BYĆ BOHATEREM

  W marcu 68go byłem w klasie maturalnej w technikum. Nauka szła mi dobrze z wyjątkiem historii i języka polskiego. Zwłaszcza polski sprawiał mi kłopoty. Miałem same dwóje. Przed końcem okresu ledwo wychodziłem na słabe trójki. To, że przechodziłem z klasy do klasy zawdzięczałem przede wszystkim temu, że byłem bardzo dobry z innych przedmiotów, oraz że byłem uczniem cichym, posłusznym i niezauważalnym.

  Moim marzeniem od pewnego czasu było zostać bohaterem. A dokładnie od czasu, gdy w telewizji zobaczyłem reportaż o chłopaku w moim wieku, który uratował kilka osób z pożaru. Siedział w studio w otoczeniu kolegów i koleżanek ze szkoły i opowiadał jak bez zastanowienia rzucił się w płomienie na ratunek potrzebującym.

  Zazdrościłem mu spojrzeń obecnych dziewcząt. Patrzały na niego jak w obrazek. Na mnie żadna tak nie patrzała. Już na studniówce miesiąc wcześniej dotarło to do mnie z całą mocą, że muszę zrobić coś bohaterskiego. Tylko co? Nie mogłem się przebić do dziewczyn.

  W naszej szkole była olbrzymia przewaga chłopców. Tylko w kilku klasach były dwie lub trzy dziewczyny. W mojej klasie było nas dwadzieścia osiem osób w tym trzy dziewczyny, Elka, Zocha i Stacha. Zawsze miały mnóstwo chłopców wkoło siebie. Jak wspomniałem byłem cichym, nie śmiałym chłopcem, aczkolwiek dużym i silnym, ale, co tu ukrywać, niezbyt urodziwym. Moje szanse, aby się przebić w pobliże tych dziewczyn było zerowe. Byłem przez nie ledwo zauważany.

  W tym czasie wśród młodzieży bardzo popularne były prywatki. Były one najczęściej urządzane w domach lub mieszkaniach pod nieobecność rodziców.

  Pewnego razu rodzice pojechali do mojej starszej siostry do Krakowa, na dwa dni. W szkole rozpowiedziałem, że urządzam prywatkę. Przygotowałem się starannie, magnetofon szpulowy, taśmy z nagraniami, trochę kanapek i kilka butelek taniego wina, chociaż wiedziałem, że każdy przyjdzie ze swoim alkoholem. Przyszło kilka osób, ośmiu chłopaków i wszystkie trzy dziewczyny. Mnie praktycznie nie zauważono. Dziewczyny cały czas otoczone były rozgadanymi chłopcami, którzy opowiadali mniej lub bardziej sprośne kawały, chwalili się swoimi rzekomymi bójkami z chłopakami z sąsiedniego liceum. Tańczyliśmy stając w kole i potrząsaliśmy całym ciałem. Było to bardzo modne. Kiedy z magnetofonu rozległ się bardziej romantyczny, powolny kawałek, skorzystałem z okazji, że stałem najbliżej Elki i zacząłem z nią tańczyć. Momentalnie znalazło się przy nas dwóch chłopaków, którzy z okrzykiem

„Odbijany!” – odebrali mi Elkę. Po jej minie widziałem, że poczuła się wyzwolona.  

   Gdy ja z kolei próbowałem odbić Stachę usłyszałem

„Zaraz, zaraz… kolejka jest.” – po chwili ponowiłem próbę z Zochą, Też się nie udało. Tym razem usłyszałem

„Jeszcze nie teraz, dopiero zaczęliśmy” – I tak było przez cały wieczór. Nie udało mi się praktycznie z nikim zamienić choć kilka słów, z wyjątkiem odpowiedzi danej Elce na pytanie

„Gdzie tu jest toaleta?” – Byłem też kilka razy, trzy czy cztery, na prywatkach u kolegów, ale tam było tak samo. Przestałem uczestniczyć w życiu towarzyskim w szkole. Zamknąłem się w sobie do tego stopnia, że nawet nie wyjeżdżałem na szkolne wycieczki.

  Gdy przed ostatnimi wakacjami wychowawca zaproponował mi udział w obozie wędrownym w Bieszczadach, odmówiłem mówiąc, że całe wakacje mam już zajęte.

   Przełom nastąpił właśnie w marcu 68go, gdy byłem w klasie maturalnej. Dokładniej w czwartek 14go marca. Urwałem się przed ostatnią lekcją, żeby spotkać się ze starym znajomy jeszcze z podstawówki. Mieliśmy iść razem do kina na szesnastą. Jego mama pracowała w Wytwórni Filmów Dokumentalnych i Janek zawsze miał darmowe, dwuosobowe bilety do dowolnego kina w Łodzi. Miałem go spotkać w barze Balaton na rogu Kościuszki i Andrzeja.

  Koło szkoły wsiadłem do tramwaju linii 13. Wsiadłem do za dużo powiedziane, o tej porze wychodzili pracownicy kilku zakładów leżących w pobliżu szkoły. Tramwaj był przepełniony i przy każdym wejściu, które wtedy były niezamykane, stali na stopniach ciasno stłoczeni ludzie. Przeważnie mężczyźni.

  Udało mi się umieścić stopę na stopniu w pierwszych drzwiach doczepki. Tramwaj skręcił w Tuwima w stronę śródmieścia. Ulica Tuwima jest dosyć wąska. Zdarzało się, że przy krawężniku stały zaparkowane samochody. Wtedy motorniczy bardzo zwalniał, lub nawet zatrzymywał się tak aby wiszący u wejść ludzie mogli ścieśnić się lub nawet zejść, ominąć zawalidrogę i wsiąść z powrotem, za samochodem. Tym razem, gdy tramwaj zbliżał się do stojącego samochodu dostawczego, motorniczy nie zwolnił. Usłyszałem soczyste bluźnierstwa i prawie wszyscy zeskoczyli w biegu przed samochodem. Mnie się nie udało, torba z książkami którą miałem na ramieniu zaczepiła się o poręcz, której się trzymałem. Szarpiąc się z nią zauważyłem jak szybko zbliżam się do szczeliny między tramwajem a ciężarówką. Była ona szerokości mniejszej niż pół metra. Pozostali stojący na stopniach jakoś docisnęli się do tych co byli w środku i tylko otarli się o samochód. Mnie się nie udało.

  Wyrżnąłem głową w kant budy samochodu, straciłem stopień pod nogami i spadłem na jezdnię między tramwaj a samochód. Na szczęście nie dostałem się pod koła. Tramwaj pojechał dalej nie zatrzymując się. Widziałem z oddali jak zatrzymał się kilkaset metrów dalej na przystanku przy Kilińskiego.

  Ludzie, którzy zdążyli zeskoczyć przed samochodem pomogli mi się pozbierać. Krwawiłem mocno z rozbitej głowy. Ktoś dał mi stary brudny szalik. Ktoś inny chciał pobiec do sklepu po drugiej stronie ulicy, aby zadzwonić po pogotowie, ale został powstrzymany przez innych

„Lepiej nie dzwonić, chłopak może mieć kłopoty jak milicja się dowie, że jechał na stopniach, a po za tym nic mu nie jest.” – po chwili wszyscy się rozeszli. Otrzepałem jako tako ubranie z marcowego błota i wciąż trzymając szalik przy rozbitej głowie ruszyłem w stronę Kilińskiego. Tam udało mi się złapać taksówkę.

  W domu była tylko mama. Miałem rozciętą skórę nad prawym uchem na długości jakiś 10 centymetrów. Rana była pod włosami. Mama jest pielęgniarką, więc nie wpadła w panikę, tylko wymyła mi ranę, wycięła włosy i oceniła, że chyba nie potrzeba tego zszywać. Potem opatrzyła mi głowę tym co było w domu i zawinęła w koło bandażem. Ojciec po przyjściu z pracy stwierdził tylko

„No, teraz wyglądasz jak prawdziwy partyzant. też miałem tak obandażowany czerep jak byłem w lesie.” – Powiedziałem im, że chyba jutro zostanę w domu.

„Mowy nie ma! Przed maturą nie możesz opuścić ani jednego dnia.” – stwierdził ojciec, a mama dodała.

„Od tego się nie umiera. Rano zmienię ci opatrunek i jak nie będzie gorzej to pójdziesz do szkoły”

  Następnego dnia, w piątek, pojawiłem się w szkole z obandażowaną głową. Przed lekcjami kilka osób zapytało co się stało

„Nic, Miałem wypadek. Spadłem z tramwaju.” – nikogo to bliżej nie interesowało. Pierwszą lekcją był polski.

  Nauczycielem polskiego był Budyń. Właściwie nazywał się Wróbel, ale był gruby i z twarzy podobny był do postaci z rysunku na torebkach z popularnym budyniem. Budyń był moim przekleństwem. Byłem u niego najgorszym uczniem, do tego zawsze złośliwie zwracał się do mnie używając mojego pierwszego imienia.

„Eustachy, podejdź do tablicy i powiedz nam…” – i tak dalej. Nie nawiedziłem tego imienia. Miałem o nie pretensje do ojca.

  Mama powiedziała mi kiedyś, że ojciec zarejestrował to imię, w Urzędzie Stanu Cywilnego następnego dnia po moich urodzinach, kiedy w dalszym ciągu był pijany. Nie udało się tego odkręcić. Na szczęście na drugie mam Wojciech. Nie jest to imię moich marzeń, ale zawsze lepsze niż Eustachy. Zawsze, w szkole też podkreślałem, że używam imienia Wojtek.

  Wszyscy nauczyciele i uczniowie to szanowali. Tylko raz jeden chłopak z sąsiedniej klasy nazwał mnie Eustachym. Po szkole, jeszcze na szkolnym dziedzińcu pobiłem go dotkliwie. Wszyscy to widzieli i wiedzieli, dlaczego. O mało za to nie wyleciałem z technikum, ale ojciec stary partyzant, odwołał się jakoś do swoich dużo mogących przyjaciół i wszystko rozeszło się po kościach. Potem dowiedziałem się, że chłopak, którego pobiłem był siostrzeńcem Budynia.

  Tak więc gdy Budyń wszedł do klasy od razu zauważył moją zabandażowaną głowę.

„No i doigrałeś się. Wstań Eustachy jak do ciebie mówię!… Wczoraj na Placu Wolności oberwałeś pałą jak łobuzowałeś z innymi wichrzycielami, co?”

„Nie panie profesorze, ja miałem wypadek.”

„Już ja wiem jaki to wypadek, ja też tam byłem, ale ja nie bawiłem się w demonstrację, ja tam zaprowadzałem porządek”

„Ale ja naprawdę…”

„Ja ciebie chyba tam widziałem, nie byłem tego pewien, ale teraz już nie mam wątpliwości” – ciągnął ze złowrogim uśmieszkiem.

  Budyń był Prawdziwym komunistą. Był repatriantem z Belgii. Chwalił się, że jest bliskim kolegą pierwszego sekretarza PZPR ze Śląska Edwarda Gierka. W szkole był szefem POP czyli Podstawowej Organizacji Partyjnej. Był też Ormowcem.

„A teraz Eustachy podejdź do tablicy i opowiedz nam co Słowacki miał na myśli pisząc Kordiana” – nic sensownego nie mogłem odpowiedzieć, dostałem dwóję

„No widzisz, jak tak dalej pójdzie to ty nie przystąpisz do matury. Mogę cię zapewnić, że ty na pewno nie przystąpisz do matury, a nawet gdyby ci się to udało to zapewniam cię, że oblejesz z polskiego.”

  Na przerwie natychmiast zostałem otoczony przez wszystkich w klasie

„Czemu mówiłeś, że to był wypadek?”

„Nie lubię się chwalić” – odpowiedziałem i w tym momencie zauważyłem swoją szansę na to, aby być Kimś Przez duże K. Chłopaki patrzyli na mnie z mieszaniną podziwu i zazdrości. Dziewczyny wyglądały na oczarowane.

„Bandaż ci przecieka!” – zauważyła Stacha. Pobiegła gdzieś i po chwili wróciła z torbą sanitariuszki. Przyniosła ją z pokoju, w którym mieliśmy zwykle lekcje przysposobienia obronnego

„Trzeba ci zmienić opatrunek. Dziewczyny, pomóżcie mi” – Po chwili wszystkie trzy zaczęły odwijać bandaż.

„To skurwysyny…” – wyrwało się Zbyszkowi, gdy odsłonięto moją ranę. Dziewczyny zgrabnie opatrzyły mi głowę.

„No to opowiadaj jak tam było”

„Gdzie?”

„No na Placu Wolności” 

  Zacząłem szybko główkować, aby wymyśleć coś sensownego

„A… na Placu Wolności. No demonstrowałem tam z innymi.”

„Ale co konkretnie?”

„No… krzyczeliśmy precz z cenzurą, prasa kłamie”

„I co, i co więcej?”

„Rzucaliśmy kamieniami w milicjantów i …” – Zośka przerwała to wypytywanie. Byłem jej za to wdzięczny

„Dajcie mu teraz spokój! Nie widzicie, że jest zmęczony, on musi teraz wypocząć” – a zwracając się do mnie – „Może chcesz kanapkę? Mam z krakowską”

  Następna lekcja to była matematyka, jakieś łatwizny, same powtórzenia przed maturą. Byłem najlepszy w klasie z matmy, nie potrzebowałem teraz bardzo uważać. Wykorzystałem to, aby sobie ułożyć jakieś sensowne odpowiedzi na spodziewane pytania. Na następnej przerwie już brylowałem opowiadając jak byłem goniony przez milicjantów i jak byłem pałowany. Wszyscy, także z innych klas słuchali z zainteresowaniem

  Dziewczyny co jakiś czas sprawdzały bandaż, czy dobrze siedzi i czy nie przecieka. W czasie mojego opowiadania o pałowaniu co jakiś czas dochodziły do moich uszu komentarze typu

„A to skurwysyny jebane” – i temu podobne. Krótko mówiąc czułem, że nareszcie jestem zauważony. Widziałem, że w oczach słuchających jestem bohaterem.

  Do końca lekcji tego dnia, dziewczyny jeszcze dwa razy zmieniły mi opatrunek. I zapytały czy aby nie trzeba mnie odprowadzić do domu, bo jakoś tak słabo wyglądam i jeszcze nie daj Boże mogę zemdleć. Były bardzo troskliwe. Podziękowałem. Powiedziałem, że niema obawy, że dam sobie radę. To był mój najlepszy dzień w życiu.

  W domu mama powiedziała, że mój czerep ładnie się goi i że wystarczy teraz duży plaster, ale ja się uparłem, aby mieć bandaż.

  W szkole dziewczyny już czekały na mnie. Każda miała ze sobą opatrunki, bandaże, nożyczki, jakieś jodyny czy inne płyny. Od razu zabrały się za zmianę opatrunku. Nie protestowałem. Tylko chłopaki tak jakoś jakby nieco zazdrośnie, a może nawet wrogo spoglądali w moją stronę.

  Rozmawiali głośno o tym jak to oni wczoraj po szkole też poszli na Plac Wolności i też ganiali się z milicjantami Każdy z nich został prawie spałowany, ale udało im się uciec. Tylko Marian dostał raz pałą, ale po podudziu. Ciągle podnosił nogawkę spodni, aby pokazać ślad po palę.

„Ale ciebie wczoraj tam nie było” – zauważył

„Zwariowałeś!” – krzyknęła Elka – „Chciałbyś, aby go zabili! Przecież on jest ranny! Teraz nie może się tam pokazywać. Jeszcze z tymi bandażami. Od razu go aresztują.” – I tak na wszystkich przerwach.

  Gdy wychodziłem po szkole razem z dziewczynami podeszło do nas dwóch takich z sąsiedniej klasy. Znałem ich dobrze, jeden to Benek, znaczy się Bernard, a drugi to Józek. Józek tak jak ja miał kłopoty z imieniem, tylko trochę inne. Wszyscy zwracali się do niego Józek a on uparcie domagał się, aby nazywać go Josef. Tylko Benek go tak nazywał. Chłopcy elegancko przeprosili dziewczyny, powiedzieli im, że chcieliby porozmawiać ze mną na osobności.

„Tylko go ni męczcie za bardzo” – poprosiła Elka, po czym pocałowała mnie w policzek na pożegnanie. Zocha i Stacha pospiesznie uczyniły to samo. Byłem zaskoczony i cholernie dumny.

  Gdy zostaliśmy sami chłopaki zapytali się czy nie zechciałbym im pomóc w ich pracy

„W jakiej pracy? – zapytałem.

„Piszemy i rozprowadzamy ulotki antypaństwowe, piszemy ręcznie, bo nie mamy żadnych maszyn. Zabiera nam to dużo czasu. Potrzebujemy pomocników.”

„Ale dlaczego ja?”

„Bo ty myślisz tak jak my. Po tym co zrobiłeś tam na Placu Wolności wiemy, że możemy na ciebie liczyć.” – Chciałem powiedzieć, że nic nie zrobiłem, ale w ostatniej chwili powstrzymałem się. Muszę przyznać, że ta opinia o mnie bardzo mnie podłechtała, więc nie zaprzeczałem

„To co? Pomożesz nam?”

„Dobra, pomogę, ale co miałbym robić?” – zapytałem

„Nic niebezpiecznego. Spotykamy się w domach i piszemy ręcznie ulotki. Potrzebujemy ich dużo.”

„Dobrze, do gdzie się spotkamy?” – dostałem adres mieszkania rodziców Bernarda. Było to niedaleko restauracji Golonka na Wschodniej.

  Spotkaliśmy się tam wieczorem o ósmej. Jego rodzice byli w kuchni a my w dużym pokoju. Było nas czterech chłopców i dwie dziewczyny. Znałem tylko Benka i Józka pozostali byli z liceum na Sienkiewicza. Pisaliśmy do wpół do jedenastej.

  Właściwie to nie były ulotki z jakimiś dłuższymi tekstami, Pisaliśmy takimi grubymi pisakami jakie wcześniej widywałem w Komisach. Pisaliśmy dużymi literami tak że jedno krótkie zdanie zajmowało całą kartkę formatu A3. Teksty były proste, typu Precz z cenzurą! Uwolnić Kuronia i Modzelewskiego Prasa kłamie! Przywrócić swobody twórcze itp.

  Nie wiedziałem kto to jest Kuroń czy Modzelewski, ale nie chciałem się z tym zdradzić. W ogóle nie byłem zainteresowany polityką. Czasem coś przeczytałem w gazecie czy zobaczyłem w telewizji, ale nie przywiązywałem do tego żadnej wagi. Ojciec za to często się denerwował czytając gazety. Wieczorem zawsze słuchał Wolnej Europy i Głosu Ameryki. Matka zawsze się bała, że ludzie mogą usłyszeć.

  Dotarło do mnie, że teraz jako bohater opozycji muszę się zainteresować polityką krajową i zagraniczną. O tej zagranicznej uświadomiła mnie wkrótce Sara, jedna z dziewczyn piszących ulotki.

  Już pierwszego dnia pisania ulotek zauważyłem, że jedna z dziewczyn bardzo mi się przygląda, wysoka jak ja, czarnowłosa z włosami do ramion i z dosyć ciemną cerą. Przyznaję, że zaciekawiła mnie. To była Sara. Pierwszego dnia pisania, gdy wychodziliśmy zapytała, gdzie mieszkam

„Przy Limanowskiego? O to bardzo dobrze! Ja mieszkam na Zachodniej, wiesz w tych nowych blokach. Idziemy razem do domu.” – stwierdziła stanowczo.

  Pierwszego dnia, gdy się odprowadzaliśmy, opowiadała dużo o Wojnie Sześciodniowej na Bliskim Wschodzie, o roli Związku Radzieckiego w tej Wojnie i ogólnie o problemach osadników żydowskich w Izraelu. Później dowiedziałem się, że jak tylko zrobi maturę to wyjeżdża do kibucu w Izraelu. Mama i tata nie chcą o tym słyszeć, ale ona jest dorosła i sama o sobie będzie decydować.

  Te nasze powroty z pisania szybko doprowadziły do tego, że całowaliśmy się gorąco na pożegnanie. A potem już bez tego powodu też.

  Sara zastrzegała się cały czas żebym sobie za dużo nie wyobrażał, bo ona przed wyjazdem nie chce się z nikim wiązać, że tam w Izraelu chce wyjść za mąż i wspólnie z mężem budować Kraj. Wspomniałem kiedyś, że może z nią wyjadę

„O, to nie jest takie proste. Jesteś katolikiem a ja chcę mieć męża żyda”

„To zmienię wiarę”

„Głuptas jesteś, to nie tylko o wiarę chodzi. Najlepiej niech zostanie tak jak jest. Przynajmniej na razie.” – Tym ostatnim zdaniem zostawiła mi trochę nadziei.

  Tymczasem w szkole zaniedbałem się w nauce. Marzec i prawie cały kwiecień były bardzo gorące dla mnie. Doszedłem do wniosku, że skoro i tak Budyń zrobi wszystko abym nie zrobił matury, to po co się wysilać. Do tego doszły mi inne zajęcia.

  Po moim wypadku nagle zaczęto zapraszać mnie na odbywające się zawsze w soboty prywatki. Byłem na nich oblegany przez wszystkich i musiałem opowiadać o moich (już liczba mnoga) bohaterskich walkach z milicją. Szczególnie dziewczyny słuchały tego z wypiekami.

  Kiedyś jakiś chłopak poddał w wątpliwość prawdziwość moich wypowiedzi. Został zakrzyczany przez dziewczyny, niemal pobity, więc inni nie próbowali iść w jego ślady.

  Co do prywatek to zdania naszych rodziców były podzielone. Jedni uważali, że tuż przed maturą musimy przysiąść fałdów i uczyć się, tylko uczyć. Inni twierdzili, że na koniec tygodnia powinnyśmy odpocząć od nauki, przewietrzyć trochę głowy, bo inaczej przedobrzymy. Tej ostatnie opinii się trzymaliśmy.

  W ostatnią sobotę kwietnia było to 27go wychodziłem z Elką z prywatki u Andrzeja. Czekaliśmy na rogu Łagiewnickiej i Warszawskiej na Tramwaj. Było chłodno, padał deszcz. Na przystanku nie było nikogo. Całowaliśmy się do czasu podjechania ósemki.

„Wiesz co, jutro będę sama w domu. Przyjdź do mnie. Przepytasz mnie z matmy, co?” – Co za cholerny pech. Na niedzielę zaprosiła mnie Sara. Chciała abym poznał jej rodziców.

„Elu, jutro nie mogę, wpadnę do ciebie pojutrze.”

„Pojutrze to ja nie mogę” – odparła obrażona. Wysiedliśmy przy Bałuckim Rynku.

„No to cześć” – powiedziała i poszła w stronę Zgierskiej. Tym razem nie dostałem buziaka na pożegnanie.

  W niedziele u Sary było bardzo miło. Zjedliśmy pyszny obiad, a potem przy kawie rodzice Sary opowiadali o tym jak Sara zawsze, od maleńkości była uparta i takie tam temu podobne historie. Wypytywali też mnie o moje dzieciństwo, moją siostrę i o rodziców. Zrobiło się późno. Powiedziałem, że muszę już iść. Pożegnałem się z Sary rodzicami. Sara stwierdziła, że musi wyprowadzić Pimpusia, więc przy okazji odprowadzi mnie kawałek. Pimpuś to jej pudel.

  Przystanęliśmy na niewielkim skwerku. Pimpuś biegał luzem a Sara przytulała się do mnie

„Chciałabym abyś we wtorek, przed pierwszym maja rozrzucał ulotki z chłopakami. Będzie Bernard i Kuba. Zgadzasz się?”

„Dobrze, wiesz, że zrobię co chcesz.”

„Wspaniale! Jutro o dwudziestej u Benka w domu. Omówimy szczegóły.” 

  Do tej pory nie rozrzucałem ulotek. Robili to inni, ale Sara chciała abym w tym też pomógł. Ulotki były rozrzucane mniej więcej raz w tygodniu, najczęściej na Piotrkowskiej między Jaracza a Narutowicza. Na tym odcinku były przejściowe podwórka. Można było nimi przedostać się do Wschodniej i ukryć się w mieszkaniu Benka. Tak zwykle chłopaki robili. Nikt ich do tej pory nie gonił.

  Tego dnia przed 1szym maja, około 21szej, Kuba i Benek z ulotkami w teczkach szli od strony Narutowicza. Ja byłem na wyznaczonym miejscu jakieś sto metrów od rogu. Kręciłem się tam już od dwudziestu minut wypatrując milicjantów lub czegoś podejrzanego. Gdy chłopaki zbliżyli się do mnie dałem im dyskretnie znać, że wszystko jest w porządku. Chłopaki szybko rzucili ulotki i przez bramę, szybkim krokiem udali się w kierunku Wschodniej.

  Na ulicy zrobiło się niewielkie zamieszanie, niektórzy podnosili ulotki, inni przechodzili obojętnie. W tym momencie z piskiem opon zatrzymała się, tuż obok warszawa. Wyskoczyło z niej dwóch rosłych gości. Ludzie zaczęli uciekać. Wszystko to działo się sekundy po tym jak Benek i Kuba znikli w bramie.

  Wpadłem do tej samej bramy, a za mną tych dwóch. Przed sobą widziałem pośpiesznie idących chłopaków. Niestety, już na podwórku potknąłem się o coś i jak długi rozciągnąłem się na ziemi. Tych dwóch za mną nie zdążyło się zatrzymać i przewrócili się na mnie. Chwilę się kotłowaliśmy, ale oni wyciągnęli takie składane teleskopowo pałki i zaczęli mnie okładać. Po chwili nadbiegł jeszcze jeden i zabrali mnie do samochodu.

  Na komisariacie zaczęto mnie przesłuchiwać. Nazwisko, gdzie mieszkam, co robiłem na Piotrkowskiej i dlaczego uciekałem. Odpowiedziałem, że uciekałem, ponieważ wszyscy uciekali. Nie wiem, dlaczego. Nic nie widziałem. Odpowiadałem dosyć chaotycznie bardzo płaczliwym głosem.

  Po jakiejś godzinie wypuszczono mnie. Następnego dnia w szkole Benek podszedł do mnie i szepnął mi do ucha

„Dzięki żeś ich zatrzymał”

„To oni…” – już miałem powiedzieć ze to oni mnie zatrzymali i spałowali, ale się powstrzymałem dostrzegając szansę na jeszcze jeden bohaterski czyn

„Oni was chcieli gonić, nie mogłem dopuścić, aby was złapali” – łgałem jak z nut

„Widzieliśmy jak się z nimi biłeś a potem jak cię zabierali. Co było dalej?”

„Przesłuchiwali mnie na komisariacie. Nic nie powiedziałem”

„Słuchaj, musimy przerwać naszą robotę, nie będziemy się spotykać. Tu w szkole też nie będziemy ze sobą rozmawiać, przynajmniej na razie” – a po chwili dodał – „Aha, Sara powiedziała, że nie możecie się teraz spotykać. Oni na pewno cię śledzą” – I to było w tym wszystkim najsmutniejsze.

  Wiadomość o mojej bohaterskiej obronie Benka i Kuby, mimo ścisłej tajemnicy szybko rozeszła się po szkole, dodając blasku mojej osobie.

  Któregoś dnia na dużej przerwie doszła do mnie Jolka z sąsiedniej klasy maturalnej

„Słuchaj, mam coś dla ciebie. Wszyscy wiedzą, że Budyń cię gnębi. Ja też go nienawidzę i też jestem słaba z polskiego. Na szczęście moja ciotka pracuje w Wydziale Oświaty w Urzędzie Miasta i ma dostęp do tematów maturalnych” – po chwili dodała – „Tylko nie mów o tym nikomu. Ciotka mówi, że najpewniej będzie przygotować się z Kochanowskiego i z Paska”

„Jakiego paska?”

„O Jezu! Z Chryzostoma Paska. Nie słyszałeś o nim? Powtórz sobie lekcję z lutego”

„Dzięki Jolu, spróbuję powtórzyć, ale Budyń i tak mnie nie dopuści do matury”

  Jednak cuda się zdarzają. Na początku maja dowiedzieliśmy się, że Budyń miał wypadek samochodowy, że jest ciężko ranny i że nie prędko wróci do pracy.

  Matury w 68 były w drugiej połowie maja. Bałem się tylko polskiego chociaż przygotowałem się tak jak radziła Jolka. Na 21maja wyznaczony był pisemny z polskiego. Gdy odczytano tematy i ujrzałem je na tablicy odetchnąłem z ulgą

1.Jan Kochanowski i Jan Chryzostom Pasek jako przedstawiciele dwóch kultur.

2. Miłość ojczyzny i braterstwo ludów jako ideowe podłoże twórczości i działalności politycznej Adama Mickiewicza.

3. Ułóż przemówienie na otwarcie Centrum Zdrowia Dziecka- pomnika męczeństwa i bohaterstwa dzieci polskich w okresie II wojny światowej.

  Pisałem oczywiście temat pierwszy. Poszło bardzo dobrze. Z resztą egzaminów nie miałem najmniejszego kłopotu.

  Z maturą przyszła Wolność. Wolność od szkoły przede wszystkim. Była też pewna przykra dla mnie strona. Czas mojego błyszczenia jako bohatera zbliżył się ku końcowi. Przestaliśmy się spotykać w szkole, poza jednym razem, kiedy to przyszliśmy sprawdzić oficjalne wyniki Egzaminu Dojrzałości i odebrania upragnionego Świadectwa. Potem wszyscy się rozjechali. Nie miałem już dla kogo być bohaterem.

  Na początku lipca odbyły się egzaminy wstępne na wyższe uczelnie. Zdawałem na Politechnikę Łódzką. Egzamin poszedł mi średnio, ale na uczelnię nie dostałem się. Zabrakło mi wprowadzonych właśnie w maju tego roku punktów za pochodzenie. Co prawda ojciec był byłym partyzantem, ale w „złej” formacji. Był Akowcem. Teraz już tylko czekałem na wezwanie na Komisję Poborową do odbycia zasadniczej służby wojskowej. Trochę się włóczyłem po mieście, pojechałem na kilka dni do siostry do Krakowa, a później w połowie sierpnia, z rodzicami na wakacje nad morze.

  Tam 20go sierpnia dowiedzieliśmy się o „bratniej pomocy” jakiej Polska wraz z ZSRR, NRD, Bułgarią i Węgrami udzieliła Czechosłowacji.

„Teraz będą chcieli wziąć cię na wojnę” – stwierdził ojciec – „Niedoczekanie ich. Zrobię wszystko, aby nie wzięli cię do wojska. Nie będziesz bił się dla komuchów” – po tych słowach poszedł na pocztę zrobić, jak to powiedział, kilka telefonów. Wrócił wieczorem i oznajmił, że musi wracać do Łodzi.

„To my wracamy z tobą” – rzekła matka.

„Nie, zostajecie do końca turnusu.” – stwierdził stanowczo.

  Mimo to matka zdecydowała po trzech dniach, żeby jednak wracać wcześnie. Myślałem, że ojciec będzie robił jej wymówki za ten wcześniejszy powrót, ale tak się nie stało. Był nawet zadowolony, gdy nas ujrzał.

„Skoro jesteś głupolem i nie potrafiłeś zdać na Politechnikę to miej chociaż z tego jakąś korzyść” 

  Ojciec nie mógł zrozumieć, że to brak punktów „za pochodzenie” sprawił, że nie dostałem się do szkoły.

„Pójdziesz do doktora Ważyka, to mój kumpel z lasu, on zrobi z ciebie wariata” – dodał jeszcze ze śmiechem – „Myślę, że nie będzie z tym miał dużo roboty”

„Dałbyś mu spokój, przecież wiesz, że to nie jego wina, że się nie dostał.” – matka próbowała mnie bronić, ale tak jakoś bez przekonania.

  Doktor Ważyk był psychiatrą. Wypytywał mnie o moje dzieciństwo, jak daję sobie radę z dziewczynami, a może wolę chłopców? I temu podobne. Robił przy tym cały czas notatki. Po przeszło godzinie stwierdził

„Tu masz zaświadczenie, że od dawna leczysz się u mnie. Masz nocne lęki, w dalszym ciągu zdarza ci się moczyć w nocy. Masz myśli samobójcze. Jednym słowem masz poważne zaburzenia równowagi psychicznej, dopadło cię załamanie nerwowe. Ma to związek z napięciem i dużym wysiłkiem umysłowym przed maturą, a potem z niepowodzeniami przy zdawaniu egzaminów na Politechnikę. Wymagasz dłuższego leczenia” – zaskoczył mnie tym długim wywodem

„Tu masz recepty na lekarstwa” – dodał jeszcze ciszej 

„Ale nie musisz je zażywać. To wszystko. Robię to tylko dla twojego ojca. Uratował mi kiedyś życie. Pozdrów go”

  Do wojska na razie mnie nie wzywali. Nie miałem co robić. Brakowało mi tego czasu, gdy byłem bohaterem, brakowało mi pełnych podziwu spojrzeń dziewcząt. Wokół mnie była pustka nie miałem żadnych znajomych z poza szkoły, a ci się rozjechali, nie mieliśmy ze sobą kontaktu. Zajrzałem kilka razy na Zachodnią do domu Sary, ale za każdym razem nikogo nie zastałem. Obiecałem rodzicom, że zacznę szukać pracę, ale dopiero od października. Teraz chcę jeszcze odpocząć.

  Była pierwsza połowa września. Cały czas chodziły mi po głowie różne pomysły na bohaterskie czyny, ale prawie wszystkie wydawały się trudne do zrealizowania. Tylko jeden z nich nabierał kształtów godnych realizacji.

  Postanowiłem podpalić jakiś drewniany budynek i uratować z niego ludzi. Oczami wyobraźni widziałem w gazetach swoją fotografię i informację o tym jak Eustachy, Wojciech Bielicki z narażeniem własnego życia uratował z płomieni trzy osoby – a właściwie, pomyślałem. dlaczego nie pięć – z narażeniem własnego życia uratował z płomieni pięć osób. Bardzo mi się podobała ta wizja.

  Rozpocząłem przygotowania. Najpierw szukałem odpowiedniego obiektu. Po paru dniach znalazłem niewielki, drewniany domek na Drewnowskiej. Stał nieco na uboczu, ruch na tym odcinku ulicy był bardzo mały, przechodniów nie było prawie wcale.

  Tego dnia, kiedy zdecydowałem się na moją bohaterską akcję znalazłem się przed nim około 21szej. Jeszcze raz obejrzałem otoczenie, oceniłem możliwość ewentualnej ucieczki. W teczce miałem zapałki i dwie butelki nafty kupione godzinę wcześniej na stacji CPN przy Ogrodowej i Zachodniej.

  Wszedłem do korytarza, aby zobaczyć, gdzie są drzwi do mieszkań. Już sięgałem do torby, gdy drzwi po lewej nagle się otworzyły

„Czego tu szukasz łobuzie?! Obserwuję cię od dłuższego czasu przez okno! Won stąd, bo zawołam milicję!” – krzyczał jakiś dziadyga z laską.

  Chciałem się tłumaczyć, tak jak na wszelki wypadek sobie obmyśliłem, że szukam kolegi, ale dziadyga zaczął wymachiwać laską więc się wycofałem. Postanowiłem szukać nowego obiektu.

  Doszedłem do wniosku, że lepiej będzie znaleźć coś bliżej centrum, gdzie jest większy ruch i gdzie nieznajomy nie budzi podejrzeń. Około 22giej byłem na Nowomiejskiej przy Północnej. Był tam duży ruch i dużo przechodniów. Poszedłem Północną w stronę Wschodniej. Pomyślałem, że tam na pewno coś znajdę.

  Kawałek dalej spojrzałem w prawo w dużą bramę nowego budynku. Ujrzałem na słabo oświetlonym podwórku niewielki drewniany, jednopiętrowy dom oparty o tył murowanej, dużej oficyny sąsiedniego podwórka. Podszedłem bliżej. Podwórko było puste, w oknach drewniaka były zasunięte firanki. Tylko we wnętrzu otwartej, jedynej klatki schodowej świeciła się jakaś słaba lampa. Zauważyłem, że dom ma poddasze. Wejście tam musiało być przez klatkę schodową.

  Wszedłem ostrożnie, starając się stąpać po drewnianych stopniach tuż przy ścianie, aby deski schodów skrzypiały jak najmniej. Na szczęście z jednego z mieszkań słychać było dosyć głośną muzykę z radia. Na piętrze były jeszcze jedne schody zakończone drzwiami na strych. Drzwi były niezamknięte.

  Na strychu ciemności rozświetlało tylko słabe światło z podwórka dostające się przez małe otwarte okienka znajdujące się tuż nad podłogą. Musiałem odczekać chwilę, aby przyzwyczaić wzrok do ciemności. Między okienkami, pod opadającym w tym miejscu dachem leżało kilka połamanych wiklinowych fotelików, jakaś etażerka, chyba bambusowa i jakieś kartony ze szmatami. Zawadziłem głową o sznury rozciągnięte pod dachem, z pewnością służyły do suszenia prania.

  Podszedłem do rupieci, otworzyłem teczkę i w tym momencie uświadomiłem sobie, że nie mam jak otworzyć butelek z naftą. Były zamknięte zwykłymi, zalakowanymi korkami. Nie byłem przygotowany na ich otwarcie. Trochę spanikowałem i zamierzałem się wycofać, ale zauważyłem jakiś metalowy przedmiot leżący przy rupieciach.

  Było to szewskie tak zwane kopyto. Położyłem butelki na podłodze pod fotelikami i jednym uderzeniem „kopytem” rozbiłem je. Nafta zaczęła znikać w szparach drewnianej podłogi. Szybko rzuciłem na to szmaty z kartonu i podpaliłem je. Zużyłem kilka zapałek zanim pojawił się wyraźny płomień. Szmaty zaczęły ssać naftę z podłogi na podobieństwo knotów lamp naftowych. Teraz dopiero zacząłem się bać.

  Szybko, nie dbając o ciszę zbiegłem niezauważony po schodach. Stanąłem naprzeciw domu. W koło był spokój. Wypatrywałem płomieni w okienkach strychu. Zacząłem chodzić wzdłuż budynku w nadziei, że może patrząc pod innym kątem dojrzę płomienie. Przez kilka minut nic się nie działo. Już myślałem, że płomienie same pogasły, gdy w pewnym momencie wydało mi się, że widzę wydobywający się z okna strychu dym. Było ciemno, ale chwilami wrażenie dymienia białym dymem było wyraźne. Zacząłem nerwowo biegać wzdłuż budynku, obserwując okienka na górze, jednocześnie zastanawiając się czy już alarmować mieszkańców o pożarze. Chyba jeszcze za wcześnie.

  Po następnych kilku minutach widziałem wyraźną żółtawą poświatę w okienkach, dymi się już bardzo, ale płomieni nie widać. Czekam dalej.

  Jest! Widać wyraźny płomień z jednego okienka, wydostaje się na zewnątrz, zaczyna zawijać się do góry, oblizuje dach! Już czas. Zaczynam biegać wzdłuż budynku i drę się

„Pali się! Ludzie pożar! Pali się!” – wpadam do korytarza, czuć spaleniznę, biegnę na piętro i walę do drzwi.

„Ludzie! Uciekajcie, pali się!”

  Drzwi obydwu mieszkań otwierają się natychmiast niemal jednocześnie. Gość w kalesonach krzyczy

„Co? Gdzie się pali?” – Wygląda na przestraszonego. Odpowiadam mu

„Na górze! Dach się pali!” – gościu pociąga nosem i krzyczy w głąb mieszkania

„Matka! Pali się! Bierz dzieciaki i jazda na dół!”

  Z drugiego mieszkania wyszedł młody chłopak i biegnie po schodach na strych, otwiera drzwi i w tym momencie kłęby dymu wypychają go z powrotem na zewnątrz. Nie czekam co będzie dalej, zbiegam na dół. Z mieszkania po lewej stronie wybiegała jakaś rodzina. Drzwi po prawej były zamknięte. Zdążyłem zapytać

„Mieszka ktoś tu?”

„Starsze małżeństwo. O tej porze to oni śpią” – zacząłem walić do drzwi pięściami. Nikt nie otwierał. Uderzyłem z całej siły ramieniem. Drzwi puściły od razu. Przebiegłem przez kuchnię do pokoju. Starszy mężczyzna w piżamie budził kobietę

„Wstawaj Heleno! Mówią, że się nasz dom pali. Słyszysz? Wstawaj do cholery!” – podbiegłem do niego

„Ja panu pomogę!” – Kobieta podniosła się z łóżka. Nie zważając na ich zaskoczone miny wyniosłem ją na rękach na zewnątrz.

  Zauważyłem sporo ludzi na podwórku. Było jasno od płomieni palącego się dachu. W duchu ucieszyłem się, że mnie widzieli, jak ją wynoszę. Zacząłem drzeć się

„Trzeba dzwonić po straż!”

„Już wiedzą o pożarze. Zaraz tu będą” – ktoś mi odpowiedział. Faktycznie, dotarł do mnie dźwięk syreny straży pożarnej, a po chwili, przez wielką bramę nowego budynku wjechał pierwszy samochód, a po chwili drugi.

  W ciągu kilku minut pożar był ugaszony. Ktoś stwierdził, że wyglądało groźnie, ale że spaliło się tylko kilka metrów dachu.

„Szkoda tych co tu mieszkają, wszystko mają zalane”

„Co tam zalane, ważne, że żyją, Kto wyniósł tą kobietę?”

„Ja! Ja zauważyłem ogień i ja ich ura… do jest ostrzegłem o pożarze”

  Ważne, że wiedzą, że to ja. Będą potrzebni świadkowie. Nadjechała milicja. Dwóch zaczęło odsuwać gapiów, którzy stali za blisko budynku. Sierżant zapytał

„Są tu jacyś świadkowie zdarzenia?”

„Ja! Ja zauważyłem, że się pali. Ostrzegłem mieszkańców!”

  Zostałem spisany, nazwisko, adres itp. Mogłem iść do domu, ale zostałem jeszcze, może znajdą się jacyś dziennikarze czy fotoreporterzy.

  Niestety, nikt już na mnie nie zwracał uwagi. Zanim odszedłem stamtąd widziałem, że strażacy pozwolili mieszkańcom wejść do budynku. Inni zaczęli się rozchodzić.

  Następnego dnia kupiłem Głos Robotniczy, Dziennik Łódzki a po południu Express Ilustrowany. W żadnej gazecie nie znalazłem nawet najmniejszej wzmianki o pożarze. Pomyślałem, że może jest za wcześnie na wiadomość o zdarzeniu. Przecież cykl produkcyjny gazety wymaga kilkunastu godzin.

  Przez dwa następne dni nic na temat pożaru nie ukazało się w gazetach. Byłem zrezygnowany. Zacząłem obmyślać inne bardziej spektakularne bohaterskie czyny.

  Ostatniego dnia września nasz dzielnicowy przyniósł wezwanie na komendę milicji na następny dzień. Było wystawione na mnie. Mam się stawić 1go października o godzinie 9tej „w sprawie własnej”.

„Oho, pewno dostaniesz nagrodę za uratowanie ludzi” – Ojciec powiedział to z pewną ironią, ja jednak byłem przekonany, że tak właśnie się stanie. Może nie będzie to jakaś nagroda, ale z pewnością list pochwalny z podziękowaniem za uratowanie ludzi.

  Jeszcze przed dziewiątą byłem w komendzie. Dostałem przepustkę

„Proszę czekać na pierwszym piętrze przy pokoju 12tym. Będziecie wezwani” – czekałem bardzo długo. Około 14tej jakiś cywil zapytał

„Wy jesteście Eustachy Bielicki?”

„Tak to ja”

„Będziecie okazani. Proszę za mną” – zaprowadził mnie do jakiegoś pokoju, w którym stało sześciu mężczyzn w różnym wieku. Ustawił mnie w środku

„Nie ruszajcie się, nie róbcie żadnych gestów i nie odzywajcie się” – po czym wyszedł z pokoju. Po chwili przyszedł z jakąś kobietą

„Poznaje pani który to?”

„To ten” – powiedziała zdecydowanie i wskazała na mnie

„Jest pani pewna?”

„Oczywiście. Cały czas go obserwowałam” 

  Byłem zaszokowany. Zrozumiałem, że mój misterny plan obrócił się w dramatyczny sposób przeciwko mnie. Przestawiono nas. Teraz byłem pierwszy od lewej. Wprowadzony mężczyzna wskazał mnie bez wahania. A potem było przesłuchanie. Nie przyznałem się do podpalenia, no bo przecież nie miałem powodu

„Świadkowie was widzieli tuż przed pożarem jak wchodziliście do budynku i potem, gdy się kręciliście przed nim. Jesteście zatrzymani. Jutro prokurator zadecyduje co z wami będzie dalej”

  Dalej był nakaz aresztowania. Wywieziono mnie do Aresztu na Sikawie. Po kilku tygodniach, na początku grudnia odbył się proces sądowy. Rodzice załatwili mi adwokata. Spotkałem ich na korytarzu przed salą sądową.

  Ojciec nie chciał ze mną zamienić ani słowa, matka cały czas płakała. W czasie procesu zeznawali ci dwoje z okazania, gość z pierwszego piętra, którego najpierw ostrzegłem przed pożarem i pracownik stacji benzynowej na której kupiłem naftę. Okazało się, że milicja poskładała butelki. Nalepki na nich były lekko nadpalone i w ten sposób doszli do tego, gdzie je kupiłem.

  Adwokat powoływał się na opinię doktora Ważyka o moim zaburzeniu równowagi psychicznej, ale to niewiele pomogło. Dostałem dwa i pół roku więzienia. Zobowiązano mnie do zapłacenia kosztów odbudowy dachu. Zanim odwieziono mnie z powrotem na Sikawę mogłem porozmawiać kilka minut z rodzicami i adwokatem. Mama cały czas płakała, zapewniała, że będzie na mnie czekać. Ojciec powiedział, że nie chce mnie znać, ale tylko ze względu na matkę zapłaci za mnie część pieniężną kary. Potem wręczył mi trzy paczki papierosów Sport.

„Po co mi one? Przecież wiesz, że nie palę”

„Bierz, nie marudź. Papierosy w więzieniu to twarda waluta. Wiem coś o tym.” – i na tym skończyła się nasza rozmowa. Wyściskałem matkę, ojciec niechętnie podał mi rękę. Adwokat powiedział mi, że będziemy się odwoływać. Konwojenci przerwali naszą rozmowę i musieliśmy się rozstać.

  Odwołanie nic nie dało. Wyrok się uprawomocnił. W Areszcie na Sikawie miałem być do czasu odesłania mnie do któregoś z Zakładów Karnych w kraju, ale ta wysyłka jakoś się przeciągała. Zacząłem pracować w kotłowni przy areszcie. Praca była bezpłatna, ale ci co pracowali dostawali lepsze jedzenie.

  Któregoś dnia pod koniec maja 69go, nie pozwolono mi iść do pracy. Ponoć prokurator chce ze mną rozmawiać. Nie wiedziałem o co chodzi. Moja sprawa była zamknięta.

  Około 9tej strażnik zaprowadził mnie do budynku wartowni przy bramie. Tam odbywały się widzenia. Tam też były pokoje przesłuchań.

  Szliśmy długim korytarzem, po obydwu stronach były pokoje zamykane tak jak cele. Na korytarzu nikogo nie było poza jednym więźniem myjącym podłogi.

  Strażnik otworzył jedne z drzwi i wpuścił mnie do środka. W środku pod zakratowanym oknem przodem do drzwi siedział jakiś gość. Domyśliłem się, że to prokurator. Spojrzał na mnie i zapytał

„Jak się nazywacie?”

„Eustachy, Wojciech Bielicki, syn Mariana” – prokurator spojrzał w leżące przed nim papiery i zwrócił się do strażnika

„Kogo żeście mi tu przyprowadzili? Miał być Stanisław, Wacław Bielacki… nie Bielicki! Co ja z wami Mam!”

  A więc jakaś pomyłka, pomyślałem. Uspokoiło mnie to

„Odprowadzić go” – drzwi były cały czas otwarte. Wyszliśmy na korytarz. Inny klawisz otwierał sąsiednie drzwi. Wyszedł z nich jakiś cywil w towarzystwie młodej kobiety.

  W tym momencie więzień myjący podłogę rzucił się na klawisza, który otworzył drzwi. Zauważyłem nóż w ręku. Uderzył nim w go w szyję widziałem, jak trysnęła krew. Po tym ciosie uderzył kilka razy zaskoczonego cywila w piersi. Kobieta zaczęła histerycznie krzyczeć.

  Mój klawisz stał jak zamurowany. Napastnik złapał ją za włosy i przyciągnął do siebie przykładając zakrwawiony nóż do jej szyi. Z pokoju wypadł prokurator, do którego byłem zaprowadzony. Kobieta przestała krzyczeć. Na ziemi leżały nieruchomo dwie osoby. Na chwilę wszystko znieruchomiało. Stałem tylko o krok, może dwa od napastnika.

„Nie ruszać się, bo zabiję kurwę!” – był bardzo zdenerwowany, miał obłęd w oczach.

  Nie wiem co mnie podkusiło, ale skoczyłem na nich z impetem. Wszyscy troje przewróciliśmy się na dych dwóch co już tam leżeli. Kobieta wyrwała się z uchwytu nożownika i odturlała się na bok. Ja przyjąłem uderzenie nożem w lewe ramię. Poczułem przejmujący ból w całej lewej stronie ciała. Rozwścieczony, leząc na nim zacząłem okładać go prawą pięścią po twarzy. Wypuścił nóż i chyba stracił przytomność. Nadbiegło kilku strażników z długimi pałami. Zaczęli okładać nas na oślep. Dostałem kilka razy po głowie. Jak przez mgłę słyszałem kobietę

  „Zostawcie go! On nic nie zrobił!”

  Ocknąłem się na łóżku w pokoju szpitalnym. Kraty w oknie uświadomiły mi, że znajduję się w dalszym ciągu w Areszcie. Miałem obandażowaną głowę i lewą rękę. Ledwo widziałem na lewe oko. W całym ciele czułem ogromny ból, łeb mi pękał.

  Przy łóżku siedziała młoda pielęgniarka i czytała gazetę. Zauważyła, że się poruszyłem

„Nie ruszaj się, musisz leżeć spokojnie”

„Pić mi się chce. Daj mi wody”

„Nie możesz teraz pić. Mogę ci tylko zwilżyć usta” – zrobiła to czymś mokrym nawiniętym na łyżeczkę

„Naczelnik polecił mi, aby go zawiadomić jak tylko odzyskasz przytomność. Leż teraz spokojnie” – doszła do drzwi, zapukała, ktoś je natychmiast otworzył. Rozmawiali chwilę. Potem wróciła na krzesło przy łóżku.

  Po kilkunastu minutach przyszedł Naczelnik aresztu w towarzystwie dwóch strażników. Byli też wychowawca, lekarz i prokurator, do którego byłem zaprowadzony przez pomyłkę

„No zachowałeś się po bohatersku, Muszę ci podziękować. Myślę, że wszyscy tutaj jesteśmy ci wdzięczni za to co zrobiłeś. Niestety dwie osoby nie żyją. Będziesz z pewnością świadkiem w sądzie” – Naczelnik mówił łagodnym głosem. Chciałem coś powiedzieć, ale nie dał mi dojść do głosu

„Przepraszam, że moi ludzie tak cię pobili, ale działali rutynowo. Nie mieli czasu zastanowić się kto jest napastnikiem.” – po chwili dodał – „będziesz tu miał dobrą opiekę.”

  Lekarz podszedł do mnie i zajrzał pod powiekę

„Nic ci nie będzie. Za dwa dni będziesz mógł stąd wyjść. Siostra Tereska zajmie się tobą troskliwie. Prawda siostro?”

„Tak, tak, oczywiście” odrzekła siostra Tereska

„Musimy już iść. Jak coś będziesz potrzebował to powiedz” – Naczelnik skierował się do drzwi

„Chwileczkę!” – powstrzymał go prokurator

„Mam do niego kilka pytań”

„Może nie teraz. On musi wypocząć” – zaprotestował lekarz

„Tylko jedno” – zwrócił się do mnie – „Znacie napastnika?”

„Nie” – odparłem cicho

„Wystarczy!” – ostro stwierdził Naczelnik.

  Wszyscy wyszli z pokoju. Została tylko siostra Tereska.

  Dosyć szybko doszedłem do siebie. Tereska zmieniała mi opatrunki. Okazało się, że mam ramię rozcięte w dół aż do łokcia. Lekarz więzienny pozszywał mnie, gdy byłem nie przytomny. Miałem też kilka szwów na głowie w dwóch miejscach. Następnego dnia mogłem już chodzić. Ale Tereska namówiła mnie abym nadal został w łóżku. Spytałem, czy mogę zwracać się do niej po imieniu

„Oczywiście, ale tylko jak nikogo nie ma. A ty jak właściwie masz na imię?”

„Eustachy, ale mów mi Wojtek, tak mam na drugie”

  Tereska powiedziała, że już rozmawiała z lekarzem, aby wystąpił do naczelnika o to abym mógł pracować w izbie lekarskiej jako pomoc. Zawsze pracowali tutaj Świadkowie Jehowy skazani za odmowę służby wojskowej, ale teraz akurat nie ma tu ani jednego.

  Po trzech dniach wróciłem do celi. Nie do tej w której mieszkałem poprzednio z pięcioma innymi osadzonymi. Tym razem dostałem celę w innym pawilonie. Dzieliłem ją tylko z jednym skazanym, byłym milicjantem z drogówki. Dostał się tutaj, bo, jak mi powiedział, nie chciał się dzielić łapówkami od kierowców, z przełożonym.

  Rękę miałem w dalszym ciągu unieruchomioną. Nosiłem ją podwieszoną na opasce zawieszonej na szyi. Raz dziennie Tereska zmieniała opatrunek. Po tygodniu zdjęła mi szwy z głowy. A po jeszcze jednym tygodniu lekarz razem z nią zdjął szwy z ręki. Mogłem już swobodnie nią ruszać, ale wciąż odczuwałem ból przy zginaniu w łokciu.

  Pod koniec czerwca dostałem pracę w izbie przyjęć. Tereska bardzo się ucieszyła. Lekarz poinformował mnie co będę robił. Pod koniec każdego dnia mam sprzątać izbę przyjęć, jego gabinet no i separatkę, w której wcześniej leżałem. Mam pomagać przyjmować pacjentów, to jest wpisywać ich to księgi przyjęć, wypełniać właściwe rubryki informacjami o chorobach pacjentów, zabiegach i przepisanych medykamentach. Lekarz przychodził tylko raz w tygodniu, czasami dwa razy. Gdy go nie było pomagałem Teresce podając opatrunki oraz narzędzia jak nożyczki itp. Dwa razy dziennie szykowałem lekarstwa dla więźniów, którzy mieli je przepisane.

  Robiliśmy to w ten sposób, że na specjalnym wózku mieliśmy tacki z narysowanymi kratkami. W każdej kratce było nazwisko i numer celi. Na tych kratkach stawialiśmy małe słoiczki z lekarstwami. Potem, dwa razy dziennie rozwoziłem z Tereską to wszystko do cel.

  Tak nam schodziło osiem godzin, czasami więcej. Tereska była bardzo gadatliwa. Niemal cały czas mówiła. Dowiedziałem się, że mieszka z rodzicami i młodszym bratem w Koluszkach. Powiedziała, że ma chłopaka i że w przyszłym roku na Wielkanoc planują pobrać się. Oczywiście wypytywała mnie o wszystko. Co robiłem zanim trafiłem do więzienia i czy to prawda, że jestem podpalaczem.

  Ponieważ konsekwentnie zawsze twierdziłem, że jestem niewinny to taką samą odpowiedź dałem Teresce. Powiedziała, że mi wierzy. Odniosłem wrażenie, że powiedziała to szczerze.

  W lipcu Tereska miała urlop. Dwa tygodnie. Na zastępstwo przyszła starsza pielęgniarka, która przez całe dwa tygodnie nie zamieniła ze mną praktycznie ani jednego słowa. Tereska wróciła pod koniec lipca.

  Gdzieś w połowie sierpnia Tereska przyszła do pracy z zaczerwienionymi oczami, była cicha, nie odzywała się do mnie. Jednak nie wytrzymała długo. Rozpłakała się gwałtownie.

„Co się stało Teresko?”

„Ten łobuz łajdaczy się z moją najlepszą przyjaciółką! Taką jedną Anką, zdzirą podłą!”

„Skąd to wiesz, widziałaś ich razem?”

„Nie, ale dziewczyny mi powiedziały”

„Może ci zazdroszczą chłopaka i chcą was skłócić? To się zdarza. Oceń to na chłodno. To z pewnością nieprawda”

„Jak nieprawda jak prawda! Wszystkie o tym mówią!” – na nowo ryknęła głośnym płaczem

„Ale ja się zemszczę. Niech nie myśli, że się będzie łajdaczył bezkarnie. Jak on może, to ja też.” – nic nie odpowiedziałem.

  Szykowaliśmy przedpołudniową porcję lekarstw w milczeniu, no niezupełnym milczeniu Tereska cały czas chlipała, czasem ciszej czasem głośniej.

  Gdy wróciłem po obiedzie do pracy była nadzwyczaj spokojna. Zabrałem się za szykowanie popołudniowej porcji lekarstw a Tereska poszła zrobić porządek w separatce. Po chwili usłyszałem z za niedomkniętych drzwi

„Choć tu do mnie Wojtuś” – myślałem, że potrzebuje, aby jej w czymś pomóc. Zastałem ją leżącą na łóżku. Miała rozchylony służbowy fartuszek, w którym zawsze pracowała a pod nim nic. Zatrzymałem się zaskoczony

„Przytul mnie Wojtuś, pociesz jakoś” 

  Pocieszałem jak mogłem, a że to było pierwszy raz jak pocieszałem dziewczynę to nie szło mi to sprawnie

„Nie bój się nikt nie wejdzie. Zamknęłam drzwi od środka.”

  Okazało się, że nawet w więzieniu może być pięknie. Potem pocieszałem ją przez następne tygodnie aż do końca września.

  Kiedy w ostatni poniedziałek miesiąca przyszła do pracy rozradowana jakoś, chciałem ją pocałować na Dzień Dobry tak jak zawsze robiliśmy to przez ostatnie tygodnie. Wywinęła mi się

„Już nie Wojtuś”

„Co się stało Teresko? Zrobiłem ci coś złego?”

„Nie to nie to. Wiesz, wczoraj przyszedł do nas do domu. Przez całe podwórko szedł na kolanach ze Świętym Obrazem Matki Boskiej przed sobą. Wszyscy ludzie widzieli”

„Kto, Teresko?”

„No, mój chłopak. Przepraszał mnie. Zaklinał się na ten Święty Obraz, że to się już więcej nie powtórzy. Musiałam mu przebaczyć. Nie mogę się dalej mścić. Nie gniewaj się”

„Nie gniewam się” 

  No i skończył się romans z Tereską. A było tak pięknie.

  Zaraz po pierwszy października zostałem zaprowadzony do Naczelnika. Był tam wychowawca i jakiś dwóch cywili.

„Po twoim bohaterskim czynie wystąpiłem do Przewodniczącego Rady Państwa o darowanie Ci reszty kary. Dzisiaj dostaliśmy odpowiedź. Przywiózł ją sekretarz pana Przewodniczącego” – byłem zaszokowany jeden z cywili okazał się tym sekretarzem

„Przewodniczący Rady Państw Przychylił się do wniosku Naczelnika Aresztu w Łodzi i …” – dalsze słowa nie docierały do mnie. W głowie miałem totalny mętlik, nie wiedziałem, czy śnię, a może to tylko taki żart sobie robią? Ocknąłem się, gdy sekretarz podszedł do mnie z wyciągniętą ręką

„Gratuluję, mam nadzieję, że w swoim dalszym życiu udowodnicie, że nie będziemy musieli żałować tego kroku” – po chwili doszedł drugi cywil z kopertą w ręku

„W imieniu Ministra Spraw Wewnętrznych wręczam tę oto nagrodę pieniężną w wysokości tysiąca złotych oraz list gratulacyjny od Ministra” – w dalszym ciągu byłem oszołomiony

„Jutro wychodzisz. Wychowawca pomoże ci ze wszystkimi formalnościami. Mam nadzieję, że więcej się nie spotkamy” – Naczelnik podszedł do mnie z jakimiś papierami. Jakimś cudem udało mi się wydukać

„Tak, oczywiście, nie spotkamy się. Dziękuję”

  Wyszedłem następnego dnia przed południem. Była sobota 4go października 1969 roku. Dokładnie rok i cztery dni temu byłem na ulicy. Nie spieszyłem się do domu. Rodzice o tej porze są w pracy. Nie wiedzą, że jestem wolny.

  O moim wyczynie i o tym, że byłem ranny dowiedzieli się z mojego listu. Potem widzieliśmy się na widzeniu. Ojciec też był. Mama jak zwykle, cały czas płakała, a ojciec wyglądał na dumnego. Albo mi się tak zdawało.

  Pogoda była piękna. Spacerkiem doszedłem do Wojska Polskiego. Chwilę się zastanawiałem co robić dalej z tak pięknie rozpoczętym dniem. W kiosku kupiłem bilety tramwajowe i pojechałem w stronę śródmieścia.

  Przeszedłem powoli Piotrkowską od Placu Wolności do Żwirki, a potem z powrotem. W między czasie zjadłem coś w barze mlecznym a potem posiedziałem ze dwie godziny w kawiarni Łodzianka. Rozmyślałem co robić dalej. Doszedłem do wniosku, że powinienem wszystko zrobić, aby nie mieć wolnego czasu. To przez nadmiar wolnego czasu przyszedł mi ten głupi pomysł z podpaleniem.

  Około 20tej zapukałem do mieszkania, w którym mieszkałem z rodzicami. Matka otworzyła po dłuższej chwili i od razu wybuchła płaczem.

„Co, uciekłeś z pierdla?” – zapytał przerażony ojciec.

„Nie uciekłem. Darowano mi resztę kary, o zobacz tu mam zaświadczenie i list pochwalny” – obydwoje zaczęli czytać, wymieniając sobie na zmianę papiery. A potem było to czego się spodziewałem i za czym tak naprawdę tęskniłem, czyli kolacja, gorąca herbatka i wypytywanie

„No mów, jak tam cię traktowali, czy ręka boli?” – pytała matka

„Niech lepiej powie co teraz zamierza robić” – przerwał jej ojciec, jednocześnie wyciągając z kredensu butelkę z ulubioną nalewką orzechową i trzy kieliszki.

„Tato ja nie będę pił”

„Co, nie napijesz się z takiej okazji?” – zdziwił się

„Jak nie chce to mu nie dawaj” – wtrąciła mama. Powiedziałem im, że zaraz po niedzieli, w poniedziałek pójdę do pośredniaka i wezmę pierwszą pracę jaką mi zaproponują.

  Jak powiedziałem, tak zrobiłem. Dostałem skierowanie do ZPAiAP „Mera” czyli do fabryki zegarów. W dziale kadr przedstawiłem maturę z technikum oraz zaświadczenie o zwolnieniu z więzienia w związku z darowaniem kary. Zostałem skierowany do działu Głównego Mechanika. Po krótkiej rozmowie z szefem, dostałem pracę jako ślusarz. Miałem naprawiać maszyny pod okiem starszego pracownika, z którym będę pracował. Poznaliśmy się.

  Pracę miałem rozpocząć od piętnastego października. Pracowało mi się bardzo dobrze. Mój starszy kolega, pan Szymon, był bardzo wyrozumiały dla mnie, dużo mnie nauczył, wyczulił na pewne sprawy i zapoznał z miejscowymi ploteczkami o innych współpracownikach.

  Po kilku miesiącach namówiłem go na zgłoszenie kilku wniosków racjonalizatorskich. Zostały przyjęte do wdrożenia. Dostaliśmy trochę pieniędzy.

  Pod koniec 70go roku mój kolega rozchorował się i przeszedł na rentę chorobową. Mnie szef zaproponował przejście do narzędziowni. Dostałem nową grupę zaszeregowania i lepsze warunki pracy.

  Pracowało nas czterech, ja byłem najmłodszy. Siedzieliśmy w małym pokoju i naprawialiśmy specjalistyczne narzędzia takie jak wykrojniki i stemple do pras. Pracowaliśmy tylko na dzienną zmianę. Byłem bardzo zadowolony z tej zmiany.

  Pod koniec marca 71go wracałem wieczorem z kina. Szedłem do domu w stronę Limanowskiego ulicą Nowomiejską. Akurat była rozkopana. Usłyszałem za sobą kobiecy głos

„Proszę mi pomóc, mam kłopoty z kółkiem” – Obróciłem się i ujrzałem młodą dziewczynę na wózku inwalidzkim. Próbowała wjechać na wysoki krawężnik, ale prawe koło wózka było nienaturalnie wygięte, właściwie od razu zauważyłem, że ośka koła była wygięta.

„Oczywiście, już pomagam” – wciągnąłem wózek bez trudu na chodnik.

„Musi pani dać wózek do naprawy. To koło zaraz się urwie”

„Nie mogę sobie na to pozwolić. Naprawa potrwa przynajmniej trzy tygodnie.”

„Trzy tygodnie? Niemożliwe, tu jest roboty najwyżej na godzinę”

„Majster w warsztacie powiedział, że muszę zostawić wózek na trzy tygodnie. O proszę mnie tu wepchnąć do bramy” – wjechaliśmy do bramy.

  Po lewej stronie w bramie było zamykane wejście do klatki schodowej. Przy wejściu wisiała tablica z dzwonkami. Dziewczyna, lekko unosząc się z wózka z trudem sięgła do najniższego przycisku.

„Dziękuję panu. Zaraz zejdzie mama i mnie wniesie”

„Ależ ja pani pomogę, wniosę panią”

„Nie, nie trzeba, mama robi to dwa razy dziennie. Dziękuję za pomoc Do widzenia.” – w tym momencie drzwi się otworzyły i stanęła w nich niewielka kobieta. Patrzała na nas chwilę pytającym wzrokiem.

„Mamusiu, pan pomógł mi z wózkiem, ale już musi iść”

„Nie, nie muszę. Pomogę pani wnieść córkę”

„Jaki pan dobry, ale nie trzeba. Damy sobie radę, dziękuję panu. Wie pan, my mamy wypracowaną metodę. Idzie nam to bardzo sprawnie, ale jeśli by był pan tak dobry to proszę wnieść wózek. Nie będę musiała schodzić drugi raz”

„Mamusiu, pan naprawdę musi już iść”

„Ależ nie. Pomogę z wózkiem” – gdy to mówiłem dziewczyna zarzuciła ramiona na pochyloną matkę i zawisła na jej plecach. Zauważyłem, że ma amputowane obydwie nogi pod kolanami.

  Matka dosyć sprawnie wniosła ją na pierwsze piętro. Ja z wózkiem wszedłem za nimi.  Mieszkanie było nadzwyczaj duże. Wchodziło się do dużego salonu. Jedno duże okno wychodziło na ulicę pod oknem stała duża kanapa. Naprzeciwko na stoliku stał telewizor. Między kanapą a telewizorem znajdywał się niewielki stolik kawowy. Z boku stał stół i krzesła.Kobieta posadziła dziewczynę na kanapie. Pomogła jej zdjąć kurtkę i sweter. Dopiero teraz mogłem jej się przyjrzeć.

  Była raczej drobnej budowy, zgrabna z owalną buzią. Długie brunatne włosy zaczesane były w kok, odsłaniając smukłą szyję. Postawiłem wózek przy drzwiach. Kobieta zwróciła się do mnie

„Proszę powiesić kurtkę na drzwiach. Napije się pan z nami herbaty” – stwierdziła stanowczo

„Mamusiu, nie zatrzymuj pana”

„Kasiu pan był tak dobry i nam pomógł. Nie można go ot tak pożegnać”

„Dziękuję, chętnie zostanę. Przy okazji przyjrzę się co trzeba zrobić z wózkiem. Mają panie może jakiś śrubokręt czy coś takiego?” – kobieta przyniosła niewielką skrzyneczkę z narzędziami i wróciła do kuchni.

„Ale pan jest uparty. I po co to panu?”

„Co, po co?”

„No, ten kłopot z wózkiem”

„Pani Katarzyno, nagrzeszyłem sporo w życiu i teraz odkupuję ciężkie grzechy dobrymi uczynkami” – powiedziałem trochę żartobliwie rozkręcając koło wózka

„Kasiu, proszę mówić Kasiu. Co to za ciężkie grzechy?”

„Długo by opowiadać, może innym razem”

„Nie będzie innego razu”

„Będzie. Teraz naprawiłem prowizorycznie. Jutro przyjdę i zrobię to porządnie. Przyniosę potrzebne części”

„Ale ja panu nie zapłacę. Nie mam teraz pieniędzy”

„Mówiłem, że robię to w ramach dobrego uczynku. nie biorę za to zapłaty” – ostatnie słowa usłyszała wchodząca do pokoju matka. Niosła tacę z herbatą i jakieś ciasteczka.

„Dostanie pan zapłatę. Nie chcemy nic za darmo”

„Naprawdę nie potrzebuję zapłaty. Ta naprawa to dla mnie drobiazg. Wystarczającą zapłatą będzie uśmiech pani Kasi. No i pani oczywiście”

„Naprawdę, nie wiem, jak panu dziękować. Widzi pan, my teraz jesteśmy same i…” – Kasia przerwała jej

„Mamo, pana to naprawdę nie interesuje. Nawet nie wiemy jak pan się nazywa”

„O, przepraszam bardzo, nie miałem okazji się przedstawić. Jestem Eustachy Bielicki, ale proszę do mnie mówić Wojtek. To moje drugie imię”

„A ja wolę Eustachy” – odpowiedziała nieco rozbawiona Kasia – „Jak jest zdrobniale od Eustachego?”

„Nie wiem, nikt mnie nie nazywa Eustachym. Wszyscy zawsze używają Wojtek. W szkole tylko jeden nauczyciel uparcie nazywał mnie Eustachym”

„To teraz ja tak będę do pana mówiła. Tylko muszę znaleźć jakieś zdrobnienie. Może Stachu albo Stasiu? Co pan na to?”

„Jak pani chce, Kasiu. W pani ustach wszystko brzmi pięknie”

„Ależ Kasiu, dlaczego miałabyś pana nie nazywać Wojtkiem tak jak inni to robią?”

„Będę nazywała pana Eustachym albo Stasiem, i już”

  Tak sobie rozmawiając wypiliśmy herbatkę. Pożegnałem się i obiecałem wpaść jutro po pracy, dokończyć naprawę.

  Jeszcze tego samego wieczoru przeszukałem komórkę w poszukiwaniu potrzebnych części. Mieliśmy w niej z ojcem dużo rupieci od naszych starych rowerów. Były też części od ojca motocykla. Dawno go już niemiał, ale w komórce było pełno starych motocyklowych drobiazgów.

  Następnego dnia powiedziałem matce, żeby nie czekała na mnie z obiadem, bo przyjdę późno. Prosto po pracy, z torbą pełną części rowerowych i narzędzi udałem się do mieszkania Kasi. Po drodze kupiłem jeszcze kilka ciastek, zastanawiałem się czy nie kupić wina, ale po namyśle zrezygnowałem z tego pomysłu.

  W bramie zadzwoniłem do drzwi. Ktoś otworzył je zdalnie z mieszkania. Wbiegłem na górę, zapukałem

„Otwarte!”

  Kasia siedziała na kanapie w tym samym miejscu co wczoraj.

„Dzień Dobry pani Kasiu. Przyszedłem tak jak obiecałem. Zaraz naprawię wózek, a tym czasem proszę poprosić mamusię, aby zrobiła herbatę. Mam tu kilka ciastek”

„Dzień Dobry panie Stasiu. Herbaty nie będzie. Mamy nie ma w domu” – od razu zabrałem się za wózek. Po chwili dodałem

„To ja pani pomogę z tą herbatą. Chodźmy do kuchni” – Głupio wypaliłem z tym chodźmy

„Nie mogę tam iść. Nie mam wózka” – powiedziała to kładąc nacisk na iść

„Przepraszam. A jak pani porusza się po mieszkaniu bez wózka?”

„Nie chciałby pan tego widzieć”

„Właśnie, że chciałbym” – powiedziałem zdecydowanie przerywając pracę przy wózku. Spojrzałem na nią z wyczekiwaniem

„Dobra, sam pan chciał” – Kasia zrzuciła na podłogę poduszkę z kanapy i zsunęła się na nią na kolana. Odpychając się rękoma posuwała się w stronę kuchni. Lekko zaszokowany tym widokiem podążyłem za nią. Pokazała mi co, gdzie jest w kuchni. Chciałem się zabrać za tą herbatę

„Może pan umyje najpierw ręce? Tam jest łazienka” – wskazała drzwi. Wchodziło się tam przez kuchnię.

  Łazienka była nadzwyczaj duża. Stała tam staroświecka wanna stojąca na lwich łapach, wszystko było jak z innej epoki. Zrobiłem herbatę, wypakowałem ciastka i wróciliśmy do pokoju. Chciałem dalej naprawiać wózek

„Może najpierw napijmy się tej herbaty, skoro tak pan tak za nią tęsknił”

„Po co ta złośliwość pani Kasiu. Jeśli tęskniłem to tylko za panią”

Zaskoczyło mnie czemu wyrwała mi się z ta tęsknota

„Przepraszam pana. Mam dzisiaj dużą chandrę. Często mi się to zdarza”

„Czy mogę jakoś pomóc?”

„Nie. Na to nic nie pomaga. Godzinami, dniami całymi siedzę sama. Mama pracuje. Wychodzę tylko na kursy lub do lekarza. Nikogo nie spotykam”

  Wydawało mi się, że była bliska płaczu

„Mogę usiąść przy pani?” – usiadłem przy jej boku. Nie odsunęła się

„Teraz jestem przy pani”

„Tak, teraz pan jest, a potem pan pójdzie”

„Będę przychodził”

„Samarytanin się znalazł!” – odsunęła się ode mnie – „Nie potrzebuję łaski!”

„To nie z łaski będę przychodził. Pani mi się podoba” – wściekły byłem na siebie, że tak wypaliłem

„No wie pan! Jak może się podobać ktoś bez nóg?”

„Pani ma nogi. Brakuje tylko stóp. Można załatwić protezy”

„Mam protezy. Nie daje się ich używać. Zabić się na nich można”

„Może trzeba ćwiczyć chodzenie?”

„Ćwiczyć?! Chodzę na rehabilitację. Powiedzieli mi, że na tych protezach nigdy nie będę chodziła. Trzeba zamówić lepsze, nowoczesne. Na takie się długo czeka” – w tym momencie drzwi się otworzyły i do pokoju weszła matka Kasi

„Dzień Dobry panie Wojtku” – Kasia przerwała jej

„Mów mu Stachu”

„Już ja wiem, jak mówić. Widzę, że zrobiliście sobie herbatki. To dobrze”

„Dzień dobry pani, zaraz dokończę naprawiać wózek. Będzie jak nowy” – dokończyłem naprawę, wyszło lepiej niż myślałem

„Jutro jest niedziela. Wypróbujemy wózek. Pójdę z panią Kasią na spacer”

„Nigdzie nie pójdę. Nie mam nóżek” – odparła

„Ale ja mam. Starczą dla dwóch osób. Przyjdę około jedenastej” – zapakowałem resztę części i narzędzi do torby. Poszedłem umyć ręce. Przy pożegnaniu przypomniałem sobie

„Aha, chciałbym zobaczyć pani protezy. Może będę mógł coś z nimi zrobić. Jestem mechanikiem precyzyjnym i znam się na tym” – kłamałem.

  Matka przyniosła protezy. Tym razem Kasia nie protestowała

„Chyba nic się nie da z nimi zrobić, są bezwartościowe. Ale jak pan chce spróbować proszę bardzo. Nie masz nic przeciwko temu Kasiu?”

„Niech weźmie. Nie będziesz musiała schodzić do śmietnika, aby je wyrzucić”

„Kasiu! Zachowuj się” – upomniała ją matka. Upchałem protezy do torby i na pożegnanie dodałem

„Będę jutro przed jedenastą.”

  W domu zostawiłem torbę w komórce. Po kolacji powiedziałem, że chcę pogrzebać trochę w starych rupieciach więc posiedzę z godzinkę na dole.

  W komórce mieliśmy z ojcem malutki warsztacik. Warsztacik to chyba za dużo powiedziane, ale było miejscy do dokonywania drobnych napraw rowerów czy czegoś innego.

  Obejrzałem dokładnie protezy. Pierwszy raz miałem coś takiego w ręku. Zauważyłem, że chyba powinny się zginać tam, gdzie normalnie człowiek ma kostkę w stopie. Jedna stawiała duży opór przy próbie ugięcia. Drugą można było poruszać bez najmniejszego wysiłku. Nie wiedziałem, jak powinny działać. Nic tutaj nie wymyślę. Postanowiłem, dowiedzieć się coś więcej o protezach. Tylko skąd?

  Następnego dnie byłem u Kasi już o wpół do jedenastej. Kasia była już ubrana do wyjścia. Matka pomogła założyć jej kurtkę i chciała ją znieść na dół

„Ja to zrobię! Proszę znieść wózek” – podniosłem ją z kanapy tak jak podnosi się małe dziecko. Nie protestowała. Złapała mnie za szyję. Poczułem, że przytuliła się do mnie chyba bardziej niż było potrzeba. Bardzo mi się to spodobało. Posadziłem ją na wózku.

„Tylko wróćcie na trzecią, na obiad” – upomniała matka.

„To, gdzie jedziemy?” -Zapytałem pilnując się, aby nie powiedzieć idziemy

„Nie wiem, to pan chciał iść na spacer” – odpowiedziała kładąc nacisk na iść. Wyszliśmy na Nowomiejską.

„Dobrze, idziemy do parku, do Helenowa” – pierwszy raz pchałem przed sobą wózek inwalidzki. Szliśmy w milczeniu

„Nie wstydzi się pan spacerować z inwalidą?” – zapytała z przekąsem

„Wstydzę się jak cholera. Ale co zrobić”

„Możemy wrócić do domu”

„Nie możemy. Obiad będzie o trzeciej. Po za tym, pani Kasiu niech pani skończy z tymi złośliwościami. Mówiłem, że pani mi się bardzo podoba i jestem zadowolony, że jesteśmy razem”

„Że bardzo się podobam to pan nie mówił, tylko że się podobam”

„To teraz to mówię”

  Po chwili byliśmy w parku. Pogoda jak na koniec marca była słoneczna i ciepła. Znalazłem ławkę osłoniętą z trzech stron krzakami

„Usiądźmy tutaj”

„Cały czas siedzę” – spojrzała na mnie i dodała – „No dobrze, dobrze. Już nie będę” – Usiadłem na ławce, wózek postawiłem obok

„Może mnie pan posadzić obok siebie?” – Przeniosłem ją w taki sam sposób jak poprzednio na schodach. Wydawało mi się, że trochę dłużej trzymała się mojej szyi. Przytuliła się do mnie. Chwilę siedzieliśmy bez słowa

„Pani Kasiu chciałbym…” – Przerwała mi

„Czy my musimy tak z tą panią i panem? Nie możemy być na ty?”

„O niczym innym nie marzę. Szkoda, że nie mamy wódki. Wypilibyśmy brudzia”

„Ja już nie piję”

„Ja też nie, ale byłaby okazja pocałować się”

„Może być brudzio bez wódki” – spojrzała mi w oczy. Nachyliłem się i pocałowałem ją. Pocałunek był dłuższy niż te co się daje na brudzia.

„Kurwa! Dlaczego nie jestem normalna?! Dlaczego nie mam nóg?” – Wybuchła płaczem.

„Po pierwsze jesteś normalna. Po drugie, nogi to nie wszystko. Po trzecie powiedz mi, dlaczego nie masz nóg… stóp?”

„Powiem ci jak mi powiesz co za ciężkie grzechy masz na sumieniu”

„Dobrze, ale ty najpierw mów o nogach”

„W poprzedni Sylwester byliśmy całą paczką w Uniejowie u rodziców kolegi ze szkoły. Mają tam duże gospodarstwo, można było urządzić zabawę. Było nas ponad dwadzieścia osób. Mieliśmy dużo alkoholu. Już przed wybiciem dwunastej wszyscy byli dobrze pijani. Ja też.

  Po dwunastej gospodarz zaproponował kulig. Wyciągnięto traktor. Doczepiono duże sanie konne które mieli w stodole. Mieliśmy pojechać tylko w koło lasku, więc nikt się nie przebierał chociaż temperatura spadła do minus ośmiu. Ja narzuciłam tylko kurtkę na ramiona. Nie włożyłam spodni ani zimowych butów. Na nogach miałam tylko pantofelki na szpilkach. Pojechaliśmy w las było ciemno.

  Na jednym z zakrętów sanie się przewróciły. Nikomu nic się nie stało. Tylko jedna z dziewczyn miała rozbitą głowę i krwawiła. Chłopaki szybko postawili sanie i wszyscy zajęli się głową tej dziewczyny. Ja w czasie upadku zgubiłam pantofelek. Zaczęłam go szukać. W ciemności zsunęłam się po jakimś zboczu w dół. Zgubiłam drugi pantofelek. Nie mogłam się wgramolić na górę.

  Moi przyjaciele odjechali, nie zauważyli, że mnie niema. Po kilku minutach jakoś znalazłam się na drodze. W ciemności ledwo widziałam ślady sań w śniegu. Szłam dłuższy czas boso, tylko w rajstopach. Doszłam do rozstaju dróg. Zgubiłam ślady sań. Poszłam w złą stronę. Droga się zwężała, uderzyłam głową w jakiś konar upadłam.

  Byłam tak pijana, że pomyślałam, aby trochę odpocząć i pójść dalej. Usnęłam. Potem się dowiedziałam, że nad ranem chłopak, z którym tam byłam zauważył moją nieobecność. Jakoś doszli do tego, że wrócili z kuligu beze mnie.

  Wyruszyli mnie szukać. Robiło się już jasno, więc dosyć szybko mnie znaleźli. Byłam nieprzytomna cała biała jak mleko. Wezwano pogotowie. Zanim przyjechało na to zadupie, próbowali mnie ratować. Robili wszystko co nie należy robić z ludźmi w hipotermii. Tym ratowaniem pogorszyli tylko stan moich stóp Były głęboko odmrożone.

  W szpitalu uratowano mi życie. Nie nabawiłam się na szczęście żadnych dolegliwości. Jak się dowiedziałam byłam w umiarkowanej hipotermii. Temperatura mojego ciała opadła „tylko” do plus trzydziestu. Niestety stopy miałam odmrożone do kości nie udało się ich uratować.”

„A co z twoim chłopakiem?”

„A, to cię interesuję”

„Chciałbym wiedzieć, czy masz kogoś”

„Nie mam i nigdy nie będę miała”

„Nigdy nie mów nigdy. Co z chłopakiem?” – powtórzyłem pytanie.

„Nic. Przestał się ze mną spotykać. Przyszedł kilka razy do szpitala, ale jak się dowiedział, że mi amputowali stopy to się więcej nie pokazał”

„A to skurwysyn!”

„Dlaczego tak uważasz? Myślę, że postąpił rozsądnie. Po co mu dziewczyna bez nóg. Teraz opowiadaj o swoich grzechach”

„Jestem Kasiu kryminalistą. Siedziałem w więzieniu”

  Opowiedziałem jej wszystko. Mówiłem jak bardzo chciałem być bohaterem. Żeby dziewczyny mnie podziwiały. Jej pierwszej przyznałem się do podpalenia domu. Do tej pory zawsze zaprzeczałem. Podawałem się za ofiarę pomyłki sądowej.

  Mówiłem, jak było w więzieniu. Tylko o Teresce wspomniałem dosyć ogólnikowo.

„To są moje grzechy. Jestem kryminalistą”

„Nieprawda, jesteś dobrym człowiekiem” – pocałowała mnie. Spojrzałem na zegarek

„Musimy iść. Spóźnisz się na obiad”

„Zjesz z nami”

  Gdy ją wnosiłem po schodach musiałem bardzo uważać. Kasia całując mnie zasłaniała mi oczy. Bałem się spaść ze schodów.

„Mamusiu! Wojtuś zje z nami” – zawołała od drzwi

„Oczywiście, kochanie… Wojtuś? Już nie Stachu?”

„Wojtuś będzie lepiej. On tak przecież woli”

  Po obiedzie umówiłem się, na środę. Kasia chodziła w poniedziałki i wtorki na kursy manikiurzystek. W pewnym sensie odpowiadało mi to.

  Już następnego dnia po pracy cały wieczór przesiedziałem w Bibliotece Waryńskiego przy Gdańskiej i Kopernika. Wyszukano mi dużo książek o protezach, ortopedii i fizjoterapii. Szczególnie tą część stanowiącą o rehabilitacji osób po amputacjach.

  Z Kasią spotykałem się przynajmniej trzy razy w tygodniu. W niedziele, jeśli była ładna pogoda zawoziłem ją do Helenowa i tam spędzaliśmy dużo czasu na „naszej” ławeczce.

  Któregoś dnia pod koniec kwietnia przyniosłem poprawione protezy. Kasia nie chciała je założyć. Jednak po namowie założyła. Chwyciłem ją mocno pod rękę z lewej strony, matka wzięła ją od prawej strony. Kasia chwilę stała niepewnie a potem namówiliśmy ją do zrobienia kilku kroków. Poszło jej bardzo niezgrabnie, ale i tak była ucieszona, ponieważ jak powiedziała czuła je na nogach dużo lepiej niż ostatnim razem, gdy była w przychodni rehabilitacyjnej.

  Kasia szybko się zmęczyła. Jej nogi były bardzo słabe od nieużywania. Matka powiedziała, że już jutro postara się załatwić wizytę u fizjoterapeuty i że musimy udać się tam razem. Wizyta była wyznaczona na następny poniedziałek na 9tą. Wziąłem wolne i we troje udaliśmy się do przychodni.

  Terapeuta długo oglądał protezy

„Kto pani zrobił te zmiany?” – zapytał

„Ja to robiłem, jest coś nie tak z nimi?” – popatrzał na mnie

„Przepraszam, zaraz przyjdę”

  Wyszedł zabierając protezy. Nie było go ze dwadzieścia minut. Zaczęliśmy się denerwować. Wrócił ze starszym mężczyzną

„Andrzej Wiśniewski, jestem ortopedą” – przedstawił się wszystkim

„To pan to robił? Gdzie się pan tego nauczył?” – zwrócił się do mnie. W głosie wyczułem jakby odrobinę podziwu.

„Tak, ja, ale nie wiem czy…” – Przerwał mi

„Dobra robota, ale tu i tu” – pokazywał – „musi pan poprawić” – po chwili zwrócił się do Kasi

„Niech pani do założy” – potem wprowadzili ją między takie poręcze jak dla baletnic i wydawali jej różne polecenia dotyczące sposobu stawiania kroków. Kasia szybko się zmęczyła. Po zdjęciu protez doktor Wiśniewski długo wyjaśniał mi co należy zmienić

„Jak pan to zrobi to muszę je koniecznie zobaczyć” – dał mi swoją wizytówkę z prywatnym telefonem

„Będzie pan miał pytania to proszę śmiało dzwonić” – Po jego wyjściu terapeuta jeszcze przez jakiś czas pokazywał Kasi jakie ćwiczenia ma robić, aby wzmocnić nogi. A potem zwrócił się do mnie

„Panie, ale mu pan zaimponował z tą protezą. Stary dawno się tak nie zachwycał”

„Nie widziałem, żeby się zachwycał”

„Zachwycał się. Ja go znam od lat i wiem, kiedy jest zadowolony”

  W drodze do mieszkania na Nowomiejskiej rozmyślałem, jak wprowadzić wskazane zmiany w protezach. W komórce nie miałem odpowiednich narzędzi ani warunków.

„Co jesteś taki smutny, przecież cię chwalili” – zauważyła Kasia

„Widzisz, wiem co zrobić, ale nie mam na to warunków. U mnie w komórce nie wszystko da się zrobić. Potrzebuję innych narzędzi”

„A cóż to za problem” – wtrąciła matka Kasi – „córka panu nie mówiła? Mamy w podwórku warsztat po mężu. Zmarł naglę na serce na początku stycznia. Mąż naprawiał maszyny do szycia, dziewiarskie, nawet maszyny do pisania. Warsztat stoi nie ruszany od jego śmierci. Chcemy go sprzedać, ale nie ma na niego kupców. Zaraz jak przyjdziemy pokażę go panu”

  Byłem zachwycony tym warsztatem. Wszystko tam było. Nawet zegarmistrzowskie obrabiarki, prasy, aparaty do spawania gazowego i elektrycznego. Cała masa starych części, śrubek i nakrętek. Chciałem zabrać się do pracy, że tak powiem, z marszu.

„O nie, najpierw coś zjemy” – nie mogłem usiedzieć przy stole

„Zobacz mamusiu jak on się rwie do roboty. Chcę być tam przy nim. Inaczej zapomni o Bożym świecie”

„Nie, nie, Kasiu. Będziesz mnie rozpraszać. Lubię pracować w samotności.” – około 22giej przyszła matka Kasi

„No może już wystarczy na dziś? Kasia się o pana niepokoi”

„Tak już kończę. Wie pani muszę koniecznie widzieć się z doktorem Wiśniewskim. Jutro do niego zadzwonię” – poszedłem na górę pożegnać się z Kasią. Była już w łóżku w sąsiednim pokoju. Zauważyłem, że jest z niego przejście do jeszcze jednego pomieszczenia

„Tam jest pokój mamy. Podejdź bliżej” – ucałowała mnie gorąco nie przejmując się obecnością matki

„Nie pracuj tyle. Jutro też jest dzień”

  Zaraz z rana zadzwoniłem z pracy do Wiśniewskiego. Opowiedziałem mu co zrobiłem. Chciał, aby przyjść do niego natychmiast. Odpowiedziałem, że teraz nie mogę, że jestem w pracy

„To niech pan wpadnie do mnie do domu po czwartej” – dostałem adres. Narutowicza przy Radiostacji. O czwartej już tam byłem.

  Tym razem widziałem w jego oczach zachwyt. Oglądał protezy przez kilka minut bez słowa

„Panie, ale pan ma talent. Naprawdę sam pan to robił? Tylko te materiały co pan użył, o tutaj. Niech pan spojrzy. Ten teflon jest nie odpowiedni, jest za ciężki i za sztywny”

„Nie mam nic innego”

„Wie pan teraz na zachodzie używają włókna węglowe. To jest nowość, rewelacja. Jak by ten teflon na to zamienić to byłaby rewelacja”

„Gdzie to mogę kupić?”

„W Polsce? Nigdzie. Ale poczekaj pan, kolega był we Francji i przywiózł tego trochę. Jutro do niego zadzwonię. Na pewno mi odstąpi potrzebny kawałek. Niech pan z rana do mnie zadzwoni”

  Około piątej następnego dnia mieliśmy już ten materiał. Wiśniewski uparł się, że chce widzieć, jak to robię. Taksówka przyjechaliśmy na Nowomiejską. Wskoczyłem szybko na górę po klucze od warsztatu. Powiedziałem, że jestem z Wiśniewskim i że będziemy kończyć pracę przy protezach.

  Pracowaliśmy do 22giej Doktor koniecznie chciał, aby pacjentka przymierzyła protezy od razu.

„Ona już pewnie śpi”

„No, to pan ją obudź!”

  Kasia była już w piżamie

„Wskakuj panna w te protezy, tylko szybko, lepszych nie ma w całym mieście, co ja mówię, w całej Polsce chyba się nie znajdzie” – był wyraźnie rozgorączkowany i ciekawy jak zadziałają. Kasia założyła je i zaczęliśmy oprowadzać ją po pokoju. Szło jej bardzo dobrze.

„Ma pani kule?” – matka przyniosła je z kuchni. Nie wiedziałem, że są w domu.

„To teraz sama. Niech się pani nie boi. Podniesiemy panią jak pani upadnie. Proszę pomóc przesunąć te meble” – przesunęliśmy stół, ławę i fotel pod ścianę

„No, wspaniale, wspaniale za miesiąc będzie pani chodziła beż tych kijów. A teraz ćwiczyć, ćwiczyć i jeszcze raz ćwiczyć. Ja już muszę lecieć. Aha pojutrze spotykamy się w przychodni o 15tej”

„Ale nie mam umówionego czasu”

„Nie szkodzi, pojutrze o 15tej. Dobranoc państwu” – po jego wyjściu Kasia nie chciała przestać chodzić. Matka Kasi popłakiwała

„To ze szczęścia. Dziecko ty będziesz chodzić” – Kasia uparcie chodziła. Co kilkanaście minut siadała na kanapie odpocząć. Jej mama poszła już spać

„Kasiu, już druga się zbliża. Skończmy na dzisiaj”

„Ja jeszcze nie kończę. Ty jak chcesz to idź do domu”

„Przecież wiesz, że ciebie tak nie zostawię”

  Około piątej nad ranem Kaśka była prawie nieprzytomna. Pomogłem zdjąć protezy. Kikuty podudzia były czerwone widać było ślady otarć. Położyłem Kasię do łóżka. Zatrzasnąłem drzwi mieszkania. W domu byłem przed szóstą.

