NIEBEZPIECZNE ZASZŁOŚCI

   „Nareszcie! Myślałam, że nigdy nie przejedziemy tej granicy” – Agnes chyba dopiero teraz się odprężyła.

   Faktycznie cztery godziny na granicy .to nie są te standardy, do których jesteśmy przyzwyczajeni. Co prawda byłem mentalnie przygotowany na to, że przejazd z NRD do Polski nie będzie szybki, ale wiedziałem też, że nie mamy się czego obawiać. Nasze norweskie dokumenty zapewniają nam bezpieczeństwo nawet w krajach komunistycznych.

   Polskie obywatelstwo utraciłem dwanaście lat temu, w momencie uzyskania zgody na wyjazd do RFN w 1972 w ramach łączenia rodzin. Nazwiska i imiona mamy dosyć, powiedziałbym, neutralne. Jedynie moje miejsce urodzenia wskazuje, że pochodzę z Polski. Byliśmy dosyć głodni.

   Granicę w Kołbaskowie przekroczyliśmy około 11tej. Nie jedliśmy jeszcze śniadania. Z promu w Sassnitz zjechaliśmy po drugiej w nocy. Mieliśmy nadzieję zjeść coś po niemieckiej stronie, ale w nocy wszystko było pozamykane. Przejazd przez NRD dozwolony był jedynie drogą tranzytową. Z chwilą podstemplowania naszych paszportów w Sassnitz, wyznaczono nam czas stawienia się na granicy w Kołbaskowie, najpóźniej o godzinie siódmej. Byliśmy przed czasem. Nadzieje, że coś zjemy oczekując na przejazd, okazały się złudne.

    Ponieważ Agnes była zmęczona, zamiast kierować się na Łódź postanowiliśmy zatrzymać się na pierwszą noc w Szczecinie. Jako turyści dewizowi nie mieliśmy problemu z uzyskaniem pokoju w hotelu Neptun. Gorzej było z jedzeniem. W hotelowej restauracji o tej porze dnia mieli bardzo mały wybór i do tego jakość jedzenia była dosyć podła. Ale zawsze to lepsze niż nic.

   Po posiłku poszliśmy na miasto. Pogoda jak na początek września była bardzo ciepła. Mimo że o tym wiedzieliśmy, to jednak zaskoczyły nas pustki w sklepach i ogólna, wszędobylska szarość. W porównaniu z naszym kolorowym Bergen był to dla nas duży kontrast. Do hotelu wróciliśmy około ósmej. Zjedliśmy ciepłą kolację, dużo lepszą niż poprzedni posiłek, i udaliśmy się do pokoju.

„Ty z tą twoją podejrzliwością…” – zareagowała nieco zirytowana Agnes, gdy nie pozwoliłem jej otworzyć walizki zanim jej nie obejrzałem

„Cicho, kochanie, nie mów tak głośno. Wiesz, że wolę być ostrożny po tym co nas spotkało wiosną w Berlinie”

  W kwietniu byłem w Berlinie Zachodnim na kongresie modelarzy. Było to krótko po głośnym wywiadzie jaki Agnes udzieliła niemieckiemu tygodnikowi. Moja żona jest dziennikarką. Pisze do różnych pism artykuły na tematy społeczne. Ostatnio zabrała się za pisanie książki o sprawach związanych z historią powstania ruchów ekologicznych. Napisała już na ten temat kilka artykułów.

   Po jednym z nich, niemiecki Der Spiegel zrobił z nią dłuższy wywiad. Twierdziła w nim, że powstające ruchy i partie Zielonych w Europie są ideologicznie bardzo zbliżone do ideologii nazistowskiej. Na kilkunastu przykładach pokazywała zbieżność proponowanych przez dzisiejszych ekologów rozwiązań zagrożeń związanych z industrializacją, transportem i problemami wyżywienia wciąż rosnącej liczby ludzi na naszej planecie, z rozwiązaniami proponowanymi w latach trzydziestych i czterdziestych.

   Po tym wywiadzie wywiązała się gwałtowna burza wokół jej osoby. Pisano artykuły polemiczne. Dostała dużo listów. Większość piszących nawet jak nie podzielała jej zdania to robiła to w sposób przyjęty w cywilizowanym świecie, ale były też listy pełne nienawiści oraz zawierające groźby. Nawet wybito nam szyby w oknach. Ktoś próbował się włamać. Agnes była przekonana, że chodzi o jej artykuły i pisaną książkę. Namówiła mnie, aby wynająć sejf w banku. Trzyma tam, to co już napisała i większość notatek.  

     Agnes nie jest związana na stałe z żadnym pismem więc niemal zawsze towarzyszy mi w moich wyjazdach. Zaraz po zameldowaniu się w hotelu wyszliśmy, tak jak to zawsze mamy w zwyczaju, obejrzeć miasto. Dawno nie byliśmy w Berlinie, chcieliśmy zobaczyć co się zmieniło.

  Po powrocie do hotelu zauważyliśmy, że ktoś otwierał nasze walizki. W zasadzie nic nie zginęło. Pieniądze, Agnes biżuteria i paszporty były na miejscu. Ktoś grzebał w moim kuferku, w którym trzymam moje nadajniki do sterowania moimi modelami. Miałem je ze sobą, chciałem się pochwalić na kongresie zmianami jakich dokonałem w sterowaniu radiowym modelami okrętów podwodnych. Agnes zauważyła brak zeszytu z notatkami na temat organizacji Wandervogel, czyli Wędrowny Ptak, działającej od początku XX wieku w Niemczech.

  Nie była jednak pewna czy zabrała je z domu. Miała ze sobą inne notatki i swoją podróżną maszynę do pisania. Zaalarmowaliśmy recepcję hotelu. Przysłali pracownika odpowiedzialnego za bezpieczeństwo gości. Nie stwierdził włamania, a ponieważ nic nie zginęło, wyjaśnił nam bardzo grzecznie, że nie ma podstaw do podjęcia jakichkolwiek kroków. Miałem wrażenie, że patrzył na nas jak na przewrażliwionych panikarzy. W Szczecinie wyglądało na to, że nikt naszych bagaży nie ruszał.

 

   W Łodzi mieliśmy zarezerwowany pokój w hotelu Savoy przy Traugutta. Zamierzaliśmy zostać tu przez tydzień a potem spędzić kilka dni w Warszawie. Agnes nigdy wcześniej w Polsce nie była. Dla mnie ta podróż była pierwszą wizytą w kraju pochodzenia od wyjazdu w 72gim.

  W Łodzi potrzebowałem właściwie być przez kilka godzin, ale postanowiliśmy zatrzymać się na kilka dni, aby pokazać żonie moje rodzinne miasto.

   Kilka tygodni wcześniej dostałem list od przyjaciela z dzieciństwa, z którym razem chodziłem do technikum i z którym razem studiowałem elektronikę na Politechnice Łódzkiej. Potem po studiach razem dostaliśmy pracę w Łódzkich Zakładach Radiowych. Pracowałem tam do wyjazdu w listopadzie 72go. Szymek pracował tam nadal. Kilka lat po moim wyjeździe przeniósł się na ostatnie piętro zakładu przy Wróblewskiego. Był tam zamknięty oddział produkcji dla wojska.

   Z Polski wyjechałem z matką. Od wyjazdu nie mieliśmy żadnych kontaktów z krajem. Krewni mamy od czasu moich narodzin w styczniu 45go, nie chcieli mieć z nią żadnego kontaktu. Mama nie miała przyjaciół. Mimo swojego wykształcenia pracowała na zmiany w przędzalni. Po pracy przesiadywała w domu, dużo czytała i robiła na drutach. Ja też wolałem siedzieć w domu. Właściwie moim jedynym kolegą z dzieciństwa i czasów szkolnych był Szymek. Mogę śmiało powiedzieć, że byliśmy nierozłącznymi przyjaciółmi. Po wyjeździe tylko z nim utrzymywałem korespondencję. Z czasem coraz rzadszą. Ostatnio ograniczoną do dwóch kartek świątecznych w roku.

   Dlatego bardzo zaskoczył mnie długi list jaki od niego dostałem. Na początku listu wyjaśnił, że nie chciał go wysłać z Polski. Poprosił osobę, do której miał zaufanie, a która wracała do Francji, aby ten list wysłać stamtąd. W liście informował mnie, że po przeszło trzech latach intensywnej pracy on i jego zespól otrzymali polecenie przekazania wszystkich wyników, dokumentów i prototypów przedstawicielom ambasady radzieckiej. Wszystkie protesty z jego strony nie odniosły żadnego skutku. Dalej, w liście, informował nad czym pracował.

  Była to według niego nowa technologia, komunikowania się pod wodą między okrętami podwodnymi.

„Jak ci wiadomo, do tej pory komunikacja radiowa bezpośrednia między zanurzonymi okrętami była niemożliwa” – pisał – „Można wysyłać do okrętu głęboko zanurzonego bardzo krótkie komunikaty. Jak wiesz robi się to na bardzo niskich częstotliwościach z użyciem bardzo długich fal radiowych dochodzących do 100 000 kilometrów. Wymaga to jak wiesz ogromnych pól antenowych. Nasz wynalazek opracowany u nas w Łodzi znacznie eliminuje tą niedogodność. Nie chcę tutaj wchodzić w szczegóły techniczne, na końcu tego listu znajdziesz informację jak do nich dotrzeć. Dodam tylko że jako anten nadawczych jak i odbiorczych można używać naturalnego środowiska morskiego. Chodzi o stopień zasolenia wody w najbliższym otoczeniu okrętu. Jak wiesz jest on inny w każdym miejscu. Różnice są czasami tak niewielkie, że do tych czas trudno było je wychwycić. Nasz wynalazek polega na bardzo dokładnym analizowaniu tych różnic i bardzo szybkiej modyfikacji częstotliwości nadajnika i odbiornika.”

    Dalej Szymek prosił mnie o osobisty kontakt w Polsce. Pisał, że on na pewno niedostanie zezwolenia na wyjazd. Podał mi numer telefonu na jaki mam zadzwonić po przybyciu do Łodzi. Prosił abym był w Łodzi między poniedziałkiem 3go września a niedzielą 9go. Typowo dla jego dokładności dodał, że chodzi o rok bieżący, czyli 1984. Tylko w tym czasie będziemy się mogli spotkać na kilka godzin.

   Na zakończenie wyjaśnił, dlaczego mi o tym pisze. Zna doskonale militarne znaczenie wynalazku. Myślał, że będzie on przydatny ojczyźnie. Teraz rozumie jak bardzo się mylił. Wie, że Sowieci nie wykorzystają go do celów tylko obronnych. Swoim postępowaniem chce wyrównać szansę drugiej strony w wypadku konfliktu zbrojnego. Ponieważ nie zna nikogo na zachodzie i nie ma możliwości kontaktu z nikim komu mógłby zaufać, zwrócił się do mnie. Do listu załączone były cztery kartki ze schematami układów elektronicznych. Miały mnie przekonać o wadze wynalazku.

   Już pierwszy rzut oka na te kartki uświadomił mi, że to może być rewelacja. U nas w Bergen, w stoczni, w której pracuję głowiliśmy się nad bardzo podobnymi rozwiązaniami problemów komunikacji radiowej pod wodą. Jako kierownik zespołu radiowców znam te zagadnienia i wiem na jakim etapie są inni którzy się tym zajmują, zarówno przyjaciele jak i potencjalni przeciwnicy. O tym nad czym pracowano w Łodzi nie mieliśmy zielonego pojęcia.

   Oczywiście powiadomiłem o liście moich przełożonych i odpowiednie służby. Przez kilka dni dyskutowaliśmy o wartości technicznej łódzkiego wynalazku i równolegle zastanawialiśmy się czy aby nie jest to prowokacja. Ponieważ do proponowanego spotkania było jeszcze trochę czasu ustaliliśmy, że decyzję co do kontaktu podejmiemy kilka dni przed ewentualnym wyjazdem.

  Na tydzień przed wyjazdem dostałem polecenie wystąpienia o urlop. Przypuszczam, bo tego nie wiem, że odpowiednie służby swoimi metodami sprawdziły w jakiś sposób Szymka i że wynik tego sprawdzania był na tyle zadawalający, że podjęto decyzję o moim wyjeździe.

Chciałem jechać sam, ale szefowie nalegali abym zabrał żonę. Szybko wysłałem list do Szymka, w którym napisałem, że przyjeżdżamy do Polski na urlop i że będę przejazdem w Łodzi między 3cim a 9tym września, że zatrzymamy się w hotelu Savoy.

   Napisałem, że bardzo chciałbym się z nim spotkać, przedstawić żonę i oczywiście poznać Grażynkę. Obiecałem zadzwonić po przyjeździe. Zostałem szybko przeszkolony z zasad ostrożności w postępowaniu z nieznajomymi w krajach komunistycznych. Resztę spraw takich jak bilety na prom i hotele w Polsce miałem załatwiać sam. Nie dostałem na ten cel ani grosza. Wszystko miało wyglądać jak zwykła podróż wakacyjna.

    Do Łodzi dotarliśmy 5go września, w środę po południu. Jak zwykle po dopełnieniu formalności hotelowych i zostawieniu bagaży w pokoju wyszliśmy na miasto. Agnes miała zwyczaj odwiedzać antykwariaty w tych miastach, w których się zatrzymywaliśmy w czasie naszych podróży. Obiecałem zaprowadzić ją do jednego starego antykwariatu w Łodzi o którym pamiętałem.

  Doszliśmy spacerkiem do Piotrkowskiej i skręciliśmy w lewo. Po dwudziestu minutach byliśmy w alei Schillera. Antykwariat był na swoim miejscu. W środku zawalony był książkami od podłogi do sufitu dokładnie tak samo jak go zapamiętałem z czasów studenckich. Agnes była zachwycona już zaraz po wejściu. Wiedziałem, że nie prędko stamtąd wyjdzie. Zaraz dogadała się ze starym właścicielem, gdzie może szukać interesujących ją książek. Do zamknięcia były jeszcze dwie godziny. Przerwałem im rozmowę i zapytałem Agnes czy wyjdzie stąd przed 18tą

„Na pewno nie, kochanie, i wiem już, że powrócę tu jutro zaraz po śniadaniu”

„To przyjdę po ciebie o 18tej a teraz przejdę się trochę po okolicy”

„Wiesz co, czekaj na mnie w hotelu. Trafię tam sama”

Około 21szej zacząłem się niepokoić. Nagle drzwi się otworzyły i do pokoju weszła Agnes z zabandażowaną głową w podartym płaszczyku

„Co się stało! Kochanie?! Napadł cię ktoś?”

„Wracam ze szpitala. Jakiś idiota rozjechałby mnie tuż przy hotelu. Pędził jak wariat. Nie wiadomo skąd się wziął. Zdążyłam odskoczyć. Upadłam między zaparkowane samochody, głową uderzyłam w jeden z nich.”

„Trzeba zawiadomić milicję…”

„Portier to zrobił, wszystko widział. Przyjechali bardzo szybko, pogotowie też. Zabrali mnie do szpitala, ale nic mi nie jest. Mam trochę rozciętą skórę nad lewym uchem, nie wiem po co ten bandaż. Wróciłam taksówką” – po chwili dodała – „Kochanie, odbierz jutro te książki co kupiłam, nie chciałam je dźwigać”

„Dobrze, dobrze. A co z tym piratem?”

„Nie wiem, nie zatrzymał się. Jak mnie zabierali to policja czy milicja, rozmawiała z tym portierem… Popatrz, taki ładny płaszczyk. Muszę go wyrzucić. Kupisz mi jutro nowy?”

  „Płaszczyk, … Jak możesz o tym teraz myśleć. Oczywiście, jutro kupimy o ile można tu coś kupić. Widziałaś jakie są tu pustki w sklepach?”

„W recepcji powiedzieli, że w tym hotelu. obok na tej dużej ulicy, mają specjalny sklep dla turystów i że tam wszystko jest”

„Acha, pewno PEWEX, pójdziemy tam jutro, a teraz przebierz się, zejdziemy na kolację. Zejdę teraz porozmawiać z tym portierem”

„Nie zejdę z taką głową. Zamówię coś do pokoju”

   Portier widział całe zdarzenie. Samochód, który o mało co nie zabił Agnes nie zatrzymał się i równie szybko co się pojawił odjechał. Był to popularny tutaj Fiat 125 koloru chyba ciemno czerwonego. Nie, numerów nie zauważył. Przed hotelem stoją zaparkowane samochody i znacznie ograniczają widoczność. Milicja już go przesłuchała. Powiedział im to co mi. W recepcji dostali nazwisko i imię Agnes. Powiedzieli, że przyjadą jutro, aby ją przesłuchać. Prosili, aby na razie nie wyjeżdżać.

   Następnego dnia Agnes uparła się, aby zdjąć bandaż. Rana faktycznie nie była raną tylko zadrapaniem. Wystarczył plaster. O dziewiątej zjedliśmy śniadanie. W drodze do pokoju spotkaliśmy milicjanta, który przyszedł przesłuchać Agnes. Nic nowego nie wniosła do sprawy. Powiedziała, że przechodziła przez jezdnię naprzeciwko wejścia do hotelu. Usłyszała pisk opon ruszającego samochodu. Nie wie skąd nadjechał. Nie zauważyła jak wyglądał kierowca i czy był sam.

   Milicjant poradził nam abyśmy powiadomili o zdarzeniu naszego ubezpieczyciela. On przyśle stosowny protokół, który może być wymagany przy wypłacie odszkodowania. Podziękowaliśmy za radę i wyraziliśmy nadzieję, że ujmą tego pirata drogowego.

   Zaraz potem poszliśmy do PEWEXu kupić płaszczyk. Nie było dużego wyboru, ale Agnes coś tam wybrała. Przy okazji również dwie bluzki i buciki. Potem poszliśmy do antykwariatu. Zostawiłem tam żonę i umówiłem się odebrać ją i książki o 13tej.

  Czas najwyższy zadzwonić do Szymka. Poradzono mi abym nie dzwonił z hotelu. Poszukałem budki telefonicznej. Długo czekałem aż ktoś odbierze telefon. W końcu usłyszałem męski głos

„Tak, słucham” – zawsze irytował mnie ten paskudny zwyczaj nieprzedstawiania się przy odbieraniu telefonu.

„Jestem Franek, kolega Szymka. Mogę prosić go do telefonu?”

„Pan przyjechał z Norwegii, prawda? Szymon czekał na pana. Niestety, nie żyje” – zamroziło mnie.

Przez chwilę zastanawiałem się czy kontynuować rozmowę

„Co się stało?”

„Wczoraj wpadł pod ciężarówkę. Zmarł na miejscu”

„Bardzo mi przykro. Przepraszam, z kim rozmawiam?”

„Jestem jego szwagrem, nazywam się Jerzy Kolasiński, Czy mógłby pan przyjść? Musimy porozmawiać”

Podał mi adres. Narutowicza przy Tramwajowej. Nie był to adres, pod który pisałem listy do Szymka. Wiedziałem jednak z jego ostatnich listów, że zamierzają się przeprowadzić do mieszkania po rodzicach żony. Powiedziałem, że będę za godzinę.

   Wróciłem do antykwariatu. Opowiedziałem żonie co się stało i co ma robić gdybym nie wrócił na noc do hotelu. Taksówką podjechałem pod wskazany adres. Przy wysiadaniu, grzebałem się z zapłatą. W ten sposób miałem kilkadziesiąt sekund, aby rozejrzeć się czy nie zauważę czegoś podejrzanego przed domem. Nie wiem co chciałem zauważyć, ale tak sobie wyobrażałem postępowanie prawdziwych szpiegów w podobnej sytuacji. Oczywiście nic podejrzanego nie zauważyłem. Otworzył mi mężczyzna w moim wieku, ubrany w ciemny garnitur.

„Jestem Franciszek Szymański, Kolega Szymka ze studiów.” – przedstawiłem się nazwiskiem używanym przed wyjazdem z Polski.

  Było to nazwisko panieńskie mojej matki. Matka wyszła za mąż za mojego ojca dopiero w RFN po naszym przyjeździe tam. Od tego czasu przyjąłem nazwisko ojca. Nazywam się teraz Frank Hartwich.

