POGRZEB

Wysiadłem z samochodu i jak zawsze po powrocie z pracy podszedłem do skrzynki na listy. Zajrzałem do środka. Pusto. Zawsze do niej zaglądam, chociaż niczego się nie spodziewam. Ostatnie rachunki do zapłacenia wyciągałem, z niej kilka lat temu…To znaczy te w wersji papierowej. Niestety, rachunki przychodzą dalej, ale już elektronicznie, przez Internet.

Inna poczta przychodzi do nas bardzo rzadko. Dwa razy do roku kilka kartek świątecznych i wielkanocnych od starszych krewnych i znajomych, którzy nie potrafią lub nie chcą wysyłać życzeń elektronicznie. Najczęściej ze skrzynki na listy wyciągam stosy reklam.

 Po wejściu do domu poszedłem do kuchni przywitać się z Zosią. Zauważyłem, że jest zdenerwowana. Bardzo energicznie tłukła tłuczkiem jakieś mięso

„Stało się coś?” – zapytałem

„List przyszedł do ciebie. Położyłam na biurku w twoim pokoju”

„Od kogo?”

„Od jakiejś kobiety” – odpowiedziała z nieukrywaną złością

„Trzeba było otworzyć. Wiesz, że nie mam przed tobą tajemnic”

„Nie mam zwyczaju otwierać cudzych listów…”

„No, już dobrze. Nie denerwuj się. Zaraz dowiesz się co to za kobieta wysłała list do twojego chłopa”

Wychodząc z kuchni usłyszałem znacznie mocniejsze uderzenia tłuczka w mięso.

 

Na biurku leżała zwykła biała koperta. Zaadresowana poprawnie do mnie. Nadawcą była pani Henryka Lisiecka zamieszkała w Norrköping, a więc całkiem niedaleko od nas.

Nazwisko nic mi nie mówiło. Zastanawiałem się chwilę czy je już gdzieś nie słyszałem. Doszedłem do wniosku, że chyba jednak nie. Otworzyłem list i zacząłem czytać.

Przeczytałem dwa razy i poszedłem do kuchni. Zosia przestała tłuc mięso i spojrzała na mnie z wyczekującym wyrazem twarzy. Milczałem chwilę i udawałem, że czytam wciąż ten list.

„No..” – ponagliła mnie – „Powiedz wreszcie o co chodzi”

„Nie denerwuj się. To nie jest list miłosny…”

„Boże daj mi siłę” – przerwała mi

„To zaproszenie na pogrzeb…”

„Na pogrzeb się nie zaprasza” – zauważyła

„Pani Henryka Lisiecka zawiadamia mnie o śmierci swojego długoletniego, jak to określiła, przyjaciela i zaprasza mnie…Słuchaj uważnie” – podkreśliłem – „I zaprasza mnie na jego pogrzeb…Uważaj dalej. Nie chodzi w tym zaproszeniu o przybycie na cmentarz i złożenie hołdu zmarłemu. Nie tylko o to chodzi. Ona chce abym był jednym z sześciu przyjaciół zmarłego niosących jego trumnę…”

„Powiedz wreszcie o kogo chodzi”

„Znasz go dobrze, a raczej znałaś…To twój były. Mateusz Kobryń”

Zosia wypuściła z rąk tłuczek do mięsa. Zachwiała się. Przez moment myślałem, że upadnie. Podbiegłem do niej. Zatrzymała mnie gestem

„Nie! Nie. Nic mi nie jest…Dlaczego nikt mnie nie powiadomił?”

„Nie wiem. Ta Lisiecka pisze, że Matti długo chorował, że powiadomił o swojej ostatniej woli księdza który przyszedł go namaścić. Ona i jej siostra były przy tym obecne. Ponoć zażyczył sobie być pochowanym w Łodzi. Chce też aby najlepsi przyjaciele nieśli trumnę. Między innymi ja”

„Przecież, nie chciał cię znać…”

„Tak, pamiętam. Znaliśmy się długo, ale czy byliśmy przyjaciółmi?…Wiesz, że nie lubię takich wielkich słów. Lubiliśmy przebywać ze sobą, a potem…”

„Dobrze! Przestań już!…Kiedy pogrzeb i gdzie?”

„W przyszły piątek w Norrköping.  Na Cmentarzu Północnym odbędzie się ceremonia pogrzebowa, przed wysłaniem trumny do Polski. Dzisiaj jest czwartek. Mamy jeszcze trochę czasu, aby się zastanowić co robić”

„Nie ma się nad czym zastanawiać. Ostatnią wolę zmarłego należy spełnić” – stwierdziła stanowczo Zosia – „Co jeszcze pisze ta…Ta jego konkubina?”

„Matti zmarł w poniedziałek. Ona chciała do mnie zadzwonić, ale miała nieaktualny numer. Adres znalazła w jego notatniku. Podała swój numer. Prosi, żeby zadzwonić i potwierdzić przyjazd. Poda szczegóły. Po za tym nic więcej…Chcesz przeczytać?”

„Nie. Zadzwoń do niej”

„Jutro to zrobię. Muszę przemyśleć jak z nią rozmawiać”

Zosia nic nie odpowiedziała. Zabrała się za dokończenie tłuczenia mięsa.

 

Przeszedłem do swojego pokoju. Włączyłem komputer. Odszukałem zeskanowane zdjęcia z Mattim. Pierwsze z nim zrobione były w czasie internowania, w więzieniu w Łowiczu. Siedzieliśmy w tej samej celi.  Następne zdjęcia zrobione były w Szwecji. Te już są kolorowe. Przymknąłem oczy i zacząłem wspominać.

Nasza znajomość wtedy była przelotna. Znaliśmy się ze spotkań w siedzibie łódzkiej Solidarności, jeszcze gdy znajdowała się na Sienkiewicza. Przychodził tam prosto po pracy w Miejskim Przedsiębiorstwie Komunikacyjnym. W MPK był dyspozytorem ruchu tramwajowego, czy coś takiego. Nie wiem dokładnie. Ja pracowałem w Biurze Projektów. Pan inżynier byłem z gównianą pensją, mieszkający w dwupokojowym mieszkanku z samotną matką. Dziewczyna z którą wiązałem nadzieje na wspólną przyszłość, zerwała ze mną gdy zacząłem się angażować w pisanie ulotek. Mój niedoszły teść zabronił córce spotykać się ze mną. Robił karierę w Komitecie Miejskim PZPR i absolutnie nie chciał mieć w rodzinie wichrzyciela, nie daj Boże KORowca i do tego gołodupca z niemieckim nazwiskiem.

 Trudno.

Internowano mnie w nocy z trzynastego na czternastego grudnia osiemdziesiątego pierwszego. Najpierw siedziałem w Sieradzu wśród samych znajomych, a po Nowym Roku przywieziono nas do Łowicza. Tam spotkałem Mattiego. Wtedy jeszcze Mateusza. Jeden z wielu znajomych we wspólnej celi. Nie mieliśmy ze sobą wiele wspólnego. Ot, po prostu pamiętam, że razem siedzieliśmy.

Po pierwszych miesiącach internowania dyscyplina wyraźnie zelżała. Mieliśmy praktycznie niczym niezakłócane kontakty z kolegami z innych cel. Zezwolono na Msze Święte odprawiane przez przybywających do nas księży. Każdy chętny mógł w nich uczestniczyć. Księża poza usługą duchową byli także źródłem informacji o  wydarzeniach dziejących się poza murami więziennymi. Takie informacje dostawaliśmy też od bliskich przybywających do nas na widzenia. Początkowo, obecni w czasie widzeń więzienni strażnicy próbowali przerywać przekazywanie informacji, ale szybko z tego zrezygnowali.

Ustały również rewizje osobiste i przeglądy otrzymywanych wtedy paczek. W ten sposób otrzymałem od matki aparat fotograficzny. Z braku innych zajęć oddawaliśmy się dyskusjom mniej lub bardziej politycznym. Zaczęły pojawiać się wśród nas różne podziały co do tego jak postępować dalej. Jeden wspólny mianownik nas łączył. System komunistyczny musi upaść. Co do tego w jaki sposób upadnie oraz kiedy, nie mieliśmy jednego zdania.

Niemal od samego początku dowiedzieliśmy się, że będziemy mogli wyjechać na stałe z kraju. Niektórzy z nas tłumaczyli sobie to jako zmuszanie do wyjazdu. Część z nas stanowczo zadeklarowała, że nie da się wyrzucić z Polski. Inni nie mieli nic przeciwko temu aby skorzystać z okazji i wyjechać „na zachód”.

Matti był jednym z tych którzy najgłośniej opowiadali się za pozostaniem w kraju. To on zaproponował wspólne głośne śpiewanie Roty.  Nierzucimziemici – tak ich nazywano. Ta nieoficjalna nazwa pochodziła od pierwszych słów Roty „Nie rzucim ziemi skąd nasz ród”.

Ci co opowiadali się za wyjazdem z kraju zostali nazwani po prostu Zdrajcami, albo Sprzedawczykami którzy sprzedali walkę o Polskę za nędzne zagraniczne srebrniki.

Było też wielu nie deklarujących się po żadnej stronie. Należałem do takich. Skłaniałem się do pozostania w kraju, ale nie przekonywało mnie podpieranie się w swoim wyborze słowami Roty. Nie chciałem zostawiać matki. Czułem się w obowiązku zająć się nią gdy zacznie się starzeć. Matka wtedy miała skończone pięćdziesiąt lat i bardzo dobrze się trzymała. Pracowała w pewnej spółdzielni mleczarskiej w biurze, w dziale zbytu. Wychowywała mnie samotnie. Ojciec zostawił ją gdy miałem pięć lat. „Wybrał wolność”. Po prostu wyjechał z zakładu pracy służbowo do Włoch podpisać jakiś kontrakt na zakup maszyn dziewiarskich i tam się urwał. Kolegom w hotelu powiedział, że nie wraca do kraju. Pożegnał się z nimi, zabrał swój bagaż i wyszedł. Matka się o tym dowiedziała gdy wrócili do kraju. Ojciec już nigdy się do nas nie odezwał. Wiele lat później dowiedziałem się przypadkowo, że osiedlił się  w Kapsztadzie, w Afryce Południowej.

 Pewne wydarzenie sprawiło że moja troska o matkę bardzo osłabła. Ale po kolei.

W czasie jednego z widzeń, matka jak zwykle przyniosła mi paczkę żywnościową. Jak zwykle nie zaglądałem do niej przy matce w czasie rozmowy. Dopiero w celi rozpakowałem paczkę i znalazłem w niej bardzo dużo większych i mniejszych opakowań z żółtym serem. W sumie prawie dwa kilogramy. Jedliśmy ten ser przez cały tydzień. W czasie następnego widzenia nie omieszkałem zapytać o ten ser

„Ach, dostałam od Huberta. Powiedział, że to dla ciebie”

Zdziwiłem się. Nie znałem nikogo o tym imieniu. Chciałem zapytać o niego, ale matka zmieniła temat, a potem jakoś nie wróciliśmy do tajemniczego dla mnie Huberta. Przy pożegnaniu powiedziała, że Hubert bardzo serdecznie mnie pozdrawia. Chciałem ją zapytać o niego, ale matka już zdążyła odejść z pokoju widzeń.

Mimo, że nigdy tego wcześniej nie robiłem tym razem zajrzałem do wręczonej mi torby foliowej. Było w niej między innymi dużo żółtego sera.

Aby nie przedłużać powiem krótko. W czasie następnych widzeń z matką dowiedziałem się, że bardzo się z Hubertem kochają. Poznali się na spotkaniu branżowym. Hubert ma w pobliżu Łodzi wytwórnię serów. Jest bezdzietnym wdowcem. Matka już się do niego wprowadziła. Swoje mieszkanie chciała zachować dla mnie, ale Hubert namówił ją aby się go pozbyć. Powiedział, że dla mnie nie ma przyszłości w kraju i lepiej jakbym wyemigrował. On już był w kilku Ambasadach i w moim imieniu powiadomił ich, że jestem gotowy wyemigrować. Oczywiście jeśli zostanę wypuszczony z internowania.

Muszę przyznać, że mimo iż nie porozumiał się ze mną nie oburzyło mnie jego postępowanie.  Akurat w tym samym czasie wplątałem się w konflikt z niemal wszystkimi w celi oraz wieloma kolegami z innych cel.

W czasie jednej z licznych dyskusji powiedziałem, że razi mnie demonstracyjnie okazywana religijność, głośne zbiorowe dwa razy dziennie odmawianie pacierzy przez niemal wszystkich internowanych. Czuję fałsz intencji i uważam, że takie wkręcanie się Kościołowi w dupę i otrzymane za to poparcie będzie nas po wyzwoleniu od komunizmu drogo kosztować.

Zostałem odsądzony od czci i wiary. Kilku demonstracyjnie oznajmiło, że zrywa ze mną znajomość. To wszystko wpłynęło na to, że zdecydowałem się na wyjazd z Polski.

Pominę szczegóły biurokratyczno-organizacyjne wyjazdu. Powiem tylko, że w sierpniu osiemdziesiątego drugiego znalazłem się w Szwecji pod skrzydłami instytucji przyjmującej uchodźców politycznych.

Mieszkałem sam w wynajętym przez nich mieszkaniu. W innych mieszkaniach na osiedlu, mieszkało już kilka rodzin z Polski, które przybyły do Szwecji z tych samych powodów co ja. Nie było wśród nich nikogo ze znajomych. Niemal wszyscy pochodzili ze Szczecina i okolicy. Później dowiedziałem się, że w Szczecinie jest Konsulat Szwecji i to ułatwiło ludziom z tamtych stron składanie wniosków o wyjazd do Szwecji właśnie.

Jakież było moje zdziwienie kiedy dwa tygodnie po moim przybyciu do Szwecji do wolnego mieszkania w sąsiedniej klatce schodowej wprowadził się Mateusz Kobryń z żoną.

Był speszony, gdy spotkaliśmy się przed domem. Przywitaliśmy się.

„Każdego bym się spodziewał tu spotkać, ale nie ciebie…”

„Daj spokój. Nie miałem innego wyjścia” – zaczął przepraszającym tonem – „Musiałem wyjechać…”

„Co? Chcesz powiedzieć, że wsadzili cię siłą na prom do Szwecji?”

„Nie drwij. Żona mnie zmusiła…”

W tym momencie z budynku wyszła młoda kobieta i podeszła do nas. Mateusz przedstawił nas. „Matti dużo mi o panu…” – żachnęła się – „Muszę się przyzwyczaić, że tu wszyscy mówią do siebie przez ty, a więc, Matti dużo mi o tobie mówił.”

„Matti?” – zdziwiłem się

„To to samo co Mateusz, ale lepiej tu pasuje. Od teraz jest dla mnie Mattim, a ja Sofia”

W ten sposób poznałem Zosię, żonę Mateusza.