  Czekało mnie wypytywanie, gdzie byłem co robiłem.

„Pewno znowu wykręci jakiś numer” – stwierdził z przekąsem ojciec.

„Nic wam nie wykręcę. Obiecałem to i słowa dotrzymam. Byłem u dziewczyny. Zasiedziałem się.” – powiedziałem na odczepne

„Domyślałam się ze on kogoś ma. Mógłbyś ją tu przyprowadzić, przedstawić”

„Pomyślę o tym”

  Szybko się umyłem i przebrałem. Byłem już spóźniony do pracy.

  Dwa dni później, w przychodni doktor Wiśniewski już na nas czekał. Były jeszcze dwie kobiety i trzej mężczyźni. Przedstawili się, wszyscy byli lekarzami. Wiśniewski pokazał protezy. Chwalił je

„Tak się teraz robi na zachodzie. Ale te protezy zrobił obecny tu pan Bielicki. Jest samoukiem. Nieprawdopodobnie zdolny, młody człowiek. Pani nam teraz pokaże jak się one sprawują.”

  Kasia spacerowała między poręczami zupełnie swobodnie łapiąc się ich od czasu do czasu

„A teraz schody. Przejdzie pani do drugiego pomieszczenia”

„Ale ja nie ćwiczyłam na schodach” – zaprotestowała

„No, to czas zacząć”

  Wdrugim pokoju, a właściwie wysokiej sali gimnastycznej stały zbudowane z drewna schody prowadzące na niewielką platformę. Były wąskie na jedną osobę z solidnymi poręczami po obydwu stronach.

  Na schodach Kasi nie wyszło. Doktor stwierdził, że to nie wina protez tylko strachu jaki Kasia miała przed schodami, że to jakaś blokada w głowie i że to się zdarza. Trzeba ćwiczyć. Na koniec pokazał mi jak poprawić kielichy protez w która wkłada się kikuty, aby uniknąć otarć. Potem jeszcze na osobności szeptem powiedział

„Mam dla pana propozycję. Widziałem pana warsztat…” – Przerwałem mu

„To nie mój warsztat”

„A czyj?” – wyjaśniłem mu

„Ale może pan z niego korzystać, prawda?”

„Tak, oczywiście”

„No to wspaniale! Proponuję panu spółkę. Razem otworzymy firmę robiącą protezy. Na to jest ogromne zapotrzebowanie. Można na tym dużo zarobić. Ja mam klientów, pan ma talent”

„Niewiele wiem o protezach”

„Pokażę panu co i jak. Resztę się pan nauczy. Będziemy się dzielić wpływami. Wykupi pan ten warsztat. Nie pożałuje pan tego”

„Pomyślę o tym”

  W drodze powrotne powrotnej powiedziałem Kasi i jej mamie o propozycji Wiśniewskiego. Starsza pani od razu się do niego zapaliła

„To lepsze niż oddać komuś za bezcen” – stwierdziła

„Jeśli się w ogóle znajdzie jakiś nabywca” – dodała Kasia.

  Był początek czerwca. Kasia chodziła już dosyć swobodnie. Używała kuli „tylko na wszelki wypadek” jak sama to określiła. Gorzej było ze schodami, zwłaszcza ze schodzeniem w dół. Ćwiczyliśmy na klatce schodowej, ale postępy przychodziły jej z trudem. Pod koniec miesiąca postanowiłem z Kasią pokazać się rodzicom. W umówionym dniu, w niedzielę, doszedłem z Kasią do Placu Wolności, do postoju taksówek. Wysiedliśmy przed kamienicą, w której mieszkałem z rodzicami. Kasia chciała sama wejść na drugie piętro, ale szybko się zmęczyła. Wniosłem ją na górę. Postawiłem przed drzwiami, podałem kule. Zadzwoniliśmy. Drzwi otworzyła mama. Kasia weszła pierwsza

„Dziecko, co pani jest?” – mama była przerażona

„Dzień Dobry, nic mi nie jest. Po prostu nie mam nóg” – wypaliła Kasia od progu. Po wejściu do pokoju oznajmiłem

„To jest moja dziewczyna, Katarzyna”

  Matka zasłoniła usta dłonią

„Proszę go nie słuchać. Nie jestem jego dziewczyną, jestem tylko koleżanką”

„Czemu tak mówisz Kasiu?” zapytałem

„Wiem co mówię”

  Atmosfera przy stole była napięta. Jedliśmy w milczeniu. Próbowałem coś mówić, ale nikt nie podejmował rozmowy. Gdy matka szykowała się do podania kawy Kasia poprosiła mnie

  „Zabierz mnie do domu, źle się dzisiaj czuję”

  Ani matka, ani ojciec nie zaprotestowali. Nie próbowali jej zatrzymać. Szybko się pożegnaliśmy. Zniosłem Kasię na dół. Chciałem ją odwieść do domu. Doszliśmy do postoju

„Wiesz, sama pojadę. Dam sobie radę. Naprawdę głowa mnie dzisiaj boli” – pocałowała mnie szybko w policzek.

  W domu czekała na mnie awantura.

„Kogoś ty do nas sprowadził?!” – krzyczała matka od progu – „chcesz się wiązać z kaleką bez nóg?! Nie ma już normalnych dziewcząt?”

„Ona jest normalna”

„Ona jest kaleką. Widzę takie co dziennie w szpitalu. Już wolałabym widzieć cię w więzieniu. Z stamtąd się wychodzi. Z nią musiałbyś spędzić całe życie, czy ty wiesz co to znaczy”

„Daj mu spokój, to mu przejdzie” – Ojciec odezwał się po raz pierwszy

„Nie przejdzie mi, ja ją kocham” – odparłem

„Żebyś jej tu więcej nie sprowadzał! Zabraniam ci! Tu nie ma miejsca dla kalek!” – krzyczała matka

„W takim razie dla mnie też tu nie ma miejsca!”

  Wpadłem do mojego pokoju i zacząłem pakować chaotycznie ubrania do torby. Wyszedłem z mieszkania nie zatrzymywany. Na Nowomiejskiej długo dzwoniłem do drzwi. Wiedziałem, że muszą być w domu. Po jakiś dziesięciu minutach upartego dzwonienia drzwi się otworzyły. Wpadłem na górę. W drzwiach od mieszkania, stała matka Kasi.

„Ona nie chce się z panem widzieć. Niech pan dzisiaj nie próbuje”

„Ale ja muszę się z nią widzieć” – odsunąłem ją na bok. Nie protestowała, z płaczem pobiegła do drugiego pokoju.

  Rzuciłem torbę przy drzwiach. Kasia siedziała zapłakana na kanapie

„Nie chcę cię znać! Nie widzisz, że to nie ma sensu. Zostaw mnie w spokoju. Chcę być sama, tak jak byłam sama zanim ciebie poznałam”

„Nie będziesz więcej sama. Kaśka! Czy ty nie widzisz, że ja ciebie kocham! Patrz tam leżą moje rzeczy. Ja już tam nie wrócę. Chcę zostać przy tobie” – usiadłem przy niej. Objąłem ją i zacząłem całować

„Zostaw, nie wiesz co robisz, to nie ma sensu” – była już spokojniejsza.

„Bez sensu byłoby moje życie bez ciebie, kochana”

  Zostaliśmy na tej kanapie do rana. Kochaliśmy się.

  Obudził nas zapach kawy. Była godzina dziesiąta. Już nie było sensu iść do pracy. Jutro się wytłumaczę z nieobecności. Teraz tutaj muszę załatwić sprawę do końca. Usłyszeliśmy głos z kuchni

„Śniadanie na stole! Musimy porozmawiać”

  Już prawie rok mieszkam z Kasią. Dostaliśmy ostatni pokój. Matka Kasi przeniosła się do środkowego. Jest nam bardzo dobrze razem. Kasia skończyła kursy i dostała pracę w zakładzie fryzjerskim, przepraszam, teraz nazywa się to Salon Fryzur Damskich. Ma tam swój kącik. Jest wziętą manikiurzystką. Ma dużo stałych klientek. Chyba żadna nie wie, że Kasia nie ma stóp.

  Założyłem z doktorem Wiśniewskim wytwórnię protez. Moje panie chciały przepisać warsztat na mnie, jako darowiznę, ale okazało się, że ze względów podatkowych lepiej będzie, jak go będę dzierżawić.

  W dalszym ciągu pracuję w fabryce zegarów, ale tylko na pół etatu, resztę czasu spędzam w warsztacie. Mam dużo pracy.

  Kilka dni po mojej wizycie z Kasią w domu rodziców poszedłem tam przed południem, kiedy oboje byli w pracy. Zabrałem resztę swoich rzeczy. Na stole w kuchni zostawiłem list, w którym się z nimi żegnałem na zawsze, no chyba że zmienią zdanie i zaakceptują mój związek z Kasią. Zostawiłem numer telefonu do pracy, gdyby chcieli zadzwonić. Nie znali adresu na Nowomiejskiej. Klucze od mieszkania wrzuciłem do skrzynki na listy. Nie zadzwonili.

  Kilka dni temu kończyłem pracę nad pewną protezą. Około 18tej zeszła do warsztatu Kasia

„Kończ teraz, mamy gości”

„Co za gości?”

„Sam zobaczysz” – Kasia już całkiem dobrze dawała sobie radę na schodach. Otworzyła drzwi i puściła mnie przodem.

  Na kanapie siedzieli moi rodzice. Mata zerwała się i rzuciła się z głośnym płaczem mi na szyję

„No i zaczęło się. Znowu ryczy” – stwierdził gorzko ojciec. Po czym też serdecznie mnie wyściskał

„A z Kasią się nie przywitacie?” – zapytałem.

„Myśmy się już przywitali, jesteśmy tu od godziny”

„Gdzie jest mamusia?” – zwróciłem się do Kasi, kładąc nacisk na mamusia

„Poszła kupić coś na kolację”

„Skąd macie adres?” zapytałem

„A co ty myślisz, że ja stary partyzant wywiadowca nie umiałbym cię odnaleźć? Od pierwszych dni po twoim zniknięciu wiedzieliśmy, gdzie jesteś”

„Po co przyszliście? Nie zmieniłem zdania i Kasi nie zostawię.”

„Nie synuś. Nie chcemy abyś ją zostawił. Od dawna was obserwujemy i wiemy, że jest wam dobrze” – matka powiedział łagodnym głosem

„Przyszliśmy w innej sprawie” – przerwał ojciec – „dostałeś wezwanie do sądu w sprawie tego zabójstwa w więzieniu. Nie wymeldowałeś się i przyszło na nasz adres”

„O czym ty mówisz stary? Jeszcze sobie pomyśli, że tylko dlatego przyszliśmy” – przerwała mu matka.

  Z tego wszystkiego nie zauważyłem, kiedy przyszła matka Kasi. Okazało się, że są obie w kuchni. Weszły do pokoju i zaczęły nakrywać do stołu

„Kolacja gotowa, prosimy do stołu”

  Było bardzo miło. Panie opowiadały sobie o rodzinie. Ojciec przekazał nam pozdrowienia od mojej siostry z Krakowa. Mamy do nich koniecznie przyjechać latem

„Kiedy bierzecie ślub?” – zapytała matka

„Ślubu nie będzie” – krótko odparła Kasia

„Jak to tak, bez ślubu?”

„Bez ślubu. Nię chcę wiązać przy sobie Wojtka. Mosze odejść, kiedy zechce”

„Co ty pieprzysz kochanie, wiesz, że nigdy od ciebie nie odejdę” – zwróciłem się do Kaśki

„Nie używaj takich słów jak z nią rozmawiasz” – upomniał mnie ojciec

„Kasia zawsze była i jest bardzo uparta” – wtrąciła jej mama – „Ja i Wojtek cały czas nalegamy na ślub, ale ona nie chce o tym słyszeć”

  Gdy wybiła dziesiąta ojciec zauważył, że czas iść do domu pożegnaliśmy się wszyscy bardzo serdecznie. Rozstaliśmy się pogodzeni.

  Kilka dni później odbył się proces sądowy zabójcy z Sikawy. Zeznawałem jako świadek. Byli fotoreporterzy, telewizja. Wyrok był spodziewany, za podwójne zabójstwo dostał karę śmierci.

  Wieczorem w dzienniku telewizyjnym pokazano fragment moich zeznań. Z imienia i nazwiska wymieniono mnie jako bohatera, który zapobiegł dalszej rzezi. Tak samo było w gazetach. Sam w sobie byłem zdziwiony, że te wzmianki o mnie, nie zrobiły na mnie wrażenia. Przecież jeszcze nie tak dawno skakałbym z radości gdy by ktoś publicznie nazywał mnie bohaterem. Czytałem je jak by to było o kimś obcym.

  Kasia wycięła wszystkie notatki o procesie w których byłem wymieniony

„Po co to robisz, Kasiu? Komu to potrzebne”

„Zachowam to na pamiątkę, pokażemy to naszym dzieciom”

„Jakim dzieciom, Kasiu?”

„Naszym. W listopadzie urodzi się pierwsze”

KONIEC

Leave a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *