Mój ojciec, Adolf Klos miał poczucie niższości wynikające z powodu nazwiska, a raczej nazwisk… Swojego i żony. Uważał przez całe swoje dorosłe życie, a właściwie od momentu poznania mamy, że to bardzo niesprawiedliwe, że on, bądź co bądź, głowa rodziny ma takie pospolite, prostackie nawet nazwisko – Klos. Mama za to, z domu nazywała się Wiśniowiecka… Jadwiga Wiśniowiecka. Nie z „TYCH” Wiśniowieckich, ale zawsze lepiej brzmiało to niż Klos.
Pamiętam, że gdy mama czasami chciała go zdenerwować to przypominała mu, niby żartem, że jak go poznała to nazywał się Kłos a nie Klos. Ojciec wtedy wybuchał
„Mówiłem ci wiele razy, że to wina pijanego kościelnego, który przyjmował zgłoszenie o moim urodzeniu od ojca…”
„Tak, wiem. Zawsze to mówisz… Że twój stary też był pijany, jak cię zgłaszał, że nie dopilnował, aby sprawdzić, jak jest wpisane i dopiero jak cię posłali do szkoły to ten błąd wypłynął…” – przerwała mu
„No właśnie… Dobrze o tym wiesz, tylko lubisz mnie denerwować” – Teraz on z kolei przerwał matce – „I dobrze wiesz, że później nie można było nic z tym zrobić, bo jak miałem iść do szkoły to wybuchła wojna. Dopiero jak ciebie poznałem w 52gim… Miałem wtedy dwadzieścia lat… To jak się starałem o papiery do ślubu cywilnego dało się to wyprostować”
„Tak, tak, dobrze pamiętam. Spiłeś wtedy tego młodego chłopaka, urzędnika Stanu Cywilnego. Dałeś mu jeszcze bańkę bimbru…”
„A ty, za to… Wielka hrabina Wiśniowiecka z Chojen…”
„Może nie wielka i może nie hrabina… Wiesz, gdzie mamusia pracowała. Grand Hotel w Łodzi przed wojną to było nie byle co. Żeby tam sprzątać na piętrach to trzeba było się starać i być w tym dobrą, Tam przyjeżdżali światowi ludzie, fabrykanci, hrabiowie…”
„No właśnie, dobrze się starała… Została panną z dzieckiem… Pewno hrabiowskim… He, he, he…”
Takie rozmowy pamiętam z młodości. Trwały aż do tragicznej śmierci ojca w roku 72gim.
Rodzice pobrali się w styczniu 53go. Wzięli tylko ślub cywilny. Nie było żadnych wymagań ze strony rodzin, jeśli chodzi o ślub kościelny. Moi dziadkowie od strony ojca nie byli religijni. Owszem, gdyby ich zapytać określili by się jako katolicy, ale do kościoła chodzili bardzo rzadko.
Dziadek był zatwardziałym komunistą należał do nielegalnej wtedy KPP a babcia była całkowicie pod jego wpływem. Ze strony mamy nie miałem dziadka, tylko babkę, której nigdy nie poznałem. Moja mama była jej nieślubnym dzieckiem. Kiedy babcia ją urodziła została wygnana z domu swoich rodziców na wsi pod Chojnami. Od tego czasu babcia pogniewała się na Boga i odwróciła się od Kościoła.
Po ślubie rodzice zamieszkali w domku na Kozinach, na Długosza. Ojciec mojego ojca, mój przyszły dziadek, wybudował ten dom pod koniec lat dwudziestych, jeszcze przed wielkim kryzysem. Był majstrem w warsztatach kolejowych na Towarowej. Dostał kredyt z Kasy Zapomogowo-Pożyczkowej Kolejarzy na budowę domu.
Dom był murowany, z dosyć wysokim strychem, dwuizbowy z niewielką kuchnią której okno wychodziło na podwórze. Pokoje były oddzielone od siebie korytarzem biegnącym przez całą szerokość domu. W korytarzu były schody prowadzące na strych. Wejście do korytarza było od ulicy oraz z drugiej strony od podwórza. To od ulicy było stale zamknięte. Wchodziło się z ulicy przez furtkę z boku, na podwórko, przechodziło obok studni i wchodziło do niewielkiej sionki i dalej do korytarza. W głębi podwórka stałą obszerna komórka a obok Sławojka, ubikacja, która konstrukcję i nazwę zawdzięczała premierowi Felicjanowi Sławojowi Składkowskiemu.
Mój przyszły dziadek, został komunistą w latach kryzysu. Kiedy w sierpniu 37go Stalin wzywał do Moskwy wszystkich prominentnych działaczy KPP z Polski, to towarzysze dziadka wysłali go tam nielegalnie. Nigdy już nie powrócił.
Urodziłem się 1go listopada, w niedzielę, w 1953 roku. Było to w bardzo nietypowym miejscu. Jestem przekonany, że data moich narodzin oraz miejsce, wpłynęły na moje dalsze, tragiczne, losy.
Ojciec namówił mamę, aby w dniu Wszystkich Świętych pojechać do Rosanowa na ewangelicki cmentarz osadników niemieckich. Twierdził, że tam jest pochowany jeden z jego przodków, wielki, jak twierdził, niemiecki artysta rzeźbiarz Kurt Klos, po którym on, ojciec, ma talent rzeźbiarski właśnie
„Może jak na własne oczy zobaczysz jego nagrobek to przestaniesz się śmiać z mojego pochodzenia”
O tym cmentarzu i grobie przodka dowiedział się od kolegi po wachu który tam naprawiał nagrobek i zauważył nazwisko Klos w pobliżu na innym nagrobku. Mama nie za bardzo chciała tam jechać. Była ze mną w ciąży. Spodziewała się urodzić mnie za kilka dni. Ojciec jednak nalegał. Ponieważ pogoda 1go listopada była nadzwyczaj ładna i mama czuła się dobrze to zgodziła się.
W 53cim, dojechać tam z Kozin, nie było łatwo. Zaraz z rana, po śniadaniu, przyszykowali kanapki, jajka na twardo i termos z kawą zbożową. Ojciec, jak to miał w zwyczaju, wziął pół litra czystej z czerwoną kartką. Wszystko to włożyli do skórzanej teczki ojca. Z domu na Długosza wyszli po jedenastej. Doszli do tramwaju na Srebrzyńskiej przy Letniej. Tramwajem, dziesiątką dojechali do Zachodniej. Potem doszli do Nowomiejskiej róg Ogrodowej. Tam poczekali na tramwaj podmiejski linii Łódź – Ozorków. Dojechali nim do Lućmierza. Potem już tylko dwa kilometry pieszo do ulicy Smutnej w Rosanowie i jeszcze kawałek Smutną i oto są na starym zaniedbanym cmentarzu.
Było już około piętnastej. Mama była zawiedziona. Cmentarz był bardzo malutki. Żadnych ludzi, żadnych zapalonych świeczek. Byli sami. Robiło się ciemno. Ojciec zaprowadził ją pośpiesznie pod siatkowe ogrodzenie cmentarza. Zatrzymał się przy grobie z niewielką pionową płytą kamienną, gdzie z trudem można było odczytać napis w trzech rzędach: „Kurt Klos”, pod spodem: „Künstler Bildhauer” i jeszcze niżej: „1839 – 1895”. Zadowolony zwrócił się do mamy
„Widzisz? Pochodzę z artystycznego rodu… Rozumiesz?… Künstler Bildhauer to znaczy artysta rzeźbiarz… Co ci jest?” – spytał, gdy matka mocno ścisnęła mu rękę
„Nic… Nie wiem… Bardzo słabo się czuję… Adolf, ja chyba będę rodzić…”
„Jezus, Maria!… chyba nie chcesz rodzić tutaj?!”
„Nie wiem… Zimno mi w nogi… mokre są. Mam mokro w butach” – przysiadła na kamiennym nagrobku
„Jezus, Maria!… Ludzie!!!… Jest tu kto?!!!”
Spanikowany zostawił matkę. Pobiegł do bramy. Wypadł na ulicę, która w tym miejscu była niezabudowana, właściwie wiejska droga. Nikogo na niej nie było. Nie wiedział co robić, gdy nagle usłyszał za sobą, dobiegający gdzieś z dołu, skrzekliwy głos
„Choć ze mną po wózek, sama nie dam rady”
Odwrócił się nagle. Miał przed sobą zgarbioną, zgiętą w pasie starą kobietę. Musiała być na cmentarzu, ale jej nie zauważyli.
„No, choć, na co czekasz. Trzeba jej pomóc… Chodź ze mną”
Ruszyła dosyć szybko na drugą stronę drogi. Ruszył bez słowa za nią. Zauważył, że są tam, ukryte, za wysokimi krzewami, jakieś komórki. Otworzyła obydwa skrzydła drzwi do jednej z nich. W pół mroku zauważył katafalk, kandelabry, jakieś krzesła i komody. Nie była to kaplica. Raczej jakiś magazyn. Stanął w otwartych drzwiach podczas gdy ona szarpała się z czymś w głębi pomieszczenia
„No chodź tu. Sama nie dam rady”
Ocknął się i potykając się o coś podbiegł do niej. Dopiero teraz się jej przyjrzał nieco. Wzdrygnął się na widok jej twarzy. Wyglądała jak wiedźma na obrazkach w książce dla dzieci o Jasiu i Małgosi.
Razem wyciągnęli spory wózek na czterech kołach. Poznał to od razu. Tam, gdzie pracował mieli taki sam. Służył do podwożenia trumien do grobu. On w pracy używał identyczny do transportu nagrobków z warsztatu na ich miejsce na cmentarzu. Bez słowa zaciągnęli go na cmentarz do mamy.
Leżała na nagrobku. Płaszcz miała rozpięty, spódnicę podciągnięta do pasa. Pod rozpiętą bluzką na piersi leżałem ja…
Podobno darłem się w niebogłosy. Ojciec stał bez ruchu. Mama trochę jęczącym głosem powtarzała
„Nic mi nie jest… Wszystko w porządku…Tu jest tak zimno. Przykryj czymś dziecko…”
Ojciec ruszył się z letargu, ściągnął płaszcz i chciał przykryć mamę…
„Nie teraz! Trzeba ją położyć na wózek… Zawieść pod dach” – rozkazująco odezwała się starucha.
Razem pomogli położyć mamę z dzieckiem na wózku.
„Potem tu przyjdę i posprzątam” – dodała.
Zawieźli mamę do tej komórki, z której wyciągnęli wózek. Stara zapaliła gromnicę na jednym z kandelabrów. Wtedy ojciec zauważył, że w głębi było przejście do następnego pomieszczenia. Druga izba była bardzo mała. Płomień świecy zaczął się chwiać. Ojciec szybko zamknął drzwi. Podepchnęli wózek z matką do drugiego pomieszczenia. Stara zapaliła tam dwie mniejsze świeczki w blaszanych lichtarzach. Ojciec zauważył nieduże łóżko, raczej barłóg zawalony masą starych, szarych koców. Obok stała tak zwana kanonka, żeliwny niski piecyk na dwie fajerki. Był wygaszony. Pod niewielkim okienkiem z brudnymi szybami stał stół i dwa krzesła. Na stole walały się resztki chleba. Stały tam garnki z jakimś śmierdzącym jedzeniem. Panował tam okropny zaduch stęchlizny
„Nie chcę tu być… Duszę się tu. Zabierz mnie stąd…” – zażądała mama
„A, to mam dla ciebie coś lepszego… Moje dziecko” – powiedziała starucha.
Wyciągnęli wózek do pierwszego pomieszczenia. Stara ustawiła go bokiem przy katafalku. Rozejrzała się chwilę, otworzyła skrzynię stojącą w ciemnym kącie. Dopiero jak się nad nią pochyliła z lichtarzem w ręku, ojciec zauważył, że to trumna.
Wyciągnęła z niej pościel i poduszkę wypchaną trocinami. Położyła to na katafalku. Potem pomogli mamie ściągnąć płaszcz, buty i spódnicę. Została w samej bieliźnie. Położyła się na katafalku. Ja się cały czas darłem
„Daj mu piersi. Nie widzisz, że głodny… Zaraz przyniosę wody i was umyję”
„Zimno mi…”
Wiedźma wróciła się do swojej izby i po chwili przyniosła kołdrę. Była nawet w miarę czysta.
„Napal w piecyku. Zaraz będzie tu ciepło” – zwróciła się do ojca – „Za piecykiem znajdziesz drewno. Zapałki są na stole”
Podczas gdy rozpalał w piecyku, starucha wyszła na zewnątrz. Wróciła z wiadrem wody. Po chwili usłyszał krzyk matki
„Rany Boskie! Jaka zimna!”
„Nie mam ciepłej… Nie można długo czekać z myciem. Nic ci nie będzie”
Starucha wróciła się do swojej izby i szukała czegoś pod stołem. Znalazła litrową butelkę z bimbrem. Był koloru szarego, prawie nie przejrzysty. Pociągła spory łyk i podeszła do matki
„Trzeba obmyć dziecku pępowinę…”
„Nie tym! To jest brudne!… Mam coś lepszego!” – krzyknął ojciec
Przypomniał sobie o wódce, którą miał w teczce. Podał jej butelkę. Sprawnie wybiła zalakowany korek, pociągnęła łyk. Zamruczała z uznaniem. Potem ostrożnie posmarowała dziecku brzuszek, zawiązała zwisającą pępowinę i posmarowała go jeszcze raz.
Nie oddała już butelki. Poszła gdzieś. Dzieciak, spity alkoholem, który się dostał do organizmu od razu przestał krzyczeć i usnął po chwili.
„Pić mi się chce” – matka miała spieczone usta
„Może zjesz kanapkę?”
„Nie, podaj termos z kawą”
Nie zauważyli, kiedy kobieta wyszła. Wróciła z pieluchami, maleńkimi koronkowymi koszulkami i czapeczkami. Miała też ze sobą maleńkie skarpeteczki. Wszystko czyste i starannie wyprasowane. Zapachniało lawendą
„Przyszykowałam to kiedyś dla mojego dziecka… Nigdy nie było używane… Weź to, przyda się małemu”
Spędzili tam noc. Zaraz z rana ojciec pobiegł do tramwaju. Podjechał do Ozorkowa. Tam znalazł taksówkę. W południe byli już w domu na Długosza.