 

Z początku nie zamierzałem się z nim zadawać. Przede wszystkim z powodu tego, jak nieszczery był wtedy, w czasie internowania. Jak gorliwie i głośno potępiał tych którzy zdecydowali się na wyjazd. Jasne dla mnie było, że gdy wtedy głośno, przeważnie na kolanach śpiewał „Nie rzucim ziemi skąd nasz ród”, że w tym czasie załatwiał poprzez żonę wszystkie sprawy związane z wyjazdem z Polski. Jego postawa łagodnie mówiąc nie odpowiadała mi. Po za tym bardzo skupiłem się na nauce języka i poświęcałem temu wiele godzin dziennie.

Jednak mimo braku czasu i mojej niechęci do niego stało się coś, że się do niego zbliżyłem. Tym czymś było moje zauroczenie Zosią.

Bardzo mi się spodobała od pierwszej chwili gdy ją poznałem. To znaczy nie o urodę mi chodzi, albo nie tylko o urodę. Było w niej coś co mnie zafascynowało. Nawet to idiotyczne nazywanie Mateusza Mattim mnie u niej nie raziło. Natomiast gdy przy jakiejś okazji użyła imienia Sofia mówiąc o sobie, powiedziałem jej, że dla mnie zawsze będzie Zosią. Nie zaprotestowała i ku mojemu zdziwieniu, nigdy więcej nie przedstawiała się jako Sofia.

Spędzaliśmy wspólnie we troję dużo czasu. Przede wszystkim przynajmniej cztery godziny dziennie na kursie języka szwedzkiego. Potem przychodzili oboje do mnie aby powtarzać lekcję. Matti zawsze przynosił polską wódkę. Kupował ją u marynarzy z polskich statków przywożących węgiel do miejscowej huty. Nie piję alkoholu, więc Matti w czasie pobytu u mnie wypijał zwykle pół butelki sam. Zosia czasami wypijała jeden kieliszek.

 

Po kilku miesiącach nasze drogi się rozeszły. Dosyć szybko otrzymałem pracę w hucie w warsztacie mechanicznym. Matti i Zosia przenieśli się do Sztokholmu. Zosia dostała się tam na kursy higienistek stomatologicznych i krótko potem dostała pracę w aptece. Nie o tym marzyła, ale zawsze to coś dobrego na początek. Matti dostał pracę w sklepie budowlanym.

Mimo odległości i zajęć zawodowych spotykaliśmy się dosyć regularnie. Dwa, trzy razy w miesiącu jeździłem do nich. Zwykle w soboty. Wychodziliśmy na miasto, zjeść coś w jakiejś knajpce. Matti niestety często wtedy się upijał. Odprowadzanie go do domu było męczące. Wracałem wtedy do domu bardzo późno. Kiedyś gdy do nich przyjechałem pogoda była bardzo deszczowa i nie mieliśmy ochoty wychodzić z domu.

Zosia przyszykowała kolację a Matti skoczył do sklepiku w pobliżu wypożyczyć kilka kaset z filmami. Wrócił po kilkunastu minutach z kasetami i dużą butelką wódki. Nie wiem gdzie ją kupił. W Szwecji w soboty po południu jest to oficjalnie niemożliwe.

„Mam swoje sposoby” – odparł dumnie gdy go o to zapytałem

Filmy które przyniósł nie przypadły mi do gustu. Jakieś amerykańskie kryminały z dużą ilością strzelanin i masą trupów. On był nimi zachwycony i bardzo je przeżywał. Ja z Zosią siedzieliśmy przy stole i oddawaliśmy się rozmowie o wszystkim i o niczym.

Pod koniec drugiego filmu skończyła się flaszka przyniesiona przez Mattiego i urwał mu się film. Zosia poprosiła mnie aby pomóc jej przenieść go do sypialni. Gdy to zrobiliśmy chciałem się z nią pożegnać i wrócić do domu

„Nie zostawiaj mnie z tym pijakiem. Zostań na noc” – poprosiła

„Sprawię ci tylko kłopot”

„Żaden kłopot. Pościelę ci w pokoju gościnnym”

 

No i stało się tak, że spotykaliśmy się w ten sposób przez następne lata. Na wszelki wypadek przyjeżdżałem do nich z filmami w smaku Mattiego i butelką wódki, aby nie musiał fatygować się z wyjściem na miasto.

W między czasie zmieniłem mieszkanie. To do którego się wprowadziłem zaraz po tym gdy zacząłem pracować było dwupokojowe. Wydawało mi się, że dla mnie wystarczy, ale zaraz na początku lat dziewięćdziesiątych zacząłem jeździć do Polski w odwiedziny do matki. Ona też zaczęła do mnie przyjeżdżać z Hubertem. Goszczenie ich w  moim dwupokojowym mieszkaniu było nieco kłopotliwe. Zdecydowałem się kupić piętrowy segment w szeregowcu. Cztery pokoje, garaż, blisko sto trzydzieści metrów kwadratowych. Wydawałoby się trochę za dużo dla samotnego, ale zrobiłem to głównie z myślą aby się móc zrewanżować i zapraszać do siebie Zosię i Mattiego. Specjalnie dla niego sprawiłem dobrze zaopatrzony barek.

Barek spodobał się także Hubertowi. Jedynie matka się zdziwiła

„Po co ci ten barek? Przecież ty nie pijesz”

Wyjaśniłem, że to dla przyjaciół.

Gdzieś na początku lat dwutysięcznych Matti postanowił wrócić do Polski. Koledzy obiecali mu stanowisko w partii obiecującej praworządność i sprawiedliwe postępowanie. Kreślili przed nim świetlaną przyszłość. Zosia nie chciała wyjeżdżać. Pokłócili się o to. Wyjechał sam. Krótko potem napisał, że chce się z nią rozwieść. Zaczęli załatwiać formalności ale okazało się to kosztowne i skomplikowane. Oboje zgodzili się co do tego, że formalny rozwód jest im nie potrzebny.

Pomogłem Zosi zlikwidować mieszkanie w Sztokholmie i przeprowadzić się do mnie. Oboje zgodziliśmy się co do tego, że formalny ślub jest nam nie potrzebny. Przez jakiś czas mieliśmy kontakt z Mattim, ale gdy dowiedział się, że jesteśmy z Zosią razem powiedział, że nie chce nas znać. W ten sposób straciliśmy z nim kontakt.

 

Przejrzałem jeszcze kilka zdjęć które zrobiła nam Zosia w Sztokholmie i doszedłem do ostatniego zdjęcia na którym u mnie w mieszkaniu Matti siedzi w fotelu ze szklaneczką whisky w ręku. Popatrzyłem na nie przez chwilę. Nie mogłem sobie przypomnieć kiedy ono było zrobione. Po chwili doszedłem do wniosku, że niemal dokładnie dwadzieścia lat temu, kilka miesięcy przed jego powrotem do Polski.

 

Wyłączyłem komputer. Przymknąłem oczy i odchylając się do tyłu na krześle, zadumałem się nieco nad plątaniną naszych losów

„Kolacja gotowa” – usłyszałem nagle nad sobą

Tego wieczoru nie rozmawialiśmy już więcej o Mattim ani o jego pogrzebie.

Rano przy śniadaniu zapytałem Zosi czy chce być obecna w czasie mojej rozmowy telefonicznej z panią Lisiecką, czy mogę zadzwonić do niej z biura?

„Zadzwoń do niej z pracy”- zadecydowała Zosia – „Tylko nie wykręcaj się od tej ostatniej posługi której sobie Matti zażyczył”

 

Następnego dnia, w piątek, rozmawiałem z panią Lisiecką niemal dwie godziny. Musiałem przerwać bo bateria w mojej komórce zaczęła siadać. W czasie rozmowy robiłem notatki. Chciałem je przejrzeć i uporządkować zaraz po rozmowie, ale natłok czekających mnie obowiązków zawodowych na to nie pozwolił.

Po przyjeździe do domu i przywitaniu się z Zosią chciałem od razu udać się do mojego pokoju

„Nie masz mi nic do powiedzenia?” – usłyszałem za sobą

Ton głosu Zosi uświadomił mi, że pomysł uporządkowania notatek przed rozmową z nią jest złym pomysłem. Przeszedłem z Zosią do kuchni. Kolacja była już na stole. Po pierwszych kęsach Zosia nie wytrzymała

„No, słucham…”

 „Matti miał raka płuc z przerzutami…”

„Przecież on nie palił” – zdziwiła się

„Nie wiem dlaczego miał tego raka. Nie znam się na tym, ale to nie jest teraz najważniejsze. Nie przerywaj mi to postaram się opowiedzieć wszystko od początku…”

„Słucham”

„Po powrocie do Łodzi Matti zamieszkał z rodzicami. Nie starał się o pracę. Koledzy którzy obiecali mu stanowisko w partii nie zawiedli. Został jakimś koordynatorem kontaktów z Polonią w krajach skandynawskich. Nie za bardzo mu to odpowiadało. Tytuł na wizytówce partyjnej ładnie wyglądał, ale pracował za marniutkie pieniądze. To co najbardziej mu doskwierało to fakt, że z tego stanowiska nie miał szans na wspinanie się po drabinie partyjnej na szczyty”

„Skąd wiesz, że o to mu chodziło?”

„Od Lisieckiej. Poznali się rok po jego przyjeździe do Łodzi. Musiał się wynosić od rodziców. Nie chcieli go utrzymywać. Lisiecka, bezdzietna rozwódka z własnym mieszkaniem bardzo mu pasowała. Utrzymywała go przez jakiś czas…”

„Z czego go utrzymywała?” – przerwała mi Zosia

„Miała firmę. Chałupnicy szyli dla niej bieliznę damską. Wysyłała ją do Szwecji, do siostry. Siostra mieszka w Norrköping. W końcu lat siedemdziesiątych wyszła ta siostra za mąż za Szweda polskiego pochodzenia”

„Rozumiem”

„Matti wyjeżdżał dosyć często służbowo do Skandynawii. Z ramienia partii odwiedzał organizacje polonijne. W czasie jednego z wyjazdów do Szwecji odwiedził siostrę Lisieckiej…”

„A nas nie odwiedził”

„Przecież powiedział, że nie chce nas znać…Nie przerywaj mi. Zrobił na niej dobre wrażenie. Ta siostra przekonała go aby wrócił do Szwecji. Obiecała załatwić pracę dla niego i dla siostry.

Po powrocie z delegacji przekonał Lisiecką do wyjazdu z Polski. Nie protestowała. Firma szła coraz gorzej. Ludzie nie chcieli pracować za te pieniądze które im płaciła, a do tego siostra kupowała od niej coraz mniej. Przestawiła się z importu polskich wyrobów na import z Azji.

 W każdym razie w Szwecji osiedlili się na stałe w Norrköping w roku dwa tysiące siódmym. Henryka Lisiecka dostała pracę w firmie siostry, a Matti w komunalnej firmie tramwajowej. Mąż siostry Lisieckiej tam pracuje i zarekomendował go do pracy w warsztacie.”

„Dobra. Zostaw ten temat. Co dowiedziałeś się o pogrzebie?”

„Dużo się zmieniło. To właściwie nie będzie pogrzeb. W kaplicy odbędzie się Msza katolicka, Obok miejscowego księdza będzie celebrował ją ksiądz z Łodzi. Przyjedzie z jakimś ministrem do spraw kombatantów, czy coś takiego. Mówiła mi nazwisko…Poczekaj. Mam tu gdzieś zapisane” – zacząłem szukać w notatkach

 „Zostaw to. Nie ważne jak się nazywa” – przerwała mi

„No więc, przyjedzie minister i jeszcze kilka osób. Jacyś starzy działacze z Solidarności. Tak jak mówiłem, to nie będzie pogrzeb. Lisiecka mówiła, że przewiezienie trumny do Polski jest skomplikowane. Wymaga dużo urzędowych zezwoleń. Poza tym kosztuje masę pieniędzy. Nie stać jej na to. Zdecydowała się na kremację. Po Mszy przeniesiemy trumnę do krematorium. Prochy zostaną pochowane w Łodzi. Tam odbędą się właściwe uroczystości pogrzebowe”

„Kiedy to będzie?”

„Lisiecka tego jeszcze nie wie. Chciała aby prochy zostały zabrane przez tych co przyjadą z tym ministrem, ale okazało się, że również trzeba załatwić całą masę formalności, a to zabiera czas. Ona chciałaby abym też był na tym pogrzebie w Łodzi”

„No to się szykuj do drogi”

„Nie mam ochoty. Wystarczy jak będę na tej Mszy w Norrköping”

„To tak jakbyś był tylko na połowie pogrzebu. Musisz pojechać do Łodzi”

„Jeśli muszę to z tobą”

„Ze mną? Dlaczego ze mną? Mnie nie zaprosiła na pogrzeb”

„Powinnaś pojechać do Łodzi po pierwsze dlatego, że byłaś, a właściwie to formalnie jesteś jego żoną…”

„Jeśli już to wdową po nim”

„Nie przerywaj…Po drugie. Nie zawiadomiła cię bo nic o tobie nie wie. Wie tylko, że Matti miał żonę którą porzucił i która krótko po tym zmarła ze zgryzoty”

„Jak ciebie znam i te twoje poczucie humoru, to tą śmierć ze zgryzoty dodałeś teraz od siebie”

„Okej. Zgryzotę dodałem od siebie, ale to nie ja cię uśmierciłem. Lisiecka jest przekonana, że nie żyjesz a do tego nie wie nawet jak się nazywasz”

„Mam nadzieję, że wyprowadziłeś ją z błędu”

„W pierwszej chwili chciałem to zrobić, ale doszedłem do wniosku, że lepiej nie. Może musiałabyś ponieść koszty pogrzebu”

„Małostkowy jesteś…”

„Chciałem zaoszczędzić tobie i nam wydatków”

„Nie pomyślałeś o tym, że może dostałabym jakiś spadek po nim”

„On nic nie miał. W tych tramwajach pracował nie całe dwa lata. Zwolnili go za pijaństwo. Potem był na bezrobociu i socjalu a ostatnie trzy lata na zwolnieniu chorobowym”

 

Jeszcze przez jakiś czas przekazywałem Zosi informacje otrzymane od Lisieckiej. W końcu uzgodniliśmy, że pojedziemy razem pożegnać Mattiego do Norrköping.

Do piątku był jaszcze tydzień. Zosia namówiła mnie abym przejrzał swoją garderobę i sprawdził czy mam coś odpowiedniego na pogrzeb. Ona bez sprawdzania swojej zdecydowanie stwierdziła, że nic odpowiedniego nie ma i w związku z tym musi sobie coś kupić.

Następnego dnia, w sobotę, udała się na zakupy. Jak zwykle chciała abym jej towarzyszył. Wykręciłem się od tego nielubianego łażenia po sklepach mówiąc, że muszę poprawić projekt nad którym pracuję. Na szczęście nie nalegała.