   Szwagier Szymka by sam w mieszkaniu. Dowiedziałem się, że Grażyna, żona Szymka i siostra Kolasińskiego jest w szpitalu. Doznała szoku na wiadomość o śmierci męża. Pozostanie tam jeszcze przez jakiś czas. Lekarze podejrzewają zawał. W szpitalu prosiła, aby powiadomić brata, czyli jego, dlatego on tu jest od kilku godzin. Przyjechał bezpośrednio ze szpitala.

   Gdy wyjeżdżałem z Polski Szymek był kawalerem. Ożenił się jakiś rok później. Przysłał mi zdjęcie ślubne, ale nie potrafiłbym poznać jego żony. Mam bardzo słabą pamięć do twarzy. Małżeństwo Szymków, podobnie jak nasze było bezdzietne. Dlatego teraz to on brat Grażyny jest tutaj w mieszkaniu. Siostra opowiedziała mu w szpitalu, że miałem przyjechać zobaczyć się z Szymkiem. On tylko wie, że miał coś dla mnie, jakąś paczkę. Siostra wskazała miejsce, gdzie ta paczka miała być, ale on jej niestety nie znalazł. Może jutro siostra będzie w lepszym stanie to może sobie przypomni, gdzie ta paczka jest schowana. Powiedziałem mu, że chyba chodzi o stare, pamiątkowe dokumenty mojej matki, które na moją prośbę Szymek odnalazł u jej krewnych. Pisałem mu o tym wiele lat temu. Powiedziałem, że to nie jest nic ważnego, żeby sobie teraz, w obliczu tej tragedii nie zawracał tym głowy. To są stare listy matki, ale jakby się znalazły to w Łodzi będę do 9go, do niedzieli. Zapytałem się jeszcze o datę pogrzebu. Odpowiedział, że nie jest jeszcze ustalona, ale nastąpi to dopiero po powrocie Grażynki ze szpitala. Podałem mu w którym hotelu mieszkam. Zobowiązał się odwiedzić mnie w sobotę wieczorem.

    Jeszcze przed 13tą byłem w antykwariacie. Agnes przezornie miała ze sobą torbę na książki. Zapakowaliśmy je, jedenaście sztuk i kilka cieńszych broszur. Po drodze kupiłem kilka gazet i tygodników. Agnes chciała coś zjeść w restauracji Grant Hotelu. Pamiętała, że jak byliśmy wcześniej w hotelowym PEWEXie to zwróciła uwagę na restaurację. Wydawała się jej ciekawa. Zostaliśmy tam do dwudziestej. Opowiedziałem jej o spotkaniu ze szwagrem Szymka. Wieczorem zostaliśmy w hotelu. Popatrzyłem trochę na telewizję a Agnes zaczęła przeglądać książki.

   W piątek padał deszcz. Nie chciało nam się wychodzić. Agnes zaczęła sporządzać jakieś odręczne notatki i jak zwykle umieszczała je w nowo nabytych książkach, w miejscach które przeglądała. Ja próbowałem przeanalizować sytuację w jakiej się znalazłem.

   Doszedłem do wniosku, że na dobrą sprawę nie wiem na pewno czy Szymek nie żyje, czy Kolasiński jest naprawdę jego szwagrem, czy tylko się za takiego przedstawia. Mój następny wniosek to, że najlepiej będzie nie wychodzić z żadną nieprzewidzianą inicjatywą. Zachowywać się zgodnie z nakreślonym planem, czyli wyjechać w niedzielę do Warszawy i tam spędzić resztę czasu.

   Agnes tym czasem, coraz bardziej pogrążała się w lekturze i notatkach. Od czasu do czasu przerywała, aby poinformować mnie o rzekomych sensacjach jakie znalazła w książkach

„Kochanie wiesz co kupiłam? Od roku szukałam tych zapisków w Austrii i Niemczech. Ta broszurka to raport opublikowany w1941 pod tytułem „Die vogelwelt von Auschwitz”, Ptasi świat w Auschwitz. Napisał to niejaki Günther Niethammer…”

„Co w tym jest sensacyjnego, kochanie?”

„Jak to co? Nie słyszałeś tego nazwiska? Znany ornitolog. W Auschwitz był wartownikiem. Pełnił służbę przy głównej bramie. Miał specjalne zezwolenie komendanta na studiowanie ptactwa w całej okolicy. W 44tym wstąpił do SS, był ważną osobą w Instytucie Higieny i tam uzasadniał pseudonaukowo nazistowskie podstawy i konieczność polityki rasistowskiej wobec podludzi…”

„Nic specjalnie nowego. Wielu cenionych naukowców ma mroczną przeszłość. Dlaczego to ciebie tak interesuje?”

„Bo miał powiązania, znał się osobiście z Ernstem Schäferem, zoologiem… Wiesz którym, mówiłam ci o tym…”

„Nie przypominam sobie…”

„Bo ty nigdy nie słuchasz co do ciebie mówię…”

„Nieprawda, kochanie. Musiało mi to po prostu wypaść z głowy”

„Przypomnij sobie. Przed naszą wizytą wiosną w Berlinie byliśmy w Hanowerze. Tam spotkałam się z Schäferem w Muzeum Przyrodniczym. Jest tam kuratorem…”

„Coś sobie przypominam… Dlaczego cię oni interesują? Przecież piszesz książkę o powstawaniu ruchów ekologicznych… tych, no jak im tam… Zielonych”

„Jak ty nic nie rozumiesz. Przecież te ruchy, ci Zieloni nie spadli z nieba. Oni są zainspirowani starymi ideami jak ratować świat…”

„Chcesz powiedzieć, że to ornitolodzy z początku wieku, byli ich guru?”

„I tak i nie. To Niethammer, Schäfer i wielu innych fascynowali się porządkiem w przyrodzie, hierarchią tam występującą, tym, że to jest naturalne prawo przetrwania, że silniejszy zjada słabszego. Oni pierwsi wskazywali na zmiany klimatyczne. A ta organizacja, pamiętasz, Wandervogel…”

„Jaka organizacja?”

„Znowu nie pamiętasz. W Berlinie zginął mi notatnik z zapiskami o niej. Powstała na początku wieku w Niemczech. Niemiecka klasa średnia w to się angażowała. Wiesz, propagowanie skautingu, powrót do natury. Ostrzegali przed zagrożeniami jakie niesie uprzemysłowienie. Oni pierwsi zauważyli niebezpieczeństwa wynikające z rodzącej się turystyki…”

„W dalszym ciągu nie widzę związku …”

„To oni twierdzili, że Ziemia się przeludnia, że niedługo nie wyżywi wszystkich mieszkańców. Wtedy też narodził się pomysł szukania Lebensraum, przestrzeni do życia. Przed wojną Schäfer organizuje kilka wypraw do Tybetu. Szukał tam nowych zbóż i innych roślin, których uprawy miały być bardziej wydajne niż te znane w Europie.

  Na początku wojny, w zamku, w Mittersill, w Austrii, w Organizacji Ahnenerbe należącej do SS, tworzy Instytut Badawczy do spraw Azji. Nazwał go Sven Hedin-Instytutet, od imienia swojego idola, szwedzkiego podróżnika i odkrywcy, wielkiego sympatyka nazizmu. Tam powstawały opracowania dotyczące klimatu, wyżywienia ludzkości i selekcji gatunków. Wszystko pod nadzorem SS. Tylko sprawdzeni członkowie SS mogli tam pracować.

  A czy ty wiesz, że, amerykański adwokat, zamiłowany biolog i przyrodnik, twórca parków narodowych, Madison Grant, już w 1916 roku pisał w książce „The passing of the great race”, Przemijanie wielkiej rasy, że nordycki typ człowieka, wysoki, blondyn o wrodzonych zdolnościach organizacyjnych i wysokiej inteligencji, należy w przyrodzie do elity. Niestety zagrażają mu rasy niższej jakości, ciemnoskórzy, niżsi, z niskimi czołami i ogólnie koślawi o znacznie niższej inteligencji.

  Po pierwszej wojnie, książka była wydana w wielu krajach. W tym czasie higiena ras zaliczała się do nauk przyrodniczych, nie tylko w nazistowskich Niemczech. A wiesz kto po przeczytaniu książki wysłał Grantowi list z wyrazami uznania?”

„Nie mam pojęcia, no kto?”

„Pewien młody niemiecki polityk, niejaki Adolf Hitler. Dziękował za wspaniałą książkę. Obiecał, że będzie to jego biblia, którą się będzie kierować w życiu”

„Tego nie wiedziałem…”

„To na pewno nie wiesz, że, Hitler po otrzymaniu władzy z rąk Niemców, już w 33cim wprowadził pierwsze w historii prawo o ochronie naturalnego środowiska człowieka? Nie było tak rozbudowane jak dzisiejsze prawa w tym zakresie. Chroniono w nim zagrożone wyginięciem zwierzęta. Sadzono masowo lasy, przede wszystkim dębowe. Zarządzono uprawy zdrowej żywności. Propagowano za wolnymi od mięsa posiłkami. Sam Hitler był wegetarianinem…”

„To akurat wiem”

„Widzisz, cały ten czas, aż do końca wojny jest właściwie poświęcony na ratowanie świata, wybawienie go od podrzędnych gatunków występujących w przyrodzie, w tym ludzi a raczej podludzi, znalezienie przestrzeni do życia dla elity ludzkości… Nie protestuj! To nie są moje słowa! Tak określali to twórcy tego morderczego systemu.

  W otoczeniu Hitlera znajdziesz bardzo dużo naprawdę znanych i cenionych naukowców, którzy głęboko wierzyli w to, że prawa rządzące przyrodą powinno się zaadoptować do stosunków międzyludzkich. I jeszcze jedno. Nie myśl, że te idee zniknęły w maju 45go. Myśl o ratowaniu świata oparta na tych samych ideach żyje do dziś. Zmieniły się tylko formy organizacyjne…”

„Organizacyjne?… chcesz powiedzieć, że istnieje jakaś organizacja?…”

„Tak, Frank. Wpadłam na jej ślad. To będzie w mojej książce. Dlatego spotkałam się z Ernstem Schäferem w Hanowerze. Dlatego też wyjechałam rok temu do Austrii, aby spotkać Konrada Lorenza… Tego też nie znasz?”

„Przykro mi, ale chyba nie, to są chyba ludzie, którzy działają daleko od moich zainteresowań zawodowych, wiesz, że jestem technikiem i o naukach typowo przyrodniczych i humanitarnych wiem niewiele…”

„Szkoda, wiedziałbyś, że Lorenz dostał Nobla z medycyny w 73cim. On całe życie poświęcił na studiowanie wrodzonych zachowań zwierząt. Badał przede wszystkim kaczki…”

„Jeszcze raz… Co to ma wspólnego…”

„Twierdził, że człowiek wielkomiejski powoli zatraca swoje instynkty, że zmiany genetyczne powodują upodobnienie go do niepożądanego wzorca przypominającego popularne wtedy karykatury Żydów, że moralne bagna wielkich miast i ich dekadencja to objawy chorób, rozprzestrzeniających się pod wpływem rozwiązłości i mieszania ras. Należy to tępić fizycznie. Oczywiście twierdził to w czasie, gdy był członkiem NSDAP. Potem, gdy dostał się do niewoli sowieckiej i gdy pracował tam jako lekarz w szpitalach w Armenii, zmienił zdanie. Wrócił do Austrii w 48mym. Teraz jest członkiem Austriackiej Partii Zielonych. Jest znanym przeciwnikiem budowy elektrowni atomowych.

  A najbardziej zdenerwowała mnie rozmowa z Jacques Cousteau, wielkim przyrodnikiem, psiakrew. Wszyscy go cenią za jego badania mórz, za jego filmy przyrodnicze, a jakie ma poglądy, jeśli chodzi o ludzi?

Pokłóciłam się z nim. On twierdzi, że nie powinniśmy tępić chorób, które dziesiątkują ludzi w Afryce, bo i tak aby przetrwać musimy dziennie eliminować… słyszysz mnie?… Eliminować ponad trzysta tysięcy ludzi dziennie!

On podobno był w Ruchu Oporu w czasie wojny.

„Skąd ty to wszystko wiesz Agnes?”

„Jak to skąd? Większość tych ludzi żyje. Niektórzy zostali skazani za czyny popełnione w czasach nazizmu, inni nie. Większość z nich dawno jest na wolności. Nie kryją się ze swoimi przekonaniami dotyczącymi – jak to oni określają – ratowania świata. Wyciszają te najbardziej drastyczne poglądy, które dzisiaj nie są chodliwe. Wystarczy czytać ich książki czy artykuły. Są ogólno dostępne. Chwalone w prasie.

  Teraz są ekologami, należą do różnego rodzaju zielonych partii. Mają nowych zwolenników. Wszyscy się znają nawzajem. Dam ci przykłady powojenne. Amerykanin Fairfield Osborn Junior. W 48mym wychodzi jego książka „Our plundered planet”, Nasza splądrowana planeta. Pisze w niej, że obecnie, to znaczy po wojnie, będzie trudno ludziom zaakceptować, że skutki ciągle zwiększającego się zaludnienia będą największym wyzwanie w niedalekiej przyszłości i że rozwiązanie tego problemu nie będzie możliwe w zgodzie z humanistycznymi zasadami… Rozumiesz to? Przetłumacz sobie to na zwykły język.

Albo takie książki jak „Silent Spring”, Milcząca wiosna, Rachel Carson czy „The population bomb”, Bomba demograficzna, napisana przez Paula R. Erlicha. Obie wydane w latach 60tych. Ta pierwsza, „Silent Spring”, Cicha Wiosna, czy raczej Milcząca Wiosna, przyczyniła się do zakazania DDT. Spowodowało to drastyczne zmniejszenie zbiorów płodów rolnych, a to z kolei przyczyniło się do głodu w wielu rejonach trzeciego świata. Ta druga książka „Bomba demograficzna” … Napisał ją biolog. Twierdził, że jak nic się nie zrobi to zwiększająca się liczba ludności na ziemi spowoduje wyczerpanie wszystkich źródeł pozyskiwania żywności. Obliczył, że masowy głód na Ziemi dokona zagłady ludzkości już w1985 roku, a więc za rok.”

„No nie. Chyba się przeliczył ha, ha, ha…”

„Oczywiście, bzdury. Ale wielu im uwierzyło. Dzisiaj twierdzi się, że te dwie książki przyczyniły się właściwie, do powstania dzisiejszych partii ekologicznych.”

„W dalszym ciągu nie widzę powiązań z nazizmem…”

„Frank. Powtarzam jeszcze raz. Cały okres, przynajmniej od początku lat trzydziestych do końca wojny, był dla tych ludzi, ornitologów, biologów i zoologów, nie wszystkich oczywiście, czasem wielkiego projektu ratowania świata. Mówiłam ci o tym wcześniej. Inspirowali innych, robili podbudowę pod ideologię nazistowską. Twierdzili, że aby uratować świat trzeba użyć drastycznych metod. Żadnej demokracji. Demokracja, twierdzili, jest zgubna, wiąże ręce i nie zezwala na użycie potrzebnych metod. W zasadzie pozostawali w cieniu, rzadko osobiście angażowali się do brudnej roboty. Ich zadaniem było inspirowanie, nakierowywanie innych na pożądane przez nich tory. Dlatego właśnie tak wielu z nich przetrwało wojnę, w zasadzie, bezboleśnie.

   Jak już ci mówiłam nie zrezygnowali ze swoich zamysłów niedemokratycznego ratowania świata. Już pojawiają się rekomendacje, aby jeść mniej mięsa i cukru, bo przecież hodowle zwierząt są szkodliwe dla klimatu a uprawa trzciny cukrowej… Mówi się o zanieczyszczeniu atmosfery przez transport. A więc ograniczyć podróże, Samochód jest czymś złym, samolot też. Dzisiaj są to rekomendacje, jutro będą większe podatki nałożone na mięso, cukier i paliwa. Jeśli i to nie pomoże i głupi ludzie, którzy nie wiedzą co dla nich dobre, nie zastosują się do tego, przyjdą zakazy. Najpierw będą obłożone niewielkimi karami, potem większymi. Nietrudno sobie wyobrazić, że najlepiej dla środowiska byłoby nieposłusznych wyeliminować…”

„Czarno to malujesz, Agnes…”

„Czarno? Słuchaj co mówią młodzi Zieloni fanatycy. Dzisiaj ludzie nie traktują ich poważnie, ale oni rosną w siłę. Jutro ich partie będą stanowić prawa i wtedy nie będzie nam do śmiechu. Wiem, że się organizują…” – pukanie do drzwi przerwało wywód Agnes.

„Proszę wejść!”

Do pokoju weszło dwóch młodych mężczyzn. Spojrzeli na nas. Przez chwilę milczeli

  „Najmocniej przepraszamy. Musieliśmy pomylić piętra. Szukamy kogo innego” – Przeprosił jeden z nich po niemiecku. Po czym szybko wyszli.

„Znasz ich?” – zapytała Agnes

„Nie, nie przypominam sobie abym ich kiedyś spotkał. Wiesz, jak jest z moją pamięcią do twarzy”

„Ja ich chyba już widziałam… Tak, ten wyższy siedział przy sąsiednim stoliku jak jedliśmy śniadanie. Rozmawiał z kimś po niemiecku”

„To w takim razie są to goście hotelowi. Chyba naprawdę pomylili piętra”

  Agnes nie wróciła już do rozmowy, a właściwie, monologu na temat ruchów ekologicznych. Byłem z tego zadowolony. Prawdę mówiąc nie brałem jej pisania na poważnie.

„Agnes, czy nie uważasz, że czas coś zjeść?”

„Co proponujesz? Wyjdziemy na miasto czy zjemy na dole?”

Wyjrzałem przez okno

„W dalszym ciągu pada. Może jednak zjemy w hotelu”

„OK. To mi nawet pasuje. Będę mogła od razu po jedzeniu zabrać się za pisanie. Akurat dobrze mi idzie”

Wracając do pokoju, kupiłem w sklepiku hotelowym jeszcze jakieś tygodniki. Cały wieczór do późna Agnes stukała na maszynie a ja studiowałem kupione czasopisma.

    W sobotę po śniadaniu postanowiliśmy iść na miasto. Wypogodziło się, wyszło nawet słońce. Zjechaliśmy windą na dół. Już na ulicy postanowiłem wyjąć z samochodu parasol, tak na wszelki wypadek. Przy aucie przypomniałem sobie, że mam go w pokoju

  „Kochanie poczekaj chwilę. Skoczę po parasol. Czuję, że może padać”

Drzwi do naszego pokoju były lekko uchylone – czyżbym je nie domknął? – taka myśl przebiegła mi przez głowę. Wszedłem zdecydowanie do środka. Tyłem do mnie, pochylony nad walizką stał jakiś mężczyzna

„Co pan tu robi!” – krzyknąłem. Odwrócił się zaskoczony. Przez ułamek sekundy staliśmy nieruchomo. Błyskawicznie wyciągnął nóż sprężynowy. Uderzył z góry. Zasłoniłem się lewym ramieniem. Cios rozerwał kurtkę i chyba mnie drasnął. Przewróciliśmy się. Trzymałem go za nadgarstek ręki z nożem. Chwilę się kotłowaliśmy. Leżałem na plecach. Miałem nóż przed oczami.

Udało mi się oprzeć nogami o ścianę i szybkim wykopem przerzucić go przez głowę. Upadł na brzuch. Szybko zerwałem się i rzuciłem się na niego całym moim stukilowym ciałem.

W tym momencie krew zalała mi oczy. To nie była moja krew. Tryskała z jego tętnicy szyjnej. Błyskawicznie przeszedłem do pozycji siedzącej. Siedziałem przez jakiś czas na jego plecach. Miał dziwnie podwiniętą rękę z nożem, tuż pod swoją twarzą. Czułem, że jest naprężony, próbował się wydostać z mojego uścisku. Nie ruszałem się. Krew wciąż tryskała z jego szyi, ale już pod mniejszym ciśnieniem. Czułem, że jego ciało wiotczeje. Poczekałem aż przestał się ruszać.

Ostrożnie podniosłem się. Domknąłem drzwi. Rozejrzałem się po pokoju. Cały pokój był we krwi, ja też. Podszedłem do telefonu, podniosłem słuchawkę, zgłosiła się panienka z recepcji

„Proszę wezwać milicję. Zabiłem złodzieja hotelowego” – podałem numer pokoju i nazwisko.