Kiedy wojna wybuchła we wrześniu 39go ojciec miał iść do pierwszej klasy. Po wkroczeniu Niemców do Łodzi, Stadtschulrat, Biuro Radcy Szkolnego zrobiło nowy podział okręgów szkolnych. Ojciec, zaczął chodzić do szkoły przy General-Litzmann-Strasse, dawnej 11go Listopada, ale już po dwóch latach zrezygnował z nauki. Zaczął pracować u kamieniarza przy cmentarzach na Gartenstrasse, Ogrodowej. Miał tam bliżej z domu przy Weddingenstrasse, dawnej Długosza niż do szkoły.
Ojciec, bardzo chciał robić jako kamieniarz. Niestety jego wiek i raczej mizerna budowa ciała nie pozwalały na to, ale ponieważ miał pewne zdolności plastyczne szef pozwolił mu wypisywać srebrną farbą na czarnym tle, blaszane tabliczki nagrobne. Pod koniec wojny wypisywał coraz więcej tabliczek po niemiecku. Były na nich nie tylko imiona i nazwiska, ale też powiązania rodzinne i zawody zmarłych. Dosyć szybko pozwolono mu wykuwać napisy w kamiennych płytach.
Po wojnie wypracował sobie dobrą pozycję w firmie. Był prawą ręką szefa. Pracował, jak sam to nazywał, tylko w granicie i marmurze. W żadne lastriko czy inny chłam się nie angażował. Ponieważ firma miała kłopoty z pozyskiwaniem granitu i innych naturalnych kamieni, chodzili, najczęściej w nocy, na cmentarz ewangelicki lub prawosławny i wynosili stamtąd stare nagrobki z zaniedbanych grobów. Potem zeszlifowywali napisy i wykuwali nowe. Właśnie w czasie jednej takiej nocnej wyprawy na cmentarz, kiedy podnosił płytę nagrobkową, spadła na ojca z cokołu granitowa figura, naturalnej wielkości, modlącej się kobiety. Roztrzaskała mu głowę. Pamiętam, miałem wtedy dziewiętnaście lat. To było w roku 72tym. Od tego czasu byłem jedynym żywicielem rodziny.
Matka nie pracowała a właściwie to szyła znajomym i sąsiadkom sukienki i bluzki. Cieszyła się, że w ten sposób zarabia prawie tyle co ojciec. Babka od roku nie wychodziła z łóżka.
Moje problemy zaczęły się dużo wcześniej. Już jako pięciolatek dorwałem na sąsiedniej nie zabudowanej działce, dziewczynkę, chyba równolatkę, córkę sąsiadów z ulicy. Zarwałem z niej sukienkę i majtki, pokaleczyłem, to jest, podrapałem jej dotkliwie podbrzusze. Darła się więc przytrzymałem jej buzię rękoma. Gdy już przestała się ruszać, jej ojciec, który się tam znalazł nie wiadomo skąd, zerwał mnie z niej. Mała z trudem odzyskała przytomność.
Zostałem dotkliwie pobity, najpierw przez niego a później przez ojca. Cała sprawa rozeszła się po kościach. Teraz, po latach myślę, że wtedy nie przywiązywano do takich zdarzeń dużej wagi. Po tym jak dostałem lanie, ojciec zaprosił jej ojca na wódkę i o całej sprawie wszyscy zapomnieli.
Ale nie ja. Coraz częściej, mimo niecałych sześciu lat, miałem bolesne wzwody. Nie potrafiłem sobie z nimi poradzić. Powiedziałem o tym mamie
„Nie baw się ptaszkiem Jasiu… To przejdzie. W nocy trzymaj rączki na kołderce”
Tak więc moje cierpienia z powodu bolesnych wzwodów nie zaniepokoiły specjalnie mamy
„Moja krew” – skwitował to ojciec z zadowoleniem.
Słyszałem jak w nocy, gdy nie mogłem zasnąć, matka mówiła do ojca, że jej matka często opowiadała przy niej, innym kobietom, że Dawidek, a potem Johann też w tym wieku co ja lubili bawić się ptaszkami. Wtedy jako dziecko nie rozumiała co to znaczy. Gdy pytała o to matkę, ta ją zbywała nie dając odpowiedzi. Dopiero znacznie później, gdy już była prawie dorosła dowiedziała się od koleżanek co to znaczy. Dawidek był rówieśnikiem mojej mamy, Johann trzy lata młodszy, ale nie należeli do rodziny.
Gdy jej matka, z nowo narodzoną moją mamą została wyrzucona z rodzinnego domu na Chojnach, to zostały dosłownie na ulicy. Pierwszą noc tak spędziły. Potem jej matka, z nią, poszła na pieszo z Chojen do Grant Hotelu, gdzie przed porodem pracowała jako sprzątaczka. Tam, jej dwie przyjaciółki z którymi pracowała, ukryły ją, z dzieckiem w pralni hotelowej, a właściwie w magazynku na brudną pościel.
Tak mieszkała tam trzy dni. Potem kryjówkę odkryła szefowa pralni. Nie wyrzuciła je, powiedziała, że może coś jej, to znaczy matce mojej mamy załatwi. Załatwiła jej pracę jako mamka u pewnego lekarza.
Żona lekarza właśnie urodziła chłopczyka, ale niestety nie miała pokarmu. Doktor Bernard Baumann dokładnie ją zbadał a potem dał im pokój w swoim wielkim mieszkaniu na pierwszym piętrze w eleganckiej kamienicy na Piramowicza. Miała za zadanie karmić piersią małego Dawidka i się nim opiekować. Miała dużo pokarmu, starczało dla Dawidka i dla mojej mamy. To było w 34tym. Ponieważ doktorstwo było z niej zadowolone została tam na stałe, żeby zajmować się dzieckiem.
Pewnego razu w 40tym we wrześniu po powrocie z zakupów zastała w mieszkaniu innego doktora, tym razem dentystę. Był to doktor Heinz Werner. Po Bernardzie Baumannie nie było śladu. Zostały tylko ich wszystkie rzeczy. Nigdy już więcej nie widziały Baumannów.
Doktor Werner pochodził z Gleiwitz, czyli Gliwic. Mówił bardzo słabo po polsku, za to jego żona Hilda mówiła po polsku niemal bezbłędnie. Upewniwszy się, że moja babka jest polką i że pracowała w tym mieszkaniu przy dziecku, pozwolili jej zostać. Mieli synka Johanna. Był trzy latka młodszy od mojej mamy.
Dorze im się tam mieszkało. Pracy nie było dużo. Doktorstwo zachowywało się wobec nich przyzwoicie. Doktorowa często szyła różne rzeczy na maszynie. Nauczyła tego nawet moją mamę, wówczas niespełna dziesięcioletnią dziewczynkę.
Pod koniec 44tego doktor Werner wysłał żonę i synka do krewnych w Reichenau. Sam został jeszcze tydzień. Sprowadził ludzi, którzy pakowali do skrzyń co cenniejsze rzeczy. Wyjechał bez pożegnania. Zostały same w dużym mieszkaniu.
Zbliżał się koniec roku. Nie miały pieniędzy na życie. Moja babka sprzedała część niezabranych ubrań, jeszcze po doktorze Baumannie. W ten sposób dotrwała do połowy stycznia 45go, kiedy to nastąpiło wyzwolenie Łodzi.
Wkrótce do mieszkania na Piramowicza wprowadził się towarzysz Jagielski Marian z żoną Lubicz Heleną. Chciał je natychmiast wyrzucić, ale żona Helena, która była w ciąży zaprotestowała.
„Jak to Heleno… Przecież wiesz, że mnie na moim stanowisku w Partii nie wypada mieć służącej. Co na to powiedzą towarzysze?”
Towarzysze nic nie powiedzieli. Gdy przybywali na liczne przyjęcia do towarzysza Jagielskiego, ten zwracał się do mojej babki „Towarzyszko gosposiu” – Przynajmniej, póki był jako tako trzeźwy.
Mieszkały tak do ślubu moich rodziców w styczniu 53go. Krótko po ich ślubie babka, od strony mamy, rozchorowała się i zmarła w szpitalu trzy miesiące przed moim narodzeniem.
W tym czasie mama mieszkała z tatą w domku drugiej babci, tej od dziadka komunisty. Druga babcia zmarła po kilku latach. Ojciec dostał dom w spadku. Zamurował wejście od ulicy, wstawił w to miejsce okno i oddzielił od reszty korytarza.
„Będzie dla dzieciaka”
5go września 60go roku mama odprowadziła mnie do szkoły, do pierwszej klasy. Szkoła podstawowa nr 9 mieściła się na rogu Wapiennej i Lorentza. W klasie zapatrzyłem się na dziewczynkę w ławce przede mną. Bardzo ładnie pachniała, miała ciemne warkocze. Nie mogłem się skupić na tym co mówiła nasza Pani. Miałem wzwód. Bardzo bolało mnie tam na dole.
Dzieci przedstawiały się z imienia i nazwiska. Pani pytała o rodziców, co robią. Nic nie zapamiętałem, tylko że dziewczynka przede mną ma na imię Hania a nazwisko Muszyńska. Jej tatuś jest inżynierem a mama pracuje w sklepie.
„A ty jak masz na imię?”
Pytanie było skierowane do mnie. Nie reagowałem. Ktoś mnie szturchnął
„Ja?… Nazywam się Jan Klos” – odpowiedziałem zaskoczony
„Powiedz nam Janku, co robi twój tatuś?”
„Tata jest… Rzeźbiarzem”
Ojciec wymagał, aby o nim mówić, że jest rzeźbiarzem a nie że robi nagrobki u kamieniarza przy cmentarzu.
„O, to interesujące. Opowiesz nam kiedyś co rzeźbi twój tatuś. A co robi twoja mamusia?”
„Nic. Siedzi w domu”
Mama zawsze mówiła, aby nie mówić obcym, że szyje w domu. Nie wiedziałem, dlaczego, ale co mi tam. Mogłem nie mówić.
I dag do końca lekcji. Potem jeszcze coś było, ale tego nie pamiętam. Na przerwie zapatrzony byłem na Hankę.
Po uroczystym rozpoczęciu roku szkolnego większość dzieci wracała sama do domów. Hanka też. Poszedłem za nią. Przed szkołą pożegnała się z koleżankami. Przeszła na drugą stronę Wapiennej i przez podwórka doszła do Letniej. Przeszła na drugą stronę. Obok kościoła przeszła do Towarowej. Nic tam niema, żadnych budynków tylko jakieś szopy. Cała okolica zarośnięta dzikimi krzakami i niewielkimi drzewkami. Hanka szła w stronę mostu kolejowego nad Drewnowską. Podbiegłem do niej
„Cześć Hanka”
Spojrzała na mnie zaskoczona
„Co chcesz?”
„Pójdę z tobą. Gdzie mieszkasz?”
„Tu zaraz na Zimnej. Sama trafię” – odwróciła się i chciała iść dalej.
Nie podobał mi się jej ton głosu. Był jakiś zimny i wrogi. Złapałem ją za rękę
„Zostaw! Słyszysz?! Będę krzyczeć…”
Nie zdążyła. Przewróciłem ją na ziemię. Zaskoczona przez chwilę milczała. Wciągnąłem ją w krzaki obok.
Zaczęła się drzeć. Leżałem na niej. Byłem dużym chłopcem, nie miałem trudności sprawić, aby się nie ruszała. Lewą dłonią zakryłem jej usta. Prawą ściągałem majtki. Wierzgała nogami. Uderzyłem mocno w brzuch. Porwane majtki odrzuciłem na bok. Nie wiedziałem co robić dalej. Musiałem cały czas zakrywać jej usta. Co poluzowałem dłoń na jej buzi to darła się okropnie. Nie chciałem by to robiła. Prosiłem ją by była cicho. Nic do niej nie docierało.
Musiałem coraz bardziej zaciskać dłoń na jej buzi. Drugą dłoń wsadziłem między zaciśnięte nogi. Próbowałem dostać się do środka, chociaż nie wiedziałem po co. Poczułem, że coś leje mi się po ręce. Posikała się. Po chwili zrobiła kupę. Przestała się ruszać. Pomału zwolniłem uścisk na buzi. Leżała nieruchomo z otwartymi oczami. Patrzała gdzieś do góry.
„Hanka! Żyjesz?”
Potrząsnąłem nią. Zauważyłem, że mam brudną prawą dłoń. Z obrzydzeniem wytarłem ją w jej ubranie. Podniosłem się. Stanąłem nad nią i patrzyłem na jej nagie podbrzusze. Pierwszy raz w życiu widziałem coś takiego. Miałem coraz bardziej bolesny wzwód. Poczułem tam na dole jakieś drgawki. Przestraszyłem się. Rozpiąłem spodnie. Wsadziłem rękę w majtki poczułem coś lepkiego. Chwyciłem mocno przyrodzenie. Mimowolnie wykonywałem jakieś ruchy. Pierwszy raz w życiu. Coraz szybciej.
W pewnym momencie poczułem błogą ulgę. Cała ręka w majtkach była obklejona jakąś mazią. Nie wiedziałem co mi jest. Trochę się bałem, ale ulga jakiej doznałem sprawiła mi niewyobrażalną przyjemność. Ocknąłem się. Hanka leżała bez ruchu. Zabiłem ją. Jakoś ta myśl mnie nie przeraziła. Górowała nad nią pamięć doznanej ogromnej przyjemności i radość z powodu braku wzwodu i związanego z tym bólu.
Wyjrzałem ostrożnie z krzaków. Nikogo nie było. Doszedłem pustą Towarową do Drewnowskiej, potem Wapienną do Długosza. Matka zauważyła, że mam brudne ubranie.
„Gdzie się tak uświniłeś? Biłeś się z chłopakami? Ładnie zaczynasz szkołę”
„Nie. Przewróciłem się przed domem”
Gdy mama weszła do kuchni wyciągnąłem z szafy majtki i pobiegłem do ubikacji. Zdjąłem te ubrudzone. Wytarłem się nimi porządnie, ale w dalszym ciągu czułem dziwny zapach. Brudne majtki wyrzuciłem do ubikacji celując w róg dołu, tak aby nie było ich widać z góry.
Potem przyszedł ojciec z pracy i było jak każdego dnia. Wyszedłem na podwórko zaczęło padać. Wróciłem do domu. Zjedliśmy zupę, którą mama ugotowała. Potem wyciągnąłem pudełko z blaszanymi częściami z których można było skręcać różne ciekawe rzeczy. Na pudełku pisało „Mekano” nie umiałem czytać, ale to słowo zapamiętałem, gdy ojciec mi je przeczytał, jak dostałem to na gwiazdkę.
Wieczorem zjedliśmy kolację. Nikt mnie nie zapytał jak było w szkole. Odpowiadało mi to. Przed spaniem umyłem się w misce w kuchni bardzo dokładnie.
Tej nocy usnąłem bardzo szybko. Mama nie mogła mnie rano obudzić. Nigdy nie byłem budzony. Wstawałem sam, zwykle około dziewiątej. Ojciec wcześniej wychodził do pracy. W domu była tylko mama i ja. Babcia nie żyła od dwóch lat. Teraz musiałem być w szkole o ósmej.
Po przebudzeniu byłem marudny, nie chciałem iść do szkoły. W pewnym momencie przypomniałem sobie co się stało poprzedniego dnia. Zamilkłem. Przestałem protestować, ubrałem się szybko i równie szybko zjadłem przyszykowane śniadanie. Złapałem mój nowy tornister i wybiegłem z domu
„Zapomniałeś zabrać drugie śniadanie!” – Mama w drzwiach krzyknęła za mną.
Wróciłem się biegiem, wyrwałem jej z ręki papierową torebkę z bułką i bez słowa pobiegłem do szkoły. Byłem bardzo ciekaw czy zauważą nieobecność Hanki. Nie czułem wyrzutów sumienia z powodu jej śmierci. Nie chciałem jej zabić. Sama sobie była winna, po prostu wypadek. O tym, że może poszukiwać mnie milicja nie myślałem.
Do ósmej było jeszcze trochę czasu. Uczniowie gromadzili się przed zamkniętymi drzwiami swoich klas. Tuż przed dzwonkiem nasza Pani otworzyła drzwi do klasy. Wszyscy usiedli na swoich miejscach. Ławka przede mną była pusta.
„Kochane dzieci. Wasza nowa koleżanka, Hania…” – Pani spojrzała do dziennika – „Hania Muszyńska nie będzie się już z wami uczyć. Wczoraj spotkało ją wielkie nieszczęście. Hania nie żyje…” – Pani przerwała. Wytarła oczy chusteczką – „Zaraz przyjdą panowie z milicji. Będą chcieli z wami porozmawiać. Poczekajmy na nich w milczeniu”
Nie musiała nikogo uciszać. Wszyscy siedzieli cicho i bez ruchu. Koleżanka Hani, z którą siedziała razem w tej samej ławce, zaczęła cicho chlipać pod nosem. Ktoś z boku ją uciszał. Po jakimś czasie do klasy weszło dwóch milicjantów i jakaś starsza kobieta. Nasza Pani podniosła się z za biurka
„Pani siedzi, koleżanko…” – Upomniała naszą Panią.
Jeden z milicjantów zaczął
„Wczoraj, jakiś bardzo niedobry człowiek, zrobił waszej koleżance wielką krzywdę. Zabił ją… My go niedługo złapiemy…”
Wstałem i chciałem krzyknąć – „Nie jestem niedobry! To był wypadek! Po co się darła!” W ostatniej chwili się powstrzymałem
„Chciałeś coś powiedzieć, Janku?” – Zapytała Pani.
Przez chwilę milczałem. Nie wiedziałem co powiedzieć. Dotarło do mnie jakie głupstwo chciałem wypalić
„Muszę do ubikacji…”
„Wytrzymaj jeszcze troszkę. Zaraz będzie przerwa”
Wszyscy na mnie patrzyli. Ktoś się zaśmiał. Usiadłem. Po chwili drugi milicjant zaczął dalej
„Czy któreś z was widziało może z kim Hania wracała do domu?” – Cisza
„A może widzieliście czy ktoś na nią czekał?” – ponownie cisza
„Może ktoś za nią szedł?”
Nikt się nie odzywał. Kobieta, która przyszła z milicjantami zapytała
„Czy wy znaliście Hanię? Może ktoś ją znał z podwórka, mieszkał w pobliżu?”
Nasza pani przerwała
„Sprawdzałam w dzienniku. Nikt z moich uczniów nie mieszka na Zimnej”
Milicjanci o nic więcej nie pytali. Jeden z nich zakończył
„Gdyby któreś z was coś sobie przypomniało, albo usłyszało coś ciekawego do zwróćcie się z tym do pani kierowniczki…” – Wskazał na starszą kobietę – „Albo do waszej Pani. Zapewniamy was, że niebawem schwytamy tego mordercę. A wam chciałbym poradzić abyście wracali do domów tylko ulicami. Nie chodźcie na skróty przez podwórka ani przez tereny zarośnięte krzakami”
Zaraz potem był dzwonek. Milicjanci sobie poszli. Kobieta została w klasie i rozmawiała z naszą panią. Wszyscy wyszli na korytarz.
Były jeszcze jakieś lekcje, ale nic z nich nie pamiętam. Cały czas miałem w głowie wspomnienie tych chwil, gdy stałem nad Hanką i tego jak błogo mi wtedy było.
Wróciłem do domu. Mama stała na ulicy i rozmawiała z sąsiadkami o tym co się stało. Były bardzo poruszone. Słyszałem, jak mówiły, że teraz to one same nie będą wychodzić z domu. A na noc będą zamykać wszystkie okna, nawet na piętrach, bo podobno ten co zabił, zwinny jest jak małpa.
Ktoś go widział jak przy kościele uciekał po drzewach. Potem przyszedł z pracy ojciec. Przy posiłku o niczym innym nie rozmawiali
„Wyobraź sobie, że ten zboczeniec wyciął biednemu dziecku cały brzuch…” – matka była bardzo poruszona
„Nie wyciął” – powiedziałem
„A ty skąd to możesz wiedzieć? Byłeś przy tym?” – zapytała
„Nie, ale słyszałem, jak mówili…”
„Ja bym takiego skurwysyna za jaja na latarni powiesił”
Nie odzywałem się więcej.
Dłuższy czas nic nowego w moim życiu się nie wydarzyło. Uczyłem się bardzo źle. W szkole z nikim się nie zadawałem. Inni unikali mnie, bo byłem skryty i unikałem kontaktów z innymi dziećmi na przerwach i po za szkołą. Nie mogłem się skupić na lekcjach. Myślałem tylko o jednym.
Raz po raz wracałem myślami do chwili, gdy stałem nad Hanką. Marzyłem o tym, aby to się powtórzyło. Zaczęły się wakacje. Niektóre dzieci wyjechały na kolonie, inne gdzieś z rodzicami. Ja wiedziałem, że spędzę je w domu i że będę się nudzić.
Któregoś dnia po kolacji ojciec wyciągnął z pod łóżka swój drewniany kuferek, w którym trzymał swoje skarby. Nikomu nie wolno było go ruszać. Miał wielkość walizki. Okuty był na rogach żółtą blachą. Zawsze był zamknięty. Ojciec otwierał go bardzo dużym kluczem. Tym razem postawił go na stole. Otworzył i wyjął woreczek, z którego wysypał na stół złote literki.
„Ile złota!” – zachwyciłem się
„Złote to one nie są. Są mosiężne… A teraz uważaj Jadziu… Gdy umrę to na moim nagrobku każ ułożyć z tych literek taki napis”
Zaczął układać na stole – „ADOLF KLOS ARTYSTA RZEZBIARZ” – spojrzał na napis z różnych stron. Wyglądał na zadowolonego.
„Brakuję przecinka nad Z ale to zdążę dorobić. Tu są jeszcze cyferki na ułożenie daty urodzin i śmierci”
„Skąd to masz? Pewno kradzione?” – zapytała mama
„Zaraz kradzione. Zdjęte z rozbitych nagrobków…”
Podczas gdy oni sprzeczali się o literki – matka chciała, aby ojciec się ich pozbył – moją uwagę przykuła zawartość kuferka. W środku leżały ojca skarby. Trzy duże ładne papierośnice, zegarki na łańcuszkach, wieczne pióra i coś tam jeszcze. Nie to mnie zainteresowało.
Z pod jednej papierośnicy wystawało zdjęcie, a raczej kartka pocztowa z nagą tańczącą kobietą. Zdążyłem jeszcze zauważyć jakieś napisy, ale nie po polsku i to, że kobieta miała przyklejone w tym miejscu zaraz pod pępkiem kolorowe piórka ptasie. Piórka były przyklejone do zdjęcia. Nie zdążyłem zobaczyć nic więcej. Ojciec włożył woreczek z literkami, zamknął kuferek i schował go pod łóżko. Klucz schował do kieszeni.
„Muszę mieć to zdjęcie” – zdecydowałem.
Tylko jak się do niego dostać? Myśl o zdobyciu zdjęcia stała się moją obsesją na najbliższe dni. Zaraz z rana, gdy ojciec wyszedł do pracy a mama poszła do sklepu, obejrzałem kuferek. Niestety nie dałem rady go otworzyć. Przeszukałem ojca spodnie, wszystkie jakie miał i nie znalazłem klucza. Doszedłem do tego, że muszę podpatrzyć, gdzie chowa klucz.
Kilka dni czekałem niecierpliwie, aby otworzył ten cholerny kuferek. Któregoś wieczoru, gdy mama poszła do magla, wpadłem na pomysł, aby go poprosić o pokazanie jeszcze raz literek
„Wiesz, tatuś, a jak mamusia umrze przed tobą, to kto ci ułoży ten napis?”
„Masz rację synu. Dobrze będzie jak będziesz wiedział, jak to ma wyglądać” Poszedł do pokoju, w którym mieli łóżko. Przez niedomknięte drzwi zauważyłem, jak sięga po coś co leżało na szafie. To musiał być klucz. Szybko wróciłem na miejsce przy stole. Ojciec jeszcze raz ułożył napis, ale to już mnie nie interesowało. Patrzyłem, jak to robi, myślami będąc gdzie indziej.
Dwa dni później zdjęcie było moje. Schowałem je pod koszulę. Pobiegłem z nim do naszej Sławojki. Dokładnie zamknąłem drzwi na haczyk. Mogłem teraz, w półmroku, dokładnie je obejrzeć. Kiedy dmuchałem od dołu zdjęcia, to piórka unosiły się i widać było, że tancerka nie ma na sobie majtek. Poczułem nagły wzwód i dobrze znany mi ból. Opuściłem spodnie i prawą ręką ująłem przyrodzenie. Zacząłem robić ruchy, jak wtedy w krzakach nad Hanką. Wpatrywałem się w tancerkę na zdjęciu, ale widziałem twarz Hanki.
Wkrótce przyszła ulga. Tak samo gwałtownie jak wtedy. Musiałem odpocząć. Po kilku minutach wyszedłem z ubikacji. Rozejrzałem się. Nikogo nie było. Ukryłem zdjęcie w komórce pod klatką po królikach.
Przez całe wakacje wyciągałem zdjęcie każdego dnia, czasami dwa razy dziennie. Matka zauważyła, że mam podkrążone oczy i że chyba schudłem. Słyszałem, jak mówiła do ojca, że chyba coś mi jest i że trzeba ze mną iść do doktora.
„Nic mu nie jest. Dorosły się robi. Uspokoił się dobrze śpi po nocach. Już nie ciska się w łóżku i nie krzyczy. Lekarz mu nie potrzebny”
W drugiej klasie posłany zostałem na lekcje religii. Ojciec był przeciwny, to matka na to nalegała. Miała nadzieję, że może lekcje religii i samo chodzenie do kościoła sprawi, że zbliżę się do innych dzieci. Mama była trochę zaniepokojona tym, że nie mam żadnych przyjaciół, czy choćby kolegów w szkole. Na szkolnych wywiadówkach nauczyciele informowali ją, że jestem samotnikiem i że stronię od kontaktów z innymi dziećmi. Że źle się uczę i że myślami jestem często gdzie indziej. Rodzice pocieszali się tym, że jestem po prostu nieśmiały.
Na religię chodziłem do kościoła Najświętszego Zbawiciela przy Letniej. Lekcje, osobno dla chłopców i osobno dla dziewcząt, prowadził stary ksiądz. Niewiele z nich zapamiętałem, ale wystarczająco dużo, aby być dopuszczonym do Pierwszej Komunii Świętej w trzeciej klasie.
To co mi utknęło w głowie z tych lekcji to, to że to bardzo ciężki grzech, gdy chłopcy zabawiają się tak jak ja w ubikacji i myślą o „tych rzeczach”. Zmartwiło mnie bardzo, że będę się musiał z tego wyspowiadać. Pocieszyło to, że nie będę musiał spowiadać się z tego co zrobiłem Hance. Ksiądz nic nie mówił o tym, że dzieciom nie wolno zabijać inne dzieci.
Zbliżały się kolejne wakacje. Mama tak długo wierciła ojcu dziurę w brzuchu, że w końcu zgodził się abyśmy wyjechali na dwa tygodnie nad morze. Rodzice nie wiedzieli za bardzo, dokąd nad morze wyjechać. W końcu ojciec postanowił, że wyjedziemy w ciemno.
W połowie lipca wyjechaliśmy do Kołobrzegu. Po całonocnej podróży wysiedliśmy z pociągu następnego dnia rano. Jeszcze w pociągu dowiedział się, że, najtańsze kwatery prywatne będą w Dźwirzynie. Dojechaliśmy tam autobusem. Dosyć szybko znaleźliśmy pokój w domku u rodziny, która miała kilka pokojów do wynajęcia. Trzy były puste, więc mogliśmy sobie wybrać. Mama się ucieszyła, że nie będzie musiała stać przy garach. Wykupiła dla nas wszystkie trzy posiłki dziennie na całe dwa tygodnie. Ojciec trochę kręcił nosem, że drogo i że taniej by było, gdyby mama sama gotowała we wspólnej kuchni.
„Raz w roku chcę wypocząć. Nie zbiedniejemy od tego”
Do plaży mieliśmy blisko. Dwieście metrów ulicą, potem kawałek w lewo i przez wydmy na plażę. Przez całe dwa tygodnie mieliśmy piękną pogodę. Całymi dniami leżeliśmy na plaży. To znaczy rodzice leżeli. Zaraz drugiego dnia zauważyłem, że na wydmy weszła dziewczyna podobna do Hanki, tylko dużo starsza, musiała już chodzić chyba do liceum. Powiedziałem rodzicom, że idę się przejść po plaży i poszedłem na wydmy w tym kierunku, gdzie poszła ta dziewczyna.