Zadzwoniła do mnie z miasta

„Zamów jakąś chińszczyznę. Nie zdążę zrobić nic do jedzenia. Przyjadę za pół godziny”

Zamówiłem. Chińczyk przywiózł po kwadransie.

Wróciła do domu około szesnastej. Od progu uprzedziła moje pytanie

„Wydałam kupę kasy. Będziesz zadowolony”

Zjedliśmy chińszczyznę. Pobiegła na górę przebrać się w nowo zakupione rzeczy.  Nawet nie upłynęło dużo czasu, gdy pojawiła się na schodach prowadzących do saloniku. Zaniemówiłem. Cała ubrana na czarno. Spodnie lekko rozszerzone na dole. Czarne buty na wysokim obcasie z purpurowymi wstążkami na przedzie. Wszystko przykryte czarnym płaszczykiem do pół uda zapiętym pod szyją. Na szyi dyskretny purpurowy szalik. W ręku dosyć duża czarna torebka z purpurową wstawką. Na głowie coś w rodzaju dużego czarnego beretu z czarną woalką. Do tego duże zakrywające pół twarzy czarne okulary w dyskretnej purpurowej oprawce.

 Stanęła na ostatnich stopniach schodów. Obróciła się zalotnie mówiąc

„Zobacz co mam pod spodem…”

Mówiąc to zaczęła rozpinać płaszczyk zrobiła krok do przodu i chyba przez te cholerne czarne okulary spadła ze schodów tak nieszczęśliwie, że uderzyła twarzą o oparcie stojącego w pobliży krzesła…

Krótko mówiąc Zosia miała solidnie rozcięty lewy łuk brwiowy. Bardzo krwawił. Mimo to nie straciła zimnej krwi

„Szybko!…Daj ręcznik!…Szybko!…Nie chcę zakrwawić rzeczy!”

Wpadłem w panikę. Zacząłem szukać telefonu

„Czemu się guzdrzysz?!…Ręcznik mi podaj!”

„Szukam telefonu! Trzeba zadzwonić po pogotowie!”

„Żadne pogotowie! Ręcznik mi podaj” – powtórzyła żądanie

Usiadła na krześle pochylając głowę do przodu i uważając aby kapiąca krew nie padała na ubranie. Pobiegłem po ręcznik. Gdy podchodziłem do niej zatrzymała mnie

„Stop! Uważaj! Tu gdzieś leżą okulary. Nie rozdepcz je…Majątek kosztowały”

„Kochanie. Twoje głowa jest więcej warta…”

„Dobra, dobra…Szukaj okularów”

Leżały pod stołem. Całe, nie uszkodzone. Jeszcze raz zaproponowałem wezwanie pogotowia. Nie zgodziła się. Poprosiła tylko aby pomóc jej ostrożnie zmienić ubranie. Potem obejrzała ranę w lustrze i kazała się zawieść na dyżur do szpitala.

 

„Ale żeś pan żonę zaprawił” – z podziwem szepnął mi w ucho lekarz – „Niestety, musimy zgłosić to na Policję”

Dobrą chwilę trwało zanim przekonaliśmy go do odstąpienia od zamiaru powiadomienia Policji. Nie wiem czy był do końca przekonany, że był to upadek ze schodów. Ostrożnie zgolił Zosi brew. Założył pięć szwów. Pocieszył że to nic poważnego, ale krew spłynie w dół pod skórą i cały policzek będzie za siniaczony. Oko też.

Wszystko co powiedział sprawdziło się na więcej niż sto procent. Już następnego dnia białko oczne było czarne. Policzek też. Zosia była zrozpaczona.

Zadzwoniła do pracy. Powiedziała co się stało i że musi zostać kilka dni w domu. Przez następne dni oglądała się przed lustrem w założonych ciemnych okularach. W końcu stwierdziła

„Tak pojadę na ten pogrzeb. W tych okularach i woalce nikt nie zauważy siniaka”

„Od przodu może nie zauważą, ale z boku widać bardzo wyraźnie” – odpowiedziałem

„To co mam zrobić?!”

„Przyniosę ci z huty maskę spawacza…”

Rzuciła czymś we mnie, ale nie trafiła.

W tym samym momencie zadzwonił mój telefon. Przerwaliśmy dyskusję na temat siniaka. Sięgnąłem po telefon. Na wyświetlaczu wyświetliło mi się nazwisko Lisieckiej.

„Lisiecka dzwoni”- powiedziałem do Zosi

„Przełącz na głośno mówiący”

Włączyłem rozmowę

„Tak, pani Henryko. Słucham”

„Dzień dobry Adasiu. Myślałam, że już jesteśmy po imieniu”

„Oczywiście Heniu. Przepraszam. Tak łatwo wpadam w stare nawyki”

Już po tych pierwszych słowach wiedziałem, że mam przechlapane. Kątem oka spojrzałem na Zosie. Jej wyraz twarzy upewnił mnie, że się nie mylę.

„Nic z tego pogrzebu jutro nie będzie” – poinformowała Henia Lisiecka – „Minister nie przyjedzie. Jakiś urzędas od niego będzie w zastępstwie. Ten ksiądz z Łodzi dzwonił do mnie przed godziną i powiedział, że skoro go kremuję i zamierzam prochy wysłać do Łodzi, to to nie jest pogrzeb. Pogrzeb odbędzie się gdy urnę z prochami złoży się do grobu. Jutro tu u nas to może być tylko zwyczajna msza za zmarłego. Wiesz. Bardzo mnie wkurwił. Tyle przyszykowań na nic. Powiedziałam mu, że w takim razie dziękuję za fatygę, że nie musi przyjeżdżać, że jak znajdzie chwilę czasu to spotkamy się na tym prawdziwym pogrzebie w Łodzi…”

„No to mu powiedziałaś. Pewno się obraził?” – zauważyłem

„Mam to gdzieś. Ale ty przyjedziesz jutro, prawda?”

„Oczywiście Heniu…” – spojrzałem na Zosię – „To znaczy…jeszcze nie wiem. Muszę coś sprawdzić. Oddzwonię do ciebie za chwilę”

Odłożyłem telefon no i zaczęło się

„Kiedy zdążyłeś ją zbałamucić, Adasiu?!”

To Adasiu zabrzmiało bardzo nieprzyjaźnie.

„Przecież ja tej baby na oczy nie widziałem. Raz tylko zadzwoniłem do niej…Tak jak sama chciałaś”

„Coś podobnego” – oburzyła się – „Zaraz powiesz, że to ja wpycham cię do jej łóżka!”

„Oj widzę, że musiałaś się mocno uderzyć w główkę, ale nie mówmy już o tym…”

„Znam ciebie dziwkarzu…” – przerwała mi

„Zosiu!” – krzyknąłem – „Opanuj się! Obydwoje jesteśmy po sześćdziesiątce. Skończmy z tym i zastanówmy się co robić dalej”

„Nad czym się tu zastanawiać. Jedziemy jutro razem do Norrköping.”

„Nie wiem czy to dobry pomysł…”

„Tak? Dlaczego niedobry?”

„Dasz Lisieckiej powód aby się cieszyła jak cię zobaczy. Nie uwierzy, ze spadłaś ze schodów. Będzie przekonana tak jak ten lekarz, że ci przywaliłem”

„No wiesz…mam gdzieś to co ona sobie pomyśli”

„Tak? No to jest jeszcze jeden, ważniejszy powód przemawiający za tym abyś jutro została w domu”

„No słucham. Co takiego?”

„Pomyśl tylko. Bardzo dobrze wyglądasz w tym ubraniu które sobie kupiłaś. Te czarne okulary robią wrażenie. Wyglądasz jak z amerykańskiego filmu, z jakiegoś Dallas czy coś takiego” – na twarzy Zosi pojawił się nieśmiały uśmiech. Ciągnąłem dalej – „Na pewno zrobisz na zebranych ogromne wrażenie i nie ważne czy zobaczą podbite oko, czy nie. Ale pomyśl co włożysz później na ten prawdziwy pogrzeb w Łodzi. W niczym innym nie będzie ci tak dobrze, a nie chcesz chyba pokazać się tym samym ludziom drugi raz w tej samej kreacji?”

Skończyłem swój wywód i czekałem na reakcję.

Bingo! Nic nie odpowiedziała. Zastanawiała się dłuższą chwilę. Potem zrezygnowanym głosem przyznała mi rację.

„Przekonałeś mnie. Zostanę w domu. Obiecaj, że się do niej…”

„Kochanie!” – przerwałem jej – „Przecież wiesz, że tylko ciebie kocham”

Nic nie odpowiedziała. Zadzwoniłem do Lisieckiej odpowiedzieć, że przyjadę prosto na cmentarz na jedenastą trzydzieści, tak jak mi podała w pierwszej rozmowie telefonicznej.

 

Na parkingu przed cmentarzem stał mikrobus z łódzkimi numerami. Oprócz niego tylko cztery samochody osobowe na szwedzkich numerach. Spojrzałem na zegarek. Dopiero co minęła jedenasta. Może jeszcze ktoś przyjedzie.

Zbliżając się do kaplicy doszło do moich uszu znajome słowo, kurwa. Kilku panów przed kaplicą paliło papierosy i zawzięcie o czymś dyskutowało. Mieli na szyjach luźno zarzucone duże biało-czerwone szale z dwoma wielkimi polskimi  godłami. Nad każdym godłem napis „Biało” a pod godłem „Czerwoni”. Dwóch panów pod lekkimi rozpiętymi kurtkami mieli czerwone koszulki z polskim orłem w koronie, takim z lat dwudziestych ubiegłego wieku. Pod orłem napis GAZETA POLSKA.

„Kurwa! Panowie! Adaś idzie do nas!” – krzyknął jeden z mężczyzn.

Ruszył w moim kierunku. Poznałem go. To Józek Rudek.  Siedzieliśmy w tej samej celi. Zrobiliśmy niedźwiedzia. Poczułem od Józka alkohol

„A co ty Adaś w czarnym garniachu z czarnym krawatem. Ubrałeś się jak na pogrzeb wuja…”

„Przyjechałem na pogrzeb, ale nie wuja tylko kolegi” – odparłem – „A ty jak widzę z kolegami na mecz piłkarski przyjechałeś…”

Józek głośno się zaśmiał

„Część Adaś. Nie na mecz, tylko na pogrzeb prawdziwego patrioty przyjechaliśmy” – włączył się Zdzisiek Popiel

Poznałem go. Też był w naszej celi. Podeszli pozostali panowie. Poznałem jeszcze jednego. Rysiek Beniowski też był internowany ale siedział w sąsiedniej celi. Pozostałych trzech nie znałem. Józek przedstawił nas. Jeden z nich, taki niski łysawy grubasek był wysłannikiem ministra. Chyba tylko on nie był, jak to się mówi pod wpływem. Chwilę żeśmy wspominali wspólnie spędzony czas w czasie internowania.

„Jak się panu tu powodzi w Szwecji?” – zmienił temat wysłannik ministra – „Bo my po zwolnieniu z internowania zostaliśmy w Polsce…”

„Co ty pieprzysz Karol?!” – przerwał mu Rysiek – „Przecież ty nie byłeś internowany”

„Ale szukali mnie…” – odparł ze złością wysłannik ministra

„I nie znaleźli” – wszedł mu w słowo Zdzisiek – „Leżałeś pod pierzyną u mamusi, jak ten…”

„No! No!…Panowie, nie zapominajcie się” – upomniał wysłannik ministra – „Pamiętajcie kto was tu przysłał i kogo reprezentujecie”

„Tak jest panie ministrze!” – z przesadną galanterią i eleganckim ukłonem odpowiedział Rysiek. Pozostali wybuchli rechotliwym śmiechem.

„On jest ministrem?” – zapytałem szeptem Józka

„Ależ skąd! Jakiś przydupas ministra, ale lubi jak się go nazywa ministrem”

Być może rozmowa toczyłaby się dalej ale w drzwiach kaplicy pojawiła się kobieta ubrana na czarno

„Panowie! Za chwilę zaczynamy. Ksiądz już przyszedł. Proszę do środka”

Ruszyliśmy do wejścia. Kobieta stojąca przy drzwiach przyglądała się wchodzącym. Ja byłem ostatni

„Przepraszam, że zapytam” – zwróciła się do mnie gdy wchodziłem do środka – „Pan Adam, prawda?”

 Domyśliłem się, że to Lisiecka

„Tak Heniu. To ja. Rozmawialiśmy wczoraj przez telefon”

Wzięła mnie pod rękę i odciągnęła na bok.

„Jestem załamana” – powiedziała szeptem po szwedzku – „Zobacz jakie moczymordy przyjechały pożegnać Mattiego…I to ja ich zaprosiłam na ten pogrzeb”

„Czemu ich zaprosiłaś?”

„Matti przed śmiercią wymógł na mnie aby na jego pogrzeb zaprosić…”

„Na pogrzeb się nie zaprasza” – wtrąciłem 

„To jego słowa. Sporządził listę osób. Przyrzekłam mu, że ich zaproszę. Zażyczył sobie żeby sześć osób z listy niosło trumnę. Ty między innymi”

„Mam nieść trumnę z tymi…” – zastanawiałem się chwilę jak ich nazwać – „Z tymi kibolami?”

„Na szczęście nikt nie będzie niósł trumny. Zmieniła się cała procedura. Trumna zostanie zabrana na wózku do krematorium w sąsiednim pomieszczeniu. Będziemy oglądać jak go wsadzają do pieca na ekranie”

Lisiecka zaczęła pochlipywać, ale szybko się opanowała.

 „Mam jeszcze jeden problem. Miał być polski ksiądz katolicki…”

„Mówiłaś. Miał przyjechać z Łodzi” – wtrąciłem

„Tak, ale nie o niego chodzi. Ten tutejszy, też polski miał tu być. Podobno jest chory. Przysłał jakiegoś czarnego księdza który nie mówi po polsku. I wiesz co? Mam prośbę. Już to z nim uzgodniłam, że ktoś stanie przy nim gdy będzie wygłaszał pare słów o Mattim i ten ktoś przetłumaczy je na polski. Pomyślałam, że mógłbyś to zrobić. Nie odmówisz, prawda?” „Dlaczego ja? Nie mam doświadczenia w tłumaczeniu na żywo” – broniłam się

„Dasz radę. Najlepiej nie staraj się tłumaczyć dosłownie. Powiedz coś miłego od siebie. Wierzę w ciebie, że zrobisz to wspaniale”

Henia powiedziała to w tak ciepły i przyjemny sposób, że nie protestowałem.