Podniosłem przewrócone krzesło, usiadłem przy biurku. Po chwili usłyszałem biegnące osoby po korytarzu. Ktoś otworzył drzwi bez pukania. Wszedł rosły mężczyzna, stanął tuż za progiem, rozejrzał się szybko

„Nie wchodzić!” – rzucił stanowczo przez ramię do osób stojących na korytarzu.

Zamknął drzwi

„Pan to zrobił?”

„Broniłem się. Zaatakował mnie…”

„Zaraz przybędzie milicja. Zaczekam tu z panem. Jestem odpowiedzialny za bezpieczeństwo gości tego hotelu”

Po chwili dobiegł nas z korytarza rwetes. Poznałem głos Agnes

„To moja żona. Muszę wyjść do niej… Ona nie mówi po polsku…” – podniosłem się z krzesła

„Siedź pan! W takim stanie nie może pan wyjść na korytarz. Porozmawiam z nią. Czy ona mówi po niemiecku?”

„Tak”

Ruszył w stronę drzwi które się właśnie otworzyły. Dwóch mundurowych próbowało nimi wejść jednocześnie z Agnes. Wepchnęła się przed nimi, mimo prób zatrzymania jej przez ochroniarza. Stanęła i spojrzała na mnie. Zaczęła histerycznie krzyczeć. Próbowałem ją uspokoić

„Agnes! Nic mi nie jest! To nie moja krew! Słyszysz mnie?!”

Nic do niej nie docierało. Krzyczała i miałem wrażenie, że traci świadomość. Nastąpił totalny chaos. Jeden z milicjantów, młody chłopak zwymiotował na dywan tuż przy stopach martwego złodzieja

„Panie! Co pan robisz?! Tu nie wolno rzygać! Tu są dowody rzeczowe!” – krzyczał ochroniarz próbując odciągnąć go do drzwi.

W drzwiach szarpał się ze mną ten drugi milicjant, chcą odsunąć mnie od krzyczącej Agnes, której ja z kolei nie mogłem uspokoić.

Przez szeroko otwarte drzwi zaglądało kilka osób. Na ich twarzach malowało się przerażenie pomieszane z zaciekawieniem.

„Proszę stąd odejść! Proszę wrócić do swoich pokoi!” – stanowczy głos starszej kobiety sprawił, że przy drzwiach zrobiło się luźniej

„Kto pani jest?! Co pani tu robi?!” – Krzyknął na nią milicjant, który dał za wygraną próbę wyrwania z moich ramion ciągle histerycznie krzyczącej Agnes.

Podczas gdy ochroniarz wyprowadzał na korytarz wciąż wymiotującego milicjanta, kobieta energicznie odciągnęła Agnes ode mnie krzycząc w głąb korytarza

„Janek!… Wezwij pogotowie!” – a do pytającego milicjanta – „Jestem tu kierowniczką, co pan stoi jak dupa?! Zrób tu porządek! Nie pozwól nikomu wchodzić do pokoju”

  „Muszę iść do radiowozu wezwać kryminalnych…” – odpowiedział

„Jestem jej mężem i chciałbym…” – próbowałem zatrzymać Agnes

„Pan tu zostanie. Dam jej inny pokój. Zaraz dostanie coś na uspokojenie”

„Pobrudziła się krwią. Musi się przebrać.”

„Dam jej szlafrok”

Wciąż krzycząca Agnes usiadła na podłodze. Kobieta podniosła ją energicznie i odciągnęła dalej od naszego pokoju.

W tym chaosie nikt nie zareagował, gdy wszedłem z powrotem do pokoju. Wyjąłem z szafy czyste spodnie i koszulę. Udałem się do łazienki. Rozebrałem się i wszedłem pod prysznic. Gdy się ubierałem, drzwi do łazienki otworzył jakiś mężczyzna z aparatem fotograficznym

„A pan co tu robi?” – zapytał zdziwiony

„Mieszkam tu. Nie widać?!” – odparłem wściekły

Gość odwrócił się i krzyknął w głąb pokoju

„Chłopaki! Nie szukać go! On tu jest!”

Natychmiast doskoczyło do mnie dwóch cywili

„Ręce!”

„Co, ręce?”

„Ręce do przodu!”

Zgrabnie założyli mi kajdanki. Wprowadzili mnie do pokoju i posadzili na krześle.

„Co pan tu robi?”

„Już mówiłem. Mieszkam tu”

„Imię, Nazwisko…” – jeden z nich wyciągnął notes

„Frank Hartwich”

„Jak to się pisze? Albo nie. Dowód poproszę”

„Nie mam dowodu…”

„To nie wiecie, że każdy obywatel musi mieć dowód osobisty?…”

„On jest zagraniczniakiem…” – podpowiedział mu kolega

„Acha. Paszport poproszę”

Podniosłem się i chciałem iść do łazienki, aby wyjąć paszport z marynarki, którą tam zostawiłem

„Gdzie?!”

„Do łazienki. Po paszport”

„To tam trzymacie paszport?”

„Tak! Kurwa! W marynarce!” – odparłem zdenerwowany.

W tym momencie do pokoju wszedł wysoki blondyn

„Zostaw go, Zdzisiu. Ja się nim zajmę. Przynieś tą marynarkę”

Odebrał od Zdzisia notes.

„Tak jest, panie kapitanie”

Kapitan chwilę wertował notes a potem zwrócił się do mnie

„Pan go zabił?”

„Tak. Ale to był…”

„Dlaczego?” – przerwał mi

„To był wypadek. On zaatakował mnie nożem…”

„Tak, bez powodu?” – znowu mi przerwał

„Zaskoczyłem go w pokoju jak plądrował nasze bagaże…”

„Nasze? Kto jeszcze tu był?”

„Nikt. Tylko ja. Żona czekała na mnie na ulicy…”

„Gdzie jest teraz?”

„Nie wiem. Chyba zabrali ją do szpitala?”

„Zranił ją?”

„Nie. Ale jak zobaczyła co się tu wydarzyło doznała szoku…”

„To jednak była tu…”

„Nie! Przyszła tu jednocześnie z pana mundurowymi kolegami…”

   Odszedł na chwilę ode mnie. Rozmawiał ze dwie minuty z kimś za drzwiami. Po chwili wrócił

„Zna pan denata?”

„Nie”

„No dobrze… Zabieram pana na komisariat. Tam będziemy dalej rozmawiać…”

„Żądam, aby zawiadomić konsulat norweski…”

„Wszystko w swoim czasie”

Chciał przewiesić na moich skutych dłoniach marynarkę. Zauważył że jest cała pokrwawiona.

„Ma pan inną?”

„Tak. W szafie”

Zamienili ją na czystą. Razem ze Zdzisiem wyprowadził mnie z pokoju. Zawieźli mnie na komisariat na Sienkiewicza. Tam zabrali wszystko z kieszeni, sznurowadła od butów i pasek od spodni. Musiałem oddać mój złoty zegarek i obrączkę. Przy oddawaniu przedmiotów wszystko skrupulatnie odnotowano w specjalnym zeszycie – obrączka z żółtego metalu, zegarek Patek z żółtego metalu, z wyrytymi napisami na kopercie w obcym języku – i tak dalej. Trwało to bardzo długo. Potem mnie sfotografowano i pobrano odciski palców. Zamknięto mnie w pojedynczej celi.

   Dopiero wtedy uprzytomniłem sobie, że nie wiem jaka to pora dnia. Po chwili dotarło do mnie jaka to absurdalna ciekawość, jak by to teraz miało znaczenie która to godzina. Po jakimś czasie przyniesiono mi posiłek. Jakaś zupa, chyba kapuśniak i kawałek chleba. Zapach kapuśniaku przypomniał mi moje dzieciństwo i młodość. Matka często go gotowała. Od wyjazdu z polski jadłem go w Hamburgu tylko raz, na parę dni przed śmiercią matki. Mimo że nie czułem głodu zabrałem się za jedzenie. Już po pierwszej łyżce przerwałem z obrzydzeniem. To coś w misce tylko zapachem przypominało kapuśniak mamy.

Potem była kolacja, której też nie ruszyłem. Jakiś czas potem strażnik otworzył celę i opuścił pryczę, która za dnia przypięta była do ściany, aby nie można było się na niej położyć. Zgaszono światło.

   Rano było śniadanie. Wstrętna rozwodniona zupa mleczna, kawałek razowca i wodnista kawa zbożowa. Jakiś czas po śniadaniu zabrano mnie na przesłuchanie. Gość, do którego mnie zaprowadzono ubrany był w milicyjny mundur z dystynkcjami majora. Był to szwagier Szymka. Rzekomy szwagier.

   Muszę przyznać, że mnie to specjalnie nie zdziwiło. Już po wyjściu z mieszkania na Narutowicza zacząłem się zastanawiać czy to nie jest jakaś prowokacja

„I znowu się widzimy. Proszę niech pan siada” – wskazał krzesło – „Niedobrze. Chyba się pan z tego nie wygrzebie…”

„Żądam kontaktu z moją ambasadą!”

„Myślę, że nie prędko to nastąpi… Co my tu mamy?…Morderstwo… Szpiegostwo i podszywanie się pod inne nazwisko”

„Jakie morderstwo?”

Spojrzał na mnie. Po chwili dodał

„Myślę, że najlepiej będzie zacząć od początku… Tak więc imię i nazwisko, imię ojca data i miejsce urodzenia proszę”

„Nazywam się Frank Hartwich, syn Hansa, urodzony w Łodzi 4go stycznia 1945 roku…”

  „A ja mam tu zapisane, że nazywa się pan Franciszek Szymański, tak jak pańska matka, syn żołnierza Wehrmachtu, imię nieznane. Jedynie miejsce i data urodzenia się zgadzają. Co pan na to?”

„Ojciec nie służył w wojsku. Po studiach w Hamburgu miał wypadek motocyklowy. Od tego czasu miał sztywną nogę. Był niezdolny do służby wojskowej…”

„Ale w Łodzi był w mundurze…”

„To był mundur organizacji TODT. Został skierowany do niej do pracy jako inżynier budownictwa kolejowego. W Łodzi przydzielono go do projektowania i nadzoru nad budową węzła kolejowego Olechów…” – przerwałem – „Co to ma do rzeczy z tym co się teraz wydarzyło?”

„Właśnie to badamy… W jakich okolicznościach poznali się pana rodzice?”

„Matka pracowała w biurze Głównego Architekta Łodzi jako ekonomistka. Po Szkole Handlowej w Warszawie dostała pracę właśnie w Łodzi. Po wkroczeniu Niemców zachowała ją ze względu na dobrą znajomość niemieckiego. Poznali się w tym biurze”

  „Dlaczego pan zmienił nazwisko?”

„Po naszym wyjeździe z Polski…”

„Naszym? Z kim pan wyjechał?”

„Wyjechałem z matką w 72gim, w ramach łączenia rodzin. Zarówno matka jak i ojciec od dawna się o to starali. W Hamburgu pobrali się, a ja postanowiłem przyjąć nazwisko ojca…”

„Był pan dorosły. Nie musiał pan…”

„No i co z tego? Nie musiałem, ale chciałem”

„Pan dostał wtedy obywatelstwo RFN-u, prawda? A teraz podaje się pan za Norwega…”

  „Tak, dostałem je jako syn Niemca. Zacząłem pracę dla norweskiej firmy. Po dwóch latach zaproponowano mi bardzo dobre wynagrodzenie, ale pod warunkiem, że przeniosę się do ich zakładu w Norwegii.”

„Jak wiem to wcale nie musiał pan zmieniać obywatelstwa”

„I tak i nie. Zespół ludzi, z którymi pracowałem rozpoczął pracę nad dużym projektem o znaczeniu militarnym. Powiedziano mi, że przepisy wymagają, aby wszyscy zatrudnieni przy tym projekcie byli Norwegami. Idiotyczny przepis, na zachodzie też takie mają. Sama zmiana obywatelstwa była zwykłą formalnością”

„To jeszcze proszę podać adres zamieszkania i miejsce pracy”

„Mieszkamy na Sydneshaugen 18, 5007 Bergen w Norwegii a pracuję w stoczni Bergen Dieselcontact AS”

„Rozumiem. Jest pan stoczniowcem”

„Pracuję w stoczni. Jestem radiowcem”

Chwilę milczał, wyciągnął z szuflady papierosy

„Zapali pan?”

„Dziękuję, nie palę”

Chwilę zajęty był papierosem. Zajrzał do leżących przed nim papierów. Potem otworzył ponownie szufladę i wyciągnął z niej mój zegarek. Chwilę go oglądał

„Ładna rzecz. Co tu jest wygrawerowane?”

„Niech pan nie udaje, że pan nie wie. Już panu to przetłumaczyli”

„Może nie zrobili to dobrze. Pan chyba przetłumaczy to lepiej… Bardzo proszę”

  „Frankowi Hartwichowi za zasługi dla obronności kraju – Olaf V król Norwegów– marzec 1980”

„Piękna pamiątka. Jeszcze wrócimy do tego… A teraz porozmawiamy o morderstwie, które pan popełnił…”

„To nie było morderstwo. To był wypadek…”

„Chce pan powiedzieć, że pan, człowiek z nadwagą, czterdziestolatek zabił, młodego wysportowanego człowieka, ot tak… Niechcący?”

„Tak właśnie niechcący. Szarpaliśmy się, upadł i nadział się na własny nóż… skąd pan wie, że był wysportowany?”

„To ja zadaję pytania… Znał go pan?”

„Nie” „Widział go pan wcześniej?”

„Nie”

„Nazwisko Bruno Hotwasser mówi panu coś?”

„Pierwszy raz słyszę”

Milczał jakiś czas. Po chwili wyciągnął z szuflady dwie płaskie skrzyneczki formatu zbliżonego do A3 wysokie na jakieś trzy centymetry. Od góry były przeszklone. W środku znajdowały się jakieś owady i motyle

„Kolekcjonuje pan motyle?”

„Panie! O co chodzi, do cholery! Jakie motyle?!”

„Niech się pan uspokoi… Zadałem pytanie. Kolekcjonuje pan motyle?”

„Nie!”

„A może ktoś z bliskich?… Żona?”

„Nikt. Na pewno nie żona… A właśnie, chciałbym się dowiedzieć co z nią? Wzywano do niej pogotowie…”

„Wszystko w porządku. Dostała coś na uspokojenie. Przeniesiono ją do innego pokoju. Myślę, że teraz jest przesłuchiwana…”

„Czy jest aresztowana tak jak ja?”

„Pan nie jest aresztowany. Pan jest zatrzymany. O areszcie zadecyduje kto inny. Żona jest przesłuchiwana w hotelu”

Znowu milczał dłuższą chwilę. Potem zadzwonił gdzieś, zapytał tylko

„No, jak tam?”

Długo słuchał. Odłożył słuchawkę bez słowa

„Facet, którego pan zabił to dwudziestopięcioletni Bruno Hotwasser, obywatel Austrii. Mieszkaniec tego samego hotelu, w którym wy się zatrzymaliście. Przybył do hotelu parę godzin po was… Po pana wyjściu z mieszkania Szymona Derenia udał się pan do antykwariatu w alei Schillera. Tam zauważono pana i pańską żonę w towarzystwie Brunona Hotwassera…”

„Niemożliwe! Nikt nam nie towarzyszył. Cały czas byliśmy sami. Wróciliśmy prosto do hotelu”

„Ale on był bardzo blisko was”

„Szliśmy Piotrkowską. Tam jest dużo ludzi. Inni też byli blisko nas…”

„Przyjechał sam. Miał ze sobą te motyle. W jego paszporcie włożona była kartka wyrwana z jakiegoś notesu. Na niej trzy zdania w punktach: 1- wasze nazwisko i imiona, pana i pańskiej żony. 2- po niemiecku: Sprich über Schmetterlinge, Porozmawiaj o motylach. 3 – też po niemiecku: Die Brüder müssen helfen, Bracia muszą pomóc… Co pan na to?”

„Panie! Przecież to pan prowadzi śledztwo nie ja…”

„Wszystko wskazuje na to, że nie zabił pan złodzieja hotelowego, tylko że musieliście się znać i były inne powody zabójstwa. Jakie?”

„Nie było żadnych motywów. To był wypadek. Broniłem się…”

Znowu milczał dłuższą chwilę a ja usiłowałem sobie przypomnieć czy aby na pewno nigdy nie zetknąłem się z tym zabitym. Do niczego nie doszedłem

„No, dobrze… Zaczniemy z innej beczki… Skąd pan zna Szymona Derenia?”

„Chyba skąd znałem. Przecież on nie żyje” – próbowałem zyskać trochę na czasie

„Żyje, żyje… Niech pan odpowiada na pytania”

„Szymek jest moim kolegą z czasów szkolnych. Razem studiowaliśmy na tym samym wydziale i razem podjęliśmy pracę w zakładach radiowych”

„Przez dwanaście lat nie utrzymywał pan z nim kontaktu i nagle przyjechał pan, aby się z nim zobaczyć. Skąd nagle taka tęsknota za starym kumplem?”

„Nieprawda. Miałem z nim kontakt cały czas… Listowny. A przyjechałem nie do niego, tylko odwiedzić kraj i pokazać żonie moje rodzinne miasto. Nigdy tu nie była”

„Ale po przyjeździe do Łodzi zaraz pan do niego zadzwonił”

„Po pierwsze, nie zaraz, tylko następnego dnia. A po drugie, dziwne by było gdybym po tylu latach nieobecności nie odwiedził starego przyjaciela”

„Czy do innych przyjaciół, … Rodziny, też pan zatęsknił i zamierza ich odwiedzić?”

„Nie mam w Polsce innych przyjaciół ani rodziny. Z rodziną matki nie utrzymywaliśmy kontaktów”

Zadzwonił telefon. Słuchał dłuższą chwilę potem rzucił do słuchawki

„Zaraz przyjdę”

Nacisnął przycisk na biurku. Natychmiast pojawił się milicjant w mundurze.

„Posiedźcie tu z nim. Zaraz wrócę”

Siedzieliśmy w milczeniu chyba z godzinę. Wrócił z jakimiś papierami, pozwolił odejść milicjantowi.

„Co pan obiecał Dereniowi za obiecane dokumenty?”

„Nic. To taka koleżeńska przysługa. Mam w samochodzie jakiś drobny upominek dla niego, figurkę łosia na nartach w barwach Norwegii, butelkę szwedzkiej wódki a dla żony album ze zdjęciami przyrody norweskiej…”

„Co mi tu pan pieprzy o pierdołach!… Nie chodzi mi o wasze listy i pierdoły, które pan przywiózł… Chyba zdaje pan sobie sprawę, że przeszukaliśmy wasze rzeczy i samochód”

  „Jakim prawem! Jestem obywatelem…”

„Panie! Naczytał się pan kryminałów. Czas, aby pan sobie uświadomił, że za szpiegostwo i morderstwo może pan nie prędko stąd wyjść…”

„Jakie szpiegostwo?!”

„Pan myśli, że ma pan durnia przed sobą, że uwierzę w bajkę o listach mamusi po które pan przyjechał. Dereń wykradł z zakładów dokumenty o dużym znaczeniu militarnym. Wiemy, że chciał je sprzedać na zachodzie i że pan po nie przyjechał.”

„O! Nie, nie dam się w nic wrobić. Najpierw morderstwo, potem motyle a teraz szpiegostwo. Nie powiem więcej ani słowa. Żądam widzenia z konsulem!”

„Posiedzi pan to pan zmięknie”

Zadzwonił po milicjanta

„Zabrać go”

   W celi starałem się uspokoić. Przychodziło mi to z trudem. Zacząłem analizować sytuację. Najważniejsze to nie dać się sprowokować. Co oni mogą mieć przeciwko mnie? Wiedzą, że zaginęły tajne dokumenty i że to sprawka Szymka. Szymek żyje, wszystko na to wskazuje. Chyba go mają. Możliwe, że wiedzą o liście, który do mnie napisał. Chyba jednak nie wiedzą. 

tym, że przyjeżdżam do Łodzi i chcę się z nim spotkać dowiedzieli się z mojego listu do niego. To znaczy, że go czytali. Pytanie jest, czy go czytali przed doręczeniem listu Szymkowi czy po? Jeśli po, to znaczy, że znaleźli go u niego w mieszkaniu. Jaką paczkę miał na myśli „szwagier” Szymka? Czy chodziło mu o paczkę z dokumentacją techniczną? Oczywiście, domyślał się, że jeśli ktoś z zachodu będzie chciał się spotkać z Szymkiem to na pewno, aby odebrać dokumenty, o których mi Szymek pisał. „Szwagier” nie mógł mnie o to wprost zapytać. Dlatego sugerował, że miałem obiecaną do odebrania paczkę. Czekał, jak zareaguję. Znaczy to, że „szwagier” czytał list napisany przez Szymka. Doszedłem do wniosku, że „szwagier” szuka tych prawdziwych dokumentów. Szymek nie chce im powiedzieć, gdzie one są albo oni nie mają Szymka.