Już po paru chwilach ją ujrzałem. Nie była sama. Był z nią chłopak, który zaczął ją całować. Po chwili rozejrzeli się. Nie zauważyli mnie. Byłem przykucnięty za wysokimi trawami. Chłopak ściągnął z niej opalacze. Przez chwilę widziałem ją nagą. Potem znikli w jakimś zagłębieniu. Bałem się podejść bliżej. Na pewno by mnie zauważyli. Znów miałem ten cholerny, bolesny wzwód, ale wiedziałem już jak się go pozbywać.
Zostałem tam jeszcze jakiś czas. Liczyłem, że może jeszcze coś zobaczę, ale dosyć szybko zainteresowanie nimi minęło. Tylko twarz Hanki powracała przed oczy przez resztę dnia. Rano mama zapytał się czy dobrze się czuję. Podobno w nocy spałem niespokojnie i wołałem jakąś Hankę. Powiedziałem, że nic nie pamiętam.
„Chodzi cały dzień po słońcu bez czapki, to mu się łeb przegrzał” – zawyrokował ojciec
Jeszcze tego samego dnia w drodze na plażę kupili mi na straganie czapeczkę i przykazali nosić ją cały czas. Przez resztę pobytu w Dźwirzynie codziennie przechodziłem wydmy od końca do końca, to jest od jednego ogrodzenia do drugiego. Nie spotkałem już więcej tej dziewczyny co ją wtedy widziałem. W ogóle nie widziałem nic ciekawego, czasem tylko jacyś ludzie chodzili się tam na wydmy załatwiać. Nie byłem tam jednak całkiem sam. Była ze mną Hanka. Leżała zawsze na plecach i patrzyła z dołu prosto w oczy, gdy ja nad nią…
Po powrocie do domu nie mogłem sobie znaleźć miejsca. Ucieczki do ubikacji ze zdjęciem tancerki przestały mnie bawić. Może dlatego że widziałem w niej Hankę. Chciałem o niej zapomnieć. Tęskniłem za szkołą.
W końcu rozpocząłem trzecią klasę. Nic się nie zmieniło. W dalszym ciągu nie mogłem się skupić na lekcjach, źle się uczyłem. Gdy miałem wzwody w szkole, a często mi się to zdarzało, aby nie myśleć o Hance próbowałem sobie „to” wyobrażać z innymi dziewczynami z klasy, ale to nie było to.
W maju szliśmy do Pierwszej Komunii Świętej. Przed Komunią przystąpiłem do pierwszej i jak dotąd jedynej spowiedzi. Już wcześniej przed spowiedzią postanowiłem kłamać, a raczej nie o wszystkim mówić. Powiedziałem tylko że używałem brzydkich słów, kłamałem, nie słuchałem rodziców i chodziłem na wagary. Ksiądz w konfesjonale zapytał
„Miałeś brzydkie myśli?”
„Tak”
„Jakie?”
„Myślałem o tym, aby ukraść koledze scyzoryk… Ale nie ukradłem!”
„Nic więcej?”
„Nic”
Dostałem rozgrzeszenie. Miałem odmówić kilka Zdrowasiek. Zadowolony byłem z mojej spowiedzi.
Po Komunii zrobiono nam wspólne zdjęcie przed Kościołem. Pamiętam jak mamie się podobało, jak je tydzień później odbierała od fotografa. Stało nawet przez jakiś czas u niego na wystawie. Na zdjęciu stoję pośrodku w białym garniturku, wysoki, szczupły blondyn, o ponad głowę wyższy od pozostałych chłopców.
Na uroczystości w domu byli tylko rodzice. Matka chrzestna z mężem o której nie wiedziałem, że mam, i ojca szef z żoną. Nie było żadnych dzieci. Od rodziców dostałem rower, od chrzestnej zegarek Poljot z kalendarzem, a od ojca szefa trzysta złotych.
Najbardziej ucieszył mnie rower. Byłem dużym chłopcem. Rower był dla dorosłych, czechosłowacki, marki Sport z kolarską kierownicą. Miałem wcześnie rowerek, na którym ojciec nauczył mnie jeździć. Ale był już dla mnie za mały. Od czasu pójścia do szkoły nie używałem go. Stał w komórce.
Jeszcze tego samego dnia, gdy wszyscy siedzieli przy stole, ojciec pozwolił mi się przebrać i wyjść pojeździć na rowerze. Dojechałem do Srebrzyńskiej. Poczekałem aż przejedzie pociąg i podniosą się szlabany. Po chwili byłem w parku na Zdrowiu. Koło ZOO było sporo ludzi z małymi dziećmi. Bałem się kogoś rozjechać. Pojechałem w głąb parku. Było tam pusto i spokojnie.
W pewnym momencie zauważyłem z boku za krzewami, chłopaka leżącego na dziewczynie. Miała nogi wysoko w górze i poruszała nimi rytmicznie. Byli ubrani. Ona miała podciągniętą do pasa spódniczkę, on opuszczone do pół uda spodnie. Zastawiłem rower przy ścieżce i pomału zbliżałem się do nich, idąc między gęstymi krzakami. To co robili znałem z rozmów chłopaków w szkole. Nie rozmawiałem o tym z nimi, ale zawsze się im przysłuchiwałem. Teraz, od razu do mnie dotarło, że to co ci tutaj robią to ruchanie się. Chłopaki tak to nazywali. Rozmawiali często, jak się to robi, ale ja im po prostu nie wierzyłem. No bo jak można bez obrzydzenia wsadzać „to” w takie brudne miejsce. Od razu przypomniałem sobie jak Hanka zrobiła wtedy kupę i jak pobrudzoną miałem dłoń.
Stałem tam kilka minut. Jednak chłopaki mieli rację. To musi być ruchanie. W pewnym momencie chłopak podniósł się i wciągnął spodnie. Widziałem, że ma wzwód. Musieli coś usłyszeć, bo oboje spojrzeli w moją stronę. Dziewczyna obciągnęła spódniczkę, podniosła się i ruszyli ostrożnie w moją stronę. Nie starając się być cicho dobiegłem do roweru i bardzo szybko odjechałem w kierunku mostu kolejowego na Konstantynowskiej.
Przyjechałem zziajany do domu. Schowałem rower do komórki. Czułem, że mam wypieki na twarzy. W domu byli tylko rodzice mama zmywała naczynia a ojciec czytał gazetę
„Co ci jest Jasiu?… Nie masz przypadkiem gorączki? Podejdź do mnie”
Mama wytarła ręce w fartuch i przyłożyła dłoń do mojego czoła
„No tak! Ty masz gorączkę…”
„E tam, gorączkę. Wyszalał się na rowerze i teraz ledwo dycha”
Położyłem się wcześnie do łóżka. Nie mogłem usnąć. Po raz pierwszy od bardzo dawna nie miałem wzwodu. Cały czas myślałem o tym co widziałem w parku.
Usnąłem nad ranem. Śniła mi się Hanka. Stała obok mnie w parku. Przyglądaliśmy się tej parze tam za krzakami.
„Widzisz, tak to się robi, ty niezdaro!” – śmiała się ze mnie – „Zabiłeś mnie i co z tego miałeś?! Fujara jesteś”
„Nie mów tak! To nieprawda! Nieprawda! Nieprawda” – krzyczałem
„Co nieprawda, Jasiu? Śniło ci się coś? Co to było?” – usłyszałem mamę nad sobą
„Nic… Coś mi się śniło… nie wiem, nie pamiętam co”
„Czas iść do szkoły. Wstawaj”
„Mamusiu, ja dzisiaj bardzo źle się czuję, głowa mnie boli. Zostanę w domu”
Matka położyła rękę na moim czole
„Musimy zmierzyć temperaturę. Masz gorące czoło”
Poszła po termometr. Po kilku minutach odczytała
„Trzydzieści dziewięć i cztery kreski. Wezwę lekarza. Nie wychodź z łóżka. Pójdę do Kulikowej zadzwonić po pomoc”
Po jakimś czasie przyjechał lekarz. Zbadał mnie. Przepisał jakieś lekarstwa i kazał przyjść na rejon za trzy dni, jak się nie polepszy. Nie polepszyło się. Już następnej nocy rodzice wezwali pogotowie. Zabrali mnie do szpitala około czwartej w nocy. Podobno krzyczałem coś nie zrozumiałego, traciłem przytomność, aby po chwili ją odzyskać, ale nie było ze mną kontaktu.
W szpitalu byłem ponad miesiąc A właściwie w dwóch szpitalach. Najpierw na pogotowiu a potem w psychiatrycznym. Po wielu badaniach lekarze stwierdzili, że mam zaburzenia osobowości, czy coś takiego i że jestem nad pobudliwy. Dostałem dużo lekarstw. Mama mówiła, że to na uspokojenie.
Wypisano mnie do domu. Ale nie musiałem jeszcze iść do szkoły. Koniec roku szkolnego zastał mnie w domu, w łóżku. Mimo to przeszedłem do czwartej klasy.
Tym razem nie pojechaliśmy na wakacje. Zostałem w domu. Byłem jakiś otępiały, nie czułem się słaby, tylko wszystko było mi obojętne. Całe dni spędzałem na leżaku w naszym ogródku za domem. Nic nie robiłem tylko siedziałem i patrzyłem przed siebie. Matka martwiła się, że tak bardzo się zmieniłem przez te lekarstwa co je dostawałem
„Tobie się nigdy nie dogodzi. Jak raz chłopak jest spokojny to się niepokoisz. Daj mu spokój. Odpocznie po chorobie i znów będzie sobą”
Tak ojciec uspakajał matkę, ale sam był również zmartwiony moją przemianą. Ostatniej niedzieli przed rozpoczęciem szkoły nawet sam zapytał
„Nie pojeździłbyś na rowerze, synuś?”
„Nie chce mi się. Może później”
Całą czwartą i piątą klasę przetrwałem nawet nie wiem, kiedy. Nic nie pamiętam z tego okresu. Przechodziłem do następnych klas chyba dlatego, że nie byłem kłopotliwy i częściowo dlatego że chyba nauczycielom było mnie żal.
Dopiero w wakacje, w 65tym, gdy zdałem do szóstej klasy poczułem się lepiej. W tym czasie przestałem zażywać większość lekarstw, które brałem do tej pory. Regularnie chodziłem na badania do lekarzy. Teraz dostałem nowe lekarstwa, po których nie byłem taki otępiały.
Wkrótce wyciągnąłem rower i zacząłem jeździć do parku na Zdrowiu. Coś mnie tam ciągnęło, ale nie wiem co. Spotykałem tam inne dzieciaki na rowerach, ale zawsze jeździłem sam. Czasami, gdy zauważyłem dziewczynę na rowerze, to doganiałem ją. Jechałem wtedy, obok niej bez słowa patrząc na nią. Zwykle bardzo się wtedy peszyły albo niepokoiły. Odjeżdżały wtedy z parku co sił w nogach. Nie goniłem je chociaż miałem na to wielką ochotę.
Hanka już do mnie tak często nie wracała, chociaż o niej pamiętałem. Powróciły za to wzwody. Nie były takie bolesne jak poprzednio, ale wywoływały jakiś niepokój. W szóstej klasie zacząłem nawet brać udział w lekcjach. Pani powiedziała mamie, że zrobiłem się aktywny i że idzie mi nie najgorzej. Często siedziałem w domu dużo czasu poświęcając na odrabianie lekcji. Czasami wracałem do mojej tancerki na zdjęciu. Zamykałem się z nią w ubikacji, ale to już mnie nie sprawiało takiej przyjemności jak kiedyś.
Za to przypomniałem sobie o parze w parku, którą widziałem trzy lata temu. Marzyłem, aby być na miejscu tego chłopaka. Tylko z kim? Nie znałem bliżej żadnej dziewczyny. Z tymi w szkole, w czasie tych wszystkich lat, zamieniłem może kilka słow. Druga sprawa to jakby było nawet z kim, to jak to się robi? Kiedyś ostrożnie spróbowałem o to zapytać rodziców
„Synku, zapytaj o to tatusia. On ci to najlepiej wytłumaczy” – mama poszła na łatwiznę
„Jak przyjdzie czas to sam będziesz to wiedział” – to była odpowiedź ojca.
Z tego co mówili chłopaki w szkole niewiele zrozumiałem. Jak raz jednego zapytałem, jak to jest z tym ruchaniem, o którym tyle mówił, to ze śmiechem odpowiedział tak że nawet dziewczyny się zachichotały
„To ty tego jeszcze nie wiesz? Nie ruchałeś jeszcze? Patrzcie! On jeszcze się nie ruchał! Ha! Ha! Ha!”
Zorientowałem się, że się ze mnie nabija. Już miałem go trzasnąć w ten śmiejący się ryj, ale właśnie wszedł do klasy nasz matematyk. Obiecałem sobie, że mu nakopię po szkole. Stało się jednak coś takiego, że o tym zapomniałem.
Zauważyłem, że dziewczyny zaczęły jakoś dziwnie na mnie patrzyć. Coś tam do siebie mówiły i śmiały się jednocześnie mnie wskazując. Byłem wściekły, bo to na pewno o tym ruchaniu była mowa co to mnie chłopaki wyśmieli. Jednak nie. Na dużej przerwie, kiedy stałem przy oknie i przeglądałem książkę od geografii podeszły do mnie trzy, cały czas chichocząc się
„To ty jesteś Janek czy Hans?” – zapytała taka jedna Jadźka
„Co takiego?!” – byłem zdziwiony i nic nie rozumiałem
„No bo ty jesteś Klos, prawda?”
„Tak, ale o co…”
„Tak, Jadźka…Ale tamten się pisze przez dwa s!” – Przerwała jej śmiejąc się, Helka.
Milczałem nic nie rozumiejąc
„No bo ty jesteś taki podobny do niego…”
„Do kogo?”
„Do Klossa… Masz takie same włosy. Nawet ci się falują jak jemu”
„Jakiego Klosa?” – zapytałem zdziwiony
„Nie Klosa, tylko Klossa… Przez dwa s” – powiedziała Jadźka, wymawiając z naciskiem dwa s w nazwisku.
„Hans Kloss… Nie widziałeś? Wczoraj leciał w telewizji taki teatr o Niemcach… Jak on się nazywał dziewczyny?!”
„Stawka większa od życia, czy coś takiego…”
„Nie – od życia, tylko – niż życie. I to nie było o Niemcach, tylko o wojnie”
„O wojnie i o Niemcach też”
Nic z tego nie rozumiałem. Przekrzykiwały się wzajemnie. Nie wiedziałem o jakim teatrze mówią.
„To wy nie macie telewizora?”
„Mamy, ale nie lubię patrzyć na teatr. Wolę filmy” – odpowiedziałem
„My też. Ale moja starsza siostra, Julka, ta co kończy liceum w tym roku, ogląda ten teatr od dawna. Raz czekała na mnie pod szkołą. Widziała, jak wychodzisz. Tylko krzyknęła – O Boże! Hans Kloss! – potem opowiedziała nam, byłam z dziewczynami, o tym teatrze co ja go nie oglądałam, bo nudny…” – trajkotała Helka
„Ten teatr jest jak film… Szpiegowski” – zapewniła Jadźka – „Wczoraj oglądałyśmy go razem u mnie w domu”
„To idzie w odcinkach. Za tydzień następny” – dodała Helka
„Ale on podobny do tego Mikulskiego… Prawda dziewczyny?”
„Jakiego znowu Mikulskiego?!” – zapytałem nieco zdenerwowany.
Byłem przekonany, że się ze mnie nabijają. Co za pechowy dzień. Najpierw chłopaki nabijają się ze mnie, że jeszcze się nie ruchałem, a teraz te idiotki wmawiają mi, że jestem do kogoś podobny.
„Mikulski to taki aktor co gra Hansa Klossa. Jesteś do niego podobny…”
„I nazywasz się tak samo… Jesteś Janek. A Janek po niemiecku to Hans. Nazwisko też masz takie samo. Tylko przez jedno s. ale jak się wymawia to tego nie słychać”
Dzwonek na lekcje przerwał rozmowę. W klasie nie mogłem się skupić. Miałem dużo do myślenia. Po pierwsze co z tego, że jestem podobny do jakiegoś aktora. Po drugie co to za teatr. Trzeba to będzie obejrzeć w przyszłym tygodniu. No i po trzecie, te dziewczyny wyglądają całkiem do rzeczy. Jakieś takie przyjemne są. Nawet teraz zerkają czasem w moją stronę. Dziwne to wszystko.
Tydzień później obejrzałem jeden odcinek razem z rodzicami. Zwykle wieczorem szedłem do swojego pokoju i trochę czytałem, ale tym razem zostałem w dużym pokoju i razem patrzyliśmy na ten teatr.
Nie wydawał mi się interesujący. Nawet doszedłem kilka razy do komódki z lustrem, aby się przyjrzeć sobie i sprawdzić czy rzeczywiście jestem podobny do Klossa
„Co tak się kręcisz jak kot z pęcherzem?! Oglądać przeszkadzasz…” – ojciec się denerwował
„Czy jestem podobny do tego Klossa?”
„Nie. Co ci do głowy przyszło”
„Może trochę Jasiu. Włoski masz takie same” – zauważyła mama.
Wkrótce w szkole wszyscy nazywali mnie Hansem. Chłopaki też. Dziewczyny im wyszczekały. Zauważyłem, a może tylko byłem przewrażliwiony na tym punkcie, że nauczyciele, gdy wywoływali mnie do tablicy to mówili Kloss chyba przez dwa s.
Do końca szóstej klasy dziewczyny, które mnie wreszcie dostrzegły, wypowiadały imię Hans z uśmiechem i były ogólnie bardzo miłe dla mnie. Zdałem do siódmej, miałem nawet dobre oceny. Rodzice obiecali wyjechać gdzieś razem na wakacje. Chciałem nad morze, ale mama powiedział, że nad morzem już byliśmy i że teraz chciałaby w góry, a dokładnie do Zakopanego.
Ojciec narzekał, że będzie tam drogo, ale mama się uparła i stanęło na Zakopanem. Byliśmy tam dwa tygodnie w lipcu. Padało prawie cały czas. Wynudziłem się okropnie. Ojciec narzekał i złościł się, że posłuchał matki. W telewizji pokazywali jaka piękna pogoda była w tym czasie nad morzem. Mama nic nie mówiła.
Po powrocie do domu, ojciec zapytał czy nie chciałbym zarobić trochę własnych pieniędzy? Oczywiście chciałem. Zabrał mnie do kamieniarza, u którego pracował. Dostałem tam pracę na resztę wakacji.
Nosiłem cement, mieszałem go z wodą i piaskiem, nawet pozwolił mi malować tabliczki. Ojciec pokazał, jak wykuwać literki w kamieniu. Tak spędziłem resztę wakacji.
Pracowałem tam także chodząc do siódmej klasy, często wieczorami albo nawet w niedziele.
Po siódmej klasie nigdzie nie wyjechaliśmy na wakacje. Rodzice postanowili oszczędzać. Ojciec chciał kupić wymarzoną Syrenkę. W wakacje pracowałem u kamieniarza do drugiej, a po południu, jeździłem na rowerze po moim ulubionym parku na Zdrowiu. Rozglądałem się za dziewczynami, ale nic ciekawego mnie nie spotkało. Do czasu.
Pewnego dnia, w sierpniu, gdy już miałem wracać z parku do domu, dogoniła mnie na rowerze pewna wysoka czarnowłosa, dziewczyna
„Serwus Hans… Pojeździsz ze mną?” – zapytała
„Skąd mnie znasz?”
„Moja siostra Helenka, chodzi z tobą do tej samej klasy. Jestem Julka”
„A ja jestem Janek… Nie Hans”
„Hi! Hi! Hi! Ale jesteś do niego podobny. Tak samo ładny jak on”
Speszyła mnie tym – ładny.
„Wolę jak do mnie mówią Janek”
„No, dobrze. Może być – Jasiu?”
„Może” „Jasiu, odpoczniemy trochę? Jestem zmęczona. Jeżdżę tu od godziny”
Zeszła z roweru. Sukienką zaczepiła o siodełko. Przez chwilę się z nią szarpała. Zauważyłem, że ma na sobie żółte jak jajecznica majtki.
„Usiądźmy tam, w cieniu na trawie” – wskazała na zacienione miejsce ukryte za wysokimi krzakami.
Nie czekając na mnie, pierwsza poszła w tamtym kierunku przedzierając się z rowerem przez krzaki. W tym momencie dotarło do mnie, że to jest prawie to samo miejsce, w którym widziałem tą parę tego dnia, gdy pierwszy raz przyjechałem tu na rowerze.
Zsiadłem z roweru i udałem się za nią. Siedziała już na trawie. Gdy kładłem rower, zauważyła, że mam wzwód
„Co ci jest Jasiu? Zawsze tak masz jak jesteś z dziewczynami?” – zapytała ze śmiechem.
„To zaraz przejdzie…”
„Po co czekać aż samo przejdzie… Zaradzimy coś na to”
Mówiąc to zaczęła rozpinać mi spodnie. Przysunęła się do mnie. Leżeliśmy obok siebie. Nie protestowałem. Byłem ciekaw co będzie dalej.
Dalej, to moja ręka zawędrowała pod jej sukienkę. Dotarłem do majtek. Rozsunęła nieco nogi. Czułem, że zaraz eksploduję. Było mi tak dobrze. Próbowałem wsunąć rękę pod jej majtki, ale były bardzo obcisłe.
W pewnym momencie zrobiło mi się bardzo błogo. Znałem już to uczucie. Nie wytrzymałem. Rozerwałem majtki i dostałem się ręką tam, gdzie chciałem. Bardzo silnie szukałem palcami gdzieś dalej. Naciskałem z całych sił
„To boli!… Co robisz wariacie?! Nie umiesz być delikatniejszy? Będę mieć siniaki!”
Krzyczała z wyrzutem, jednocześnie wycierając rękę w trawę. Podniosła się, poprawiła sukienkę, zajrzała pod nią
„Patrz! Podarłeś mi nowe majtki. Gumka pękła” – prawie płaczą zdjęła je.
Wcisnęła pod siodełko Chwyciłem ją za rękę. chciałem ją zatrzymać. Wyrwała się. Zanim podciągnąłem i zapiąłem spodnie złapała rower i była już na ścieżce.
Dogoniłem ją. Jechaliśmy obok siebie.
„Nie gniewaj się. Nie chciałem ci zrobić krzywdy. Tak jakoś wyszło”
Nic nie mówiła. Po chwili zapytałem
„Gniewasz się jeszcze?”
Milczała.
„Słyszysz? Przepraszam już nie będę tak robił… Nie gniewaj się… Słyszysz?”
„No już dobrze… Nie gniewam się…”
Nawet się uśmiechnęła. Wyjeżdżaliśmy z parku
„Wróćmy tam… Jeszcze nie jest późno” – zaproponowałem
„Dzisiaj już nie mam ochoty… Boli mnie po twoich łapskach”
„A jutro?… Jutro o tej samej porze?… Co?… Ja będę się tu kręcił”
„Nie wiem… Zobaczymy”
Przyjeżdżałem codziennie zaraz po objedzie. Kręciłem się tam i z powrotem po tej części parku aż do wieczora. Im więcej czasu upływało, tym bardziej byłem podniecony. Niebyło jej.
Przed powrotem do domu jak już się ściemniało, chowałem się za „naszymi” krzakami po to, aby sobie ulżyć. Nieco spokojniejszy wracałem do domu. Starzy pytali, gdzie znikam na całe popołudnia. Odpowiadałem, że zwiedzam okolice i dojeżdżam nawet do Zgierza. O nic więcej nie pytali. Matka prosiła mnie tylko abym uważał na samochody.
Czwartego dnia przyjechała. Zapytałem czemu nie było jej przez tyle dni. Odpowiedziała, że nie mogła. Bez słowa podjechaliśmy w nasze miejsce. Przedarliśmy się przez krzaki. Usiadła na trawie i od razu ściągła majtki
„Nie chcę żebyś mi podarł” – powiedziała przepraszająco – „Choć tu… Na co czekasz?”
Starałem się być delikatny i nie wpychać łapy na siłę. Nie musiałem. Bardzo mi ułatwiała. Chciałem usiąść na niej
„Co robisz?”
„Chciałbym… No… Może się poruchamy?”
Zepchnęła mnie gwałtownie. Usiadła.
„Co to to nie!… Możemy się zabawiać tak jak teraz, ale nic więcej… Rozumiesz? Jak ci to nie odpowiada to nie musimy się spotykać. I nie używaj takich słów”
„A jakie mam używać?”
„Nie wiem. Ale nie takie… Wulgarne”
„No dobrze… Połóż się jeszcze”
„Nie. Już nie mam ochoty. Wracam do domu”
„Będziesz tu jutro?”
„Nie. Przyjadę w czwartek. Pod warunkiem, że nie będziesz chciał coś więcej. Przynajmniej na razie. Obiecujesz?”
„Obiecuję”
Spotkaliśmy się jeszcze dwa razy. Dowiedziałem się, że zrobiła maturę i że będzie studiować filologię niemiecką. Nie wiedziałem co to jest. Wyjaśniła, że będzie się uczyć niemieckiego.
Potem mówiła o tym teatrze z Klossem. Że bardzo jej się podoba, zwłaszcza Mikulski jako Kloss. Czytała gdzieś, że jest nakręcany serial filmowy pod tym samym tytułem i z tymi samymi aktorami. Nie może się go doczekać.
Spotyka się ze mną dlatego że jestem bardzo do niego podobny, no i oczywiście, dlatego że bardzo mnie lubi, ale żebym nie wyobrażał sobie nic więcej.
„Obiecałaś, że może być coś więcej, ale później” – przypomniałem jej
„Tak. Ale nie teraz”
Wakacje zbliżały się do końca. Julka miała wkrótce wyjechać na studia do Wrocławia. Mieliśmy się spotkać za dwa dni. Julka chciała abyśmy tym razem spotkali się dopiero około siódmej wieczorem. Nie powiedziała, dlaczego, a ja nie pytałem.
Był koniec sierpnia wieczory były chłodne a trawa wilgotna. Na szczęście nie było deszczów.
Tym razem wyjeżdżając z domu zabrałem po kryjomu z komórki stary koc, który mieliśmy swego czasu nad morzem. Spotkałem ją przy wjeździe do parku.
„Jedź za mną!” – krzyknęła.
Byłem przekonany, że pojedziemy w nasze miejsce, ale się myliłem. Wróciliśmy do Alei Unii w stronę osiedla Mireckiego
„Dokąd jedziemy?”
„Zobaczysz”
„Tam było dobrze. Mam koc”
„Będzie jeszcze lepiej. Koc będzie niepotrzebny”
Dojechaliśmy do ogródków działkowych które ciągną się wzdłuż torów kolejowych po wschodniej stronie Alei Unii. Jedna z furtek była otwarta Było już dobrze ciemno, ale w niektórych altankach byli jeszcze ludzie.
Podprowadziliśmy rowery pod jedną altankę stojącą nieco na uboczu przy samych torach kolejowych. Rowery zostawiliśmy za altanką. Julka sięgnęła po doniczkę z jakimś zielskiem stojącą przy drzwiach. Wyciągnęła z pod niej klucz. Otworzyła drzwi.
„Co robisz?… Jak ktoś przyjdzie?… To…”
„Nikt nie przyjdzie” – Przerwała mi – „To działka mojej ciotki. Wyjechali wczoraj na Mazury. Wrócą za dwa tygodnie”
Weszliśmy do środka starannie zamykając drzwi za sobą. Nic nie było widać. Po omacku usiedliśmy na tapczanie. Po chwili wzrok nam się przyzwyczaił do ciemności.
Przez małe okienko wpadało trochę światła od stojącej przy torach latarni. Podczas gdy rozglądałem się dookoła Julka położyła się. Rozebrała się całkiem. Pierwszy raz widziałem ją nagą.
„Na co czekasz? Rozbieraj się… Zimno tu jest. Musimy się jakoś rozgrzać. Hi! Hi! Hi!”
Było mi trochę nie swojo. Cały czas wydawało mi się, że ktoś może tu wejść.
„W parku było lepiej. Z daleka było widać czy ktoś się zbliża…”
„Głupi jesteś. Tu jest przytulniej.”
Rozbierałem się powoli. Julka cały czas chichrając się, ponaglała mnie
„Ściągnij te portki wreszcie! Zimno mi”
W końcu nagi położyłem się obok niej
„Przytul mnie… Wiesz, dzisiaj można”
„Co można?”
„No to, do czego się tak rwałeś ostatnio” – rozsunęła szeroko nogi – „Wejdź we mnie”
Byłem zaskoczony. Nie wiedziałem co robić dalej. Nie miałem wzwodu
„Przysuń się bliżej… Zacznij wreszcie” – niecierpliwiła się
„Kiedy nie mogę”
„Poczekaj, pomogę ci… Co dzisiaj taki sflaczały jesteś?”
Jej ręce były niecierpliwe, jakieś takie, wydawały się ordynarne. To co robiła zaczęło sprawiać mi ból.
„Julka, przestań, to boli”
„Co boli?!… Bądź mężczyzną… Nie chcę czekać”
„Nie wiem co mi jest… Nie mogę tutaj w tych ciemnościach… Boję się, że ktoś wejdzie”
„Ha! Ha! Ha! Hans Kloss co się ciemności boi… Ja nie mogę… Ha! Ha! Ha!”
„Przestań! Słyszysz?!”
„Przestanę, jak tobie stanie…”
Wyrżnąłem ją z całej siły pięścią w twarz. Zamilkła. Chyba straciła przytomność. Siedziałem na niej okrakiem, poruszyła się
„Ty bandyto…” – powiedziała to z nienawiścią.
Nie pozwoliłem jej dokończyć. Uderzałem raz po raz. Z nosa i ust leciała jej krew. Widziałem to wyraźnie w świetle tej latarni za oknem. Przestałem uderzać. Byłem wyczerpany. Pięści miałem otarte. Bolały.
Zaczęła charczeć i parskać krwią
„Przestań charczeć!… Nie zniosę tego!… Słyszysz?!” – krzyczałem do niej.
Nie usłuchała. Złapałem leżącą obok poduszkę i przycisnąłem do twarzy. Przez jakiś czas wierzgała nogami i próbowała sięgnąć rękoma do mojej twarzy. Odchyliłem głowę do tyłu. Podrapała mi piersi i ramiona. W końcu opadła z sił.
Przez jakiś czas siedziałem na niej, przyciskając poduszkę. Jednocześnie nasłuchując czy ktoś się nie zbliża. Uświadomiłem sobie, że zachowywaliśmy się bardzo głośno. Nie wiem, ile czasu upłynęło, kiedy uniosłem poduszkę. Jej twarz wyglądała na spokojną jakby zaspaną. Oczy były lekko przymknięte. Prawie nie miała krwi na twarzy, wszystko wtarło się w poduszkę.
Podniosłem się ostrożnie. Leżała z szeroko rozchylonymi nogami i jedną ręką nad głową a drugą wzdłuż ciała. Poczułem ogromne podniecenie i bardzo bolesny wzwód. Położyłem się ostrożnie na niej. Odnalazłem ręką znane mi wilgotne miejsce. Wszedłem w nią. Poszło wszystko tak łatwo. Po paru minutach poczułem ulgę.
Wstałem i wytarłem się dokładnie jej sukienką i sweterkiem. Ubrałem się. Dopiero teraz poczułem pewien niepokój. Nie przejmowałem się absolutnie tym co zrobiłem. Przecież sama była sobie winna. Po co się śmiała ze mnie i mnie denerwowała.
Nie. Nie… Tym, że nie żyje, nie przejmowałem się. To co mnie niepokoiło to to, że nie wiedziałem co z nią zrobić. Usiadłem na krześle przy niewielkim stoliku pod oknem. Rozglądałem się po pokoju.
W pewnej chwili pomyślałem, że ten tapczan, na którym leży, musi mieć pod spodem pojemnik na pościel. Zrzuciłem ją na podłogę. Uniosłem tapczan. Ukazał mi się obszerny schowek. Była tam kołdra i poduszka. Wyciągnąłem to, a potem z wielkim trudem umieściłem tam Julkę. Nie wiedziałem, że była taka ciężka, a przecież gruba nie była, Raczej chuda. Trochę się nad jej wagą zastanawiałem, tak jak by to miało jakieś znaczenie. Potem upchnąłem tam jej sukienkę, majtki, stanik i sweterek. Całość przykryłem kołdrą i poduszką.
Nie było kłopotu z zamknięciem tapczanu. Poprawiłem koc leżący na pościeli, na tapczanie. Nie widziałem, aby był zabrudzony krwią. Rozejrzałem się jeszcze raz i ostrożnie wyszedłem z altany. Zamknąłem drzwi na klucz. Już miałem go schować pod doniczkę, ale sobie przypomniałem, że jej sandałki nie są schowane. Wróciłem się, nie mogłem je znaleźć. W końcu znalazłem je po omacku pod stołem. Wrzuciłem do tapczanu.
Po zamknięciu altany i schowaniu klucza udałem się na tył domku, aby zabrać rower. Chwilę zastanawiałem się co zrobić z rowerem Julki. Zdecydowałem, aby go tam zostawić. Po drodze do furtki nie spotkałem nikogo.
Wyszedłem niezauważony. Nie wiedziałem która godzina, ale musiało być późno. Na Alei Unii też nikogo nie widziałem. Jechałem w stronę mostu nad Drewnowską. Zatrzymałem się pod mostem. Ogarnęła mną nagle ogromna wściekłość na siebie za zabicie Julki. Nie dlatego żeby było mi jej żal, absolutnie nie dlatego. Uświadomiłem sobie, że teraz będę musiał poszukać sobie innej dziewczyny i nie wiadomo, ile mi to czasu zajmie.
To właśnie mnie rozwścieczyło do tego stopnia, że skopałem rower. Rzuciłem nim kilka razy o mur wiaduktu. Zmęczyło to mnie. Musiałem odpocząć. Usiadłem obok na poręczy odgradzające j jezdnię od miejsca dla pieszych.
Przypomniałem sobie, że jestem podrapany. Rozpiąłem koszulę i podciągnąłem rękawy. W świetle latarni ulicznej oceniłem, że nie jest tak źle. Tylko lewe przedramię miało głębokie krwawe zadrapania.
Chwilę zastanawiałem się co powiedzieć w domu. Spojrzałem na rower. Przednie koło było poskręcane. Widełki pęknięte. Kierownica pokrzywiona a siodełko bardzo porysowane. Po chwili rozdarłem lewy rękaw koszuli i nogawkę moich ulubionych jeansów. Nikogo nie było w pobliżu więc wytarzałem się trochę na piaszczystym nasypie torów kolejowych. Tak ucharakteryzowany zataskałem uszkodzony rower do domu.
„Wiedziałam!… Wiedziałam, że te twoje eskapady rowerowe tak się skończą! Co się stało, Jasiu? Nic ci nie jest?” – matka załamała ręce na mój widok
„Co z rowerem?” – zapytał rzeczowo ojciec
„Nic mi nie jest. Samochód zepchnął mnie z drogi do rowu… Rower jest połamany. Leży na podwórku”
„Gdzie to było, synu?”
„Koło cmentarza na Mani…”
„Trzeba zawiadomić milicję…”
„Po co tato? Co im się powie? Ten kierowca się nie zatrzymał. Nie było świadków”
Matka jeszcze chwilę lamentowała a ojciec stracił zainteresowanie. Dodał tylko
„Ja ci nowego roweru nie kupię”
Nic nie odpowiedziałem. Spojrzałem na zegar. Zbliżała się dwudziesta trzecia. Matka chciała abym zjadł przyszykowaną kolację, ale nie miałem na to ochoty.
Umyłem się i poszedłem do łóżka. Nie chciało mi się spać. Zacząłem rozmyślać. Mijał poniedziałek 28go sierpnia. Za tydzień, 4go września rozpocznę ósmą klasę. Mam czternaście lat a już zabiłem dwie osoby.
Przecież nie jestem złym człowiekiem. Mam po prostu pecha, że trafiam na takie głupie dziewczyny. Gdyby się inaczej zachowywały to na pewno by do tego nie doszło. O tym jak to było z Hanką to już prawie zapomniałem.
Czasami w nocy przychodziła do mnie. Ale od czasu jak poznałem Julkę to przestała. Zastanawiałem się teraz co zrobiłem źle z Julką. Przecież było nam tak dobrze. Czemu ona była dzisiaj taka osa? No tak, ptaszek nie stanął, ale to przez nią. Można było poczekać albo wrócić się do parku. Altanki jej się zachciało.
Nagle dotarło do mnie, że się nigdy nie całowaliśmy. Właściwie to nigdy nie pocałowałem żadnej dziewczyny. Może to przez to tak się to skończyło. Ech! Nie ma o czym rozmyślać. Ciekawe, kiedy ją znajdą?
Znaleźli ją na początku października. Ciotka Julki wróciła po dwóch tygodniach, ale z powodu deszczowego września nie zaglądali na działkę.
Wcześniej, w szkole, słyszałem jak Helka, jej siostra opowiadała koleżankom, że Julka znowu uciekła z domu. Że w poprzednie wakacje też zniknęła na trzy tygodnie, ale że teraz to chyba przegięła. Ojciec się wścieka, powinna już pojechać do akademika do Wrocławia. Ma tyle rzeczy do załatwienia, a ona sobie tak po prostu znika.
Domyśliłem się, że Julka nic nie mówiła o znajomości ze mną. Byłem ciekaw czy ktoś nas widział razem, ale to chyba nie możliwe. Spotykaliśmy się tylko w parku. Nie widziałem tam nikogo znajomego.
Nie zauważyłem, aby śmierć Julki poruszyła kogoś w szkole czy na naszej ulicy. W szkole przez kilka dni nie było Helki. Potem przychodziła ubrana w czarne rzeczy. Była smutna. Pani posadziła ją w pierwszej ławce. Siedziała sama. Na przerwach gdzieś znikała. Klasa o śmierci Julki dowiedziała się od Helki najlepszej koleżanki, Jadźki. I to tyle. Nikt o tym nie mówił coś więcej. Przynajmniej ja o tym nie słyszałem.
W domu też o tym nie mówiono. Ojciec, któregoś wieczoru przeczytał po kolacji mamie, wiadomość w Expresie Ilustrowanym o znalezieniu zwłok młodej dziewczyny w ogródkach działkowych na Polesiu. Sprawca nie znany. Milicja prosi o kontakt osoby, które mogły by powiedzieć coś o mężczyźnie w wieku lat około czterdziestu, który pod koniec sierpnia i na początku września kręcił się po ogródkach.
Często wieczorami, w łóżku przed spaniem wracałem do tego wieczoru w altance. Zastanawiałem się co by było, gdyby milicja przyszła mnie aresztować. Nie bałem się tego. Przecież musieliby zrozumieć, że to nie moja wina, że Julka nie żyje. Sama była sobie winna, głupia jędza.
Nie miałem żadnych wyrzutów sumienia. Gdzieś czytałem w jakiejś książce, że mordercy często mają wyrzuty sumienia, ale ja nie jestem mordercą. To był wypadek nie z mojej winy. Po takim przemyśleniu sprawy usypiałem spokojnie.
W końcu października ojciec kupił na giełdzie samochodowej Syrenkę. Mimo chłodów mył i pucował ją na podwórku godzinami. Przed pierwszym listopada przy kolacji powiedział
„Czas, aby pokazać chłopakowi, gdzie się urodził i gdzie leży pochowany jego przodek… Pojedziemy tam w jego urodziny”
„Czyż żeś zgłupiał do reszty Adolf? Co ty chcesz dziecku pokazywać? Przecież Jasiu wie, że się urodził na cmentarzu. Daj sobie z tym spokój. Pierwszego chcę pójść na grób mamusi. Na grób twojej matki też trzeba pójść”
„No właśnie Jadziu… Pójść… Ja chcę pojechać. Groby matek są tu, blisko. Jazda do Rosanowa będzie dobrą okazją do pokazania się ludziom w Syrence”
„Przecież tam żadni ludzie nie przychodzą. Pamiętasz chyba”
W końcu stanęło na tym, że 1go, w środę pójdziemy na groby babć, a do Rosanowa pojedziemy Syrenką, w niedzielę 5go.
Ojciec jechał bardzo wolno, to znaczy – ostrożnie – jak sam mówił. Szybciej byłoby chyba tramwajem. Na szczęście nie było jeszcze śniegu. Na miejscu byliśmy zaraz po dwunastej. Zaparkował przy bramie cmentarza
„Pogoda taka sama jak wtedy… Tylko nie urodź znowu…He! He! He!”
„Aleś ty głupi… Przeżegnaj się lepiej… Na cmentarzu jesteś”
Zarośniętą ścieżką doszliśmy pod zarośnięte krzakami, siatkowe ogrodzenie. Ojciec z trudem znalazł grób Kurta Klosa. Stojąca płyta nagrobna była pochylona i porośnięta mchem. Napis prawie nieczytelny. Tuż za nagrobkiem wyrosła okazała brzózka
„To przez to drzewo płyta się pochyliła. Pamiętasz Jadziu, wtedy nie było tej brzozy i tych krzaków”
„Nic nie pamiętam, po za tym, że było mi strasznie zimno, jak leżałam na nagrobku”
Ojciec szarpał się z płytą. W końcu doprowadził do tego, że stała jako tako pionowo.
„Chwieje się. Musimy, synu, przyjechać tu któregoś dnia z narzędziami. Wyciąć brzózkę, póki nie jest za duża i umocować płytę… No, dobrze. Chodźmy teraz zobaczyć czy stara wiedźma jeszcze żyje…”
„Nie mów tak o niej. Uratowała życie Jasia i moje. Bez niej byśmy tu zmarli”
Wyszliśmy przed bramę. Ojciec stwierdził, że wszystko zarosło drzewami i krzakami. Mama nic nie pamiętała. Powiedziała, że nie chce oglądać tego katafalku, na którym spędziła tą straszną noc.
Po dłuższej chwili ojciec doszedł do tego, gdzie powinny stać szopy w których mieszkała stara kobieta. Nic jednak nie znalazł. Kręciliśmy się tam jeszcze z godzinę. W końcu mama zmarzła i się zbuntowała
„Idę do tramwaju, a ty rób co chcesz. Możesz tu nocować…Chodź Jasiu”
Po paru minutach jechaliśmy naszą Syrenką w stronę Zgierza.
Przez całą ósmą klasę pracowałem dwa, czasami trzy dni w tygodniu po szkole, u kamieniarza. Wczesną wiosną 68go za zarobione u kamieniarza pieniądze kupiłem sobie nowy rower. Oczywiście pojechałem nim zaraz do parku na Zdrowiu. Był dopiero początek marca, gdzie nie gdzie leżał jeszcze śnieg i było zimno, może dlatego nie spotkałem tam nikogo.
Za to przewróciłem się dwa razy. Nie groźnie i nic sobie nie zrobiłem, ale nie wiedziałem, dlaczego się przewróciłem. Chyba nie zauważyłem i najechałem na zamarzniętą kałużę
. W szkole szło mi znowu gorzej. Raz nawet usnąłem na lekcji. Pani kazała przyjść z mamą. Poskarżyła się, że nie mogła mnie dobudzić. Mówiła, że często jestem zmęczony i zamyślony. Mama mówiła coś o moich lekarstwach i że mnie przypilnuję abym nie czytał w łóżku do późna.
W drodze ze szkoły powiedziała, że muszę skończyć z pracą u kamieniarza po się zamęczę. Nie chciałem przestać pracować. Chciałem jak najszybciej zarabiać pieniądze.
Zacząłem odkładać na motocykl. Jeszcze nie miałem prawa jazdy, ale ojciec powiedział, że jak skończę piętnaście lat to zapisze mnie na kurs. A na motocyklu będę mógł jeździć od szesnastego roku życia.
Żeby udobruchać matkę, obiecałem, że nie będę czytał po nocach. Ale to nie było dla mnie dobre. Jak przestałem czytać to zaraz po zgaszeniu światła, przychodziła do mnie Hanka a teraz czasami z Julką. Hanka tylko patrzyła na mnie a Julka się śmiała.
Nakrywałem wtedy głowę kołdrą i one znikały, ale za to bardzo bolała mnie głowa. Musiałem czytać. Wtedy o nich zapominałem i zasypiałem z książką przy zapalonym świetle.
Zbliżał się koniec roku szkolnego. Nie myślałem o tym, aby uczyć się gdzieś dalej. Szef powiedział, że chciałby abym u niego pracował po szkole, że dobrze mi idzie i że zdobędę dobry fach. Ludzie zawsze będą umierać i kamieniarze zawsze będą potrzebni
Rodzice nie nalegali na to abym uczył się dalej. Mama tylko czasami mówiła, że zawsze chciała abym był doktorem., ale widocznie Bóg tak chciał, że nie mamy w rodzinie głów do nauki.
Przestałem jeździć na rowerze. W parku nikogo więcej nie spotkałem. Raz goniła mnie na swoim rowerze Julka. Uciekałem, przewróciłem się. Pomogła mi się podnieść. Wtedy zobaczyłem, że to nie ona, tylko jakaś kobieta, nawet nie podobna do Julki. Zapytałem czemu mnie goniła. Odpowiedziała, że nigdy by jej to do głowy nie przyszło.
Jeździłem potem w inne miejsca, do miasta, do parku na Julianowie, ale tam też się przewróciłem kilka razy.
Coraz częściej bolała mnie głowa. Chyba szkoła, praca u kamieniarza i jazda na rowerze to za dużo. Z czegoś trzeba zrezygnować, aby nie paść jak ten koń węglarza z naszej ulicy. Zrezygnowałem z roweru.
U kamieniarza na Ogrodowej zacząłem pracować od 1go sierpnia 68go roku. Formalnie zatrudnił mnie dopiero gdy skończyłem piętnaście lat, czyli od 1go listopada. Do tego czasu, gdyby się ktoś pytał to przychodzę czasami pomagać ojcu.
Pierwszego sierpnia, pamiętam to był czwartek, ojciec upomniał mnie abym się wkupił w miejscu pracy. Powiedział, że to jest taki zwyczaj. Mam za swoje pieniądze kupić wódkę, dwie butelki, bo będzie nas razem siedem osób. Powiedział, że niestety też będę musiał się napić, ale najwyżej dwa kieliszki, bo nie jestem przyzwyczajony do wódki i może mi ona zaszkodzić.
W drodze do pracy, w sklepie na rogu Długosza i Gazowej kupiłem dwie butelki Żytniej. Ojciec zauważył, że wystarczyła by Czysta, ale ja chciałem dobrze wypaść.
W naszej pakamerze za warsztatem, od razu po przyjściu postawiłem wódkę na stole. Szef powiedział żebyśmy nie zaczynali wcześnie chlać jak o dwunastej, ponieważ trzeba dokończyć pilną robotę.
Wysłał panią Krysię do sklepu, aby kupiła coś do przekąszenia. Pani Krysia pracowała u niego w kantorku przy papierach. O dwunastej wszystko było przyszykowane.
Usiedliśmy do stołu. Był szef, ojciec i dwóch takich w wieku ojca i szefa, pan Józef i pan Marian. dwóch pozostałych było niewiele starszych ode mnie, to Wojtek i Marek. Z nimi byłem od dawna na „ty”.
Zamiast kieliszków były nieduże szklaneczki. Szef nalał wszystkim po pół szklaneczki. Tylko mi nalał pod sam kant. Pani Krysia, która przysiadła się na chwileczkę dostała ćwierć szklaneczki. Wszyscy zachęcali mnie abym wypił wszystko za jednym razem, ale mi nie wychodziło, pierwszy raz w życiu piłem wódkę. Musiałem jednak się pospieszyć i wypić całą szklankę, ponieważ wszyscy czekali aż to zrobię.
Szef nalał ponownie. Tym razem wódka czekała w szklankach aż sobie zakąsimy. Zjadłem dwie kanapki z pasztetową. Ojciec podsunął mi kiszonego ogórka, bo to podobno dobre dla początkujących.
Moja wódka szybko się skończyła, ale znalazły się jeszcze dwie inne butelki. Pamiętam, że wypiłem jeszcze dwie lub trzy szklaneczki, ale już nie pełne tylko napełnione do połowy.
Co się działo potem to znam z opowieści innych. Uderzyłem pięścią w twarz panią Krysię, gdy próbowała mnie obudzić. Na szczęście byłem tak słaby, że nie zrobiłem jej krzywdy. Nazwałem ją Julką i zabroniłem jej się pokazywać.
Wszyscy się śmiali, zwłaszcza z tego co mówiłem przez sen. Pani Krysia się nie pogniewała, też sobie popiła. Potem pytała się, dlaczego nazwałem ją Julką. Odpowiedziałem, że widziałem taką jedną w telewizji i że się mi nie podobała.
Ponieważ nie byłem w stanie iść do domu o własnych siłach to ojciec, który się dobrze trzymał poszedł po Syrenkę do domu. Po czterdziestu minutach leżałem już w swoim łóżku. Słyszałem, jak matka zrobiła ojcu straszną awanturę, że pozwolił mi wypić tak dużo. Potem usnąłem.
Obudziłem się w środku nocy, na sikanie. Wstałem z łóżka, miałem na sobie pidżamę, ale nie pamiętam abym się rozbierał. Włożyłem kurtkę, która zawsze wisi w sionce przy drzwiach. Gdy byłem już blisko ubikacji zauważyłem stojące tam Hankę i Julkę. Nie miałem siły z nimi rozmawiać. Wróciłem się i wysikałem pod ścianą domu.
Po powrocie do łóżka nie mogłem zasnąć. Zastanawiałem się co też mogłem mówić po pijanemu. Musiało to być coś niebezpiecznego dla mnie, pamiętałem, że nazwałem panią Krysię Julką. Co więcej mogłem powiedzieć? Postanowiłem nigdy więcej nie pić wódki. Chyba nie przyjdzie mi to z trudem, ponieważ bardzo mi nie smakowała.
W piątek poszedłem do pracy dopiero na dwunastą. Pewnie nie poszedłbym wcale, bo bardzo dobrze mi się spało, ale matka mnie obudziła
„Wstawaj pijaku! Jak chcesz być dorosłym to pamiętaj, że masz obowiązek pracować… Śniadanie masz na stole”
Dopiero jak wstałem poczułem, jak mnie boli głowa. Nie miałem ochoty na jedzenie. Ubrałem się i bez słowa wyszedłem z domu, nie słuchając tego co matka cały czas mówiła o pijakach i zgubnym działaniu wódki.
W pracy, gdy się przebierałem, chłopaki wyciągnęli butelkę i mówili coś o tym, że klina trzeba klinem… czy coś takiego. Zapytałem ich jak się zachowywałem, co mówiłem.
„Uchlałeś się od razu… Widać żeś nie przyzwyczajony… Musisz trenować He! He!… Napij się teraz to ci przejdzie”
„Nie, Dziękuję. Nigdy już nie będę pił… Co mówiłem wtedy?”
„Nigdy nie będę pił! Ha! Ha! Ha! Każdy tak mówi jak ma kaca”
„No, ale co mówiłem?”
„Nic. Bredziłaś coś niewyraźnie, nikt cię nie słuchał… Dopiero, jak żeś wyrżnął Kryśkę to powiedziałeś coś o jakieś Jolce chyba”
Do końca dnia źle się czułem. Szef dał mi lekką robotę miałem odświeżyć, to jest pomalować i wypisać od nowa kilka blaszanych tabliczek. Ledwo dwie zrobiłem, i to z błędami.
Dobrze mi się tam pracowało. Ojciec dużo mnie nauczył. Nie robiłem jeszcze w kamieniu, ale już próbowałem. Umiałem już wiercić otwory, nawet nieźle szło mi cięcie płyt granitowych. Ale głównym moim zajęciem było szlifowanie płyt w warsztacie i montaż nagrobków na cmentarzu.
awoziliśmy tam nagrobek w częściach i na miejscu montowaliśmy całość robiliśmy to zazwyczaj w dwóch lub w trzech, w zależności od wielkości nagrobka i od tego jak był skomplikowany.
Przed montażem trzeba było przyszykować do tego, samo miejsce pochówku. Czasami trzeba zabrać stary, często zniszczony nagrobek, a w przypadku nowego grobu, zabrać nadmiar ziemi, przyszykować fundament. Zdarzały się także, ale niezmiernie rzadko grobowce z piwnicą. Wtedy była to duża robota na kilka dni.
Do moich zadań należało często przyszykowanie grobu do montażu nagrobka. Robiłem to zwykle sam. Zaciągałem tam wózek czterokołowy na który ładowałem wykopaną ziemię. Zwykle stał potem z boku w czasie prac montażowych. Czasami po montażu trzeba było uzupełnić trochę ziemi w koło nagrobka.
Pewnego razu pod koniec września 71go roku miałem pracę przy fundamentach starego nagrobka w końcu cmentarza Prawosławnego. Jak zwykle, koło dwunastej przerwałem pracę i przyszedłem do warsztatu, aby zjeść posiłek.
Zwykle o tej porze wszyscy się tam spotykaliśmy na jakieś czterdzieści minut. Około pierwszej byłem już przy grobie i zabrałem się za pracę. Tego dnia nie szło mi za bardzo. Od rana miałem ból głowy i pociłem się. Chyba były to początki przeziębienia.
Podniosłem się z nad wykopu i ją zauważyłem kilka grobów dalej. Zdenerwowałem się. Tyle razy mówiłem, aby nie przychodziła, zagroziłem jej, że ją ponownie zabiję, jak się jeszcze raz pokaże.
Zauważyła, że patrzę na nią. Odwróciła się tyłem do mnie. Udawała, że się modli nad grobem. Podszedłem cicho i z całej siły uderzyłem łopatą w tył głowy. Przewróciła się. Leżała twarzą do ziemi, bez ruchu między grobami.
Postanowiłem skończyć z nią raz na zawsze. Kilkoma uderzeniami łopatą w szyję, odciąłem jej głowę. Zmęczyło to mnie. Rozejrzałem się dookoła. Nikogo nie zauważyłem oprócz Hanki. Stała niedaleko i się śmiała.
Rzuciłem łopatę i zacząłem ją gonić. Była szybsza ode mnie. Uciekała do wyjścia na ulicę. Zatrzymałem się zdyszany
„Czekaj! Ciebie też dorwę!” – krzyknąłem za nią.
Przestraszyłem się własnego głosu. Dotarło do mnie, że zrobiłem coś strasznego. Wróciłem się do kobiety, którą uderzyłem. Byłem przerażony. Jej głowa była prawie oddzielona od tułowia. W koło było dużo krwi. Obok leżała zakrwawiona łopata.
Upadłem obok niej na kolana i zwymiotowałam. Pobrudziłem krwią spodnie. W tym szoku jaki doznałem na jej widok myślałem jednak racjonalnie. Pomyślałem, że to dobrze, że upadłem w jej krew. Nie będzie widać, że spodnie były pochlapane krwią, gdy robiłem tą straszną rzecz.
Teraz muszę zawiadomić milicję. Pobiegłem co sił w nogach do warsztatu. Przyjechali dosyć szybko. Podczas gdy pani Krysia próbowała uspokoić mnie płaczącego, oni próbowali dowiedzieć się, gdzie ją znalazłem. Powiedziałem, że boję się tam iść. Ojciec i szef wiedzieli, gdzie pracowałem.
Poszli z milicjantami na cmentarz. Zostałem z Krysią. Pozostali pracowali gdzieś na Starym Cmentarzu. Po chwili jeden z milicjantów wrócił. Powiedział, że zaraz przyjedzie ekipa kryminalnych i że będą chcieli mnie przesłuchać.
Kilkanaście minut później wrócił ojciec. Był blady pytał się mnie jak ją znalazłem. Powiedziałem, że jestem zmęczony i że nie chcę o tym mówić. Żeby dał mi spokój. Wiedziałem, że muszę wymyśleć coś w co inni uwierzą. Za chwilę milicja będzie mnie wypytywać.
Byłem zdenerwowany. Nic nie przychodziło mi do głowy. Weszło dwóch cywilów. Powiedzieli, że muszę iść z nimi na cmentarz. Przy bramie stało kilka samochodów i milicjant, który miał za zadanie nikogo nie wpuszczać. Gdy dochodziliśmy tam byłem już uspokojony. Wiedziałem co będę mówić.
„Co robiliście na cmentarzu?” – zapytał jeden z cywili
„Pracuję tam obok przy fundamencie pod nagrobek”
„Jak ją znaleźliście?… Przecież stamtąd nie widać czy ktoś tu leży?”
„Jak wróciłem po przerwie to nie mogłem znaleźć łopaty…”
„To wasza łopata?”
„Tak”
„Jak ją znaleźliście… Łopatę, znaczy się?”
„Rozglądałem się za nią. Zauważyłem, że jest wbita w ziemię kawałek dalej”
„Nie zdziwiło was to, że nie leżała na miejscu?”
„Nie. Nie myślałem o tym”
„To wy żeście tu narzygali?”
W tym momencie przerwał mu milicjant w mundurze
„Panie kapitanie. Zaraz przyjadą z psem. Wpuścić ich?”
„Tak, za chwilę”
Nakazał wszystkim odejść stamtąd. Poszliśmy do grobu, przy którym pracowałem. Po chwili pokazał się na ścieżce milicjant z psem. Kapitan podszedł do niego i coś mu tłumaczył. Potem podeszli razem w to miejsce, w którym leżała zabita. Widziałem z daleka jak dawali psu do wąchania łopatę.
Pies trochę się pokręcił a potem ruszył prosto do mnie. Jego przewodnik ledwo go utrzymał. Pies warczał na mnie i był bardzo agresywny.
„To nie ma sensu Stefan. To jego łopata” – powiedział kapitan
„To zaczynamy od nowa” – odpowiedział Stefan.
Dawali mu różne rzeczy do wąchania, ale pies uparcie powracał do mnie. W końcu odesłali go z cmentarza. Kapitan podszedł do mnie
„Zadałem pytanie, czy to wy żeście tam narzygali?”
„Tak”
„Ta krew na spodniach to czyja?”
„Upadłem tam na kolana jak rzygałem… Nie mogłem wytrzymać”
„Czy widzieliście tu kogoś?”
„Nie”
„Przecież pracowaliście tu od rana… Musieliście kogoś widzieć… Przecież cmentarz nie jest zamknięty. Ludzie tu przychodzą”
„To jest ruski cmentarz. Tu rzadko kto przychodzi. Dzisiaj nikogo nie widziałem”
„Dobra możecie iść. Kolega wypisze wam wezwanie na komendę celem złożenia zeznań do protokołu”
Śledztwo trwało bardzo długo. Cmentarz był zamknięty przez dwa tygodnie. Zbliżał się listopad a z nim Święto Zmarłych. Parafia Prawosławna naciskała na milicję, aby otworzyć cmentarz.
W końcu w połowie października otworzono go oficjalnie. Dalsze trzymanie zamkniętej bramy nie miało sensu. Już następnego dnia po tym zdarzeniu ludzie wchodzili od strony cmentarza protestanckiego i katolickiego. Milicjanci, którzy na zmianę pilnowali tego miejsca nie dawali sobie rady i na dobrą sprawę nie przykładali się do pracy.
Mogłem wreszcie wrócić i dokończyć pracę. Ponieważ trzeba było nadrobić stracony czas, pracowaliśmy tam we czterech, ja, ojciec, pan Marian i Wojtek.
Zaraz następnego dnia po znalezieniu zwłok złożyłem zeznania na Komendzie. Trwało to kilka godzin. Powiedziałem to co wtedy na cmentarzu. Pytano mnie kilkakrotnie czy znałem zamordowaną Genowefę Karwańską lub czy ją kiedykolwiek spotkałem. Odpowiedziałem, że nawet nie wiem, jak wygląda, że nie widziałem jej twarzy.
Pokazali mi jej zdjęcia. Nie była podobna do Julki, co mnie bardzo zdziwiło. Była od niej dużo starsza. Oczywiście o tym nie powiedziałem na przesłuchaniu. Pobrano ode mnie odciski palców i krew.Zrobiono zdjęcia. Zapytałem, dlaczego to robią. Odpowiedzieli, że jestem podejrzany i że takie są procedury. Nie zatrzymano mnie, ale zabronili mi wyjeżdżać z Łodzi.
Chodziłem tam jeszcze dwa razy. Pytano mnie, dlaczego jestem niezdolny do służby wojskowej. Odpowiedziałem zgodnie z prawdą, że leczę się psychiatrycznie na zaburzenia osobowości i że przed komisją poborową przedstawiłem papiery od lekarza. Nic na to nie powiedzieli.
Kilka dni później zostałem wezwany jeszcze raz. Tym razem jakaś młoda milicjantka w mundurze porucznika wypytywała mnie o moją chorobę, jak się teraz czuję i o moje dzieciństwo. Potem musiałem czekać na korytarzu.
Po godzinie przyszedł ten kapitan co zawsze mnie przesłuchiwał i powiedział, że już nie jestem podejrzany i że mogę już iść. Potem nic się nie działo.
Przed Świętami Bożego Narodzenia szef przeczytał w Głosie Robotniczym, że milicja zatrzymała podejrzanego o okrutne morderstwo na jednym z łódzkich cmentarzy i że śledztwo zbliża się ku końcowi.
W zimie, jak zawsze mieliśmy dużo mniej roboty. Zapisałem się na prawo jazdy. Ojciec powiedział, że jak już chodzę na kurs motocyklowy, to równie dobrze mogę zrobić samochodowy. Zapisałem się na ten też. Co dzień w marcu chodziłem na te kursy do LOK, Ligi Obrony Kraju, na Tuwima.
Przez bóle głowy dwa razy podchodziłem do zdania teorii, ale w końcu ją zdałem. Z praktyką nie miałem kłopotu. Już wcześnie ojciec zabierał mnie za miasto i pozwalał prowadzić Syrenkę po leśnych drogach.
W kwietniu miałem już prawo jazdy w kieszeni. Byłem dwa razy z ojcem na giełdzie samochodowej, aby kupić motocykl, ale nic ciekawego nie było. Nie kupiłem go. Właśnie w tedy, na początku maja zdarzył się ten wypadek ojca.
Matka nie dostała odszkodowania za wypadek ojca, dlatego, że to nie było w czasie świadczenia przez ojca pracy, tylko podczas popełniania przestępstwa. Pan Marian i pan Józef, którzy byli przy ojcu zostali skazani za współudział w kradzieży i przyczynienie się do śmierci ojca. Dostali po sześć lat więzienia.
Śledztwo wykazało, że robili to na polecenie szefa. Na podwórku warsztatu znaleziono jeszcze kilka skradzionych nagrobków z niemieckiego cmentarza. Szef dostał osiem lat. Warsztat zamknięto. Wszyscy pozostali stracili pracę.
Wojtek i Marek zaczepili się u sąsiedniego kamieniarza na Ogrodowej. Mnie nie chciał zatrudnić. Powiedział. że się boi bo milicja ciągle wszystkich wypytuje o mnie. Zaniepokoiło mnie to, bo nic o tym nie wiedziałem.
W domu zrobiło się krucho z forsą. Przypomniałem mamie, że trzeba ojcu postawić nagrobek tak jak sobie to kiedyś życzył, z tymi literkami, które trzymał w kuferku
„Nie teraz, synuś. Nie mam na to pieniędzy. Może trochę później. Szukam pracy. Może zacznę u Marchlewskiego. Kulikowa powiedziała, że się dowie czy by mnie nie przyjęli”
Ja też zacząłem szukać pracy. Zapisałem się w pośredniaku, ale tam nie było nic dla tych co mają tylko podstawówkę.
Matka chciała sprzedać Syrenkę, ale nie wiedziała jak. Odciągałem ją od tego zamiaru mówiąc, że mając samochód mogę szukać pracy dalej od domu. Prawie co dzień wyjeżdżałem w okolice łódzkich cmentarzy do znajdujących się tam kamieniarzy. Przy cmentarzu na Szczecińskiej w jednym zakładzie kamieniarskim obiecano mi pracę, ale dopiero od jesieni.
Właściciel właśnie zamykał zakład na czas urlopów. Powiedział, że zatrudni mnie, bo mój szef jest jego dobrym kolegą. Znał też mojego ojca. Z powodu obietnicy pracy zrobiłem sobie przejażdżkę po okolicach Łodzi. Chciałem nacieszyć się Syrenką. Wiedziałem, że nie będzie trzeba jej sprzedawać.
Do domu przyjechałem około dwudziestej trzeciej. Zastałem matkę zapłakaną. Martwiła się czy mnie się nic nie stało.
Ale nie tylko z tego powodu była niespokojna. Powiedziała, że dopiero co wyszła milicja. Był jakiś mężczyzna i młoda milicjantka. Chcieli ze mną porozmawiać. Pytali ją dużo o mnie. O moją chorobę i jak mi szło w szkole. Pytali, jak się zachowywałem na początku pierwszej klasy, gdy wydarzyła się ta tragedia z tą dziewczynką z klasy.
Matka odpowiedziała, że tak jak wszyscy byłem tym wstrząśnięty. Potem pytali co robiliśmy w wakacje czy wyjeżdżałem na kolonie i takie tam. W końcu zapytali ją czy znała Genowefę Karwańską. Oczywiście nie znała, ale wie, że to ta zabita na cmentarzu co ją syn znalazł.
„Jasiu, nie podoba mi się to. To już po raz drugi mnie o to wypytują. Przecież już zatrzymali tego z cmentarza. O co im chodzi?… Pytali też czy znam rodzinę Dmochowskich. Mają córki Helenę i Julię. Nie znam ich”
To ostatnie bardzo mnie zaniepokoiło. Powiedziałem, że z Helką chodziłem do szkoły i że jej siostra chyba nie żyje.
„Co jeszcze mówili, mamusiu?”
„Zostawili dla ciebie wezwanie na komendę na jutro na dziesiątą. Leży na stole… pójdziesz tam?”
„Tak, oczywiście. Ciekaw jestem czemu się mnie czepiają”
Nazajutrz wyjechałem z domu przed ósmą powiedziałem matce, że jeszcze przed wizytą na komendzie mam spotkanie z jednym kamieniarzem w sprawie pracy.
Wyszedłem pośpiesznie. Kiedy zamykałem bramę za samochodem, wyszła za mną mama z wezwaniem, które zostawiłem na stole.
Zatrzymałem się dopiero przy cmentarzu na Mani. Obejrzałem dokładnie wezwanie. Pisało na nim wyraźnie, że obywatel Jan Klos wzywany jest do stawienia się w dniu 12go lipca o godzinie 10tej w Komendzie Milicji dla dzielnicy Polesie przy ulicy Kopernika 29/31 w sprawie własnej.
Nie wiedziałem co robić. Bałem się. Pojechałem do lasu koło Grotnik, tam, gdzie ojciec pozwalał mi prowadzić Syrenkę. Przesiedziałem w aucie aż do wieczora. Miałem mętlik w głowie. Nie mogłem się skupić, aby coś wymyśleć.
W pewnym momencie wydawało mi się, że siedzi ze mną Julka. Zaśmiałem się na niedorzeczność takiej myśli. Przecież obciąłem jej głowę, nie może mnie się teraz pokazywać. Zniknęła.
Byłem spocony i ciężko oddychałem. Poczułem wzwód, którego od bardzo dawna nie miałem. Wyszedłem z auta i za drzewami spróbowałem sobie ulżyć, Tak jak dawniej.
Nic mi nie wychodziło. Wzwód znikał jak tylko rozpiąłem spodnie. To też mnie zaniepokoiło. Zaraz przyjdzie Julka i będzie się śmiać. Popłakałem się na samą myśl o tym.
Wróciłem do auta. Wgramoliłem się na tylną kanapę. Usnąłem. Obudził mnie jakiś hałas. Przestraszyłem się. To jakiś traktor przejeżdżał obok. Spojrzałem na zegarek dochodziła dwudziesta pierwsza. Poczułem głód.
Wygramoliłem się z auta. Musiałem się wysikać. Chciałem wywołać wzwód, ale nie udało się.
„To przez te cholerne lekarstwa. Czas z nimi skończyć” – pomyślałem.
Wróciłem do auta. Czas wracać do domu. Jutro coś wymyślę. Dzisiaj nie dam rady.
Gdy z Kasprzaka skręciłem w naszą ulicę już z daleka zobaczyłem kilka samochodów przed domem. Zatrzymałem się gwałtownie. Zauważyłem jeszcze dwóch milicjantów spacerujących po drugiej stronie ulicy.
Cofając się wjechałem z powrotem w Kasprzaka. Dojechałem do Srebrzyńskiej, skręciłem w nią w lewo. Dojechałem do Ogrodowej.
„Co robić, kurwa!”
„Nie mów tak brzydko przy mnie” – to Hanka siedząca z tyłu upominała mnie abym się nie wyrażał
„Kiedy nie wiem co robić. To przez ciebie i przez Julkę”
„Jedźmy do Rosanowa. Tam odpoczniesz i razem coś wymyślimy”
„Masz rację Haniu. Że też o tym nie pomyślałem”
Obejrzałem się. Byłem sam. Na Zachodniej rozpędziłem się. Zauważyłem przed sobą jakiś wypadek. Zwolniłem. Usłyszałem, jak ktoś powiedział
„Jedź ostrożnie, bo nigdy tam nie dojedziemy”
To ojciec upominał mnie. Zawsze uważał, że jeżdżę za szybko
„Dobrze tato”
W Rosanowie trochę się kręciłem zanim znalazłem ulicę Smutną i cmentarz. Zaparkowałem przy bramie. Jak wyłączyłem motor, to dopiero wtedy dotarło do mnie jak bardzo jest ciemno i cicho.
Spojrzałem na zegarek. Z ledwością zauważyłem, że minęła dwunasta trzydzieści. Właśnie przeskoczyła data na zegarku. Ukazała się cyfra 13.
Wyszedłem z auta. Chłodny powiew sprawił, że dostałem dreszczy. Otworzyłem bagażnik i po omacku znalazłem latarkę. Potem wyciągnąłem linkę holowniczą. Doszedłem do bramy. Była uchylona.
Gdy wchodziłem usłyszałem skrzekliwy głos
„Nie wchodź tu. To cmentarz. Nic dobrego cię tu nie spotka”
Poświeciłem latarką w kierunku głosu. Stara, w pas zgarbiona kobieta zagradzała mi drogę. Chciałem ją wyminąć, ale ona uchwyciła moją dłoń. Jej mocny, suchy uścisk był bardzo zimny
„Tu jest strasznie, to przeklęty cmentarz. Ostrzegam cię. Nic dobrego cię tu nie spotka”
„Nie boję się cmentarzy. To mój drugi dom… Przepuść mnie”
„Jak chcesz”
Po chwili znikła mi z oczu. Odnalazłem grób Kurta Klosa. Przez moment zastanawiałem się po co tu przyjechałem. Nie pamiętałem tego.
„Zarzuć linkę na brzózkę i wejdź na nagrobek, na tą wysoką płytę” – to Hanka doradzała.
Trzymając się brzózki stanąłem na chwiejącej się płycie. Co robić dalej? Czy na pewno chcę to zrobić? Pomyślałem.
„Nie stój jak chuj na weselu, tylko zrób pętle. Drugi koniec zawiń tam wysoko na gałęzi. Bądź mężczyzną… Chyba potrafisz to zrobić” – Julka rozkazywała.
Bez słowa zrobiłem to o czym mówiła. Nie zdążyłem pomyśleć co robić dalej. Hanka podbiegła od tyłu do płyty i z całej siły ją popchnęła. Straciłem oparcie pod stopami. Ostatnie co usłyszałem to ironiczny śmiech Julki.
KONIEC