 

Henia zaprowadziła mnie do pierwszej ławki tuż przy stojącej na wózku trumnie. Na podłodze przy trumnie leżał duży wieniec z biało czerwonymi kwiatami i szarfą niemal identyczną co szaliki przybyłych z Polski kolegów zmarłego. Oprócz wieńca leżało jeszcze kilka wiązanek „Cholera! Zapomniałem o kwiatach” – wściekłem się na siebie

 Henia przerwała moją myśl o kwiatach

„Pan Adam Neumann, przyjaciel Mattiego” – przedstawiła mnie siedzącej parze – „A to moja siostra i szwagier”

Wskazała mi miejsce obok siostry Zanim usiadłem rozejrzałem się dookoła. W niewielkiej kaplicy nie było dużo osób. Oprócz szóstki przybyłej z Polski jeszcze dwie pary.

Usiadłem.

Henia podeszła do mikrofonu stojącego przy pulpicie obok trumny. Popukała w niego palcem. Gdzieś z głośników ponad naszymi głowami rozległ się charakterystyczny dźwięk.

„Dzień dobry państwu” – zaczęła – „Dziękuję bardzo za przybycie na to ostatnie spotkanie z Mattim. Jak wiecie nie złożymy dzisiaj do grobu naszego ukochanego Mattiego. Matti zostanie skremowany i jego prochy spoczną w rodzinnym grobie w Łodzi. Nie wiem jeszcze kiedy to się odbędzie. Wszystkich powiadomię jak tylko się o tym dowiem”

Gdy to mówiła pojawił się za nią ksiądz i oczekiwał aż skończy mówić Zauważyła go. Zwróciła się do niego

„Ett ögonblick. Jag måste säga en mening till” – Jeszcze chwileczkę. Muszę powiedzieć jeszcze jedno zdanie.

Nic nie odpowiedział. Henia ponownie zwróciła się do mikrofonu i dodała pośpiesznie

„Niestety ten ksiądz nie mówi po polsku. Kilka słów o zmarłym wygłosi po szwedzku, a obecny tutaj przyjaciel Mattiego pan Adam Neumann przetłumaczy je na polski”

Ksiądz zaczął krótką modlitwą. Potem otworzył modlitewnik i poinformował, że odśpiewamy teraz po polsku pieśń „Niech aniołowie zawiodą cię do raju”. Uśmiechnął się przy tym i przeprosił o wybaczenie. Powiedział, że nigdy nie śpiewał po polsku, więc na pewno będzie kaleczył język. Zebrani przyjęli to ze zrozumieniem. Ksiądz dał znak starszej kobiecie siedzącej z boku przy instrumencie klawiszowym. Zaczęła grać.

Powiem krótko. Ten śpiew to było nieporozumienie. Nigdy nie śpiewałem w kościele. Może dlatego, że ostatnio byłem w kościele na mojej Pierwszej Komunii Świętej. Potem oczywiście okazjonalnie na ślubach znajomych. Nie wiem zatem jak powinna brzmieć pieśń „Niech aniołowie zawiodą cię do raju” ale to co usłyszałem na pewno nie było pieśnią. Ksiądz niskim głosem wymawiał, nie śpiewał, słowa które przy maksymalnie dobrej woli można by określić jako polskie. Natomiast siedząca po mojej lewej stronie siostra Lisieckiej bardzo wysokim głosem skutecznie zagłuszała jęki kobiety siedzącej za mną. Oczywiście nie śpiewałem.

Henia, która siedziała po mojej prawej stronie szturchnęła mnie i głośnym szeptem upomniała „Śpiewaj”

 „Nie potrafię” – odpowiedziałem

„To chociaż otwieraj usta, tak jakbyś to robił”

Na szczęście ksiądz się zorientował, że ten śpiew był pomyłką i ręką dał znać grającej aby przestała grać. Odchrząknął, wyciągnął kartkę z kieszeni, spojrzał na nią a potem na Lisiecką. Henia się zorientowała o co chodzi. Podniosła się i wskazując mnie ogłosiła, że będę tłumaczył słowa księdza.

Podszedłem do księdza. Niestety, był tylko jeden mikrofon przy pulpicie Zaczął ksiądz po szwedzku

„Zebraliśmy się tu aby pożegnać naszego tragicznie zmarłego brata Mattiego…” – przerwał, zrobił pół kroku do tyłu i wskazał mi mikrofon.

Powtórzyłem po polsku to co powiedział, ale zamiast słowa „brata” dodałem świętej pamięci. Słyszałem taki zwrot kiedyś na jakimś filmie. Opuściłem też słowo „tragicznie”. Odsunąłem się od mikrofonu

„Łączymy się w bólu po zmarłym z jego żoną i dziećmi”

Przetłumaczyłem, ale opuściłem dzieci.

 I tak jeszcze przez kilka minut mówił o wielkim sercu i dobroci zmarłego i o jego dokonaniach na polu zawodowym, oraz o tym co zrobił dla środowiska w którym przyszło mu żyć. Tłumaczyłem mowę księdza wprowadzając poprawki które uznałem za stosowne.
Na zakończenie ksiądz powiedział, żebyśmy odmówili „Ojcze Nasz”.

Po modlitwie do mikrofonu podeszła Lisiecka. Oznajmiła zebranym, że są z nami partyjni koledzy zmarłego z Polski i że jeden z nich, wysłannik ministra odpowiedzialnego za stosunki z Polonią chce powiedzieć kilka słów. Przedstawiciel ministra ochoczo podszedł do mikrofonu. Obowiązkowo puknął w niego palcem po czym rozłożył na pulpicie kartkę i zaczął czytać

„Kochani. Żegnamy dzisiaj wielkiego Polaka, Naszego przyjaciela i nauczyciela…Tak. Nie wstydzę się tego powiedzieć – nauczyciela. On nas nauczał jak kochać Polskę i jak dla nie pracować. Nasz kochany zmarły świętej pamięci Mateusz był prześladowany i cierpiał w słusznie minionym okresie w naszej ojczyźnie. W czasie internowania w Stanie Wojennym chciano go wyrzucić z Polski. Opierał się z całych sił. Niestety. Nie potrafił się obronić. Brutalnie wyrzucony z ukochanej ojczyzny wrócił gdy tylko wyzwoliliśmy kraj od komunizmu…”

„Co on pieprzy?” – usłyszałem z boku Lisiecką

„W wolnej Polsce” – kontynuował – „Został wysłannikiem naszej partii do krajów w których mieszkają nasi rodacy, wyrzuceni z kraju tak jak on, lub którzy wyjechali z własnej woli. Namawiał ich do powrotu. Wielu wróciło. To jego zasługa. Niestety. Potem pod rządami lewackich liberałów poczuł się zmuszony ponownie opuścić kraj…”

Za plecami usłyszałem rechot panów przybyłych z Polski, i dosyć głośno wypowiedziane ze śmiechem

„Ale się Karolek zapędził”

Ktoś inny dodał cicho

„Nie dawać mu już wódki”

Niemal wszyscy obecni spojrzeli na nich ze zgorszeniem. Karol od ministra chyba też usłyszał ich uwagi. Speszył się i szybko zakończył 

„Ale teraz gdy jesteśmy przy sterze w naszej ojczyźnie, mógłbyś śmiało wrócić do nas kochany druhu. Niestety podstępna choroba uniemożliwiła ci powrót za życia. Ale wiedz, że spoczniesz na wieki w naszej świętej ziemi…Żegnaj przyjacielu ”

Gdy skończył dwóch pracowników krematorium zabrało wózek z trumną i wtoczyło go przez boczne drzwi do pomieszczenia obok. Na dużym ekranie pojawił się obraz pokazujący jak ustawiają wózek z trumną przed zamkniętymi drzwiczkami pieca. Po chwili je otworzyli. Widać było na ekranie żar wnętrza pieca

„Taka piękna trumna pójdzie w pizdu…” – usłyszałem za sobą Józka

„Ciii!” – ktoś go dyskretnie uciszał – „Zamknij się pijaku!”

Trumna nie została wsadzona do pieca. Jej szczytowa ścianka otworzyła się na bok i do pieca zgrabnie wsunięty został karton zawierający zwłoki Mattiego. Trumnę odsunięto gdzieś na bok. Wszystko odbywało się przy dźwiękach Marsza Żałobnego Chopina. Jednocześnie ukazała się informacja, że kremacja zajmie siedemdziesiąt minut.

„Proszę państwa” – odezwała się Lisiecka – „Zapraszam wszystkich chętnych na skromny poczęstunek do salki obok. Mamy kawę i ciasteczka. Zapraszam serdecznie”

Powtórzyła to jeszcze po szwedzku.

Gdy przechodziliśmy przez wąski korytarzyk zwróciła się do mnie

„Zajmij się tymi z Polski. Ja usiądę z rodziną i szwedzkimi znajomymi”

„To znaczy, co mam z nimi robić?” – zapytałem 

„Usiądź z nimi przy stole. Porozmawiaj i przede wszystkim przypilnuj żeby z czymś nie wyskoczyli. Wszyscy są pijani i nie wiadomo jak się zachowają”

Zsunęliśmy dwa stoliki i usiedliśmy wkoło. Lisiecka z siostrą i szwagrem oraz jeszcze z jakimiś dwiema parami zrobili to samo, to znaczy usiedli przy zsuniętych stolikach. Po chwili zjawiły się dwie młode dziewczynki z termosami z kawą. Potem przyniosły tacę z filiżankami i talerzykami. Na koniec przyniosły kruche ciasteczka

„Skarbie, a wódeczki nie przyniesiesz?” – Zdzisiu zwrócił się do dziewczyny

Nie zrozumiała go. Zatrzymała się na chwilę jakby oczekiwała na to, że ktoś powie jej po szwedzko o co chodzi. Przeprosiłem ją mówiąc, że kolega zażartował i żeby się nim nie przejmowała. Gdy odeszła wyjaśniłem

„My nie pijemy wódki przy takich okazjach”

„Co to za stypa bez wódki” – skwitował Zdzisiu

„Ano widzisz” – odezwał się Józek – „Co kraj to obyczaj”

„Mam w dupie takie obyczaje!” – odpowiedział zaczepnie Zdzisiu – „Przyjechałem na pogrzeb przyjaciela, Polaka i chcę się napić za jego zdrowie!”

„Uspokój się!” – upomniał go Ryszard – „Bo w ryj zarobisz”

Jeszcze przez chwilę Rysiek i Józek go uspakajali. W tym czasie Karol, wysłannik ministra przysunął się z krzesłem do mnie

„Wie pan. Słuchałem jak pan tłumaczył to co mówił ten ksiądz. Tak w biegu, na bieżąco, bez słownika. Jestem pełen podziwu. Pan musi dobrze znać szwedzki. Kiedy się pan zdążył nauczyć?”

„Panie!… Mieszkam tu od wyjścia z internowania. Ile to lat? Zaraz, niech policzę…Mamy rok dwa tysiące dwudziesty pierwszy, a więc żyję tu, pracuję już czterdzieści lat, a pana dziwi to że mówię po szwedzku…”

„Niech się pan nie oburza. Nie chciałem urazić. Widzi pan, jeżdżę dużo po świecie, głównie po Europie i spotykam się z Polonią. To moja praca. Nie tak dawno byłem w Anglii, w Danii, w Sztokholmie też byłem kilka miesięcy temu. Na spotkania przychodzą ludzie z organizacji polonijnych, wie pan odnoszę takie wrażenie, że oni nie za bardzo z językami…Nie to, że ja mogę ocenić jak mówią. Znam tylko angielski, ale czasami sami mówią, że potrzebują tłumaczy, a też żyją poza krajem od dawna”

„Nie potrafię cokolwiek powiedzieć o Polonii…”

„Karol, nie zanudzaj go Polonią” – wtrącił się Józek – „Nie widzisz, że Adaś całkowicie zeszwedział, Nie jest już Polakiem, ma szwedzki paszport…”

„Ma pan szwedzki paszport?” – zapytał Karol

„Tak. Mam szwedzkie obywatelstwo”

„No widzisz” – Józek zwrócił się do Karola – „On Polaka nie zrozumie. On już w celi, w czasie internowania nie rozumiał nas Polaków”

Chciałem odpowiedzieć ostro, ale się opanowałem. Przebywanie z nimi nie ma sensu. Podniosłem się od stołu.

„Przepraszam panów, ale ja już muszą iść. Miło mi było…”

„Wychodzisz już” – przerwała mi Lisiecka

 Musiała się przysłuchiwać rozmowie przy naszym stoliku

„Tak Heniu. Przyjmij jeszcze raz moje kondolencje i nie zapomnij powiadomić mnie kiedy prochy Mattiego będą składane do grobu w Łodzi. Obiecuję przyjechać”

Podszedłem z Henią do stolika przy którym siedziało jej towarzystwo. Pożegnałem się i udałem się do wyjścia. Na parkingu podbiegł do mnie Karol.

„Przepraszam pana za nich. Wypili trochę i…”

„I są szczerzy” – wszedłem mu w słowo

„Wie pan jak to jest z pijanymi. Mam do pana prośbę. My tu mieszkamy w hotelu Scandic. Prom do Gdańska mamy w niedzielę. Jutro w sobotę nie mamy co robić. Nie zgodziłby się pan pokazać trochę tego miasta?”

„No, wie pan…”

„Nimi niech się pan nie przejmuję” – przerwał mi – „Do jutra wytrzeźwieją i będą potulni jak baranki”

„Nie mogę” – odpowiedziałem – „Mieszkam kilkadziesiąt kilometrów stąd. Nie mogę zostawiać żony na tak długo. Jest ciężko chora. Umierająca, pan rozumie”

„Och tak mi przykro. Mam nadzieję, że żonie się polepszy i spotkamy się w Łodzi” Pożegnaliśmy się. wsiadłem do samochodu i odjechałem. 

 

W domu Zosia niecierpliwie czekała na relacje z pogrzebu. Przynajmniej tak mi się wydawało. Zaraz po moim wejściu do mieszkania zapytała

„Jak tam ta Lisiecka?”

„Brzydka baba jak noc. Garbata, niemal łysa z długim śpiczastym nosem z olbrzymią brodawką na nim z której wyrasta kilka długich włosków. Do tego całkowicie bezzębna. Podpiera się sękatą lachą. Zupełnie nie w moim typie…”

„Jakiś ty głupi” – przerwała mi – „Wiesz o co mi chodzi…Czy bardzo przeżywa śmierć Mattiego?”

„No, wiesz. Nie tańczyła…”

„Przestań!”

„Okej. Myślę, że od pewnego czasu była pogodzona ze zbliżającą się śmiercią. Chorował na śmiertelną, nieuleczalną chorobę. W pewnym sensie, nawet jeśli zabrzmi to cynicznie, śmierć takiej osoby jest oczekiwana i przyjmowana jako ulga zarówno dla umierającego, jak i dla osób mu bliskich”

„Masz chyba rację. Kiedy odbędzie się pogrzeb w Łodzi?”

 „Nie wiem. Ona też nie wie. Wiesz jak to jest u nas. Cała masa biurokratycznych procedur. Duże koszty. Lisiecka obiecała zawiadomić nas jak już będzie wiedziała kiedy”

„Dużo ludzi przyszło?”

Opowiedziałem o delegacji z Polski. Pominąłem to że byli pijani. Nie wspomniałem też o księdzu który we wspomnieniu o zmarłym mylił fakty. Zosia miała pretensje o to, że nie zrobiłem zdjęć. Poza tym, myślę że była zadowolona z mojej relacji.

 Przez następne dni oczekiwaliśmy wiadomości od Lisieckiej. Długo się nie odzywała. Zosia była z tego zadowolona. Łuk brwiowy się zagoił i siniak na twarzy prawie zniknął. W końcu pomału zapominaliśmy o wyjeździe na pogrzeb Mattiego.

Kilka tygodni później w końcu października siedzieliśmy z Zosią przed telewizorem i oglądaliśmy wieczorne wiadomości. Przerwał nam oglądanie telefon. Spojrzałem na wyświetlacz „Od Lisieckiej”

„Włącz na głośno mówiący” – zażądała Zosia

„Adasiu. Stało się nieszczęście. Nie mam jak dostać się do Łodzi” – Lisiecka zaczęła zdenerwowana bez przywitania – „Siostra ze szwagrem polecą do Polski kilka godzin przed pogrzebem, a ja muszę tam być z Mattim wcześniej…”

„Kiedy pogrzeb?” – przerwałem jej

„W piątek piątego listopada. Wiesz nie mam prawa jazdy a polecieć z urną nie mogę. Wiesz, te wszystkie formalności…”

„Co mogę dla ciebie zrobić” – znowu przerwałem jej wywód

Wiedziałem już o co jej chodzi. Spojrzałem na Zosię. Dawała mi jakieś znaki, ale nie zrozumiałem o co jej chodzi. Lisiecka coś mówiła, ale skupiony na zgadywaniu znaków dawanych przez Zosię nie słuchałem jej

„Chwileczkę Heniu. Muszę przejść do drugiego pokoju. W tym jest słaby sygnał”

 Przykryłem ręką mikrofon i szeptem zwróciłem się do Zosi

„O co ci chodzi?”

„Powiedz jej że ją zabierzemy samochodem”

„Co?!”

„Nie co tylko powiedz jej że mamy miejsce w aucie i ją zabierzemy”

„Halo! Heniu. O, teraz lepiej słyszę” – odezwałem się do telefonu – „Co mogę dla ciebie zrobić?”

„Wybierasz się na pogrzeb, prawda?”

„Tak”

„Zabierz mnie ze sobą”

 „Nie wybieram się sam…”

„Dużo was będzie w aucie?”

„Tylko ja i moja pani”

„No to ja się zmieszczę. Zwrócę wszystkie koszty”

„Koszty biorę na siebie. Muszę w takim razie od razu kupić bilety na prom. Aha! A jak i kiedy będziesz wracać?”

„Nie przejmuj się moim powrotem. Wrócę samolotem z siostrą”

 „W takim razie zaraz wchodzę na Internet i kupuję bilety na prom. Mam nadzieję, że o tej porze roku nie będzie z tym kłopotu. Zadzwonię do ciebie jak już będę je miał”

Po rozmowie z Lisiecką szybko uzgodniłem z Zosią, że pojedziemy na dwa tygodnie. Ostatnio w Polsce byliśmy ponad dwa lata temu na pogrzebie mojej matki. Z moim urlopem nie będę miał problemu. Zosia stwierdziła, że weźmie bezpłatny. Pasowałoby nam wyjechać w sobotę trzydziestego października i wyjechać z Polski trzynastego listopada. Również w sobotę. Szybko sprawdziłem, że są jeszcze bilety na prom z Nynäshamn do Gdańska.

„Wytrzymasz z nią tyle godzin?” – zapytałem Zosi

„Dlaczego miałabym nie wytrzymać?”

„Wiesz, pojedziemy po nią do Norrköping, potem razem ze trzy godziny do Nynäshamn no i prawie osiemnaście godzin promem do Gdańska, a potem jeszcze do Łodzi”

„Wytrzymam. O mnie się nie martw”

Kupiłem bilety i dwie dwuosobowe kabiny. Chwilę zastanawialiśmy się gdzie się zatrzymać w Łodzi. Od śmierci matki nasze kontakty z Hubertem ustały. Niby mogliśmy się u niego zatrzymać, ale po prostu nie chcieliśmy. Zamówiłem hotel do niedzieli siódmego listopada.

Po pogrzebie Mattiego, pojedziemy do Warszawy. Będziemy chcieli spotkać się z bratankiem Zosi. Był u nas rok temu z żoną i rocznymi bliźniakami. Zaraz zadzwonimy do niego. Powiemy, że przyjeżdżamy na kilka dni. Zapytamy co im przywieść. Dzieciaki szybko rosną, więc na pewno przywieziemy coś z ubranek. Muszą podać aktualne rozmiary.

 Z Warszawy pojedziemy prosto do Gdańska na prom do domu.

Zadzwoniłem do Lisieckiej powiedzieć o dacie wyjazdu. Uzgodniliśmy gdzie i o której godzinie mamy ją zabrać. Gdy to już było załatwione Zosia zadzwoniła do bratanka.

 

W końcu nadszedł dzień wyjazdu. Wszystko przebiegło tak jak zaplanowaliśmy. Spotkaliśmy Henię pod jej domem Panie się przedstawiły. Zosia tylko z imienia. Nie chciała ujawniać swojego nazwiska po mężu. Może gdyby to było Kowalska, lub Malinowska to Lisiecka pomyślałaby, że to przypadkowa zbieżność nazwisk. Przypuszczam, że nie uwierzyłaby w przypadkową zbieżność gdyby Zosia przedstawiła się jako Zofia Kobryń. W każdym razie wszystko odbyło się poprawnie i wyruszyliśmy w drogę do Polski we troje, a właściwie we czworo. Matti był z nami w bagażniku.

Lisiecka nalegała abym przyjął zapłatę za bilet. Odmówiłem, twierdząc, że jedziemy w to samo miejsce i koszt za jedną osobę więcej jest niewielki. Odwzajemniła się zapraszając nas na kolację na promie. Po zaokrętowaniu przeszliśmy do swoich kabin, rozpakować bagaż podręczny. Pół godziny później spotkaliśmy się w restauracji. Było poprawnie i sympatycznie. Do kabin wróciliśmy po dwudziestej trzeciej. Następnego dnia spotkaliśmy się na śniadaniu. Potem panie poszły kupować kosmetyki. Z promu zjechaliśmy około czternastej w niedzielę. Bez przygód dotarliśmy do Łodzi. Zostawiliśmy Henię pod domem krewnych. Umówieni byliśmy na spotkanie na cmentarzu w dniu pogrzebu o godzinie trzynastej.

 

Przez te kilka dni pozostające do piątku chodziliśmy po mieście, zwiedzaliśmy stare kąty. Byliśmy na cmentarzu u matki, zamówiliśmy kwiaty na piątek. Mimo listopada pogoda była piękna. Było przede wszystkim ciepło. Bardzo cieszyło to Zosię. Nie mogła doczekać się piątku i pokazania się w stroju który sobie kupiła na pogrzeb Mattiego. Co wieczór przymierzała go w pokoju hotelowym i za każdym razem pytała mnie czy dobrze w nim wygląda.

„Wyglądasz wspaniale, kochanie. Radziłbym ci tylko, abyś zrezygnowała z tych czarnych okularów. W listopadzie nie za bardzo pasują, no i o nieszczęście łatwo”  

„Jesteś ignorantem w sprawach mody i dobrego smaku.” – denerwowała się – „A o nieszczęście się nie martw. Będę uważała na schodach”

 

W piątek rano obudziłem się na chwilę gdy Zosia wstała z łóżka. Spojrzałem na zegarek. Właśnie mijała ósma. Ucieszyłem się, że jeszcze mogę pospać z pół godziny. Przymknąłem oczy. Nagle usłyszałem rozpaczliwy krzyk Zosi

„Nie wierzę!…Adam! Powiedz mi, że to nieprawda!”

Zerwałem się z łóżka. Zosia stała przy oknie

„Co się stało, kochanie?!”

„Popatrz…” – wskazała na okno

Taka zamieć śnieżna jaka była za oknem to nawet u nas w środkowej Szwecji jest rzadkością. „Jak dobrze, że będziesz ubrana cała na czarno”

Spojrzała na mnie pytająco

„Nie zgubię cię w tej zamieci” – wyjaśniłem

„Jakie ty masz głupie komentarze”

 „Nie kochanie. Staram się myśleć pozytywnie”

Nie przekonałem jej.

Po porannej toalecie zeszliśmy na śniadanie. Zosia wybrała stolik przy oknie. Zauważyłem, że nie mogła skupić się na jedzeniu. Cały czas patrzyła w okno. Ucieszyła się kiedy śnieżyca nagle ustała. Niestety tylko na chwilę. Wróciliśmy do pokoju. Do trzynastej było jeszcze sporo czasu. Planowaliśmy wyjść na miasto, niestety pogoda nie zachęcała do tego. Zosia wyciągnęła z szafy ubrania i po raz kolejny zaczęła je przymierzać. Ja położyłem się na łóżku

„Adam!” – krzyknęła nagle – „Czy my mamy w samochodzie parasol?”

„Mamy twój tęczowy”

„Nieodpowiedni”

„Wiem, że nieodpowiedni. Prawdziwi patrioci którzy będą na pogrzebie zatłuką cię za taki parasol”

„Nie o to chodzi. Musimy mieć czarny. Masz jeszcze trochę czasu aby postarać się o czarny, duży parasol”

Niechętnie zacząłem się szykować do wyjścia. Gdy już byłem gotowy zadzwonił mój telefon „Lisiecka dzwoni” – oznajmiłem

„Zrób na głośnomówiący”

„Dzień dobry Heniu”

„Nieszczęście! Nieszczęście się stało” – zaczęła płaczliwie – „Chyba złamałam nogę w kostce na tym śniegu”

„Którą?” – zapytałem

„A co to ma za znaczenie?… Lewą”

„Nie przejmuj się nim” – wtrąciła się Zosia – „On zawsze potrafi wyskoczyć z czymś takim” „Jestem teraz na pogotowiu” – płakała Lisiecka – „Zrobili mi prześwietlenie i się naradzają czy włożyć nogę w gips, czy wystarczy orteza…”

„Czy mamy po ciebie przyjechać?” – zapytałem

„Nie. siostra za szwagrem przyjadą po mnie. Zabiorą mnie do domu i zostaną ze mną. Niestety nie będziemy na pogrzebie. Adasiu, próbuję dodzwonić się do księdza, ale on nie odbiera. Pojedź na cmentarz wcześniej i wytłumacz mnie księdzu i wszystkim zebranym”

„Postaram się”

„Zadzwoń jak będzie po wszystkim…Aha! Jeszcze jedno! Po pogrzebie zaproś wszystkich na poczęstunek do domu pogrzebowego Skrzydlewskiej…”

„Gdzie to jest?” – zapytałem

„Przed wejściem na cmentarz. Powołaj się na mnie. Tam wszystko jest opłacone”

Po rozmowie z Lisiecką uzgodniłem z Zosią, że powinniśmy udać się na cmentarz dużo wcześniej przed pogrzebem. Szybko przygotowaliśmy się do wyjścia. Ku uciesze Zosi pogoda się poprawiła. Przestało śnieżyć i nawet wyszło słońce.

 

W administracji cmentarza dowiedzieliśmy się, że przed pogrzebem Mattiego są jeszcze dwa inne pogrzeby i że wszystkie pogrzeby tego dnia celebruje ten sam ksiądz.

Poszliśmy do kaplicy. Właśnie wynoszono trumnę na miejsce pochówku. Liczna rodzina zmarłego i inni żałobnicy długo wychodzili z kaplicy. W końcu gdy wszyscy z niej wyszli weszliśmy do środka. Przez chwilę byliśmy w niej sami. Nie zdążyłem się rozejrzeć, kiedy dwóch pracowników cmentarza z bocznych drzwi kaplicy wtoczyło wózek z trumną. Zaczęli ją ustawiać na opróżnionym po poprzednim pogrzebie katafalku. O trumnę oparli tabliczkę z imieniem i nazwiskiem zmarłej kobiety.

Po chwili do kaplicy zaczęli się schodzić krewni i znajomi zmarłej. Wyglądało na to, że wszyscy się znali. Od czasu do czasu zaczęli na nas spoglądać z ciekawością. Poczuliśmy się obco w tym towarzystwie. Wyszliśmy na zewnątrz i od razu natknęliśmy się na powracającego księdza. Zatrzymałem go i poprosiłem o chwilę rozmowy

„Przepraszam pana, ale nie mam czasu. Jeszcze cztery pogrzeby czekają. Jesteśmy opóźnieni…” – stwierdził

„Ja właśnie w sprawie jednego z pogrzebów. Najbliższa rodzina zmarłego Mateusza Kobrynia nie może być obecna w czasie pochówku”

„Co się stało?” – zainteresował się

Wyjaśniłem, że wdowa po zmarłym, pani Henryka Lisiecka kilka godzin wcześniej złamała nogę i jest w szpitalu

„A! Pani Lisiecka. Pamiętam, pamiętam…Nie dobrze. Jakiś minister ma przybyć, kombatanci, goście z zagranicy. Nie wypada przekładać pochówku” – ksiądz był wyraźnie w rozterce Zauważyłem, że przygląda się stojącej nieco z boku Zosi

„A ta pani w żałobie, to krewna zmarłego?” – wzrokiem wskazał Zosię

„Tak. Jak najbardziej” – odpowiedziałem

Ksiądz spojrzał na zegarek i podszedł do Zosi.

„Proszę przyjąć słowa pociechy. Świętej pamięci Mateusz jest w drodze do domu Pana naszego…Pani i pan…” – spojrzał na mnie – „Przepraszam. Nie zrozumiałem nazwiska”

„Adam Neumann” – przedstawiłem się

„Ach tak. Pamiętam…No, więc, pani będzie reprezentować wdowę, a pan poprowadzi panią za trumną”

Zauważyłem, że Zosia była zaskoczona. Chciała coś powiedzieć, ale ksiądz uprzedził ją

„Jestem opóźniony z pogrzebami. Muszę państwa opuścić”

I nie czekając na naszą reakcję zniknął w drzwiach kaplicy.

„W co żeś mnie wrobił?!” – warknęła złowieszczym szeptem Zosia.

 Nie zdążyłem odpowiedzieć. Właśnie podszedł do nas Karol, przedstawiciel ministra. Ukłonił mi się i podszedł do Zosi

„Witam panią, pani Henryko. Ledwo panią poznałem. Proszę jeszcze raz przyjąć moje kondolencje, oraz kondolencje pana ministra. Niestety, obowiązki najwyższej wagi państwowej nie pozwoliły mu przybyć pożegnać naszego kochanego druha…”

I może by jeszcze powiedział coś w podobnym stylu, ale przerwał mu owinięty białoczerwonym szalem Józek Rudek. Zrobił nam zdjęcie telefonem, potem podszedł do Zosi

„Pani Heniu kochana! Jesteśmy tu wszyscy. Pamięta nas pani prawda? Byliśmy na pierwszym pogrzebie Mateusza w Szwecji…”

„Co ty pleciesz Józiu” – przerwał mu Zdzisiek Popiel – „Za dużo wypiłeś. To jest ten sam pogrzeb. Dzisiaj nastąpi złożenie ciała do grobu”

„A! widzisz!” – odgryzł się Józek – „To ty wypiłeś za dużo i pieprzysz głupoty. Ciało zostało spalone. Dzisiaj prochy pochowamy…”

„Panowie! Panowie” – wtrąciłem się – „Więcej szacunku dla wdowy. Jeśli chcecie się sprzeczać to może gdzieś na boku”

Odeszli kłaniając się nisko

„Co..Co to wszystko znaczy?” – ledwo wydukała zaszokowana Zosia – „Co to za pijani kibole, szalikowce?!”

„To prawdziwi patrioci Zosiu. Przyjaciele naszego Mattiego”

„Kpisz sobie, jak zawsze”

„A co mam powiedzieć?”

Musieliśmy przerwać rozmowę. Do Zosi zaczęli podchodzić inni ludzie. Część z nich miała na sobie białoczerwone szaliki z godłem Polski. Wszyscy wzięli ją za wdowę po Mattim. I tak na dobrą sprawę nie mylili się. Józek stał nieco z boku i wszystko dokładnie obfotografowywał.

 Musieliśmy odsunąć się z przed wejścia do kaplicy. Właśnie wyprowadzano trumnę do miejsca pochówku. Gdy tylko ostatni żałobnicy opuścili kaplicę wziąłem Zosię pod rękę i zaprowadziłem do ławki tuż przed katafalkiem. Urna z prochami Mattiego była już na nim ustawiona. Pracownicy kaplicy układali dostarczone im wcześniej wieńce i kwiaty. Gdy zakończyli układanie zniknęli dyskretnie w bocznych drzwiach. Kaplica zaczęła zapełniać się przybyłymi na pogrzeb ludźmi. Niektórzy podchodzili do katafalku i składali u jego podnóża wiązanki kwiatów.

W pewne chwili usłyszeliśmy za sobą pewien rumot i nieco podniesione głosy. Obejrzałem się. w drzwiach dwóch mężczyzn w obowiązkowych szalikach mocowało się z olbrzymim wieńcem z biało czerwonych goździków. Wieniec przymocowany był do drewnianego trójnogu. Długie białoczerwone szarfy ze złoconymi napisami wlekły się za nimi po podłodze. Mężczyźni ustawili wieniec po prawej stronie katafalku. Dopiero wtedy zauważyłem, że podążał za nimi Karol, przedstawiciel ministra. Gdy mężczyźni uporali się z ustawianiem wieńca, Karol podszedł do niego i poprawił położenie szarfy. Nie musiał tego robić, ale najprawdopodobniej podpatrzył ten gest w telewizji gdy relacjonowano składanie wieńców przez różnych oficjeli, przy różnych okazjach. Poprawił szarfę i z zadowoleniem zauważył, że nie uszło to uwadze zgromadzonych. Odszedł od wieńca i usiadł w sąsiedniej ławce dopiero gdy Józek zrobił mu kilka zdjęć.

Chwilę potem Zdzisiek Popiel i Nieznany mi mężczyzna wnieśli jeszcze jeden wieniec na trójnogu. Próbowali go ustawić po lewej stronie katafalku. Coś im nie wyszło i Zdzisiek przewrócił się na ustawiany wieniec głową w jego środek. Słychać było trzask łamanego trójnoga. Zdzisiek podniósł się szybko z wieńcem zawieszonym na szyi. Odwrócił się przodem do siedzących w kaplicy. Niemal wszyscy wybuchli śmiechem. Zdzisiek zaklął pod nosem. Ktoś podbiegł do niego i pomógł mu się uwolnić od wieńca. Nieco potarmoszony wieniec położono na podłodze. Zauważyłem, że Józek zdążył to sfotografować.

Hałas tego zdarzenia zwabił pracowników kaplicy. Szybko zorientowali się co się stało. Uprzątnęli połamany trójnóg i uszkodzone kwiaty wieńca. Gdy kończyli do kaplicy powrócił ksiądz. Zniknął za ołtarzem przed którym stał katafalk. Wyszedł po kilku minutach. Usłyszeliśmy muzykę graną na organach. Obejrzałem się za siebie. Dopiero teraz zauważyłem, że nad głównym wejściem na balkonie znajduje się niewielki instrument. Starszy mężczyzna siedzący tyłem do ołtarza grał na nim obserwując jednocześnie w wiszącym przed nim lustrze księdza odprawiającego mszę. Msza była stosunkowo krótka. Odśpiewano dwie pieśni. Zabrzmiało to lepiej niż wtedy w Szwecji.

Potem ksiądz wygłosił kilka ciepłych słów o świętej pamięci zmarłym, zwracając się ze słowami pocieszenia do wdowy. Na zakończenie ogłosił, że kilka słów chciałby powiedzieć przybyły na pogrzeb pan minister. Gdy to zapowiedział, doszedł do moich uszu rechot mężczyzn siedzących za nami.

Karol, przedstawiciel ministra szybko podszedł do mikrofonu. Nie uznał za stosowne wyjaśnić, że jest przedstawicielem ministra.

„Droga pani Henryko” – zwrócił się w stronę Zosi – „I wy wszyscy przyjaciele świętej pamięci Mateusza. Zebraliśmy się tutaj aby go pożegnać. Pozwólcie, że odczytam kilka słów które przyszykowałem na tą okazję…” – przerwał i wyciągnął z kieszeni kartkę

 „Kochani. Żegnamy dzisiaj wielkiego Polaka, Naszego przyjaciela i nauczyciela…Tak. Nie wstydzę się tego powiedzieć – nauczyciela. On nas nauczał jak kochać Polskę i jak dla nie pracować. Nasz kochany zmarły świętej pamięci Mateusz był prześladowany i cierpiał w słusznie minionym okresie w naszej ojczyźnie. W czasie internowania w Stanie Wojennym chciano go wyrzucić z Polski. Opierał się z całych sił. Niestety. Nie potrafił się obronić. Brutalnie wyrzucony z ukochanej ojczyzny wrócił gdy tylko wyzwoliliśmy kraj od komunizmu…W wolnej Polsce został wysłannikiem naszej partii do krajów w których mieszkają nasi rodacy, wyrzuceni z kraju tak jak on, lub którzy wyjechali z własnej woli. Namawiał ich do powrotu. Wielu wróciło. To jego zasługa. Niestety. Potem pod rządami lewackich liberałów poczuł się zmuszony ponownie opuścić kraj…Ale teraz gdy jesteśmy przy sterze w naszej ojczyźnie mógłbyś śmiało wrócić do nas kochany druhu. Niestety podstępna choroba uniemożliwiła ci powrót za życia. Ale wiedz, że spoczniesz na wieki w naszej świętej ziemi…Żegnaj przyjacielu ”

Mam dziwny dar zapamiętywania pewnych tekstów. Już po kilku słowach odczytywanych przez Karola zorientowałem się, że są one identyczne z tymi które odczytywał w Szwecji.

Zaraz po wystąpieniu Karola ksiądz szybko zakończył mszę. Urnę z prochami Mattiego uniósł z katafalku młody zakonnik. Ustawił się przed księdzem gotowy do wyjścia z kaplicy.

Jeszcze przed wyjściem z kaplicy podeszło do Zosi kilka osób złożyć kondolencje. Zosia najczęściej nic nie odpowiadała. Przyciskała chusteczkę do ust i szlochała. Zwłaszcza gdy Józek robił jej zdjęcia.

Nieco zniecierpliwiony ksiądz dał znak, że czas opuścić kaplicę. Szedłem z Zosią tuż za księdzem. Zauważyłem, że jest bardzo wzburzona.

 „Nie wytrzymam tego cyrku” – szepnęła mi do ucha – „Musimy stąd się urwać jak najszybciej”

„Wdowie nie wypada…” – odpowiedziałem

„Przestań!” – niemal krzyknęła

Tuż przed dojściem do miejsca pochówku pogoda bardzo się zmieniła. Nagle pojawił się zimny porywisty wiatr przynosząc ze sobą obfity opad mokrego śniegu. Część towarzyszących nam żałobników gdzieś się rozpierzchła. Ksiądz bardzo szybko zakończył ceremonię. Dwóch grabarzy odebrało urnę od zakonnika i szybko umieścili ją w przyszykowanym grobie. Zakopywanie i formowanie grobu trwał kilka minut. Szybko ułożono przyniesione wieńce i kwiaty. Ksiądz podszedł do Zosi. Coś do niej mówił potem pobłogosławił nas wszystkich i oddalił się w stronę kaplicy.

Rozejrzałem się. Wkoło nas stała niewielka grupka osób które dotrwały do końca ceremonii. Wśród nich Karol, wysłannik ministra i kilkanaście osób, głównie mężczyzn owiniętych białoczerwonymi szalikami. Wśród nich zauważyłem Józka Rudka, Zdziśka Popiela i Ryśka Beniowskiego.

„Proszę państwa!” – zwróciłem się do zebranych – „W imieniu pani Lisieckiej zapraszam wszystkich na poczęstunek do domu pogrzebowego znajdującego się przed wejściem na cmentarz”

Nie czekając na reakcję zebranych ruszyłem z Zosią raźnym krokiem w stronę wyjścia z cmentarza. Zaraz za nami podążał Józek z kolegami. Mimo wiatru usłyszałem jak rozmawiali ze sobą

„Ciekawe, czy stypa będzie polska, czy szwedzka?” – zastanawiał się Zdzisiek

„Co to za różnica?” – zapytał nieznany mi głos

„W Szwecji ni chuja, ani kropli wódki nie było na stypie” – wyjaśnił Zdzisiek

„Dziwne zwyczaje tam mają” – przyznał nie znany mi głos

Reszty nie słyszałem. Zosia zaczęła się domagać abym w jakiś sposób wykręcił ją od obecności na poczęstunku

„Musisz zasłabnąć” – odpowiedziałem

„Jak to, zasłabnąć?”

„No przewróć się. Udawaj, że zemdlałaś”

„Mam się tu wyłożyć w to błoto?!…No chyba żartujesz!” – obraziła się

Szliśmy chwilę w milczeniu. Po chwili wchodziliśmy do domu pogrzebowego. Zaraz za drzwiami były wieszaki na powieszenie płaszczy. Obok drzwi do toalet, oraz niewielki stolik i dwa krzesła

„Siadaj i udawaj, że jest ci słabo” – syknąłem jej do ucha

Tym razem nie zaprotestowała

„Co pani jest, pani Heniu?” – zapytałem bardzo głośno

Tak jak się spodziewałem usłyszeli to niemal wszyscy którzy razem z nami wchodzili do środka. Kilka osób zatrzymało się przy nas

„Serce mnie bardzo boli” – odpowiedziała cierpiąco Zosia

„Zaraz zadzwonię po pogotowie” – zaoferowała się jakaś kobieta

„Nie! nie trzeba” – powstrzymała ją Zosia – „Mam swoje lekarstwa, ale zostawiłam je w hotelu. Muszę je co prędzej zażyć”

Akurat zjawiła się przy nas jedna z pracujących tam kelnerek. Zaproponowała wezwanie taksówki. Zosia się zgodziła. Kelnerka poszła do telefonu. Ci którzy się przy nas zatrzymali weszli do sali restauracyjnej. Zostałem z Zosią. Taksówka przyjechała bardzo szybko. Pomogłem Zosi do nie wsiąść i obiecałem wrócić do hotelu jak tylko zakończy się stypa.

Po chwili zadowolony udałem się do sali.

 

Na poczęstunek przyszykowany był zimny bufet. Niektórzy już się obsłużyli i siedzieli przy stolikach. Inni właśnie się obsługiwali. Przy bufecie stała ta sama kelnerka która widziała mnie przy Zosi i która zadzwoniła po taksówkę

„Pan przyszedł z panią Lisiecką, prawda?” – zwróciła się do mnie

„Tak, zgadza się”

„Bo widzi pan, pani Lisiecka wszystko opłaciła, oprócz alkoholu, a kilku panów tam przy stoliku” – wskazała stolik przy którym siedzieli moi koledzy z internowania – „Zażyczyło sobie podania wódki. Powiedziałam im, że za alkohol muszą zapłacić, ale oni twierdzą, że pani Lisiecka obiecała im…”

„Proszę im podać to co chcą na mój rachunek” – przerwałem jej

Właśnie podchodził do nas Zdzisiek

„Adasiu! Tu nie Szwecja. Tu się żegna zmarłych przy wódce!” – wykrzykiwał głośno

Wszyscy spojrzeli na niego ze zgorszeniem

„Wracaj do stolika” – powiedziałem zdecydowanie

Chyba powiedziałem to zbyt zdecydowanie, bo Zdzisiek zaniemówił na chwilę i zdobył się tylko na potulne

„Dobra, już dobra…”

Odwrócił się i odszedł. Zauważyłem, że niemal wszyscy patrzą na mnie.

„Proszę państwa” – zwróciłem się do zaproszonych – „Jeśli mają państwo ochotę na lampkę wina lub kieliszek czegoś mocniejszego to proszę poprosić panią kelnerkę”

Doszedłem do bufetu wybrać sobie coś do jedzenia. Nie miałem na nic ochoty, ale czułem się w obowiązku usiąść z kimś przy stole i zjeść coś dla towarzystwa.

Nałożyłem sobie trochę sałatki jarzynowej i zacząłem się rozglądać do kogo by się przysiąść. Tak na dobrą sprawę to po za Karolem, wysłannikiem ministra i kolegami z internowania nikogo na tej sali nie znałem.

Gdy tak stałem niezdecydowany Józek przywołał mnie gestem ręki. Nie miałem ochoty przysiadać się do nich i w dalszym ciągu rozglądałem się w koło

„Adam! Trzymamy tu miejsce dla ciebie” – zachęcał Józek

„Nie chcem, ale muszem” – pomyślałem klasykiem i ruszyłem w ich kierunku.

Ktoś podsunął mi krzesło. Usiadłem. Ktoś inny podawał kieliszek napełniony wódką. Odmówiłem.

„Z nami się nie napijesz?!” – oburzył się Rysiek

„Jestem samochodem – odpowiedziałem

„A ja jestem inżynierem!…Ha! Ha! Ha!” – odpowiedział ze śmiechem Zdzisiek

„Ty inżynierem?!” – zaśmiał się Józek – „To, że na swoim profilu na Facebooku napisałeś studiowałem na Politechnice, nie oznacza, że ją ukończyłeś…”

„Właśnie!” – wciął się Rysiek – „Jesteś takim inżynierem jak Karol ministrem”

„No! No, panowie. Skończmy z tym” – zareagował Karol – „Lepiej dowiedzmy się na jak długo pan Adam przyjechał do Polski.”

„Właśnie, Adasiu” – zaciekawił się Józek – „Wracasz od razu do Szwecji, czy zostaniesz na parę dni?”

„Zostajemy do soboty trzynastego listopada” – odpowiedziałem – „Jutro wyjeżdżamy do Warszawy do krewnych żony…”

„Świetnie!” – wpadł mi w słowo Karol – „W takim razie zapraszam pana na Marsz Niepodległości jedenastego listopada w Święto Niepodległości ”

„Co to takiego?” – zapytałem

„Nie wie pan co to jest Marsz Niepodległości” – zdziwił się Karol

„Nie wiem” – odpowiedziałem

„Karol, nie dziw się, że on nie wie” – wtrącił Rysiek – „On żyje w Szwecji i nie wie nic o najważniejszym polskim święcie narodowym”

„Rysiu, wiem jakie święto jest jedenastego listopada w Polsce” – odparłem zirytowany –

„Ale nie wiem co to za Marsz”

„To dziwne” – stwierdził Karol – „Ze Szwecji przyjeżdża na Marsz co roku dużo polskich patriotów”

Chciałem mu odpowiedzieć, ale właśnie zadzwonił mój telefon. Dzwoniła Lisiecka. Przeprosiłem towarzystwo i wyszedłem do szatni aby porozmawiać swobodnie

 „Słucham Heniu” – uprzedziłem ją

„Dlaczego nie dzwonisz? Wiesz, że czekam niecierpliwie”

„Siedzę teraz z przyjaciółmi Mattiego na poczęstunku. Wiesz o kim mówię…”

„Och! Nie przypominaj mi ich. Wytłumaczyłeś mnie księdzu? Jak wypadł pogrzeb? Był minister?”

Odpowiadałem na wszystkie pytania cierpliwie, ale w potoku jej pytań nie miałem możliwości zadać swoich

„Co ludzie mówili na to, że nie ma mnie na pogrzebie?”

„Nie zauważyli tego”

„Jak to? Wszyscy byli pijani, czy co?”

„Nie wszyscy. Wszystko odbyło się poprawnie. Ludzie składali ci kondolencje…”

„Nie rozumiem” – przerwała mi

„Zrozumiesz jak zobaczysz zdjęcia”

„Robiłeś zdjęcia?”

„Nie robiłem, ale Józek, przyjaciel Mattiego robił. Obiecał przysłać”

Lisiecka się ucieszyła. Przez chwilę zastanawiała się widocznie o co jeszcze zapytać. Wykorzystałem to że chwilę milczała i zapytałem

„Jak noga, Heniu?”

„Ach! Nie pytaj nawet. Chcieli założyć gips. Wywalczyłam ortezę, ale to gówno jest chyba gorsze od gipsu. Powiedzieli, że mogę ostrożnie chodzić od razu, ale to nieprawda. Kroku nie mogę zrobić…”

„Gdzie jesteś teraz?” – wciąłem się

„W mieszkaniu krewnych. Jest tu też siostra z mężem. Wszyscy są. Wiesz co? Bierz Zosię i przyjeżdżaj do nas. Adres znasz. Wysadziłeś mnie przed ich domem”

Tego mogłem się spodziewać. Nie miałem ochoty na wizytę u jej krewnych

„Dziękuję za zaproszenie, ale nie możemy przyjechać. Siedzę z gośćmi na tym poczęstunku. Wygląda na to, że to jeszcze potrwa. Po za tym Zosia musiała pojechać do hotelu. Źle się poczuła, a jutro z rana wyjeżdżamy do Warszawy”

Henia nie nalegała. Pożegnaliśmy się. Obiecaliśmy sobie, że się spotkamy w Szwecji.

 

Wróciłem do stolika. Chwilę przysłuchiwałem się rozmowie Ryśka z Karolem. Zrozumiałem, że spierają się o jakieś rozliczenia diet za wyjazd do Szwecji. Przypomniałem sobie o zdjęciach. Zwróciłem się do Józka z prośbą aby mi je przesłał na mój telefon. Przez kilka minut wybierałem w jego telefonie zdjęcia które uważałem za udane. Wybrałem kilkanaście sztuk, między innymi te na których Zdzisiek wpada w wieniec. Józek odebrał ode mnie telefon i zaczął przesyłać zdjęcia. Obserwowałem na swoim jak zaczęły przychodzić.

Gdy już ostatnie miałem w telefonie doszła do nas kelnerka. Przyniosła kawę. Skorzystałem z okazji i poprosiłem o rachunek za alkohol. Prosiła abym podszedł do bufetu. Gdy skończyłem z nią rozmawiać podeszła do mnie para siedząca przy sąsiednim stoliku. Przyszli podziękować za poczęstunek. Pożegnali się i prosili aby jeszcze raz przekazać wdowie kondolencje. Jeszcze kilka osób poszło w ich ślady. Poszedłem uregulować rachunek. Byłem przekonany, że zapłacę dużą sumę. Jednak okazało się, że goście wypili w sumie pięć półlitrówek wódki i kilka lampek wina. Z ulgą stwierdziłem, że mnie to nie zrujnowało. Wróciłem do stolika pożegnać się z kolegami

„Panie Adamie” – zwrócił się do mnie Karol – „Rozumiem, że spotykamy się jedenastego na Marszu Niepodległości”

Nie zamierzałem iść na ten Marsz, ale dla świętego spokoju odpowiedziałem

„Tak. Oczywiście. Na pewno się spotkamy”

„To nie będzie takie łatwe. Będą tłumy ludzi. Proponuję aby pan przyszedł na Rondo Dmowskiego przed trzynastą. Znajdzie nas pan przy samochodzie z logo naszej partii. Wymarsz o trzynastej. Składamy kwiaty pod pomnikiem Paderewskiego. Potem o trzynastej trzydzieści odmówimy Różaniec i wymarsz…”

„Doskonale!” – przerwałem mu – „Obiecuję, że się tam zjawię”

Jeszcze chwilę z nimi rozmawiałem, po czym pożegnałem się  i udałem się na parking do samochodu.

 

Po kilkunastu minutach byłem w hotelu. Gdy wszedłem do pokoju Zosia z zainteresowaniem oglądała film w telewizji

„Jak się czujesz Heniu?” – zażartowałem zwracając się do Zosi

„Dobrze. Cicho, nie przeszkadzaj teraz…” – odpowiedziała nie odwracając wzroku od telewizora

Dopiero po chwili dotarło do niej, że nazwałem ją Henią. Odwróciła się do mnie

„Ale ty głupi jesteś…To miało być śmieszne?”

 „Przepraszam, Zosiu. Pomyliłem cię z Lisiecką. Tak wspaniale odegrałaś jej rolę, że wszyscy wzięli cię za nią. Prawie przekonałaś mnie, że ty to ona”

„Ale ty głupi jesteś” – powtórzyła – „Wrobiłeś mnie w rolę wdowy”

„Nie prawda. Nie wrobiłem cię w rolę wdowy. Wdową po Mattim jesteś naprawdę…”

„Przestań!”

„Zobacz jak wiarygodnie wyszłaś na zdjęciach”

Pokazałem zdjęcia przesłane przez Józka. Oglądała z zaciekawieniem. Skupiła się na jednym z nich

„Ta torebka nie za bardzo pasuje do całości” – zauważyła

Oddała mi telefon i znowu zaczęła śledzić akcję na ekranie telewizora. Usiadłem na kanapie obok niej i zacząłem przesyłać zdjęcia do Lisieckiej

„Gotowe”- powiedziałem głośno

„Co gotowe?” -zainteresowała się Zosia

„Przesłałem zdjęcia do Lisieckiej”

„Co?!…Bez mojej zgody. Przecież ja tam strasznie wyglądam…”

„Oglądałaś” – przerwałem jej – „Nie mówiłaś, że ci się nie podobają. To zdjęcie na którym najwyraźniej widać torebkę nie wysłałem”

„Akurat na nim wyszłam najlepiej”

„Zaraz jej doślę” – odpowiedziałem

Nie zdążyła zareagować. Telefon trzymany w dłoni zabuczał

„Lisiecka się dobija” – stwierdziłem

„Zrób na głośno mówiący”

„Tak Heniu” – zacząłem – „Zgaduję, że obejrzałaś zdjęcia”

„Co to za kobieta w żałobie na zdjęciach?”

„Wdowa po naszym ukochanym zmarłym”

„Och, jaki on głupi!” – wcięła się Zosia – „To ja jestem tą wdową. To znaczy ksiądz i Adam kazali mi zastąpić ciebie…”

„Ale nikt się nie zorientował, że to nie ty” – tym razem ja się wciąłem

„Boże! Co za skandal. Jak ja teraz spojrzę ludziom w oczy” – Henia powiedziała to z rozpaczą w głosie

„Nie przejmuj się tym” – pocieszałem ją – „Nikt się nie zorientował…”

„Myślałam, że inaczej załatwisz to na cmentarzu” – odpowiedziała zdenerwowana

„To znaczy jak?”

„Ach! Skończmy z tym…Dziękuję bardzo za pomoc”

„Heniu…Halo! Słyszysz mnie?…Halo!”

„Daj spokój” – Zosia się wtrąciła – „Przerwała rozmowę. Nie zauważyłeś?”

„Chyba się pogniewała na mnie?” – zastanawiałem się głośno

„No i bardzo dobrze” – z ulgą w głosie stwierdziła Zosia – „Działała mi na nerwy. Zapomnijmy o niej i tym całym pogrzebie. Jutro jedziemy do Warszawy. Musimy zacząć się szykować”.

 

W Warszawie od razu pojechaliśmy na Mokotów. Zbyszek, bratanek Zosi i jego żona Joasia już na nas czekali. Chłopcy też. Od razu usiedliśmy do stołu. Było bardzo przyjemnie. Chłopcy byli grzeczni, chociaż widać było, że przychodzi im to z trudnością. Po obwitym posiłku poszedłem do samochodu po przywiezione rzeczy. Zimowe kurtki i buty bardzo się spodobały i o dziwo, pasowały na chłopców. Klocki Lego dla trzylatków zostały przyjęte z entuzjazmem. Karton szwedzkiego piwa kupiony na promie spodobał się Zbyszkowi. Joasia dostała od Zosi kosmetyki, ale nie potrafię powiedzieć jakie. Nie znam się na tym.

„Gdzie macie swoje rzeczy?” – zapytał Zbyszek

„W samochodzie” – odpowiedziałem

„Przynieś je na górę” – odpowiedział

„Ale..”

„Żadne ale” – przerwał mi – „Te kilka dni przenocujecie w pokoju chłopców. Są tam pełnowymiarowe łóżka, a chłopcy przez ten czas pojadą do rodziców Joaśki do Konstancina” Wieczorem przyjechał ojciec Joasi i zabrał chłopców.

W niedzielę siódmego listopada pojechaliśmy we czworo zwiedzać Warszawę. Korzystaliśmy z dobrej pogody. Dużo chodziliśmy. Na zakończenie wieczoru poszliśmy do restauracji na Starym Mieście.

W poniedziałek Zbyszek udał się do pracy. Joasia ze względu na dzieci pracuję zdalnie. Jako zaopatrzeniowiec w firmie farmaceutycznej ma taką możliwość. W biurze pojawia się tylko raz lub dwa razy w tygodniu. Wtedy do chłopców przychodzi wynajęta opiekunka.

Po śniadaniu Joasia usidła do komputera a ja z Zosią pojechaliśmy na cmentarz odwiedzić groby jej rodziców, a potem wybraliśmy się na zakupy. Bardzo tego nie lubię. Towarzyszenie Zosi w zakupach jest bardzo męczące. Ja się niecierpliwię gdy ona przymierza kilkanaście ciuchów i nie może się zdecydować co kupić, a ona bardzo nie lubi gdy jej nie potrafię doradzić w czym jest jej dobrze i do tego ją poganiam. Tak było i tym razem. Na nic się nie zdecydowała. Uważała ten dzień za stracony z mojej winy.

Następnego dnia wybrała się na zakupy z Joasią. Zostałem w domu. Zbyszek wyszedł z pracy nieco wcześniej i mogliśmy sobie posiedzieć przy piwku. Rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym, jak to przy piwku. W końcu poruszyłem temat zbliżającego się święta Niepodległości. Wspomniałem, że spotkani koledzy z internowania namówili mnie aby iść z nimi na Marsz Niepodległości.

„Od kilku lat są te marsze organizowane, ale zawsze w tym czasie byliśmy poza Warszawą” – wyjaśnił Zbyszek – „W ubiegłym roku koleżanka Joaśki poznana na porodówce, z dzieciakiem w wieku naszych bliźniaków namówiła ją aby iść na ten Marsz. Mówiła: „To opowiedzenie się za lepszą przyszłością dla naszych dzieci. Każdy powinien zademonstrować jedność Narodu i chęć obrony Ojczyzny przed czyhającym wszechobecnym złem. Powinnaś też przyjść na marsz z dzieciakami” – mówiła Joaśce – „Setki rodzin z małymi dziećmi, nawet z niemowlakami przychodzą na Marsz. Pamiętaj to dla dobra naszych dzieci” – tak zakołowała Joaśce w głowie, że przez tydzień nie dawała mi spokoju z tym Marszem”

Zbyszek przerwał. Poszedł do kuchni i po chwili wrócił z następnymi butelkami piwa 

„To ostatnie” – oznajmił smutno

„No i jak, poszliście na ten Marsz?” – zapytałem 

„Tak. Nie miałem wyjścia. – przerwał, zamyślił się –  „Ha ha ha! Ale za to zaliczyliśmy Marsz w szybkim tempie, aż dwa razy”

„To znaczy?”

„Pierwszy i ostatni raz…Słuchaj, to nie dla nas”

„Dlaczego tak sądzisz?”

„Zaraz ci to wyjaśnię. Ale po kolei. Poszliśmy z dzieciakami. Wiedzieliśmy, że to będzie długi marsz trwający kilka godzin, więc wzięliśmy dla chłopców wózek. Nie za bardzo chcą w nim siedzieć, ale dali się przekonać, że w wózku będzie im lepiej…Joaśka jak zwykle grzebała się z wyjściem i oczywiście wyszliśmy za późno. Marsz już się rozpoczął.

Musisz wiedzieć, że przez pandemię Marsz pieszy był odwołany. Myśmy o tym nie wiedzieli. Po prostu przegapiliśmy tą informację. Organizatorzy zdecydowali się na Marsz samochodowo-motocyklowy. Było z tym dużo zamieszania jeszcze przed Marszem. Przepychanki polityczne między prezydentem miasta a organizatorami…Mimo zakazu uczestnictwa piechurów bardzo dużo ludzi przyłączało się spontanicznie. Chcieliśmy też tak zrobić. Zatrzymaliśmy się przy rondzie de Gaulle’a. Właściwie policja nas zatrzymała. Innych chętnych też. Staliśmy za kordonem policyjnym i zastanawialiśmy się co robić dalej. Widzieliśmy zbliżające się samochody i motocykle przyozdobione flagami narodowymi, portretami papieża i innymi symbolami religijnymi. Słychać było śpiewany hymn polski zagłuszany pieśniami kościelnymi. Wśród nich bardzo dużo pieszych mężczyzn. Wszyscy mieli maski na twarzach, no bo przecież pandemia. Wielu miało Biało-czerwone szaliki i flagi narodowe w rękach.

Tuż przed nami, na rondzie, ci co szli przed samochodami zaczęli rzucać petardy w policjantów. Wywiązała się prawdziwa bitwa. Jedna z petard upadła koło naszego wózka. Huk wystraszył chłopców. Policja użyła gazu łzawiącego. Zaczęliśmy się dusić. W tłoku nie było łatwo się wycofywać. Udało nam się dopiero po kilku minutach. Joaśka wpadła w jakąś histerię. Nie mogłem jej uspokoić. Chłopcy też się darli. Dobrze, że byli przypięci w wózku, inaczej by z niego uciekli…Teraz wiesz dlaczego to nie dla nas.

Pomijam już to zamieszanie i bitwę z policją. Cała ta atmosfera bogobojno-narodowa nie odpowiada nam…” – przerwał bo właśnie panie wróciły z zakupów

Zaraz po wejściu do mieszkania panie z naganą w oczach przeliczyły stojące na stole puste butelki po piwie

„A gdzie kolacja?”- Joasia zwróciła się do męża – „Przecież miałeś przyszykować” „Zagadaliśmy się…”

„Zapraszam na kolację do restauracji” – wciąłem mu się w słowo – „Pod warunkiem, że któraś z was poprowadzi auto”

 

Godzinę później siedzieliśmy w restauracji Bazyliszek przy Rynku Starego Miasta. Gdy już złożyliśmy zamówienie Zbyszek zwrócił się do Joasi

„Wyobraź sobie, oni chcą iść jedenastego na Marsz niepodległości”

„Czyście oszaleli?!” – zdziwiła się Joasia – „Życie tam można stracić”

No i nie obyło się bez tego aby w szczegółach nie opowiedziała Zosi o ich przygodach na zeszłorocznym Marszu. Relacja Joasi z zeszło rocznego Marszu zrobiła ogromne wrażenie na Zosi. Stwierdziła zdecydowanie, że nie zamierzamy się wybrać na ten Marsz.

Być może wypite wcześniej piwo sprawiło iż poczułem się urażony tym, że Zosia nie zapytała mnie, czy mam ochotę iść na Marsz. Takiej ochoty nie miałem, ale urażona duma sprawiła, że przerwałem jej wypowiedź

„A ja właśnie wybieram się na ten Marsz!”

Wszyscy troje spojrzeli na mnie zdziwieni. Zosię moja wypowiedź tak zaszokowała, że zamilkła, co się jej w podobnych okolicznościach nie zdarza. Pierwsza ocknęła się Joasia

„Oszalałeś?!…Co tam będziesz robił?”

„Będę maszerował!” – odparłem dumnie

„Ale po co i z kim?” – pytała Joasia

W tle jej pytania słychać było chichot Zbyszka

„Obiecałem kolegom z pierdla, że będę na tym Marszu, więc…”

„Z jakiego pierdla?” – przerwała mi Joasia

„No, z internowania”

„Nigdzie nie pójdziesz!” – ocknęła się Zosia

„Właśnie, że pójdę…”

„Dajcie mu spokój” – wtrącił się Zbyszek – „Marsz jest po jutrze. Jutro mu się odmieni i nie pójdzie”

Właśnie podszedł kelner z zamówionymi daniami, więc przerwaliśmy tą ciekawą dyskusji o moim udziale w Marszu. Potem skupiliśmy się na jedzeniu i wcześniej zaczęta dyskusja nie była kontynuowana. Panie zaczęły opowiadać nam o poczynionych zakupach. Dowiedzieliśmy się między innymi jakie szczęście miała Joasia kupując ostatnią parę zimowych bucików za jedyne tysiąc dwieście dziewięćdziesiąt osiem złotych

„Jezus Maria!” – zareagował Zbyszek

Joasia nie zdążyła mu odpowiedzieć ponieważ Zosia też chciała się pochwalić tym co kupiła

„A ja kupiłam okazyjnie piękny płaszczyk na jesień. Zapłaciłem tylko…”

„Nie mów tego!” – przerwałem jej – „Nie psuj pięknej atmosfery”

„To o czym mamy rozmawiać przy stole?” – zapytała Joasia

„Zastanówmy się co zrobić z resztą wieczoru” – zaproponował Zbyszek

Dyskusja na ten temat trwała do końca kolacji. Zdecydowaliśmy, że pójdziemy do kina na nowy film z agentem 007 pod tytułem „Nie czas umierać”. Wiedziałem, że to nie jest film dla mnie. Nie lubię takich filmów, ale nie protestowałem aby nie zepsuć wieczoru innym.

Zdążyliśmy na seans zaczynający się o dwudziestej pierwszej. Usypiałem już w czasie pokazywania reklam. Potem starałem się nadążać za szybkim rozwojem akcji, ale szybko się poddałem.

Zosia obudziła mnie kiedy zaczęto wyświetlać napisy końcowe, nazywane przeze mnie listą płac.

 

Następnego dnia nie działo się nic szczególnego. Wieczorem zapytałem czy jest ktoś chętny pójść ze mną na Marsz. Miałem nadzieję że wszyscy odmówią. Miałbym powód do zrezygnowania z pójścia na Marsz na który tak naprawdę nie miałem ochoty. Tak jak się spodziewałem nikt nie chciał mi towarzyszyć. I dobrze. Już miałem powiedzieć, że w takim razie też zostanę w domu, ale uprzedziła mnie Zosia mówiąc z ironią  

„Ocho! Widzę, że nie masz ochoty na Marsz. A wczoraj byłeś pełen entuzjazmu”

„Skąd takie przypuszczenie?” – zapytałem – „Mam ochotę i pójdę”

„Poczekajmy do jutra” – odpowiedziała

 

Jedenasty listopada jest dniem wolnym od pracy. Pospaliśmy sobie do dziewiątej. Potem zjedliśmy późne śniadanie. Około dwunastej wychodząc z domu słyszałem jak Joasia mówi do Zosi

„Wróci dobrze przed trzecią”

Na rondo Dmowskiego dotarłem przed pierwszą. Stały tam grupki osób z biało-czerwonymi flagami. Już po kilku minutach zauważyłem Ryśka trzymającego na drzewcu logo partii rządzącej. Wahałem się przez chwilę czy dojść do niego, czy stanąć gdzieś z boku. Niestety zauważył mnie. Nie miałem wyjścia. Podszedłem. Przywitaliśmy się. Zaraz znaleźli się inni znajomi. Poznałem część z nich na pogrzebie Mattiego. Wszyscy mieli przerzucone na ramionach znane mi już patriotyczne szaliki. W rękach dzierżyli zwinięte na razie flagi.

„Nie masz szalika” – zauważył zbliżający się Józek

„Nie noszę szalika przy plusowej temperaturze” – odpowiedziałem

„Żartowniś jesteś” – odpowiedział

Towarzyszył mu głośny śmiech przysłuchujących się

„Weź chociaż szturmówkę do ręki”

„Okej. Daj mi polską flagę”

Ktoś z boku szybko spełnił moje życzenie. Rozwinąłem zwiniętą flagę i przyjrzałem się jej krytycznie

„Polską chciałem” – powiedziałem

„A ta jaka jest? Zapomniałeś w Szwecji jak wygląda polska flaga?”

„Właśnie, że nie zapomniałem. Polska flaga jest biało-czerwona. Bez ozdóbek…” – odpowiedziałem

„Uważaj co mówisz” – upomniał mnie Józek – „To nie jest ozdóbka. To jest nasz polski święty Jan Paweł drugi”

„Widzę, ale doskonale pamiętam, że polska flaga jest biało-czerwona. Ta którą mi wręczono jest tylko podobna do polskiej”

Lekko zirytowany Odebrał flagę z papieżem i wręczył swoją bez ozdóbek

„A ta dobra jest?”

„Bardzo dobra”

Kilka osób podeszło do mnie się przywitać. Chwilę rozmawialiśmy. Było już po trzynastej i nie zanosiło się abyśmy szybko ruszyli. Zapytałem Józka o program Marszu. Józek wyciągnął kartkę z kieszeni i chwilę ją studiował

„Zaraz ruszamy pod pomnik Paderewskiego złożyć kwiaty” – czytał dalej – „Potem Różaniec…” „Różaniec, tutaj?” – zdziwiłem się

 Spojrzał na mnie zaskoczony

„Co w tym dziwnego?”

 „Nie wiedziałem, że to Marsz kościelny…”

„Nie, kurwa” – przerwał mi – „Nie kościelny…Patriotyczny. Nie wiesz, że prawdziwy polski patriota to katolik?”

Józek nie czekał na moją odpowiedź. Marsz właśnie ruszył. Podszedł do niego porządkowy i razem ruszyli gdzieś na czoło Marszu. Szedłem z innymi nieco w tyle. Doszliśmy do pomnika Paderewskiego. Widziałem z daleka jak delegacje składają kwiaty. Potem pokazał się tam ksiądz. Coś mówił ale mikrofon który trzymał w ręku nie zadziałał i prawie nic nie było słychać. Szybko zorientowałem się, że tam na przedzie zaczęto się modlić. Jednocześnie wiele osób na przedzie zaczęło rozwijać transparenty i banery. Z mojej pozycji nie widziałem co na nich jest napisane. Aby je zobaczyć od przodu zacząłem się przepychać przez tłum modlących się osób. Zauważyłem, że nie wszystkim się to podobało. Skierowałem się zatem na skraj tłumu i przemykając pod ścianami budynków znalazłem się przed początkiem Marszu. Teraz mogłem odczytać rozwinięte transparenty „Precz z Unią!” „USA centrum zła” oraz „Wznowić ekshumację zamordowanych pod Smoleńskiem!”. Były jeszcze inne, ale moją uwagę przykuło coś innego. Przed transparenty wyszło kilku mężczyzn. Mieli ze sobą flagę niemiecką i flagę Unii Europejskiej. Podpalono je. Tłum stojący na początku Marszu brawami powitał to wydarzenie. Do płonących na asfalcie flag ktoś wrzucił duży portret Donalda Tuska. Tłum niemal zaszalał z radości.

„Nic tu po mnie” – pomyślałem

Nie jestem fanem Tuska, ale nie akceptuję takich metod walki politycznej, jak palenie flag i portretów nielubianych osób. Oddałem trzymaną flagę jakiemuś chłopcu stojącemu w pobliżu i udałem się do domu.

 

„Nie mówiłem, że szybko wróci!” – triumfował Zbyszek gdy tyko wszedłem do domu.

„Tak, tak” – wszedłem mu w słowo – „Nie znęcaj się nade mną. Wszyscy mieliście rację. Na znak tego że z pokorą przyjmuję pomyłkę przed którą mnie ostrzegaliście zapraszam wszystkich na spacer po mieście z daleka od trasy Marszu i na zakończenie wizytę w jakiejś sympatycznej knajpie”

Nikt nie zaprotestował. Resztę dnia spędziliśmy bardzo przyjemnie.

Następny dzień był ostatnim dniem naszego pobytu w Warszawie. Ponieważ był to piątek, dzień między wolnym dniem od pracy a sobotą wielu ludzi wzięło wolne. Zbyszek i Joasia też tak zrobili. Po śniadaniu wyszliśmy na miasto zrobić ostatnie zakupy przed sobotnim wyjazdem do Gdańska na prom do domu. Po południu pakowanie, ostatnia wspólna kolacja z gospodarzami i do łóżka.

Podróż do Gdańska przebiegła bez przygód. Tak samo było z przeprawą przez Bałtyk. W niedzielę czternastego listopada około czternastej zjechaliśmy z promu w Nynäshamn i po godzinie z minutami byliśmy w domu.

 

Bardzo szybko powróciliśmy do normalnego trybu życia. Powoli zapomnieliśmy o wyjeździe na pogrzeb Mattiego. Wydawało mi się, że wszystko związane z tym wydarzeniem, dla nas się skończyło. Byłem w błędzie. Tuż przed świętami Bożego Narodzenia siedziałem z Zosią przed telewizorem i oglądałem wieczorny Rapport. Właśnie zaczęto zapowiadać pogodę na święta gdy zadzwonił mój telefon. Spojrzałem na wyświetlacz. Dzwonił Józek Rudek. Pierwszą myślą jaka przebiegła mi przez głowę było pytanie

„Skąd u diabła ma on numer mojego telefonu? Przecież nikomu go nie podawałem”

Ledwo to pomyślałem i już sobie przypomniałem, że podałem numer Józkowi na cmentarzu aby mógł przesłać mi zdjęcia z pogrzebu

„Kto dzwoni?” – zapytała Zosia

„Józek”

„Co za Józek?”

„Ten co robił ci zdjęcia na pogrzebie…”

„Nie rób na głośno mówiący! Nie chcę go słyszeć” – powiedziała Zosia i uciekła do kuchni

Uniosłem telefon do ucha

„Neumann, słucham”

Słuchałem w ciszy dłuższą chwilę. Kątem oka zauważyłem, że Zosia po cichu wróciła z kuchni, wyłączyła pilotem dźwięk telewizora i usilnie stara się wyłowić z mojego telefonu słowa Józka

„Przykra sprawa” – odezwałem się do Józka – „Dziękuję za wiadomość”

Potem jeszcze chwilę słuchałem i zanim się z nim pożegnałem stwierdziłem

„Postaram się”

Odłożyłem telefon

„Co się masz postarać?” – nie wytrzymała Zosia 

„Powiedziałem, że postaram się przyjechać na pogrzeb…”

„Jaki znowu pogrzeb?!”

„Pogrzeb naszego znajomego który był na pogrzebie Mattiego.  Rysiek Beniowski miał wypadek samochodowy. Pogrzeb zaraz po Nowym Roku pojedziesz ze mną?”

„Żartujesz?”

„Pogrzeb to nie żarty”

Zosia zdecydowanie odmówiła uczestnictwa w pogrzebie. Nie dziwiłem się jej. Też nie miałem zamiaru jechać na ten pogrzeb. Głownie dlatego, ze nie mam biało-czerwonego szalika, oraz dosyć mam towarzystwa prawdziwych patriotów. Na pogrzeb wysłałem poprzez kwiaciarnię wysyłkową duży wieniec z goździków biało-czerwonych.

 

KONIEC

1 thought on “POGRZEB”

Leave a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *