na dowcip – „Mają tam zakład fryzjerski… I ostatni uczestnik naszego spotkania to Michał Wiśniak. Michał jest politykiem i pewniakiem w najbliższych wyborach do Sejmu. Mieszka na wsi w Białostockiem.
A teraz zapraszam wszystkich do bufetu z potrawami. Nie musimy się martwić, że jedzenia zabraknie. Panie kelnerki natychmiast uzupełnią to co zniknie ze stołu”
Ksiądz Zygmunt podszedł do Zbyszka i poprosił o głos
„Chcę coś zaproponować. Zanim usiądziemy spożyć te dary Boże, zmówmy krótką modlitwę. Pomódlmy się też za naszego tragicznie zmarłego brata Adama…”
„Zygmunt” – przerwał mu Zbyszek – „Księże Zygmuncie. Tu nie wszyscy będą się modlić. Ci co chcą niech się pomodlą w duchu…”
„To prawda! Nie przyszliśmy tu na mszę!” – Krzyknął wyraźnie podpity Andrzej Snopek
„No wiecie państwo! Bezbożnik! Jak można tak odpowiedzieć księdzu! – oburzyła się pisarka Palczyńska
„Dobra… Zaczynajmy!” – Rozległo się od stołów.
Zygmunt bez słowa odszedł od mikrofonu. Nikt już nie wracał do tematu modlitwy. Znów zrobił się szum odsuwanych krzeseł. Tym razem trochę bardziej nerwowy niż przy uczczeniu Adama minutą ciszy.
Postanowiłem zaczekać z podchodzeniem po jedzenie. Leszek z Grażynką też się nie spieszyli.
„Patrz, jak się pchają do koryta, poprzewracają się…” – zwrócił się do mnie Leszek
„Pewno są głodni” – odpowiedziałem
„Głodni? Uchlali się już co po niektórzy” – dodała Grażynka – „Zobacz, na niektórych stołach butelki są już puste”
Na dźwięk słowa „butelki” Leszek wziął do ręki tą stojącą na naszym stole i napełnił trzy kieliszki
„Napijmy się… Za spotkanie” – wzniósł do góry swój kieliszek
„Dziękuję. Nie piję” – odparłem
„Jak to – nie piję?”
„Normalnie. Nie piję alkoholu”
„Lekarz ci zabronił?”
„Nie! Nie… Z moim zdrowiem wszystko w porządku… po prostu nie piję” – odparłem
„Widzisz, Lesiu, można przyjść na zabawę i nie pić” – zauważyła Grażynka
„Co to za zabawa, żeby się nie napić”
„Wierz mi Leszku… Naprawdę dobrze się bawię bez picia. Chodźcie weźmiemy coś do jedzenia. Zrobiło się tam luźniej”
Leszek wypił swój kieliszek. Podeszliśmy do bufetu. Stał przy nim Andrzej Snopek. Był już wyraźnie podpity. Zauważył mnie
„O! Leoś jak się masz. Coś marnie wyglądasz. Ubranko niezbyt modne… Interesy na szrocie nie idą? Czy co?”
„Jakoś sobie daję radę. Widzę, że tobie musi się dobrze powodzić. Elegancką bryką przyjechałeś. Dwa złote sygnety na paluchach, no i ten złoty łańcuch waży chyba z pół kilo”
„A jak!… Do interesów trzeba mieć łeb! Ja jestem kupiec całą gębą, ty poniekąd, też kupiec, tylko… Ha! Ha! Ha! Widać, nie masz fartu. Przyjdź do mnie na praktykę, to nauczę cię robić interesy” – Zaproponował
„Dzięki, Andrzejku, będę o tym pamiętał”
Przerwała nam Mariola. Stanęła między nami i ignorują mnie zwróciła się do Andrzeja
„Dziubasku. Dobrego wina bym się napiła. Nie chcę żłopać gorzały, zamów coś, bo zaczynam się nudzić”
„Dobra! Zaraz coś zamówię. Nałóż sobie trochę żarcia, póki wszystkiego nie wyżarli… O! I przywitaj się z moim przyjacielem, To jest Leon. Popatrz na niego. Jak nie będziesz mi wierna to wylądujesz u niego na szrocie”
Mariola raczyła mnie dojrzeć. Spojrzała na mnie taksującym wzrokiem z lekko ukrywaną niechęcią. Po chwili podała mi rączkę do ucałowania oraz rzekła płynnym angielskim
„Hello boy”
„ Hello. I’m Leon. How are you, Mariolu?”
„Co on mówi Dziubasku?” – zapytała Andrzeja
„Najmocniej przepraszam, Mariolu. Odniosłem wrażenie, że mówisz po angielsku. Jestem Leon. Pytałem, jak się masz…”
Patrzyła na mnie przez chwilę
„Dobrze” – odpowiedziała a po chwili zwróciła się do Andrzeja – „Chodźmy już stąd. Zamów wreszcie to wino”
Wróciliśmy do stolika. Podszedł do nas Jarek i zaproponował, aby złączyć stoły. Rozejrzałem się dookoła. Ruch się zrobił na sali. W kilku miejscach przestawiano i łączono stoły. Do naszych dwóch stołów przysiadł się brat Leszka z żoną i Zbyszek.
Po lewej stronie przy pojedynczym stole siedzieli lekarze. Doktor pediatrii Janusz Ciech z żoną, też lekarzem i obydwoje lekarze stomatolodzy, Mariola i Edward Dera.
Najbliżej po prawej stronie siedzieli przy pojedynczym stole, ksiądz Zygmunt, pisarka Grażyna Palczyńska oraz Michał Wiśniak, polityk z Białostockiego.
Trochę dalej na prawo przy podwójnym stole siedział Andrzej Snopek ze swoją Mariolą, fryzjerzy z Mediolanu, Janka z Hamburga i Zosia ze Zgierza.
Jeszcze dalej na prawo zestawili dwa stoły Janek z Joasią, Marysia Wojciechowska-Bednarz z mężem oraz Benek z Sarą.
Skrajnie po prawej stronie przy nieco bardziej oddalonym stole siedział Edek Nowicki z Hubertem.
Orkiestra zaczęła coś grać, wokalistka śpiewać. Przy stołach goście zaczęli jeść. Zauważyłem, że niektórzy przynieśli ze sobą swój alkohol. Przy naszym stole Grażynka z Halinką, dwie szwagierki, zaczęły rozmawiać o dzieciach. Panowie jedli w milczeniu. Zbyszek przysłuchiwał się rozmowie o dzieciach. W pewnej chwili zapytał mnie
„Masz dzieci?”
„Mam córkę osiemnastoletnią…”
„To pewno niedługo przejmie po ojcu biznes” – powiedział żartobliwie.
Jarek i Leszek uśmiechnęli się nie przerywając jedzenia.
„Chciałbym, ale chyba do tego nie dojdzie. Ona chce być lekarzem… Studiuje medycynę”
Panie przestały rozmawiać i przysłuchiwały się naszej rozmowie. Grażynka zwróciła się do Leszka
„Widzisz. Mówiłam, żeby Anię posłać na medycynę… Uparłeś się, że architektura będzie lepsza” – a potem zwracając się do nas – „Ją to zupełnie nie interesuje, myślę, że medycyna by ją zainteresowała”
„Ją nic nie interesuje… Tylko chłopaki” – odparł Leszek.
Przerwałem im zadając pytanie Zbyszkowi
„A ty masz dzieci Zbysiu?”
„Tak. Dwoje. Syn ma dwadzieścia trzy, a córka chyba dziewiętnaście”
„No to ich pewnie wprawiasz do przejęcia interesu. Pewno studiują ekonomię, aby być dobrymi maklerami w pośrednictwie mieszkaniowym?” – zapytałem
„Nie wiem, co robią… I wiesz co? Odpowiem ci jak Paździochowa z serialu – I gówno mnie to obchodzi!”
Zaśmiał się i spojrzał po nas oczekując podobnej reakcji. Panie patrzały na niego z niesmakiem.
„Przepraszam. Idę po więcej jedzenia. Ta sałatka śledziowa jest pyszna…” – stwierdziłem.
Gdy odchodziłem od stolika zwrócił się do mnie siedzący obok Janusz pediatra
„Leon, słyszałem przypadkiem jak mówiłeś, że córka studiuje medycynę. Gdzie studiuje? Może potrzebuje pomocy? Udzielam korepetycji”
„Dziękuję, Janusz. Na razie idzie jej bardzo dobrze…. Jest najlepsza na roku. Studiuje w Uppsali” – odszedłem zostawiając go z pytającym wyrazem twarzy.
Kelnerki uzupełniły potrawy na bufecie. Podszedłem napełnić talerz. Obok stanął Edek Nowicki z Hubertem. Przywitaliśmy się. Zaczęliśmy rozmawiać, ale zagłuszyli nas podchodzący do bufetu Andrzej z Michałem Wiśniakiem. Oboje byli już podpici i bardzo głośno dyskutowali o polityce kulturalnej w kraju. Prawie na nas weszli. Wtedy na chwilę zamilkli. Po chwili Andrzej zwrócił się do Edka
„To który z was jest dawcą a który biorcą?”
Obydwaj z Michałem zarechotali
„Odpierdol się Andrzejku od nich… Dobrze ci radzę” – Powiedziałem
„Patrzcie! Obrońca pedalstwa się znalazł…”
Chwyciłem go za klapy i czekałem tylko aż mnie spróbuje uderzyć, ale między nas wcisnął się Edek
„Zostaw go… Nie warto się brudzić”
Andrzej się wyrwał i wziął potężny zamach prawą ręką, ale Benek, który właśnie podszedł do bufetu zgrabnym chwytem wykręcił mu ją do tyłu.
„Zostaw, kurwa! Rękę mi złamiesz!” – Zasyczał z bólu zgięty wpół Andrzej – „Michał! Weź tego gnoja ode mnie!”
Ale Michała już przy nas nie było.
„Zachowuj się Jędruś… Bo naprawdę złamię ci nie tylko rękę, ale i nogę… Oczywiście niechcący”
Spokojnie powiedział do niego Benek. Ostatnią część zdania powiedział z uśmiechem, do Jarka który właśnie podszedł
„Jędruś, to ja Jarek, jestem adwokatem… Chcesz ich podać do sądu?” – powiedział rozbawiony – „A może do prokuratury? Przyślę tu Halinkę, moją żonę… Pracuje w Prokuraturze, tu w Łodzi”
Benek puścił rękę Andrzeja. Ten wyprostował się i masując sobie prawe ramię spojrzał na nas wściekle i bez słowa udał się w stronę drzwi wyjściowych. W tym momencie podbiegła do nas jego narzeczona
„Co żeście mu zrobili, dranie?!” – wykrzyknęła panicznie
„Idź do niego Mariolu… Potrzebuje pocieszenia. Może sobie jeszcze zrobić jakąś krzywdę ” – odrzekłem
„Wstrętne dranie!!!” – krzyknęła i pobiegła w stronę drzwi.
„Dziękuję wam, chłopaki… to było ładne z waszej strony, ale niepotrzebne. Jestem do takich reakcji w Polsce przyzwyczajony, ale dla Huberta to jest szok”
Podziękował nam Edek
„Nie masz za co dziękować Edziu… Krzyknij tylko jak by się znowu was czepiał” – odparł Benek.
Nałożyłem na talerz trochę jedzenia i wróciłem do stołu. Orkiestra zaczęła grać coś do tańca. Kilka par znalazło się na parkiecie. Między innymi Leszek z Grażynką. Po chwili podniósł się od stołu Zbyszek i poprosił do tańca żonę Jarka, Halinkę. Przez moment siedziałem sam przy stole, ale zaraz doszedł Jarek ze swoim talerzem.
„Musiałem ciebie gdzieś widzieć, tylko nie mogę sobie przypomnieć, gdzie” – Jarek zwrócił się do mnie
„W szkole widziałeś mnie, Jaruś… Siedzieliśmy blisko siebie na maturze”
„Tak. Oczywiście, w szkole. Ale myślę, że widziałem cię teraz, niedawno. Tylko nie mogę sobie przypomnieć, gdzie”
„Może gdzieś na mieście?”
„Nie wyjeżdżałem ostatnio z Warszawy, a ty… Zbychu mówił, zbierasz złom w Nowym Targu, zdaje się”
„Nie zbieram, tylko handluję złomem…”
Janek przerwał naszą rozmowę
„Słyszałem, Leoś, że miałeś jakiś zatarg z Andrzejem. Przepraszam, że ci nie pomogłem. Byłem z Joasią na zewnątrz zaczerpnąć trochę świeżego powietrza”
„Nic nie szkodzi Jasiu. Dobrze się bawicie?”
„My tak. Ale popatrz tam… Tamci bawią się jeszcze lepiej”
Wskazał na bufet, przy którym pediatra Janusz krzyczał władczym głosem na kelnerkę. Wtórowała mu żona. Nazwali biedne dziewczę tłumokiem, któremu nie chce się pracować. Jak się można było zorientować mieli pretensję o to, że musieli za długo czekać aż ona doniesie sałatkę śledziową. Kelnerka się popłakała i uciekła na zaplecze.
„Żądam, aby tu przyszedł szef tego lokalu!” – krzyczał doktor Janusz.
Po chwili zjawiła się jakaś starsza kobieta, chyba szefowa kelnerek.
„Słucham, o co państwu chodzi? W czym mogę pomóc?” – zapytała spokojnie
„To nie słychane! Jeżdżę z żoną po całym świecie. W różnych restauracjach bywaliśmy, lepszych i gorszych, ale tak nieudolnej obsługi jeszcze nie spotkaliśmy!”
Zanim kobieta zdążyła coś odpowiedzieć, podbiegł Zbyszek
„Przepraszam panią… Ja to z nim załatwię” – potem zwrócił się niemal szeptem do Janusza – „Uspokój się. Zaraz dostaniesz sałatki, ile zechcesz… My tu zostajemy do jutra. Nie zrażaj do nas personelu”
„Popatrz jakich masz kolegów, Janusz. Jeszcze jej broni” – mówiła doktorowa Elżbieta – „Pewnie leci na tą małą… Powiedz, żeby oddał pieniądze. Wracamy do Wrocławia. Nie chce tu siedzieć z hołotą”
Tym razem doktor Janusz zaczął uspakajać małżonkę
„Nigdzie nie jedziemy. Piłem. Hotelu też nie będziemy brać. Tu mamy opłacony nocleg”
Podczas gdy Janusz tłumaczył Elżbiecie, dlaczego muszą zostać, Zbyszek oddalił się z szefową kelnerek na zaplecze.
Janek oznajmił mi, że nie zamierzają zostać do rana. Chyba się wyniosą po angielsku jeszcze przed jedenastą. Chcą z rana pojechać do Krakowa do Joaśki przyjaciół, którzy ich gorąco zapraszają na jutro właśnie.
„Leon, wyjeżdżasz z Łodzi pojutrze, tak jak planowałeś?…” – zapytał
„Wszystko na to wskazuje, Jasiu” – odpowiedziałem
„Leon, daj sobie spokój z tym żartem… Odpuść sobie… Oni się na tym nie poznają. Nie warto. Szkoda pieniędzy” – próbowała mnie przekonać Joanna
„Zastanawiam się nad tym, Joasiu. Chyba masz rację. Większy ubaw mam patrząc na nich i ich słuchając. Do tego za darmo…”
Odeszli zatańczyć. Chciałem w ciszy przemyśleć sprawę żartu. Zdecydowałem się na krótki spacer. Wychodząc na zewnątrz spojrzałem na zegar wiszący przy wyjściu. Zbliżała się dziewiąta.
Przy drzwiach zatrzymała mnie Janinka z Hamburga.
„Leoś! Poczekaj na mnie!… Nie przywitasz się?”
Uściskałem ją.
„Myślałem, że nie będziesz chciała rozmawiać ze mną. Pamiętam, że w szkole…”
„W szkole to były stare czasy” – przerwała mi – „Co ty z siebie zrobiłeś? Jak ty wyglądasz? Po co ten cyrk?”
„Nie rozumiem, Janinko…”
„Przejdziemy się razem?”
„Nie boisz się, że ktoś cię zauważy ze mną?”
Zaśmiała się
„Ty powinieneś się obawiać co ludzie powiedzą na to, że spacerujesz z burdelmamą”
„Janinko, mam głęboko w dupie to co ludzie powiedzą…Nie wydaje mi się abym musiał się wstydzić rozmawiać z tobą”
„Inni nie chcą ze mną rozmawiać. Tylko ten osiłek Andrzej…”
„Olej się na innych, tak jak ja się olewam”
„Chyba zaczynam rozumieć po co to marne ubranko…Widziałam cię, jak udzielałeś wywiadu, w naszej telewizji w Hamburgu”
„W szkole uważałem cię za najbardziej inteligentną ze wszystkich dziewcząt w naszej klasie. Ta rozmowa potwierdza, że miałem rację”
„Schlebiasz mi. W moim zawodzie trzeba się znać na ludziach. Powiedz teraz, tak naprawdę co u ciebie słychać?”
Podczas spaceru wzdłuż stawów w Arturówku opowiedziałem o sobie. Poprosiłam, aby prawdy o mnie nie rozpowiadała. Powiedziałem również o zamierzonym dowcipie.
„Kurwa! Ale ich wkurzysz. Wiesz co? Lepiej tego nie rób. Pobiją się,o pieniądze, a ciebie nie zaproszą na drugie spotkanie”
„Chyba masz rację. Waham się czy to zrobić… Wracajmy już… Robi się chłodno”
Przed Prząśniczką stało kilka osób. Otaczali księdza Zygmunta i Michała. Rozmawiali o ojcu Rydzyku i jego uczelni w Toruniu. Michał chwalił się, że PiS wysłał go na kursy do Torunia. Przekonywał jak bardzo wiedza nabyta tam, przyda mu się w Sejmie. Zauważyli, jak podchodzimy do wejścia. Umilkli. Spojrzeli na nas.
Demonstracyjnie pocałowałem Janinkę i podziękowałem za spacer.
„Musimy skończyć z prostytucją. Będę konsekwentnie domagał się kar…” – zaczął Michał
„Po co to pieprzenie Michasiu… Mam twoje zdjęcia z wizyty u nas w ubiegłym roku. Pamiętasz?… Byłeś razem z tym wysokim z Warszawy…” – Janina przerwała mu
„To potwarz! Podam panią do sądu!”
„Jesteśmy po imieniu, Michasiu. Po co ten cyrk?”
„Odejdź, niewiasto grzeszna od nas! Żegnam cię tym Krzyżem Świętym. Opamiętaj się”
Zygmunt też już miał w czubie.
Wchodząc do środka zauważyłem, że na parkingu nie ma Skody Joanny. Janina wróciła do stołu, przy którym kiwał się Andrzej przytulony do narzeczonej. Do naszych stołów dostawiony był jeszcze stół z doktorami medycyny i stomatologii. Usiadłem na swoim miejscu
„Nie robisz sobie z nas jaj, Leon?” – Zapytał Edek Dera, mąż dentystki Marioli.
„Skąd takie przypuszczenie?” – zapytałem
„Powiedziałeś, że twoja córka studiuje w Uppsali. Jak się tam dostała?”
„Normalnie, miała odpowiednią ilość punktów ze szkoły średniej…”
„Punkty ze szkoły średniej?… O czym ty mówisz, Leon?”
W tym momencie zaczął się rwetes przy Andrzeju. Jakaś tęga kobieta okładała go po głowie torebką. Zaskoczony zakrył głowę rękoma a ona zauważywszy, że ma widownię zaczęła robić mu wymówki
„Ty skurwysynu jebany. Zapomniałeś, że masz żonę i dzieci!… To ja myślałam, że ty wczoraj po towar do Radomia pojechałeś! Zaglądam na stragan a tam pusto! Dopiero ludzie mi powiedzieli, że ty z kurwą się na bal wybrałeś…”
„Tylko nie z kurwą!” – zaprotestowała Mariola – „Andrzej, nie pozwól jej!!!”
Andrzej ocknął się z zaskoczenia i przywalił żonie w twarz
„Zamknij się Jadźka! Wynocha do domu! Garów pilnować!”
„Ludzie! Zabił mnie! Lekarza!”
Tym razem Andrzej uderzył ją pięścią. Przewróciła się. Zamilkła.
Doskoczyłam do niego odwrócił się do mnie i wymierzył cios, który odparowałem. Posłałem trzy szybkie proste. Upadł na wznak bez życia. Mariola padła przy nim na kolana
„Zabił go bandyta! Policję trzeba wezwać!” – krzyczała
Z pod stołu wygramoliła się Jadźka z zakrwawioną twarzą. Uklękła obok Marioli. Obydwie zaczęły go cucić. Andrzej w dalszym ciągu leżał bez ruchu.
„Kto zabił mi męża! On ma troje dzieci! Policja!”
Mariola wskazała na mnie
„To ten bandyta zabił nam Andrzejka!”
Rozwścieczona Jadźka zerwała się z podłogi i ruszyła w moją stronę. Zatrzymała ją Janinka. Dała jej w twarz
„Opanuj się kobieto!… On ci życie uratował. Ten zbir, twój mąż, mógł cię zabić!”
Jadźka opadła nagle na najbliższe krzesło i zaczęła płakać. Ktoś podał jej serwetki i pomógł otrzeć krew z twarzy. Do leżącego Andrzeja podbiegł Janusz pediatra i Benek.
„Nic mu nie jest. Zaraz wstanie” – zawyrokował po chwili Benek
„Jak nic mu nie jest? Przecież ma złamany nos” – odparł Janusz.
Andrzej jęcząc uniósł głowę. Janusz i jeszcze ktoś zabrali go do łazienki. Do mnie podszedł Jarek
„Będziesz potrzebował dobrego adwokata. Stać cię na to?” – zapytał mnie
„Nie obronisz mnie za darmo?” – zapytałem
Odszedł bez słowa. Wróciłem do stolika z Benkiem.
„Stary, aleś mu załadował” – powiedział z uznaniem – „Zrobiłeś to jak zawodowiec. Znam się na tym”
Rozmawialiśmy jeszcze chwilę. Podchodzili do mnie inni, aby pogratulować. Tylko Zygmunt stwierdził, że postąpiłem nie po chrześcijańsku. Mąż ma prawo skarcić żonę. Może Andrzej był trochę za ostry, ale to jest sprawa między małżonkami i nikt nie powinien się do tego wtrącać.
„Co ty pieprzysz klecho!” – oburzyła się nauczycielka Maria z Poznania.
„Jak możesz tak zwracać się do księdza, bezbożnico!” – skarciła ją natychmiast pisarka Palczyńska.
Jeszcze przez jakiś czas trwała dyskusja o tym czy Andrzej mógł skarcić żonę czy nie mógł. Podszedłem do bufetu wziąć sobie coś do picia. Nie znalazłem nic zimnego. Już odchodziłem, gdy podeszła do mnie szefowa kelnerek.
„Czy coś pan potrzebuje?” – zapytała
„Jak by miała pani coś zimnego do picia to byłbym wdzięczny”
„Zaraz przyniosę. Proszę poczekać”
Po chwili przyniosła butelkę dobrze zamrożonej wody mineralnej
„Ale mu pan przyłożył. Wszystkie żeśmy widziały. Należało się skurczybykowi”
Hałas przy drzwiach przerwał rozmowę
„To ten!… O to ten, tam. To on prawie go zabił!”
To Mariola, narzeczona Andrzeja, wskazywała mnie patrolowi policji. Dwóch policjantów podeszło do mnie
„Dokumenty poproszę” – zażądał jeden z nich
„Może najpierw zaczęli by panowie od dzień dobry” – upomniałem ich.
Powiedziałem tak trochę pod publiczkę. Zdawałem sobie sprawę, że mam przechlapane.
„Pewno nie uważali na kursach i nie wiedzą, że trzeba się przywitać” – powiedziała głośno Zosia ze Zgierza.
Policjanci i ja staliśmy otoczeni przez wszystkich obecnych.
„Pan pójdzie z nami” – zażądał jeden z nich
„Zaraz! Zaraz. Też jestem policjantem i wiem, że najpierw należy powiedzieć jaki jest powód zatrzymania”
To Benek się wtrącił. Nie uważał, co prawda, za konieczne, aby dodać, że jest policjantem z drogówki i do tego z Hajfy, ale jakieś wrażenie wywarł na kolegach z Łodzi
„Ten pan jest zatrzymany w związku z podejrzeniem usiłowania zabójstwa”
Tłumaczył jeden z nich. Wszyscy się zaśmiali. Podszedł do nich z telefonem Leszek Kubicki
„Panowie popatrzą. Wszystko nagrałem”
Przez chwilę oglądali filmik. Jeden z nich wyciągnął rękę po telefon Leszka.
„Proszę dać ten telefon. Będzie dowód w sądzie” – zażądał
„Nie tak prędko! Jestem dziennikarzem i wiem co wam wolno. Jak panowie w dalszym ciągu będziecie w ten sposób prowadzili interwencję to zobaczycie się jutro w Dzienniku Telewizyjnym”
Policjanci byli nieco speszeni. Widać było, że nie wiedzą, jak się zachować. W każdym razie spuścili z tonu
„Chciałbym zobaczyć pana Dowód Osobisty” – zwrócił się do mnie jeden z nich
„Nie mam Dowodu, ale mam Paszport” – odparłem podając mu paszport.
Wszyscy ucichli. Widać zaskoczyłem ich. Tylko Janinka zaczęła się głośno śmiać. Policjant otworzył paszport. Porównał zdjęcie z moją twarzą.
„Pan się nazywa… Jak tu pisze?”
Nie mógł przeczytać chociaż moje nowe imię i nazwisko jest łatwe do wymówienia
„Leo Wennberg” – podpowiedziałem mu.
Podczas gdy on przewracał kartki w paszporcie usłyszałem za plecami Leszka
„Teraz sobie przypomniałem, gdzie go widziałem!” – krzyknął ucieszony z tego, że jeszcze nie jest tak źle z jego pamięcią – „On był w zeszłym miesiącu w Warszawie! Podpisał z Centrozłomem wielki kontrakt na kupno polskiego złomu!” – oznajmił zebranym.
Policjant przestał grzebać w paszporcie i zapytał
„Gdzie pan mieszka? Tu nie jest napisane…”
Zanim zdążyłem mu odpowiedzieć, jego bystrzejszy kolega cicho podpowiedział mu
„Wojtuś. W paszportach nie ma adresów…”
„Przecież wiem” – odparł Wojtuś
„To po co pytasz?”
„Nie przeszkadzaj mi” – a zwracając się do mnie ponowił pytanie – „To, gdzie pan mieszka?”
„W Nyköping, w Szwecji”
„To czemu pieprzyłeś, że w Nowym Targu?!” – wtrącił się Zbyszek
„Nyköping to po szwedzku Nowy Targ” – odpowiedziałem mu.
„To pan nie jest Polakiem?” – zapytał policjant Wojtuś
„Jestem, ale mam obywatelstwo szwedzkie”
„Acha. Rozumiem” – odparł chociaż widać było, że nic nie rozumie.
Po chwili podjął decyzję
„Ponieważ pan jest cudzoziemcem zostawiam panu wezwanie na Komendę na poniedziałek” – chwilę wypisywał mały blankiecik – „Tu jest adres i godzina stawienia się… Gdzie jest ten co pobił kobietę?… Zabieramy go”
„Chwileczkę panowie, on tylko skarcił żonę” – odezwał się ksiądz Zygmunt – „Zapytajcie ją czy ona wnosi skargę na męża…”
„Gdzie jest ta pani?”
„Zaraz przyjdzie. Opatruje męża” – odpowiedziała Zosia ze Zgierza.
Po chwili przyszła Jadźka. Podbite lewe oko zaczynało puchnąć i nabierać siny kolor „Czy wnosi pani skargę na męża?”
„Nie wnoś, bo go zabiorą do aresztu!” – krzyknął Michał
„Nic nie wnoszę! On jutro, w niedzielę, musi stać na straganie u Ptaka w Rzgowie. Myśmy się już pogodzili…” – próbowała się uśmiechnąć
„W takim razie, gdzie jest ta pani, która nas wezwała?”
„Tu jestem” – odpowiedziała Mariola
„Wystawiam pani mandat na trzysta złotych za celowe wprowadzenie policji w błąd… Dowód Osobisty poproszę”
„Za co mandat?!… Nic nie zrobiłam! To ta wariatka zaczęła! Nie mam Dowodu” – rozpłakała się
„To zabieramy panią na komendę”
„Panowie” – wtrąciłem się – „Zapłacę za nią… Chodźmy na zewnątrz… Duszno tu”
Nie czekając na ich reakcję niemal wypchnąłem ich za drzwi. Nie protestowali. Zamknąłem drzwi za sobą i oparłem się o nie tak aby nikt nie mógł je otworzyć
„Zrobimy tak…” Przedstawiłem im propozycję rozwiązania sprawy.
Po kilku minutach wróciłem na salę.
„No i co?” – usłyszałem
„Nie ma sprawy. Odjechali… Zapraszam wszystkich do baru. Mam nadzieję, że mają tam szampana albo coś podobnego. Jestem wam winien trochę wyjaśnień”
W barze nie mieli szampana, ale mieli kilka butelek hiszpańskiego wina musującego. Poprosiłem o podanie do stołu. Wróciliśmy na salę. Panowie zestawili wszystkie stoły. Potem poszliśmy do bufetu po nowe porcje jedzenia.
Wszyscy się zmieścili. Było nas osiemnaście osób. Brakowało Janka z Joaśką i fryzjerstwa z Mediolanu. Nie chcieli się do nas przysiąść ksiądz Zygmunt, pisarka Palczyńska i polityk Michał. Andrzej pogodzony z żoną, odjechał taksówką do domu. Mariola gdzieś się zapodziała.
„Powiedz, czemuś nas okłamał” – Jarek od razu zaczął przesłuchanie
„Kłamałem tylko, podając moje poprzednie nazwisko, po za tym nie skłamałem ani razu…”
„Jak to ani razu? A kto mówił, że mieszka w Nowym Targu?” – zapytała Zosia
„Już to mówiłem… nazwa miasta, w którym mieszkam to po polsku Nowy Targ”
„Według mnie, mówiąc tak, skłamałeś” – stwierdziła Mariola Mnich
„Raczej, nie powiedział prawdy” – sprostował Jarek
„Przecież to to samo”
„Nie. To nie to samo…A dlaczego przedstawiłeś się jako zbieracz złomu?” – kontynuował Jarek
„On powiedział, że handluje złomem” – sprostował Zbyszek
„Jak miałem się przedstawić? Jestem handlarzem złomu”
„Chłopie! My tu wszyscy wzięliśmy cię za złomiarza, takiego co zbiera złom po podwórkach. Patrząc na ciebie, trudno byłoby mi uwierzyć, gdybyś powiedział, że prowadzisz punkt skupu złomu od zbieraczy” – powiedział Edek, mąż Marioli Mnich
„Dlaczego tak mnie oceniałeś?”
„No bo… Jak by to powiedzieć?… Nie znam cię, że szkoły, ale słyszałem od tych co tu są i pamiętają cię z tamtego czasu, to raczej byłeś… No, jak to nazwać?… Nie majętny. Teraz też nie wyglądasz na gościa przy forsie…” – ciągnął Edek
„Zgadza się. Z tego powodu, w szkole, nie wszyscy mnie akceptowali. Pochodziłem z biednego domu… A że teraz wyglądam tak jak wyglądam…No cóż. U nas w Szwecji mamy takie powiedzenie – Nie ocenia się psa po jego sierści”
„No tak. Masz w tym dużo racji. Ale przecież chyba stać cię na lepsze ubranie?” – to Janusz zapytał
„Stać mnie na dużo więcej. Muszę się przyznać, że chciałem zobaczyć, jak zostanę przez was przyjęty po latach…”
„Postawiłeś nas w głupiej sytuacji” – zauważył Zbyszek
„Nie ja was postawiłem w takiej sytuacji, tylko przesądy i stare stereotypy w ocenie bliźnich, jakim, jako ludzie, ulegamy. Ja też”
„Zaczynasz mówić jak nasz wielebny Zygmunt” – zauważył Leszek – „Masz w tym dużo racji. Ale skończ już z tym moralizowaniem i opowiedz czym się naprawdę zajmujesz”
„Naprawdę zajmuję się handlem złomem, nie okłamałem was…”
„Przestań pieprzyć! Przejdź do konkretów” – zażądał Jarek
„Dobrze. Masz rację. Jeśli was to nie zanudzi, to zacznę od początku…”
Zgodzili się, pod warunkiem, że nie będę sobie z nich robił, jak to określił Zbyszek – jaj – tak jak to zrobiłem z tym Nowym Targiem. Obiecałem, że nic takiego się nie powtórzy. zamówiłem wino i inne alkohole dla tych którzy wyrazili na to ochotę i zacząłem od naszej matury.
Powiedziałem o rozpoczętych studiach i o tym, dlaczego je przerwałem. Powiedziałem o pracy w firmie windykacyjnej, o tym jak poznałem w Warszawie Jolkę i jak pojechaliśmy na północ Szwecji zbierać jagody. Po powrocie do Warszawy w październiku 95go wróciłem do pracy w windykacjach a Jolka do pracy w szkole.
Krótko potem pobraliśmy się. Przed Nowym Rokiem odezwał się ojciec Jolki który ją i jej matkę, porzucił, gdy miała dziesięć lat. Napisał długi list do Jolki matki. Pisał, że jest ciężko chory i że długo nie pożyje. Mieszka w Szwecji w Nyköping. Jest samotny. Ma wyrzuty sumienia, że zostawił ją i córkę i nie dawał znaku życia oraz nie łożył na nią pieniędzy.
Ma firmę przerobu złomu, na potrzeby pobliskiej huty. Chciałby przekazać firmę swojej córce. Dalej prosił o przebaczenie i takie tam. Na koniec prosił o szybki przyjazd. Sam ze względu na stan zdrowia nie może wybrać się do Polski.
Wyjechaliśmy wszyscy troje. Z początku teściowa nie chciała jechać, ale przekonaliśmy ją, że to nie po chrześcijańsku odmawiać człowiekowi, który, być może jest umierający.
Spóźniliśmy się dwa dni. W szpitalu spotkaliśmy Olafa Knutssona, prawnika, który pracował w jego firmie i zajmował się również jego sprawami osobistymi. Zabrał nas do firmy. Razem z szefową działu ekonomicznego zapoznał nas z działalnością firmy. Powiedział, że teść w Biurze Notarialnym złożył oficjalny testament i że on wie, że w testamencie firma jest zapisana córce. Umówił nas na następny dzień do Notariusza. On też tam będzie jako tymczasowy zarządca firmy. Na koniec poinformował nas jak załatwić pogrzeb i wszystkie sprawy z tym związane. Obiecał w tym pomóc.
Pojechaliśmy do hotelu. Następnego dnia, a był to piątek, spotkaliśmy się u Notariusza. Podczas sprawdzania tożsamości Jolki, notariusz miał kłopot z odczytanie nazwiska.
Po ślubie Jolka przyjęła moje nazwisko – Dądrzewiczowicz. Bardzo długo zapisywał je w swoich dokumentach.
„Z tym nazwiskiem będzie pani trudno w Szwecji” – stwierdził.
Potem sprawdzał tożsamość teściowej. Mnie pominął. Byłem tam jako osoba towarzysząca. Odczytał testament. Najpierw w wersji szwedzkiej a potem w angielskiej
Z testamentu wynikało, że Jolka otrzymuje całą firmę pod warunkiem, że się zgodzi na prowadzenie jej przez dotychczasowe kierownictwo. Firma nie jest spółką akcyjną. W całości należała do jednej osoby. Dalej dowiedzieliśmy się, że żona teścia, czyli matka Jolki, z którą nigdy się nie rozwiódł, otrzymuje dom i pięćdziesiąt procent jego prywatnych oszczędności.
Reszta była rozdysponowana między osoby z jego otoczenia, wobec których miał, jak to pisał w testamencie, dług wdzięczności. Jolki pierwszą, spontaniczną, myślą była chęć sprzedania wszystkiego. Teściowa też nie chciała domu.
Prawnik teścia, który nam towarzyszył, bardzo jej to odradzał. Na jej i moje argumenty, że absolutnie nic nie wiemy o złomie i o jego przetwórstwie, odpowiedział, że to nie ma znaczenia. Od tego są w firmie fachowcy. Gdy mu powiedziałem, że pracuję w firmie windykacyjnej i że liznąłem trochę ekonomii, zapewnił, że z pewnością już po roku będę wystarczająco wciągnięty w działalność firmy, aby samodzielnie podejmować właściwe decyzje
„Oczywiście jeśli żona panu na to pozwoli. To ona jest właścicielką i to ona od teraz odpowiada za firmę” – dodał.
„Jeśli odpowiadam za firmę to od razu zatrudniam w niej męża” – odpowiedziała Jolka
„Na jakim stanowisku?” – zapytał
„Jako doradca i mój zastępca”
Otrzymaliśmy klucze od domu. Knutsson zabrał nas swoim samochodem i pokazał dom.
Była to typowa szwedzka willa leżąca na obrzeżach miasta. Miała około dwustu sześćdziesięciu metrów kwadratowych podzielonych na sześć pokoi leżących na parterze i piętrze. Obok na niezbyt dużej działce wciśniętej między podobne domy, był obszerny garaż na dwa samochody. Stało tam duże Volvo kombi. Też należało do spadku.
I w tym momencie zaczął się problem. Nikt z nas trojga nie posiadał Prawa Jazdy. Wynikało to z tego, że nasz dotychczasowy status materialny w Polsce nie dopuszczał myśli, że kiedykolwiek takie uprawnienia będą nam potrzebne.
Dom był w pełni umeblowany i wyposażony we wszystko potrzebne do natychmiastowego zamieszkania. Knutsson zatelefonował do kobiety, która sprzątała w tym domu. Po pół godzinie przyjechała.
Miała około sześćdziesiątki. Była Ukrainką z okolic Lwowa. Z trudem, ale dało się porozumieć z nią po polsku. Dowiedzieliśmy się, że nie tylko sprzątała, ale robiła także zakupy.
Teść stołował się po za domem. Dużo pracował. Do domu przychodził w zasadzie tylko spać. Czasem przyjmował gości. Wtedy ona, Katarina, razem z córką i bratanicą pomagała mu te przyjęcia urządzać i obsługiwać gości.
Zaoferowała się robić to samo na dotychczasowych warunkach. Jest nie pracująca, dzieci są na swoim, mąż pracuje w hucie, ma więc dużo czasu. Gdy dowiedziała się, że nie mamy Prawa Jazdy zobowiązała się służyć nam również jako kierowca. Natychmiast chciała nas obwieść po mieście i okolicy. Na razie poprosiliśmy ją, aby oprowadziła nas po domu.
Knutsson przerwał nam. Powiedział, że nie chce przeszkadzać i poprosił, aby przyjść w poniedziałek przed południem do firmy dopiąć pewne konieczne sprawy.
Dom się bardzo Jolce spodobał. To spowodowało, że dosyć szybko podjęła decyzję o nie sprzedawaniu firmy
„Mamusiu! Pozwolisz nam zamieszkać razem z tobą?” – zapytała matki
„Córuś, nie chcę tu mieszkać. Nie nauczę się nigdy języka. Będę tu się źle czuła”
Przez sobotę i niedzielę Katarina przebywała niemal cały czas z nami. Pokazała nam miasto, a raczej miasteczko, Nyköping, jak go mierzyć polską miarką jest nieduży, zaledwie około czterdziestu tysięcy mieszkańców.
Katarina przekonywała teściową, że sobie da tu radę. Powiedziała jej, że jest tu kościół katolicki z polskim proboszczem. Teściowa zaczęła się wahać.
W poniedziałek z rana przyszła Katarina i zaczęła pokazywać teściowej w szczegółach kuchnię. Pokazywała produkty spożywcze, mówiła, jak się nazywają i tak dalej. Zostały w domu. Ja z Jolką udaliśmy się na pieszo do siedziby firmy. Dojście zajęło nam pół godziny.
Knutsson czekał na nas. Powiedział, że zarezerwował sobie cały dzień, aby nas wprowadzić w firmę. Okazało się, że w mieście znajduje się tylko biuro firmy. Zakład produkcyjny leży kilka kilometrów za miastem, tam, gdzie przed laty ojciec Jolki zaczynał od skupu zezłomowanych starych samochodów.
Sam je rozbierał na części. Niektóre sprzedawał resztę prasował w specjalnej prasie, którą zakupił na kredyt. Aby móc sprzedać złom do huty należało go odpowiednio przyszykować. Wszystkie zamknięte profile należało otworzyć, opróżnić płyny takie jak oleje i resztki paliwa. Pozdejmować opony. Teść robił to wszystko sam. Dopiero później zatrudnił pracowników. W końcu, kilka lat temu, interesy nabrały rozmachu. Kupił sobie dom. Wynajął pomieszczenia na biuro, zatrudnił urzędników. Firma zaczęła się liczyć na rynku złomem.
Niestety, to wszystko odbiło się na jego zdrowiu. Od ponad roku gwałtownie się pogarszało. Stracił zapał do pracy, popadł w niemal ciągłą depresję. Ostatnie trzy miesiące spędził w szpitalu.
Potem Knutsson przedstawił nam całą listę spraw, które musimy załatwić w Szwecji i w Polsce. Ocenił, że zabierze nam to przynajmniej pół roku. Podpisaliśmy całą masę upoważnień i wniosków. Potem zabrał nas do banku w celu upoważnienia nas do korzystania z konta teścia. Na razie nie mogliśmy założyć własnych kont ze względu na to, że nie posiadaliśmy szwedzkich peseli.
Gdy sprawy w banku zostały załatwione podjęliśmy sporą gotówkę. Nigdy w życiu nie mieliśmy przy sobie tyle pieniędzy. Zarówno Knutson jak i urzędniczka w banku doradzali nam zmienić nazwisko. Mówili, że będzie nam łatwiej z jakimkolwiek innym.
Po kilku dniach odbył się pogrzeb teścia a potem wróciliśmy do Polski likwidować nasze sprawy. Zwolniliśmy się z pracy. Zapisaliśmy się na przyśpieszony kurs na Prawo Jazdy. Wszyscy troje zapisaliśmy się też do prywatnej szkoły języka szwedzkiego. Teściowej szło bardzo słabo. My myśleliśmy, że już jesteśmy nauczeni wystarczająco, aby móc się posługiwać szwedzkim na co dzień.
Zaczęliśmy czytać co się dało i gdzie się dało o złomie, handlu nim, sprawach technicznych związanych ze złomem i tym podobne tematy. Zacząłem śledzić ceny złomu na giełdach światowych. Okazało się, że bardzo się wahają, są bardzo związane z produkcją stali, która jak wiecie odzwierciedla stan gospodarki światowej. Jednym słowem, mogę śmiało powiedzieć, że po pół roku stałem się ekspertem, jeśli chodzi o handel złomem. Przynajmniej teoretycznie.
Jeszce w Polsce wystąpiliśmy, za pośrednictwem Konsulatu Szwecji, o zezwolenie na pobyt stały i zezwolenie na pracę w Szwecji. Ze względu na posiadanie firmy, nie mieliśmy z tym najmniejszego problemu.
Po siedmiu miesiącach, pod koniec 96go, wszyscy troje wyjechaliśmy na stałe do Szwecji. Tam okazało się, że nasza znajomość języka szwedzkiego jest bardzo mizerna, a umiejętność prowadzenia samochodu na poziomie troszkę wyższym, niż wymagane od samobójcy.
Głośne chrapanie przerwało moje wywody. To Jakub, mąż nauczycielki Marysi z Poznania Usnął przy stole
„Widzę, że was zanudzam… Może wystarczy…”
„Nie przejmuj się nim… On zawsze usypia o tej porze” – przerwała mi Marysia
„Tak! Tak. Jedź z tym dalej… Tylko się streszczaj… Pierwsza niedługo” – zauważył Leszek
„Zróbmy krótką przerwą na sikanie” – zażądał Zbyszek.
Po przerwie opowiedziałem, jak nam było ciężko przez pierwsze miesiące i nie chodzi o pieniądze tylko o życie codzienne. Język, który mieliśmy opanowany w bardzo niewystarczającym poziomie, był tego głównym powodem. Nie wszędzie dało się używać angielskiego.
Zapisaliśmy się na kursy językowe, które w Szwecji prowadzone są w zupełnie inny sposób niż w Polsce. To nam dużo dało.
Jedną z absolutnie pierwszych spraw było wystąpienie o zmianę nazwiska. Poszło gładko. Mogliśmy zgłosić na jakie nazwisko chcemy zamienić obecne, ale ponieważ nie mieliśmy żadnego pomysłu więc zdaliśmy się na Urząd. Przedstawiono nam masę nazwisk do wyboru. Wybraliśmy to które dzisiaj poznaliście. Zmieniłem też imię. Teraz nazywam się jak już wiecie Leo Wennberg. Żona ma to samo nazwisko, ale została przy swoim imieniu.
Z nowym nazwiskiem wszystko poszło o wiele łatwiej. Wymieniliśmy nasze świeże Prawa Jazdy na szwedzkie, ale baliśmy się wyjechać dalej niż na naszą ulicę. Knutson powiedział ze w firmie pracuje młody chłopak, który jeździ w rajdach samochodowych i na pewno udzieli nam trochę lekcji.
Tak tąż się stało, Jane pojeździł z nami po kilkanaście godzin tygodniowo i po trzech miesiącach jeździliśmy samodzielnie jak starzy Szwedzi.
Jeśli chodzi o firmę to dosyć szybko zorientowałem się, że jest w pewnym zastoju. Zaproponowałem otwarcie się na nowe rynki skupu surowca. Chodziło mi o kraje byłego Związku Radzieckiego. Do tej pory firma skupywała złom krajowy i trochę z sąsiednich krajów skandynawskich. Ceny jakie za ten złom płaciliśmy były bardzo wysokie. Zysk stosunkowo nieduży.
Wysłałem ludzi do azjatyckich sąsiadów Rosji. Do tej pory złom stamtąd sprzedawali wyłącznie do Rosji. Zaproponowałem cenę niemal podwójną pod warunkiem dostawy do portów w Szwecji. To było mniej więcej jedna trzecia cen europejskich. To był strzał w dziesiątkę.
W ciągu roku zwiększyliśmy obroty ponad dwukrotnie. Zaczęliśmy się liczyć się na rynku europejskim. Kontrakt, który podpisałem w Warszawie w zeszłym miesiącu, na roczne dostawy złomu już przetworzonego, do szwedzkich hut, obejmuje pół miliona ton rocznie przez pięć lat. Ceny będą negocjowane tylko raz w roku. Dzięki temu nasza firma dostarcza niemal osiemdziesiąt procent zapotrzebowania szwedzkich hut na złom.
„Teraz wiecie wszystko o tym co robię. Tak, jestem zamożnym człowiekiem. Jeszcze nie tak dawno chciałem imponować pieniędzmi. Byłem trzy lata temu na podobnej imprezie w Warszawie. Koledzy żony z Uniwersytetu zrobili spotkanie po latach. Chcieliśmy zaimponować. Szastaliśmy pieniędzmi w widoczny sposób. Przyjechaliśmy bardzo nowym i drogim samochodem. Wszędzie, gdzie się zatrzymaliśmy otaczały nas grupki osób zazdrośnie go podziwiających.
Jolki koledzy ze studiów tańczyli w koło nas próbując wciągnąć nas jako inwestorów w mniej lub więcej szalone inwestycje, które z daleka pachniały próbami wyłudzenia pieniędzy. Kiedy odmawialiśmy współpracy, spotykaliśmy się z opiniami, że przecież te kilkaset tysięcy złotych to moglibyśmy zaryzykować. Nawet jak nic z pomysłu nie wyjdzie to przecież nie jest to dla nas wielka strata. Cała impreza stała się dla nas bardzo nieprzyjemna. Wszyscy się na nas obrazili.
Powiedziałem tobie Zbyszku, że przyjechałem sam, bo żona się rozchorowała. To nie prawda. Jolka nie przyjechała do Łodzi. Zraziła się do takich spotkań” – zakończyłem.
„No tak. Teraz rozumiem, dlaczego odgrywasz ten cyrk z tym… Nazwijmy to – skromnym wyglądem. Myślę, że wszyscy tu dali się na to nabrać. Chyba przede wszystkim dlatego że pamiętamy cię ze szkoły” – podsumował Jarek
„Mimo wszystko, uważam, że przesadziłeś, w jakiś sposób czuję się urażona” – stwierdziła Marysia, nauczycielka z Poznania
„Nie było to moim zamiarem… Przepraszam, jeśli to tak odebraliście”
„Powiedz, jak zaadoptowała się na obczyźnie twoja teściowa? Nasza córka mieszka w Londynie. Jest tam dentystką tak jak my. Zastanawiam się czy nie pojechać do niej na stałe jak przejdę na emeryturę…” – zapytała Mariola Mnich
„Teściowa nigdy nie opanowała języka w takim stopniu, aby swobodnie rozmawiać. Miała kilka przyjaciółek, Polek, które tam mieszkały od lat, no i Katarinę, z którą bardzo się zaprzyjaźniły. Chodziła co niedzielę do kościoła, gdzie ksiądz Mietek po mszy urządzał spotkania przy kawie w salce parafialnej. Zmarła w 2002gim, dwa lata po narodzeniu się naszej córki Zosi”
„Zamierzasz wrócić do Polski?” – zapytał Benek
„Nie. Za dużo wiąże mnie ze Szwecją. Tu w Łodzi mam tylko ojca. Wiele razy proponowałem mu, aby się do nas przeniósł. Nie chce. Chciałem mu kupić nowe większe mieszkanie, ale tego też nie chce. Odwiedzam go jak tylko mam czas, przynajmniej raz w roku”
Było już po drugiej. Kelnerki już od pewnego czasu sprzątały ze stołów. Siedzący w drugim końcu Sali Zygmunt, pisarka i Michał Wiśniak już dawno poszli do swoich pokojów. Jarek stwierdził, że na dzisiaj wystarczy. Zapytał, czy wszyscy zostają na noc. Okazało się, że tylko Zosia Kowalczyk wraca do Zgierza. Ma po nią przyjechać brat.
Umówiliśmy się zjeść wspólne śniadanie. Mamy się spotkać na dole około wpół do dziesiątej. W pokoju zadzwoniłem do domu. Jolka była ciekawa czy wszystko poszło, jak sobie zaplanowałem. Odpowiedziałem, że musiałem na bieżąco korygować plany, ale opowiem jej wszystko po powrocie do domu.
W nocy długo nie mogłem usnąć. Analizowałem wczorajszy wieczór, Miałem wątpliwości czy dobrze zrobiłem zachowując się tak jak się zachowałem. Usnąłem nie dochodząc do żadnych wniosków.
Na śniadanie zszedłem tak jak byliśmy umówieni, o wpół do dziesiątej. Zastałem przy stole Edwarda z Hubertem. Po kilku minutach przyszła Janinka. Zapytałem czy będziemy czekać na resztę towarzystwa.
„Zapomnij o tym… Tylko my tu zostaliśmy. Obudziłam się wcześnie. Przyszłam tu po ósmej, wziąć sobie kawy. Wszyscy kończyli śniadanie. Zapytałam czemu nie czekają do wpół do dziesiątej, tak jak się umówiliśmy. Odpowiedzieli, że to nie moja sprawa. Bardzo się spieszyli. Byłam tu jak wyjeżdżali. Nie pożegnali się” – opowiedziała Janinka
„Przykra sprawa. Myślę, że źle postąpiłeś. Chyba się obrazili.” – stwierdził Edek
„Też tak myślę. Już lepiej by było jak byś zrobił im ten kawał, o którym mi mówiłeś. Też by się obrazili, ale byłoby weselej” – dodała Janinka „Co za kawał?” – zapytał Edek
„Leon ma przy sobie dwadzieścia tysięcy złotych w gotówce, zwiniętych w rulonik owinięty gumką. Zamierzał ogłosić, że znalazł pieniądze na podłodze i nie wie komu oddać. Spodziewał się ciekawej reakcji ze strony zebranych. Zakładał, że nikt się nie zgłosi po „zgubę”, wtedy zamierzał powiedzieć, że odda pieniądze na policję” – opowiedziała o moim nie zrealizowanym dowcipie Janinka
„Od przyjazdu tutaj miałem wątpliwości czy to dobry pomysł. Dlatego odstąpiłem od niego” – odparłem.
Po śniadaniu zamówiłem taksówkę. Odwiozła nas do centrum. Edek i Hubert mieszkali w Grant Hotelu. Janinka u rodziny na Zielonej. Dopiero teraz wymieniliśmy między sobą telefony.
Po pożegnaniu poszedłem do hotelu. Przebrałem się, odebrałem z recepcji kluczyki od auta i pojechałem do ojca.
Następnego dnia wyjechałem z Łodzi do Gdańska. Czekała mnie jeszcze siedemnastogodzinna podróż promem do Nynäshamn a z tamtą już tylko sto dziesięć kilometrów do domu.
W domu była tylko Jolka. jak zawsze, przywitała mnie przy drzwiach a po chwili wyłonił się spoza niej Serdel z którym witałem się dłużej niż z żoną.
Usiedliśmy do stołu. Opowiedziałem w szczegółach o całym spotkaniu.
„Dobrze, że nie pojechałam. Myślę, że nic nie straciłam” – stwierdziła
„To teraz opowiadaj co wydarzyło się w domu”
„Nic ciekawego… Z jednym wyjątkiem… Serdel zagryzł kolejnego kota…”
KONIEC