  A co się może dziać z Agnes? Mam nadzieję, że nic jej nie jest. Ciekawe czy zawiadomiła ambasadę. Mówiłem z nią o tym co czynić, gdyby zdarzyło się coś nieprzewidzianego.

Co ona mogła powiedzieć im w czasie przesłuchania? Nic nie wie o mojej pracy. Nigdy jej to nie interesowało. Wie tylko gdzie pracuję i dosyć ogólnie czym się tam zajmuję. Wie, że to praca częściowo dla wojska. Dumna była, gdy dostałem zegarek od króla. O Szymku wie tylko tyle że to mój przyjaciel z młodości i że się z nim spotkamy w czasie urlopu.

Dziwiła się trochę, że nagle wpadłem na pomysł spędzenia urlopu w Polsce. Przekonałem ją tym, że dobrze by było jakby zobaczyła na własne oczy jak się żyje w komunistycznym raju i że tam też powstają ruchy ekologów i że to się może przydać w pisaniu książki, o której wiedziałem, że rozpoczęła pisać. Nie. Agnes na pewno nie powiedziała nic co mogłoby mi zaszkodzić. Po prostu nie wie po co tu przyjechałem. A co milicja mogła znaleźć w naszym pokoju i samochodzie? Nic. Nie miałem ze sobą żadnych notatek. Nawet notes z adresami i telefonami zostawiłem w domu. Jedyne papiery jakie znajdywały się w pokoju to zeszyty Agnes z notatkami do książki. Kilka kartek, które zdążyła zapisać w czasie tej podróży i te książki, które kupiła w Łodzi. Nie tam nie ma nic co by mnie mogło skompromitować.

  Po tym przemyśleniu sprawy, jedyne co mnie niepokoiło to śmierć tego austriackiego złodzieja. Wierzyłem, że prędzej czy później milicja, czy ostatecznie sąd dojdzie do tego, że zabiłem go w obronie własnej… Ciekawe jak tu za to karzą? No i co do cholery z tym wszystkim mają do czynienia motyle? W całej tej historii z tym złodziejem hotelowym było coś co mogło zburzyć moją ewentualną linię obrony. Coś co wskazywało, że nie był to zwykły złodziej hotelowy. Dlaczego i skąd miał on zapisane nasze imiona i nazwisko?   Następnego dnia obudziłem się pogodzony z myślą, że nie prędko wyjdę na wolność. Miałem jednak nadzieję, że Agnes zawiadomiła ambasadę i że zorganizują mi jakąś pomoc prawną. Zaraz po śniadaniu zaprowadzono mnie na przesłuchanie.

  W tym samym pokoju, w którym byłem przesłuchiwany poprzednio, za biurkiem siedział znany mi blondyn w mundurze kapitana. Wskazał krzesło. Eskortujący milicjant wyszedł. Blondyn dłuższy czas pisał coś na maszynie. Popatrzył na mnie chwilę i rzekł

  „Na razie jest pan wolny. Zatrzymujemy wasze paszporty. Nie wolno panu ani żonie opuszczać Łodzi. Zatrzymujemy pański samochód jako dowód w sprawie…”

  „Samochód? A co on ma do rzeczy?” – przerwałem mu

„W nocy było włamanie do pańskiego mercedesa. Ktoś dokładnie go przeszukał”

„Wy żeście go przeszukali. Pański kolega się tym pochwalił…”

„Myśmy się nie włamywali. Po za tym nie pruliśmy tapicerki… Ale to nie moja sprawa. Inni się tym zajmują.”

„Kiedy mogę wrócić do Norwegii?”

„O tym zadecyduje prokurator lub sąd. Radzę poszukać sobie dobrego adwokata. Na razie, tak jak mówiłem, ma pan zakaz opuszczania Łodzi. Co dzień o godzinie trzynastej ma pan obowiązek meldować się u dyżurnego, tu w Komendzie”

„Skoro zatrzymał pan paszport to czym mam się legitymować?”

„Przy odbiorze swoich rzeczy dostanie pan stosowne zaświadczenie”

Nacisnął przycisk na biurku. Milicjant zaprowadził mnie na dół do magazynu. Pokwitowałem odbiór wszystkich rzeczy. Nic nie brakowało. Dostałem nawet z powrotem mój zegarek, z którym się już pożegnałem.

Dostałem też zaświadczenie wypisane na maszynie z pieczątkami Komendy, gdzie było napisane, że Frank Hartwich, obywatel Norwegii ma zakaz opuszczania Łodzi do odwołania, i żeby kontaktować się po wskazanymi numerami telefonów w razie pytań.

  Wyszedłem na ulicę. Dopiero teraz poczułem, że jestem bardzo brudny i nie ogolony. Moje ubranie było w fatalnym stanie. Czułem, że śmierdzę. Spojrzałem na zegarek. Dochodziła dwunasta.

  Do hotelu było stamtąd blisko. W recepcji zapytałem o żonę. Wystraszona recepcjonistka bez słowa podała mi klucz, do pokoju który był piętro wyżej niż poprzedni. Powiedziała, że kilka razy dzwoniła jakaś kobieta. Że powinienem zadzwonić na numer, który zapisała na kartce. Nie zastałem Agnes. Zaniepokoiło mnie to. Postanowiłem najpierw doprowadzić się do porządku. Znalazłem ostatnią parę spodni, jakąś bieliznę i jakąś koszulę. Nie było mojego zakrwawionego ubrania. Miałem jeszcze trochę rzeczy w walizce w samochodzie. Ale nie wiem czy one tam są, czy zostały skradzione. W każdym razie byłem w potrzebie kupna nowych rzeczy. Agnes, jak zwykle wszystkie swoje walizy miała w pokoju.

   Ogoliłem się i wykąpałem. Rozejrzałem się po pokoju. Brakowało maszyny do pisania i notesów Agnes. Książki kupione w antykwariacie były na miejscu. Zdecydowałem się zadzwonić pod zostawiony numer telefonu

„Halo! Słucham” – Usłyszałem kobiecy głos

„Pani do mnie dzwoniła, prawda?”

„Czy to pan Franciszek?”

„Tak z kim mówię?”

„Jestem Jadwiga Kubiak, siostra Szymka. Czy mógłby pan przyjechać po żonę? Nie mogę się z nią dogadać.”

Cholera, jeszcze tego brakowało. Przecież ten telefon jest na podsłuchu jak Amen w pacierzu. Byłem wściekły. Taka sama siostra Szymka jak tamten szwagier.

„Pani da moją żonę do telefonu…”

Po chwili usłyszałem Agnes

„Kochanie ja stąd nie trafię do hotelu przyjedź po mnie”

„Gdzie jesteś i co tam robisz?!”

„Nie wiem, gdzie jestem, a co tu robię to przecież nie powiem ci przez telefon… Masz tu tą kobietę, ona ci powie, gdzie jestem”

„Halo! Słyszy mnie pan?… Proszę przyjść w to miejsce, w które zaprowadziły was poderwane dziewczyny… Będziemy tam za godzinę” – odłożyła słuchawkę.

Byłem całkowicie zaskoczony. To chyba nie prowokacja.

  Jeszcze w technikum udało się mnie i Szymkowi poderwać dwie dziewczyny w dosyć interesujących okolicznościach. Jak patrzę na to z dzisiejszej perspektywy to raczej one wszystko zrobiły, aby być przez nas poderwane.

   Byliśmy w kinie Polonia na polskim filmie „Spotkanie w Bajce”. W kinie było mało ludzi. Siedzieliśmy sami w pustym rzędzie, gdzieś po środku widowni. Przed nami, nieco na prawo siedziały dwie dziewczyny w równie pustym rzędzie. Były chyba w naszym wieku, a więc jakieś szesnastolatki. Film nas nudził. Pójście na niego było pomyłką. Przesiedliśmy się tak aby je mieć przed sobą.

Zaczęliśmy je zaczepiać w taki dosyć szczenięcy sposób. Zareagowały chichotem, co nas zaskoczyło. Zarówno ja jak i Szymek spodziewaliśmy się, że zostaniemy w najlepszym razie zignorowani. Zdarzało się to nam niestety często.

Szymek nachylił się nad nimi i zapytał czy nie poszłyby z nami na spacer, bo ten film jest do dupy, jak to określił. Zgodziły się od razu. Wyszliśmy w połowie seansu. Na zewnątrz przedstawiliśmy się. One chichocząc podały swoje imiona. Jedna z nich miała na imię Wanda, a druga Anna.

Przez chwilę nie wiedzieliśmy co robić dalej. Tak daleko nigdy nasze próby podrywania dziewczyn nie zaszły. Nie mieliśmy pieniędzy, aby je zaprosić do na przykład kawiarni. Po chwili to one wybawiły nas z tego kłopotu

„Musimy być w takim jednym miejscu o wpół do dziewiątej. Chodźmy tam spacerkiem…”

  „Co to za miejsce?” – zapytałem

„Ach! Mamy tam… Takie, no… Zebranie. To na Abramowskiego. Możecie tam na nas zaczekać na ulicy albo być z nami na tym… Hi, hi, hi… Zebraniu”

Zaciekawiło nas to zebranie. Mimo nalegań nie chciały powiedzieć nic więcej na ten temat.

  Z pod kina Polonia doszliśmy Piotrkowską do Wigury, potem do Sienkiewicza i po chwili byliśmy na Abramowskiego. Zajęło nam to jakieś czterdzieści minut. Byliśmy tam zaraz po wpół do dziewiątej. Po drodze mówiliśmy do jakich szkól chodzimy, gdzie spędzimy zbliżające się wakacje i takie tam nic nieznaczące historie. Ulica Abramowskiego jest krótka. Leży między Sienkiewicza a Kilińskiego. W połowie ulicy zatrzymały się.

„To tutaj. W podwórku, w głębi jest sala, w której musimy być. Wchodzicie z nami?”

  „Oczywiście” – odpowiedziałem jednocześnie z Szymkiem. W środku, w niskim, podłużnym pomieszczeniu podpartym kolumnami po obydwu stronach, było dużo ludzi. Stali tyłem do wejścia między rzędami pospinanych kinowych krzeseł. Środkiem można było przejść przez całą salę. Po jej lewej stronie był rząd wysokich okien, całość przypominała kościół. Brakowało tylko ołtarza i symboli religijnych.

  Nasze dziewczyny znikły szybko gdzieś w przodzie między stojącymi ludźmi. Myśmy stanęli zaraz przy wejściu zaskoczeni widokiem. Podeszło do nas kilka osób. Byli uśmiechnięci i serdecznie nas powitali. Odciągnęli nas delikatnie na bok tak że się nie mogłem porozumieć z Szymkiem. Dostaliśmy do rąk jakąś książeczkę, modlitewnik czy raczej śpiewnik. Kobieta, która się „zaopiekowała” mną otworzyła mój śpiewnik na jakiejś stronie i szepnęła mi do ucha

„Zaraz będziemy to śpiewać, bracie”

Po chwili wszyscy rozpoczęli śpiew. Nigdy nie umiałem śpiewać, więc tylko spojrzałem w tekst, ale zaraz zostałem upomniany

„No, śpiewaj, bracie, śpiewem chwalimy Pana”

Nie miałem wyjścia. Otwierałem szeroko usta, aby było widać, że śpiewam, jednocześnie starając się wydobywać z siebie jak najmniej głosu

„Głośniej, bracie… Na pewno potrafisz”

Miałem ochotę natychmiast uciec stamtąd, ale nie chciałem zrobić to bez Szymka. Stał kilka metrów na prawo ode mnie i widać było, że też się męczy tym śpiewem.

Na szczęście śpiewanie szybko się skończyło. Ci co stali przy krzesłach usiedli. Kilkanaście osób w tyle sali stało. My też. Na przedzie pojawił się jakiś gość i zaczął przemawiać

„Drodzy bracia i siostry! Zebraliśmy się tutaj, aby pożegnać naszego brata Alfreda przed jego wyjazdem do Ameryki…”

W tym momencie nawiązałem kontakt wzrokowy z Szymkiem. Lekko wskazał głową w stronę drzwi. Doskonale się rozumieliśmy. Błyskawicznie przebyliśmy te kilkanaście kroków i byliśmy na zewnątrz. Przebiegliśmy podwórko i zatrzymaliśmy się na ulicy.

  „Kurwa, co za obciach. Ale nas te wiedźmy wrobiły” – wyraził swoje niezadowolenie.

  Całkowicie się z nim zgadzałem. Ruszyliśmy w stronę Sienkiewicza. Po drodze postanowiliśmy nigdy i nikomu o tym nie mówić.

   Teraz zrozumiałem, że Szymek nie dotrzymał słowa i opowiedział o tym siostrze. Jadźkę, jego siostrę znałem z moich bytności u niego w domu. Była kilka lat starsza od brata. Zawsze traktowała nas z góry. Nie wiem, czy bym sobie potrafił ją przypomnieć.

  Postanowiłem pojechać na Abramowskiego. Tylko jak tam się dostać? Przecież na pewno mnie śledzą. Wpadłem na pomysł, aby wyjść tylko w koszuli, bez marynarki i bez kurtki. Zjechałem na dół, że niby tylko na chwilę do kiosku. Potem wyjściem na hotelowy parking wymknąłem się na zewnątrz. Było mi zimno. Na szczęście miałem na sobie ciemną flanelową koszulę, więc tak bardzo nie rzucałem się w oczy. Doszedłem do przystanku tramwajowego na Kilińskiego przy Narutowicza. Wsiadłem w jedynkę. Gdy tylko tramwaj ruszył wyskoczyłem. Zaraz nadjechała piątka. Dojechałem nią do Tylnej. Wysiadłem sam. Wróciłem się kawałek do Abramowskiego. Było tam mało przechodniów. Bez trudu znalazłem charakterystyczne podwórko. Wyglądało jak by się tam nic nie zmieniło. Spojrzałem na zegarek. Byłem dziesięć minut przed czasem. Niedobrze. Będzie to podejrzanie wyglądać jak będę tu stać i czekać. Zastanawiałem się co robić, gdy nagle podbiegł do mnie kilkuletni chłopiec

„Ciocia czeka na pana w mieszkaniu”

Poszedłem za nim. Kawałek dalej weszliśmy do bramy. W mieszkaniu na pierwszym piętrze czekała na mnie Agnes w towarzystwie kobiety do złudzenia przypominającej matkę Szymka.

To była Jadwiga, jego siostra. Agnes wpadła w moje ramiona, wyściskaliśmy się. Zapewniłem ją, że nic mi nie jest. Z nią też było wszystko w porządku

„No dobrze. Nie czas teraz na czułości” – przerwała nam – „Nie mamy za dużo czasu. Odprowadzę was do hotelu. Pójdziemy pieszo. Po drodze porozmawiamy… Adasiu, zostaniesz w domu. Mamusia przyjdzie za dwadzieścia minut”

„Pieszo? Zmarznę jestem tylko w koszuli…”

„Dam panu… My chyba jesteśmy po imieniu, prawda?”

„Oczywiście, Jadziu…”

„Dam ci kurtkę kuzyna, będzie pasowała”

   Po kilku minutach szliśmy w kierunku Sienkiewicza

„Kochanie, nie wiem co ta kobieta chce. Zatrzymała mnie niedaleko od hotelu. Siłą zaciągnęła mnie do takiego śmierdzącego sklepu. Tam staliśmy w ścisku z pół godziny. Nie protestowałam, myślałam, że ona jest z policji…”

„Zaraz się wszystkiego dowiemy. Ona nie jest z milicji. To siostra Szymka. Pozwól, że z nią porozmawiam”

„Wytłumacz mi co się dzieje” – zwróciłem się do Jadzi

„Szymon przed wyjazdem polecił mi abym ciebie ostrzegła…”

„Przed wyjazdem… To on nie jest aresztowany?” – przerwałem jej

„Nie. Wyjechał z Grażynką w popłochu. Nic ze sobą nie zabrali. Wsiedli w taksówkę tak jak stali. Najpierw podjechali do mnie. Mieszkam w mieszkaniu po rodzicach… Pamiętasz, na Więckowskiego. Dałam im trochę pieniędzy. Powiedzieli, że jadą się ukryć do Żyrardowa. Tam ktoś miał na nich czekać”

„Kiedy to było?”

„W czwartek 6tego. Zaraz po ósmej byli u nas w domu. Mąż pojechał do pracy na szóstą, ja zaczynam o 10tej. Wtedy otwieramy zakład. Jestem kosmetyczką.”

„Przed czym miałaś mnie ostrzec?”

„Abyś się z nim nie kontaktował, tylko wracał do domu…”

„Kochanie co ona mówi, boję się tego wszystkiego” – Agnes nam przerwała

„Trochę cierpliwości. Chcę się dowiedzieć jak najwięcej. Później ci wszystko wyjaśnię”

  Zwróciłem się do Jadzi

„Mów dalej”

„Jak odjechali spod domu szykowałam się do wyjścia. Wtedy przyjechała milicja. Kilku w mundurach i dwóch tajniaków. Rewizji nie robili. Przeszukali tylko pokoje. Powiedzieli, że szukają Szymona. Pytali, kiedy go widziałam ostatni raz. Powiedziałam, zgodnie z prawdą, że jakieś dwa tygodnie wcześniej. Że byłam u nich na Narutowicza. Grażynka obiecała mi włóczkę na sweter”

„Uwierzyli?”

„Chyba tak. Bardzo się spieszyli”

„Co było dalej?”

„Pojechałam do pracy. Pracuję w zakładzie na Limanowskiego, niedaleko Klonowej. Poprosiłam szefa o kilka dni wolnego. Niechętnie, ale dał. Pojechałam prosto pod hotel. Szymon powiedział mi, że będziecie mieszkać w Savoyu. Byłam tam po pierwszej. Miałam taki plan. aby podejść do ciebie na ulicy. Szymon zabronił mi pytać się o ciebie w recepcji.

Do domu wróciłam przed ósmą. Musiałam powiedzieć Jankowi…Mężowi, co się stało. W piątek byłam już lepiej przygotowana, miałam cieplejsze ubranie, parasol i kanapki. Padało jak cholera. Nie zauważyłam was.

Zaczęłam wątpić, czy przyjechaliście. Następnego dnia, w sobotę obiecałam sobie, że stoję tam ostatni raz.

Chyba było po dziesiątej jak zobaczyłam was wychodzących z hotelu. Już miałam podejść, ale się wróciłeś. Twoja żona została na ulicy. Domyśliłam się, że zaraz wyjdziesz. Czekałam dalej. Potem ona też się wróciła i zaraz potem nadjechała milicja. Czekałam dalej, nie wiem jak długo. Widziałam, jak cię wyprowadzali, takich dwóch cywili. Wsadzili cię do zwykłego auta. Wróciłam do domu”

„Frank, co ona mówi? Denerwuję się”

„Zaraz, kochanie… Zaraz ci powiem… Jadziu powiedz, jak się spotkałaś z Agnes”

„Przez całą niedzielę się gryzłam z myślami. Nie wiedziałam co robić. Widziałam, że cię aresztowali. Janek poradził mi sprawdzić czy twoją żonę też. Dzisiaj z rana zdzwoniłam do hotelu z butki telefonicznej. Poprosiłam o połączenie z państwem Hartwich. Powiedziano mi, że niema was w pokoju. Podjechałam pod hotel taksówką. Widziałam, jak wychodziła z hotelu. Nie mogłam do niej wyjść. Akurat płaciłam za kurs.

Taksiarz grzebał się z wydaniem reszty. W końcu wyszłam z taksówki. Widziałam jak Agnes się zatrzymała a potem wróciła i szła w moją stronę.

Dwóch takich gówniarzy, chyba mieli po dwadzieścia lat, wyglądali trochę jak hippisi, szło za nią i też zawrócili. Myślę, że to tajniacy. Byłam, już blisko Agnes. Jeden z nich, słyszałam wyraźnie powiedział: idę po samochód”

„Po polsku to powiedział?” – przerwałem jej

„Tak, dodał też: pilnuj jej. Potem gdzieś zniknął… Doszłam do Agnes i powiedziałam: pani pójdzie ze mną…”

„Po polsku to powiedziałaś?”

„A po jakiemu?… Nie znam innego języka. Agnes zatrzymała się wystraszona. Wzięłam ją pod rękę. Byliśmy już na Piotrkowskiej. Den drugi zniknął gdzieś. Wciągnęłam ją do sklepu spożywczego. Była duża kolejka, kupę ludzi, prawie same kobiety. Chciałam przeczekać, miałam nadzieję, że zgubiliśmy tych tajniaków.

Po pół godzinie wyciągnęłam ją ze sklepu. Na ulicy było jakieś zamieszanie. Jeden z tych tajniaków leżał bez ruchu cały zakrwawiony. Ktoś krzyczał, że go zabili. Zaczął zbierać się tłum gapiów. Wykorzystałam to i szybko poszliśmy w stronę Więckowskiego, do domu”

„Agnes, nie protestowała?”

„Nie, była przerażona. Trzymałam ją mocno pod rękę. Dopiero w domu zaczęła się stawiać”

„Jadziu, po co ją zabrałaś z ulicy?”

„Nie wiem Franuś… Nie wiem. Taki odruch. Jak usłyszałam, że jeden z tych tajniaków idzie po samochód pomyślałam, że trzeba ją ratować”

„No i co dalej?”

„Na migi próbowałam jej wytłumaczyć, że chcą ją aresztować… mówiłam: policja. Pokazywałam palcami kraty, że ją wsadzą za kraty. Franek, mówiłam, aresztowany, kraty… Ona chyba się o coś pytała. Frank? Frank?… Hotel, pokazywała na drzwi. Potem mówiła coś chyba o ambasadzie. Zrozumiałam słowo ambasada. Pokazywała mi na migi, że telefonuje: Halo! Halo! Hotel! Zauważyła nasz telefon. Rzuciła się do niego, chciała dzwonić. Krzyczała: Hotel! Frank! Zrozumiałam, że chce zadzwonić do hotelu. Zaczęłam panikować. Nie wiedziałam co robić. Byłyśmy same w mieszkaniu. Ona rwała się do telefonu… Nie chciałam dzwonić od nas, ale nie miałam wyjścia. Kilka razy zadzwoniłam do hotelu i prosiłam o połączenie z waszym pokojem. Chciałam wiedzieć czy tam ktoś jest. W końcu zostawiłam numer, tak na wszelki wypadek… A potem ty zadzwoniłeś”

Chwilę milczeliśmy. Byliśmy już blisko hotelu. Zaproponowałem wejście do kawiarni. Przechodziliśmy obok Łodzianki.

Zamówiłem trzy kawy i wuzetki.

„Skąd wiedziałaś o tym miejscu na Abramowskiego?” – zapytałem

„Kilka lat temu kuzynka z mężem wynajęli tam mieszkanie. Wtedy Szymon opowiedział nam tą anegdotkę o waszym podrywie”

„Rozumiem”

„Co zamierzacie zrobić?” – zapytała

„Nie wiem. Nie możemy wyjechać. Zabrali nam paszporty, samochód… Muszę co dzień meldować się na Komendzie. Będę dzwonić do ambasady…”

Agnes zrozumiała słowo ambasada i przerwała mi

„Rozmawiałam z ambasadą jeszcze tego samego wieczoru, w sobotę. Powiedziałam, że zabiłeś złodzieja i że cię aresztowali”

„Co oni na to?”

„Powiedzieli, że zaraz się skontaktują z polskim ministerstwem i że przyślą adwokata w poniedziałek.”

„Poniedziałek… To dzisiaj. Musimy iść do hotelu, kochanie”

Jadzia powiedziała, że musi wracać do domu, Janek na pewno się niepokoi. Dzwonić nie chce bo to teraz nie jest pewny sposób komunikowania się.

  Pożegnaliśmy się z Jadwigą. Obiecałem odesłać kurtkę. Agnes wstrzymywała się z podaniem ręki

„Ona jest naszym przyjacielem, kochanie”

„Daj jej spokój Franuś. Rozumiem ją, w dalszym ciągu się mnie boi. Wytłumacz jej, że chciałam jej dobra”

Przy wyjściu z kawiarni zderzyła się ze mną jakaś kobieta. Gdy ją przepuszczałem przed sobą wcisnęła mi do ręki kartkę. Odruchowo ukryłem ją w dłoni.

W hotelu zapytałem recepcjonistkę czy nikt się o nas nie pytał.

„Nie, nikt się nie pytał, listów też nie ma. Proszę zaczekać…” – wyszła na zaplecze.

Po chwili przyszła ta sama kobieta, która w sobotę zaopiekowała się Agnes i która dała nam inny pokój. Zapytała jak długo zamierzamy zostać i poprosiła, aby uregulować rachunek. Powiedziałem, że nie od nas zależy jak długo tu zostaniemy, ale na razie niech wystawi rachunek do końca tygodnia. Potem ewentualnie przedłużymy pobyt.

Zajrzałem do portfela. Polska gotówka już się poważnie uszczupliła.

Zauważyłem już wcześniej, że karty bankowe nie są tu specjalnie popularne. Upewniłem się, że mogę zapłacić czekiem. Jeszcze w windzie poprosiłem Agnes, aby w pokoju nie rozmawiać o niczym ważnym. Przebierzemy się w coś cieplejszego i wyjdziemy na miasto coś zjeść. Wtedy jej opowiem co mówiła Jadzia i mam nadzieję dowiedzieć się coś od niej. Przede wszystkim o co ją pytała milicja.

  W pokoju na pierwszy rzut oka wszystko wyglądało w porządku. W łazience wreszcie mogłem przeczytać wręczoną mi kartkę. Napisane na niej było po norwesku – Jutro o czternastej wsiądź do białego volvo na warszawskiej rejestracji, które będzie stało przed Grand Hotelem – Nic więcej. Żadnego podpisu.

Zastanawiałem się czy pokazać to żonie. Zdecyduję o tym po drodze. Po wyjściu z hotelu powiedziałem jej, że idziemy do restauracji Casanova na Zachodniej. Opowiedziałem po krótce co mówiła Jadzia i dlaczego ją „porwała”. W miarę mojego mówienia Agnes zaczęła wszystko rozumieć

„Myślałam, że ona jest z policji. Nie wiedziałam co chciała ode mnie. Po prostu złapała mnie pod rękę i brutalnie pociągnęła za sobą. Cały czas mówiła coś po polsku. Wciągnęła do sklepu. Było tam pełno kobiet. Staliśmy długo. Nic się nie działo. Nie wiem czemu ci ludzie tam stali. Potem wyciągnęła mnie na ulicę… Wyobraź sobie, przed sklepem leżał zabity człowiek. Ludzie się zbiegli, coś krzyczeli a ona zmusiła mnie prawie do biegu. Potem skręciliśmy w inną ulicę. Zaciągnęła mnie do bramy a potem do jakiegoś mieszkania. Widziałam w kinie, że policja ma takie tajne mieszkania… Strasznie się bałam”

„To mieszkanie Szymka. On tam mieszkał z rodzicami i siostrą. Teraz ona tam mieszka z mężem”

„Nie wiedziałam o tym. Ona cały czas mówiła coś po polsku o policji, czy jak to się tu nazywa… O milicji groziła mi w dziwny sposób palcami… O, tak”

Agnes nieudolnie naśladowała symbol krat który pokazywała jej Jadzia

„Pokazywała ci palcami kraty… Że grozi ci więzienie, rozumiesz … Że mogą cię zamknąć za kratami. W Polsce tak się symbolicznie to pokazuje. Ona ci nie groziła tylko chciała cię ostrzec. Widziała jak za tobą szli tajniacy. Ten co leżał przed sklepem, to jeden z nich”

„Nie widziałam, żeby ktoś mnie śledził…”

„Na tym polega ich praca.”

  Doszliśmy do restauracji. Poprosiłem kelnera, aby dał nam stolik w spokojnym miejscu. Usiedliśmy w rogu sali. Za plecami mieliśmy tylko ściany. Zamówiliśmy coś do jedzenia. Pokazałem jej kartkę i powiedziałem skąd ją mam. Była zdziwiona. Nie zauważyła nic dziwnego przy wychodzeniu z kawiarni. Ustaliliśmy, że jutro pójdziemy razem na Komendę na Sienkiewicza. Mam tam się zameldować o trzynastej. Zakładałem, że nie zabierze mi to dużo czasu. Potem zamierzamy spacerkiem dojść do Grand Hotelu. Agnes miała wejść do PEWEXu a ja zaczekać na ulicy. Wtedy miałem wejść do tego samochodu.

„A teraz mów o co cię pytali milicjanci”

„Pytali po co przyjechaliśmy do Polski. Jak dawno cię znam. Od kiedy jesteśmy małżeństwem…”

„W jakim języku cię o to pytali?” – przerwałem jej

„Po niemiecku… Chcieli wiedzieć, gdzie pracujesz i co robisz”

„Co im powiedziałaś?”

„To co wiem… Że pracujesz w stoczni i robisz coś z łącznością… Przecież wiesz, że nie wiem nic więcej”

„Tak, oczywiście”

„Czy powiedziałam coś źle?”

„Nie, skąd.”

„Chcieli też wiedzieć z kim się spotkaliśmy tu w Polsce i czy mieliśmy się spotkać z kimś jeszcze. Powiedziałam, że miałeś odwiedzić kolegę szkolnego, ale nie wiem nawet jak on się nazywa… Ty wiesz, że zabrali mi maszynę do pisania i kilkanaście stron tego co piszę. Zostawili tylko książki, które tu kupiłam. Na szczęście najważniejsze notatki są w nich między kartkami. Pytali się czy ty też piszesz na mojej maszynie”

„Co jeszcze zabrali?”

„Kluczyki od samochodu. Twoje zakrwawione ubranie i mój paszport… Słuchaj jak my teraz stąd wyjedziemy?”

„Nie wiem, kochanie… Poczekamy na tego obiecanego adwokata” – przypomniałem sobie jeszcze jedną rzecz – „Co ty wiesz o motylach?”

„O motylach?!… Co ci teraz za motyle przyszły do głowy?”

„W czasie przesłuchania pokazano mi dwie kasety z motylami i innymi owadami. To była własność Brunona Hotwassera…”

„Kto to?”

„To ten złodziej hotelowy… Właściwie to teraz nie jestem pewien czy to złodziej. Mieszkał w naszym hotelu. Przyjechał tego samego dnia. Austriak. Szwagier Szymka powiedział…”

„Szwagier?”

„Tak, podawał się za szwagra jak go spotkałem w mieszkaniu Szymka… Mówiłem ci o tym”

„Tak, przypominam sobie”

„No więc, ten fałszywy szwagier przesłuchiwał mnie. Pokazał mi te motyle. Znaleźli je w pokoju tego Austriaka. To nie wszystko… W jego paszporcie była kartka z naszym nazwiskiem i naszymi imionami. Było na niej coś o tym, że ma pokazać motyle…”

  „Komu?… Nam?”

„Nie wiem. Chyba nie nam. Było też coś o jakiś braciach co mają, czy też powinni pomóc… Słuchasz mnie?” – Agnes zamyśliła się. Wtedy zawsze wyłączała się z rozmowy – „Wiesz coś o motylach?”

„Co!… Nie, nie wiem. Chwileczkę. Daj mi pomyśleć”

Przez dłuższą chwilę jedliśmy w milczeniu. Agnes nad czymś intensywnie myślała. Po chwili przestała jeść. Wyglądała na przestraszoną

„Co się stało, kochanie?”

„Wiesz, muszę coś sprawdzić. Niestety tu nie mogę. Mam to w domu.”

„Co takiego? Mów”

„Pamiętasz, mówiłam ci o Ahnenerbe. tej organizacji utworzonej przez SS w Austrii. Pracowało tam dużo naukowców, biologów, zoologów i lekarzy. Wszyscy musieli należeć do SS. Z czasem niektórzy nie mogli się pogodzić z tym co tam zaczęto robić pod koniec wojny. Chodzi o doświadczenia na ludziach. Wiesz, większość tych naukowców przyszła tam, bo mieli stworzone fantastyczne warunki do swoich badań. Mówiłam ci, że na początku badano tam zmiany klimatyczne, nowe uprawy rolne i takie tam, dzisiaj powiedzielibyśmy, sprawy związane z ochroną środowiska. Wiesz przecież że ci co należeli do SS nie mieli w zasadzie możliwości odwrotu. Niektórzy w Ahnenerbe zaczęli spiskować. Czytałam gdzieś… Muszę to odnaleźć po powrocie do domu… Porozumiewali się za pomocą kodów w postaci odpowiednio ułożonych owadów. Większość z nich kolekcjonowała coś. Na przykład ptaki, małe ssaki czy motyle właśnie. W wolnych chwilach spotykali się we wspólnych lokalach, pokazywali swoje zbiory i dzielili się swoimi doświadczeniami. W ten sposób rozpoznawali się na wyjazdach.”

  „Chcesz powiedzieć, że pokazując sobie zbiory, na przykład motyli, mogli się dowiedzieć, czy mają do czynienia z przyjacielem, czy przypadkowym zbieraczem?”

„Tak właśnie mogło być. Muszę to sprawdzić”

„Co to ma wspólnego z nami?”

„Nie wiem, Frank”

Dokończyliśmy jeść w milczeniu. Nie mieliśmy ochoty na kawę. Wyszliśmy na ulicę Było już ciemno. Na Zachodniej było mało ludzi. Szliśmy w milczeniu w stronę Kościuszki do 22go Lipca

„Frank, dlaczego oni cię wypuścili?”

„Też się nad tym zastanawiam. Chyba nasza ambasada zadziałała w jakiś sposób”

„Boję się Frank. Coś niedobrego dzieje się wokół nas. Uciekajmy stąd”

„Jak? To jest państwo policyjne. Tu się nie da ot, tak, przekroczyć granicę jak u nas”

  „Coś musimy zrobić. Inaczej oszaleję. Mam wszystkie nerwy w strzępkach. Mam dosyć tej milicji, tej twojej Hedwig. Chcę wracać do domu”

„Też chcę. Poczekajmy do jutra. Na pewno przyjedzie obiecany adwokat. Może to spotkanie w samochodzie coś da”

„Może to jakaś prowokacja?”

„Może. Nie mamy nic do stracenia”

   Doszliśmy do hotelu. W recepcji nie było dla nas żadnej wiadomości. W pokoju nie rozmawialiśmy ze sobą. Oglądałem telewizję a Agnes przeglądała książki. Zrobiła kilka notatek i jak zwykle włożyła je między kartki. Położyliśmy się dosyć wcześnie.

    Obudziliśmy się dosyć późno. Było w pół do dziewiątej. Po śniadaniu, wróciliśmy do pokoju. Czas nam się dłużył. Wyszliśmy o w pół do pierwszej i spacerkiem poszliśmy na Komendę. Wizyta tam tak jak przypuszczałem zajęła około piętnastu minut.

  Do czternastej było jeszcze sporo czasu. Doszliśmy spacerkiem do Tuwima potem do Piotrkowskiej. Przed Grand Hotelem byliśmy dokładnie o czternastej. Przed wejściem do hotelu tylko jeden z eleganckich samochodów był biały. Volvo164.

Za kierownicą siedziała młoda kobieta. Na głowie miała zawiniętą kolorową chustę. Oczy przysłaniały przeciwsłoneczne duże okulary w srebrnej oprawce. Przypominała trochę Monicę Vitti, tylko nie mogłem skojarzyć z jakiego filmu.

 Pożegnałem się ostentacyjnie z Agnes, tak aby dama w samochodzie to widziała. Wsiadłem do auta na przednie siedzenie. Od razu ruszyliśmy. Bez słowa przywitania oznajmiła mi po norwesku

„Dziś wieczorem przylatuje Einar Rasmussen. Jutro o ósmej spotkasz go w tym aucie. Wsiądziesz tym razem na Kościuszki przed 22go Lipca w kierunku północnym. Bądź punktualnie. On nie będzie czekał. Zatrzyma się tylko na moment, aby ciebie zabrać… Acha! Wsiądziesz na tylną kanapę” – po chwili dodała – „Bądź tym razem bez żony. Wysiadaj”

Zatrzymała auto przy chodniku na Zielonej. Byłem skupiony na tym co mówiła i nie zauważyłem jak tam dojechała. Wysiadłem. Natychmiast odjechała. Wróciłem do Piotrkowskiej.

W drodze do hotelu zastanawiałem się po co Rasmussen przyjeżdża.

   Poznałem go, kiedy zastanawialiśmy się co zrobić z informacją jaką otrzymałem w liście od Szymka. Przedstawił mi się wtedy tylko z imienia i nazwiska. Później ktoś mi powiedział, że Einar jest grubą rybą w Etterretningstjenesten, wywiadzie wojskowym.

  W hallu hotelu spotkałem Agnes. Powiedziałem jej tylko że mam jutro spotkanie o ósmej z osobą przysłaną z ambasady

„Czemu tak wcześnie? Nie chcę wychodzić przed śniadaniem”

„Nie musisz. Sam tam pójdę a potem przyjdę do ciebie na śniadanie”

„Ja też chciałabym przy tym być. Nie mogłeś wybrać innej godziny?”

„To nie ja ustalam warunki…”

   Resztę dnia spędziliśmy głownie na spacerowaniu Piotrkowską i na nic nierobieniu w hotelu. W środę 12go, czyli następnego dnia, już za dziesięć ósma byłem na wskazanym miejscu. Dokładnie o ósmej podjechało volvo. Prawie się nie zatrzymało, jak wsiadałem. Einar siedział na tylnej kanapie. Podał rękę na przywitanie. Za kierownicą siedziała ta sama kobieta, obok niej było wolne miejsce. Jechaliśmy Kościuszki w stronę Zachodniej

  „Mamy mało czasu, więc słuchaj uważnie” – zaczął Einar – „Tutejsze służby już od dawna szykują wielką prowokację. Wy gracie w ich grze ważną rolę. Monitorują was od zejścia z promu w DDR. Musimy was ewakuować. Natychmiast…”

„Co znaczy natychmiast?” – przerwałem mu

„Nie przerywaj mi… Natychmiast, to znaczy przed twoim pójściem na milicję. Widzisz tą zieloną furgonetkę przed nami?” – wskazał na zielonego żuka blaszankę z napisem na czerwonym pasku Łączność – „Musicie wsiąść do niej błyskawicznie, jak tylko się przy was zatrzyma”

„A co z bagażami?”

„Zabierzcie tylko to co zdołacie schować po kieszeniach. Żona może wsiąść torebkę. Nic więcej! Zrozumiałeś?”

„Tak. Zrozumiałem, ale…”

„Nie czas na dyskusje” – przerwał mi – „Nie wkładajcie na siebie płaszczy. Ma wyglądać jak byście szli na krótki spacer…Weź aparat fotograficzny… To zawsze dobrze wygląda u turystów”

„Jest wrzesień, nie jest za ciepło…”

„Nic wam nie będzie. Dostaniecie potem wszystko co potrzebne. Teraz uważaj. Wyjdziecie z hotelu tak aby spacerkiem dojść na trzynastą do Komendy. Ważne abyście dokładnie trzymali się czasu. Wszystko jest wyliczone co do minuty…Wychodzicie z hotelu i…”

„Potem idziecie do Sienkiewicza” – wpadła mu w słowo kobieta prowadząca auto – „Przechodzicie na lewą stronę, tak aby widzieć nadjeżdżające z przeciwka auta. Jak tylko nadjedzie furgonetka wskakujecie w drzwi, jeśli się otworzą…”

„Jeśli się nie otworzą to sami nie otwierajcie idźcie dalej” – kontynuował Einar – „Nie znam tego miasta, ona lepiej ci opisała, którędy macie iść. Niedługo się spotkamy to porozmawiamy więcej. A teraz wracaj do hotelu. Przyszykuj żonę… Wysiadaj”

  Wysiadłem na Zachodniej przy Lutomierskiej. Tramwajem dojechałem do Zielonej. Po paru minutach byłem w hotelu.

Spojrzałem na zegarek, było po w pół do dziewiątej. W restauracji znalazłem Agnes. Właśnie zeszła na śniadanie. Wzięliśmy ze szwedzkiego stołu coś do jedzenia i usiedliśmy przy oknie. Zawsze staraliśmy się siadać przy innych stolikach. Było mało ludzi. Spojrzałem na żonę, wyglądała jak wielki znak zapytania. Zacząłem szeptem

  „Musimy natychmiast wynieść się z hotelu, w zasadzie tak jak stoimy”

Najkrócej jak potrafiłem wyjaśniłem o co chodzi. Agnes była przerażona. Upomniałem ją, aby się uśmiechała. Spróbowała, ale nie wyglądało to przekonywająco.

„A nasze bagaże? Nie chcę wszystkiego zostawiać. Książki muszę zabrać!”

„Mowy nie ma!”

„To ja zostaję. Do mnie nic nie mają”

„Agnes! Na litość Boską, czy ty nie rozumiesz, że możesz tu zostać na bardzo, bardzo długo?!… Książki muszą zostać, nie ukryjemy je w kieszeniach”

Nic nie odpowiedziała, ale była bliska płaczu. Wyszliśmy z restauracji w milczeniu. Po wyjściu z windy minęliśmy sprzątaczkę z wózkiem pełnym pościeli. Otwierała jeden z pokoi na naszym piętrze.

Wpadła mi do głowy pewna myśl. W pokoju wciągnąłem Agnes do łazienki i tak jak to widziałem na filmach odkręciłem wodę do wanny. Stanęliśmy obok i bezpośrednio do jej ucha szeptem powiedziałem

„Wyjmij swoje zapiski z książek i schowaj do torebki. Książki zapakuj do tej torby, w której przynieśliśmy je od księgarza. Mam pewien pomysł… Nie mów nic, tylko rób co mówię. Zaufaj mi. Potem bez słowa pakujemy do kieszeni to co chcemy zabrać. Ja nie mam nic do zabranie. Mogę pochować twoje drobiazgi”

„Jakie drobiazgi?”

„Biżuterię i co tam masz jeszcze…”

„Acha. Rozumiem”

Z torbą z książkami i z przewieszoną przez nią kurtką zięcia Jadzi, wyszedłem na korytarz.

Drzwi do pokoju, który sprzątała sprzątaczka były uchylone. Zapukałem i od razu wszedłem. Młoda kobieta zmieniała pościel na łóżku.

„Chce pani zarobić pięćdziesiąt dolarów?”

„No wie pan! Co pan sobie myśli!…”

„Nie! Nie! Pani mnie źle zrozumiała. Chciałbym, aby pani odwiozła tą torbę do mojej znajomej. Nie mam czasu to zrobić a ona na to czeka. Zapłacę za to pięćdziesiąt dolców. A jak pani przyniesie mi od niej odpowiedź to jeszcze coś dołożę”

Mówiąc to wyciągnąłem w jej stronę rękę z banknotami. Wzięła od razu.

„Mogę to zrobić po drugiej jak skończę pracę…”

„Bardzo dobrze”

„Co jest w tej torbie?”

„Tylko kilka starych książek i ta kurtka. Pożyczyliśmy to niedawno i nie zdążyliśmy oddać. Pani zobaczy… O, torba jest otwarta”

„Gdzie to zawieść?”

„Ma pani kawałek papieru? Zapiszę…”

Na biurku leżały jakieś broszurki o Łodzi i informacje hotelowe. Na kawałku urwanym z broszurki zapisałem adres i nazwisko Jadzi.

„Da pani to tej kobiecie, Ona nazywa się Jadwiga Kubiak, mieszka na Więckowskiego, tu zapisałem dokładny adres. Pani pozdrowi ją od Franka”

„Dobrze”

Wyjrzała na korytarz. Po chwili schowała torbę na dolnej półce wózka. Wróciłem do Agnes. Szepnąłem jej do ucha

„Załatwione. Książki będą u Jadzi. Odbierzemy je przy okazji albo poprosimy, aby nam odesłała pocztą”

   Po jedenastej byliśmy gotowi do wyjścia. Agnes miała na sobie spodnie do wypraw w góry… Nie wiem czemu je zabrała do Polski, ale teraz się przydały. Mają kilka pojemnych kieszeni. Zamiast kurtki założyła szary rozpinany sweter. Ja nie zmieniłem ubrania. Miałem na sobie starą, nieco wymiętą marynarkę, tę którą miałem w areszcie.

   Czekaliśmy niecierpliwiliśmy na wyjście. Zaproponowałem zejście na dół i dalsze czekanie w fotelach przy recepcji. Mieliśmy tam dobre miejsce do obserwacji wchodzących i wychodzących. Nic podejrzanego nie zauważyłem. Po w pół do pierwszej uznałem, że czas wyjść.

  Podnieśliśmy się z foteli i ruszyliśmy w stronę drzwi. Za nami wychodziła grupka młodych osób mówiących po francusku. Na chodniku, który jest wąski przed wejściem do hotelu, zatrzymaliśmy się na chwilę, aby przepuścić osoby wysiadające z samochodu, z tyłu napierali na nas francuzi.

Nagle rozległa się seria z pistoletu maszynowego. Przez ułamek sekundy myślałem, że to głośny motocykl. Mężczyzna stojący przed Agnes upadł jej na stopy dwie inne osoby nieco z boku. Ktoś z tyłu pchnął nas gwałtownie na zaparkowane samochody. Upadliśmy, inni też. Ludzie zaczęli się rozbiegać w pół przysiadzie na lewo i prawo. Wszyscy krzyczeli. Ktoś ranny głośno wzywał pomocy.

Odciągnąłem Agnes w stronę Piotrkowskiej. Musieliśmy przeciskać się przez zbiegających się gapiów biegnących w stronę hotelu. Dopiero na Piotrkowskiej zwolniliśmy. Widać było, że nikt tutaj nie zauważył zdarzenia z przed hotelu. Wciągnąłem Agnes to pierwszej bramy

„Nic ci nie jest?!” – zapytałem

„Nie. Sweterek mam podarty na rękawie… Jakieś szkło we włosach…”

„To z rozbitych szyb samochodowych”

Oczyściliśmy ubrania. Agnes sprawdziła czy zawieszona na ramieniu torebka nie otworzyła się. Wszystko było na swoim miejscu. Obejrzałem aparat fotograficzny. Chyba był uszkodzony przy upadku.

Wyjrzałem na ulicę. Ruch był taki jak zawsze. Żadnego poruszenia, tylko z daleka słychać było syreny ambulansów i aut milicyjnych. Ruszyliśmy w stronę Narutowicza. Staraliśmy się iść normalnym krokiem, ale co chwilę łapaliśmy się na tym, że przyśpieszamy i prawie biegniemy. Zatrzymałem Agnes przy jakiejś wystawie sklepowej

  „Słuchaj, musimy ochłonąć, weź parę głębokich oddechów, musimy wyglądać na spokojnych, nie na zdenerwowanych. Ludzie się za nami oglądają…”

„Frank, co to było? Boję się. Co się dzieje wokół nas? Chcę do domu”

„Niedługo będziemy w domu. Obiecuję. Teraz musimy wziąć się w garść, też nie wiem co się dzieje. To przed hotelem nie dotyczyło nas. Jestem o tym przekonany”

„Nie wiem, Frank. Za dużo strasznych rzeczy dzieje się tutaj…”

„Kochanie musimy iść dalej, zgodnie z planem. Myślę, że to dla nas jedyny ratunek. Idziemy, tylko spokojnie”

„Postaram się, Frank”

   Spojrzałem na zegarek. Nie mieliśmy za dużo czasu. Nie dochodząc do Narutowicza skręciłem w znaną mi bramę. Była tam kiedyś w podwórku, cukiernia Granowskiej z pysznymi lodami. Przez podwórko doszliśmy do wieżowca telewizji i po chwili byliśmy na Sienkiewicza. Przeszliśmy na drugą stronę. Musieliśmy iść szybszym krokiem. Powiedziałem Agnes jakiego auta ma wypatrywać.

  Dochodziliśmy do Komendy. Zwolniliśmy kroku. Zacząłem wątpić, czy furgonetka nadjedzie. Nagle zauważyłem, jak wyjeżdża z parkingu przy Komendzie. Zatrzymaliśmy się przy krawężniku.

  Agnes chciała zatrzymać ją tak jak taksówkę, już podniosła rękę. W ostatniej chwili ją powstrzymałem. Żuczek zatrzymał się na moment. Ktoś otworzył boczne drzwi. Wepchnąłem żonę, sam wsiadałem już w biegu.

W środku było ciemno. Dopiero po chwili przyzwyczaiłem wzrok do półmroku. Środek rozjaśniało tylko światło wpadające przez brudną szybę oddzielającą miejsce kierowcy od części bagażowej. Usiedliśmy na zwykłej drewnianej desce przymocowanej w poprzek samochodu. Nie było oparcia ani żadnych pasów bezpieczeństwa. Na podłodze leżały jakieś narzędzia, kable i czarne plastykowe worki.

  Był tam też gość, który otworzył nam drzwi. Przywitał nas po norwesku i powiedział, że ma na imię Harold i że za pół godziny będziemy na miejscu. Spojrzałem przez szybę do kabiny kierowcy. Nikogo więcej tam nie było. Jechaliśmy na północ. Wkrótce byliśmy na Wschodniej. Nasz towarzysz podróży miał na sobie brudne ubranie robocze. Agnes siedziała między mną a nim. Starała się go nie dotykać, co było dosyć trudne ze względu na ciasnotę i szarpanie autem na zakrętach. Spojrzała na jego brudne ubranie z nieukrywanym niesmakiem

„Na co dzień tego nie noszę, ale dzisiaj muszę” – zwrócił się do Agnes

„Nie gniewaj się, ale nie jestem przyzwyczajona do podróży w takich brudach…”

  „Kochanie! Co ty wygadujesz? Nie widzisz, że to jest teatr po to, aby nas uratować?” – zareagowałem

„Przepraszam was. Nerwy mam w strzępkach, chyba zaraz oszaleję. Do tego ta buda trzęsie i hałasuje… Zimno mi jest. Jak to przeżyję to na pewno ciężko to odchoruję”

  „Mam tu coś dla was…” – Harold sięgnął po worek. Wyciągnął dwie ciemne, pikowane kurtki ortalionowe. Pasowały na nas. Były też wełniane czapki, szaliki i rękawice, ale te były na razie niepotrzebne. Jeszcze raz spojrzałem na drogę. Skręcaliśmy z Łagiewnickiej w Warszawską.

„Dokąd jedziemy?”

„Zaraz będziemy na miejscu”

Zatrzymaliśmy się w Arturówku za mostkiem leżącym między stawami. Harold powiedział, że od tej chwili musimy mówić tylko po niemiecku, nawet między sobą. Otworzył drzwi i się rozejrzał. O tej porze było tu trochę starszych ludzi. Babcie z wnukami jakieś pary z psami. Była za kwadrans druga. Kazał nam iść wzdłuż stawu w lewo aż dojdziemy do małej knajpki, to jest około trzystu metrów. Tam czeka na nas wesołe towarzystwo niemieckich turystów. Mamy się dostosować nastrojem do ich humorów. Wsiadł do samochodu i od razu odjechali.

  Przypomniałem sobie, że tu zawsze była taka mała restauracja w trochę zapuszczonej budzie. Nie pamiętałem, jak się nazywała. Ruszyliśmy asfaltową ścieżką. Minęliśmy dom wypoczynkowy Prząśniczka. Zaraz za nim ścieżka skręcała lekko na lewo. Naszym oczom ukazał się ogrodzony siatką drewniany budynek w trudnym do określenia stylu. W pobliżu stały trzy auta z zachodnioniemiecką rejestracją. Jednym z nich był kamper. Nad wejściem wisiał napis Leśny Dwór. Teraz sobie przypomniałem tą nazwę.

   W środku pod oknem przy zestawionych trzech stolikach siedziało osiem osób mówiących po niemiecku. Nie wszyscy wyglądali na trzeźwych. Zachowywali się głośno. Prawie krzykliwie. Na nasz widok dwóch się zerwało od stolika

„Nareszcie! Czemu tak długo was nie było?! Zbieramy się już do wyjścia” – Krzyczał Rasmussen

„Musicie coś zjeść i się z nami napić!… Kelner!” – Wszedł mu w słowo ten drugi.

Kelner szybko dostawił krzesła i przyjął zamówienie. Towarzystwo opijało urodziny kolegi i zdrowie jego małżonki. Myśmy co jakiś czas przytakiwali i wtrącali jakieś ogólnikowe uwagi.

  Po godzinie zaczęliśmy się zbierać do wyjścia. Ktoś uregulował rachunek. Zaczęliśmy wychodzić. Rasmussen zaprosił nas do kampera. Towarzyszyła mu kobieta, z którą siedział przy stole. Reszta towarzystwa została na zewnątrz. Nie spieszyli się z wsiadaniem do aut. W samochodzie usiadł za kierownicą, mnie wskazał miejsce obok. Włączył radio. Ale zamiast muzyki roznosił się po wnętrzu nieprzyjemny szum.

„Jeśli nie już, to na pewno jutro cała milicja i straż graniczna, będą mieli wasze fotografie z dokładnymi opisami.” – zaczął – „Nie ma sensu spieszyć się z przekroczeniem granicy. Musicie przeczekać tu, w Polsce, przynajmniej tydzień, może dłużej… Helga” – wskazał na swoją towarzyszkę – „ma dla was niemieckie paszporty. Upodobni was do zdjęć w tych dokumentach. Ty, Frank, nazywasz się teraz Edwin Rubin, a Agnes, będzie twoją żoną Hildą. Reszty legendy musicie się nauczyć. Tu są portfele z prawem jazdy i inne dokumenty. Są też kupony na paliwo. Używaj je oszczędnie. Jak możesz to płać na stacjach benzynowych na czarno, dolarami albo markami. Tu macie gotówkę. Dolary, marki, złotówki i korony czechosłowackie. W twoim portfelu jest też książeczka czekowa. Naucz się podpisu. Nie jest trudny. Kamper będzie waszym domem. Jesteście turystami. Zwiedzacie południową Polskę, przede wszystkim Sudety. Macie tu trochę ubrań, bieliznę i takie tam. Jest też trochę jedzenia. Dasz radę z obsługą kampera?”

„Damy radę. Rok temu wypożyczyliśmy podobny na urlop po Szwecji”

„Dobrze. Macie pytania?”

„Tak. Co się dzieję w koło nas? Co to była za strzelanina przy hotelu”

„Ktoś polskim służbom wchodzi w paradę. To nie my. Na razie nie wiemy kto. Nasz człowiek wyeliminował jednego który z odbezpieczoną bronią czekał na Agnes przed sklepem…”

„Z odbezpieczoną bronią?!… Co chcą od Agnes?!… Skąd wiesz, że miał broń i że była odbezpieczona?” – Byłem naprawdę przerażony.

Agnes była bliska płaczu

„Pilnujemy was. A to, żeby wiedzieć, czy ktoś ma przy sobie broń i czy ona jest gotowa do użycia, to uwierz mi, to są elementarne umiejętności w naszym fachu”

  Helga zabrała Agnes w głąb kampera. Była tam niewielka komódka z lustrem. Zaczęła robić coś z włosami Agnes, tłumaczyła jej coś cały czas. Tymczasem Einar wyciągnął ciągle szumiące radio z samochodu.

„Pokażę ci coś… Domyślasz się zapewne, dlaczego szumi?”

„Tak. Zagłuszarka…”

„W promieniu pięćdziesięciu do dwustu metrów, w zależności od terenu eliminuje działanie mikrofonów i nadajników. Nie nadużywaj tego. Tu z tyłu radioodbiornika przełączasz to ustrojstwo na nadawanie. Ale dopiero jak wyjmiesz je tak jak teraz. Rozumiesz?”

„Dam sobie radę…”

„Łączy cię automatycznie z centralą. Rozmowy są kodowane i rozkodowywane po obu stronach. Można swobodnie mówić. Dla bezpieczeństwa wyłącza automatycznie po dwóch minutach. Tyle czasu masz, aby coś powiedzieć. Następne połączenie możliwe po pięciu godzinach”

Wstawił radio na swoje miejsce

„A teraz uważaj. To są kluczyki i pilot do drzwi samochodowych. Jeśli ta mała dioda zacznie migać na zielono i jednocześnie pilot zacznie wibrować, to znaczy, że centrala chce coś ci przekazać. Miej to zawsze przy sobie. W nocy trzymaj pod poduszką…”

„Po co?”

„Jeśli będziesz z dala od auta, wracaj natychmiast. Włącz radio, naciśnij tu i tu. Włączy się zagłuszarka. Wtedy naciśniesz ten przycisk na pilocie i jednocześnie ten na radiu. Zapamiętasz to?”

„Tak, to proste”

„Muszę już iść. Pojadę z tamtymi. Jedźcie w stronę Wałbrzycha. Nocujcie co noc na dziko, na parkingach, w małych miejscowościach, najlepiej przy kościołach. Niestety nie ma tu dużo kampingów a te co są, są już zamknięte o tej porze roku. W schowku masz mapy i przewodniki turystyczne. Więcej porozmawiamy w domu. Wysadźcie po drodze Helgę. Trafi sama do domu. Do zobaczenia w kraju”

„Chwileczkę! Co z Szymkiem?”

„Jakim Szymkiem”

„No tym moim kolegą, od którego to wszystko się zaczęło…”

„Jest w Wiedniu… Z żoną”

„Dzięki”

   Widziałem, jak wsiada do czekającego samochodu. Od razu odjechali. Spojrzałem na Agnes która właśnie podeszła do mnie. Była bardzo zmieniona na twarzy. Jej ciemnobrązowe włosy były teraz prawie czarne. Brwi zmieniły kształt. Na ustach miała szminkę w kolorze, o którym wiedziałem, że go nienawidzi.

„Jak wyglądam?”

„Strasznie. Ale będę musiał jakoś z tobą wytrzymać”

„Głupi jesteś…”

„Teraz twoja kolej” – Helga wskazała mi miejsce przy komódce.

Podczas gdy Agnes zaczęła studiować dokumenty Helga znacznie skróciła mi włosy. Potem ufarbowała je. Nie byłem już jasnowłosym blondynem. Moje nowe włosy były szare, lekko szpakowate. Wydaje mi się, że mnie to bardzo postarzało. Wyjaśniła co robić, aby wyglądały tak cały czas. Zostawiła masę kosmetyków

„Jak wyglądam?” – zwróciłem się do Agnes

„Stary dziad… Co za pożytek będzie z ciebie”

„No to się odgryzłaś. Musimy jechać…”

„Poczekajcie chwilę… Muszę posprzątać” – Helga zbierała do torby resztki naszych włosów, brudne serwetki, ręczniki nożyczki i żyletki.

„Możemy ruszać. Wysadźcie mnie gdzieś przy tramwaju”

Usiadłem za kierownicą. Zastartowałem motor. Zegar na desce rozdzielczej pokazał godzinę siedemnastą dziesięć. Chwilę oglądałem instrumenty auta. Kamper był zabudowany, jak większość takich aut turystycznych, na bazie furgonetki fiata. Nie powinienem mieć problemu z prowadzeniem. Ruszyłem ostrożnie. Musiałem uważać na gałęzie drzew stojących wzdłuż ścieżki prowadzącej do mostku. Potem było już łatwiej. Helga wysiadła na rogu Warszawskiej i Łagiewnickiej.

   Aby dostać się stamtąd na południe musieliśmy przejechać przez całą Łódź. Wzdrygałem się na samą myśl o tym, ale nie mieliśmy wyjścia. Dopiero za Pabianicami poczułem się pewniej. Kierowaliśmy się na Sieradz i Wrocław. Jechałem ostrożnie i stosunkowo wolno. Nie chciałem nawet nie chcący złamać przepisów drogowych. Dosyć szybko poczuliśmy zmęczenie. Cały ten dzień dał nam porządnie w kość. Byliśmy w ciągłym napięciu. Teraz nasze organizmy domagały się wypoczynku. Robiło się już ciemno. Postanowiliśmy poszukać miejsca na nocleg. Agnes poleciła zatrzymać się gdzieś przy drodze. Chciała rozejrzeć się po kamperze, zobaczyć, czy nie trzeba zatankować wody, sprawdzić co mamy do jedzenia i ewentualnie dokupić coś przed nocą.

  Zatrzymałem się w Złoczewie w bocznej uliczce niedaleko rynku, Podczas gdy Agnes sprawdzała szafki i lodówkę, obejrzałem dokładniej nasze paszporty, mieliśmy wstemplowaną wizę DDR, oraz wizę czechosłowacką. Znalazłem stempel przekroczenia granicy między niemieckiej w Zarrentin am Schaalsee – Gudow z dnia 9go września. Następny stempel był z dnia następnego, to jest z dziesiątego, wstemplowany na przejściu w Pomellen – Kołbaskowo. Obejrzałem inne dokumenty. Byliśmy mieszkańcami Hamburga. Mój zawód to nauczyciel języków skandynawskich a Agnes to bibliotekarka. Po przejrzeniu zapasów Agnes stwierdziła, że jesteśmy dobrze zaopatrzeni i jedzenia starczy na kilka dni. Chciała by tylko kupić świeży chleb.

   Agnes została w kamperze a ja udałem się na poszukiwanie chleba. Znalazłem nieduży sklep w rynku. Trochę po niemiecku, trochę na migi udało mi się kupić bochenek chleba. Nie był świeży, ale dosyć znośny. Pojechaliśmy dalej. Na nocleg zatrzymaliśmy się w Sycowie przy stacji CPNu. Dochodziła dwudziesta pierwsza. Agnes zrobiła lekką kolację, a ja wyszedłem, aby obejrzeć najbliższą okolicę. Miejsce wyglądało na spokojne. Stacja benzynowa była już zamknięta.

  Po kolacji Agnes pościeliła łóżka. Obawiała się, że może pościel była używana, ale okazało się, że nie. Wszystko było w należytym porządku. Usnęliśmy od razu.

   Rano obudził nas hałas samochodu. Wyjrzałem przez okno. Obok zaparkowała ciężarówka z agregatem chłodniczym. Oznaczało to dla nas koniec spania. Było parę minut po siódmej. Po śniadaniu pojechaliśmy dalej. Byliśmy wypoczęci i odprężeni. Byłem gotów na przejechanie dłuższego odcinka, chociaż tak naprawdę nie wiedzieliśmy, dokąd jechać. Rasmussen sugerował, aby się kręcić w okolicach Wałbrzycha, ale żadnego konkretnego miejsca nie wymienił.

   Przejrzeliśmy przewodniki turystyczne i mapę. Na żaden pomysł nie wpadliśmy. Ruszyliśmy w stronę Wrocławia. Po przejechaniu przez miasto skierowaliśmy się na Wałbrzych. W drodze Agnes studiowała przewodniki

„Wiesz co, jedźmy do jakieś małej dziury. Zostaniemy tam resztę dnia, potem lulu a dalej zobaczymy”

„Pamiętaj kochanie, że w małej dziurze nie będziemy anonimowi. Tutaj nie ma za dużo turystów, w szczególności w kamperach…”

„Nie musimy być anonimowi… Przecież się nie ukrywamy. Jesteśmy Niemcami. Widziałeś, jak Niemcy zachowują się na wakacjach. Lubią być widoczni, więc róbmy to samo”

„Masz rację… Co proponujesz?”

„Patrz tu na mapę. Jadąc od Wrocławia skręćmy za Świdnicą w prawo. Dojedziemy do Bolkowa. To nie duża miejscowość. Mam tu broszurkę. Jest tam jakiś zamek do zwiedzania, jakieś ruiny… Dobre dla turystów”

„OK. Jak chcesz”

Po drodze zatrzymaliśmy się kilka razy. Agnes wchodziła do wiejskich sklepików. Udało jej się nawet kupić dla mnie piwo. Zatrzymaliśmy się też przy niewielkiej knajpce, aby coś zjeść. Nawet nam smakowało.

  W Bolkowie zatankowałem auto. Pompiarz chętnie przyjął marki. Zapytałem, czy można przenocować u niego na parkingu. Zgodził się, ale zaproponował abyśmy pojechali kawałek dalej do zamku Świnków. Jest tam parking z toaletami. Często nocują tam turyści w kamperach.

   Pod zamkiem był parking, nawet oświetlony. Stało kilka samochodów osobowych, ale nie było żadnego kampera. Agnes natychmiast chciała iść zwiedzać zamek. Niestety zwiedzać można było tylko do osiemnastej. Było kilka minut po. Właśnie wychodzili ostatni zwiedzający. Wsiadali do swoich aut. Zostaliśmy tylko my. Wyszliśmy na spacer zwiedzić okolice zamku. Niestety zaczęło mocno wiać. Zanosiło się na deszcz. Wróciliśmy do kampera. Trochę czytałem, próbowałem złapać jakąś niemieckojęzyczną stację, ale odbiór był fatalny. Agnes robiła notatki.

   Około dwudziestej zjedliśmy kolację. Włączyłem zagłuszarkę, aby swobodnie porozmawiać

„Wiesz kochanie, intryguje i niepokoi mnie to co powiedział Einar o tym zabitym przed sklepem w Łodzi… Dlaczego on miałby coś tobie zrobić?”

„Nie wiem Frank. Przeraził mnie jak o tym mówił”

„Myślę, że to jakieś kolosalne nieporozumienie… Rozumiem jakby to chodziło o mnie… Ale co ty masz z tym wspólnego?”

„Nie wiem, ale mam już tego dosyć”

  Rozmawialiśmy jeszcze z pół godziny. Wyłączyłem zagłuszarkę i po dziewiątej położyliśmy się do łóżek. Tym razem nikt nas rano nie obudził. Wstaliśmy po dziewiątej. Nigdy nam się nie zdarzało tak długo spać. Byliśmy wypoczęci i w dobrych humorach. Agnes zrobiła pyszną jajecznicę. Po śniadaniu pobiegła sprawdzić, kiedy otwierają zamek do zwiedzania. Od dziesiątej w piątki. Dzisiaj był piątek, 14ty września.

  Na parking podjeżdżały pierwsze samochody z turystami. Były też dwa autobusy z młodzieżą szkolną. Po zwiedzaniu ruszyliśmy w dalszą drogę. Tym razem zamierzaliśmy postać dłużej gdzieś w lesie, najlepiej nad wodą. Jedna z broszur namawiała na zwidzenie zapory wodnej w Pilchowicach. Bardzo lubię oglądać zabytki sztuki inżynieryjnej.

  Zapora w Pilchowicach jest zaporą kamienną o łukowatym kształcie. oddana do użytku w 1912roku. Należy do najładniejszych w Europie. Agnes nie była tym specjalnie zachwycona, ale liczyła na odpoczynek nad wodą.

  Po drodze do zapory natrafiliśmy na wiejski targ. Był przecież piątek. Bardzo się Agnes podobał. Kupiliśmy jajka, świeże warzywa i owoce. Udało nam się kupić także świeży wiejski chleb i ciasto drożdżowe. Agnes była przeciwna, ale uparłem się, aby kupić też wędliny i wędzony boczek. Twierdziła, że ona nie będzie tego jadła, bo musi być ktoś kto będzie mnie ratować, jak się zatruję. A zatruję się na pewno, bo ona czytała przed wyjazdem, aby nie kupować jedzenia niewiadomego pochodzenia.

„Nie chcesz to nie jedz. Więcej zostanie dla mnie…”

  Nad zaporą byliśmy około czwartej. Agnes nie miała ochoty oglądać kupy kamieni, jak to określiła, widziała dużo takich obiektów u nas w kraju. Nigdy ją nie interesowały a zwiedzała je tylko dlatego że ja ją tam ciągnąłem. Teraz zamierza zostać przy kamperze i przejrzeć te stare czasopisma niemieckie które kupiła w sklepiku ze starociami jak przejeżdżaliśmy przez Jelenią Górę.

Wyciągnęła leżak, który był na wyposażeniu kampera i usiadła grzać się na słońcu, które jeszcze nie schowało się za góry. Szykowałem się do wyjścia nad zaporę, kiedy poczułem wibrowanie kluczyków w kieszeni. Zamknąłem drzwi kampera, włączyłem zagłuszarkę i nacisnąłem jednocześnie przycisk na pilocie i na radiu. Po chwili usłyszałem

„Bądź na przejściu Łysa Polana – Tatranská Javorina w niedzielę punktualnie o dziewiątej. Koniec. Bez odbioru”

Wyciągnąłem mapę. Oceniłem odległość do Łysej Polany. Kawał drogi i do tego prawie cały czas przez górzysty teren. No to nie ma czasu na zwiedzanie. Zbliża się piąta. Musimy zaraz stąd wyjechać, aby dojechać jak najbliżej Łysej Polany. Agnes będzie zawiedziona jak się dowie, że nic z odpoczynku.

„Słuchaj, musimy natychmiast wyjechać stąd. Dostałem wiadomość. Mamy być na przejściu granicznym z Czechosłowacją w niedzielę o dziewiątej”

„No to mamy sporo czasu. Po co panikować…”

„To jest daleko stąd. Wiesz, gdzie jest Zakopane, pokazywałem ci na mapie. Przejście leży nieco z boku, górskimi drogami jakieś 15 może 20 kilometrów…”

„Przecież to nie daleko…”

„Od Zakopanego, kochanie… Stąd mamy około 600 kilometrów… To nie jest autostrada… pospiesz się… Chcę zaraz odjechać”

  Jechaliśmy dłuższy czas w milczeniu. Zastanawiałem się, dlaczego mamy tam być w niedzielę o dziewiątej. Czy to ma jakieś znaczenie? Agnes musiała myśleć o tym samym, bo po jakimś czasie zapytała

„Co to ma za znaczenie o której tam mamy być?”

„Też sobie zadaję to pytanie. Myślę, że milicja bardzo nas szuka. Musieli rozszerzyć obszar intensywnych poszukiwań…”

„Tutaj zupełnie nie ma milicji… Zauważyłeś, że nie spotkaliśmy żadnego samochodu milicyjnego po drodze?”

„Masz rację. Ale to nie znaczy, że nas nie szukają” – po chwili dodałem – „Tak myślę, że o dziewiątej może tam być jakiś strażnik, który ma nas przepuścić bez zbędnych pytań…”

„Myślisz, że to może być współpracownik naszych?…”

„Nie wiem… Może tylko przekupiony?”

  Jechaliśmy z powrotem przez Jelenią Górę, Bolków a potem Świdnica, Ząbkowice Śląskie, Nysa i Prudnik. W Katowicach musiałem się zatrzymać, aby zatankować. Przy okazji Agnes zrobiła coś do jedzenia i później dalej w drogę.

  Było już późno. Obydwoje byliśmy bardzo zmęczeni. Przejechaliśmy przez Oświęcim. W Wadowicach mimo bardzo późnej pory przejechałem na czerwonym świetle prawie wpadając na inny samochód. Zatrzymałem się, aby przeprosić, zostałem porządnie opieprzony. Uśmiechałem się, udawałem, że nie rozumiem.

   Pojechaliśmy jeszcze kawałek, ale przy wjeździe do Suchej Beskidzkiej dałem za wygraną. Zatrzymaliśmy się na zamkniętej już stacji CPNu. Od razu położyliśmy się spać. Spaliśmy do dziewiątej.

  Obudziło nas pukanie do szyb. To pracownik stacji benzynowej chciał nas poinformować, że to nie kamping. Nie miałem siły ani ochoty z nim dyskutować. Dostał pięć marek i dał nam spokój. Agnes zrobiła śniadanie. Przyjrzałem się mapie. Oceniłem, że stoimy dobrze z czasem. Musimy przenocować w Polsce jeszcze jedną noc, aby podjechać w niedzielę na dziewiątą na przejście w Łysej Polanie. Dobrze było by przenocować gdzieś w pobliżu, ale nie przy samym przejściu.

  Według mapy wydawało nam się, że najlepiej będzie to zrobić w Poroninie. Stamtąd do przejścia jest mniej niż 20 kilometrów. Ruszyliśmy. Przez Rabkę Zdrój i Nowy Targ bez przeszkód dojechaliśmy do Poronina. Na stacji benzynowej uzupełniłem wodę pitną i wylałem nieczystości.

  Dwa kilometry za Poroninem znalazłem nieduży parking nad przepływającym obok strumieniem. Dochodziła trzynasta. Mieliśmy dużo czasu na wypoczynek. Po objedzie położyłem się, aby się przespać. Agnes nareszcie mogła przejrzeć te niemieckie pisma co je wcześniej kupiła.

   Obudziło mnie drganie kluczyków. Otrzymałem komunikat

„Na przejściu kieruj się w kolejkę dla ciężarówek. Potem jak najszybciej na przejście do Bratysławy. Koniec. Bez odbioru”

   W niedzielę obudziliśmy się już przed szóstą. Nie mieliśmy ochoty na śniadanie. Co chwila spoglądaliśmy na zegarki. Czas stał niemal w miejscu. W końcu po siódmej zdecydowaliśmy się ruszyć z miejsca.

  Jechaliśmy bardzo wolno. Zatrzymaliśmy się w Bukowinie Tatrzańskiej. Mieliśmy jeszcze 10 kilometrów i prawie godzinę czasu. W końcu znaleźliśmy się w pobliżu przejścia granicznego. Stały tam dwie kolejki samochodów osobowych i jedna, zdecydowanie krótsza ciężarówek.

  Stanąłem w małej zatoczce za kolejkami. Otworzyłem maskę auta, sprawdziłem olej, udawałem, że coś robię jednocześnie obserwując jak przebiega odprawa. Byliśmy oddaleni od niej o jakieś dwieście metrów. Zauważyłem, że kręciło się tam dużo więcej strażników i celników niż to było w Kołbaskowie, gdy wjeżdżaliśmy do Polski.

  Agnes zauważyła kręcących się wzdłuż kolejek z autami osobowymi cywili. Trudno było nie zauważyć, że bacznie przyglądają się osobom siedzącym w autach. Za dziesięć dziewiąta ustawiłem się za ostatnią ciężarówką. Oprócz niej były jeszcze dwie przed nami. Siedzieliśmy bardzo spięci. Upominałem Agnes, aby się cały czas uśmiechała. Tu też kręcili się jacyś cywile, ale oceniłem, że to są kierowcy ciężarówek. Za nami ustawiła się następna ciężarówka.

  Pomału posuwaliśmy się do przodu. Zaraz powinnyśmy podjechać do stanowiska kontroli. Nagle, jeden z cywili spacerujący wzdłuż kolejki aut osobowych spojrzał w naszą stronę a po chwili zaczął niespiesznie iść ku nam. Agnes zdążyła powiedzieć tylko

„To już koniec…”

Gdy nagle usłyszeliśmy zgrzyt blach i brzęk tłuczonego szkła. W kolejce obok biały samochód uderzył w tył poloneza stojącego przed nim a ten uderzył w następne. Cywil idący do nas zawrócił. Zrobił się bałagan i rwetes.

  Z białego samochodu wysiadła kobieta, która po niemiecku krzyczała coś o idiocie, który stał przed nią, ruszył a potem nagle się zatrzymał. Tą kobietą była damą, którą już znałem a biały samochód to znane mi volvo. Wszyscy wysiadali, aby z bliska zobaczyć nieszczęśników, którzy muszą przerwać podróż. Też chciałem wysiąść, ale właśnie strażnik machał do mnie, aby podjechać do kontroli.

Podałem paszporty, nie wysiadając. Padło pytanie o to, ile osób jedzie. Odpowiedziałem nieco arogancko, że tyle, ile paszportów podałem. Nic nie odpowiedział. Ten który do nas machał, aby podjechać obchodził kampera w koło. Zanotował numery rejestracyjne, zażądał dowód rejestracyjny i ubezpieczenie pojazdu. Wszystko zanotował i porównywał z jakimiś zapiskami w innym notesie.

  Podczas ich sprawdzania podeszło do nas dwóch celników. Nakazali nam wysiąść i weszli do środka widzieliśmy przez okna jak otwierali szafki podnieśli łóżka i zaglądali do skrzyń pod nimi. Potem stanowczym głosem zażądali otworzenia bagażnika, do którego był dostęp z zewnątrz. Po paru minutach otrzymaliśmy podstemplowane paszporty i mogliśmy odjechać.

   Gdy odjeżdżaliśmy uszkodzone auta osobowe odciągane były na bok. Był tam radiowóz milicyjny i malejący tłumik gapiów.

  Po czechosłowackiej stronie nie było już najmniejszego problemu. Zaraz za przejściem wyrwałem ostro do przodu. Agnes musiała upomnieć mnie abym zwolnił i trzymał się przepisów drogowych. Do przejścia w Bratysławie mieliśmy około czterystu kilometrów. Chcieliśmy być tam tego samego dnia. Jadąc ostrożnie oraz biorąc pod uwagę jakiś postój na posiłek i tankowanie powinniśmy być tam najpóźniej około siedemnastej.

  I tak było. Bardzo szybko poczuliśmy głód. Nie jedliśmy przecież śniadania. Na parkingu w miejscowości Poprad, zjedliśmy jajecznicę na wędzonym boczku. Wspaniały zapach zrobił swoje i Agnes „zapomniała” o niewiadomym pochodzeniu boczku. Było w pół do jedenastej jak ruszyliśmy dalej.

  W Rużomberok skręciliśmy w lewo w stronę miasteczka Żilina, następny postój zrobiliśmy w Trencin. Musiałem zatankować. Zaproponowałem, aby coś zjeść w leżącej opodal stacji benzynowej restauracji, ale Agnes stwierdziła, że następny posiłek zjemy w Wiedniu.

  Już mieliśmy ruszać, kiedy podjechał radiowóz. Wysiadło dwóch milicjantów. Zażądali okazania dokumentów, ale nie interesowały one ich zbytnio. Musiałem dmuchać w balonik. Chodzili dłuższy czas w koło kampera, oglądali opony. Zażyczyli sobie włączyć światła mijania, potem drogowe, kierunkowskazy a na koniec światła stopu. W lusterku zobaczyłam, że się ucieszyli. Łamanym niemieckim wytłumaczyli mi, że żarówka po lewej stronie świeci słabiej niż ta po prawej. Muszą mi zabrać dowód rejestracyjny. Będę go mógł odebrać jutro na posterunku w Zilinie. Bez słowa otworzyłem portfel i wyciągnąłem dwadzieścia marek. Chcieli jeszcze dwadzieścia, powiedziałem, że mogę dać dziesięć albo niech biorą dowód rejestracyjny. Po chwili mogliśmy jechać dalej.

   Do Bratysławy dojechaliśmy bez przeszkód. Nie mieliśmy żadnego problemu z przekroczeniem granicy. Trwało to mniej niż kwadrans. Po drugiej stronie odetchnęliśmy z ulgą. Jeszcze kilkadziesiąt kilometrów i będziemy we Wiedniu.

„Kochanie, dzisiejszą noc spędzimy w hotelu”

„Też o tym marzę, Frank. Nareszcie wyleżę się w wannie”

„Jest prawie piąta, za godzinę tam będziemy. Który hotel wybierasz? Znasz przecież dobrze Wiedeń”

„Jeśli mogę wybrać to mój ulubiony Parkhotel Schönbrunn… Mają wanny w łazienkach… Wiesz, gdzie to jest?”

„Oczywiście. Przy Hietzinger Hauptsrasse…”

   Postanowiliśmy zostać dwie noce. Należał nam się odpoczynek. Zameldowaliśmy się jako Edwin i Hilda Rubin, posiadaliśmy tylko takie dokumenty. Chłopiec hotelowy był zawiedziony tym, że nie mieliśmy bagaży. Powiedziałem mu, że będzie mógł mi pomóc z walizami trochę później.

Gdy to mówiłem to sobie uprzytomniłem, że nie mamy, jak przenieść naszych osobistych rzeczy z kampera do hotelu. Musimy kupić jakieś walizki. Dopiero w pokoju dotarło. do mnie, że nie wiem co robić dalej.

Podczas gdy Agnes szykowała sobie kąpiel w wannie, zjechałem na dół. W sklepie hotelowym kupiłem dwie zgrabne nie za duże walizki. Poszedłem z nimi do kampera, który stał na parkingu w pobliżu. Nie mieścił się w garażu hotelowym.

  Najpierw wykonałem wszystkie czynności potrzebne do uzyskania połączenia z Centralą. Z radiem na kolanach czekałem na sygnał. Po chwili usłyszałem kobiecy głos, który po norwesku zapytał kto mówi. Odpowiedziałem w tym samym języku. Podałem swoje prawdziwe dane. Po krótkiej chwili usłyszałem

„Tak, gdzie jesteś?”

„Jesteśmy w Wiedniu w Hotelu Schönbrunn. Zostaniemy tu do wtorku 18go września. Co mam robić dalej?”

„Chwileczkę…” – po dłuższej chwili – „Wieczorem po dwudziestej drugiej ktoś zadzwoni do hotelu. Koniec”

Wstawiłem radio na miejsce. Wyłączyłem zagłuszarkę a potem zabrałem się za pakowanie naszych rzeczy do walizek. Właściwie to nie były nasze rzeczy. Czekały na nas w kamperze, ale traktowaliśmy je jak nasze. Agnes już od wyjazdu z Łodzi mówiła, że jest z tych rzeczy niezbyt zadowolona, że jak tylko będzie to możliwe to kupi sobie takie co będą jej odpowiadały.

Po wyjeździe z Bratysławy od razu chciał się zatrzymać przy pierwszym sklepie z ciuchami. Była niepocieszona, że to jest niedziela i wszystko zamknięte. To ona naciskała, aby zostać w Wiedniu dłużej. Szykowała się na poniedziałek na wielkie zakupy. Ja zaś byłem w rozterce, nazwijmy to – moralnej. Nie wiedziałem których pieniędzy użyć na te zakupy.

  Mieliśmy naprawdę dużo pieniędzy przekazanych przez Rasmussena, ale miałem też trochę naszych, moje karty bankowe i moje czeki. Czeki i karty były na moje prawdziwe nazwisko. Po namyśle zdecydowałem wydawać pieniądze otrzymane od Rasmussena. Ponieśliśmy duże straty finansowe. Po pierwsze, nic nie wyszło z naszego urlopu, który tylko w niewielkiej części miał charakter zadnia służbowego. Chodzi o krótkie spotkanie z Szymkiem. Po drugie straciliśmy wszystkie bagaże. Zostaliśmy tylko w tym co mieliśmy na sobie. Aparat fotograficzny też diabli wzięli. No i po trzecie straciłem samochód, pięcioletni, ale zawsze mercedes. Ubezpieczyciel na pewno nie zwróci mi ani korony.

  Po tym przemyśleniu nie miałem żadnych skrupułów w sprawie wydatków. Po zapakowaniu walizek, zamknąłem kampera i udałem się do hotelu. Chłopak hotelowy już na mnie czekał. Bez pytania zabrał mi walizki. Na górze dostał pięć dolarów. Agnes właśnie skończyła się kąpać.

„O!… Jakie ładne walizki kupiłeś” – zachwyciła się. Oglądała je chwilę i stwierdziła

  „Ładne są, ale nie pasują do mojej torebki…”

„No to co z tego?”

„Jak to co z tego… przecież się ni pokażę przed hotelem z torebką, która nie pasuje do bagaży…”

„Nie musisz. Chłopak zniesie bagaże”

„Jak ty nic nie rozumiesz!… Kupiłeś je na dole w hotelu, tak?”

„Tak”

„Muszą tam mieć torebki odpowiednie do tych waliz… Daj pieniądze… Idę sprawdzić, co mają, jak mają coś odpowiedniego to kupię”

„OK. ja się wykąpię i pójdziemy coś zjeść”

Wykąpałem się w dziesięć minut, ale musiałem czekać jeszcze czterdzieści zanim Agnes przyszła z torebką.

„Ładna?… Prawda?… I jak pasuje do walizek”

Nie wydawało mi się, aby bardziej pasowała niż ta stara, ale nie chciałem się wypowiadać na ten temat

„Ładna, ładna… Już ósma, musimy zejść i coś zjeść. Głodny jestem”

„Dobrze, Już dobrze… Tylko się umaluję…”

Pół godziny później kelner zaprowadził nas do stolika. Podczas gdy ja studiowałem menu, Agnes rozglądała się po sali jakby kogoś wypatrywała

„Szukasz kogoś, kochanie?”

„Wyobraź sobie widziałam przy recepcji tych dwóch gości z hotelu w Łodzi…”

„Jakich dwóch?”

„Tych co przez pomyłkę weszli do naszego pokoju. Pamiętasz? Mówili po niemiecku. Powiedziałeś, że to muszą być goście hotelowi”

„Jesteś pewna, że to oni?”

„Na sto procent… Ja w przeciwieństwie do ciebie mam dobrą pamięć do twarzy”

„Jaki ten świat jest mały… Mówili po niemiecku, pewno Austriacy… Wracają z wyjazdu do Polski”

   Więcej już nie poruszaliśmy tego tematu. Zastanawialiśmy się jak i kiedy wrócimy do domu. Po kolacji Agnes chciała iść przejść się wzdłuż pobliskiego Ogrodu Botanicznego, ale było już po wpół do dziesiątej.

Musieliśmy wracać do pokoju i czekać na telefon. Kilka minut po dziesiątej zadzwonił. Podniosłem słuchawkę. Usłyszałem Rasmussena. Przywitaliśmy się. Pogratulował udanego powrotu do, jak to określił Wolnego Świata.

„Słuchaj Einar, nie uzgodniliśmy wtedy w Polsce, co mamy robić jak już będziemy w Wolnym Świecie…”

„Nigdy nie myśleliśmy, że się dostaniecie do niego, dlatego o tym nie mówiliśmy… Ha! Ha! Ha!… Taki żarcik… Nie gniewaj się… Ja też muszę odreagować”

„Bardzo śmieszne. Naprawdę”

„No dobra. Teraz na poważnie… Jutro przyjdzie do was do hotelu taki jeden z naszej ambasady. Lars Olovsson. Przekaż mu kluczyki i dokumenty kampera …”

„O której przyjdzie? Chcemy wyjść na miasto…”

„O dwudziestej”

„A co z nami?” – przerwałem mu.

„Wracacie samolotem do Oslo. Cały czas aż do spotkania ze mną jesteście państwem Rubin. Mam dla was prawdziwe norweskie dokumenty dostaniecie je jak się spotkamy. Kończmy już. Powodzenia i do zobaczenia. Pozdrów żonę”

„Dzięki. Do zobaczenia”

  Agnes była cały czas przy rozmowie, ale nie wszystko słyszała. Wyjaśniłem jej, że do domu polecimy samolotem. Ucieszyła się, że ta podróż nareszcie się skończy.

 Podczas gdy ona szykowała się do spania zszedłem do recepcji poprosić, aby dowiedzieli się o loty z Wiednia do Oslo. Recepcjonista przyjął zlecenie. Poprosiłem go, aby dzisiaj już nas nie budził, jak coś załatwi. Odbierzemy wiadomość jutro, gdy zejdziemy na śniadanie.

   Obudziliśmy się około dziewiątej. Spało nam się wspaniale. Żadne ciężarówki ani przejeżdżające samochody nas nie budziły. Okna naszego pokoju wychodziły na wewnętrzny dziedziniec. Żadne hałasy z ulicy nie dochodziły.

  Schodząc na śniadanie odebrałem kopertę z informacją o lotach. W czasie śniadania zdecydowaliśmy się na lot z przesiadką w Kopenhadze. Odlot z lotniska Wiedeń-Schwechat mieliśmy we wtorek 18go o godzinie 15tej.

  Po śniadaniu poprosiliśmy w recepcji o zabukowanie tego lotu. Zaraz potem pojechaliśmy taksówką do centrum handlowego. Agnes szalała po sklepach. Musiałem jej przypominać, że mamy tylko dwie walizki. Ja nic nie kupiłem z obawy o brak miejsca w walizkach.

  Zjedliśmy obiad na mieście i zmęczeni wróciliśmy do hotelu po osiemnastej. Agnes marzyła, aby znów wejść do wanny. Nawet nie rozpakowywała zakupów tylko od razu zaczęła szykować kąpiel. Ja tymczasem zszedłem do recepcji dopełnić formalności związanych z zakupem biletów lotniczych.

  Zajęło to trochę czasu, ponieważ hotel jako pośrednik w zakupie nie chciał przyjąć gotówki. Nie miałem karty bankowej na nazwisko Rubin więc płaciłem czekiem. Musieliśmy czekać aż recepcjonista uzyskał telefoniczne potwierdzenie autentyczności czeku. Wróciłem do pokoju. Agnes była w łazience

„Wszystko załatwione, kochanie… Mamy bilety…”

Nie odpowiadała. W łazience była cisza

„Słyszysz mnie?… Mamy bilety” – cisza.

Otworzyłem drzwi do łazienki. Agnes leżała na wznak w wannie z twarzą pod wodą. W otwartych oczach malowało się przerażenie. Od razu nie miałem wątpliwości, że stało się coś strasznego i że moja Agnes nie żyje. Mimo to rzuciłem się do niej, aby ją ratować. Uniosłem jej głowę nad powierzchnię wody. Próbowałem ją wyciągnąć z wanny. Potrząsałem nią. Mimo że od chwili, gdy otworzyłem drzwi do łazienki w jakiś sposób wiedziałem, że nie żyje, to nie mogłem się z tym pogodzić. Rozejrzałem się po łazience. Wybiegłem do pokoju, tu też nie zauważyłem nic podejrzanego. W mokrym ubraniu zbiegłem do recepcji. Nie zważając na jakąś parę rozmawiającą z recepcjonistą krzyknąłem

„Moja żona nie żyje! Wypadek! Utopiła się w wannie!…”

Recepcjonista wciągnął mnie na zaplecze. Posadził na fotelu. Potrząsnął mną silnie

  „Niech się pan uspokoi. Zaraz wezwiemy karetkę”

Zadzwonił gdzieś, zaraz zjawiła się jakaś kobieta i chłopak hotelowy.

Nagle ogarnęło mnie jakieś otępienie. Poczułem się dziwnie obojętny na wszystko. Ktoś coś do mnie mówił. Nie rozumiałem, o co chodzi, właściwie nie zależało mi, aby zrozumieć co do mnie mówią. Ktoś podsunął mi pod nos szklankę z wodą. Napiłem się łyk. Czułem się zmęczony

„Zostawcie mnie w spokoju”

  Pamiętam, że dostałem zastrzyk. Gość w kapeluszu machał mi czymś przed nosem. Usiłowałem wodzić za tym wzrokiem. Całą siłą woli usiłowałem skupić wzrok na tym czymś. W końcu udało mi się. Była to legitymacja policyjna. W momencie, gdy to do mnie dotarło zrozumiałem głos właściciela legitymacji

„Halo!… Słyszy mnie pan?”

„Tak, tak… słucham…”

„Nazywam się Jörgen Krantz… Inspektor policji z wydziału kryminalnego… Pańska żona nie żyje…”

„Wiem…”

„Możemy porozmawiać? Czy woli pan odpocząć?”

„Możemy rozmawiać…”

„To chodźmy na górę do waszego pokoju”

  Przed pokojem stał policjant w mundurze. W środku jakiś cywil robił zdjęcia, drugi coś notował. Krantz zapytał czy wszystko zrobione. Potwierdzili, że tak. Pozwolił im odejść. Zajrzałem do łazienki

„Gdzie jest moja żona?”

„Zabrano ją… Wie pan, takie procedury. Proszę sprawdzić czy nic nie zginęło”

„Przecież tu nikogo oprócz Agnes nie było…”

„Jak pan wchodził do pokoju, otwierał pan drzwi kluczem?”

„Nie… Chyba nie. Nie pamiętam”

„Zamek ma świeże ślady otwierania wytrychem… Na pierwszy rzut oka, w pokoju był porządek. Walizki zamknięte, ale rzeczy w nich w nieładzie, dlatego proszę sprawdzić czy nic nie zginęło”

„W nieładzie, bo pakowałem je szybko, aby przenieść z kampera do pokoju”

  „Przyjechaliście kamperem? Będziemy chcieli go obejrzeć”

  Zacząłem rozglądać się po pokoju. Nie wiedziałem od czego zacząć sprawdzanie. Torby z zakupami stały nierozpakowane na łóżku. Agnes ubranie, w którym była na mieście leżało w łazience na stoliku

„Gdzie są żony dokumenty?… Nie mogliśmy ich znaleźć”

„W torebce…”

„Torebka jest pusta, nic w niej nie ma” –wskazał na starą torebkę Agnes

„To nie ta… Wczoraj kupiła na dole nową”

„Gdzie ona jest?”

Nigdzie jej nie było. Musiałem powiedzieć co Agnes mogła w niej mieć poza kosmetykami i dokumentami. Powiedziałem, że miała trochę pieniędzy i swoje notatki, z którymi od wyjazdu z Łodzi się nie rozstawała.

Pierścionki i naszyjnik leżały na stoliku przy łóżku.

„Pójdziemy teraz na komisariat, spiszemy protokół. Po drodze pokaże pan kampera”

  „Nie może ten protokół poczekać do jutra, jestem zmęczony”

„Nie. Lekarz, który z nami przyjechał podejrzewa, że pańska żona została utopiona…”

  „Co?!”

„Tak. Na ciele znalazł siniaki świadczące o tym, że była przytrzymywana pod wodą. W koło wanny dużo wychlapanej wody…”

„Ja pewno wychlapałem jak próbowałem ją ratować”

„Jak pan wszedł do łazienki to czy była na podłodze woda?”

„Nie wiem… Nie pamiętam… Nie myślałem o tym”

„Dobrze wychodzimy…”

  Przy recepcji stał młody mężczyzna. Recepcjonista wskazał mu mnie. Podszedł do nas

  „Pan Frank Hartwich, prawda? Jestem Lars Olovsson. Przyszedłem po kluczyki…” – odezwał się do mnie po norwesku.

  Zanim Krantz zaprotestował zdążyłem mu odpowiedzieć

„Moja żona została zamordowana! Zawiadom Rasmussena!…”

Krantz przywołał swoich dwóch kolegów, którzy stali przy drzwiach. Zrobiło się lekkie zamieszanie. Zażądali dokumenty od Olovssona. Okazał je. Krantz polecił mu iść z nami. Olovsson zasłonił się immunitetem dyplomatycznym.

Po Krantzu widać było, że stracił panowanie nad sytuacją. Kazał spisać Olovssona i potem go puścić, a do mnie zwrócił się złowrogo

„No, panie… Coś mi się wydaję, że to nie jest zwykłe zabójstwo… Ambasada norweska… Musi pan nam dużo wyjaśnić… Co pan mu przekazał?… To było po norwesku, tak?”

„Tak. Powiedziałem mu, że moja żona nie żyje…”

„Z całym respektem, co to może obchodzić ambasadę norweską?”

„Wyjaśnię to panu później”

   Doszliśmy do kampera. Boczne drzwi były domknięte, ale zamek był wyłamany. W środku był bałagan. Zdążyłem zauważyć, że radio było nie ruszone. Dokumenty auta leżały rozrzucone z gazetami Agnes na podłodze. Krantz polecił jednemu ze swoich ludzi wezwać ekipę dochodzeniową.

  Wróciliśmy się pod hotel do jego samochodu. Przejechaliśmy dosłownie ze sto metrów. Komisariat policji był kawałek dalej, po drugiej stronie ulicy.

  Zostałem zaprowadzony do pokoju, w którym był pusty stół i kilka krzeseł. Polecono mi czekać na przesłuchanie. Po godzinie poczułem potrzebę pójścia do toalety. Drzwi były zamknięte. Zapukałem w nie. Natychmiast się otworzyły. Policjant zaprowadził mnie do toalety i czekał pod drzwiami. Potem odprowadził mnie z powrotem do tego samego pokoju. Byłem załamany, ale spokojny, obojętny na wszystko. Próbowałem dochodzić w myślach do tego co właściwie się stało. W końcu pomyślałem, że to nie ma sensu o tym myśleć. Agnes nie żyje – to wszystko.

  Nie mogłem dopuścić do siebie myśli, że to morderstwo. Dlaczego ktoś miałby ją zabić? Około dwudziestej drugiej przyniesiono mi kilka kanapek, plastykowy dzbanek z wodą i plastykowy kupek. Policjantka zapytała, czy chcę papierosy. Odpowiedziałem, że nie palę. Tuż przed północą do pokoju weszły trzy osoby. Dwóch nie znanych mi mężczyzn i kobieta z maszyną do stenografowania.

„Jestem Adolf Hott. Pan nazywa się Hartwich… Frank Hartwich, prawda? Od teraz to ja prowadzę pańską sprawę”

„Tak, zgadza się. Chciałbym się widzieć z kimś z ambasady…”

„Jestem Konsulem Norwegii, nazywam się Knut Nilsson” – przerwał mi ten drugi – „Władze austriackie są o wszystkim poinformowane”

„Jeszcze nie wiemy kto zamordował pańską żonę, ale mamy już pewne, potwierdzone teorie na ten temat” – mówił Hott – „Prowadzimy śledztwo w sprawie dwóch naszych obywateli. Jeden z nich, Bruno Hotwasser został zabity przez pana w hotelu w Polsce…”

  „To było w obronie własnej…”

„Proszę nie przerywać. Tak wiemy o tym. Polska policja to potwierdziła. Drugi z naszych obywateli strzelał do was… A właściwie do pańskiej żony, przed waszym hotelem. Jest w rękach polskiej policji. Zabił dwie osoby, Ranił pięć, w tym jedną ciężko. Nie prędko będziemy mieli go u siebie. Jutro lecę do Polski przesłuchać go…”

„Dlaczego chcieli ją zabić?”

„Hotwasser i ten drugi należą do międzynarodowej organizacji Save the Earth, Ocalić Ziemię. Zrzesza ona ekstremistów, dla których inne organizacje zielonych nie wystarczają. To zatwardzieli weganie, obrońcy lasów i praw zwierząt. W Polsce w pobliżu waszego hotelu zabity został przez nieznanych sprawców uzbrojony obywatel polski. Według polskiej policji miał przy sobie nazwisko Hotwassera i numer jego pokoju hotelowego. Według tamtejszej policji zarówno on jak i Hotwasser byli kolekcjonerami motyli…”

„Te motyle to znak rozpoznawczy…” – Próbowałem mu przerwać

„Niech pan nie myśli, że ma pan przed sobą idiotę… Wiemy o tym… tamtejsza policja też do tego doszła”

„Podczas waszej nieobecności było włamanie do waszego mieszkania w Bergen” – odezwał się Konsul – „Właściwie chyba nic nie zginęło, ale zostało przeszukane…”

  „Chyba chodziło im o książkę, którą Agnes pisała…” – odparłem zrezygnowany

„Co to za książka?” – Zapytał Hott

„Agnes pisze…” – poprawiłem się – „pisała o genezie ruchów ekologicznych. Miała na ten temat poglądy, z którymi wielu się nie zgadza. Ostatnio wpadła na trop organizacji, która czerpie wzorce z ideologii nazistowskiej…”

„Chodzi o neonazistów?”

„Nie. Nie. Raczej o ich stosunek do spraw ekologicznych. Wtedy tego tak nie nazywano, mieli jednak świadomość zagrożeń jakie czekają Ziemię w związku z przeludnieniem, zanieczyszczeniem wód i atmosfery… Mieli drastyczne pomysły na ratowanie Ziemi… Agnes o tym pisała w książce. Twierdziła, że ich ideowi spadkobiercy, dzisiejsi ekstremalni młodzi zieloni się tych pomysłów nie wyrzekli”

   Po dwóch dniach intensywnych przesłuchań, ale już z wolnej stopy, w obecności adwokata którego załatwił Konsul, mogłem wrócić do domu.

  Na początku października przysłano ciało Agnes. Mogłem urządzić pogrzeb. Była tylko najbliższa rodzina Agnes, jej siostra z rodziną i kuzynka.

Był też Szymek z Grażynką. Przyszedł również Rasmussen. Dzień wcześniej dostałem z Polski paczkę z książkami. Rasmussen pomógł mi załatwić odszkodowanie od państwa. Dostałem też pieniądze z ubezpieczenia żony. Pomogło mi to podjąć decyzję o wzięciu rocznego urlopu. Postanowiłem dokończyć pisaną przez Agnes książkę. Już nawet mam obietnicę jej wydania.

KONIEC

Leave a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *